niedziela, 20 stycznia 2019

Polityczna nekrofilia „totalnej opozycji”

Oto na naszych oczach, w ciągu zaledwie doby, ukształtował się przekaz, który zdominuje tegoroczne kampanie wyborcze.

I. Taniec nad trumną

Zdawałoby się, że po takim wydarzeniu jak gdańska tragedia, można oczekiwać od uczestników sceny politycznej choćby chwilowego wyciszenia i zachowania minimum przyzwoitości – tak, jak od niepamiętnych czasów w naszym kręgu kulturowym zwykło się reagować w obliczu majestatu śmierci. Ze śp. prezydentem Pawłem Adamowiczem można było się nie zgadzać, ba – nawet zwalczać go politycznie (sam niejednokrotnie go krytykowałem), ale to wszystko w momencie bestialskiego mordu zostaje unieważnione, a w każdym razie powinno zejść na bardzo daleki plan. Bezsensowna, okrutna śmierć zadana mu przez – wszystko na to wskazuje – zaburzonego bandytę, jest ostatnim powodem do eskalowania potępieńczych swarów.

I przez moment wydawało się, że tak faktycznie będzie. Ze strony przedstawicieli rządu napłynęły kondolencje, wyrazy współczucia i zapewnienia o modlitwie, a prezydent Andrzej Duda zapowiedział na dzień pogrzebu ogłoszenie żałoby narodowej. W wielu miastach odbyły się marsze milczenia w proteście przeciw nienawiści. Ale najwyraźniej nie mogło się na tym skończyć. Ktoś uznał, że śmierć prezydenta Gdańska jest zbyt dobrym paliwem dla podsycenia plemiennej wojny, by ją ot, tak „zmarnować”. Sygnał do ataku dał wicenaczelny „Gazety Wyborczej”, Jarosław Kurski – i to jeszcze wtedy, gdy Paweł Adamowicz walczył w szpitalu o życie. W wyjątkowo obrzydliwym komentarzu wprost zasugerował, że winę za atak ponosi PiS, który „zasiał ziarno nienawiści”, a zbrodnia ma charakter stricte polityczny, bowiem doszło do „wyrachowanej i zaplanowanej próby zabójstwa polityka wybranego w powszechnych wyborach”, wiążąc przy okazji tragedię z uczestnictwem Adamowicza w protestach „w obronie konstytucji” i przeciwko reformie wymiaru sprawiedliwości. Wedle tej narracji wybór ofiary przez zamachowca nie był przypadkowy i wynikał z opozycyjnego zaangażowania polityka.

Tropem tym poszedł na tych samych łamach Marek Beylin w tekście pod wymownym tytułem „Jaki los może spotkać kanalie i mordy zdradzieckie”, wskazując jako inspiratora zbrodni Jarosława Kaczyńskiego, a także... Młodzież Wszechpolską z powodu happeningów z wieszaniem portretów eurodeputowanych PO, którzy zagłosowali za antypolską rezolucja Parlamentu Europejskiego czy wystawieniem Adamowiczowi „świadectwa zgonu politycznego”, kończąc obłudnym: „Oczywiście PiS nie odpowiada bezpośrednio za zamach na Adamowicza. Ponosi jednak odpowiedzialność za klimat, który sprzyja takim zbrodniczym czynom”. Swój felieton miał przy tym czelność rozpocząć przypomnieniem mordu na Marku Rosiaku z 2010 r. Dalej, mamy równie skandaliczne wypociny Krzysztofa Lufta pt. „Kamerą, mikrofonem, nożem”: „Chcieli go tylko zabić politycznie, ale przyczynili się do jego fizycznego unicestwienia” z puentą: „nie mówcie, że nie ma żadnego związku pomiędzy jednym a drugim. Bo jest...”. No i wreszcie „pożegnanie” ze strony samego naczelnego „GW” Adama Michnika, wedle którego Paweł Adamowicz „oddał życie” za „Polskę samorządną, tolerancyjną, pluralistyczną i wielobarwną”. Wisienką na torcie hipokryzji był apel portalu „Gazeta.pl” o walkę z „mową nienawiści”, która miała jakoby doprowadzić do tragedii.


II. Dwie różne zbrodnie

Przypomnijmy jednak dla porządku, co faktycznie się wydarzyło. Podczas lokalnego finału WOŚP na scenę z prezydentem Gdańska wdarł się niejaki Stefan W. - 27-letni kryminalista, skazany na 5,5 roku więzienia za cztery napady na banki. Jeszcze podczas odbywania kary została u niego zdiagnozowana choroba psychiczna (schizofrenia) i przez część pobytu za kratkami był poddawany leczeniu. Tenże Stefan W. zdobył lub podrobił plakietkę „Media”, dzięki której mógł się przedostać w pobliże prezydenta Adamowicza i zadać mu ciosy nożem. Z okrzyków wydawanych przez sprawcę wynikało, że winą za swoje uwięzienie i rzekome „tortury” (być może jako „tortury” zakwalifikował właśnie przymusowe leczenie w zakładzie karnym) obarcza PO, za rządów której został skazany. O słabej orientacji politycznej Stefana W. świadczy chociażby to, że najwyraźniej nie wiedział, iż Paweł Adamowicz od dłuższego czasu nie był już członkiem Platformy, która zresztą w wyborach samorządowych wystawiła przeciw niemu własnego kandydata – Jarosława Wałęsę. W każdym razie, Stefan W. zakończył odbywanie kary w grudniu 2018 (o czym służby więzienne poinformowały lokalną policję ze względu na chorobę psychiczną przestępcy) i od tamtej pory szukał okazji do zemsty – niestety, skutecznie. Osobną kwestią jest sprawa organizacji i zabezpieczenia gdańskiego finału WOŚP, który nie został zgłoszony jako impreza masowa, a medialne identyfikatory były wydawane „od ręki” i anonimowo.

Krótko mówiąc, literalnie nic nie wskazuje na jakąkolwiek ściśle polityczną motywację, poza subiektywnym poczuciem krzywdy chorego umysłowo mordercy. W szczególności zaś brak jest choćby najmniejszych poszlak sugerujących, że kierował się jakimikolwiek wypowiedziami polityków obozu rządzącego bądź sprzyjających rządowi mediów.

Zupełnie inaczej sprawa się miała z zabójstwem działacza PiS, Marka Rosiaka, do którego doszło w Łodzi 19 października 2010 r. Były członek PO Ryszard Cyba jednoznacznie, otwartym tekstem, tuż po morderstwie stwierdził, iż jego pierwotnym celem miał być Jarosław Kaczyński, a do zamachu nie doszło wyłącznie dlatego, że „miał za małą broń”, przez co nie był w stanie oddać skutecznego strzału do dobrze chronionego lidera PiS. Pracownicy łódzkiego biura europosła Janusza Wojciechowskiego stali się więc ofiarami zastępczymi. Ponadto na salę sądową Cyba przyniósł manifest, z którego wynikało, że został zainspirowany tzw. „wrzutkami smoleńskimi” kolportowanymi przez obóz PO i jej media, wg których odpowiedzialność za tragedię smoleńską mieli ponosić bracia Kaczyńscy. Tu zatem zarówno polityczna motywacja, jak i jej źródła nie pozostawiają cienia wątpliwości – ponadto Ryszard Cyba został uznany za w pełni poczytalnego podczas dokonywania zamachu, co poskutkowało karą dożywocia. Nie dajmy sobie więc wmówić, że oba morderstwa cokolwiek łączy.


III. Przekaz kampanii

Wracając do przytoczonych na wstępie artykułów „GW” - wystarczy zerknąć na komentarze „pod kreską” na internetowych stronach „Gazety.pl”, by się przekonać, że przypisanie winy PiS wyjątkowo podpasowało wyznawcom „totalnej opozycji” - a także niektórym politykom. Bogdan Borusewicz raczył stwierdzić, że do „mordu politycznego” doprowadziła „atmosfera szczucia i nagonki”, w podobnym duchu wypowiedział się Jakub Bierzyński - doradca Roberta Biedronia (wcześniej Ryszarda Petru), szef domu mediowego OMD i aktywista „totalnych”. Twitterowe bluzgi Andrzeja Celińskiego nie nadają się do cytowania. Z kolei warszawski „marsz milczenia” bynajmniej nie przebiegł w ciszy i skupieniu, tylko w atmosferze wiecu – było polityczne wystąpienie aktywisty KOD i odczytanie wiersza Tuwima „Pogrzeb prezydenta Narutowicza”. Swoistym dopełnieniem stały się słowa Donalda Tuska wygłoszone w Gdańsku: „obronimy nasz Gdańsk, naszą Polskę i naszą Europę przed nienawiścią i pogardą”, nawiązujące do słynnej „Modlitwy o wschodzie słońca”.

Dlaczego tak obszernie omawiam te wykwity politycznego zacietrzewienia? Z prostej przyczyny – oto na naszych oczach, w ciągu zaledwie doby, ukształtował się przekaz, który zdominuje tegoroczne kampanie wyborcze. Wypowiedź Tuska jest tu wyjątkowo czytelnym sygnałem – śmierć Pawła Adamowicza ma być detonatorem społecznej bomby, która wysadzi w powietrze obecny rząd. Bo przecież chyba nikt nie sądzi, że Tusk obiecał bronić Polski i Europy przed niepoczytalnymi kryminalistami? Intencja jest jasna: zbrodnię należy „przyszyć” PiS-owi i sprawić, by w powszechnym odbiorze to partia rządząca i osobiście Jarosław Kaczyński zostali wmanipulowani w swoiste „sprawstwo kierownicze” jako inspiratorzy politycznego morderstwa. Paweł Adamowicz ma natomiast zostać zakwalifikowany jako męczennik i ofiara reżimu. A że wbrew faktom? Tym gorzej dla faktów.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Ryszard Cyba i system kłamstwa


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 03 (18-24.01.2019)

Ekonomia „króla Albanii”

Nie ma niczego, co mogłoby powstrzymać rząd federalny przed wykreowaniem takiej ilości pieniądza, jakiej potrzebuje, by komuś zapłacić” - Allen Greenspan.

Kiedy niemal równo rok temu przedstawiałem na tych łamach podstawowe założenia Nowoczesnej Teorii Pieniądza (GF nr 04/2018) w najdzikszych snach nie podejrzewałem, że temat wedrze się przebojem do publicznej agendy w tak... hmm, powiedzmy, że niecodziennych okolicznościach. Jak zapewne państwo wiedzą, przyczyną zamieszania stał się internetowy manifest Pawła Mikołajuwa, znanego szerzej jako Popek i „król Albanii”. Ów raper i zawodnik MMA pod koniec ubiegłego roku ogłosił powołanie partii „Młoda Polska”, co wówczas można było odebrać jako oryginalny happening. Jednak niedawno Popek w kolejnym wystąpieniu nagranym przed Ministerstwem Finansów oznajmił, że podstawą programową jego ugrupowania będzie Modern Money Theory (MMT), czyli właśnie Nowoczesna Teoria Pieniądza (względnie – Nowoczesna Teoria Monetarna). Na dodatek udało mu się pozyskać do współpracy głównego przedstawiciela tego nurtu, czyli Warrena Moslera. Tu już robi się poważniej, bowiem monetarne koncepcje Moslera od lat zdobywają konsekwentnie przyczółki na amerykańskich uniwersytetach i z niszowej ciekawostki stają się pełnoprawnym elementem ekonomicznej debaty. Więcej – tzw. luzowanie ilościowe praktykowane przez FED jako odpowiedź na globalny kryzys z roku 2008 nawiązuje w znacznym stopniu właśnie do MMT, a zatem przynajmniej część założeń Nowoczesnej Teorii Pieniądza znalazła praktyczne zastosowanie.

Przypomnę pokrótce o co chodzi. Otóż Modern Money Theory wywodzi się z tzw. chartalizmu głoszącego, że pieniądz jest wytworem państwa, a jego powszechność wynika z obowiązku uiszczania w nim podatków. Nie ma wartości sam w sobie – jest jedynie jej miernikiem sankcjonowanym przez państwo, które jest zarazem jedynym jego źródłem. Dodam, że takie stanowisko bliskie jest idei pieniądza suwerennego, wg której to państwo winno być wyłącznym emitentem waluty, zaś banki komercyjne co najwyżej jej dystrybutorem. Jak wiemy, dziś dominuje inny model, w którym to banki udzielając kredytu tworzą pieniądz „z niczego” dzięki systemowi rezerwy cząstkowej, czego rezultatem jest stan w którym większość znajdujących się w obiegu pieniędzy jest efektem bankowej kreacji. Zwolennicy MMT i pieniądza suwerennego twierdzą zaś, że przywilej kreacji „ex nihilo” winien przysługiwać jedynie państwu.

Idźmy dalej. Konsekwencją takiego podejścia jest postawienie na głowie tradycyjnego poglądu, wedle którego budżet państwa żeby zaspokoić potrzeby musi wpierw pozyskać pieniądze w formie podatków lub emitując obligacje, czyli zadłużając się. Pada tu często porównanie do gospodarstwa domowego – nie można wydawać więcej niż się zarabia i pożyczać więcej, niż jest się w stanie oddać. Tymczasem, nic z tych rzeczy – państwo może bowiem (w przeciwieństwie do zwykłych ludzi) „drukować” pieniądze (czy po prostu dopisywać je sobie do rachunku) potencjalnie bez ograniczeń i w ten sposób finansować sektor publiczny bądź stymulować gospodarkę. Warren Mosler używa tu obrazowego porównania z operatorem tablicy podczas meczu koszykówki, któremu nie mogą skończyć się cyfry – podobnie bankowi centralnemu nie mogą skończyć się pieniądze. Wtóruje mu Allen Greenspan, mówiąc iż „nie ma niczego, co mogłoby powstrzymać rząd federalny przed wykreowaniem takiej ilości pieniądza, jakiej potrzebuje, by komuś zapłacić”.

Jak łatwo jednak zauważyć, nad MMT wisi widmo nadmiernej inflacji. I tu do głosu dochodzą dwa instrumenty – podatki i obligacje. W Nowoczesnej Teorii Monetarnej podatki nie służą bowiem do napełniania budżetu państwa – ten, rząd może sobie „zapełnić” kreując pieniądz. W MMT podatki to po prostu instrument kontroli ilości pieniądza w obiegu – jego nadmiar jest za ich pomocą ściągany z gospodarki i w momencie uiszczenia zobowiązania ulega „zniszczeniu”. Podobnie rzecz się ma z obligacjami – skłaniając obywateli do oszczędzania w obligacjach, rząd również „kasuje” nadmiarowy pieniądz. Co ważne, państwo w takim ujęciu nie może zbankrutować – pod warunkiem, że zadłuża się we własnej walucie. A zatem, wszystko zależy tu od zdrowego rozsądku. Na marginesie, warto zauważyć, że gigantyczne „luzowanie ilościowe” nie doprowadziło do nadmiernej inflacji.

No dobrze, powiedzą sceptycy – ale oddać władzę nad pieniądzem nieodpowiedzialnym politykom? Cóż, ujmę to tak – w tej chwili analogiczną władzę ma sektor finansowy, który już pokazał co potrafi doprowadzając do krachu w 2008 r. Czy aby na pewno politycy byliby mniej odpowiedzialni niż banda spekulantów pompująca kolejne „bańki”? Na dodatek, w przypadku katastrofy przynajmniej byłoby wiadomo, kogo należy postawić pod ścianą – szefa banku centralnego, premiera, ministra finansów... Poza tym, w system można wmontować bezpieczniki, powierzając stosowne kompetencje autonomicznym podmiotom – w Polsce np. NBP czy Radzie Polityki Pieniężnej, która również i dziś pełni rolę regulatora, ustalając stopy procentowe. Tak więc, mimo zasygnalizowanych tu niebezpieczeństw, nie skreślałbym lekką ręką MMT jako ekonomicznej „herezji”.

Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Nowoczesna Teoria Pieniądza


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 02 (14-21.01.2019)

sobota, 19 stycznia 2019

Coudenhove-Kalergi – europejski federalista

… czyli, od paneuropeizmu do eurokołchozu.

I. Paneuropejczyk

W analizach wskazujących na coraz bardziej totalniackie oblicze jakie przybiera współczesna Unia Europejska, słusznie przypomina się jej ideologicznych antenatów, takich jak Antonio Gramsci czy Altiero Spinelli. W cieniu tej dwójki pozostaje jednak jeszcze jedna postać, która wywarła nie mniejszy wpływ na kształt współczesnej Europy oraz umeblowanie umysłów brukselskich elit. Mowa o jednym z prekursorów europejskiego federalizmu – Richardzie Coudenhove-Kalergim. Ten austriacki arystokrata (pełne nazwisko – Richard Nicolaus hrabia Coudenhove-Kalergi) urodzony w 1894 r. w Tokio (zm. 1972) jako syn austro-węgierskiego dyplomaty Henryka Jana Marii Coudenhove-Kalergiego i Japonki Mitsu Aoyamy, zasłynął jako twórca idei paneuropeizmu – kolejnej niebezpiecznej i potencjalnie wręcz zbrodniczej utopii, jaka legła u podstaw „zjednoczonej Europy”, a której założenia wdrażane są przez brukselską kastę mandarynów i patronujących im przywódców czołowych państw kontynentu z przerażającą skrupulatnością.

Pozornie mogłoby się wydawać, że paneuropeizm jest wykwitem nieszkodliwego idealizmu. Sformułowana w latach 20. XX w. doktryna (główne dzieła Kalergiego „Pan-Europa”, „Praktyczny idealizm” oraz trzytomowa „Walka o Paneuropę” to odpowiednio lata 1923, 1925 i 1925-1928) przewidywała zjednoczenie Europy „od Polski po Portugalię”, m.in. zakładając potrzebę oporu przed rosnącą w siłę sowiecką Rosją. Nie bez wpływu było tu również doświadczenie okropieństw Wielkiej Wojny, czemu w przyszłości miała zapobiec paneuropejska federacja. Jeśli jednak poskrobać głębiej, okazuje się, że mamy do czynienia tak naprawdę z precyzyjnym planem zniszczenia Europy w jej tradycyjnym, historycznym i kulturowym kształcie. Jest to więc kolejna odsłona wojny wydanej cywilizacji łacińskiej.


II. Stany Zjednoczone Europy

Jakie oblicze miała wg Coudenhove-Kalergiego przybrać Europa przyszłości? Byłyby to Stany Zjednoczone Europy – na wzór Stanów Zjednoczonych Ameryki, które (podobnie jak Szwajcaria) były inspiracją dla austriackiego filozofa. Już samo to wyklucza istnienie państw jako suwerennych podmiotów – w grę może wchodzić co najwyżej jakaś szczątkowa autonomia lecz oczywiście bez możliwości secesji. W tak rozumianej, zunifikowanej Europie jakiekolwiek „exity” nie byłyby możliwe. Podejściu temu hołdują również dzisiejsze elity europejskie, stąd ich nieopanowana wściekłość po brytyjskim referendum w sprawie opuszczenia Unii Europejskiej – teraz jeszcze nie były w stanie zapobiec Brexitowi, lecz gdy spojrzymy na sposób negocjacji z Londynem, ewidentnie mający zniechęcić potencjalnych naśladowców, widzimy że ich celem jest właśnie Europa „bezalternatywna”. Nie bez przyczyny reakcją na Brexit było ogłoszenie „przyśpieszenia i pogłębienia integracji”, tak by nie dopuścić do kolejnych wystąpień z UE. Ogłoszony wspólny budżet strefy euro (na razie szczątkowy, ale jest to dopiero pierwszy krok), wzmożone naciski na ociągające się kraje członkowskie by przyjęły eurowalutę czy intensyfikacja zabiegów o powołanie europejskiej armii z prawdziwego zdarzenia są wyraźnym sygnałem, że koncepcja Kalergiego wciąż pozostaje nadrzędnym celem zawiadywanego odgórnie procesu integracji.

Ciekawostka na marginesie – obecny kształt instytucjonalny UE również nawiązuje częściowo do projektu Kalergiego. Głosił on bowiem potrzebę powołania dwuizbowego parlamentu z Izbą Narodów reprezentującą Europejczyków i Izbą Państw w skład której wchodziliby przedstawiciele europejskich rządów. Ta pierwsza nosi dziś nazwę Parlamentu Europejskiego, ta druga zaś to Rada Unii Europejskiej i Rada Europy.

Kolejne, realizowane od czasów powołania Europejskiej Wspólnoty Węgla i Stali, założenie Coudenhove-Kalergiego, to głęboka unifikacja gospodarcza kontynentu. Europa stanowić ma jednolity system ekonomiczny ze „zracjonalizowaną” produkcją nad którą czuwa centralny ośrodek władzy gospodarczej. Jeżeli spojrzymy pod tym kątem na radosną twórczość Komisji Europejskiej i podległych jej agend, wówczas te sterty pozornie absurdalnych zakazów i nakazów, rozmaitych kwot produkcyjnych, począwszy od mleka i innych płodów rolnych, a skończywszy na limitach CO2, całe to prostowanie bananów i wojny z tradycyjnymi żarówkami oraz tysięczne normy wdrażane pod pozorem przychylenia nieba poddanym (bo o obywatelach trudno już tu mówić) – wszystko to nagle zaczyna nabierać sensu. Co więcej, Coudenhove-Kalergi był również prekursorem wojny gospodarczej ze Stanami Zjednoczonymi, w których upatrywał głównego rywala Europy. Wspomniane ujednolicenie gospodarki służyć miało właśnie uczynieniu Europy realną konkurencją dla USA, do czego nie byłyby zdolne poszczególne państwa narodowe. Być może pamiętają jeszcze Państwo tzw. strategię lizbońską (2000 r.) wg której Europa miała do 2010 r. wyprzedzić w rozwoju Stany Zjednoczone? Skutek był wprawdzie zerowy, ale tego typu plany, wciąż popularne wśród eurokratów, wypływają właśnie z ducha paneuropeizmu.


III. Eugenika społeczna

Dziś niektóre fragmenty „Paneuropy” brzmią wręcz profetycznie, chociażby te stwierdzające już w pierwszej połowie lat 20., że Europa jest na drodze do kolejnej wojny (co wypełniło się, jak wiemy, w 1939 r.). Rzecz w tym, że prócz rozwiązań instytucjonalnych będących prefiguracją dzisiejszej Unii Europejskiej - mających uczynić Europę liczącym się graczem w globalnej skali i zapobiec wyniszczającym wojnom - Richard Coudenhove-Kalergi był również propagatorem dalece posuniętej inżynierii społecznej, bez której pełna integracja kontynentu nie byłaby możliwa. Za jedno z głównych zagrożeń uważał nacjonalizm, toteż stał na stanowisku, że poszczególne narodowości muszą ustąpić przyszłemu „narodowi europejskiemu”, do którego powstania należy doprowadzić poprzez eliminację kulturowych partykularyzmów oraz swoistą eugenikę, zakładającą mieszanie się ras i wyhodowanie w ten sposób „nowego człowieka”.

Poglądy te najdobitniej wyraził w dziele „Praktyczny idealizm” (1925). Oddajmy teraz głos samemu autorowi: „Człowiek w dalszej przyszłości będzie mieszańcem. Dzisiejsze rasy i kasty staną się ofiarą wzmagającej się łatwości pokonywania przestrzeni, czasu i uprzedzeń. Ta euroazjatycko-negroidalna rasa przyszłości, podobna zewnętrznie do egipskiej, zastąpi różnorodność ludów różnorodnością osobowości”. Widzimy zatem, że w obecnym szaleństwie eurokratów oraz politycznych i prywatnych sponsorów ideologii multikulturalizmu nie ma przypadku. Realizują oni po prostu program swojego duchowego poprzednika, mający na celu zglajszachtowanie europejczyków i przekształcenie ich w jednorodną masę. Otwarcie na oścież drzwi przed migracyjną falą z Bliskiego Wschodu i Afryki jak najbardziej mieści się w koncepcji eugeniki społecznej Coudenhove-Kalergiego.

Co więcej, nad tym jednolitym narodem pieczę ma sprawować „arystokracja ducha”, która zajęłaby miejsce tradycyjnych warstw przywódczych. Tutaj taranem wg Kalergiego miał być socjalizm, niszczący dotychczasową arystokrację i wyłaniający w jej miejsce nową. Dawne „niesprawiedliwe nierówności” miałyby zostać zastąpione... „nierównościami sprawiedliwymi” - gdzie miejsce w społecznej hierarchii wynikałoby z naturalnych przymiotów. Coś nam to przypomina? Wystarczy spojrzeć na współczesną „arystokrację brukselską”, ową nadętą pychą „kastę mandarynów”, by zorientować się, że również i ten element dorobku bohatera niniejszego tekstu jest jak najbardziej po ich myśli. Stąd też ich wstręt przed poddaniem się demokratycznej weryfikacji i dążenie do zawiadywania Europą z pominięciem woli obywateli, w których upatruje się co najwyżej „nawóz historii” - masę przeznaczoną do urabiania w jedynie słusznym duchu przez samozwańczych demiurgów nowego ładu.


IV. Droga do eurokołchozu

Richard Coudenhove-Kalergi po II wojnie światowej założył (1947 r.) Europejską Unię Parlamentarną, do końca życia zabiegając o urzeczywistnienie swych utopii – a że zmarł w 1972 r., to miał okazję ujrzeć jednoczącą się Europę na własne oczy. Nie dziwi więc, że jako pierwszy został w 1950 r. uhonorowany Nagrodą Karola Wielkiego – tą samą, którą później otrzymali m.in. Bronisław Geremek, Donald Tusk oraz szereg prominentnych eurokratów (chciałoby się powiedzieć - współczesnych „arystokratów ducha”). Sam Coudenhove-Kalergi doczekał się stowarzyszenia swojego imienia z siedzibą w Wiedniu – przyznaje ono co dwa lata Nagrodę Europejską, której laureatami są takie postaci jak Jean-Claude Juncker, Herman van Rompuy czy Angela Merkel. Dziś, po niemal 100 latach od publikacji jego programowych dzieł, perspektywa federacyjnej Europy w której „państwa narodowe winny być gotowe do oddania swej suwerenności” (Angela Merkel) wydaje się być bliska jak nigdy wcześniej. Warto o tym pamiętać, gdy przyjdzie głosować w wiosennych wyborach do europarlamentu – bo wszystko wskazuje na to, że to już ostatni dzwonek, by powstrzymać realizację opętańczych wizji duchowych ojców-założycieli eurokołchozu.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Śmierć eurokomunie!


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w dwutygodniku „Polska Niepodległa” nr 02 (16-29.01.2019)

Pod-Grzybki 145

Mały remanent posylwestrowy. Prezydent „Czaskoski” najpierw zaprosił ludność stolicy na Sylwestra na Pl. Bankowym, a potem wydelegował do składania noworocznych życzeń jakąś no-name zastępczynię. No i słuszna jego racja. Warszawiacy swój obywatelski obowiązek spełnili, zagłosowali jak trzeba - i niech się z tego cieszą. Komu taki Czaskoski miałby niby składać życzenia? Jakimś przypadkowym ludziom, którzy nawet nie pobierali w Natolinie francuskich nauk od profesora Geremka i nie czytali w oryginale Morina? Wolne żarty.


*

Tydzień bez afery tygodniem straconym. Najpierw PiS przygarnęło na swe łono 28-letniego Jasia Wędrowniczka, czyli Adama Andruszkiewicza (eks - Młodzież Wszechpolska, eks – Ruch Narodowy, eks – Kukiz'15, eks – Endecja, eks – Wolni i Solidarni), który najwyraźniej idzie na rekord jeśli chodzi o szyldy organizacyjne. Jasio... to znaczy, Adaś, został wiceministrem cyfryzacji odpowiadającym za... coś tam, związanego z rządowymi stronami internetowymi. Powód oficjalny – Adaś ma „zasięgi” w mediach społecznościowych. Powód rzeczywisty – a, tutaj już należałoby przeniknąć piętrowe kalkulacje Naczelnika Państwa. Efekt? Dwutygodniowy shitstorm medialny i drgawki „holocaust industry” - bo Andruszkiewicz to „faszysta”. No i blady strach, jaki padł na „najstarszego kiejkuta” - gen. Dukaczewskiego, który na wieść o „faszyście” w rządzie niemal zbrukał sobie lampasy. Czyli, w sumie, warto było.


*

Ale co tam Andruszkiewicz. Na tapetę wzięto „dwórki” prezesa NBP Adama Glapińskiego i ich zarobki na lipnych dyrektorskich stołkach. Cóż, zerknąłem na zdjęcie i oczy zaszły mi bielmem od nagłego ataku krzyczącej, plastikowej tandety. Bez dwóch zdań - Glapiński jest do natychmiastowej dymisji. Za fatalny gust.


*

Na marginesie afery z „dwórkami” uaktywnił się prof. Andrzej Zybertowicz, który w RMF FM pytany o sprawę zarobków faworyt Glapińskiego ujawnił, iż jest przeciwnikiem „szalejącej transparentności”. Słuchaczom i red. Mazurkowi opadły szczęki – a tymczasem wyjaśnienie jest proste. Zybertowicz wysłał do radia ucharakteryzowaną na siebie słynną MaBeNę! Wot, tiechnika.


*

Słynny raper i fighter, znany jako „Popek”, pozazdrościł Kukizowi i zakłada własną partię - „Młoda Polska”. Hmm, domyślam się, że jako „król Albanii” Popek jest monarchistą – wystarczy zresztą na niego spojrzeć, by przekonać się, że samym wyglądem wzbudza respekt, co jest niewątpliwie podstawą monarszego majestatu. Król Popek I – to brzmi dumnie! Ciekawe, czy piszący na tych łamach inny monarchista, Grzegorz Braun, byłby zadowolony z takiego władcy?


*

Ale jak na razie Grzegorz Braun woli innego króla – a konkretnie, „krula”, czyli Janusza Korwin-Mikkego. Właśnie bowiem dołączył do wyborczego sojuszu Ruchu Narodowego i partii „Wolność”. Juncker na wieść o szturmie „kuców” na Parlament Europejski postanowił zapić się na śmierć, a Verhofstadt połamał sobie z nerwów resztki uzębienia. Tej siły już nikt nie powstrzyma!

Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w dwutygodniku „Polska Niepodległa” nr 02 (16-29.01.2019)

niedziela, 13 stycznia 2019

Andruszkiewicz-gate

Organizacje żydowskie (w tym działające w Polsce) nie mają żadnych oporów, by mieszać się w nasze wewnętrzne sprawy i dyktować skład rządu.

I. Dęta afera

Przełom starego i nowego roku upłynął pod znakiem dętej afery z mianowaniem Adama Andruszkiewicza na stanowisko wiceministra cyfryzacji. Sama nominacja, to ewidentny zabieg polityczny PiS obliczony na wzmocnienie lojalności koła „Wolni i Solidarni” Kornela Morawieckiego w roli „konstruktywnej opozycji”. Cóż, w polityce za lojalność płaci się stanowiskami – w tym przypadku zresztą teka sekretarza stanu „od Facebooka” jest ceną dość niską. Druga pieczeń, jaką PiS chciał upiec nominacją, to mrugnięcie okiem do narodowego elektoratu – widzicie, nie jesteśmy tacy źli, potrafimy się dogadać z jednym z „waszych” - co może być o tyle chybione, że Adam Andruszkiewicz od dłuższego czasu w całości popierał linię polityczną PiS i w środowiskach narodowych od dawna nie jest już uznawany za swojego człowieka. W Ruchu Narodowym, Młodzieży Wszechpolskiej (której prezesował przez rok w latach 2015-2016) czy świętej pamięci stowarzyszeniu „Endecja” (gdzie również był przewodniczącym) zostawił po sobie fatalne wrażenie i obecnie jest uważany za odszczepieńca oraz bezideowego karierowicza. Nie bez powodu – jako „narodowiec” wjechał do Sejmu na plecach Kukiza, by potem bez ceregieli go porzucić na rzecz de facto prorządowej trzódki Kornela Morawieckiego, zaliczając w międzyczasie wspomnianą „Endecję” z której wymiksował się w kwietniu 2018 r. Nie sposób nie odnieść tu wrażenia dość śliskiego lawiranctwa – które ostatecznie zostało uwieńczone stanowiskiem rządowym (a być może przy okazji tegorocznych wyborów „biorącym” miejscem na listach PiS). Pytanie, czy PiS-owi w ostatecznym rozrachunku takie posunięcie się opłaci – ale to już nie nasze zmartwienie.


II. Najgłupsza opozycja świata

Jednak „totalna opozycja” nie byłaby sobą, gdyby nie zareagowała w najgłupszy możliwy sposób, co potwierdza wciąż aktualną diagnozę, że PiS może przegrać jedynie wtedy, gdy sam się „zaorze”. Koalicja „PO-KO” oraz sprzyjające jej ośrodki medialne miały jak na tacy cały szereg racjonalnych zarzutów, które mogłyby przemówić do przeciętnego wyborcy. Część z nich wymieniłem w poprzednim akapicie, a do tego można by jeszcze dodać kilka kolejnych: że młody i niedoświadczony, nie ma praktyki w zarządzaniu żadną strukturą administracyjną (nawet na poziomie samorządowym) i że z cyfryzacją nie ma nic wspólnego poza tym, że „umie w internety” i ma legendarne „zasięgi” w mediach społecznościowych. Tu warto nadmienić, że oficjalny profil Andruszkiewicza na Facebooku ma 196 650 polubień – gdzie mu tam do takiego Popka, który właśnie zakłada swoją partię, a na FB ma 573 060 „lajków”. To może lepiej by było, gdyby PiS przygarnęło „króla Albanii”? Człowiek rozpoznawalny, z rzeszą fanów – a na dodatek, jak świadczy jego ostatni internetowy manifest, nie lubi banksterów i swój program ekonomiczny chce oprzeć na Nowoczesnej Teorii Pieniądza (MMT – Modern Money Theory), która zdobywa kolejne przyczółki w ośrodkach uniwersyteckich w Ameryce...

Ale żarty na bok. Zamiast oprzeć swą krytykę na przedstawionej powyżej argumentacji, „totalsi” postanowili tradycyjnie uderzyć w histerię. Ruszył zatem medialny shitstorm, eksploatujący zdartą płytę „faszyzmu”. Proste jak konstrukcja cepa – skoro Andruszkiewicz kiedyś był w Młodzieży Wszechpolskiej, to znaczy że jest „faszystą”, a jego nominacja stanowi ostateczny dowód (który to już raz?), że mamy tu „brunatny reżim” i generalnie Polska stacza się w otchłań dyktatury. Obrazu groteski dopełniła kuriozalna wypowiedź generała Dukaczewskiego, że po wejściu do rządu eks-wszechpolaka „nie czuje się bezpiecznie”. Były szef WSI, potężny macher i „najstarszy kiejkut” (© Stanisław Michalkiewicz) boi się 28-letniego młokosa? Do czego to doszło... Słowem, mamy do czynienia z medialnym kociokwikiem, mogącym trafić co najwyżej do najbardziej betonowych „kodziarzy” - i to jest poziom „totalnych” na dzień dzisiejszy.


III. Żydowska histeria

Wszystko to nie byłoby warte wylewania atramentu, gdyby nie jeden poważny element. Otóż do gry włączyły się środowiska żydowskie – i jeśli w propagandzie „totalnych” doszukiwać się jakiegokolwiek racjonalnego jądra, to właśnie tutaj: wrzaski o „faszyście” obliczone były najpewniej na aktywizację „zawodowych Żydów” spod znaku „holocaust industry”, którzy nie zwykli marnować żadnej okazji do zrobienia Polsce czarnego PR-u. Pokazuje to zresztą po raz kolejny, że opozycja swą jedyną nadzieję na powrót do władzy upatruje w zewnętrznych naciskach, mających Polaków skłonić do zmiany wyborczych preferencji. I tak oto głos zabrał były szef Ligi Przeciwko Zniesławieniu Abraham Foxman: „Wydaje się, że Polska osiągnęła nowy poziom, powołując neonazistowskiego antysemitę, który będzie odpowiedzialny za Internet i media społecznościowe. Jest to oczywiste oszczerstwo, bo mimo usiłowań jakoś nikomu nie udało się wyszukać jakichkolwiek antysemickich czy tym bardziej nazistowskich wystąpień Andruszkiewicza. Tenże Foxman nie omieszkał wezwać do tablicy władz amerykańskich, pytając: „Gdzie jest Departament Stanu USA”? Warto dodać, że słowa te padły w wywiadzie dla niszowego acz opiniotwórczego nowojorskiego pisma „The Algemeiner” skierowanego do żydowskich elit zarówno w USA, jak i na świecie.

Dalej już poszło. Okazję, żeby siedzieć cicho zmarnował środkowoeuropejski oddział Komitetu Żydów Amerykańskich (AJC) – tu również padły zarzuty o przeszłość Andruszkiewicza w „nacjonalistycznej organizacji”, a ponieważ jakoś nie znaleziono dowodów na antysemityzm współczesnej Młodzieży Wszechpolskiej, to postanowiono przypomnieć... zaszłości z lat międzywojennych, kiedy to liczna mniejszość żydowska w Polsce była istotnym problemem ekonomicznym i społecznym – głównie ze względu na nadreprezentację w licznych zawodach i branżach gospodarczych oraz brak integracji i asymilacji. Żeby było ciekawiej, zjawisko to piętnowali także ówcześni liberałowie, chociażby z kręgu „Wiadomości Literackich”. No i wreszcie, nie mogło zabraknąć odzewu w mediach izraelskich, zawsze skorych do pokazania nam miejsca w szeregu: „działacz znany z antysemickich poglądów wybrany na wiceministra” - zagrzmiały (oczywiście nie podając żadnych dowodów na „antysemityzm” poza przynależnością do Młodzieży Wszechpolskiej oraz poparciem Andruszkiewicza dla nowelizacji ustawy o IPN).


IV. Kłopoty na własne życzenie

Już nawet nie chce się spekulować, jaki podniósłby się krzyk, gdyby np. organizacje polonijne oprotestowały przejawy nacjonalizmu w Izraelu – ze stricte nacjonalistycznym rządem „Bibi” Netanjahu na czele, który ma na swoim koncie masakry palestyńskich cywilów i szowinistyczną „ustawę narodowościową” spychającą wszystkich zamieszkałych w Izraelu nie-żydów do roli obywateli drugiej kategorii. Nie robimy tego – a może szkoda, bowiem jak widać, organizacje żydowskie (w tym działające w Polsce) nie mają żadnych oporów, by mieszać się w nasze wewnętrzne sprawy i dyktować skład rządu. Trzeba jednak przypomnieć, że po części sami się do tego przyczyniliśmy, przez lata prowadząc tchórzliwą politykę ugłaskiwania, lizusowskich gestów i unikania spornych tematów – wszystko ze strachu przed propagandowym batem „antysemityzmu”. Efekt jest taki, że rozzuchwaliliśmy to towarzystwo ponad wszelką miarę. Jeszcze w marcu 2017 r. w siedzibie muzeum „POLIN” przedstawiciele polskich władz fetowali otwarcie biura American Jewish Committee – tego samego, który w maju 2018 pokazał co potrafi, wysyłając do Watykanu protest przeciwko procesowi beatyfikacyjnemu kardynała Augusta Hlonda, a teraz otwarcie próbuje dyscyplinować nasze władze.

Pytanie, jak teraz zachowa się państwo polskie – bo niezależnie od tego co można sądzić o samym Andruszkiewiczu, ustąpienie pod zewnętrznym naciskiem w takich okolicznościach byłoby kompromitacją w stylu niesławnej rejterady ws. art. 55a Ustawy o IPN. Może jednak tym razem obejdzie się, wbrew nadziejom Abrahama Foxmana, bez nacisków amerykańskiego Departamentu Stanu, a nasz rząd wykaże minimum asertywności.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 02 (11-17.01.2019)

Plastikowa hipokryzja

Już widzimy, skąd ta nagła troska Unii o morza i oceany. Gdyby nie chiński zakaz, wszystko pozostałoby z grubsza po staremu.

Jakoś tak się złożyło, że za sprawą katowickiego szczytu klimatycznego ostatnie felietony poświęciłem różnym kosztownym eko-absurdom i hipokryzji towarzyszącej ogólnoświatowej „walce z klimatem”. Dziś będzie coś w rodzaju suplementu, dotykającego wprawdzie nieco innej tematyki, ale z tej samej parafii – bo wszak na samym „globalnym ociepleniu” aktywność ekologistów się nie kończy. Jak wiemy, w minionym roku Unia Europejska postanowiła uszczęśliwić swych poddanych (bo o obywatelach w kontekście słynnych unijnych „deficytów demokracji” trudno mówić) dalece idącymi obostrzeniami dotyczącymi używania plastikowych wyrobów. I tak, Parlament Europejski zagłosował za dyrektywą stanowiącą, że do 2021 r. zniknąć mają różnego rodzaju „jednorazówki” - plastikowe słomki do napojów, sztućce, talerzyki czy patyczki higieniczne. Ponadto, do 2025 r. radykalnemu ograniczeniu ma zostać poddane stosowanie opakowań z tworzyw sztucznych w rodzaju pudełek na kanapki czy lody. Na cenzurowanym znalazły się też m.in. filtry papierosowe zawierające plastik, sprzęt rybacki i plastikowe butelki, które mają być w 90 proc. recyklingowane.

Skąd jednak wzięła się ta nagła krucjata przeciw tworzywom sztucznym? Oficjalnie podaje się, że plastik przyczynia się w ogromnym stopniu do zanieczyszczania oceanów – i to akurat jest prawda. Ale dlaczego przodownictwo w walce z plastikiem wzięła na swoje barki akurat Europa, która oficjalnie stosunkowo najmniej zaśmieca środowisko morskie? I tu zaczyna robić się ciekawie. Otóż niedawno naukowcy z Centrum Helmholtza ds. Badań Środowiskowych (UFZ) w Lipsku opublikowali wyniki badań z których wynika, że 80-95 proc. plastikowych odpadów trafia do oceanów za pośrednictwem 10 wielkich rzek z Azji i Afryki. Są to: Jangcy, Indus, Rzeka Żółta, Hai He, Ganges, Rzeka Perłowa, Amur i Mekong (Azja) oraz Nil i Niger (Afryka). Cechą wspólną regionów świata stanowiących dorzecza tych rzek jest to, że z jednej strony globalne koncerny lokują tam najbardziej „toksyczne” ogniwa swoich cykli produkcyjnych; z drugiej – upychają w nich nadprodukcję poprzez eksport i „pomoc humanitarną” (rozkładając przy okazji miejscową wytwórczość); z trzeciej wreszcie – wzmiankowane obszary Azji i Afryki pełnią rolę globalnych wysypisk śmieci. Tak więc, Zachód tradycyjnie pokazywał czyste rączki, przerzucając problem na drugi koniec świata.

No dobrze, czyżby zatem Europę ruszyło sumienie i zdecydowała się zaprzestać tego procederu? Oczywiście, nic z tych rzeczy, prawda jest o wiele bardziej prozaiczna. Tak się bowiem składa, że do tej pory gros europejskich odpadów absorbowały Chiny (m.in. do powtórnego przetworzenia, co jednak generowało olbrzymie straty środowiskowe). To się skończyło od początku 2018 r., kiedy to Chiny wprowadziły zakaz importu 24 rodzajów śmieci – w tym „domowego” plastiku (a więc „jednorazówek”, którym właśnie wydała wojnę UE), odpadów wydobywczych czy tekstyliów (również zawierających często tworzywa sztuczne). Do tego momentu do Chin trafiało nawet ponad 50 proc. globalnej „produkcji” odpadów z tworzyw sztucznych, zaś kraje UE „eksportowały” tam grubo ponad 80 proc. swoich plastikowych śmieci. Wyjątkowo boleśnie chińskie embargo uderzyło w Niemcy, które zużywają najwięcej (ponad 24 proc.) tworzyw sztucznych w Europie i są jednym z głównych „wytwórców” tego typu odpadów. Ponadto dotąd, wbrew rozpowszechnionemu mniemaniu, w Niemczech tylko w połowie poddawano je recyklingowi, resztę spalając lub wysyłając właśnie do Chin. Po wprowadzeniu przez Pekin obostrzeń stanęły przed groźbą szybkiego utonięcia w śmieciach. Na marginesie, warto zwrócić uwagę na wciąż nierozwiązany problem przemytu nielegalnych odpadów do Polski, która dla Niemiec (i nie tylko) pełni rolę „zapasowego wysypiska”.

Tak więc, już widzimy skąd ta nagła troska Unii o morza i oceany. Gdyby nie chiński zakaz, wszystko pozostałoby z grubsza po staremu. Ponadto, wciąż pozostaje kilka wątpliwości. Po pierwsze, dotąd koszty wszystkich odgórnych, ekologicznych regulacji uderzały w zwykłych obywateli – w cenach wywozu śmieci, paliwa, energii elektrycznej itp. – i można przypuszczać, że podobnie będzie i tym razem. Po drugie, ograniczenie „plastików” na rynku europejskim to jedno – ale co z eksportem towarów z tworzyw sztucznych? Co z tymi wzmiankowanymi wyżej dorzeczami rzek w Azji i Afryce z których śmieci spływają do Pacyfiku, Atlantyku i Oceanu Indyjskiego? No i wreszcie, plastikowe jednorazówki trzeba będzie czymś zastąpić - zapewne głównie produktami z papieru i drewna, a do tego potrzeba gigantycznych ilości surowca, którego nie „wyrąbie” się w Europie. Pytanie, czy nie skończy się jak z biopaliwami, które również miały „chronić planetę”, a przyczyniły się do dewastacji lasów tropikalnych masowo wycinanych pod plantacje palm olejowych. Krótko mówiąc - my będziemy mieli może trochę czyściej (i drożej), ale za to zniknie jeszcze więcej tak miłych ekologom lasów deszczowych, a świat po staremu będzie tonął w śmieciach.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 02 (11-17.01.2019)

poniedziałek, 7 stycznia 2019

Lewactwo na żebrach

Lewactwo może działać wyłącznie w przyjaznym finansowym habitacie, którego nieodłączną częścią jest suty sponsoring i budżetowe dotacje.

I. Bieda kawiorowej lewicy

Na niespełna tydzień przed świętami Bożego Narodzenia skrajnie lewicowa „Krytyka Polityczna” postanowiła uwierzyć w Świętego Mikołaja i zaapelowała do swych czytelników o wsparcie. Z artykułu podpisanego przez redaktor naczelną internetowej strony „Krytyki” Agnieszkę Wiśniewską oraz członka zespołu redakcyjnego Michała Sutowskiego wynika, że wprawdzie na dzień dzisiejszy „KryPol” jakoś wiąże koniec z końcem, ale generalnie jest chudo – głównie za sprawą wyschnięcia źródełka w postaci publicznych dotacji. Co więcej, zagraniczni grantodawcy mają swoje wymagania – jak obrazowo wyjaśniają autorzy, na każdą otrzymaną złotówkę, sami muszą pozyskać dwie. Do niedawna, jak rozumiem, nie było z tym problemu – owe brakujące złotówki płynęły od instytucji publicznych, w tym Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego oraz warszawskiego ratusza (chociażby wynajmowany po preferencyjnych stawkach lokal redakcyjny na Nowym Świecie – trudno o bardziej ekskluzywną „miejscówkę”). Teraz trzeba jednak wyciągnąć rękę do indywidualnych darczyńców - a z tym, jak się dowiadujemy, jest krucho. Okazuje się, że internetową „Krytykę” wspiera darowiznami zaledwie jeden na 13 tys. czytelników. Trzeba dodać, że zespół „KryPola” na 2019 rok ma ambitne plany, co skutkować będzie niemal podwojeniem wydatków. Hmm, podstawowa logika nakazywałaby raczej w trudnym okresie zaciskanie pasa i czekanie na lepsze czasy, względnie intensyfikację zabiegów o sponsoring – ale lewica, jak wiadomo, rządzi się alternatywną ekonomią. Swoją drogą, ciekawe, czy ktokolwiek z redakcji „Krytyki Politycznej” ma w swoim CV pracę w normalnym, działającym na rynkowych zasadach, wydawnictwie? Przypuszczam, że wątpię, jak mawiał Walery Wątróbka.

No cóż, „Krytyce” powraca czkawką butna wypowiedź Sławomira Sierakowskiego, który w swoim czasie raczył oznajmić na antenie agorowego radiowęzła TOK FM, że „Kaczyński może nam skoczyć”, bo 90 proc. funduszy jego organizacja pozyskuje zza granicy. Tu anegdotka na marginesie: tenże Sierakowski zasłynął w 2011 r. tym, że spławił Grzegorza Napieralskiego, gdy ten przyszedł do niego na polityczną rozmowę. Ówczesny lider SLD dla przełamania lodów przyniósł ze sobą butelkę wina za 100 zł. Szef „Krytyki Politycznej” po uważnym przestudiowaniu etykiety rzucił: „Takich tanich to ja nie piję, sorry”. Ech, gdzie te beztroskie czasy „wrażliwej społecznie” kawiorowej lewicy...


II. Soros i Niemcy

Ale i dziś dzielni lewicowcy bynajmniej nie wydłubują kitu z okien. Snop światła rzuca tu kolejny artykuł pt. „Ile kosztuje krytykapolityczna.pl” autorstwa Michała Boruckiego. Członek zarządu Stowarzyszenia im. Stanisława Brzozowskiego (wydawcy „Krytyki Politycznej”) postanowił „stanąć w prawdzie” i ujawnił strukturę dochodów i wydatków serwisu. Otóż miesięczny budżet internetowej „Krytyki” wynosił w 2018 r. blisko 60 tys. zł. (dokładnie – 59 959 zł.). Blisko połowa tej kwoty (28 750 zł.) to wynagrodzenia członków redakcji – na dzień dzisiejszy jest to pięć osób, więc z prostego rachunku wynika, że każdy z redaktorów przytula co miesiąc średnio 5 750 zł. - a więc grubo powyżej średniej krajowej. Daj Boże każdemu... Widać, że ideowi marksiści byle czego nie zjedzą. Gorzej traktowani są autorzy zewnętrzni, którzy za swoje teksty inkasują nie więcej niż 300 zł. - w ciągu miesiąca daje to sumę 19 500 zł. Reszta to koszty administracyjne oraz promocja, fundraising itp.

Skąd na to wszystko pieniądze? Tak jak szczerze wyznał Sławek Sierakowski – zza granicy. 70 proc. kosztów pokrywa grant od Open Society Foundation (George Soros), dalej zaś mamy m.in. Fundację im. Friedricha Eberta (afiliowaną przy niemieckiej SPD) czy Fundację im. Róży Luksemburg działającą przy również niemieckiej, skrajnie lewicowej partii Die Linke. Krótko mówiąc – Soros i Niemcy. Ale najwyraźniej ostatnimi czasy sponsorzy się zbiesili i zażądali od swych polskich utrzymanków jakichś wymiernych efektów działalności – bo przejadać granty i produkować idącą w próżnię propagandę każdy potrafi. I stąd nagły ból, bo lewactwo musi podnieść się od kawiarnianych stolików i zweryfikować swą działalność poprzez realny, społeczny odzew w postaci datków od czytelników – a z tym nie jest dobrze (jak na lewicowe standardy), bowiem obecnie „Krytyka” od darczyńców otrzymuje „zaledwie” 5 tys. zł. miesięcznie. Jak dramatycznie pisze Michał Borucki „(...) same granty to za mało. Zresztą granty są też uzależnione i będą coraz bardziej od waszych wpłat – do każdej złotówki od OSF (Open Society Foundation – przyp. PL) musimy zdobyć 2 złote z innych źródeł. Nie są to już środki z Ministerstwa Kultury, nigdy nie będą od spółek skarbu państwa. Mamy tylko was”. Czysta rozpacz.

No i jeszcze te wspomniane wyżej plany „rozwojowe” – by w 2019 budżet „Krytyki” się spinał (a planowane jest poszerzenie składu redakcyjnego, podniesienie stawek dla autorów zewnętrznych oraz ponad czterokrotne zwiększenie wydatków na „promocję, grafikę i fundraising”) naszym lewakom będzie brakowało, bagatela, 42 075 zł. miesięcznie. W skali roku – grubo ponad pół miliona złotych. Wszystko to mają pokryć czytelnicy. By żyło się lepiej.


III. Jak żyć?

Każdy, kto choć otarł się o oddolne społeczne inicjatywy, szczególnie prawicowe, widzi, że mówimy tu o kwotach dla przeciętnego zjadacza chleba niewyobrażalnych. Wszystkie „nasze” przedsięwzięcia, zapoczątkowane często jeszcze za rządów PO, w skrajnie nieprzyjaznych warunkach, miały i mają jedną, podstawową cechę wspólną – robione były „po kosztach”, w wolontariacie, dzięki składkom i darowiznom od wiernych sympatyków – nie stał za nimi hojny „wujek George” z workami pieniędzy. I wiele z nich funkcjonuje do tej pory – bo są ludziom potrzebne. Biorąc to pod uwagę, trzeba naprawdę nielichego tupetu, by biadolić nad obcięciem publicznych dotacji i sięgać ludziom do kieszeni, jak czyni to dziś „Krytyka Polityczna”. Powyższe pokazuje, że lewactwo może działać wyłącznie w przyjaznym finansowym habitacie, którego nieodłączną częścią jest suty sponsoring i budżetowe dotacje. W takich warunkach „ruszanie z posad bryły świata” staje się całkiem wygodnym sposobem na życie. Gdy jednak ktoś (jak zrobili to grantodawcy „KryPola”) powie „sprawdzam”, okazuje się, że dookoła naszych wypasionych neomarksistów wieje pustką. Po raz kolejny potwierdza się moja teza, że obecna szeroko rozumiana opozycja powtarza los prawicy z czasów, gdy ta była zepchnięta na margines – tyle, że w przypadku niedawnych pieszczochów i beneficjentów systemu, historia powtarza się jako farsa.

Przypadek „Krytyki Politycznej” to jednak nie wszystko. Już niemal dwa lata temu red. Roman Imielski z „Wyborczej” zaapelował w wywiadzie dla portalu „Euractiv.com”, by Unia Europejska wspomagała grantami „prawilne” gazety, jako „bardzo ważną część życia publicznego i demokracji”. „Możemy oczekiwać, że Unia o nas nie zapomni, że nie zapomni o Polsce” - załkał Imielski. Serce się kraje... Z kolei całkiem niedawno na łamach „Frankfurter Allgemeine Zeitung” Jan Jakub Chromiec z Fundacji Batorego wraz z Franziską Brantner z niemieckich „Zielonych” postulowali, aby z unijnych funduszy wspierać organizacje „walczące o demokrację” w Polsce i na Węgrzech. Mówiąc wprost – mamy do czynienia z jawną żebraniną o jurgielt.

Nie ukrywam, że opisuję te paroksyzmy ze sporą dawką schadenfreude. Latami oglądaliśmy zadowolone z siebie facjaty lewaków przyssanych do różnych, przepraszam, cyców – perorujących na dodatek, jak to prawicowe media i organizacje nie potrafią dać sobie rady na „rynku”. Dziś widać, co to za „rynek” i skąd wzięła się dominacja lewicowego przekazu w przestrzeni publicznej – stała za tym (i wciąż stoi) potężna sieć międzynarodowych fundacji i polityka grantowa instytucji publicznych. Teraz słyszymy płacz i zgrzytanie zębów, bo trzeba będzie zaoszczędzić na wegańskiej paszy i sojowym latte. Doprawdy, jak w takich warunkach walczyć o „nowy, wspaniały świat”? Jak tu w ogóle żyć?


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 01 (04-10.01.2019)

piątek, 4 stycznia 2019

Brexit – lekcja na 2019 rok

Nie po to nasi przodkowie bili się o niepodległość, byśmy teraz mieli to zaprzepaścić i dobrowolnie oddać się w niewole lewackich euromandarynów na niemieckiej smyczy.

I. Krótka historia brexitu

Śmiem twierdzić, że zawirowania związane z brexitem oraz to, jaki ostatecznie kształt przybierze, będzie jedną z najważniejszych lekcji jaką przyniesie 2019 rok dla naszych politycznych elit. W tej chwili bowiem wciąż nie wiemy na jakich zasadach Wielka Brytania pożegna się z Unią Europejską, więcej – nie mamy nawet stuprocentowej pewności, czy do brexitu w ogóle dojdzie. Ale po kolei.

Główna lekcja do odrobienia jest taka, że nie można igrać ze społecznymi nastrojami – zwłaszcza, jeśli nie jest się przygotowanym na każdą ewentualność. Błąd ten ewidentnie popełnił David Cameron i szerzej – eurosceptyczna część brytyjskiej sceny politycznej. Przypomnijmy, że Cameron nie był zwolennikiem rozwodu z Brukselą. Obietnicę referendum w sprawie brexitu potraktował czysto instrumentalnie, jako element kampanii wyborczej – zakładał bowiem, że Partia Konserwatywna będzie musiała rządzić w koalicji z Liberalnymi Demokratami i z niewygodnego referendum uda się wywinąć zwalając winę na koalicjanta. I tu los spłatał mu pierwszego figla – Torysi wygrali samodzielną większością, do czego kampanijna obietnica mogła się w znaczącym stopniu przyczynić. Krótko mówiąc, Cameron przedobrzył i nie chcąc stracić twarzy, musiał rozpisać plebiscyt – tym bardziej, że znajdował się pod ostrzałem mediów i zadeklarowanych eurosceptyków w rodzaju Nigela Farage'a.

Podczas kampanii przedreferendalnej do zmasowanego szturmu ruszyły największe tabloidy, grając na nastrojach izolacjonistycznych i antyimigranckich, w czym walny udział miała masowa migracja na Wyspy pracowników z Polski i innych krajów Europy Środkowo-Wschodniej, przedstawianych jako pasożyty zaniżające płace i żerujące na systemie opieki socjalnej (migrantów muzułmańskich raczej nie odważano się zaczepiać). Efektem była późniejsza fala przemocy wobec mieszkających na Wyspach Polaków. Cameron najwyraźniej nie docenił potencjału tego typu resentymentów, podobnie jak tego, że sama UE wśród wyspiarzy jest postrzegana (zresztą trafnie) jako narzędzie dominacji Niemiec – tych samych, których Brytyjczycy pokonali w dwóch kolejnych wojnach, a które dziś szarogęszą się w Europie, kolonizując ją gospodarczo i dyktując innym swoje warunki. W tym kontekście nie dziwi, że prounijna agitacja w wydaniu prominentnych eurokratów z Donaldem Tuskiem na czele przyniosła efekt przeciwny do zamierzonego, podobnie jak pogróżki Baracka Obamy, że w przypadku brexitu Wielka Brytania znajdzie się na szarym końcu państw zabiegających o ekskluzywne relacje ze Stanami Zjednoczonymi. Tego typu głosy odbierano jako bezceremonialną próbę zewnętrznej ingerencji w suwerenny wybór narodu.

Efekt znamy – 23 czerwca 2016 r. za brexitem opowiedziało się niemal 52 proc. głosujących przy 72 procentowej frekwencji. Bulwarówka „The Sun” uczciła wynik głosowania pierwszą stroną przedstawiającą wschód słońca i nagłówkiem „Dzień Niepodległości”.


II. Nauczka dla „secesjonistów”

Był to szok – nie tylko dla unijnych eurokratów i liberalnych elit Zjednoczonego Królestwa, lecz również dla świata tamtejszej polityki, z premierem Cameronem i znaczną częścią konserwatystów włącznie. Okazało się szybko, że brytyjscy politycy zwyczajnie nie przewidzieli takiego obrotu spraw i nie mają przygotowanych żadnych planów wedle których mogliby poprowadzić negocjacje rozwodowe z Brukselą. To zadziwiające, biorąc pod uwagę, że zwykło się uważać Brytyjczyków za zdroworozsądkowych i wyrachowanych aż do cynizmu graczy, zawsze planujących na kilka ruchów do przodu. W tym przypadku jednak tak nie było. Nawet najgłośniejszy przeciwnik Unii Europejskiej – ówczesny szef Partii Niepodległości Zjednoczonego Królestwa, Nigel Farage – jakby stracił rezon i ogłosił, że wycofuje się z czynnej polityki. David Cameron natomiast podał się do dymisji.

Ciężar negocjacji przyjęła na siebie następczyni Camerona – Theresa May, uruchamiając Artykuł 50 Traktatu Lizbońskiego. Wszystko odbywało się w biegu, w atmosferze improwizacji – począwszy od kwestii handlowych, a skończywszy na statusie obywateli państw UE na Wyspach i Brytyjczyków na kontynencie. Efektem jest obecny impas – porozumienie niby jest dogadane, ale nie wiadomo czy wejdzie w życie.

Z drugiej strony, euromandaryni po początkowym paroksyzmie niekontrolowanej wściekłości w stylu „jak oni śmieli”, popisach frustracji i straszenia katastroficznymi konsekwencjami, tudzież demonstrowaniu obrazy („a niech sobie idą”), przyjęli taktykę polegającą na maksymalnym utrudnianiu procedury opuszczenia struktur UE. Intencja była jasna: żmudne negocjacje mają być nauczką – nie tyle nawet dla Wielkiej Brytanii, ile dla potencjalnych naśladowców. Pozostałe państwa członkowskie mają się przekonać, że „exit” to droga przez mękę, a Bruksela zrobi wszystko, by „secesja” obyła się na najbardziej niekorzystnych warunkach jak tylko się da, mącąc przy okazji wewnątrz kraju opuszczającego wspólnotę. Temu służyć mają nawoływania do ponownego referendum w myśl starej, sprawdzonej zasady „głosowania aż do skutku” (co przerobiła np. Irlandia przy okazji ratyfikacji Traktatu Lizbońskiego), czy wykorzystywanie w charakterze V kolumny brytyjskich euroentuzjastów, starających się do ostatniej chwili storpedować brexit. Ostatnio zaś dołączył Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej jawnie prowokacyjnym orzeczeniem, wedle którego kraj opuszczający Unię może w każdej chwili jednostronnie wycofać swój wniosek – co byłoby dla Wlk. Brytanii upokarzającą klęską. Warto nadmienić, że swoją rolę odgrywa przyśpieszenie federacyjnych tendencji, czemu otwarcie dała wyraz kanclerz Merkel ogłaszając, że państwa narodowe powinny być gotowe na przekazanie swej suwerenności.

Skutek jest taki, że z wynegocjowanego porozumienia nikt nie jest w Wlk. Brytanii zadowolony – Theresa May może robić jedynie dobrą minę do złej gry, lecz wciąż nie jest w stanie zebrać w parlamencie większości dla zatwierdzenia umowy. Część posłów (nawet w szeregach konserwatystów) jest za pozostaniem w UE, część natomiast uważa, że zasady brexitu są na tyle niekorzystne, że lepiej już wyjść „na twardo”, bez żadnej umowy (co może nastąpić 29 marca 2019). Kością niezgody jest tzw. irlandzki bezpiecznik zakładający, że jeżeli nie uda się wynegocjować w okresie przejściowym nowej umowy handlowej, Wlk. Brytania pozostanie w unii celnej z UE. Póki co, Theresa May przełożyła głosowanie w Izbie Gmin na 14 stycznia. Dodatkowo w tle majaczy groźba, że w przypadku „twardego” brexitu, Szkocja zażąda referendum w sprawie niepodległości (Szkoci głosowali w większości za pozostaniem w UE). Obecnie brytyjski rząd mobilizuje 3,5 tys. żołnierzy na wypadek wybuchu społecznych niepokojów.


III. Plan polexitu

Jaka nauka płynie z tego dla Polski? Przede wszystkim taka, że rządzący już teraz powinni opracować plan ewentualnościowy na wypadek konieczności polexitu – o co zresztą już od dawna apeluję. Być może nigdy nie trzeba będzie go uruchamiać, ale „mapę drogową” naszego wyjścia z UE należy mieć bezwzględnie, by uniknąć błędów popełnionych przez Brytyjczyków. Ideałem byłoby osiągnięcie statusu Norwegii – członka strefy Schengen i Europejskiego Obszaru Gospodarczego.

Po drugie, zamiast wbijać ludziom do głów, że dla UE „nie ma alternatywy”, należy jasno komunikować, że nasze członkostwo to kwestia interesu – gdy przestanie się opłacać lub gdy UE podąży w kierunku grożącym utratą suwerenności, trzeba będzie ją opuścić. Jeżeli w wyborach do europarlamentu sukces odniosą ugrupowania tożsamościowe i antyfederacyjne, wówczas otworzy się droga do zreformowania Unii w duchu „Europy ojczyzn” - wspólnoty niepodległych krajów połączonych wspólnym rynkiem. Jeżeli jednak zwyciężą siły forsujące niebezpieczną utopię „superpaństwa” - wtedy trzeba będzie ten eurokołchoz opuścić. Nie po to nasi przodkowie bili się o niepodległość, byśmy teraz mieli to zaprzepaścić i dobrowolnie oddać się w niewolę lewackich euromandarynów na niemieckiej smyczy.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 52 (28.12.2018-03.01.2019)