niedziela, 13 sierpnia 2017

Operacja „Temida”, czyli praworządność III RP w pigułce

Jeżeli poważnie traktujemy kwestię oczyszczania wymiaru sprawiedliwości, to może warto zacząć od upublicznienia akt „Temidy”.



I. Zwerbować sędziego

Na marginesie zawieszonej chwilowo kampanii o reformę wymiaru sprawiedliwości sądzę, że nie od rzeczy będzie przypomnienie operacji „Temida”, jaką w 2000 r., za czasów rządów AWS-UW, przeprowadził ówczesny Urząd Ochrony Państwa, a która polegać miała na werbowaniu pracowników śląskich organów ścigania i wymiaru sprawiedliwości – prokuratorów i sędziów. Sprawa ta i jej różnorakie wątki poboczne bowiem skupiają jak w soczewce rozmaite patologie funkcjonowania III RP z sądownictwem włącznie.

Interesująca nas historia zaczęła się 12 października 2000 r., kiedy to śląski UOP aresztował Krzysztofa Porowskiego – biznesmena znanego z postkomunistycznych powiązań. Zatrzymanie miało skłonić go do zeznań przeciw znanym politykom SLD – Sekule, Millerowi, Siemiątkowskiemu, a także wiceprezesowi katowickiego sądu wojewódzkiego – sędziemu Andrzejowi Hurasowi. O ile w przypadku działaczy lewicy można od biedy założyć, że celem było obnażenie jakichś nieczystych układów polityczno-biznesowych (miano zbierać materiały dotyczące m.in. nielegalnych inwestycji z pieniędzy PZPR), o tyle ustawienie celownika na sędzim Hurasie miało ewidentnie ułatwić jego werbunek. Tu zastrzegę od razu, że sędzia Huras to żadne niewiniątko – członek PZPR, były komornik a następnie wizytator komorników, który wspólnie z żoną (też komornikiem) na swej działalności dorobił się znacznego majątku, by później lekką stopą przeskoczyć na fotel sędziowski i ostatecznie dosłużyć się funkcji wiceprezesa sądu wojewódzkiego. Już sam fakt, że taka kariera była w III RP możliwa świadczy o głębokich patologiach aparatu sprawiedliwości.

II. Sfingowany proces

W tym jednak przypadku mamy do czynienia z „szyciem” ze strony UOP ewidentnej prowokacji opartej na preparowaniu fałszywych dowodów w celach werbunkowych. Był to zresztą główny modus operandi – prokuratorów i sędziów pozyskiwano bowiem poprzez szantażowanie ich groźbą wytoczenia sfingowanych procesów korupcyjnych. Całość operacji „Temida” nadzorować miał wiceszef śląskiej delegatury UOP – kpt. Mariusz Szekiel. On też miał namawiać Porowskiego do dostarczenia „haków” na sędziego Hurasa, którego wcześniej UOP próbował zwerbować, jednak bez powodzenia. Porowski odmówił, co przypłacił wieloletnim procesem. (Też ciekawostka – tacy ideowi, czy bali się narazić współpracą z „prawicowym” UOP komuś jeszcze możniejszemu?). Zemstą służb (a zapewne również przestrogą dla pozostałych werbowanych pracowników sądów i prokuratury) stała się wytoczona sędziemu Hurasowi sprawa. Na podstawie zeznań dwóch powiązanych z Porowskim świadków (zwanych w UOP „dwiema świniami”, bo zeznawali wszystko czego się od nich żądało) zarzucono mu m.in., przyjęcie od Porowskiego 100 tys. dolarów łapówki, a także ułatwienie nabycia po korzystnej cenie od komornika Jana G. 400 skonfiskowanych samochodów, za co Porowski zrewanżować się miał sędziemu prezentem w postaci mercedesa. Co interesujące, sprawy zarówno Porowskiego, jak i Hurasa trafiły szybko do prokuratury w Gdańsku, którą kierował wówczas... osławiony Janusz Kaczmarek. Jana G. również werbowano do współpracy – i również wytoczono mu proces.

W każdym razie, okazało się, że jedna z firm Porowskiego faktycznie nabyła od Jana G. samochody, lecz po normalnej cenie, zaś mercedes należał do żony Hurasa i został nabyty za jej własne pieniądze, które potrafiła udokumentować (mówimy o zamożnej właścicielce kancelarii komorniczej). Sprawa toczyła się w sumie do 2015 r. Najpierw, w 2010 r. krakowski sąd prawomocnie uniewinnił Hurasa stwierdzając m.in., że prokuratura „stawiała zarzuty bez dowodów lub nawet wbrew nim”, a także, iż interpretacja dokumentów „różniła się od tego, co z nich faktycznie wynika”. Dodać należy, że sąd zwrócił się również o wydanie akt operacji „Temida”, lecz ABW (następczyni UOP) odmówiła. Następnie Andrzej Huras wytoczył Skarbowi Państwa proces o zadośćuczynienie w wys. 500 tys. zł. Warszawski sąd okręgowy odszkodowanie przyznał w 2014 r., lecz rok później - w czerwcu 2015 - Sąd Apelacyjny uchylił wyrok I instancji, argumentując, iż „czynności organów ścigania nie nabierają cech bezprawności tylko dlatego, że oskarżonego uniewinniono”. Zwróćmy uwagę, że sąd w tym przypadku kompletnie pominął wątek zaangażowania w sprawę służb specjalnych i operacji „Temida”.

III. Przyszyć „Temidę” Kaczyńskiemu

Na uwagę zasługuje tu pewien wątek poboczny. Otóż w operację „Temida” usiłowano wmanipulować Lecha Kaczyńskiego – jako, że był ministrem sprawiedliwości podczas opisywanych tu wydarzeń. Sprawę odgrzano w czasie jego prezydentury - m.in. „Wirtualna Polska” opublikowała w 2006 r. obszerny tekst Anny Szulc „Temida w rękach tajnych służb” niedwuznacznie sugerujący powiązania ówczesnego ministra sprawiedliwości z operacją. Głównym zarzutem przeciw Lechowi Kaczyńskiemu był przebieg spotkania z sędzią Hurasem do jakiego doszło w sejmowej restauracji już po wszczęciu sfingowanego procesu. Kaczyński miał domagać się ustąpienia Hurasa z funkcji wiceprezesa sądu, grożąc, że w przeciwnym wypadku go „zniszczy”. Ponadto Lech Kaczyński podczas wizyty na Śląsku w grudniu 2000 r. żądał podania się do dymisji prezesa sądu w Katowicach – sędziego Tadeusza Kałusowskiego. Przy sejmowej rozmowie obecny był mec. Leszek Piotrowski – obrońca zarówno sędziego Hurasa, jak i Krzysztofa Porowskiego. Zmarły w 2010 r. Piotrowski w latach '80 zasłynął jako obrońca górników, w III RP związany był z prawicą, zaś w latach 1997-1999 z rekomendacji Porozumienia Centrum był wiceministrem sprawiedliwości w rządzie Jerzego Buzka, zamieszczał także felietony w „Gazecie Polskiej”. Później jednak dokonał dość raptownej i zastanawiającej wolty, przechodząc na wrogie wobec PiS pozycje.

Rzecz w tym, iż Lech Kaczyński sugerował się aktami prokuratury przygotowanymi pod dyktando UOP, zaś o operacji „Temida” nie wiedział. Przypomnę, że sprawę Hurasa i Porowskiego prowadziła gdańska prokuratura pod kierunkiem Janusza Kaczmarka do którego Lech Kaczyński miał pełne zaufanie – jak się okazało, na własne nieszczęście, zważywszy na ponurą rolę Kaczmarka u schyłku pierwszego rządu PiS. Krótko mówiąc, Lech Kaczyński padł ofiarą dezinformacji i podsuniętych mu spreparowanych dowodów. Wkrótce zresztą wybuchł konflikt między Ministerstwem Sprawiedliwości a UOP – co ciekawe, na tle aresztowania odpowiedzialnego za „Temidę” kpt. Mariusza Szekiela (choć samo zatrzymanie miało związek z inną sprawą). Prokuratura domagała się przeszukania w siedzibie śląskiej delegatury UOP za którą ujął się koordynator ds. służb specjalnych Janusz Pałubicki. Jerzy Buzek w sporze stanął po stronie Pałubickiego, co skończyło się dymisją Lecha Kaczyńskiego.

IV. Ujawnić agenturę!

Tak to, proszę Państwa, wyglądało „demokratyczne państwo prawa” za jakie uchodzić ma wedle jej obrońców III RP. A teraz konkluzja. Otóż akta operacji „Temida” wciąż pozostają utajnione – zakładając oczywiście, że jeszcze istnieją, bowiem Robert Walenciak w rozmowie z Siemiątkowskim dla postkomunistycznego „Przeglądu” (2005 r.) napomknął, że były one niszczone w 2002 r. – czemu Siemiątkowski nie zaprzeczył. Zwróćmy uwagę – mieliśmy zakrojoną na szeroką skalę operację werbunkową w aparacie sprawiedliwości. Wiadomo, że nie udało się zwerbować sędziego Hurasa i komornika Jana G., którym przetrąciło to kariery. A contrario wynika z tego, że pozostali werbowani poszli na współpracę, bo tylko wspomnianej dwójce uszyto lipne procesy. Kim są ci, których zwerbowano? Jakie pełnią obecnie funkcje? I czy operacja „Temida” zawężona do Śląska była jedyną taką akcją? Jaki jest powód, że po dziś dzień pozostaje tajna, zaś ABW odmawia wydania akt nawet sądowi? Myślę, że są to dobre pytania do koordynatora ds. służb specjalnych – min. Mariusza Kamińskiego. Jeżeli poważnie traktujemy kwestię oczyszczania wymiaru sprawiedliwości, to może warto zacząć od upublicznienia akt „Temidy” - lub tego, co z nich zostało...

Gadający Grzyb

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 32 (11-17.08.2017)



Namibia, a sprawa polska

W Namibii, podobnie jak w okupowanej Polsce, doszło do ludobójstwa, zbrodni wojennych, terroru i masowej grabieży mienia.



Jak wiemy, od niedawna przedstawiciele partii rządzącej z Jarosławem Kaczyńskim na czele postanowili podnieść w przestrzeni publicznej temat niemieckich odszkodowań za II Wojnę Światową. Zasadniczo, rzecz nie jest nowa, bo już wcześniej pod patronatem Lecha Kaczyńskiego – wówczas prezydenta Warszawy – powstało oszacowanie strat wyrządzonych przez Niemców w stolicy, zatem obecnie powracamy do tematu – tyle, że w skali ogólnopolskiej. I tu powstaje pytanie – czy Polska ma zamiar dochodzić swych roszczeń na poważnie, czy też mamy do czynienia jedynie z polityczną demonstracją w odpowiedzi na połajanki i próby wtrącania się Berlina w nasze wewnętrzne sprawy. Jeżeli bierzemy pod uwagę pierwszą ewentualność, to warto pilnie się przyglądać poczynaniom Namibii, która domaga się od Niemiec odszkodowania w wysokości 30 mld. euro za zbrodnie i straty materialne z okresu kolonizacji.

Sprawa dawnej Niemieckiej Afryki Południowo-Zachodniej ma więcej punktów stycznych z Polską, niż mogłoby się to na pozór wydawać. Podobnie jak w okupowanej Polsce doszło tam do ludobójstwa, zbrodni wojennych, terroru i masowej grabieży mienia. Podobnie jak w Polsce ogromną rolę odegrała szowinistyczna ideologia okupantów-kolonizatorów. Wreszcie, podobnie jak w przypadku Polski, Niemcy są dla współczesnej Namibii kluczowym partnerem ekonomicznym, zaś gospodarka namibijska w znacznym stopniu uzależniona jest od niemieckich inwestycji oraz turystów licznie odwiedzających dawną kolonię. Więcej – Berlin podnosi, że od 1990 r. udziela rządowi w Windhuk (namibijska stolica) pomocy rozwojowej, której rozmiary oszacowano jak do tej pory na ok. miliard euro. Brzmi znajomo?

Porównajmy to z głosami w Polsce, które na wieść o możliwości domagania się reparacji wojennych z miejsca zaczęły argumentować w „niemieckim” duchu – że nie możemy zaogniać stosunków ze strategicznym europejskim partnerem, niemieckie inwestycje i wymiana handlowa są dla nas kluczowe, no i wszak otrzymywane środki unijne w dużej mierze finansowane są z niemieckiego budżetu. Cóż, jak widać, tego typu obiekcje nie przeszkodziły Namibii upomnieć się o swoje.

A jest się o co upominać. W latach 1904 – 1908 doszło bowiem w wyniku powstań ludów Herero i Nama do planowej eksterminacji rdzennej ludności przez korpus ekspedycyjny dowodzony przez gen. Lothara von Trotha. Była tam obecna pełna paleta rozwiązań zastosowanych później przez III Rzeszę w okupowanej Europie, szczególnie w Polsce: obozy koncentracyjne, tortury, praca przymusowa, masowe egzekucje, zbrodnicze eksperymenty medyczne, ustawodawstwo rasowe zakazujące „mieszania krwi”, wyrugowanie autochtonów z ziemi przekazanej następnie kolonistom (obecnie wciąż w znacznej mierze znajduje się w rękach ich niemieckich potomków). Ogółem, szacuje się, że zginęło wówczas ok. 100 tys. Herero (ok. 80 proc. populacji) i 10 tys. Nama (ok. połowy). W 1985 r. ONZ uznała tę zbrodnię za pierwsze ludobójstwo w XX w. Namibia, która po I Wojnie Światowej przeszła pod zarząd RPA, niepodległość uzyskała w 1990 r.

Rząd w Windhuk w kwestii odszkodowań prowadzi politykę dwutorową. Z jednej strony negocjuje z rządem w Berlinie, z drugiej zaś przygotowuje pozew do wniesienia przed Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości w Hadze. Osobnym wątkiem jest sprawa założona przed amerykańskim sądem przez wodzów plemion Herero i Nama w której prócz odszkodowań domagają się dopuszczenia jako strona do toczących się między Windhuk a Berlinem negocjacji. Co ciekawe, przedstawiciele ludów Herero i Nama otwarcie inspirują się skutecznymi działaniami organizacji żydowskich – ich adwokatem jest Ken McCallion wcześniej reprezentujący ofiary holocaustu, zaś wódz Herero Sam Kambazembi stwierdził wprost: „Jedyna różnica jest taka, że Żydzi są biali, a my czarni”.

Ze swej strony Niemcy pod pozorami elastyczności wynikającymi z poprawności politycznej, stosują taktykę twardego „nein”. Wprawdzie w 2004 r. uznały swoje historyczne winy i nawet złożyły przeprosiny – ale konsekwentnie uchylają się od odpowiedzialności materialnej. Jedynym jak do tej pory ustępstwem z ich strony była propozycja urągliwego w swej istocie „odfajkowania” tematu poprzez utworzenie specjalnego funduszu pomocowego o wartości 100 mln. euro. Polak mógłby mieć tu uczucie deja vu – w podobny sposób wszak Niemcy pozbyli się odpowiedzialności za wykorzystywanie polskich robotników przymusowych. Tyle, że w odróżnieniu od Polski, Namibia taką jałmużną się nie zadowoliła. Przede wszystkim jednak Niemcy protestują przeciw terminowi „odszkodowania”, konsekwentnie używając ogólnikowej formułki „transfery finansowe” - i nawet niespecjalnie ukrywają, że nie chcą w ten sposób otwierać furtki do przyszłych roszczeń ze strony państw europejskich, ze szczególnym uwzględnieniem Polski.

Powtórzę – warto obserwować namibijską batalię, bowiem rysuje się tu dla nas pewien wzorzec postępowania. Może nie od rzeczy byłoby nawiązać z rządem w Windhuk bliższe kontakty w celu wymiany doświadczeń?

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 32-33 (11-24.08.2017)

piątek, 11 sierpnia 2017

Nowa generacja

Najgorsze co można zrobić, to zapiec się w dogmatycznym oglądzie rzeczywistości - a raczej własnych wyobrażeniach o niej - i zatracić słuch społeczny.


I. Przebudzenie

Muszę wyznać, że podczas lektury różnych komentarzy z prawej strony, dotyczących demonstracji przeciw reformie sądownictwa, towarzyszyło mi poczucie rosnącej irytacji. Otóż zarówno „nasze” media, jak i „nasi” politycy zbyt łatwo ustawiali sobie przeciwnika do bicia, zaliczając hurtowo manifestujących do, mówiąc hasłowo, obozu beneficjentów III RP, a tak w ogóle to zwalając wszystko na „astroturfing”. Tym samym - z premedytacją, bądź z intelektualnego lenistwa – przeoczyli istotną jakościową zmianę: mianowicie, po raz pierwszy w przestrzeni publicznej zaistniało w zauważalnej skali nowe, młode pokolenie – generacyjnie należące do rówieśników młodzieży patriotycznej. Śmiem twierdzić, iż od tej pory należałoby wręcz mówić o dwóch równoległych pokoleniach dwudziesto- i trzydziestolatków: z jednej strony mamy widoczną od dawna młodzież w koszulkach z Polską Walczącą i Żołnierzami Wyklętymi, z drugiej natomiast – pokolenie ukształtowane w duchu lewicowo-liberalnym. I to drugie właśnie zaczyna dochodzić do głosu. Nie znaczy to, że wcześniej nie istniało – po prostu nie było tak widoczne, angażując się np. w różne ruchy miejskie czy inicjatywy kulturalne. W ten sposób jednak zbudowało sobie pewne ramy i zyskało doświadczenie (np. w organizacji eventów), które teraz zaowocowało.

Co tych młodych ludzi odróżnia od dotychczasowej „totalnej opozycji”? Właśnie brak owej „totalności” i krytyczny stosunek do elit III RP oraz efektów transformacji ustrojowej. W odróżnieniu od KOD-u czy Schetyny i Petru, oni nie walczą o to, „żeby było tak jak było”. Nie demonstrowali na rzecz partyjnych interesów Platformy i Nowoczesnej o których często mają jak najgorsze zdanie – wyszli na ulicę POMIMO tego, że stali na niej również politycy, czego widomym znakiem jest, że „totalnej opozycji” bynajmniej nie przyrosło w sondażach. Nie działa na nich kombatancko-peerelowska retoryka, nie kupują oskarżeń o „ubeckość”, czy straszenia powrotem PRL-u. To nie ich język, nie ich emocje, nie ich doświadczenie. Patrząc na podtykane im pod nos „legendy Solidarności” pytają: a jak urządziliście tę nową Polskę w której myśmy się urodzili i dorastali? Nie wpisują się w prostą dychotomię PiS - anty-PiS, czasem wręcz podkreślają, że programy w rodzaju „500+” czy „Mieszkanie +” to krok w kierunku bardziej sprawiedliwej Polski. Są natomiast bardzo wyczuleni na wszystko co związane jest z wolnością – i tu tkwiło źródło ich niedawnej mobilizacji. PiS jak zwykle olało komunikację społeczną i stąd owa młodzież doszła do wniosku, że za chwilę obudzi się w kraju upolitycznionego sądownictwa. Przy czym, nie jest również tak, że nie widzą nieprawidłowości w obecnym systemie – po prostu uznali, że recepta PiS-u jest gorsza od choroby.

II. Podmiotowość

Kolejną wyróżniającą ich cechą jest poczucie własnej podmiotowości i odrębności. Ostatnie czego sobie życzą, to zapisanie ich do grupy partyjnych kiboli. Tam, gdzie swe „łańcuchy światła” organizowali samodzielnie (np. w Poznaniu), obowiązywała formuła „no logo” - czyli bez partyjnych szyldów. I takie właśnie – nie tyle „apolityczne”, co „apartyjne” protesty - bardzo nie podobały się liderom opozycyjnego establishmentu. Wystarczy zresztą sięgnąć do internetowej „Kultury Liberalnej”, która w ostatnim czasie stała się swoistą trybuną młodych lewicowych liberałów i poczytać, co oni sami o tym mówią. Na porządku dziennym było użeranie się z usiłującymi zawłaszczać manifestacje politykami partii opozycyjnych - gdy jednoznacznie im komunikowano, że ich miejsce jest co najwyżej na widowni, posuwali się nawet do sabotowania imprez i walki „na megafony”. Z KOD-owcami też mieli pod górkę, bo protesty były rzekomo za mało wyraziste i zbyt „piknikowe”, zaś organizatorzy bardzo dbali o to, by nie pojawiały się hasła typu „precz z PiS-lamem”, czy zawołania o „Kaczorze-dyktatorze”.

Jeszcze jedno - oni nie chcą umierać za gerontów III RP, nie są „wojskiem” Michnika, czy kogokolwiek z tego towarzystwa. Trafia ich szlag na widok Balcerowicza, któremu zawdzięczają brak normalnej pracy, bezpieczeństwa socjalnego i perspektyw. Mają gdzieś Frasyniuka z jego grubymi żartami i pozerstwem. Oni protestują we własnym imieniu i nie życzą sobie instruktaży, tudzież połajanek od weteranów Salonu w rodzaju opisywanego tu niedawno psioczenia Janickiego i Władyki na „symetrystów”. Mało też ich obchodzą protekcjonalne pochwały ze strony luminarzy salonowszczyzny, bo nie są dla nich autorytetami – a to z tego względu, że nie oceniają ich poprzez pryzmat opozycyjnych biografii z lat 70- i 80-tych czy resentymentów z czasów „wojny na górze”, lecz poprzez dokonania w III RP. Nie bronią też stołków i apanaży, bo ich zwyczajnie nie mają - rekrutują się często spośród wielkomiejskiego prekariatu i stąd m.in. ich niechęć do Balcerowicza oraz warstwy „nachapanych” beneficjentów III RP.

Następna sprawa, bardzo istotna, to językowa warstwa przekazu. Na tych demonstracjach, na których mieli coś do powiedzenia, skrupulatnie unikali retoryki pogardy, wykluczenia, nienawiści. Mówił o tym w Warszawie pisarz Jacek Dehnel wzywając, by zaniechać obelżywych sformułowań wobec ludzi korzystających z 500+ czy wyborców PiS. Poza kwestią skuteczności – drastyczny przekaz KOD-u okazał się odrzucający dla normalnych ludzi – oni językiem agresji są zwyczajnie zmęczeni. Doszliśmy do punktu, w którym nawet najcięższe inwektywy spowszedniały, straciły swoją moc i mogą działać jedynie na najbardziej nieprzejednany, żelazny elektorat – i to po obu stronach. Dlatego programowo unikają mściwych wrzasków o „Kaczorze” i „kaczystach”, którzy „pójdą siedzieć” - to nie jest ich, powiedzmy, wrażliwość estetyczna. Oprócz uczulenia na język pogardy, te nienawistne hasła „starych” z KOD-u, czy hunwejbinów od „Obywateli RP” są dla nich zwyczajnie głupie. Im autentycznie nie zależy na eskalowaniu wojny domowej - tym różnią się od „gerontów III RP” broniących za wszelką cenę stanu posiadania. I to również należy odnotować.

Dlaczego piszę o nich w tak łagodnym tonie, mimo że ideowo różni nas niemal wszystko? Bo na to zasługują - w przypadku wściekłych zombies III RP z KOD-u czy „UBywateli RP” nie miałem i nie mam oporów, by po nich „jechać” bez litości, podobnie jak wcześniej po zdziczałym bydle od Palikota. Ci młodzi są jednak inni, co warto zauważyć i wyciągnąć wnioski. Co ciekawe – jakkolwiek egzotycznie by to dla nas nie zabrzmiało – oni zupełnie szczerze uważają się za patriotów. Wzięli się chociażby za odzyskiwanie narodowej symboliki, adaptując ją do własnej wrażliwości i to bynajmniej nie w stylu czekoladowego orła – taką żenadę zostawiają pokoleniu Komorowskiego. Na ich manifestacjach śpiewanie czterech zwrotek hymnu nie jest już obciachem. Uważają, że prawica im te narodowe symbole zabrała, wiec je sobie odbierają.

III. Fatalna reakcja

Na to wszystko, przykro pisać, „nasza strona” zareagowała w najgorszy możliwy sposób – obelgami, sprowadzając protesty do schematu kodowszczyzny i zapluwających się z nienawiści do „Kaczora” starców, tudzież bredząc, jak pewien polityk z PiS, o „ubeckich wdowach”. Otóż nie - to już nie są demonstracje wyłącznie zacietrzewionych dziadów z KOD-u, jak w 2016 i trzeba tę jakościową zmianę naszym politykom uświadomić, również dla ich własnego dobra. Pisałem niedawno w tym miejscu, że politycy mają tendencję do „zamrażania” w swej wyobraźni społeczeństwa w takim stanie, w jakim oddało na nich swe glosy – i dlatego kolejny wynik wyborczy stanowi dla nich tak często nieprzyjemny szok. Im szybciej to zrozumieją, tym lepiej, bo jeśli nie znajdą języka, którym mogliby się z tymi młodymi ludźmi porozumieć, to ktoś ich bunt przejmie i zagospodaruje - a wtedy PiS przerżnie wybory.

„Nasi” politycy wrzucający młodych do jednego wora z KOD, PO i „UBywatelami RP” popełniają kolosalny błąd - i co gorsza, nie ma komu im tego powiedzieć, bo nie widzę po prawej stronie chęci do postawienia uczciwej diagnozy. Język wojennej konfrontacji tak bardzo wszedł w krew dużej części mediów prawicowych, że już nie potrafią inaczej komunikować się ze światem (zresztą - jakim światem? Mówią już od dawna tylko do zamkniętej grupy współwyznawców). Politykom wygodniej jest wszystkich zapisywać do potomków ubecji (co wy wiecie o motywacjach dziewczyny rocznik '92 tyrającej na śmieciówce – to ma być „ubecka wdowa”?), a dziennikarze z mediów uzależnionych od rządowych pieniędzy z nowego rozdania też wolą pisać to, co w ich mniemaniu chcieliby usłyszeć sponsorujący ich z publicznej kasy politycy. W ten sposób nakręca się spirala prawicowego matrixu - a to przepis na katastrofę, wg dokładnie takiego samego schematu, jaki przerobiła opcja beneficjentów III RP.

Najgorsze co można zrobić, to zapiec się w dogmatycznym oglądzie rzeczywistości - a raczej własnych wyobrażeniach o niej - i zatracić słuch społeczny. Powtarzam - sytuacja jest gatunkowo inna niż rok temu i podczas wyborów 2015. Albo to zrozumiecie i odpowiednio zareagujecie, albo przegracie.

Gadający Grzyb

Na podobny temat:

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 32-33 (09-22.08.2017)

Pod-Grzybki 109



To już zaczyna zakrawać na obłęd. Dosłownie przed momentem w ramach akcji „Lato żywych trupów” Borys Budka & Co. napastowali plażowiczów nad Bałtykiem, a już po chwili horda platformerskich zombies postanowiła zaatakować nieletnią publiczność hulającą beztrosko na Przystanku Woodstock. Zważywszy na przeciętny stopień przytomności woodstockowiczów, rad bym wysłuchać tych rozmów godnych zapewne bliskich spotkań III stopnia. Prochy wszędzie, Budka wszędzie, co to będzie, co to będzie...

*
Przy okazji – teraz już wiadomo, dlaczego Woodstock zakwalifikowano jako imprezę podwyższonego ryzyka. Wystarczy ujrzeć krokodyli uśmiech Schetyny na widok małoletnich ofiar, by postawić na nogi nie tylko całą policję, ale przede wszystkim – służby weterynaryjne i dyrekcję najbliższego ZOO.

*
Poczynaniami Platformy zbulwersował się sam Zbigniew Hołdys („Hołdys gniewa się / i pieniążków chce...” - jak śpiewała niegdyś punkowa kapela „WC” w numerze „Młoda generacja”). W każdym razie, Hołdys nagabywanie młodzianków w przerwach między rują a poróbstwem nazwał „polityczną agitką”, co jest o tyle dziwne, że wcześniej nie miał nic przeciwko politycznym agitkom w ramach aranżowanej przez niego „Akademii Sztuk Przepięknych”, a już zupełnie niedawno lekkim palcem wystukiwał tweety podburzające młodzież do zrobienia w Warszawie drugiego Hamburga. Do tego, jako dumny i blady absolwent podstawówki („pewnego dnia / zrozumiałem, że ja / nie umiem nic”), narzekał na „brak wyedukowania” polskiego społeczeństwa. No, ale nie bądźmy małostkowi – proponuję zwrócić się do ministerstwa edukacji, by zaangażowanie i obywatelską postawę pana eks-muzyka nagrodzić jakimś tytułem – chociażby „maturzysty honoris causa”.

*
Na warszawskiej manifestacji w obronie sądów powitano prezes Gersdorf i prof. Strzembosza słowami „cześć i chwała bohaterom”. Wniosek z tego, iż Żołnierze Wyklęci walczyli o „niezawisłe sądy” - te same, które skazywały ich na śmierć w procesach kiblowych. Uczestnicy owej orgii praworządności dożyli swych dni pod ochroną immunitetu jako członkowie „nadzwyczajnej kasty ludzi”, zaś ich potomkowie w różnorakich togach po dziś dzień naprzykrzają się Temidzie. Zapewne Żołnierze Wyklęci walczyli również o to, by środowisko mogło „samo się oczyścić”, co tak znakomicie się udało - nieprawdaż, panie profesorze Strzembosz?

*
Tomasz Lis przegrał (a właściwie oddał walkowerem, bo nie stawił się na żadnej rozprawie) proces wytoczony mu przez Krystynę Pawłowicz. Sam Lis twierdzi, że o sprawie „nic nie wiedział”. Hm, zważywszy, iż zawiadomienie z sądu odebrała małżonka–Lisica, sugerowałoby to, że z premedytacją wsadziła męża na minę. Czyli – Lisy gryzą się nie na żarty, a w Konstancinie rozrzucane są kulki ze szczepionkami przeciw wściekliźnie. Co ciekawe, 40 tys. zł zadośćuczynienia ponoć pokryje koncern Ringer Axel Springer. Skomentuję to optymistyczną fraszką: „Lis opluje / Niemiec spłaci / a Pawłowicz się wzbogaci”.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 32-33 (09-22.08.2017)

niedziela, 6 sierpnia 2017

Merkel i Duda, czyli caryca Katarzyna i król Stasio

Gołym okiem widać, że pokłosiem prezydenckiej decyzji jest powrót atmosfery rodem sprzed przyśpieszonych wyborów 2007 r.


I. Gorąca linia Merkel – Duda?

Po podwójnym vecie prezydenta Dudy burza wokół reformy sądownictwa wprawdzie nieco przycichła, ale wszystko wskazuje, że tylko po to, by jesienią powrócić ze zdwojoną siłą. Póki co jednak, obie strony przegrupowują się, dokonują przeglądu sił i przygotowują na kolejną odsłonę batalii. Skoro zatem mamy chwilę oddechu, warto przyjrzeć się zarówno dotychczasowej sytuacji, jak i sformułować przestrogi na najbliższą przyszłość.

Pierwszą sprawą, którą jakoś dziwnie pomija się w kontekście rozgrywki wokół sądów, jest 45-minutowa rozmowa telefoniczna na linii Angela Merkel – Andrzej Duda, do której doszło 18 lipca. Przypomnijmy, że tego samego dnia prezydent zgłosił swoją inicjatywę ustawodawczą dotyczącą wyboru członków Krajowej Rady Sądownictwa większością 3/5 głosów. Na uwagę zasługuje tutaj znamienna rozbieżność w relacjonowaniu rozmowy zachodząca między Kancelarią Prezydenta a niemieckim rządem. Szef gabinetu prezydenta, Krzysztof Szczerski, poinformował jedynie, że była mowa o wizycie Trumpa w Warszawie, szczycie G-20 oraz o inicjatywie Trójmorza, zaś kanclerz Merkel miała pogratulować Dudzie sukcesu warszawskiego szczytu. Istotne jest tu wymowne przemilczenie przez prezydenckiego ministra wątku praworządności, który także miał być podniesiony przez kanclerz Merkel. Z kolei rzecznik niemieckiego rządu, Steffen Seibert, w swym komunikacie główną uwagę poświęcił właśnie kwestii reformy sądownictwa i społecznych protestów, jedynie mimochodem wspominając o pozostałych tematach rozmowy. Trudno o większy kontrast w rozłożeniu akcentów.


II. Caryca Katarzyna i król Stasio

Ale jest jeszcze jeden intrygujący szczegół. Otóż podczas spotkania w Klubie Ronina w poniedziałek 24 lipca, już po ogłoszeniu prezydenckiego veta, Aleksandra Rybińska (dziennikarka specjalizująca się w tematyce międzynarodowej, w tym niemieckiej) poinformowała, że niemiecki dziennik „Bild” zamieścił na swoich stronach artykuł informujący, iż to właśnie kanclerz Angela Merkel miała namówić prezydenta Dudę do zawetowania ustaw. Co ciekawe, tekst ten bardzo szybko został zdjęty i dziś próżno go szukać w internecie. Sama Aleksandra Rybińska podała tę informację w nieco lekceważącym tonie, sugerując, iż „Bild” po prostu się pomylił i stąd szybkie wycofanie artykułu – ja jednak pozwolę sobie zaryzykować inną hipotezę. Owszem, „Bild” to bulwarówka, lecz dobrze poinformowana i należąca do żyjącego z Berlinem w symbiozie koncernu Axel Springer. Co więcej, w Niemczech normą są tzw. „kręgi” - nieformalne gremia dziennikarzy skupionych wokół prominentnych polityków, którzy podczas na poły towarzyskich spotkań prezentują przedstawicielom mediów swój punkt widzenia na szereg spraw – co następnie jest kolportowane do szerokiej publiczności jako głos „niezależnego dziennikarstwa”. Siłę oddziaływania „Bilda” najlepiej scharakteryzował kanclerz Schroeder: „Do zdobycia władzy potrzeba »Bilda«, niedzielnego wydania »Bilda« i telewidzów”. I taki tytuł w takiej sprawie miałby sobie pozwolić na niefrasobliwe wypuszczenie jakiegoś „fake newsa”?

Otóż sądzę, że „Bild” dobrze wiedział co publikuje, zaś artykuł zdjął, bo „ktoś” zadzwonił do redakcji z dyspozycją, by nie wybiegali przed szereg i nie płoszyli Polaków takimi rewelacjami. No bo jak to wygląda – niemiecka kanclerz mieszająca się do spraw sąsiedniego kraju i sugerująca polskiemu prezydentowi decyzje w kluczowych sprawach, niczym caryca Katarzyna królowi Stasiowi? Zwróćmy przy tym uwagę, że w sprawach Polski Angela Merkel wręcz ostentacyjnie trzyma się w cieniu, zostawiając ujadanie niemieckim mediom, drugorzędnym politykom i brukselskim urzędnikom pokroju Timmermansa. Niedawno tę taktykę potwierdził zresztą otwartym tekstem „Die Welt” pisząc, że Merkel szykuje w ten sposób grunt pod powrót Donalda Tuska i stwierdzając w innym miejscu a propos veta: Reakcja Dudy potwierdza, że w tym przypadku strategia niemieszania się też zafunkcjonowała”. Innymi słowy – „tisze jediesz, dalsze budiesz.

Jeszcze słowo wyjaśnienia – nie posądzam Dudy o jakąś intencjonalną zdradę. Po prostu popełnił błąd, pozwalając się wciągnąć w dyplomatyczną kombinację. Być może sądził, że dzięki swojemu vetu sprawi, iż Merkel wymusi na Timmermansie rezygnację z uruchomienia art. 7 Traktatu Lizbońskiego. Ultimatum wiceprzewodniczącego Komisji Europejskiej pokazało, że dał się koncertowo ograć. Oczywiście, wszystko powyższe to jedynie moja hipoteza, jednak uważam, że całkowicie uprawniona – inaczej musiałbym przyjąć, że kanclerz Merkel zadzwoniła do Dudy tylko po to, by przez 45 minut gratulować mu udanej wizyty Donalda Trumpa.


III. Powtórka z 2007r.?

Natomiast gołym okiem widać, że pokłosiem prezydenckiej decyzji jest powrót atmosfery rodem sprzed przyśpieszonych wyborów 2007 r. - z tą różnicą, że wówczas obcięto PiS-owi „przystawki”, czyli LPR i Samoobronę, zaś teraz gra toczy się o rozbicie Zjednoczonej Prawicy. Nie milkną spekulacje wokół utworzenia jakiegoś „ośrodka prezydenckiego” w czym prócz mediów „totalnej opozycji” biorą udział również niektórzy publicyści kojarzeni z prawicą – tak się składa, że ci sami, którzy od dawna wyrażają tęsknotę za jakimś „ulepszonym” PiS-em (czytaj – bez Kaczyńskiego), a swojego czasu pokładali nadzieję w PJN i figurach pokroju Migalskiego, Jakubiakowej, Poncyliusza czy Kluzik-Rostkowskiej. Zastrzegają się wprawdzie, że nie chodzi im o partię prezydencką, lecz o rodzaj autonomicznego centrum politycznego skupionego wokół Pałacu, lecz naturalna dynamika wydarzeń zwyczajnie musiałaby sprawić, że taka inicjatywa skończyłaby się rozłamem.

Jeżeli Andrzej Duda pozwoli się uwieść tym syrenim śpiewom, to nie tylko będzie to katastrofą dla Polski, torującą drogę powrotu poprzedniemu układowi – lecz również dla niego samego będzie to oznaczać śmierć polityczną. Prócz losu „PJoN-ków” warto tu przypomnieć fiasko Lewicy i Demokratów mających być politycznym wehikułem dla come backu Aleksandra Kwaśniewskiego. Tym razem skończyłoby się podobnie, a Andrzej Duda z dnia na dzień stałby się bardzo młodym emerytem. Wyborcy w ogromnej większości głosowali na Dudę dlatego, że był kandydatem PiS i pracowała na niego cała partyjna maszyneria z Beatą Szydło jako szefową sztabu wyborczego – i dobrze byłoby, gdyby pan prezydent o tym nie zapominał, bo może się przekonać, że finalnie zagłosują na niego tylko Ziemkiewicz z Warzechą.

No i sprawa ostatnia: przy okazji demonstracji przeciw reformie sądownictwa ujawniły się dwa, uśpione do tej pory czynniki – w protesty zaangażowali się dotąd bierni politycznie młodzi ludzie (co z tego, że zmanipulowani), a do tego chęć wejścia do czynnej gry zgłosiły duże domy mediowe, zirytowane nieporadnością „totalnej opozycji”. To potencjalnie wybuchowa mieszanka, o czym świadczy historia kampanii „Zmień kraj, idź na wybory” ze słynnym spotem „Zabierz babci dowód”, co znakomicie opisał śp. Jacek Maziarski w pamiętnym tekście „Jak zmanipulowano wybory 2007 roku”. Mianowicie, stojąca za akcją „Koalicja 21 października.pl” skupiająca różne NGO'sy i firmy PR (z Fundacją Adenauera w tle), skierowała swój przekaz właśnie do młodych, skutecznie mobilizując tę część elektoratu, co ostatecznie przeważyło szalę, czym „Koalicja” nie omieszkała się pochwalić: „3 mln wyborców, którzy zagłosowali pod wpływem kampanii, pokrywają się prawie całkowicie z wielkością grupy docelowej kampanii”. Ten scenariusz może się powtórzyć.

Konkludując – podwójne veto prezydenta Dudy nie tylko nie wygasiło protestów, odkładając je jedynie do jesieni, lecz na dodatek uruchomiło w obozie rządzącym niebezpieczne tendencje odśrodkowe. Dziś mielibyśmy już całą awanturę za sobą, a tak niedługo czeka nas powtórka (bo każda ustawa będzie dla opozycji z zasady nie do przyjęcia) - na dodatek pod dyscyplinarnym ostrzałem z Brukseli i Angelą Merkel grającą za kulisami na obalenie rządu. No cóż, Panie Prezydencie – czekamy na obiecane ustawy....


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Na podobny temat:

Między wojną, a hańbą

Ludowa rewolucja” kontra rokosz elit

Timmermans – lewacki burak roku


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 31 (04-10.08.2017)

piątek, 4 sierpnia 2017

Timmermans – lewacki burak roku

Uznanie Fransa Timmermansa za persona non grata, jest na początek absolutnym minimum.


I. Euro-burak

Gdy 19 maja br. „Gazeta Wyborcza” przyznawała Fransowi Timmermansowi tytuł „Człowieka Roku”, można było tę groteskę skwitować zgryźliwym uśmiechem i co najwyżej przez chwilę zadumać się nad skalą upadku michnikowszczyzny, gotowej w swym starczym zacietrzewieniu uhonorować każdego łajdaka, który obsika nogawki Kaczyńskiemu. Owacja urządzona człowiekowi nie ustającemu w atakach na polski rząd i nawet nie skrywającemu, że angażuje się po jednej ze stron politycznego sporu, była widowiskiem tyleż śmiesznym, co żenującym – oto podupadająca lewacka gadzinówka nadwiślańskich folksdojczów fetuje brukselskiego vice-gauleitera jako „wielkiego przyjaciela Polski”. Swoją drogą, dlaczego nie przyznali nagrody od razu Junckerowi? To przecież co najmniej nasz równie „wielki przyjaciel” jak Timmermans – szczególnie po kielichu, kiedy wchodzi w stadium miłości do całego świata i nawet Orbana tytułuje pieszczotliwie „dyktatorem”. Zostawiają go sobie na przyszły rok?

Warto przypomnieć, że nie jest to pierwsze wyróżnienie przyznane holenderskiemu politykowi – w 2014 r. otrzymał od Bronisława Komorowskiego Krzyż Wielki Orderu Zasługi RP, zaś w 2006 r. prezydent Lech Kaczyński odznaczył go Krzyżem Oficerskim Orderu Zasługi RP – za upamiętnianie żołnierzy generała Maczka. Teraz Timmermans „odwdzięcza się” Polsce rządzonej przez partię polityczną z której wywodził się tenże Lech Kaczyński i na której czele stoi jego brat, co zakrawa na ponury chichot historii. Nawiasem, ciekawi mnie, co skłoniło pana Fransa do oddawania czci polskim „Czarnym Diabłom” - wszak z jego socjalistycznego punktu widzenia muszą się oni jawić jako „nacjonaliści”. Patriotyczne motywacje sytuują ich raczej obok polskiej prawicy, a nie chociażby Donalda Tuska dla którego „polskość to nienormalność” - garb z radością odrzucony zaraz po przeflancowaniu go przez Angelę Merkel do Brukseli. No chyba, że filtrując rzeczywistość historyczną przez swój lewacki światopogląd, uznał polskich żołnierzy z 1. Dywizji Pancernej za jakichś internacjonalistów w rodzaju Brygad Międzynarodowych walczących z bliżej nieokreślonymi „nazistami”...

W każdym razie, o ile do niedawna można było Timmermansa zbywać machnięciem ręki jako aroganckiego półgłówka, jakich całe tabuny przewalają się po brukselskich korytarzach, o tyle teraz – po ogłoszeniu wobec Polski ultimatum – należy jasno mu pokazać, gdzie jest jego miejsce. Została bowiem przekroczona granica – unijny urzędnik wprost przypisał sobie prawo do ingerowania w nasze wewnętrzne sprawy i szanujące się państwo nie może podobnej uzurpacji pomijać milczeniem. Ujadanie kundla zza płotu można od biedy tolerować i lekceważyć, ale na próby gryzienia należy odpowiedzieć tęgim kijem, inaczej ten lewacki euro-burak naprawdę gotów uwierzyć, że jest jakimś Breżniewem Europy. Tu nadmieńmy, aby nie było, że rzucam bluzgami na oślep, iż „burak” to ktoś, kto postępuje po chamsku, jest osobą ograniczoną intelektualnie a przy tym pogrążoną w niezmiennym samozadowoleniu, zaś rozmaite deficyty kompensuje agresją. Słowem – wykapany Timmermans.


II. Breżniew Europy

Przypomnijmy, że we wtorek 25 lipca (data jest istotna o tyle, że było to już po podwójnym vecie prezydenta Dudy), Frans Timmermans ogłosił, iż polski rząd ma miesiąc na „rozwiązanie problemów z sądownictwem” - w przeciwnym razie uruchomiony zostanie art. 7 Traktatu Lizbońskiego, w którego konsekwencji Polska może zostać pozbawiona prawa głosu w Radzie Unii Europejskiej.

Powyższa procedura dotyczy naruszenia „wartości unijnych” zapisanych w art. 2 traktatu – rzecz w tym, iż owe „wartości” ujęte są tak ogólnikowo, że można sobie z nich wyinterpretować niemal wszystko w zależności od politycznego zapotrzebowania. W naszym przypadku chodzi o „państwo prawne”, którego zasady ma jakoby naruszać reforma sądownictwa. Z wypowiedzi Timmermansa oraz innych unijnych bonzów wynika jasno, że za naruszenie „państwa prawa” automatycznie uznana zostanie jakakolwiek zmiana obecnego stanu rzeczy. W dość zgodnej opinii komentatorów stanowisko kolegium komisarzy prezentowane przez Timmermansa wyglądało na przygotowane zawczasu i skrojone pod przewidywane podpisanie przez Andrzeja Dudę całego „trójpaku” ustaw o sądownictwie. To, że prezydenckie veto odsyłające do kosza dwie spośród trzech ustaw nie doprowadziło do wycofania się Unii z szantażu, ewidentnie świadczy o politycznej woli „postawienia Polski do kąta” - tym bardziej, że miesięczny termin jest zwyczajnie nierealny. Innymi słowy, sięgnięcie po „opcję atomową” jak nazywany jest art.7 Traktatu o Unii Europejskiej, zostało już wcześniej postanowione i czekano jedynie na pretekst, by ukarać Polskę za całokształt – a przede wszystkim za to, że Polacy wybrali sobie rząd, który nie pasuje eurokratom, bowiem w odróżnieniu od poprzedników poważnie traktuje kwestię państwowej suwerenności.

Timmermans jako totalniacki lewak i nadęty własnym gazem mandaryn-eurokrata jest zatem w swoim żywiole. Można domniemywać, że napędza go również pragnienie osobistej zemsty, bowiem ślimacząca się operetkowa „kontrola praworządności” w sprawie Trybunału Konstytucyjnego stała się obiektem kpin z brukselskiej impotencji, zaś on sam musiał wysłuchiwać od min. Waszczykowskiego uwag, że rozmowy mają dotyczyć konstytucji a nie tego jakie Timmermans ma o niej wyobrażenie. Nie udało się Polski zdyscyplinować „zawstydzaniem” na unijnym forum, więc nadszedł czas na otwartą ingerencję. Timmermans pozuje tutaj na współczesnego Breżniewa – sowiecki gensek zasłynął jako twórca tzw. „doktryny Breżniewa” zakładającej prawo do interwencji w państwach Układu Warszawskiego w przypadku odstępstwa od jedynie słusznej linii, co na własnej skórze przetestowała Czechosłowacja w 1968 r. Pytanie, czy pozostałym państwom członkowskim UE, zwłaszcza tym mniejszym, uśmiecha się taki precedens – przecież za chwilę pod byle pretekstem same mogą paść ofiarami autokratycznych uroszczeń brukselskiego „politbiura” okupowanego przez oligarchów bez demokratycznego mandatu – wszak Partia Pracy Timmermansa w ostatnich wyborach zaliczyła totalną klapę i w holenderskim parlamencie ma raptem 9 miejsc, a głosowało na nią zaledwie 5,7 proc. wyborców.


III. Małpa Merkelowej

Poza wszystkim innym, zachowanie Timmermansa świadczy o typowej dla lewackich buraków impregnacji na rzeczywistość. Oni wciąż zwyczajnie nie przyjmują do wiadomości wyników wyborów z 2015 i uważają obecny stan rzeczy za przejściowy. Sądzą, że jeżeli tylko odpowiednio mocno wyeskalują konflikt i z pomocą miejscowej targowicy rozhuśtają nastroje polityczne w Polsce, to doprowadzą do zmiany władzy. To jest ich pojmowanie demokracji - zachowują się jak twardogłowi aparatczycy z Moskwy rezerwujący sobie prawo do interwencji w imię zachowania swych interesów i wpływów. Dla nich w Polsce istnieje tylko elektorat PO i Nowoczesnej. Reszta - nawet jeśli jest to większość - nie ma wg nich praw do politycznej reprezentacji, a już na pewno do rządzenia państwem, bo nie podziela właściwych, postępowych poglądów. Oto „liberalna demokracja” a la Bruksela w pełnej okazałości. Należy stwierdzić jasno – tu nie chodzi o praworządność, tylko podporządkowanie Polski widzimisię unijnych urzędników, którym się uroiło, że są władcami Europy - i docelowo obalenie rządu PiS. To jest prywatna wojenka Timmermansa ubrana w szaty unijnych procedur.

Rzecz jasna, nie byłby w stanie uprawiać swoich harców bez zezwolenia Berlina. Niemieckie media, mające to do siebie, że są ustami tamtejszego establishmentu i mówią to, czego nie wypada powiedzieć politykom, właśnie doniosły na łamach „Die Welt”, iż Angela Merkel szykuje Tuska do powrotu na stanowisko premiera w Polsce. W tym celu mobilizuje wszystkie swoje małpy – w Polsce są to odsuwani od wpływów i pieniędzy renegaci, zaś na forum unijnym jej małpą nr 1 jest Frans Timmermans, mający nad Junckerem tę przewagę, że mniej pije. Sama pozostaje w cieniu, by nie spłoszyć Polaków zbytnią ostentacją w okazywaniu swych hegemonistycznych zapędów. Plan jest oczywisty – obalić rząd polskimi rękami. To wyprowadzona na ulicę agentura i zmanipulowana część Polaków, przy profesjonalnym wsparciu mediów i agencji PR oraz brukselskiego ośrodka nacisku, ma sprawić, by Tusk na białym koniu znów zaprowadził „porządek w Warszawie”. Hierarchia jest więc jasna – Merkel jako europejski fuhrer w spódnicy, Timmermans jako brukselski gauleiter i Tusk w charakterze polskojęzycznego folksdojcza zarządzającego nadwiślańską kolonią. Ultimatum Timmermansa jest częścią składową tego scenariusza.

Na tę próbę rozegrania nas od wewnątrz polski rząd powinien zareagować z całą stanowczością. Sądzę, że uznanie Fransa Timmermansa za persona non grata, jest na początek absolutnym minimum. A dalej? Cóż, obecna sytuacja ma tę zaletę, że skutkować będzie wzrostem eurosceptycznych nastrojów – i w razie konieczności należy tę społeczną legitymizację ewentualnego „polexitu” skrupulatnie wykorzystać.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 30 (26.07-01.08.2017)

Pod-Grzybki 108

Horror na polskich plażach! Oto niewinnych wczasowiczów postanowiła nagabywać ekipa Borysa Budki w ramach psudo-luzackiego eventu „Wakacje z Europą”. To jest dokładnie ten sam poziom żenady, co pamiętne wyczyny Migalskiego i Jakubiakowej z kampanii prezydenckiej 2010 roku. Pamiętamy to, prawda? Spóźnione o pokolenie dzieci-kwiaty w barwnych fatałaszkach zawodzące „Give PiS a Chance”. Budka ze swoim towarzychem postanowił natomiast pokokietować elektorat turniejami piłki plażowej okraszonymi zajęciami z polit-gramoty. Swoją drogą, to jest pocieszające, że oni zatrzymali się na poziomie, jaki prawica prezentowała siedem lat temu.


*

Ostrzeżenie dla plażowiczów: jeżeli z nadmorskich chaszczy wyłoni się nagle jakieś monstrum w slipach, ze śladami poparzeń słonecznych i odłażącą całymi płatami skórą, proszę zachować spokój. To nie jest lato żywych trupów, tylko poseł Budka polujący na samotne ofiary, by pogadać choć chwilę o konstytucji.


*

Po podwójnym vecie prezydenta Dudy rozgorzały spekulacje dotyczące powstania jakiejś partii prezydenckiej. To zadziwiające, że poprzednie efemerydy w rodzaju „Lewicy i Demokratów”, którym patronować miał Aleksander Kwaśniewski, niczego naszych rozgrzanych komentatorów nie nauczyły – podobnie jak losy różnych secesjonistów z PiS. Jeżeli Duda pójdzie na ten lep, to sam będzie sobie winien i nie uronię nad nim jednej łzy. A on sam nielicho się zdziwi, gdy na koniec okaże się, że głosowali na niego tylko Ziemkiewicz z Warzechą, a prezydentem został Marek Suski.


*

Nawiasem, prezydent Duda swoje veto ogłosił 24 lipca - a to dość symboliczna data. Otóż 24 lipca 1792 r. król Stanisław August Poniatowski przystąpił do Targowicy...


*

Poczytałem sobie o tym, jak SKW próbowała zwerbować kolegę z łamów „Gazety Finansowej”, czyli redaktora Łukasza Pawelskiego – i, co tu dużo mówić, poczułem ukłucie zazdrości. Najwyraźniej jestem za mało ważny, by Sauron raczył zawiesić na mnie swe oko. Ale cóż, w takim razie trzeba się zareklamować i w związku z tym przedstawiam zapytanie ofertowe. Zwracam się niniejszym do wszystkich służb tajnych, widnych i dwupłciowych, których mamy obecnie w Polsce, o ile dobrze liczę, dziesięć, z propozycją nawiązania współpracy. Moim atutem jest elastyczność – jestem w stanie współpracować z każdą z osobna i wszystkimi naraz – SWW, SKW, ABW i ile tam was jest – mnie tam bez różnicy. Gwarantuję donosy pisane bez błędów ortograficznych – pod tym względem takiego „Bolka” wyprzedzam już na starcie. Oczywiście, prócz splendoru z jakim wiąże się dla mnie podjęcie współpracy z tak prominentnymi instytucjami, moja motywacja ma również charakter finansowy – tak więc proszę o zabezpieczenie zawczasu stosownego funduszu operacyjnego. Swoich danych nie podaję, bo z pewnością takie asy wywiadu, jak ten oficer „podchodzący” red. Pawelskiego, są w stanie ustalić je sobie sami. Tylko poważne oferty. Czekam z utęsknieniem na kontakt - wasz agent 0-700.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 30 (26.07-01.08.2017)