niedziela, 14 stycznia 2018

Chcecie sankcji? Dobrze!

Wprowadzenie sankcji może przynieść efekt odwrotny do zamierzonego i poderwać społeczne poparcie dla naszego członkostwa w Unii Europejskiej.

I. Sankcje „prawem i lewem”

Kto by pomyślał – Jean-Claude Juncker w jakimś niepojętym przypływie trzeźwości opowiedział się przeciw zabieraniu unijnych pieniędzy państwom sprzeciwiającym się przyjmowaniu nachodźców w ramach tzw. mechanizmu relokacji. Tym samym zajął stanowisko przeciwne wobec Martina Schulza, który nieodmiennie pozostaje w stanie delirycznej maligny i twardo obstaje (ostatnio w wywiadzie dla „Bilda”) za obcięciem euro-funduszy dla „niepokornych” krajów. Jeszcze trochę i Juncker przetrzeźwieje na tyle, by uznać, że również sankcje i ograniczenie środków strukturalnych za „łamanie praworządności” oraz cała heca z „opcją atomową” opisaną w art. 7 Traktatu o Unii Europejskiej może okazać się, delikatnie mówiąc, przedsięwzięciem przeciwskutecznym. Oczywiście, formalnie są to dwie różne sprawy i dwa odrębne postępowania, ale patrząc od strony politycznej obie są uzupełniającymi się częściami tej samej operacji dyscyplinowania i szykanowania opornych członków „wspólnoty”, z Polską na czele. Dodać należy przy tym, że poczesne miejsce zajmuje tu szantaż finansowy. Wprawdzie budżet UE po 2020 r. tak czy inaczej miał być chudszy od obecnego, o czym wiadomo było od dawna, lecz prócz tego postanowiono uruchomić straszak w postaci dodatkowego, „represyjnego” ograniczenia środków – i to pomimo, że w zasadzie brak jest podstaw traktatowych do podobnego rozwiązania. Słowem, „sankcje” mają być – jak nie „prawem” to „lewem”.

Stało się tak na ewidentne życzenie Niemiec, które już w połowie 2017 r. w dokumencie „Stanowisko ministerstwa gospodarki dot. polityki spójności UE po 2020” postulowały, iż „powinno się sprawdzić, czy wypłaty funduszy strukturalnych można też uzależnić od przestrzegania norm państwa prawa”. Jak podawało wówczas „Deutsche Welle”, oznacza to „powiązanie przestrzegania podstawowych zasad praworządności z możliwością decydowania o udzieleniu unijnej pomocy na realizację konkretnych, wskazanych przez Komisję Europejską, przedsięwzięć strukturalnych”. Wprowadzenie takiej zasady oznaczałoby utworzenie arbitralnego mechanizmu wywierania na kraje członkowskie permanentnej presji ekonomicznej – i to w trybie kompletnie „pozatraktatowym”. Precedens już jest, bo wszak procedura „kontroli praworządności” wszczęta przez Komisję Europejską wobec Polski również nie ma żadnego umocowania w Traktacie Lizbońskim i stanowi czystą uzurpację brukselskich urzędników.


II. Ryzykowna gra

No dobrze, mamy mniej więcej zarysowane tło polityczno-prawne – ale dlaczego twierdzę, że ów festiwal szykan może okazać się przeciwskuteczny i koniec końców obrócić się przeciw jego inicjatorom? Już wyjaśniam. Otóż kalkulacja Berlina, brukselskich marionetek oraz trzódki miejscowych targowiczątek („totalna opozycja” plus szeroko rozumiani beneficjenci III RP) wygląda następująco: wprowadzenie pod jakąkolwiek postacią „sankcji” uderzających w Polskę ma spowodować załamanie społecznego poparcia dla PiS, a tym samym utorować drogę do powrotu do władzy dawnej, zblatowanej i usłużnej sitwy. To jaką formalnie owe represje przybiorą postać jest sprawą drugorzędną – jeśli nie uda się ich przeforsować na forum Rady Europejskiej (zapowiedziane weto Węgier), to spróbujemy „karnie” obciąć fundusze w najbliższej perspektywie budżetowej (mówi się o 12 mld. euro mniej dla Polski, Węgier i Czech), bądź uruchomimy Trybunał Sprawiedliwości UE, który nałoży kary za odmowę przyjmowania „uchodźców”. Niezależnie od końcowego wyniku tych zabiegów, sama polityczna wrzawa generowana w trakcie różnych europejskich procedur również ma za zadanie przeczołgać rząd PiS i pozbawić go powagi w oczach polskiej opinii publicznej (casus „27:1” i nieudanej próby zablokowania reelekcji Tuska, która zachwiała na moment sondażami).

Tak to sobie wymyślili i jeszcze kilka lat temu powiedziałbym, że te rachuby mają duże szanse na urzeczywistnienie. Jednak w obecnych warunkach podobna zagrywka obarczona jest znacznym ryzykiem i może obrócić się przeciw jej inicjatorom, co najwyraźniej jakimś szóstym zmysłem przewąchał wspomniany na wstępie Jean-Claude Juncker. Otóż Polacy są już nieco innym narodem, niż jeszcze kilka lat temu. Po kryzysie migracyjnym i finansowym Zachód przestał im tak bardzo imponować, a cielęcy zachwyt ustąpił miejsca rosnącemu sceptycyzmowi. Dodatkowo, o ile awantura wokół reelekcji Tuska była dla wielu niezrozumiała i niepotrzebna, o tyle w przypadku obecnej rozgrywki kręcącej się wokół migrantów i reformy sądownictwa doskonale wiedzą kto się zgodził na „kwoty” (i to w ramach stałego mechanizmu relokacji), a także kto dziś donosi do obcych stolic i wręcz otwarcie wyczekuje wrogich posunięć zagranicy wobec polskiego państwa. Wiadomość o sześciorgu eurodeputowanych PO głosujących za uruchomieniem art.7 odłożyła się trwale w głowach wyborców – podobnie jak nawoływania do wprowadzenia wobec Polski sankcji (wywiad Borysa Budki dla „Die Zeit”, pohukiwania Wałęsy, tudzież rozmaitych autorytetów obozu III RP).

Wszystko to razem wzięte oznacza, że wprowadzenie sankcji (w tej czy innej postaci) może przynieść efekt odwrotny do zamierzonego i poderwać społeczne poparcie dla naszego członkostwa w Unii Europejskiej oraz definitywnie skompromitować „totalną opozycję” w oczach wyborców – na wzór opozycji na Węgrzech. A im głośniej PO do spółki z „beneficjentami III RP” będzie wyrażać satysfakcję (choćby przybraną w obłudny welon troski), tym opisany efekt będzie silniejszy. Jeżeli dołożymy do powyższego programową pustkę Platformy, Nowoczesnej i reszty, to możemy otrzymać skutek w postaci społecznej konsolidacji wokół obozu Zjednoczonej Prawicy. Zauważył to zresztą w grudniu ub.r. „Frankfurter Allgemeine Zeitung”, pisząc iż „ewentualne sankcje, w tym ograniczenie wypłat z funduszy strukturalnych, mogą podkopać ciągle wysokie zaufanie Polaków do UE” i dodając: „Poparcie dla UE jest w polskim społeczeństwie ciągle jeszcze wysokie. Nie należy lekceważyć faktu, że stanowi ono dla PiS pewne ograniczenie. UE nie powinna przyczyniać się sama do podkopywania jej legitymacji”.


III. Wypuszczanie dżinna z butelki

Oznacza to, że istnieje realne ryzyko (z punktu widzenia Brukseli i miejscowych euro-folksdojczów) gwałtownego wzrostu w najbliższym czasie nastrojów eurosceptycznych – co w skrajnym scenariuszu może się przełożyć na polexit, nawet gdyby sam PiS był od podobnego kroku jak najdalszy. Innymi słowy, może się powtórzyć przypadek premiera Davida Camerona, który pod presją własnej obietnicy wyborczej i społecznych nastrojów zarządził referendum w sprawie brexitu, po czym ten odbezpieczony polityczny granat wybuchł mu prosto w twarz – wydarzenia nabrały własnej dynamiki, a Cameron, który był zwolennikiem pozostania Wlk. Brytanii w UE stał się niechcący ojcem „secesji”. Tak się kończy wypuszczanie dżinna z butelki – a w przypadku Polski takim dżinnem mogą stać się sankcje i obcięcie eurofunduszy.

A potencjalne podglebie jest. Przypomnę sondaż IBRIS dla „Polityki” z czerwca 2017 r., w którym 56,5 proc. opowiedziało się przeciw przyjmowaniu uchodźców, nawet gdyby wiązało się to z ograniczeniem unijnych funduszy; z kolei na pytanie o odmowę przyjęcia uchodźców nawet za cenę wyjścia z UE „zdecydowanie tak” i „raczej tak” odpowiedziało łącznie 51,2 proc. respondentów. Ponadto Polacy niezmiennie przeciwni są przyjęciu waluty euro, zaś ze wspomnianego tu niedawno raportu Fundacji Batorego „Polacy wobec UE: koniec konsensusu” gdzie wzięto pod lupę różne sondaże z ostatnich lat jasno wynika, że poparcie dla UE nie jest bynajmniej bezwarunkowe – Polacy są wprawdzie generalnie „za”, lecz tylko pod warunkiem poszanowania naszej podmiotowości i prawa do realnego współdecydowania o obliczu europejskiej wspólnoty.

Tak więc, na miejscu dzisiejszych hunwejbinów spod znaku „ulicy i zagranicy”, działających w myśl zasady „im gorzej (dla Polski), tym lepiej (dla nas)”, wziąłbym na wstrzymanie – bo finalnie możecie się, robaczki, nielicho zdziwić.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Żegnaj Brukselo!

Porozmawiajmy o polexicie


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 02 (12-18.01.2018)

Ekonomia – nauka pod specjalnym nadzorem

Wypłukiwanie pieniędzy z powietrza” zarówno w mikro-, jak i makroskali, to dosłownie „złoty interes” – a, jak wiadomo, wielkie pieniądze lubią milczenie.

Witam Państwa po świąteczno-noworocznej przerwie i zapraszam do lektury ostatniej części felietonowego mini-cyklu poświęconego pracy prof. Richarda A. Wernera „Stracone stulecie w ekonomii. Trzy teorie i niezbity dowód” (wyd. Fundacja „Jesteśmy Zmianą”, 2016). Jako że od ostatniego felietonu minęło nieco czasu, przypomnę pokrótce, iż do tej pory zdążyłem omówić w jaki sposób prof. Werner udowodnił empirycznie prawdziwość bankowej teorii kreacji kredytu, oznaczającej, że bank w momencie udzielania pożyczki kreuje pieniądz „z niczego” („O wypłukiwaniu pieniędzy z powietrza”), sfalsyfikował zaś teorię rezerwy cząstkowej i bankową teorię pośrednictwa finansowego – oraz przedstawił konsekwencje takiego stanu rzeczy. Z kolei w tekście „Wirtualny pieniądz i realny dług” pochyliliśmy się nad zdiagnozowanymi przez prof. Wernera patologiami globalnego systemu finansowego, wraz z fikcją międzynarodowych „pożyczek” kreowanych „pod zastaw” jak najbardziej namacalnych aktywów państw-kredytobiorców – i niemal każdorazowo wpędzających owe kraje w pętlę niespłacalnych długów.

Dziś natomiast, na zakończenie, prześledzimy nie mniej interesujący wątek, dotyczący ekonomii jako nauki pozostającej pod specyficznym nadzorem. Jak to jest możliwe, że w podręcznikach i w gospodarczej praktyce w najlepsze funkcjonują aksjomaty w oczywisty sposób sprzeczne z doświadczalną rzeczywistością? (Vide – sfalsyfikowane teorie bankowe). Dlaczego, pomimo tego, że ekonomiczne realia systematycznie weryfikują negatywnie te założenia (choćby poprzez kolejne „bańki spekulacyjne” i kryzysy) – to one wciąż pozostają w najlepsze w naukowym obiegu? Otóż odpowiedź jest zarówno zaskakująca, jak i – co tu ukrywać - dość ponura. Okazuje się bowiem, że ekonomia poddawana jest czemuś w rodzaju systemowej cenzury, na straży której stoi swoisty „kartel” czerpiący z tak zaprogramowanej „wirtualnej rzeczywistości” konkretne profity.

Zacznijmy jednak od fundamentalnego błędu metodologicznego współczesnej klasycznej i neo-klasycznej ekonomii, jaki wytyka prof. Werner. Rzecz w tym, iż budowana jest ona „odgórnie” - najpierw pojawiają się niezweryfikowane aksjomaty i założenia, a dopiero do nich dostosowuje się „wyniki” badań. Jak łatwo zauważyć, jest to kompletne postawienie spraw na głowie, co skutkuje tworzeniem całych fikcyjnych „światów”, „modeli” i sprzyja tendencyjności. „Można powiedzieć, że metodologia dedukcyjna jest użyteczna do wytwarzania argumentów, które mają pozory naukowości, ale są tylko prezentacją wcześniej określonej opinii” - konkluduje Werner. Miast tego, postuluje stosowanie metodologii indukcyjnej, stawiającej na pierwszym miejscu badania empiryczne – tak jak w omawianym uprzednio eksperymencie, który pokazał proces kreowania przez banki pieniądza „ex nihilo”. Właśnie owa błędna metodologia w znacznej mierze jest współwinna temu, że ekonomia jest wyjątkowo podatna na różne fałszywe teorie i jako nauka nie tylko nie zrobiła postępu od początku XX stulecia, ale wręcz... uwsteczniła się. Stąd właśnie swojej pracy Werner nadał tytuł „Stracone stulecie w ekonomii”.

Ale fałszywa metodologia to jeszcze pół biedy – w normalnych warunkach, wskutek naturalnego rozwoju danej dziedziny wiedzy, prędzej czy później zostałaby obalona i zastąpiona prawidłową. Problem jednak w tym, że warunki nie są normalne. Werner podaje przykłady naukowców (m.in. Samuelson, Stiglitz), którzy zdają się wręcz celowo zaciemniać obraz i wprowadzać odbiorców w błąd! Dlaczego? Cóż, z jednej strony może wchodzić w grę obrona własnego dorobku i pozycji – jeśli „zainwestowało się” cały swój prestiż w fałszywe teorie (chociażby te dotyczące kreacji kredytu), to ciężko jest się wycofać.

Ale jest i inny, rzekłbym, „systemowy” aspekt – otóż, zagadnienie kreacji kredytu jest swoistym tabu. Tak się składa, że głównymi „dysponentami” tematu są ośrodki badawcze afiliowane przy bankach centralnych – i jakoś dziwnym trafem skrupulatnie unikają one publikacji dotyczących kreacji kredytu. Mamy zatem „»zarządzanie informacją« poprzez kontrolę zakresu publikowanych badań naukowych”, to zaś przekłada się na eliminowanie tzw. „szkodliwej prawdy”. Powyższe dotyczy również szwedzkiego banku centralnego sponsorującego tzw. „ekonomicznego Nobla” - a więc najbardziej prestiżową nagrodę z dziedziny ekonomii. Żaden z jej laureatów nie był zwolennikiem bankowej teorii kreacji kredytu. Ten trend zaś promieniuje na ośrodki analityczne i uniwersyteckie, które „badają” i „nauczają” - mówiąc wprost – zgodnie z modą. Zresztą, sam Werner miał nielichy kłopot z przeprowadzeniem swojego eksperymentu (odmówiły mu wszystkie duże banki) zanim zgody udzielił mu mały bank spółdzielczy z Bawarii.

Intencja utrzymywania tej naukowej fikcji jest oczywista – „wypłukiwanie pieniędzy z powietrza” zarówno w mikro-, jak i makroskali, to dosłownie „złoty interes”, co przedstawiłem Państwu w dwóch poprzednich felietonach – a, jak wiadomo, wielkie pieniądze lubią milczenie.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

O wypłukiwaniu pieniędzy z powietrza

Wirtualny pieniądz i realny dług

Uczłowieczenie ekonomii


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 02 (12-18.01.2018)

niedziela, 7 stycznia 2018

Unijni mordercy zza biurek

Dyktowana Europie samobójcza polityka migracyjna jest krwawą zbrodnią popełnianą na europejskich narodach, na naszej kulturze i cywilizacji.

I. Polska kontra Soros

Mam odwagę zadać pytanie elitom politycznym w Europie: dokąd zmierzacie, dokąd zmierzasz, Europo? Podnieś się z kolan i obudź się z letargu, bo w przeciwnym razie codziennie będziesz opłakiwała swoje dzieci! - to przesłanie premier Beaty Szydło wygłoszone w polskim (wreszcie polskim, chciałoby się dodać) Sejmie, odbiło się szerokim echem w świecie, budząc zrozumiały odzew w zmaltretowanych kryzysem migracyjnym i falą terroryzmu społeczeństwach Zachodu. Na podobnej zasadzie w internecie furorę zrobiły zdjęcia z warszawskiego metra – widać na nich czysty wagon w którym ludzie spokojnie sobie siedzą, przeglądają smartfony, czytają książki itd. Zachodni internauci z miejsca zaczęli porównywać tę sytuację z obrazkami z rodzimych krajów. Komentarze w rodzaju: „Tylko tam siedzą. Nikt nie próbuje nikogo zabić. Jakie to dziwne. Na pewno to na tej planecie?” czy „Dlaczego nie ma kału ani moczu czy czarnych palących skręty?”, mówią same za siebie.

Odwrotnie było z europejskimi decydentami, dla których takie postawienie sprawy jest czystą herezją. Im przyświeca raczej program George'a Sorosa - UE powinna przyjmować ok. miliona „uchodźców” rocznie, przymusowo relokować ich zgodnie z unijnymi wytycznymi, przeznaczać na każdego migranta 15 tys. euro przez dwa lata, zaś całość sfinansować za pomocą długu, emitując co roku obligacje o wartości 20 mld. euro. Nic więc dziwnego, że przeciw krajom opierającym się wspomnianym założeniom, takim jak Polska i pozostałe państwa Grupy Wyszehradzkiej, wytoczono najcięższe działa. Soros oczywiście nie byłby sobą, gdyby nie powiązał powyższego z interesami, jako że przy innej okazji wizytując Parlament Europejski stwierdził, iż dług państwowy jest podstawą funkcjonowania rynków finansowych – czyli przestrzeni w której Soros zarabia swoje miliardy. Zatem grandziarz, inkasując „zysk bez ryzyka” od euroobligacji, zyskiwałby jednocześnie kolejne fundusze na dalsze finansowanie swej opętańczej utopii. Istne perpetuum mobile zbrodni.


II. Norymberga dla eurokratów

Tak właśnie, nie przesłyszeli się Państwo – zbrodni, bowiem dyktowana Europie samobójcza polityka migracyjna jest krwawą zbrodnią popełnianą na europejskich narodach, na naszej kulturze i cywilizacji. Procederem tym zaś zawiadują unijni mordercy zza biurek - to oni odpowiedzialni są za „opłakiwanie swoich dzieci” przez Europę. Na szczęście, pomału, z oporami, ale jednak zachodnie społeczeństwa się budzą, o czym świadczy rosnąca popularność wyklinanych „populistów”. I to właśnie te społeczeństwa, po wybudzeniu z lewackiej śpiączki powinny pociągnąć do odpowiedzialności winnych obecnego stanu rzeczy. Eurokratów musi spotkać Norymberga – i to dokładnie z tych samych powodów, dla których zostali skazani ich historyczni odpowiednicy, realizujący projekt „zjednoczonej Europy” pod przywództwem III Rzeszy.

Ideowym patronem obecnych europejskich elit nie jest wprawdzie Adolf Hitler (a przynajmniej nie oficjalnie), lecz włoski komunista Altiero Spinelli, którego imieniem nazwano budynek Parlamentu Europejskiego w Brukseli – ale cel jest ten sam. Spinelli w „Manifeście z Ventotene” zarysował wizję zniszczenia państw narodowych i mającej zająć ich miejsce europejskiej, socjalistycznej federacji – na rzecz której zresztą działał później w Komisji Europejskiej i jako deputowany do Parlamentu Europejskiego. W sierpniu 2016 r. na jego grobie na wyspie Ventotene kwiaty złożyli niemiecka kanclerz Angela Merkel, francuski prezydent Francois Hollande oraz premier Włoch Matteo Renzi, zaś Merkel przy tej okazji powiedziała: „To wyraźnie pokazuje, że wiemy, skąd wzięła się Unia Europejska”. Skromnie tylko nie dodała, że do planu Spinellego wprowadziła drobną modyfikację – ma to być federalna Unia pod niemiecką hegemonią.

Owi pogrobowcy włoskiego lewaka w imię realizacji tego „Nowego Wspaniałego Świata” (że nawiążę do słynnej antyutopii Aldousa Huxleya) nie cofną się przed żadnym łajdactwem i zbrodnią. Otwarcie Europy na oścież jawi się w tym kontekście jako element szerszego, przeprowadzanego z pełną premedytacją planu: najpierw wywołujemy potężny kryzys, by następnie przerażonym społeczeństwom przedstawić „rozwiązanie” pod postacią „ucieczki do przodu” - więcej integracji, więcej władzy dla centralnych eurostruktur, a mniej suwerenności, mniej samostanowienia poszczególnych państw i narodów. A że po drodze zginą ludzie? Cóż, to są nieuniknione koszta postępu – gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą.


III. Oskarżam!

Zatem trzeba powiedzieć „oskarżam!”.

Oskarżam George'a Sorosa o celową działalność na szkodę Europy, mającą zniszczyć państwa narodowe. Robił to zarówno poprzez propagandową i „społeczną” aktywność podległych mu organizacji, jak i wpływając na polityków (w tym 226 eurodeputowanych), a także współfinansując falę muzułmańskiej migracji do Europy. Ostatnim przejawem powyższego była aktywność tzw. „organizacji humanitarnych”, które współpracując ściśle z przemytniczymi mafiami, ustanowiły wręcz „przeprawę promową” z libijskiego wybrzeża na Sycylię. Skutkiem bezpośrednim powyższego był kryzys humanitarny i w konsekwencji liczne ofiary śmiertelne wśród migrantów, a pośrednim – fala terroryzmu.

Oskarżam kanclerz Niemiec Angelę Merkel o świadome łamanie zarówno międzynarodowych traktatów, jak i prawa krajowego poprzez samowolne i bezprawne otwarcie granic, czego efektem był niekontrolowany napływ ponad miliona nielegalnych i w większości wrogich Europie muzułmańskich imigrantów. Oskarżam niemieckie władze o zaniechania i bezczynność, bierność w obliczu zagrożenia, skutkujące licznymi zamachami terrorystycznymi oraz skokowym wzrostem przestępczości - gwałty, napady, pobicia, kradzieże - tak w Niemczech, jak i w innych krajach. W szczególności kanclerz Merkel winna jest zamachowi na bożonarodzeniowy jarmark w Berlinie (19.12.2016) przeprowadzonemu przez islamistę Anisa Amriego w wyniku którego śmierć poniosło 12 osób (w tym Polak), a dalsze 56 zostało rannych; jest winna gwałtom i napaściom na kobiety podczas sylwestra w Kolonii 2015 r., a także szeregowi pozostałych zamachów i innych przestępstw popełnionych przez migrantów. Jako inicjatorka polityki „otwartych drzwi” jest współwinna aktów terroryzmu w wielu krajach Europy. Zarzut współwiny tyczy się również pozostałych oskarżonych.

Oskarżam prezydenta Francji Francois Hollanda, premiera Włoch Matteo Renziego, a także władze innych krajów, takich jak Belgia, Szwecja, Hiszpania, Wlk. Brytania – o zbrodniczą bezmyślność i bezczynność, co w języku prawa karnego przekłada się na działanie w tzw. „zamiarze ewentualnym”, której efektem były m.in. zamachy w Paryżu (13.11.2015 – 130 zabitych, ponad 300 rannych), Nicei (14.07.2016 - 87 ofiar śmiertelnych i ponad 200 rannych), Brukseli (22.03.2016 – 32 zabitych, 316 rannych), Manchesterze (22.05.2017 – 23 ofiary śmiertelne, 119 rannych), Londynie (03.06.2017 – 8 zabitych, 48 rannych), Barcelonie (18.08.2017 – 13 zabitych, ponad 100 rannych) – a także wiele innych aktów przemocy w Europie, takich jak pobicie i bestialski gwałt w Rimini na parze polskich turystów. Dodatkową konsekwencją działań i zaniechań oskarżonych był wzrost przemocy w przestrzeni publicznej oraz rozprzestrzenienie się radykalnego islamizmu na naszym kontynencie.

Oskarżam wreszcie europolityków, w szczególności zaś Martina Schulza, Jean-Claude Junckera, Fransa Timmermansa, Guya Verhofstadta – o poplecznictwo i aktywne propagowanie polityki migracyjnej skutkującej ww. zbrodniami, a także o niedopuszczalne naciski na państwa opierające się skonstruowanemu pod ich egidą tzw. „mechanizmowi relokacji”.

Podsumowując - wszyscy wymienieni, a także ich współpracownicy i zausznicy (w tym medialni propagandyści), działając z pobudek ideologicznych dopuścili się zbrodni przeciw ludzkości – i jako tacy powinni stanąć przed Międzynarodowym Trybunałem Karnym w Hadze, bądź innym, powołanym w celu ich osądzenia specjalnym sądem międzynarodowym.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 01 (05-11.01.2018)

piątek, 5 stycznia 2018

Czas sukcesów

Często słyszymy, że na tle nowoczesnego świata jesteśmy jakimś dziwolągiem. Otóż jest dokładnie odwrotnie – to świat zwariował, my pozostajemy normalni.


Naturalną rolą publicysty jest m.in. specyficzna forma społecznego „whistle-blowingu” - czyli ostrzeganie opinii publicznej przed różnymi niepokojącymi zjawiskami oraz komentowanie tychże. Siłą rzeczy, w konsekwencji obraz świata wyłaniający się z takich publikacji jest mocno przyczerniony, a odbiorca może odnieść wrażenie, że żyje w mrocznych i wrogich mu realiach. Ma to swoją dobrą stronę, bo uwrażliwia na zagrożenia, lecz po przekroczeniu pewnej masy krytycznej łatwo popaść w paranoję, niczym ci nieszczęśnicy wykrzykujący ze śmiertelną powagą, że mamy w Polsce jednocześnie stalinizm, faszyzm i Koreę Północną. Dlatego też warto co jakiś czas wskazać na pozytywy i sądzę, że Nowy Rok jest dobrą okazją na taką optymistyczną odtrutkę, tym bardziej, że ma ona mocne oparcie w rzeczywistości. Polska bowiem, mimo wewnętrznych swarów, indukowanej z premedytacją społecznej histerii oraz zewnętrznych paroksyzmów i szaleństw, jawi się jako kraj dość szczególny, w którym sytuacja generalnie idzie ku lepszemu.


I. Stabilizacja

Po pierwsze, jakkolwiek dziwnie by to nie zabrzmiało, mamy na tle innych krajów stabilną sytuację wewnętrzną – i to pomimo ostatnich przetasowań w obozie władzy. Protesty „totalnej opozycji” i uliczne hece to głównie domena tzw. rzeczywistości medialnej. Można wręcz wysnuć tezę, że im bardziej histeryczne hasła wznoszą ci, którzy w rozhuśtywaniu nastrojów upatrują szansy na powrót do wpływów i władzy, tym mniejszym cieszą się poparciem. Wychodzi tu zdroworozsądkowe podejście Polaków, wbrew pozorom generalnie niezbyt skłonnych do angażowania się w polityczne awantury – dopóki ktoś ich naprawdę nie zdenerwuje... Ten zdrowy chłopski rozum dyktuje naszym rodakom, że zwyczajnie nie ma sensu urządzać przewrotów – zwłaszcza jeśli miałyby prowadzić do rządów Petru ze Schetyną.

Wygląda to jeszcze bardziej dobitnie, gdy skonfrontujemy ten obraz z zagranicą. We Francji do początku listopada 2017 obowiązywał sześciokrotnie przedłużany stan wyjątkowy, obecnie zastąpiony „ustawą antyterrorystyczną”, w praktyce wprowadzającą państwo policyjne na stałe. Poparcie dla dopiero co wybranego Macrona leci na łeb na szyję, co ten usiłuje sobie zrekompensować nadaktywnością na arenie europejskiej i jałowym pokrzykiwaniem na Polskę. W Hiszpanii z kolei mamy niekończącą się awanturę wokół niepodległości Katalonii okraszoną pałowaniem na ulicach i rozpaczliwymi próbami utrzymania integralności terytorialnej przez rząd w Madrycie – a że ostatnio wybory znów wygrali separatyści, to serial będzie trwał dalej. Włochy wciąż nie mogą wygrzebać się z kryzysu finansowego, ich system bankowy balansuje na krawędzi bankructwa, zaś rozmaite ruchy radykalne rosną w siłę i zapewne najbliższe wybory będą tam prawdziwym trzęsieniem ziemi. Z kolei w Niemczech od ostatnich wyborów trwa kryzys polityczny i wciąż rządzi odziedziczony po poprzedniej kadencji „rząd tymczasowy”, zaś kolejne rozmowy koalicyjne idą jak po grudzie, bądź też kończą się fiaskiem („koalicja jamajska”).

Na powyższe nakłada się wciąż nierozwiązany kryzys migracyjny. Ciarki przechodzą po plecach, gdy się pomyśli, jak niewiele brakowało, byśmy zostali „ubogaceni” na podobieństwo Europy Zachodniej, która najwyraźniej postanowiła popełnić zbiorowe samobójstwo. Wszystkie wewnętrzne problemy jakie mamy bledną przy permanentnym zagrożeniu terrorystycznym i muzułmańskiej fali przekładającej się na ciągłe społeczne napięcia w poddawanych islamizacji krajach „starej Europy”. Ostatni przykład to chociażby policyjny stan podwyższonej gotowości w Niemczech przy okazji Bożego Narodzenia połączony np. z wyrywkowym rewidowaniem wiernych udających się na Pasterkę. Z innej beczki – jeżeli porównamy nasze „ciamajdany” ze zdemolowaniem przez lewactwo Hamburga przy okazji szczytu G-20, to możemy tylko podziękować za tak groteskową opozycję. Opatrzność czuwa.


II. „500+” i gospodarka

Wróćmy na krajowe podwórko. Niewątpliwym, wielowymiarowym sukcesem było wprowadzenie programu „Rodzina 500+” - i im dłużej on funkcjonuje, tym bardziej widać pozytywne efekty. Ubiegłe lata to spektakularny sukces w walce z biedą. Jak podaje październikowy raport EAPN Polska, poziom skrajnego ubóstwa w latach 2014-2016 spadł z 7,4 do 4,9 proc., natomiast pogłębiona deprywacja materialna (czyli sytuacja, gdy rodziny nie stać na co najmniej 4 z 9 podstawowych wydatków, takich jak opłaty, czy odpowiednie jedzenie) - z 10,4 do 6,7 proc. Skrajne ubóstwo wśród dzieci spadło z 11,9 do 5,8 proc. - a więc aż o 51 proc., z czego w latach 2015-2016 był to spadek o 36 proc. - ewidentny efekt „500+”. Z powyższym korespondują dane Eurostatu, wg których jesteśmy europejskim liderem walki z biedą – zagrożenie ubóstwem i wykluczeniem społecznym spada u nas najszybciej spośród wszystkich państw Unii Europejskiej.

„500+” przełożyło się także na wzrost liczby urodzeń. Wg GUS od stycznia do października 2017 urodziło się 341,1 tys. dzieci (czyli o 21,5 tys. więcej niż w analogicznym okresie 2016 r.) i wszystko wskazuje na to, że rok 2017 zakończył się rekordową liczbą ponad 400 tys. urodzeń. Tendencji tej sprzyja również wciąż poprawiająca się sytuacja na rynku pracy – ostatnie dane GUS (z października) informują o najniższej po 1990 r. stopie bezrobocia – 6,8 proc. Dane Eurostatu (wg nieco innej metodologii) są jeszcze bardziej optymistyczne i mówią o stopie bezrobocia na poziomie 4,6 proc., co sytuuje nas na 6 miejscu w UE – między Wlk. Brytanią a Holandią. O pomyślnej sytuacji ekonomicznej Polski świadczy również wzrost PKB na poziomie ponad 4 proc. (wyższy od zakładanego w ustawie budżetowej - 3,6 proc.), w czym niemały udział ma konsumpcja wewnętrzna – Polacy mają więcej pieniędzy i więcej kupują, częściej też korzystają z niedostępnych im wcześniej „luksusów” takich jak wyjazdy na rodzinne urlopy. Nic więc dziwnego, że w 2017 r. badania ufności konsumenckiej (wskaźnik pokazujący jak Polacy oceniają swoje perspektywy finansowe) zanotowały historyczny wynik – po raz pierwszy od czasu transformacji optymiści zaczęli przeważać nad pesymistami.

Wbrew czarnowidzom otwarcie życzącym Polsce bankructwa, do jakiego miało rzekomo doprowadzić „500+”, sytuacja budżetowa jest zdrowsza niż kiedykolwiek wcześniej. Dość powiedzieć, że przez szereg miesięcy, aż do listopada, notowaliśmy nadwyżkę budżetową – ewenement w najnowszej historii. „Pod kreską” znaleźliśmy się dopiero pod koniec roku, lecz i tak deficyt będzie znacząco niższy od pierwotnie zakładanego (najprawdopodobniej poniżej 40 mld. wobec prognozowanych 59 mld. zł.), co również jest zjawiskiem dotąd niespotykanym. Wiąże się to oczywiście m.in. ze znaczącą poprawą ściągalności podatków, w tym ukróceniem karuzel VAT-owskich, przekrętów na akcyzie, przemytu i temu podobnych zjawisk, z którymi przez osiem lat nie mogła sobie poradzić poprzednia ekipa (otwarte pozostaje pytanie, czy jedynie przez własną nieudolność). Mamy wzrost ściągalności VAT o ok. 20 proc., CIT o prawie 13 proc., PIT o ponad 8 proc. itd. Można? Można. Dla mnie osobiście symbolem „dobrej zmiany” jest sytuacja LOT-u. Jeszcze pod koniec rządów PO firma była na skraju bankructwa, a do kupna ustawiała się w kolejce Lufthansa. Dziś LOT jest na plusie, a o sprzedaży nikt już nawet nie wspomina. Wystarczy nie kraść...

Rozwodzę się tutaj nad różnymi aspektami gospodarczymi, ale trudno przejść obok nich obojętnie, mając w świeżej pamięci rozpaczliwe finansowe kuglarstwo „sztukmistrza z Londynu” Jacka Rostowskiego i wpisywanie do budżetu nieprzytomnych milionów dochodu z fotoradarów. Właśnie gospodarka w połączeniu z polepszającą się sytuacją materialną polskich rodzin są dla mnie najlepszym świadectwem polskiego sukcesu.


III. Ostoja normalności

Ze spraw lżejszego kalibru, lecz ważnych dla narodowego samopoczucia, warto wymienić dwie najpopularniejsze dyscypliny sportowe (odpowiednio letnią i zimową) – piłkę nożną i skoki narciarskie. Reprezentacja Adama Nawałki sprawia, że polska piłka notuje najlepsze wyniki od czasów Górskiego, Gmocha i Piechniczka, zaś dowodzona przez Stefana Horngachera kadra skoczków pokazuje zespołową siłę zrywając ze starym schematem „lider, a potem długo nic”.

No i wreszcie kwestie cywilizacyjne. Na tle pogrążającej się w degrengoladzie Europy, Polska wciąż jawi się jako ostoja tradycji, rodziny i patriotyzmu, skutecznie dając odpór ofensywie lewackiej inżynierii społecznej. Małżeństwo nadal pozostaje małżeństwem, a nie „związkiem partnerskim”, patriotyzm ani myśli ustąpić multikulturowemu „tolerancjonizmowi”, a Boże Narodzenie nadal jest dniem narodzenia Pańskiego, nie zaś „zimowymi wakacjami”. Nie zapominamy skąd nasz ród i nie dajemy się nabierać na postępowe plewy. Często w związku z tym słyszymy, że na tle nowoczesnego świata jesteśmy jakimś dziwolągiem, który nie chce się „zmodernizować” pod dyktando lewackiej międzynarodówki. Otóż jest dokładnie odwrotnie – to świat zwariował, my pozostajemy normalni. I tak trzymać. Szczęśliwego Nowego Roku!


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w dwutygodniku „Polska Niepodległa” nr 01 (03-16.01.2018)

Pod-Grzybki 121

Dziś „Pod-Grzybki” będą utrzymane w klimatach okołoświątecznych. Prezydent Duda, zgodnie z idiotycznym zwyczajem (wprowadzonym niestety przez śp. Lecha Kaczyńskiego) zapalił w Pałacu Prezydenckim chanukowe świeczki. Jak rozumiem, w izraelskim Knesecie w ramach wzajemności postawili choinkę i śpiewali kolędy?


*

Paulina Młynarska podzieliła się z narodem refleksją, że Boże Narodzenie to m.in. światełka żrące prąd, dręczenie karpi i siebie nawzajem oraz zarzynanie zwierząt, żeby napchać brzuchy. Napisawszy powyższe, zaczęła emitować z siebie zgniłozieloną poświatę, a następnie uniosła się w powietrze i odleciała na orbitę Saturna.


*

Natomiast Waldemar Kuczyński, znany również jako „Panoramiks”, złożył na Twitterze życzenia świąteczne i noworoczne wszystkim za wyjątkiem „pisowców” takich jak „lump Terlecki”. Nieco niżej zaś wyraził opinię, że Kiszczak był dobrym człowiekiem, a Urban (w oryginale - „pan Jerzy”) „podoba się Bogu”, gdyż „nie jest palantem, jak wiele jego sług”. Po czym zaskwierczał, uniósł się na obłoku płonącej siarki i dołączył do Pauliny Młynarskiej.


*

Społeczeństwo odetchnęło z ulgą. Kijowski dostał swoje 32 tys. w ramach „stypendium wolności” i dzięki temu mógł przeżyć święta „bez stresu”. To bardzo dobrze, bo stres źle wpływa na trawienie. Teraz będzie nowa akcja – zbiórka sylwestrowa na smoking, żeby „Kiju” mógł równie bezstresowo pojawić się na balu. A po Nowym Roku jeszcze jest Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy... potem prezenty od wielkanocnego króliczka... imieniny... urodziny... i jakoś ten rok zleci.


*

Nieco wcześniej, bo już 17 grudnia, „Kiju” pojawił się na KOD-owskiej „wigilijce” pod Sejmem. Pewnie stypendium jeszcze nie doszło i przyszedł się najeść. Obserwując tę żenadę trzeba stwierdzić, że słynna „chytra baba z Radomia” przy Kijowskim jawi się jako wzór umiaru i wstrzemięźliwości. Ale nie bądźmy małostkowi, Święta to w końcu czas dzielenia się z tymi, którzy mają gorzej niż inni, więc w tym miejscu nadmienię nieśmiało, że mnie również przydałoby się trochę kasy – w związku z tym, jeśli ktoś ma kilka tysięcy na luzie to proszę o kontakt.


*

Tak nawiasem, komu jak komu, ale panu Mateuszowi nie powinniśmy niczego żałować. Jak wyczytałem, imię to pochodzi od hebrajskiego „Mattanjah”, co się tłumaczy jako „dar od Boga”. I pomyślcie sami: jak moglibyśmy dopuścić do tego, by ktoś taki musiał pracować?


*

Jacek Żakowski wnerwił się na polityków „totalnej opozycji”, bo ci nie stawili się 24 grudnia pod Pałacem Prezydenckim na wiec udający Wigilię. „Co, do jasnej cholery, robiliście w Wigilię o 15:30? Mieszaliście kapustę?” - zapytał surowo, niczym pryncypialny czekista o dobrych, trochę zmęczonych oczach. I zagroził: „Rozleniwiliście się, bo sądzicie, że i tak musimy na was głosować, jeśli nie chcemy PiS-u? A jak się okaże, że jednak nie musimy?”. O tak, tak, towarzyszu Żakowski, przekażcie kolegom, że wy nic nie musicie – a głosować to już w szczególności.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w dwutygodniku „Polska Niepodległa” nr 01 (03-16.01.2018)

niedziela, 31 grudnia 2017

Porozmawiajmy o polexicie

Prawdziwą przyjemnością będzie patrzeć, jak ci, którzy dziś gardłują o polexicie, zaczną w panice połykać własne języki.


I. „Polexitowa” histeria

„PiS chce wyprowadzić Polskę z Europy” - grzmi totalna opozycja. „Polexit to tajny plan Kaczyńskiego” - wtóruje niemiecka prasa i jej polskojęzyczne ekspozytury. I tak w koło Macieju od ponad dwóch lat. Przy każdej różnicy zdań między polskim rządem a Brukselą (żeby tylko, również przy każdym sporze z Berlinem, czy nawet po zerwaniu kontraktu na francuskie Caracale – nieloty), powtarza się ten sam refren. Działa to wedle schematu prostego jak konstrukcja cepa: jeśli polski rząd w jakiejkolwiek sprawie ma odmienną opinię od zadekretowanej przez unijnych rozgrywających, to znaczy, że „marginalizuje Polskę”, „degraduje do drugiej ligi” i „wyprowadza z Europy”. W tle zaś nieodmiennie majaczy szantaż oparty o „reductio ad Putinum” - PiS z Kaczyńskim mają mianowicie swoją polityką „radować Putina”. Tego samego Putina, w porozumieniu z którym Angela Merkel usiłuje przepchnąć kolanem gazociąg Nord Stream II i wyłączyć go spod europejskich regulacji energetycznych, a niemiecka lewica aż przebiera nogami, by pod byle pretekstem znieść sankcje nałożone na Rosję po agresji na Ukrainę. Ale Niemcy „na korzyść Putina” nie grają...

I na nic zdają się każdorazowe zaprzeczenia, że nic z tych rzeczy, nikt wyprowadzać Polski z UE nie zamierza – ba, nawet słowa Jarosława Kaczyńskiego, że dla polskiej obecności w Unii Europejskiej „nie ma alternatywy” traktowane są jako zasłona dymna. Można wręcz odnieść wrażenie, że dla wrzeszczących o „polexicie” histeryków koronnym dowodem jest sam fakt sprawowania władzy przez PiS. Otwartym pytaniem pozostaje, czy plotą te duby smalone z wyrachowania, licząc na wystraszenie euroentuzjastycznych Polaków, czy już sami uwierzyli we własną propagandę – ale to w gruncie rzeczy kwestia drugorzędna. Gorsze jest co innego – otóż politycy Prawa i Sprawiedliwości z Jarosławem Kaczyńskim na czele najprawdopodobniej są w swych zapewnieniach zupełnie szczerzy i naprawdę nie wyobrażają sobie Polski poza unijnymi strukturami. A to błąd, bo powinni taki wariant przynajmniej brać w politycznych rachubach pod uwagę i zawczasu przygotować plan awaryjny, gdyby polexit okazał się jednak koniecznością. Co więcej, powinni tę ewentualność wprowadzić do dyskursu publicznego, choćby po to, by oswajać z nią opinię publiczną.


II. Wojna brukselsko-polska

Aż się chce powiedzieć – straszycie ludzi polexitem? Dobrze, to pogadajmy o tym, skoro tak skwapliwie, przy byle okazji wywołujecie wilka z lasu. Tak się składa, że naszemu wyjściu z Unii Europejskiej i możliwym alternatywom poświęciłem przez ostatnie niemal trzy lata trochę tekstów – a teraz, po wypowiedzeniu nam przez Brukselę otwartej wojny, bo do tego sprowadza się słynna „opcja atomowa” opisana w art.7 Traktatu Lizbońskiego, temat stał się wyjątkowo aktualny. Powtórzmy to – uruchomienie procedury, której finałem może być potencjalnie pozbawienie nas prawa głosu i sankcje, jest de facto wypowiedzeniem wojny, za którym stoi ewidentna niemiecka inspiracja, bo chyba nikt o zdrowych zmysłach nie sądzi, że pajace w rodzaju Timmermansa, Verhofstadta czy Junckera ośmieliliby się na taki krok na własną rękę. Niezależnie od końcowego wyniku, zamiarem tej awantury jest permanentne eskalowanie napięcia obliczone na poderwanie społecznego poparcia dla obecnego rządu – to zaś oznacza, że Bruksela (a tym bardziej Berlin) nie jest w stanie przyjąć do wiadomości „niesłusznych” wyników wyborów w krajach członkowskich, a tym bardziej jakiejkolwiek suwerennej polityki wyłamującej się spod dyktatu euro-mandarynów.

W konsekwencji powyższego, wielkimi krokami zbliża się moment, gdy normalne funkcjonowanie Polski w UE stanie się zwyczajnie niemożliwe. Albo się ugniemy, rezygnując z jakiejkolwiek podmiotowości, albo będziemy sekowani na wszelkie możliwe sposoby – na dzień dzisiejszy stoi na porządku dziennym „karne” obcięcie eurofunduszy w kolejnej perspektywie budżetowej po 2020 r. Zresztą, o tym, że kolejny budżet UE będzie chudszy i możemy stać się płatnikiem netto, mówiono już od dawna – to zaś z naszej perspektywy stawia pod znakiem zapytania opłacalność całego interesu.


III. Rachunek zysków i strat

I tak właśnie na nasze członkostwo należy patrzeć – jako na interes, w którym liczy się jedynie rachunek zysków i strat. Bez ideologicznego zadęcia, a tym bardziej bez prowincjonalnego zachłystywania się wielkim światem i europejskimi salonami na które łaskawie zostaliśmy wpuszczeni. Po stronie zysków możemy policzyć zakotwiczenie polityczne w europejskich strukturach dające poczucie bezpieczeństwa, następnie dostęp do rynków i swobodny przepływ ludzi, oraz oczywiście eurofundusze. Tyle, że owo „zakotwiczenie w Europie” właśnie okazuje się bronią obosieczną – oznacza bowiem rosnące podporządkowanie rozmaitym uroszczeniom „pogłębiającej integrację” Brukseli, a docelowo nieodwołalne sprowadzenie do położenia kolonialnego, z którego właśnie chcemy się wydobyć. Z eurofunduszami tak czy inaczej po 2020 r. będzie problem i może się okazać, że po dokonaniu niezbędnych racjonalizacji wydatków równie dobrze możemy bezpośrednio wydawać u siebie to, co w ramach składki odprowadzamy do unijnego budżetu – a wpłacać będziemy coraz więcej, bo składka członkowska uzależniona jest od poziomu PKB. Dodam nieco złośliwie, że dzięki temu znikną irytujące tabliczki informujące, że basen w Pcimiu Dolnym został „sfinansowany z środków UE”, mające na celu utrwalanie w społecznej świadomości poczucia swoistej „kolonialnej wdzięczności” wobec brukselskich dobrodziejów. Kolejną kwestią jest rzetelne obliczenie (czego żaden rząd dotąd nie zrobił) rzeczywistych kosztów naszego członkostwa – kolonizacji gospodarczej, wdrażania produkowanych taśmowo dyrektyw i zaleceń, wypływu wypracowanego w Polsce kapitału, biurokracji obsługującej rozdzielanie funduszy unijnych i nadzorującej „implementację” unijnego prawa itp.

Zostaje zatem przestrzeń wspólnego rynku i otwarte granice, z czego faktycznie trudno byłoby nam zrezygnować. Tyle, że do tego pozostawanie w Unii nie jest niezbędne, co pokazuje przykład takich państw jak Norwegia czy Islandia. Nie są, przypomnę, członkami UE, pozostając w Europejskim Obszarze Gospodarczym i korzystając z dostępu do wspólnego rynku, a także strefy Schengen – za to bez polityczno-biurokratycznej, brukselskiej „czapy”. Islandia nawet przez pewien czas negocjowała akcesję do Unii, by przekonać się, że skórka nie jest warta wyprawki i podziękować za udział w „elitarnym klubie”.


IV. Mówić ludziom prawdę

O tym wszystkim należy ludziom mówić. Spokojnie, bez wpadania w zbędną histerię, tłumaczyć dlaczego opcja „polexitu” może być nie tylko koniecznością, lecz również poniekąd szansą. Na szczęście, od czasu kryzysu migracyjnego i zafundowanego Niemcom przez kanclerz Merkel zbiorowego samobójstwa, idealizowany dotąd Zachód stracił w oczach Polaków bardzo wiele ze swej atrakcyjności. Jeżeli można mówić o jakichkolwiek pozytywach płynących z groźby islamizacji, to właśnie owo otrzeźwienie z odurzających oparów bezkrytycznego euroentuzjazmu jest jednym z nich. Unia straciła zatem walor cywilizacyjnej atrakcyjności i zostały już tylko pieniądze. Jeszcze chwila i Polacy będą gotowi, by usiąść z kalkulatorem i dokonać bilansu. Trzeba ich tylko potraktować poważnie, jak dorosłych, a nie jak dzieci, którym lepiej pewnych rzeczy nie mówić dla ich własnego dobra – tym bardziej, że ten obłudny paternalizm był domeną elit III RP i dobrze byłoby, gdyby obecna władza różniła się od poprzedników również i w tym aspekcie. Co więcej, poparcie dla obecności w UE jest w naszym społeczeństwie tyleż szerokie, co płytkie – przed rokiem zauważyła to nawet sorosowska Fundacja Batorego w raporcie „Polacy wobec UE: koniec konsensusu”, z troską konstatując przewartościowanie społecznych postaw wobec „zjednoczonej Europy”. A poza wszystkim - prawdziwą przyjemnością będzie patrzeć, jak ci, którzy dziś gardłują o polexicie, zaczną w panice połykać własne języki.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Exodus z domu niewoli


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 52 (29.12.2017-04.01.2018)

niedziela, 24 grudnia 2017

Homopropaganda pod patronatem kardynała

Najwyraźniej kardynał Christoph Schönborn należy do tej grupy uczonych mędrków, którym się wydaje, że mogą sobie lepić Pana Boga na swój obraz i podobieństwo.

I. Profanacja katedry

Kardynał Christoph Schönborn powinien uznać się za szczęściarza, że Pan Bóg nie spopielił wiedeńskiej katedry św. Szczepana niczym Sodomy i Gomory. Otóż z okazji „Światowego Dnia AIDS” świątynia została udostępniona na „spotkanie modlitewne” organizacjom homoseksualnym, a wspomniany kardynał wygłosił podczas uroczystości okolicznościowe kazanie. Na tę okazję katedra obwieszona została gejowskimi banerami i tęczowymi flagami, zaś kard. Schönborn powiedział m.in. „Bóg nie przyszedł, by potępić, ale zbawić” i w związku z tym mamy „Nie osądzać, nie wykluczać, nie przywoływać do porządku” (cyt. za „Bibuła.com”). Dostojnikowi wtórował znany transwestyta Thomas Neuwirth, występujący pod pseudonimem Conchita Wurst (któremu/której kardynał zresztą gratulował swojego czasu triumfu w konkursie Eurowizji), ubolewając nad „dyskryminacją” osób LGBT(QWERTY), natomiast całość imprezy zwieńczyły słowa homoaktywisty Gerry’ego Keszlera, iż „nie ma znaczenia, kogo kochamy lub w kogo wierzymy”. W doniesieniach nie ma niestety informacji, jakie konkretnie modlitwy (i do kogo) odmawiano podczas owego „modlitewnego spotkania”.

Jeżeli nie jest to profanacja, po której na dobrą sprawę należałoby katedrę zamknąć aż do uroczystego nabożeństwa przebłagalnego, to nie wiem, co jeszcze musiałoby się wydarzyć. Przypomnę, że w Polsce mieliśmy do czynienia z podobnym przypadkiem w 2013 r., kiedy to w kościele warszawskiej parafii św. Augustyna odbył się bluźnierczy pokaz mody projektanta Macieja Zienia z roznegliżowanymi modelkami, przy wtórze muzyki z „Dziecka Rosemary” i gejowskiego „westernu” „Tajemnica Brokeback Mountain”. Wybiegiem była główna nawa świątyni – cała ta półpornograficzna defilada odbyła się zatem przed tabernakulum. Efektem była konieczność odprawienia nabożeństwa przebłagalnego – i nie miało znaczenia, że proboszcz parafii został wprowadzony w błąd, bo organizatorzy powiedzieli mu, że będzie to zamknięty pokaz sukien ślubnych. Jednak w odniesieniu do imprezy w wiedeńskiej katedrze zastanawiam się, kto mógłby takowe nabożeństwo poprowadzić, skoro głównym winowajcą jest miejscowy książę Kościoła?


II. Sodoma pod okiem kardynała

W przypadku kard. Christopha Schönborna trudno mówić o nieświadomości celu zgromadzenia – gejowska symbolika jaką zostało wypełnione wnętrze kościoła w połączeniu z treścią przemówień pokazuje jasno, że nie chodziło tu o żadną modlitwę, tylko o symboliczne zawłaszczenie dla potrzeb homopropagandy przestrzeni sakralnej, którą potraktowano jak zdobyty teren. Pismo Święte, zarówno w Starym, jak i w Nowym Testamencie nie pozostawia złudzeń co do zapatrywań Stwórcy w kwestii „zachowań nieheteronormatywnych” - czego widomym dowodem jest los wzmiankowanych na wstępie Sodomy i Gomory. Nadmieńmy, że wedle biblijnego przekazu, Bóg obiecał oszczędzić Sodomę, jeśli znajdzie się tam dziesięciu sprawiedliwych. Ponieważ zapewne Sodoma liczyła sobie więcej mieszkańców niż liczba zgromadzonych w katedrze, nomen omen, sodomitów, to być może miejsce to zostało uratowane dzięki obecności choć jednego sprawiedliwego, który się tam przypadkiem zaplątał. Na miejscu kardynała jednak na przyszłość nie igrałbym z Bożą cierpliwością, bo jeśli następnym razem nawet tego jednego sprawiedliwego zabraknie, to finał może być nagły i bolesny. Szczególnie, gdyby jego ekscelencji w przypływie ekumenicznego szaleństwa wpadło do głowy zaprosić grupę satanistów (skoro „nie ma znaczenia w kogo wierzymy”), by mogli sobie uczcić rogatego kozła – co poniekąd, tylko w lekko zawoalowanej formie, właśnie się odbyło.

Najwyraźniej jednak kardynał Christoph Schönborn należy do tej grupy uczonych mędrków, którym się wydaje, że poprzez „twórczą reinterpretację” Pisma Świętego i spirytystyczne w swej istocie wywoływanie „ducha czasu”, mogą sobie lepić Pana Boga na swój obraz i podobieństwo, wedle doraźnych zachcianek – na przykład jeśli chodzi o bezwarunkowe zbawienie ostentacyjnych i aktywnych pederastów. Jeśli jest tak w istocie, to już mu współczuję, bo wątpię czy Stwórca zechce się podporządkować tym zuchwałym uroszczeniom i zasadniczo należałoby się tu zastanowić nad modlitwą do św. Rity – orędowniczki w sprawach beznadziejnych.


III. Gejowskie „święto”

Warto poświęcić chwilę okazji z jakiej urządzono opisaną tu bluźnierczą farsę. Z tego co mi wiadomo „Światowy Dzień AIDS” póki co nie został wpisany do kalendarza liturgicznego, zaś ofiary tej choroby nie są wynoszone na ołtarze w charakterze męczenników. Dzieje się tak dlatego, że poza absolutnie marginalnymi sytuacjami (np. przypadkowe zarażenie w szpitalu bądź gwałt), chorobą tą zarazić się można jedynie w następstwie grzechu – rozwiązłości lub zażywania narkotyków. „Światowy Dzień AIDS” jest po prostu jednym z pseudo-świąt taśmowo produkowanych przez lewackie agendy ONZ (w tym przypadku – WHO), którym „niepolitycznie” jest przyznać, że jedyną skuteczną radą jest wstrzemięźliwy tryb życia.

Inaczej jednak rzecz się ma w optyce części środowisk homoseksualnych. Mianowicie w kreowanej przez nie mitologii, AIDS jest rodzajem mistycznego fetyszu, zaś nosiciele wirusa HIV cieszą się rodzajem „namaszczenia”. Ta quasi-sakralizacja śmiertelnej choroby widoczna jest niekiedy w „gejowskiej” sztuce (chociażby „Anioły w Ameryce” Tony'ego Kushnera) i doprowadziła do zjawiska „Bug Chasers” - czyli osób „polujących” na możliwość zakażenia się wirusem, który traktowany jest jako przekazywany sobie kolejno „dar”. Dla nich zatem „Światowy Dzień AIDS” jest środowiskowym świętem, formą nobilitacji homoseksualnych „męczenników”. Zastanawiam się, czy kard. Schönborn organizując uroczystość mającą „upamiętnić 36 milionów zmarłych i dać sygnał przeciwko uprzedzeniom” był świadom tych konotacji? A może mu one nie przeszkadzały?


IV. Boże Narodzenie jako obszar starcia cywilizacji

Dodać należy, że ten homoseksualny wiec w katedrze odbył się u progu Adwentu, przez co – zważywszy na stosunek homoaktywistów do Kościoła, ich obsesję na punkcie postaci Jezusa czy Świętej Rodziny – cała sytuacja nabiera dodatkowego, ponurego kontekstu. Niestety, już od lat Boże Narodzenie i okres mu towarzyszący, zamiast być radosnym świętem „ludzi dobrej woli”, staje się polem wojny cywilizacyjnej w której agresorem jest skrajna lewica (w tym homolobby) oraz jej nowy sojusznik – islamiści. Co roku jesteśmy bombardowani informacjami, że pod dyktatem politycznej poprawności uginają się kolejne kraje zakazujące publicznego eksponowania szopek, choinek, szkolnych jasełek i generalnie rugujące aspekt religijny świąt z przestrzeni publicznej. Do tego nieodmiennie pojawiają się akcenty bluźniercze, jak niedawna „homo-szopka” wystawiona przez działaczkę LGBT prezentująca dwóch Józefów w różowych strojach czuwających nad Dzieciątkiem Jezus.

W Polsce ten trend na razie dopiero raczkuje, co nie znaczy, że lewactwo i u nas nie próbuje wdrożyć swej agendy. Instytut „Ordo Iuris” poinformował niedawno o alarmujących sygnałach, że w szkołach i przedszkolach rodzice-ateiści powołując się na „świeckość państwa” usiłują wymusić zakaz jasełek i kolędowania. W przeszłości mieliśmy prowokacyjne manifesty sfanatyzowanych feministek deklarujących popełnienie aborcji w Wigilię (Katarzyna Bratkowska), bądź 6 stycznia (w Święto Trzech Króli – homoaktywistka Anna Zawadzka). To wręcz niesamowite, jakie spazmy wściekłości Narodziny Pańskie wywołują u różnych „osobistych nieprzyjaciół Pana Boga”. Na szczęście jest też światełko w tunelu – prezydent Donald Trump właśnie oznajmił, że najwyższy czas znów życzyć sobie „Merry Christmas” zamiast idiotycznego, promowanego przez lewactwo „happy holidays”.

Wracając na koniec do głównego wątku - jeżeli czytają nas rodacy zamieszkali w Wiedniu, doradzałbym omijanie katedry św. Szczepana szerokim łukiem. Jeszcze na pasterce wystąpi kardynał Schönborn z jakimś właściwym sobie przekazem i cały podniosły nastrój trafi szlag. Lecz tymczasem – Wesołych Świąt!


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 51 (22-28.12.2017)