czwartek, 20 września 2018

Dialogizm i przepraszactwo

Jaki jest sens „dialogu” opartego na fałszu, manipulacji i przemilczeniach? Czy w polskim Kościele ktokolwiek zadaje sobie jeszcze takie pytanie?

I. Ludobójcy spod znaku „new age”

Metropolita łódzki, abp. Grzegorz Ryś, wziął udział w obchodach 74. rocznicy likwidacji łódzkiego getta. Samo uczestnictwo, rzecz jasna, jest gestem zrozumiałym – wszak pochylanie się nad ofiarami prześladowań i cierpiącymi, niezależnie od ich przynależności etnicznej czy wyznania, winno być naturalnym odruchem chrześcijanina. Problem w tym, że kojarzony z liberalnym nurtem w Kościele hierarcha wykorzystał tę okazję, by uderzyć się w piersi - i to nie tyle własne, ile wszystkich chrześcijańskich kościołów, wywołując do tablicy, co jasno wynika z kontekstu wypowiedzi, również katolików. Oto cytat: „To się stało w środku Europy, w środku cywilizacji, którą dumnie nazywamy chrześcijańską, i to, o czym trzeba pamiętać w tych dniach, to to, że to jest powtarzalne. Jeśli się już to wydarzyło, to może się wydarzyć powtórnie. Zagładę w dużej mierze stworzyli ludzie, trzeba to powiedzieć, niestety, z bólem serca, ludzie, których wychowywały Kościoły chrześcijańskie na swoich nabożeństwach”. Swoje dodał również łódzki ocalały Leon Weintraub: „Z wielkim bólem stwierdzam, że po ulicach polskich miast maszerują ludzie w strojach podobnych do hitlerowskich i z podobnymi do tamtych sloganami”.

Z takim postawieniem sprawy nie sposób się zgodzić. Trzeba powiedzieć jasno, że architektami i głównymi wykonawcami zbrodni na Żydach byli niemieccy narodowi socjaliści, ze szczególnym uwzględnieniem SS. Ideologia, którą się kierowali była z gruntu antychrześcijańska – chrześcijaństwo traktowane było jako religia „zażydzona” i wedle planów przywódców III Rzeszy w przyszłości miała zniknąć. Natomiast namiastką nazistowskiej religii (wraz ze stosownymi obrzędami) było „pragermańskie” neopogaństwo z silnymi akcentami ezoteryczno-okultystycznymi oraz odniesieniami do religii Dalekiego Wschodu, gdzie zresztą Himmler wysyłał ekspedycje mające odnaleźć pozostałości po Ariach - „praprzodkach Germanów”. Wystarczy spojrzeć na symbolikę - „runy” SS czy swastykę, będącą w równym stopniu odniesieniem do starożytnego Rzymu, jak i do „aryjskiej” symboliki hinduizmu. A skoro już o tym mowa – również koncept „rasy panów” ma hinduistyczne korzenie. Ot, taki nazistowski „new age”. Warto w tym miejscu wspomnieć o okultystycznym i „ariozoficznym” Towarzystwie Thule założonym w 1918 r., które odcisnęło trwałe piętno na niemieckich „volkistach”. To z tego kręgu wywodził się główny ideolog NSDAP – Alfred Rosenberg. Z kolei partię DAP (Niemiecka Partia Robotnicza, poprzedniczka NSDAP) zakładał inny członek Towarzystwa – Karl Harrer wraz z Antonem Drexlerem, który z kolei zasugerował Hitlerowi użycie swastyki, jako symbolu NSDAP i III Rzeszy. Wreszcie, założyciel Towarzystwa Thule, Rudolf von Sebottendorf, był właścicielem dziennika „Beobachter” (późniejszy „Völkischer Beobachter”). Przykłady tego typu można mnożyć. To ukształtowani w tym duchu „nadludzie” zgotowali ludobójcze piekło na ziemi – nie tylko zresztą Żydom. Polacy (i generalnie, Słowianie) mieli być następni w kolejce do wyniszczenia.


II. „Wychowankowie” czy odstępcy?

Ludzi tych nie „wychowały Kościoły chrześcijańskie”. Oni się tych Kościołów wyparli, mieli je w głębokiej pogardzie – i tak też kształtowali kolejnych adeptów. Jeżeli w tym kontekście można mówić o winie „kościołów” - to co najwyżej w kategoriach duszpasterskiej porażki. Owszem, można stawiać zarzuty bawarskiemu chłopu, że wcielony np. do Wehrmachtu wykonywał zbrodnicze rozkazy – i często rozsmakowywał się w poczuciu nieograniczonej władzy nad różnymi „podludźmi”. Można mówić o „antysemickich” z dzisiejszego punktu widzenia kazaniach (mających, nota bene, zazwyczaj podłoże społeczno-ekonomiczne, takie jak walka z lichwą i wyzyskiem, a nie rasistowskie), ale to nie Kościół nawoływał do holocaustu! Poza tym, wrzucanie do jednego worka wszystkich chrześcijańskich wyznań, jak uczynił to abp. Ryś, jest jawnym nadużyciem. Czym innym jest protestantyzm ufundowany w tej mierze na zwierzęcym antysemityzmie Lutra (tego samego, którego Kościół Katolicki niedawno tak fetował z okazji 500-lecia Reformacji) – też przecież dalece niejednorodny, a czym innym katolicyzm – również przybierający lokalne oblicza. W Niemczech, zgodnie z narodowym charakterem, Kościół był tradycyjnie lojalny wobec władzy (i taki też pozostaje, tyle że dziś na „postępową” modłę, że przytoczę słynną wypowiedź kard. Reinharda Marxa - „nie jesteśmy filią Rzymu”). Swoją drogą, znamienne jest tu głuche milczenie w odpowiedzi na pamiętny list polskich biskupów „przebaczamy i prosimy o wybaczenie”. Z kolei w katolickiej, frankistowskiej Hiszpanii holocaustu (mimo nacisków Hitlera) jakoś nie było. A jeżeli już mówimy o „wychowaniu” - może warto się zastanowić nad wpływem na narodowych socjalistów antysemickich tyrad Karola Marksa?

Tego wszystkiego w słowach abp. Grzegorza Rysia zabrakło. Rozumiem, że obchody zagłady łódzkiego getta to nie pora na długie wywody – ale może warto było choć wspomnieć o tym, że tragedia była dziełem ludzi zwiedzionych i opętanych nieludzką ideologią, tak daleką od chrześcijaństwa, jak tylko jest to możliwe? Zamiast tego, otrzymaliśmy „hurtowy” akt ekspiacji i skruchy w imieniu wszystkich chrześcijan. Na dobrą sprawę, nawet nie wiadomo, w czyim konkretnie imieniu metropolita wypowiadał swe słowa. Niemieckich protestantów? Niemieckich katolików? Bo przecież chyba nie Polaków? Przypomnę, że Łódź została wcielona bezpośrednio do Rzeszy i nie było w niej nawet „granatowej policji”. No i pytanie – czy na uroczystości był obecny jakikolwiek przedstawiciel niemieckiego Kościoła?


III. Dialogizm i przepraszactwo

Te wszystkie pytania mają, niestety, charakter retoryczny – tak naprawdę domyślamy się bowiem, co łódzkim hierarchą kierowało. To tocząca od dziesięcioleci Kościół choroba „dialogizmu” i „przepraszactwa”. Abp. Ryś przy okazji obchodów wyznał, iż być może bez holocaustu dialog katolicko-żydowski by nie zaistniał. W takie podejście zaś immanentnie wpisana jest postawa samoupokorzenia i kajania się Kościoła za Zagładę – w kilku wariantach: albo Kościół „robił za mało” dla ratowania Żydów, albo „milczał”, albo wręcz czynnie współuczestniczył w zbrodni za pośrednictwem swoich nienawistnie zindoktrynowanych wiernych. Na powyższe nakłada się obecna nagonka na Polaków jako „współsprawców” - i nie mogę oprzeć się wrażeniu, że metropolita kajając się za zbrodniarzy „wychowanych na chrześcijańskich nabożeństwach” ma na myśli przede wszystkim nas i przedwojenny polski Kościół, a nie jakichś tam Niemców.

Wystąpienie abp. Rysia wpisuje się także w trwającą od jakiegoś czasu manię odcinania się na wyprzódki przez kościelną hierarchię od „nacjonalizmu” dziś personifikowanego przede wszystkim przez środowiska narodowców. Cóż innego mogą znaczyć słowa, że tragedia „może wydarzyć się powtórnie” współgrające z zacytowanym na początku Weintarubem bredzącym niczym drugi Verhofstadt o maszerujących polskimi ulicami ludziach „w strojach podobnych do hitlerowskich”? I znów należy jasno powiedzieć – polscy narodowcy pozostali w godzinie próby wierni Polsce i Kościołowi. Nie poszli na kolaborację z Hitlerem, wielu spośród nich ratowało Żydów i zapłaciło za to najwyższą cenę. Polski Kościół nie ma się czego wstydzić. Swoimi nabożeństwami nie „wychował” ludobójców lecz szczerych patriotów i prawych ludzi, z których dziś powinien być dumny, zamiast spychać ich do roli „zastępczych sprawców” na użytek nowej „religii holocaustianizmu” (© Paweł Lisicki). Jakiż to udział mieli polscy katolicy i generalnie, chrześcijanie, w zagładzie łódzkiego getta? Getta, dodajmy, pod nieludzkimi, dyktatorskimi rządami upojonego władzą Chaima Rumkowskiego, gorliwie wysługującego się oprawcom? Czy obecni na uroczystości rabini zająknęli się o nim chociaż słowem?

No i nade wszystko – jaki jest sens „dialogu” opartego na fałszu, manipulacji i przemilczeniach? Czy w polskim Kościele ktokolwiek zadaje sobie jeszcze takie pytanie?

Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Czy Kościół skręca w lewo?

Ten okropny nacjonalizm...

Nie ma patriotyzmu bez nacjonalizmu

Księża nie klękali przed komunistami – dlaczego teraz klękają przed „Wyborczą”?


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 37 (14-20.09.2018)

Musk, czyli psychopaci są wśród nas

Będę szczery. Moim zdaniem Musk nie jest żadnym przepracowanym nadwrażliwcem, tylko psychopatą.

Jednym z wakacyjnych hitów rubryk ekonomicznych były, delikatnie mówiąc, oryginalne posunięcia Elona Muska, prowokujące wręcz pytanie o poczytalność kontrowersyjnego biznesmena. A to zażądał od dostawców zwrotu części zapłaconych im pieniędzy (tzw. rabat wsteczny), to znów ogłosił wycofanie Tesli z giełdy przy pomocy saudyjskiego funduszu inwestycyjnego (dzięki temu nie musiałby np. publikować kwartalnych raportów finansowych notorycznie wykazujących, że Tesla jedzie na stratach). W międzyczasie atakował analityków finansowych za zadawanie niewygodnych pytań, a także nazwał jednego z brytyjskich nurków jaskiniowych ratującego dzieci w zalanej tajlandzkiej jaskini „pedofilem” - bo ten podał w wątpliwość przydatność przygotowanej przez Space X specjalnej kapsuły ratunkowej. Jakby tego było mało, okazało się, że w celu zbicia kosztów i przyspieszenia produkcji Musk nakazał swoim technikom pomijanie testów hamulcowych Tesli, a eksperci z firmy inżynieryjnej Munro & Associates po rozebraniu Modelu 3 na czynniki pierwsze wystawili miażdżące świadectwo jakości wykonania („przypomina Kię z lat 90-tych”) wytykając np. stosowanie tanich elementów. Hm, zetknąłem się gdzieś z opinią że Tesla to taki „ajfon na kółkach”: przereklamowany, drogi gadżet ze sztucznie dorobioną ideologią – i chyba coś w tym jest.

Tymczasem Tesla po staremu przepalała pieniądze, nie zbliżając się nawet do progu rentowności, klienci zniechęceni wysoką ceną, kończącymi się rządowymi dopłatami i długim okresem oczekiwania zaczęli wycofywać zamówienia, zaś amerykańska Komisja Papierów Wartościowych i Giełd wszczęła postępowanie mające zbadać zarzuty jednego z udziałowców o manipulowaniu cenami akcji. Wskutek powyższego, Musk postanowił ratować sytuację i udzielił dziennikowi „The New York Times” tzw. szczerego wywiadu (standardowa zagrywka z zakresu PR-owskiego „zarządzania kryzysowego”) mającego pokazać jego „ludzką twarz”. Jak przekazali reporterzy gazety, Musk podczas rozmowy miał kilkukrotnie niemal się popłakać, wyznał że jest wycieńczony, pracuje po 120 godzin tygodniowo, prawie nie wychodzi z firmy, od lat nie był na urlopie, cierpi na bezsenność i musi szprycować się środkami nasennymi. I właśnie w tej „szczerości” szef Tesli przedobrzył – zamiast ocieplenia wizerunku i zaprezentowania publiczności ciężko pracującego wizjonera, świat otrzymał obraz rozedrganego histeryka na skraju wycieńczenia nerwowego. Narzuca się automatycznie pytanie, czy ktoś taki jest w stanie podołać dalszemu prowadzeniu wielkiego przedsiębiorstwa. Toteż nic dziwnego, że reakcją na wywiad nie było bynajmniej uspokojenie nastrojów lecz tąpnięcie akcji Tesli na giełdzie.

Cóż, będę szczery. Moim zdaniem Musk nie jest żadnym przepracowanym nadwrażliwcem, tylko psychopatą. Powszechny wizerunek psychopaty to znany z popkulturowych klisz krwawy zabójca. Tymczasem większość osób z tego typu anomalią znakomicie się maskuje: potrafią być ujmujący, są na ogół świetnymi manipulatorami, zjednują sobie otoczenie – słowem, to znakomici bajeranci, często autentycznie utalentowani w jakiejś dziedzinie. Jednocześnie są idealnie impregnowani na uczucia wyższe, co w połączeniu ze skrajnym egocentryzmem sprawia, że nie są zdolni do empatii i gwałtownie reagują na wszelki sprzeciw wobec swoich poczynań. Wtedy potrafią być naprawdę nieobliczalni i dosłownie idą „po trupach do celu”. Przypomina nam to kogoś?

Jakoś tego zapłakanego Muska nie wzruszały karetki odwożące padających z przemęczenia pracowników fabryki Tesli. Do poluzowania norm zmusiła go dopiero medialna wrzawa. Jednocześnie ten sam Musk okazał się niebywale skuteczny w napędzaniu „wyznawców” (i pieniędzy, w tym publicznych) do swoich kolejnych projektów – i to mimo wieloletnich strat – przekonując, że już-już za chwilę przyniosą niebotyczne zyski. Tacy ludzie są przydatni. Jest tajemnicą poliszynela, że wielkie korporacje przeprowadzając testy osobowościowe wśród kandydatów na wysokie kierownicze stanowiska celowo premiują osoby o cechach psychopatycznych, bowiem są one bezwzględne i pozbawione moralnych hamulców – a przez to skuteczne. To wszystko działa jednak tylko do czasu. Wyróżnikiem firm i poszczególnych działów na czele których stoi psychopata każdorazowo jest niezdrowa atmosfera, a to prędzej czy później odbija się na wydajności, choćby dlatego, że psychopata eliminuje ze swojego zespołu każdego zdolnego współpracownika, który mógłby zagrozić jego pozycji. Czy fakt, że Musk „musi” siedzieć w firmie po 120 godzin tygodniowo i nie może (nie chce?) przekazać komuś części zadań, coś nam mówi?

Nic więc dziwnego, że od pewnego czasu nasilają się pogłoski o dymisji Muska, bo udziałowcy Tesli mają już po dziurki w nosie jego wyskoków. Sam zainteresowany odpowiada tak: „Jeśli macie kogoś, kto może wykonać lepszą pracę, to dajcie mi znać. Może mieć tę robotę. Czy jest ktoś, kto może lepiej wykonać tę pracę? Mogę mu przekazać lejce w tym momencie”. A może by tak... Morawiecki?


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Utopia elektromobilności


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 36 (14-20.09.2018)

Ziemia w „ciemnym lesie” - czyli, jak lewactwo ściągnęło na nas zagładę

I. Ciemny las

Nie da się ukryć – Ziemię czeka zagłada. Może wydarzyć się za rok, za setki lub tysiące lat – ale jej nadejście jest przesądzone. Skąd ten fatalizm? Wynika on wprost z założeń tzw. socjologii kosmicznej wyłożonej w powieści science fiction „Ciemny las” chińskiego autora Liu Cixina (Liu to nazwisko, Cixin to imię – w chińskim zapisie zawsze nazwisko podaje się jako pierwsze). Tu uwaga – jeśli ktoś na wzmiankę o science fiction zaczął się ironicznie uśmiechać, to radziłbym wziąć na wstrzymanie, bowiem szeroko rozumiana fantastyka naukowa w swych różnych odmianach to nic innego jak opis historii, która nadejdzie. Nie bez przyczyny parali się nią tacy autorzy jak Isaac Asimov, Artur C. Clarke czy Carl Sagan (o którym będzie nieco więcej w dalszej części tekstu), będący zarazem cenionymi naukowcami – o naszym Stanisławie Lemie nie wspominając.

Powieść „Ciemny las” (uwaga, będą spoilery) jest środkową częścią trylogii pod znamiennym tytułem „Wspomnienie o przeszłości Ziemi” („Problem trzech ciał”, „Ciemny las” i „Koniec śmierci”) opisującej walkę ludzkości o przetrwanie w śmiertelnie niebezpiecznym kosmosie. Punktem wyjścia do rozważań chińskiego autora był tzw. paradoks Fermiego. Otóż słynny włoski uczony zadał pytanie, jak to możliwe, że nie natrafiliśmy do tej pory na żaden ślad pozaziemskich cywilizacji, mimo że statystycznie istnieje wysokie prawdopodobieństwo ich obecności we wszechświecie? Dlaczego żadna z nich nie podjęła próby nawiązania z nami kontaktu?

Odpowiedź Liu Cixina jest tyleż logiczna, co przygnębiająca i zawiera się w teorii „ciemnego lasu”, będącej zarazem metaforą, jak i nader zdroworozsądkowym wyjaśnieniem „milczenia wszechświata”. Mianowicie, wg Liu kosmos przypomina tytułowy ciemny las, w którym krążą uzbrojeni myśliwi. Każdy z nich przeczuwa istnienie innych (bo nieprawdopodobieństwem byłoby sądzić, że w całej wielkiej puszczy żyje tylko on jeden) – lecz nic o nich nie wie. Nie wie, jakie są zamiary pozostałych łowców, jakimi narzędziami dysponują, jaką mają broń, no i przede wszystkim – czy po przypadkowym kontakcie któryś z nich nie zareaguje agresją i go nie zabije. Wskutek tego, każdy z myśliwych koncentruje się głównie na tym, by nie zdradzić swej obecności – porusza się bezszelestnie niczym duch, ostrożnie rozsuwa przed sobą gałęzie drzew, liczy każdy krok i oddech. I teraz wyobraźmy sobie, że w takim ogarniętym wieczną nocą lesie ktoś rozpala ognisko, ściągając na siebie uwagę. Jego chwile są policzone – choćby dlatego, że pozostali myśliwi widząc taką ostentację dochodzą do wniosku, że skoro ktoś waży się ujawnić, to musi czuć się dostatecznie silnie i pewnie – a zatem, stanowi potencjalnie śmiertelne zagrożenie.


II. Wojna cywilizacji

Podobnie rzecz się ma z kosmicznymi cywilizacjami – one zwyczajnie się ukrywają przed konkurentami, w obawie, że jeśli natrafią na bardziej rozwiniętego technologicznie rywala, ten ich unicestwi. Uczyni tak poniekąd prewencyjnie, eliminując „obcego” zanim tamten zrobi to pierwszy. Wskutek powyższego, każdy kontakt, nawet przypadkowy, musi się skończyć anihilacją jednej ze stron. Dlaczego tak? Wszak można sobie wyobrazić, że wysoko rozwinięta cywilizacja natrafia na planetę, której mieszkańcy dopiero zeszli z drzew – jaką groźbę mogą stanowić takie małpoludy dla przybyszy potrafiących np. zaginać czasoprzestrzeń i swobodnie „przeskakiwać” z jednego punktu wszechświata do drugiego? Otóż, należy pamiętać, że mówimy tu o „kosmicznej” skali czasowej, dla której miliony lat ewolucji to mgnienie oka, zaś rozwój techniczny istot rozumnych to ułamek tego mgnienia. Na dodatek, postęp odbywa się skokowo – od jednego przełomu do drugiego, przy czym poszczególne „skoki” wskutek ustawicznego gromadzenia wiedzy odbywają się w coraz krótszych odstępach.

Weźmy historię ludzkości – przez dziesiątki tysięcy lat pędziliśmy żywot nomadów. Nagle, w ciągu kilku tysiącleci nastąpiła tzw. rewolucja neolityczna – ludzkość opanowała rolnictwo. Później przyszła pora na wynalezienie obróbki kolejnych metali, powstają wielkie miasta, imperia i monumentalne budowle... wszystko w coraz szybszym tempie. Zresztą, wystarczy spojrzeć na dzieje najnowsze – od rewolucji przemysłowej, poprzez elektryczność, atom aż do współczesnej epoki informatycznej i pierwszych prób eksploracji kosmosu minęło raptem nieco ponad dwieście lat. Rozumiemy już w czym rzecz? Nikt naszym „kosmitom” nie zagwarantuje, że obecne „małpoludy” nie wejdą nagle na ścieżkę szybkiego rozwoju i w stosunkowo niedługim czasie staną się groźnym przeciwnikiem w walce o byt i kosmiczne zasoby. W związku z tym, Liu Cixin formułuje dwa prawa socjologii kosmicznej: 1) Przetrwanie to podstawowa potrzeba cywilizacji; 2) Cywilizacja rośnie i rozwija się nieustannie, podczas gdy suma materii we wszechświecie pozostaje taka sama.

Przy tym wszystkim myliłby się ten, kto sądzi, iż takie starcie cywilizacji będzie przypominało „Gwiezdne Wojny” - z flotami kosmicznymi, bitwami itd. To zabawy w piaskownicy. W powieści Liu Cixina te sprawy załatwia się inaczej – np. po wykryciu układu planetarnego zasiedlonego przez rozumne formy życia, górująca cywilizacja wysyła w jego kierunku rozpędzoną do gigantycznej prędkości pojedynczą cząstkę (nazywaną fotoidą), która po uderzeniu w lokalną gwiazdę (np. w Słońce) inicjuje niekontrolowaną reakcję, wskutek której Słońce eksploduje, pochłaniając w sekundę cały układ. Wszystko odbywa się „bezosobowo”, w jednej chwili.


III. Głupcy w ciemnym lesie

I dlatego właśnie Ziemia skazana jest na zagładę. W swej naiwności i arogancji zachowaliśmy się bowiem niczym głupcy rozpalający ognisko w ciemnym lesie, przy czym jeden z przejawów naszej głupoty jest szczególnie powalający. Mowa o sondach „Pioneer 10” i „Pioneer 11” wystrzelonych odpowiednio w 1972 i 1973 roku. Jak wiadomo, na ich pokładach znalazły się pozłacane płytki z informacją dla „braci w rozumie”. Płytki te zawierają schematyczne wizerunki kobiety i mężczyzny, przy czym mężczyzna unosi dłoń w geście powitania. Ale to jeszcze nic. Prawdziwą grozę budzi fakt, iż przedstawiliśmy na nich położenie naszego Układu Słonecznego i Ziemi. Słońce zlokalizowane jest względem 14 najbliższych pulsarów Drogi Mlecznej (a więc gwiazd „migających”, szczególnie „widocznych” na tle kosmosu) - a jakby tego było mało, na dole płytek przedstawiliśmy schemat układu planetarnego wraz z biegnącym od Ziemi torem lotu sondy zaznaczonym strzałką (!). Do tego jeszcze podaliśmy precyzyjne jednostki odległości (wg Wikipedii - „Jako jednostkę odległości przyjęto długość fali odpowiadającej przejściu między dwoma stanami spinowymi w atomie wodoru. (…) Odpowiadająca tej długości częstotliwość to 1420 MHz, w związku z czym okres tej fali wynosi około 0,7 ns. To on właśnie stanowi w informacjach przekazywanych na płytce jednostkę czasu”).

Krótko mówiąc, wysłaliśmy sygnał: „hej, tu jesteśmy i właśnie zabieramy się za podbój kosmosu. Zabijcie nas wszystkich”. Niepojęte, że jednym z autorów tego samobójczego kroku był wspomniany wyżej Carl Sagan – astronom i twórca egzobiologii (nauki o życiu pozaziemskim), a do tego pisarz science fiction od którego, zdawałoby się, można by oczekiwać nieco więcej wyobraźni.

Skąd ludziom przyszedł do głowy ten zbrodniczy pomysł? Należy pamiętać, że mówimy o początku lat '70 – epoce ofensywy wojującego lewactwa, rewolucji obyczajowej i hippisowskiego pacyfizmu spod znaku „make love not war” (Sagan również sympatyzował z tym nurtem i np. postulował legalizację marihuany). Zgodnie z duchem czasu przyjęto idealistyczne założenie, że wyżej rozwinięte cywilizacje będą zarazem stały na wyższym poziomie etycznym, w związku z tym przylecą tutaj dobrotliwi kosmici, którzy nas podźwigną i umoralnią (tacy charytatywni „E.T.”) - niczym w książkach Deanikena, w których Obcy nie mają nic lepszego do roboty, tylko uczyć ludzi stawiać piramidy. Podobnie w trylogii Liu Cixina chińska komunistka Ye Wenjie, napatrzywszy się na potworności rewolucji kulturalnej towarzysza Mao, wysyła z supertajnej bazy wojskowej sygnał do kosmitów, by ci przybyli i nauczyli ludzkość żyć w pokoju – co staje się początkiem całego dramatu.

Tak więc, co najmniej od roku 1972 żyjemy czasem pożyczonym – a na dodatek wciąż wysyłamy w przestrzeń kolejne sondy (np. Voyager), prowadzimy program nasłuchu SETI (samo w sobie dobre – ale intencja jest taka, by po wychwyceniu sygnału spoza Ziemi natychmiast odpowiedzieć), zaś nasza planeta wręcz tętni od impulsów elektromagnetycznych. Jedyna nadzieja w rozmiarach wszechświata i w tym, że zanim Obcy nas namierzą, zdążymy opanować podróże międzygwiezdne na tyle, by wyprowadzić się możliwie daleko stąd i w nowym miejscu przycupnąć jak mysz pod miotłą. Inaczej pewnego dnia Słońce wybuchnie nam prosto w twarze – i znów zapanuje cisza w „ciemnym lesie”.

*

Liu Cixin „Ciemny las” (cykl „Wspomnienie o przeszłości Ziemi”) - wyd. Rebis, 2017

Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w dwutygodniku „Polska Niepodległa” nr 17 (12-25.09.2018)

Pod-Grzybki 137

Postępowym mediom bardzo spodobał się uszyty w Polsce ornat, jakim papież Franciszek zadał szyku na Spotkaniu Rodzin w Dublinie. Ornat przyozdobiony był bliżej nieokreślonym, kolorowym maziajem, kojarzącym się niektórym z charakterystyczną, „tęczową” gejowską estetyką. Podobno było to nawiązanie do symboliki celtyckiej. Wszystko fajnie, jednak zwrócę nieśmiało uwagę, że mamy do czynienia z katolickim kapłanem (i głową Kościoła), a nie z celtyckim druidem. Przy okazji – czy gdyby na ornacie znalazł się krzyż celtycki, to również piano by z zachwytu?


*

Swoją drogą – te „gejowskie” kolorki w kontekście spotkania naznaczonego skandalami pedofilsko-homoseksualnymi, jakie wstrząsają Kościołem, zakrawają wręcz na kpinę z ofiar. Czyżby to był dyskretny sygnał dla kościelnego homolobby?


*

A skoro już wspomniałem o lokalnych symbolach - nie mogę doczekać się wizyty papieża Franciszka w Indiach. Może wtedy zobaczymy ornat ze swastykami.


*

Władze Wiednia nie chcą pomnika Jana III Sobieskiego, który miał być odsłonięty na Kahlenbergu w 335. rocznicę Odsieczy Wiedeńskiej. Wszystko było niby dogadane, ale austriaccy lewacy w ostatniej chwili stchórzyli przed Turkami i uznali, że pomnik jest „zbyt militarny”, „budzi lęk”, a tak w ogóle, ten Sobieski musiał być jakimś polskim faszystą. W związku z tym ew. pomnik ma „odpowiadać dzisiejszym standardom”. Proponuję taki: Jan III Sobieski na wzgórzu Kahlenberg wita tureckich gości transparentem: „Refugees welcome!”. Nada się?


*

A tymczasem na polskiej scenie politycznej rewolucja. Robert Biedroń zakłada partię pod filuterną nazwą „Kocham Polskę”. Oby tylko nie chciał złożyć „dowodu miłości”.


*

W rocznicę Bitwy Warszawskiej, wbrew ujadaniom podwładnych HG-W, przeszła Wisłostradą wielka wojskowa defilada. Udział wzięły m.in. grupy rekonstrukcyjne – i tu zabrakło mi pewnego elementu. Należało mianowicie przepędzić związanych aktywistów „totalnej opozycji” w charakterze bolszewickich jeńców. Taki Mazguła pasowałby jak ulał.


*

Eko-absurd. Francuskie miasteczko Les Epesses „zatrudniło” w parku miejskim do sprzątania śmieci tresowane gawrony. Jak podaje „Rzepa”: „Znalezione niedopałki i śmieci ptaki będą wrzucać do specjalnych pudełek, z których - za każdym razem po umieszczeniu w nich śmiecia - wypadać będzie orzeszek jako zapłata za pracę”. Pomysł jak pomysł, ale nurtuje mnie jedna kwestia: a kto będzie sprzątał po gawronach?


*

Szoking! Gwiazda „me too”, aktorka Asia Argento, molestowała 17-latka – a potem zapłaciła mu za milczenie, co ten miał przypłacić straszną traumą... Cóż, pewnie bidulka musiała jakoś odreagować końskie zaloty Weinsteina i na zasadzie kontrastu przygruchała sobie młodziutkiego adonisa. Tyle, że ten chłopak jakiś dziwny. Mogę z całą odpowiedzialnością stwierdzić, że dla 17-latka „molestowanie” przez atrakcyjną babkę (a pani Argento wtedy nic nie brakowało), to naprawdę nie jest ŻADEN problem. Co z tą dzisiejszą młodzieżą jest nie tak?


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w dwutygodniku „Polska Niepodległa” nr 17 (12-25.09.2018)

Trójmorze czy Mitteleuropa?

Może się okazać, że pewnego dnia ockniemy się z Trójmorzem sprowadzonym do roli instytucjonalnej emanacji niemieckiej Mitteleuropy.

I. Niemcy wkraczają do Trójmorza

Ledwo co zdążyłem napisać o kolejnej odsłonie mocarstwowych planów Niemiec („Niemiecka Europa”) - a tu, jak diabeł z pudełka wyskoczyła informacja, że Niemcy złożyły wniosek o dopuszczenie ich do obrad szczytu Inicjatywy Trójmorza w Bukareszcie (17-18 września) w charakterze „państwa partnerskiego”. Co więcej, jak się dowiadujemy, Polska (a konkretnie Kancelaria Prezydenta, czyli oficjalnego przedstawiciela naszego kraju na szczycie) ów wniosek poparła. Swoją zgodę muszą wyrazić jeszcze pozostałe kraje (prócz Polski - Austria, Bułgaria, Chorwacja, Czechy, Estonia, Litwa, Łotwa, Rumunia, Słowacja, Słowenia i Węgry) lecz można się spodziewać, że po polskiej akceptacji jest to jedynie formalnością. Tymczasem warto przypomnieć, że dopiero co wyszło na jaw, iż kanclerz Merkel zabiega o fotel szefa Komisji Europejskiej dla polityka z Niemiec, zaś tamtejszy minister spraw zagranicznych Heiko Maas opublikował artykuł w którym zarysował wizję Unii Europejskiej jako superpaństwa pod niemiecką hegemonią, zdolnego w sojuszu z Rosją do konfrontacji ze Stanami Zjednoczonymi obsadzonymi w roli głównego przeciwnika. Dodajmy, iż chodzi o te same Stany Zjednoczone, które mają być geopolitycznym patronem Trójmorza.

Widać zatem wyraźnie, że Niemcy wsadzają stopę w drzwi – a my, zamiast te drzwi przytrzasnąć, chociażby zbywając wniosek Berlina potrzebą konsultacji z pozostałymi partnerami, entuzjastycznie otwieramy je na oścież. Najwyraźniej prezydentowi Dudzie i jego otoczeniu udzieliła się przypadłość, którą towarzysz Stalin określił jako „zawrót głowy od sukcesów”. 18 września ma dojść do spotkania w Białym Domu z prezydentem Trumpem, zatem uznano zapewne, że dobrze byłoby je obudować wizerunkowo równoległym szczytem Trójmorza z udziałem głównego europejskiego gracza – który na dodatek właśnie do nas zwrócił się po prośbie i za naszą zgodą został dopuszczony do stolika. Owe splendory mają zaświadczyć, iż Trójmorze nie jest prowincjonalnym, mało ważnym projektem, lecz staje się poważną inicjatywą budzącą głębokie zainteresowanie kontynentalnych potęg. Sugerowałaby to wypowiedź Krzysztofa Szczerskiego o „rosnącym znaczeniu [Trójmorza] w polityce europejskiej i euroatlantyckiej” oraz o tym, że „Prezydent Andrzej Duda od początku zawiązania Inicjatywy Trójmorza konsekwentnie głosił przekonanie, że powinna ona stać się ważnym mechanizmem współpracy państw na rzecz harmonijnego rozwoju i bezpieczeństwa całej Europy. Jeśli kolejny, ważny kraj, podpisuje się pod ta ideą to znaczy, że jest ona słuszna i ma szanse utrwalić swoją rolę w polityce międzynarodowej”.

I nawet można by się zgodzić z diagnozą, że w Inicjatywie tkwi potencjał, nie okazała się ona bynajmniej efemerydą lecz przeciwnie – stopniowo konkretyzuje wewnętrzną współpracę. Tegorocznemu szczytowi towarzyszyć będzie Forum Biznesu (przy współpracy z amerykańskim Atlantic Council), powstać ma wspólny fundusz energetyczny oraz lista strategicznych projektów międzysystemowych z zakresu transportu, energii czy technologii cyfrowej, a uczestnicy liczą na nawiązanie współpracy z firmami z USA. Nic więc dziwnego, że również Berlin będzie chciał się temu interesowi przyglądać z bliska, potwierdzając tym samym, iż traktuje trójmorską integrację nader poważnie.


II. Wspólnota Narodów Trójmorza

Tyle, że zamiar Niemiec jest oczywisty – chodzi o zachowanie kontroli nad obszarem Mitteleuropy. Trójmorze pod amerykańskim parasolem stanowi bowiem zagrożenie dla ich żywotnych interesów politycznych i gospodarczych, a zneutralizowanie wpływów Waszyngtonu w regionie staje się w warunkach wojny handlowej jednym z kluczowych warunków zbudowania „Niemieckiej Europy”. I temu właśnie ma służyć obecność niemieckiej delegacji – a nie wyrażaniu uznania i cmokaniu z zachwytem nad środkowoeuropejską dynamiką. Co gorsza, jeśli udział Niemiec w obradach nie okaże się jednorazowy, lecz zadomowią się w Trójmorzu na dłużej, to mogą swój cel osiągnąć, skutecznie pacyfikując „buntowniczy” projekt.

Warto tu nadmienić, że Trójmorze w pierwszym rzędzie – czego nawet nikt specjalnie nie ukrywał – stanowić miało narzędzie służące wytworzeniu swoistej „wielobiegunowości” w ramach Unii Europejskiej. Tworzące je kraje czuły, że są tłamszone niemiecką przewagą i poddawane kolonialnej eksploatacji. Dlatego właśnie uznały, że należy zacieśnić współpracę i połączyć swe potencjały, by uzyskać efekt synergii. Inicjatywa miała równoważyć dominację Berlina na różnych polach, umacniać podmiotowość zarówno Europy Środkowej jako całości, jak i poszczególnych państw. Miała, krótko mówiąc, wywindować nasz region „ściśnięty” między Niemcami a Rosją do roli samodzielnego gracza – przynajmniej w ramach Unii. Wszystko to odbywa się na zasadach równoprawnych, partnerskich, bez piętrowego „ważenia głosów” w zależności np. od demograficznego potencjału, z czym mamy do czynienia w UE. Uszanowana jest odrębność oraz interesy poszczególnych państw, co nabiera dodatkowego znaczenia i atrakcyjności dla uczestników Inicjatywy w konfrontacji z rosnącym zamordyzmem Brukseli. Kraje regionu ustaliły współpracę wg prostej zasady – współdziałamy możliwie ściśle tam, gdzie nasze cele są zbieżne i staramy się wynieść z tego maksimum korzyści. Dobrze obrazuje to ukute w Instytucie Myśli Schumana hasło „Wspólnota Narodów Trójmorza” będące nawiązaniem do idei „Europy narodów”. Z Niemcami wewnątrz Trójmorza ta formuła jest nie do utrzymania, albowiem, jako się rzekło, interesy Berlina są w oczywisty sposób przeciwstawne i sprowadzają się do utrzymania środkowoeuropejskich kolonii pod butem.


III. Lis w kurniku

W tych warunkach zapraszanie Niemiec na szczyt w Bukareszcie przypomina wpuszczanie lisa do kurnika. Już sama obecność niemieckiej delegacji może na niektórych uczestników podziałać paraliżująco. A należy liczyć się i z tym, że Niemcy będą intrygować, przekupywać obietnicami (np. jeśli chodzi o korzystne dla poszczególnych krajów zapisy w przyszłym euro-budżecie), nastawiać członków szczytu przeciw sobie... Innymi słowy – możemy mieć powtórkę - tyle, że w skali makro - ze sprawy unijnej dyrektywy w kwestii pracowników delegowanych, kiedy to Macronowi skutecznie udało się rozbić środkowoeuropejską solidarność. Dodatkowo, dzięki bezpośredniemu uczestnictwu w obradach, Berlin uzyska dostęp do newralgicznych informacji, których z pewnością nie omieszka wykorzystać.

Niemcy tymczasem bezpardonowo prą do przodu – niedawno „przyklepały” budowę lądowej odnogi Nord Stream 2 (gazociąg EUGAL) mającej biec od bałtyckiego wybrzeża do granicy z Czechami. Pierwsza nitka ma zostać położona do końca 2019 r., a druga do końca 2020. Imponujące tempo, można się więc domyślać, że w Bukareszcie niemiecka delegacja będzie szczególnie zainteresowana planami energetycznymi Trójmorza. Biorąc pod uwagę „strategiczne partnerstwo” niemiecko-rosyjskie, równie dobrze można by na szczyt zaprosić Putina, tak by nic nie stanęło obu „partnerom” na przeszkodzie w ustaleniu wspólnej kurateli nad niepokornym regionem. Warto też rozważyć, jak zaproszenie Niemiec do rozmów zostało odebrane w Waszyngtonie i co w związku z tym usłyszy 18 września prezydent Duda od słynącego z impulsywności Donalda Trumpa.

Należy sobie zatem powiedzieć jasno – Trójmorze z Niemcami na pokładzie nie ma sensu, gdyż prędzej czy później zostanie przez nie zdominowane, a wpływy amerykańskie „wypchnięte” - choćby dlatego, że Niemcy leżą tuż pod bokiem, rozdają karty w UE i dzielą kasę. Tym samym, może się okazać, że Berlin w krótkim czasie skolonizuje politycznie i gospodarczo tę inicjatywę, zamieniając ją w kolejny instrument swojej hegemonii – czyli coś, co miało stanowić płaszczyznę emancypacji spod wpływów „Wielkiego Brata”, stanie się narzędziem uzależnienia. A to z kolei będzie oznaczało, że pewnego dnia ockniemy się z Trójmorzem sprowadzonym do roli instytucjonalnej emanacji niemieckiej Mitteleuropy. Obym był złym prorokiem.

Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 36 (07-13.09.2018)

Instytucje zaufania publicznego

Skoro banki chcą być „instytucjami zaufania publicznego” to należy sprawić, by stały się nimi nie tylko z nazwy – nawet jeśli miałyby zostać do tego zmuszone.

Prezes Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów Marek Niechciał wydał komunikat o wszczęciu postępowania w sprawie pobierania przez banki zawyżonych opłat za wystawienie zaświadczeń o historii spłaty kredytu. Takie zaświadczenia są niezbędne, gdy klient wchodzi z bankiem w spór prawny – np. podważając legalność klauzul zawartych w umowie kredytu. Jak łatwo się domyślać, powyższe dotyczy szczególnie „frankowiczów” procesujących się z bankami o zwrot zawyżonych rat, spreadów czy nienależnie pobranych odsetek. Słowem – całego repertuaru „pułapek” zastawianych na klientów w formie celowo nieprecyzyjnych i niezrozumiałych postanowień umownych, co niedawno podkreśliła w swym raporcie dotyczącym ochrony konsumentów Najwyższa Izba Kontroli. UOKiK wziął pod lupę 15 działających w Polsce banków - Alior, BGŻ BNP Paribas, BPH, BZ WBK, Credit Agricole, Deutsche Bank Polska, Euro Bank, Getin Noble Bank, ING, mBank, Millennium, Pekao, PKO BP, PKO Bank Hipoteczny, Raiffeisen Bank Polska. Nie ma co, sama śmietanka. Póki co, zarzuty postawiono Deutsche Bank Polska – instytucja ta pobierała za szczegółową historię spłaty jednorazowo 200 zł plus 100 zł za każdy kolejny rok. Oznacza to, że klient spłacający kredyt od 2001 r. musiałby za zaświadczenie zapłacić nawet 1800 zł. - czyli coś w rodzaju nadprogramowej „raty”. W oczywisty sposób tak wysokiej opłaty nie da się uzasadnić kosztami przygotowania historii kredytu, a co za tym idzie, stanowi ona nieuzasadniony dochód banku. Od siebie dodam, że w istocie przypomina to formę szykany wobec klienta, który ma zamiar dochodzić swych praw w sądzie i w wielu przypadkach może być wręcz kwotą zaporową, zniechęcającą do wytoczenia bankowi procesu. A że bez historii spłaty kredytu w ręku konsument nie może określić przed sądem wysokości swojego żądania, to – jak podkreśla prezes UOKiK – mamy do czynienia z „błędnym kołem”. Jak czytamy w komunikacie, postępowanie wobec Deutsche Bank może zakończyć się nałożeniem kary do wysokości 10 proc. obrotu, lub nakazem zrekompensowania konsumentom poniesionych strat – przy czym bank może uniknąć kary, jeśli sam się zobowiąże do wynagrodzenia klientowi szkód. Nie wyklucza się również podobnych kroków wobec pozostałych sprawdzanych banków.

Mamy zatem kolejny punkt w coraz szerszym spektrum nieczystych chwytów stosowanych przez banki, których wspólnym mianownikiem jest arbitralność, nieprzejrzystość reguł oraz przerzucanie całości kosztów i ryzyka na klienta. Jest to o tyle charakterystyczne, że banki pragną w społecznym odbiorze uchodzić za „instytucje zaufania publicznego” i w związku z tym są bardzo wrażliwe na swoim punkcie, alergicznie reagując na wszelkie pojawiające się w przestrzeni publicznej głosy, które mogłyby, choćby czysto teoretycznie, podważyć owo „zaufanie” jakim rzekomo się cieszą i narazić na szwank prowadzenie dalszej działalności. Przy tym wszystkim, jak widzimy, poczynania te przypominają raczej prasę do wyciskania z klientów wszystkich soków życiowych i permanentną działalność na ich szkodę, o czym świadczą kolejne wyroki w sprawie klauzul abuzywnych, decyzje UOKiK, opinie Rzecznika Finansowego czy wspomniana już kontrola NIK. Innymi słowy, ze statusu „instytucji zaufania publicznego” banki pragnęłyby zachować wyłącznie przywileje, takie jak wysoki prestiż społeczny, „zapominając” o wynikających z ich pozycji obowiązkach – w tym tak elementarnych, jak dochowanie należytej staranności, oferowanie klientowi produktu dostosowanego do jego profilu i powstrzymanie się od wpisywania do umów potencjalnie rujnujących dla kredytobiorcy „haczyków”.

Co jakiś czas dowiadujemy się o karach nakładanych na banki przez UOKiK lub o orzeczeniach sądów negujących kolejne postanowienia umowne – niedawno, o czym doniósł na swoim blogu „Pomoc frankowiczom” mec. dr Jacek Czabański, Sąd Okręgowy w Łodzi wydał prawomocny wyrok uchylający zastosowaną przez mBank klauzulę dowolnego oprocentowania, a także negujący spread walutowy, uznając, że należy zastosować średni kurs NBP. Zdarzają się także wyroki generalnie kwestionujące sam mechanizm indeksacji/denominacji – tyle, że są to działania jednostkowe, doraźne, często wyprocesowane po długich latach. Należy w związku z tym jasno powiedzieć, że problem niby-kredytów frankowych wymaga pilnie kompleksowej, ustawowej regulacji – nie wspominając już o tym, że wystarczy kolejny kryzys, by nastąpiła powtórka ze skokowego wzrostu franka szwajcarskiego. Nade wszystko zaś należy wprowadzić – zgodnie z pokontrolną rekomendacją NIK de lege ferenda – „osobistą odpowiedzialność zarządzających instytucjami finansowymi za naruszenie przepisów z zakresu ochrony konsumentów”. Póki co bowiem, mamy sytuację taką, że banki płacą kary, stosują się do tego czy innego wyroku, ale na dłuższą metę nie zmieniają swojego postępowania. Skoro chcą być „instytucjami zaufania publicznego” to należy sprawić, by stały się nimi nie tylko z nazwy – nawet jeśli miałyby zostać do tego zmuszone.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Kredyty frankowe – granda i bezradność


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 35 (07-13.09.2018)

niedziela, 2 września 2018

Niemiecka Europa

Wg Heiko Maasa to Unia Europejska ma być podmiotem i nośnikiem suwerenności, a nie poszczególne kraje członkowskie.

I. Niemiec na szefa Komisji Europejskiej

Niemiecki dziennik ekonomiczny „Handelsblatt” doniósł niedawno, że Angela Merkel zabiega o to, by kolejnym przewodniczącym Komisji Europejskiej został polityk z Niemiec. Wynika z tego, że osłabiona i powoli schodząca ze sceny kanclerz (obecna kadencja będzie zapewne jej ostatnią na stanowisku szefa rządu) na odchodnym chce zostawić po sobie mocny akcent, zapewniając niemiecką dominację w UE w najbliższych latach – i aby to osiągnąć, planuje pójść na skróty. Do tej pory bowiem Niemcy unikały tego typu ostentacji, zadowalając się hegemonią gospodarczą, eksploatacją peryferii oraz zakulisowym pociąganiem za sznurki z wykorzystaniem marionetek pokroju Junckera czy Tuska. Na dobrą sprawę każdy oczywiście wiedział, że bez zgody Berlina nic istotnego w Europie wydarzyć się nie może, ale jednak zachowywano pozory, ubierając niemieckie interesy w kostium „europejskich wartości”. Teraz najwyraźniej uznano, że pora zdjąć rękawiczki i chwycić Europę bezpośrednio za twarz. Jeszcze niedawno wydawało się, że Niemcy będą zabiegać o fotel prezesa Europejskiego Banku Centralnego, lecz niespodziewanie Merkel podbiła stawkę. Skąd ta nagła wolta?

Po pierwsze, Europejski Bank Centralny – kto by nim nie rządził – tak czy inaczej siedzi w niemieckiej kieszeni i żaden jego szef nie pozwoli sobie na posunięcia godzące w Berlin. Strefa euro bowiem jest nieodwracalnie uzależniona od niemieckiej koniunktury, zaś europejska waluta to w istocie dawna deutsche-mark i jako taka jest trwale zespawana z niemiecką gospodarką. Widzieliśmy to wyraźnie podczas kryzysu i greckiego bankructwa, kiedy to Mario Draghi (obecny prezes EBC) stawał na uszach, by ratować umoczone w greckie obligacje niemieckie banki. Dość powiedzieć, że aby jakoś na papierze uzasadnić przelanie kolejnych transzy, przyjęto fikcyjne założenie, że „zabezpieczeniem” pomocy będą... śmieciowe greckie obligacje. Innymi słowy, udzielono kredytu pod „zastaw” niespłacalnego długu – wszystko po to, by pieniądze via grecki budżet mogły bezpiecznie trafić do niemieckiego sektora bankowego, który nota bene zarobił na tej operacji 2,9 mld. euro. Tak więc, z niemieckiej perspektywy, bezpośrednie objęcie formalnie „apolitycznego” EBC ma znaczenie drugorzędne, gdyż ta instytucja jest tak czy inaczej skazana na Niemcy.


II. Zapora dla „populistów”

Co innego z przewodniczącym KE. To polityczne centrum w brukselskich strukturach – również ze względu na nieformalne wpływy. W normalnych czasach Berlin zadowoliłby się po staremu „miękkim” sterowaniem z tylnego fotela (do tej pory jedynym niemieckim szefem Komisji był urzędujący w latach 1958–1967 Walter Hallstein) – ale, z punktu widzenia dotychczasowego establishmentu, czasy normalne nie są. W całej Europie wzbiera fala „populizmu”, kwestionowana jest zarówno wspólna waluta, jak i sama UE w obecnym kształcie. Ostatecznym dzwonkiem alarmowym stała się wygrana we Włoszech Ligi i Ruchu 5 Gwiazd z prof. Paolo Savoną (nieprzejednanym wrogiem waluty euro) oraz sondaże wskazujące, że AfD zaczyna wyrastać na drugą siłę polityczną w Niemczech. Pora zatem przejąć stery bezpośrednio, póki jeszcze jest to możliwe. Angela Merkel liczy, że przyszłorocznych wyborach do europarlamentu Europejska Partia Ludowa z głównym trzonem w postaci CDU/CSU utrzyma dominującą pozycję, a „swój” przewodniczący KE będzie stanowił tamę dla „populistycznych” ugrupowań, które zapewne znacznie powiększą swój stan posiadania. Podobnie rzecz się ma jeśli chodzi o sytuację wewnętrzną Niemiec. Należy się spodziewać, że kolejny rząd będzie jeszcze słabszy od obecnego – i nawet jeśli AfD pozostanie w politycznej izolacji, to sklecona z trudem koalicja będzie potrzebowała wsparcia w europejskich strukturach pod przewodnictwem polityka lojalnego wobec mainstreamu.

Poza wszystkim – Merkel zapewne dostrzega też konieczność odbudowy autorytetu Komisji poważnie nadszarpniętego pijackimi ekscesami Junckera. W trudnych czasach na takim stanowisku powinien zasiadać ktoś, kto jest trzeźwy nieco dłużej, niż do południa. Obecnie jako najpoważniejszych kandydatów wymienia się przewodniczącego frakcji chadeków w PE Manfreda Webera oraz ministra gospodarki w obecnym gabinecie Angeli Merkel i jej zaufanego współpracownika – Petera Altmaiera. Zwłaszcza ten ostatni wydaje się mieć mocną pozycję jako „płomienny Europejczyk”.


III. Powrót do idei „superpaństwa”

Jednak zasygnalizowane powyżej układanki dalece nie wyczerpują tematu. Wywalczenie głównego stanowiska w Unii jest bowiem również niezbędne ze względu na strategię „ucieczki do przodu”, jaką chcą wdrożyć Niemcy odnośnie reformowania UE. Nieco światła na niemiecką wizję przyszłości Europy rzuca artykuł autorstwa niemieckiego ministra spraw zagranicznych Heiko Maasa (również opublikowany w „Handelsblatt”). Otóż Maas zarysował w nim projekt „suwerennej Europy”, zdolnej do odgrywania kluczowej roli w globalnej polityce jako samodzielny podmiot. Oznacza to m.in. otwartą konfrontację polityczną i gospodarczą ze Stanami Zjednoczonymi, której służyć ma np. osobny, europejski system płatności (czyli odrzucenie dolara jako waluty rozrachunkowej), utworzenie Europejskiego Funduszu Walutowego czy wzmocnienie „europejskiego filaru NATO” pod postacią Europejskiej Unii Bezpieczeństwa i Obrony (co w istocie jest lekko tylko zakamuflowanym postulatem powołania odrębnych europejskich sił zbrojnych). Jeżeli dodać do tego wzmiankę o „wielobiegunowym światowym porządku”, co jest jedną z melodii Putina, to wychodzi, że Unia wg Maasa powinna łaskawszym okiem zerkać w kierunku Kremla, jawiącego się w tym kontekście jako sojusznik w rozgrywce z Waszyngtonem. W związku z powyższym, Maas wzywa kraje europejskie do wsparcia Niemiec: „Tylko przez wspólne działanie z Francją i innymi narodami Europy uda nam się osiągnąć równowagę w relacjach z USA”. I puenta: „Europe United oznacza: ogniskujemy (wiążemy) naszą suwerenność tam, gdzie państwa narodowe nie są w stanie nawet w przybliżeniu wnieść tyle siły, ile może rozwinąć zjednoczona Europa”. (cyt. za tysol.pl).

Wszystko to razem wzięte oznacza kolejny powrót idei superpaństwa. Zwróćmy uwagę – to Unia Europejska ma być podmiotem i nośnikiem suwerenności, a nie poszczególne kraje członkowskie cedujące na wspólnotę swe prerogatywy w ściśle określonych przypadkach. Ten proces zresztą już trwa, tyle że nieformalnie, metodą faktów dokonanych, poprzez uzurpowanie sobie przez Brukselę kolejnych kompetencji. Teraz Heiko Maas nazwał tylko głośno rzeczy po imieniu – państwa narodowe są za słabe i muszą bezwzględnie podporządkować się „wspólnemu działaniu” pod niemieckim przewodnictwem. Mamy zatem coś w rodzaju uwspółcześnionej wersji „Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego” z cesarzem (szefem Komisji Europejskiej) na czele, opierającym swą władzę na niemieckiej hegemonii. Czy w tym kontekście może dziwić wspomniana kandydatura „płomiennego Europejczyka” Petera Altmaiera?

Biorąc to wszystko pod uwagę, nie jest zaskoczeniem nagłe przyśpieszenie w forsowaniu przez Niemcy gazociągu Nord Stream 2 – w końcu, to Rosja ma być dla „niemieckiej Europy” strategicznym partnerem, a w przyszłości, kto wie, może wręcz częścią „Eurazji” od Lizbony po Władywostok? Jak łatwo zauważyć, taki scenariusz jest dla nas śmiertelnym zagrożeniem. Tu już nie idzie o wtrącanie się Unii w wycinkę drzew czy reformowanie wymiaru sprawiedliwości. Nie chodzi nawet o polityczną pozycję Polski w ramach UE. Tu chodzi wprost o kwestię naszego przyszłego samodzielnego bytu państwowego. Dlatego wybory do Parlamentu Europejskiego w 2019 r. są absolutnie kluczowe. Jeżeli wygra po staremu EPL pod niemieckim kierownictwem, jeżeli suwerennościowe ugrupowania z pozostałych krajów Unii nie będą w stanie stworzyć zwartego bloku w europarlamencie, to należy liczyć się z tym, że Angela Merkel przeforsuje swój plan, a „superpaństwo” stanie się faktem. My zaś po raz kolejny utracimy Polskę – i to na pokolenia.

Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 35 (31.08-06.09.2018)

czwartek, 30 sierpnia 2018

Cywilizacjonizm albo śmierć!

Receptą na postępującą kulturową degrengoladę Zachodu jest wg Daniela Pipesa cywilizacjonizm – samoobrona przed niszczącym wpływem muzułmańskiej migracji.

I. Lewactwo zamalowane do kąta

W czasach trwającej obecnie wojny kulturowej, jaką cywilizacji łacińskiej wydało wojujące lewactwo, kolonizując ideologicznie zachodni, liberalny establishment, muszą cieszyć jakiekolwiek objawy otrzeźwienia po „tamtej” stronie. Taką jaskółką jest Daniel Pipes (syn prof. Richarda Pipesa), szef think-tanku „Forum Bliskowschodnie” („The Middle East Forum”), wykładowca Uniwersytetu Chicago, Uniwersytetu Harvarda oraz Wyższej Szkoły Marynarki Wojennej, a do tego były pracownik amerykańskiego Departamentu Stanu i Departamentu Obrony. Wyliczam te wszystkie byłe i obecne funkcje, by pokazać, że nie mamy do czynienia jedynie z synem sławnego ojca, lecz z człowiekiem mocno usytuowanym w strukturach władzy – i choćby z tego powodu wysłuchiwanym, gdy zabiera głos w sprawach publicznych. A mówi rzeczy ciekawe – m.in. wbrew utartemu schematowi głośno podnosi groźbę islamizacji świata Zachodu i niebezpieczeństwa związane z masową migracją muzułmanów do Europy (dla nas rzecz oczywista, lecz w uszach spętanego polityczną poprawnością mainstreamu wciąż brzmi to niczym herezja).

W naturalny sposób takie stanowisko pociąga za sobą krytykę postaw liberalno-lewicowych, ze szczególnym uwzględnieniem samobójczej idei multikulturalizmu. Pipes, co znamienne, wychodzi przy tym w swej analizie nie z pozycji nacjonalistycznych, lecz liberalnych, widząc to, czego uporczywie nie chcą dostrzec owładnięci ojkofobicznym wstrętem do wszystkiego co rodzime, lewicowi utopiści: że wojujący islam stanowi śmiertelne zagrożenie dla fundamentalnych swobód wypracowanych przez świat zachodu. Odkładając chwilowo na bok to, co sądzimy o takich „wartościach” jak rozmaite „rewolucje” kulturowo-obyczajowe, trzeba zauważyć, że religijno-polityczny islam ma na to jedną odpowiedź – śmierć lub nawrócenie na wiarę Mahometa. Tym samym, „postępowy” świat sam zakłada pętlę na własną szyję, posuwając się do zdrady własnych ideałów – a sfanatyzowani przybysze skrzętnie to wykorzystują.

Symptomatyczny jest tu obrazek sprzed kilku miesięcy ze Szwecji – w Sztokholmie lewacka bojówka Antify protestowała przeciw demonstracji LGBT, która zapuściła się do imigranckiej dzielnicy, gdyż ostentacyjne demonstrowanie homoseksualizmu... godzi w religijne uczucia muzułmanów. Członkowie Antify posunęli się wręcz do oskarżenia demonstrujących homoseksualistów o „faszyzm” i „nazizm”, zaś jedna z uczestniczek kontrmanifestacji stwierdziła: „To jawna manifestacja antymuzułmańska. To co robią geje w swoich łóżkach, to ich prywatna sprawa” - bezwiednie powtarzając tym samym to, co od lat mówią konserwatyści sprzeciwiający się zawłaszczaniu przestrzeni publicznej przez agresywną homopropagandę. W ten oto sposób lewactwo zamalowało się do kąta, dzieląc różne „mniejszości” na słuszne i słuszniejsze. Oczywiście, uczucia religijne chrześcijan wciąż można obrażać skolko ugodno, ale od uczuć przedstawicieli religii po stokroć bardziej opresyjnej, szowinistycznej, nietolerancyjnej i morderczej – wara.


II. Cywilizacjonizm albo śmierć!

Receptą na tego typu paroksyzmy i postępującą kulturową degrengoladę Zachodu jest wg Daniela Pipesa cywilizacjonizm – i warto sobie ten termin zapamiętać. W sferze polityczno-kulturowej oznacza on samoobronę przed niszczącym wpływem muzułmańskiej migracji wraz z takimi egzotycznymi atrakcjami, jak „poligamia, nikaby i burki, okaleczania żeńskich narządów płciowych, zabójstwa honorowe, taharrush (napaści na tle seksualnym), niechęć do Żydów i chrześcijan, sądy szariackie, islamizm i przemoc dżihadystów” - co Pipes skrupulatnie wylicza w jednym ze swych tekstów. Podkreśla przy tym, iż nie jet to żadna „islamofobia”, lecz realne, konkretne problemy, na które elity reagują zaprogramowaną ślepotą (Pipes stosuje tu termin „6 x P: policja, politycy, prasa, pastorowie (księża), profesorowie i prokuratorzy”).

Konsekwencją powyższego jest postulat Pipesa, by nie „izolować” i nie piętnować dochodzących w Europie do głosu ugrupowań „populistycznych”, lecz zacząć traktować je normalnie: jako wyrazicieli uzasadnionych obaw społecznych przed kulturową inwazją obcych, którzy nie dość, że się nie integrują, to wręcz dążą do narzucania swoich porządków. Zresztą, Pipes krytykuje samo słowo „populizm”, jako stygmatyzujące i fałszujące rzeczywistość, podobnie jak przypisywanie partiom z tego nurtu ciągot nacjonalistycznych czy zgoła „nazistowskich”. W istocie zaś, te rzekomo „populistyczne” formacje (takie jak francuski Front Narodowy, Alternatywa dla Niemiec czy austriacka FPÖ), są ruchami cywilizacjonistycznymi. Jak stwierdza w artykule „Izolowanie partii antyimigracyjnych to droga donikąd”: „Wyznają raczej europejski i zachodni światopogląd; można określić je terminem cywilizacyjnych. Po drugie, są defensywne, koncentrują się na ochronie zachodniej cywilizacji, a nie na jej niszczeniu, tak jak to robili komuniści i naziści, lub na jej przedłużaniu, jak długo próbował to robić rząd francuski. Nie dążą do podbojów, ale chcą zachować Europę w Atenach, Florencji i Amsterdamie. Po trzecie, partie te nie mogą być nazwane skrajnie prawicowymi, ponieważ oferują złożoną mieszankę prawicowości (kwestie kulturalne) i lewicowości (kwestie ekonomiczne)” (cyt. za „Euroislam.pl”). Kolejnym pozytywnym aspektem ich funkcjonowania jest stopniowe przejmowanie „populistycznych” postulatów przez dotychczasowy centroprawicowy mainstream, usiłujący w ten sposób walczyć o zachowanie wyborczego zaplecza – w ten sposób następuje przenikanie uważanych dotąd za „skrajne” poglądów do głównego nurtu.

Również w odniesieniu do naszego regionu Pipes przestrzega przed demonizowaniem Victora Orbana i jego Fideszu czy Prawa i Sprawiedliwości. Antyimigracyjną postawę rządów Polski i Węgier uznaje za w pełni racjonalną i uzasadnioną – czemu dał wyraz podczas niedawnej wizyty w Polsce. Owszem, nie podoba mu się „zamach na sądy” i tu postuluje swoisty „monitoring” PiS-u (tu daje o sobie znać typowy, zachodni paternalizm w podejściu do Europy Środkowej), lecz zasadniczo uważa, że nie dzieje się u nas nic strasznego – wbrew wrzaskom zarówno „totalnej opozycji”, jak i jej brukselskich mocodawców.

Generalnie, Daniel Pipes traktuje partie cywilizacjonistyczne jako taktycznych sojuszników w obronie europejskiej tożsamości (w debacie publicznej pojawia się również określenie „partie tożsamościowe”), gdyż „stanowią mniejsze zagrożenie niż islamiści (…) Zapewne są mniej groźne niż partie należące do establishmentu, które zezwoliły na imigrację i ignorują zagrożenia związane z islamistami.


III. Taktyczny sojusz?

Żeby nie było tak słodko, warto jednak wspomnieć coś o motywacjach Pipesa – nie ograniczają się one bowiem do altruistycznej miłości do naszego kręgu kulturowego. Prowadzone przez niego „Forum Bliskowschodnie” w swą działalność wpisane ma „promowanie amerykańskich interesów”, w te zaś nieodmiennie wpisane jest bezwarunkowe poparcie dla Izraela (zresztą, sam Pipes jest z pochodzenia Żydem). Zatem, jego sprzeciw wobec islamizmu ma również podłoże w postaci konfliktu izraelsko-arabskiego oraz troski o bezpieczeństwo europejskich Żydów. W tym kontekście jesteśmy dla niego „dobrzy” o ile pozostajemy sprzymierzeńcami w antyislamistycznej batalii – co rzuca pewne światło na intencje z jakimi przyjechał miesiąc temu do Polski. Najwyraźniej ktoś uznał, że ponawiane co jakiś czas opowieści George'a Friedmana ze „Stratforu” (amerykańskiej, prywatnej wywiadowni), jak to już wkrótce Międzymorze pod polskim kierownictwem zostanie potęgą, wymagają dodatkowego wsparcia na innym odcinku – szczególnie w obliczu niedawnego sporu z Izraelem (i USA) o nowelizację Ustawy o IPN. Polityka jednak ma to do siebie, że nie kieruje się sentymentami, lecz chłodną kalkulacją – podobnie jak Pipes traktuje „cywilizacjonizm” użytkowo, tak my możemy potraktować taktycznie jego poglądy i wpływy w USA jako formę korzystnego wsparcia – bo tu akurat nasze interesy się zazębiają.

Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 34 (24-30.08.2018)