Pokazywanie postów oznaczonych etykietą banksterzy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą banksterzy. Pokaż wszystkie posty

środa, 27 listopada 2019

Frankowa ośmiornica

Czy to klient ma ponosić konsekwencje wadliwej umowy konsumenckiej, czy może jednak podmiot, który ją sporządził?

Zgodnie z wcześniejszymi pogróżkami przedstawicieli sektora bankowego formułowanymi po przełomowym wyroku TSUE w sprawie państwa Dziubaków (sprawa C-260/18), banki postanowiły przystąpić w batalii z frankowiczami do kontrataku – i to z użyciem broni atomowej. Otóż Raiffeisen Bank poinformował, iż w przypadku unieważnienia umowy zażąda 477 tys. zł. z tytułu bezumownego korzystania z kapitału przez 11 lat, do tego 321 tys. zł. odsetek. Łącznie daje to blisko 800 tys. zł., ponadto bank zagroził przejęciem mieszkania. Jest to o tyle kuriozalne, iż państwo Dziubakowie zawarli w 2008 r. 40-letnią umowę indeksowaną do franka (wzdragam się przed nazwaniem tego „kredytem”) opiewającą na 400 tys. zł. Dotąd małżeństwo oddało 230 tys. zł., a do spłaty wciąż pozostaje 520 tys. zł. Na wniosek państwa Dziubaków do sprawy włączył się Rzecznik Praw Obywatelskich, a sąd odroczył rozprawę do 3 stycznia 2020 r.

Teraz kilka pytań. Na jakiej podstawie bank wyliczył 800 tys. zł.? Przecież już na pierwszy rzut oka widać, że jest to kwota wzięta z kapelusza, nijak mająca się do sumy na jaką opiewała umowa, tego co zostało już spłacone, jak i tego co ewentualnie pozostawałoby do spłaty, gdyby umowa pozostała w mocy na dotychczasowych warunkach. No chyba, że bank prognozuje w dalszej perspektywie takie kształtowanie się kursu franka, że do końca trwania umowy państwo Dziubakowie mieliby zapłacić właśnie dodatkowo te 800 tys. zł. - a finalnie musieliby jeszcze oddać obłożone hipoteką mieszkanie, bo zwyczajnie nie byliby w stanie podołać takiemu obciążeniu. Jeżeli jednak powyższa hipoteza jest trafna, to pozostaje pytanie, dlaczego bank przed zaoferowaniem swojego produktu nie poinformował ich o takim zagrożeniu? Może z obawy, że klienci postawieni wobec scenariusza typu „będziemy was doić przez 40 lat, doprowadzimy do ruiny, a na koniec i tak przejmiemy wasz dom”, zastanowiliby się dwa razy przed złożeniem podpisów na takim cyrografie? Zamiast tego lepiej opowiadać bajki o „najstabilniejszej walucie świata”, pomijając informację, że frank, mimo krótkookresowych wahań, na przestrzeni dziesięcioleci zawsze znacząco zyskiwał na wartości – i dlatego jest tak pożądaną walutą na rynkach finansowych.

Ale mniejsza nawet o to. Ważniejsze jest co innego – na jakiej podstawie bank w ogóle występuje z tego typu roszczeniem? Logicznie jest ono absurdem. Sedno pozwów odnoszących się do klauzul indeksacyjnych polega wszak na tym, że banki wykorzystując tzw. asymetrię informacji, czyli swoją fachową przewagę w zakresie wiedzy prawniczej i finansowej, sporządzały wadliwe umowy, zawierające klauzule abuzywne, dające im możliwość arbitralnego ustalania kursu CHF służącego za „wirtualny przelicznik” dla ustalania wysokości kolejnych rat. Czyli, najpierw dawały klientom do podpisania nielegalne umowy (i trudno przypuszczać, by czyniły to nieświadomie, w myśl zasady „widziały gały, co udzielały”) – a teraz mają żądać z tytułu ich nieważności dodatkowych świadczeń? Na jakiej zatem podstawie w ogóle wydawały „bezumownie” kapitał? Klienci przychodzili masowo z rewolwerami i zmuszali bankierów do dokonania przelewu? To klienci sporządzali bezprawne umowy i podtykali przedstawicielom banków do podpisania? No i w końcu, na jakiej zasadzie banki „bezumownie” pobierały do tej pory np. odsetki od udzielonego kapitału? Klienci siłą wciskali im pieniądze? Kompletny nonsens, tym bardziej, że banki stoją na stanowisku, iż bieg przedawnienia roszczenia z tytułu „bezumownego korzystania z kapitału” należy liczyć od momentu stwierdzenia nieważności przez sąd. Otóż nie, moi drodzy wydrwigrosze – sąd jedynie stwierdza nieważność umowy, która, jako obciążona kluczową wadą prawną, była nieważna od samego początku. A więc, następuje tu proste rozliczenie na zasadzie wzajemnego potrącenia dotychczasowych świadczeń.

Tego jednak banki boją się najbardziej, dlatego zabieg z „bezumownym korzystaniem” ma na celu przede wszystkim zastraszenie klientów i zniechęcenie ich do wkraczania na długą i żmudną drogę sądową. A tym, którzy już procesują się z bankami, bankowy „kontrpozew” ma przysporzyć dodatkowych trudności, kosztów i mitręgi. Doprawdy, trudno w języku ludzi cywilizowanych znaleźć słowa adekwatnie opisujące takie postępowanie. Jak stwierdza Rzecznik Finansowy, prof. Mariusz Golecki (cyt. za stroną bankowebezprawie.pl): „Jaki bank obawiałby się stosować niedozwolone klauzule w umowie, skoro w razie wpadki i tak odzyskałby kapitał, i to jeszcze z bliżej nieokreślonym wynagrodzeniem?Mam wrażenie, że stanowisko ZBP (to właśnie ZBP jako pierwszy po ogłoszeniu wyroku TSUE „ostrzegł” przed bankowymi roszczeniami z tytułu „bezumownego korzystania z kapitału – przyp. PL) ma na celu odstraszenie klientów od dochodzenia roszczeń”. Jak widać, sprawa jest rozwojowa. Kto wie, być może znów trzeba będzie zaangażować TSUE – tym razem w kwestii, czy to klient ma ponosić konsekwencje wadliwej umowy konsumenckiej, czy może jednak podmiot, który ją sporządził?


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Widziały gały, co udzielały?

TSUE – bat na bankierów

Frankowe przepychanki

Frankowicze kontra Skarb Państwa

Kredyty frankowe – granda i bezradność

Kurs sprawiedliwy – dla wszystkich!

Kontratak banksterów

Kontratak banksterów – c.d.

Wytarzać banksterów w smole i pierzu

Polska na banksterskiej smyczy

Walutowy hazard

Gra kredytem

Kredytowa szulernia


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 46 (15-21.11.2019)

środa, 17 lipca 2019

TSUE – bat na bankierów

Niech teraz banki zaczną wygrażać pozwami Trybunałowi Sprawiedliwości Unii Europejskiej w Luksemburgu. Życzę powodzenia.

Trudno nie odczuwać pewnej schadenfreude na widok paniki w szeregach bankierów, po tym, jak rzecznik generalny Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej zapowiedział, iż można spodziewać się orzeczenia rozwiązującego problem tzw. kredytów frankowych po myśli kredytobiorców – i wszystko wskazuje na to, że ogłoszenie wyroku zbliża się wielkimi krokami, najprawdopodobniej dojdzie do niego jeszcze w lipcu. Przypomnijmy, że chodzi o pytanie prejudycjalne jednego z polskich sądów dotyczące klauzul niedozwolonych (abuzywnych), w szczególności klauzuli indeksacyjnej, określającej sposób przeliczania kursu walutowego franków na złotówki i co za tym idzie – kwoty kredytu i wysokości rat. Po latach sądowych batalii wiadomo, że umowy w znacznej mierze były formułowane w sposób skrajnie niekorzystny dla klientów. Zapisy indeksacyjne były niejasne, często odwoływały się do bankowych tabel kursowych ustalanych w nieprzejrzysty sposób, w oderwaniu od kursów rynkowych czy średniego kursu NBP. Dochodziło do sytuacji, gdy bank sporządzał dwie odrębne tabele – jedną na użytek „normalnego” obrotu walutami, drugą zaś specjalnie pod „frankowiczów”, przy czym ta druga cechowała się zawyżonym spreadem, tzn. różnicą między ceną kupna i ceną sprzedaży franka. Rodziło to dwojaki skutek – po pierwsze, klient do końca żył w niepewności ile przyjdzie mu zapłacić w danym miesiącu; po drugie – bank w ten sposób naliczał „ukryte oprocentowanie”, rekompensując sobie niskie odsetki i ujemny LIBOR. W połączeniu z ogólnie rosnącym kursem franka oznaczało to dla wielu konsumentów wplątanie się w istną pętlę niemożliwego do spłacenia długu. W sumie doprowadzało to do sytuacji, gdy po latach spłacania rat kwota kredytu była wyższa od pierwotnej i niejednokrotnie znacznie przekraczała rynkową wartość nieruchomości – a to z kolei np. wykluczało możliwość sprzedaży mieszkania czy domu i uwolnienia się w ten sposób od zobowiązania. W skrajnych przypadkach prowadziło to do ludzkich tragedii – bankructw, czasem nawet samobójstw niewypłacalnych dłużników. Słowem, klasyczna lichwa ze wszystkimi tego konsekwencjami.

Problem w pewnym momencie nabrzmiał do tego stopnia, że do polityków dotarła świadomość konieczności wdrożenia jakiegoś systemowego rozwiązania. I tu do akcji wkroczyło lobby bankowe, konsekwentnie sabotując kolejne projekty ustaw – zarówno te poselskie, jak i te wychodzące (w coraz łagodniejszych wersjach) z Kancelarii Prezydenta. W ruch poszła medialna machina strasząca zapaścią sektora bankowego, wstrzymaniem akcji kredytowej i paraliżem całej gospodarki. Podawano coraz to nowe wyliczenia bankowych „strat” mających wg autorów iść w dziesiątki miliardów złotych. Uruchomiono również internetową „szeptankę” z zakresu „czarnego PR-u” przedstawiającą „frankowiczów” jako pazernych cwaniaków, którzy teraz chcą się niesłusznie wzbogacić kosztem podatników i kredytobiorców złotówkowych. To ostatnie jest zresztą podręcznikowym przykładem skutecznej socjotechniki polegającej na napuszczaniu na siebie i konfliktowaniu dwóch grup - „złotówkowiczów” i „frankowiczów”. Wystarczy zajrzeć na internetowe fora pod artykułami o kredytach frankowych, by uświadomić sobie jaką falę bazującej na najniższych instynktach i emocjach nienawiści udało się w ten sposób wykreować - zupełnie, jakby dotąd było mało społecznych podziałów.

Jednocześnie miejscowe filie banków należących do obcego kapitału zupełnie jawnie zaczęły szantażować polskie władze groźbami pozwów przed międzynarodowy arbitraż na bazie umów o wzajemnym popieraniu i ochronie inwestycji (BIT's – Bilateral Investment Treaties), w czym uzyskały wsparcie swoich ambasad, wysyłających pod adresem rządu listy z pogróżkami. Co grosza, polskie państwo uległo tym bandyckim metodom, czego dowodem jest uchwalona właśnie w „kadłubkowej” formie ustawa z której na ostatniej prostej wykreślono kluczowe przepisy o powołaniu tzw. Funduszu Konwersji na który miały składać się banki i korzystać z niego przy przewalutowywaniu kredytów na złotówki. Czy trzeba dodawać, że i temu banki były przeciwne?

A tu nagle – zgroza. Wszystko wskazuje bowiem, że TSUE w orzeczeniu ogłosi, iż nieważność abuzywnych klauzul indeksacyjnych nie uchyla reszty umowy – a to w praktyce oznacza przewalutowanie całego kredytu na złotówki i to przy zachowaniu „frankowego” oprocentowania oraz przeliczenie wszystkich zapłaconych dotąd rat z mocą wsteczną. Podobnie zresztą orzekł niedawno Sąd Najwyższy. Nic więc dziwnego, że na bankierów padł blady strach i zaczęli jęczeć o 60 mld. zł. „strat” oraz domagać się od rządu interwencji – dodajmy, tego samego rządu, któremu wcześniej buńczucznie wygrażali. Powiedzmy więc sobie jasno: nie ma mowy o żadnych „stratach”, tylko o pozbawieniu banków nienależnych, bezprawnie osiągniętych zysków, kosztem dojonych bezkarnie przez lata klientów. No i wreszcie – niech teraz banki zaczną wygrażać pozwami Trybunałowi Sprawiedliwości Unii Europejskiej w Luksemburgu. Życzę powodzenia.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Frankowe przepychanki

Frankowicze kontra Skarb Państwa

Kredyty frankowe – granda i bezradność

Kurs sprawiedliwy – dla wszystkich!

Kontratak banksterów

Kontratak banksterów – c.d.

Wytarzać banksterów w smole i pierzu

Polska na banksterskiej smyczy

Walutowy hazard

Gra kredytem

Kredytowa szulernia


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 28-29 (12-25.07.2019)

poniedziałek, 22 października 2018

Frankowicze kontra Skarb Państwa

Ciekawe, czy prezes Kaczyński jest zadowolony, że frankowicze „wzięli sprawy w swoje ręce”?

Gdy Jarosław Kaczyński w lutym 2017 r. w wywiadzie dla „Sygnałów Dnia” radiowej Jedynki oznajmiał frankowiczom, że nie mają co liczyć na systemową pomoc rządu i w związku z tym „powinni oni wziąć sprawy we własne ręce i walczyć w sądach”, zapewne nie przewidywał długofalowego efektu swych słów. A jest on taki, że frankowicze postanowili nie ograniczać się jedynie do „walki w sądach” z bankami (co i tak robili bez światłych porad Prezesa), lecz zamierzają wnieść pozew zbiorowy... przeciw Skarbowi Państwa za niedostateczną ochronę praw konsumenckich.

Zanim jednak przejdziemy do szczegółów, przypomnijmy tło całej sprawy. Otóż ustawę regulującą kompleksowo kwestię tzw. kredytów frankowych zapowiedział w swej kampanii obecny prezydent Andrzej Duda, wątek ten przewijał się również w wypowiedziach innych polityków Prawa i Sprawiedliwości. Po pewnym czasie światło dzienne ujrzał prezydencki projekt zakładający przewalutowanie kredytów po tzw. kursie sprawiedliwym i zwrot części spreadów – czyli podzielenie się z bankami ryzykiem kursowym, obciążającym dotąd wyłącznie kredytobiorców. Oczywiście lobby bankowe przystąpiło do natychmiastowego kontrataku strasząc miliardowymi stratami, załamaniem sektora, tudzież pozwaniem Polski przed międzynarodowy arbitraż. Otwartym tekstem powiedział o tym rzecznik Kancelarii Prezydenta Marek Magierowski: „Jesteśmy pod bardzo silnym naciskiem sektora bankowego, który broni swoich interesów”. Na domiar złego, jawnie sceptyczne stanowisko zajął ówczesny wicepremier Mateusz Morawiecki. Gwoździem do trumny stała się opinia KNF wyliczająca na podstawie danych przesłanych z banków koszty ustawy na 67 mld. zł. Tajemnicą poliszynela jest, że PiS-owi ostatecznie „wychłódło”, gdy badania wykazały, że większość frankowiczów było wyborcami PO i Nowoczesnej. Wszelkie nadzieje zaś ucięła wspomniana na wstępie wypowiedź Kaczyńskiego, po której nota bene akcje banków wystrzeliły w górę. Oto popis sprawczości: jednym zdaniem podnieść giełdową wartość całej branży... Obecnie jakaś kadłubkowa wersja ustawy jest procedowana w komisji sejmowej – i zapewne pozostanie tam do końca kadencji. Wrobionym we franki kredytobiorcom pozostały ciągnące się latami, kosztowne procesy sądowe.

Nowy impuls do działania przyniósł jednak niedawny raport NIK (pisałem o nim w felietonie „Kredyty frankowe – granda i bezradność”) dotyczący ochrony konsumenckiej frankowiczów w latach 2005-2017, w którym kontrolerzy zmiażdżyli zarówno nieuczciwe praktyki banków, jak i legislacyjną oraz urzędniczą indolencję organów państwa. Generalnie, nadzór nad poczynaniami banków był niewystarczający, działania zaradcze niepełne i spóźnione, co pozwoliło bankom np. na czerpanie korzyści z klauzul niedozwolonych czy manipulowanie klientami poprzez przedstawianie im symulacji rat przy założeniu, że złoty osłabi się w stosunku do franka maksymalnie o 20 proc. We wnioskach końcowych NIK postuluje m.in. ustawowe wyeliminowanie skutków pobierania przez banki nienależnych świadczeń z tytułu klauzul abuzywnych, rozłożenie ryzyka kursowego na obie strony, wzmocnienie pozycji KNF, usprawnienie zasad postępowania cywilnego w zakresie dochodzenia roszczeń konsumenckich w postępowaniu indywidualnym i grupowym oraz wprowadzenie indywidualnej odpowiedzialności szefostwa instytucji finansowych za naruszenie przepisów z zakresu ochrony konsumentów (to ostatnie – osobistą odpowiedzialność karną - postulowałem zresztą na tych łamach już w lutym 2016 r. w felietonie „Kontratak banksterów”).

I właśnie ten raport stał się jedną z podstaw na których zostanie oparty pozew zbiorowy przygotowywany przez stowarzyszenie Stop Bankowemu Bezprawiu przy współpracy z kancelarią radcy prawnego Radosława Górskiego. Kolejnym istotnym elementem pozwu ma być wykazanie, że państwo polskie w sposób wadliwy i niepełny implementowało dyrektywę Rady Wspólnot Europejskich 93/13/EWG, nie zapewniając konsumentom właściwej ochrony. Przypomnę, że dyrektywa ta w art.7 p.1 stanowi, iż: „Zarówno w interesie konsumentów, jak i konkurentów Państwa Członkowskie zapewnią stosowne i skuteczne środki mające na celu zapobieganie stałemu stosowaniu nieuczciwych warunków w umowach zawieranych przez sprzedawców i dostawców z konsumentami”. Polskie państwo ewidentnie nie wywiązało się z tego zobowiązania, czego raport NIK jest krzyczącym dowodem. Jak czytamy na stronach Kancelarii: „Celem pozwu grupowego jest przede wszystkim przesądzenie o tym, że za szkodę konsumentów, którzy zaciągnęli umowy objęte ryzykiem walutowym, odpowiedzialność ponosi Skarb Państwa. Takie rozstrzygnięcie otworzy członkom postępowania grupowego drogę do uzyskania odszkodowania w uproszczonym procesie, w którym wykazać należy wyłącznie wysokość szkody”.

No cóż, państwo postanowiło schować głowę w piasek, to teraz będą kłopociki, mogące się zakończyć nawet w Trybunale Sprawiedliwości UE. Ciekawe, czy prezes Kaczyński jest zadowolony, że frankowicze „wzięli sprawy w swoje ręce”?

Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Kredyty frankowe – granda i bezradność

Kurs sprawiedliwy – dla wszystkich!

Kontratak banksterów

Kontratak banksterów – c.d.


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 41 (19-25.10.2018)

czwartek, 30 sierpnia 2018

Kredyty frankowe – granda i bezradność

Banki, zamiast wycofać się z ryzykownego „towaru” (jak przystałoby na instytucje zaufania publicznego), w najlepsze wciskały go rzeszom niedoinformowanych klientów.

Najwyższa Izba Kontroli opublikowała raport dotyczący skuteczności ochrony konsumentów w kwestii tzw. kredytów frankowych w latach 2005-2017. Wyniki są miażdżące – zarówno dla banków, jak i dla organów państwa. Przykładowo, praktyki banków zostały określone jako „niewłaściwe” i „nieuczciwe”. Dobrze, że zostało to napisane czarno na białym – dzięki temu otrzymaliśmy bowiem oficjalne potwierdzenie, że banki z premedytacją działały na niekorzyść klientów. Paleta nieczystych chwytów obejmowała np. niedozwolone postanowienia umowne pozwalające bankom kształtować kurs waluty czy oprocentowanie na kompletnie nieprzejrzystych dla kredytobiorców zasadach; podobnie rzecz się miała z ubezpieczeniami niskiego wkładu własnego „na warunkach które nie były znane kredytobiorcy w momencie zawierania umowy kredytu”. Warto również dodać przerzucenie całości ryzyka kursowego na klienta.

W efekcie, jak podkreśla NIK, „banki uzyskały korzyści, wynikające ze stosowania niedozwolonych postanowień umownych. Jednocześnie, z nielicznymi wyjątkami, nie poniosły kar pieniężnych z tego tytułu, a ciężar i ryzyka związane z odzyskaniem tych kwot został przeniesiony na kredytobiorców”. Co więcej, nawet w przypadku interwencji organów państwa skutkiem było na ogół zaprzestanie „stosowania danej praktyki przez bank w przyszłości, a tylko w niewielkim stopniu usunięcie skutków tych praktyk, wynikających z dotychczasowej realizacji umów, choć w ich wyniku banki uzyskały nienależne korzyści kosztem konsumentów”. I znów – dobrze, że padło stwierdzenie o „nienależnych korzyściach” osiąganych kosztem klientów. Ogólnie rzecz biorąc, otrzymujemy obraz szalbierczego procederu, którego ofiarą padło blisko milion polskich rodzin, a łączna wartość łże-kredytów wynosiła w szczytowym momencie (2011 r.) ok. 200 mld. zł (obecnie jest to 135 mld.).

Na tym tle państwo wykazało zadziwiającą bezradność. Jak podnosi NIK, organy typu UOKiK czy KNF z różnych względów działały opieszale i mało skutecznie. Uwagę zwraca również trwająca latami sytuacja, gdy instytucje publiczne miały w znacznej mierze związane ręce wskutek ograniczenia ich ustawowych kompetencji. Np. prezes UOKiK dopiero w 2016 r. został wyposażony w możliwość ochrony konsumentów na drodze administracyjnej, zamiast przewlekłej ścieżki sądowej. Pozytywnie ocenione zostało powołanie Rzecznika Finansowego, lecz – i tu znów kamyczek do bankierskiego ogródka – jego bezpośrednie interwencje okazywały się mało skuteczne „z uwagi na postawę banków”. Rzecznikowi pozostawało więc wspieranie frankowiczów za pomocą tzw. istotnych poglądów formułowanych na użytek procesów sądowych. Jeżeli dodać do tego fakt, że stosowne instytucje publiczne nie wykorzystywały w pełni nawet tych uprawnień, jakimi dysponowały, rysuje się nam wyraźna dysproporcja sił między państwem a sektorem bankowym. Jak np. wytłumaczyć, że rekomendacja „S” KNF zalecała bankom przedstawianie symulacji rat kredytu do granicy zaledwie 20 proc. osłabienia się złotego względem franka? Jakim cudem zakładano, że na przestrzeni 30 lat nie dojdzie do poważniejszych zawirowań? Wystarczy sobie porównać kurs szwajcarskiej waluty z okresu największego boomu niby-kredytów frankowych (a w istocie, zawsze będę to powtarzał, produktów spekulacyjnych wysokiego ryzyka) i obecny, by uświadomić sobie księżycowość takiego założenia.

Jak konkluduje NIK, saldo nieuczciwych praktyk banków i zaniechań ze strony państwa jest takie, że obecnie nie bardzo wiadomo, co z tym fantem zrobić, gdyż „wyeliminowanie ryzyk (…) wiązałoby się z poniesieniem znaczących kosztów przez banki lub zadłużonych obywateli”. We wnioskach końcowych formułuje jednak pewne zalecenia, takie jak ustawowe uniemożliwienie bankom czerpania zysków z klauzul abuzywnych, rozłożenie ryzyka kursowego między obie strony, wzmocnienie pozycji KNF czy chociażby zwiększenie osobistej odpowiedzialności szefostwa instytucji finansowych za naruszenie przepisów z zakresu ochrony konsumentów.

W kontekście powyższego na kiepski dowcip zakrawają wypowiedzi przedstawicieli sektora o „politycznych naciskach” na KNF czy NBP, by nie ograniczać udzielania kredytów frankowych. Ale, jak rozumiem, ci źli politycy nie kazali na siłę bankom oferować toksycznego produktu? Tymczasem banki, zamiast wycofać się z ryzykownego „towaru” (jak przystałoby na instytucje zaufania publicznego), w najlepsze wciskały go rzeszom niedoinformowanych klientów. Wysłały tym samym sygnał – jesteśmy jacy jesteśmy i trzeba dopiero ustawowego bata, żebyśmy przestali nabijać ludzi w butelkę. Co więcej, dziś politycy są równie „niedobrzy” - np. postulując przewalutowanie kredytów po kursie sprawiedliwym (vide - prezydencki projekt ustawy), zmuszając tym samym banki do wzięcia na siebie części ryzyka. Cóż, tzw. „ustawa frankowa” ma ujrzeć światło dzienne jesienią – zobaczymy, czy rządzący wyciągną z raportu NIK wnioski, czy też po staremu okaże się, że bankom, broń Boże, nie można nastąpić na odcisk.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 33-34 (24.08-06.09.2018)

niedziela, 24 grudnia 2017

Wirtualny pieniądz i realny dług

Mamy do czynienia ze zorganizowanym systemem łupiestwa – kraje zadłużające się nie widziały obcych walut na oczy, lecz właśnie w nich muszą spłacać swoje zobowiązania.

Tydzień temu, omawiając pracę prof. Richarda A. Wernera „Stracone stulecie w ekonomii. Trzy teorie i niezbity dowód”, wyjaśniliśmy sobie fałsz teorii rezerwy cząstkowej i bankowej teorii pośrednictwa finansowego. Została natomiast empirycznie potwierdzona słuszność bankowej teorii kreacji kredytu, wedle której bank udzielając kredytu tworzy nowy pieniądz. Dziś przyjrzymy się konsekwencjom tego stanu rzeczy dla uboższych, rozwijających się krajów, zmuszanych do zaciągania pożyczek w obcych walutach.

Otóż takie instytucje jak Bank Światowy czy Międzynarodowy Fundusz Walutowy prowadząc doradztwo w różnych państwach (a taki „patronat” jest zazwyczaj niezbędny do pozyskania finansów ze światowych rynków), niejako przymuszają je do zadłużania się – pod „zastaw” przyszłych podatków obywateli i majątku narodowego (przemysł, infrastruktura, surowce). Prof. Werner analizując tę politykę doszedł do wniosku, że działa ona na niekorzyść krajów-dłużników, których sytuacja każdorazowo staje się gorsza, niż gdyby w ogóle nie brały zagranicznych pożyczek. Efekt nieodmiennie jest taki sam – kolonialny drenaż, co w skali globalnej przejawia się w zjawisku przepływów finansowych od państw biednych do bogatych.

Dzieje się tak dlatego, że owe „pożyczki” są w istocie rzeczy wielką fikcją i pułapką zastawianą na słabszych uczestników światowej wymiany gospodarczej. Mechanizm jest następujący: zgodnie z bankową teorią kreacji kredytu, instytucje finansowe udzielając pożyczek kreują pieniądz. Tyle że... te pieniądze nigdy nie wpływają do gospodarek państw zadłużających się! Realia międzynarodowej rachunkowości pokazują, twierdzi Werner, że euro i dolary pozostają w „macierzystych” systemach bankowych. Cóż zatem otrzymują kredytobiorcy? Tylko tyle, że waluty zagraniczne stanowią wirtualny przelicznik, na podstawie którego następuje denominacja na waluty narodowe. Innymi słowy, te „pożyczki” służą jedynie wypuszczeniu na lokalny rynek ich ekwiwalentu w miejscowej walucie. Ale – i tu docieramy do sedna – powstały w ten sposób „dług” jest już jak najbardziej realny, zaś jego obsługa i spłata kapitału dokonywana musi być w „pożyczonych” euro i dolarach. Krótko mówiąc, mamy do czynienia ze zorganizowanym systemem łupiestwa w białych rękawiczkach – kraje zadłużające się nie widziały obcych walut na oczy, lecz właśnie w nich muszą spłacać swoje zobowiązania.

Przypomina to jako żywo znaną nam aż za dobrze sprawę tzw. „kredytów frankowych”, gdzie również prawdziwych franków szwajcarskich na linii bank-klient nie było w obrocie, co nie przeszkodziło w „alchemicznym” wykreowaniu często niespłacalnego, wciąż rosnącego zadłużenia. Podobnie jest z obrotem w skali międzynarodowej. Opisywany tu mechanizm prowadzi bowiem do stopniowego osłabiania walut krajowych i narastania spirali długu – zaś na końcu tego patologicznego łańcucha fikcji znajduje się zawsze kieszeń podatnika i jak najbardziej namacalne aktywa państwowe, które idą w końcu pod młotek, choćby poprzez konwersję długu na udziały w majątku narodowym, co przerobiliśmy na własnej skórze podczas sławetnej „transformacji gospodarczej”. Jak trzeźwo zauważa Richard Werner, kredyt w walucie narodowej państwa mogłyby zorganizować sobie same, bez konieczności uciekania się do uzależniającego zagranicznego przelicznika – bo tworzyć pieniądz z niczego poprzez bankową kreację kredytu mogłyby chociażby miejscowe banki centralne.

W tym momencie słyszę głosy, że to samobójstwo, bo pod naciskiem ignoranckich i nieodpowiedzialnych rządów nadrukowano by pustego, inflacyjnego pieniądza. Cóż, biorąc pod uwagę, jak przy okazji ostatniego kryzysu finansowego urządzili nas „fachowi” i „odpowiedzialni” bankierzy, wolę postawić jednak na rząd, który w przeciwieństwie do globalnej banksterki przynajmniej pozostaje pod jakąś społeczną kontrolą. Tak się składa, że to właśnie owi bankowi „fachowcy”, bez których ponoć świat nie może funkcjonować, nadmuchali niekontrolowaną, spekulacyjną „bańkę”, w efekcie której trzeba było zasypywać kryzys lawinowym „luzowaniem ilościowym” i kolejnymi bilionami dolarów i euro. A zatem i tak skończyło się na „drukowaniu”.

Werner proponuje w to miejsce inne rozwiązania – np. politykę „wytycznych kredytowych” polegającą na regulacjach określających ilość i alokację kredytów w kierunku pożądanym z punktu widzenia stabilnego rozwoju gospodarczego (produkcja), przy ograniczaniu kredytów na zakup różnych „aktywów finansowych” powodujących bańki spekulacyjne. Alternatywą może być również system niemiecki opierający się na rozdrobnionym sektorze bankowym składającym się z małych, lokalnych podmiotów, działających niezarobkowo. Z kolei model oparty na pożyczkach od własnych banków centralnych (w miejsce emitowania obligacji) umożliwia zwiększenie podaży pieniądza i wzrost nominalnego PKB, a co za tym idzie - wpływów podatkowych. Jest więc w czym wybierać, a każda z tych propozycji ma jedną, podstawową zaletę – jest lepsza niż obecna bandyterka.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Na podobny temat:

O wypłukiwaniu pieniędzy z powietrza


Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 51-52 (22.12.2017-11.01.2018)

niedziela, 17 grudnia 2017

O wypłukiwaniu pieniędzy z powietrza

W sprzyjających warunkach nawet pojedynczy bank jest w stanie wykazać nadzorowi niemal dowolną wartość kapitału” - prof. Richard A. Werner.

Powszechnie przyjmowana zasada głosi, że banki funkcjonują w oparciu o system rezerwy cząstkowej – tzn. pożyczając pieniądze muszą jednocześnie zadbać o pewien minimalny poziom rezerw, powyżej którego nie wolno im udzielać kredytów. W ten sposób regulowana i ograniczana ma być (przynajmniej w teorii) radosna twórczość związana z bankową kreacją pieniądza. Inne założenie, zwane „teorią pośrednictwa finansowego” mówi, iż banki generalnie są jedynie pośrednikami pomiędzy tymi, którzy mają pieniądze, a tymi, którzy ich potrzebują i nie różnią się w tym aspekcie działalności od innych instytucji finansowych. Te dwie komplementarne wobec siebie teorie były w minionych dziesięcioleciach kamieniem węgielnym myślenia o bankowości.

Tyle, że najprawdopodobniej obie są błędne, zaś banki de facto kreują pieniądze z niczego, nie przejmując się poziomem zabezpieczeń i depozytów. Do takiego wniosku doszedł profesor Richard A. Werner z Katedry Bankowości Uniwersytetu w Southampton. Twierdzi on, że jedyną prawdziwą i zgodną z empirycznym doświadczeniem jest „bankowa teoria kreacji kredytu”, wedle której każdy bank z osobna tworzy pieniądz w momencie udzielenia kredytu. Szczegółowo mechanizm ten został opisany w pracy „Stracone stulecie w ekonomii. Trzy teorie i niezbity dowód” dostępnej w internecie w polskim tłumaczeniu dzięki Fundacji „Jesteśmy Zmianą”.

Otóż zespół prof. Wernera we współpracy z niemieckim bankiem spółdzielczym Raiffeisenbank Wilderberg e.G. z dolnej Bawarii przeprowadził test finansowy polegający na zbadaniu procedur udzielania kredytu i jego rachunkowych konsekwencji. Bank zgodził się na potrzeby testu udzielić kredytu w wysokości 200 tys. euro. Technicznie odbyło się to następująco: jako punkt wyjścia posłużyły rozliczenia roczne za rok 2013 do których ręcznie „doksięgowano” w systemie informatycznym wspomniany kredyt – tak, jakby był udzielony w 2013 r. Takie sytuacje mają miejsce w realnej działalności bankowej w przypadku transakcji zawartych realnie przed 31 grudnia danego roku, lecz których nie zdążono wprowadzić do systemu przed końcem roku kalendarzowego. Wszystko odbyło się na oficjalnym bankowym oprogramowaniu z zachowaniem wszelkich przewidzianych na tę okoliczność procedur – innymi słowy, kredyt został naprawdę udzielony i przelany na rachunek prof. Wernera. W efekcie w bankowych zestawieniach wzrosły zarówno aktywa (czyli kredyt udzielony Wernerowi), jak i pasywa (depozyt Wernera pochodzący z kredytu).

Co to oznacza? Ano to, że bank udzielając kredytu na żadnym etapie nie badał swoich depozytów i rezerw, co obala zarówno teorię rezerwy cząstkowej, jak i teorię pośrednictwa finansowego – bo w żaden sposób nie pośredniczył pomiędzy wpłacającymi pieniądze do banku, a kredytobiorcą. Krótko mówiąc, do udzielenia kredytu, jego zaksięgowania i sfinalizowania operacji na kontach nie były potrzebne żadne inne transakcje i procedury. A zatem, bank wykreował pieniądze „z powietrza”.

Ta empiryczna obserwacja ma doniosłe znaczenie praktyczne, co autor udowadnia na przykładzie specyficznej akcji kredytowej podjętej przez bank Credit Suisse, przygnieciony kryzysem 2008 r. Mianowicie bank zaoferował w październiku 2008 r. inwestorom z Zatoki Perskiej (głównie z Kataru) preferencyjne akcje o wartości 7 mld. funtów, co uratowało jego płynność finansową. Dowcip w tym, że do banku nie trafiły żadne „zewnętrzne” pieniądze od szejków, bowiem nabywcom akcji bank zaproponował... kredyty gotówkowe. A zatem katarscy inwestorzy „nabyli” akcje banku finansując je z kredytu udzielonego przez tenże bank, który dzięki tej „inżynierii finansowej” zwiększył kapitał własny – w istocie kreując pieniądz ex nihilo (formalnie jako „zabezpieczenie” dla tych 7 mld. funtów kredytu posłużyły... własne preferencyjne udziały Credit Suisse – czyli bank pożyczył pieniądze pod zastaw zaufania do samego siebie, z pełnym błogosławieństwem szwajcarskich organów nadzorczych). „Dzięki temu wiemy, że w sprzyjających warunkach nawet pojedynczy bank jest w stanie wykazać nadzorowi niemal dowolną wartość kapitału” - konkluduje Werner.

Opisywana tu „alchemia finansowa” ma daleko idące konsekwencje dla państw, szczególnie rozwijających się. Otóż, by kraje te uzyskały odpowiedni poziom finansowania rozwoju, zmuszone są do zadłużania się – i to przeważnie w walutach obcych. A skąd zagraniczne banki-wierzyciele mają pieniądze? Ano, pozyskują je z powietrza w drodze „magicznych” kliknięć w swych systemach informatycznych – w zamian za co dostają pieniądze realnie wypracowane w zadłużonych gospodarkach. W związku z tym Werner postuluje zmianę finansowania rządów z emisji obligacji na pożyczanie od banków centralnych – czyli, by banki centralne miały prawo robić to samo, co opisywany tu Credit Suisse. Tylko na czym wówczas zarabialiby banksterzy? W końcu, jak podczas jednego ze spotkań w Parlamencie Europejskim stwierdził George Soros, „dług państwowy jest podstawą funkcjonowania rynków finansowych”...


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 50 (15-21.12.2017)

czwartek, 23 czerwca 2016

Depresja bankstera

O bankach można pisać w Polsce dobrze albo wcale – i w tych kategoriach odbieram wytoczony mi proces.

„Legitymację partyjną oddał Wincenty Kalemba / A tam zachodnim bankierom to włosy stają dęba” - śpiewał przed laty Andrzej Rosiewicz, pochylając się nad ciężkim losem zachodnich finansistów, którzy nieopatrznie utopili spore pieniądze w PRL-owskim cudzie gospodarczym doby Edwarda Gierka. Obecnie mamy sytuację podobną, z tą różnicą, że działający u nas zachodni i częściowo rodzimi bankierzy nawciskali ludziom na lewo i prawo toksycznych produktów finansowych w rodzaju walutowych opcji, kredytów niby-frankowych i polisolokat, a teraz przeżywają zgryzoty („A teraz zachodnim bankierom / Zgryzoty, jeno zgryzoty”), bo i ludzie nie pozwalają się dalej bezkarnie doić i – co gorsza – również władza zmieniła się na taką, dla której opinia tzw. „rynków”, czyli giełdowych spekulantów niekoniecznie stanowi ostateczną wyrocznię. Taka nagła zmiana musiała spowodować wśród nasłanej tu do drenowania Polaków szajki finansowej niemały wstrząs i niedowierzanie, te zaś szybko zamieniły się we wściekłość połączoną z objawami paniki, bo oto sypie się cudowny, obliczony na dziesięciolecia plan kolonialnej eksploatacji nadwiślańskiego bantustanu.

Jak napisał prof. Witold Modzelewski we wstępie do książki Janusza Szewczaka „Banksterzy. Kulisy globalnej zmowy”, lobby bankowe przyzwyczaiło się, że wszelkie regulacje prawne pisze „pod siebie” i wręcza kolejnym układom rządzącym do przyklepania. A tu szok – na horyzoncie rysuje się widmo odwalutowania kredytów frankowych, lada chwila ktoś pochyli się nad procederem polisolokat, a i niedawna opinia Rzecznika Finansowego miażdżąca łże-kredyty oraz niepokojące wieści z sali sądowej – sąd przyznał rację klientowi mBanku i uchylił klauzulę waloryzacyjną, co w praktyce oznacza przewalutowanie kredytu i zwrot nadpłaconych rat - nie napawają optymizmem.

„A tam zachodnim bankierom / Za wcześnie siwieją włosy” - śpiewał Andrzej Rosiewicz, co jako żywo pasuje do zszarpanych nerwów lokalnych namiestników banksterskiej międzynarodówki. Nic więc dziwnego, że państwo ci zaczynają wykonywać jakieś groteskowe, nieskoordynowane ruchy, charakterystyczne dla działania w stanie długotrwałego, wyniszczającego stresu. Tylko w ten sposób potrafię sobie racjonalnie wytłumaczyć, że zostałem pozwany przez Związek Banków Polskich o zniesławienie – w trybie art. 212 Kodeksu Karnego – za swoje dwa felietony dla „Gazety Finansowej”: „Wytarzać banksterów w smole i pierzu” oraz „Kurs sprawiedliwy – dla wszystkich” (do znalezienia w internecie). W felietonach, jak to w felietonach, pojechałem „na ostro”, nie pisząc jednakże niczego, czego nie mówiono by i nie pisano w różnych mediach - o tym co mówią między sobą ludzie, szczególnie ofiary frankowych produktów spekulacyjnych, nie wspominając.

Przykładowo (by nie odkrywać swoich kart przed procesem poprzestanę na tym jednym exemplum) – zarzucono mi, iż naraziłem ZBP, zrzeszone w nim banki i pracowników „na utratę zaufania potrzebnego dla prowadzonej działalności”. No cóż, aby coś utracić, trzeba najpierw to „coś” mieć – w tym przypadku „zaufanie potrzebne dla...” - i tak dalej. Przepraszam, ale czy są na sali osoby, które jeszcze do niedawna miały bezgraniczne zaufanie do banków, uważały je za wzorzec z Sevres uczciwości, rzetelności i temu podobnych przymiotów, a dopiero pod wpływem moich dwóch skromnych felietonów, owo zaufanie uległo zachwianiu, a może nawet nieodwracalnej destrukcji? Proszę się zgłaszać, palec pod budkę... Ano właśnie.

Pochlebiam sobie, że znalazłem się w dobrym towarzystwie – uprzednio bowiem ZBP próbował zakneblować pozwem cywilnym pana Macieja Pawlickiego – prezesa zrzeszającego frankowiczów stowarzyszenia „Stop bankowemu bezprawiu”. Pan Pawlicki (którego sprawa stała się zresztą inspiracją dla jednego z inkryminowanych felietonów) miał odszczekać spod stołu opinię, że bankierzy są „rakiem będącym śmiertelnym zagrożeniem dla polskiej Wspólnoty”. Na szczęście sąd wniosek związku zawodowego banksterów oddalił. Podobnie pan wiceprezes ZBP Jerzy Bańka, którego podpis widnieje pod pełnomocnictwem procesowym również w mojej sprawie, próbował zaciągnąć do sądu dr Janusza Szewczaka, gdy ten wyraził przypuszczenie, że mogło dojść do manipulacji stawkami WIBOR.

Jak twierdzi wspomniany Janusz Szewczak o bankach można pisać w Polsce dobrze albo wcale – i w tych kategoriach odbieram wytoczony mi proces. Jest to rozpaczliwa próba zakneblowania negatywnych opinii o funkcjonowaniu banków w Polsce i jednocześnie dążenie do ustawienia sądu w uwłaczającej polskiemu wymiarowi sprawiedliwości roli cenzora. Słowem – panika. Ale cóż: Żal mi zachodnich bankierów / Liczyli te swoje procenty / Chcieli trochę zarobić / Wpłynęli w ciemne odmęty...”.

A teraz czekam na pozew za cytowanie Rosiewicza.

*
A poza tym:

Gadający Grzyb

http://archiwum.gf24.pl/wytarzac-banksterow-w-smole-i-pierzu/

http://archiwum.gf24.pl/kurs-sprawiedliwy-dla-wszystkich/

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3892-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 24 (17-23.06.2016)

„Głośne” przejęcie!

Należy ustawowo uznać „kredyty” frankowe za nielegalne, sprzeczne z prawem bankowym – zgodnie zresztą z raportem Rzecznika Finansowego.

Niedawno zespół prezydenckich ekspertów przedstawił nowe propozycje rozwiązania problemów tzw. kredytów frankowych – delikatnie mówiąc, dość zagmatwane, bo mamy tam i cztery warianty „kursu sprawiedliwego”, i przewalutowanie po obecnym kursie, i zwrot nieruchomości w zamian za uwolnienie od kredytu... Jednak ciekawsze było to, co działo się na marginesie prac i w debacie publicznej dotyczącej zagadnienia. Związek Banków Polskich na spotkaniu u prezydenta prezentował nieodmiennie znakomite samopoczucie wskazując na dobroczynne skutki frankowych produktów i prezentując banki niemal niczym instytucje charytatywne. Nieco wcześniej znacznie dalej poszedł prezes mBanku, Cezary Stypułkowski, stwierdzając w tekście na stronach „Rzeczpospolitej”, iż mBank jest wręcz stratny i dopłaca do kredytów frankowych! („W sumie od lat ekonomiczny wynik na portfelu frankowym jest u nas ujemny”). Hmm... zważywszy, że umowy opiewają np. na 30 lat, to może klienci posiadający rachunki w bankach „umoczonych” we franki powinni się czym prędzej ewakuować – bo jak długo bank może wozić się ze swoim wiodącym produktem, który generuje straty i nie zbankrutować? Pan prezes Stypułkowski propozycję odwalutowania kredytów nazywa „rabunkiem” i lokuje ją „poza obszarem rozwiązań, jakie mogłyby zostać uznane za kompromis przez banki”, wskazując ponadto, iż taki „precedens” miałby „demolujące, długookresowe skutki dla dyscypliny zobowiązań w Polsce”.

Z powyższego wynika, iż Cezary Stypułkowski nie słyszał o tego typu „precedensach” na Węgrzech czy w Chorwacji – jak z tamtejszą „dyscypliną zobowiązań”? Generalnie, banki „zabetonowały się”, co na pierwszy rzut oka może się wydawać nieco dziwne – czyżby naprawdę nie widziały, że tak dalej funkcjonować zwyczajnie się nie da? Skąd ten kurs na totalną konfrontację na zasadzie „wszystko albo nic” i to pomimo z jednej strony, stosunkowo kompromisowych propozycji Kancelarii Prezydenta, a z drugiej – niekorzystnych dla banków wyroków sądów powszechnych, decyzji Sądu Ochrony Konkurencji i Konsumenta (klauzule abuzywne), ostatnio zaś miażdżącego raportu Rzecznika Finansowego podważającego wręcz legalność produktów frankowych? Być może jest to próba sił – jeśli banki wygrają, umocnią się na pozycji finansowych właścicieli Polski. Może jednak po prostu z zachodnich central przyszedł rozkaz „ani kroku wstecz” - banki kredyty frankowe finansowały m.in. pożyczając walutę u swych zagranicznych właścicieli, stając się tym samym gigantyczną przepompownią pieniędzy i de facto pośrednikiem na linii kieszeń kredytobiorcy – zachodnia centrala. W tym ujęciu „na papierze” taki mBank faktycznie może „tracić” - ale też od samego początku to nie on miał zyskiwać, tylko poprzez spłatę zobowiązań zaciągniętych na pokrycie kosztów akcji kredytowej zasilać swoich zagranicznych wierzycieli i/lub centralę.

Ale to nie wszystko. W międzyczasie bowiem pojawił się pomysł, by banki na pokrycie „strat” wynikających z odwalutowania, tak by nie trzeba było ich księgować jednorazowo, emitowały akcje, które wykupywałby np. NBP. Akcje byłyby „nieme” - NBP nie miałby w związku z nimi żadnych uprawnień władczych, ani prawa do dywidendy. Akcje te byłyby następnie stopniowo odkupywane przez banki przez najbliższe 20-30 lat. W operacji użyto by m.in. rezerw walutowych NBP – czyli banki zrobiłyby „skok” na rezerwy, a międzynarodowi spekulanci przypuściliby atak na złotówkę. Coś pięknego. Ostatnio z kolei pojawiła się inna koncepcja – banki miałyby założyć spółkę–wydmuszkę do której „wypchnęłyby” toksyczne produkty walutowe i której byłyby akcjonariuszami. Znów: chodzi o rozłożenie „strat” na kilkudziesięcioletnie „raty”.

To ja już wolę pierwszy z wariantów – z wykupem akcji przez NBP, z jednym zastrzeżeniem: to mają być jak najbardziej „głośne” akcje – z pełnią przysługujących im uprawnień. Jak niedawno napisałem – przewalutowanie kredytów frankowych może być znakomitym sposobem na repolonizację sektora i to tanim kosztem. Przypomnijmy, że wcześniejsze projekty skutkowały każdorazowo zachwianiem kursu akcji „umoczonych” banków. Tym razem byłoby podobnie – uchwalenie stosownej ustawy spowodowałoby przecenę akcji, zatem i wykup emisji przeznaczonych na pokrycie „strat” stanowiłby okazję do przejęcia znacznej części sektora za bezcen. Dodatkowym plusem jest, że im bardziej restrykcyjna (a korzystna dla kredytobiorców) byłaby ustawa, tym spadek cen akcji większy i koszty operacji niższe. Powtórzę: zamiast „cichego” wykupu niczego nie dających „niemych” akcji należy uskutecznić jak najbardziej „głośne” przejęcie. Innej sensownej opcji dla repolonizacji nie widzę – przewalutowanie zatem należy postrzegać jako szansę, a nie problem.

Nade wszystko jednak należy ustawowo uznać „kredyty” frankowe za nielegalne, sprzeczne z prawem bankowym – zgodnie zresztą z raportem Rzecznika Finansowego, będącym swoistym „gotowcem” do wykorzystania. To naprawdę jest do zrobienia – wystarczy nieco odporności na lobbing i zdecydowania.

Gadający Grzyb

Na podobny temat:

Przewalutowanie jako sposób na repolonizację

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3892-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 25 (17-23.06.2016)

czwartek, 16 czerwca 2016

Przewalutowanie jako sposób na repolonizację

Należy za pomocą przewalutowania bez sentymentów i z pełną premedytacją doprowadzić najbardziej „umoczone” podmioty na skraj bankructwa.

Czytam o propozycji Związku Banków Polskich odnośnie tzw. „kredytów frankowych” (czyli, nigdy dość przypominania, toksycznych produktów spekulacyjnych łączących elementy kredytu hipotecznego z opcją walutową) i przecieram oczy. Czy jest to wykwit czystej głupoty, czy przeciwnie – desperacka próba piarowskiego zamydlenia oczu poprzez okazanie tzw. „dobrej woli” sektora bankowego? Oto ZBP wspólnie z agencją doradczą EY proponuje przewalutowanie kredytu po aktualnym kursie franka szwajcarskiego, z tym że rozwiązanie dotyczyłoby jedynie osób, którym po zapłaceniu raty zostaje mniej niż 30 proc. pensji netto „na życie” (wyliczenia dokonywano by na podstawie PIT-u za ubiegły rok). Dodatkowo, rozwiązanie dotyczyłoby jedynie osób, które zakupiły mieszkanie do 75 m2, lub dom do 150 m2 i do tej pory nie miały opóźnień w spłacie. Powstały w ten sposób nowy kredyt oprocentowany byłby na zasadzie połączenia stopy WIBOR i marży z kredytu „frankowego”. Możliwe byłoby również wydłużenie okresu spłaty o maksymalnie 5 lat, lub – opcjonalnie – o 20 proc. pozostałego czasu obowiązywania umowy, ponadto, gdyby rata wciąż była wyższa niż 70 proc. dochodów kredytobiorcy, możliwe byłoby częściowe umorzenie długu. Przewalutowanie następowałoby wyłącznie z inicjatywy banku. Wedle bankierów powyższe rozwiązanie miałoby pomóc osobom pozostającym w najcięższej sytuacji.

Cynizm? Bezczelność? Hucpa? Doprawdy, trudno znaleźć odpowiednie słowa w języku ludzi cywilizowanych, by opisać ten kolejny przejaw banksterskiej arogancji. Już pobieżny przegląd tej „oferty” pokazuje bowiem, że tak skonstruowane „przewalutowanie” mimo niższej jednorazowej raty skutkuje potężnym wzrostem pozostałej do spłacenia sumy – i to przy wyższym oprocentowaniu. Krótko mówiąc, będziesz spłacał, frankowiczu, nieco mniej miesięcznie, ale za to dłużej i w konsekwencji – więcej. Proszę, jacy łaskawcy. Być może to wynik paniki, bowiem lobby bankowemu grunt zaczyna pomału usuwać się spod nóg, jako że na finiszu są prace w Kancelarii Prezydenta nad nową wersją ustawy „o sposobach przywrócenia równości stron niektórych umów kredytu i umów pożyczki”. Z pewnością zostanie oprotestowana i to w atmosferze szantażu, jak poprzedni projekt, ale mam nadzieję, że po pierwsze – tym razem jednak Kancelaria nie ugnie się przed naciskami lobbystów i histerią kreowaną przez sprzedajne media, po drugie – czego prezydencki projekt by nie zawierał i tak z pewnością będzie lepszy niż to... „coś” przedstawione przez ZBP. Do tego śmielej do ofensywy przystępuje Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumenta w sprawie różnego rodzaju niedozwolonych praktyk, a i niedawny wyrok Sądu Rejonowego dla Warszawy Śródmieście w istocie „przewalutowujący” kredyt klienta mBanku i to z zachowaniem oprocentowania wg stawki LIBOR oraz nakazujący mBankowi zwrot nadpłaconych rat (przez 10 lat uzbierało się 19 tys. zł. „nadwyżki”), może być jaskółką zwiastującą uwalnianie się sądów spod banksterskiej presji. Warto przypomnieć, że w Sejmie znajduje się projekt ustawy zgłoszony przez środowiska „frankowiczów” za pośrednictwem klubu Kukiz'15 zakładający przewalutowanie po kursie z dnia zawarcia umowy. No i rzecz po której sobie naprawdę dużo obiecuję w perspektywie dekolonizacji Polski spod panowania lichwy – jeżeli potwierdzi się, że nowym szefem Komisji Nadzoru Finansowego, zamiast jakiegoś „kandydata rynków” zostanie Janusz Szewczak, to objawy paniki wszechwładnego do tej pory „sektora finansowego” stają się więcej niż zrozumiałe...

Oczywiście za chwilę zostaniemy zaatakowani kolejnymi „wyliczeniami” bankowych „strat” wziętymi już nawet nie z Księżyca, lecz wprost z Saturna i groźbami fali bankructw. Cóż, jeżeli jest tutaj jakiekolwiek racjonalne jądro i faktycznie te banki, które za bardzo sobie „poszalały” wpędzając klientów w pułapki „łże-kredytów”, mogą czekać kłopoty, odpowiem – tym lepiej! Wiąże się to z tytułowym „sposobem na repolonizację” bankowej branży. Otóż przewalutowanie frankowych produktów może stać się katalizatorem odzyskania przez państwo polskie tej strategicznej gałęzi gospodarki. Należy za pomocą przewalutowania bez sentymentów i z pełną premedytacją doprowadzić najbardziej „umoczone” podmioty na skraj bankructwa. Po co przepłacać, wykupując teraz banki po zawyżonej cenie, jak jeszcze za poprzednich rządów zrobił to PKO BP przejmując Nordeę? O wiele lepiej przejąć bankruta za bezcen, może nawet za symboliczną złotówkę. Państwo na tym nie straci – „przewalutowani” kredytobiorcy i tak będą musieli spłacić kredyt, tyle, że już na normalnych, uczciwych zasadach, zyski banków wreszcie pozostaną w Polsce (coroczne zestawienia świadczą o gigantycznej rentowności sektora) zamiast wędrować na wyspy Bergamuty. Stracą jedynie międzynarodowi lichwiarze dojący dziś bez zmiłowania polskich kredytowych niewolników. No a nade wszystko, na miejscu żadnej władzy nie lekceważyłbym elektoratu „frankowiczów” - a właśnie zaczyna im się kończyć cierpliwość.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

Repolonizacja banków – tak, ale z głową

„Repolonizacja franka

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3875-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 23 (03-09.06.2016)

piątek, 27 maja 2016

Eksperci, czy sabotażyści?

Na ośmioro ekspertów pięciu reprezentuje interesy lobby finansowego, zaś tylko troje opowiada się po stronie klientów banków.

Być może pamiętają Państwo mój niedawny felieton „Polscy nomadzi” w którym polemizowałem z artykułem Sławomira Horbaczewskiego z „Rzeczpospolitej” pt. „Mieszkanie nie musi być własne”. Przypomnę pokrótce, że autor krytykował w nim pomysł przewalutowania kredytów frankowych, postulując zamiast tego powołanie „bankowych funduszy mieszkaniowych” na zasadzie mieszkań pod wynajem, generalnie zaś zżymał się na nadmierne jego zdaniem przywiązanie Polaków do posiadania własnych nieruchomości. Wspominam o tym dlatego, że okazuje się (jakoś wcześniej nie byłem tego świadom), iż pan Horbaczewski jest członkiem zespołu eksperckiego przy Kancelarii Prezydenta RP zajmującego się przygotowaniem tzw. „ustawy frankowej”. Uprzednio związany był m.in. z branżą bankową, zaś kilka dni temu stał się sprawcą medialnego zamieszania oświadczając, że rozważana jest możliwość wycofania się z przewalutowania tzw. kredytów frankowych – miast tego, kredytobiorca w zamian za zrzeczenie się własności nieruchomości miałby anulowaną niespłaconą część kredytu i pozostawałby w lokalu jako najemca, wspomniano też o ewentualnym rozliczeniu nadpłaconych spreadów. Innymi słowy – frankowiczu, wprawdzie to co już spłaciłeś poszło w błoto, ale za to będziesz zamiast raty płacił bankowi czynsz i mieszkanie nigdy już nie będzie twoje. Na otarcie łez może coś pomyślimy w związku z bandyckimi spreadami... a może nie. Czyli pan Horbaczewski powtórzył „program” zarysowany w przywołanym artykule z „Rzeczpospolitej”.

Na szczęście, szybko okazało się, że jest to indywidualny wyskok pana eksperta, co nie zmienia faktu, że sprzyjające bankom a niechętne PiS-owi media nie omieszkały zrobić wokół tego afery spod znaku „PiS wycofuje się z obietnic wyborczych”. Warto jednak przy tej okazji rzucić okiem na ów zespół ekspercki. W jego skład (prócz trójki etatowych pracowników Kancelarii) wchodzą: dr hab. Marcin Dyl (prezes izby gospodarczej reprezentującej towarzystwa inwestycyjne - IZFiA), doc. dr Marek Grzybowski (były członek rady nadzorczej BPH), Sławomir Horbaczewski (już wiadomo), dr hab. Zbigniew Krysiak (człowiek banków, m.in. były przewodniczący Komitetu ds. Finansowania Nieruchomości przy ZBP, czyli „nadzorca” toksycznych produktów walutowych), dr hab. Jarosław Mielcarek (przy okazji „wyskoku” Horbaczewskiego troskał się w mediach jak by tu rozłożyć bankom „obciążenia” w związku z przekształceniem kredytów), prof. dr hab. Witold Modzelewski, dr hab. Anna Szelągowska oraz dr Marek Dietl. Podsumowując, na ośmioro ekspertów pięciu reprezentuje interesy lobby finansowego, zaś tylko troje – Witold Modzelewski, Anna Szelągowska i jak mniemam Marek Dietl z Instytutu Jagiellońskiego, opowiada się po stronie klientów banków. Co więcej, w zespole brak jakiegokolwiek reprezentanta środowisk frankowiczów.

W tej sytuacji trudno się dziwić, że ustawa rodzi się w bólach. Bankowe lobby ewidentnie gra na zwłokę, sabotując prace, mnożąc apokaliptyczne wizje o rzekomych „stratach” sektora, mając za sobą jako sojuszników Komisję Nadzoru Finansowego, Związek Banków Polskich, prezesa NBP i tabun mediów widzących swój interes w tym, by z jednej strony hojnemu reklamodawcy jakim są banki nie stała się krzywda, z drugiej zaś – by PiS i prezydent Duda spektakularnie się na sprawie frankowiczów wyłożyli. Akcję Horbaczewskiego odczytuję właśnie jako takiego medialnego „szczura” i dywersję na rzecz banków. Zresztą, na zdrowy rozum – jak ma powstać ustawa rozwiązująca problem toksycznych produktów spekulacyjnych zwanych „kredytami”, skoro większość doradców stanowią ludzie żywotnie zainteresowani w tym, by wszystko zostało po staremu? No i kto dopuścił do takiej nadreprezentacji jednej strony sporu?

A tymczasem frankowicze przystępują do kontrnatarcia i zniecierpliwieni kunktatorstwem oraz podatnością pałacu prezydenckiego na bankowe szantaże, złożyli poprzez klub Kukiz'15 własny projekt – o wiele bardziej restrykcyjny, niż tak oprotestowany przez KNF projekt prezydencki. Zakłada on delegalizację kredytów frankowych i przewalutowanie po kursie z dnia zawarcia umowy. Do tego powiało optymizmem z sali sądowej: oto Sąd Rejonowy dla Warszawy Śródmieście powołując się na rejestr klauzul niedozwolonych unieważnił część umowy zawartej przez kredytobiorcę z mBankiem. Jak donosi na swoim blogu Zbigniew Kuźmiuk: „klauzula waloryzacyjna w kredycie frankowym pozwalająca przeliczać zaciągnięty kredyt na złote oraz w drugą stronę od początku była nieważna” i dalej: „kredyt wypłacony w złotych nie mógł być przeliczany na franki szwajcarskie i tak samo nieważne są przeliczenia wg aktualnego kursu franka miesięcznych rat”. Konsekwencją tego orzeczenia jest w praktyce przewalutowanie kredytu na złotówki – i to przy korzystniejszych dla klienta stawkach LIBOR! MBank z pewnością się odwoła, ale warto zauważyć, że Kancelaria Prezydenta o ile faktycznie chce rzecz całą sprawiedliwie załatwić, dostała właśnie do ręki solidny argument. Czy zechce z niego skorzystać?

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

„Polscy nomadzi”

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3825-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 20 (13-19.05.2016)

wtorek, 26 kwietnia 2016

Kolejny przekręt banksterów

Czas skończyć z utrzymywaniem fikcji, że KNF cokolwiek „nadzoruje”. Prawda jest bowiem taka, że ciało te stanowi ekspozyturę bankowego lobby i gra z instytucjami finansowymi w jednej drużynie.

Ech, czasem chciałoby się choć na chwilę odsapnąć od opisywania kolejnych przejawów bezczelności banksterskiej mafii, ale cóż począć? Tym razem chodzi o podatek od aktywów instytucji finansowych (tzw. „podatek bankowy”) - a konkretnie, o rewolucyjny sposób wymigania się od płacenia tegoż, na jaki wpadł Getin Noble Bank Leszka Czarneckiego. Metoda okazała się banalnie prosta i polega na zastosowaniu odwróconej formy kreatywnej księgowości. Normalnie kreatywna księgowość służy ukrywaniu złej kondycji finansowej firmy. W przypadku Getin Noble natomiast ma ona na celu wygenerowanie na papierze rzekomej straty – wszystko w pełni legalnie i przy poparciu Komisji Nadzoru Finansowego (o skandalicznej roli tej instytucji za chwilę). Na czym zasadza się trik? Otóż należy wykazać stratę za IV kwartał 2015 roku, następnie zaś zgodnie z art. 142 prawa bankowego zwrócić się do KNF o wdrożenie planu naprawczego. Tak też postąpił wspomniany bank. Na jego „stratę” złożyły się „wydarzenia jednorazowe” w postaci wpłaty do Bankowego Funduszu Gwarancyjnego w związku z upadłością wołomińskiego SK Banku (116,9 mln zł), oraz zarezerwowanie środków na poczet przyszłej składki na rzecz Funduszu Wsparcia Kredytobiorców w wys. 134,1 mln zł. Rzecz w tym, że ta druga płatność równie dobrze mogła zostać zaksięgowana w I kwartale 2016 roku, ale wtedy bank nie byłby w stanie wykazać takiej pięknej straty – a tak, w IV kw. 2015 znalazł się na 195,4 mln zł „pod kreską”. Dla porównania, poprzednie kwartały, to zyski odpowiednio: I kw. - 128,6 mln zł, II kw. - 70 mln zł, III kw. - 41 mln zł.

Wszystko dlatego, że ustawa o podatku od niektórych instytucji finansowych przewiduje zwolnienie od zapłaty podatku podmiotów realizujących plan naprawczy. Tymczasem GNB za cały 2015 r. wykazał 44 mln zł zysku, a jego kapitał to ponad 5 mld zł. Co więcej, jego akcje po załamaniu w związku z projektami przewalutowania tzw. kredytów frankowych zaczęły ostatnio ponownie zyskiwać na wartości. Można zatem powiedzieć o nim wiele złego, choćby w kontekście wspomnianych łże-kredytów, polisolokat itd., ale z pewnością nie to, że znajduje się w rozpaczliwej sytuacji, wymagającej nadzwyczajnych kroków – a takim właśnie ekstraordynaryjnym posunięciem, teoretycznie przewidzianym głównie dla podmiotów zagrożonych bankructwem, jest właśnie postępowanie naprawcze.

Gra toczy się o niebagatelną stawkę. Według własnych szacunków Getin Noble płaciłby ok. 240 mln zł podatku bankowego rocznie. Jednak ponieważ postępowanie naprawcze trwa z reguły trzy lata, a czasem nawet dłużej, to istnieje możliwość, że bank uniknie łącznie zapłacenia 720 mln zł. Dla takiej sumy warto ponieść pewne niedogodności związane choćby z ograniczeniem samodzielności banku w trakcie postępowania.

Jednak do tanga trzeba dwojga. Zgodnie z art. 142 p.2 prawa bankowego „Komisja Nadzoru Finansowego może wyznaczyć bankowi termin na opracowanie programu postępowania naprawczego (...) oraz zlecić jego uzupełnienie lub ponowne opracowanie”. Innymi słowy, wdrożenie procedury nie następuje „z automatu” - wszystko zależy od oceny KNF. Dlaczego więc GNB uznał, że KNF przychyli się do jego wniosku i zdecydował się na ten krok?

I tu właśnie dochodzimy do roli KNF w całej tej aferze, oraz wyjaśnienia dlaczego zaistniałą sytuację – mimo, iż formalnie zgodną z prawem – określiłem w tytule mianem „przekrętu”. Mianowicie, KNF – przypomnijmy, oficjalnie organ kontrolny - już w styczniu tego roku ogłosiła, że banki, które wykażą stratę za IV kw. 2015 r. zostaną objęte programem naprawczym. Krótko mówiąc, państwowa instytucja nadzorcza zabawiła się w doradcę finansowego banksterów, otwartym tekstem wskazując im sposób uniknięcia podatku, gwarantując zarazem, że mogą „na pewniaka” wykazywać sztuczną stratę i zgłaszać się do KNF po glejt uwalniający na okres trzech lat od zobowiązań podatkowych! Z takimi urzędowymi gwarancjami tylko głupiec nie skorzystałby z okazji. Co więcej, w doniesieniu PAP już wtedy wspomniano o opisywanej tu podatkowej furtce, możliwości księgowania w IV kwartale kosztów związanych z wpłatami na rzecz BFG i Funduszu Wsparcia Kredytobiorców, a także o ewentualności zanotowania straty netto przez Getin Noble Bank. Takie to, drodzy Państwo, banksterskie tango, w którym banki oraz organ nadzoru tańczą w idealnej harmonii.

Podsumowując, przede wszystkim czas skończyć z utrzymywaniem fikcji, że KNF cokolwiek „nadzoruje”. Prawda jest bowiem taka, że ciało te stanowi ekspozyturę bankowego lobby i gra z instytucjami finansowymi w jednej drużynie przeciw państwu, ze szkodą dla budżetu, politycznie zaś – przeciw władzy zagrażającej interesom banksterskiej sitwy, co zresztą niedawno znalazło kolejne potwierdzenie w postaci groteskowej opinii KNF dot. skutków przewalutowania kredytów frankowych. W konsekwencji, należy KNF rozwiązać i powołać w jej miejsce realny organ kontrolny – na szczęście, by to uczynić nie potrzeba konstytucyjnych korowodów. Wystarczy zwykła ustawa.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” -------> http://warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3667-pod-grzybki

Na podobny temat:

http://blog-n-roll.pl/pl/ukr%C3%B3ci%C4%87-bankow%C4%85-kreacj%C4%99-pieni%C4%85dza

http://blog-n-roll.pl/pl/rozp%C4%99dzi%C4%87-knf

http://www.blog-n-roll.pl/pl/%E2%80%9Ekurs-sprawiedliwy%E2%80%9D-dla-wszystkich

http://www.blog-n-roll.pl/pl/kontratak-bankster%C3%B3w-%E2%80%93-cd

http://blog-n-roll.pl/pl/kontratak-bankster%C3%B3w

http://blog-n-roll.pl/pl/wytarza%C4%87-bankster%C3%B3w-w-smole-i-pierzu

http://blog-n-roll.pl/pl/%E2%80%9Erepolonizacja%E2%80%9D-franka

http://blog-n-roll.pl/pl/polska-na-banksterskiej-smyczy#.Vcj7MbVvAmw

http://www.blog-n-roll.pl/pl/walutowy-hazard#.Vcj83LVvAmw

http://www.blog-n-roll.pl/pl/ewa-kopacz-%E2%80%93-lobbystka-bankster%C3%B3w

http://blog-n-roll.pl/pl/banksterska-wojna

http://niepoprawni.pl/blog/346/gra-kredytem

http://blog-n-roll.pl/pl/kredytowa-szulernia

Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 14 (01-07.04.2016)