czwartek, 30 kwietnia 2015

Eksport pedagogiki wstydu

Oprócz gnojenia polskiej dumy narodowej na użytek wewnętrzny, stało się coś po stokroć gorszego - zaczęliśmy „pedagogikę wstydu” eksportować.

I. Przykrawanie historii

Przepraszam tych z Państwa, którzy oczekiwali na zapowiadany tydzień temu drugi tekst o Międzymorzu, ale chwilowo (tj. do następnego numeru „PN”) musi on ustąpić miejsca sprawom bieżącym. Wszystko przez tego aroganckiego bałwana z FBI, który postanowił pójść tropem „polskich obozów zagłady” i przemawiając na otwarciu wystawy w waszyngtońskim Muzeum Holocaustu umieścił Polskę wśród „współwinnych” - obok Niemiec i Węgier – co jak raz zbiegło się z rocznicą wybuchu powstania w warszawskim getcie. Jak powszechnie wiadomo, żydowskie powstanie było jedynym (prócz ruchawki w Paryżu) powstaniem w okupowanej Europie, a zagładzie getta przyglądała się biernie ludność Warszawy wraz z Armią Krajową, zacierając po cichu ręce, że Hitler wreszcie robi z Żydami porządek. Do tego dołóżmy sięgający międzywojnia zwierzęcy antysemityzm wysysany z mlekiem matek powodujący, iż właśnie w Polsce „naziści” postanowili zrealizować swój plan eksterminacji licząc na masową pomoc miejscowej ludności - i otrzymamy pigułkę wiedzy połykaną od dziesięcioleci przez amerykańską i izraelską młodzież (tej ostatniej robi się dodatkowo intensywne pranie mózgów przy okazji obowiązkowych wycieczek do Auschwitz).

Czy można się zatem dziwić, że podczas wizyty w Muzeum Holocaustu prominentny przedstawiciel prezydenckiej administracji skorzystał z okazji, by wyjść naprzeciw żydowskiej polityce historycznej? Nie można, tym bardziej, że kierunek wskazał jego pryncypał, Barack Obama, niemal równo trzy lata temu mówiąc o „polskich obozach śmierci” - i to, jak na urągowisko, w laudacji na ceremonii przyznania pośmiertnie Janowi Karskiemu Prezydenckiego Medalu Wolności. Temu samemu Karskiemu, którego raport został skrzętnie zignorowany przez zachodnich „sojuszników”. W takim kontekście wychodzi na to, że Karski był donosicielem alarmującym o zbrodniach Polaków. Teraz już wiemy, dlaczego z tym medalem dla Karskiego się nie śpieszono – jeszcze powiedziałby coś niestosownego, a tak, kilkanaście lat po śmierci „kuriera z Warszawy”, można odpowiednio przykroić również i jego historię.

II. Polska z plasteliny

W USA obie główne siły polityczne starają się żyć dobrze z żydowskim lobby, a najłatwiejszym sposobem na ukontentowanie wpływowej diaspory jest oczernianie Polaków, z których żydowskie organizacje, takie jak grupa HEART, chcą wydusić 60-65 mld USD. Ponieważ głównym eksponentem żydowskich interesów są Republikanie, więc Demokraci – zwłaszcza w obliczu chwiejnej postawy Obamy wobec Izraela – skorzystali z okazji, by tanim kosztem zarobić kilka punktów i właśnie do tej robótki oddelegowano Jamesa B. Comeya. Koszt prawdziwy poniesiemy my. Żydzi robią z wmanewrowania nas w odpowiedzialność za holocaust moralną podkładkę dla swych roszczeń finansowych, a kolejne rządy amerykańskie „naciskają” na swego „strategicznego partnera” w Europie, by ten w końcu owe wymuszenia zaspokoił. Zresztą, jesteśmy tu niczym plastelina, jeśli wspomnimy na ujawnione przez Wiki Leaks dywagacje Komorowskiego snute przed amerykańskim ambasadorem o spłaceniu haraczu z ewentualnej prywatyzacji lasów państwowych. Dlatego teraz te wszystkie pokrzykiwania, żądania przeprosin i wzywanie ambasadora Stephena Mulla na dywanik możemy sobie, jako państwo, wsadzić w buty, bo sami przez ostatnie 25 lat walnie się do takiego postrzegania nas przyczyniliśmy.

Nie wikłając się w prehistorię zjawiska, całą tę celowo indukowaną falę antypolskiej propagandy na Zachodzie skrzętnie podżyrowaliśmy w ostatnim 25-leciu III RP, idealnie orkiestrując się z przekazem ośrodków zagranicznych. Otóż główną dominantą publicznego dyskursu w kwestiach historycznych po 1989 roku stała się organizowana przez michnikowszczyznę i wspierana przez władze państwowe tzw. „pedagogika wstydu”, jak ją określił Bronisław Wildstein. Historię Polski, zwłaszcza tę najnowszą, przedstawiano jako pasmo zbrodni, szowinizmu, klerykalnej ciemnoty, antysemityzmu, bądź bezrozumnych szaleństw i „wymachiwania szabelką”. Słowem, przeciętny Polak miał się wstydzić swej spuścizny, odczuwać zażenowanie na myśl o własnej historii i żyć w permanentnym poczuciu niższości względem innych, nowocześniejszych narodów oraz w nieustającym kompleksie winy wobec Żydów. Operacja ta miała na celu przekształcenie Polaków w bezwolną, łatwo sterowalną masę, co prócz doraźnych korzyści politycznych służyć miało dalekosiężnej inżynierii społecznej, polegającej na tresurze ideologicznej mającej przepoczwarzyć nas docelowo w prawdziwie „multikulturowe” i „otwarte” nowoczesne społeczeństwo na wzór Zachodu. Owa „modernizacja przez kserokopiarkę” (R. Legutko) nie zakończyła się wprawdzie pełnym powodzeniem, coś tam jednak z niej zostało. Mimo obserwowanego od jakiegoś czasu odrodzenia świadomości patriotycznej, Polacy wciąż w dużej mierze pozostają, najogólniej mówiąc, niepewni swego, czego wyrazem jest choćby podszyta kompleksami troska o to „co świat o nas powie”, na czym przez długie lata jechała propaganda reżimowych mediów i PO.

III. Eksport pedagogiki wstydu

Socjotechnika samoupodlenia była i jest konsekwentnie wspierana przez rozliczne instytucje publiczne, w szczególności te odpowiedzialne za sferę kultury i edukacji – czyli, mamy do czynienia z nadzorowaną przez aparat państwa społeczną indoktrynacją. Jednakże – i tu dochodzimy do sedna – oprócz gnojenia polskiej dumy narodowej na użytek wewnętrzny, stało się coś po stokroć gorszego. My zaczęliśmy „pedagogikę wstydu” eksportować, wręcz epatować nią na zewnątrz. Można powiedzieć, że tak jak sferze popkultury naszym hitem eksportowym są gry komputerowe, tak w sferze ideologicznej, kulturalnej i co za tym idzie, politycznej, naszym „hitem” stał się eksport samobiczowania, zwłaszcza w kontekście holocaustu – i to akurat wtedy, gdy zarówno Niemcy, jak i Żydzi postawili na konsekwentną rewizję historii. Można rzec, że nasza anty-polityka historyczna została ściśle skorelowana z polityką historyczną wyżej wspomnianych.

Nie sposób tu przecenić roli Jedwabnego, jako symbolu „polskiego uwikłania w holocaust”. Mieliśmy skwapliwe podpisywanie się pod ponurymi bredniami J.T. Grossa, przeprosiny Kwaśniewskiego, wstrzymanie prac ekshumacyjnych przez ówczesnego ministra sprawiedliwości Lecha Kaczyńskiego pod naciskiem środowisk żydowskich (ech, te filosemickie umizgi prawicowej inteligencji...), wreszcie list Komorowskiego ze słowami, iż „naród ofiar musiał uznać niełatwą prawdę, że bywał także sprawcą” - a wszystko to w strachu, by zadrażnienie stosunków z Izraelem nie osłabiło naszych „transatlantyckich więzi” ze Stanami Zjednoczonymi. W ten sposób sami otworzyliśmy się na szantaż moralny, więc nie dziwmy się, iż jest to skwapliwie wykorzystywane.

Tymczasem, eksport „demonów polskiego antysemityzmu” trwa w najlepsze. Produkcja inspirowanego Grossem „Pokłosia” połączona z projekcjami w ambasadach; zaimportowanie niemieckiego paszkwilu „Nasze matki, nasi ojcowie”, co było wyraźnym sygnałem naszej zgody na kreowanie żydożerczego oblicza Armii Krajowej; wreszcie, ostatnie fetowanie „Idy”, której nie bez przyczyny przyznano Oskara – to tylko najgłośniejsze przypadki. Swoje zrobił też obłęd „dialogu” polsko-żydowskiego i katolicko-żydowskiego, który szybko stał się jednostronnym dyktatem, pasmem wymuszeń, byśmy przyznawali się do coraz to nowych win. A wszystko to połączone z kompletnym brakiem międzynarodowych działań na rzecz promocji polskiej historii i dokonań. Dopiero w ostatnich latach placówki dyplomatyczne pod ewidentnym naciskiem krajowej opinii publicznej zaczęły niemrawo reagować na sformułowania o „polskich obozach koncentracyjnych”, przy czym jest to piarowskie działanie na rynek wewnętrzny, by pokazać, ze jakoś odfajkowano sprawę. Nieliczne procesy wytaczają osoby prywatne, nie państwo polskie.

Dziś ambasador w USA, Ryszard Schnepf, wysyła do dyrektora FBI pismo z protestem. Ta sama ambasada w Waszyngtonie z dumą informowała 4 marca 2014 r. na swych stronach, że „w ramach specjalnego bloku polskiej kinematografii »Spotlight on Polish Cinema« prezentowanego podczas tegorocznego waszyngtońskiego Festiwalu Filmów Żydowskich, w stolicy USA odbył się pokaz wielokrotnie nagrodzonego obrazu »Pokłosie«”, zaś ambasador Schnepf w specjalnym wystąpieniu stwierdził: „Pokłosie to film, który pokazuje jak w uczciwy sposób powinniśmy się zmierzyć z trudnymi i nie zawsze chwalebnymi momentami przeszłości naszego kraju”. Oto eksport pedagogiki wstydu w pełnej okazałości. Zatem nie oburzajmy się, że w „Washington Post” Laurence Weinbaum, historyk specjalizujący się się w sprawach polsko-żydowskich i dyrektor Rady Spraw Zagranicznych Izraela, działającej pod auspicjami Światowego Kongresu Żydów, pisze o polskiej niechęci do zmierzenia się z ciemną stroną swojej historii, a pan James Comey krótko oznajmia, iż nas nie przeprosi. I słuszna jego racja, bo niby po co? Wszak przyzwyczailiśmy wszystkich wokół, że od przepraszania to my jesteśmy.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://blog-n-roll.pl/pl/haracz-na-raty#.VTuxZfBvAmw

http://niepoprawni.pl/blog/346/finansowe-heart-izraela

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 16 (27.04-12.05.2015)

wtorek, 28 kwietnia 2015

Kres bankowej samowoli?

Bankowy Tytuł Egzekucyjny uprzywilejowuje bank, sytuując go w roli sędziego we własnej sprawie.

Nie powiem, przyjemnie zdziwiłem się czytając o orzeczeniu Trybunału Konstytucyjnego negującego zmorę kredytobiorców jaką jest Bankowy Tytuł Egzekucyjny. Wyrok TK idzie bowiem pod prąd polityki rządu RP dokładającego wszelkich starań, by w pierwszym rzędzie zabezpieczyć interesy bankowego lobby, nawet kosztem własnych obywateli. Wyjątkowo spektakularnym przykładem takich działań było (o czym pisałem niedawno w tekście „Ewa Kopacz - lobbystka banksterów”) skierowanie do Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości pisma przestrzegającego przed stratami sektora bankowego „rzędu kilkudziesięciu miliardów złotych”, na jakie mogłoby narazić banki unieważnienie kredytów walutowych. Była to odpowiedź na wniosek Sądu Najwyższego Węgier domagającego się od ETS zakazu stosowania tego typu produktów finansowych. Nader charakterystyczne przeciwieństwo priorytetów.

A tu proszę – w odpowiedzi na zapytanie Sądu Rejonowego w Koninie, wyrażającego wątpliwość co zgodności BTE z Konstytucją oraz Europejską konwencją o ochronie praw człowieka i podstawowych wolności, TK uznał, że owszem, BTE jest sprzeczny z konstytucyjną zasadą równości. Konkretnie TK zakwestionował dwa przepisy: art 96 ust. 1 i 97 ust. 1 Prawa bankowego, dające bankom przywilej wystawiania tytułu egzekucyjnego będącego podstawą do egzekucji należności po nadaniu przez sąd klauzuli wykonalności. Tu należy zwrócić uwagę, że banki nie są zobligowane do powiadamiania dłużnika o wszczęciu postępowania, zaś sądy badają wnioski jedynie od strony formalnej (w ciągu 3 dni), bez merytorycznego postępowania rozpoznawczego, przy czym odwołanie się dłużnika nie wstrzymuje windykacji. Tego typu nierównoprawność obu stron procedury jest szczególnie rażąca w sytuacji, gdy bank nalicza wierzytelność „po uważaniu” - np. stosując maksymalny spread w przypadku kredytów walutowych. Klient może się odwoływać, ale co z tego, skoro egzekucja już trwa... Brawa dla sędziego z Konina, Michała Jankowskiego, który nie „klepnął” automatycznie jak większość jego kolegów klauzuli wykonalności, tylko zdecydował się skierować sprawę do TK.

Trybunał nie unieważnił BTE natychmiastowo – ustawodawca ma poprawić przepisy do 1 sierpnia 2016, jednak dzięki wyrokowi klienci banków mogą przynajmniej widzieć światełko w tunelu. Na osobną uwagę zasługuje tu zdanie odrębne złożone przez sędziego Andrzeja Rzeplińskiego, prezesa TK i prominentnego działacza Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka, który lewitując w cudownym oderwaniu od rzeczywistości stwierdził, że to dłużnik nie spłacając należności narusza konstytucyjną zasadę równości, nie zaś bank, który wywiązał się z umowy udzielając kredytu. Cóż, od dawna podejrzewałem, że ta cała HFPC nie jest od żadnej obrony naszych „praw”, tylko przeciwnie – stanowi kolejne narzędzie tresury ideologicznej nadwiślańskich Aborygenów, a gdy trzeba – staje się również sojusznikiem kolonialnego układu III RP, którego jednym z filarów - prócz służb „tajnych, widnych i dwupłciowych” - jest banksterska międzynarodówka. Stanowisko profesora Rzeplińskiego w kwestii BTE tylko te podejrzenia potwierdza – w jego ujęciu solidarność establishmentu przeciw obywatelom okazuje się być zasadą nadrzędną nawet względem konstytucji.

Warto bowiem dopowiedzieć, co podniosła w uzasadnieniu sędzia Teresa Liszcz, a co kompletnie zignorował prezes Rzepliński, iż „bank jako wierzyciel i klient jako dłużnik - powinni mieć taką samą pozycję”. Tymczasem, klient zaciągając kredyt znajduje się na ogół w sytuacji przymusowej i chcąc nie chcąc musi wyrazić zgodę na stawiane przez banki warunki, włącznie z akceptacją BTE. BTE natomiast z miejsca uprzywilejowuje bank sytuując go w roli sędziego we własnej sprawie, który sam dokonuje merytorycznej oceny własnego roszczenia i tylko przedstawia je sądowi do formalnego zatwierdzenia. Prawo dłużnika do obrony jest sprowadzone do fikcji, bowiem przebiega ona w momencie, gdy komornik już zajmuje konta i wystawia majątek na licytację. Jak w takich okolicznościach dłużnik prowadzić ma długotrwałą i kosztowną batalię sądową przeciw potężnej instytucji finansowej – nad tym prof. Rzepliński pochylić się nie raczył.

Bankowy Tytuł Egzekucyjny jest ewenementem w skali Europy – zamiast skoncentrować się na reformie wydolności systemu sądowniczego w Polsce, ustawodawca wprowadził drogę na skróty w interesie jednej konkretnej branży, kosztem całej reszty uczestników obrotu gospodarczego. Nie sposób nie doszukiwać się tu zakulisowych praktyk charakterystycznych dla bantustanów, gdzie lokalne rządy i generalnie aparat państwa, funkcjonują jedynie na zasadzie wykonawców poleceń tych, u których siedzą w kieszeni, ze szczególnym uwzględnieniem międzynarodowych podmiotów eksploatujących swe „kolonie”. Pojawiające się co jakiś czas medialne doniesienia o kosztach przeforsowania takiej czy innej ustawy pokazują, że jest to inwestycja nader opłacalna. Jakby to powiedzieli panowie w białych kołnierzykach – o bardzo wysokiej stopie zwrotu.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://www.blog-n-roll.pl/pl/ewa-kopacz-%E2%80%93-lobbystka-bankster%C3%B3w#.VTZmRPBvAmw

http://blog-n-roll.pl/pl/polska-na-banksterskiej-smyczy#.VTZmXfBvAmx

Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 17 (24.04-07.05.2015)

poniedziałek, 27 kwietnia 2015

Nocni wilcy w obejściu

Jeśli tylko padłby rozkaz, to dzisiejsi przyjaciele z rosyjskiej watahy bez wahania rzuciliby się katyńskim rajdowcom do gardeł.

Jeżeli wataha wilków podchodzi nocą pod obejście, świadczy to o dwóch sprawach: po pierwsze - poczuły się na tyle pewnie, że nie boją się ludzi; po drugie – ktoś do takiego stanu rzeczy doprowadził. W takiej sytuacji jedyną adekwatną ripostą jest wyciągnięcie strzelby i zrobienie z niej właściwego użytku, by rozzuchwalone stado na powrót zaszyło się w swoich matecznikach – inaczej prędzej czy później urządzi krwawą łaźnię wśród inwentarza, a może i dopadnie nas samych. Z pewnością natomiast nie jest mądrym pomysłem zapewnianie im eskorty, żeby spokojnie przeszły sobie dalej, a to z tego prostego powodu, że koniec końców wrócą, traktując gospodarstwo jako swe nowe żerowisko.

Państwo rosyjskie wraz ze swymi służbami lubuje się w różnego rodzaju symbolicznych prowokacjach – jest to stały element kremlowskiej polityki i to wbrew pozorom bardzo racjonalny, za jego pomocą bowiem testuje się gotowość prowokowanego do obrony swoich interesów. Brak odpowiedzi, bądź, co gorsza, pojednawcze gesty, traktowane są każdorazowo jako przejaw słabości i sygnał, że Moskwa może posunąć się o krok dalej. Równie pilnie co odzew oficjalnych władz obserwowane są reakcje poszczególnych środowisk i grup społecznych, traktowane jako potencjalny materiał do wewnętrznego rozgrywania przeciwnika. I w tym właśnie kontekście należy odczytywać przejazd „Nocnych Wilków” przez środkową Europę – w tym Polskę – z finiszem w Berlinie. Wymowa jest jasna: nie chcieliście świętować z nami „pabiedy” w Moskwie 9 maja, to my wybierzemy się do was i przypomnimy o sobie - póki co, tylko za pomocą naszych motocyklistów... na razie...

Wbrew temu, co twierdzi komandor Rajdu Katyńskiego, Wiktor Węgrzyn, Aleksandr „Chirurg” Załdostanow i jego nocni wilcy nie są zwykłą grupą motocyklową, jakich wiele. To nie są panowie w średnim wieku, których wreszcie stać na fajne zabawki i wożą się po świecie przeżywając drugą młodość. To zbrojne ramię rosyjskiego imperializmu wbudowane w motocyklową subkulturę, tak by przybrała oblicze zgodne z zapotrzebowaniem władz. Jest to największa tego typu formacja w Rosji, a to oznacza, że nie mogłaby funkcjonować bez poparcia służb i właściwych „czynników”, te zaś zapewniane jest w zamian za lojalność. Gdyby „Chirurgowi” strzeliło któregoś dnia do głowy wierzgnąć przeciw Putinowi, zniknąłby, ot tak, jak wielu przed nim, a wraz z nim jego motorowa ferajna rozparcelowana po nowo utworzonych „słusznych” grupach. Demonstracyjne bratanie się z Putinem, harce na Krymie i w Donbasie nie wynikają ze zsumowania indywidualnych sympatii, jak pragnąłby widzieć to pan Węgrzyn, tylko są konsekwentną realizacją programowego oblicza ruchu, wdrażającego konkretny scenariusz, w którego ramach, nawiasem mówiąc, jak najbardziej mieści się gościnne przyjęcie w Rosji polskich motocyklistów. Rosjanie, gdy chcą, potrafią obłaskawiać serdecznością – i, jak widać, to często procentuje.

Z publicznych wypowiedzi komandora Węgrzyna przebija troska, by nie zepsuć sobie dobrych relacji z rosyjskimi kolegami, gdyż mogłoby to zaszkodzić Rajdowi Katyńskiemu. W naturalny sposób powstaje pytanie o cenę – fraternizacja z wielbicielami ludobójcy historycznego (Stalina) i współczesnego (Putina), z których jeden ma na sumieniu setki tysięcy Polaków, drugi zaś – na co wszystko wskazuje – śmierć polskiej elity z prezydentem na czele, stawia pod znakiem zapytania sens rajdu uskutecznianego pod opieką takich „towarzyszy podróży”. No i kolejna kwestia - jak członkowie Rajdu Katyńskiego zapatrują się na asystowanie Wilkom pod pomnikiem generała Iwana Czerniachowskiego. Stawiamy znak równości między katyńskimi ofiarami i mordercą żołnierzy AK? Uznajemy, że każdy ma swoich bohaterów i w imię podtrzymywania mieżdunarodnej drużby nie ma co wnikać?

Nocni wilcy ze swoim „Chirurgiem” są forpocztą rosyjskiego imperializmu, a z tej imperialnej perspektywy Polska zawsze będzie wrogiem. I to nie od wczoraj, lecz od stuleci, niezależnie od formy ustrojowej rosyjskiego państwa. Niegdyś stanowiliśmy przeszkodę w zbieraniu ziem ruskich aż do „Białej Wody”, dziś zawadzamy w realizowaniu doktryny eurazjatyzmu. I nawet gdybyśmy wystąpili z NATO, odcięli się od Ukrainy, podporządkowali Kremlowi swą politykę, gospodarkę i ćpali rosyjski gaz za podwójną cenę, to i tak w najlepszym razie moglibyśmy liczyć na status chwilowo spacyfikowanych „buntowszczyków”. Mam nadzieję,. że rozumie to Grzegorz Braun, któremu media każą się teraz tłumaczyć ze słów szefa komitetu wyborczego równie gorliwie, jak gorliwie do tej pory go ignorowały. Oczywiście, nie ma co popadać w histerię i ciskać oskarżeniami o agenturalność, w czym lubują się z iście sekciarskim zapamiętaniem środowiska uzurpujące sobie monopol na rząd dusz patriotycznego elektoratu. Warto jednak zauważyć, że jeśli tylko padłby rozkaz, to dzisiejsi przyjaciele z rosyjskiej watahy bez wahania rzuciliby się katyńskim rajdowcom do gardeł.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Artykuł opublikowany w „Warszawskiej Gazecie” nr 17 (24-29.04.2015)

niedziela, 26 kwietnia 2015

Długi marsz ku Międzymorzu

Bez jakiejś formy urzeczywistnienia sojuszu państw naszego regionu, prędzej czy później czeka nas powtórka z traumatycznej przeszłości.

I. Międzymorze albo śmierć

Idea Międzymorza była bodaj jedynym dwudziestowiecznym pomysłem na Polskę, który zakładał nie tylko jej pełną podmiotowość polityczną, ale wręcz pozycję regionalnego mocarstwa – przywódcy szeregu krajów leżących między Bałtykiem, Morzem Czarnym i Adriatykiem (koncepcja „ABC”). Jak pokazała historia, niepowodzenie realizacji tego projektu geopolitycznego oznaczało w konsekwencji upadek polskiej państwowości oraz wtrącenie całej Europy Środkowo-Wschodniej pod jarzmo sowieckiej dominacji. Nie pierwszy raz zresztą geopolityczna słabość okazała się dla nas gwoździem do trumny. Rozkład wewnętrzny pierwszego międzymorza jakim była I Rzeczpospolita zakończył się tragedią rozbiorów i ponad studwudziestoletnią niewolą. Obecnie Międzymorze przywoływane jest raczej w charakterze snu o potędze, wizji snutej ku pokrzepieniu serc i poprawie samopoczucia, niż realnej możliwości, którą przy zaangażowaniu odpowiednich środków można by zrealizować. Ot, taka terapia zbiorowa środowisk patriotycznych – jak to mogliśmy być, panie, silni i znaczący, tylko nam nie dali i wciąż nie dają.

Tymczasem, należy powiedzieć sobie jasno – bez jakiejś formy urzeczywistnienia sojuszu państw naszego regionu prędzej czy później czeka nas powtórka z traumatycznej przeszłości. Niestety, obecne elity polskie sprawiają wrażenie kompletnie wyzutych z poczucia podmiotowości – i dotyczy to w znacznej mierze również tzw. środowisk niepodległościowych. Można czasami odnieść wrażenie, że poszczególne opcje różnią się jedynie rozłożeniem akcentów i sympatiami, a nie generalnym podejściem do zagadnienia suwerennego bytu państwowego. Jak zauważyłem niegdyś w tekście „Czy Polskę stać na podmiotowość?” („Polska Niepodległa” nr 43/2014) cała aktywność międzynarodowa III RP sprowadzała się w zasadzie do zakotwiczenia nas w strukturach euroatlantyckich, które następnie miały już załatwić za nas wszelkie problemy. Taki fukuyamowski „koniec historii” na miarę naszych możliwości. Okazało się to szkodliwą mrzonką, o czym przekonujemy się od jakiegoś czasu, kiedy to zostaliśmy sprowadzeni do roli „obrotowego kondominium” rozgrywanego w trójkącie Niemcy-Rosja-USA. Obecnie zaś realizowana przez Niemcy pod przykrywką „pogłębiania integracji” współczesna wersja Mitteleuropy z jednej strony, oraz coraz bardziej agresywne zakusy imperialne Rosji z drugiej, przy indolencji USA i NATO, dobitnie pokazują, że nasz urlop od historii się skończył – i to już jakiś czas temu.

Dlatego rzecz nie w tym, by obijać się między Rusem, Prusem a Jankesem, będąc wiecznie skazanym na rolę narzędzia realizującego cudzą politykę, lecz by sformułować, a następnie wprowadzać w życie własne założenia strategiczne.

II. Między młyńskimi kamieniami

Jest to zadanie niezwykle trudne, znajdujemy się bowiem między młyńskimi kamieniami. Spójrzmy.

Na jakikolwiek sojusz, czy chociażby wypracowanie normalnych stosunków z Rosją nie ma co liczyć. Rosja może nas zaakceptować tylko w jednym przypadku – jeśli się jej całkowicie podporządkujemy. Z istnieniem Polski suwerennej, prowadzącej podmiotową politykę Rosja nigdy się nie pogodzi – taka Polska zawsze będzie traktowana jako obraza imperialnych ambicji. Nie ma też sensu silić się na jakiekolwiek pojednawcze gesty – takowe zawsze będą traktowane przez zakute, mongolskie łby jako oznaka słabości. Do zakutych, mongolskich łbów może trafić tylko jeden argument, powodując w nich pewne przewartościowania w postrzeganiu rzeczywistości – tym argumentem jest potężny cios w zęby, im mocniejszy, tym lepiej. Bez tego nic się nie zmieni. I takim ciosem powinno być powstanie Międzymorza hamującego raz na zawsze rosyjską ekspansję w regionie. Uprzedzając zarzuty – nie, to nie jest emocjonalna „rusofobia”, tylko realne skonstatowanie nieprzekraczalnych barier polityczno-cywilizacyjnych.

Podobnie rzecz się ma z Niemcami. Nie po to zrobiły sobie z nas własną kolonię w ramach „zjednoczonej Europy”, by teraz godzić się na jakąkolwiek emancypację Polski. Nasza rola jest jasno określona – mamy być gospodarczym dominium, spełniającym funkcję rynku zbytu, rezerwuaru taniej siły roboczej i źródła wyprowadzanych na różne sposoby dochodów. Przemysł ma jedynie dopełniać niemiecki potencjał na zasadzie: montownia pracująca dla Opla, czy fabryka produkująca jakieś podzespoły dla niemieckiego koncernu – owszem, natomiast własne stocznie konkurujące z niemieckimi, czy górnictwo zapewniające energetyczną niezależność – w żadnym wypadku. Politycznie jesteśmy od tego, by wspierać niemiecką hegemonizację kontynentu, czego poglądową lekcję zafundowali nam Tusk z Sikorskim.

Ze Stanami Zjednoczonymi sprawa jest nieco bardziej skomplikowana, będziemy bowiem potrzebowali ich jako dźwigni na pierwszym etapie odzyskiwania suwerenności, oraz jako sojusznika – nie tylko formalnego, lecz rzeczywistego – w ramach NATO, niemniej i tu należy mieć na uwadze, że póki co jesteśmy dla nich jedynie środkiem uprawiania polityki w regionie, oczywiście pod warunkiem, że akurat są tą częścią świata zainteresowane. W przypadku przeniesienia ciężaru uwagi supermocarstwa gdzie indziej, zostajemy z miejsca pozbawieni jakiegokolwiek wsparcia, co czyni „strategiczny sojusz” fikcją i to kosztowną, a cenę ponosimy każdorazowo w postaci zdominowania przez potężnych sąsiadów ze wszystkimi tego konsekwencjami. Idę o zakład, że np. bez „resetu” Obamy nie byłoby Smoleńska i wszystkich fatalnych następstw zamachu określanych zbiorczym mianem „katastrofy posmoleńskiej”. Zatem, mając na uwadze potencjalne korzyści ze współpracy z USA, musimy przestać mylić sojusz z wasalizacją – a z tym mamy poważny problem i dotyczy on również proamerykańskiej części polskiej prawicy.

III. Region w rozsypce

Nie lepiej rysuje się sytuacja w regionie – czyli wśród państw, które docelowo miałyby Międzymorze współtworzyć. Z Litwą stosunki mamy złe, na co wpływa m.in. szowinistyczna polityka tamtejszych władz wobec polskiej mniejszości, będąca kompletnym przeciwieństwem polityki Polski wobec mniejszości litewskiej. Łotwa, Estonia – tu przynajmniej nie mamy zatargów, jednak „pribałtika” orientuje się coraz mocniej na Skandynawię. Białoruś jest zdominowana przez Moskwę, choć Łukaszenka co jakiś czas puszcza oko w naszą stronę i w miarę możliwości stara się stawiać Putinowi w rozmaitych kwestiach, co potencjalnie jest dla nas do wykorzystania. Ukraina jawnie już promuje kult banderowszczyzny, poza tym totalnie nas lekceważy, uznając nasze poparcie dla swych aspiracji albo za bez znaczenia, albo za coś oczywistego i darmowego. Dziś dla Ukrainy partnerem są Niemcy i potencjalnie USA, a nie Polska. Słowacja i Czechy są prorosyjskie, wspólnie z Austrią tworząc „trójkąt sławkowski”, którego osią jest sprzeciw wobec sankcji wymierzonych w Rosję. Węgry są do odzyskania, zostały w ramiona Rosji wepchnięte przez Zachód i po części Polskę, która zbyła milczeniem propozycję Orbana złożoną na jesieni 2010 roku podczas wizyty w Warszawie, kiedy to postulował regionalny sojusz – czyli coś na kształt Międzymorza właśnie. Rumunia – tu jest potencjał sojuszniczy, Bułgaria – równie prorosyjska jak Czechy czy Słowacja.

Jak z tego konglomeratu zlepić Międzymorze, sojusz zdolny oprzeć się rosyjsko-niemieckim dążeniom do podporządkowania sobie regionu w charakterze labilnej strefy wpływów? Cóż, wszystko jest kwestią odpowiedniej oferty w której muszą zostać skalkulowane takie podstawowe składniki jak atrakcyjność propozycji, potencjalne korzyści płynące z ich przyjęcia i ryzyko jakim są obarczone. Przy czym, należy mieć na uwadze, że dla różnych krajów potrzebne są różne warianty „marchewek” za którymi byłyby skłonne pójść. To, co jest atrakcyjne dla Litwy, niekoniecznie musi interesować Słowację, propozycja dla Ukrainy musi wyglądać inaczej, niż ta złożona Węgrom i tak dalej. To karkołomne zadanie, w dwudziestoleciu międzywojennym się nie powiodło, również z tej przyczyny, że między poszczególnymi państwami występują liczne animozje – np. problem mniejszości węgierskiej zawsze potencjalnie będzie ustawiał Budapeszt na kursie kolizyjnym z Bukaresztem, Bratysławą, czy Kijowem. O bałkańskim kotle nawet nie ma co wspominać, tu widziałbym potencjał głównie w Chorwacji (projekt gazoportu na wyspie Krk).

Jak widać, uwarunkowania startowe są potwornie ciężkie i budowa Międzymorza byłaby zadaniem tytanicznym nawet, gdyby Polska znajdowała się w o wiele lepszej kondycji wewnętrznej niż obecnie. Niemniej, uważam, że sformowanie takiego bloku geopolitycznego w mniej lub bardziej zaawansowanej formie jest realne – przy odpowiedniej determinacji, zręczności politycznej, no i oczywiście pod warunkiem, że historia da nam nieco czasu, którego zabrakło chociażby w międzywojniu. Konkretne propozycje pozytywne, jak przebyć ów długi marsz ku Międzymorzu, startując z miejsca w którym znajdujemy się obecnie, postaram się przedstawić w kolejnym tekście na który już dziś Państwa zapraszam.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://www.blog-n-roll.pl/pl/efta-%E2%80%93-alternatywa-dla-polski#.VS7lt_BvAmw

http://blog-n-roll.pl/pl/czy-polsk%C4%99-sta%C4%87-na-podmiotowo%C5%9B%C4%87#.VS7lkfBvAmw

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 15 (20.04-26.04.2015)

piątek, 24 kwietnia 2015

Na co idzie Twój PIT?

Haracz od dochodów przeznaczany jest w całości na spłatę odsetek od pożyczek zaciągniętych przez kolejne rządy u rozmaitych lichwiarzy.

Ponieważ mamy kwiecień, czyli miesiąc „pitowy”, nie od rzeczy byłoby napisać co nieco o tym ulubionym przez miliony Polaków sporcie, jakim jest coroczne ślęczenie nad formularzami podatkowymi gwoli ukontentowania Urzędu Skarbowego i Ministerstwa Finansów. Zasiadają więc Polacy w liczbie ok. 25 milionów dusz do swej corocznej spowiedzi finansowej i klnąc w żywy kamień starają się wypełnić te wszystkie rubryki – przychód, koszty uzyskania, odliczenia, dochód, podatek - sprawdź kilka razy czy gdzieś nie ma pomyłki bo konsekwencje mogą być gorsze od wtrącenia do czeluści piekielnych... No, a jeśli masz jeszcze na koniec wystarczająco wiele samozaparcia, to możesz przekazać cały 1% swojego podatku wybranej instytucji pożytku publicznego. I to jest chyba jedyny moment, kiedy podatnik wie na co pójdą wypracowane przez niego pieniądze, bo cała reszta skryta jest mrokiem tajemnicy. Podatki trafiają do wspólnego worka z naklejką „budżet państwa” i stamtąd rozdysponowane zostają na przychylanie nam nieba przez rządzących i koegzystujący z klasą polityczną aparat urzędniczy - oczywiście po tym, jak już sami opędzą swe najpilniejsze potrzeby socjalne. A że jest co opędzać, świadczyć może raport Fundacji Republikańskiej z 2013 roku „Wynagrodzenia w administracji publicznej” z którego wynika, że łączny koszt utrzymania sektora publicznego to 88 miliardów zł.

Na co więc idą nasze podatki? Wpływy z podatku dochodowego od osób fizycznych za rok 2013 miały wynieść według prognoz ustawy budżetowej 42,9 mld złotych. Oznacza to, że nasz PIT wystarcza na pokrycie ok. połowy kosztów administracji publicznej. Nawet jeśli doliczyć do tego inny podatek dochodowy – CIT płacony przez przedsiębiorstwa – 29,6 mld, to i tak okazuje się, że to za mało i trzeba dołożyć z VAT-u (126,4 mld zł), bądź akcyzy – 64,5 mld. Ale jest jedna pozycja budżetowa, która jak ulał pasuje do wpływów z podatku dochodowego. Tym punktem są koszty obsługi zadłużenia Skarbu Państwa. Tak się składa, że w 2013 roku wyniosły one łącznie 42,7 mld zł – czyli niemal dokładnie tyle, ile wpływy z PIT. Jeśli zatem, podatniku, głowisz się na co idzie Twój PIT, to właśnie otrzymałeś odpowiedź. Haracz od dochodów przynoszony w zębach skarbówce przeznaczany jest w całości na spłatę odsetek od pożyczek zaciągniętych przez kolejne rządy u rozmaitych lichwiarzy zwanych kurtuazyjnie „inwestorami”. A nie jest to mało – wedle oficjalnych danych w 2013 dług publiczny wynosił 838,1 mld zł, zaś wg balcerowiczowskiego „licznika długu”jest to już ponad 1 bln zł. Warto dodać, że rządy Platformy zadłużyły Polskę na niemal drugie tyle, co wszyscy poprzednicy po 1989 roku. Jak więc widać, przy takim rozmachu nie można sobie pozwolić na fanaberie w rodzaju podniesienia kwoty wolnej od podatku, którą mamy najniższą w Europie (3091 zł), co powoduje, iż podatki płacą nawet osoby żyjące poniżej progu ubóstwa – czyli wyróżniamy się na tle innych krajów jedynym w swoim rodzaju podatkiem od nędzy. Ale cóż poradzić – trzeba się solidarnie zrzucać na długi Rostowskiego, ciepła woda w kranach nie płynie za darmo, nawet na „zielonej wyspie”.

Warto zwrócić uwagę na szereg absurdów związanych z PIT-em. Otóż podatek ten w znacznej mierze polega na przepompowywaniu pieniędzy budżetowych. Tak się bowiem składa, że płacony jest m.in. od dochodów otrzymywanych w różnych formach od państwa. 2,5 mln podatników to pracownicy budżetówki, dalsze 7,5 mln to emeryci i renciści, do tego dochodzą beneficjenci opieki społecznej otrzymujący zasiłki i zapomogi socjalne. Owe „wirtualne dochody” jak nazywa to Centrum Adama Smitha polegają w skrócie na przekładaniu pieniędzy publicznych z jednej kieszeni do drugiej. A jeszcze warto wspomnieć o „podatnikach wyzerowanych”, którzy najpierw odprowadzają zaliczki, by później otrzymać zwrot tego, co wpłacili – szacuje się, że to kolejnych 10 mln. Podsumowując, realnie podatek dochodowy płaci w Polsce jakieś 4-5 mln osób. Przy jego obsłudze zatrudniona jest armia urzędników (80% całego aparatu skarbowego) kosztująca rocznie 2 mld złotych (dane Fundacji Republikańskiej). Czas poświęcany przez podatników na wypełnienie PIT-ów to równoważnik 16 tys etatów. Można sądzić, że właśnie to w dużej części sprawia, iż według OECD mamy najmniej efektywny aparat skarbowy wśród wszystkich członków organizacji. Dość powiedzieć, że na każde 100 zł wpływów z podatków, aż 1,72 zł wynoszą koszty administracji skarbowej. Jest to rekord. Z kolei raport Banku Światowego „Paying Taxes 2013” sytuuje nasz system podatkowy na 114 pozycji spośród 183 państw. A wszystko po to, by uzyskać raptem ok 14% wpływów do budżetu państwa, z czego znaczna część, jak wspomniałem wyżej, i tak pochodzi z różnych form redystrybucji. Koniec końców, wychodzi na to, że PIT jest kosztowną fikcją utrzymywaną chyba jedynie w celach dyscyplinujących - by podatnik, niczym potencjalny przestępca, czuł nad sobą władną dosięgnąć go w każdym momencie opresyjną rękę państwa.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://blog-n-roll.pl/pl/podatek-od-n%C4%99dzy#.VS1xJPBvAmw

Artykuł opublikowany w „Gazecie Finansowej” nr 16 (17-23.04.2015)

czwartek, 23 kwietnia 2015

Sędziowie – samozwańczy wychowawcy narodu

Rewolucyjne sumienie sędziego kształtowane jest przez głosy tych, których słyszy w swej głowie po założeniu łańcucha.

W jednej z książek śp. Terrego Pratchetta z cyklu „Świat Dysku”, dziejącej się w królestwie Lancre, mamy zarysowaną arcyciekawą metaforę. Oto, kiedy monarcha wkłada koronę, w jego głowie momentalnie odzywają się głosy pokoleń poprzednich władców – niczym jakieś skumulowane doświadczenie przodków. Nic dziwnego więc, że aby unieść taki ciężar i nie oszaleć trzeba być prawowitym następcą tronu, uzurpator prędzej czy później popadnie w obłęd – i tak też się dzieje. Do noszenia bowiem czegoś tak szczególnego jak korona potrzeba swoistego posłannictwa, predestynacji - bez tego pozostaje czysta władza oraz związana z nią destrukcyjna i nieodwracalna deprawacja każdego nadambitnego chłystka, który w swym zadufaniu sięga za wysoko.

Powyższa refleksja nasuwa mi się każdorazowo, gdy słyszę o kolejnych dokonaniach naszych niezawisłych sądów, które na wyścigi bądź to umarzają postępowania mimo ewidentnego przestępstwa, bądź przeciwnie – solą „piękne wyroki”. Wszystko zaś w zależności od tego, czy mają do czynienia z „elementem socjalnie bliskim”, czy też przedstawicielami reakcji i wrogami ludu. Tak sobie myślę, że tu musi działać prawidłowość podobna do tej z koroną, innego wytłumaczenia nie widzę. Sędzia zakładając na piersi łańcuch z orłem, momentalnie przeistacza się z samodzielnej jednostki w cząstkę większego konglomeratu i członka prawniczej sztafety pokoleń. A że tradycją ostatnich kilkudziesięciu lat naszego wymiaru sprawiedliwości, osobliwie w sądach karnych, są takie cechy jak dyspozycyjność, wyrokowanie na polityczne zamówienie, egzekwowanie praw stanu wojennego pod czujnym okiem WRON, wcześniej zaś procesy kiblowe kończone strzałem w potylicę przeprowadzane wedle nauk Andrieja Wyszyńskiego, toteż i wyroki zapadają nie tyle zgodnie z prawem, co z rewolucyjnym sumieniem sędziego. Rewolucyjne sumienie sędziego natomiast kształtowane jest przez głosy tych, których słyszy w swej głowie po założeniu łańcucha.

Wkracza sędzia na salę, spogląda zmęczonym wzrokiem na takiego Mariusza Kamińskiego, po czym nakłada łańcuch... i zaczyna się jazda. W jego mózgu przekrzykują się Stefan Michnik ze Stanisławem Zarakowskim, wtóruje im apodyktycznie Helena Wolińska nieprzyzwyczajona by jakiś sędzia popisywał się niezawisłością – no i w tym momencie Mariusz Kamiński jest ugotowany, a „IV RP” rozliczona i napiętnowana niczym reakcyjne podziemie. Warto zwrócić uwagę, że sędziowie u nas uzupełniają się w praktyce przez kooptację – niczym mafia, prezydencka nominacja jest czystym rytuałem. Kogo więc mają dobierać do swego grona starsi koledzy, jeśli nie podobnych sobie, ulepionych na własny obraz i podobieństwo? Wbrew naiwnemu poglądowi prof. Adama Strzembosza, środowisko nie oczyściło się samo – i całe to umoczone towarzystwo dostało po '89 roku, niczym małpa zegarek, niezawisłość, niezależność i związane z tym poczucie bezkarności.

Takie uwarunkowania musiały poskutkować stopniowym odklejeniem się od rzeczywistości – i co mniej odporni psychicznie sędziowie faktycznie „odlatują”, niczym ów książkowy uzurpator wariujący od głosów dobiegających go z korony. Jednym z przejawów owego szaleństwa jest wchodzenie w rolę wychowawców, tak się bowiem składa, że nadęci pychą i przeświadczeniem o własnej doskonałości sędziowie coraz częściej zamiast merytorycznego uzasadnienia orzeczeń serwują nam na salach sądowych jakieś nieprzytomne spektakle pełne połajanek spod znaku „świat według sędziego”. A że świat sędziego ograniczony jest na ogół głosami braci Michników (Stefan w głowie, Adam w porannej gazecie), to i treść pouczeń jest charakterystyczna. Sędzia od Kamińskiego, Wojciech Łączewski, wsławił się wcześniej skazaniem grupy kiboli na obejrzenie propagandowego produkcyjniaka Izabeli Cywińskiej „Cud purymowy”. Ja kiedyś to-to widziałem i muszę wyznać, iż tak topornego gniota ze świecą szukać. Ale, że przesłanie ma słuszne, piętnujące „polski antysemityzm”, co to z mlekiem matki i tak dalej – więc w sam raz nadaje się do katowania nim podsądnych, choć niby mamy zakaz tortur. Inny sędzia, Igor Tuleya, wsławił się histerycznymi porównaniami działań CBA do „konwejerów”, co zważywszy na parantele może znać z rodzinnych przekazów. Trzeba wspomnieć również na ognistą perorę sędziego Pawła Chodkowskiego, który sypiąc „piękne wyroki” protestującym przeciw wykładowi majora Zygmunta Baumana na Uniwersytecie Wrocławskim nie omieszkał napomnieć skazanych, iż „Ideowe wybory Zygmunta Baumana dokonane przez niego w latach 45-53 (...) nie dają jakiejkolwiek legitymacji do kreowania nienawiści wobec tych, których postaw i wyborów oni nie akceptują”. Przykłady można by mnożyć, zakończę jednak przypuszczeniem, że tylko patrzeć gdy atrakcją np. miejskich festynów staną się rozgrzani sędziowie bujający na sznurkach niczym balony i wygłaszający z wysokości jeden przez drugiego świeckie rekolekcje dla stojącego z rozwartymi gębami narodu.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 16 (17-23.04.2015)

sobota, 18 kwietnia 2015

Polskie grona gniewu

Polskiego rolnika czeka degradacja z pozycji samodzielnego gospodarza do wywłaszczonego, najemnego wyrobnika.

I. Wielka Depresja

Dziś na samym początku chciałbym przypomnieć klasyczną powieść Johna Steinbecka „Grona gniewu” - a dlaczego, o tym za chwilę. Otóż mamy w niej opisany świat najemnych robotników rolnych w Stanach Zjednoczonych doby Wielkiego Kryzysu. Warto odnotować, że autor bazował w znacznej mierze na własnych obserwacjach, w tym metodzie zwanej w socjologii „obserwacją uczestniczącą” - przez dłuższy czas podróżował i pracował razem z robotnikami, żył z nimi w specjalnych obozach - słowem, dzielił większość ich doświadczeń. Opisanych w książce najemników łączy pochodzenie – niemal wszyscy są zdeklasowanymi farmerami, którzy na skutek fatalnego splotu okoliczności utracili swe gospodarstwa. Mechanizm był zawsze ten sam. Farmy funkcjonowały na bankowych kredytach - a więc jakby z permanentnym wyrokiem wiszącym nad głowami. Wystarczyło wahnięcie koniunktury, by dług zaciągnięty na poczet przyszłych plonów zmienił się w morderczą pętlę. I takie tąpnięcie nadeszło właśnie w latach 30-tych XX wieku. Najpierw wybuchł Wielki Kryzys, zaś wkrótce potem nastąpił okres tzw. „Dust Bowl” – w latach 1931 – 1938 susza połączona z nadmierną eksploatacją gleb wywołała klęskę żywiołową na obszarach Wielkich Równin. Na porządku dziennym były potężne burze pyłowe wskutek których areały uprawne na masową skalę traciły wierzchnie, żyzne warstwy gruntów – ziemia była po prostu „wywiewana” w gigantycznych tumanach pyłu, w efekcie czego wyjałowieniu uległy setki milionów hektarów. Krótko mówiąc – kataklizm. Ta klęska połączona z Wielką Depresją spowodowała obniżenie wartości produkcji rolnej w USA o 60%.

Jak łatwo się domyślić, zadłużone farmy zostały przejęte wraz z domami i wszystkim co miało jakąkolwiek wartość przez banki, a farmerzy z dnia na dzień stali się bezdomnymi wyrzutkami, uwożąc resztki ocalonego dobytku na zdezelowanych pick-upach. Rozpoczęła się gigantyczna wędrówka ludów. Dotychczasowi samodzielni rolnicy wywłaszczeni i pozbawieni źródeł egzystencji ruszyli, jak to się kiedyś u nas mówiło - „na bandos”, głównie do Kalifornii, pracować przy zbiorach brzoskwiń i pomarańczy. Powieść Steinbecka wyjątkowo naturalistycznie opisuje to ludzkie pandemonium, ogrom nędzy, upodlenia, głodu, chorób, śmierci - ze wszystkimi konsekwencjami. Praca w półniewolniczych warunkach, obozy dla uchodźców niewiele różniące się od konc-łagrów, rozpad więzi, konflikty z prawem, pogarda ze strony miejscowych okazywana „oklakom” - jak nazywano przybyszów od nazwy stanu Oklahoma najsilniej dotkniętego przez tragedię, których szybko zaczęto przyrównywać do zwierząt - „bo przecież” - argumentowano - „ludzie nie byliby zdolni do wegetowania w takich warunkach”. Wygranymi okazywały się jedynie, jak zwykle zresztą, banki, przejmując ogromne tereny za stosunkowo niewielkie kwoty niespłaconych kredytów.

II. W pętli długów

Wspomnienie tej lektury nasunęło mi się w związku z niedawnymi rolniczymi protestami, pod pewnymi względami bowiem sytuacja polskich chłopów przypomina położenie amerykańskich farmerów z przedednia wielkiego krachu. Może nie grozi nam katastrofa ekologiczna, która dobiła ich odpowiedników z USA, lecz zapaść finansowa związana z rynkowymi zawirowaniami jest jak najbardziej realna. Jeśli wsłuchamy się w to co mówili zwykli uczestnicy demonstracji, to nawet biorąc poprawkę na tradycyjną skłonność do narzekania spod znaku „ciężkiej doli chłopa”, można wychwycić nader niepokojące tendencje. Przede wszystkim, polski sektor rolniczy uzależniony jest od kredytów. Kredyty zaciągane są na maszyny, nawozy, środki ochrony roślin, zabudowania gospodarcze – czyli na niemal wszystko co niezbędne do prowadzenia normalnego gospodarstwa.

Warto w tym momencie wspomnieć o szyderstwach reżimowej propagandy, pokpiwającej, że ci rolnicy chyba nie są tacy biedni, skoro stać ich na ciągniki Lamborghini za kilkaset tysięcy. Spróbujmy więc rozsupłać pewien splot współzależności. Otóż producent kalkuluje ceny tak, by były one dostosowane do unijnych dopłat. Skoro UE dopłaca rolnikowi do inwestycji w sprzęt tyle a tyle, to ustawiamy ceny tak, by dopłata trafiła do producenta wraz z kredytem zaciągniętym na resztę wartości maszyny. Na podobnej zasadzie firmy pogrzebowe dostosowują cenę usługi do aktualnej wysokości zasiłku pogrzebowego wypłacanego przez ZUS. Mamy zatem efekt przepompowywania pieniądza – kieszeń rolnika jest jedynie nieistotnym przystankiem. Eurofundusze wraz z zaciągniętymi kredytami trafiają koniec końców do zagranicznego producenta – w tym przypadku włoskiego. Z podobnym zjawiskiem mieliśmy do czynienia, gdy ruszyły eurofundusze na zakup nowoczesnych sortowni owoców. Tak się składa, że producentem oraz dostarczycielem owych sortowni były firmy niemieckie. Zatem Niemcy, jako płatnik netto napędzały w ten sposób rynek zbytu dla swego przemysłu – pieniądze tak czy inaczej wracały do niemieckiej gospodarki, u nas były tylko przez chwilę. Polski rolnik, sadownik zostaje wprawdzie z maszynami, ale też i z kredytem do spłacenia, zaciągniętym na resztę inwestycji. Tak więc środki europejskie i kredyty stanowią wzajemnie napędzający się mechanizm - nie tylko w rolnictwie zresztą.

Z powyższego obrazu wynika, że polskie rolnictwo funkcjonuje w nieustannej pętli długów. Wystarczy kryzys w którymś z sektorów, spadek cen, nieurodzaj, lub przeciwnie – nadpodaż i nagle okazuje się, że na podwórku melduje się komornik zajmujący wszystko jak leci – nawet sprzęt pożyczony od sąsiada, co mogliśmy ostatnio zaobserwować na przykładzie pechowego rolnika spod Mławy. Powtórzmy – przy takiej skali uzależnienia od banków, nad polską wsią krąży nieustanne widmo bankructwa, a prowadzenie działalności rolnej przypomina ciągłą walkę o przetrwanie – z dnia na dzień, z sezonu na sezon.

III. Grona gniewu 2016?

Do czego może to doprowadzić nas w najbliższych latach? Trzeba pamiętać, że polskie rolnictwo jest cierniem w oku europejskich potentatów – produkuje tanio, efektywnie, zdrowo, potrafi wykazywać się elastycznością, zatem w interesie konkurencji leży obezwładnienie go, docelowo zaś – wygaszenie, lub przejęcie, tak jak innych gałęzi naszej gospodarki. Mieliśmy już do czynienia z zamordowaniem polskiej branży cukrowniczej przed przystąpieniem do UE, co dla Niemiec było interesem kluczowym na tyle, że rękoma polskich służb odurzono broniącego polskiego cukrownictwa Gabriela Janowskiego, skutecznie ośmieszając temat w oczach opinii publicznej. Z kolei na początku lat dziewięćdziesiątych najbardziej przedsiębiorczych rolników wpędzono w pułapkę kredytową polegającą na wprowadzeniu zmiennej stopy procentowej, co poskutkowało falą bankructw. W tej sytuacji i tak należy pogratulować polskiej wsi odporności na ciosy.

Jednocześnie jest coś, na co zachodnie koncerny ostrzą sobie zęby – to ziemia. W chwili obecnej wykupywana jest metodą „na słupa”, lecz z perspektywy strategicznych celów gospodarczych jest to metoda niewydajna, detaliczna i amatorska. Jednak sytuacja wkrótce ulegnie diametralnej zmianie za sprawą uwolnienia obrotu gruntami rolnymi od 1 maja 2016 roku, kiedy skończy się okres ochronny i zagraniczne podmioty będą mogły przejmować ziemię już „na legalu”. I tu właśnie z punktu widzenia interesów koncernów spożywczych i banków nieocenione może stać się owo permanentne zadłużenie polskiego rolnictwa. Wystarczy kilka sztucznie indukowanych kryzysów, by rozpętać na polskiej wsi spiralę upadłości, przy której obecne trudności związane z rosyjskim embargiem okażą się małym piwem. Tak się bowiem składa, że instytucje finansowe traktują płody rolne jako lokatę kapitału i mogą niemal dowolnie manipulować cenami bądź to „zamrażając” obrót i grając na zwyżkę, bądź przeciwnie – uwalniając swe „aktywa” zasypywać rynek i powodować kryzys nadpodaży. Jeśli ktoś zastanawia się, dlaczego np. ceny pszenicy skaczą na światowych giełdach pozornie bez żadnej racjonalnej przyczyny, właśnie ma odpowiedź. W konsekwencji polskie gospodarstwa rolne, które utracą wypłacalność czeka fala przejęć przez banki, bądź wykupywania wraz z długami przez wielkie podmioty z branży spożywczej – czyli dokładnie tak, jak w przywołanych na wstępie „Gronach gniewu”, z tą drobną różnicą, że tam ziemię przejmowały mimo wszystko banki amerykańskie i grunty pozostawały wciąż w amerykańskim stanie posiadania, a tu trafią w ręce obcych. Czyli to, czego nie udało się dokonać Bismarckowi, carowi i komunistom, może powieść się dzisiejszym spekulantom, zaś polskiego rolnika czeka degradacja z pozycji samodzielnego gospodarza do wywłaszczonego, najemnego wyrobnika.

A rząd? No cóż, Bułgaria, Litwa, Słowacja i Węgry starają się zabezpieczyć, za co Komisja Europejska już grozi im paluszkiem, jednak patrząc na postawę gabinetu Ewy Kopacz w kwestii frankowiczów i nadskakiwanie bankowemu lobby, trudno mieć wątpliwości po czyjej stanie stronie i jaka czeka nas przyszłość, jeśli w tym roku nie pogonimy tej sprzedajnej bandy do wszystkich diabłów.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 14 (13.04-19.04.2015)

piątek, 17 kwietnia 2015

Ewa Kopacz – lobbystka banksterów

Węgry lobbują w interesie własnego społeczeństwa, polskie państwo odwrotnie – sytuuje się w kontrze wobec swoich obywateli.

Proszę wybaczyć, jeśli uznają Państwo, że staję się nieco monotematyczny, ale cóż poradzić – problematyka banksterów co jakiś czas będzie powracała w moich felietonach niczym bumerang, bowiem co i rusz pojawiają się informacje których nie sposób pominąć milczeniem. Nie tak dawno temu pisałem, że rząd pracuje nad nowelizacją prawa uniemożliwiającą osobom fizycznym występowanie z pozwami zbiorowymi przeciw podmiotom stosującym tzw. klauzule abuzywne – czyli niedozwolone zapisy, uznane za sprzeczne z prawem przez Sąd Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Do prac przystąpiono akurat wtedy, gdy wybuchł problem kredytów frankowych skutkujący m.in. kolejnymi procesami z powództwa zbiorowego wobec banków stosujących w umowach tego typu postanowienia. Banki nie są zresztą jedyne, niemniej, to właśnie one mogą zostać przez konsumentów uderzone najboleśniej, choć trzeba przyznać, że sądy starają się jak mogą by nie narazić drogocennych szkatuł i sejfów na straty, zniechęcając potencjalnych pieniaczy do wchodzenia na drogę procesową takimi wyrokami jak choćby ostatnie orzeczenie warszawskiego sądu okręgowego oddalające pozew 92 kredytobiorców przeciw Getin Noble Bank. No, ale skoro po stronie Getin Noble Banku stała kancelaria samego mecenasa Romana Giertycha, to któż mógłby się oprzeć jej nieodpartej argumentacji? Z pewnością oprzeć nie mógł się niezawisły sąd, ba – byłoby to wręcz, jak podejrzewam, dla niezawisłego sądu wysoce niewskazane. Jednak to wszystko prowizorka, lepiej wprowadzić rozwiązania systemowe, które raz na zawsze skończą z naprzykrzaniem się bankom przez wystrychniętych na dudka i wydudkanych na strychu klientów – stąd też antykonsumencka ofensywa ustawodawcza rządu Ewy Kopacz.

Ale nigdy nie jest tak dobrze, by nie mogło być jeszcze lepiej. Oto pani premier Kopacz postanowiła przenieść politykę robienia dobrze wszelakiego rodzaju szulerom, co to pod pozorem kredytu wciskają ludziom długoterminowe zakłady o kurs obcej waluty, na wyższy poziom – europejski. Okazało się, że jeszcze jesienią 2014 roku polski rząd skierował do Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości w Luksemburgu list przestrzegający przed wielomiliardowymi stratami banków, na jakie naraziłoby je orzeczenie unieważniające kredyty frankowe. Czytamy w nim: „Rzeczpospolita Polska sygnalizuje, że stwierdzenie nieważności postanowień walutowych zawartych w umowach kredytów denominowanych a w konsekwencji orzeczenie obowiązku przewalutowania takich kredytów, mogłoby spowodować daleko idące negatywne konsekwencje dla rynku finansowego.
 Przykładowo, w przypadku Polski, przewalutowanie kredytów walutowych według kursu z dnia ich udzielenia mogłoby się wiązać z obniżeniem wyceny większości takich kredytów o około 30%-40% i mogłaby wygenerować po stronie banków straty w wysokości nawet kilkudziesięciu miliardów złotych”. Warto zauważyć, iż list ten został skierowany do ETS w związku z postępowaniem zainicjowanym przez Sąd Najwyższy Węgier, który wnioskował o zakaz stosowania toksycznych produktów walutowych.

Proszę sobie porównać te dwa, skrajnie odmienne stanowiska. Węgry lobbują wszelkimi możliwymi sposobami w interesie własnego społeczeństwa, polskie państwo odwrotnie – stoi twardo po stronie instytucji finansowych, w przytłaczającej większości obcego pochodzenia, sytuując się w kontrze wobec swoich obywateli. Wychodzi więc na to, że premier Kopacz wraz z wicepremierem Piechocińskim stali się lobbystami banksterów, zupełnie jakby ci potrzebowali dodatkowego wsparcia. Mamy rząd nominalnie suwerennego państwa w charakterze listonoszy i chłopców na posyłki finansowego grandziarstwa – i jak tu nie mówić o bantustanie, kolonizacji i temu podobnych? Wszak podobne praktyki charakterystyczne są właśnie dla republik bananowych, których gospodarki są zdominowane (a właściwie - okupowane) przez zagraniczne koncerny.

Zwróćmy uwagę na histeryczny ton cytowanego wyżej listu – straszenie obniżką wycen kredytów oznacza tylko tyle, że banki na tych konkretnych produktach mniej zarobią, a dokładnie – zostaną pozbawione nieuprawnionego, spekulacyjnego zysku na który liczyły i który wyciskały „prawem i lewem” z kredytobiorców. Należy też dodać, że Węgry, gdzie przewalutowano kredyty na forinty jakoś się od tego nie zawaliły, więcej nawet – żaden z zagranicznych banków nie zwinął swej działalności, choć problem „frankowiczów” był tam jeszcze bardziej nabrzmiały niż w Polsce, można się więc domyślać, że kredyty walutowe stanowiły poważną część bankowych portfeli.

Bankowość jest oczywiście ważna dla gospodarczego krwiobiegu – i dlatego właśnie należy dokładać wszelkich starań, by nie wynaturzyła się w złośliwy nowotwór toczący organizm, wysysający zeń wszystkie siły witalne i transferujący wypracowane bogactwo nie wiadomo dokąd. Tymczasem polski rząd zachowuje się jak nałogowy palacz, uzależniony do bankowej nikotyny na tyle nieodwracalnie, że nie przyjmuje do wiadomości zdiagnozowanego właśnie guza z przerzutami.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://blog-n-roll.pl/pl/polska-na-banksterskiej-smyczy#.VTEW_PBvAmw

Artykuł opublikowany w „Gazecie Finansowej” nr 15 (10-16.04.2015)

środa, 15 kwietnia 2015

Smoleńskie w(y)rzutki

Odgrzanie na finiszu kampanii smoleńskich emocji ma na celu wystraszenie części Polaków, tak by ostatecznie oddali głos na kandydata partii „świętego spokoju”.

No cóż, jeśli dziś w temacie smoleńska reżimowy agit-prop i jego pasy transmisyjne w rodzaju RMF FM stać jedynie na kolejną „najprawdziwszą”, „aż o 30% dokładniejszą” wersję stenogramów, to znaczy, że tamci definitywnie już gonią w piętkę. Można w zasadzie wzruszyć ramionami i spokojnie oczekiwać na polską premierę książki Jurgena Rotha, wszystko bowiem wskazuje na to, że jej potencjał informacyjny zwyczajnie zdmuchnie wszelkie wrzutki – i to od razu hurtowo. Swoją drogą, sposób reklamowania najnowszego odczytu z rejestratorów jako żywo przypomina kampanię proszku do prania - „teraz aż o 30% więcej!”. I to wszystko po pięciu latach od tragedii. Warto zwrócić uwagę, że dotychczas posługiwano się w analizach kopią skandalicznie niskiej jakości – zgraną na taśmy bez certyfikacji producenckiej i o częstotliwości próbkowania zaledwie 11 kHz, co obcinało znaczną część słyszalnego pasma. Trzeba było dopiero specjalnej wyprawy do Moskwy w lutym 2014, by zgrać jeszcze raz materiał – tym razem już na właściwą taśmę, z częstotliwością 96 kHz, dzięki czemu „odblokowano” brakujące 30% nagrania – oczywiście, przy optymistycznym założeniu, że Rosjanie udostępnili niezmanipulowane kopie.

Najnowsze stenogramy nie wnoszą w zasadzie nic nowego i ich funkcja jest jedna – obsłużyć emocje najbardziej zagorzałych zwolenników „sekty pancernej brzozy”, oraz dać mediom pretekst do kilkudniowego bicia piany w konwencji znanej z poprzednich wrzutek - „jak nie wyląduję, to mnie zabije”, „tak lądują debeściaki” czy rzekomej kłótni generała Błasika z kpt. Protasiukiem. Wszystko po to, by przykryć piątą rocznicę Smoleńska i związane z nią opozycyjne obchody. Mamy zatem odgrzanie wątku „naciskowego” i generalnie, dotychczasowej narracji Millera – Laska, wszystko zaś po to, by najbardziej twardogłowi smoleńscy hejterzy mogli dotrwać do wyborów we względnym komforcie psychicznym, bez konieczności konfrontowania swych antypisowskich obsesji choćby z ustaleniami niemieckiego wywiadu, cytowanymi w ujawnionych już fragmentach książki Rotha. I to akurat zadanie zostało wykonane, wnosząc z działalności internetowych zombies produkujących się na wiodących portalach. Tyle, że powyższa narracja skuteczna jest jedynie wobec już „przekonanych” - ludzi, którzy choćby nie wiadomo co i tak „wiedzą”, że to Lech Kaczyński na polecenie brata postanowił rozwalić samolot. Osób wątpiących w oficjalną wersję nowe stenogramy raczej nie przekonają, nawet jeśli byłyby i o pięćdziesiąt procent dokładniejsze, podobnie jak mało przekonująca w ostatecznym rozrachunku jest działalność pana eksperta Laska, choćby ten miał obstalowane specjalne pomieszczenia służbowe we wszystkich telewizjach, tak by zawsze być pod ręką.

Oczywiście, można tu domyślać się również innej motywacji – odgrzanie na finiszu kampanii smoleńskich emocji ma na celu wystraszenie części Polaków, tak by ostatecznie oddali głos na kandydata partii „świętego spokoju”. No bo jeśli miałoby się okazać, że za Smoleńskiem stoją jednak Ruscy, to „przecież wojny i tak nie wypowiemy”, lepiej więc schować głowę w piasek i na wszelki wypadek nic nie wiedzieć, a ci wariaci od Kaczyńskiego i Macierewicza gotowi jeszcze nas wystawić na konflikt z Putinem. Zatem, walor dyscyplinujący „elektorat strachu” również ma tu swoje znaczenie.

Biorąc pod uwagę powyższe, ciekawi mnie, jaki oddźwięk będzie miała książka Jurgena Rotha „Tajne akta S...”. Główne przekaziory póki co nabrały taktycznie wody w usta – bo też i raport niemieckiego wywiadu o wiele trudniej podważyć i ośmieszyć propagandowo niż „obłąkane spojrzenie” Macierewicza. Rzecz jasna BND rozgrywa tu własną grę za pomocą kontrolowanego wycieku – z jednej strony grozi palcem Putinowi „uważaj bo powiemy”, z drugiej natomiast skraca polityczną smycz warszawskiej administracji zarządzającej – „bądźcie grzeczni, bo was pogrążymy”. Interesujący jest szczególnie wątek w którym Jurgen Roth twierdzi, iż umieszczenie ładunków wybuchowych w Tu-154 M byłoby niemożliwe bez udziału polskich sił. Potwierdzałoby to moją hipotezę wyartykułowaną niedawno w „Polsce Niepodległej”, że do zamachu doszło na skutek dogadania się ludzi rozwiązanych WSI z Rosjanami. WSI chciało osadzić swojego człowieka pod żyrandolem i dać wyraźny, odstraszający sygnał jak kończą ci, którzy podniosą rękę na na „długie ramię Moskwy”, co w naturalny sposób współgrało z interesami Rosjan. W tym układzie prowadzony konsekwentnie przez wojskową bezpiekę Komorowski musiał co najmniej wiedzieć i akceptować zamach. No i tu pojawia się kluczowe pytanie – czy Polacy w swej masie będą skłonni przyjąć do wiadomości ustalenia Rotha, czy jak przy tylu innych okazjach przyjmą postawę „trzech małpek” - nie mówię, nie widzę, nie słyszę? Jeśli zwycięży to drugie podejście, to władza już dziś może ogłosić wyniki wyborów, spokojna, że nikt nie zaprotestuje, a dalsze rządy smoleńskich wyrzutków pozostaną niezagrożone.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Artykuł opublikowany w „Warszawskiej Gazecie” nr 15 (10-16.04.2015)

wtorek, 14 kwietnia 2015

EFTA – alternatywa dla Polski?

Realizacja planu Międzymorza jest niemożliwa w warunkach naszego członkostwa w zdominowanej przez Niemcy Unii Europejskiej.

I. Mitteleuropa wciąż aktualna

Jeżeli aspirujemy do budowania pozycji Polski na arenie międzynarodowej, jako państwa silnego, podmiotowego, zdolnego do prowadzenia samodzielnej polityki, a z czasem, może nawet regionalnego mocarstwa, musimy uzmysłowić sobie jedno – taka wizja stoi w fundamentalnej sprzeczności z interesami Niemiec, które realizują obecnie zmodyfikowaną wersję projektu Mitteleuropy. Projekt ów zakłada niemiecką dominację w regionie Europy Środkowo-Wschodniej – głównie gospodarczą i polityczną, ale też i militarną. Marionetkowe państwa regionu, wszechstronnie uzależnione od Niemiec, nie byłyby w stanie prowadzić jakiejkolwiek niezależnej egzystencji, stanowiąc zaplecze ekonomiczne dla niemieckiego mocarstwa. Krótko mówiąc, mielibyśmy do czynienia z koloniami, tyle że położonymi wygodnie, tuż pod bokiem.

Oczywiście, koncepcja ta realizowana jest dziś nieco innymi środkami, niż sto lat temu – wówczas usiłowano ją przeforsować za pomocą wojny, teraz stosuje się metody bardziej miękkie, jednak i od tej pokojowej ścieżki ku Mitteleuropie stosuje się wyjątki. Takim wyjątkiem jest wojna na Ukrainie, coraz bardziej bowiem skłaniam się ku przekonaniu, że jest to toczony rękoma Ukraińców i „zielonych ludzików” wydelegowanych z rosyjskiej armii konflikt na linii Berlin – Moskwa o zasięg stref wpływów. Innymi słowy, Niemcy walczą o wschodnią granicę Mitteleuropy, co ma zresztą swoje historyczne korzenie, jeśli przypomnimy sobie końcówkę I Wojny Światowej i traktat w Brześciu z 9 lutego 1918 roku zawarty m.in. pomiędzy Cesarstwem Niemieckim a Ukraińską Republiką Ludową, ustanawiający pierwsze państwo ukraińskie. Z tej perspektywy nie dziwi bezceremonialne odstawienie na bok przez cesarzową Angelę unijnych instytucji i w praktyce samodzielne układanie się z Putinem co do przyszłości Kijowa.

II. Pod skrzydłami hegemona

Obecna sytuacja jest poniekąd paradoksalna. Europejska integracja, która w założeniu miała powstrzymywać Niemcy przed powrotem na wielkomocarstwową drogę, stała się w miarę upływu lat i kolejnych form przybieranych przez Unię Europejską, doskonałym narzędziem niemieckiej hegemonizacji kontynentu. Początkowa dominacja gospodarcza została uzupełniona kierownictwem politycznym Niemiec, które najwyraźniej zaznacza się od czasu kryzysu strefy euro, kiedy to Niemcy ustami Sikorskiego zostały wezwane, by wzięły odpowiedzialność za Europę, czyli mówiąc wprost – przestały się samoograniczać. I Niemcy skwapliwie ów nieformalny mandat wykorzystały, oglądając się na unijne struktury tylko o tyle, o ile służą one ich interesom i oskarżając wszystkich kontestatorów takowego stanu rzeczy o brak europejskiej solidarności. Warto nadmienić, że wprowadzenie euro dało kosmiczny impuls rozwojowy niemieckiej gospodarce, napędzając produkcję i eksport, głównie kosztem słabszych gospodarek europejskich dla których wspólna waluta stała się w znaczniej mierze przyczyną stagnacji. To samo, co dla Niemiec działa prorozwojowo i stymuluje eksport, dla wielu innych krajów staje się hamulcem ręcznym, ograniczającym wzrost i poniekąd zmuszającym je do importu niemieckich towarów – jeśli trzeba, to na kredyt udzielony przez niemieckie instytucje finansowe. Czym to się kończy, widzieliśmy na przykładzie Grecji. Niegdyś opisując ekonomiczne realia kontynentu mówiło się, że Europa jest „strefą Deutsche Mark”, dziś powiedzieć można, że jest „strefą Deutsche Euro”. Tak oto wspólna waluta staje się instrumentem mocarstwowej supremacji.

Gospodarcze i polityczne kierownictwo może zostać wkrótce wzmocnione o trzeci filar, czyli europejskie siły zbrojne, który to postulat odgrzał niedawno na niemieckie zamówienie przewodniczący Komisji Europejskiej Jean-Claude Juncker. Entuzjazm z jakim propozycja została podchwycona w niemieckich kręgach politycznych mówi sam za siebie. Posypały się głosy, że armia jako atrybut państwa narodowego jest przeżytkiem (Norbert Roettgen, szef komisji spraw zagranicznych Bundestagu); że nie należy czekać na zgodę wszystkich 28 państw UE, lecz rozpocząć militarną integrację między poszczególnymi krajami (Hans-Peter Bartels z SPD, ekspert natowskiego zespołu opracowującego strategię „More Union in European Defence"); zaś inspektor wojsk lądowych Bundeswehry, generał Bruno Kasdorf uznał, że wymiana batalionów między Polską a Niemcami może stanowić zalążek europejskich sił zbrojnych. Toteż, może się wkrótce okazać, że do „ strefy Deutsche Euro” dołączy również obszar kontrolowany przez „euro-bundeswehrę”, co nawiasem mówiąc, również jest zgodne z założeniami Mitteleuropy, przewidującymi w państwach satelickich istnienie sił zbrojnych dopełniających potencjał niemieckiej metropolii.

III. Mitteleuropa czy Międzymorze?

Jak wynika z powyższego, Mitteleuropa jest częścią szerszej polityki niemieckiej dominacji. A gdzie jest w tym wszystkim Polska? Cóż, bilans naszej obecności w UE pod coraz bardziej ścisłym niemieckim protektoratem staje się powoli dość dyskusyjny. Według MSZ łączne korzyści z naszej przynależności do Unii zwiększają PKB o 0,7% rocznie. Z kolei, jak wyliczył Bartłomiej Radziejowski na łamach internetowego pisma „Nowa Konfederacja”, z Polski wyprowadza się rocznie od kilku do kilkunastu miliardów dolarów, zaś w samym 2013 roku wytransferowano z Polski dochody z inwestycji na sumę 82 mld zł, czyli 5% PKB. Do tego dodajmy systematyczne „wygaszanie” konkurencyjnych wobec Niemiec gałęzi przemysłu, traktowanie Polski jako rynku zbytu (25-30% naszych obrotów to wymiana towarowa z Niemcami) oraz rezerwuaru taniej siły roboczej – i otrzymamy obraz kraju kolonialnego. Wymienione tu uwarunkowania dopełnia rezygnacja z prowadzenia samodzielnej polityki pod wyraźnym naciskiem berlińskiej „centrali”.

Elity patriotyczne postulują powrót Polski do roli regionalnego zawodnika wagi ciężkiej i w tym kontekście wysuwane są propozycje powrotu do programu Międzymorza, łączącego nasz region, obecnie rozczłonkowany na słabe i podatne na obce wpływy kraje, w silny organizm zdolny przeciwstawić się zakusom zarówno Berlina jak i Moskwy. Owszem, jest to kierunek „słuszny i na czasie”, połączenie potencjałów państw od Bałtyku po Morze Czarne, a być może i Adriatyk, niewątpliwie dałoby efekt synergii. Należy sobie jednak jasno powiedzieć, że nie da się zbudować żadnego Międzymorza pod czyjąkolwiek zewnętrzną kuratelą – nikomu z „wielkich” nie jest ono na rękę. Rosja i Niemcy utraciłyby w ogromnym stopniu zdolność manewru polegającą na handlowaniu między sobą zakresem stref wpływów, wątpię również, czy Waszyngton byłby zadowolony mając w regionie taki twór zamiast luźnej grupy sojuszników, których atlantyckie awanse może rozgrywać wedle aktualnego zapotrzebowania. A już z całą pewnością realizacja koncepcji Międzymorza nie jest możliwa w warunkach urzeczywistniającej się Mitteleuropy i hegemonii Berlina. Te dwa kierunki znajdują się z oczywistych względów w fundamentalnym konflikcie.

Wniosek nasuwa się jeden – realizacja planu Międzymorza jest niemożliwa w warunkach naszego członkostwa w zdominowanej przez Niemcy Unii Europejskiej. Należy więc opracować strategię stopniowego „wygaszania” naszej obecności w UE. Musi być to scenariusz wyważony, bez czczej demagogii, rozpatrujący na każdym etapie wszystkie „za” i „przeciw”, bo gra idzie tu o przetrwanie. Wszak członkostwo, poza wszystkim innym, miało dla nas stanowić polisę ubezpieczeniową.

I tu pojawia się wspomniana w tytule EFTA, czyli Europejskie Stowarzyszenie Wolnego Handlu. W tej chwili należą do niego cztery kraje – Norwegia, Szwajcaria, Liechtenstein oraz Islandia. EFTA od 1977 współtworzy wspólnie z EWG, protoplastą UE, Europejski Obszar Gospodarczy. A zatem, zmieniając Unię na EFTA, zachowalibyśmy korzyści płynące z wymiany handlowej, pozbywając się za to całej brukselskiej, sterowanej z Berlina polityczno-urzędniczo-ideologicznej „czapy” wraz z dyrektywami, nakazami, zakazami, polityką klimatyczną itd. Od strony militarnej, pozostalibyśmy członkiem NATO, co jest warunkiem koniecznym w obliczu rosyjskiego imperializmu, nie możemy zapominać w którym miejscu mapy się znajdujemy. Oczywiście, utracilibyśmy euro-fundusze, jednak najtłustsze lata i tak za chwilę miną, poza tym warto pokusić się o kompleksową analizę ich rzeczywistego wpływu na naszą gospodarkę. Zyskalibyśmy za to większą swobodę kreowania własnej polityki i z pewnością bylibyśmy obserwowani przez inne kraje regionu, dla których powodzenie tego eksperymentu mogłoby stanowić wzór do naśladowania. Idealnym wyjściem byłoby opuszczenie UE w większej grupie – choćby z krajami nadbałtyckimi, które już oglądają się na Skandynawię, a Litwa kupuje norweski gaz. Ryzykowne? Bardzo, lecz jeśli chcemy pozycji lidera, jeśli Międzymorze ma oblec się w ciało, a nie pozostać czczą gadaniną dla poprawienia sobie samopoczucia, na coś trzeba się zdecydować. Albo Międzymorze, albo kolonizacja, innej drogi nie ma.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://blog-n-roll.pl/pl/euro-bundeswehra-niemiecka-hegemonia-w-europie#.VS1SC_BvAmw

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 12-13 (30.03-12.04.2015)

sobota, 11 kwietnia 2015

Braun zebrał podpisy, Grzesik dostał piany

Tadeusz Grzesik odpowiada za przekształcenie Frondy.pl w połączenie religijnego tabloidu z polityczną gadzinówką.

W listopadowym tekście „Frondelkowa Hiena Roku” („WG” nr 48, 28.11-04.12.2014) poparłem postulat ks. Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego, by nominować portal Fronda.pl do dziennikarskiej anty-nagrody „Hiena Roku”. Niniejszym podtrzymuję nominację, z jednym zastrzeżeniem – nagroda winna dotyczyć personalnie pana Tadeusza Grzesika – redaktora naczelnego i zarazem właściciela „portalu poświęconego”, on to bowiem stoi za przekształceniem tego wartościowego niegdyś medium w połączenie religijnego tabloidu z polityczną gadzinówką. Generalnie, obecna publicystyka Frondy.pl polega na tropieniu wszelkiej maści odstępców od jedynie słusznej linii prawicowego medialnego mainstreamu i demaskowanie tychże jako ruskich agentów/pożytecznych idiotów/propagandystów Putina – wybierz dowolne. Ostatnio, jako kremlowski propagandysta został zdiagnozowany (nie pierwszy raz zresztą) Grzegorz Braun, przypomnijmy - reżyser takich filmów, jak „Towarzysz generał” czy cyklu „Transformacja – od Lenina do Putina”. Powód? Braun nie pieje z zachwytu nad post-majdanową Ukrainą, przestrzega Polaków przed mieszaniem się w konflikty za naszą wschodnią granicą i prorokuje realizację scenariusza wedle którego Polskę może spotkać los rosyjsko-niemieckiego kondominium pod żydowskim zarządem powierniczym, czyli współczesna odsłona Judeopolonii. Jak się domyślam, Grzesikowi skoczył cukier na wieść, że Braunowi udało się zebrać wymagane 100 tys. podpisów i będzie kandydował w wyborach prezydenckich.

Zresztą, tych „ruskich pożytecznych idiotów” Tadeusz Grzesik wynajduje nieustannie – Korwin Mikke (tu akurat byłbym skłonny się zgodzić), Stanisław Michalkiewicz, Paweł Kukiz, Rafał Ziemkiewicz, Marian Kowalski i generalnie narodowcy... słowem, wszyscy nieprawomyślni odstępcy od właściwego wyznania wiary. Zaczęło się jeszcze za Terlikowskiego, kiedy to wprowadzono cenzorski zapis na cytowanie Michalkiewicza, później było już tylko gorzej. Szczytem chamskiej, łajdackiej manipulacji był artykulik „V kolumna zajmuje PKW”, w którym przedstawiono protest w Państwowej Komisji Wyborczej po sfałszowanych wyborach jako ruską prowokację, zaś jego uczestników – jako agenturę. Warto zwrócić uwagę, że charakterystyczną cechą „frondelkowej” propagandy jest porażająca toporność, pozbawiona choćby krzty finezji. Bohaterowie kolejnych tekstów zilustrowani są prymitywnymi fotomontażami, w których przykleja im się krasnoarmiejskie czapki, czerwone gwiazdy itp. Agenturalność insynuuje się bez cienia dowodów, a na poparcie tez przytacza się cytaty, które – i to jest najlepsze – same w sobie nie świadczą o niczym ponad to, że dana osoba ma na szereg spraw inne poglądy niż Tadeusz Grzesik.

Na takiej właśnie zasadzie skonstruowany jest najnowszy wykwit właściciela Frondy.pl - „Braun, niezłomny kandydat Kremla”, opublikowany zaraz po tym, jak okazało się, że pan Grzegorz zebrał wymaganą ilość podpisów pod swą kandydaturą. Konia z rzędem temu, kto będzie w stanie wykazać co prorosyjskiego jest w prostym stwierdzeniu, że w ukraińskim kotle prócz Rosji mieszają również służby innych krajów – w tym USA i Izraela. Najwyraźniej podawanie niewygodnych oczywistości samo w sobie kwalifikuje do okrzyknięcia „propagandystą Kremla”. W podobny sposób postąpiono z szeregiem innych, wymienionych nieco wyżej osób. Pan Grzesik prawdopodobnie wziął sobie do serca maksymę prezesa Radiokomitetu, Macieja Szczepańskiego, iż telewizja to codzienne wbijanie miliona gwoździ w milion desek i realizuje ją na swoim odcinku z podobnym wdziękiem bucowatego aparatczyka. Ta metoda została zresztą w lot rozczytana przez komentatorów – wystarczy zajrzeć pod dowolny artykuł Grzesika, by przekonać się, że czytelnicy w znakomitej większości po początkowym szoku robią sobie z elukubracji naczelnego tak zwaną „bekę”.

Na marginesie, na co już kiedyś zwracałem uwagę, Tadeusz Grzesik swymi prostackimi wypocinami kompromituje ważny temat, jakim jest obecność rzeczywistej agentury w polskim życiu publicznym. Z punktu widzenia zainteresowanych służb, gdyby nie było Grzesika, należałoby go wymyślić, bowiem czytelnik po lekturze obsesyjnych urojeń Frondy.pl na hasło „agentura” ma pełne prawo parsknąć śmiechem wskazując na teksty naczelnego portalu.

Trudno o bardziej dobitny przykład dziennikarskiego ześwinienia, łajdactwa i - przepraszam – kurewstwa. Tak, kurewstwa właśnie, bowiem wątpię, by Grzesik robił to co robi bezinteresownie. Zwyczajnie nie wyobrażam sobie, by ktoś z własnej woli mógł się do tego stopnia zeszmacić. Jeśli jednak jest inaczej, jeżeli Grzesik działa samodzielnie i za darmo, byłoby to dno jakiegoś niewyobrażalnego samoupodlenia. Żeby zrobić z poważnego i porządnego portalu gadzinową kloakę eksplodującą fekaliami – do tego potrzeba szczególnych predyspozycji osobniczych i należy to nazwać po imieniu. I przy okazji postawić fundamentalne pytanie – komu i czemu „poświęcony” jest portal Fronda.pl?

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://blog-n-roll.pl/pl/frondelkowa-hiena-roku#.VRmGho5vAmw

http://blog-n-roll.pl/pl/terlikowski-ty-pipo

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 14 (03-09.04.2015)

środa, 1 kwietnia 2015

Te ubogie supermarkety...

Nie zdziwmy się, gdy niedługo odnotujemy pojawienie się na naszym rynku nowej, prężnej sieci. Węgierskiej.

Wpadła mi właśnie w oko informacja podana przez „Rzeczpospolitą”, z której wynika, iż na Węgrzech tamtejszy Urząd Konkurencji Gospodarczej nałożył na sieć Auchan Magyarország kft karę w wysokości miliarda forintów (ok. 13,7 mln zł) za nieuczciwe praktyki względem kooperujących z nią podmiotów. Polegały one głównie na swoistym dyktacie wielkiego gracza wykorzystującego dominującą pozycję wobec mniejszych dostawców, głównie węgierskich. Kooperanci, przede wszystkim z branży spożywczej oraz towarów codziennego użytku, zmuszani byli do uiszczania opłat „gazetkowych” i „półkowych” - czyli haraczy, bez których ich towar nie miał szans na właściwą ekspozycję w sklepach, a także do ponoszenia kosztów promocji bądź przecen produktów. Niby nic nowego – znamy ten proceder również z własnego podwórka, a od siebie dodam jeszcze, że na porządku dziennym jest także ordynarne łapownictwo. Handlowcy „frontowi”, mający do czynienia na co dzień z impertynenckimi managerami sklepów wielkopowierzchniowych mogli by tu wiele opowiedzieć o różnego rodzaju wymuszeniach jakim są poddawani, jeśli chcą jakoś upłynnić towar. Wbrew utartemu mniemaniu, korupcja nie dotyczy jedynie sektora publicznego – skoro przeżarty jest nią cały kraj, to niby dlaczego prywatny biznes miałby stanowić wyjątek?

W każdym razie, na Węgrzech, gdzie Fidesz od dawna ma zagraniczne sieci handlowe na celowniku, postanowiono zrobić z tym porządek. Orban od początku swych rządów stawia głównie na pobudzenie rodzimej przedsiębiorczości i podniesienie poziomu życia obywateli, stąd już w 2011 roku wprowadził liniowy podatek dochodowy (16%), a także obniżył z 19% do 10% stawkę podatku korporacyjnego dla małych i średnich przedsiębiorstw o rocznych obrotach nie przekraczających 1,8 mln euro. Zamiast tego wprowadził specjalne podatki sektorowe dla przedsiębiorstw z branż: telekomunikacyjnej, energetycznej, finansowej i sieci handlowych. Jak łatwo się domyślić, daniny sektorowe dotknęły głównie wielkie, międzynarodowe koncerny, przy czym naliczane są one od przychodów, zaś w przypadku banków – od aktywów, co sprawia, iż trudniej jest uciec od wywiązania się z powinności poprzez zaniżanie zysków. Korporacje pobiegły na skargę do Komisji Europejskiej – list wystosowały m.in. OMV, Deutsche Telekom, RWE, EnBW, E.ON, Aegon, Allianz, ING Group – lecz nie udało im się wiele wskórać poza groźnym pohukiwaniem europejskich urzędników.

Warto zauważyć, że powyższe rozwiązania idą dokładnie w przeciwnym kierunku niż typowe zalecenia naprawcze Międzynarodowego Funduszu Walutowego nakazującego radykalnie ciąć wydatki (od Węgier wymagano m.in. ograniczenia wydatków na szkolnictwo, transport publiczny, opiekę zdrowotną), zwiększać obciążenia fiskalne ludności i dopieszczać zagranicznych inwestorów, toteż nic dziwnego, że Węgry postarały się o przedterminową spłatę pożyczki od MFW i w 2013 podziękowały tej instytucji za dalszą współpracę.

Obecne uderzenie w jednego z potentatów handlowych jest logiczną kontynuacją tej polityki. Od niedawna obowiązuje zakaz handlu w niedzielę oraz ograniczenia budowania sklepów wielkopowierzchniowych w kulturowych centrach miast. Prócz tego zagrożono wycofaniem licencji sieciom, które przez dwa lata z rzędu wykażą stratę operacyjną, co jest kolejną odsłoną wojny z unikaniem płacenia podatków na Węgrzech i transferowaniem zysków za granicę. A trzeba wiedzieć, że największe sieci (TESCO, Spar, Auchan, Aldi, Lidl) wykazywały straty permanentnie.

Tymczasem u nas neokolonialna eksploatacja rynku rozkwita w najlepsze. W tym kontekście można przywołać chociażby raport Fundacji Republikańskiej z 2013 roku w którym porównano przychody największych sieci i kwoty płaconego przez nie podatku CIT za rok 2011. I tak, Kaufland przy 6,4 mld zł przychodu nie zapłacił CIT w ogóle; Carrefour przy przychodzie 7,9 mld otrzymał 14 mln zwrotu; Tesco – 11,9 mld przychodu, brak danych nt. CIT; Lidl – 7,6 mld przychodu i 57,4 mln zł CIT; Biedronka – 25,3 mld przychodu i 241 mln zł podatku CIT. Obrazuje to skalę kreatywności rachunkowej – wszak chyba nikt się nie łudzi, że wszystkie zyski zjadły inwestycje i ekspansja na rynku. Mamy do czynienia, jak w tylu innych branżach, z drenażem polskiej gospodarki choćby poprzez tzw. ceny transferowe i zakupy od zagranicznych podmiotów tej samej grupy kapitałowej. Nie wiedzieliście Państwo, czemu dyskonty ostatnio tak intensywnie promują „smaki” z różnych europejskich kuchni? No to teraz już wiecie - bo kapitał ma narodowość, a kolonialne peryferia są od tego, by wydojoną z nich kasę przekazywać do metropolii. Wszystko to zaś odbywa się przy zastanawiającej bierności Ministerstwa Finansów – dość powiedzieć, że mamy najdroższy w stosunku do efektywności aparat skarbowy wśród krajów OECD i jedynie nieco ponad stu urzędników specjalizujących się w problematyce cen transferowych. Dlatego nie zdziwmy się, gdy niedługo odnotujemy pojawienie się na naszym rynku nowej, prężnej sieci. Węgierskiej.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

PS. Informacje o podatkach zamieszczone w grafice nieco różnią się od podanych w tekście, mimo że jedne i drugie bazują na ustaleniach Fundacji Republikańskiej. Być może Fundacja po pewnym czasie uściśliła dane.

Artykuł opublikowany w „Gazecie Finansowej” nr 13-14 (27.03-09.04.2015)