sobota, 9 lipca 2016

Brexit, czyli Dzień Niepodległości

Na przykładzie brytyjskim może się okazać, że poza Unią Europejską też istnieje życie.

I. „Brexit” jako wypadek przy pracy

23 czerwca 2016 przejdzie do historii jako nowy Dzień Niepodległości – rzecz jasna za sprawą „Brexitu”, tego dnia bowiem obywatele brytyjscy zadecydowali stosunkiem głosów 51,9% do 48,1% przy frekwencji 72,2% o opuszczeniu Unii Europejskiej, co wywołało u brukselskich mandarynów spazm niekontrolowanej wściekłości. Jednak ten Dzień Niepodległości i wyzwolenia spod brukselskiej opresji nie musi się wcale zakończyć na Wielkiej Brytanii – równie dobrze może zapoczątkować reakcję łańcuchową i stać się symbolicznym początkiem dekompozycji europejskiego „domu niewoli” z którego zaczną się wynosić kolejni lokatorzy. W tym sensie, 23 czerwca ma szansę stać się świętem wolności Europy Narodów tłamszonych dotąd postępującymi uroszczeniami unijnych eurokratów konsekwentnie dążących do ubezwłasnowolnienia krajów członkowskich.

Co ciekawe, jednym z najbardziej zaskoczonych wynikiem wydaje się być David Cameron, który stał się zakładnikiem własnej obietnicy – jako że zobowiązał się w toku poprzedniej kampanii wyborczej do przeprowadzenia referendum. Do pewnego momentu wszystko wydawało się być pod kontrolą – Cameron skutecznie zaszantażował unijnych decydentów i wytargował znaczące ustępstwa dotyczące m.in. kwestii imigracyjnych. Zdawało się więc, że brytyjski premier zje ciastko i będzie miał ciastko – wróci do kraju w glorii zwycięzcy (pierwszy plus), przeprowadzi referendum w którym uspokojeni obywatele opowiedzą się za dalszą obecnością w UE (drugi plus) i na dodatek pozbawi eurosceptycznego paliwa politycznych konkurentów (trzeci plus). Cameron bowiem występować z Unii nie chciał – groźba „Brexitu” była dla niego jedynie politycznym instrumentem w rozgrywce z Brukselą i Berlinem – i faktycznie, do pewnego momentu pozornie panował nad sytuacją. Okazało się jednak, że przelicytował. Owszem, zaszachował Brukselę i wydębił od niej to, na czym mu zależało, ale zarazem uwolnił z butelki separatystycznego dżinna, zaś im bardziej zbliżał się termin referendum, tym więcej wiatru w żagle dostawali „secesjoniści”.

Przez moment wydawało się, że tendencję odwróci zabójstwo deputowanej Partii Pracy Jo Cox przez tzw. „samotnego ekstremistę” - zresztą, o czym pisałem w innym miejscu, moim zdaniem była to ukartowana na zimno, krwawa prowokacja. „Brexit” był realnym zagrożeniem dla rozmaitych interesów – choćby kreatorów koniunktur z londyńskiego City i politycznego establishmentu - postanowiono więc uciec się do ostateczności i złożyć nieszczęsną Jo Cox na ołtarzu odwrócenia społecznych nastrojów. Ot, taka bandycka „socjotechnika wstrząsu”. Reakcje „rynków” były entuzjastyczne – bezpośrednio po zamachu umocnił się funt, poszły w górę giełdowe indeksy, a komentatorzy jednoznacznie twierdzili, że śmierć labourzystowskiej posłanki powstrzyma „Brexit”. Fakt, sondaże w których do tej pory zyskiwali zwolennicy „Brexitu” nagle się wyrównały, a w niektórych wręcz na prowadzenie wysunęli się „unioniści” - co, nawiasem mówiąc, może świadczyć o tym, że brytyjskie badania opinii są w newralgicznych momentach tak samo wiarygodne jak nasze, stając się elementem wojny propagandowej. Jednak, gdy przyszła godzina prawdy, okazało się że nie pomogło nawet wywijanie trupem posłanki. Jo Cox zginęła na darmo. Jest w tej całej ponurej sprawie pocieszający aspekt: władcy marionetek są wprawdzie potężni i pozbawieni skrupułów oraz zdolni do najgorszych łajdactw - ale na szczęście nie są wszechmocni i im również czasem coś się nie udaje. Ach, na marginesie – jedną z bardziej radosnych konsekwencji „Brexitu” będzie najprawdopodobniej odłożenie ad Calendas Graecas umowy TTIP – szefowie globalnych korporacji powieszą chyba za to Camerona na suchej gałęzi.

Generalnie, Cameron zaliczył chyba najbardziej kosztowny wypadek przy pracy, jaki można sobie wyobrazić – nie tylko ze względu na dymisję i spektakularny koniec kariery, ale również przez to, że niechcący popchnął swój kraj (a może i resztę Europy) w bardzo ciekawą podróż w nieznane.

II. Brukselscy mandaryni

Owa podróż zapowiada się naprawdę interesująco. Raptem kilka miesięcy temu Pew Research Center przeprowadziło badanie w 10 wybranych krajach UE, których ludność stanowi łącznie 80% mieszkańców UE i które wytwarzają 82% unijnego PKB. Wynika z niego gwałtowny wzrost nastrojów eurosceptycznych – łącznie wprawdzie 51% ocenia UE pozytywnie, lecz w dużej mierze odpowiadają za to... Polacy (72% zwolenników) i Węgrzy (61%). W innych krajach nie jest już tak entuzjastycznie: w Grecji aż 71% ocenia Unię negatywnie, we Francji – 61%, więcej sceptyków odnotowano również w Wlk. Brytanii i Hiszpanii, z kolei w Niemczech przewaga ocen pozytywnych nad negatywnymi wynosi tylko 2% (50% do 48%). Oczywiście, właśnie dlatego nikt nie będzie przeprowadzał dalszych referendów, bo nagle okazałoby się, że ta cała „europejska konstrukcja” pruje się jak dziadowskie gacie. Jednak przykład „Brexitu” może być o tyle zaraźliwy, że do większego znaczenia mogą dojść ugrupowania niechętne zarówno Unii jako takiej, jak i – przede wszystkim – forsowanemu modelowi integracji (42% badanych podnosiło, że państwa narodowe powinny odzyskać część przekazanych Brukseli kompetencji) – a wtedy wszystko jest możliwe. Na dodatek jeszcze może się na przykładzie brytyjskim okazać, że poza Unią Europejską też istnieje życie i wcale nie jest ona takim bezalternatywnym rozwiązaniem, jak się ją przedstawia.

Coś z tego musiało dojść również do świadomości europejskich mandarynów i dlatego zaproponowali rozpaczliwą ucieczkę do przodu w postaci napisanego na kolanie przez wicekanclerza Niemiec Sigmara Gabriela i przewodniczącego PE Martina Schulza planu skonstruowanego na zasadzie – więcej tego samego! Czyli - więcej integracji, więcej kompetencji przekazanych na poziom unijnej „centrali” do niewybieralnych urzędników, a wszystko to miałoby zostać przeforsowane przez Parlament Europejski z pominięciem krajów członkowskich. Innymi słowy – trzeba szybko zacisnąć pętlę, zanim Wielka Brytania znajdzie potencjalnych naśladowców.

Powyższe oznacza, że eurokraci nie tylko niczego nie zrozumieli, ale też stanowczo odmawiają uczenia się na błędach. Poza wszystkim innym bowiem, na decyzji Brytyjczyków zaważyły również emocje generowane za sprawą arogancji i tępego, doktrynerskiego dogmatyzmu zakutych, brukselskich mandarynów. Dążenie wbrew wszystkiemu do realizacji ideologicznego projektu europejskiego superpaństwa, które przy obecnym układzie sił może przybrać jedynie kształt współczesnej mutacji „Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego”, to ostatnia rzecz jakiej pragną narody Europy. Jeśli dołożyć do tego kastowe interesy brukselskiej klasy urzędniczej, która z jednej strony jest organem wykonawczym berlińskiego hegemona, dziś uosabianego przez cesarzową Angelę; z drugiej – punktem usługowym dla międzynarodowych koncernów; z trzeciej zaś – zajęta jest intensywnym pielęgnowaniem własnej wielkości i wyższościowych urojeń, co wyraża się zarówno w rozdętej do granic śmieszności celebrze, jak i produkowaniem stert biurokratycznej makulatury w postaci tych wszystkich „dyrektyw”, „zaleceń” i całej reszty śmiecia przekazywanego parlamentom krajowym do „implementacji” - jeśli to wszystko, powiadam, złożyć do kupy, to otrzymujemy przepis na bunt, gdy ciągłe przykręcanie unijnej śruby przekroczy granice tolerancji kolejnych krajów i społeczeństw.

III. Brukselskie ciotki

Zresztą, sądząc po reakcjach, unijni decydenci potraktowali referendalny werdykt Brytyjczyków właśnie w kategoriach buntu – oto niewdzięczna prowincja pokazała palec ich światłej władzy. Oni – jakkolwiek dziecinnie by to nie zabrzmiało – zwyczajnie się obrazili. Poczuli się urażeni w swej dumie przywódców Europy, predestynowanych do przewodzenia stojącym cywilizacyjnie o dwa poziomy niżej masom – i z tego tez tytułu nie biorących nawet pod uwagę możliwości poddania się jakiejkolwiek demokratycznej weryfikacji. Demokracja ma być bowiem pustym rytuałem, w którym lud oddaje głosy idąc za wskazaniami stojących nad nim mędrców. Każdy werdykt nie po myśli odbierany jest natomiast jako wyjątkowo irytująca niesubordynacja, która musi spotkać się z autorytatywnym potępieniem. I do głów im nie przyjdzie, że ten będący dziś kamieniem obrazy „Brexit” zafundowali sobie na własne życzenie. W końcu, jak długo można znosić ustawiczne połajanki, apodyktyczne pouczenia, aroganckie próby meblowania wewnętrznych spraw państwa – a wszystko to z wiecznie nabzdyczoną miną i manierą wścibskiej ciotki?

Przypuszczam, że do samego końca nie dotrze do tych wyalienowanych, odrealnionych klaunów, że powinni nieco spuścić z tonu. Europa potrzebuje przede wszystkim oddechu od ich zapędów – jeżeli UE ma przetrwać, potrzeba powrotu do źródeł i koncepcji „Europy Ojczyzn”. Inaczej już wkrótce będą mogli wydawać „dyrektywy” co najwyżej swoim sekretarkom – oczywiście, jeśli ktokolwiek będzie chciał łożyć na ich nieprzytomne pensje i apanaże.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

Cameron szachuje Brukselę

Brexit i krwawa prowokacja

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3965-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 26 (29.06-05.07.2016)

Pod-Grzybki 56

Tomasz Piątek – donosiciel z zamiłowania, a rzekłbym wręcz, że z powołania – odkrył kolaborację Antoniego Macierewicza ze srogim Luśnią. Warto przypomnieć, że ze srogim Luśnią kolaborował również pułkownik Michał Wołodyjowski. Aż strach pomyśleć do czego dogrzebie się Piątek, jeśli w otoczeniu szefa MON pojawi się wierny Soroka.

*

Brytyjczycy zagłosowali w referendum za Brexitem, co u brukselskich mandarynów wywołało stan zbliżony do szoku. Nic dziwnego – wiadomość, że w demokracji może cokolwiek zależeć od zwykłych ludzi musiała być dla nich prawdziwym wstrząsem.

*

Ale! To, że bladzi Angole pod wpływem nadmiaru herbaty z mlekiem zagłosowali nieodpowiedzialnie, nie oznacza jeszcze, że należy ten stan rzeczy tolerować, toteż z miejsca posypały się dobre rady, jak by tu wynik referendum zignorować – począwszy od nie podejmowania formalnej procedury wyjścia z UE przez brytyjski rząd, skończywszy zaś na powtórzeniu głosowania – jak się domyślam, aż do uzyskania pożądanego efektu. Akurat to ostatnie rozwiązanie, polegające na „zmęczeniu” wyborców, aż zmłotkowani propagandą zagłosują jak trzeba, eurokołchoz ma doskonale przećwiczony przy okazji „ratyfikacji” kolejnych unijnych traktatów. A mogli po prostu przed całym nieszczęściem podpytać się austriackich fachowców co zrobić, by ludzie zagłosowali po swojemu, a wyniki były takie jak trzeba.

*

Wiceprzewodnicząca frakcji Zielonych w PE, Rebecca Harms, wyznała, że przez cały ranek bo Brexicie „chciało jej się ryczeć”. To jest to – wysłać ją do Anglii! Gdyby przez kilka dni z rzędu od rana do nocy ryczała w BBC, efekt byłby murowany. To jak z tą komunistką Federicą Mogherini: poryczała się po zamachach w Brukseli i proszę – wszyscy terroryści pochowali się po kątach i od tamtej pory nie było w Europie żadnych nowych zamachów.

*

A najlepiej wysłać je razem i niech ryczą Brytolom w duecie. Można by nawet pomyśleć o jakimś tournée. Wyobraźmy to sobie – wynajęty za środki unijne stadion np. w Liverpoolu nabity ludźmi po brzegi, na scenę wychodzą Harms razem z Mogherini i zaczynają ryczeć. W różnych tonacjach. Jedna altem, druga sopranem. Jedna trzyma linię melodyczną, druga oplata ją ryczącymi koloraturami – i tak dalej. Byłyby lepsze od Beatlesów.

*

Nasi piłkarze wygrali na ME ze Szwajcarią, z czym po meczu nie mogli się pogodzić jej kibice. I bardzo dobrze, Szwajcarom należała się bolesna reprymenda za uwolnienie kursu franka! A poza tym, jeśli spojrzymy na nazwiska tych „Szwajcarów”, to okaże się, że graliśmy tak naprawdę z jakimś klubem o mocno międzynarodowym składzie – powiedzmy, FC Switzerland, przebranym dla niepoznaki za „reprezentację” i przez jakieś niedopatrzenie dopuszczonym do rozgrywek drużyn narodowych.

*

Niemiecki trener, Joachim Loew, słynie z obwąchiwania różnych intymnych okolic – na razie własnych, ale idę o zakład, że już niedługo będzie obwąchiwał kolegów. A potem zacznie podnosić nogę przy każdej mijanej latarni.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 26 (29.06-05.07.2016)

poniedziałek, 4 lipca 2016

Art. 212 – knebel na dziennikarzy

Po co nam wolność słowa? A nuż ktoś potraktuje ten frazes serio i skorzysta...

Wśród wielu reliktów komuny jakie wciąż funkcjonują w polskim prawodawstwie warto zwrócić uwagę na artykuł 212 Kodeksu Karnego penalizujący przestępstwo zniesławienia. Przepis ów, jak niekiedy się uzasadnia jego istnienie, ma np. służyć osobom, których nie stać na wytoczenie procesu cywilnego o ochronę dóbr osobistych. W praktyce jednak, ze względu na szeroki zakres (pomówić można nie tylko osobę prywatną, ale też organizację, instytucję, osobę prawną itp.), jak i wykładnię mówiącą, że wystarczy potencjalnie narazić na szwank czyjąś reputację, by ponieść odpowiedzialność karną – niezależnie od rzeczywistych skutków inkryminowanej wypowiedzi - regulacja ta stała się poręcznym narzędziem dla różnych pieniaczy chcących zakneblować niepożądaną krytykę pod swoim adresem. Szczególnie restrykcyjny jest par. 2 art. 212 definiujący kwalifikowany typ zniesławienia – czyli dokonanie go „za pomocą środków masowego komunikowania”, co skutkować może nie tylko grzywną czy ograniczeniem wolności, lecz nawet karą bezwzględnego pozbawienia wolności do roku.

Właśnie ów kwalifikowany typ przestępstwa jest ze szczególną lubością wykorzystywany do tłumienia medialnej krytyki oraz ciągania po sądach dziennikarzy i publicystów. W oczywisty sposób ma to budować efekt zastraszenia - zarówno dziennikarz jak i redakcja mają pomyśleć dwa razy zanim zaczepią jakąś wpływową osobę lub organizację działającą w przestrzeni publicznej, bo bez względu na finał takiej sprawy, proces karny i występowanie w charakterze oskarżonego jest już dolegliwością samą w sobie. Zwraca uwagę „nierównomierność ryzyka”: oskarżyciel zawsze może potencjalnie wygrać, oskarżony – co najwyżej nie przegrać. Taka konstrukcja sprawia, że art. 212 KK stanowi znakomite pole do szykanowania dziennikarzy za upublicznianie różnych niewygodnych treści.

Rzecz jasna nawiązuję tutaj do wytoczonego mi przez Związek Banków Polskich procesu – właśnie z art. 212 – za moje dwa felietony do „Gazety Finansowej”: „Wytarzać banksterów w smole i pierzu” oraz „Kurs sprawiedliwy – dla wszystkich”. Trzeba podkreślić, że ZBP nie skorzystał z możliwości sprostowania, polemiki, czy wszczęcia procedury cywilnoprawnej, wytaczając od razu najcięższe działa – intencja jest więc jasna: o bankach pisać można tylko dobrze, albo wcale. Niemniej, pozostawiając na boku moją sądową utarczkę z bankami (też swoją drogą ciekawe, czy aby na pewno wszystkie banki działające w Polsce są zachwycone działalnością obecnego kierownictwa ZBP, bo w kredyty frankowe, które były tematem obu felietonów, umoczone jest zaledwie kilka najbardziej „toksycznych” podmiotów) – zaznaczyć należy, że problem z art. 212 KK istnieje od dawna i od dawna przepis ten jest obiektem krytyki organizacji pozarządowych, dziennikarskich oraz instytucji międzynarodowych – od lewa do prawa.

Sięgnijmy dla przykładu po opublikowany jeszcze w 2009 r. wspólny raport Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka i Izby Wydawców Prasy „Paragraf 212. Karanie dziennikarzy za zniesławienie w polskiej praktyce”. Mamy tam m.in. odniesienia do orzecznictwa Europejskiego Trybunału Praw Człowieka wskazującego na efekt zbliżony do cenzury prewencyjnej obowiązywania art. 212 KK, czy stanowisko OBWE wzywające Polskę do usunięcia przepisów godzących w wolność słowa. Nade wszystko jednak – opis szeregu spraw, w których dziennikarzy (często z niewielkich, lokalnych mediów) skazano, bo nieopatrznie zadarli z przedstawicielami urzędniczego establishmentu. W momencie publikacji raportu na mocy art. 212 KK skazano 1069 osób, w tym 241 na karę pozbawienia wolności. Nierzadko stosowano również środki zabezpieczające w postaci aresztu tymczasowego.

Jak do tej pory, apele środowisk dziennikarskich, wydawców, czy krytyczne wobec polskiego ustawodawstwa konkluzje Trybunału w Strasburgu trafiały w próżnię. ETPC podnosił niejednokrotnie, że prawnokarna penalizacja zniesławienia jest nie do pogodzenia z Europejską Konwencją Praw Człowieka, prowadzi bowiem do zjawiska „zamrożenia” („chilling effect”) i stosowania autocenzury: „Swoboda wypowiedzi jest jednym z filarów społeczeństwa demokratycznego (...) Nie może ona ograniczać się do informacji i poglądów, które są odbierane przychylnie albo postrzegane jako nieszkodliwe lub obojętne, lecz odnosi się w równym stopniu do takich, które obrażają, oburzają lub wprowadzają niepokój”.

Co ciekawe, różne siły polityczne, dopóki znajdują się w opozycji, podzielają pogląd o nadmiernej represyjności przepisów dotyczących zniesławienia i zagrożeń jakie się z tym wiążą dla zagwarantowanej konstytucyjnie wolności słowa oraz interesu publicznego. Jednak po dojściu do władzy ich punkt widzenia dostosowuje się błyskawicznie do punktu siedzenia (na zasadzie: a może ten „bat na pismaków” kiedyś nam posłuży) i zapominają o deklarowanych chwilę wcześniej poglądach. Póki co, kodeksowy „knebel” funkcjonuje w najlepsze – w końcu, po co nam wolność słowa? A nuż ktoś potraktuje ten frazes serio i skorzysta...

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->https://warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3942-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr nr 26 (24-30.06.2016)

„Brexit” i krwawa prowokacja

Stawiam tezę, że przy okazji zabójstwa Jo Cox mieliśmy do czynienia z zaplanowaną na zimno, krwawą prowokacją.

Gdy ten numer „Warszawskiej Gazety” trafi do kiosków, będzie już wiadomo, czy Wielka Brytania zostanie w Unii Europejskiej, czy też jednak nastąpi „Brexit”. Póki co, siłą rzeczy muszę wróżyć z fusów, a sondaże w ostatnich dniach są niejednoznaczne. To znaczy, były jednoznaczne, wskazując na rosnącą przewagę zwolenników opuszczenia UE, ale tylko do pewnego, bardzo szczególnego momentu – tzn. do 16 czerwca, czyli zabójstwa deputowanej Partii Pracy, Jo Cox, przez „samotnego ekstremistę”. Jo Cox dała się poznać jako aktywna orędowniczka pozostania Wlk. Brytanii w UE i prowadziła w tym celu bardzo ożywioną kampanię, z kolei jej morderca, Thomas Mair - jak wynika z doniesień medialnych – jest zagorzałym zwolennikiem Brexitu. Podczas zbrodni krzyczeć miał „Britain first”, zaś przed sądem zapytany o imię i nazwisko odpowiedział: „moje imię to śmierć dla zdrajców, wolność dla Wielkiej Brytanii”. Jego czyn miał niemal natychmiastowy skutek: wpierw zatrzymały się słupki sondażowe optujących za „Brexitem”, następnie zaś wskaźniki zwolenników i przeciwników się wyrównały.

Tyle, że ja słabo wierzę w „samotnych szaleńców”. Nie w takiej chwili.

Owszem, zdarzają się wykolejeńcy pokroju Breivika, u których w pewnym momencie chore rojenia osiągają krytyczne stadium, kiedy to dochodzą do wniosku, że trzeba dokonać drastycznego „czynu”, by „wstrząsnąć” społeczeństwem i je „obudzić”. Tyle, że akurat brytyjskim społeczeństwem nie trzeba było „wstrząsać”, bo „brexitowcy” notowali na swym koncie wciąż rosnącą przewagę nad „unionistami”. To właśnie dokonany przez niego mord praktycznie zastopował zdawałoby się zwycięską kampanię „secesjonistów” i napędził na fali współczucia i strachu przed „prawicowym ekstremizmem” społecznego poparcia opcji probrukselskiej. Taki efekt był zresztą najwyraźniej spodziewany – zwróćmy uwagę, że jeszcze nie zdążyły ostygnąć zwłoki Jo Cox, a tzw. „rynki”, czyli giełdowi spekulanci, zareagowały bezprzykładnym entuzjazmem. Notowania poszły w górę, a „inwestorzy ocenili, że morderstwo brytyjskiej posłanki zwiększyło szanse, że Brytyjczycy nie zagłosują za opuszczeniem UE” - że zacytuję jeden z portali ekonomicznych. A contrario – do momentu zabójstwa wieszczono, że „Brexit” stanie się głównym negatywnym czynnikiem dla światowej koniunktury, funt osłabnie, londyńskie City stanie się pustynią... no, może przesadzam, ale tylko trochę: „Głosowanie za wyjściem z UE mogłoby znacząco zmienić perspektywę produkcji przemysłowej i inflacji, a tym samym ramy polityki monetarnej. Gospodarstwa domowe mogłyby odłożyć wydatki konsumpcyjne, a przedsiębiorstwa - inwestycje, obniżając zapotrzebowanie na siłę roboczą i przyczyniając się do wzrostu bezrobocia” - to apokaliptyczna prognoza Banku Anglii.

Wszystko to działo się w rytmie kolejnych doniesień nagle zaktywizowanej machiny propagandowej mediów wszelakich, w których z jednej strony wylewano krokodyle łzy nad śmiercią lewicowej posłanki, by jednocześnie - między wierszami, lub zgoła wprost – zacierać ręce, że zbrodnia stanie się czynnikiem odwracającym społeczne nastroje.

Zbyt dużo w tym wszystkim jest zbiegów okoliczności.

Cytowany wyżej komunikat Banku Anglii wyraźnie pokazywał, jak potężne moce poczuły się zagrożone w swych interesach perspektywą opuszczenia UE przez Londyn. Z kolei praktyka hodowania „radykałów”, którzy swoimi działaniami osiągają efekt przeciwny do deklarowanego znana jest co najmniej od czasów carskiej Ochrany. Tacy „radykałowie” i „ekstremiści” stają się wymarzonym materiałem na – świadomych, bądź nieświadomych – prowokatorów. I stawiam tezę, że właśnie z taką zaplanowaną na zimno, krwawą prowokacją mieliśmy do czynienia przy okazji zabójstwa Jo Cox. Kto za tym stał? Londyńscy bankierzy? Służby Jej Królewskiej Mości? A może jedni i drudzy działali ręka w rękę, bo przypomnieć należy, że również premier Cameron po tym, jak wytargował w Brukseli to czego chciał, zmienił się w zwolennika pozostania Wlk. Brytanii w UE i sprawiał wręcz wrażenie, jakby żałował, że nieopatrznie wypuścił „brexitowego” dżinna z butelki.

Przypomina mi się tutaj książka chińskiego analityka finansowego Song Hongbinga „Wojna o pieniądz. Prawdziwe źródła kryzysów finansowych” w której interpretował kolejne zamachy na amerykańskich prezydentów jako inspirowane przez kręgi bankowe i szerzej – finansowe. Tak się bowiem składa, że wszyscy prezydenci na których ni z tego, ni z owego rzucali się „samotni szaleńcy”, mieli na swym koncie posunięcia godzące w interesy banksterów. Jakim więc problemem jest wystrugać i odpowiednio podbechtać wariata pokroju Maira, by ten ukatrupił jakąś posłankę? Poważnymi pieniędzmi zajmują się śmiertelnie poważni ludzie, którzy nie zwykli puszczać spraw na żywioł.

*

A poza tym:

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” -------> https://warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3942-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 25 (24-30.06.2016)

piątek, 1 lipca 2016

Dywidenda obywatelska

Dochód gwarantowany przestaje być fanaberią, a staje się istotnym elementem łagodzenia patologii, uzupełniając chociażby niski udział płac w PKB.

I. „500+” dla dorosłych

Po sukcesie programu „Rodzina 500+” (a że jest to sukces i to wielopłaszczyznowy, przekonujemy się już teraz, pisałem o tym tydzień temu w tekście „Pińćset!”), rząd Beaty Szydło zapowiada program kolejny - „Mieszkanie +”, co wydaje się logiczną kontynuacją, bo wszak te „rodziny 500+” muszą gdzieś mieszkać, a że komercyjny rynek nieruchomości dalece nie zaspokaja potrzeb Polaków, widać po ćwierćwieczu naszej sławetnej „transformacji” aż nadto wyraźnie. Skoro tak, to moim zdaniem warto pójść o krok dalej i rozważyć możliwość wprowadzenia tzw. dochodu podstawowego (występującego też pod innymi nazwami – np. dochód gwarantowany). Idea ta, forsowana dziś przez lewicowych ekonomistów, zakłada przyznanie każdemu dorosłemu obywatelowi, bez względu na wiek, poziom materialny, zatrudnienie itd. comiesięcznej kwoty pieniędzy – czyli takie „500+” dla dorosłych. Powody są wielorakie – „prekaryzacja” rynku pracy i związana z nią niepewność jutra (jeden z podstawowych czynników wpływających na odkładanie decyzji o założeniu rodziny), postępująca robotyzacja miejsc pracy, narastające rozwarstwienie społeczne, zjawisko „working poor” (czyli „pracująca biedota” - ludzie, których mimo podjęcia pracy nie stać na zaspokojenie podstawowych potrzeb życiowych) – długo by wymieniać.

Wbrew liberalnej dogmatyce, bogactwo jakoś niekoniecznie stosuje się do prawa grawitacji i wcale nie ścieka w dół wraz ze wzrostem PKB – tego fetyszu współczesnej ekonomii. O wiele bardziej miarodajnym wskaźnikiem, pokazującym, czy zwykli obywatele czerpią z rozwoju gospodarczego korzyści, czy też jego owoce są przechwytywane i konsumowane przez „nie-wiadomo-kogo”, jest udział płac w PKB – czyli na ile wynagrodzenia partycypują w ogólnym rozwoju. A tak się składa, że udział płac w PKB systematycznie na całym świecie spada, przy czym w Polsce należy on do najniższych w Europie (47% przy unijnej średniej 56%) i wciąż się obniża (w latach 1995-2014 spadł o 10,8 pkt. proc.). Elementem powyższego jest to, że wzrost płac pozostaje daleko w tyle za wzrostem produktywności polskich pracowników. Na dodatek Polska wbrew propagandzie narzekających na rzekomo zbyt rozdęty „socjal” jest krajem bardzo niskich transferów socjalnych (wedle Eurostatu średnia unijna za 2011 – 29,1% PKB, Polska – 19,2% PKB, przy czym lwią część - 58,1% pożerają renty i emerytury, procentowo jesteśmy tu na 2 miejscu, za Włochami). Innymi słowy – pozostajemy Bangladeszem Europy.

W kontekście powyższego, dochód gwarantowany przestaje być fanaberią, a staje się istotnym elementem łagodzenia zarysowanych tu patologii, uzupełniając chociażby niski udział płac w PKB. Poza doraźnym efektem odczuwalnym w kieszeni obywateli, skutkować będzie również tak pożądaną presją na wzrost wynagrodzeń – jak już można to zaobserwować w przypadku programu „500+”.

II. Dywidenda a nie „socjal”

Na początek należy koncepcję dochodu podstawowego „odczarować”, czyli wyjąć ją z rąk lewicy, która na razie dzierży tu monopol – analogicznie, jak PiS pozbawił lewicę monopolu na wrażliwość społeczną. Jeśli spojrzymy na państwo jak na spółkę akcyjną, to każdy dorosły obywatel jest tu równorzędnym akcjonariuszem – niezależnie od społecznego i materialnego statusu – wszyscy bowiem mamy w ręku identyczne dowody osobiste i kartki wyborcze. Zatem, pozostając konsekwentnym, należy nam się od tego interesu dywidenda. I właśnie taką nazwę - „dywidenda obywatelska” - proponuję. Nie żaden „zasiłek”, „socjal”, „zapomoga” (czyli coś otrzymywanego „z łaski”), a właśnie dywidenda – czyli coś, co każdemu słusznie się należy, jako partycypantowi wspólnego dobra, jakim jest państwo.

Zwróćmy uwagę, że owa „dywidenda” już w jakiejś mierze funkcjonuje, tyle, że albo wybiórczo (500 zł na drugie i każde kolejne dziecko), albo w zawoalowanej formie (kwota wolna od podatku – jednak nie każdy korzysta z niej w równym stopniu). Do tego, transfery socjalne – i tak niskie – są wydawane w sposób skrajnie nieefektywny, nie likwidując obszarów biedy i generując przy okazji wysokie koszta obsługi. Są m.in. bardzo rozproszone, przyznawane według niejednolitych kryteriów, rozbite między administrację państwową i samorządową, do czego dochodzą odrębne przywileje resortowe i branżowe w przedsiębiorstwach państwowych. Dlatego też dywidendę obywatelską należy wprowadzić zamiast dotychczasowego systemu pomocy społecznej. Ma to podstawowy atut – prostotę i radykalną redukcję „socjalnej” administracji. To bardzo ważne, jeśli chcemy odebrać dochód gwarantowany lewicy – ta bowiem pragnie wdrożyć swój pomysł równolegle z dotychczasowym „socjalem”, drastycznie podnosząc podatki i mordując gospodarkę. Dla lewicy „dochód podstawowy” jest po prostu kolejnym narzędziem zniszczenia znienawidzonego kapitalizmu. My zaś podatków podnosić nie chcemy.

III. Matematyka obywatelska

Teraz proszę o chwilę skupienia, będzie bowiem trochę matematyki i to na dużych liczbach – niestety, nie da się tego uniknąć. Załóżmy, że naszym punktem docelowym jest zapewnienie każdemu dorosłemu Polakowi 500 zł miesięcznie. W 2014 r. wg GUS mieliśmy 31.534.000 obywateli w wieku 18+. Daje to 15 mld 767 mln zł miesięcznie, czyli 189 mld 204 mln zł rocznie. Skąd to wziąć? Sięgnijmy do sporządzonej przez Fundację Republikańską na podstawie danych rządowych i GUS „Mapy wydatków państwa 2014”. Informuje nas ona, iż wydatki na pomoc społeczną wyniosły 42 mld 673 mln zł, do tego pensje odnośnego aparatu urzędniczego – 2 mld 11 mln 420 tys. zł. W sumie - 44.684.420.000 zł. Jeśli podzielić to na 31.534.000 dorosłych Polaków, otrzymamy 1.417,02 zł/rok, czyli 118,09 zł miesięcznie. Mało.

Jak widać, nie da się niestety (albo może właśnie „stety”) osiągnąć założonej dywidendy obywatelskiej bez gruntownej reformy systemu emerytalnego – bo, jak wspomniałem, podatków podnosić nie chcemy. Owszem, rząd mógłby zrobić generalny przegląd resortów i doraźnie ściąć różne zbędne koszty, ale to mimo wszystko byłaby łatanina. Przyjrzyjmy się zatem systemowi emerytalno-rentowemu.

Na emerytury i renty państwo wydaje 230 mld 968 mln zł rocznie. Do tego koszta obsługi (ZUS, KRUS itd.) - 2 mld. 400 mln 430 tys zł. W sumie - 233.368.430.000 zł. Podzielmy to na 7.304.000 osób w wieku „poprodukcyjnym” i otrzymamy średnio 31.950,77 zł/osobę rocznie, czyli 2.662,56 miesięcznie. Nie ma siły, musimy wprowadzić własną wersję systemu kanadyjskiego – czyli, każdy emeryt/rencista dostaje od państwa pewne minimum, na resztę zaś musi odłożyć w ciągu lat pracy w indywidualnym programie emerytalnym. To wymusza niestety stopniowość odchodzenia od obecnego systemu – nie można zabrać tego, co się obecnym emerytom należy. Przyjmijmy jednak, że przyszły emeryt będzie otrzymywał bezpośrednio z budżetu państwa obecną pensję minimalną „na rękę” - czyli w zaokrągleniu 1300 zł. Da to łącznie 113 mld 942 mln 400 tys zł rocznie – czyli „oszczędzamy” na łącznych wydatkach emerytalnych (przypomnę, obecnie - 233.368.430.000 zł) 119 mld 426 mln 030 tys zł.

Dodajmy owo 119.426.030.000 zł do 44.684.420.000 zł wydatków na „socjal” - łącznie będzie to 164 mld 110 mln 450 tys zł. Podzielmy przez 31.534.000 dorosłych obywateli i otrzymamy 5.204,24 /rok, czyli 433,69zł /mies. Jesteśmy blisko celu.

Idźmy dalej – szacunkowo dziura w ściągalności VAT (53 mld) i CIT (46 mld) to w sumie 99 mld zł rocznie. Załóżmy, że obie luki da się ograniczyć łącznie o 40%. Otrzymamy wtedy 39 mld 600 mln zł – czyli 118,09 zł na każdą dorosłą osobę miesięcznie. Dodajmy do „zaoszczędzonych” na emeryturach i socjalu 433,69 /mies i wyjdzie 551, 78 zł comiesięcznej „dywidendy obywatelskiej”. Jesteśmy w domu.

IV. Odzyskane państwo

Jak widać, przy okazji dokonaliśmy na papierze gruntownej reformy wydatków publicznych, co samo w sobie jest wartością :). A jak będą sobie radzić „ograbieni” przez nas emeryci? Nie najgorzej – emeryt/rencista dostawałby 1300 „emerytury kanadyjskiej” + 551, 78 zł dywidendy obywatelskiej – czyli 1851, 78 zł (oczywiście, byłoby to zwolnione z podatku PIT, bo nie ma sensu przekładać z jednej kieszeni do drugiej – generuje to tylko zbędne koszta na obsługę skarbową). Plus to, co odłoży indywidualnie w swym funduszu emerytalnym przez lata pracy.

No i pytanie: czy w ogóle warto? Warto. Zaproponowana koncepcja radykalnie uprości obecny niewydolny i kosztowny system świadczeń społecznych. ZUS-owsko – KRUS-owski moloch odejdzie w niebyt, bo na dobrą sprawę rozdział środków może się tu odbywać automatycznie, przez odpowiedni system informatyczny przekazujący środki na zarejestrowane w nim konta bankowe beneficjentów – niemal bez udziału czynnika ludzkiego. Pieniądze trafią do ludzi, którzy wprowadzą je do obrotu, od czego państwo ściągnie podatki. Przyjmijmy dla uproszczenia 23% VAT od łącznej sumy 203.710.450.000 przeznaczanej rocznie na „dywidendy obywatelskie”. Wyjdzie nam VAT w wysokości 46.853.403.500 zł – tyle wróci do budżetu państwa.

Podkreślmy, że państwo i tak dziś te pieniądze wydaje (albo traci w przypadku „dziur” podatkowych) – tyle, że czyni to nieefektywnie i marnotrawnie. Przedstawione rozwiązanie zaś nie wprowadza żadnych nowych kosztów, podatków itp. - racjonalizuje jedynie znaczący segment budżetowego „kotła” i to w sposób prorozwojowy, dając gospodarce potencjalny impuls stymulujący. Weźmy rodzinę z trójką dzieci – otrzyma ona 1000 zł „na dzieci” z programu 500+, do tego ok. 1100 zł „dla rodziców” z programu dywidendy obywatelskiej – łącznie będzie zatem miała co miesiąc 2100 zł nieopodatkowanego PIT-em dochodu ekstra! To rewolucja.

Kto straci? Ci, którzy nauczyli się żerować na obecnym systemie opieki społecznej – a są tacy, co wyciągają miesięcznie o wiele więcej, niż wynosiłaby dywidenda obywatelska. Dla nich wprowadzenie proponowanego rozwiązania stanie się bodźcem do efektywnego szukania pracy. Dla uczciwych natomiast ten „dorosły” wariant „500+” stanie się tym, czym już dziś dla milionów polskich rodzin stał się program „Rodzina 500+” - zapewni minimum elementarnego komfortu materialnego i poczucie współudziału w państwie - przestanie się ono jawić jako opresyjna machina, którą trzeba kiedy tylko się da oszukiwać, by jakoś „odebrać swoje” - tak jak niegdyś parobek okradał dziedzica na miarkę zboża, czy niewolnik pana. Kto wie, czy likwidacja owej feudalnej patologii ukształtowanej na linii państwo-obywatel i odbudowa kapitału społecznego zaufania nie będzie bodaj najcenniejszym długofalowym efektem wprowadzenia „obywatelskiej dywidendy”.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

„Pińćset!”

„Dochód gwarantowany – nie tylko dla bogatych?”

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3892-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 25 (22-28.06.2016)

Pod-Grzybki 55

Na początek humor zeszytów:W środę rosyjski konsul w Marsylii poinformował, że pobity przez jego rodaków angielski kibic zmarł w szpitalu. W piątek okazało się, że Andrew Bache ma się odrobinę lepiej. Poważnie, tak napisano na sportowych stronach gazeta.pl. Nie ma to jak gimbaza na redakcyjnych praktykach.

*

Nasze siły zbrojne wyskrobały zdolny do działań bojowych (tj. pardon - „szkoleniowych”) kontyngent w liczbie czterech F-16 i 210 wojaków, którzy będą w Kuwejcie i Iraku potykać się z pohańcami z ISIS. A już myślałem, że po Afganistanie i Iraku nieco zmądrzeliśmy... No to przypomnę złotą zasadę, której powinniśmy się trzymać: najpierw twarde ustalenia szczytu NATO w sprawie polskiego bezpieczeństwa, a dopiero potem nasz dowód wdzięczności. „Dowodów miłości” składanych przed ślubem nikt nie szanuje.

*

Powyższe nie oznacza jednak, że powinniśmy siedzieć bezczynnie. Należy mianowicie nawiązać z islamistami kontakty i kupować od nich tanią ropę, tak jak robi to Turcja - wielki sojusznik Stanów Zjednoczonych i filar NATO na Bliskim Wschodzie. Natomiast jeśli już naprawdę musimy tam jechać i wojować z muslimami, to taka wycieczka miałaby sens tylko wówczas, gdybyśmy wykroili sobie w regionie własne „województwo lewantyńskie” z prawem do eksploatacji pól naftowych. Ewentualnie, by nie być za bardzo na widoku i nie brudzić sobie rąk mordowaniem, moglibyśmy puścić owo województwo w arendę Żydom z Izraela w zamian za procent od utargu - a Żydzi już by wiedzieli jak traktować miejscowych, bo mają wieloletni trening z Palestyńczykami.

*

Przy okazji - kanadyjskie służby alarmują, że Rosja zbroi się na potęgę i szykuje do wojny. Czyli, sytuacja jest taka: nasi żołnierze będą się uganiać po pustyni za Arabami, a przesmyku suwalskiego będzie nam bronił osławiony „rotacyjny kontyngent” naszych tylekroć wypróbowanych w historii sojuszników - dobrze zrozumiałem?

*

Tymczasem w Niemczech narasta problem małżeństw koranicznych z nieletnimi dziewczynkami, do tego regionalna kolej w Saksonii wprowadziła przedziały „tylko dla kobiet”, by dopieścić zasady szariatu w ramach radosnego multi-kulti. Słowem „Allah, Allah uber alles”. No to odkryłem racjonalny rdzeń rozumowania stojącego za wysłaniem kontyngentu na Bliski Wschód: chłopaki muszą trochę potrenować, bo za chwilę będziemy mieli Państwo Islamskie za Odrą.

*

Ponieważ sondaże wskazywały na rosnące poparcie wyspiarzy dla „brexitu” postanowiono uciec się do krwawej prowokacji. Tzw. „szaleniec” zamordował deputowaną Partii Pracy – zwolenniczkę pozostania Wlk. Brytanii w UE. Nie ma to jak wystrugać jakiegoś „samotnego radykała”, który skompromituje „niesłuszne” idee i odwróci wahadło społecznych nastrojów w pożądanym kierunku. Pokazuje to zarazem, do czego są zdolni śmiertelnie poważni ludzie, którzy z obecnego stanu rzeczy czerpią zbyt wiele korzyści, by puszczać sprawy na żywioł. I nie mam tu bynajmniej na myśli pajaców z Komisji Europejskiej.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 25 (22-28.06.2016)

czwartek, 23 czerwca 2016

Depresja bankstera

O bankach można pisać w Polsce dobrze albo wcale – i w tych kategoriach odbieram wytoczony mi proces.

„Legitymację partyjną oddał Wincenty Kalemba / A tam zachodnim bankierom to włosy stają dęba” - śpiewał przed laty Andrzej Rosiewicz, pochylając się nad ciężkim losem zachodnich finansistów, którzy nieopatrznie utopili spore pieniądze w PRL-owskim cudzie gospodarczym doby Edwarda Gierka. Obecnie mamy sytuację podobną, z tą różnicą, że działający u nas zachodni i częściowo rodzimi bankierzy nawciskali ludziom na lewo i prawo toksycznych produktów finansowych w rodzaju walutowych opcji, kredytów niby-frankowych i polisolokat, a teraz przeżywają zgryzoty („A teraz zachodnim bankierom / Zgryzoty, jeno zgryzoty”), bo i ludzie nie pozwalają się dalej bezkarnie doić i – co gorsza – również władza zmieniła się na taką, dla której opinia tzw. „rynków”, czyli giełdowych spekulantów niekoniecznie stanowi ostateczną wyrocznię. Taka nagła zmiana musiała spowodować wśród nasłanej tu do drenowania Polaków szajki finansowej niemały wstrząs i niedowierzanie, te zaś szybko zamieniły się we wściekłość połączoną z objawami paniki, bo oto sypie się cudowny, obliczony na dziesięciolecia plan kolonialnej eksploatacji nadwiślańskiego bantustanu.

Jak napisał prof. Witold Modzelewski we wstępie do książki Janusza Szewczaka „Banksterzy. Kulisy globalnej zmowy”, lobby bankowe przyzwyczaiło się, że wszelkie regulacje prawne pisze „pod siebie” i wręcza kolejnym układom rządzącym do przyklepania. A tu szok – na horyzoncie rysuje się widmo odwalutowania kredytów frankowych, lada chwila ktoś pochyli się nad procederem polisolokat, a i niedawna opinia Rzecznika Finansowego miażdżąca łże-kredyty oraz niepokojące wieści z sali sądowej – sąd przyznał rację klientowi mBanku i uchylił klauzulę waloryzacyjną, co w praktyce oznacza przewalutowanie kredytu i zwrot nadpłaconych rat - nie napawają optymizmem.

„A tam zachodnim bankierom / Za wcześnie siwieją włosy” - śpiewał Andrzej Rosiewicz, co jako żywo pasuje do zszarpanych nerwów lokalnych namiestników banksterskiej międzynarodówki. Nic więc dziwnego, że państwo ci zaczynają wykonywać jakieś groteskowe, nieskoordynowane ruchy, charakterystyczne dla działania w stanie długotrwałego, wyniszczającego stresu. Tylko w ten sposób potrafię sobie racjonalnie wytłumaczyć, że zostałem pozwany przez Związek Banków Polskich o zniesławienie – w trybie art. 212 Kodeksu Karnego – za swoje dwa felietony dla „Gazety Finansowej”: „Wytarzać banksterów w smole i pierzu” oraz „Kurs sprawiedliwy – dla wszystkich” (do znalezienia w internecie). W felietonach, jak to w felietonach, pojechałem „na ostro”, nie pisząc jednakże niczego, czego nie mówiono by i nie pisano w różnych mediach - o tym co mówią między sobą ludzie, szczególnie ofiary frankowych produktów spekulacyjnych, nie wspominając.

Przykładowo (by nie odkrywać swoich kart przed procesem poprzestanę na tym jednym exemplum) – zarzucono mi, iż naraziłem ZBP, zrzeszone w nim banki i pracowników „na utratę zaufania potrzebnego dla prowadzonej działalności”. No cóż, aby coś utracić, trzeba najpierw to „coś” mieć – w tym przypadku „zaufanie potrzebne dla...” - i tak dalej. Przepraszam, ale czy są na sali osoby, które jeszcze do niedawna miały bezgraniczne zaufanie do banków, uważały je za wzorzec z Sevres uczciwości, rzetelności i temu podobnych przymiotów, a dopiero pod wpływem moich dwóch skromnych felietonów, owo zaufanie uległo zachwianiu, a może nawet nieodwracalnej destrukcji? Proszę się zgłaszać, palec pod budkę... Ano właśnie.

Pochlebiam sobie, że znalazłem się w dobrym towarzystwie – uprzednio bowiem ZBP próbował zakneblować pozwem cywilnym pana Macieja Pawlickiego – prezesa zrzeszającego frankowiczów stowarzyszenia „Stop bankowemu bezprawiu”. Pan Pawlicki (którego sprawa stała się zresztą inspiracją dla jednego z inkryminowanych felietonów) miał odszczekać spod stołu opinię, że bankierzy są „rakiem będącym śmiertelnym zagrożeniem dla polskiej Wspólnoty”. Na szczęście sąd wniosek związku zawodowego banksterów oddalił. Podobnie pan wiceprezes ZBP Jerzy Bańka, którego podpis widnieje pod pełnomocnictwem procesowym również w mojej sprawie, próbował zaciągnąć do sądu dr Janusza Szewczaka, gdy ten wyraził przypuszczenie, że mogło dojść do manipulacji stawkami WIBOR.

Jak twierdzi wspomniany Janusz Szewczak o bankach można pisać w Polsce dobrze albo wcale – i w tych kategoriach odbieram wytoczony mi proces. Jest to rozpaczliwa próba zakneblowania negatywnych opinii o funkcjonowaniu banków w Polsce i jednocześnie dążenie do ustawienia sądu w uwłaczającej polskiemu wymiarowi sprawiedliwości roli cenzora. Słowem – panika. Ale cóż: Żal mi zachodnich bankierów / Liczyli te swoje procenty / Chcieli trochę zarobić / Wpłynęli w ciemne odmęty...”.

A teraz czekam na pozew za cytowanie Rosiewicza.

*
A poza tym:

Gadający Grzyb

http://archiwum.gf24.pl/wytarzac-banksterow-w-smole-i-pierzu/

http://archiwum.gf24.pl/kurs-sprawiedliwy-dla-wszystkich/

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3892-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 24 (17-23.06.2016)

„Głośne” przejęcie!

Należy ustawowo uznać „kredyty” frankowe za nielegalne, sprzeczne z prawem bankowym – zgodnie zresztą z raportem Rzecznika Finansowego.

Niedawno zespół prezydenckich ekspertów przedstawił nowe propozycje rozwiązania problemów tzw. kredytów frankowych – delikatnie mówiąc, dość zagmatwane, bo mamy tam i cztery warianty „kursu sprawiedliwego”, i przewalutowanie po obecnym kursie, i zwrot nieruchomości w zamian za uwolnienie od kredytu... Jednak ciekawsze było to, co działo się na marginesie prac i w debacie publicznej dotyczącej zagadnienia. Związek Banków Polskich na spotkaniu u prezydenta prezentował nieodmiennie znakomite samopoczucie wskazując na dobroczynne skutki frankowych produktów i prezentując banki niemal niczym instytucje charytatywne. Nieco wcześniej znacznie dalej poszedł prezes mBanku, Cezary Stypułkowski, stwierdzając w tekście na stronach „Rzeczpospolitej”, iż mBank jest wręcz stratny i dopłaca do kredytów frankowych! („W sumie od lat ekonomiczny wynik na portfelu frankowym jest u nas ujemny”). Hmm... zważywszy, że umowy opiewają np. na 30 lat, to może klienci posiadający rachunki w bankach „umoczonych” we franki powinni się czym prędzej ewakuować – bo jak długo bank może wozić się ze swoim wiodącym produktem, który generuje straty i nie zbankrutować? Pan prezes Stypułkowski propozycję odwalutowania kredytów nazywa „rabunkiem” i lokuje ją „poza obszarem rozwiązań, jakie mogłyby zostać uznane za kompromis przez banki”, wskazując ponadto, iż taki „precedens” miałby „demolujące, długookresowe skutki dla dyscypliny zobowiązań w Polsce”.

Z powyższego wynika, iż Cezary Stypułkowski nie słyszał o tego typu „precedensach” na Węgrzech czy w Chorwacji – jak z tamtejszą „dyscypliną zobowiązań”? Generalnie, banki „zabetonowały się”, co na pierwszy rzut oka może się wydawać nieco dziwne – czyżby naprawdę nie widziały, że tak dalej funkcjonować zwyczajnie się nie da? Skąd ten kurs na totalną konfrontację na zasadzie „wszystko albo nic” i to pomimo z jednej strony, stosunkowo kompromisowych propozycji Kancelarii Prezydenta, a z drugiej – niekorzystnych dla banków wyroków sądów powszechnych, decyzji Sądu Ochrony Konkurencji i Konsumenta (klauzule abuzywne), ostatnio zaś miażdżącego raportu Rzecznika Finansowego podważającego wręcz legalność produktów frankowych? Być może jest to próba sił – jeśli banki wygrają, umocnią się na pozycji finansowych właścicieli Polski. Może jednak po prostu z zachodnich central przyszedł rozkaz „ani kroku wstecz” - banki kredyty frankowe finansowały m.in. pożyczając walutę u swych zagranicznych właścicieli, stając się tym samym gigantyczną przepompownią pieniędzy i de facto pośrednikiem na linii kieszeń kredytobiorcy – zachodnia centrala. W tym ujęciu „na papierze” taki mBank faktycznie może „tracić” - ale też od samego początku to nie on miał zyskiwać, tylko poprzez spłatę zobowiązań zaciągniętych na pokrycie kosztów akcji kredytowej zasilać swoich zagranicznych wierzycieli i/lub centralę.

Ale to nie wszystko. W międzyczasie bowiem pojawił się pomysł, by banki na pokrycie „strat” wynikających z odwalutowania, tak by nie trzeba było ich księgować jednorazowo, emitowały akcje, które wykupywałby np. NBP. Akcje byłyby „nieme” - NBP nie miałby w związku z nimi żadnych uprawnień władczych, ani prawa do dywidendy. Akcje te byłyby następnie stopniowo odkupywane przez banki przez najbliższe 20-30 lat. W operacji użyto by m.in. rezerw walutowych NBP – czyli banki zrobiłyby „skok” na rezerwy, a międzynarodowi spekulanci przypuściliby atak na złotówkę. Coś pięknego. Ostatnio z kolei pojawiła się inna koncepcja – banki miałyby założyć spółkę–wydmuszkę do której „wypchnęłyby” toksyczne produkty walutowe i której byłyby akcjonariuszami. Znów: chodzi o rozłożenie „strat” na kilkudziesięcioletnie „raty”.

To ja już wolę pierwszy z wariantów – z wykupem akcji przez NBP, z jednym zastrzeżeniem: to mają być jak najbardziej „głośne” akcje – z pełnią przysługujących im uprawnień. Jak niedawno napisałem – przewalutowanie kredytów frankowych może być znakomitym sposobem na repolonizację sektora i to tanim kosztem. Przypomnijmy, że wcześniejsze projekty skutkowały każdorazowo zachwianiem kursu akcji „umoczonych” banków. Tym razem byłoby podobnie – uchwalenie stosownej ustawy spowodowałoby przecenę akcji, zatem i wykup emisji przeznaczonych na pokrycie „strat” stanowiłby okazję do przejęcia znacznej części sektora za bezcen. Dodatkowym plusem jest, że im bardziej restrykcyjna (a korzystna dla kredytobiorców) byłaby ustawa, tym spadek cen akcji większy i koszty operacji niższe. Powtórzę: zamiast „cichego” wykupu niczego nie dających „niemych” akcji należy uskutecznić jak najbardziej „głośne” przejęcie. Innej sensownej opcji dla repolonizacji nie widzę – przewalutowanie zatem należy postrzegać jako szansę, a nie problem.

Nade wszystko jednak należy ustawowo uznać „kredyty” frankowe za nielegalne, sprzeczne z prawem bankowym – zgodnie zresztą z raportem Rzecznika Finansowego, będącym swoistym „gotowcem” do wykorzystania. To naprawdę jest do zrobienia – wystarczy nieco odporności na lobbing i zdecydowania.

Gadający Grzyb

Na podobny temat:

Przewalutowanie jako sposób na repolonizację

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3892-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 25 (17-23.06.2016)

poniedziałek, 20 czerwca 2016

Pińćset!

Już sam fakt, że program „Rodzina 500+” okazał się w naszych warunkach taką rewolucją, mówi wiele o modelu polskich przemian.

I. Polityczny Armageddon

„Pińćset!” - alarmują doniesienia medialne. „Pińćset!” - wylewa się z internetowych forów. „Pińćset!” - pomstują autorytety i beneficjenci transformacji. Gdyby zawitał tu ktoś nie obeznany z polskimi realiami i wziął na poważnie ten histeryczny harmider, mógłby dojść do wniosku, że właśnie odbywa się bitwa na polach Armageddonu, a owo nienawistnie cedzone przez zęby, wysykiwane spomiędzy zaciśniętych warg „pińćset” jest jakimś nowym imieniem Bestii. Hipotetyczny przybysz musiałby być nieźle zdziwiony, gdyby w końcu dotarło do niego, że „pińcset” to po prostu nowe świadczenie socjalne przyznawane rodzinom z dwójką i więcej dzieci, a po spełnieniu kryterium pułapu dochodu – również tym z jednym potomkiem. Słowem, nic nadzwyczajnego – ot, element polityki prorodzinnej funkcjonującej w różnych wariantach w wielu europejskich krajach.

Już sam fakt, że program „Rodzina 500+” okazał się w naszych warunkach taką rewolucją, mówi wiele o modelu polskich przemian i systemie społeczno-gospodarczym III RP. Niemniej, apokaliptyczna intuicja wspomnianego gościa byłaby na swój sposób trafna: świadczenie to - nie tyle nawet przez swoją wysokość, ile przez powszechność - uderza bowiem w splot różnorakich interesów i dla czerpiących profity z dotychczasowego układu faktycznie zaczął się Armageddon.

Po pierwsze, 500+ obnaża skrajny egoizm dotychczasowej kasty rządzącej Polską, skoncentrowanej dotąd na zgarnianiu pod siebie i dzieleniu łupów, na zmianę z wysługiwaniem się obcym potencjom, których patronatowi zawdzięczała swą uprzywilejowaną pozycję. Patronatowi, oraz, ma się rozumieć, aktowi założycielskiemu III RP, jakim było zblatowanie starannie dobranych elit „z obu stron historycznego podziału” przypieczętowane kontraktowymi wyborami 1989 r. z dopisaną naprędce II turą (wbrew jednoznacznemu werdyktowi wyborców z 4 czerwca), wyborem Jaruzelskiego na prezydenta i symbolicznym w swej wymowie obaleniem rządu Jana Olszewskiego równo trzy lata później. To wtedy światłe elity powiedziały narodowi „bujajcie się” - i tak już zostało przez następne ćwierćwiecze. Rządzić miały naprzemiennie kolejne mutacje tego samego, co najwyżej uzupełniając się metodą kooptacji. A ludzie? A kto by się tym motłochem przejmował?

No więc właśnie, ktoś się wreszcie przejął. I stąd to wycie. Demonstrowana troska o budżet państwa, stabilność finansową, deficyt itd. jest jedynie parawanem mającym zakamuflować prawdziwą przyczynę strachu: ludzie, którzy wreszcie dostali cokolwiek do ręki, nie będą już na nas głosować! Dobrze ujął to pisujący do „Wyborczej” dziennikarz Filip Springer, zarzucając poprzedniej władzy idiotyzm, że nie sięgnęła po tak oczywiste z obecnej perspektywy rozwiązania jak „pięćset na dziecko”, czy ogłoszone niedawno „Mieszkanie+”: jak im to wyjdzie, to będą im tak słupki leciały do góry, że jak zechcą, to Trybunał Konstytucyjny wyślą w kontenerze na Kamczatkę. A opiniami Komisji Europejskiej będą się podcierać”.

II. Cios w społeczną hierarchię III RP

Druga sprawa, to strącone z piedestału (w symbolicznym wymiarze, od strony materialnej wciąż niczego im nie brakuje) dotychczasowe elity społeczne, intelektualne, artystyczne – władcy dusz i liderzy opinii maszerujący dziś w pochodach ZBOWiD-owców III RP, oraz ci, którzy się z nimi utożsamiają i na tej – niechby nawet iluzorycznej - przynależności do „lepszego towarzystwa” budowali dotąd poczucie własnej wartości. Przyzwyczaili się do roli awangardy postępu w „tym kraju”, łącząc ją płynnie z głęboką pogardą dla ciemnej prowincji. Przywołam tu cytowaną już kiedyś w tekście „Portret KOD-owca” wypowiedź lewicowego socjologa, prof. Michała Bilewicza: Kiedy zapytaliśmy ich (przedstawicieli wielkomiejskiej klasy średniej – GG) o to, kim są Polacy, usłyszeliśmy, że to złodzieje, narzekacze, lenie i pijacy. Badania robione na próbach reprezentatywnych na wsi i w małych miastach zupełnie nie pokazywały takiego negatywnego autostereotypu (...) Wygląda na to, że Polacy w dużych miastach zapytani o to, kim są Polacy, nie myślą o sobie.

No właśnie, a teraz ci „Polacy”, w domyśle – czerń, skazywana jeszcze niedawno na wymarcie – stanowi trzon elektoratu zwycięskiej partii. Odbierane jest to w kategoriach buntu: oto zrewoltowany motłoch podnosi łeb, dopieszczony na dodatek finansowo przez 500+, zaś oni, „wykształceni, z dużych miast” – we własnych oczach z natury rzeczy predestynowani do roli przewodniej siły narodu – muszą cierpieć rolę „gorszego sortu”. Tak dramatyczne przewartościowanie musi skutkować głębokim zaburzeniem psychicznego dobrostanu i frustracją, to zaś z kolei wywołuje potrzebę odreagowania. Dlatego właśnie z tej grupy płyną najbardziej jadowite „hejty” pod adresem hołoty z czworaków, która „dała się kupić za pińćset”. Co gorsza, tak długo, jak „hołota” będzie te swoje „pińćset” dostawać, to „pisiory” z „kurduplem” będą pozostawać u władzy. Mamy więc kolejny efekt programu „500+” - tym razem w warstwie symbolicznego odwrócenia społecznej hierarchii, co uwiera dotychczasową „klasę panującą” w nie mniejszym stopniu, niż utrata politycznej władzy i apanaży.

Bodaj najdobitniej owo poczucie degradacji wyraził prof. Zbigniew Mikołejko, który wychodząc od swego sformułowanego w 2012 r. obrzydzenia wobec „wózkowych matek”, dla których dzieci są „pretekstem, by nic nie robić, nie pracować, nie rozwijać się”, dopowiada dziś, iż „stały się częścią armii Kaczyńskiego, co pokazuje statystka, bo 54 proc. kobiet w wieku rozrodczym poparło PiS. Zostały kupione programem 500 + i mają w nosie naszą wolność”. Proszę zwrócić uwagę: o ile jeszcze cztery lata temu Mikołejko wypowiadał się z wyżyn dyskursu pogardy, o tyle dziś – piekląc się w poczuciu bezsilności – konstatuje porażkę swego środowiska.

III. Koniec Bangladeszu Europy

No i wreszcie trzecia warstwa oddziaływania programu „500+”: pełzająca rewolucja w patologicznych do tej pory stosunkach pracy. Niedawno obiegły media hiobowe wieści o rozpaczliwej sytuacji przedsiębiorców na Pomorzu i Mazurach - szczególnie w branży gastronomicznej i hotelarskiej, ale też plantatorów. Tuż przed szczytem sezonu turystycznego rozpaczliwie brakuje rąk do pracy. Nie można znaleźć chętnych do niskopłatnych prac fizycznych: sprzątanie, kuchnia, zbiór truskawek, obsługa w lokalach gastronomicznych. Oczywiście, wszystko za najniższą krajową, czyli niecałe 1,3 tys. zł na rękę, lub 1,5 zł za koszyk truskawek. Wedle pracodawców ludzie są „rozbestwieni” i wprost mówią, że po skorzystaniu z programu „500+” bardziej opłaca im się zostać w domu. Wiem, że polskie państwo, delikatnie mówiąc, nie rozpieszcza rodzimego biznesu, zwłaszcza małego i średniego, w przeciwieństwie do zagranicznych koncernów, które mogą liczyć na wszystkie udogodnienia, z pomocą publiczną i zwolnieniami podatkowymi na czele, choć często wcale nie płacą ludziom więcej. Niemniej, takie sieci handlowe szybko połapały się w „zagrożeniach” wynikających z „pińćset” i zgrzytając zębami podniosły nieco wynagrodzenia dla szeregowych pracowników, nawet specjalnie nie ukrywając, że czynią tak z obawy, że „nie będzie kim robić”. Do naszych przedsiębiorców to jeszcze nie dotarło i teraz przeżywają niemiłe zaskoczenie. Co, ludziom, kurna, pracować się nie chce za kilka złotych za godzinę? Zawsze tyle płaciliśmy i tak ma być! Teraz tęsknie wyczekują na Ukraińców i Białorusinów – którzy przyjadą, albo i nie, a na pewno nie w takiej liczbie, by obsadzić większość wakatów. Na dłuższą metę jednak będą zwyczajnie musieli podnieść pensje, albo zwijać interes.

Szczytem ignorancji i arogancji popisał się Tomasz Limon z Pracodawców Pomorza twierdząc, że kobieta zamiast pracować woli dostać 1500 zł na dzieci, zostać w domu i „nic nie robić” oraz różne businesswomen biadające, że „rola kobiety znowu została spłaszczona do garów i pieluch”. Jak się domyślam, przy trójce dzieci kobieta bezproduktywnie leży i pachnie, zamiast realizować się zawodowo jadąc na szmacie w hotelu, czy trzaskając garami w jakiejś jadłodajni. I nikomu nie postanie w głowie pytanie: co się do tej pory działo, co było nie tak, że te 500 czy 1000 złotych miesięcznie jest tak znaczącym zastrzykiem finansowym dla tak wielu polskich rodzin? Podpowiem: dominanta (najczęściej otrzymywana pensja) wynosi w Polsce 2469,47 zł brutto, czyli niespełna 1800 zł na rękę.

I właśnie ta presja na zwyżkę wynagrodzeń jest kolejnym pozytywem wyklinanego „pińćset na dziecko”, prowadząc w dłuższym okresie do przeorania relacji pracodawca-pracownik. Nie sposób wiecznie konkurować tanią siłą roboczą opartą na „pracującej biedocie”, żyjącej od „chwilówki” do „chwilówki”, a Polska nie może wiecznie pozostawać Bangladeszem Europy.

Elementem łączącym wszystkie trzy omówione tu warstwy jest bowiem szeroko rozumiane upodmiotowienie Polaków – w sferze politycznej, społeczno-symbolicznej i ekonomicznej - oraz związane z tym odzyskanie godności. „Pińćset” oznacza rewolucję – i gwarancję, że stare już nie powróci.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

„Batalia o polską rodzinę”

„500+ czyli apokalipsa”

„Portret KOD-owca”

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3892-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 24 (15-21.06.2016)

Pod-Grzybki 54


Zacznę dziś nietypowo, od siebie. Otóż związek zawodowy banksterów, znany jako Związek Banków Polskich wytoczył mi proces karny o zniesławienie. Banksterzy postanowili się obrazić z powodu moich felietonów pisanych dla „Gazety Finansowej” - że niby to naraziłem banki na „utratę zaufania potrzebnego dla prowadzonej działalności”. Przekładając to na normalny język: największym atutem każdego oszusta i hochsztaplera jest umiejętność wzbudzania zaufania u swych ofiar – a ja właśnie owo wzbudzanie zaufania w odczuciu banksterów znacznie utrudniłem, co zresztą poczytuję sobie za komplement. Pod pełnomocnictwem procesowym podpisał się pan wiceprezes Bańka – i faktycznie, cały ten akt oskarżenia wygląda jak pisany na niezłej bańce.

*

Z inicjatywy Antoniego Macierewicza Światowe Dni Młodzieży mają zostać wzbogacone o rekonstrukcję szarży polskiej husarii na Turków pod Wiedniem. I to może być najmocniejszy punkt programu, który szczególnie polecam papieżowi Franciszkowi pozującemu na dobrotliwego ojczulka. Może przypomni sobie, że wiary należy bronić, a on sam jest głową Kościoła, a nie jakiejś neohippisowskiej komuny.

*

Rozpoczęły się mistrzostwa Europy w kopanej i w jednym z pierwszych meczów gola dla Słowacji strzelił Andrzej (Ondrej) Duda, który chwilę wcześniej wszedł jako zmiennik na boisko. Wiadomo – jak Duda, to musiała być też i dobra zmiana.

*

Lech Wałęsa jest profesorem! Tak przynajmniej wynika z jego wpisu na FB: „świat podziękował mi, przyznając dwa razy Profesora, około stu doktoratów”. No, skoro profesor, to znaczy, że mądry – pewnie dlatego żaden śmiertelnik nie jest w stanie zrozumieć tego co mówi, a gdy bierze się za pisanie, to spod jego pióra wychodzą perły poezji awangardowej.

*

Inny profesor - Zbigniew Mikołejko, którego w dzieciństwie biła mama i od tej pory ma problem z kobietami, raczył wycharchać, że kobiety „w wieku rozrodczym” sprzedały się za „pińćset”, a ponadto Kaczyński zawarł w ten sposób „sojusz z chamem”. I to jest świetna ilustracja kondycji polskiej salonowej inteligencji. Niegdyś inteligent czuł się w obowiązku pomagać warstwom społecznym o niższym dorobku kulturowym. Inteligent obecny, zwłaszcza taki z awansu, ma dla nich jedynie pogardę – niczym nowobogacki parweniusz wobec „hołoty”, bo jej istnienie przypomina mu skąd sam się wywodzi.

*

A swoją drogą: do mentalnej kondycji prof. Mikołejki jak rzadko do kogo pasuje fragment znanego wiersza Tuwima: „I ty, co mieszkasz dziś w pałacu / A srać chodziłeś za chałupę / Ty, wypasiony na Ikacu / Całujcie mnie wszyscy w dupę”. Wystarczy zmienić „pałac” na „katedrę” (uniwersytecką), a „Ikac” (przedwojenna gazeta – „Ilustrowany Kurier Codzienny”) na „Wyborczą” - i gotowe: „I ty, co stoisz za katedrą / A srać chodziłeś za chałupę / Ty, wypasiony na „Wyborczej” / Całujcie mnie wszyscy w dupę”. A, i może jeszcze to: „Item, ów belfer szkoły żeńskiej / Co dużo chciałby, a nie może....”. Prawda, panie profesorze?

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 24 (15-21.06.2016)

niedziela, 19 czerwca 2016

Dochód gwarantowany – nie tylko dla bogatych?

Jeśli spojrzymy na państwo jako na spółkę akcyjną, to wszyscy jesteśmy równorzędnymi udziałowcami. Może zatem należy nam się od tego interesu dywidenda?

W niedzielę 5 czerwca odbyło się w Szwajcarii referendum nad wprowadzeniem tzw. dochodu gwarantowanego, zwanego też dochodem podstawowym. Koncepcja ta funkcjonuje od jakiegoś czasu, głównie wśród lewicowych ekonomistów (promuje ją chociażby Guy Standing, twórca pojęcia prekariatu) i oznacza nieopodatkowaną kwotę pieniędzy otrzymywaną bezwarunkowo przez każdego obywatela – niezależnie od jego statusu materialnego, czy zatrudnienia. W przypadku Szwajcarii proponowano sumę 2500 franków na osobę dorosłą i 625 franków dla niepełnoletnich. Ostatecznie referendum skończyło się porażką inicjatorów – stosunkiem 76,9 proc. głosujących „przeciw” do 23,1 proc. „za”. Zwolennicy tego rozwiązania argumentują, że państwo i tak wydaje duże sumy na pomoc socjalną w różnych postaciach, zatem równie dobrze można by ją skumulować – zamiast rozmaitych zasiłków obywatele otrzymywaliby co miesiąc jednolity, stały zastrzyk gotówki. Ponadto robotyzacja miejsc pracy, rosnące „uśmieciowienie” zatrudnienia, narastające rozwarstwienie dochodów i systematyczny spadek udziału wynagrodzeń w PKB sprawiają, że do życia coraz szerszych warstw społecznych wkradł się element niestabilności, niepewności jutra. Do tego, prekaryzacja stwarza także zagrożenie dla podstaw bytowych przyszłych emerytów, narażonych na głodowe świadczenia po odejściu z rynku pracy. Ten ostatni problem od niedawna raczono zauważyć również w Polsce, stąd nacisk na ograniczenie „elastycznych form zatrudnienia”.

Przeciwnicy wskazują na koszty wprowadzenia dochodu podstawowego (szwajcarski rząd mówił o wydatkach rzędu 208 mld CHF rocznie – nawet po likwidacji dotychczasowych świadczeń społecznych trzeba byłoby znaleźć dodatkowe 25 mld), demotywujące działanie programu (pieniądze otrzymywane „za nic” zniechęcałyby do aktywnego poszukiwania pracy), w polskich realiach odżywa dodatkowo jeszcze wspomnienie socjalizmu i zasady „czy się stoi, czy się leży”.

A ja? Prawdę mówiąc, żałuję, że ten eksperyment w Szwajcarii nie wypalił, bo z ciekawością obserwowałbym jego efekty. Do tej pory podobną „rentę obywatelską” wprowadzono na Alasce – ze specjalnego funduszu mieszkańcy tego stanu otrzymują 2 tys. USD rocznie. Pilotażowy program funkcjonuje też w Utrechcie, z kolei w Niemczech zebrano w ramach crowdfundingu środki na objęcie inicjatywą „My Basic Income” kilkudziesięciu osób. Przymiarki zatem trwają, jednak w przypadku Szwajcarii po raz pierwszy mielibyśmy do czynienia z kompleksowym wprowadzeniem rozwiązania w skali całego kraju i na poziomie zabezpieczającym minimum socjalne.

W zasadzie, jako osoba, której myślenie o gospodarce przez lata było kształtowane lekturą korwinowskiego „Najwyższego czasu” powinienem odwrócić się ze wstrętem od pomysłów takiej „recydywy socjalizmu”, jednak koncepcja dochodu gwarantowanego jakoś mnie pociąga. Ma ona jedną, niezaprzeczalną zaletę: prostotę. Zostawmy na boku bogatych Szwajcarów i rozejrzyjmy się po własnym podwórku. Obecnie w Polsce mamy mętlik bardzo rozproszonych świadczeń, realizowanych przez najróżniejsze agendy państwowe i samorządowe. A skoro tak, to realnie nie ma żadnego spójnego systemu opieki społecznej. Kwalifikujący się do pomocy obywatele dostają (przyznawane wg niespójnych, niejednolitych kryteriów) zasiłki dla bezrobotnych, renty, zasiłki pielęgnacyjne, świadczenia rodzicielskie, dopłaty do czynszów, mediów, na wyprawki szkolne, becikowe, programy dożywiania, do tego w państwowych przedsiębiorstwach dochodzą najróżniejsze świadczenia branżowe, ostatnio ruszył program „500 +” będący w istocie właśnie formą dochodu gwarantowanego - tyle, że fragmentaryczną, bo przyznawaną na drugie i kolejne dziecko.

Słowem, jest tego multum i idę o zakład, że nikt nad tym tak naprawdę nie panuje. Ponieważ poszczególnymi świadczeniami zajmują się różne struktury w administracji państwowej i samorządowej, skutkuje to wysokimi kosztami obsługi – do każdego rodzaju zasiłku są osobni urzędnicy, którzy muszą przyjąć wniosek, rozpatrzyć, w międzyczasie napić się kawy i pogadać z panią Halinką z biurka obok, zadecydować czy i w jakim wymiarze przyznać świadczenie... Żmudne to, pracochłonne i kosztochłonne – a nade wszystko, nieefektywne, mimo – w sumie – znacznych środków. Jedni nauczyli się żerować na systemie, inni zaś unikają zwracania się o pomoc, bo to stygmatyzuje. I teraz powstaje kwestia: gdyby ktoś pokusił się o sumaryczne zestawienie wydatków na cały obszar polskiego „socjalu” (w tym koszta obsługi), to czy nie okazałoby się, że równie dobrze można wprowadzić dochód podstawowy? Nie mówiąc już o powstaniu presji na zwyżkę wynagrodzeń, byśmy wreszcie przestali być Bangladeszem Europy. W końcu, jeśli spojrzymy na państwo jako na spółkę akcyjną, to wszyscy – niezależnie od społecznego statusu - jesteśmy równorzędnymi udziałowcami, bo każdy z nas dysponuje taką samą kartką wyborczą. Może zatem należy nam się od tego interesu dywidenda?

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” -------> http://warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3875-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr nr 24 (10-16.06.2016)

Globalne kłamstwo oświęcimskie

Skoro kłamstwo o „polskich obozach” ma zasięg globalny, to wymaga równie globalnej reakcji.

Cieszy zaanonsowane przez min. Glińskiego nawiązanie współpracy między polskim rządem, a międzynarodową kancelarią prawną „Dentons”. Sam rzut oka na stronę internetową pokazuje, że mamy do czynienia z prawdziwie globalną korporacją. Dziesiątki oddziałów na różnych kontynentach sprawiają, że firma ta dobrze orientuje się w lokalnej specyfice prawnej poszczególnych krajów, szczególnie tych najbardziej nas interesujących – w Europie Zachodniej, Stanach Zjednoczonych i Kanadzie. Nie bez przyczyny mówi się o kancelarii jako o największej firmie prawniczej na świecie. Równie imponująco wygląda spektrum obsługiwanych zagadnień – w zasadzie nie ma materii, którą korporacja ta by się nie zajmowała...

Spokojnie, śpieszę z wyjaśnieniem, że „Dentons” nie wykupił u mnie zamówienia na kryptoreklamę. Powyższe wprowadzenie ma uzmysłowić Czytelnikowi, że nareszcie polskie władze potraktowały oszczerstwa formułowane pod adresem naszego kraju poważnie, czego wszyscy poprzednicy w minionym ćwierćwieczu zaniedbywali – z fatalnym skutkiem dla międzynarodowego wizerunku Polski. Jedni sprawę bagatelizowali, inni natomiast kierowali się zgubną formułą ukutą przez Władysława Bartoszewskiego, iż Polska jako „brzydka, nieposażna panna na wydaniu” powinna być „miła, a nie nabzdyczona”. W efekcie, mutacja „kłamstwa oświęcimskiego” mówiąca o „polskich obozach koncentracyjnych”, tudzież „polskich obozach zagłady” na trwałe zadomowiła się w świadomości społecznej i medialnej świata. Doszło do tego, że traktowana jest jako powszechnie wiadoma oczywistość. Rzecz jasna, oprócz zaniechań, konto polityczno-opiniotwórczych elit III RP obciąża także w pełni świadome działanie w ramach „pedagogiki wstydu”. Kolportowanie i promocja za granicą ponurych bredni Grossa idealnie nadawało się do dyscyplinowania i obezwładniania mentalnego Polaków, utrwalającego nasze kompleksy i poczucie niższości. Jeżeli ambasador RP w Waszyngtonie, Ryszard Schnepf, urządza na festiwalu filmów żydowskich laudację „Pokłosiu” Pasikowskiego, konserwując tym samym wizerunek Polaka – ciemnego antysemity, to doprawdy, trudno mieć złudzenia, komu tak naprawdę służy.

Kłamstwo o „polskich obozach” ma bowiem wieloraki użytek – nie tylko wewnętrzny. Dla organizacji żydowskich działających w ramach „Holocaust industry” jest propagandową podkładką dla roszczeń majątkowych; dla naszych „aliantów” z czasów II Wojny Światowej jest doskonałym usprawiedliwieniem ich zdrady i wydania nas na pastwę Stalina; dla Niemiec wreszcie, stanowi metodę odzyskania „historycznego dziewictwa” i wybielenia się z odpowiedzialności za zbrodnie i ludobójstwo.

Warto w tym miejscu przypomnieć, że termin „polskie obozy koncentracyjne” został ukuty w 1956 r. właśnie w Niemczech, w tzw. „Agencji 114” będącej częścią „Organizacji Gehlena” - poprzedniczki BND. Podwładnym Reinharda Gehlena (byłego generała Wehrmachtu) był szef „Agencji 114” – Alfred Benzinger (wcześniej sierżant tajnej policji wojskowej, Geheime Feldpolizei) i to właśnie on zaproponował wprowadzenie do obiegu zbitki o „polskich obozach koncentracyjnych”. Do historii przeszło jego zdanie: „Odrobina fałszu w historii po latach może łatwo przyczynić się do wybielenia historycznej odpowiedzialności Niemiec za Zagładę”. Niemieckie służby, będące wówczas przechowalnią przewerbowanych hitlerowskich zbrodniarzy wojennych – również tych najbardziej krwawych, np. z Einsatzgruppen SS - we własnym interesie przystąpiły do dzieła. Udało się nad podziw, chyba nawet sam „Grubas” („der Dicke” - przydomek Benzingera) nie spodziewał się takiego efektu. „Polskie obozy koncentracyjne” podbiły świat, w czym z pewnością miały swój udział wspomniane wyżej motywacje nie tylko Niemiec, lecz również organizacji żydowskich i zachodnich mocarstw, a także – nie wolno o tym zapominać - ZSRR, sączącego, szczególnie po prowokacji kieleckiej, narrację, że lepiej aby ktoś tych krwiożerczych Polaków trzymał w ryzach.

Do tej pory przeciwdziałania polskich służb dyplomatycznych – podejmowane na ogół z musu, pod presją krajowej opinii publicznej – były rachityczne i nieefektywne. Ot, jakaś nota, jakieś pismo ze sprostowaniem wysłane do jednej czy drugiej redakcji, które lądowało w koszu, lub spotykało się z obłudnym tłumaczeniem, że to tylko taki skrót, odnoszący się do geograficznej lokalizacji obozów – wszystko bez przekonania i myśli przewodniej. Tymczasem, skoro kłamstwo o „polskich obozach” ma zasięg globalny, to wymaga równie globalnej reakcji – międzynarodowy gigant usług prawniczych wytaczający konsekwentnie kolejne procesy i żądający odszkodowań jest wręcz narzucającym się rozwiązaniem. Z niecierpliwością czekam zatem na pierwsze procesy inicjowane w imieniu polskiego państwa. Wreszcie!

*

A poza tym:

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

Agencja 114 i „polskie obozy koncentracyjne”

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3875-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 23 (10-16.06.2016)

piątek, 17 czerwca 2016

Ukraińska bezczelność i polska bezradność

Ukraina skutecznie dyktuje nam przestrzeń oficjalnej, państwowej pamięci historycznej.

I. Pojednanie, czy dyktat?

Ech, ledwie dwa tygodnie temu napisałem dla „PN” tekst „Międzymorze bez Ukrainy”, w którym m.in. odniosłem się do aroganckiego apelu przewodniczącego ukraińskiego parlamentu, Andrija Parubija, by nie zajmować się tematami historycznymi, bo to nas „dzieli” a poza tym jest na rękę Rosji - a tu, niestety, trzeba będzie do tematu powrócić - i to zarówno z powodu polityki ukraińskich władz, jak i kompletnie nieadekwatnych reakcji polskiego rządu. Otóż, wystąpienie Parubija podczas spotkania z delegacją polskich parlamentarzystów nie było, czego się zresztą można było spodziewać, indywidualnym wyskokiem pojedynczego polityka, lecz częścią szerszej strategii wpisującej się w ukraińską politykę historyczną oraz elementem kampanii przed zbliżającą się kolejną rocznicą Krwawej Niedzieli. Potwierdza to opublikowany 2 czerwca list przedstawicieli ukraińskich elit skierowany do Polaków i polskich władz państwowych. Pod dokumentem podpisy złożyli m.in. byli prezydenci Leonid Krawczuk i Wiktor Juszczenko, głowy kościołów prawosławnego i greckokatolickiego – patriarcha Filaret oraz abp. Światosław Szewczuk, a także naukowcy, intelektualiści i działacze społeczni. Czyżby nastąpił przełom i strona ukraińska dojrzała do uznania ludobójstwa na Kresach, jakiejś formy ekspiacji? Nic z tych rzeczy. Pismo jedynie pozornie utrzymane jest w duchu pojednania (przywołano nawet symbolicznie hasło z historycznego listu polskich biskupów „przebaczamy i prosimy o przebaczenie”). W rzeczywistości, odrzuca pokrętną retoryką, próbą relatywizowania historycznej prawdy – a wszystko podszyte lekko tylko zawoalowanym szantażem.

`Sygnatariusze w pierwszych słowach nie ukrywają, że motywem skłaniającym ich do wystosowania odezwy jest zbliżająca się rocznica kresowej tragedii Polaków. Tyle, że piszą ogólnikowo o „tragedii Wołynia”, nazywając ją „epizodem” i usiłując wpisać w jakiś szerszy kontekst „polsko-ukraińskiego konfliktu”. (Epizodem szczególnie bolesnym i dla Ukrainy, i dla Polski pozostaje tragedia Wołynia i polsko-ukraińskiego konfliktu z lat II wojny światowej, w wyniku którego zginęły tysiące niewinnych braci i sióstr”). Za chwilę autorzy „proszą o przebaczenie”, by jednak zaraz potem dodać: „tak samo przebaczamy zbrodnie i krzywdy uczynione nam”. Widzimy więc budowanie fałszywej symetrii, dobrze znanej z wystąpień oficjalnych, choćby szefa ukraińskiego IPN Wołodymyra Wiatrowycza, twierdzącego, że podczas II wojny światowej mieliśmy do czynienia z „wojną polsko-ukraińską”. Nie pada w tekście ani razu określenie „ludobójstwo”, „czystka etniczna”, „eksterminacja”. Próżno też szukać nazw „OUN”, „UPA”, czy nazwisk „Bandera”, „Szuchewycz”. Ot, z jakichś niezbadanych przyczyn Polacy i Ukraińcy rzucili się nagle na siebie z siekierami... Mowa jest o „zabijaniu niewinnych ludzi” - lecz bez wskazania kto, kogo i dlaczego mordował. Zawężenie obszaru wydarzeń jedynie do Wołynia również jest symptomatyczne. No, przyznajmy, że strona ukraińska poczuwa się do pewnych niedociągnięć - „państwo ukraińskie stoi jeszcze przed zadaniem pełnego sformułowania swego całościowego i godnego stosunku do doświadczeń, jakie przeszliśmy, ich przyczyn, a także własnej odpowiedzialności za przeszłość i przyszłość”.

II. Lista żądań i pouczeń

Ale to tyle „pojednawczego” tonu, dalej już bowiem pojawia się lista ukraińskich oczekiwań i zaleceń pod adresem strony polskiej, żeby przypadkiem od tej dobrej woli nam się w głowach nie poprzewracało. „Polska myśl winna w pełni uznać samodzielność ukraińskiej tradycji narodowej jako sprawiedliwej i godnej szacunku walki o własną państwowość i niepodległość”. Jest to rzecz jasna eufemizm nakazujący nam pogodzenie się z państwowym kultem spuścizny banderowskiej. Dalej jest jeszcze ciekawiej, pada bowiem ostrzeżenie pod adresem „polityków obu krajów przed mową nienawiści i wrogości”; „wykorzystywanie wspólnego bólu do politycznych rozrachunków doprowadzi do niekończących się oskarżeń. Krzywda jest bowiem zawsze obustronna (...)” (znów ta fałszywa symetria). No i wreszcie pada zasadniczy powód spłodzenia owego kuriozum:wzywamy naszych sojuszników, polskie władze państwowe i parlamentarzystów, aby nie przyjmowali jakichkolwiek niewyważonych deklaracji politycznych, które nie ukoją bólu, lecz jedynie przysporzą korzyści naszym wspólnym wrogom”. Krótko mówiąc, mamy milczeć, bądź produkować beztreściowe farmazony o „trudnej przeszłości” i „pojednaniu” bez nazywania rzeczy po imieniu. Całość wieńczy apel: „W przeddzień uroczystości rocznicowych (czego to ma być rocznica nie napisano - PL), które w lipcu odbędą się w obu państwach, wzywamy do powrotu do tradycji wspólnych apeli parlamentarnych - nie dzieliły nas one, ale łączyły w pokucie i wybaczeniu. Kierując się duchem braterstwa, wzywamy razem do ustanowienia wspólnego Dnia Pamięci Ofiar Naszej Przeszłości i Wiary w Niepowtórzenie się Zła”.

Powyższe w międzyczasie przeplatane jest szantażem wedle metody „na Moskala”: skoro Ukraina walczy teraz z Rosją „w obronie wolnego świata”, to należy milczeć i nie antagonizować. Bardzo wygodne podejście, zdejmuje bowiem ze strony ukraińskiej obowiązek jakiegokolwiek rozliczenia się z przeszłością i umożliwia dalsze zakłamywanie historii. Nie oszukujmy się – jeśli Ukraina przetrwa i okrzepnie, tym bardziej nie będzie skora do żadnych rozmów – bo niby z jakiej przyczyny? Kult banderowców zdąży zakorzenić się na dobre i wszelkie podważanie go stanie się psychologicznie i politycznie niemożliwe. Co niby władze w Kijowie powiedzą obywatelom, których wcześniej z pełną premedytacją kłamliwie indoktrynowały? „Wiecie, z tym Szuchewyczem, to jednak nie była tak do końca czysta sprawa, bo z jego rozkazu nasi rodzice i dziadkowie wymordowali 150 tysięcy Polaków”? Wolne żarty.

Warto podkreślić jeszcze jeden aspekt. Ukraina jest państwem upadłym. To protektorat – zależnie od okoliczności międzynarodowych - albo rosyjski, albo zachodni. Kraj jest zanarchizowany, rozdrapywany przez mafię i oligarchów, ubezwłasnowolniony politycznie i gospodarczo, reformy i skład rządu wprost dyktowane są przez Niemcy, USA i światowe organizacje finansowe. I to na wpół zdechłe „coś” skutecznie dyktuje nam przestrzeń oficjalnej, państwowej pamięci historycznej, uprawia jakieś emocjonalne szantaże i formułuje zalecenia „do wykonu”. To przecież jakiś obłęd.

III. Polska bezradność

Nie mniej obłędna jest polska polityka w tej materii. Przy czym, o ile po poprzedniej ekipie niczego nie można było się spodziewać, o tyle objęcie władzy przez Prawo i Sprawiedliwość budziło nadzieję – nie tylko środowisk Kresowian, lecz każdego, komu leży na sercu polska szeroko rozumiana podmiotowość. A tej podmiotowości nie będziemy mieli, jeśli de facto abdykujemy w wymiarze państwowym z historycznej pamięci o kresowym ludobójstwie. Tymczasem PiS wycofuje się rakiem z ustanowienia 11 lipca Narodowym Dniem Pamięci Męczeństwa Kresowian - dzień ten ma zostać przeniesiony na 17 września. Intencja jest jasna: „rozmyć” ukraińskie ludobójstwo w szerszym kontekście zbrodni sowieckich – tyle, że co ma piernik do wiatraka? Co łączy „operację polską” NKWD z lat 1937-38 z rzeziami banderowców z lat 1943-44 poza chęcią „ukrycia” właśnie tej konkretnej, „drażliwej” daty – 11 lipca? Na dodatek, przedstawiciele PiS przyznają, że stało się tak na skutek nacisków strony ukraińskiej, do których doszło m.in. podczas przywołanego na wstępie spotkania polskich posłów w Kijowie, w którym brał udział także czołowy wołyński negacjonista Wołodymyr Wiatrowycz. Może dla osłody 11 lipca będzie jakaś okolicznościowa uchwała Sejmu... a może nie, bo wszak w omówionym tu liście Ukraińcy wyraźnie nam tego zabronili.

Portal Kresy.pl nazywa takie postępowanie zdradą wobec Kresowian. Ja powiedziałbym raczej, iż jest to wynik nie tyle złej woli, ile kunktatorstwa wynikającego z błędnych przesłanek. Z jednej strony jest to efekt zaczadzenia polityczną mitologią Giedroycia reprodukującą się w kolejnych pokoleniach elit, której składnikiem są ustępstwa i polityka „dobrej woli” bez żadnych warunków brzegowych, aby broń Boże nadwrażliwych Ukraińców nie zrazić (na czym oni błyskawicznie nauczyli się grać naszym kosztem). Druga strona polega na założeniu (a inaczej nie potrafię sobie racjonalnie zrekonstruować motywacji PiS-u), że tylko Polska mająca dobre relacje z Ukrainą jest cokolwiek warta dla USA, które rozgrywają na Ukrainie swoją partię szachów z Putinem – dwa piętra ponad naszymi głowami. Innymi słowy, jeśli będziemy grzeczni dla Kijowa, to zarazem będziemy użyteczni w regionie dla Waszyngtonu, więc Ameryka będzie nas wspierać i bronić przed Rosją – przynajmniej do kolejnego „resetu”. Efekt jest taki, że Ukraina czuje się władna dyktować nam z pozycji siły nasze narodowe rocznice. A u nas każdy, kto odważy się głośno o tym powiedzieć, mianowany jest przez dyżurnych patriotów „ruskim agentem” i „V kolumną Putina”. Ręce opadają.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

„Międzymorze bez Ukrainy”

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3875-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 23 (08-14.06.2016)