niedziela, 17 września 2017

Teutońska buta

Dla Niemiec obalenie obecnego polskiego rządu staje się kwestią palącą jak nigdy w przeciągu ostatnich dwóch lat.



I. Merkel wkracza
O teutońskiej bucie pisał już w XII w. czeski kronikarz Kosmas i na przestrzeni stuleci nic się nie zmieniło – może poza pozorami. W miejsce ordynarnej przemocy militarnej obecnie Niemcy przeszły na taktykę podboju gospodarczego i miękkiego kulturkampfu w którego ramach wzięły się za pouczanie pośledniejszych narodów odnośnie ich cywilizacyjnych zapóźnień. Cel nadrzędny oczywiście pozostaje bez zmian: podporządkowanie sobie Europy – a że obecnie główną przeszkodą na tej drodze stała się Polska, toteż właśnie nasz kraj został wytypowany do roli „chłopca do bicia”, tym bardziej, że śmieliśmy podnieść publicznie kwestię należnych nam odszkodowań za II wojnę światową, co w przypadku powodzenia tej inicjatywy uczyniłoby z dzisiejszej Rzeszy naszego lennika, wypłacającego Warszawie przez długie lata słony trybut. Niezależnie od tego, jak się ten stan rzeczy oficjalnie nazwie, sytuacja faktyczna byłaby współczesnym odzwierciedleniem zależności wasalnej – i Niemcy doskonale zdają sobie z tego sprawę.
Nic więc dziwnego, że kanclerz Merkel ni z tego, ni z owego oświadczyła, że wobec „zagrożenia praworządności” w Polsce Niemcy „nie mogą trzymać dłużej języka za zębami”. Jest to radykalne odwrócenie dotychczasowego kursu polegającego na dyskretnym trzymaniu się przez Angelę Merkel w cieniu i powstrzymywaniu się od otwartej krytyki Warszawy, by nie prowokować antyniemieckich reakcji społecznych w Polsce. Strategia ta, co wprost formułowały media za Odrą, służyć miała wzmocnieniu „polskiego społeczeństwa obywatelskiego” (czytaj – aby do opozycji zarówno partyjnej, jak i umoszczonej w „trzecim sektorze” nie przylgnęła trwale opinia V kolumny) oraz przygotowaniu gruntu pod powrót Tuska i jego przyszłe zwycięstwo wyborcze. Zatem funkcję zagończyków prowadzących antypolską wojnę hybrydową w przestrzeni polityczno-medialnej wzięli na siebie przedstawiciele UE z Timmermansem i Junckerem, niemieckie media wraz z ich polskimi filiami, tudzież zgraja nadwiślańskich folksdojczów. Jednak w momencie, gdy na porządku dziennym stanęła sprawa polskich roszczeń reparacyjnych, niemiecka kanclerz musiała jawnie wkroczyć do gry, zapowiadając „wyczerpującą” rozmowę na temat polskiej praworządności z Jeanem-Claude Junckerem. Oczywiście, gdyby nie było sprawy polskich sądów, to znalazłby się inny pretekst – chodzi tu bowiem wyłącznie o polityczne „zmłotkowanie” Warszawy, tak by rząd PiS nie ośmielił się wyciągać ręki po niemieckie pieniądze.

II. Niemiecka arogancja
Drugim młotkiem nieustająco pozostaje konflikt wokół relokacji migrantów, przy czym niemiecka prasa w zasadzie przestała już nawet ukrywać, że chodzi przede wszystkim o rozbicie etnicznej jednorodności Polski i pozostałych państw Europy Środkowej. „Sueddeutsche Zeitung” jednoznacznie stwierdza, iż państwa wzdragające się przed przyjmowaniem imigrantów powinny opuścić Unię Europejską, gdyż „ona ze swoimi podstawowymi zasadami wolności akurat nie chce jednorodnych narodów”. I nieco dalej: „Europa i jej państwa stają się coraz bardziej różnorodne. Kto tego nie chce, musi się wymeldować z Unii i się izolować”. Wreszcie dodaje z nadzieją, że w Polsce i na Węgrzech „kiedyś znów będą rządzić umiarkowane i proeuropejskie siły polityczne”. Jaśniej chyba nie można. Mamy tu demonstrację poczucia wyższości, mentorski ton pouczający kto „pasuje” do Europy a kto nie, i w końcu – nieskrywane uroszczenie do decydowania, kogo środkowoeuropejscy Hotentoci powinni sobie wybierać, tak by niemiecki hegemon był zadowolony.
W innym tekście tenże „SZ” wzywa do „ofensywnej obrony wartości UE” przed Polską i Węgrami, z kolei niemiecki historyk Gregor Schoellgen a propos odszkodowań wojennych mówi we „Frankfurter Allgemeine Zeitung” o „igraniu z ogniem”, dodając, że formą reparacji było przekazanie Polsce Ziem Zachodnich, zaś podnoszenie odszkodowań oznacza powrót do dyskusji o zachodnich granicach Polski. Jest to otwarta pogróżka, lecz oprócz buty mamy tu również i nieuctwo – tereny zachodnie i reparacje to dwie różne sprawy, poza tym w odróżnieniu od reparacji, kwestia granic Polski została uregulowana traktatowo.
„Die Welt” poza przytoczeniem (nieprawdziwych) argumentów jakoby Polska „zrzekła” się odszkodowań i łaskawym przypomnieniem faktu niemieckich zbrodni, uderza w podobny bębenek pisząc, iż „żądania reparacji wojennych zawsze prowadzą do ujemnych skutków: zawiści, nienawiści a w najgorszym przypadku do następnego konfliktu” (czyli pada zawoalowana groźba wojny). To jest zresztą stały niemiecki chwyt: przyznajemy się do „moralnej i symbolicznej odpowiedzialności”, ale od naszych pieniędzy – wara. Poza tym, w ujęciu „Die Welt”, polskie żądania są intrygą „nacjonalistycznych polityków” z Kaczyńskim i Macierewiczem na czele, pragnących odwrócić uwagę od „niszczenia trójpodziału władzy”. W ten sposób sprawa roszczeń i „polskiej praworządności” zostaje otwarcie połączona. Nic dziwnego, że Merkel nie mogła dłużej „trzymać języka za zębami”. Niemiecka gazeta podnosi również inny aspekt przewijający się w tamtejszych reakcjach: ponieważ polskie straty były „niewyobrażalne”, to ich oszacowanie jest „niemożliwością”, a poza tym „żaden kraj na świecie” nie byłby w stanie „wyrównać takich rachunków”. Doceńmy perfidię tej argumentacji: wymordowaliśmy waszą ludność i splądrowaliśmy wasz kraj w takich rozmiarach, że i tak nie bylibyśmy w stanie wam tego wynagrodzić - więc nie wynagrodzimy.
Kwestię moralności i finansów spuentował z całą bezczelnością zamieszkały we Wrocławiu prof. Klaus Bachmann, stwierdzając w Radiu Zet, że „z samej moralności nie jesteśmy w stanie nic wycisnąć w tej sprawie”, w innym miejscu cytując anonimowego niemieckiego polityka, iż polski rząd „trzeba przeczekać”, bo „następne wybory pewnie przegra i przyjdzie rząd, z którym będzie można normalnie rozmawiać.

III. Polska odpowiedź
Przytaczam te głosy po to, byśmy uświadomili sobie, że dla Niemiec obalenie obecnego polskiego rządu staje się kwestią palącą jak nigdy w przeciągu ostatnich dwóch lat. Tym bardziej, że właśnie Biuro Analiz Sejmowych opublikowało opinię (na zlecenie posła PiS Arkadiusza Mularczyka), która robi z niemieckiego stanowiska w kwestii reparacji absolutną miazgę. Rozbudowaną, 40-stronicową analizę można streścić w kilku punktach: „zrzeczenie się roszczeń” z 1953 r. było z mocy prawa nieważne, bo rząd nie miał takich konstytucyjnych prerogatyw (co za tym idzie – późniejsze „potwierdzenia” również nie mają mocy prawnej); konferencja poczdamska nie zamykała drogi do indywidualnego dochodzenia przez Polskę reparacji; powojenne Niemcy nie zawarły z Polską do tej pory żadnej umowy w tej materii (w przeciwieństwie do 12 innych krajów Europy); „Traktat 2+4” na który powołują się Niemcy w ogóle odszkodowaniami się nie zajmował, zaś Polska nie była nawet jego stroną – poza tym Niemcy również w późniejszych latach wypłacały odszkodowania różnym państwom; natomiast kwoty wypłacone dotąd Polsce (np. fundacji „Polsko-Niemieckie Pojednanie”) to zaledwie 1 proc. tego, co Niemcy wypłaciły innym krajom – nawet Izraelowi, którego podczas II wojny światowej nie było na mapie, co jest swoistym kuriozum. Innymi słowy, Niemcy nie mają za sobą żadnych poważnych prawnych argumentów poza argumentem siły i postawą „nie, bo nie”.
Kończąc, skieruję jeszcze kilka słów bezpośrednio do przywołanego tu prof. Bachmanna. Otóż z różnych względów milczeliśmy dotąd o reparacjach, ale teraz - gdy Niemcy mieszają się w nasze sprawy, a media z oczywistej inspiracji berlińskiego rządu prowadzą regularną antypolską nagonkę obliczoną na obalenie legalnych polskich władz - czas to zmienić. Jednocześnie zapewniam, że polski naród to nie są ci jurgieltnicy z którymi na co dzień się pan spotyka, dla których szczytem marzeń jest załapanie się na jakąś dobrze opłacaną niemieckimi pieniędzmi fuchę. Zatem doradzam panu i pańskim kolegom, byście przystopowali z tą teutońską butą, bo za chwilę może wyjść wam ona bokiem.

Gadający Grzyb

Na podobny temat:
„Reparacje – polska odpowiedź”
„Reparacje – polska broń atomowa”

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 37 (15-21.09.2017)


Reparacje – polska odpowiedź

Droga do dochodzenia roszczeń za II wojnę światową stoi przed Polską otworem. Mamy w ręku solidne argumenty – oby nie zabrakło woli politycznej, by ich użyć.



Opublikowana 11 września przez Biuro Analiz Sejmowych „Opinia prawna w sprawie możliwości dochodzenia przez Polskę od Niemiec odszkodowania za szkody spowodowane przez drugą wojnę światową...”, przygotowana na wniosek posła PiS Arkadiusza Mularczyka, w sposób usystematyzowany i poszerzony potwierdza podnoszące się w publicznej debacie głosy wg których Polska nigdy wiążąco nie zrzekła się niemieckich odszkodowań za II wojnę światową. Dotyczy to także deklaracji rządu PRL z 23 sierpnia 1953 r., na co zwróciłem uwagę niedawno na tych łamach w felietonie „Czy Polska faktycznie zrzekła się reparacji?”, powołując się m.in. na pochodzące z 2005 r. ustalenia zespołu powołanego przez ówczesnego prezydenta Warszawy, Lecha Kaczyńskiego oraz wyniki kwerendy w Sekretariacie ONZ przeprowadzonej przez Grzegorza Kostrzewę-Zorbasa w 2014 r.
Tak się szczęśliwie złożyło, że niedawno własną analizę przedstawiła również Służba Naukowa Bundestagu na zlecenie wiceprzewodniczącego tej izby niemieckiego parlamentu, Johannesa Singhammera – możemy więc sobie porównać argumentację obu stron. Co tu ukrywać, konfrontacja ta wypada dla Niemiec miażdżąco.
Strona niemiecka podnosi m.in., że polskie roszczenia utraciły moc wskutek przedawnienia i milczącej rezygnacji z ich dochodzenia na przestrzeni minionych dziesięcioleci. Nie jest to prawda. Po pierwsze, prawo międzynarodowe nie przewiduje przedawnienia w stosunku do zbrodni wojennych oraz zbrodni przeciwko ludzkości, a także przedawnienia roszczeń z tytułu tychże. Dalej, postanowienia z Poczdamu wedle których Polska miała być zaspokojona z sowieckiej części odszkodowań nie zawierają żadnej przeszkody dla indywidualnego dochodzenia przez Polskę dalszych roszczeń bezpośrednio od Niemiec. Powyższe znalazło potwierdzenie w 1947 r. na konferencji wiceministrów spraw zagranicznych w Londynie, kiedy to zastrzegliśmy sobie prawo „przedłożenia dalszych konkretnych wniosków w tym przedmiocie”. Również podczas XXI i XXII sesji Komisji Praw Człowieka ONZ polski przedstawiciel zwracał uwagę na dyskryminujące ustawodawstwo RFN pozbawiające polskich obywateli odszkodowań. Po wojnie umowy regulujące te kwestie RFN zawarła z 12 państwami europejskimi – jednak nie z Polską (inaczej niż w 1929 r. kiedy to zawarliśmy z Niemcami umowę regulującą te sprawy w odniesieniu do I wojny światowej – po II wś. analogicznego aktu zabrakło). Dodatkowo, wg IV Konwencji Haskiej z 1907 r. państwo prowadzące wojnę odpowiada za każdy czyn osoby wchodzącej w skład jego sił zbrojnych – w odniesieniu do Polski Niemcy nie wywiązały się ze swej odpowiedzialności.
Inny niemiecki argument, dotyczący deklaracji rządu PRL z 1953 r., również zostaje obalony oczywistym stwierdzeniem, że na gruncie ówczesnej konstytucji z 1952 r. rząd nie miał prawa zaciągać na Polskę żadnych międzynarodowych zobowiązań – ratyfikacja i wypowiadanie traktatów należały bowiem do prerogatyw Rady Państwa (ale, dodam od siebie, traktatów, nie zaś składania wiążących na gruncie prawnomiędzynarodowym deklaracji!). Ponadto, ów polityczny gest dotyczył jedynie NRD i złożony został w warunkach ewidentnej niesamodzielności ówczesnego państwa polskiego. Należy też przypomnieć, iż 15 proc. z odszkodowań ZSRR jakie miało być naszym udziałem jest mocno problematyczne, jako że w zamian władze PRL zobowiązywały się do stałych dostaw węgla po preferencyjnych cenach – zatem rzekome „odszkodowania” nie były świadczeniem nieekwiwalentnym, co stawia pod znakiem zapytania ich naturę.
Na koniec, sprawa podnoszonego przez stronę niemiecką „Traktatu 2+4” z 1990 r., mającego ostatecznie „zamykać” rozdział II wojny światowej. Otóż wedle opinii BAS, zagadnienie reparacji i odszkodowań wojennych w ogóle nie było w nim podnoszone, co więcej – Polska nie była stroną owego porozumienia. Wobec powyższego, Biuro Analiz Sejmowych przypomina Konwencję Wiedeńską o Prawie Traktatów z 1969 r. wg której zapis danej umowy rodzi obowiązek dla państwa trzeciego (w tym wypadku Polski) jedynie wówczas, gdy strony traktatu wyrażą taką wolę, a państwo trzecie wyraźnie na piśmie ów obowiązek przyjmie. Innymi słowy – RFN, NRD, USA, Wlk. Brytania, Francja i ZSRR winny były oznajmić, iż „Traktat 2+4” oznacza się zrzeczenie przez Polskę roszczeń wobec Niemiec, zaś Polska pisemnie musiałaby to potwierdzić. Nic takiego nie miało miejsca.
Biorąc pod uwagę powyższe, droga do dochodzenia roszczeń za II wojnę światową stoi przed Polską otworem – tym bardziej, że jedyne co przekazały nam do tej pory Niemcy, to 100 mln. marek jednorazowej pomocy w 1972 r. na rzecz ofiar zbrodniczych eksperymentów medycznych oraz 731.843.600 zł. wypłaconych przez fundację „Polsko-Niemieckie Pojednanie” nieco ponad milionowi robotników przymusowych, co daje 689,97 zł. „na głowę” - ot, taki jednorazowy zasiłek nijak mający się do rzeczywistych rozmiarów polskich strat materialnych i ludzkich. Krótko mówiąc, mamy w ręku solidne argumenty – oby nie zabrakło woli politycznej, by ich użyć.

Gadający Grzyb

Na podobny temat:
„Reparacje – polska broń atomowa”

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 37 (15-27.09.2017)


piątek, 15 września 2017

Reparacje – polska broń atomowa

Prawo jest po naszej stronie. Nie zawahajmy się go użyć – bo w końcu, jak nie teraz, to kiedy?



I. Papierowy „Tygrys” Bundestagu
Nie ma co – na wieść o samej możliwości zgłoszenia przez Polskę roszczeń odszkodowawczych za II wojnę światową Niemcom powiało po tyłku nieprzyjemnym chłodem. Przecież nie tak miało być – obszar Europy Środkowej stanowić miał jako Mitteleuropa gospodarczo-polityczne zaplecze dla niemieckiej hegemonii na kontynencie, Polska zaś w tym układzie winna pozostawać swoistą „perłą w koronie” - niczym Indie u szczytu kolonialnej potęgi Wielkiej Brytanii. Tymczasem ewentualny sukces Polski przed np. „sądem państw” (czyli ONZ-owskim Międzynarodowym Trybunałem Sprawiedliwości w Hadze), wywracałby ten układ do góry nogami – to Niemcy spętane liczoną w setkach miliardów (może nawet w bilionach) euro kontrybucją, stałyby się de facto naszym lennikiem. Słowem, sytuacja z berlińskiego punktu widzenia nie do odwrócenia bez uciekania się do wojny, co oznaczałoby z kolei niemieckie zbrojenia na miarę Hitlera – to zaś w obecnych warunkach nie byłoby możliwe, no chyba, że znów znaleźliby się hojni sponsorzy z wiadomych kręgów, niczym finansowi opiekunowie wujka Adolfa z lat trzydziestych XX wieku. Póki co jednak, taki scenariusz jest mało realny, czemu przy okazji „zagrożenia praworządności” dał wyraz niemiecki eurodeputowany Elmar Brok melancholijnie stwierdzając: „przecież nie możemy wjechać czołgami do Polski”.
Wobec powyższego, Niemcy postanowiły wystawić na wszelki wypadek papierowego „Tygrysa” – w miejsce historycznego imiennika chrzęszczącego gąsienicami i straszącego lufą kaliber 88 mm. Mowa o analizie wysmażonej w ekspresowym tempie przez Służbę Naukową Bundestagu na zlecenie wiceprzewodniczącego Bundestagu Johannesa Singhammera. Warto tu zwrócić uwagę na pewną dysproporcję. Przypomnę, że u nas o podobną ocenę zwrócił się do Biura Analiz Sejmowych szeregowy poseł Arkadiusz Mularczyk i kwestia ponoć okazała się „zbyt skomplikowana”, by rozwikłać ją do tej pory. A Niemcy? Reaguje druga osoba w parlamencie - zamawiasz i masz, w ciągu kilku dni, od ręki. (przypis – ze względu na cykl wydawniczy tygodnika artykuł powstawał jeszcze przed publikacją opinii Biura Analiz Sejmowych, która ukazała się 11 września 2017 r. - GG).
Jak można się było spodziewać, dokument Bundestagu jednoznacznie oddala polskie hipotetyczne roszczenia (piszę „hipotetyczne”, bo wszak są one u nas wciąż przedmiotem publicznych dywagacji, nie zaś konkretnych posunięć prawno-dyplomatycznych) – czemu ochoczo przyklasnęła rodzima V kolumna złożona z medialnych, politycznych tudzież naukowych folksdojczów i jurgieltników. Wszystko na zasadzie: skoro Berlin przemówił, to sprawa jest rozstrzygnięta - Berlin locuta, causa finita. Czyżby?

II. Polska nie zrzekła się reparacji!
Zrelacjonujmy pokrótce stanowisko Berlina. Otóż po pierwsze, odnosząc się do słynnej deklaracji rządu PRL z 1953 r. o zrzeczeniu się roszczeń wobec NRD, dowiadujemy się, iż Polska Rzeczpospolita Ludowa była państwem „suwerennym”, zaś jej decyzje są „wiążące”. Rymuje się to z wcześniejszą wypowiedzią zastępczyni rzecznika niemieckiego rządu Ulrike Demmer z 2 sierpnia 2017, kiedy to stwierdziła, że rezygnacja z roszczeń dotyczyła „całych Niemiec”. Kolejna rzecz, to potwierdzenia deklaracji z 1953 r., jakie padły ze strony Polski w 1970 i 2004 r. oraz brak podejmowania kwestii reparacji na przestrzeni minionych dziesięcioleci, co świadczyć ma o „rezygnacji” Polski z odszkodowań. Mamy również stwierdzenie o przedawnieniu polskich roszczeń. Argumentem koronnym natomiast ma być „Traktat 2+4” z 1990 r. umożliwiający zjednoczenie Niemiec i ponoć ostatecznie zamykający etap II wojny światowej. Innymi słowy, Niemcy Zachodnie dokonując za zgodą USA, ZSRR, Wielkiej Brytanii i Francji anschlussu NRD, „odziedziczyły” w spadku po niej dobrodziejstwo braku konieczności wypłacania odszkodowań Polsce.
Na pozór brzmi to logicznie i wiarygodnie. Tyle, że to g... prawda. Nic nie jest rozstrzygnięte, zaś analiza organu Bundestagu świadczy jedynie o braku realnych argumentów. Wszystkie powyższe elukubracje mają na celu jedynie rozmydlenie sedna sprawy.
Zacznijmy od deklaracji z dn. 23 sierpnia 1953 r. Faktycznie, rząd PRL zrzekał się w niej dalszych odszkodowań. Uprzednio pobieraliśmy je za pośrednictwem ZSRR na podstawie „Umowy o wynagrodzeniu szkód” z 16 sierpnia 1945 r. - za co „w podzięce” płaciliśmy ZSRR haracz m.in. w postaci obowiązkowych dostaw węgla zarzynających naszą powojenną gospodarkę. Jednak 22 sierpnia 1953 r. ZSRR i NRD zawarły układ w którym ZSRR rezygnował z pobierania reparacji – a dzień później, w niedzielny wieczór, Bierut zwołał nadzwyczajne posiedzenie władz owocujące wspomnianym oświadczeniem. Teoretycznie wszystko jest jasne - zrzekliśmy się rekompensat, sprawa zamknięta.
Problem w tym, że w świetle ówczesnej konstytucji ani rząd, ani Rada Państwa nie miały prawa wydać takiej deklaracji. Artykuł 25 p.7 głosił jedynie, iż Rada Państwa (forma kolegialnej „prezydentury”) „ratyfikuje i wypowiada umowy międzynarodowe” - w całej PRL-owskiej konstytucji nie ma ani słowa o jednostronnych deklaracjach zaciągających (czy to przez „rząd”, czy to przez „Radę Państwa”) na Polskę zobowiązania międzynarodowe, w rodzaju oświadczenia z 23 sierpnia 1953 r. Wspomniana deklaracja zatem była rażącym deliktem konstytucyjnym i jako taka jest od początku nieważna - nie niesie za sobą żadnych skutków prawnych, nawet w „porządku prawnym” PRL! Jest to sytuacja podobna jak z dekretem o stanie wojennym, kiedy to Rada Państwa również przekroczyła swoje konstytucyjne prerogatywy – bo nie miała prawa wydawać dekretów z mocą ustawy podczas trwającej sesji Sejmu. Co za tym idzie, wszelkie późniejsze „potwierdzenia” na jakie powołuje się Służba Naukowa Bundestagu (wiceministra spraw zagranicznych Józefa Winiewicza podczas negocjacji układu PRL-RFN z 1970 r. oraz rządu III RP z 2004 r.) również nie mają żadnej mocy prawnej. Czyli - na gruncie prawa międzynarodowego do niczego się nie zobowiązaliśmy.
Więcej – rząd PRL zaniechał wysłania oficjalnej noty do rządu NRD w powyższej sprawie, co odkrył podczas kwerendy po rządowych archiwach powołany przez prezydenta Warszawy śp. Lecha Kaczyńskiego zespół przygotowujący drugą część raportu o stratach wojennych Warszawy (dziwnym trafem, owa druga część, skupiająca się na zagadnieniach prawnych związanych z odszkodowaniami, jest nie do znalezienia w internecie). A zatem, rzekome zrzeczenie się przez Polskę reparacji nie ma żadnego odzwierciedlenia w układach bilateralnych. Inaczej mówiąc, to wszystko było „na gębę”. Z kolei Grzegorz Kostrzewa-Zorbas w 2014 r. odkrył, iż deklaracja władz PRL z 23 sierpnia 1953 r. nie została zarejestrowana w Sekretariacie ONZ. I tu już Niemcom robi się konkretnie mokro, bo na akty prawnomiędzynarodowe nie notyfikowane przy ONZ nie można się powoływać podczas postępowań przed organami Organizacji Narodów Zjednoczonych – a takim jest Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości w Hadze do którego należałoby ostateczne rozstrzygnięcie.
Cóż więc pozostaje Niemcom? Mogą się powoływać na bierność kolejnych rządów PRL i III RP oraz na „przedawnienie”. Tyle, że w prawie międzynarodowym nie ma sztywno zdefiniowanej instytucji przedawnienia. Jeżeli już, to ma ono formę niedookreślonego prawnie zwyczaju, ale tu ocena, czy zaszło owo niby-przedawnienie i czy Polska zrzekła się roszczeń poprzez zaniechanie, należy do trybunału w Hadze - a ten może równie dobrze orzec na naszą korzyść, jak i Niemców. Lecz by to sprawdzić, należy wnieść tam stosowny, dobrze przygotowany i udokumentowany pozew.
No i wreszcie kwestia „Traktatu 2+4”. Ów traktat był taką bardziej cywilizowaną formą Jałty – dopuszczono nas jedynie do rozmów odnośnie polskich granic. Polska nie miała możliwości podjęcia w procesie negocjacyjnym odszkodowań wojennych. Rząd Mazowieckiego z ministrem Skubiszewskim zresztą nawet tego nie próbowali – i tu, paradoksalnie, ich tchórzostwo wychodzi nam dziś na dobre, bo możemy powiedzieć, że decyzje zostały podjęte bez naszego udziału i ponad naszymi głowami. To, co USA, ZSRR, Wlk. Brytania i Francja sobie uzgodniły z Niemcami – to ich sprawa. My, jeśli chodzi o reparacje, do niczego się nie zobowiązaliśmy.

III. Polska broń atomowa
Konkludując – nigdy i niczego nie zrzekliśmy się w sposób wiążący na gruncie prawa międzynarodowego. Ani w PRL, ani w III RP. Natomiast Niemcy, owszem, jak najbardziej traktatowo zgodziły się na obecne polskie granice. I tu jest ten haczyk z którego Berlin zdaje sobie sprawę, dlatego tak nerwowo oznajmia raz za razem, że sprawa reparacji jest „ostatecznie załatwiona” - jak raczył niedawno oznajmić rzecznik niemieckiego rządu Steffen Seibert. Jeśli zatem Niemcy uruchamiają dziś papierowego „Tygrysa” i grożą równie papierową „bombą atomową” w postaci uruchomienia wobec Polski artykułu 7 Traktatu Lizbońskiego („nie możemy trzymać języka za zębami” - te słowa Merkel są ewidentną reakcją na podniesienie przez nas sprawy reparacji) – to wiedzmy, że w odróżnieniu od przeciwników, mamy na podorędziu prawdziwą bombę. Prawo jest po naszej stronie. Nie zawahajmy się go użyć – bo w końcu, jak nie teraz, to kiedy?

Gadający Grzyb

Na podobny temat:

Czy Polska faktycznie zrzekła się reparacji?

Od reparacji do „polexitu”

Zbrodnie niemieckiego kolonializmu

Namibia, a sprawa polska

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/
Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 37 (13-19.09.2017)


Pod-Grzybki 113



Die Tageszeitung” wysłał do Polski swojego korespondenta, by ten zbadał nową formę życia, znaną u nas pod kryptonimem „Ryszard Petru”. Wyniki badań są zaiste wstrząsające: okazuje się, iż Ryszard Petru to „kompetentny ekspert gospodarczy i ambitny polityk, który szybko myśli i mówi”. Przypomnę, mówimy o tym samym „ekspercie”, który nie odróżnia procentów od punktów procentowych i słynie z różnych odkrywczych rewelacji historycznych. Cóż, istnieje teoria mówiąca, że sam proces obserwacji wpływa na obserwowany obiekt, zatem niewykluczone, iż to właśnie pod wpływem spotkania z niemieckim badaczem Petru nagle nabrał polotu, ostrości i wigoru intelektualnego – inaczej tego fenomenu wyjaśnić nie sposób, bo to przecież niemożliwe, by słynąca z rzetelności niemiecka gazeta wciskała ludziom kit, nieprawdaż?

*
Na dodatek, niemiecki uczony zwraca uwagę na „głęboki, monotonny głos”, który „zmusza słuchacza do wzmożonej uwagi”. O tak, jeśli chodzi o mnie, to zawsze słucham Ryszarda Petru ze wzmożoną uwagą, podobnie jak pół narodu – w końcu darmowa uciecha, jakiej nam wszystkim pan Ryszard dostarcza za każdym razem gdy tylko otworzy usta, jest w tych smutnych i niebezpiecznych czasach nie do pogardzenia.

*
Inna forma życia sejmowego, czyli poseł Michał Szczerba raczył się wyjęzyczyć, iż „1 września ŚWIĘTUJEMY napad Niemiec na Polskę”. To nic nowego – podobne freudowskie przejęzyczenie przytrafiło się reporterce TVN24 podczas pamiętnych obchodów na Westerplatte 1 września 2009 r. z udziałem Putina i Merkel. Wtedy też, wedle jej relacji, „europejscy przywódcy” pojawili się w Polsce, by „świętować” rocznicę wybuchu II wojny światowej. I ja sądzę, że oni w głębi ducha naprawdę tak uważają – w końcu, jak by nie patrzeć, byliśmy wówczas przez 5 lat członkami Europy zjednoczonej pod panowaniem Niemiec. I gdyby nie pechowy przebieg wojny, wszyscy mówilibyśmy dziś po niemiecku, a może nawet nosilibyśmy tak urokliwe nazwiska, jak pani Róża von Wurst und Schmaletz.

*
Nagłówek z internetu: „Serena Williams urodziła. Znamy płeć dziecka”. Też mi sensacja. Sensacją byłoby, gdybyśmy poznali płeć Sereny...

*
Z gospodarki: jak donoszą media, działające w Polsce banki ochoczo inwestują w rządowe obligacje, bo te - w przeciwieństwie do akcji kredytowych - nie są objęte „podatkiem bankowym”. I już wiadomo, dlaczego nie wolno było ruszać kredytów frankowych - bo banki muszą mieć pieniądze na wykupywanie papierów skarbowych. Frankowicze z pewnością czują się dowartościowani, że z ich haraczy finansowana jest „dobra zmiana” i plan Morawieckiego.

*
Ustępujący ambasador Holandii obraził Węgry, przyrównując rząd Orbana do terrorystów z ISIS. W odpowiedzi rząd Węgier zawiesił stosunki dyplomatyczne z Holandią na szczeblu ambasadorskim, odwołując swojego przedstawiciela do kraju „na konsultacje”. I tak właśnie należy postępować. A ja mam pytanie: kiedy wreszcie polski rząd uzna Fransa Timmermansa za persona non grata?
Gadający Grzyb

„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 37 (13-19.09.2017)

niedziela, 10 września 2017

„Unijna” sądokracja?

Batalia o sądownictwo stanowi dla KE wymarzony pretekst, by zalegalizować praktykę mieszania się w dowolną sprawę wewnętrzną każdego państwa członkowskiego.

I. Kampania wrześniowa

Wraz ze zbliżającym się terminem ultimatum, jakie Komisja Europejska słodszymi od malin ustami Fransa Timmermansa postawiła przed Polską w sprawie „praworządności”, dobiega końca chwilowy rozejm w batalii o sądownictwo (a tak naprawdę o suwerenność, o czym za chwilę). Niemal słyszę dobiegający z brukselskich zbrojowni szczęk szykowanego oręża... to jest, przepraszam - złowrogi szelest papierów opisujących przeróżne „procedury dyscyplinujące”, tudzież inne męki na jakie wydadzą nas nieubłagani inkwizytorzy europejskiego postępu, jeśli tylko po dobroci Polska nie wyzna swych herezji i nie odetnie się od błędów i wypaczeń, żałując gorzko za grzechy. Również w kraju wszystkie Mazguły wraz przychówkiem w postaci małych Mazgulątek szykują na jesienną kampanię kolejne „łańcuchy światła”, nowe buty do kopania w policyjne barierki, organizacje pozarządowe czekają na kasę i sygnał od Sorosa, zaś „totalna opozycja” - na hasło z Berlina.

Wszystko to oczywiście pod warunkiem, że prezydent Duda dotrzyma słowa i zgłosi nowe projekty ustaw w miejsce tych zawetowanych 24 lipca (nawiasem – co za data! 24 lipca 1794 r. król Stanisław August Poniatowski przystąpił do Targowicy...). Drugim warunkiem natomiast jest zawartość obiecywanych projektów. Jeśli znajdą się w nich rozwiązania faktycznie uderzające w sądokrację i naruszające interesy „nadzwyczajnej kasty ludzi” - wówczas wojna rozgorzeje na całego, a prezydent Duda znów zostanie w masowym przekazie symbolicznie zdegradowany do roli „Adriana”. Niewykluczone jednak, że finalnie trafi do Sejmu jakaś kosmetyka podsunięta prezydentowi np. przez panią prezes Gersdorf, wedle zasady, żeby mimo zmian wszystko pozostało po staremu. Wówczas pan prezydent zostanie pochwalony (być może nawet przez „Gazetę Wyborczą”) jako człowiek rozsądku, kompromisu i umiaru, niczym nie przymierzając sam Tadeusz Mazowiecki, w którego ugrupowaniu pan Duda za młodu terminował zdobywając pierwsze polityczne ostrogi – a układ beneficjentów III RP wyda zbiorowe westchnienie ulgi, bo jego interesy zostaną zabezpieczone.

Do tej drugiej ewentualności skłaniają mnie losy nieszczęsnej ustawy frankowej, z której wbrew buńczucznym zapowiedziom wyszedł jakiś kadłubkowy potworek – bo skoro prezydent ugiął się przed zgrają banksterskich lobbystów i lipnymi „wyliczeniami” KNF na podstawie „danych” usłużnie podsuniętych przez banki, to niby jakim cudem ma nagle nabrać tyle odwagi, by pójść na udry z prawniczym establishmentem, w tym własnymi profesorami i promotorami? Nie wspominając już o tajemniczej rozmowie z Angelą Merkel, co do której, przypomnę, Kancelaria Prezydenta poinformowała, że mowa była jedynie o „Trójmorzu”, wizycie Trumpa i szczycie G-20 w Hamburgu – a dopiero od rzecznika niemieckiego rządu dowiedzieliśmy się, że przede wszystkim rozmawiano o „stanie polskiej praworządności”. Zastanawiająca rozbieżność. No, ale zobaczymy, może jednak pan prezydent miło nas zaskoczy.


II. O co toczy się gra

W każdym razie, przy tej okazji warto sobie powiedzieć o co tak naprawdę toczy się gra. Bynajmniej nie o krystaliczną czystość sławetnego „trójpodziału władz”. Gdyby wysokie unijne organy podchodziły do sprawy z takim pryncypializmem, to na dzień dobry pogoniłyby Niemcy, gdzie nie tylko sędziów najwyższych instancji wybiera spec-komisja złożona po połowie z posłów do Bundestagu (wedle parytetu układu politycznych sił) oraz ministrów sprawiedliwości krajów związkowych, ale i sami sędziowie mogą należeć do partii politycznych (i często należą, bo to pomaga w karierze) niczym za wujka Adolfa do NSDAP. Niechby u nas Ziobro wyskoczył z takim pomysłem – to dopiero byłby krzyk na całą Europę! Przyznała to zresztą niemiecka prasa stwierdzając, że białym ludziom z Niemiec taki system nie szkodzi ze względu na ugruntowaną „tradycję niezależności”, ale tych Hotentotów znad Wisły lepiej mieć na oku. Jednak nawet niemieckie procedury mają swoje wstydliwe zakamarki, co ujawnił „Der Spiegel” cytując pewnego prawnika biorącego udział w wyborze sędziów – stwierdził on mianowicie, iż „pewne osoby są niepożądane, ale tego nikt otwarcie nie przyzna”. I to jest wzorzec praworządności w iście pruskim duchu – niezawisłość niezawisłością, ale porządek musi być!

A zatem o co chodzi? Rozhuśtanie sytuacji wokół Polski i w samej Polsce – to raz. Stający okoniem rząd PiS jest Berlinowi potrzebny jak dziura w moście, toteż należy dołożyć wszelkich starań, by w zbuntowanej prowincji przywrócić porządek. A że „przecież nie możemy wjechać czołgami do Polski” - jak melancholijnie zauważył niemiecki eurodeputowany Elmar Brok w wywiadzie dla „FAZ”, to najlepiej załatwić sprawę polskimi rękami wspierając tutejsze „społeczeństwo obywatelskie” (co otwarcie ogłosił „Die Welt”) - by finalnie znów zainstalować w Warszawie gauleitera Tuska. Do powyższego dochodzi atawistyczna odraza jaką żywią do wszelkiej prawicy zlewaczeli euromandaryni, połączona z obawą, że polska zaraza rozleje się po Europie i ludzie zaczną głosować nie tak jak trzeba – niebezpieczeństwo więc należy zdusić w zarodku, niczym w 2007 r.

Ale i to jeszcze dalece nie wszystko. Kluczowym elementem jest założenie wyrażone wprost przez Fransa Timmermansa (jak dobrze, że oni w swej arogancji są przynajmniej szczerzy i niczego nie musimy się domyślać, wszystko mamy wyłożone na tacy) – takie mianowicie, że kwestia sądownictwa nie jest „wewnętrzną sprawą Polski”, ponieważ „sądy są częścią systemu unijnego”. Cóż to oznacza? Ano ni mniej, ni więcej, tylko wyjęcie z państwowych prerogatyw całego ogromnego i dotykającego wszystkich obywateli obszaru władzy, jakim jest wymiar sprawiedliwości. Skoro bowiem sądy są „częścią systemu unijnego”, to lokalnemu rządowi zostawia się co najwyżej nader ograniczone uprawnienia z zakresu bieżącej obsługi administracyjnej – żeby sądom nie zabrakło pieniędzy na papier, toner do drukarek i spinacze. Cała reszta natomiast ma przejść pod troskliwy nadzór organów unijnych, stojących na straży „praworządności”. Jestem dziwnie pewien, że przytłaczającej większości sędziów taki układ bardzo by pasował, bo w praktyce oznacza on całkowitą nieodpowiedzialność przed jakimkolwiek zewnętrznym ciałem – a dla Brukseli jest to kolejny krok w likwidowaniu znienawidzonych tam państw narodowych.


III. Wspólnota interesów

Jak widzimy zatem, obecna rozgrywka dalece wykracza poza spór, kto będzie mianował członków Sądu Najwyższego czy KRS. Dla Komisji Europejskiej stanowi ona wymarzony pretekst, by metodą faktów dokonanych poszerzyć swą władzę poza ramy unijnych traktatów i de facto zalegalizować praktykę mieszania się w dowolną sprawę wewnętrzną każdego państwa członkowskiego (oczywiście – za wyjątkiem Niemiec i może jeszcze Francji czy Włoch, bo już Hiszpanii – niekoniecznie). Bo niby dlaczego w skład „systemu unijnego” wchodzić mają wyłącznie sądy? Wszak w „zjednoczonej Europie” wszystko jest częścią systemu naczyń połączonych. Weźmy takich urzędników – przecież decydują oni o wydawaniu unijnych funduszy! Czy zatem Bruksela nie powinna mieć tu czegoś do powiedzenia, tak by głupie, krajowe rządy nie obsadzały stanowisk dyletantami, tylko odpowiednimi fachowcami z atestem wydawanym przez Komisję Europejską? Co za tym idzie, rząd żadną miarą nie powinien też mieć prawa, by takich atestowanych urzędników zwalniać ot tak sobie, bez pytania o zgodę. Idę o zakład, że gdyby zapytać naszych urzędników, to zgodnie stwierdziliby, że właśnie tak być powinno.

Widzimy więc sami, dlaczego Timmermans tak ochoczo poszczekuje i kąsa w imieniu Angeli Merkel – zachodzi tu bowiem daleko idąca wspólnota interesów. Komisji Europejskiej zależy na uzurpowaniu sobie kolejnych kompetencji zwierzchnich. A że Berlin tak czy inaczej zawiaduje tym brukselskim cyrkiem, więc patrzy na to z aprobatą – bo dzięki temu będzie miał jeszcze sprawniejsze narzędzie do dyscyplinowania maluczkich. Jeżeli teraz ugniemy się przed tym dyktatem – to będzie pozamiatane.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 36 (08-14.09.2017)

Ideologiczna tresura za norweską kasę

Fundusze norweskie to bezwstydne futrowanie publicznymi środkami lewicy kulturowej, otwarcie dążącej do zniszczenia obecnego porządku społecznego.

Kontynuując wątek sprzed tygodnia – czyli raport „Ordo Iuris” unaoczniający, co z tzw. „funduszami norweskimi” wyprawia Fundacja Batorego – warto na wstępie przypomnieć rzecz podstawową. Otóż środki otrzymywane w ramach mechanizmu EOG nie są prywatnymi pieniędzmi darowanymi polskim NGO-som przez jakiegoś „filantropa” pokroju George'a Sorosa, który tym samym może dowolnie decydować jakie jego szajby i fiksacje będą z nich sponsorowane i kto w poszczególnych krajach ma tymi funduszami zawiadywać. Nawiasem, nawet w takim przypadku coś do powiedzenia powinno mieć państwo, bo jeśli pieniądze te są wykorzystywane w celach dywersyjnych – godzących w porządek konstytucyjny danego kraju, służących wewnętrznej destabilizacji, obaleniu legalnych władz – wówczas takiego sponsora wraz z jego pieniędzmi należy wziąć za kołnierz i wystawić za drzwi, zaś futrowane przez niego instytucje poddać ścisłemu nadzorowi, w sytuacjach skrajnych zaś – zdelegalizować, jako obcą agenturę. Coś podobnego właśnie usiłuje na Węgrzech zrobić Viktor Orban, ponieważ Soros nawet nie ukrywa wrogich celów, jakie mu przyświecają. Niemniej, w przypadku „funduszy norweskich” mamy do czynienia – podkreślmy to – z środkami publicznymi, przekazywanymi Polsce i innym krajom zgodnie ze stosownymi porozumieniami międzynarodowymi. To nie jest, jak zauważa „Ordo Iuris”, charytatywna darowizna, lecz ekwiwalent za otwarcie naszych rynków na towary, usługi i kapitał.

W tym kontekście skandalem jest, że Norwegia usiłuje dyktować nam, jakie podmioty powinny być operatorami przekazywanych pieniędzy – tym bardziej, że formalne wymogi określają jedynie, że dana organizacja ma dochować „najwyższego stopnia przejrzystości, odpowiedzialności i gospodarności, a także zasady dobrego rządzenia, zrównoważonego rozwoju, równouprawnienia płci i równych szans” oraz zasady „zerowej tolerancji dla korupcji”. Innymi słowy – nigdzie nie jest napisane, że musi być to Fundacja Batorego, na co uporczywie naciska norweski rząd, a i sama Fundacja sprawia wrażenie, jakby miliony przeznaczane na „społeczeństwo obywatelskie” należały się jej w ramach zapisanego w niebiesiech przyrodzonego porządku świata.

Tymczasem fundusze te wydatkowane są przez Fundację Batorego na sponsorowanie lewicowej agendy w przestrzeni publicznej, co kłóci się z obiektywizmem i równouprawnieniem - o „zrównoważonym rozwoju” nie wspominając. Jak podnoszą autorzy raportu, tendencyjna alokacja środków jest efektem fragmentarycznej reinterpretacji takich pojęć jak „dyskryminacja”, czy „wykluczenie”, co skutkuje faworyzowaniem pewnych grup społecznych dobranych arbitralnie, wedle lewicowego klucza ideologicznego, kosztem innych – a więc, paradoksalnie, dyskryminacją i wykluczaniem z którym ponoć Fundacja ma walczyć. Mamy zatem wśród beneficjentów wiele inicjatyw środowisk LGBTQ, proaborcyjnych, feministycznych, pro-imigranckich – lecz żadnej „pro life”, na rzecz rodzin wielodzietnych, czy promujących chrześcijański system wartości. Łącznie w ramach przeciwdziałaniu dyskryminacji i wykluczeniu (rozumianych w sposób lewicowy) wydano 49,1 mln. zł. (237 projektów).

Przykłady? Fundacja Przestrzeń Kobiet – 154 tys. zł. na „kobiety LGBTQ”; Stowarzyszenie Interwencji Prawnej – 344 876 zł. na „osoby LGBT”; Fundacja „Klamra” - 314 988 zł. na „walkę z tzw. »mową nienawiści«”; Lambda Warszawa – 183 328 zł. na „uczniów LGBT”; Fundacja na Rzecz Różnorodności Polistrefa – 221 586 zł. na walkę z nauczaniem religii w szkołach publicznych; Stowarzyszenie Kofe(m)ina – 225 tys. zł. na walkę z „opresyjnym konstruowaniem tożsamości płciowej” w szkole; Stowarzyszenie Edukacji Krytycznej – 145 136 zł. na działania na rzecz sprowadzenia uchodźców do Wrocławia... i tak dalej w tym guście – w sumie wymienione są 64 tego typu projekty. Autorzy zwracają uwagę, że wiele z nich wymierzonych jest w konstytucyjny i prawny porządek państwa – czyli małżeństwo jako związek kobiety i mężczyzny, wolność wyrażania przekonań religijnych, czy wreszcie wolność słowa, bo do tego sprowadza się klasyfikowanie krytyki zachowań nieheteronormatywnych jako „mowy nienawiści”. Niektóre z dofinansowanych inicjatyw przekraczają przy tym granice groteski, jak 62 516 zł. przeznaczonych na „walkę z dyskryminacją osób z zaburzeniami identyfikacji płciowej w środowiskach… aktywistów LGBT”. Za tę skromną kwotę, jak napisano w sprawozdaniu „wzmocniono 26 osób transpłciowych” - co oznacza 2 404 zł. na jedną „wzmocnioną” osobę.

Mamy zatem jawne (by nie rzec bezwstydne) futrowanie publicznymi środkami lewicy kulturowej, otwarcie dążącej do zniszczenia obecnego porządku społecznego. Norwegowie grożą nam przy tym zamrożeniem funduszy, jeśli Polska nie pozwoli Fundacji Batorego w dalszym ciągu wydawać pieniędzy na ideologiczną tresurę. Cóż, niech w takim razie zabierają się do wszystkich diabłów – przynajmniej różni „inżynierowie dusz” nie będą mieli za co uprawiać swych chorych eksperymentów na żywej tkance społeczeństwa.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Norweski okup

Fundusze norweskie pod lupą


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 36 (08-14.09.2017)

piątek, 8 września 2017

Niemcy chcą nam zainstalować Tuska

Czy Angela Merkel wkroczy do gry robiąc roszadę – Tusk do Warszawy, Duda do Brukseli?


I. Mitteleuropa-bis

Zacznijmy od tego, co wszyscy wiemy. Obecne rządy Prawa i Sprawiedliwości z Jarosławem Kaczyńskim jako nieformalnym „naczelnikiem” to dla Niemiec skrajnie niewygodna i irytująca sytuacja. Przez osiem lat namiestniczej władzy PO Berlin przyzwyczaił się, że polska kolonia – istna perła w koronie Mitteleuropy – nie tylko nie neguje niemieckiej hegemonii, ale wręcz uprzedza życzenia swego patrona – tak, jak to było ze słynnym „hołdem pruskim” Radosława Sikorskiego, gdy wzywał Niemcy do „wzięcia odpowiedzialności za Europę”. Jak pamiętamy z historii, „branie odpowiedzialności za Europę” jest odwiecznym niemieckim celem i marzeniem, sięgającym korzeniami średniowiecza i Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego. Ów „cesarski uniwersalizm” mający jednoczyć kontynent pod kierownictwem Niemiec pozostaje niezmiennym wyznacznikiem polityki Berlina – na przestrzeni wieków zmieniały się jedynie zewnętrzne pozory i metody. Jest złośliwym rechotem historii, że po dwóch przegranych wojnach światowych Niemcy są dziś o krok od upragnionego celu – wykorzystując jako wehikuł dominacji struktury Unii Europejskiej, która wszak powstała m.in. po to, by trzymać Niemcy w ryzach.

Aby jednak komfortowo umościć się na tronie, Niemcy potrzebują głębszego oddechu, lebensraumu – a ten zapewnić im może tylko obszar Środkowej Europy z kluczowym elementem w postaci uzależnionej od nich Polski. Stąd też powrót do koncepcji Mitteleuropy (choć starannie unika się tego terminu) – czyli zbudowania wokół Niemiec grona państw satelickich stanowiących gospodarcze zaplecze, źródło taniej siły roboczej i rynek zbytu. Mówimy tu o współczesnej formie kolonializmu, z tą różnicą, że owe kolonie nie znajdują się gdzieś hen za morzem, lecz poręcznie, tuż pod bokiem, co znacznie ogranicza koszty eksploatacji i sprzyja budowaniu efektywnych szlaków komunikacyjnych na osi wschód-zachód. Kolonie te, pozostające w strukturach UE i formalnie dysponujące wszelkimi zewnętrznymi atrybutami suwerenności, mają jeszcze ten walor, że swymi głosami wspierają na forum unijnym niemieckie projekty, stanowiąc tym samym dla Berlina dodatkową dźwignię polityczną.

Aby opisywany tu mechanizm sprawnie funkcjonował spełniony winien zostać podstawowy warunek – w krajach Mitteleuropy rządzić musi każdorazowo ekipa z berlińskiego nadania, będąca wyrazicielem interesów „metropolii”. Stąd pieczołowite konstruowanie V kolumny, zarówno jeśli chodzi o ugrupowania polityczne, jak i instrumentarium społecznego oddziaływania – media, fundacje, system stypendialno-grantowy – niestrudzenie pracującego na rzecz przedstawiania Niemiec jako niedosiężnego wzorca cywilizacyjno-kulturowego do którego winniśmy równać. Bo wszak „demokracja kolonialna” polega na tym, by spacyfikowane i utrzymywane w permanentnym poczuciu niższości społeczeństwo wybierało właściwie.


II. Bunt w kolonii

Do pewnego momentu wszystko grało – Polska systematycznie wyrzekała się własnych podmiotowych aspiracji na rzecz płynięcia z „głównym nurtem”, rezygnując ze swych elementarnych interesów i sławiąc dobrodziejstwa euro-funduszy wydawanych pod dyktando mandarynów z Brukseli. Aż tu nagle coś zazgrzytało – Polacy uświadomili sobie, że gonią w piętkę (bo ceną, jaką Berlin z naszych pieniędzy płacił swej ekspozyturze, było milczące przyzwolenie na konserwację antyrozwojowych patologii), na dodatek zaczęli mieć serdecznie dosyć wciskanej im od 1989 r. „pedagogiki wstydu”. W efekcie, w 2015 r. pogonili rządzących z berlińskiego nadania folksdojczów i zagłosowali na ugrupowania zmiany – PiS i Kukiz'15. Z niemieckiego punktu widzenia był to po prostu bunt. I tak też traktują rząd PiS, który z różnym powodzeniem, ale jednak usiłuje realizować suwerennościową agendę – jako uzurpatorów w zrewoltowanej kolonii. A ponieważ dziś Berlin już nie może wysłać tu korpusu ekspedycyjnego, niczym w 1904 r. do Namibii, by ten wyrżnął w pień autochtonów, to walka toczy się innymi metodami, lecz z równą bezwzględnością.

Przywróceniu starego porządku służyć mają zarówno naciski zewnętrzne, zmierzające do międzynarodowej izolacji Polski, tak by funkcjonowała w skrajnie nieprzyjaznym otoczeniu, jak i próby wewnętrznej destabilizacji kraju, by w konsekwencji, mówiąc hasłowo, Polacy zatęsknili za Tuskiem i epoką „ciepłej wody w kranie”. Przy czym sama Angela Merkel woli trzymać się dyskretnie w cieniu, jako że ostentacyjne mieszanie się niemieckiego rządu w nasze wewnętrzne sprawy mogłoby wywołać efekt odwrotny do zamierzonego. Taktykę tę jakiś czas temu otwartym tekstem wyłuszczył „Die Welt” piórem Alexandra Wölla. Otóż, twierdzi on, iż krytyka z Niemiec pod adresem Polski zawsze umacnia kogoś, kogo nie chcemy wspierać” – konkretnie, Jarosława Kaczyńskiego. Dlatego też zmiany musi zaprowadzić samodzielnie polskie społeczeństwo obywatelskie, a wtrącanie się Niemiec do polskich spraw siły te raczej osłabi niż wzmocni. Podwójne weto prezydenta Dudy wobec ustaw o KRS i Sądzie Najwyższym ocenia on jako sukces „strategii niemieszania się”. Basuje mu Thomas Vitzthum, twierdząc iż w Berlinie wiąże się nadzieję z tym, że obecny przewodniczący Rady Europejskiej Donald Tusk stanie w szranki z partią Kaczyńskiego”, zaś wstrzemięźliwość Angeli Merkel w komentowaniu sytuacji w Polsce „ma sprzyjać przygotowaniu gruntu dla Tuska do wyborów.

Oczywiście nie oznacza to, że Merkel rezygnuje z gry na innych fortepianach. Ton niemieckiej prasy pozostaje niezmiennie skrajnie wrogi wobec polskiego rządu, co jest niewątpliwie obliczone na wywołanie rezonansu na Wisłą. Rola polskojęzycznych mediów z niemieckim kapitałem jest od lat ogólnie znana. Do tego dochodzi uruchomienie brukselskich marionetek – tych wszystkich „guyów”, Timmermansów i Junckerów, mających pod byle pretekstem wszczynać antypolskie hece i groteskowe procedury dyscyplinujące. Na powyższe nakłada się ekscytowanie wewnętrznych niepokojów w myśl hasła „ulica i zagranica”. Słowem, jak pisałem tu niedawno – plan zakłada obalenie niewygodnego rządu polskimi rękami przy wsparciu zagranicznych ośrodków nacisku, tak by umożliwić powrót Tuska na białym koniu i zaprowadzenie „porządku w Warszawie”.

A czasu jest coraz mniej, bowiem Niemcy czują, że wymyka im się z rąk nie tylko Polska, ale cały region. Do pewnego momentu Merkel mogła bagatelizować Grupę Wyszehradzką czy inicjatywę Trójmorza – ale w momencie, gdy wsparcia naszemu regionowi udzielił Donald Trump, zaczęła się inna rozmowa. Europa Środkowa powiązana gazociągami tłoczącymi gaz z polskiego gazoportu (i w przyszłości chorwackiego na wyspie Krk) oraz podłączona do Baltic Pipe z gazem z norweskich złóż, do tego ze szlakami komunikacyjnymi na osi północ-południe takimi jak Via Carpatia, wszystko zaś pod amerykańskim parasolem (a Trump nie ukrywa, że gra na osłabienie Niemiec) – temu Berlin nie może się biernie przyglądać, stąd instalacja Tuska w Warszawie staje się zadaniem priorytetowym.


III. Roszada Tusk za Dudę?

Powyższe tłumaczy, dlaczego PO i Nowoczesna prowadzą, zdawałoby się, samobójczą politykę, dekonspirując się jako niemiecka partia w Polsce. Inaczej po prostu nie mogą. Są zakładnikami - i to podwójnymi. Po pierwsze, są zakładnikami paramafijnych układów oligarchii III RP, funkcjonujących m.in. za niemieckim przyzwoleniem. Po drugie - są zakładnikami swych niemieckich protektorów i muszą realizować ich agendę, nawet na własną polityczną zgubę. A w Berlinie najwyraźniej liczą na powtórkę scenariusza z 2007 r. - pozostaje mieć nadzieję, że Polska jest już innym krajem niż wówczas.

Cóż jednak mają zrobić Niemcy, gdy polska gospodarka i budżet mają się dobrze, a PiS ma stabilne poparcie wzmacniane dodatkowo transferami socjalnymi i niskim bezrobociem? Muszą grać na rozbicie, dezintegrację obozu rządzącego (co również byłoby powtórką z 2007 r.).

I w tym miejscu, na koniec, sformułuję daleko idącą hipotezę co do której bardzo chciałbym się mylić, ale sądzę, że powinna zostać wypowiedziana na głos. Czy nagły przypływ „niezależności” prezydenta Dudy związany jest ze słynną 45-minutową rozmową telefoniczną z Angelą Merkel? Czy weta oraz niedawna odmowa generalskich nominacji mają z tym związek? Mówiąc wprost: czy Angela Merkel obiecała Dudzie jakieś stanowisko w Brukseli po zakończeniu kadencji? Przecież na zdrowy rozum, jeżeli Duda będzie kontynuował obecną linię, to PiS nie wystawi go do kolejnych wyborów – a to oznacza śmierć polityczną, bo bez partyjnego wsparcia nie ma co liczyć na drugą kadencję. Oczywiście, na brukselski stołek Andrzej Duda musiałby zasłużyć – np. blokując PiS-owi kluczowe reformy, tak by rząd pogrążył się w paraliżu, zaś obóz patriotyczny – w wewnętrznych wojenkach, być może zakończonych rozłamem. A w odpowiednim momencie Angela Merkel wkroczyłaby do gry robiąc roszadę – Tusk do Warszawy, Duda do Brukseli. Sądzę, że najbliższe tygodnie i zachowanie prezydenta dadzą nam odpowiedź - tymczasem zostawiam Państwa z tym materiałem do przemyśleń.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Merkel i Duda, czyli caryca Katarzyna i król Stasio

Timmermanslewacki burak roku


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 36 (06-12.09.2017)

Pod-Grzybki 112

Obłęd – zaraz po zamachach w Katalonii pochodzący z Kaukazu nożownik do którego przyznało się ISIS zaatakował ludzi na jakimś syberyjskim zadupiu. Oczywiście, ponieważ w Rosji wszystko jest największe, to i owo zadupie, czyli miasto Surgut (nawet nie próbujcie ściemniać, że nie musieliście sprawdzać w Google gdzie to jest) również jest spore – ponad 300 tys. mieszkańców. Ale ja nie o tym. Otóż rosyjskie władze za Chiny nie chcą przyznać, że był to zamach – i słuszna ich racja. Biedaczek pewnie zmarzł i postanowił – jak to w Rosji – pomachać sobie nożem dla rozgrzewki. Niefortunnie jednak jacyś ludzie ciągle podłazili mu pod ostrze. I tak osiem razy...


*

IPN wszczął śledztwo w sprawie składania przez Wałęsę fałszywych zeznań odnośnie papierów „Bolka”. Ileż razy mam powtarzać – nie czepiajcie się Lecha. Szukajcie jego złego brata-bliźniaka Bolesława - to wszystko jego wina, a poczciwy Lechu wreszcie odetchnie, bo nie będzie musiał dłużej kryć tej zakały cesarskiego rodu Valensów!


*

Jeżeli się pan już obudził pięć dni po nawałnicy, skoro jest już pan przytomny, do pracy” - zaapelował Mariusz Błaszczak do marszałka województwa pomorskiego Mieczysława Struka po fali nawałnic, jakie nawiedziły północno-zachodnią Polskę. Wywołało to spazmy oburzenia od „Wyborczej” po Durczoka. I słusznie. Przecież Struk jest z PO, więc jest niewinny. Z definicji. Natomiast Błaszczak jest z PiS, zatem jest winny. Też z definicji.


*

Posłanka PO Agnieszka Pomaska wymyśliła sobie razem z TVN24 „ustawkę” – pojechała do gminy dotkniętej przez nawałnicę z pilarką i agregatem prądotwórczym, żeby wręczyć je przed kamerami poszkodowanym. Niestety, jej osobówka zakopała się w piachu i musieli wyciągać ją strażacy, co stało się obiektem internetowej szydery. Oj, panowie, nie znacie się na kobietach – przecież ona zabuksowała się tam specjalnie, żeby mógł ją uratować zastęp dziarskich chłopaków. Pamiętacie, jak Fiona w „Shreku” przygotowywała się na ratunek ze strony wyczekiwanego rycerza? No właśnie. Tyle, że zamiast rycerza zjawił się ogr – wynika z tego, że w przypadku Pomaskiej powinien był ją uratować Schetyna. Ciekawe, czy by ją to uszczęśliwiło...


*

Jarosław Kaczyński zadeklarował, że 10 kwietnia 2018 r. odbędzie się ostatnia miesięcznica smoleńska – staną pomniki i poznamy prawdę. Co do pomników – zgoda. Co do prawdy – wątpię. Komentatorzy twierdzą, że Kaczyński szukał formuły jak wyjść z twarzą z konfrontacji z UBywatelami RP. Ja sądzę, że raczej stracił cierpliwość do Macierewicza – bo na każdej miesięcznicy wołając po raz n-ty o dochodzeniu do prawdy chcąc nie chcąc musiał świecić za niego oczami – a przy okazji za różne sensacyjne i niesprawdzone wrzutki z jakich zaprzyjaźniona z Macierewiczem „Zona Wolnego Słowa” zrobiła sobie model biznesowy, skutecznie przy tym kompromitując smoleńskie śledztwo. Nie będę się tu silił na dowcipną pointę, bo to wszystko jest przede wszystkim niezmiernie smutne.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 36 (06-12.09.2017)