piątek, 24 kwietnia 2009

Fryderycjańska polityka miłości.


Uważam, że po wyroku w sprawie spotu PiS-u, Platforma powinna pójść na całość i zażądać delegalizacji wszelkiej „niekonstruktywnej” opozycji.

Gdy obserwuję kolejne postępy platformianej „polityki miłości”, nieodmiennie przychodzi mi na myśl stara anegdota o Fryderyku Wilhelmie, który okładał poddanego kijem, wrzeszcząc: „- Nie bać się swojego króla! Kochać! Kochać!”.

Przypomnijmy pokrótce: nalot ABW na dom Wojciecha Sumlińskiego, czystki w mediach, chamskie seanse nienawiści w wykonaniu Palikota i Niesiołowskiego, naciski na IPN by ten pozbył się nieprawomyślnych pracowników, pozakonstytucyjne próby ograniczania kompetencji Prezydenta RP, groźba ingerencji w uniwersytecką autonomię (sprawa magisterium Zyzaka), finansowe szykany wobec „Jagiellonki” (kasę uniwersytet ostatecznie otrzyma, ale było to wyraźne pogrożenie paluszkiem, by na przyszłość uważano z niepokornymi magistrantami). Kochać swojego króla! Kochać!

Aż doszło do wyroku w sprawie PiS-owskiego spotu . Sam nie wiem jak go nazwać. Kuriozalny? Bezprecedensowy? Skandaliczny? Wszystko to brzmi jakoś słabo w kontekście orzeczenia zwasalizowanego intelektualnie Sądu Okręgowego w Warszawie. Jeszcze nigdy po ’89 r. nie mieliśmy do czynienia z tak bezczelną w swej ostentacji próbą zakneblowania ust legalnie działającej opozycji.

Wystarczy rzucić okiem na jawnie tendencyjne uzasadnienie werdyktu, stwierdzające, że informacje podane w filmiku to „uproszczenia”. Noo skoro „uproszczenia” są aż tak karygodne, to czekam na kolejne wyroki odnoszące się do wszelkich uproszczeń zawartych w reklamach wyborczych od początku naszej demokracji – było by to ciekawe, bo z tego co się orientuję, istotą spotu wyborczego jest zwięzłość przekazu oparta na „uproszczeniach” właśnie.

Na nowe szczyty arogancji wdarła się również Platforma, której pełnomocnik stwierdził, że powoływanie się na medialne informacje w reklamówce nie zwalnia od odpowiedzialności, jeżeli te informacje są nieprawdziwe. „Niezawisły” od zdrowego rozsądku Sąd nie zauważył rzecz jasna w tej argumentacji niczego niezwykłego… Nic, tylko czekać, aż Platforma pozwie teraz do sądu liczne media, które te informacje podawały…

Sędzia Alicja Fronczyk pewnie nawet nie zauważyła, że swym orzeczeniem dokonała kopernikańskiego przewrotu w sztuce kręcenia spotów wyborczych. Teraz, drodzy Państwo, zamiast krótkich „uproszczonych” filmików czekają nas zapewne gruntowne analizy ekonomiczne (gdy będzie o przyczynach bezrobocia), socjologiczne (gdy pójdzie o to komu i z jakich przyczyn „żyje się lepiej”) i prawne (gdy zarzuty będą dotyczyły powiązań prywatnych spółek parlamentarzystów i państwowych agencji – np. Agencji Rozwoju Przemysłu. Dla sądu bowiem fakt, iż ARP jest w 100% własnością Skarbu Państwa to żaden argument

"To jest zbytnie upraszczanie. ARP jest osobną osobą prawną działającą na podstawie kodeksu spółek handlowych. Samo wykonywanie prawa głosu nie oznacza w żaden sposób, że minister skarbu państwa ma jakikolwiek realny wpływ na zaciąganie zobowiązań przez ARP"


– czytamy w spiżowym uzasadnieniu Wysokiego Sądu).

Sam nie wiem, śmiać się, czy płakać.

Kończąc, uważam, że po wyroku w sprawie spotu PiS-u, Platforma powinna pójść na całość i zażądać delegalizacji wszelkiej „niekonstruktywnej” opozycji. Niekonstruktywna opozycja wszak „upraszcza”, co jak już wiemy, jest niedopuszczalne, tak więc sama możliwość podobnego „upraszczania” powinna na przyszłość zostać definitywnie ukrócona. I tak oto raźnym krokiem wmaszerujemy do Krainy Wszechogarniającej Fryderycjańskiej Miłości.
„Nie bać się swojego króla! Kochać! Kochać!”.

Gadający Grzyb

P.S. Teraz czekam, aż wszyscy artyści scen polskich pospołu z żurnalistami ruszą tłumnie protestować przeciwko zagrożonej demokracji. Niee, żartuję oczywiście. Żadne Lady Panki nie zakwilą, że „strach się bać”, Maria Peszek nie wywnętrzni się do gazet, że jest jej „duszno”, zaś żaden prominentny dziennikarz nie zmoczy się w pościel na myśl o pukaniu do drzwi o piątej nad ranem. Oni autentycznie kochają „swojego Króla”. Nawet bez kija.

P.S. II Pisali też:
Kokos26: http://www.niepoprawni.pl/blog/152/koniec-demokracji
Budyń78: http://www.niepoprawni.pl/blog/3/wolnosc-nieustanne-swieto

P.S. III O spocie PiS dwukrotnie pisałem krytycznie ale z zupełnie innych przyczyn. W najgorszych snach nie spodziewałem się „czegoś takiego”.
http://www.niepoprawni.pl/blog/287/nieodrobiona-lekcja
http://www.niepoprawni.pl/blog/287/jeszcze-raz-o-spocie-pis-%E2%80%93-ko...

http://www.gazetaprawna.pl/wiadomosci/artykuly/313244,sad_zakazal_rozpow...

pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl 24.04.2009

Bez historii.


(refleksje na marginesie lektury)



Jestem właśnie w trakcie lektury książki „Tobruk” Australijczyka Petera Fitzsimonsa. Czytam tę ciekawie napisaną rzecz o udziale australijskich żołnierzy w jednej z najsłynniejszych bitew II wojny światowej i mimowolnie gryzę palce z zazdrości. Dlaczego? Ano dlatego, że nie przypominam sobie, bym w ostatnich latach natrafił na podobną książkę polskiego autorstwa, która w obszerny, lecz zarazem przystępny sposób opisywałaby nasz udział w wojennym wysiłku, czy inne polskie dokonania mające wpływ na historię najnowszą. Jeżeli już, to musieliśmy czekać, aż łaskawie docenią i opiszą nas obcokrajowcy.

Przykłady? Proszę bardzo: „Powstanie ‘44” – Norman Davies (Walijczyk, co z tego, ze niemal „spolonizowany”); „Marsz czarnych diabłów” wyd. 2006 (o dywizji pancernej gen. Maczka) – Evan McGilvray (Szkot); „Monte Cassino” wyd. 2005 - Matthew Parker (Anglik); “Sprawa honoru”(o Dywizjonie 303) wyd. 2004 - Lynne Olson i Stanley Cloud (Amerykanie). Zapewne jest tego więcej – tu przytoczyłem tylko to, co ostatnio wpadło mi w ręce.

Z innych, popkulturowych, działek – utwór o bitwie nad Wizną musiała nagrać szwedzka kapela Sabaton… My, po dwudziestu latach „niepodległości” (piszę w cudzysłowie, bo co to za niepodległość bez historii), doczekaliśmy się scenariusza - niedoróbki o Westerplatte, gdzie żołnierze chleją i odlewają się na portrety sanacyjnych przywódców. Dopiero teraz powstały filmy o Katyniu, Popiełuszce, czy generale „Nilu” – nie mające zresztą szans na zagraniczną promocję (nawet nominowany do Oscara „Katyń” jest wyświetlany okazjonalnie i nie wszedł w USA do kinowej dystrybucji). Inne produkcje (choćby o Monte Cassino), jakimś dziwnym trafem nie mogą ruszyć z miejsca.

Wracając do książek Wszystkie wspomniane wyżej tytuły łączy jedno: nie są to napisane hermetycznym językiem stricte naukowe „cegły”, lecz pisana często przez dziennikarzy popularna literatura faktu, przyswajalna dla przeciętnego czytelnika. A gdzie nasi dziennikarze? Gdzie popularyzatorska monografia np. 1 Samodzielnej Brygady Spadochronowej gen. Sosabowskiego? Taka na 400 – 500 stron? (tyle mniej więcej liczą sobie przytaczane tu pozycje). I, dodajmy, mogąca liczyć na zagraniczną promocję?

Nie ma szans. Niemal 20 lat uprawianej systematycznie przez Salon anty – polityki historycznej skutecznie wypleniło zainteresowanie tematyką historyczną zarówno wśród potencjalnych autorów (roboty co niemiara, splendor w oczach Parnasiarzy – żaden), jak i wydawców („to się, panie, nie sprzeda…”). Ponadto, na ewentualnego śmiałka dodatkowo posypały by się gromy „zawodowych” uniwersyteckich historyków, sprowadzające się do zarzutu, że książka nie jest naukową monografią. „Zostawmy historię historykom!” – to hasło zdominowało publiczną debatę na długie lata. I, faktycznie, zostawiono – a historycy nic z tą pozostawioną im historią, w sensie „dotarcia pod strzechy”, nie zrobili. Bo, trzeba dodać – „zniżenie się” do uproszczonej, siłą rzeczy, popularyzacji, to w naszym akademickim światku niemal automatyczna „śmierć zawodowa” („- Aaa, to ten popularyzator/beletrysta” – tu pełen wyższości uśmieszek i… pozamiatane).

Co mamy dzisiaj? Muzeum Powstania Warszawskiego, interpretacje powstańczych piosenek w wykonaniu Lao Che… coś jeszcze? Na pewno nic, co było by dostrzegalne w oczach świata. Acha, mamy jeszcze drwiny z polityki historycznej, która jakoby miała nas antagonizować z Europą. Przodują w tych drwinach różne współczesne Telimeny (w myśl kwestii „co świat powie na to?”), dla których liczy się jedynie łaskawe przyjęcie na Petersburskich (obecnie - Brukselskich) salonach.

Dlatego na takie książki jak „Tobruk” Fitzsimonsa z szansami na masowe, zagraniczne edycje przyjdzie nam jeszcze baaardzo długo poczekać.

Obyśmy dożyli.

Gadający Grzyb

pierwotna publikacja www.niepoprawni.pl 22.04.2009

Jeszcze raz o spocie PiS – kontrpolemika.


Przede wszystkim, dzięki za polemiki i komentarze. Ponieważ było ich sporo i to dość obszernych, pozwalam sobie odpowiedzieć w osobnym tekście.

1) Dr No

Re: Nieodrobiona lekcja.

Obejrzałem klipy wyborcze Reagana i Mondale’a. Reagan w 1984 (podobnie jak wcześniej), wygrał dzięki zrobionej „z jajem" kampanii pozytywnej. Reklamówki Mondale’a na tym tle jawią się jako demagogiczne „krytykanctwo”. Niestety, omawiany spot PiS-u przypomina swą estetyką reklamówki W. Mondale’a… Z tą różnicą, że od strony merytorycznej PiS akurat ma rację. Tyle że – co z tego? Agresywna forma przekazu drażni przeciętnego wyborcę. Kopiowanie Mondale’a to droga ku zagładzie. Kto dziś w ogóle pamięta, że był taki polityk?

2) Oszołom z Ciemnogrodu

"momentami brak logiki"

„Momentami brak logiki (...) piszesz, że jak ludzie kogoś lubią to lubią. Więc cóż nic na to nie poradzimy? Lepiej udawać, że tak jest w porządku? To nielogiczne.”


Po pierwsze: wcale nie sądzę, że należy udawać, że jest OK. Po prostu – warto by PiS swoje przesłanie zgrabniej przekazywał. I nie ma tu braku logiki, tylko elementarna psychologia – jeżeli ludziska dali się otumanić saloniarskiej propagandzie i wolą PO (sondaże, nawet jeśli są trochę naciągane, to jednak wykazują stałą tendencję przewagi Platformy nad PiS-em), to każdy atak na PO potraktują jako atak na siebie. Prosty mechanizm odrzucenia: „acha, skoro atakujesz kogoś, kogo ja lubię, to atakujesz mnie, uważasz, ze jestem głupi, taaak?”. I wojna gotowa.

„Nie wiem czy dysponujesz jakimiś rzetelnymi badaniami, że to spot z Siwcem pogrążył Krzaka? Bo moim zdaniem on z istoty swojej nie miał szans, spot nie mógł mu za bardzo pomóc ani zaszkodzić.”

Nie, nie dysponuję badaniami – nie stać mnie Perskie oko. Po prostu słuchałem, co ludzie gadają. Zgoda, że Krzaklewski już na starcie miał trudno (ja też miałem go dość i zagłosowałem wtedy na Korwin - Mikkego), ale gdyby nie ten spot z Siwcem i Kwachem, to może przeszedłby chociaż do drugiej tury… A w drugiej turze, kampania zaczyna się, po trosze, na nowo.

„Oczywiście uważam, że "strategia spotowa" powinna wynikać z badań i analiz co do jej ewentualnej skuteczności. Nie wiem czy sztab PiS-u takowe analizy przeprowadzał, mam nadzieję, że tak.”


Ja też mam nadzieję, że przeprowadzali badania i analizy. Pytanie, jakie wyciągnęli z nich wnioski…

Wreszcie – odnośnie trudności wyparcia przez lemingów treści, jeżeli są dawkowane „na ostro”: uważam, że zadziała tu wspomniany wyżej mechanizm odrzucenia. Nikt nie lubi się czuć frajerem, zaś zbyt nachalne wykazywanie szalbierstw obiektu uwielbienia powoduje, że adresat „przekazu” właśnie tak się czuje i swój dyskomfort psychiczno – poznawczy obraca przeciw nachalnemu „demaskatorowi” W tym przypadku, przeciw PiS.

3) Wojcicki i Dixi.

I raczej zgadzam się z drogim Oszołomem
przychylam się do zdania zwolenników "ostrej jazdy" PiS-u!

Co do „ostrej jazdy” PiS-u”:
Mnie „osobiście” też się ten spot podoba – jako rąbnięcie gołą dupą prawdy w zakłamane ryje establishmentu III RP (przepraszam za mój francuski Perskie oko). Ale moje odczucia nie mają tu nic do rzeczy - podobnie, z całym szacunkiem, jak Wasze. Pytanie bowiem brzmi: czy spot spodoba się „nieprzekonanym”? Czy PiS rozszerzy swój elektorat? Czas pokaże.

Chyba, że jest tak, iż PiS postawił w tej konkretnej kampanii na mobilizację „twardego elektoratu”, chwilowo odpuszczając sobie żmudne docieranie do szerszych mas wyborczych, co przy spodziewanej niskiej frekwencji może przynieść doraźne efekty. Tylko jakie będą efekty długofalowe? Znowu – czas pokaże.

4) Kryska.

Gadajacy Grzyb

„pory pełne u walterowców”


Zgadza się. Pory pełniutkie – aż się ulewało…

5). Kontrrewolucjonista.

Spot

Pełna zgoda, że w reżymowych przekaziorach wszystko, co zrobi PiS jest pokazywane negatywnie. Pytanie, czy PiS potrafi to „przeskoczyć” wbrew mediom. Udało się Reaganowi (dwa razy), udało G. W. Bushowi (też dwa razy), udało się wreszcie samemu PiS-owi (raz parlamentarnie i raz prezydencko), ale tamte zagrywki „pluszakowe” były numerami jednorazowymi. Drugi raz się tak nie da. A prezydenturę zdobyto dzięki „ocieplonemu” wizerunkowi Lecha Kaczyńskiego.

Co do spotu „mordo ty moja” – niewątpliwie zasłużył się tym, iż wzmiankowany zwrot wszedł do potocznej polszczyzny w nowym kontekście (oligarchiczno – układowym). A przełożenie na głosy? Mówiąc „Wiechem” – przypuszczam, że wątpię. Jeżeli masz dostęp do badań – zapodawaj.

Na zakończenie.

Prawdę mówiąc, byłbym szczęśliwszym człowiekiem, gdyby okazało się, iż moje czarnowidztwo było nietrafne. Podtrzymuję zatem przyrzeczenie, złożone w post scriptum poprzedniej notki.

jeżeli jakimś cudem okaże się, że taktyka przyjęta przez PiS w obecnej kampanii zaowocuje „uwaleniem” Platformy, odszczekam powyższą analizę.

Z pozdrowieniami dla Polemistów i Komentatorów

Gadający Grzyb

Pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl 20.04.2009

poniedziałek, 20 kwietnia 2009

Nieodrobiona lekcja.


Analiza możliwych konsekwencji najnowszego spotu PiS.

Przykro to pisać, ale najnowsza reklamówka PiS-u pokazuje, że pewni ludzie nie potrafią uczyć się na błędach - ani własnych, ani cudzych. Śmiem twierdzić, że jej efekt będzie przeciwny do zamierzonego - zamiast zniechęcić wyborców do Platformy, jeszcze bardziej zrazi ich do Prawa i Sprawiedliwości.
Dlaczego tak sądzę? Juz wyjaśniam:


1) Generalnie, ludziska w Polsce lubią, gdy w polityce panuje święty spokój, nie znoszą zaś, kiedy politycy “się kłócą”. To, że spór jest istotą demokracji i że w momencie, gdy politycy różnych opcji zaczynają się ze sobą zgadzać, rzeczona demokracja zamienia się w kryptotyranię - to jeszcze do nadwiślańskiego "elektoratu" nie dociera. Nie ten etap, panowie.


2) Reklamówka idealnie wpisuje się w wizerunek agresywnych i antypatycznych Kaczyńskich, który reżymowe media wszelkiej maści skutecznie wdrukowały w świadomość "mediotrawców". W efekcie, przeciętny telewidz zamiast zastanowić się nad przekazem, odniesie wrażenie, że ten wredny, kurduplowaty Kaczor znów wywołuje jakąś awanturę.


3) PiS nie wyciągnął wniosków z poprzedniej kampanii wyborczej, gdy spoty typu "mordo ty moja" okazały się przeciwskuteczne - przekonywały już "przekonanych", odstręczały zaś tzw. wyborcze "bagno", uprzejmie zwane "elektoratem centrowym" vel “umiarkowanym”.

4) Pamiętacie spot z kampanii prezydenckiej Krzaklewskiego? Ten, pokazujący Kwaśniewskiego z Siwcem, parodiujących Papieża? Przypomnę, że wtedy ludzie zamiast odwrócić się od "Kwacha", ostatecznie znienawidzili "Krzaka". Tak już jest - jeżeli wyborcy kogoś lubią, to lubią. Drastyczne uderzanie w ich sympatie, obnażające nieprzyjemne sprawki aktualnego obiektu kultu powoduje, że tym gwałtowniej obracają się przeciw demaskatorowi. Ten nieszczęsny spot był gwoździem do politycznej trumny wodza AWS-u. A ludziska, w swej masie, bardziej od PiS-u lubią dziś Platformę...
Omawiana reklamówka PiS-u swą estetyką jako żywo przypomina tamtą, sprzed lat. I co z tego, że pokazuje ona "szczyro prawdę", że patrząc obiektywnie, PiS ma rację. Sorry, ale nie ma to nic do rzeczy. Krzaklewski wtedy też “miał rację”. Wiadomo jak skończył. Dla zapominalskich - przegrał w pierwszej turze.


5) Podsumowując, uważam, że przekaz "negatywny" należy dawkować łyżeczką, a nie chochlą i obudowywać przekazem "pozytywnym" - np. kreując wizerunek Jarosława Kaczyńskiego jako odpowiedzialnego, statecznego męża stanu. Zrównoważonego, "pewnego faceta na ciężkie czasy”. I, w domyśle, puścić przy tym oko - wiecie, nie to co ten trzpiotowaty Tusk, który dla piłki nożnej zapomina o państwowych obowiązkach. Walenie pięścią miedzy oczy, z czym mamy do czynienia w inkryminowanym filmiku, to chwyt stanowczo za "gruby". Dyskretna ironia, aluzyjka lepiej załatwiają sprawę.
Swoją drogą, ciekaw jestem, kto za to odpowiada. Osobiście, wyczuwam temperament Jacka Kurskiego. A może to samemu Wodzowi znudziła się rola "good guy" i postanowił włożyć z powrotem bokserskie rękawice? Jeśli tak, to ma, czego chciał - wraże przekaziory rzuciły się na żer jak stado wygłodniałych sępów. Pretekst mają idealny - od "marnowania pieniędzy podatników" po skrajność formy przekazu. Kiedyś pisałem: "nie dawać łatwego żeru wrogim przekaziorom". Zdanie to podtrzymuję nadal. W całej rozciągłości.

Gadający Grzyb

P.S. Walterownia po emisji spotu dostała istnego kociokwiku. Widok spanikowanej Anity Werner, czy Konrada Piaseckiego (na cyklicznych gościnnych występach), którzy pokrywając strach zdubeltowaną agresją, odpytywali na okoliczność reklamówki polityków PiS-u, był miodem lanym na moje serce. Oni autentycznie się przestraszyli. Funkcjonariusze WSI 24 po raz pierwszy od dłuższego czasu zatrzęśli odwłokami. Zatem, składam publiczne przyrzeczenie: jeżeli jakimś cudem okaże się, że taktyka przyjęta przez PiS w obecnej kampanii zaowocuje „uwaleniem” Platformy, odszczekam powyższą analizę. Co więcej, zrobię to z prawdziwą przyjemnością.

Diabeł w ornacie.


Michnik vs "Le Monde"

Jakiś „Francuz mowny” wysmarował w „Le Mondziaku” bzdurną recenzję „Katynia” Wajdy, w której to żabojadzkiej bazgraninie ignorancja walczyła o lepsze ze złą wolą i aroganckim tupeciarstwem (z grubsza rzecz biorąc, chodziło o to, że w filmie nie ma nic o Żydach, co ma dowodzić kryptoantysemityzmu Polaków jako takich, a reżysera w szczególności). W odpowiedzi Michnik spłodził sążnistą polemikę, w której rzeczowo i spokojnie sprostował co większe bzdury, używając przy tym, nietypowo jak niego, wyważonego języka. Poważnie – zero tak charakterystycznej dla Michnikowej publicystyki histerii czy nadętego moralizatorstwa. Tylko punktowanie i przypominanie podstawowych historycznych faktów. Rzecz sama w sobie godna odnotowania.

No właśnie - niby wszystko pięknie, tak przecież być powinno – skoro ukazuje się tekst bezsprzecznie głupi i oszczerczy, to jedno z najbardziej wpływowych polskich piór zajmuje publicznie odpowiednie stanowisko.

Dlaczego zatem w trakcie lektury Michnikowej polemiki odnosiłem wrażenie, że czytam kazanie przysłowiowego diabła w ornacie?

Po pierwsze, Michnik sprawia wrażenie, jakby spadł z Księżyca i nie zdawał sobie sprawy, że podobne antypolskie stereotypy są na Zachodzie normą. Autor „recenzji” dał po prostu wyraz przekonaniom powszechnym w swoim środowisku, traktując je jako „oczywistą oczywistość”. Podobne głosy w zagranicznej prasie nie są niczym nadzwyczajnym i ukazują się dość często. Nie przypominam sobie, by Oberredaktor mocą swego pióra i autorytetu bronił wcześniej w podobnych sytuacjach dobrego imienia Polski. Michnik obudził się dopiero, gdy bliski mu ze względów towarzysko – ideowych tytuł zaczepił zaprzyjaźnionego reżysera.

Po drugie, narodowy pryncypializm, którym Michnik zechciał podzielić się z nadsekwańską gawiedzią (polemika ma ukazać się również w „Le Monde”) nijak się ma do dogmatów lansowanych przez jego gazetę, gdzie wątek polskiego antysemityzmu, ksenofobii, endeckiego żydożerstwa, którym jakoby przesiąknięta była przedwojenna Polska, zajmuje tak poczesne miejsce. Przypomnijmy - lansowanie historycznych hochsztaplerów pokroju Grossa, wyciszanie emocji przy okazji ewidentnych nadużyć (ostatni przykład – „linia” „Wyborczej” w sprawie działalności braci Bielskich i filmu „Defiance”), nieco wcześniejsza histeria wokół Jedwabnego – przykłady można by mnożyć w nieskończoność. Co więcej, Michnik w roli pogromcy polskiego antysemityzmu dawał się często poznać również za granicą i śmiem twierdzić, że w środowisku francuskiej lewicy był głównie z tego znany. To dopiero muszą się teraz w „Le Mondziaku” dziwować i skrobać po łepetynach: „Co się temu Adasiowi stało? Zawsze ostrzegał przed drzemiącymi w polskim społeczeństwie demonami - w gruncie rzeczy napisaliśmy to samo, o czym nam wielokrotnie perorował, a tu coś takiego… Co go ugryzło?”

Po trzecie – motywacja. Nie dziwcie się, towarzysze redaktorzy – po prostu zaczepiliście nie tego faceta. Wajda to jedna z ostatnich gwiazd w przywiędłym Michnikowym salonie, dyżurny podpisywacz wszelkich listów i apeli, lansowany na intelektualistę. Michnik musi bronić jego dobrego imienia w swoim własnym, dobrze pojętym interesie. Salonowa trzódka powinna wszak mieć psychiczny komfort wynikający ze świadomości, że jakby co, to patron się za nimi ujmie. Gdyby Michnik nie zareagował, dałby tym samym swojemu środowisku fatalny sygnał utraty wpływów i znaczenia, zaniku międzynarodowego autorytetu, w który to autorytet wielbiące go towarzystwo wierzy święcie, ba – wiara ta stanowi wręcz podstawę ich światopoglądu. Zachwianie tego przekonania poderwałoby status ontologiczny ich oglądu rzeczywistości. Bóg jeden wie, czym mogło by się to skończyć…

Po czwarte – wspomniany na wstępie styl. Michnik taktownie nie wypomina francuskiej kolaboracji i współudziału w eksterminacji Żydów. Nie pisze, że kto jak kto, ale Francuzi są jednymi z ostatnich, którzy mieli by prawo mówić o antysemityzmie innych nacji. Wszystko to, w połączeniu z nadzwyczaj łagodnym tonem polemiki, pozbawionej charakterystycznych dla Michnika bluzgów (ani słowa o „młodych gnojach”, „pętakach”, czy choćby „nieświętych młodziankach”) wyraźnie sugeruje, że nie mamy tu do czynienia z fundamentalnym sporem a jeno z towarzyską sprzeczką w gronie przyjaciół. Ot, taka dobrotliwa połajanka w obronie swego totumfackiego, na użytek której diabełkowi wygodnie było przebrać się w ornat historycznego obiektywizmu.

Gadający Grzyb

P.S. Nie mogę się oprzeć, muszę zacytować choćby fragment omawianej polemiki:

„Nie był to jedyny dogmat zakłamania lewicowego. Drugim dogmatem było przekonanie, że Polacy wyssali antysemityzm z mlekiem matki, a jedynymi ofiarami niemieckiej okupacji byli Żydzi”.

Doprawdy, blaskomiotne miedziane czoło Oberredaktora jaśnieje niczym słońce na firmamencie obłudy…


pierwotna publikacja: http://www.niepoprawni.pl

O hipokryzji i gópim Farfale.


Kolejny apel "Wyborczej"

Hipokryzja.

„Wyborcza" wysmażyła apel o odwołanie Farfała z funkcji p.o. szefa TVP. Jak zwykło bywać w takich przypadkach, uderzono w najwyższe moralne tony, zebrano podpisy, tudzież komentarze, z grubsza rzecz biorąc, tej samej, co zwykle, salonowej menażerii - czyli, tak zwanych „intelektualistów" o których intelektualizmie, co wiadome czynimy wszem i wobec, świadczy fakt, iż zostali zawezwani przez „GW" do złożenia podpisów i wydania odpowiednich odgłosów jako intelektualiści właśnie. Ot, taki, genialny w swej prostocie plemienny rytuał robiący za samonapędzającą się maszynkę intelektualizmu.

Jako jedną z przyczyn apelu podano, jakże by inaczej, nastoletnie zaangażowanie Farfała w faszyzującej organizacji (ile lat miał wtedy? szesnaście? ja w tym wieku byłem hipo-punko-rocko-coś-tamosiem i myślałem, że Mazowiecki to prawica - gdyby zastosować logikę "Wyborczej", dzisiaj, z uwagi na młodzieńcze zaszłości, nie powinno być dla mnie miejsca na Niepoprawnych ;)).

Ale dość dygresji. Zarówno głównomedialni publicyści, jak i bloggerzy zwracali juz na zjawisko uwagę, wiec tylko pokrótce powtórzę: powoływanie się na epizod z przed lat i późniejsze wszechpolakowanie Pana Prezia, świadczy o wyjątkowej hipokryzji środowiska, które gotowe jest gładko tłumaczyć „młodzieńczym zauroczeniem" zaangażowanie swoich świętych w komunizm w hardcoreowym stalinowsko - bierutowskim wydaniu i nie widzi nic zdrożnego w dzisiejszym brataniu się „ponad podziałami" z czerwonymi szumowinami, tylko dlatego, że ci raczyli posunąć się nieco i zrobić właśnie im miejsce w „postokrągłostołowej rzeczywistości", co obecnie poczytywane jest jako wieeelka zasługa dla Polski.

Z wyjątkowym smutkiem muszę odnotować tu glos Wojciecha Waglewskiego. Prawdę powiedziawszy, nie podejrzewałem go o takie saloniarskie zacietrzewienie. A tu, proszę:

"Wszystkimi rękami i nogami podpisuję się pod apelem, by wyrugować wszelkie nacjonalizmy z jakichkolwiek ośrodków sterujących umysłami ludzi. Myślę, że wystarczy już idiotyzmów w naszej przestrzeni publicznej"

Uff… A ja miałem go za zrównoważonego faceta... Przy okazji, proszę zwrócić uwagę na stwierdzenie wyrażone expressis verbis, że telewizja jest jednym z "ośrodków sterujących umysłami ludzi". Co prawda, to prawda - jest. Mosznowe bóle Salonu nasilają się dopiero wtedy, gdy telewizja zaczyna sterować umysłami "nie po linii". Cóż, nadal będę słuchał VooVoo i refleksyjnych tekstów Wagla - ale, mimo wszystko, jakoś przykro. Panie Wojciechu, warto płacić cenę wiarygodności za fawor przynależności do grona dyżurnych "podpisywaczy" vel "intelektualistow"?

Gópi Farfał.

Zresztą, apel W.W. to trafienie kulą w płot. Kto jak kto, ale Farfał zrobił wszystko, by Parnasiarze nie mieli powodów do czepiania się. Kierowany małostkową złośliwością, wywalił niemal wszystkich dziennikarzy, których dało się słuchać, niedobitków zaś przemieścił w ramówce tak, by nieuchronnie spadla im oglądalność (vide: środa - "Warto rozmawiać" Pospieszalskiego nadawane jest na "dwójce" w godz. 23:25 - 00:15, przy czym pokrywa się częściowo z... programem Wildsteina w "jedynce", godz. 23:55 - 00:30, sic!). Do tego, w publicystycznym prime timie (wtorek, godz. 22:05) powróciła zmora SLD-owskiej telewizji, Andrzej Kwiatkowski, którego moje oczy miały nadzieję już nigdy nie oglądać... Jeżeli istnieje coś takiego jak żałosna perfidia, to właśnie mamy z nią do czynienia.

Środowiska twórczo - intelektualne jakoś nie odnotowały na wskaźnikach swych, jakże wyczulonych, moralnych sejsmografów, antenowego come backu Andrzeja Kwiatkowskiego - wzorca stronniczości i koniunkturalizmu. Po udanej nagonce na "Misję Specjalną", kolejne odejścia/zwolnienia z mediów publicznych były przez "GW" skrupulatnie rejestrowane coraz bardziej zwięzłymi notkami, przeplatanymi "na alibi" wtrętami o Farfale, z obowiązkowym przypomnieniem neonazistowskiej przeszłości. Aż nadszedł czas, gdy na Woronicza ostały się jeno niepewne swego bytu „telewizyjne kurwiszony" (copyright by Siara), pilnie potrzebujące możnego alfonsa.

Farfał nie jest możnym alfonsem.

Nazistowski Murzyn zrobił swoje, nazistowski Murzyn może odejść.

"Gópi Farfał" - takie właśnie napisy powinno się teraz bazgrać na murach przy ulicy Woronicza. Ku urągowisku i przestrodze. Mały człowieczek, któremu status "prezesa od papieru toaletowego" dopiekł na tyle, by epizodyczną funkcję decydenta spożytkować na zdławienie ostatnich enklaw niezależnej myśli w, tfu, mediach publicznych. Wkrótce go nie będzie - ale marna to pociecha. Znakomicie spacyfikował terytorium na które wkrótce powrócą "starzy, sprawdzeni fachowcy". Owszem, zdaję sobie sprawę z tego, ze Farfał to pewne ciało zbiorowe, „słup" za którym kryją się faceci drugiego planu. Pytanie, czy Farfał zdaje sobie z tego sprawę. Jest bowiem człowiekiem, który będąc ponoć wszechpolakiem zrobił dla „odzyskania" przez Salon publicznej telewizorni więcej niż ktokolwiek inny. Trauma żelaznej ręki Kaczyńskiego była aż tak dojmująca? Liczy na jakieś apanaże „za zasługi" przy "nowym rozdaniu", czy może uznał, że „po nas choćby Robert Kwiatkowski"?

Gópi Farfale - gdybyś przynajmniej był "wszechpolackim" ideowcem to, przy wszystkich różnicach, jakoś bym ciebie szanował. Tymczasem, okazałeś się zakompleksionym, małym draniem, którego wkrótce „sczyszczą" w podobnym stylu, w jakim ty „sczyściłeś" TVP. Za cienki w uszach jesteś by przetrwać. Już po tobie.

Przerosła cię własna kariera.

Nie jesteś "ich".

Twój infantylny cynizm śmieszy.

Jesteś niczyj.

Gadający Grzyb

P.S. Tekścik napisałem 08.04, ale niemal przez dwa
tygodnie byłem odcięty od internetu – „kochana” kablóweczka… Dlatego zamieszczam go dopiero teraz.

A, przy okazji: http://www.niepoprawni.pl/blog/287/wyfarfalenie-%E2%80%9Epontona%E2%80%9...

Obiecanki i odloty.


Wałęsa nie-emigruje, Sikorski się stacza.

I. Obiecanki.

Jak wiadomo, Wałęsa zagroził, emigracją, zwrotem nagrody Nobla (ciekawe, czy również w jej finansowym wymiarze?) i wszelkimi plagami, które mają spaść na naszą Ojczyznę z zaprzestaniem działalności publicznej Noblisty na czele. Rychło jednak okazało się, że były to charakterystyczne dla Wałęsy obiecanki - cacanki, które znamy co najmniej od czasów sławetnych „100 milionów”. Tym bardziej kabaretowo wyglądały przebłagalne adresy słane na ręce Noblisty przez Salon i gromkie wyrazy potępienia pod adresem IPN-u, który wprawdzie z publikacją Zyzaka nie miał nic wspólnego, ale co tam fakty – grunt że, jak spiżowo ujął to Żakowski w „Skanerze politycznym” – IPN jest odpowiedzialny za „stworzenie atmosfery”, w której takie książki mogą się ukazywać.

Ach, jaka wyziera z tych słów tęsknota za rajem utraconym III RP, gdzie ,faktycznie, nic sprzecznego z aktualnymi salonowymi dogmatami nie miało szans i prawa się ukazać, a nawet jeżeli, to zdrowe milczenie zjednoczonych mediodajni skutecznie strącało niewygodną publikację w niebyt. Jednocześnie tęsknota ta podszyta jest wyczuwalnym strachem w obliczu którego w niepamięć muszą pójść całkiem niedawne lata, gdy dzisiejsi obrońcy Wałęsy traktowali go jako wroga publicznego nr 1, „wariata z siekierką”, zagrożenie dla demokracji i generalnie, stosowali wobec niego identyczną retorykę, jak dziś w stosunku do Kaczyńskich. Wspomniany strach wypływa z oczywistych przyczyn – skoro dziś „nieświęci młodziankowie” podnoszą rękę na Wałęsę, to znaczy, że jutro gotowi zamachnąć się na każdego z salonowych autorytetów, których pozycja wszak w znacznej mierze opiera się na biografiach.

A ja mam takie skromne pragnienie: gdyby tak wszyscy Żakowscy tego świata zamiast bronić z ogniem w oczach kolejnych „Bolków”, podłączyli się do emigracyjnej inicjatywy i wybyli gdzieś do Ekwadoru… Chociaż nie, z Ekwadoru wykopałby ich pewnie Cejrowski i gotowi jeszcze wrócić. Może więc Peru? „Tusku musisz” już przetarł im szlaki… Ech, marzenia, marzenia…

II. Odlot, czyli strefa zrekomunizowana.

Dużo większy kaliber niż wałęsowskie pajacowanie ma odlot, jaki zaliczył Radosław Sikorski podczas swych uniwersyteckich elukubracji. Niemal otwarte zaproszenie Rosji do NATO świadczy o kompletnym zatraceniu poczucia rzeczywistości w pogoni za sekretarskim stołkiem w Sojuszu. Przemowa pana ministra udowadnia ostatecznie, że po dawnym Sikorskim – republikańskim antykomuniście nie zostało śladu. Jest już tylko ślepy pęd ku karierze, w trakcie którego nie liczy się nic, a dobro własnego kraju w szczególności.

Czy minister Sikorski nie zdaje sobie sprawy, że przystąpienie Rosji do NATO (poteoretyzujmy chwilę) oznacza automatyczną wasalizację Polski wraz z pozostałymi krajami naszego regionu i odbudowę zależności z czasów Układu Warszawskiego? Tak jak ostatnio Sikorski, gadać może jedynie skończony głupiec lub zdrajca, który dla międzynarodowych apanaży i udowodnienia, że jest prorosyjski bardziej niż Obama, Merkel, Berlusconi i Sarkozy razem wzięci, wyrzuca narodowe interesy do kosza jak niemodny gadżet. Wypowiedź Sikorskiego oczywiście poleciała natychmiast w świat, budząc wśród natowskich prominentów zażenowane milczenie. Dawno nikt nie ośmieszył nas na arenie międzynarodowej do tego stopnia. A wszystko to za nadzieję klepnięcia po ramieniu (byle przed kamerami!) przez któregoś z możnych tego świata.

„Strefa zdekomunizowana”? Pora zmienić tabliczkę, panie Sikorski.

Gadający Grzyb

Prawo Tyrmanda, czyli cieplarniani kontestatorzy.


„Chcę, by moje nazwisko na zawsze już było związane z prawem, które odkryłem i sformułowałem. Prawo to brzmi: Wartość rewolucjonisty jest odwrotnie proporcjonalna do jakości systemu, z którym walczy. Im bardziej represyjny i okrutny jest system, tym bardziej bohaterski i gotowy do ofiar jest buntownik. I na odwrót. Im bardziej pobłażliwy jest system, tym bardziej nijaki jest rewolucjonista”.

Leopold Tyrmand, „New Yorker” 1969

Przytoczone powyżej „Prawo Tyrmanda” nasunęło mi się niejako „z automatu”, gdy niedawno oglądałem telewizorniane przebitki ze wstępnych demonstracji przed szczytem G – 20 w Londynie. Otóż, zjawisko, które zaobserwował i znakomicie zdefiniował Tyrmand, odnoszące się do zachodniego „pokolenia gównojadów” (http://www.niepoprawni.pl/blog/287/pokolenie-gownojadow%E2%80%A6) , czterdzieści lat później wciąż ma się świetnie i pączkuje niczym ciepłe drożdże w dzieży.

Jakoś tak się niefortunnie stało, iż kamery pracowicie rejestrujące poczynania ideowych potomków wspomnianego pokolenia, zaprezentowały szerokiej publiczności pewnego niedorobionego maminsynka, który łkał, iż… wokół jest za dużo policji! Jak można się domyślać, gdyby policji nie było, lub ograniczyła się do biernego asystowania, to licznie zgromadzeni „alter-coś-tam” dopiero by pokazali, co potrafią.

Tu pozwolę sobie na przeskok o trzy lata wstecz, kiedy to w Petersburgu odbywał się szczyt G-8 (lipiec 2006). Istne deja vu. Wtedy również zamaskowani antyglobaliści wypłakiwali się do kamer, że „nie ma szans na jakąkolwiek demonstrację, bo sprowadzono OMON chyba z całej Rosji” (posiłkuję się tu notatką, którą zapisałem wtedy „na gorąco”).

No proszę. W obu scenkach jak na dłoni ujrzeliśmy cały picowny heroizm i kabotyństwo „alterglobalistycznych” rewolucjonistów. Protestując do tej pory na cieplarnianym Zachodzie, gdzie policja wręcz bała się interweniować, by przypadkiem nie posądzono jej o „przesadną i nieuzasadnioną brutalność” (poważnie! tego rodzaju zarzuty pojawiały się po kolejnych zadymach!), „anty – alteryści” (czy jakoś tak…) hasali sobie w najlepsze, bohatersko tłukąc witryny i podpalając samochody; gdy zaś zjawili się w Rosji, gdzie zetknęli się z dziedzictwem bizantyjsko – mongolskim, wzbogaconym o dziesięciolecia komunizmu, z miejsca ścierpły im tyłki. Wtedy, jak pamiętam, car Putin pozwolił im pohałasować ździebko na stadionie, by zachodni przywódcy nie pomyśleli sobie że, Boże broń, w Rosji nie ma demokracji…

Łkający do kamer „anty-alteryści” sami nie wiedzą jakiego dobrodziejstwa wtedy doświadczyli. Przecież Władimir Władimirowicz równie dobrze mógł kazać ich wystrzelać. I z pewnością jakoś by to rozliczył w swym czekistowskim sumieniu. Świat ani by kwiknął.

Szczyt się skończył (szczerze mówiąc, nawet nie chce mi się sprawdzać – czym), zaś „alterystów” odesłano ciupasem do domów. Paszli won. Urządzajcie burdy na swoich podwórkach. Zszokowanym „rewolucjonistom” pozostały jęki i płacze do międzynarodowych kamer, przed którymi akurat przy tej okazji nie byli zbytnio eksponowani (doktryna „niedrażnienia Rosji” wzięła wtedy górę nad miłością wobec medialnych pieszczoszków – „rewolucyjnych globalistów”).

Podobnie dzisiaj. Angielscy „Bobbies” słyną z tego, że nie dają sobie dmuchać w kaszę. „Alteryści” zatem rozpoczynają płacze wstępne. Ich argumentację można streścić w krótkim zdaniu: „Nie możemy dymić, bo nas pobiją”.

Ot, tacy cieplarniani kontestatorzy, którzy, owszem, zrobią zadymę, ale tylko wtedy, gdy będą mieli przekonanie graniczące z pewnością, że nic poważnego im się nie stanie, zaś gdyby przypadkiem ktoś oberwał, to momentalnie ujmą się za nim potężne, postępowe mediodajnie. Dodajmy, iż później można dzięki temu pozować na bohaterskiego bojownika o wolność, równość i sprawiedliwość globalną. Oczywiście, wszystko to pod warunkiem, że nie przyjdzie demonstrować w kraju, gdzie mamy do czynienia z pewnym… jakby tu rzec… deficytem wymienionych wyżej wartości (Rosja), czy w miejscu, gdzie obarczeni kryzysem światowi decydenci zwyczajnie nie mają czasu na dyrdymały i (jak bywało w czasach prosperity) wysłuchiwania rzewnych alter - pierdół jakiegoś tam Bono.

Nie wiem, czy sami, hm… powiedzmy: „alter – ten - tego – tegesiarze” zdawali sobie sprawę, iż pobyt w Petersburgu był dla nich poważną próbą wiarygodności a przede wszystkim – lekcją. Czas londyński pokazuje, że z tego doświadczenia nie wyciągnęli żadnych wniosków.

Gadający Grzyb

Pierwotna publikacja http://www.niepoprawni.pl/blog/287/prawo-tyrmanda-czyli-cieplarniani-kontestatorzy

„Urbi et Orbi”.


Największa prowokacja naszych czasów.Jan Paweł II Urbi et Orbi.

Papież umierał. Umierając, błogosławił. Błogosławił po operacji tracheotomii, która pozbawiła go głosu. Tkwił w okiennym otworze, żegnając się z Miastem i Światem. To była Niedziela Wielkanocna 27. III. A.D. 2005. Kilka dni później, drugiego kwietnia o godzinie 21:37, zmarł. Tłumy na placu św. Piotra. Tłumy w kościołach całego świata. Poza Europą, rzecz jasna. Ta, idąc za przykładem Francji – najstarszej, lecz jakże wiarołomnej córy Kościoła, odetchnęła z nieskrywaną ulgą. Gdy następcą okazał się być kardynał Ratzinger, oświeceni tego świata zawyli ze zgrozy – i tak im zostało. Wyją do tej pory.

Papieskie konanie drażniło. Prowokowało. Czemu się nie schowa? Dlaczego ze swą agonią nie zejdzie ludziom z oczu? Oświeceni głupcy nie mogli pojąć, jak można t a k zachowywać się w obliczu śmierci. Do końca nie zrozumieli, że ze strony Jana Pawła II była to nauka (i przedśmiertny happening wymierzony w cywilizację śmierci). Kapłańska powinność wobec Boga, owczarni, miasta, świata. Niezrozumienie budziło sprzeciw. Powodowało wewnętrzny dyskomfort. Kłuło, niczym zadra pod paznokciem.

Taak, sumienie to wyjątkowo uciążliwy lokator duszy. Krzyczy tym głośniej, im bardziej usilnie jest mordowane. Wali w ściany, szarpie za klamkę, kopie w drzwi. I wrzeszczy: - pozwól się zbawić!

Ciekawe, czy ktoś na tyle pojął jak żyć, by w ostatnich godzinach móc powiedzieć ze śmiertelnym spokojem: „pozwólcie mi odejść do domu Ojca”?

Gadający Grzyb

pierwotna publikacja http://www.niepoprawni.pl/blog/287/urbi-et-orbi

czwartek, 26 marca 2009

Rosja, czyli „ober - szef” NATO.


Obserwując NATOwskie konwulsje, a to przy ustalaniu nowej strategii, to znów przy wyborze nowego sekretarza generalnego, nie mogę opędzić się od myśli, iż ośrodek decyzyjny tej jednej z najważniejszych światowych struktur od jakiegoś czasu znajduje się daleko poza granicami któregokolwiek z jej państw członkowskich. Konkretnie, niemal niepostrzeżenie, choć, paradoksalnie, na naszych oczach, wywędrował na Kreml. Co więcej, stało się tak na własne życzenie czołowych przedstawicieli Sojuszu.

Doprowadziła do tego obłędna polityka „niedrażnienia” Rosji uprawiana z maniackim uporem nawet obecnie, gdy Rosja przeżywa najgorszą gospodarczą zapaść od czasów Jelcyna i fizycznie nie byłaby w stanie się przeciwstawić np. poszerzeniu NATO o Gruzję, czy Ukrainę co, jak każde ograniczenie mocarstwowych zapędów Kremla, leży w najlepiej rozumianym interesie Paktu. Niestety, zamiast długofalowej wizji, mamy do czynienia z postępującą „europeizacją” Sojuszu, rozumianą jako uprawianie doraźnej polityki „świętego spokoju” i gazowe geszefciarstwo, stawiające kluczowe kraje zachodniej Europy w sytuacji ćpuna uzależnionego od kolejnej „działki” błękitnego paliwa. (Tak, wiem, że polityka energetyczna to domena UE, ale skoro te same kraje są zarazem członkami NATO, nie może to nie wpłynąć również na sytuację Paktu).

Oczywiście, po przeżartej pacyfizmem Europie, która wysyłając z musu swych żołnierzy do Afganistanu, zabrania im zarazem walczyć (casus Niemiec), trudno byłoby spodziewać się jakiejś spektakularnej stanowczości, ale takie kwiatki, jak wybieranie sekretarza pod niemal jawne dyktando Moskwy, świadczą o zaniku elementarnego instynktu samozachowawczego. Można powiedzieć, że Pakt wręcz uprzedza życzenia Rosji, bo taki Radek Sikorski w ostatnich latach zrobił niemal wszystko, by zapomniano i wybaczono mu młodzieńcze porywy z Afganistanu, antykomunizm, czy działalność w republikańskim think - tanku. Dokonał politycznego zwrotu dosłownie o 180°, a mimo to, jako Polak, nie okazał się dla Rosji „strawny”. I szefem będzie Rasmussen.

Do pewnego momentu gwarantem, iż NATO nie rozlezie się jak dziadowskie gacie były Stany Zjednoczone i to mimo kilku błędów Busha (np. początkowe złudzenia co do Putina). Jednak to, co wyprawia Obama ze swą ekipą, przypomina najczarniejsze czasy Jimmy’ego Cartera. Postawienie na „współpracę” z Rosją już daje efekty – likwidacja amerykańskiej bazy w Kirgistanie plus rosyjska zapowiedź utworzenia bazy w Abchazji, to niewątpliwie wielce obiecujący początek. A będzie jeszcze lepiej. Zdanie się na rosyjską pomoc w rozmowach z Iranem n.t. rezygnacji z planu atomowego nosi znamiona zbrodniczej wręcz ignorancji. Rosja niewątpliwie „pomoże” - ale Iranowi, dostarczając mu, jak czyniła do tej pory, materiały i technologie. Zapowiedź konsultowania z Kremlem niemal każdego posunięcia na geopolitycznej mapie z tarczą antyrakietowa na czele (aż do rosyjskiej partycypacji w projekcie włącznie) oznacza w prostej konsekwencji, iż Sojusz i USA nie zrobią niczego wbrew woli Kremla. Innymi słowy, Rosja, która wciąż traktuje NATO jako swojego głównego wroga (taka postsowiecka trauma), będzie de facto decydować o jego poczynaniach. Doprawdy, w tym kontekście, rozbrajająco brzmią zapewnienia Hillary Clinton, że „Rosja nie ma prawa do strefy wpływów w Europie Środkowo-Wschodniej”. Napisałem, że polityka Obamy przypomina czasy Cartera? Błąd – Obama ma wszelkie dane, by Cartera przebić. Może nawet dostanie pokojowego Nobla i Rosja łaskawie nie zaprotestuje.

Na zakończenie kilka słów o Francji. Jej powrót do militarnych struktur Paktu, to gwóźdź do trumny NATO, jako efektywnej organizacji. Nikt chyba nie łudzi się, że Francja uczyniła to by wzmóc militarną siłę Paktu. Jest to z jej strony typowa „inwestycja w przyszłość”, by tym skuteczniej do spółki z europejskimi wspólnikami chwytać Stany Zjednoczone za ręce, w razie gdyby Jankesom strzeliło do głowy znów się „awanturować” i „szerzyć demokrację” wbrew woli Kremla. Znając francuską i ogólnoeuropejską, masochistyczną wręcz spolegliwość wobec Rosji mamy gwarancję paraliżu struktur Sojuszu jak w banku.

Rosja „ober - szefem” NATO? A jak, do kroćset, nazwać to inaczej?


Gadający Grzyb

P.S. A Polska się rozbraja „bo trzeba ciąć wydatki”. Szkoda gadać…

Pisał też o tym Jaku: http://www.niepoprawni.pl/blog/5/znow-musimy-prosic-moskwe

pierwotna publikacja:

http://www.niepoprawni.pl/blog/287/rosja-czyli-ober-szef-nato

Sen o fundacji.


Jak wiadomo, Adam Michnik przegrał ostatnio z IPN proces dotyczący przedwojennej działalności jego ojca – Ozajasza Szechtera. Przypomnijmy, że Szechter został skazany za próbę obalenia przemocą ustroju państwa polskiego (chodziło o działalność w kontrolowanej przez Sowietów Komunistycznej Partii Zachodniej Ukrainy), tymczasem IPN w swej publikacji mylnie podał, iż ojca Michnika skazano za szpiegostwo. Wprawdzie Instytut wystosował w swym biuletynie odpowiednie sprostowanie wraz z przeprosinami, lecz Michnika to nie zadowoliło i zgodnie ze swym zwyczajem wypichcił wobec IPN - u pozew, który jako się rzekło, został właśnie oddalony.

Trudno nie zgodzić się tu z cytowaną przez media wypowiedzią Piotra Gontarczyka, iż w całej tej sądowej drace chodziło Michnikowi o swoiste rozpoznanie bojem – czyli, cytuję, „sprawdzenie, jak daleko może się posunąć w terroryzowaniu debaty publicznej i świata nauki za pomocą pozwów sadowych”. W tym przypadku plan nie wypalił a sąd zachował się przytomnie (na marginesie – na stronie „Wyborczej” próżno szukać o tym choćby wzmianki). Nie wpadałbym jednak w euforię i nie traktował tego wydarzenia jako jaskółki kończącej zimę terroru Michnikowego pieniactwa. Wiele jeszcze wody sodowej Michnik obali, zanim nasze sądy zaczną traktować go jak każdego innego obywatela.

Na marginesie całej sprawy chciałbym jednak podzielić się pewnym marzeniem, które od jakiegoś czasu mi towarzyszy. Marzenie to ma postać fundacji, którą roboczo nazwałbym „Fundacją Pomocy Osobom Wchodzącym W Spór Prawny Z Adamem Michnikiem I Koncernem Agora”. Ideałem byłoby osiągnięcie przez nią statusu organizacji pożytku publicznego. Instytucja taka, przynajmniej w części niwelowałaby finansową przepaść między procesującym się za pieniądze koncernu Michnikiem a jego ofiarami. Osoby pozwane, lub chcące wnieść pozew, niszczone na łamach „Wyborczej” uzyskałyby tu wszechstronną pomoc – zarówno prawną (w postaci swoistego fundacyjnego „adwokata z urzędu”) jak i np. psychologiczną (nagonka „wyborczego” Salonu wielu potrafi załamać). Źródłem finansowania działalności, prócz datków, byłaby część zasądzanych od „Agory” odszkodowań (a co, walnięcie po kieszeni zaboli ich najbardziej). Sądzę, że już kilka przegranych przez „Agorę” procesów w znaczący sposób ukróciłoby Michnikowe szaleństwo i walnie przyczyniłoby się do odkneblowania publicznej debaty.

Oczywiście, są i trudności. Pierwsza, to finanse „na rozruch” podobnej inicjatywy (trzeba tu naprawdę odważnych i transparentnych sponsorów). Druga, to ludzie – prawnicy, psychologowie, wolontariusze, którzy nie boją się napiętnowania, ostracyzmu i nieuchronnych prób zafundowania im „śmierci cywilnej” w czym jak wiadomo „Wyborcza” celuje.

Mimo to, pomysł jakoś nie daje mi spokoju. Jak myślicie, czy jest to realne?

Pozdrawiam

Gadający Grzyb



pierwotna publikacja
http://www.niepoprawni.pl/blog/287/sen-o-fundacji

środa, 25 marca 2009

Dlaczego Radosław Sikorski nie zostanie szefem NATO?


Parę tygodni temu gruchnęła wiadomość o kandydaturze min. Sikorskiego na funkcję Sekretarza Generalnego NATO. Reżimowe mediodajnie dostały w związku z tym obowiązkowego w takich razach euforycznego amoku i z miejsca przystąpiły do gigantycznego „lansu”, mającego wywołać wrażenie, jakby Sikorski był już pewniakiem, a „przyklepanie” jego kandydatury na najbliższym szczycie Sojuszu – prostą formalnością. Tymczasem, wkrótce okazało się, że ta cała propagandowa piana nie była warta funta kłaków, sekretarzem NATO zostanie najprawdopodobniej duński premier Anders Rasmussen, zaś Sikorski, tak ponoć chwalony w Europie za to, że nie jest Kaczyńskim, poklepywany po plecach i ogólnie cacany, może tylko sobie na natowskie smakołyki popatrzeć, niczym dziecko przyklejające nos do szyby wystawowej cukierni. Amerykanie (bo to głównie oni decydują o tego typu sprawach) i reszta sojuszników potraktowali naszego Radzia jak pętaka.

Dlaczego tak się stało? Ano dlatego, że sam zainteresowany dał im do tego świetny powód swymi wcześniejszymi przejawami żałosnej, iście gówniarskiej nieodpowiedzialności, a wszystko to w prowincjonalno – cwaniackiej otoczce bydgoskiego doliniarza, który wszedł między prawdziwych macherów i od tej pory pielęgnuje snobistyczne rojenia o przynależności do ich ekskluzywnego grona.


Tarcza, głupcze!

Mówiąc krótko, uważam, że utrącenie kandydatury Sikorskiego to przede wszystkim pokłosie jego postawy w sprawie tarczy antyrakietowej.

Sikorski wystawił Amerykanów do wiatru, miesiącami przeciągając pozorowane negocjacje i chwaląc się tym publicznie, jacy to jesteśmy teraz twardzi i „nie rozmawiamy z Ameryką na kolanach”. Pomyślmy. Takie teksty wygłaszane tylko dla medialnej klaki wobec jedynego poważnego militarnie sojusznika, którego obecność w Polsce sama z siebie wzmacniałaby nasze bezpieczeństwo. Czesi to rozumieli, nasi włodarze owładnięci manią, by za wszelką cenę być przeciwieństwem Kaczyńskich – ni w ząb. Gdyby nie „dywersyjny” wywiad Waszczykowskiego dla „Newsweeka” i wzmożony nacisk Lecha Kaczyńskiego, do tej pory pod umową nie było by nawet parafki. To był ze strony polskiego rządu i Sikorskiego osobiście, świadomy sabotaż, celowa próba utrącenia projektu. Amerykanie takie rzeczy mogą zapomnieć tylko Rosji, a i to nie zawsze.

Sikorski, rzecz jasna, kalkulował „na Obamę”, sądząc, że po zwycięstwie Demokraty problem (no właśnie – dla Sikorskiego tarcza od początku była problemem, a nie szansą) tarczy rozwiąże się automatycznie. I tu właśnie wylazło z niego wspomniane wcześniej prowincjonalne cwaniactwo, którego najwyraźniej nie wytępił ani Oksford, ani waszyngtońsko – nowojorskie salony. Kombinując jak koń pod górę w sprawie tarczy, wyrobił sobie w oczach amerykańskiego establishmentu opinię faceta na którym nie można polegać.

Amerykanie nie poprą gościa, któremu nie sposób zaufać. Nie poprą faceta, który próbował ich orżnąć. Tacy już są, ci Amerykanie, „z którymi przestaliśmy rozmawiać na kolanach”. Gdy ktoś usiłuje w najgorszym stylu zrobić z nich idiotów, to później jakoś go nie lubią.

I guzik ma do rzeczy, że Obama też nie chce tarczy. W Stanach, jak wszędzie, są jeszcze zainteresowane nią grupy nacisku, jest również administracja działająca w myśl zasady „dłużej klasztora niż przeora”. Zasiadający w Gabinecie Owalnym napompowany medialnie fircyk pokroju Obamy jest w stanie prace nad tarczą co najwyżej spowolnić. Zbyt wiele już w ten projekt zainwestowano, by lekką ręką wyrzucać go do kosza. Poważne kraje kontynuują pewne strategiczne założenia, co najwyżej nieco inaczej rozkładając akcenty.

Nasz głupio - mądry „minio” od spraw zagranicznych, najwyraźniej nie wziął tego pod uwagę i w efekcie żenująco wręcz przekombinował.

Skutki są następujące:

1) Nie będzie tarczy (tzn. prędzej czy później będzie, lecz nie u nas);

2) Sikorski i tak nie zostanie szefem NATO;

3) Na Kremlu rechoczą i odbijają szampanskoje.

Na marginesie: przywracanie do łask skompromitowanych postaci związanych z WSI, co do którego w kwatera główna Sojuszu nie raz wysuwała zastrzeżenia i którego rozwiązanie przywitano w Brukseli z ulgą, też, delikatnie mówiąc, nie poprawiło w oczach sojuszników naszej wiarygodności.

Moskwa i Europa Zachodnia.

Sikorski zdaje sobie sprawę z tego, że obsada szefostwa NATO decyduje się również w Moskwie, tzn. sekretarz generalny musi być „strawny” dla Kremla. Stąd też jego beznadziejna polityka umizgów zarówno wobec Rosji, jak i epatowanie „bezkonfliktowością” i „konstruktywną postawą” zapatrzonej w Rosję, wykastrowanej Zachodniej Europy. Wszystko na nic. Ile medialnych pokłonów Sikorski by nie wybił, ile imprez w swoim dworku by nie wyprawił, jego kandydatura dla Rosji i posłusznego jej eunuchowatego Zachodu i tak byłaby nie do przyjęcia, podobnie jak każdego innego, choćby najbardziej spolegliwego Polaka. Dla Zachodu jako Polak i tak jest „genetycznie” obciążony antyrosyjskością, dla Rosji natomiast każde wywyższenie przedstawiciela narodu o którym świat ma zapomnieć było i jest nie na rękę. Co innego pochwalić, lub pogłaskać po główce, a co innego ofiarować tak eksponowany fotel. Jedyną siłą zdolną do przeforsowania takiej kandydatury są Stany Zjednoczone, z którymi Sikorski postąpił w opisany chwilę wcześniej sposób. Pętak i tyle.

Sikorski najwyraźniej zapomniał, że pijarowskie sztuczki, to plewy dobre dla zmanipulowanej i medialnie urobionej lemingowatej masy. Z poważnymi partnerami trzeba rozmawiać poważnie i mieć do dyspozycji poważne argumenty.

Zakończenie.

Wbrew wylanym powyżej złośliwościom, porażkę Sikorskiego odbieram bez szczególnej satysfakcji. Polak na tak eksponowanym stanowisku, to zawsze nobilitacja i prestiż dla kraju. Co bym o Sikorskim nie sądził (a opinię na jego temat mam nie najlepszą – uważam go za faceta, który rozmienił się na drobne i dla kariery sprzeniewierzył się samemu sobie, zaprzepaszczając całkiem ładne karty swojej biografii), jego szefowanie w NATO siłą rzeczy przesunęłoby nieco ciężar zainteresowań Sojuszu w stronę Europy Środkowo – Wschodniej, zwiększając uwrażliwienie możnych tego świata na problemy naszego regionu. Tak, niestety, się nie stanie. Zmarnowano szansę na choćby częściowe zrównoważenie filorosyjskiej polityki Niemiec, Włoch, Francji i wyjątkowo szkodliwych prokremlowskich „gestów” nowej amerykańskiej administracji. Sikorski w swej nieskończonej pysze, zaślepieniu i ignorancji zachował się jak rosyjski agent wpływu. Doprawdy, jeszcze paru takich użytecznych idiotów a Rosja nie będzie musiała nikogo u nas werbować i przekupywać. Rozłożymy się sami.


Gadający Grzyb

pierwotna publikacja

http://www.niepoprawni.pl/blog/287/dlaczego-radoslaw-sikorski-nie-zostanie-szefem-nato

Episkopat jak PZPN.


Motto:

"Nie ten zły ptak, co własne gniazdo kala, lecz ten, co prawdy o nim mówić nie pozwala"

C.K.N.



Przyznam się, że po decyzji Konferencji Episkopatu Polski, zamykającej i tak rachityczną, delikatnie mówiąc, próbę wewnątrzkościelnej lustracji, opadły mi ręce. Nie to, żebym się wiele po pracach kościelnej komisji historycznej spodziewał, ale taka bezczelność w utrąceniu niewygodnego tematu nawet mnie – sceptyka co do komisyjnych poczynań, na dłuższy czas pozostawiła ze szczęką przybitą do podłogi.

Mówiąc krótko, Episkopat w kwestii lustracji postąpił identycznie jak PZPN w sprawie afery korupcyjnej. Zapyta ktoś, czy to aby nie nazbyt drastyczna analogia? Otóż nie – i pozwolę sobie streścić ją w kilku krótkich punktach.

1) Milczenie.

Początkową reakcją zarówno Kościoła hierarchicznego, jak i PZPN na pierwsze doniesienia o nieprawidłowościach było głuche milczenie i udawanie, że sprawa nie istnieje, że, co najwyżej, przytrafiły się jedna - dwie „czarne owce”, które można znaleźć w każdym środowisku, zatem, generalnie, nie ma tematu. Skutkowało.

Do czasu.

2) Działania pozorowane.

Gdy zewnętrzne okoliczności sprawiły, iż nie dało się już dłużej chować głowy w piasek, podjęto klasyczne działania pozorowane w postaci komisji historycznej (w myśl ogólnie znanej zasady: „gdy nie wiadomo co zrobić z problemem, powołuje się komisję”). Z biegiem czasu, okazało się, iż komisja nie tyle ma wyjaśnić sprawę, ile wziąć potencjalnych lustratorów „na przeczekanie”. W przypadku PZPN odpowiednikiem była groteskowa „komisja etyczna”. Obie inicjatywy zakończyły się tym, czym miały się zakończyć – czyli niczym. Różnica jest taka, że wyniki prac komisji etycznej przy PZPN przynajmniej nie zostały utajnione.

3) Środowisko wobec niepokornych.

Szykany dotykające księdza Isakowicza – Zaleskiego, z próbami zastraszania i zamykania ust na czele, są ogólnie znane. Poza całą swą ohydą, dowodzą głupoty paszkwilantów i kościelnych „kneblowych”. Czy naprawdę łudzili się, że człowiek tak nieugięty wobec morderczego reżymu złamie się pod presją medialno – hierarchicznych ujadaczy? Ktoś tu osądził kogoś własną miarą… W piłkarskim światku podobny los spotkał Piotra Dziurowicza, który opisał ze szczegółami korupcyjny proceder ze swoją rolą włącznie. Efekt - nie miał już czego szukać w futbolu. Czyli – „nie trzeba głośno mówić”, a kto łamie omertę, ten wróg Kościoła/futbolu.

4) Chowanie się za autorytetem ponadnarodowych instytucji.

Polski episkopat schował się przed rozliczeniami i „stanięciem w prawdzie” za autorytetem Watykanu, podobnie jak PZPN za władzą UEFA i FIFA przy kolejnych próbach wprowadzenia zarządu komisarycznego. Ponadto, oba przypadki łączy fakt, iż nadrzędne instancje poznały tylko wersje pochodzące od bezpośrednio zainteresowanych. Po PZPN-ie i piłkarskich euro-światowych władzach nie można było spodziewać się czegokolwiek innego, ale Kościół… tu zmilczę, bo cisną mi się pod nasączone goryczą pióro najczarniejsze złośliwości. Napiszę tylko – ciut wyższe standardy byłyby ze wszech miar pożądane.

5) Argument „chaosowy”.

Wyjątkowo obłudny, toteż ten punkt potraktuję nieco szerzej.

Episkopat doszedł najwyraźniej do nader odkrywczego wniosku, iż całe lustracyjne „zamieszanie” przysłużyło się jedynie chaosowi, spadkowi zaufania do Kościoła i odbiło się negatywnie na pracy duszpasterskiej. Teraz zaś, jak objawił rzecznik KEP, będzie można się wzmiankowanym duszpasterstwem spokojnie zająć. Czyli, Kościół wpadł w stary jak świat pozorny dylemat, znany jako „myć ręce czy nogi”. Odpowiedź jest równie stara: aby osiągnąć pożądany efekt należy robić jedno i drugie. Hierarchowie nie chcą otworzyć na tę oczywistość zatkanych pozłotą uszu.

Identyczne argumenty były wysuwane w środowiskach futbolowych działaczy – a to, że przedłużanie antykorupcyjnego czyszczenia i notoryczne pociąganie do odpowiedzialności dezorganizuje rozgrywki, a to że nie wiadomo kto na koniec sezonu zostanie w lidze itd., itp. - w związku z czym należy ogłosić konkretną datę abolicji po której rozkwitną nam piłkarskie, że tak powiem, lelije z odzysku. Tyle, że PZPN, pod społeczno –medialno - prokuratorską presją, podobnej abolicji sobie nie zafundował, KEP – jak najbardziej.

Obie instytucje łączy również zerowa zdolność do kojarzenia związków przyczynowo – skutkowych. Dostojni hierarchowie nie raczą zauważać, że prócz przemian społeczno – cywilizacyjnych, także organiczna niezdolność do wewnętrznego rozrachunku z grzechów przeszłości wpływa w istotny sposób na szeroko rozumiane duszpasterstwo, którym polski Kościół ma się teraz zająć: spadek masowości praktyk religijnych, powołań, zaufania do Kościoła i cały szereg pozostałych negatywnych zjawisk. Podobnie z PZPN-em – frekwencja na stadionach to nie tylko problem infrastruktury, czy wyeliminowania przemocy, lecz również przekonanie kibica, że ogląda „czysty” mecz; że nie angażuje się w dopingowanie kliki jakiegoś „Fryzjera”.

6) Krótkowzroczność i głupota.

Poza wszystkim innym, odkładając na bok kwestie etyczne, moralne itp., decyzja episkopatu jest zwyczajnie głupia i krótkowzroczna. Ipeenowskie akta nie znikną. Ludzie (nie zawsze przyjaźni Kościołowi), którzy chcą do nich dotrzeć, również. Wprowadzając quasi – dogmat milczenia w kwestiach lustracyjnych, Kościół sam wystawia się na strzał. Na co liczy Konferencja Episkopatu Polski? Że niby, ignorując kolejne, nieuchronne przecież, demaskacje prominentnych byłych „tewusiów” zniechęci potencjalnych demaskatorów? Że tzw. „wyniosłe milczenie” oficjalnych kościelnych czynników poparte listem z Watykanu kogokolwiek „zneutralizuje”?

Taki wybieg ma bardzo krótkie nóżki, podobnie jak wspomniana w punkcie pierwszym próba początkowego zamilczenia tematu.

Otóż, jak w przypadku futbolowej korupcji jest jeszcze niezależna od PZPN – u prokuratura, tak w przypadku Kościoła jest IPN. Są jeszcze wewnątrzkościelni kaskaderzy, prawdziwi straceńcy w najlepszym rozumieniu tego słowa, jak ksiądz Isakowicz - Zaleski, czy niezależni historycy jak Cenckiewicz, którzy przyjmując „na klatę” odium „czarnych owiec” i „ptaków kalających własne gniazdo” nie zaprzestaną dzieła odkłamywania naszej najnowszej historii. Zwłaszcza w najboleśniejszych jej przejawach.

Głupio, głupio, po trzykroć głupio żeś postąpił, mój Kościele.

Gadający Grzyb

Inne teksty na Niepoprawnych w tej materii:

http://www.niepoprawni.pl/blog/152/dziennikarscy-faryzeusze

http://www.niepoprawni.pl/blog/294/episkopat-polski-idzie-z-pradem

http://www.niepoprawni.pl/blog/23/bog-tak-chcial-czyli-o-swietym-episkop...

http://www.niepoprawni.pl/blog/287/kontakt-informacyjny-%E2%80%9Ecappino...

pierwotna publikacja

http://www.niepoprawni.pl/blog/287/episkopat-jak-pzpn

Kill Hartman!


Bioetyczny „mediorytet”.

Przy okazji głodowego uśmiercenia Eulany Englaro (zm. 09.02 b.r.) przetoczyła się dyskusja o eutanazji, aktywizując, jak zwykle przy takich okazjach, grono „mediorytetów” (medialnych autorytetów). Chciałbym się zająć pewnym szczególnie drastycznym „mediorytetowym” przypadkiem sprzed ponad dwóch tygodni, kiedy to profesor Jan Hartman w programie „Warto Rozmawiać” raczył określić Eulanę mianem „żywego grobu”, w którym tli się zaledwie „pozorne życie”. Do swej funeralno - inhumacyjnej metafory tak się przywiązał, iż powtórzył ją również w debacie „Tygodnika Powszechnego”, dodając nieco dalej: „Ona już nie ma podmiotu, ona się staje jakby drugim ciałem swego opiekuna”.

Żeby było ciekawiej, pan profesor jest kierownikiem Zakładu Filozofii i Bioetyki Collegium Medicum UJ, uczy zatem przyszłych lekarzy właściwego etycznie podejścia do swojego zawodu. Ciary idą po plecach, tym bardziej, iż mogę się domyślać, jak studenci traktują przedmiot nie mający bezpośredniego przełożenia na konkretną „techniczną” wiedzę – jeden przyśnie na wykładzie, drugi się nie douczy, trzeci po egzaminie w imię psychicznej higieny zapije i zapomni (to byłoby, w sumie, najlepsze)… i z całej Hartmanowej wysublimowanej, etycznej gadaniny zostanie im we łbach tyleż ogólne, co mętne wrażenie, iż w stosunku do pacjentów są potencjalnymi panami życia i śmierci, władnymi klasyfikować jakość człowieczego bytowania.

„Kill Bill” i pseudohumanitarna rzeźnia Hartmana.

A mnie Hartmanowe elukubracje skojarzyły się to z taką oto sceną:

Półmrok szpitalnej sali. Na łóżku leży pogrążona w śpiączce kobieta. Nad nią pochyla się zabójczyni ze strzykawką. Telefon. Głos w słuchawce informuje ją, iż „nie wkradniemy się nocą do jej pokoju, jak wszawe szczury i nie zabijemy jej we śnie. A nie dopuścimy się takiego czynu dlatego, że taki czyn byłby poniżej naszego poziomu”.

Jak sądzę, Hartman na miejscu Billa powiedziałby coś zupełnie przeciwnego i jednooka killerka z predylekcjami do melodyjnego gwizdania dokończyłaby robotę. Gdyby zaś bioetyk Hartman był ordynatorem szpitala, do całego barwnego zajścia nigdy by nie doszło, gdyż najdalej po kilku miesiącach stwierdziłby, iż nie ma sensu zajmować się „żywym grobem” i lepiej będzie złożyć „pozorne życie” z całym bioetycznym miłosierdziem do prawdziwego grobu na którym można by później położyć kwiatki. Czyli, zachowałby się tylko ciut lepiej niż żulikowaty braciszek Billa z vol. 2 – Budd, zakopujący bohaterkę żywcem.

Oburzające porównania w kontekście świeżej mogiły Eulany Englaro? Nie tak bardzo, gdy porównać je do twierdzeń medialnych motywatorów dla przyszłych szpitalnych „mistrzów małodobrych”. W mediodajniach i na uniwersytetach, w sztuce i w polityce - zewsząd wypełza coraz więcej tego typu zagończyków zbliżającego się, eutanazyjnego holocaustu. Wewnątrzcywilizacyjna wojna domowa trwa w najlepsze. I to nie my ją wygrywamy.

Do diabła, toż nawet perwersyjne miłosierdzie Billa, każące mu odwołać Elle Driver znad łóżka pogrążonej w śpiączce Beatrix Kiddo ma w sobie większy ładunek etyczny, niż pseudohumanitarna rzeźnia proponowana przez profesora! Przy podejściu Hartmana, które potwierdził zresztą innymi medialnymi wystąpieniami, wymowa „Kill Billa” i witalność bohaterki, mimo hektolitrów wylewanej juchy, jawi się wręcz jako apoteoza życia.

Wieeem, notoryczny, nihilistyczny lewak – Tarantino, pewnie śmiałby się w kułak słysząc taką interpretację. Tyle, że kręcąc film będący pastiszem klasycznych kinowych motywów, sam do podobnych interpretacji daje powód.

I jeszcze jedno – jeżeli filmy Tarantino są nihilistyczne – to jak w tym kontekście określić medio - nauki prof. Hartmana?

Na zakończenie, dobra rada profesorze Hartman – jeżeli ktokolwiek z moich bliskich (odpukać) trafi pod skrzydła wyedukowanych przez pana lekarzy, to lepiej, żeby się obudził, bo w przeciwnym razie znajdę pana i zrobię z pańskiej bioetycznej, profesorskiej dupy jesień średniowiecza.

Gadający Grzyb

P.S. Sam prof. Hartman to nawrócony z konserwatyzmu pseudoliberalno – nihilistyczny neofita. Drogę od swych konserwatywnych „błędów i wypaczeń” do nawrócenia na „prawdziwą wiarę” opisał w ekspiacyjnym artykule – polecam, choćby gwoli ostrzeżenia.

(http://www.iphils.uj.edu.pl/~j.hartman/pu.php?c=filozofia_polityczna,_etyka&p=dlaczego_przestalem_byc_konserwatysta)



Debata w „Tygodniku powszechnym”:

http://tygodnik.onet.pl/1,21683,druk.html



Problem eutanazji na Niepoprawnych:

http://www.niepoprawni.pl/blog/285/zdychanie-z-glodu-0

http://www.niepoprawni.pl/blog/181/dzis-umarla-eluana-skazana-na-smierc-glodowa-kto-nastepny

http://www.niepoprawni.pl/blog/258/czy-eutanazja-uwalnia-od-niepotrzebnego-cierpienia

http://www.niepoprawni.pl/blog/274/cywilizacja-zycia-w-odpowiedzi-azraelowi

http://www.niepoprawni.pl/blog/294/eutanazja-ulga-czy-ciche-zabojstwo

pierwotna publikacja

http://www.niepoprawni.pl/blog/287/kill-hartman

Rozrachunki z Okrągłym Stołem cz. III i IV (ostatnia).


Po dłuższej przerwie powracam z cyklem okrągłostołowych rozrachunków. Prawdę mówiąc mam już nieco dosyć tej tematyki, bo przypomina nurkowanie w szambie, lecz skoro zacząłem się w tym grzebać, dociągnę rzecz do końca. Przypomnę na wstępie, ze w dwóch poprzednich częściach próbowałem opisać brak poczucia więzi z państwem i atrofię narodowej wspólnoty (cz. I), następnie zaś blokadę dróg awansu i możliwości materialnego upodmiotowienia się społeczeństwa (cz. II). Dziś poprzynudzam jeszcze o kwestiach mniej materialnych, jednak nieodzownych dla normalnego funkcjonowania każdego narodu. Będą to: monopolizacja debaty publicznej i deficyt wolności słowa oraz amnezja historyczna ze szczególnym uwzględnieniem młodzieży (tzw. „pokolenie ‘89” na temat którego przetoczyła się na Niepoprawnych jakiś czas temu debata). Tak więc, w Imię Boże, zaczynajmy.

Część III

Wieloletnia monopolizacja debaty publicznej, czyli naród zakneblowany.

W cz. I wspomniałem o tym, jak „pierwszy niekomunistyczny premier” przymierzał się do zachowania cenzury. Dynamika wydarzeń sprawiła wprawdzie, że manewr się nie powiódł, jednak sama próba wyraziście obrazuje praktykę podejścia do kwestii wolności słowa okrągłostołowych elit, które mając na co dzień gęby pełne wolnościowych frazesów w praktyce rezerwowały te wartości tylko dla swojego kręgu ideowo – polityczno – towarzyskiego. Ot, taki „wybiórczy liberalizm”, przejawiający się usilnymi dążeniami do wypchnięcie poza nawias treści niezgodnych z nieoficjalnie zadekretowanym kanonem akceptowalnych poglądów. Nasi luminarze okazali się pojętnymi uczniami zachodniej „political correctness” sprawnie adaptując jej mechanizmy do własnych potrzeb.

Aksamitny knebel.

Nie udało się drogą urzędową (cenzura ze strachu puszczała wszystko, prócz poszlachtowanego „Dobrego” Łysiaka), trzeba zatem było nieformalnie. I tu, jak raz, przydali się postkomuniści, którym, choć z nieco innych względów (rozliczenia), również nie w smak byłby nagły wybuch wolności słowa. Nieskrępowana publiczna debata oznaczałaby bowiem niechybne uaktywnienie się na forum głosów kontestujących postokrągłostołowy porządek, a to nie było na rękę żadnej ze stron „historycznego porozumienia”. Stąd „eksperymentalne koncesje” dla Radia Zet („Radio Gazeta”), przy odmawianiu jej innym, stąd układ w mediach elektronicznych zarówno „publicznych”, jak i komercyjnych, stąd wreszcie pompowanie Agory przy jednoczesnym „zagłodzeniu” prasy nieprawomyślnej, m. in. przez odcięcie jej od reklam. Rafał Ziemkiewicz swojego czasu opisywał mechanizm, w myśl którego przedsiębiorca, jeśli chciał mieć dobrze z władzą (a bez tego nie można marzyć o poważniejszym biznesie) nie zamieszczał reklam w źle postrzeganych tytułach. A bez reklam nawet najlepiej sprzedająca się gazeta nie ma szans na utrzymanie się.

Opisywany knebel nie zawsze zresztą przybierał aksamitną formę. Włamania „nieznanych sprawców” do redakcji „Gazety Polskiej”, wskutek których ginęły wyłącznie twarde dyski z komputerów, to „mniej aksamitne” oblicze nadwiślańskiej edycji politycznej poprawności na straży której stał również państwowy bandytyzm. O skrajnie nieuczciwym traktowaniu oponentów i kolejnych histerycznych kampaniach szkoda pisać, bo to akurat widać gołym okiem – Jezus, Maria – przecież jeszcze niedawno jeden tekst w „Wyborczej” zwalniał z pracy dziennikarza z innej gazety (casus Wildsteina i „Rzepy”), a Paradowska latała redagować wywiad do Michnika! Jedna książka mogła pozbawić pracy na uczelni! (vide – Łysiak).Dziś natomiast kilka artykułów w wiadomym organie wysadziło z funkcji szefa „Trójki” Krzysztofa Skowrońskiego, którego trudno nawet posądzać o jakąś szczególnie wojowniczą prawicowość. Wystarczy, że „nie nasz”.

Zaś, gdy mimo wszystko nie udawało się nielicznych straceńców uciszyć, zostawały słynne ze swej niezawisłości sądy, hurtowo wydające wyroki na korzyść Michnika i jego kamaryli.

Po ’89 nie było cezury? Panowała wolność słowa? Wolne żarty.

Jedynym liczącym się w sferze opinii medium, pozostającym poza postokrągłostołowym układem było Radio Maryja, ale Rydzyk miał tu własne, wschodnie dojścia via osławiony Instytut Schillera – i na pewno nie jest to wiadomość pocieszająca.

Deficyt wolności słowa – dlaczego?

Opisywane powyżej „kneblujące” mechanizmy doprowadziły do głębokiego deficytu wolności słowa, z którego, mimo afery Rywina i rozwoju Internetu, nie możemy wygrzebać się do tej pory. Nie sposób się nie zapytać skąd się wziął wspomniany deficyt, t.j. co powodowało dawnymi bohaterami podziemia i bojownikami „drugiego obiegu”, że z taką ochotą rzucili się zakładać knebel własnemu narodowi, zanim jeszcze nie zrzucono dobrze poprzedniego?

Względy biznesowe, ktoś powie, chęć rozepchnięcia się na rynku i wypracowanie sobie dominującej pozycji w medialnym interesie, zanim wejdą inni gracze. Ja się z tym nawet zgodzę, dodam jednak, że wg. mnie nasi parnasiarze traktowali to nie tyle jako cel sam w sobie, ile jako narzędzie w pełnieniu „etosowej” misji wśród tubylczej ciemnoty, zaś materialne profity stanowiły w ich wyobrażeniu jedynie słuszną nagrodę, jaka z natury rzeczy przynależy się „najlepszym z najlepszych”.
Skąd jednak to poczucie misji? Nie z dobrego serca przecież. Zatem skąd?

Ze strachu.

Skąd ten strach?

Z napuszonej ignorancji.

Już wyjaśniam, co przez to rozumiem.

Wspominałem uprzednio kilkukrotnie o wyobcowaniu i irracjonalnym lęku przed fanatycznymi tubylcami – ciemnymi, zacofanymi, sklerykalizowanymi, nietolerancyjnymi, antysemickimi… i co tam jeszcze. Wspomniałem też o wziętym z młodopolskich i międzywojennych karykatur obrazie społeczeństwa, którego nie rozumiano, więc hurtem przypisywano mu wszystkie przedwojenne, oenerowskie zmory. Postawę i cechy skrajnych odłamów przedwojennej endecji w rodzaju „Falangi” rozciągnięto na cały naród, i uzupełniono o antysemicką traumę roku ’68, nie chcąc zauważać, że wewnątrzpartyjne rozgrywki, w których z przyczyn koniunkturalnych sięgnięto akurat po tę kłonicę i masówki ze spędzonymi przez aktyw robotnikami, którym wciskano do rąk transparenty z hasłami typu pamiętne „Syjoniści do Syjamu”, nijak mają się do rzeczywistych nastrojów i nawet jeżeli część społeczeństwa dała się ogłupić toporną propagandą, był to stan przejściowy.

Teraz anegdotka świetnie oddająca zarówno metody debaty stosowane przez samego Michnika i w ślad za nim przez resztę parnasiarzy, jak i pojęcie o narodzie, który ze wszystkich sił pragnęli cywilizować. Otóż, w jednym ze swych felietonów w „GP” Robert Tekieli wspominał, jak w latach osiemdziesiątych spotkał się z Michnikiem, zaś ten z miejsca zaczął „jechać” po polskim ciemnogrodzie. Gdy Tekieli zaproponował, że pomoże mu ten straszny naród poznać i zrozumieć, usłyszał pamiętne słowa: „Nie ma cię. Nie istniejesz.”. Doprawdy, erystyka najwyższych lotów… i totalitaryzm intelektualny w czystej postaci.

Czyli, prócz oczywistych względów biznesowych, mamy tu do czynienia ze strachem przed narodem i niezrozumieniem, jako determinantami kneblowania publicznej debaty.

Zwróćcie uwagę, że ten motyw lęku i niezrozumienia przewija się we wszystkich dotychczasowych częściach mojej pisaniny; we wszystkich omawianych tu zagadnieniach – komu się chce, niech sprawdzi. Nie planowałem tego, samo wyszło. Ci światli luminarze, nasi mędrcy, intelektualni herosi pozostawali w alienacji tak długo, aż kompletnie stracili kontakt z własnym narodem. W podziemiu to poniekąd naturalne, ale po ’89 nikt im przecież nie bronił rozejrzeć się nieco wokół siebie. Zamiast tego wybrali, dobrowolną tym razem, izolację swoich kawiarń, salonów i pielęgnację ignoranckich uprzedzeń, które kazały im chwytać społeczeństwo za ręce i rozbrajać „prawem i lewem” każdą próbę emancypacji – czy to w sferze politycznej (cz. I), czy to materialnej (cz. II), czy wreszcie intelektualnej (cz. III). Towarzyszyło im przy tym głębokie przekonanie, że społeczeństwo bez ich troskliwej kurateli niechybnie wyrodzi się lub zdeprawuje, wzniesie pochodnie, rozpali stosy… znamy zresztą te frazy z gazetowyborczej publicystyki, nie ma co się rozpisywać.

Demiurgiczne uroszczenia.

Z tej mierzwy historyczno – osobistych kompleksów wyłazi na wierzch jeszcze jeden czynnik: demiurgiczne uroszczenia połączone z monstrualną pychą i arogancją. Ta arogancja kazała okrągłostołowym orłom-sokołom wziąć mózgownice „czarnosecinnego” motłochu w ideologiczne imadło i zawrzeć z czerwonymi cichy pakt o nieagresji. Owo demiurgiczne uroszczenie, podbudowane antynarodowymi fobiami, polegało na poczuciu, że nasi, pożal się Boże, parnasiarze są w prawie i mocy ugniatać w swych światłych dłoniach duszę społeczeństwa, by po oczyszczeniu z antysemickich i zaściankowych miazmatów poprowadzić Polaków (oczywiście poza ich wiedzą i ponad ich głowami) ku lepszym, „nowym wspaniałym światom” - ku pełnej kulturowej integracji z Zachodem. Oczywiście, mówiąc „Zachód” mają na myśli tylko jego, jakby tu rzec, specyficzną odsłonę – mianowicie, współczesną, zdegenerowaną, lewacką mutację ukształtowaną przez pokolenie kontrkulturowej rewolty „gównojadów ‘68” w rodzaju Michnikowego kumpla, Daniela Cohn – Bendita.

Cenzorskie perpetuum mobile.

Najgorsze, że opisane powyżej kryptocenzorskie mechanizmy po dwudziestu latach osiągnęły stadium perpetuum mobile, bowiem przez ten czas zdołano odpowiednio podzielić rynek i wychować pokolenie dziennikarzy dla których patologie stanowią środowisko naturalne, którzy przyjmują wypaczenia za oczywiste standardy dziennikarstwa, zaś jako patologię traktują działalność nielicznych straceńców wojujących o normalność i odkłamanie rzeczywistości. No, może ci bardziej cyniczni, którzy wiedzą „co i jak” przyjmują swą postawę z wyrachowania, nie z naiwności, ale w obu przypadkach efekt jest jeden – zmiana pokoleniowa nic nie dała ba, spetryfikowała patologie, korumpując moralnie, intelektualnie i materialnie nowe pokolenie polskiego dziennikarstwa, czyniąc z ludzi, którzy karierę w zawodzie rozpoczynali po roku ’89 bandę cynicznych, najemnych propagandystów i zaszczepiając im przy okazji niczym nie uzasadnione przekonanie o własnej wyższości nad tubylczym motłochem.

Co pomogło w tak sprawnym urobieniu młodych mózgownic? A, o tym będzie w części ostatniej.


Część IV

Amnezja historyczna, czyli Stół i „pokolenie ‘89”.

Pozwólcie, że na początku tej ostatniej części przypomnę hasłowo po raz n-ty opisywane wyżej procesy: „zbiorową atomizację” społeczeństwa, usitwienie obiegu gospodarczego i zakneblowanie publicznej debaty. Ich wspólną cechą jest to, że przebiegły w sumie dosyć gładko. Zastanawiająco gładko. Moim skromnym zdaniem nie zakończyłyby się niemal stuprocentowym powodzeniem, gdyby tubylcy, z przyzwyczajenia zwani Polakami, mieli świadomość „skąd ich ród” - kim są, jakie jest ich miejsce w historii Europy, z czym się to wiąże, słowem – gdyby dysponowali w swej masie elementarną świadomością historyczną.

Tej świadomości, niestety, nie ma. A to sprzyja podatności na manipulację.

Tylko skąd ta świadomość miała się wziąć?

Nie czas i miejsce w tym tekście, by zajmować się polityką historyczną PRL-u. Nie będę się też rozwodził się nad świadomością historyczną pokoleń, które całe dorosłe życie faszerowane były pseudohistoryczną propagandą. W tej ostatniej odsłonie rozrachunków z Okrągłym Stołem i jego konsekwencjami, zajmę się przede wszystkim świadomością ludzi młodych – tych, którzy w dorosłe życie wchodzili już po ’89 roku, albo zgoła przyszli wtedy na świat (tzw. „pokolenie ‘89”). Bo to pokolenie było jak najbardziej do odzyskania, a zrobiono wszystko, by odzyskane nie zostało, by historia i związana z nią wrażliwość pozostały jak najdalej od jego orbity zainteresowań.

W skrócie: najpierw 50 lat historycznego zakłamania w PRL, potem 20 lat amnezji i "wybierania przyszłości" w III RP. W domach o historii też się nie rozmawia... Skąd oni mają cokolwiek wiedzieć? Ciekawe tylko, czy to historyczne wyjałowienie, to świadomy plan naszych "elit". Przypuszczam że, niestety, tak.

Amputacja pamięci historycznej.

O młodzieży pisałem już trochę, definiując młodocianych eliciarzy (http://www.niepoprawni.pl/blog/287/czy-pis-ma-szanse-na-przyciagniecie-mlodych-ludzi); tu zajmę się jedną z najpoważniejszych przyczyn ich postawy – po ’89 roku zafundowano im bowiem zbiorową amputację pamięci historycznej.

Architekci Okrągłego Stołu aby móc obronić w społecznej świadomości swe biografie, wybory i działalność polityczną po ’89, musieli odciąć społeczeństwo, ze szczególnym uwzględnieniem młodzieży, od pamięci, czyli rzetelnej wiedzy historycznej, zwłaszcza tej dotyczącej historii najnowszej. Stąd histeryczne zaszczepianie wstrętu do „grzebania się w teczkach”, nazywanie prób rozliczenia czerwonych zbrodniarzy „rozpalaniem stosów”, czy perfidne, urągające wszelkiej przyzwoitości i historycznym faktom przyrównywanie zwolenników elementarnego przywrócenia proporcji między katami a ofiarami do bolszewików, stalinowców i kogo tam jeszcze. Stąd też nawoływanie do „wybierania przyszłości”. Zaś odpowiednio „upopkulturowiona” młodzież w swej masie ochoczo łyknęła tę umysłową łatwiznę tym bardziej, iż owa z całą premedytacją lansowana amnezyjna moda podlana była nobilitującymi peanami post-okrągłostołowych parnasiarzy (Pamiętny zachwyt „Wyborczej” nad licealistką która objawiła w swej nieskończonej mądrości, iż zabici górnicy z „Wujka” obchodzą ją tyle, co polegli woje Bolesława Chrobrego. Chciałoby się powiedzieć – durna dziewucho, gdyby nie ci woje, to dziś, w najlepszym razie, byłabyś w sytuacji Serbów Łużyckich – skansenu ledwie tolerowanego przez władze współczesnych, demokratycznych, a jakże, Niemiec).

Jeżeli dodamy do tego poziom nauczania historii w szkołach, gdzie niedouczeni „inteligenci zastępczy” peerelowskiego chowu (i stosownych biograficznych zaszłościach) do ignorancji dodawali „od siebie” odpowiednie sprofilowanie przedmiotu w myśl jedynie słusznych zaleceń wiodącego organu (poza wszystkim innym, dawało im to psychiczny komfort przynależności do najprawdziwszej inteligencji), otrzymamy przepis idealny na wychowanie wykorzenionego „pokolenia bez właściwości”. Do tego dołóżmy medialne „upupianie” PRL-u – gdy już trzeba było o nim wspomnieć czyniono to w konwencji czarnej komedii – ot, taki dziwny, może biedny i nieco straszny, ale w gruncie rzeczy zabawny kraik. Nawet komedie Barei, jak w soczewce pokazujące skurwienie, złajdaczenie i całą syfiastość PRL-u, były, obowiązkowo, z miłym uśmiechem, zapowiadane jako zabawne, absurdalne filmiki, w których, broń Cię Boże telewidzu, nie powinieneś doszukiwać się jakichkolwiek głębszych treści. I faktycznie, niemal bez wyjątku były i są przez takie okulary oglądane. Podobnie zresztą jak propagitki w stylu „Klossa”, czy „Pancernych”. Nie ma zatem co się dziwić, że zapytanemu na ulicy (i to nie tylko młodemu) człowiekowi z niczym nie kojarzy się 18 Listopada, Bitwa Warszawska 1920 r., 17 IX 1939r., Pakt Ribbentrop – Mołotow, Katyń, Sierpień 1980 oraz cała reszta dat i wydarzeń z ostatniego stulecia. Mają w głowach mętlik, bo nikt im szczerze i rzetelnie krok po kroku nie powiedział o co tak naprawdę w tej naszej najnowszej historii chodziło.

Tu anegdota – niegdyś, podczas jednego z wypadów w Bieszczady wspomniałem w gronie znajomych coś o akcji „Wisła”. Obecna przy tym, świeżo upieczona pani magister socjologii, zapytała mnie, co to była ta „akcja Wisła”. Ręce mi opadły. Zszokowany wybąkałem kilka podstawowych informacji, zaś ta, patrząc na mnie średnio baranim wzrokiem, wydukała w końcu: „acha… bo ty chyba tak bardziej historią się interesujesz”.

Trudno się nawet w sumie dziwić, że karmieni czymś przedstawianym w sposób całkowicie niezrozumiały, instynktownie wybrali życie w błogim przeświadczeniu, że historia jest historią i nie ma co sobie na nią marnować głowy, bo głowa jest potrzebna do tego, by jako tako się urządzić. A że żyje im się tak jak żyje, zaś kraj wygląda jak wygląda? Aaa, temu to winni są politycy, bo to wiadomo, panie, złodzieje. I do łba jednemu z drugą nie przyjdzie zadać sobie pytania, jaki to cykl wydarzeń zwalił im tych niedobrych złodziejskich polityków na głowy. Że od dwudziestu lat rządzi nimi na zmianę towarzystwo „od Okrągłego Stołu”, plus dokooptowani nieco młodsi następcy. Że prócz „tamtych” byli też inni – którzy nie chcieli siadać do rozmów z komunistami, a nawet jeżeli widzieli taką doraźną polityczną konieczność (Kaczyńscy), to ani w głowach im było z komuchami się bratać i chcieli gdy tylko będzie to możliwe (a było, zaraz po pierwszej turze wyborów z 04.VI, gdy lista rządowa została zmieciona) dobić politycznie (dekomunizacja) i majątkowo (nacjonalizacja majątku PZPR) zarówno czerwonych, jak i ich TeWusiów (lustracja). Że gdyby przeprowadzono tych kilka niezbędnych kroków, to Polska dziś mogłaby wyglądać zupełnie inaczej (a w każdym razie miała by na zdrowy rozwój o wiele większe szanse).

„Nie trzeba głośno mówić”.

Ale nie – o tym „nie trzeba głośno mówić”, tej wiedzy nie można dopuścić do młodych i starszych głów, gdyż wtedy mogłyby zalęgnąć się wątpliwości. I mogłoby stać się – o zgrozo – tak, że tubylcza młodzież zamiast „wybierać przyszłość” i spieprzać w te pędy z Polski na zmywak do Londynu, czy innego Dublina, zaczęła by zadawać kłopotliwe pytania. I żądać od szlachetnych autorytetów i pozostałej czeredy Rycerzy Okrągłego Stołu wyjaśnień i odpowiedzi, których ci bardzo nie chcieliby udzielać. Musieli by bowiem odpowiedzieć o błędnych kalkulacjach, antynarodowych i antyklerykalnych fobiach lewicy laickiej, lękach przed nietolerancyjnym motłochem, rozgrywkach między podziemnymi frakcjami, byśmy to „my a nie oni” zasiedli do rozmów z komunistami. Musieli by przyznać, że byli przez „człowieka honoru” Kiszczaka z całą premedytacją rozgrywani, z wykorzystaniem bezpieki i agenturalnej psiarni. Musieli by mówić o tym, jak po ‘89 nie mogli dopuścić do rozliczeń, gdyż te zmiotłyby nie tylko czerwonych, lecz również tych ze „strony społecznej”, którzy na Stole skorzystali i którzy liczyli na lata rządów, zaś zagrożeni, woleli przymierze i zblatowanie z czerwonymi (obłaskawionymi, jak sądzili), by nie dopuścić do głosu niedawnych kolegów z podziemia… i o wielu, wielu innych cudownościach.

Mitologia zamiast historii.

Zamiast tego podają do wierzenia mit – zmasowany, nagłośniony, odpowiednio polukrowany. Jednak by ten mit mógł skutecznie zafunkcjonować, należy wpierw odciąć tych, którzy w mit ten mają uwierzyć od wiedzy historycznej, najlepiej zaś w ogóle wybić z głów nadmierne zainteresowanie historią.

Dlatego zainteresowanie historią należało zabić zawczasu – im ta historia jest świeższa, tym zabić to zainteresowanie należało z większą zaciekłością. I zabito, jak się zdaje, dość skutecznie. To dlatego rządy PiS-u wywoływały w młodym pokoleniu taką furię – oni po prostu za grosz nie kumali i nie kumają o co tym Kaczyńskim chodzi – jakieś teczki, rozrachunki i inne „pierdoły” – o co w ogóle kaman? Zarazem to uporczywe podkreślanie wagi najnowszej przeszłości psuło im błogie samozadowolenie, zatęchłe ciepełko, psychiczny komforcik, że podążanie za modą nakazującą historię uważać za obciach to był słuszny wybór. PiS bowiem mówił im, iż ten wybór nie był słuszny – czyli między wierszami sugerował, że są kretynami, że dali się wystawić do wiatru macherom od umysłów, w których żywotnym interesie leży to, by niczym naprawdę istotnym z punktu widzenia Państwa i Narodu się nie interesowali. Nikt nie lubi się czuć jak kretyn i instynktownie obraca się przeciwko temu, kto choćby najdelikatniej mu to zasugeruje. Tu widzę najgłębszą przyczynę tego, dlaczego młodzież reagowała i wciąż reaguje na Kaczorów niesłabnącą alergią. To wypływa z nich samych, z tego w jaki sposób od kołyski ich urobiono. Obecne medialne trendy lansujące doraźne polityczne sympatie i antypatie tylko podtrzymują to, co pilnie wszczepiano „pokoleniu ’89” w trakcie jego dotychczasowego, niedługiego życia. Bez tego indoktrynacyjnego backgroundu najbardziej nawet zmasowane, najbardziej profesjonalne kampanie nie trafiały by do nich z tak bezbłędną, morderczą i destrukcyjną skutecznością.

Temu samemu służy również promocja niechlujstwa umysłowego. Modnie jest nie czytać, modnie jest nie myśleć samodzielnie, tylko wg tego co za samodzielność i nonkonformizm jest suflowane, modnie jest nie pisać poprawnie po polsku, tylko ratować się papierami na dysleksję, modnie jest nie używać mózgu, tylko emocji (wystarczy przejrzeć fora i dyskusje na „wiodących” portalach internetowych). Za całą wiedzę wystarczy umiejętność obsługiwania technicznych dobrodziejstw cywilizacji i orientacja w najnowszych trendach popkultury. Niczego więcej się nie wymaga, ba poszukiwanie czegokolwiek na własną rękę z poza powyższego kanonu jest stanowczo odradzane i podejrzane. Jeżeli już czasem trafi się jakiś szczególnie niewyżyty intelektualnie pasjonat, należy go spacyfikować, podtykając odpowiednie książki (skoro już naprawdę musi czytać), suflując jednocześnie pożądaną interpretację. Takich, którzy mimo wszystko jakoś wyjdą z tego „młyna” bez szczególnie zrytej mózgownicy i odkrywszy, że usiłowano zrobić ich w balona, dołączą do „reakcji” będzie na tyle niewielu, iż nie będą stanowić jakiejś statystycznie liczącej się grupy. Dr No wspominał: „Moi koledzy ze szkoły, których zapraszałem do domu, byli zaszokowani (sic!) ilością książek na półkach, które czytałem". Pozdrawiam – niektórzy z moich znajomych, w analogicznych sytuacjach, też się dziwili.

Zakończenie.

Można zapytać, czy to, o czym trułem przez kolejne cztery części ma cokolwiek wspólnego z „Okrąglakiem”? Ano ma i to wiele – gdyby skorzystano z szansy, jaką był wynik wyborów z czerwca ‘89 (wciąż do nich wracam, ale moim zdaniem, był to punkt zwrotny, moment typu „w tę, albo we w tę”), gdyby wyautowano wtedy komunistów, znacjonalizowano majątek PZPR, nie pozwolono na przejmowanie państwowych firm, przeprowadzono dekomunizację, deubekizację i lustrację – słowem, gdyby zdobyto się na kilka podstawowych zabiegów higienicznych, udało by się uniknąć większości opisywanych powyżej patologii, a każdym razie zminimalizować ich rozmiary.

Prawdę mówiąc, zastanawiałem się, czy nie zaczekać z upublicznieniem tych rozważań do czwartego czerwca roku bieżącego – dwudziestej rocznicy ostatniego momentu, gdy Naród w miarę spójnie dał głos jako Suweren. Zignorowanie tego głosu, rozpaczliwe tkwienie przy ustaleniach które de facto przestały obowiązywać, walnie przyczyniło się do patologizacji nadwiślańskiej rzeczywistości.

Ale tych wyborów nie byłoby bez Okrągłego Stołu i tego, co siedziało w głowach przedstawicieli „strony społecznej”. Powtórzę to, co napisałem we wstępie: nie mam pretensji o podjęcie rozmów z komunistami. Jestem w stanie przyjąć do wiadomości iż, patrząc politycznie, była to dobra okazja, by czerwonych wysadzić z siodła. Mam natomiast pretensje, i to jak cholera, że o wysadzeniu komuchów z siodła nadający ton „stronie społecznej” pseudosolidarnościowi luminarze nawet nie myśleli, nie brali tego na poważnie, zaś ludzi, którzy zgłaszali takie postulaty traktowali z wyżyn swej pychy jako wariatów, nieodpowiedzialnych awanturników lub zgoła prowokatorów. Mam pretensje o totalny bardak umysłowy, który kazał widzieć wroga w zdemonizowanej do granic absurdu ludności tubylczej, nie przeszkadzał zaś fraternizować się z czerwonymi. Który kazał dostrzegać groźbę rzekomej „iranizacji”, a nie widział rodzącej się pod nosem przestępczo – esbecko – urzędniczo – politycznej mafii. Śmichy – chichy z „układu” są zresztą w modzie do tej pory. A ten „układ” to przecież wasza robota, panowie - rycerze Okrągłego Stołu; dzieło waszej pychy, zaślepienia, bierności, tchórzostwa, demiurgicznych ambicyjek, małostkowości i nadętej głupoty. „O, cześć wam panowie, magnaci…”

Starczy, czy mam wam jeszcze w oczy plunąć?

Gadający Grzyb

Pokolenie ’89 na „Niepoprawnych”
http://www.niepoprawni.pl/blog/123/pokolenie-89
http://www.niepoprawni.pl/blog/2/pokolenie-89-polemika-z-bartoszem-wasilewskim
http://www.niepoprawni.pl/blog/123/pokolenie-89-raz-jeszcze


pierwotna publikacja
http://www.niepoprawni.pl/blog/287/rozrachunki-z-okraglym-stolem-cz-iii-i-iv-ostatnia