Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Andrzej Romanowski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Andrzej Romanowski. Pokaż wszystkie posty

sobota, 20 listopada 2010

Antygodnościowa socjotechnika.


Podrywanie godnościowych podstaw patriotyzmu.

I. Patriotyczny ból głowy.

Wszelkie patriotyczne uniesienia nieodmiennie stanowią ból głowy dla dyrygowanych z Czerskiej „społecznych pedagogów”, którzy wzięli na siebie niewdzięczny trud przekształcenia Polaków w bliżej nieokreśloną „masę etniczną” składającą się z wykorzenionych kretynów legitymujących się tyleż masowymi co bezwartościowymi dyplomami.

Nie można powiedzieć - po 20 latach społecznej „transformacji” mają na swym koncie niekwestionowane sukcesy. Nastolatki utożsamiające patriotyzm z szowinizmem, szczające na znicze, tudzież skore do innych „hydeparkowych” form „wesołej zabawy” są widomym znakiem skuteczności transformacyjnej antypedagogiki.

Tylko to wszystko idzie wciąż za wolno, wszystko to mało, a chciałoby się jeszcze za życia ujrzeć w pełni zadowalające efekty swej niewdzięcznej harówki na katofaszystkowskim ugorze.

II. Podrywanie godnościowych podstaw patriotyzmu.


Stąd wewnętrzna presja na zaostrzanie kursu, by pójść na skróty, pojechać po bandzie... Swoje musiało też dołożyć przerażenie na widok tysięcy młodych ludzi stojących w dniach Żałoby Narodowej po kilkanaście godzin w kolejce na Krakowskim Przedmieściu, by pożegnać prezydencką parę. I choć wydaje się, że tamten nastrój minął bez echa, że wszystko rozeszło się po kościach, to cholera wie, czy żałobne, niewczesne uniesienia nie odłożyły się u jakiejś części uczestników gdzieś głębiej w duszy i nie dadzą znać o sobie w najmniej oczekiwanym momencie... Nie! To nie może się powtórzyć!

Bezprecedensowe, otwarte wzywanie do zadymy w Święto Niepodległości, a wcześniej medialne dopieszczanie pijanej czeredy pod Krzyżem wpisuje się w taktykę, trawestując Penisorękiego, „podrywania godnościowych podstaw” patriotyzmu. Patriota to bowiem albo groteskowy moher z różańcem w garści, albo hailujący łysol. I koniecznie antysemita. Patriota musi jawić się w masowym odbiorze jako niezrozumiały, śmieszno-straszny „popapraniec”. A takich to trzeba... wiadomo.

III. Wczoraj intelektualiści...


Ten skok zajadłości dobrze obrazuje porównanie tego, co „Wyborcza” przy okazji 11 Listopada pisała dwa lata temu i dziś.

Otóż przed dwoma laty przed Świętem Niepodległości „GW” wypuściła jedynie groteskowy artykuł prof. Romanowskiego „Nie lubię 11 Listopada”, w którym autor wyzwierzęcał się intelektualnie nad Prezydentem Lechem Kaczyńskim – że objeżdża Polskę z „naiwną historiofonią”, że urządza sobie tournee, że „polityka historyczna”, że początki II i III RP są tożsame (!!!) a Trzeciej RP Lech Kaczyński jakoś nie dopieszcza, że to, że owo... Podsumowaniem tekstu było kuriozalne stwierdzenie, że „Święto Niepodległości z prezydentem Lechem Kaczyńskim to na pewno nie jest moje święto”.

Ten artykuł stał się zresztą inspiracją dla mojego pierwszego tekstu na „Niepoprawnych” („Patriotyzm wczesnego średniowiecza”) od którego zacząłem swe blogowanie.

IV. ...dziś pałkarze.

Niby tylko dwa lata – a jaki szmat czasu... Wzmiankowany powyżej kretyński artykuł można wspominać wręcz z rozrzewnieniem, jako przykład krytycznego umiarkowania. Obecnie tamta metoda „na profesora” poszła w kąt, zastąpiona pałkarskimi nawoływaniami Blumsztajna. Kogo tam dziś obchodzi, czy jakiś jajogłowy ogłosił, dajmy na to, artykuł „Już lubię 11 Listopada” w którym mógłby stwierdzić, iż „Święto Niepodległości z prezydentem Bronisławem Komorowskim to wreszcie jest moje święto”.

Nie! Dziś nie nie ma co się cackać i bawić w profesorskie dąsy, ubrane w wieloszpaltowe intelektualne łamańce. To dobre dla mięczaków. Chwila wymaga przekazu jasnego i prostego jak cios w mordę: kto demonstruje patriotyzm, ten „endek”, a kto „endek”, ten faszysta! Nie ma prawa do przebywania w przestrzeni publicznej! Furda prawda historyczna, terminologiczna ścisłość i inne bzdury! Nie czas dzielić włos na czworo! Tu trzeba wbijać do łbów „parę pojęć jak cepy” i szlus! A potem cegłówka w garść, gwizdek w gębę i napierdalać! Bo jak nie, toś moher i nie należysz do „awangardy”.

V. Antygodnościowa socjotechnika.


Dzień 11 Listopada ma kojarzyć się „masom” łykającym telewizyjne migawki z zadymą, chamstwem, wrzaskiem, burdami – tak jak obecnie kojarzą się mecze piłki nożnej. W mózg Polaka–telewidza należy wdrukować skojarzenie: Święto Niepodległości = kibolskie zamieszki. Obciach. Bo Polak–telewidz najwyżej ceni sobie święty spokój, najbardziej zaś w swym zakompleksionym, ukształtowanym przez „pedagogikę wstydu” móżdżku obawia się „obciachu”.

Aż się boję pomyśleć, co Seweryn „pałkarz” Blumsztajn (lub ktoś z jego ferajny) wykombinuje na 13 Grudnia, bo po przejęciu przez „obóz III RP” pełni władzy zrobił się nagle bardzo kreatywny i odważny. W każdym razie, „podrywanie godnościowych podstaw” patriotyzmu będzie trwało nieprzerwanie i z coraz większym natężeniem.

***

Wiem jedno. W odróżnieniu zarówno od prof. Romanowskiego, jak i bezmózgich, niedouczonych pałkarzy od Blumsztajna, 11 Listopada wciąż jest moim Świętem, niezależnie od tego, kto jest Głową Państwa i kto tego dnia urządza pochody. Bo patriotyzm to wierność Polsce. Polska zaś, to Miasto zaszczepione w duszy. Miasto, do którego obywatelstwa należy dorosnąć.

Ale oni tego nie zrozumieją.

Gadający Grzyb

P.S. Wygląda na to, że Blumsztajn trochę ochłonął i nawet jakby nieco przestraszył się tego co nawywijał, czemu wyraz dał na "porocznicowym" zebraniu w "Nowym Wspaniałym Świecie". Powiem tak: teraz może sobie gadać zdrów i nawoływać do umiaru, nie ma to znaczenia. Wypuścił lewackiego dżina z butelki i ten dżin będzie już hulał mając w głębokim poważaniu pierdzielenie dziadków z "Wyborczej".

Pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl

niedziela, 11 stycznia 2009

Patriotyzm wczesnego średniowiecza.

Godło narodowe: naszywka
We wczesnych wiekach średnich, gdy granice praktycznie nie istniały, lub były co najmniej bardzo płynne - ba, gdy nie było jeszcze państw we współczesnym rozumieniu tego pojęcia, funkcjonowało coś, co część współczesnych historyków określa mianem "państwa związków osobowych".

Był zatem władca i ludzie uznający jego zwierzchnictwo – władztwo sięgało tam, gdzie żyli poddani akceptujący danego suwerena. Twór ów wywodził się ze struktur plemiennych, lecz szedł o krok dalej – wspólny język, kultura, tradycja, a już najmniej terytorium, pełniły jedynie funkcje dopełniające w stosunku do wierności wobec, powiedzmy, „proto – monarchy”. Czyli – już nie plemię, ale jeszcze nie naród i państwo – ot, coś pomiędzy.

Dlaczego o tym truję? Otóż, okazuje się, że mentalność charakterystyczna dla wspomnianego okresu w europejskiej historii rozkwita bujnie wśród naszych opiniotwórczych „elit”, czemu dał ostatnio wyraz na łamach, a jakże, „Wyborczej” prof. Andrzej Romanowski w artykule „Nie lubię 11 Listopada”. W tekście tym wprawdzie o wspomnianej dacie jest stosunkowo niewiele, za to bardzo dużo o prezydencie Kaczyńskim, którego pan profesor najwyraźniej nie lubi. Daje więc wyraz zniesmaczeniu faktem, że prezydent z okazji święta objeżdża Polskę, podkpiwa z uproszczonej wersji historii, która jakoby przy okazji objazdu jest prezentowana, lansując zaś tezę o analogicznych początkach II i III Rzeczypospolitej i przyjmując ją z miejsca za pewnik, gładko wybiela Jaruzelskiego, Mazowieckiego i III RP odmawiając przy okazji prezydentowi – krytykowi III RP - prawa do obchodzenia rocznicy odzyskania niepodległości (!). Całość wieńczy spiżowe zdanie: „Święto Niepodległości z prezydentem Lechem Kaczyńskim to na pewno nie jest moje święto”.

Trudno o przykład gorszego popaprania.

Otóż, wg Pana Profesora święta państwowe powinno się obchodzić w zależności od tego, czy głową państwa jest polityk miły naszemu sercu, czy też nie. Jest to sposób myślenia żywcem wyjęty ze wspomnianego na wstępie państwa związków osobowych, gdzie nadrzędnym kryterium „patriotyzmu” była lojalność wobec władcy (rozumianego jako swoisty „nośnik państwowości”). Furda wspólna historia, tradycja, język, kultura, odzyskane po latach walk i starań terytorium – nie ten prezydent! Będzie inny, to łaskawie uznam Święto Niepodległości za swoje. Całą argumentację p. Romanowskiego można streścić w jednym zdaniu – nie obchodzę, bo mi się prezydent nie podoba. Autorowi najwyraźniej nie mieści się w głowie, że Jedenasty Listopada pozostaje Jedenastym Listopada niezależnie od tego, czy na czele państwa stoi gensek, Wałek, discopolowy moczymorda, Kaczor, czy pan Piekłasiewicz z Psiej Wólki. Ot, umysł nie osiągnął dostatecznego poziomu wyrafinowania – z plemienia wprawdzie wyszedł, lecz do koncepcji Państwa z narodem jako suwerenem jeszcze nie doszedł. Pomyślmy chwilę – czy komukolwiek z Was przyszłoby do głowy wypiąć się na Rocznicę, nawet gdyby najwyższy urząd zajął, dajmy na to, osobnik znany jako Chyży Rój?

Kończąc, pragnąłbym wyrazić nadzieję, że pan Romanowski pozostanie przynajmniej konsekwentny w swoich poglądach – skoro za obecnej kadencji prezydenckiej Święto Niepodległości mu nie leży, to jak rozumiem, w najbliższy wtorek zrezygnuje z dnia wolnego i stawi się w pracy …

Gadający Grzyb

pierwotna publikacja: 10.11.2008 http://www.niepoprawni.pl/blog/287/patriotyzm-wczesnego-sredniowiecza