niedziela, 22 lipca 2018

PiS w trybie wyborczym

Bez oddolnego nacisku „dobra zmiana” zamieni się w najlepszym razie w „mniejsze zło” - a przecież nie o to chodziło.

I. Czas „ciepłej wody”

Jak powiadają wtajemniczeni, Jarosław Kaczyński zarządził przestawienie PiS-u w tryb wyborczy, co oznacza w praktyce wyciszenie najbardziej kontrowersyjnych tematów – i to kto wie, czy nie do końca kadencji, albo i dłużej. Determinuje to kalendarz: jesienią mamy wybory samorządowe, a wiosną następnego roku odbędą się wybory do europarlamentu. W tymże 2019 r. czekają nas także absolutnie kluczowe wybory parlamentarne, no i wreszcie w 2020 r. będziemy mieli wyścig o prezydenturę – najprawdopodobniej z Andrzejem Dudą ubiegającym się o reelekcję. To ostatnie, szczerze mówiąc, wywołuje u mnie mieszane uczucia – Beata Szydło chyba już definitywnie poszła w odstawkę i czeka ją honorowe (za to lukratywne) zesłanie do Parlamentu Europejskiego. Szkoda.

W każdym razie, przed nami długi okres ocieplania wizerunku, łagodzenia kantów i unikania konfrontacji oraz podkreślania sukcesów, głównie gospodarczych. Czas więc przygotować się na pisowską wersję polityki „ciepłej wody w kranie” (inna sprawa, że w odróżnieniu od poprzedników, partia rządząca akurat ma się czym pochwalić). Zwiastunem powyższego może być wypowiedź posłanki Joanny Lichockiej podczas spotkania z wyborcami w Radomiu, że kwestia repolonizacji mediów najprawdopodobniej będzie musiała poczekać do następnej kadencji. Zatem, pora ogłosić koniec sezonu – a skoro tak, to już dziś, na ponad rok przed wyborami sejmowymi, można się pokusić o podsumowanie pierwszej kadencji rządów „dobrej zmiany”.


II. Lista błędów i zaniechań

Nie ukrywam, że zajmę się głównie listą porażek, rozczarowań i zaniechań – bo sukcesami władza pochwali się sama, również poprzez sponsorowane hojnie media. Generalnie, „potencjał rewolucyjny” partii rządzącej okazał się o wiele mniejszy niż można się było spodziewać i szybko wytracił impet w konfrontacji z systemowym oporem III RP, wpływami różnych lobbies, ośrodkami zagranicznymi tudzież własnymi ograniczeniami.

Jednym z symboli bezradności stała się sprawa frankowiczów niemiłosiernie dojonych przez banki. Tu swoją siłę pokazało lobby finansowe przy cichym poparciu Mateusza Morawieckiego – najpierw jako „superministra” od gospodarki, obecnie zaś premiera. Od początku scedowano problem na prezydenta Dudę, który wtedy po raz pierwszy pokazał, że jest politykiem ulepionym z miękkiej gliny. Bombardowany wizjami zapaści sektora bankowego, w kolejnych wersjach ustawy de facto zrezygnował z odwalutowania produktów frankowych (nazywanie tego czegoś „kredytami” jest nieporozumieniem, są to bowiem w istocie długoterminowe produkty spekulacyjne wysokiego ryzyka). Kropkę nad „i” postawił w jednym z wywiadów Jarosław Kaczyński zalecając frankowiczom, by dochodzili swego w sądach – co robili i robią bez tych światłych porad. Obecnie ustawa znajduje się w sejmowej podkomisji i zapewne tam już pozostanie. Trzeba dodać, że problem ten został załatwiony w szeregu krajów (z Węgrami na czele) i jakoś nigdzie nie zakończyło się to finansową katastrofą.

Ciekawą sprawą jest schizofreniczne podejście do imigracji, o czym pisałem przed tygodniem. Z jednej strony rząd twardo sprzeciwia się narzucanym nam przez Niemcy i UE kwotom migracyjnym, z drugiej zaś sprowadza niemal dwumilionową rzeszę migrantów zarobkowych stosując coraz to nowe udogodnienia i otwierając się na kolejne kraje, w tym również muzułmańskie. W tej chwili natomiast trwają prace nad przepisami mającymi ułatwić osiedlanie się migrantów ekonomicznych na stałe wraz z rodzinami. W efekcie, jesteśmy dziś światowym liderem jeśli chodzi o sprowadzanie cudzoziemskich pracowników i szykujemy sobie podobny scenariusz, jakiego doświadczyły kraje Europy Zachodniej. Tu rząd stał się zakładnikiem lobby biznesowego pragnącego utrzymać model bazujący na taniej sile roboczej. Zapłacą za to kolejne pokolenia zmuszone do egzystencji w „multikulturowym” tyglu.

Z powyższym jaskrawo kontrastują zaniechania wobec Polaków z Litwy i Ukrainy poddawanych przy naszej bierności konsekwentnej polityce wynaradawiania. Można wręcz odnieść wrażenie, że nasi rodacy są dla rządzących zawadą w budowaniu „strategicznych relacji” z Wilnem i Kijowem. O ściąganiu repatriantów z obszarów dawnego ZSRR szkoda w ogóle mówić. Podobnie, prócz gołosłownych zachęt nie zrobiono niemal nic, by zachęcić do powrotu falę emigrantów z ostatnich lat. Skutkiem jest swoista „podmiana populacji” - w miejsce tych co wyjechali przyjmujemy Ukraińców, a także coraz liczniejszych przybyszy z innych państw.

Tu dochodzimy do wiecznie żywej giedroyciowskiej mitologii politycznej. Jedyna zmiana w stosunku do poprzednich ekip, to wymuszone oddolną presją społeczną pewne utwardzenie polskiego stanowiska w kwestiach historycznych, czego symbolem była sejmowa uchwała wreszcie nazywająca po imieniu kresowe ludobójstwo dokonane przez banderowców na Polakach. Jednak w pozostałych sprawach wciąż popieramy Ukrainę „za bezdurno” - dając jej obywatelom pracę, otwierając rynek dla produktów rolnych czy bezwarunkowo wspierając politykę Kijowa i udzielając ukraińskiemu bankrutowi pomocy ekonomicznej. Nakłada się na to jednostronna polityka zagraniczna skutkująca podległością wobec „bezalternatywnego” hegemona, czyli USA – przypomnę, że sami w ten sposób pozbawiamy się pola manewru, co może się na nas srogo zemścić, chociażby w przypadku, gdy Stany Zjednoczone znów postanowią zrobić „reset” w relacjach z Rosją. Na osłodę mamy krzepiące bajki George'a Friedmana o Międzymorzu.

Kolejna porażka, to niedawna rejterada w sprawie przypisywania Polsce i Polakom współodpowiedzialności za Holocaust. Okazało się, że stosowne ustawy musimy przedkładać do uprzedniej akceptacji naszych „strategicznych partnerów” czyli Izraela, żydowskiej diaspory oraz Stanów Zjednoczonych. W tej sytuacji nie dziwi, że leży również nasza polityka wizerunkowa. W przypadkach szkalowania Polski w zagranicznych mediach ograniczamy się do dyplomatycznych not, które albo są uwzględniane przez redakcje, albo nie. Nie ma systemowej współpracy z kancelariami prawnymi w USA czy Europie Zachodniej, a co za tym idzie – nie ma też procesów. O bezradności Polskiej Fundacji Narodowej aż żal wspominać. Na dodatek hojnie sponsorujemy antypolskie jaczejki w rodzaju muzeum POLIN. Odesłanie do zamrażarki projektu ustawy reprywatyzacyjnej pod jawną presją organizacji „przemysłu holokaust” dopełnia ponurego obrazu.


III. „Dobra zmiana” czy „mniejsze zło”?

Do powyższego można by dodać jeszcze stopniowo kastrowaną reformę sądownictwa (tu szczególne „podziękowania” dla prezydenta Dudy) i kilka innych spraw, jak wspomniana na wstępie rezygnacja z repolonizacji mediów, zaniechanie publikacji aneksu do raportu o rozwiązaniu WSI, wyciszenie niemieckich reparacji za II Wojnę Światową czy wyrzucenie do kosza nowego Kodeksu Pracy, który miał „odśmieciowić” rynek zatrudnienia. A wszak wszystkie te kwestie cieszyły się i cieszą poparciem wyborców – trzeba było jedynie determinacji by je przeprowadzić. Tej jednak najwyraźniej zabrakło – i ciekaw jestem, czy po 2019 r. znajdzie się słynna „wola polityczna” by naprawić zaniechania, czy też PiS ostatecznie zamieni się w typową partię „tłustych kotów” okraszających swe kunktatorstwo patriotyczną retoryką.

Żeby być sprawiedliwym – są też i sukcesy. Udało się w znacznej mierze uszczelnić system podatkowy i poprawić kondycję budżetu państwa, dzięki czemu są pieniądze na sztandarowy program „500+”. Warto zauważyć, że ma on walor nie tylko socjalny, ale również godnościowy. Generalnie, rządy PiS to w warstwie symbolicznej dowartościowanie spychanych dotąd na margines i stygmatyzowanych grup społecznych, co zresztą elity III RP odczuły bodaj najboleśniej. I jeżeli z kolejną kadencją „dobrej zmiany” wiążę jakieś nadzieje, to dlatego, że właśnie ów obudzony elektorat może stać się skuteczną, oddolną ostrogą mobilizującą władzę do działania. Inaczej „dobra zmiana” zamieni się w najlepszym razie w „mniejsze zło” - a przecież nie o to chodziło.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 29 (20-26.07.2018)

Guy Verhofstadt: liberalny bolszewik

Verhofstadt jest ucieleśnieniem systemu unijnej biurokracji – takim wyżywającym się na mównicy kieszonkowym, liberalnym Hitlerkiem.


I. Kieszonkowy Hitlerek

Mamy szczęśliwie za sobą kolejną odsłonę „grillowania Polski”. Podczas rytualnej pogaduchy w Parlamencie Europejskim premier Morawiecki opowiedział europosłom o istotnych problemach Europy (kryzys migracyjny, raje podatkowe okradające inne państwa, dominacja kapitału nad pracą przejawiająca się w malejącym udziale płac w PKB – i takie tam, pomniejsze sprawy). Rzecz jasna, eurodeputowanych to nie interesowało. Nie takie mieli zadanie. Ich zadaniem było wyrażać troskę o stan polskiej praworządności – więc uwijali się niczym dobrze odkarmione pszczółki. Warto przy okazji nadmienić, iż debata miała dotyczyć przyszłości Unii Europejskiej. Może eurodeputowani nie mieli na ten temat nic do powiedzenia? Może nie dostali instrukcji? Mieli za to wyraziste wytyczne co do polskiej praworządności. Najwyraźniej taki teraz rozkaz, by krytykować - więc krytykują, wykazując się przy tym heroiczną odpornością na wszelkie argumenty.

Nie mogło wśród nich zabraknąć niejakiego Guya Verhofstadta. Ów Guy raczył pouczyć naszego premiera, że „UE to nie jest bankomat”. Szkoda, że polski premier nie odwinął się tekstem, że to Polska od trzydziestu bez mała lat jest bankomatem zagranicznych firm, golących nas do gołej skóry poprzez wyprowadzanie z Polski „prawem i lewem” nieopodatkowanych zysków. Znamy zresztą naszego kolegę Guya, prawda? To przewodniczący frakcji liberałów w Parlamencie Europejskim. Do Polski i Polaków nic nie ma - pod warunkiem, że Polską rządzą ci, których ON akceptuje. Gdyby rządziła Platforma, siedziałby cicho i miałby głęboko w poważaniu polską praworządność. Ale PiS to dla zideologizowanej euro-szczujni ciało obce, więc Guy bredzi o „nazistach” i „suprematystach” na Marszu Niepodległości (przy czym, jakoś wcześniej go nie poruszały policyjne prowokacje i zatrzymania podczas Marszów za czasów PO, „rozgrzane sądy”, a nawet skandaliczne wybory samorządowe w 2014 i procesy protestujących w PKW).

Dzieje się tak dlatego, że Verhofstadt jest ucieleśnieniem systemu unijnej biurokracji – takim kieszonkowym, liberalnym Hitlerkiem wyżywającym się na mównicy. Uosabia kwintesencję brukselskiego liberalnego antydemokratyzmu: rządzić mamy my i ludzie przez nas akceptowani, a jeśli nie – to nauczymy buntowników moresu. A jeżeli Europa stoi przed jednymi z największych zagrożeń w historii? A co mnie to – odpowiada Guy – grunt, że wraz z koleżankami i kolegami w liczbie kilkudziesięciu płci porobimy się z radochy, że w Strasburgu i Brukseli obsobaczyliśmy „polskich faszystów”. Nikt nam nie wyskoczy tu z „reakcyjną kontrrewolucją”! (poważnie, takiego stalinowsko-bolszewickiego sformułowania odnośnie sytuacji w Polsce użył uchodzący za „konserwatywny” niemiecki „Die Welt”).


II. Demoliberalna dyktatura

Wglądając w otchłań swej duszy, muszę sam siebie szczerze zapytać: czemu ja tego gnoja jakoś tak aż do trzewi nie znoszę? Czy Verhofstadt jest niebezpieczny? Nie. Tak jak nie jest niebezpieczny upierdliwy pryszcz na tyłku. Po prostu jest w nim coś takiego, że na jego widok ma się ochotę dać mu w mordę. Ma w sobie ten specyficzny rodzaj oślizgłości i irytującej krzykliwości na widok których normalnemu człowiekowi zwierają się pięści. Drobny cwaniaczek zgrywający jakiegoś euro-Katona o moralności precyzyjnie utkanej z intelektualnego łajna. Odnosi się wrażenie, że zamiast mózgu, serca i duszy ma jedynie stertę śmierdzącego nawozu nad którym brzęczą muchy - i to brzęczenie wydobywa się przez jego usta pod postacią kolejnych antypolskich tyrad. Istny pomniejszy sługa Belzebuba, władcy much, jakich ten akurat demon ma w unijnych instytucjach wielu. Podobne odczucia miałem w przypadku Martina Schulza - kolejnego „nic” nadętego neo-marksitowskim gazem połączonym z poczuciem własnej ważności.

Ktoś im to wszystko zrobił. Ktoś im nakładł do łbów ten liberalny bolszewizm. I tutaj należy przywołać upiory Altiero Spinelliego i Antonio Gramsciego. Gramsci myślał kulturowo, zaś Spinelli - instytucjonalnie. Oba te prądy połączyły się w formie współczesnej Unii Europejskiej, z kastą niewybieralnych mandarynów „wiedzących lepiej” na czele. Zaś od zarania komunizmu nad swoimi podopiecznymi na Zachodzie czuwały kolejno: CzeKa-GPU-OGPU-NKWD-KGB-FSB (wraz z równoległymi mutacjami GRU) - troskliwie pielęgnując swych protegowanych i wszystko, co w przyszłości się wyrodzi z tego skrupulatnie nadzorowanego ideologicznego zamtuza. Punktem kulminacyjnym była „rewolucja” roku '68. Te stada zainfekowanych w latach 60' mózgową kiłą zombies, tudzież ich uczniowie oraz pobratymcy, rządzą dziś Europą. Ich produktem jest Verhofstadt - a że musi się odwdzięczyć za dokooptowanie do grona wybrańców, więc się wykazuje.

Istotę powyższej hodowli kadr doskonale oddał Wiktor Suworow w książce „GRU. Radziecki wywiad wojskowy”. Oddajmy mu na chwilę głos:

Omawiając rozmaite rodzaje agentów, czyli obywateli wolnego świata, którzy w ten, czy inny sposób sprzedali się GRU, nie można pominąć jeszcze jednej ich kategorii, najbardziej ze wszystkich obrzydliwej”. O kogo chodzi autorowi? Chodzi mu o niejakich „gawnojedów” („gównojadów”), czyli „członków wszelkiej maści Towarzystw Przyjaźni ze Związkiem Radzieckim, działaczy organizacji pacyfistycznych (z ruchem na rzecz jednostronnego rozbrojenia na czele), Zielonych i innych postępowych radykałów. (...)

Nikt ich nie werbował, bo i po co – i tak robili, co im się kazało. Zwykle chodziło o jakieś drobiazgi: informacje o sąsiadach, współpracownikach, czy znajomych, czasem o zorganizowanie przyjęcia z udziałem kogoś interesującego GRU. Po przyjęciu GRU oficjalnie takiemu dziękowało i kazało zapomnieć o wszystkim. Gównojad to dobrze wychowany osobnik – zapominał wszystko i to natychmiast, ale GRU nigdy nie zapomina…

Z czasem wielu gównojadów się ustatkowało. Osobnicy ci, zamieniwszy porwane dżinsy na garnitury od najlepszych krawców, zasiadają obecnie w gustownie urządzonych gabinetach, piastując często wysokie funkcje państwowe. Nie pamiętają już »szlachetnych« porywów młodości, lecz tylko do czasu…”.


III. Liberalny faszyzm

Oczywiście, pan Verhofstadt, by zachować towarzyszące mu nieustająco dobre samopoczucie, uporczywie nie dostrzega własnej nicości. Panu Verhofstadtowi wydaje się, że ma władzę zdolną ukorzyć jakichś polskich nie-liberalnych podludzi. Narzucić im swą wolę. To jest współczesna odmiana liberalnego faszyzmu. Trawestując Mussoliniego: „Wszystko w Unii, nic poza Unią, nic przeciwko Unii”. Zaś o tym, co jest w Unii, co poza nią, a co przeciwko - ma decydować Wielka Faszystowska Rada Euromandarynów uzupełniająca się przez kooptację (a za jej plecami rozliczne, powiązane ze sobą lobbies - i wypadkową ich interesów są unijne decyzje oznajmiane nam ustami kasty „oświeconych” pod postacią dyrektyw i zleceń).

Pan V. naprany podczas obróbki edukacyjno-politycznej postępackimi miazmatami kojarzy powyższe raczej mętnie - ale jest tak ukształtowany, że instynktownie wie z jakiej śpiewać partytury. A że za podążaniem zgodnie z bodźcami jest nagradzany odpowiednimi konfiturami i ślini się na ich widok, niczym jakaś demoliberalna ofiara eksperymentów akademika Pawłowa - to tym zajadlej szczeka, gdy czuje dla tychże konfitur zagrożenie. Po prostu, osobisty dobrobyt skojarzył mu się z liberalno-faszystowskim-neomarksizmem - i nawet pałą mu tego ze łba nie wybijesz. W postaci Verhofstadta otrzymujemy dialektyczne kuriozum syntetyzujące pozornie odmienne doktryny: liberał (obyczajowy), marksista rewolucjonizujący Europę na swą modłę i totalniacki faszysta nie tolerujący nawet cienia polityczno-światopoglądowego pluralizmu.

Zapytam więc manierą stalinowską: „co, towarzysze, wyłazi w sumie z tego ideologicznego napięcia połączonego z żądzą zysku i władzy? Otóż, towarzysze, z tego kuriozalnego połączenia wyłazi zawsze bolszewik. I dlatego lubimy towarzysza Verhof... mimo jego różnych słabości, albowiem towarzysz Verhof... jest nam elementem mentalnie bliskim. I dlatego właśnie, towarzysze, takich poputczików winniśmy pielęgnować”. Sądzę, że tak powiedziałby tow. Stalin na zjeździe kom-partii i otrzymałby szczere oklaski za wnikliwą diagnozę osobowości tow. Verhofstadta. Co nie znaczy, że w późniejszym etapie nie kazałby tow. Verhofstadta rozstrzelać - tak jak nie omieszkał rozwalić hurtowo swojej Międzynarodówki wraz z wypróbowanymi towarzyszami z KPP.

Ja mam skromniejsze marzenie - ot, takie, że jeżeli już w europarlamencie są jacyś nasi deputowani, to tak po staropolsku należałoby tę kanalię V. wypłazować... ewentualnie obić mordę szpicrutą. Nie, wróć, rozpędziłem się. O czym tu marzyć, żeby współczesny Polak władał szablą... i szpicrutę miał na podorędziu, by rozprawiać się z bolszewikami w swoim otoczeniu... No to, po chłopsku - jakiś dobrodziej mógłby przefasonować mu gębę, tak żeby przez jakiś czas zamiast pohukiwać z mównicy tylko bezsilnie się ślinił przez zdrutowaną szczękę. I spijał swoje tłuste euro-rosoły przez słomkę. Bez makaronu.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w dwutygodniku „Polska Niepodległa” nr 14 (18-31.07.2018)

Pod-Grzybki 134

Bolesław Wałęsa znów na czele protestów! Konkretnie, chciał zgromadzić w Warszawie „100 tys. ludzi” w obronie „nadzwyczajnej kasty”. Finalnie zebrał się jakiś niewielki tłumek, co legendarny Bolesław gorzko skomentował, że „z tą ilością, to my za wiele nie wywalczymy”. Te, Wałek, po pierwsze – nie 100 tysięcy, tylko 100 milionów; i po drugie – nie miałeś gromadzić, tylko rozdawać, pamiętasz?


*

Powyższe świadczy o galopującej demencji, kiedy to człowiekowi wszystko się ze sobą miesza – i często wraca mentalnie do lat młodości. Potwierdzeniem tego jest list, jaki legendarny Bolesław napisał do Rolling Stonesów, by ci obsobaczyli ze sceny pisiorów za sądownictwo. Oznacza to, że Wałek cofnął się do roku 1967 i myślał, że wciąż rządzi Gomułka, a Stonesi właśnie przybywają do Polski na swój pierwszy koncert. Podobno widziano tego wieczora pana Bolesława, jak błąkał się samotnie pod Salą Kongresową, wypatrując przybycia swych idoli.


*

Niemniej, sama metoda jest niezła – proponuję zatem pójść za ciosem i zapytać Micka Jaggera o wiążącą wykładnię art. 180 Konstytucji. Natomiast odnośnie pozostałych kwestii związanych z ustrojem sądów, poproszę o opinię siostry Godlewskie. One też śpiewają - i to jak! Nawet jeśli ktoś bardzo nie chciał, to i tak usłyszał... A usta to już mają zupełnie podobne do Jaggera! Tym samym, potoczne określenie „dmuchane autorytety” znajdzie swoje dosłowne odzwierciedlenie w rzeczywistości.


*

Szwedzi jak zwykle celują w postępie – otóż weszło tam w życie prawo wg którego za gwałt zostanie uznany każdy stosunek na który jedna ze stron nie udzieliła wcześniej „wyraźnej zgody”. Tylko co, jeśli jakiś nieszczęśnik chcąc uzyskać „wyraźną zgodę”, złoży swej wybrance stosowną propozycję? Czy będzie to podpadało pod słowne molestowanie? A jeżeli w odpowiedzi zarobi w papę? Czy będzie wtedy mógł zgłosić pobicie?


*

Szefowi „Zony Wolnego Słowa” znów ulała się wazelina. Red. Sakiewicz zaproponował mianowicie, by Kaczyńskiemu i Netanjahu przyznać pokojowego Nobla. Hm, podobnie było w roku 1994, kiedy to Nobla dostali wspólnie Szimon Peres, Icchak Rabin i Jasir Arafat. Jak rozumiem, wynika z tego, że dla Sakiewicza Kaczyński to współczesny Arafat? Tak to bywa, gdy ktoś w lizusowskim amoku wyłączy myślenie.


*

Jednak prezes Kaczyński najwyraźniej się na „partyzanta wolnego słowa” nie obraził – i jego fundacja dostała w nagrodę 7,2 mln złotych z Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej na portal „puszcza.tv” traktujący o Puszczy Białowieskiej. Ów portal to istny cymes – tyle, że powinien się nazywać „krzaki.tv”. Mamy bowiem na nim transmisje online z aż trzech (!) kamerek internetowych pokazujących jakieś chaszcze. No to teraz z taką kasą dokupią ze dwie kolejne – i będziemy mogli zobaczyć jeszcze więcej krzaków. Przy takim rozmachu proponowałbym zainstalować też jedną w redakcji „Gazety Polskiej”, tak by naród mógł sobie pooglądać na żywo żerującego Sakiewicza.

Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w dwutygodniku „Polska Niepodległa” nr 14 (18-31.07.2018)

Euro-utopia

Lepiej pozostać za burtą w szalupie własnej waluty, niż tkwić jako pasażer drugiej kategorii w ładowniach zalewanego wodą „Titanica”.


Wiele wskazuje na to, że jednak w najbliższych latach powstanie osobny budżet strefy euro. Tak przynajmniej wynika z uzgodnień poczynionych przez kanclerz Angelę Merkel i prezydenta Emmanuela Macrona. Trzeba tu od razu zastrzec, że niemiecka kanclerz zgodę wyraziła wyraźnie wbrew sobie – Macron, któremu na wspólnym budżecie eurogrupy zależało najbardziej, wykorzystał polityczne osłabienie Merkel spowodowane bezwładem w rozwiązywaniu kryzysu migracyjnego i powstałymi na tym tle napięciami w łonie rządzącej koalicji. Euro-budżet miałby zostać powołany w 2021 r. (raczej wątpliwe) – tyle, że wciąż nie wiadomo, jak miałby konkretnie wyglądać. Macron chce budżetu z prawdziwego zdarzenia – z własnymi przychodami i wydatkami, obejmującego nawet kwoty liczone w grubych miliardach euro, natomiast Angela Merkel woli mówić raczej o chudszym budżecie inwestycyjnym, który służyłby wyrównywaniu potencjałów gospodarczych poszczególnych krajów. W każdym razie, powołanie takiego tworu byłoby ogromnym ustępstwem Niemiec, które do tej pory broniły się przed nim rękami i nogami. Oznaczałoby to bowiem, że Niemcy zaczęłyby się realnie dokładać do kosztów utrzymania eurolandu, zamiast jak do tej pory spijać jedynie śmietankę i z mądrą miną pouczać wszystkich dookoła, że powinni być „niczym skrzętna, szwabska gospodyni” - jak raczyła się wyrazić kanclerz Merkel przy okazji greckiego bankructwa.

Tyle tylko, że ów euro-budżet jest klasycznym manewrem spod znaku „ucieczki do przodu” - widać gołym okiem, że wspólna waluta funkcjonuje źle lecz ze względów politycznych nikt (poza wyklinanymi „populistami”) nie ma odwagi powiedzieć tego głośno. Tymczasem prawda jest taka, że - jak powiedział ongiś w przypływie szczerości Romano Prodi – euro nie jest projektem gospodarczym, lecz politycznym. W zamyśle unijnych decydentów eurowaluta miała stać się narzędziem wymuszającym pogłębianie integracji, zaś przy jej wprowadzaniu świadomie ignorowano różnice wśród przyjmujących ją gospodarek. Identyczne podłoże ma nieustanny nacisk na pozostałe kraje UE, w tym Polskę, by jak najszybciej przystępowały do unii walutowej, albo przynajmniej wyraźnie określiły taki zamiar wraz z możliwie rychłym horyzontem czasowym. Również i teraz, po ogłoszeniu powstania euro-budżetu, rozległy się głosy, że „zostaniemy za burtą” i stracimy wpływ na podejmowanie najważniejszych decyzji. Słowem – receptą na dotychczasowe bolączki ma być hasło „więcej tego samego”.

Rzecz w tym, że zwolennicy takiego rozwiązania uporczywie nie chcą dostrzegać słonia w menażerii – a owym „słoniem” jest oczywista konstatacja, że euro w obecnym kształcie zwyczajnie nie ma sensu. Od biedy mogłoby służyć kilku najbogatszym krajom europejskiej Północy, lecz rozciągnięte na państwa mniej zamożne staje się źródłem nieustannych napięć. Czym bowiem jest euro? W największym uproszczeniu – jest to zdewaluowana niemiecka marka. Ale zarazem euro to również lir, drachma czy peso poddane sztucznej aprecjacji. W efekcie, tak skonstruowany pieniądz napędza niemiecką gospodarkę, stymulując jej eksport i jednocześnie dławi konkurencyjność gospodarek Południa wpędzając je w spiralę długów. W latach koniunktury można było to jakoś kamuflować – ale wystarczył pierwszy poważny kryzys, by cała ta utopia „enklawy zamożności” zawaliła się z hukiem na naszych oczach. Innymi słowy – euro to waluta wyłącznie na czas dobrej pogody. Wraz z nadejściem burzy okazało się, że „ekskluzywny klub” dzieli się de facto na dwie kategorie – wierzycieli i dłużników. Wyjątkowo boleśnie przekonała się o tym Grecja, której dług publiczny po latach wdrażania „transzy pomocowych” urósł ze 109 proc. PKB (2008 r.) do obecnych ponad 180 proc. Podobny mechanizm dotknął Hiszpanię czy Portugalię. W tym samym czasie Niemcy notują nadwyżki, a na samym oprocentowaniu od „pomocy” udzielonej Grecji zarobiły 2,9 mld. euro. Złoty interes. Czy można się więc dziwić, że nadal wolały zarabiać, niż dołożyć się do wspólnego kotła?

Jednak nawet wspólny budżet strefy euro to jedynie pudrowanie trupa. Z jego namiastką mamy wszak do czynienia również i dzisiaj – funkcję tę pełni polityka „luzowania ilościowego” wdrażana przez Europejski Bank Centralny. Po uwolnieniu setek miliardów euro entuzjastycznie ogłoszono, iż na kontynent powróciła „koniunktura”. Dobre sobie – np. w Hiszpanii bezrobocie wynosi ponad 16 proc., a w Grecji niemal 21 proc. przy pełzającym wzroście PKB (szczególnie porównując z czasami sprzed kryzysu). Zatem nawet euro-budżet skrojony „na bogato” będzie co najwyżej doraźną, redystrybucyjną łataniną, nie usuwając podstawowych, strukturalnych sprzeczności eurozony.

Podsumowując, jeśli nam mówią, że „pozostajemy za burtą” gospodarczej i politycznej integracji, to po pierwsze – najpierw warto sprawdzić, ile realnie mają w strefie euro do powiedzenia Grecja czy Hiszpania, a po drugie – lepiej pozostać za burtą w szalupie własnej waluty, niż tkwić jako pasażer drugiej kategorii w ładowniach zalewanego wodą „Titanica”.

Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 27-28 (13-26.07.2018)

Polska – kraj migracyjny

Zagraniczni inwestorzy skuszeni pomocą publiczną pootwierają tutaj nowe fabryki, centra logistyczne i montownie... w których będą zatrudniani Ukraińcy, Hindusi i Bengalczycy.

I. Śladami „starej Europy”

Sądzę, że można już ogłosić to oficjalnie – Polska stała się krajem migracyjnym. Jeszcze brakuje nam co nieco do Francji czy Niemiec, ale znajdujemy się na tej samej ścieżce, którą przebyły z wiadomym skutkiem państwa „starej Europy”. Dzieje się tak dzięki masowemu napływowi pracowników z zagranicy - głównie z Ukrainy, ale nie tylko. Wg danych Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej w samym tylko 2017 r. wydano łącznie 235 626 zezwoleń na pracę dla obcokrajowców, z czego zdecydowana większość (192 547) dotyczyła obywateli Ukrainy. Ale to nie wszystko, obowiązuje bowiem także równoległa procedura uproszczona, zwana również procedurą oświadczeniową. Oznacza ona, że pracodawca deklaruje poprzez specjalny dokument złożony w Urzędzie Pracy chęć zatrudnienia wskazanego obcokrajowca, co stanowi podstawę do sprowadzenia takiego pracownika do Polski. Takich oświadczeń złożono w zeszłym roku 1,8 miliona. Nie oznacza to, że w każdym przypadku doszło do faktycznego zatrudnienia – lecz daje to ogólne pojęcie na temat skali udziału cudzoziemców w polskim rynku pracy. Ponadto, gdyby dodać „ciemną liczbę”, tzn. pracowników zagranicznych zatrudnianych nielegalnie, przypuszczam, że w sumie otrzymalibyśmy zbliżoną wartość. Zwróćmy uwagę, że już teraz wspomniane dane niemal pokrywają się z szacunkami dotyczącymi upustu krwi, jaki przeżyła Polska od momentu otwarcia się zachodnich rynków pracy. W minionych latach wypchnięto bowiem na emigrację ekonomiczną ponad 2 mln. Polaków – głównie młodych, przedsiębiorczych, w najlepszym wieku produkcyjnym. W większości osiedlili się oni za granicą na stałe, ściągnęli lub założyli tam rodziny, zapuścili korzenie – i bez radykalnej zmiany warunków życia w Polsce są w większości nie do odzyskania. Obecna fala migracji zarobkowej do Polski jest rozpaczliwą próbą załatania tych ubytków.

Zresztą, wystarczy przejść się ulicami większych miast, albo zawitać chociażby na Dworzec Zachodni w Warszawie – przytłaczająca większość podróżnych to przybysze ze wschodu, zewsząd słychać rosyjski i ukraiński, wzrok przykuwają też dwujęzyczne szyldy barów i sklepików. Słowem, można poczuć się jak w Kijowie. W centrum stolicy z kolei normą są grupki przechadzających się śniadych przybyszów – i bynajmniej nie sprawiają oni wrażenia egzotycznych turystów, albo zagranicznych studentów. Jak to wygląda procentowo? Przyjmijmy, że liczba 1,8 mln. oświadczeń o chęci zatrudnienia obcokrajowców oddaje w przybliżeniu stan rzeczywisty. Oznacza to, że mamy w Polsce de facto 4,7 proc. mniejszości etnicznych – oczywiście, z silnym wskazaniem na Ukraińców. Podobnie rzecz się ma ze studentami – w roku akademickim 2016/2017 studiowało w Polsce 65 793 zagranicznych studentów (w tym 35 584 Ukraińców i 5119 Białorusinów), co przekłada się na „współczynnik umiędzynarodowienia” w wysokości 4,8 proc. Uczelnie we współpracy z lokalnymi władzami, szczególnie w mniejszych ośrodkach i na tzw. ścianie wschodniej, prześcigają się wręcz w oferowaniu cudzoziemcom rozmaitych udogodnień (często niedostępnych dla studentów polskich), widząc w nich ratunek dla własnej egzystencji. Należy dodać przy tym, że studenci ci również często wiążą swoje przyszłe plany życiowe z Polską. Jak zatem widać, na odcinku wieloetniczności w szybkim tempie nadganiamy kraje Zachodu.


II. Lobbying biznesu

Za coraz szerszym otwieraniem granic dla obcokrajowców nieustannie lobbują największe organizacje biznesowe – i są chętnie wysłuchiwane przez rządzących. Powody są te same od kilku lat: niekorzystny trend demograficzny, niskie bezrobocie i związany z tym brak rąk do pracy oraz potrzeba zachowania konkurencyjności polskiej gospodarki. Szczególnie to ostatnie bije rekordy hipokryzji – mówiąc normalnym językiem, biznesowi zależy po prostu na utrzymaniu w ryzach wzrostu płac, mamy bowiem rzekomo w Polsce „rynek pracownika”. Temu obiegowemu poglądowi przeczą jednak dane GUS – dajmy sobie spokój ze „średnią krajową”, bo tej przytłaczająca większość Polaków nie ogląda na oczy. Miarodajnym wyznacznikiem jest tu dominanta, czyli najczęściej wypłacane wynagrodzenie – wynosi ono 2073,03 zł brutto, co daje 1511 zł „na rękę”. Istne kokosy. Stosunkowo wysoka średnia krajowa (4346,76 zł brutto) nie jest zatem wyznacznikiem ogólnej zamożności Polaków, lecz krzyczącym aktem oskarżenia – oznacza ona bowiem, że mamy ogromne rozwarstwienie dochodów, co jest cechą typową dla różnych bantustanów. Potwierdzają to dane KE mówiące, że udział płac w PKB jest u nas na poziomie 48 proc. (unijna średnia to 55,4 proc.), co plasuje nas w UE na piątym miejscu od końca. Krótko mówiąc, nacisk na masowe sprowadzanie pracowników ma m.in. zamrozić wzrost wynagrodzeń. Odwrotnie postępują np. Czesi, ściśle reglamentując dostęp do swojego rynku pracy, czego efektem jest najniższe w Unii bezrobocie i konsekwentnie rosnące płace – i jakoś nie słychać, żeby czeska gospodarka miała się od tego zwijać.

Warto w tym miejscu przypomnieć, że nie tak miało być. Polska miała odchodzić od modelu gospodarczego opartego na taniej sile roboczej i przestawiać się na konkurowanie jakością. Emigranci ekonomiczni mieli wracać do kraju, mówiło się też o ściąganiu Polaków rozproszonych po świecie – w tym również potomków rodaków wywiezionych w głąb ZSRR. W praktyce jednak rządzący postawili na gastarbeiterów – za kierunkiem wschodnim optuje m.in. Cezary Kaźmierczak ze Związku Przedsiębiorców i Pracodawców, domagając się sprowadzenia w najbliższych latach łącznie 5 mln. pracowników. Do osiągnięcia takiej liczby Ukraina i Białoruś nie wystarczą, toteż już teraz trafiają do nas Hindusi, Nepalczycy czy mieszkańcy Bangladeszu. Zauważmy tu, że Bangladesz jest krajem muzułmańskim i liczy sobie ponad 166 mln. klepiących biedę obywateli – istny mokry sen pracodawcy marzącego o półdarmowych niewolnikach. Jeszcze dalej idzie Marek Goliszewski, prezes Business Centre Club, postulujący uchwalenie specjalnej ustawy migracyjnej, która „otworzyłaby drzwi” nie tylko przed Ukraińcami, lecz również przybyszami z krajów arabskich – i generalnie, globalnego Południa.


III. Multi-kulti u bram

Co na to rząd? Rząd jest za. W niedawnym wywiadzie dla internetowej „Kultury Liberalnej” Paweł Chorąży, podsekretarz stanu w Ministerstwie Inwestycji i Rozwoju, otwartym tekstem zapowiedział intensyfikację proimigranckiej polityki – i to z naciskiem nie na pracowników sezonowych, lecz z intencją osiedlenia przybyszów w Polsce na stałe. Tym samym powtarzamy historię Niemiec i Francji. Przypomnę, że Niemcy sprowadzając sobie gastarbeiterów z Turcji również zakładali, że ci trochę popracują i wrócą do siebie, zaś jakiś odsetek, który zostanie w Niemczech wraz z upływem czasu samoistnie się zintegruje. Jak wiemy, nic podobnego nie nastąpiło, zaś migranci oraz ich potomkowie stali się źródłem rozlicznych społecznych napięć na tle kulturowym. Jeżeli zatem dzisiaj rządzący usiłują nam wmówić, że jakoś nad procesami migracyjnymi zapanują, to zwyczajnie robią nam wodę z mózgów. Oni tu w większości zostaną, tak jak zostali w krajach zachodu. W innym wywiadzie dla wspomnianej „KL” Paweł Kaczmarczyk (dyrektor Ośrodka Badań na Migracjami UW) mówi, iż już teraz „Polska stała się największym importerem cudzoziemskiej siły roboczej na świecie” - większym niż USA (dane OECD). Mamy zatem swoisty paradoks – z jednej strony rząd na forum UE twardo broni się przed próbami narzucenia nam nachodźców, z drugiej zaś otwiera granice na ekonomiczną migrację, tyle że z nieco innych regionów świata. Wkrótce otrzymamy zatem następującą sytuację: zagraniczni inwestorzy skuszeni pomocą publiczną pootwierają tutaj nowe fabryki, centra logistyczne i montownie... w których będą zatrudniani Ukraińcy, Hindusi i Bengalczycy. A rząd będzie się chwalił tysiącami nowych miejsc pracy, zapominając dodać, że owe dotowane przez polskie państwo stanowiska zostaną obsadzone przez cudzoziemców. Witamy w krainie multi-kulti.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 28 (13-19.07.2018)

niedziela, 8 lipca 2018

Bezwarunkowa kapitulacja

Nie można bezkarnie grzmieć, że „nikt nie będzie dyktował nam ustaw”, a potem robić woltę o 180 stopni i jeszcze naskakiwać z twarzą na rozczarowanych ludzi, wyzywając ich od „ruskich agentów”.

I. Denowelizacja

Proszę Państwa, uczymy się nowego słowa. Przesylabizujmy je wspólnie, żeby się utrwaliło: de-no-we-li-za-cja. Nie ma wątpliwości, że będzie to trwały wkład partii rządzącej w sztukę legislacyjną. Najpierw uchwalamy generalnie słuszną ustawę, ale bez rozpoznania jej potencjalnych konsekwencji, a następnie gdy wybucha awantura, wkładamy ją do „zamrażarki” i po pewnym czasie w ekspresowym trybie uchylamy. Jeśli prześledzić to, co działo się ze słynnym art. 55a Ustawy o IPN, to właśnie tak to mniej więcej wyglądało. Przypomnijmy, że nowelizacja była konsultowana z władzami Izraela (co samo w sobie stanowi kuriozum), jej treść wydawała się uzgodniona, nikt nie zgłaszał zastrzeżeń – po czym, nagle eksplodowała medialno-polityczna bomba, ku kompletnemu zaskoczeniu PiS. Co to oznacza? Wg mnie oznacza to, że Izrael i środowiska żydowskie z premedytacją wsadziły nas na minę, by móc następnie wrzeszczeć na cały świat o polskim „antysemityzmie” i „rewidowaniu historii”. Na marginesie, warto odnotować wątek, który jakoś nie przebił się w debacie publicznej: gdzie były wtedy nasze służby specjalne? Dlaczego w tak newralgicznej kwestii nikt nie zadbał o wywiadowczą ochronę procesu ustawodawczego? Po fakcie jasno widać, że antypolska nagonka była precyzyjnie przygotowana i zorkiestrowana – począwszy od oświęcimskiego wystąpienia Anny Azari, poprzez wypowiedzi izraelskich polityków i mediów, a skończywszy na diasporze żydowskiej w USA, która dodatkowo zaprzęgła do swego propagandowego rydwanu tamtejszy Kongres i Departament Stanu. Od tego są służby, żeby takie niebezpieczeństwa wykryć zawczasu i ostrzec polskie władze. Indolencja wywiadowcza potwierdza jedynie tezę o kompletnej degrengoladzie naszych „siłowików” i na dobrą sprawę należałoby to towarzystwo rozgonić na cztery wiatry – lepiej bowiem nie mieć żadnych służb, niż karmić się złudnym poczuciem bezpieczeństwa.

W każdym razie, gdy mleko się rozlało, PiS przestraszyło się własnej odwagi i zaczęło się wycofywać rakiem z całej inicjatywy, co na bieżąco sygnalizowałem na tych łamach. Byliśmy świadkami upokarzających wycieczek polskiej delegacji do Tel Awiwu, okraszonych dodatkowo wypowiedziami takimi, jak słowa marszałka Senatu Stanisława Karczewskiego, że ustawa (przyjęta przez Senat pod jego kierownictwem!) „nie będzie stosowana”. Potwierdzała to kunktatorska decyzja prezydenta Andrzeja Dudy, który wprawdzie nowelizację podpisał, ale jednocześnie skierował ją do Trybunału Konstytucyjnego, z niedwuznaczną intencją wymiksowania się z kłopotu rękoma sędzi Julii Przyłębskiej. W efekcie, otrzymaliśmy kompletnie pozaprawny i motywowany politycznie stan zawieszenia: ustawa niby obowiązywała, ale odpowiednie organy państwa odmawiały jej stosowania. W międzyczasie do prokuratury wpłynęło na jej podstawie kilkadziesiąt zawiadomień o możliwości popełnienia przestępstwa – i o ile mi wiadomo, nie wszczęto ani jednego śledztwa. I to również zapamiętamy jako osobliwy wkład tego rządu w praktykę (nie) stosowania prawa – okazało się, że można ignorować „po uważaniu” obowiązujące przepisy, które na dodatek samemu się uchwaliło.


II. Kapitulacja

Finałem i logiczną konsekwencją powyższej rejterady było nagłe uchylenie art.55a. W ciągu kilku godzin „denowelizacja” przeszła przez obie izby parlamentu i wylądowała na biurku prezydenta, który równie bezzwłocznie ją podpisał – tym razem wyjątkowo bez strojenia min, targowania się, hamletyzowania i konsultacji z panią Zofią Romaszewską. Tym samym podpisaliśmy akt bezwarunkowej kapitulacji. Ależ tam musiały pójść naciski... Dodatkowo, wkrótce potem za sprawą izraelskich mediów dowiedzieliśmy się, iż sprawa była od kilku miesięcy w najgłębszej tajemnicy przedmiotem negocjacji między Polską a Izraelem podczas sekretnych pogaduszek w Wiedniu (w domyśle – pod amerykańskim patronatem, bo nasz aktualny hegemon nie życzy sobie kwasów pomiędzy „sojusznikami”). Coś niebywałego. Na osłodę została nam wspólna deklaracja premierów Morawieckiego i Netanjahu, gdzie łaskawie przyznano, że nie było „polskich obozów śmierci”, zaś obustronna współpraca opiera się „na głębokim zaufaniu i zrozumieniu”. Dobry żart, zważywszy na przypomniane powyżej wmanewrowanie nas w ten bigos. Mogę sobie nawet wyobrazić, jak te negocjacje wyglądały. Nasz komunikat, po odarciu z pozorów, musiał brzmieć mniej więcej w tym stylu: no dobrze, nie krzyczcie już na nas, uchylimy ten artykuł, tylko dajcie nam coś, czym moglibyśmy pomachać elektoratowi przed oczami.

Tak rozumiany „kompromis” ma swoją cenę. Choćby taką, że oficjalnie uznaliśmy prawo Izraela do decydowania o tym, kto był sprawcą, a kto ofiarą II wojny światowej. Na dzień dzisiejszy, wspaniałomyślnie zostaliśmy zaliczeni do współofiar, co dla oficjalnej propagandy stanowi asumpt do nasładzania się „sukcesem polskiej dyplomacji”. Cóż jednak zrobimy, jeśli jutro ten sam Izrael znów zaliczy nas do sprawców - a jest to niezbędnym warunkiem wydębienia od nas miliardowych „odszkodowań” za pożydowskie mienie? Łaska pańska na pstrym koniu jeździ, a przypomnę, że na życzenie strony żydowskiej schowaliśmy do szuflady stosowną ustawę reprywatyzacyjną – to zaś w kontekście amerykańskiego „JUST Act 447” czyni nas kompletnie bezbronnymi wobec niechybnych roszczeń. Jestem nawet gotów przewidzieć, jak to będzie wyglądało: po miesiącach żmudnych rokowań polski rząd ogłosi kolejny „sukces”, bo hieny cmentarne z „holocaust industry” zgodzą się, byśmy zapłacili o kilka miliardów dolarów mniej i może jeszcze rozłożą nam należność na raty, by nie zarzynać kury znoszącej złote jaja.


III. Wiadra wazeliny

Osobnym elementem tej historii są wiadra wazeliny, jakie wylały się z prorządowych ośrodków medialnych. Wersję o „sukcesie” zaakceptowano bez żadnych zastrzeżeń i z miejsca rozpoczęto propagandową osłonę naszej rejterady. Na głos krytyki pozwolił sobie chyba tylko prof. Andrzej Nowak. Reszta poświęciła się rozmydlaniu tego co się stało, wiedząc, że na prawicowych wyborców rezygnacja z samodzielnego kształtowania polskiego przekazu historycznego podziała jak płachta na byka - zwłaszcza, że ewidentnie abdykowaliśmy z suwerennego stanowienia prawa w tej materii. Szczytem wszystkiego była propozycja red. naczelnego „Gazety Polskiej” Tomasza Sakiewicza, by Jarosławowi Kaczyńskiemu i „Bibi” Netanjahu przyznać... pokojowego Nobla. Przejdzie to annałów dziennikarskiego lizusostwa. Cóż, kiedy sprzedaż spada, trzeba pielęgnować przychylność władzy. W ramach operacji osłonowej zadbano również o szantaż emocjonalny oparty o tradycyjne reductio ad Putinum: mianowicie, jeśli krytykujesz uchylenie nowelizacji Ustawy o IPN, to znaczy że godzisz w „strategiczne sojusze” - a kto godzi w sojusze, ten wiadomo, jest „ruskim agentem”. Proste jak konstrukcja cepa – na identycznej zasadzie środowisko „Wyborczej” nazywa „antysemityzmem” każdą krytykę poczynań organizacji żydowskich.

Na dłuższą metę takie postępowanie się na PiS-ie zemści. Nie można bezkarnie grzmieć, że nie oddamy guzika i „nikt nie będzie dyktował nam ustaw”, a potem robić woltę o 180 stopni i jeszcze za pośrednictwem swych propagandystów naskakiwać, przepraszam, z twarzą na rozczarowanych ludzi, wyzywając ich od „ruskich agentów”. Tymczasem, jeśli spojrzeć przekrojowo, art. 55a w znacznej mierze spełnił swe zadanie – i to pomimo wiadomych trudności z ewentualnym zastosowaniem go wobec obcokrajowców. Otóż ogólnoświatowa awantura sprawiła, że z zagranicznych mediów nagle zniknęły wrzutki o „polskich obozach”, które wcześniej pojawiały się z nużącą regularnością. Stało się tak dlatego, że wskutek rozpętanego przez Żydów jazgotu każdy, choćby nawet nie chciał, dowiedział się, że Polacy sobie podobnych insynuacji nie życzą – i od tej pory nikt już nie będzie mógł się zasłaniać niewiedzą, przejęzyczeniem czy „skrótem myślowym” o „geograficznej lokalizacji”. Istnieje jednak obawa, że po naszej kapitulacji cała ciuciubabka rozpocznie się od początku.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Sojusznik czy wasal?

Hieny cmentarne z holocaust industry

Ustawa 447 czyli ofensywa holocaust industry

Gra o bilion złotych

Zawsze jest z kim przegrać

Rejterada

Koniec złudzeń

Moratorium czyli uspokajactwo stosowane

Hucpa – reaktywacja

Ćwierć miliarda za nic

Nic tak nie gorszy, jak prawda

Jedwabne – czas prawdy

Koniec epoki „pedagogiki wstydu”

Lekcja ojkofobii

Antypolonizm sponsorowany


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 27 (06-12.07.2018)

sobota, 7 lipca 2018

Angela Merkel: pycha i upadek

Niedawna „żelazna kanclerz” dziś jest już mocno zardzewiała – po niegdysiejszym upojeniu potęgą nie został ślad, a na horyzoncie majaczy widmo upadku.

I. Cesarzowa Europy

Znane powiedzenie głosi, że pycha kroczy przed upadkiem – i w ostatnim czasie pasuje ono jak rzadko do politycznych losów Angeli Merkel. Jeszcze niedawno jawiła się niczym wszechwładna „cesarzowa Europy”, bezceremonialnie dyktująca swą wolę unijnym instytucjom i poszczególnym państwom – dziś jest cieniem samej siebie. Skalę upadku dobrze obrazuje porównanie jej dokonań sprzed lat z obecną, rozpaczliwą szarpaniną. Przypomnijmy, że to właśnie niemiecka kanclerz była spiritus movens powstania w 2011 r. tzw. „Grupy Frankfurckiej” - nieformalnego gremium w skład którego prócz niej wchodził ówczesny prezydent Francji Nicolas Sarkozy, najwyżsi unijni dygnitarze (w tym przewodniczący KE Jose Barroso i szef Europejskiego Banku Centralnego Mario Draghi) plus szefowa MFW Christine Lagarde. To właśnie za ich sprawą doprowadzono do przeczołgania, a następnie obalenia szefów rządów w dwóch krajach członkowskich – najpierw do odstrzału poszedł grecki premier Jorgos Papandreu, następnie zaś „niezatapialny” Silvio Berlusconi. Pierwszego zmuszono do dymisji groźbą wstrzymania transzy pomocowych, drugiego – nagłym wzrostem oprocentowania włoskich obligacji. W ich miejsce przyszli wskazani przez „Grupę Frankfurcką” (czyli przez Angelę Merkel) Lukas Papademos (były wiceprezes EBC) oraz Mario Monti (umocowanie – m.in. Komisja Trójstronna i Grupa Bilderberg). Niecałe dwa tygodnie po dymisji Berlusconiego, 28 listopada 2011 r., swój słynny „hołd berliński” złożył cesarzowej Angeli szef polskiego MSZ Radosław Sikorski, wzywając Niemcy do wzięcia na siebie odpowiedzialności za Europę.

Tak wówczas wyglądała sytuacja: Merkel władna była odwoływać europejskie rządy, a przedstawiciel największego kraju Europy Środkowej śpieszył do stolicy Niemiec z wiernopoddańczymi deklaracjami. Ta hegemonia znajdowała potwierdzenie również w następnych latach, gdy Niemcy narzucały „plany pomocowe” kolejnym pogrążonym w kryzysie gospodarkom strefy euro, ze szczególnym uwzględnieniem Grecji (nota bene, niemiecki budżet na greckich obligacjach zarobił od 2010 r. 2,9 mld. euro). Brukselscy mandaryni byli bezwolnymi marionetkami, zaś Angela Merkel mogła wystrugać na „eurokratę” nawet takie kompletne zero, jak Donald Tusk. Mówiąc krótko – totalna dominacja gospodarcza i polityczna, połączona z kolonialnym drenażem wschodnich i południowych rubieży UE. Na powyższe nakładały się zapowiedzi „przyśpieszenia” i „zacieśniania integracji” w czym brylował szef Parlamentu Europejskiego Martin Schulz – przedstawiciel koalicyjnej SPD. Wydawało się, że urzeczywistnienie IV Rzeszy jest o krok.


II. Zaślepienie pychą

Na szczęście, gdy Pan Bóg chce kogoś ukarać, to wpierw odbiera mu rozum. I takim przejawem braku rozsądku, zaślepienia pychą i własną wszechmocą, stała się fatalna w skutkach decyzja o otwarciu granic przed hordami muzułmańskich nachodźców. Decyzja, dodajmy, z której kanclerz Merkel nie wytłumaczyła się do tej pory. Otwierając granice przed barbarzyńcami, berlińska cesarzowa nie raczyła się skonsultować z europejskimi „partnerami”, ignorując jednocześnie przepisy międzynarodowe (np. konwencję dublińską), a nawet prawo własnego kraju. W 2017 r., tuż przed ostatnimi wyborami, Służba Naukowa Bundestagu jednoznacznie stwierdziła, że wpuszczenie migrantów dokonało się „na gębę”, bez dochowania żadnych procedur i drogi służbowej. Ot, pani kanclerz wydała rozkaz „wpuszczać” - i wpuszczono, ze wszystkimi znanymi nam aż za dobrze konsekwencjami.

Islamska inwazja z 2015 r. odbyła się w atmosferze kreowanego przez Niemcy szantażu moralno-politycznego wobec opornych. „Czarnym ludem” stał się chroniący swój kraj Victor Orban, wkrótce zaś potem – rząd Prawa i Sprawiedliwości. Niemcy, oraz ich przedstawiciele w Brukseli napawali się rzekomą cywilizacyjną wyższością nad „ksenofobiczną” Europą Środkową epatując terminem „Willkommenskultur” („kultura powitania”), mającym obrazować ideał „europejskości”, który winny naśladować inne, „zacofane” kraje „nowej Europy”. Próżno dziś dociekać, co tak naprawdę Angelą Merkel powodowało – czy jakiś idealistyczny obłęd, czy miraż pozyskania taniej siły roboczej dla niemieckiej gospodarki. Faktem jednak jest, że niekontrolowany napływ nachodźców w krótkim czasie zdestabilizował społeczną sytuację w Niemczech, co Angela Merkel wraz z posłusznymi jej mediami (w Niemczech coś takiego jak media opozycyjne nie istnieje) usiłowały zakrzyczeć sloganem „Wir schaffen das!” („damy radę!”) i plotąc o dobrotliwej, przepojonej humanitaryzmem „mutter Angeli”. Szybko okazało się, że „mutter Angela” jednak „nie daje rady” - nastąpił wzrost przestępczości (w tym na tle seksualnym), ataki terrorystyczne, zanieczyszczanie przestrzeni publicznej (co dla miłujących porządek Niemców jest również nie do zniesienia), wreszcie – skokowy wzrost antysemityzmu i napaści na Żydów oraz synagogi. Słowem – multi-kulti pełną gębą.


III. Zardzewiała kanclerz

W efekcie, niemiecki naród, dotąd oczadziały od wszechobecnych oparów lewactwa, zaczął w ekspresowym tempie trzeźwieć. Wyrazem tego były ubiegłoroczne wybory do Bundestagu w których partie „wielkiej koalicji” zanotowały najgorsze od dziesięcioleci wyniki wyborcze, zaś trzecią siłą w parlamencie stała się „populistyczna” Alternatywa dla Niemiec (AfD) z 12,6 proc. głosów. Gdy opisywałem te polityczne spazmy w październiku ub.r. w tekście „Zmierzch cesarzowej Europy” odnotowałem, że Angela Merkel wyszła z wyborczej konfrontacji mocno poobijana i osłabiona, co musi się przełożyć na jej pozycję polityczną. Dziś widać wyraźnie, że dotychczasowa dominatorka znajduje się na równi pochyłej i wkrótce może podzielić los Martina Schulza. Niedawny butny „dyktator” europarlamentu, pohukujący na Polskę i Węgry, poprowadził SPD do wyborczej klęski (20,5 proc., najgorszy powojenny wynik tej partii), w efekcie czego został zmuszony do ustąpienia z fotela szefa socjaldemokratów i kompletnie znikł z politycznego horyzontu. Obecnie Angela Merkel ma podobne problemy. Jej przywództwo w CDU jest coraz częściej kwestionowane, a na krytykę pozwalają sobie nawet niemieckie media - rzecz dotąd niespotykana.

Na dodatek otwarcie buntuje się „siostrzana” bawarska CSU pod rządami ministra spraw wewnętrznych Horsta Seehofera. CSU czuje na karku gorący oddech AfD, na rzecz której straciła aż 10,5 proc. głosów i Seehofer wałczy o przetrwanie, przejmując część antyimigranckiej agendy AfD (Bawaria jest landem szczególnie mocno dotkniętym nachodźczą inwazją). Szef CSU postuluje zaostrzenie polityki azylowej i odsyłanie migrantów zarejestrowanych w innych państwach UE, a także bardziej rygorystyczne egzekwowanie przepisów. Przy tym wszystkim od dłuższego już czasu ostentacyjnie flirtuje z Viktorem Orbanem, chwaląc jego politykę i podejmując węgierskiego przywódcę na partyjnych zjazdach. Jest to jawne zanegowanie linii Angeli Merkel, która nie jest w stanie przyznać się do błędu i uparcie forsuje „systemowe” rozwiązania na forum Unii Europejskiej – czyli kontynuuje bezowocne usiłowania podzielenia się z Europą niemieckimi problemami. Doszło do tego, że Seehofer otwarcie stwierdził, iż „nie może dłużej współpracować z tą kobietą”. Oznacza to, że koalicja (a co za tym idzie - rząd Angeli Merkel) wisi na włosku. Byłoby ponurym rechotem historii, gdyby spuścizną Merkel stało się zniszczenie fundamentalnej dla niemieckiej polityki instytucjonalnej koalicji CDU-CSU. Gdyby tak się stało, otworzyłyby się nader ciekawe możliwości – choćby przemiana CSU z partii regionalnej w ogólnoniemiecką, a w przyszłości może nawet sojusz z AfD. Dziś wprawdzie oba ugrupowania walczą o zbliżony, „tożsamościowy” elektorat, ale za kilka lat, gdy podział społecznych wpływów się utrze – czemu nie?

Nie lepiej jest na arenie międzynarodowej. Widomą oznaką malejących wpływów Niemiec było fiasko utrącenia włoskiego rządu Giuseppe Conte firmowanego przez „populistyczną” koalicję Ligi i Ruchu 5 Gwiazd – o co zabiegał chociażby niemiecki eurokomisarz Guenther Oettinger. Wymowny kontrast w porównaniu z czasami, gdy jednym ruchem ręki Merkel strącała Berlusconiego. Kolejny policzek, to ostentacyjny bojkot mini-szczytu migracyjnego (24 czerwca) przez kraje Grupy Wyszehradzkiej z cichym poparciem kanclerza Austrii Sebastiana Kurtza (kolejnego sojusznika CSU). Nawet niemiecka prasa zmuszona była zauważyć, że czasy, gdy Merkel leciała do Brukseli narzucać swą wolę bezpowrotnie minęły i dziś raczej musi udawać się tam po prośbie, godząc się po drodze na różne kompromisy, np. popierając postulat Macrona stworzenia wspólnego budżetu strefy euro, czemu do niedawna była zdecydowanie przeciwna.

W USA takiego „schyłkowego” polityka określa się mianem „kulawej kaczki” - i widać wyraźnie, że Angela Merkel coraz bardziej staje się „kulawą kaczką” europejskiej polityki. Niedawna „żelazna kanclerz” dziś jest już mocno zardzewiała – po niegdysiejszym upojeniu potęgą nie został ślad, a na horyzoncie majaczy widmo upadku.

Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Zmierzch cesarzowej Europy


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w dwutygodniku „Polska Niepodległa” nr 13 (04-17.07.2018)

Pod-Grzybki 133

Dziś „Pod-Grzybki” będą raczej w zalewie kwaśno-gorzkiej – a to za sprawą naszej klapy na rosyjskim mundialu. Wieść niesie, że totalna opozycja wraz ze swymi zwolennikami przeżywała prawdziwą huśtawkę nastrojów. Najpierw była żałoba, bo Niemcy przegrali z Meksykiem. Ale zaraz potem nasi polegli z Senegalem, więc nastroje się poprawiły. A kiedy jeszcze dołożyliśmy klęskę z Kolumbią, w centrali PO zapanowała prawdziwa euforia.


*

Chwilę triumfalnego uniesienia przeżyła również Krystyna Janda, która wprost nie mogła znieść myśli o ataku „manii wielkości” polskich kibiców, gdyby naszej reprezentacji powiodło się na mistrzostwach świata. Na szczęście nasi chłopcy oszczędzili jej cierpień i koncertowo polegli. Podobno dlatego, że nie byli w stanie skupić się na grze, gdy w Polsce łamana jest niezawisłość sądów i konstytucja. I kto by się spodziewał, że pani Janda jest taka wpływowa?


*

Pani Janda narzekała też na nieokrzesany naród, który w gazetach czyta jedynie dział sportowy, a strony z kulturą wyrzuca do kosza. No to teraz będzie miała żniwa – rozczarowani kibice zamiast na stadiony podążą tłumnie do jej teatrzyku, by wspólnie przeżywać duchowe katharsis przy wysublimowanych monodramach Rafalali piętnujących polską zaściankowość i ksenofobię.


*

Winien jestem czytelnikom wyjaśnienie – w październiku ub.r. popełniłem dla „PN” na fali wygranych eliminacji artykuł pt. „Ruszamy na Moskwę”. Jak się skończyło, wiemy. Chyba nie mamy szczęścia do wodzów, bo ci na widok Kremla kompletnie głupieją i zaczynają robić jakieś dziwne ruchy – jak Zygmunt III Waza czy Napoleon. A teraz w ich ślady poszedł Nawałka, kombinując ze składem i ustawieniami. Okazało się, że lepsze jest wrogiem dobrego, a naszym jednak najlepiej wychodzi szlachetna prostota: 4-4-2 i gra z kontry. Smutno, tym bardziej, że swoją frajdę ma teraz frakcja rodzimych ojkofobów, którym nienawiść zaćmiła mózgi do tego stopnia, że nie odróżniają reprezentacji Polski od reprezentacji PiS-u.


*

Z życia feministek. Jak donoszą media, organizatorki hucznego „Kongresu Kobiet” (4,5 tys. uczestników) podczas imprezy poniewierały ochroniarkami zatrudnionymi tam za 10 zł. na godzinę, każąc im stać bez ruchu w wyznaczonym miejscu przez 16 godzin, bez możliwości zjedzenia posiłku czy nawet skorzystania z toalety. Odnotujmy, że na zarzuty odpowiedziała Magdalena Środa, że nie ma co histeryzować, bo przecież policja zabezpieczająca to targowisko próżności też musiała stać, poza tym obowiązki ochroniarek reguluje ich zewnętrzna firma (więc nie ma problemu), a poza tym ona z kolei musi w swojej pracy ciągle siedzieć. Oto kwintesencja feminizmu: zabawa bogatych paniuś, które mówiąc „kobieta” mają na myśli osoby takie jak one – od klasy średniej w górę, wykształcone i dobrze sytuowane. A ochroniarki, kelnerki itp? To nie kobiety. To personel. Są od tego, by pani feministce podać kawę i ciasteczko, gdy ta rozmyśla o męskiej opresji i dyskryminacji.

Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w dwutygodniku „Polska Niepodległa” nr 13 (04-17.07.2018)