Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Helsińska Fundacja Praw Człowieka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Helsińska Fundacja Praw Człowieka. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 4 lipca 2016

Art. 212 – knebel na dziennikarzy

Po co nam wolność słowa? A nuż ktoś potraktuje ten frazes serio i skorzysta...

Wśród wielu reliktów komuny jakie wciąż funkcjonują w polskim prawodawstwie warto zwrócić uwagę na artykuł 212 Kodeksu Karnego penalizujący przestępstwo zniesławienia. Przepis ów, jak niekiedy się uzasadnia jego istnienie, ma np. służyć osobom, których nie stać na wytoczenie procesu cywilnego o ochronę dóbr osobistych. W praktyce jednak, ze względu na szeroki zakres (pomówić można nie tylko osobę prywatną, ale też organizację, instytucję, osobę prawną itp.), jak i wykładnię mówiącą, że wystarczy potencjalnie narazić na szwank czyjąś reputację, by ponieść odpowiedzialność karną – niezależnie od rzeczywistych skutków inkryminowanej wypowiedzi - regulacja ta stała się poręcznym narzędziem dla różnych pieniaczy chcących zakneblować niepożądaną krytykę pod swoim adresem. Szczególnie restrykcyjny jest par. 2 art. 212 definiujący kwalifikowany typ zniesławienia – czyli dokonanie go „za pomocą środków masowego komunikowania”, co skutkować może nie tylko grzywną czy ograniczeniem wolności, lecz nawet karą bezwzględnego pozbawienia wolności do roku.

Właśnie ów kwalifikowany typ przestępstwa jest ze szczególną lubością wykorzystywany do tłumienia medialnej krytyki oraz ciągania po sądach dziennikarzy i publicystów. W oczywisty sposób ma to budować efekt zastraszenia - zarówno dziennikarz jak i redakcja mają pomyśleć dwa razy zanim zaczepią jakąś wpływową osobę lub organizację działającą w przestrzeni publicznej, bo bez względu na finał takiej sprawy, proces karny i występowanie w charakterze oskarżonego jest już dolegliwością samą w sobie. Zwraca uwagę „nierównomierność ryzyka”: oskarżyciel zawsze może potencjalnie wygrać, oskarżony – co najwyżej nie przegrać. Taka konstrukcja sprawia, że art. 212 KK stanowi znakomite pole do szykanowania dziennikarzy za upublicznianie różnych niewygodnych treści.

Rzecz jasna nawiązuję tutaj do wytoczonego mi przez Związek Banków Polskich procesu – właśnie z art. 212 – za moje dwa felietony do „Gazety Finansowej”: „Wytarzać banksterów w smole i pierzu” oraz „Kurs sprawiedliwy – dla wszystkich”. Trzeba podkreślić, że ZBP nie skorzystał z możliwości sprostowania, polemiki, czy wszczęcia procedury cywilnoprawnej, wytaczając od razu najcięższe działa – intencja jest więc jasna: o bankach pisać można tylko dobrze, albo wcale. Niemniej, pozostawiając na boku moją sądową utarczkę z bankami (też swoją drogą ciekawe, czy aby na pewno wszystkie banki działające w Polsce są zachwycone działalnością obecnego kierownictwa ZBP, bo w kredyty frankowe, które były tematem obu felietonów, umoczone jest zaledwie kilka najbardziej „toksycznych” podmiotów) – zaznaczyć należy, że problem z art. 212 KK istnieje od dawna i od dawna przepis ten jest obiektem krytyki organizacji pozarządowych, dziennikarskich oraz instytucji międzynarodowych – od lewa do prawa.

Sięgnijmy dla przykładu po opublikowany jeszcze w 2009 r. wspólny raport Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka i Izby Wydawców Prasy „Paragraf 212. Karanie dziennikarzy za zniesławienie w polskiej praktyce”. Mamy tam m.in. odniesienia do orzecznictwa Europejskiego Trybunału Praw Człowieka wskazującego na efekt zbliżony do cenzury prewencyjnej obowiązywania art. 212 KK, czy stanowisko OBWE wzywające Polskę do usunięcia przepisów godzących w wolność słowa. Nade wszystko jednak – opis szeregu spraw, w których dziennikarzy (często z niewielkich, lokalnych mediów) skazano, bo nieopatrznie zadarli z przedstawicielami urzędniczego establishmentu. W momencie publikacji raportu na mocy art. 212 KK skazano 1069 osób, w tym 241 na karę pozbawienia wolności. Nierzadko stosowano również środki zabezpieczające w postaci aresztu tymczasowego.

Jak do tej pory, apele środowisk dziennikarskich, wydawców, czy krytyczne wobec polskiego ustawodawstwa konkluzje Trybunału w Strasburgu trafiały w próżnię. ETPC podnosił niejednokrotnie, że prawnokarna penalizacja zniesławienia jest nie do pogodzenia z Europejską Konwencją Praw Człowieka, prowadzi bowiem do zjawiska „zamrożenia” („chilling effect”) i stosowania autocenzury: „Swoboda wypowiedzi jest jednym z filarów społeczeństwa demokratycznego (...) Nie może ona ograniczać się do informacji i poglądów, które są odbierane przychylnie albo postrzegane jako nieszkodliwe lub obojętne, lecz odnosi się w równym stopniu do takich, które obrażają, oburzają lub wprowadzają niepokój”.

Co ciekawe, różne siły polityczne, dopóki znajdują się w opozycji, podzielają pogląd o nadmiernej represyjności przepisów dotyczących zniesławienia i zagrożeń jakie się z tym wiążą dla zagwarantowanej konstytucyjnie wolności słowa oraz interesu publicznego. Jednak po dojściu do władzy ich punkt widzenia dostosowuje się błyskawicznie do punktu siedzenia (na zasadzie: a może ten „bat na pismaków” kiedyś nam posłuży) i zapominają o deklarowanych chwilę wcześniej poglądach. Póki co, kodeksowy „knebel” funkcjonuje w najlepsze – w końcu, po co nam wolność słowa? A nuż ktoś potraktuje ten frazes serio i skorzysta...

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->https://warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3942-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr nr 26 (24-30.06.2016)

środa, 1 lipca 2015

Adam Bodnar – prymus tolerancjonizmu

Rzecznik Praw Obywatelskich, czy rzecznik lobby LGBT?

Platforma Obywatelska i SLD zgłosiły kandydaturę dr Adama Bodnara na funkcję Rzecznika Praw Obywatelskich w miejsce ustępującej Ireny Lipowicz. Sądzę, że warto przyjrzeć się jego karierze i dorobkowi, jest on bowiem żywym ucieleśnieniem współczesnej, lewackiej euro-poprawności wraz z jej ideologicznymi szaleństwami oraz zapędami w stronę inżynierii społecznej spod znaku genderyzmu i wojującej homo-propagandy. Niespełna czterdziestoletni doktor praw, Adam Bodnar, piastuje obecnie funkcję wiceprezesa zarządu Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka - czyli jest drugą osobą w tej instytucji. Przyznacie Państwo, że to imponujące osiągnięcie w tak stosunkowo młodym wieku. W 1999 roku ukończył Wydział Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego, następnie zaś – i to był wstęp do jego obecnej pozycji – ukończył roczne studia podyplomowe w zakresie prawa konstytucyjnego porównawczego na Central European University w Budapeszcie. Placówka ta została założona przez George'a Sorosa i zajmuje się m.in. promocją „społeczeństwa otwartego” oraz „szkoleniem przyszłych liderów procesów demokratyzacyjnych we wszystkich regionach świata”. Jest to zatem nie tyle ośrodek naukowy, ile projekt ideologiczny i kuźnia kadr światowego postępactwa. Po kilkuletniej pracy w kancelarii Weil Gotshal & Manges, w 2004 rozpoczął działalność w Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka. W międzyczasie, w 2006 roku został doktorem nauk prawnych, jest również adiunktem w Zakładzie Praw Człowieka Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego.

Czym jest HFPC, której Bodnar zawdzięcza w dużej mierze swą karierę i jak się zdaje – pewny awans na stanowisko ombudsmana? Formalnie zajmuje się ona monitorowaniem przestrzegania praw obywatelskich i interwencjami w przypadku ich łamania. W praktyce jej działalność często sprowadza się do lewackiej tresury społecznej i wywierania nacisku na władze państwowe w kwestii ustawodawstwa i praktyki stosowania prawa tak, by – pod pozorem urzeczywistniania „praw człowieka” - wdrażano w życie projekty godzące w tradycyjne normy społeczne. Pojęcie praw człowieka i swobód obywatelskich interpretowane jest bowiem niezwykle szeroko. Nieco światła na tę kwestię rzuca współpraca HFPC z Agencją Praw Podstawowych Unii Europejskiej (dawniej Europejskie Centrum Monitorowania Rasizmu i Ksenofobii), która szczególny nacisk kładzie na zwalczanie „rasizmu, ksenofobii, homofobii oraz antysemityzmu”. Jak łatwo się domyślić, za wymienione tu „świeckie grzechy główne” uchodzi niemal wszystko, co nie sprowadza się do bezwarunkowej akceptacji, czy wręcz afirmacji rozmaitych mniejszości oraz ich uroszczeń. Mamy więc do czynienia z tolerancjonistyczną jaczejką intensywnie lobbującą na rzecz urzeczywistnienia lewicowej utopii społecznej.

Poglądy Adama Bodnara są idealnie zbieżne z powyższymi założeniami programowymi. Od 2008 roku jest członkiem zarządu HFPC i jednocześnie ekspertem Agencji Praw Podstawowych. W 2011 roku otrzymał Nagrodę Tolerancji przyznawaną od 2006 roku przez środowiska LGBT podczas Międzynarodowego Dnia Przeciw Homofobii w Niemczech, Francji, Polsce i Hiszpanii. Polską edycje nagrody otrzymał Bodnar z rąk Stowarzyszenia Lambda Warszawa i Kampanii Przeciw Homofobii. Czym się zasłużył? Otóż jako osoba nadzorująca w latach 2004 – 2008 Program Spraw Precedensowych HFPC „doprowadził do wyroku Trybunału w Strasburgu z 3 maja 2007 r., (…) stwierdzającego niezgodność z Europejską Konwencją Praw Człowieka zakazu Parady równości w Warszawie w 2005 r. W 2005 r. wsparł również proces przeciwko b. poznańskim politykom PiS Przemysławowi Aleksandrowiczowi i Jackowi Tomczakowi, za porównanie orientacji seksualnej do pedofilii, nekrofilii i zoofilii (...)”. Ponadto nagroda była „wyrazem uznania za całokształt jego działalności na rzecz lesbijek, gejów, biseksualistów i osób transpłciowych (LGBT)” (cytaty za portalem KPH). Jak łatwo się domyślić, Adam Bodnar jest zwolennikiem homomałżeństw i homoadopcji, ponadto wspierające jego kandydaturę SLD wyraża nadzieję, iż nowy RPO zajmie się „rozdziałem Państwa i Kościoła”. Kandydaturę Bodnara popierają też takie organizacje jak Polskie Towarzystwo Prawa Antydyskryminacyjnego, Federacja na Rzecz Kobiet i Planowania Rodziny oraz Greenpeace Polska.

Na zakończenie pozwolę sobie na małą niedyskrecję. Otóż tak się składa, że znam Adasia, bo w akademiku mieszkaliśmy w sąsiednich pokojach. Prywatnie sympatyczny chłopak i dobry kolega, aczkolwiek stuprocentowy abstynent i trochę typ prymusika, choć trzeba mu oddać, że nieprzeciętnie inteligentny, pilny i jak to się mówi - poukładany. Wówczas (druga połowa lat '90) twardy wyborca postkomuny, konsekwentnie głosujący na SLD i Kwaśniewskiego. Obecnie, jak widać, przechrzcił się na europeizm i genderyzm. Słowem - od postkomunizmu do tolerancjonizmu. Brawo Adamie, zawsze czułem, że ze swoim umeblowaniem światopoglądowym zajdziesz wysoko...

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” -------> http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/1945-pod-grzybki-9

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 26 (26.06-03.07.2015)

wtorek, 28 kwietnia 2015

Kres bankowej samowoli?

Bankowy Tytuł Egzekucyjny uprzywilejowuje bank, sytuując go w roli sędziego we własnej sprawie.

Nie powiem, przyjemnie zdziwiłem się czytając o orzeczeniu Trybunału Konstytucyjnego negującego zmorę kredytobiorców jaką jest Bankowy Tytuł Egzekucyjny. Wyrok TK idzie bowiem pod prąd polityki rządu RP dokładającego wszelkich starań, by w pierwszym rzędzie zabezpieczyć interesy bankowego lobby, nawet kosztem własnych obywateli. Wyjątkowo spektakularnym przykładem takich działań było (o czym pisałem niedawno w tekście „Ewa Kopacz - lobbystka banksterów”) skierowanie do Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości pisma przestrzegającego przed stratami sektora bankowego „rzędu kilkudziesięciu miliardów złotych”, na jakie mogłoby narazić banki unieważnienie kredytów walutowych. Była to odpowiedź na wniosek Sądu Najwyższego Węgier domagającego się od ETS zakazu stosowania tego typu produktów finansowych. Nader charakterystyczne przeciwieństwo priorytetów.

A tu proszę – w odpowiedzi na zapytanie Sądu Rejonowego w Koninie, wyrażającego wątpliwość co zgodności BTE z Konstytucją oraz Europejską konwencją o ochronie praw człowieka i podstawowych wolności, TK uznał, że owszem, BTE jest sprzeczny z konstytucyjną zasadą równości. Konkretnie TK zakwestionował dwa przepisy: art 96 ust. 1 i 97 ust. 1 Prawa bankowego, dające bankom przywilej wystawiania tytułu egzekucyjnego będącego podstawą do egzekucji należności po nadaniu przez sąd klauzuli wykonalności. Tu należy zwrócić uwagę, że banki nie są zobligowane do powiadamiania dłużnika o wszczęciu postępowania, zaś sądy badają wnioski jedynie od strony formalnej (w ciągu 3 dni), bez merytorycznego postępowania rozpoznawczego, przy czym odwołanie się dłużnika nie wstrzymuje windykacji. Tego typu nierównoprawność obu stron procedury jest szczególnie rażąca w sytuacji, gdy bank nalicza wierzytelność „po uważaniu” - np. stosując maksymalny spread w przypadku kredytów walutowych. Klient może się odwoływać, ale co z tego, skoro egzekucja już trwa... Brawa dla sędziego z Konina, Michała Jankowskiego, który nie „klepnął” automatycznie jak większość jego kolegów klauzuli wykonalności, tylko zdecydował się skierować sprawę do TK.

Trybunał nie unieważnił BTE natychmiastowo – ustawodawca ma poprawić przepisy do 1 sierpnia 2016, jednak dzięki wyrokowi klienci banków mogą przynajmniej widzieć światełko w tunelu. Na osobną uwagę zasługuje tu zdanie odrębne złożone przez sędziego Andrzeja Rzeplińskiego, prezesa TK i prominentnego działacza Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka, który lewitując w cudownym oderwaniu od rzeczywistości stwierdził, że to dłużnik nie spłacając należności narusza konstytucyjną zasadę równości, nie zaś bank, który wywiązał się z umowy udzielając kredytu. Cóż, od dawna podejrzewałem, że ta cała HFPC nie jest od żadnej obrony naszych „praw”, tylko przeciwnie – stanowi kolejne narzędzie tresury ideologicznej nadwiślańskich Aborygenów, a gdy trzeba – staje się również sojusznikiem kolonialnego układu III RP, którego jednym z filarów - prócz służb „tajnych, widnych i dwupłciowych” - jest banksterska międzynarodówka. Stanowisko profesora Rzeplińskiego w kwestii BTE tylko te podejrzenia potwierdza – w jego ujęciu solidarność establishmentu przeciw obywatelom okazuje się być zasadą nadrzędną nawet względem konstytucji.

Warto bowiem dopowiedzieć, co podniosła w uzasadnieniu sędzia Teresa Liszcz, a co kompletnie zignorował prezes Rzepliński, iż „bank jako wierzyciel i klient jako dłużnik - powinni mieć taką samą pozycję”. Tymczasem, klient zaciągając kredyt znajduje się na ogół w sytuacji przymusowej i chcąc nie chcąc musi wyrazić zgodę na stawiane przez banki warunki, włącznie z akceptacją BTE. BTE natomiast z miejsca uprzywilejowuje bank sytuując go w roli sędziego we własnej sprawie, który sam dokonuje merytorycznej oceny własnego roszczenia i tylko przedstawia je sądowi do formalnego zatwierdzenia. Prawo dłużnika do obrony jest sprowadzone do fikcji, bowiem przebiega ona w momencie, gdy komornik już zajmuje konta i wystawia majątek na licytację. Jak w takich okolicznościach dłużnik prowadzić ma długotrwałą i kosztowną batalię sądową przeciw potężnej instytucji finansowej – nad tym prof. Rzepliński pochylić się nie raczył.

Bankowy Tytuł Egzekucyjny jest ewenementem w skali Europy – zamiast skoncentrować się na reformie wydolności systemu sądowniczego w Polsce, ustawodawca wprowadził drogę na skróty w interesie jednej konkretnej branży, kosztem całej reszty uczestników obrotu gospodarczego. Nie sposób nie doszukiwać się tu zakulisowych praktyk charakterystycznych dla bantustanów, gdzie lokalne rządy i generalnie aparat państwa, funkcjonują jedynie na zasadzie wykonawców poleceń tych, u których siedzą w kieszeni, ze szczególnym uwzględnieniem międzynarodowych podmiotów eksploatujących swe „kolonie”. Pojawiające się co jakiś czas medialne doniesienia o kosztach przeforsowania takiej czy innej ustawy pokazują, że jest to inwestycja nader opłacalna. Jakby to powiedzieli panowie w białych kołnierzykach – o bardzo wysokiej stopie zwrotu.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://www.blog-n-roll.pl/pl/ewa-kopacz-%E2%80%93-lobbystka-bankster%C3%B3w#.VTZmRPBvAmw

http://blog-n-roll.pl/pl/polska-na-banksterskiej-smyczy#.VTZmXfBvAmx

Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 17 (24.04-07.05.2015)