niedziela, 20 maja 2018

Wielka Brytania – lewackie imperium zła

Cywilizacja śmierci stała się oficjalną doktryną brytyjskiej Korony i jest egzekwowana z całą bezwzględnością i okrucieństwem, tak charakterystycznym dla tamtejszej polityki.

I. Machina śmierci

W poniedziałek, 14 maja, w Liverpoolu odbył się pogrzeb Alfiego Evansa. „Małego wojownika” na trasie konduktu pogrzebowego żegnały tysiące ludzi, w tym kibice miejscowego klubu piłkarskiego – Evertonu. Była to ostatnia odsłona batalii, która przykuła uwagę całego świata – niespełna dwuletni chłopiec i jego zdesperowani rodzice podjęli nierówną walkę z nieludzkim systemem lekarsko-urzędniczo-sądowym. Jeżeli ktoś potrzebował dowodu na istnienie cywilizacji śmierci, to za sprawą brytyjskiej machiny państwowej otrzymał go w wyjątkowo dobitnej formie. Najpierw lekarze – ci sami, którzy nie tylko nie potrafili Alfiemu pomóc, ale nawet go zdiagnozować – zadecydowali wbrew woli rodziców, że ich dziecko ma umrzeć. Później zaś decyzja ta uzyskała wsparcie wszelkich możliwych państwowych organów, z najwyższymi instancjami sądowniczymi włącznie. Na funkcjonariuszach systemu nie zrobił wrażenia nawet fakt, że chłopiec po odłączeniu go od aparatury medycznej samodzielnie oddychał. Odmówiono przyjęcia do wiadomości, że małemu przyznano włoskie obywatelstwo, a związany z Watykanem szpital Bambino Gesu zaoferował dalsze leczenie. Nie miało znaczenia, że wojskowy samolot medyczny gotów był przetransportować Alfiego w każdej chwili do rzymskiej kliniki. Zignorowano również apel tak chętnie przy innych okazjach cytowanego papieża Franciszka. Sędzia Justice Hayden stwierdził wręcz, że zabiegi włoskiego rządu „uchybiają standardom międzynarodowej dyplomacji”, a przewiezienie chłopca „nie leży w jego interesie”, dorzucając jeszcze uwagę o „fanatyzmie” jednego z członków rodziny Evansów. Swoje dołożył zeznający przed sądem lekarz reprezentujący szpital Alder Hey, twierdząc, że na transport nie pozwala „zły stan zdrowia” dziecka. Przypomnijmy, że mówimy o sytuacji, kiedy arbitralnie skazano chłopca na śmierć, a tlen i wodę podano mu dopiero po wielu godzinach, pod ewidentną presją rodziców i opinii publicznej. Jednak, koniec końców, zgodnie z „planem paliatywnym” (tak określono procedurę eutanazyjną) wycieńczony Alfie Evans zmarł 28 kwietnia o 2:30 w nocy. 9 maja skończyłby dwa lata.

A zatem woli brytyjskiej Korony stało się zadość, zaś lekarze, którzy zgodnie z tamtejszym prawem reprezentowali „interes dziecka” przeciwstawiany (zapewne subiektywnej i niemiarodajnej, jak wynika z orzeczenia sądu) opinii rodziców, mogą wreszcie spokojnie odetchnąć. Państwo pokazało swą moc i udowodniło niedowiarkom, że pozostaje panem życia i śmierci poddanych królowej. W tle mamy jeszcze faszerowanie chłopca szczepionkami aplikowanymi wg standardowego „rozdzielnika” bez brania pod uwagę, iż jest to przypadek szczególny, po których jego stan konsekwentnie się pogarszał - i podejrzenie, że gdyby ukończył drugi rok życia, rodzice mogliby dochodzić gigantycznych odszkodowań z tytułu powikłań. Lepiej więc było go zawczasu zabić - nie ma dziecka, nie ma problemu. Wpisuje się to zresztą w mroczną tradycję Alder Hey Hospital, mającego na swoim koncie m.in. nielegalne pobieranie i handel narządami zmarłych dzieci, a także niewyjaśnione zgony małych pacjentów. No i wreszcie postać sędziego Haydena – zwolennika aborcji i eutanazji oraz aktywisty LGBT opowiadającego się za prawem do adopcji dzieci przez pary jednopłciowe. Słowem, klasyczny produkt lewackiej obróbki ideologicznej, oddelegowany na odcinek wymiaru sprawiedliwości.


II. Imperium zła

Jak na ironię, w tym samym czasie media ekscytowały się narodzinami kolejnego „royal baby” - i muszę powiedzieć, że obserwując tę schizofrenię, miałem nieodparte wrażenie obcowania z jakimś satanistycznym obrzędem. Zabójstwo Alfiego Evansa wyglądało wręcz na coś w rodzaju mordu rytualnego - bo też determinacja wszystkich organów brytyjskiego państwa w dążeniu do zamordowania tego chłopca była wprost nieludzka. Może u nich jest taka niepisana tradycja, że gdy w rodzinie królewskiej rodzi się nowy potomek, to jakieś inne dziecko musi zostać uśmiercone - i z jakichś względów padło akurat na Alfiego? Biorąc pod uwagę zbrodniczą historię brytyjskiego imperium, wcale by mnie to nie zdziwiło – podobnie, jak nie dziwi mnie paniczny lęk jego przedstawicieli przed modlitwą. Zaraz po śmierci Alfiego włoski zakonnik o. Gabriele Brusco wspierający chłopca i jego rodzinę, został zmuszony przez miejscowych biskupów do opuszczenia Wlk. Brytanii. Wcześniej natomiast został odwołany ze szpitala – jego obecność przy Alfiem i modlitwy były nie na rękę personelowi. Nie pozwolono mu nawet na udzielenie sakramentu namaszczenia chorych. Już po wszystkim, Episkopat Anglii i Walii w pełni poparł poczynania szpitala i organów państwa – najwyraźniej wśród poddanych królowej obowiązuje żelazna lojalność wobec Korony, a duchowieństwo zobowiązane jest do wspierania poczynań Imperium, nawet jeśli są one skrajnie lewackie i jawnie antychrześcijańskie. W Polsce również mieliśmy namiastkę powyższego. Otóż policja na wezwanie brytyjskich dyplomatów rozgoniła pokojowe spotkania modlitewne pod konsulatami w Warszawie, Lublinie i Krakowie, zorganizowane w dniu urodzin Alfiego – 9 maja. Powód? Modlitwa za duszę małego tak przeraziła przedstawicieli Imperium Zła, że zaczęli „obawiać się o swoje bezpieczeństwo”.

Krótko mówiąc, cywilizacja śmierci stała się oficjalną doktryną brytyjskiej Korony i jest egzekwowana z całą bezwzględnością i okrucieństwem, tak charakterystycznym dla tamtejszej polityki. Kolejną cechą tego, co mieliśmy właśnie okazję zobaczyć, jest porażająca swą perfidią hipokryzja - orędownikami i kapłanami nowego imperialnego paradygmatu są bowiem stada lewackich doktrynerów mieniących się „liberałami”, pokroju wspomnianego wyżej sędziego Haydena. Dla urzeczywistnienia swych ideologicznych założeń gotowi są nawet zabić – bo wszak uśmiercenie Alfiego Evansa było w istocie mordem sądowym. Ów tępy dogmatyzm przekłada się na priorytety działań aparatu państwa w których poczesną rolę odgrywa zwalczanie inaczej myślących – w imię zamordystycznie pojmowanego „liberalizmu”, ma się rozumieć. A to z kolei oznacza, że Wielka Brytania, przy zachowaniu wszystkich „wolnościowych” pozorów stała się państwem szalejącego, lewackiego faszyzmu.


III. Wróg publiczny

Taki system, rzecz jasna, potrzebuje wroga, którego istnienie legitymizowałoby systematyczną likwidację swobód w przestrzeni prywatnej i publicznej – począwszy od władzy rodzicielskiej, a skończywszy na wolności słowa, jaka do niedawna była znakiem firmowym Zjednoczonego Królestwa. Wrogiem tym jest obecnie „prawicowy ekstremizm” oznaczający każdego, kto odstaje choćby o włos od zadekretowanej linii. Przykładowo, na własnej skórze odczuli to przywódcy antyimigranckiego ugrupowania Britain First - Paul Golding i Jayda Fransen skazani na kary więzienia (odpowiednio – 18 i 36 tygodni) za „szerzenie nienawiści na tle religijnym i światopoglądowym”. Owo „szerzenie nienawiści” polegało m.in. na sprzeciwie wobec islamizacji Wielkiej Brytanii, przejawiającej się chociażby długoletnią bezkarnością gangów pakistańskich stręczycieli i gwałcicieli nieletnich dziewcząt w Rotherham, Rochdale, Telford i wielu innych miastach – przy bierności policji obawiającej się oskarżeń o „rasizm”. Z kolei w Newcastle urzędnicy mieli zakaz mówienia o przynależności etnicznej sprawców, by nie szkodzić „jedności społeczeństwa”. Paul Golding przypłacił już pobyt za kratami dotkliwym pobiciem i złamaniem nosa. Z podobnych powodów do aresztu trafił inny aktywista – Tommy Robinson, znany polskim odbiorcom ze świetnego wideoreportażu o Marszu Niepodległości. Pozornie to wszystko jest odległe od sprawy Alfiego Evansa, lecz w rzeczywistości mamy do czynienia z elementami tej samej, totalniackiej układanki.

Dwa lata temu kibicowałem Brexitowi, widząc w nim szansę na uwolnienie się tego kraju spod lewackiej okupacji Brukseli. Dziś okazuje się, że Wlk. Brytania wyszła z Unii tylko po to, by praktykować lewactwo na własną rękę i w jeszcze bardziej restrykcyjnej formie.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 20 (19-24.05.2018)

Głosuj jak chcemy...

...albo Unia zabierze ci kasę. Tak można w skrócie podsumować wymowę artykułu opublikowanego przez Guya Verhofstadta we wpływowym „Project Syndicate”. Tekst prominentnego eurodeputowanego (w oryginale zatytułowany wymownie „The EU Must Stop Funding Illiberalism”) pofatygowała się przetłumaczyć na język polski skrajnie lewicowa „Krytyka Polityczna” - i dobrze się stało, bo dzięki temu krajowy czytelnik może się przekonać, co tak naprawdę chodzi po głowach brukselskim mandarynom. Nie mam bowiem wątpliwości, że znany ze swej zapalczywości flamandzki polityk powiedział jedynie głośno to, co inni „zawodowi europejczycy” pokroju Timmermansa czy Junckera ukrywają za zasłoną górnolotnych sloganów o demokracji i praworządności. Na marginesie przypomnijmy, że Verhofstadt to ten, który podczas jednego z antypolskich sabatów w Parlamencie Europejskim wypalił, że w Marszu Niepodległości ulicami Warszawy przeszło 60 tys. „neonazistów” i „białych suprematystów” - i jego przemyślenia w „Project Syndicate” charakteryzuje podobny poziom ideologicznego zacietrzewienia.

Belgijski europoseł za główny cel swojego ataku obrał oczywiście Polskę i Węgry – dwa kraje, które w ostatnich latach ośmieliły się wyłamać z unijnego głównego nurtu, budząc nieskrywaną wściekłość tamtejszego establishmentu. Na początek wypomina obu państwom miliardy euro zainkasowane w ramach europejskiego Funduszu Spójności (Polska – 77 mld. euro, Węgry 22 mld), za co te nie okazały darczyńcom należytej wdzięczności, wybierając sobie „nieliberalne, prawicowe i populistyczne rządy”, które „flirtują z autorytaryzmem” - co Verhofstadt uważa za problem poważniejszy od kryzysu migracyjnego i brexitu. Orbanowi zarzuca m.in. praktyki korupcyjne, rządowi PiS oczywiście „niszczenie” sądownictwa, obydwu zaś – ataki na media i „przykręcanie śruby” organizacjom pozarządowym. Mimo tego, konstatuje ze zgrozą Verhofstadt, Orban w niedawnych wyborach sięgnął po większość konstytucyjną. W związku z tymi niesłychanymi zbrodniami europarlamentarzysta stwierdza: „Jest nie do przyjęcia, by pieniądze unijnych podatników szły na akty próżności nieliberalnych elit, podkopujących bez żadnych skrupułów demokratyczne instytucje, które stanowią o istocie europejskiej wspólnoty”.

Dalej autor proponuje szereg rozwiązań dyscyplinujących niesubordynowane państwa. Począwszy od 2020 r. (czyli wraz ze startem nowego unijnego budżetu), wypłacanie środków z Funduszu Spójności uzależnione miałoby zostać od efektów „obiektywnego monitoringu” prowadzonego przez unijne instytucje. W przypadku oblania takiego testu, pieniądze byłyby zamrożone na specjalnym „funduszu rezerwowym”, a następnie „przekierowywane na wsparcie dla uniwersytetów, ośrodków badawczych i innych instytucji społeczeństwa obywatelskiego w tym państwie”. Co ciekawe, taka procedura „pokazałaby obywatelom państw zbaczających z właściwej ścieżki, że UE nie chce ich karać za zachowanie ich władz”. Całość wieńczy zdanie: „Czas pokazać, że za lekceważenie norm UE się płaci”.

Omówiony tu pokrótce elaborat znakomicie pokazuje, jak spod maski liberała wyłazi ponura gęba totalniackiego doktrynera nie potrafiącego zaakceptować najmniejszego odchylenia od jedynie słusznej linii (ten passus o „zbaczaniu z właściwej ścieżki”!) - i na dodatek obłudnika, stosującego wyznawane poglądy nader wybiórczo. Brukseli jakoś nie przeszkadzał festiwal korupcji i dławienia opozycyjnych mediów na Węgrzech pod rządami postkomunistów czy w Polsce za czasów zaprzyjaźnionej PO – podobnie, jak nie przeszkadza jej dziś korupcja na Malcie lub w Rumunii. Retorycznie można zapytać, czy Verhofstadt byłby równie pryncypialny wobec np. Francji z Frontem Narodowym u władzy, bądź Niemiec pod rządami AfD? Nade wszystko jednak mamy tu jasno sformułowany dyktat pod adresem społeczeństw Polski i Węgier – głosujcie na „właściwe” partie, albo będziecie mieli kłopoty. W kontekście groźby wstrzymania środków z Funduszu Spójności, słowa o tym, że Unia nie chce karać obywateli za poczynania ich władz, brzmią niczym kiepski dowcip. Podobnie jest z projektem dofinansowania „instytucji społeczeństwa obywatelskiego” - czyli, mówiąc wprost, ośrodków propagandowych mających urabiać masowe nastroje w pożądanym przez eurokratów duchu. Współbrzmi to ze sformułowanym ponad rok temu w wywiadzie dla Euractiv.pl postulatem Romana Imielskiego z „Wyborczej”, by Unia zaczęła subwencjonować media (w domyśle – te „właściwe”).

Słowem, mamy tu zarysowaną wizję drastycznych (i, co ważne, pozatraktatowych – to tyle, jeśli chodzi o „praworządność”) restrykcji gospodarczych. Ostatni raz wobec Polski coś podobnego zastosowały USA po wprowadzeniu stanu wojennego. Tyle, że wtedy Polacy wiedzieli, iż sankcje nie są skierowane przeciw nim, lecz juncie Jaruzelskiego. Widzę jednak i pozytyw: otóż urzeczywistnienie majaczeń Verhofstadta spowodowałoby z miejsca wzrost antyunijnych nastrojów i powiększenie się liczby zwolenników polexitu. Hmm... może zatem warto trochę pocierpieć?


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 19 (18-24.05.2018)

niedziela, 13 maja 2018

Sojusznik czy wasal?

Państwo, które nie traktuje siebie poważnie - zwłaszcza w relacjach z podmiotami zewnętrznymi - jest z definicji bytem tymczasowym.

I. W potrzasku sojuszników

Gdyby wierzyć oficjalnej propagandzie kolejnych ekip rządowych od lewa do prawa oraz ich medialnych przybudówek, Polska jest najbezpieczniejszym i najszczęśliwszym państwem na świecie. Jakiż bowiem inny kraj może się pochwalić, że jest wprost otoczony samymi „strategicznymi sojusznikami”? Kogóż to już owym „strategicznym sojusznikiem” vel „partnerem” nie ogłaszano? Jest nim i Litwa, która wręcz dyszy czułością wobec tamtejszych Polaków, przygarniając ich zachłannie do kościstej, żmudzińskiej piersi. Jest i Ukraina, przebierająca nogami by wspólnie z nami pogromić Putina pod braterskim, czerwono-czarnym sztandarem. Ba, są jeszcze ludzie pamiętający, że Rosję również przymierzano nam do roli „partnera” z którym Radek Sikorski chciał budować „wspólną przestrzeń bezpieczeństwa od Lizbony do Władywostoku”. Jest oczywiście in gremio Unia Europejska, dla której ponoć „nie ma alternatywy”, co stanowczo ogłosił w charakterze politycznego dogmatu sam Jarosław Kaczyński. No i oczywiście mamy także tandem ober-sojuszników (znów - „bezalternatywnych”) - czyli Stany Zjednoczone oraz Izrael. Słowem, gdzie się nie obrócisz, tam widzisz sojuszników otaczających nas coraz ciaśniejszym kręgiem na podobieństwo watahy. Nawet kijem się przed takimi nie opędzisz.

Jednak z posiadania takiej masy przyjaciół wynikają określone konsekwencje. Trzeba być dla nich miłym i uprzejmym, spełniać różne prośby, czule zaglądać w oczka i generalnie dbać o ich dobre samopoczucie – nie oczekując dla siebie niczego w zamian, albowiem wiadomo, że prawdziwa miłość „cierpliwa jest, łaskawa jest”, a nade wszystko „nie szuka swego” tudzież „wszystko znosi” i „wszystkiemu wierzy”. Tak to przynajmniej wygląda, jeśli spojrzeć na nasze różne „strategiczne relacje”. Dziwnym trafem nie działa to w drugą stronę – ale najwyraźniej jesteśmy krajem preferującym chytrą strategię polegającą na kochaniu innych tak długo, aż oni nas też pokochają. Taką wersję przyjmijmy, bo inaczej musielibyśmy uznać, że grzeszymy ciężkim i uporczywym frajerstwem.


II. „Sojusznik naszego sojusznika”

Do powyższych wniosków można dojść obserwując chociażby reakcję (a w zasadzie – brak takowej) naszego rządu na „ustawę 447” uchwaloną przez amerykański Kongres na żądanie lobby „holocaust industry”, wcześniej zaś - paniczne „wygaszanie sporu” na tle nowelizacji Ustawy o IPN. Druga strona, jak było do przewidzenia, potraktowała naszą postawę jako objaw słabości i uznała, że skoro tak, to może sobie pozwolić na przeczołganie nas „po całości”. I tak właśnie się dzieje, na co odpowiedź Polski jest więcej niż żałosna. Rządzący na użytek wewnętrzny usiłują traktować wyborców niczym idiotów, wmawiając nam w żywe oczy, że JUST Act do niczego Polski nie zobowiązuje i generalnie nie ma o co kruszyć kopii. Na użytek zewnętrzny zaś co najwyżej wydają z siebie lękliwe popiskiwania, okraszone obowiązkowymi zapewnieniami o „szczególnych relacjach” łączących nas z żydowską diasporą oraz – ma się rozumieć – strategicznym sojuszu polsko-izraelskim. Nie wiem jak Państwo, ale ja nie mogę już tego słuchać.

Pora zatem powiedzieć sobie jasno: Izrael nie jest naszym sojusznikiem. Ani „strategicznym”, ani nawet „zwyczajnym”. Jest co najwyżej „sojusznikiem naszego sojusznika” - i niczym więcej. Zawsze tak było, tylko my uparliśmy się, by tworzyć jakąś krainę politycznej fikcji, licząc że ciągłe obłaskawianie Tel Awiwu będzie nas „lewarowało” w relacjach z Waszyngtonem. Jak widzimy, okazało się to drogą donikąd. Warto również przestać mydlić sobie oczy gadaniną o „dialogu” i nadzwyczajnych stosunkach z żydowską diasporą – czy to w Polsce, czy za granicą. Czas pozbyć się powyższych złudzeń z podstawowej przyczyny: żydowska diaspora jasno pokazała, że oczekuje od nas jedynie samoupokorzenia i kasy, natomiast Izrael w ostatnim czasie przeszedł na jawnie wrogie nam pozycje, dufny w nieograniczone poparcie USA. Jeśli zaś chodzi o te ostatnie – chyba nadszedł moment, by uświadomić naszemu hegemonowi, że nie ma nic za darmo. Również (a może – zwłaszcza) sojuszy. Zacznijmy wreszcie się szanować.


III. Operacja antypolska

Obecnie niestety, sytuacja nie wygląda najlepiej i po uchwaleniu „ustawy 447” możemy się spodziewać antypolskich działań na dwóch równoległych polach – jawnym i zakulisowym. Działania jawne, co zasygnalizowałem tydzień temu, będą polegały na potężnej, ogólnoświatowej operacji dyfamacyjnej. Ta ofensywa już wystartowała – dość przypomnieć niedawny list 50 kongresmanów do Departamentu Stanu, by ten zabrał się na serio za walkę z antysemityzmem w Polsce i na Ukrainie, zrównujący przy okazji naszą ustawę o IPN z ukraińską gloryfikacją ludobójczego banderyzmu. Zaraz potem amerykańska mutacja „Newsweeka” uraczyła czytelników okładkowym materiałem obarczającym Polaków współodpowiedzialnością za holokaust – powołując się przy tym na Grossa, Grabowskiego i Konstantego Geberta. A „Newsweek” amerykański w przeciwieństwie do wersji polskiej jest śledzony i cytowany na świecie. Swoistym preludium były słowa izraelskiego prezydenta Reuvena Rivlina o udziale Polaków i polskiego państwa w zagładzie, skwapliwie puszczone w świat przez izraelskie media – najprawdopodobniej za sprawą odpowiednio spreparowanej przez służby prasowe hebrajskiej wersji stenogramu z przemówienia wygłoszonego przy okazji „Marszu Żywych”.

Najświeższym przejawem jest próba likwidacji pomnika katyńskiego przez żydowskiego burmistrza Jersey City, Stevena Fulopa, który przy okazji znieważył polskiego marszałka Senatu, Stanisława Karczewskiego, nazywając go „antysemitą, „białym nacjonalistą” i „negacjonistą holokaustu”. Jeżeli taki pętak pozwala sobie na chamskie ataki wobec trzeciej osoby w zaprzyjaźnionym państwie, to znaczy, że otrzymał gwarancje bezkarności. Z drugiej strony - jeśli polskie państwo nie odważy się podjąć wobec takiego chłystka stosownych kroków, to znaczy, że godzi się ze swoim podrzędnym statusem i te gwarancje bezkarności podżyrowywuje. Tak to jest tam odbierane i żadne oświadczenia produkowane na nasz wewnętrzny, krajowy użytek tego nie zmienią. Wyobrażacie sobie, żeby jakiś polski burmistrz zelżył na Twitterze przewodniczącego amerykańskiego Senatu, albo speakera Izby Reprezentantów? Póki co, marszałek Karczewski zapowiedział jakieś bliżej nieokreślone „kroki prawne”. Zobaczymy, czy nie przestraszy się własnej odwagi.

Działania zakulisowe natomiast będą polegały na wywieraniu na nas rozmaitych nacisków, by spełnić żydowskie roszczenia, na początek zaś – zrezygnować z obrony dobrego imienia i pogodzić się z narzuconą nam rolą morderców i wspólników ludobójstwa. O tym, siłą rzeczy, wiemy mniej, ale pierwsze sygnały już się pojawiły. Oto po powrocie z USA minister Gowin oznajmił, iż powiedziano mu, że jeżeli Polska wycofa się z nowelizacji ustawy o IPN, to będziemy mogli liczyć „w ciągu 2-3 lat” na amerykańskie stałe bazy. Innymi słowy – warunkiem strategicznej obecności US Army na polskim terytorium jest nasza milcząca zgoda na bezkarne szkalowanie. Tak się nie rozmawia z sojusznikiem, tak się rozmawia z wasalem. Sojusz zakłada bowiem pewne partnerstwo relacji - mimo różnic potencjałów gospodarczych, siły militarnej itd.


IV. Sojusznik, czy wasal?

Podsumowując, podkreślę raz jeszcze: sojusz musi zakładać partnerstwo przynajmniej na jakimś minimalnym poziomie. Tymczasem traktowani jesteśmy niczym państewko satelickie, któremu przekazuje się polecenia „do wykonu”. Co gorsza, godzimy się na takie traktowanie, co będzie rodzić dalekosiężne skutki. Państwo, które nie traktuje siebie poważnie - zwłaszcza w relacjach z podmiotami zewnętrznymi - jest z definicji bytem tymczasowym. To, ile owa tymczasowość potrwa, zależy jedynie od bieżących uwarunkowań - ale ona nieuchronnie prędzej czy później się skończy. Pisałem o tym już wielokrotnie, ale wygląda, że będę musiał to zdanie powtarzać niczym mantrę: nie ma strategicznych sojuszy dla słabych. Właśnie się o tym przekonujemy.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Hieny cmentarne z „holocaust industry”


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 19 (11-17.05.2018)

Utopia elektromobilności

Jaki poziom zamożności musi osiągnąć społeczeństwo, by pozwolić sobie na masowy zakup elektrycznych samochodów?


Jakiś czas temu pozwoliłem sobie na marginesie innych rozważań nazwać plany premiera Morawieckiego związane z elektromobilnością „księżycowym projektem”. Przyznam bowiem, że jako przeciętny użytkownik dróg (nie stroniący jednak od komunikacji publicznej), na świetlane wizje roztaczane przez pana premiera reaguję irytacją – i przypuszczam, że nie tylko ja. Trudno jednak aby było inaczej, jeśli słyszy się, że już-już w Polsce produkowane będą miliony elektrycznych aut, a polscy kierowcy masowo przesiądą się do owych cudów techniki. Uprzejmie można by nazwać tego typu projekt szklanymi domami, a mówiąc mniej uprzejmie – gruszkami na wierzbie.

Póki co, Strategia na Rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju zakłada, że do 2025 r. w Polsce zostanie wyprodukowanych milion elektrycznych samochodów. Sprzyjać ma temu system zachęt zawartych w „Ustawie o elektromobilności i paliwach alternatywnych”: począwszy od rozbudowanej sieci ładowarek, poprzez ulgi podatkowe, a skończywszy na możliwości poruszania się po buspasach czy braku opłat przy wjeździe do stref zeroemisyjnych. Do tego, w pojazdy elektryczne mają inwestować samorządy (zwłaszcza w transporcie zbiorowym) oraz instytucje rządowe. Łącznie w ciągu ośmiu lat ma na to wszystko pójść niemal 19 mld. zł., zaś elektromobilność stanie się dźwignią modernizacyjną dla polskiej gospodarki i jej kołem zamachowym. Potentatem w produkcji naszych „hiper-meleksów” ma się stać spółka Electromobility Poland w którą państwowi giganci typu PGE czy Energa zainwestowali... oszałamiające 10 mln zł.

No cóż, może stawiam się w położeniu sceptyków, którzy pukali się w głowę na widok pierwszych spalinowych wehikułów, ale zdrowy rozsądek podpowiada mi, że to się nie przyjmie – chyba, że ludzi zmusi się do przesiadki na „elektryki” drakońskimi obostrzeniami, lub pójdą gigantyczne publiczne subwencje, sztucznie zbijające cenę takich pojazdów. A dotacje muszą pójść, bo na razie blisko połowa kosztów produkcji takiego nowoczesnego cudeńka to baterie litowo-jonowe i dotąd nikt nie znalazł sposobu, by ten problem obejść. Nie znaczy to, że transport elektryczny nie może znaleźć swojej niszy – choćby w komunikacji miejskiej (ech, gdzie te poczciwe trolejbusy) lub we wspomnianych rządowych instytucjach, które, jak wiadomo, „same się wyżywią” - więc zapewne będzie je stać również na zakup „elektryków”. Tyle, że najprawdopodobniej będą to auta importowane, bo z tego co mi wiadomo, na dzień dzisiejszy nie ma nawet prototypu naszego rodzimego samochodu na prąd. Zamiast więc napędzać własną gospodarkę, będziemy dotować cudzą - sobie zostawiając (w najlepszym razie) po staremu peryferyjną rolę dostawcy podzespołów.

No i wreszcie kwestia ceny. „Elektryki” (i to wcale nie najbardziej „wypasione”) kosztują na ogół grubo ponad 100 tys. zł. Kogo na to stać, że się tak po ludzku zapytam? Jaki poziom zamożności musi osiągnąć społeczeństwo, by pozwolić sobie na masowy zakup takich samochodów? W tym miejscu warto się przyjrzeć, czym obecnie jeżdżą Polacy. Otóż w Polsce niepodzielnie dominują samochody kilkunastoletnie – ze stosownym do tego przebiegiem i ceną. Z reguły są to importowane zza granicy używane auta z drugiej ręki. Od lat pod tym względem plasujemy się w absolutnej czołówce Europy. Podpowiem jeszcze panu premierowi, iż dzieje się tak nie dlatego, że Polacy uwielbiają jeździć rzęchami na skraju rozpadu, lecz dlatego, że na nic lepszego ich nie stać. Zresztą, wystarczy zajrzeć do pierwszego lepszego autokomisu, by wyrobić sobie pogląd – co niniejszym zalecam panu premierowi. Ile budżet w rozmaitych formach musiałby dopłacać do produkcji i kupna „elektryków”, by stały się w miarę dostępne dla przeciętnej kieszeni?

Tu, na koniec, dotykamy kwestii opłacalności całego tego interesu. Potentat w branży, czyli amerykańska Tesla pod rządami „wizjonera” Elona Muska ani razu w swej historii nie osiągnęła zysku – i to pomimo inkasowania potężnych dotacji. W zasadzie cała jej inżynieria biznesowa przypomina po trosze piramidę finansową, skonstruowaną na zasadzie: nowy projekt, nowe subwencje, akcje idą w górę, inwestorzy kupują... a firma jak jechała, tak jedzie na stracie. Z tego co udało mi się wyczytać, tylko do 2015 r. firmy Muska dostały 5 mld. dolarów dotacji – albo bezpośrednio, albo w formie np. ulg podatkowych dla nabywców. Gdy w tymże 2015 r. Dania zaczęła stopniowo wycofywać się ze zwolnień podatkowych i celnych na importowane auta elektryczne, nastąpiło załamanie sprzedaży, bo ceny poszybowały pod niebo. A więc na „elektryka” bez dotacji nie stać nawet zamożnych Duńczyków. Pytanie retoryczne – w jaki sposób premier Morawiecki zamierza uczynić Polskę elektromobilną potęgą w ciągu kilku lat? I to bazując na rodzimej produkcji? Przecież te nędzne 19 mld. zł. jakie „ma mieć” do dyspozycji, brzmi w tym kontekście jak dowcip.

Ach, byłbym zapomniał – w I kwartale 2018 r. w Polsce kupiono 340 tych elektrycznych zabawek. Jeśli rząd dopłaci, to może za rok uda się upchnąć nawet 700.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Niechciany transport publiczny


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 18 (11-17.05.2018)

sobota, 12 maja 2018

Kryzys jest szansą!

Dla obozu PiS jakakolwiek dywersyfikacja międzynarodowej aktywności wydaje się być mentalnie nie do udźwignięcia.


I. Nieodrobiona lekcja

Właśnie tak, jak w tytule – kryzys jest szansą. Wystarczy na sprawy spojrzeć od tej strony i wszystko staje się znacznie prostsze. Refleksja ta naszła mnie z podwójnej przyczyny – pierwsza, to niedawne załamanie sondaży PiS z którego partia rządząca próbuje się obecnie z lepszym lub gorszym skutkiem wygrzebać; druga – to wygrana Fideszu i Orbana na Węgrzech, która w modelowy sposób pokazuje nam, jak należy rozgrywać konflikty z korzyścią dla siebie. Odnoszę bowiem nieodparte wrażenie, że tym, co różni „dobrą zmianę” od węgierskiego premiera, jest nie tylko sprawność techniczna w poruszaniu się po politycznym polu minowym, ale również (a może – przede wszystkim) kwestia mentalności i coś, co w języku sportowym nazywa się „elementem wolicjonalnym”. Otóż tam, gdzie nasi widzą zagrożenia, które należy w jakiś sposób obłaskawić (najczęściej zresztą, żenująco nieudolnie), Victor Orban widzi kolejną rozgrywkę do wygrania. Efekt tej różnicy podejść jest taki, że Orban ma trzecią kadencję z rzędu i większość konstytucyjną, a PiS zaczyna drżeć o utrzymanie władzy. Innymi słowy – Orban wdeptuje przeciwników w ziemię, a PiS oddaje pole i przegrywa nie tyle z przeciwnikami, co z samym sobą.

Wyjaśnijmy to sobie na przykładzie. Obecnie w Polsce pokutuje mit „politycznego centrum”, które za wszelką cenę należy sobie zjednać, by wygrać wybory. Rzekomo w ten właśnie sposób PiS wygrało w 2015 r. A guzik prawda. PiS nie wygrało dzięki żadnemu „centrum”, lecz dlatego, że parło do przodu jak nosorożec – może bez większego wdzięku, ale za to z determinacją, przebijając kolejne, dotąd pozornie nieprzekraczalne „sufity” poparcia. Ta prawidłowość działała przez kolejne ponad dwa lata rządów – i przestała w momencie, gdy „dobra zmiana” wdała się w jakieś żenujące dryblingi, próbując „oswoić” ulicę i zagranicę. Wynika to z prostej prawidłowości – w 2015 ludzie mieli już powyżej uszu „ciepłej wody w kranie” i „zielonej wyspy” z której nic nie wynika dla sytuacji zwykłego człowieka. Te nastroje PiS jeszcze wyczuło i skutecznie na nich zagrało, ale nie wyciągnęło oczywistego wniosku – mianowicie, że ci sami wyborcy, którzy jeszcze 2-3 lata wcześniej faktycznie stanowili „centrum”, w 2015 r. byli już w zupełnie innym miejscu, znacznie radykalniejszym i zagłosowali na PiS oraz (ci bardziej wnerwieni) na Kukiza. A potem, mile zaskoczeni realizowaniem przedwyborczych obietnic, podtrzymywali swe poparcie wbrew wszystkiemu – jazgotowi mediów, demonstracjom kodowszczyzny i naciskom zagranicy. Mieli gdzieś Trybunał Konstytucyjny, sądokrację, utracone poczucie komfortu „łże-elit”, postępowy szantaż emocjonalny domagający się przyjmowania biednych „uchodźców” i wrzaski dobiegające z Brukseli. Obchodziło ich to, że wreszcie ktoś robi porządek i zwraca uwagę na potrzeby obywatela – ze szczególnym uwzględnieniem 500+ i tamy postawionej zalewowi muzułmańskich migrantów.

Krótko mówiąc, poparcie nie przyszło z centrum, tylko ze strony zradykalizowanego elektoratu - a PiS nie odrobiło lekcji płynącej z własnego zwycięstwa.


II. Węgierski przykład

Odwrotnie postąpił Victor Orban, który zresztą generalnie wydaje się być politykiem bardziej przytomnym i świadomym w co gra. On od początku miał „centrum” głęboko w tyle. Wiedział, że wyborów nie wygrywa się dzięki tanim umizgom, tylko dzięki trzem czynnikom – mobilizacji, determinacji i konfrontacji. Podkreślę – konfrontacji, a nie schodzeniu z linii strzału przy byle kontrowersji, czy to w polityce zagranicznej, czy wewnętrznej. Dlatego zrobił u siebie porządek z kredytami frankowymi, sądami i mediami, przy pierwszej okazji „podziękował” za współpracę Międzynarodowemu Funduszowi Walutowemu, który dyktował Węgrom antyrozwojową („balcerowiczowską”) agendę w interesie globalnego kapitału, a z zagrożenia migracyjnego uczynił jeden z motywów przewodnich niedawnej kampanii. Podobnie nie zawahał się pójść na zderzenie czołowe z Sorosem – u nas wciąż rzecz nie do pomyślenia. Skutek? Banki po początkowych lamentach jakoś się uspokoiły, bo zobaczyły, że nie ma żartów, MFW posłusznie zwinął żagle, węgierski odpowiednik „Gazety Wyborczej”, czyli „Népszabadság” padł szczęśliwie w 2016 r., zaś Soros właśnie ogłosił, że zamyka biuro „Open Society Foundation” w Budapeszcie i spada do Berlina. Widać różnicę?

Nasi kieszonkowi Talleyrandowie lubią epatować „elastycznością” Orbana, czyniąc z niej alibi dla własnego kunktatorstwa. Otóż nie. Elastyczność nie polega bowiem na zagłaskiwaniu napięć, tylko na sprężystości. Opłacało się być w Parlamencie Europejskim we frakcji Europejskiej Frakcji Ludowej, razem z niemiecką CDU/CSU (i, dodajmy, Platformą Obywatelską)? Proszę bardzo, dzięki temu mamy powiększone pole manewru. Obywatelom jednak nie przypadł do gustu zakaz handlu w niedzielę? Wycofujemy się, nie ma sprawy, mała strata. A z drugiej strony – Rosja chce z nami budować elektrownię jądrową i dostarczać nam gaz? Wchodzimy w to, bez względu na ujadanie tych europejskich hipokrytów, którzy sami przebierają nogami do robienia interesów z Putinem i chcą ciągnąć Nord Stream 2 przez Bałtyk. Dywersyfikujemy w ten sposób naszą politykę i nie uzależniamy się od jednego „sojusznika”. Chiny chcą z nami rozmawiać o „Nowym Jedwabnym Szlaku”? Czemu nie, patrz wyżej, długofalowo niemieckie koncerny samochodowe nie mogą być jedynym strategicznym inwestorem.

Rozumiemy już o co chodzi z tą elastycznością? Okazuje się, że to nie musi być wcale ustępliwość, tylko manewrowanie połączone z odpowiednią dawką asertywności. Nasi wybrańcy natomiast wciąż mają problem ze zrozumieniem i wcieleniem w życie tej oczywistości. Rzecz jasna, trzeba zastrzec (bo zaraz jakiś hunwejbin zarzuci mi, że jestem „ruskim agentem”), iż nie chodzi o kopiowanie węgierskiej polityki i konkretnych ruchów w skali 1:1. Chodzi o metodę – a my tej metody nie mamy.


III. „Elastyczność” czy niezgulstwo?

Wróćmy do kwestii „elastyczności”, mającej przykryć nasze niezgulstwo. Różnicę między Polską a Węgrami świetnie ilustruje konflikt z Brukselą na tle osławionej „praworządności”. Właśnie „poprawiamy” ustawy sądownicze pod zapotrzebowanie zgłoszone przez Timmermansa, na co ten ostatni wciąż kręci nosem – że nie tak, że za mało, że należy spełnić wszystkie nadesłane z Brukseli „zalecenia”... Jaki błąd popełnili nasi mężykowie stanu? Przestraszeni, że Unia Europejska uzależni eurofundusze w kolejnej perspektywie budżetowej od stanu naszego wymiaru sprawiedliwości, poszli na ustępstwa – bez żadnej gwarancji, że one cokolwiek dadzą. W efekcie, UE dokręciła śrubę – właśnie nadeszła wiadomość, że Komisja Europejska forsuje przy powszechnym poparciu uzależnienie wypłat środków w latach 2021-2027 od gwarancji „skutecznego zarządzania funduszami”, co jest zawoalowaną formą „praworządności”. Oznacza to, że grupa euromandarynów będzie mogła całkowicie uznaniowo wstrzymywać kasę i wymuszać na nas spełnianie ich kolejnych żądań. Tyle ugraliśmy, brawo.

Co trzeba było zrobić? A chociażby zaszantażować Brukselę wzrostem antyunijnych nastrojów w polskim społeczeństwie. Metodę tę opisał niegdyś jeden z naszych negocjatorów w procesie akcesyjnym, Jerzy Marek Nowakowski. Kiedy przychodziło do kolejnej rundy negocjacji i europejscy wysłannicy wytykali nam różne opóźnienia i niedociągnięcia, on wyjmował sondaż z którego wynikało, że poparcie dla integracji wśród Polaków słabnie. Unijni urzędnicy w tym momencie z miejsca robili się o wiele bardziej „konstruktywni”. Podobnie dziś – rośnie niechęć do UE, zwłaszcza w warunkach prób dyktatu – blisko 1/3 Polaków optuje za polexitem, gdyby sprawy stanęły na ostrzu noża. Nie można było zagrać tą kartą?

Okazuje się, że nie można było – i powiem Państwu dlaczego. Otóż PiS przestraszył się tych sondaży znacznie bardziej niż Bruksela. Kryzys zaufania do UE został przez „naszych” odebrany nie jako szansa na poprawę pozycji przetargowej, lecz jako paraliżujące zagrożenie. I to jest ta różnica w rozumieniu elastyczności między Polską a Węgrami. Idę o zakład, że Orban w takiej sytuacji nie wahałby się ani sekundy – ba, wręcz świadomie podgrzewałby antyunijne nastroje, by wywrzeć na eurokratów presję. I tak jest ze wszystkim – z rejteradą przed Żydami, żądaniami USA (Kongres właśnie uchwalił JUST Act), ba – nawet przed Ukrainą czy inną Litwą. Wynika to z tego, że zarówno dla czołowych postaci obozu PiS, jak i dla jego zaplecza intelektualno-medialnego jakakolwiek dywersyfikacja międzynarodowej aktywności wydaje się być mentalnie nie do udźwignięcia. Zbyt wiele zainwestowali na wszelkich możliwych poziomach (politycznym, emocjonalnym, wizerunkowym) w różnorakie mitologie, które zwykli postrzegać jako „historyczną konieczność”, by nastąpiła zmiana paradygmatów. Więc jak przychodzi co do czego – zwyczajnie „pękają” i chowają głowę w piasek, wypinając przy okazji d... A potem się dziwią, że dostają bęcki i ludzie się od nich odwracają. A jak mają traktować pajaców bojących się własnej odwagi?


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Zawsze jest z kim przegrać

Koniec złudzeń

Czy Polskę stać na podmiotowość?


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w dwutygodniku „Polska Niepodległa” nr 09 (09-22.05.2018)

Pod-Grzybki 129

Poznajcie Państwo Rafalalę – przebrane w kieckę rosłe chłopisko, mające w zwyczaju modulować głos na eteryczny dyszkancik. Przechodząca obok kilkunastoletnia dziewczynka nie wytrzymuje i na widok tego okazu rodem z lunaparku (albo lupanaru) parska śmiechem. Na to w Rafalali odzywa się damski bokser - rzuca się na dziecko, sypiąc gęsto k...ami i grożąc, że wybije jej zęby. Bowiem Rafalala jest „impulsywna”. Zostaje więc nam na koniec już tylko jedna zagadka: ciekawe, czy ta „impulsywność” to efekt testosteronu, czy może menopauzy?


*

Przegapiłem, ale teraz nadrabiam. Otóż Episkopat raczył nam przypomnieć w komunikacie na zakończenie 378. Zebrania Plenarnego KEP, że „wszelkie formy antysemityzmu są sprzeczne z zasadami chrześcijańskiej miłości bliźniego”. Cóż, ośmielę się zauważyć, że o tym co jest „antysemityzmem” decydują obecnie Żydzi – a więc Kościół (przynajmniej w tym zakresie) oddaje Żydom moc ustalania, co jest zgodne z „chrześcijańską miłością bliźniego”. Co za tym idzie, Żydzi zyskali w ten sposób prawo do współkształtowania katolickiej doktryny. Nie chciałbym się wtrącać – niemniej, czy to rozwiązanie nie jest aby nieco ryzykowne?


*

Tymczasem odbyła się V. Pielgrzymka Środowisk Narodowych na Jasną Górę. W związku z tym wydarzeniem obóz postępu ogłosił list protestacyjny, pod którym podpisali się m.in. tacy stali bywalcy jasnogórskiego sanktuarium, jak Zbigniew Hołdys, Magdalena Środa czy Jan Hertrich-Woleński (za komuny dumny członek Stowarzyszenia Ateistów i Wolnomyślicieli). Ojcowie paulini musieli być wstrząśnięci – bo co, jeśli w ramach protestu Hołdys ze Środą nie pójdą w tym roku w pielgrzymce? Bez ich udziału cała impreza będzie nieważna!


*

Swoją drogą, tak się kończy osławione „dialogowanie” - lewactwo włazi Kościołowi na głowę i uzurpuje sobie prawo do decydowania, kogo wolno gościć na Jasnej Górze. Następnym razem jak nic zażądają udziału w konklawe – i to z prawem weta.


*

Media doniosły, że Rysia Petru wciąż trapią kłopoty – tym razem z rozwodem, bo ma z żoną rozdzielność majątkową i teraz oboje żrą się o kasę. Postanowiłem więc zrobić dobry uczynek i mając na uwadze ewentualnych naśladowców pana Rysia, pozwalam sobie na zamieszczenie krótkiego poradnika, jak rozładować kryzys pożycia.


ROZMÓWKI MAŁŻEŃSKIE

On (łagodnie): - Kochanie...

Ona: - Nie mów do mnie tym tonem!

On (kontynuując): - Ależ skarbie...

Ona (zbulwersowana): - Widzisz, jaki ty jesteś?

On (zdumiony): - Ale, o co ci chodzi?

Ona (unosząc się z sofy): - Myślisz, że nie wiem?!

On (zdezorientowany): - Nie wiesz - o czym?

Ona: - O tej twojej!

On (lekceważąco): - Ach, o tej...

Ona (dobitnie): - No właśnie!

On: - To nic nie znaczy.

Ona (wyprowadzona z równowagi): - Ty łajdaku!

On (stanowczo): - Duszyczko, jeśli nie zmienisz tonu, wezmę się za tą drugą.

Ona (zdezorientowana): - Jaką drugą?

On (z satysfakcją): - Tą, o której jeszcze nie wiesz.

Ona: - Nie, tego bym nie zniosła.

On (spokojnie): - Więc widzisz...

(KURTYNA)


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w dwutygodniku „Polska Niepodległa” nr 09 (09-22.05.2018)

sobota, 5 maja 2018

Hieny cmentarne z „holocaust industry”

Warto mieć świadomość o jakie pieniądze toczy się gra – i że przy kwotach tego rzędu, ten kto ostrzy sobie na nie zęby nie cofnie się przed żadnym łajdactwem.

I. „JUST Act” uchwalony

Wiadomo już, że amerykański Kongres przyjął tzw. „Ustawę 447”, czyli „JUST Act” - Justice for Uncompensated Survivors Today” („Sprawiedliwość dla ocalałych, którzy nie otrzymali rekompensaty”). Ustawę tę opisywałem obszernie w artykule ze stycznia br. („»Ustawa 447«, czyli ofensywa »holocaust industry«”) wraz z tłumaczeniem kluczowych zapisów, tak więc tutaj jedynie pokrótce przypomnę, iż uchwalony właśnie akt zobowiązuje Departament Stanu USA do monitorowania sytuacji w kwestii rozwiązań prawnych dotyczących zwrotu pożydowskiego mienia w poszczególnych krajach – w tym również w Polsce. Ponadto na Departament Stanu nałożono obowiązek sporządzenia w terminie 18 miesięcy stosownego raportu, a następnie przedstawiania Kongresowi cyklicznych sprawozdań odnośnie stanu prawnego i konkretnych działań w zakresie restytucji „niesłusznie przejętego” majątku. Oznacza to w praktyce wsparcie dyplomatyczne amerykańskiego rządu dla roszczeń rewindykacyjnych organizacji żydowskich. Ustawa jest pokłosiem konferencji „Mienie Ery Holokaustu”, jaka odbyła się w 2009 r. w Pradze i Teresinie, zakończonej przyjęciem „Deklaracji z Teresina” wraz ze stosownymi „zaleceniami ekspertów”. We wspomnianej konferencji wzięło udział 49 państw i 30 organizacji pozarządowych, a z ramienia Polski podpis pod „Deklaracją” złożył Władysław Bartoszewski – wówczas sekretarz stanu w kancelarii premiera Donalda Tuska.

Z naszego punktu widzenia najbardziej bulwersujący i niebezpieczny jest postulat „odzyskiwania” tzw. mienia bezdziedzicznego, które przeszło zgodnie z powszechnie przyjętą w cywilizowanych krajach praktyką na własność Skarbu Państwa. Ponieważ takie uroszczenie, sprowadzające się do uznania swoistej „plemiennej współwłasności” jest jawnym bezprawiem i próbą wymuszenia rozbójniczego, zadbano o stworzenie pseudohumanitarnych pozorów. Mienie bezdziedziczne mianowicie miałoby posłużyć sfinansowaniu „pomocy potrzebującym ofiarom Holocaustu”, „wspieraniu edukacji o Holocauście” oraz - uwaga - „do innych celów”. Jakież to są, te „inne cele”? A, to już wiedzą żydowskie hieny cmentarne z „przemysłu holokaust”, pragnące się pożywić na trupach swych zagazowanych współbraci, dla ratowania których podczas II wojny światowej nie kiwnęły nawet palcem. Warto przy okazji zapytać, ilu w USA żyje jeszcze pochodzących z Polski Żydów urodzonych do 1945 roku? Bo chyba tylko takie osoby podpadają pod kategorię „ofiar”? Czy ktoś przedstawił wiarygodne statystyki?

Kolejnym niepokojącym elementem jest zalecenie „ekspertów” z Teresina, by w procedurze rewindykacyjnej honorować „alternatywne formy dowodów własności” - bez sprecyzowania, jak owe „alternatywne dowody” miałyby wyglądać. Można sobie tylko wyobrazić czekające nas wykwity twórczej inwencji.


II. „Polacy, nic się nie stało”

W każdym razie, powyższy humbug prawny został jednomyślnie przyjęty przez Izbę Reprezentantów i wszystko wskazuje, że podpis prezydenta Trumpa jest jedynie formalnością. Stało się tak mimo desperackiej inicjatywy amerykańskiej Polonii, której przedstawiciele zorganizowali akcję odwiedzania biur kongresmanów i wskazywania na szkodliwość oraz prawny absurd ustawy. Jak widać jednak, amerykańscy politycy nie pozwalają się nikomu wyprzedzić w robieniu dobrze żydowskiemu lobby – zwłaszcza, jeśli miałoby się to odbyć cudzym kosztem. Dodajmy, że wspomniana akcja Polonii była całkowicie oddolna i przeprowadzono ją bez żadnego dyplomatycznego wsparcia ze strony polskich władz, które zresztą przez cały czas procedowania „JUST Act” - najpierw w Senacie, potem w Izbie Reprezentantów – konsekwentnie milczały.

To milczenie było wręcz szokujące, ale na nim nie koniec. Oto zaraz po uchwaleniu „ustawy 447” politycy obozu rządzącego wraz z częścią publicystów na wyprzódki rzucili się do przekonywania nas, że... właściwie nic się nie stało. Dowiedzieliśmy się, że dokument ma znaczenie „czysto symboliczne”, „niewiążące” i że amerykańskie prawo „nie obowiązuje w Polsce”. Tego typu zapewnienia usłyszeliśmy z ust bawiącego akurat w Stanach ministra Gowina, zaś towarzyszący mu minister spraw zagranicznych Jacek Czaputowicz oświadczył korespondentowi PAP, iż nie przywiązywałby do tej ustawy „zbytniej wagi”, ponieważ... „Polska nie jest w niej wymieniona ani w nazwie, ani w treści”. Z kolei posłanka-publicystka Joanna Lichocka twardo podkreśliła w wypowiedzi dla telewizji wPolsce.pl, że „ta ustawa w żaden sposób nie ma wpływu na nasze ustawodawstwo i decyzje podejmowane przez polskie państwo, które jest państwem suwerennym”.

Innymi słowy, usłyszeliśmy starą śpiewkę spod znaku „nikt nie będzie dyktował nam ustaw”. Cóż, zważywszy jak się to skończyło ostatnim razem, przy okazji nowelizacji ustawy o IPN, tudzież wyrzucenia do kosza tzw. „dużej ustawy reprywatyzacyjnej”, to tak bardzo bym się z tą naszą „suwerennością” nie napinał. Rychło bowiem może się okazać, że nasz „strategiczny sojusznik” zmarszczy brwi i znów będziemy musieli nasze ustawodawstwo „konsultować” z państwami trzecimi – w imię zachowania „dobrych stosunków” rzecz jasna. Póki co bowiem, art. 55a Ustawy o IPN pozostaje de facto martwy, a sprawa reprywatyzacji została odłożona ad calendas graecas – i nikt nawet specjalnie nie ukrywa, że stało się tak za sprawą nacisków „żelaznego trójkąta” USA – Izrael – żydowska diaspora.

I tu właśnie leży główne niebezpieczeństwo związane z „JUST Act” - otwiera on bowiem dla amerykańskiej dyplomacji (koordynującej swe poczynania z organizacjami żydowskimi) drogę do zintensyfikowania nacisków na Polskę. A niedawne wydarzenia pokazały, że niewiele trzeba, by nas wystraszyć. W efekcie, już niedługo możemy być świadkami, jak polski parlament, jak najbardziej „suwerennie” przyjmuje „właściwe” rozwiązania odnośnie „restytucji mienia”, zgodnie z oczekiwaniami „holocaust industry”. I w ten oto sposób założenia „ustawy 447” znajdą swoje odzwierciedlenie w polskim porządku prawnym.


III. Czas szakali

Zresztą, np. Światowa Organizacja Restytucji Mienia Żydowskiego (WJRO - World Jewish Restitution Organization) nawet nie ukrywa, że właśnie taki jest jej cel – z jednej strony bowiem skutecznie wymusiła rezygnację z reprywatyzacji na naszych zasadach, z drugiej zaś, to właśnie ona stała za „ustawą 447”. Z jej inicjatywy również 59 amerykańskich senatorów wystosowało niedawno list do premiera Morawieckiego w sprawie zwrotu żydowskiego mienia. Dziś natomiast szef WJRO, Gideon Taylor, nie kryje swego zadowolenia, stwierdzając, iż ustawa „jest silnym dowodem niewzruszonego poparcia Ameryki dla tych, którzy przeżyli Holokaust w ich poszukiwaniu sprawiedliwości”.

Trzeba zaznaczyć, że WJRO kreująca się na samozwańczego spadkobiercę „mienia bezdziedzicznego”, to prawdziwa stugłowa hydra – jest to bowiem tzw. „organizacja-parasol” zrzeszająca pod swymi skrzydłami inne organizacje żydowskie, takie jak m.in. Światowy Kongres Żydów czy Agencja Żydowska, a z działających w Polsce – B'nai B'rith i American Jewish Committee (AJC). WJRO zasłynęła już swymi żądaniami wobec Polski, których spełnienie wg urzędników Ministerstwa Sprawiedliwości kosztowałoby nasze państwo nawet 300 miliardów dolarów, czyli ok. biliona złotych. Warto mieć świadomość o jakie pieniądze toczy się gra – i że przy kwotach tego rzędu, ten kto ostrzy sobie na nie zęby nie cofnie się przed żadnym łajdactwem. A tu mamy do czynienia z istną hordą szakali, działającą niezmiennie wg pamiętnej zapowiedzi byłego sekretarza generalnego Światowego Kongresu Żydów, Israela Singera, że „jeżeli Polska nie spełni roszczeń Żydów, będzie publicznie atakowana i upokarzana na forum międzynarodowym”. Zatem już dziś powinniśmy się przygotować na kolejną światową operację dyfamacyjną, przy której poczynania osobników pokroju Grossa czy Grabowskiego będą się jawiły niczym wstępne utarczki harcowników. Aż boję się pytać, czy polski rząd w ogóle zdaje sobie z tego sprawę – o przygotowaniu do walki nie wspominając.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Ustawa 447, czyli ofensywa „holocaust industry”

Gra o bilion złotych


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 18 (04-10.05.2018)

niedziela, 29 kwietnia 2018

Ago(r)alne jęki Michnika

Wszystko wskazuje na to, że zbliża się chwila, gdy Adam Michnik będzie musiał zgasić w swej redakcji światło.

I. Jęk z „Agory”

Adam Michnik wydał z siebie jęk rozpaczy – bo tylko tak można sensownie zinterpretować jego esej opublikowany w „Die Welt”, cytowany obszernie przez polskojęzyczną mutację „Deutsche Welle”. Cóż tak zabolało byłego oberredaktora III RP, że uznał za palącą konieczność podzielić się swymi przemyśleniami z niemieckim czytelnikiem? Z grubsza, to samo co zwykle – mianowicie, że świat i Polska nie chcą dostosować się do jego oczekiwań. Oczywiście, Michnik nie byłby sobą, gdyby swoich frustracji nie ubrał w moralizatorski kostium troski o pluralizm i wolność słowa. Być może uznał, że ta zwietrzała, kabotyńska poza wciąż jeszcze ma siłę oddziaływania na niezorientowanego, zachodniego odbiorcę - toteż uderza w swoje stare, zgrane tony. Spójrzmy. Upiory totalitaryzmu powróciły, z całą pogardą dla pluralizmu, państwa prawa, równości, dialogu i gotowości do kompromisu. Powróciło lekceważące traktowanie innych ludzi - wyznających inne religie, mających inną narodowość czy inny kolor skóry. Widzimy, jak w naszym świecie rozprzestrzeniają się ksenofobia i homofobia. W innych miejscach obserwujemy wzrost znaczenia islamskiego fundamentalizmu, który sięga po zbrodniczą broń terroryzmu” - czytamy. Mamy tu typowe dla Michnika nadużycie emocjonalne polegające na zestawianiu kwestii nieporównywalnych – ustawienie w jednym szeregu ludzi, którym nie podoba się lewackie zdziczenie obyczajów i sprzeciwiających się islamizacji Europy z jakimś wydumanym „totalitaryzmem” i terrorystami. A że jest to absurdalna kreacja jakiegoś fikcyjnego świata istniejącego jedynie w głowie redaktora „Wyborczej”? Nie szkodzi, za chwilę zresztą przekonamy się, do czego owa kreacja była Michnikowi potrzebna.

Idźmy więc dalej. „Wolna prasa, prześladowana w Turcji i Rosji, w Budapeszcie i innych częściach Europy Środkowej, stanowi często ostatni bastion obrony konstytucji i demokratycznego ładu” - ciepło, ciepło... „Gdy umierają wolne media, państwo oparte na konstytucji staje się bezbronne. Gdy łamana jest konstytucja, dni wolnych mediów są policzone” - gorąco... No i wreszcie pada uwaga o „niszczeniu uznanych autorytetów” na wzór nazistowski i sowiecki: „W Polsce tak się postępuje z Miłoszem i Szymborską, Andrzejem Wajdą i Bronisławem Geremkiem, Autorytety życia publicznego obrzucane są błotem i szkalowane jako »pozbawieni ojczyzny kosmopolici« oraz reprezentanci »wynaturzonej sztuki«” - auć! parzy... Całość wieńczy apel do dziennikarzy, by w obliczu populizmu, ksenofobii i szowinizmu „pozostali wierni swoim przekonaniom” - ponieważ, jak głosi nieco wcześniej, ów „populizm” jest „wyrazem pogardy dla chrześcijańskiego systemu wartości, a także dla ducha oświecenia”.

Zanim przejdziemy dalej, odnotujmy, iż na temat tego, czy „duch oświecenia” jest zbieżny z chrześcijańskim systemem wartości, można by napisać osobny artykuł - ale obawiam się, że większość Czytelników umarłaby przy lekturze z nudów. Tu tylko zatem podam konkluzję - otóż tzw. „oświecenie” było z gruntu antychrześcijańskie (a w szczególności antykatolickie) i ma na swoim koncie cały szereg zbrodni motywowanych ideologicznie. W swoim rewolucyjnym, francuskim wydaniu, stanowiło wręcz prefigurację bolszewizmu i było źródłem natchnienia dla Lenina, tudzież reszty komunistycznych ludobójców. Jak napisał jeden z oświeceniowych świątków, Denis Diderot, „naród odradza się tylko w kąpieli krwi” - gdzie tu jest pokrewieństwo z chrześcijaństwem, tylko jeden Michnik raczy wiedzieć.

II. SOS z „Titanica”

Ale sedno cytowanego wyżej nabzdyczonego pustosłowia i wytartych frazesów leży gdzie indziej. Cały ten esej, to po prostu wołanie o ratunek – SOS nadawane z tonącego „Titanica”, jakim stała się redakcja „Gazety Wyborczej”. Taki jest prawdziwy sens załamywania rąk nad „prześladowaniem wolnej prasy” i zgubie grożącej „wolnym mediom”. Demagogiczne zrównanie Turcji, Rosji oraz krajów Europy Środkowej w połączeniu z miejscem opublikowania tekstu („Die Welt” to jeden z najbardziej opiniotwórczych tytułów w Niemczech), ma jeden cel – jest nim ukryte pod warstwą górnolotnych sloganów wezwanie do zachodnich elit: „pomóżcie nam, bo gdy padniemy, już nigdy nie odzyskacie Polski” - i to zarówno w sensie „rządu dusz”, jak i w kontekście jak najbardziej przyziemnym, politycznym. Michnikowi nie bardzo wypadało napisać to wprost, ale intencja przytoczonej gadaniny o rzekomym represjonowaniu prasy jest jednoznaczna – jesteśmy ostatnim bastionem, jeśli nas zabraknie, Polska na zawsze wymknie wam się z rąk. Nawiasem, Michnik jako obrońca medialnego pluralizmu to obraz cokolwiek groteskowy, jeśli przypomnieć jego słynne zdanie z rozmowy z Krzysztofem Leskim (1990 r.): „K-k-krzysiu, jeśli ty-ty-ty chcesz tu robić wo-wolną gazetę, to-to-to-to po moim trupie”.

Czy ten zawoalowany apel o wsparcie ma szanse powodzenia? Wątpię – Niemcy mają nad Wisłą potężny konglomerat własnych mediów i tak naprawdę „Wyborcza” ze swą malejącą sprzedażą i niknącym w oczach zasięgiem oddziaływania przestaje im być potrzebna. Co innego, gdyby doszło do repolonizacji – ale PiS czegoś się „w tym temacie” przestraszyło, więc gadzinowa prasa dla mentalnych folksdojczów pozostaje niezmiennie butna i zuchwała. Zresztą, podobny wniosek o „zapomogę” został ze strony Czerskiej wystosowany już wcześniej. Na początku 2017 r. redaktor naczelny internetowego serwisu „Wyborczej”, Roman Imielski, narzekał w wywiadzie dla Euractiv.pl: „Pierwszy dotyczy pieniędzy, ponieważ rząd przestał zamieszczać reklamy w naszej gazecie. Drugi dotyczy dostępu, ponieważ nowy rząd i partia rządząca nie rozmawiają już z naszymi dziennikarzami”. I dalej: „Niestety UE nie ma wielu narzędzi, by zmusić polski rząd, by traktował wszystkie gazety sprawiedliwie. Mimo to możemy oczekiwać, że Unia o nas nie zapomni, że nie zapomni o Polsce”. No i konkluzja: „Chciałbym zasugerować, że pora już zacząć myśleć o mediach jako bardzo ważnej części życia publicznego i demokracji w Unii Europejskiej. Nie rozumiem, dlaczego UE wspierała inne sektory będące w kryzysie takie jak kopalnie czy fabryki, a nie pomaga mediom”. „Myślę że istnienie pewnego typu europejskiego funduszu dla mediów jest bardzo dobrym pomysłem (…) Moim zdaniem takie wsparcie powinno być czymś między dotacją a grantem”. Sam Adam Michnik w listopadzie 2016 r. alarmował na spotkaniu KOD w kontekście wstrzymania ogłoszeń rządowych i reklam spółek Skarbu Państwa w „GW”: „To nas straszliwie walnęło po kieszeni. Oni chcą nas zniszczyć metodą najprostszą: jak nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o pieniądze”. Dziś najwyraźniej potwierdziło się, że wsparcie Sorosa i przyjaciół, takich jak Uniwersytet Mikołaja Kopernika w Toruniu, który wykupił w październiku 2017 r. cyfrową prenumeratę „Wyborczej” dla wszystkich pracowników i studentów (ok. 25 tys.) już nie wystarczy.


III. Cień dawnej potęgi

A jeszcze niedawno było tak pięknie – organ z Czerskiej traktował finansowanie ze strony instytucji publicznych jako oczywistość i mógł spokojnie z góry uznawać rządowe reklamy za część biznesplanu, nie martwiąc się spadającą sprzedażą. Ba, czuł się władny ze swej uprzywilejowanej pozycji pouczać mentorskim tonem inne media na okoliczność radzenia sobie na „wolnym rynku” - a ów „wolny rynek” wyglądał tak, że za poprzedniej władzy, jak ustalił Parlamentarny Zespół ds. Obrony Wolności Słowa, do „Wyborczej” płynęło ponad 51 proc. budżetu reklamowego ministerstw i Kancelarii Premiera. Dziś po dawnej potędze nie został nawet ślad. Codziennością w „Wyborczej” stały się zwolnienia grupowe, redukowanie dodatków lokalnych, wyprzedawanie bądź zastawianie siedzib, a sprzedaż po raz pierwszy w historii zanurkowała poniżej 100 tys. egzemplarzy. Jednym słowem - z okrętu flagowego, „GW” stała się balastem ciągnącym „Agorę” na dno. Nie dziwi więc desperacja przebijająca z omówionego tu tekstu Michnika – wszystko bowiem wskazuje na to, że zbliża się chwila, gdy będzie musiał zgasić w swej redakcji światło.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 17 (27.04-03.05.2018)