niedziela, 30 kwietnia 2017

Darwinizm po polsku

Czy nasi orędownicy darwinizmu w jego miejscowej, kolonialnej mutacji oraz ich polityczne ekspozytury wiedzą co promują?

I. Balcerowicz – Breżniew polskiej ekonomii

Wiadomość, że głównym specjalistą PO od gospodarki został prof. Andrzej Rzońca – bliski współpracownik Balcerowicza, członek władz balcerowiczowskiego Forum Obywatelskiego Rozwoju oraz przewodniczący Towarzystwa Ekonomistów Polskich – przyjąłem bez większego zdziwienia. Wybór ten potwierdza bowiem, że „totalna opozycja” niczego się nie nauczyła i nadal obraca się w zaklętym kręgu recept rodem z lat 90-tych minionego stulecia. Jeżeli dodamy do tego Ryszarda Petru – innego wychowanka naszego „ojca transformacji gospodarczej” - to otrzymamy swoisty neoliberalny skansen ze specjalistami wciąż powtarzającymi od niemal trzydziestu lat te same, utarte slogany – zupełnie, jakby nic się w międzyczasie nie zmieniło. Po drodze mieliśmy największy krach finansowy od czasów Wielkiego Kryzysu, swoje podejście do gospodarki zmienia nawet tak wolnorynkowa instytucja jak Międzynarodowy Fundusz Walutowy, wskazująca na niebezpieczeństwa związane z narastającym rozwarstwieniem społecznym, świat od lewa do prawa zaczytuje się w pracach Thomasa Piketty'ego, rośnie fala sprzeciwu wobec bezrefleksyjnej globalizacji – a ci dalej swoje.

Może to świadczyć o kilku sprawach. Możliwe, że Balcerowicz do tego stopnia zdominował polską myśl ekonomiczną, że zwyczajnie nie sposób znaleźć odpowiednio prominentnych fachowców, którzy nie wywodziliby się z jego „stajni” - i to na przestrzeni międzypokoleniowej, bowiem prof. Rzońca to zaledwie 40-latek, który w czasach „przełomu” uczęszczał do podstawówki. Ich podejście z fetyszyzowaniem PKB (Grecja aż do samego krachu miała „wzrost”), prywatyzacji, wielkich inwestorów (najlepiej zagranicznych) i liberalizacją rynku pracy sprawia wręcz wrażenie tępego, odpornego na rzeczywistość doktrynerstwa. W tym sensie, Balcerowicz jako „guru” wychowujący kolejnych następców (jego FOR z którego przyszedł Rzońca to właśnie taka „kuźnia kadr”) jest niereformowalnym Breżniewem polskiej ekonomii.

Ale możliwe też, że PO sięgając po Rzońcę wykonała ukłon w stronę swojego żelaznego elektoratu. Niezły wgląd w jego sposób myślenia daje chociażby lektura gospodarczych publicystów „Gazety Wyborczej”, a przede wszystkim – spojrzenie „pod kreskę”, na komentarze internautów. Tu już mamy wysyp prawdziwego „lumpenliberalizmu” - z apriorycznym potępieniem aktywności państwa w gospodarce, „rozdawnictwa”, odrazą wobec jakichkolwiek form solidaryzmu społecznego okraszoną pogardą dla beneficjentów tegoż. Powyższe jest zarazem istotną częścią odpowiedzi na pytanie, dlaczego w polskim społeczeństwie istnieje osławiony „plemienny” podział. Otóż zagadnienie nie sprowadza się wyłącznie do kwestii historycznych, kulturowych i politycznych – ogromną rolę odgrywa tu również podział na bazie, powiedzmy, „doktryny ekonomicznej”. Jako zbiorowość padliśmy bowiem ofiarą perfidnego społeczno-gospdarczego eksperymentu. Już wyjaśniam w czym rzecz.


II. Ofiary darwinizmu

Proponuję pewien zabieg myślowy. Odłóżmy na chwilę bieżący spór polityczny i spójrzmy na ludzi wydających z siebie wspomniane wyżej głosy nie jak na wycie opętanych nienawiścią lemingów, lecz jak na... ofiary polskiego darwinizmu społecznego, który wtłaczano im do głów na niemal całej przestrzeni historycznej III RP (a to już w zasadzie całe pokolenie). Darwinizmu albo w wydaniu balcerowiczowskim, albo w doprowadzonej do ściany mutacji korwinowskiej. Sądzę zresztą, że w powszechnym odbiorze nie docenia się roli Korwin-Mikkego i jego projektu polityczno-ideowego w przeoraniu zbiorowej świadomości. Brak znaczących sukcesów wyborczych przesłonił gigantyczną (i skuteczną) pracę „wychowawczą” wykonaną przez tego polityka i jego środowisko. Ta formacyjna robota okazała się zadziwiająco trwała. Sam jako dwudziesto-, dwudziestoparolatek zaczytywałem się w „Najwyższym Czasie!” i naprawdę długo trwało, nim zdołałem się uwolnić od tego wpływu. To niemal sekciarska psychomanipulacja z charyzmatycznym liderem na czele, zaś kpiny bądź oburzenie mainstreamu tym bardziej dodawały mu wiarygodności w oczach jego wyznawców. To jego nauki są jedną z przyczyn zaniku poczucia wspólnotowości, niskiej aktywności społecznej Polaków i piętnowania redystrybucji jako destrukcyjnego rozdawnictwa - wszystko zaś podszyte jawnym, bądź nieco tylko zakamuflowanym egoizmem: dbaj o siebie, inni też niech radzą sobie sami. A jeśli im się nie udaje - trudno, sami są sobie winni - bo leniwi, niezaradni itp.

Przywołam tu pewną obserwację poczynioną przez przyrodników badających społeczności piesków preriowych. Mianowicie zauważono, iż w stadzie są „pieski-altruiści” i „egoiści”. Te pierwsze ostrzegają resztę gdy zauważą drapieżnika, lecz tym samym zwracają na siebie uwagę i częściej padają ofiarą ataku. Te drugie, po zauważeniu zagrożenia chyłkiem chowają się w norkach. W efekcie same przeżywają, lecz wystawiają na niebezpieczeństwo resztę społeczności, która przez to jest szybciej dziesiątkowana przez drapieżniki – na koniec nieuchronnie ofiarami padają sami „egoiści”, bo zostają pozbawieni ochronnej „otuliny” stada. Otóż we współczesnym świecie dąży się do zbudowania zatomizowanych ludzkich zbiorowisk, składających się wyłącznie z „piesków-egoistów”. I taka też jest istota zaordynowanego nam „darwinistycznego” eksperymentu. W czyim leży to interesie? Nie tylko mrocznych „władców marionetek” budujących NWO, lecz zupełnie jawnych globalnych korporacji dla których skrajne zindywidualizowanie ludzkich postaw jest najlepszą gwarancją, że nie przeciwstawi im się żadna świadoma swych interesów wspólnota.

Wróćmy do naszych „darwinistów”. Dlaczego ci ludzie, często funkcjonujący w realiach prekariatu, z trudem utrzymujący pozycję klasy średniej, bądź wręcz osuwający się w nieokreślony status społeczny „ludzi bezprzydziałowych” z takim samobójczym uporem głoszą nie mające nic wspólnego z rzeczywistością „wolnorynkowe” tezy? Bo mają nadzieję, że kiedyś się odkują i to oni będą na górze? Oczywiście nie będą, no, może nieliczne jednostki - całej reszcie uniemożliwi to ów balcerowiczowsko-korwinowski „liberalny” system quasi-niewolniczego rynku zdominowanego przez korporacje. Mit „od pucybuta do milionera” właśnie dlatego jest tak często przedstawiany jako wzór, bo utrwala w świadomości fikcję nieograniczonych możliwości samorealizacji. Tyle, że podobna droga udała się jedynie nielicznym, wybitnym jednostkom, które posiadały predestynujące je do sukcesu indywidualne cechy. Przytłaczająca większość ludzi nie posiada tego typu przymiotów i dlatego ludzkość nie składa się z ponad siedmiu miliardów milionerów. Ale zarazem ten mit ma wartość i siłę dyscyplinującą, motywującą ludzi by wypruwali sobie żyły w rynkowej konkurencji, która ich przeżuje i wypluje - ale oni o tym dowiadują się poniewczasie, do tego momentu zaś dziarsko tyrają w kieracie, karmiąc się złudzeniami. Tak więc z punktu widzenia interesów Systemu, omawiana tu bajka wraz z towarzyszącym jej pakietem (anty)społecznych postaw jest niezwykle użyteczna.


III. Współczesne niewolnictwo

Pisząc o niewolnictwie bynajmniej nie przesadzam. To nie tylko przymus ekonomiczny i funkcjonowanie w realiach w których niemożliwe jest życie bez długów - co sprawia, że nasze przyszłe dochody należą de facto do międzynarodówki lichwiarzy. Zwróćmy uwagę, że np. korporacje mają nad swymi pracownikami władzę dyktatorską, porównywalną z właścicielami niewolników - ale bez zobowiązań, które obciążały tychże. Dyktują sposób ubioru („dress code”), nadzorują wolny czas, sposób zachowania nie tylko w pracy lecz i poza nią (by niesubordynowany pracownik nie obciążył wizerunkowo firmy), kontrolują zachowania na portalach społecznościowych itp. Jest to przy tym „niewolnictwo rozproszone” - pracodawca i banki (czasem zresztą na jedno wychodzi w przypadku korporacji finansowych) „dzielą się” prawami do niewolników - jedni biorą jego pracę i lwią część życia prywatnego, drudzy - znaczną cześć zarobków poprzez uzależnienie kredytowe (na mieszkanie, samochód, dobra konsumpcyjne, wczasy itd.).

Liberał powie na to, że przecież nie ma przymusu - można się zwolnić, przejść do innej firmy, albo zrezygnować z różnych dóbr i się nie zadłużać. Problem w tym, że taki wyidealizowany konstrukt kompletnie rozmija się z realiami. Równorzędność relacji pracownik-pracodawca wedle której dwa podmioty zawierają dobrowolną umowę jest fikcją. Decydującą rolę w wymuszaniu pożądanych z punktu widzenia Systemu zachowań odgrywa bowiem wspomniana już presja ekonomiczna. Dlatego taką wściekłość wywołują projekty zmierzające do urealnienia skutecznego ściągania podatków od wielkich firm, czy programy redystrybucyjne w rodzaju „500+” - oni czują, że w ten sposób wymyka się im z rąk część władzy nad niewolnikami.

Na koniec pozostaje już tylko pytanie – czy nasi orędownicy darwinizmu w jego miejscowej, kolonialnej mutacji oraz ich polityczne ekspozytury wiedzą co promują, czy są po prostu tak zaślepieni, że nic do nich nie dociera? Jak Państwu się wydaje?


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Zapraszam na „Pod-Grzybki” -------> http://warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/4757-pod-grzybki


Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 17-18 (26.04-09.05.2017)


Pod-Grzybki 95

Tusk powrócił! Wprawdzie nie jako zbawiciel ferajny odstawionej od koryta, lecz po to by zeznawać na temat związków SKW z FSB, ale i tak został uroczyście przywitany na Dworcu Centralnym przez rozentuzjazmowany aktyw. Przy tej okazji nadmieniano, iż ostatni raz w ten sposób na warszawskim dworcu witano chyba Józefa Piłsudskiego po powrocie z Magdeburga - a że Tusk pisał pracę magisterską z kultu Marszałka w II RP, to wszystko ładnie się zapętla. Teraz czekam, aż ktoś namaluje portret Tuska na Kasztance. Albo na wiernym Grasiu. Takie malowidła będą się rozchodzić lepiej niż „Kossaki”.


*

Lolo-Pindolo”, czyli Sławek Nowak wybuduje Ukraińcom autostradę z Odessy do Lwowa - i dalej, aż do polskiej granicy. Jestem pewien, że przedsięwzięcie zakończy się pełnym sukcesem. Trwać będzie wprawdzie czterokrotnie dłużej niż planowano, w międzyczasie zbankrutuje połowa podwykonawców, a autostrada okaże się finalnie trzykrotnie droższa niż w Niemczech, ale koniec końców droga będzie „przejezdna”. A po wszystkim „Lolo-Pindolo” czmychnie za granicę z walizką zegarków i rozpocznie karierę domokrążcy w Gabonie – albo w jakimkolwiek innym kraju z którym Polska nie ma podpisanej umowy o ekstradycji.


*

Trzeba przyznać, że Donek Trampek to bystry gość. Jeżeli nawet wcześniej żywił jakieś złudzenia co do Rosji i Putina, to szybko zszedł na ziemię, czego dowodzi jego niedawna wypowiedź, że z Rosją nie sposób się dogadać. Proszę, wystarczyło mu zaledwie kilka miesięcy - a taki Obama żył w świecie iluzji przez większą część swej zdecydowanie zbyt długiej prezydentury.


*

Lider „KOD-Kapeli”, czyli niejaki Konrad M. został oskarżony o handel kobietami i dostarczanie ich do domów rozpusty. Niech zgadnę – werbował „aniołki” do haremu Ryszarda Petru? Jeśli tak, to nie dziwi nagła sylwestrowa eskapada pana Rysia – pewnie musiał pilnie odebrać nową porcję „towarów” dostarczanych via Madera, żeby zatrzeć ślady. Wieść niesie, że na kanwie tych wydarzeń powstać ma film „Portugalski łącznik”.


*

Swoją drogą, z Madery pochodzi słynny piłkarz Cristiano Ronaldo, przez fanów futbolu zwany pieszczotliwie „Krystyną” z racji iście kobiecej dbałości o swój wygląd. Hmm, czyżby chodziło o niego? I pomyśleć, że gdyby nie jakaś wścibska łajza, która zrobiła Rysiowi zdjęcie w samolocie, to mielibyśmy taki transfer!


*

Niezłomny Partyzant Wolnego Słowa, redaktor Tomasz Sakiewicz, zwany w niektórych kręgach „Sakiewką”, wyszarpał właśnie z Ministerstwa Środowiska 6 milionów złociszy na specjalny kanał „Puszcza TV” o Puszczy Białowieskiej. Już widzę jak „Sakiewka” czai się z kamerą w paprociach, żeby podglądać życie seksualne Adama Wajraka.


*

Na marginesie, ekspertem projektu będzie pani Katarzyna Szyszko-Podgórska – adiunkt w podlegającym Ministerstwu Środowiska Instytucie Ochrony Środowiska, a prywatnie córka ministra Jana Szyszko. To miło, że wszystko zostaje w rodzinie, nieprawdaż? W końcu takiej kasy nie można powierzyć byle komu.



Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 17-18 (26.04-09.05.2017)


piątek, 3 lutego 2017

Historia Katelyn

I. Samobójstwo na oczach świata

Była 12-letnią dziewczynką o imieniu Katelyn. Katelyn Nicole Davis. Mieszkała w miasteczku Cedartown w hrabstwie Polk w stanie Georgia i 30 grudnia ok. godz. 17:40 popełniła samobójstwo wieszając się na drzewie w okolicach swojego domu. Całość przygotowań i samobójstwo transmitowała telefonem na żywo w internecie. Nagranie, mimo usiłowań policji by usunąć je z sieci wciąż jest na nowo wrzucane w różne miejsca. Z tego co przeczytałem w artykule na jaki natrafiłem surfując po necie, dziewczyna miała problemy osobiste, w tym związane z depresją i molestowaniem.

Tyle wiedziałem, gdy zdecydowałem się odnaleźć ten zapis. Nie jestem amatorem „pornografii śmierci”, ale coś mnie podkusiło. Może zadecydował szokująco młody wiek ofiary? Sam do końca nie wiem.

W każdym razie, dotarłem do tego materiału i obejrzałem go.

Nie powinienem był tego robić - z miliona powodów - i przestrzegam innych. Choćby dlatego, że ten film jest jak cios obuchem i ktokolwiek go ujrzy, już się od niego nie uwolni. Te obrazy pozostaną w głowie do końca życia.

Nagranie trwa nieco ponad 42 minuty. Widzimy na nim Katelyn, jak oddala się od domu, popatrując poważnym wzrokiem w obiektyw telefonu. Włosy spięte w ciasny koczek, biała bluzka, dżinsy, podmalowane usta. Rozpoczyna przygotowania – z nieśpieszną, metodyczną precyzją. Nie odzywa się ani słowem. Ustawia telefon, na kilka minut znika gdzieś z kadru, potem wraca. Wspina się na drzewo, zawiązuje linę na gałęzi, schodzi, sprawdza długość, potem znów się wdrapuje by skrócić sznur. Wchodzi na ustawione do góry dnem wiadro, zakłada sobie pętlę, zeskakuje „na próbę”, znów wdrapuje się po drabinie na to cholerne drzewo i po raz kolejny skraca linę. Szarpie nią, by upewnić się, że mocno trzyma. Podchodzi do telefonu i sprawdza czy wszystko widać w kadrze. W tle zachodzi słońce, słychać przejeżdżające pobliską drogą samochody.

Katelyn rozpada się emocjonalnie dopiero gdy zaczyna mówić. Łkając, przeprasza bliskie jej osoby: za to, że nie była „wystarczająco ładna”; za to, że pojawiła się w ich życiu tylko po to, by tak szybko odejść; swojego internetowego „chłopaka” imieniem Luke, że nie była „wystarczająco dobra”; że okazała się słaba; że pozwoliła się pokonać depresji. Przeprasza Boga za „akt egoizmu”; przeprasza, że sprawia wrażenie „zdziry” która jest „bezwartościowa”. (Później dowiedziałem się, że „bezwartościową zdzirą” - „worthless whore” - nazwał ją znęcający się nad nią ojczym). W międzyczasie, wciąż mówiąc, wchodzi na wiadro. Przeprasza obserwujących, że muszą oglądac jej samobójstwo. W końcu wydusza z siebie zdławione „goodbye” i wykopuje wiadro spod nóg.

Ostatnie dwadzieścia minut nagrania to zapadający zmrok. Z pobliska dobiega głos nawołującej ją matki. I kilkukrotnie odzywająca się przeraźliwa melodyjka, którą Katelyn ustawiła jako dzwonek telefonu – wciąż transmitującego do sieci widok zarysów kołyszącego się lekko ciała, ledwie już widocznego w gęstniejących ciemnościach. Potem nie widać już nic, słychać tylko co jakiś czas tę upiorną melodyjkę dzwoniącego telefonu. I tak aż do końca.

A ja siedziałem jak skamieniały i czułem jedynie ścinający plecy mróz czystej grozy.

II. Koszmar samotności

Nie należę do wrażliwców, ale nie byłem w stanie myśleć o niczym innym. Musiałem się dowiedzieć co spowodowało, że Katelyn targnęła się na życie i postanowiła zrobić to na oczach świata. Tym bardziej, że polskie media skoncentrowały się na sensacji, nie zadając sobie trudu dotarcia do historii, która stała za tragedią. Szczyty osiągnęła „Polska The Times” wieszając bez żenady na swoich stronach internetowych samobójcze nagranie. Policja i administratorzy mediów społecznościowych na których Katelyn była obecna dołożyli starań, by usunąć jakiekolwiek materiały, które po sobie zostawiła, lecz internauci byli szybsi. Zdołali zarchiwizować jej zapiski blogowe, zdjęcia i nade wszystko – filmy, które zamieszczała w sieci. I to – w przeciwieństwie do ostatniego nagrania – Katelyn zwyczajnie się należało. Bo chciała zostać zapamiętana. I chciała, by wiedziano, dlaczego zrobiła co zrobiła. A mało kto wytrzymałby piekło, które było jej udziałem.

Powiedzieć, że funkcjonowała w toksycznym otoczeniu, to jak nic nie powiedzieć. Podła okolica, rozpadający się barak zamiast domu, wewnątrz wieczny chlew, brud, odrapane ściany i jakieś wiszące szmaty zamiast drzwi. Wszystko w nieustannym rytmie obracającego się pod sufitem, skrzypiącego wentylatora. Słowem, obraz tzw. „białej nędzy”. Uzależniona od prochów matka, której nigdy nie ma, a jeżeli już jest to z kolejnymi kochankami. Do tego dwoje młodszego rodzeństwa, którym dwunastoletnia Katelyn musi się całymi dniami opiekować. Nagrywała to, transmitując bezpośrednio do internetu i tworząc tym samym kronikę ostatniego miesiąca swojego życia (zachowane nagrania, często bardzo długie, pochodzą z grudnia 2016). W internecie posługiwała się pseudonimem „ITZ Dolly”. To jednak nie był videoblog lansującej się nastolatki. To było wołanie o pomoc z dna upodlenia.

Te obrazki najbardziej parszywej nędzy (bo tak wygląda dziś nędza w naszej części świata – technologia typu smartfon i internet potrafi płynnie łączyć się z koszmarem całej reszty) przerywane są jej wyznaniami. O ojczymie, który tłukł ją nabijanym ćwiekami pasem, obmacywał i próbował zgwałcić, mówiąc, że jest „bezwartościową szmatą” i „powinna się powiesić”. O biologicznym ojcu mieszkającym raptem dwie mile dalej, który nigdy jej nie odwiedził – nawet po pierwszej próbie samobójczej, kiedy nałykała się pigułek matki i wylądowała w szpitalu. O matce – narkomance i drobnej handlarce prochami. O 19-letnim „chłopaku” - internetowej znajomości, który rozmawiał z nią na Skype jednocześnie oglądając porno. Czasem w kadr wbiega wiecznie półnagi i zaniedbany jej pięcioletni braciszek i czteroletnia siostra. I tak dzień po dniu. W nagraniu z 29 grudnia mówi w pewnym momencie: „I'm so tired” („jestem taka zmęczona”). W innym - „I can't do this anymore” („już nie mogę tak dłużej”).

I w tym bagnie ona – dwunastolatka z fryzurą typu „emo”, czasem z ostrym, „gotyckim” makijażem. Niekiedy bywa wesoła, śpiewa, innym razem nie wytrzymuje tego co się wokół niej dzieje i rzuca „fuckami”, które w jej „domu” słychać zewsząd. Kłócąca się z matką. Płacząca w chwilach załamania. Mówiąca o swojej depresji, którą matka próbuje zagłuszyć faszerując ją prozacem. Sprawia przy tym wrażenie nad wiek dojrzałej, inteligentnej i przede wszystkim wrażliwej. W połączeniu z depresją ta mieszanka okazuje się zabójcza. Jest przy tym przeraźliwie samotna, jej jedynym przyjacielem jest telefon, wysłuchać tego, co ma do powiedzenia chcą tylko jej sieciowi „followersi”.

Bloga zatytułowanego „Diary of a Broken Doll” zakłada 21 grudnia i zamieszcza na nim 5 wpisów. Prócz tego co mówi na swoich filmach, pisze też o tym, że nie ma łóżka – śpi na starym, obrzydliwym materacu rzuconym na podłogę. Ta zaś jest wiecznie mokra z powodu przeciekających rur i zieje w niej wielka dziura na wylot, przez którą ciągnie zimnem. O tym, że nie cierpi zbliżającego się Bożego Narodzenia i nie czuje „świątecznego ducha”. O tym, co robił jej ojczym. Ostatni wpis pochodzi z 27 grudnia i wprost rozważa w nim samobójstwo. Nie wie jeszcze, czy się powiesić, czy podciąć sobie gardło nożem. Okalecza się – nie pierwszy raz zresztą - i zamieszcza zdjęcie swych pociętych ud. Kończy jednak stwierdzeniem, iż wie, że bez względu na to jak bardzo chciałaby się zabić, nie może pozwolić zawładnąć sobą „tym demonom”. Tego wieczora zamierza się modlić i prosić Boga o odpowiedź.

W ostatnim internetowym nagraniu – już z dnia samobójstwa – wychodzi na zewnątrz, podchodzi do pobliskiego drzewa i mówi: „this is where I hang” („tutaj się powieszę”). Kilka godzin później spełnia tę zapowiedź.

III. Epilog

30 grudnia w Cedartown słońce zachodziło o 17:41. Policja zjawiła się na miejscu ok. godz. 18:00. Ratunek spóźnił się o jakieś 20 min. Spośród wszystkich osób oglądających na żywo samobójstwo, tylko jeden widz z Kalifornii zaalarmował policję. Inni, jak namierzony przez internautów niejaki Tarik z Casablanki w Maroku, wręcz ją podżegali, pisząc „do it!”. Ojczym Katelyn ma sprawę o molestowanie, pozostałą dwójkę rodzeństwa przekazano pod opiekę dziadkom. Na Facebooku zawiązała się grupa „Justice For Katelyn Nicole Davis” domagająca się ukarania obojga rodziców i monitorująca postępy w śledztwie, podobnie jak youtuber o pseudonimie „mr. Gunk”.

Cóż mogę dodać. Nigdy nie zapomnę poważnego spojrzenia Katelyn skierowanego w obiektyw telefonu. Spojrzenia straumatyzowanej dziewczynki, która widziała i przeżyła rzeczy, jakich żadne dziecko doświadczać nie powinno. I która pewnego dnia powiedziała sobie: już wystarczy.

Symboliczne pożegnanie Katelyn Nicole Davis odbyło się 6 stycznia 2017 roku - przy pustej trumnie. Ciało wciąż jest w kostnicy do dyspozycji koronera w związku ze śledztwem. 20 lutego Katelyn skończyłaby 13 lat.

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 04 (175) 25.01.2017 - 31.01.2017

sobota, 30 lipca 2016

Wołyńskie korowody

Rozbestwiliśmy i rozchamiliśmy kijowskie elity, które nie bez podstaw uznały, że poparcie Warszawy mają bezwarunkowo i za darmo, w związku z czym nie muszą się nami przejmować.


I. Polska wersja negacjonizmu

Przy okazji kolejnej rocznicy Krwawej Niedzieli i partyjno-sejmowych wołyńskich korowodów ze szczytem NATO w tle, napisano i powiedziano już chyba wszystko – i na temat ukraińskich uroszczeń wobec polskiej polityki historycznej, i o żenującym kunktatorstwie PiS – w tym również względem amerykańskich życzeń co do naszego układania sobie relacji z sąsiadem zza miedzy. Z drugiej strony zaś tradycyjnie było o „ruskiej agenturze” i „pachołkach Putina”. A jednak dodam i ja swoje trzy grosze, jako że zostaliśmy w międzyczasie uraczeni pewnym niespotykanym dotąd novum w ramach wołyńskiej narracji. Oto sączyć zaczęto – wbrew podstawowym faktom - polską mutację tezy lansowanej niekiedy na Ukrainie, jakoby ludobójstwa na Kresach dokonały oddziały sowieckiej partyzantki podszywające się pod UPA, co jak można domniemywać, miało przynieść efekt w postaci „bratobójczej wojny” polsko-ukraińskiej o której prawi konsekwentnie w ramach forsowania fałszywej symetrii szef ukraińskiego IPN Wołodymyr Wiatrowycz.

Polska wersja owego negacjonizmu wołyńskiego objawiona nam przez Jarosława Sellina z sejmowej trybuny brzmi: gdyby nie Sowieci, którzy wspólnie z Niemcami zniszczyli II RP, to ludobójstwa by nie było. Owszem, słuszna racja, ale nie dlatego, że ukraińscy nacjonaliści by go nie chcieli – bo „oczyszczenie” terenów z „niepożądanych” elementów planowali już przed wojną – tylko dlatego, że nie mieliby takiej możliwości. Wybuch wojny stworzył jedynie dogodną okazję do wyrżnięcia grup etnicznie obcych z Polakami na czele oraz „schłopiałych” Ukraińców. Doprawdy, Sowieci mają na sumieniu wiele zbrodni i ludobójstw – ale akurat nie tę i uprawianie tego rodzaju łamańców tylko ośmiesza autorów. Powtórzmy – warunki wojenne jedynie stworzyły okazję do tego, co banderowcy od dawna chcieli zrobić.

Wiceminister Sellin stwierdził również, że „niezależnie od Wołynia uważamy, że w dzisiejszej sytuacji trzeba państwu ukraińskiemu pomóc przetrwać (...)”, bo „z kim mamy dialogować, jeśli nie przetrwa państwo ukraińskie?”. I to już jest demagogia czystej wody, gdyż przetrwanie Ukrainy w najmniejszym stopniu nie zależy od tego, czy i w jaki sposób będziemy czcić ofiary rezunów i jakie podejmiemy w związku z tym uchwały w polskim parlamencie. Ukraina – powtórzę swą konstatację z wcześniejszych tekstów – jest państwem upadłym, bankrutem pod międzynarodowym protektoratem lub zgoła zarządem komisarycznym i o jej losie zadecydują potęgi rozgrywające tam swoją partię dwa piętra ponad naszymi głowami. W obecnej sytuacji to Ukrainie winno zależeć na przyjaźni z nami, jeśli chce mieć w swoim bezpośrednim otoczeniu jakiegokolwiek życzliwego sąsiada.


II. Polsko-ukraińska asymetria

Najwyraźniej jednak Ukraińcom kompletnie na tym nie zależy. Postawili na banderyzm jako mit założycielski i fundament wspólnoty narodowej, w czym ośmielała ich do tej pory tchórzliwa bierność polskich rządów spętanych na dodatek mentalnie giedroyciowską mitologią polityczną. Mamy tu rażącą asymetrię – my obchodzimy się z Ukrainą jak ze śmierdzącym jajkiem, bo inaczej się obrazi i pójdzie do ruskich (oczywisty nonsens, zwłaszcza teraz), Ukraińcom natomiast nasza wrażliwość historyczna wisi kalafiorem i konsekwentnie robią swoje. Podkreślmy to – Polska do tej pory swą ugodową polityką i kurczowym zaciskaniem oczu przez kolejne rządy nie ugrała kompletnie nic. Więcej – rozbestwiliśmy i rozchamiliśmy kijowskie elity, które nie bez podstaw uznały, że poparcie Warszawy mają bezwarunkowo i za darmo, w związku z czym nie muszą się nami przejmować.

Dodatkowym czynnikiem jest nasza wasalna polityka uprawiana z nadania kolejnych patronów – czy to Moskwy, czy to Berlina, czy Waszyngtonu – z których każdy, choć z nieco innych powodów, chciał mieć „spokój na dzielnicy” i nie życzył sobie, byśmy podnosili publicznie „kwestie drażliwe”. Tak jest i dzisiaj. Ukraińcy dufni poparciem USA mogą pozwolić sobie na ewidentne prowokacje w rodzaju ustawy gloryfikującej UPA, czy nadania reprezentacyjnej ulicy Kijowa imienia Bandery – doskonale wiedząc, że wystarczy prewencyjnie naskarżyć na nas Amerykanom, by ci stłumili w zarodku jakąkolwiek reakcję z naszej strony. Spektakularnym przykładem była randka marszałka Sejmu, Marka Kuchcińskiego, z ukraińskim odpowiednikiem - Andrijem Parubijem w asyście Jurija Szuchewycza, podczas której solennie obiecał, że przed szczytem NATO nie będzie żadnych sejmowych uchwał w sprawie Wołynia. Wszystko pod ewidentnym naciskiem Waszyngtonu. Honor starał się uratować Senat swoją uchwałą apelującą do Sejmu o należyte uczczenie ofiar, my zaś na osłodę dostaliśmy kabotyński gest Poroszenki klękającego przed pomnikiem wołyńskim – praktycznie bez udziału ukraińskich dziennikarzy, toteż na Ukrainie niemal tego nie odnotowano.

Przyjęta przez Sejm uchwała ws. kresowego ludobójstwa nie załatwia wszystkiego – po pierwsze, w przeciwieństwie do ustawy, nie ma ona mocy powszechnie obowiązującej; po drugie – nie da się zapomnieć dotychczasowych krętactw i obijania się od ściany do ściany. PiS chciałoby bowiem zjeść ciastko i mieć ciastko – z jednej strony nie drażnić Ukrainy i Stanów Zjednoczonych, z drugiej zaś – nie stracić elektoratu Kresowian i wszystkich tych, którym upamiętnienie kresowego ludobójstwa leży na sercu (i którym w kampanii złożono stosowne obietnice). Skoro można było ustawowo uczcić Żołnierzy Wyklętych, to można również oddać ustawą hołd ofiarom banderyzmu.


III. Panie Targalski, ochłoń Pan

W tym miejscu muszę przejść do polemiki z tezami wygłaszanymi zarówno w mediach elektronicznych, jak i np. w komentarzach na portalu „Nasze Blogi” przez Jerzego Targalskiego. Jest to bowiem smutny przykład, jak błyskotliwy człowiek, którego analizy na wszelkie inne tematy potrafią być naprawdę inspirujące, potrafi z iście nieprzytomnym zacietrzewieniem rzucać się na każdego, kto podnosi sprawę kresowego ludobójstwa.

Mówi nam red. Targalski, że współczesny banderyzm jest antyrosyjski, nie antypolski. Otóż nie – nie da się wskrzesić wampira częściowo. To, że obecnie eksponowany jest element antyrosyjski jest wyłącznie wynikiem doraźnej potrzeby politycznej ze względu na wojnę z Rosją (ta wojna to zresztą dla Polski błogosławieństwo i oby trwała jak najdłużej). W momencie, gdy sytuacja w Donbasie się nieco uspokoi i znormalizuje, z równą łatwością będzie można uaktywnić polakożercze oblicze banderyzmu, które podskórnie wciąż jest obecne i jak najbardziej żywe. Wszystko zależne jest jedynie od bieżącego zapotrzebowania.

` Polska wg Targalskiego ma szansę stać się poważnym, regionalnym graczem, ale tylko wówczas, jeśli nie będzie postrzegana (jak rozumiem, przez USA) jako „rozsadnik chaosu” (czyli, nie będzie zadrażniać stosunków z Ukrainą gadaniem o Wołyniu). Znów – nie. Polska abdykująca pod cudze dyktando z kształtowania własnej, oficjalnej pamięci historycznej nie będzie żadnym „graczem”, tylko popychadłem. Tak jak za Tuska, któremu też kadzono, że w Europie „gra z największymi” i był poklepywany w Berlinie i Brukseli. Zmienimy jedyne protektora, bez żadnej różnicy jakościowej jeśli chodzi o podmiotowość polityczną. Nawiasem - Ukraińcom jakoś nie przeszkadza, że kultywując banderyzm i prowokując Polskę, mogą stać się „rozsadnikami niepokojów”.

No i wreszcie zarzuty formułowane wobec Kresowian: że są na pasku Putina i gotowi są poświęcić Polskę, byle dokopać Ukraińcom, wreszcie – że przemilczają sowieckie zbrodnie na Polakach. Tu już redaktor Targalski walczy – dodajmy, w wyjątkowo obrzydliwy i nieuczciwy sposób – z wykreowanymi przez siebie fantomami. Środowiska, które straciły z rąk banderowców bliskich, przez dziesięciolecia traktowane były po macoszemu. Dziś, przez lata zwodzone przez polityków obiecankami, dopominają się głośno o pamięć i godne uczczenie ofiar. Sprowadzanie wszystkiego do kwestii „milczeć, bo Putin” to obsesja i prymitywny szantaż moralny – podobny zresztą usiłowali uprawiać przedstawiciele ukraińskich elit w niedawnym „liście do Polaków”. Nikt nie milczy o sowieckich zbrodniach, nie ma żadnych przeciwwskazań, by uczcić zarówno Wołyń 11 lipca, jak i ludobójstwo sowieckie 17 września – więcej, tak właśnie należy zrobić, bo mieszanie tych dwóch zbrodni jest ordynarnym fałszowaniem historii. Insynuowanie zaś agenturalności to prostacka obelga i tani chwyt erystyczny obliczony na zdeprecjonowanie adwersarza.

Tymczasem, najskuteczniejszym rozwiązaniem, wyjmującym narzędzia z rąk ewentualnych agentów/prowokatorów usiłujących grać na społecznych emocjach, jest podniesienie do rangi ustawowej 11 lipca jako Narodowego Dnia Pamięci Ofiar Ludobójstwa dokonanego przez ukraińskich nacjonalistów na obywatelach II RP i elementarna równowaga w polityce historycznej. Kresowego ludobójstwa nie da się już schować z powrotem do kazamatów niepamięci. Trzeba przeciąć ten nabrzmiewający wrzód – nawet jeśli redaktor Targalski będzie do wyplucia płuc wrzeszczał ze swojego fotela o „ruskiej agenturze”.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 30 (27.07-02.08.2016)

Pod-Grzybki 60

W ramach nadwiślańskiego negacjonizmu wołyńskiego kręgi ukrainofilskie wyprodukowały taką oto „narrację”: kresowe ludobójstwo było winą sowieckiej agentury w szeregach OUN/UPA. No, chciałbym zobaczyć reakcję naszych braci-Ukraińców, gdy dojdą ich słuchy, że Polacy kolportują wieści, jakoby ich „heroje” byli bandą sowieckich agentów, kolaborantów i pożytecznych idiotów... Doprawdy, warto chwilę pomyśleć, zanim zaczniemy się zapędzać w lizusostwie, bo łatwo osiągnąć efekt przeciwny do zamierzonego.


*

Okazuje się, że specjalna linia kredytowa NBP dla ukraińskiego bankruta to za mało. Teraz będziemy również dostarczać Ukrainie sprzęt wojskowy. Mam nadzieję że chociaż nie za darmo, ani nie na kolejny kredyt na wieczne nieoddanie, bo gdyby tak było, to okazalibyśmy się jeszcze większymi frajerami, niż do tej pory.


*

Znany teolog Sławomir Sierakowski oznajmił, iż papież Franciszek jest obecnie jedynym przywódcą „globalnej lewicy”. Hmm, jak się dobrze zastanowić i wsłuchać w „nauczanie samolotowe” papieża, to najstraszniejsze w tej całej grotesce jest to, że Sierakowski może mieć rację...


*

PiS wzorem Platformy sprzed kilku lat uwierzyło, że „nie ma z kim przegrać” i postanowiło wdrożyć program „koryto plus” w którym oprócz podwyżek dla urzędników administracji centralnej (na ogół uzasadnionych), czyjaś ręka dopisała także podwyżki uposażeń poselskich. Cóż, pisałem już kiedyś w tym miejscu, że zdobycie mandatu to inwestycja rzędu najmarniej 100 tys zł – najczęściej na kredyt, bo jak kogoś stać na wyłożenie 100 tys. gotówką, to posłowanie nie jest mu do niczego potrzebne. W konsekwencji kadencję w Sejmie rozpoczyna najczęściej banda pozadłużanych gołodupców, którzy dążą do jak najszybszego zwrotu poniesionych nakładów, by w końcu zacząć wychodzić na swoje. Nie dziwmy się więc posłanko-redaktorce Lichockiej, że rzuciła się do szturmu na kasę, niczym Joanna d'Arc na Orlean. W końcu nie po to przecież przez tyle lat ofiarnie biedowała w „zonie wolnego słowa”, żeby teraz nic z tego nie mieć, prawda?


*

Swoją drogą, te osiem lat opozycyjnego postu musiało być naprawdę bolesne, skoro zaryzykowano taką wpadziochę wizerunkową. Cóż, potrzeby socjalne są, apetyty rosną w miarę jedzenia, a kadencja krótka. Zanim się człowiek obejrzy, znów trzeba będzie się gryźć o „biorące” miejsce na liście w jakimś Kaliszu czy innej Łomży – i to bez żadnej gwarancji sukcesu. A tu trzeba przecież jeszcze zaoszczędzić na kampanię, żeby nie ładować się w kolejny kredyt - desperacja, panie, desperacja...


*

Lobby lichwiarskie ma kolejny powód, by nienawidzić PiS. Otóż wskutek programu „500+” zmalała liczba udzielanych „chwilówek”. A przecież polska biedota miała wpędzać się w pętlę długów, tak by koniec końców można było przejąć jej mieszkania. Tymczasem, nie dość, że dojne bydło zaczęło kupować sobie buty i lepsze żarcie, to jeszcze nie chce się zapożyczać i lichwiarze muszą zwijać interes. Widział kto takie rzeczy?

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 30 (27.07-02.08.2016)

sobota, 23 lipca 2016

Wokół NATO-wskiego szczytowania

W relacjach z Rosją warto się trzymać prostej zasady: siła i zdecydowanie ma walor odstraszający, zaś słabość i chwiejność prowokują do agresji.


I. Szczyt sprzed ośmiu lat

Warszawski szczyt NATO ma spore dane ku temu, by z perspektywy czasu ocenić go jako przełomowy. Oczywiście, ocena ta będzie zależna od różnych zmiennych – głównie od tego w jaki sposób ustalenia na nim zapadłe zostaną wcielone w życie i jaka w dalszej konsekwencji będzie polityka Sojuszu. Ale potencjał jest.

Pierwsze, co przychodzi na myśl, to porównanie ze szczytem, jaki odbył się osiem lat temu w stolicy innego państwa naszego regionu – w Bukareszcie między 2 a 4 kwietnia 2008 r. Wówczas na linii Rosja – Europa Zachodnia panowała atmosfera odprężenia i radosne oczekiwanie na intratne interesy we „wspólnej przestrzeni od Lizbony do Władywostoku”, pieczętowane przygotowaniami do budowy Nord Stream. Polska pod rządami PO wchodziła właśnie na długie lata w orbitę niemieckich wpływów i porzucała regionalne aspiracje, czyli jak ujął to kilka miesięcy później Aleksander Smolar, krytykując prezydenta Lecha Kaczyńskiego - „postjagiellońskie mrzonki”. Rząd Tuska z Radosławem Sikorskim jako szefem MSZ dodatkowo sabotował negocjacje w sprawie flagowego projektu prezydenta George'a W. Busha, czyli Tarczy Antyrakietowej – zarówno ze względu na swego niemieckiego patrona, jak i zwyczajnie na złość Kaczyńskiemu.

Tamten szczyt skończył się jednym wielkim „niczym”. Trzęsący Europą tandem „Merkozy” (kanclerz Merkel i prezydent Francji Sarkozy) storpedował wbrew kończącemu drugą kadencję Bushowi zaoferowanie Ukrainie i Gruzji Planu Działań na rzecz Członkostwa, co dodatkowo zaakcentował gromkim „niet” Władimir Putin podczas spotkania Rady NATO-Rosja 4 kwietnia (Putin przybył do Bukaresztu już 3 kwietnia). Kilka miesięcy później nastąpiła rosyjska agresja na Gruzję, a 15 września 2008 nastąpiło bankructwo Lehmann Brothers zapoczątkowując globalny kryzys finansowy, co walnie przyczyniło się do ograniczenia marzeń o europejsko-rosyjskim kręceniu lodów, zaś jesienią prezydentem został Barack Obama. Już w marcu 2009 na spotkaniu w Genewie sekretarz stanu Hillary Clinton i szef rosyjskiego MSZ Siergiej Ławrow zapoczątkowali politykę „resetu”, symbolicznie potwierdzoną 17 września 2009 rezygnacją z budowy tarczy antyrakietowej, co w praktyce oznaczało wycofanie się USA z aktywnej polityki w naszym regionie i oddanie go pod zarząd Niemcom i Rosji w charakterze „kondominium”. Ponurym pokłosiem powyższego stał się zamach smoleński 10 kwietnia 2010 r.


II. Potencjał jest

Jakże dziś inaczej to wszystko wygląda... Teraz to Barack Obama jest u schyłku swej drugiej kadencji i po licznych, mocno nieprzyjemnych przejściach w rozgrywce z Putinem. Trzeba oddać, że fiasko polityki „resetu” i przerobienie go na szaro przez Putina miało walor otrzeźwiający. Stąd zarówno wyłuskiwanie Ukrainy z rosyjskiej strefy wpływów – plus Niemcy, którym zamarzyło się poszerzenie przestrzeni Mitteleuropy o Kijów, co doprowadziło do nieuchronnego spięcia i „wojny zastępczej” z Rosją – jak i częściowe przełamanie układu NATO-Rosja z 1997 r. Układ ów pod postacią „Aktu Założycielskiego o Wzajemnych Stosunkach, Współpracy i Bezpieczeństwie między NATO a Federacją Rosyjską” wprowadzał na rosyjskie życzenie de facto podział na dwie kategorie członków – pełnowartościowych („starych”) i drugiej kategorii („nowych”). W tych ostatnich państwach miało nie być żadnych poważniejszych instalacji militarnych i przez znaczną część politycznych elit krajów Europy Zachodniej ustalenie to wciąż ma rangę dogmatu utrzymującego wygodną „strefę buforową” w Europie Środkowej.

Dogmat ten właśnie został zakwestionowany poprzez rozmieszczenie w Polsce i krajach nadbałtyckich czterech natowskich batalionów w ramach „stałej, rotacyjnej obecności”. Może to i nieco kulawa formuła wzmacniania „wschodniej flanki Sojuszu”, niemniej można ją uznać za tzw. „dobry początek”, symboliczny przełom zmierzający do równouprawnienia „starych” i „nowych” członków (zresztą, ci „nowi” należą do NATO już od kilkunastu lat), którego zwieńczeniem winny być stałe bazy na wschodniej flance. Ramowymi koordynatorami owej obecności będą: USA w Polsce, Niemcy na Litwie, Kanada na Łotwie i Wlk. Brytania w Estonii. Oczywiście, cztery bataliony nie odstraszą regularnej armii, ale „hybrydowych” zielonych ludzików – owszem. Powtórzę, potencjał jest.


III. Pacyfiści

W tym miejscu warto się odnieść do przeciwników obecności wojsk NATO na naszym terytorium, którzy zdają się nie odróżniać sojuszu od okupacji. Jako argument podnoszone jest prowokowanie Rosji i wplątywanie Polski w jakąś przyszłą wojnę na wzór brytyjsko-francuskich gwarancji z 1939 r. Powiem tak: Hitler uderzył właśnie dlatego, że słusznie uznał alianckie gwarancje za fikcję, nie wierzył nawet, że Wlk. Brytania i Francja zdecydują się wypowiedzieć mu wojnę. Gdyby w 1939 r. stacjonowały w Polsce angielskie i francuskie wojska, to Hitler ze Stalinem dwa razy by się zastanowili zanim zdecydowaliby się zaatakować. I tu jest zasadnicza różnica jakościowa między pułapką z 1939 r., a obecnymi rozwiązaniami.

Po drugie, sprzeciw wobec batalionów NATO jako żywo przypomina wrzaski zachodniego lewactwa z czasów, gdy Ronald Reagan rozmieszczał w RFN Pershingi w odpowiedzi na sowieckie SS-20. Wówczas również wieszczono globalny kataklizm i wołano, iż „lepiej być czerwonym, niż martwym”. Jazgot ten w znacznej mierze finansowany był przez Fundusz Zagraniczny KPZR – ciekawe, jak jest dzisiaj. Tymczasem, w relacjach z Rosją warto się trzymać prostej zasady: siła i zdecydowanie ma walor odstraszający, zaś słabość i chwiejność prowokują do agresji. Wiedział o tym Reagan, nie chcieli wiedzieć uczestnicy wspomnianego na wstępie szczytu w Bukareszcie i Obama z okresu „resetu” - na efekty nie trzeba było długo czekać. Zresztą, to Rosja cyklicznie trenuje atak na Polskę w ramach manewrów „Zapad” i „prewencyjnie” szantażuje nas rakietami, więc o czym tu w ogóle mówić? A przy okazji – już podczas „poszczytowego” posiedzenia Rady NATO-Rosja w Brukseli (na szczeblu ambasadorów), Rosja zrobiła się nagle bardzo konstruktywna w kwestii „incydentów” z naruszaniem przestrzeni powietrznej i lotów bojowych nad Bałtykiem.

No i wreszcie, koncepcja „zbrojnej neutralności” Grzegorza Brauna – czyli Polska ogłasza neutralność na której straży ma stać nasza własna, silna, nowoczesna armia. Nie odrzucałbym jej z góry, ale jest to projekt nawet nie na „jutro”, lecz na „pojutrze”. Dziś na papierze wszystko wygląda pięknie, tylko że aktualnie polska armia jest w rozsypce i miną lata zanim osiągnie zdolność bojową pozwalającą na ochronę naszych granic i przyszłej neutralności. Putin będzie łaskawie czekał? Przypomina to hasła rodem z czasów saskich, kiedy to przyjęto, że słaba, pozbawiona wojsk Rzeczpospolita nie stanowiąca zagrożenia dla sąsiadów jest najlepszym gwarantem, że nas nikt nie zaatakuje. Efekt wiadomy. Słowem – dopóki nie osiągniemy odpowiedniej siły militarnej, NATO jest nam niezbędne do przetrwania.


IV. Zagrożenia

Jednak, oczywiście, nie wszystko musi pójść zgodnie z kierunkiem wyznaczonym 8-9 lipca w Warszawie. Mnie np. niepokoi obecność Bundeswehry na Litwie. Raz – dlatego, że w ten sposób Niemcy zachodzą nas od strony tzw. „przesmyku suwalskiego” i jakoś tak dziwnie zbliżają się do „ziem utraconych” w dawnych Prusach Wschodnich. Dwa – idę o zakład, że Litwa pod niemieckim parasolem ochronnym kompletnie już przestanie się z nami liczyć i przystąpi do wzmożonego przykręcania śruby polskiej mniejszości, a że litewski nacjonalizm historycznie jest proniemiecki, to i kolaboracja będzie bardziej owocna – może chociażby na wzór ukraińskich neobanderowców odżyć w przestrzeni publicznej spuścizna Szaulisów. Trzy – Niemcy wciąż, zachowując pozory lojalnego członka NATO, w dużej mierze grają „na Rosję”. Wystarczy przypomnieć słowa szefa MSZ Franka-Waltera Steinmeiera o manewrach „Anakonda” jako o „potrząsaniu szabelką”. Swoją drogą – skąd my znamy tę retorykę... W tym kontekście powstaje pytanie – jak zachowa się niemiecki batalion w przypadku wkroczenia na Litwę „zielonych ludzików”? Doprawdy, wolałbym, by akurat niemiecka armia pozostawała za Odrą, choć widok cesarzowej Angeli, przyzwyczajonej do brylowania w międzynarodowym towarzystwie, a w Warszawie schowanej gdzieś w drugim szeregu i robiącej dobrą minę do złej gry, był sam w sobie wielce przyjemny.

Kolejna rzecz, to wybory w USA i pytanie, w którą stronę pokieruje Sojusz kolejny prezydent. Przypomnę, że Hillary Clinton stała za poronioną polityką „resetu”, zaś Donald Trump to izolacjonista – żadna z tych opcji nie wróży dobrze. I tu pojawia się kwestia – na ile „siła instytucjonalna” NATO i zapadłe ustalenia skorygują zapędy Clinton/Trumpa, na ile zaś przyszły prezydent wróci w utarte koleiny „konstruktywnego dialogu” z Rosją kosztem naszego regionu i zacznie się wycofywać rakiem z warszawskich decyzji?

Podsumowując, szczyt NATO w Warszawie był sukcesem – póki co, doraźnym i taktycznym. Czy będzie również sukcesem długofalowym, wkrótce się okaże.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 29 (20-26.07.2016)

Pod-Grzybki 59

Skończyło się piłkarskie Euro, francuskie służby odetchnęły z ulgą, zaczęto odbierać okolicznościowe premie, agenci dostali wolne i rozjechali się na zasłużone urlopy... i wtedy, wyczekawszy na dogodny moment tzw. „samotny wilk” postanowił rozjechać ciężarówką kilkadziesiąt osób podziwiających świąteczne fajerwerki. Pojawiły się z miejsca różne teorie – co, jak i dlaczego – więc i ja podzielę się własną, chociaż będzie to tzw. robienie sobie jaj z pogrzebu. Otóż ten człowiek zwyczajnie sfiksował na punkcie gry „Pokemon Go” - a że przeciskanie się przez zbity tłum ze smartfonem w garści było cokolwiek uciążliwe, więc postanowił uprościć sobie zadanie za pomocą TIR-a. Przesada? Cóż, Zachód skretyniał do tego stopnia, że nie takie rzeczy jeszcze zobaczymy. Skoro dorośli ponoć ludzie potrafią uganiać się za Pokemonami po Auschwitz...


*

Współczując ofiarom psycho-fana Pokemonów, warto zapytać: czy Francuzi wreszcie otrzeźwieją, czy nadal będą zawodzić w pacyfistycznym amoku „Imagine” Johna Lennona? No i czy pani Mogherini już się poryczała, czy uznała, że Nicea, to jednak nie Bruksela i po niej płakać nie warto?


*

Mamy odpowiedź na powyższe – w reakcji na zamach Francuzi zaczęli rysować kredą kolorowe obrazki na nicejskiej promenadzie. Ujrzawszy to terroryści łykając łzy solennie obiecali, że nie będą już więcej łapać Pokemonów.


*

Tak przy okazji – muszę Państwu wyznać, że słabo wierzę w tzw. „samotnych wilków”. Przykładam tu maksymę Mike'a Oldfielda – muzyka znanego m.in. z kompozycji „Tubular Bells”: „Improwizacja to wspaniała rzecz, zwłaszcza jeśli została wcześniej starannie przemyślana”. I zawsze, gdy jakiś „samotny wilk” ni z tego, ni z owego detonuje bombę, strzela do ludzi, czy zaczyna rozjeżdżać ich ciężarówką, zadaję sobie pytanie: czy ta krwawa improwizacja nie została aby zawczasu przez kogoś „starannie przemyślana”?


*

I jeszcze zastanawiająca rzecz – otóż zamachowiec ponoć był służbom „znany”, podobnie jak „znani” byli im zamachowcy z Paryża, teraz zaś dowiadujemy się, że wiedziano również o jego SMS-ach w których prosił przełożonych z IS o broń. Wychodzi więc na to, że francuskie spec-służby kolekcjonują sobie terrorystów i wklejają do albumów. A potem oficerowie robią zakłady o to, czyj „podopieczny” zabije więcej ludzi. Tak to widzę, bo inaczej całej sytuacji wyjaśnić nie sposób.


*

Ale! Jeszcze nie ochłonęliśmy po Nicei, a tu okazało się, że w Turcji wielki wezyr Kara Mustafa zbuntował się przeciw sułtanowi Erdoganowi. Najwyraźniej sułtan planował wezyra potraktować jedwabnym sznurem na szyi za dopuszczenie do zamachu na lotnisku w Stambule i Kara Mustafa nie czekając na wyrok postanowił przejąć inicjatywę. Lecz nie z sułtanem Erdoganem takie numery. Ponoć już dostarczono mu głowę Kara Mustafy w dzbanie z miodem. Czy prezydent Obama pochyli się teraz nad stanem demokracji w Turcji i zacznie prawić morały na temat „uniwersalnych wartości” na straży których stoi NATO?


Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 29 (20-26.07.2016)

sobota, 16 lipca 2016

Między Kielcami, Jedwabnem, a Wołyniem

Funkcją tego, co obserwujemy w przypadku Kielc i Jedwabnego jest tworzenie i kolportaż pewnej mitologii przybranej w pseudonaukowy kostium i opatrzonej urzędowym stemplem.


I. Kozioł ofiarny

Początek lipca jest osobliwą porą w naszym kalendarzu historycznym. 4 lipca to rocznica tzw. „pogromu kieleckiego”, 10 lipca to rocznica masakry w Jedwabnem, 11 lipca zaś to rocznica wołyńskiej Krwawej Niedzieli. Dwie pierwsze daty stanowią przy tym swoiste apogeum żydowskiego, świeckiego „roku liturgicznego” i wraz z rocznicą wybuchu powstania w warszawskim getcie (19 maja) grupują się w swoiste triduum martyrologicznej hagady. W obecnych warunkach owa hagada koncentruje się – jakże by inaczej – na piętnowaniu odwiecznego, polskiego antysemityzmu, wychodzi więc na to, że co najmniej trzy razy do roku jesteśmy poddawani quasi-religijnemu obrzędowi rytualnego (samo)biczowania. Innymi słowy, zostaliśmy ustawieni w znanej ze starożytnego judaizmu roli kozła ofiarnego na którego kapłan przenosi grzechy całego ludu. I tak oto, w przypadku powstania w getcie biczowani jesteśmy za „bierność” w obliczu Zagłady, co jest odpowiednikiem rytualnego oczyszczenia się ludu Izraela z własnej bierności i kolaboracji elit z „nazistami”. „Pogrom kielecki” przesłonić ma łajdactwa „czerwonych” Żydów instalujących na sowieckie zlecenie w Polsce komunizm, natomiast Jedwabne – wcześniejsze entuzjastyczne powitanie na Kresach sowieckich wojsk i czynny współudział w likwidacji przywódczych warstw polskiego społeczeństwa na wschodnich obszarach II RP.

Rytuał ten każdorazowo ma podobny scenariusz. Oto czołowi przedstawiciele polskich władz państwowych stawiają się przed obliczem żydowskich delegacji (bądź piszą stosowne listy) i dokonują ceremonialnej ekspiacji, samokrytyki, oraz składają solenne przyrzeczenia, że na „antysemityzm” nie ma i nie będzie w Polsce przyzwolenia. Powyższe w praktyce oznacza zielone światło dla wszelkiej maści zawodowych tropicieli różnych odchyleń od jedynie słusznej linii oraz urzędową gwarancję, że obowiązująca oficjalnie wersja wydarzeń nie zostanie nigdy poddana jakiejkolwiek nieprawomyślnej rewizji. Strona żydowska kwituje ów spektakl samoupokorzenia pomrukiem aprobaty i oddala się do swoich spraw. My zaś oddychamy z ulgą, że znowu nam się upiekło i Żydzi nie urządzą nam jatki w światowych mediach. Społeczność międzynarodowa natomiast zostaje po raz kolejny utwierdzona w przekonaniu o polskich historycznych winach nie do wymazania, które znowu zostały potwierdzone przez samych Polaków. I tak do następnego roku, kiedy to cały ceremoniał powtarza się od nowa.


II. Po co nam historia?

Tymczasem, historia nigdy nie jest zapisana raz na zawsze. Jak każda nauka winna ona podlegać nieustannej weryfikacji – w miarę pojawiania się nowych danych, źródeł, faktów, interpretacji. Historia kształtuje się w ogniu sporów i polemik. Jeżeli jakiekolwiek nowe ustalenia, czy wręcz próby dokonania takowych traktuje się niczym zamach na „zapisaną w księgach” dogmatykę, mamy do czynienia nie z historią, a ze świeckim odpowiednikiem religii, hagadą – opowieścią tworzoną nie w celu poznania prawdy, lecz zgoła innym. Funkcją tego, co obserwujemy w przypadku Kielc i Jedwabnego jest tworzenie i kolportaż pewnej mitologii przybranej w pseudonaukowy kostium i opatrzonej urzędowym stemplem. Można to również nazwać polityką historyczną – formą „piaru” realizowanego na światowy użytek. Nie jest to jednak ani nasza polityka, ani nasz „piar”. My w tej całej konstrukcji jesteśmy jedynie przedmiotem, nie podmiotem. Tworzywem w rękach twórców, lepiących nas stosownie do swych bieżących potrzeb – a tą potrzebą jest aktualnie, byśmy byli przeczołganym publicznie narodem zbrodniarzy, których można co najwyżej zdawkowo pochwalić, że przynajmniej nie odżegnują się od swych postępków i genetycznie zaprogramowanych morderczych skłonności.

Z drugiej strony jednak, trzeba nas stale mieć na oku, trzymać w ryzach i cyklicznie, konsekwentnie dyscyplinować, byśmy przypadkiem nie zhardzieli i nie uwolnili tkwiących w naszym kodzie kulturowym upiorów, które sprawią, że pewnego dnia znów zaczniemy palić w stodołach swych „sąsiadów”. Krótko mówiąc – trzeba poddawać nas permanentnej reedukacji i tresurze – aż do całkowitego wyleczenia z demonów patriotyzmu.

Patrząc od tej strony – po co nam historia? Tu potrzebny jest preparat, mikstura złożona z kłamstw, półprawd i przemilczeń, którą należy aplikować bez znieczulenia, byśmy na finiszu takiej kuracji patrzyli na siebie samych wyłącznie oczami świata, wypreparowanego już dawno „w kwestii polskiej” w podobnym duchu – tym łatwiej, że wystarczyło jedynie przy naszej bierności wypełnić opisanym tu jadem jego ignorancję.


III. Kielce i Jedwabne – dwa kłamstwa

Doprawdy, przykro było patrzeć na prezydenta Dudę – mojego prezydenta – kiedy przy okazji kieleckiego rytuału oczyszczenia, mającego jak co roku przerzucić winy ze zdominowanego przez Żydów kieleckiego aparatu partyjno-bezpieczniackiego na polskiego ofiarnego kozła, wygłaszał standardowe, celebracyjne formułki. Owszem, wspomniał o roli wojska, milicji i UB – temu już nie da się zaprzeczać – ale tylko po to, by za chwilę zbudować fałszywą symetrię, mówiąc o udziale „zwykłych ludzi” - jak rozumiem, do „zwykłych ludzi” siłą rzeczy zaliczono hurtem również np. partyjnych prowokatorów z huty „Ludwików”. Wszystko zaś utopione zostało w znanych frazesach i zaklęciach o zwalczaniu antysemityzmu, ksenofobii... czyli, jak zwykle. Oczywiście, przemówienie nie jest miejscem na pogłębione analizy. Ale jest znakomitą okazją do zaznaczenia właściwych proporcji i przestawienia dotychczasowych akcentów. Tego zabrakło – również w liście nadesłanym przez premier Beatę Szydło. Tu naprawdę nie trzeba było odkrywać Ameryki – istnieją opracowania do których można sięgnąć. Tymczasem, w ogólnym wydźwięku, mieliśmy do czynienia z utrwaleniem dotychczasowego kłamstwa kieleckiego, przyprawionego jedynie szczyptą prawdy. Naczelnym zaś kłamstwem jest terminologia – fraza „pogrom kielecki” kojarzy się bowiem z rozwścieczonym, morderczym, polskim motłochem. Kiedy oficjalnie zacznie się mówić o „prowokacji kieleckiej”, względnie „pogromie ubeckim”?

Aż boję się pomyśleć, co będzie się działo podczas kolejnego zgromadzenia – w Jedwabnem. Ta sprawa, o ile jest to w ogóle możliwe, została zakłamana chyba w jeszcze większym stopniu, niż kielecka prowokacja. Wersją kanoniczną wciąż w dużym stopniu pozostają ponure brednie Grossa, lekko jedynie skorygowane, kiedy już nie sposób było utrzymywać, że w stodole zmieściło się 1600 osób. Jednak istota rzeczy - podbechtani przez Niemców Polacy rzucają się na Żydów – wciąż obowiązuje przyklepana przeprosinami Kwaśniewskiego i słowami Komorowskiego, że polski naród musi przyjąć do wiadomości, iż „bywał również sprawcą”. Wstrzymanie ekshumacji pod – fałszywym, jak się okazało – pretekstem natury religijnej, gdy tylko zaczęły wypływać odkrycia obalające fałszywą legendę oraz wyłączenie z oficjalnej dokumentacji raportu prof. Andrzeja Koli to największe zaniechanie w tej sprawie. Niedawno, z inicjatywy dr Ewy Kurek, specjalistki od relacji polsko-żydowskich, rozpoczęto zbieranie podpisów pod obywatelskim projektem ustawodawczym zobowiązującym rząd do wznowienia ekshumacji w Jedwabnem. Ciekawe, co zrobią z tą inicjatywą władze. Póki co, samorząd Pragi-Północ (PiS) pod pretekstem pękniętej rury odmówił w ostatniej chwili dr Kurek sali na spotkanie.


IV. Taktyka uległości

I teraz kwestia ostatnia. Skąd bierze się ta uległość, by nie powiedzieć – tchórzostwo – wobec żydowskich uroszczeń historycznych? Jakieś kompleksy? Poronione kalkulacje polityczne? Skąd ta gorliwość w werbalnym zwalczaniu mitycznego, polskiego antysemityzmu? Informuję, że o tym, czy antysemityzm w Polsce jest, czy go nie ma, decydują zainteresowane środowiska żydowskie i my nie mamy tutaj nic do gadania. Środowiska te, tak się składa, opanowały do perfekcji żerowanie na holokauście i sztukę szantażu opartego na zagładzie ich pobratymców. Jeśli będzie takie zapotrzebowanie (a obecnie jest) to oni ten antysemityzm wynajdą, choćby nie wiadomo co. Liczenie tutaj na jakąkolwiek dobrą wolę, na to, że jeśli będziemy grzeczni i się pokajamy, odetniemy, przeprosimy, to oni zostawią nas w spokoju, jest dowodem co najmniej ciężkiej naiwności. Zbyt gruba kasa leży na stole i zbyt wiele zainwestowano we wmanipulowanie Polaków we współodpowiedzialność za zbrodnie popełnione na Żydach. Oni się nie wycofają, zatem jedyną naszą szansą jest adekwatna odpowiedź – a mamy ten komfort, że nie musimy kłamać, wystarczy mieć odwagę głoszenia prawdy, nawet jeśli idzie ona pod prąd zakłamanej do cna martyrologicznej, żydowskiej hagady.

Oczywiście, domyślam się, że dla USA jesteśmy warci tyle, ile są warte nasze relacje z żydowską diasporą oraz z Izraelem, ostatnio zaś także z Ukrainą, bo stanowimy zaplecze tamtejszego frontu – i stąd te kunktatorskie korowody wobec „kwestii drażliwych”, w tym ludobójstwa na Kresach. Ale na dłuższą metę, jest to polityka samobójcza. Nikt nas nie uszanuje, jeśli nie będziemy szanować się sami.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 28 (13-19.07.2017)

Pod-Grzybki 58

Za sprawą dr Ewy Kurek powstała obywatelska inicjatywa ustawodawcza mająca zobowiązać polskie władze do wznowienia ekshumacji w Jedwabnem. Na razie pierwszym efektem była odmowa udostępnienia sali w urzędzie rządzonej przez PiS dzielnicy Praga-Północ na wykład. Podobno nagle „pękła rura”. Wynika z tego, że lokalnym pisowcom na hasło „Ewa Kurek” i „Jedwabne” nie tylko miękną, ale wręcz pękają rury.


*

Oczywiście, była to tzw. „rura dyplomatyczna”. I absolutnie nie miała nic wspólnego z histerią zorkiestrowaną przez miejscowe media „Agory” przy wsparciu radnego Jana Śpiewaka. Wystarczyło, że stołeczny dodatek „Wyborczej” naskoczył na rzeczniczkę dzielnicy, Barbarę Domańską, by ta oddzwoniła mówiąc: „Sprawa nieaktualna. Musieliśmy odwołać wykład. W sali konferencyjnej trwają prace techniczne. Nie umiem powiedzieć, czy spotkanie odbędzie się w innym terminie”. Ech, ta rura postanowiła pęknąć w samą porę, nieprawdaż?


*

A tak poza tym – nawet jeśli pod inicjatywą uda się zebrać wymaganą ilość podpisów, to posłowie PiS prędzej poodgryzają sobie ręce, niż dopuszczą ją pod obrady. Tak się bowiem składa, że ta część prawicy cierpi na jakieś nieuleczalne, żydowskie kompleksy. Już raczej wystawią Polskę na kolejne lata szkalowań eksploatujących brednie J. T. Grossa, niż narażą się na choćby cień podejrzenia o „antysemityzm”. A może pójść na całość i skorzystać z rady Krzysztofa Kłopotowskiego, który postuluje wręcz zaimportowanie do Polski rzesz Żydów w charakterze warstwy przywódczej, by ci nierozgarnięci i gnuśni Polacy mieli od kogo się uczyć i do kogo równać? Noo, tacy nauczyciele z pewnością nas tak wyedukują, że po skończeniu operacji nie poznamy się w lustrze.


*

Zakończyło się warszawskie szczytowanie NATO poświęcone, jak ustaliła „Wyborcza”, Trybunałowi Konstytucyjnemu. Obama zagroził Dudzie zbrojną interwencją Sojuszu, zaś sędzia Rzepliński przymierzany jest do roli szefa WRON. A Kijowski stanie na czele Inspekcji Robotniczo-Chłopskiej.


*

Z mniej istotnych ustaleń - postanowiono o „stałej, rotacyjnej” obecności 4 batalionów na „wschodniej flance”. Chciałbym tu zwrócić uwagę na pewien szczegół – otóż koordynatorem na Litwie będą Niemcy. Mówiąc nieco pół-żartem, ale też i pół-serio, ta obecność Bundeswehry na Litwie nieco mnie martwi – wychodzi bowiem na to, że Niemcy zachodzą nas od strony tzw. „przesmyku suwalskiego”. Na dodatek, teraz to dopiero Litwa zhardzieje i pod niemieckim parasolem ochronnym zacznie na całego dokręcać śrubę polskiej mniejszości. Może nie będą stawiać pomników szaulisom, jak Ukraińcy banderowcom, ale że naszych rodaków czeka fala nowych szykan ze strony nacjonalistycznego rządu w Wilnie - to pewne. Wspomnicie Państwo moje słowa.


*

Tak nawiasem – zbrodnicza organizacja Szaulisów została reaktywowana po 1991 r. i funkcjonuje sobie w najlepsze, licząc ok. 7000 członków. Taak, Bundeswehra będzie miała kolaboracyjne kadry pod ręką, całkiem jak za dziadka Adolfa.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 28 (13-19.07.2016)