Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lobby bankowe. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lobby bankowe. Pokaż wszystkie posty

środa, 17 lipca 2019

TSUE – bat na bankierów

Niech teraz banki zaczną wygrażać pozwami Trybunałowi Sprawiedliwości Unii Europejskiej w Luksemburgu. Życzę powodzenia.

Trudno nie odczuwać pewnej schadenfreude na widok paniki w szeregach bankierów, po tym, jak rzecznik generalny Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej zapowiedział, iż można spodziewać się orzeczenia rozwiązującego problem tzw. kredytów frankowych po myśli kredytobiorców – i wszystko wskazuje na to, że ogłoszenie wyroku zbliża się wielkimi krokami, najprawdopodobniej dojdzie do niego jeszcze w lipcu. Przypomnijmy, że chodzi o pytanie prejudycjalne jednego z polskich sądów dotyczące klauzul niedozwolonych (abuzywnych), w szczególności klauzuli indeksacyjnej, określającej sposób przeliczania kursu walutowego franków na złotówki i co za tym idzie – kwoty kredytu i wysokości rat. Po latach sądowych batalii wiadomo, że umowy w znacznej mierze były formułowane w sposób skrajnie niekorzystny dla klientów. Zapisy indeksacyjne były niejasne, często odwoływały się do bankowych tabel kursowych ustalanych w nieprzejrzysty sposób, w oderwaniu od kursów rynkowych czy średniego kursu NBP. Dochodziło do sytuacji, gdy bank sporządzał dwie odrębne tabele – jedną na użytek „normalnego” obrotu walutami, drugą zaś specjalnie pod „frankowiczów”, przy czym ta druga cechowała się zawyżonym spreadem, tzn. różnicą między ceną kupna i ceną sprzedaży franka. Rodziło to dwojaki skutek – po pierwsze, klient do końca żył w niepewności ile przyjdzie mu zapłacić w danym miesiącu; po drugie – bank w ten sposób naliczał „ukryte oprocentowanie”, rekompensując sobie niskie odsetki i ujemny LIBOR. W połączeniu z ogólnie rosnącym kursem franka oznaczało to dla wielu konsumentów wplątanie się w istną pętlę niemożliwego do spłacenia długu. W sumie doprowadzało to do sytuacji, gdy po latach spłacania rat kwota kredytu była wyższa od pierwotnej i niejednokrotnie znacznie przekraczała rynkową wartość nieruchomości – a to z kolei np. wykluczało możliwość sprzedaży mieszkania czy domu i uwolnienia się w ten sposób od zobowiązania. W skrajnych przypadkach prowadziło to do ludzkich tragedii – bankructw, czasem nawet samobójstw niewypłacalnych dłużników. Słowem, klasyczna lichwa ze wszystkimi tego konsekwencjami.

Problem w pewnym momencie nabrzmiał do tego stopnia, że do polityków dotarła świadomość konieczności wdrożenia jakiegoś systemowego rozwiązania. I tu do akcji wkroczyło lobby bankowe, konsekwentnie sabotując kolejne projekty ustaw – zarówno te poselskie, jak i te wychodzące (w coraz łagodniejszych wersjach) z Kancelarii Prezydenta. W ruch poszła medialna machina strasząca zapaścią sektora bankowego, wstrzymaniem akcji kredytowej i paraliżem całej gospodarki. Podawano coraz to nowe wyliczenia bankowych „strat” mających wg autorów iść w dziesiątki miliardów złotych. Uruchomiono również internetową „szeptankę” z zakresu „czarnego PR-u” przedstawiającą „frankowiczów” jako pazernych cwaniaków, którzy teraz chcą się niesłusznie wzbogacić kosztem podatników i kredytobiorców złotówkowych. To ostatnie jest zresztą podręcznikowym przykładem skutecznej socjotechniki polegającej na napuszczaniu na siebie i konfliktowaniu dwóch grup - „złotówkowiczów” i „frankowiczów”. Wystarczy zajrzeć na internetowe fora pod artykułami o kredytach frankowych, by uświadomić sobie jaką falę bazującej na najniższych instynktach i emocjach nienawiści udało się w ten sposób wykreować - zupełnie, jakby dotąd było mało społecznych podziałów.

Jednocześnie miejscowe filie banków należących do obcego kapitału zupełnie jawnie zaczęły szantażować polskie władze groźbami pozwów przed międzynarodowy arbitraż na bazie umów o wzajemnym popieraniu i ochronie inwestycji (BIT's – Bilateral Investment Treaties), w czym uzyskały wsparcie swoich ambasad, wysyłających pod adresem rządu listy z pogróżkami. Co grosza, polskie państwo uległo tym bandyckim metodom, czego dowodem jest uchwalona właśnie w „kadłubkowej” formie ustawa z której na ostatniej prostej wykreślono kluczowe przepisy o powołaniu tzw. Funduszu Konwersji na który miały składać się banki i korzystać z niego przy przewalutowywaniu kredytów na złotówki. Czy trzeba dodawać, że i temu banki były przeciwne?

A tu nagle – zgroza. Wszystko wskazuje bowiem, że TSUE w orzeczeniu ogłosi, iż nieważność abuzywnych klauzul indeksacyjnych nie uchyla reszty umowy – a to w praktyce oznacza przewalutowanie całego kredytu na złotówki i to przy zachowaniu „frankowego” oprocentowania oraz przeliczenie wszystkich zapłaconych dotąd rat z mocą wsteczną. Podobnie zresztą orzekł niedawno Sąd Najwyższy. Nic więc dziwnego, że na bankierów padł blady strach i zaczęli jęczeć o 60 mld. zł. „strat” oraz domagać się od rządu interwencji – dodajmy, tego samego rządu, któremu wcześniej buńczucznie wygrażali. Powiedzmy więc sobie jasno: nie ma mowy o żadnych „stratach”, tylko o pozbawieniu banków nienależnych, bezprawnie osiągniętych zysków, kosztem dojonych bezkarnie przez lata klientów. No i wreszcie – niech teraz banki zaczną wygrażać pozwami Trybunałowi Sprawiedliwości Unii Europejskiej w Luksemburgu. Życzę powodzenia.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Frankowe przepychanki

Frankowicze kontra Skarb Państwa

Kredyty frankowe – granda i bezradność

Kurs sprawiedliwy – dla wszystkich!

Kontratak banksterów

Kontratak banksterów – c.d.

Wytarzać banksterów w smole i pierzu

Polska na banksterskiej smyczy

Walutowy hazard

Gra kredytem

Kredytowa szulernia


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 28-29 (12-25.07.2019)

czwartek, 7 marca 2019

Frankowe przepychanki

Problem „kredytów frankowych” wręcz krzyczy o systemowe rozwiązanie, tak jak zrobiono to w innych krajach. To zwyczajnie kwestia elementarnej praworządności.

Od kilku dni znów narasta gęsta atmosfera wokół tzw. kredytów frankowych. 19 lutego ambasady Niemiec, Austrii, Hiszpanii i Portugalii wystosowały wspólny list do Andrzeja Szlachty, przewodniczącego sejmowej komisji finansów publicznych, w którym przestrzegają przed przyjęciem ustawy frankowej. Autorzy pisma nie ukrywają, że zostali zaalarmowani w tej sprawie przez banki, pisząc: „Banki wyraziły wobec nas obawy, że z projektem legislacyjnym może się wiązać ryzyko naruszenia fundamentalnych zasad prawa UE”, dalej podnosząc m.in. kwestię kosztów mających sięgać miliardów złotych rocznie, a także okoliczność, iż obowiązkowe wpłaty na rzecz planowanego, kontrolowanego przez państwo funduszu restrukturyzacyjnego, mające stanowić odsetek od ich portfela kredytowego, mogą zostać uznane za „wywłaszczenie”. Tu przypomnijmy, iż procedowany projekt ustawy zakłada, że banki swoje „wkłady” do funduszu mogłyby odzyskać po przewalutowaniu kredytów na złotówki, co ma je „zachęcić” do negocjacji z frankowiczami. W związku z tym, piszą dyplomaci, „spółki dominujące banków, które zainwestowały w Polsce, mogłyby na podstawie dwustronnych umów inwestycyjnych (BIT) rozważać wystąpienie z pozwem” (cyt. za wPolityce.pl). Z kolei, jak podał „Dziennik Gazeta Prawna”, Raiffeisen Bank rozesłał list m.in. do prezydenta Andrzeja Dudy, premiera Mateusza Morawieckiego oraz prezesa NBP Adama Glapińskiego, w którym ostrzega, iż będzie domagał się rekompensat za spodziewane „szkody”.

Krótko mówiąc, mamy do czynienia z niedwuznacznymi pogróżkami, choć trzeba przyznać, że sformułowanymi bardziej dyplomatycznie, niż słynny list ambasador Mosbacher w obronie TVN. Na marginesie – to aż niewiarygodne, że przez tyle lat pozwalaliśmy sobie wmawiać, że „kapitał nie ma narodowości”. Jak się okazuje, ma i to bardzo konkretną, a gdy zachodzi potrzeba potrafi zaprząc do obrony swych interesów służby dyplomatyczne – najbardziej bowiem na ustawie ucierpiałyby właśnie banki zagraniczne z wymienionych na wstępie krajów. Druga rzecz, to wciąż nie rozwiązany problem umów BIT (na ich likwidację naciska nawet KE) zawierających procedurę ISDS pozwalającą pozywać zagranicznemu inwestorowi państwo przed międzynarodowy arbitraż na praktycznie dowolną kwotę (wystarczy, że banki wylicza sobie księżycowe „straty”, jak to miało miejsce przy poprzednich projektach ustaw frankowych). Jest to permanentny miecz Damoklesa wiszący nad głową rządu, dający o sobie znać przy różnych okazjach – pozwami grożą też np. zagraniczne koncerny medialne, ilekroć powraca sprawa dekoncentracji mediów.

Kolejna kwestia, to lobbying Związku Banków Polskich, postulującego ograniczenie zmian jedynie do Funduszu Wsparcia Kredytobiorców (czyli w praktyce, pożyczek na spłatę kredytów frankowych). Co więcej, z uczestnictwa w pracach sejmowej komisji wycofało się reprezentujące klientów stowarzyszenie „Stop Bankowemu Bezprawiu”. Wedle relacji stowarzyszenia, podczas posiedzenia komisji przewodniczący Andrzej Szlachta nie dopuszczał jego przedstawicieli do głosu – w przeciwieństwie do ZBP oraz Konfederacji Lewiatan. Jak już informowałem na tych łamach, frankowicze jednak nie odpuszczają i przygotowują pozew zbiorowy przeciw Skarbowi Państwa – jak na ironię wykorzystując zalecenie Jarosława Kaczyńskiego, by kredytobiorcy „brali sprawy we własne ręce” i dochodzili sprawiedliwości w sądach.

Jest tajemnicą poliszynela, że PiS-owi w sprawie problemu frankowego „wychłódło”, kiedy okazało się, że frankowicze są w większości zwolennikami opozycji (głównie PO – 29 proc., na PiS głosuje jedynie 19 proc. frankowiczów - sondaż Kantar dla Instytutu Jagiellońskiego). Jest to o tyle zdumiewające, że PiS-owi można co najwyżej zarzucić bierność i stopniowe łagodzenie kolejnych projektów ustaw, podczas gdy Platforma nie dość, że kompletnie ignoruje temat, to podczas swych rządów aktywnie przeciwdziałała rozwiązaniu problemu na forum międzynarodowym. Przypomnijmy, że kiedy Sąd Najwyższy Węgier skierował sprawę kredytów frankowych do Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości w Luksemburgu, rząd Ewy Kopacz wystosował pismo straszące zapaścią sektora bankowego – zachował się więc niczym branżowy lobbysta. Złośliwie powiem, że takie preferencje polityczne ugruntowują wizerunek frankowiczów, jako lemingów z „Miasteczka Wilanów”, którzy uważają, że PiS to „obciach”, bo tak usłyszeli w TVN-ie.

Niezależnie jednak od tego, co można sądzić o frankowiczach, problem wręcz krzyczy o systemowe rozwiązanie, tak jak zrobiono to w innych krajach (i systemy bankowe jakoś się nie zawaliły). To zwyczajnie kwestia elementarnej praworządności – są dalece posunięte wątpliwości co do samej natury i legalności produktu, umowy zawierane z klientami są najeżone klauzulami abuzywnymi, co znajduje potwierdzenie w kolejnych wyrokach sądowych, wreszcie – w wielu przypadkach owe „kredyty” są nie do spłacenia, co czyni je, cytując klasyka, „nowoczesną formą niewolnictwa”. To chyba wystarczające powody, nieprawdaż?


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Frankowicze kontra Skarb Państwa

Kredyty frankowe – granda i bezradność

Kurs sprawiedliwy – dla wszystkich!

Kontratak banksterów

Kontratak banksterów – c.d.


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 09 (01-07.03.2019)

czwartek, 30 sierpnia 2018

Kredyty frankowe – granda i bezradność

Banki, zamiast wycofać się z ryzykownego „towaru” (jak przystałoby na instytucje zaufania publicznego), w najlepsze wciskały go rzeszom niedoinformowanych klientów.

Najwyższa Izba Kontroli opublikowała raport dotyczący skuteczności ochrony konsumentów w kwestii tzw. kredytów frankowych w latach 2005-2017. Wyniki są miażdżące – zarówno dla banków, jak i dla organów państwa. Przykładowo, praktyki banków zostały określone jako „niewłaściwe” i „nieuczciwe”. Dobrze, że zostało to napisane czarno na białym – dzięki temu otrzymaliśmy bowiem oficjalne potwierdzenie, że banki z premedytacją działały na niekorzyść klientów. Paleta nieczystych chwytów obejmowała np. niedozwolone postanowienia umowne pozwalające bankom kształtować kurs waluty czy oprocentowanie na kompletnie nieprzejrzystych dla kredytobiorców zasadach; podobnie rzecz się miała z ubezpieczeniami niskiego wkładu własnego „na warunkach które nie były znane kredytobiorcy w momencie zawierania umowy kredytu”. Warto również dodać przerzucenie całości ryzyka kursowego na klienta.

W efekcie, jak podkreśla NIK, „banki uzyskały korzyści, wynikające ze stosowania niedozwolonych postanowień umownych. Jednocześnie, z nielicznymi wyjątkami, nie poniosły kar pieniężnych z tego tytułu, a ciężar i ryzyka związane z odzyskaniem tych kwot został przeniesiony na kredytobiorców”. Co więcej, nawet w przypadku interwencji organów państwa skutkiem było na ogół zaprzestanie „stosowania danej praktyki przez bank w przyszłości, a tylko w niewielkim stopniu usunięcie skutków tych praktyk, wynikających z dotychczasowej realizacji umów, choć w ich wyniku banki uzyskały nienależne korzyści kosztem konsumentów”. I znów – dobrze, że padło stwierdzenie o „nienależnych korzyściach” osiąganych kosztem klientów. Ogólnie rzecz biorąc, otrzymujemy obraz szalbierczego procederu, którego ofiarą padło blisko milion polskich rodzin, a łączna wartość łże-kredytów wynosiła w szczytowym momencie (2011 r.) ok. 200 mld. zł (obecnie jest to 135 mld.).

Na tym tle państwo wykazało zadziwiającą bezradność. Jak podnosi NIK, organy typu UOKiK czy KNF z różnych względów działały opieszale i mało skutecznie. Uwagę zwraca również trwająca latami sytuacja, gdy instytucje publiczne miały w znacznej mierze związane ręce wskutek ograniczenia ich ustawowych kompetencji. Np. prezes UOKiK dopiero w 2016 r. został wyposażony w możliwość ochrony konsumentów na drodze administracyjnej, zamiast przewlekłej ścieżki sądowej. Pozytywnie ocenione zostało powołanie Rzecznika Finansowego, lecz – i tu znów kamyczek do bankierskiego ogródka – jego bezpośrednie interwencje okazywały się mało skuteczne „z uwagi na postawę banków”. Rzecznikowi pozostawało więc wspieranie frankowiczów za pomocą tzw. istotnych poglądów formułowanych na użytek procesów sądowych. Jeżeli dodać do tego fakt, że stosowne instytucje publiczne nie wykorzystywały w pełni nawet tych uprawnień, jakimi dysponowały, rysuje się nam wyraźna dysproporcja sił między państwem a sektorem bankowym. Jak np. wytłumaczyć, że rekomendacja „S” KNF zalecała bankom przedstawianie symulacji rat kredytu do granicy zaledwie 20 proc. osłabienia się złotego względem franka? Jakim cudem zakładano, że na przestrzeni 30 lat nie dojdzie do poważniejszych zawirowań? Wystarczy sobie porównać kurs szwajcarskiej waluty z okresu największego boomu niby-kredytów frankowych (a w istocie, zawsze będę to powtarzał, produktów spekulacyjnych wysokiego ryzyka) i obecny, by uświadomić sobie księżycowość takiego założenia.

Jak konkluduje NIK, saldo nieuczciwych praktyk banków i zaniechań ze strony państwa jest takie, że obecnie nie bardzo wiadomo, co z tym fantem zrobić, gdyż „wyeliminowanie ryzyk (…) wiązałoby się z poniesieniem znaczących kosztów przez banki lub zadłużonych obywateli”. We wnioskach końcowych formułuje jednak pewne zalecenia, takie jak ustawowe uniemożliwienie bankom czerpania zysków z klauzul abuzywnych, rozłożenie ryzyka kursowego między obie strony, wzmocnienie pozycji KNF czy chociażby zwiększenie osobistej odpowiedzialności szefostwa instytucji finansowych za naruszenie przepisów z zakresu ochrony konsumentów.

W kontekście powyższego na kiepski dowcip zakrawają wypowiedzi przedstawicieli sektora o „politycznych naciskach” na KNF czy NBP, by nie ograniczać udzielania kredytów frankowych. Ale, jak rozumiem, ci źli politycy nie kazali na siłę bankom oferować toksycznego produktu? Tymczasem banki, zamiast wycofać się z ryzykownego „towaru” (jak przystałoby na instytucje zaufania publicznego), w najlepsze wciskały go rzeszom niedoinformowanych klientów. Wysłały tym samym sygnał – jesteśmy jacy jesteśmy i trzeba dopiero ustawowego bata, żebyśmy przestali nabijać ludzi w butelkę. Co więcej, dziś politycy są równie „niedobrzy” - np. postulując przewalutowanie kredytów po kursie sprawiedliwym (vide - prezydencki projekt ustawy), zmuszając tym samym banki do wzięcia na siebie części ryzyka. Cóż, tzw. „ustawa frankowa” ma ujrzeć światło dzienne jesienią – zobaczymy, czy rządzący wyciągną z raportu NIK wnioski, czy też po staremu okaże się, że bankom, broń Boże, nie można nastąpić na odcisk.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 33-34 (24.08-06.09.2018)

czwartek, 4 lutego 2016

„Kurs sprawiedliwy” - dla wszystkich!

Wojenka podjazdowa na linii banksterzy – państwo polskie rozkręca się w najlepsze i to pomimo tego, że prezydencki projekt wychodzi bankom naprzeciw.

W rocznicę „czarnego czwartku”, 16 stycznia, kancelaria prezydenta Andrzeja Dudy przedstawiła projekt ustawy mającej rozwiązać problem kredytów walutowych – w tym przede wszystkim „frankowych”. Cudzysłów jest w pełni uzasadniony, bowiem żadnych franków realnie nie było tu w obiegu – ani bank nie wypłacał ich kredytobiorcy, ani kredytobiorca nie spłacał ich bankowi. Szwajcarska waluta stanowiła jedynie wirtualny przelicznik służący ustaleniu kwoty kredytu i wysokości rat. W każdym razie, prezydencki projekt opracowany przy współudziale środowisk „frankowiczów” (acz nie uwzględniający w pełni ich postulatów) zakłada przeliczenie kredytu po „kursie sprawiedliwym”, wyliczanym według określonego algorytmu, indywidualnie dla każdego kredytobiorcy. Generalnie chodzi o ustalenie różnicy między sumą spłacanych dotąd faktycznie rat, a hipotetyczną sumą rat, gdyby kredyt zaciągnięty został w złotówkach. Różnica byłaby odejmowana od kapitału pozostającego jeszcze do spłaty. Tym samym, zarzucono pomysł prostego przewalutowania kredytów po kursie z dnia zawarcia umowy. Kolejnym elementem jest uporządkowanie spreadów walutowych, często naliczanych przez banki według własnych tabel kursowych oderwanych choćby od średniego kursu NBP. Tu również wyliczana będzie różnica pomiędzy kursem danego banku a kursem NBP, która to różnica zostanie odjęta od kwoty kapitału. Jak dowiadujemy się z komunikatu na stronie prezydent.pl, istniałyby trzy ścieżki restrukturyzacji kredytu: dobrowolna (bank z własnej woli dokonuje zmiany umowy zgodnie z warunkami przewidzianymi w ustawie), przymusowa (bank dokonuje zmian na wniosek klienta) oraz przeniesienie własności nieruchomości w zamian za uwolnienie od kredytu (również na wniosek klienta).

Teraz projekt trafi do Komisji Nadzoru Finansowego, która ma oszacować skutki ustawy dla systemu finansowego, a dopiero w dalszej kolejności do Sejmu. I tu zaczynają się wątpliwości – czy KNF nie ulegnie bankowemu lobby wieszczącemu siedem plag egipskich w przypadku przewalutowania kredytów, jak miało to miejsce przy okazji projektu nad którym procedował parlament poprzedniej kadencji? Przypomnę, iż wówczas analitycy z Trigon DM wyliczyli „stratę” banków na 19 mld zł, czym potem chętnie szermował Związek Banków Polskich strasząc kryzysem sektora, wstrzymaniem akcji kredytowej i zamrożeniem gospodarki. Rząd Ewy Kopacz w liście wystosowanym do Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości podawał nawet wielkość „kilkudziesięciu miliardów zł” (chodziło o postępowanie zainicjowane przez Sąd Najwyższy Węgier). Dziś ten sam Trigon wylicza spodziewaną „stratę” banków na 34 mld zł, a wraz ze zwrotem spreadów – na 40 mld (zakładając „kurs sprawiedliwy” na poziomie 4 zł). Analitycy z Trigona spodziewają się w związku z tym negatywnej rekomendacji KNF. Niestety, z oficjalnych komunikatów nie dowiadujemy się, czy w prezydenckim wniosku zobowiązano KNF do uzyskania od banków szczegółowych danych dotyczących tego, ile do tej pory zarobiły na kredytach frankowych, co postulowali m.in. frankowicze ze stowarzyszenia „Stop Bankowemu Bezprawiu” - a szkoda, mielibyśmy bowiem materiał porównawczy co do ew. „strat”, obecnie bowiem poruszamy się w sferze przybliżonych szacunków.

Jak widać, wojenka podjazdowa na linii banksterzy – państwo polskie rozkręca się w najlepsze i to pomimo tego, że prezydencki projekt wychodzi bankom naprzeciw – nie tylko stosunkowo łagodną formą przewalutowania, lecz także przewidując możliwość bilansowania sobie „strat” z podatkiem bankowym – miesięcznie bank będzie mógł odliczyć do 20 proc. podatku, przy czym nie wykorzystana kwota przechodziłaby na kolejne miesiące, aż do pełnej „amortyzacji”. Słówko „strata” również nie bez przyczyny biorę w cudzysłów – bo to nie żadna „strata”, tylko pozbawienie banku niesprawiedliwej części zysku, którego osiągnięcie sobie założył kosztem klienta. Kredyt, odsetki, a nawet część zysku pochodzącego z wahań kursowych banki jak najbardziej zainkasują.

Niepokój budzi również postulat Mateusza Morawieckiego, by zastosować formułę „debt to income” - czyli, by z „kursu sprawiedliwego” mogli skorzystać jedynie ci „frankowicze”, którym np. miesięczna rata zabiera ponad 50 proc. pensji. Nie może być na to zgody - „kurs sprawiedliwy” to nie jest bowiem forma pomocy socjalnej, tylko pozbawienie bankowego szulera tego, co – mówiąc wprost – ukradł, z premedytacją wprowadzając w błąd swe ofiary.

Poza wszystkim - wbrew temu, co wmawiają nam sami bankowcy, na sektorze bankowym gospodarka się nie kończy. Biorąc za dobrą monetę wyliczenia Trigona, oznaczają one, że w kolejnych latach do realnego obrotu gospodarczego trafi owe 40 mld zł, „utracone” przez banki. Po prostu klient, zamiast przynosić co miesiąc w zębach zawyżoną ratę, by bank mógł ją sobie następnie „wytransferować”, wyda te pieniądze na towary i usługi - przede wszystkim na krajowym rynku. I to, proszę Państwa, będzie najlepsza forma „kredytowania” polskiej gospodarki.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” -------> http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3202-pod-grzybki

Na podobny temat:

http://blog-n-roll.pl/pl/wytarza%C4%87-bankster%C3%B3w-w-smole-i-pierzu

http://blog-n-roll.pl/pl/%E2%80%9Erepolonizacja%E2%80%9D-franka

http://blog-n-roll.pl/pl/polska-na-banksterskiej-smyczy#.Vcj7MbVvAmw

http://www.blog-n-roll.pl/pl/walutowy-hazard#.Vcj83LVvAmw

http://www.blog-n-roll.pl/pl/ewa-kopacz-%E2%80%93-lobbystka-bankster%C3%B3w

http://blog-n-roll.pl/pl/banksterska-wojna

http://niepoprawni.pl/blog/346/gra-kredytem

http://blog-n-roll.pl/pl/kredytowa-szulernia

Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 4 (22-28.01.2016)

czwartek, 26 listopada 2015

Wytarzać banksterów w smole i pierzu

Lobby bankowe postanowiło przejść do kontrataku i na początek uznało, że dobrze byłoby wprowadzić drogą sądową cenzurę mediów.

W sumie, jako komentator powinienem być przyzwyczajony do różnych draństw i nieprawości – bo wszak opisywanie takowych siłą rzeczy stanowi większość produkowanej przeze mnie masy tekstowej, ale mimo wszystko co jakiś czas trafia się coś takiego, do czego nie jestem w stanie odnieść się bez emocji. Tym razem była to informacja, że Związek Banków Polskich postanowił wytoczyć proces Maciejowi Pawlickiemu – szefowi stowarzyszenia „Stop bankowemu bezprawiu” zrzeszającego nabitych we łże-kredyty „frankowiczów” i lobbującego za spec-ustawą mającą przewalutować frankowe produkty finansowe na złotówki. Żeby była jasność – Macieja Pawlickiego nie znam, nie mam również kredytu we frankach szwajcarskich. Nie jestem jednak impregnowany na rzeczywistość i widzę jakim problemem zarówno społecznym jak i gospodarczym stała się kwestia toksycznych produktów finansowych oferowanych pod nazwą „kredytu walutowego” i jak potwornym są oszustwem. Dotyczy to zresztą nie tylko Polski – w szeregu krajów usiłuje się na różne sposoby wywikłać ludzi z tej pułapki, o czym zresztą co jakiś czas donosiłem w swych felietonach.

O co konkretnie poszło Związkowi Banków Polskich? Otóż Maciej Pawlicki jest jednocześnie publicystą portalu „wPolityce.pl” i tygodnika „wSieci”, gdzie zamieścił szereg tekstów demaskujących banksterski proceder. ZBP w związku z tym uznał, iż naruszone zostały jego dobra osobiste i zwrócił się do Sądu Okręgowego w Warszawie z wnioskiem, by ten nakazał spółce Fratria (wydawcy „wPolityce” i „wSieci”) zablokowanie dostępu w internecie do artykułów Pawlickiego, w których rzekomo miał owe „dobra” naruszać. Prócz tego Pawlicki miałby opublikować przeprosiny w których znalazłyby się słowa: „Maciej Pawlicki przeprasza bankierów za określenie ich rakiem będącym śmiertelnym zagrożeniem dla polskiej Wspólnoty”. Ponadto sąd ma zakazać Pawlickiemu i „Fratrii” publikowania informacji, „jakoby Związek banków Polskich i zrzeszone w nim banki okradały Polaków oraz okłamywały, ogłupiały i korumpowały media”. W uzasadnieniu jest również szereg innych kuriozów – kto ciekaw, niech zajrzy na stronę www.bankowebezprawie.pl. Naprawdę warto.

Na szczęście sąd wykazał się przytomnością umysłu i wniosek oddalił, stwierdzając m.in.: „Krytyczna analiza działań podejmowanych przez banki oraz władzę publiczną leży w interesie publicznym. (…) Uwzględnienie przedmiotowego wniosku prowadziłoby do sytuacji całkowitego wyłączenia z dostępnych mediów podejmowanej we wskazanych artykułach krytyki. A tym samym doprowadziłoby do eliminacji wszelkich niekorzystnych dla wnioskodawcy ocen i opinii ze strony zobowiązanych, znacznie ograniczając przy tym ramy debaty społecznej”. Nie jest to jednak koniec sprawy, bo ZBP ani myśli odpuścić.

Cóż to oznacza? Ano, lobby bankowe najwyraźniej postanowiło przejść do kontrataku i na początek uznało, że dobrze byłoby wprowadzić drogą sądową cenzurę mediów i zakaz publikowania krytycznych opinii o swej działalności. Równocześnie, nagle okazało się, że przygotowywany w Kancelarii Prezydenta przy współudziale „frankowiczów” niemal gotowy projekt ustawy okazał się „niekonstytucyjny” (bez wskazania co konkretnie jest sprzeczne z Konstytucją, pisałem o tym tydzień temu), co wedle Pawlickiego wiąże się z ofensywą bankowych lobbystów. Osobiście podejrzewam, że za nagłą aktywnością Związku Banków Polskich mógł stać postulat stowarzyszenia „Stop bankowemu bezprawiu”, by wydostać z Komisji Nadzoru Finansowego twarde, konkretne dane, ile każdy z banków do tej pory zarobił na walutowym przekręcie – dotąd bowiem poruszamy się w sferze przybliżonych szacunków. Przypomnijmy tylko, że wedle statystyk Biura Informacji Kredytowej (dane za listopad 2014) udzielono 566 tys. kredytów frankowych, co przekłada się na 954 tys. zadłużonych. Innymi słowy – banki przechwytują znaczną część zarobków blisko miliona Polaków. Pieniądze te w dużej mierze transferowane są do zagranicznych central. Tak wygląda kolonialny drenaż.

A poza wszystkim - do opisanej tu sytuacji jak rzadko kiedy pasuje cytat z „Dobrego wojaka Szwejka” - „nachalne są te k...y i zuchwałe”. Oto bowiem banda złodziei i szulerów domaga się zakneblowania poszkodowanych, bo przeszkadza im to w kontynuowaniu lichwiarskiej działalności i psuje „imidż”. Trudno o przykład większego tupetu i bezczelności. Nie wiem, czy w dzisiejszych czasach czytuje się jeszcze „Przygody Hucka” Marka Twaina, ale przypomnę – pojawia się tam dwóch oszustów o ksywkach „Król” i „Książę”. Para tych cwaniaków na różne sposoby naciąga napotykanych ludzi zbijając na tym całkiem niezły grosz. Do czasu. W końcu, za którymś razem wpadają, a mieszkańcy miasteczka, dobrym amerykańskim zwyczajem przepędzają ich po uprzednim wytarzaniu wydrwigroszy w smole i pierzu. Może taka operacja przeprowadzona na przedstawicielach ZBP stanowiłaby dobrą nauczkę dla banksterskiej mafii i memento, że Polacy nie pozwolą się bezkarnie doić międzynarodówce hochsztaplerów? Ech, marzenia...

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” -------> http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/2834-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 47 (20-26.11.2015)

wtorek, 17 listopada 2015

Nadzieje i wyzwania

Bez głosów „frankowiczów” PiS nie mógłby liczyć na samodzielną większość. Teraz jest tym ludziom coś winien.

Poznaliśmy skład rządu premier Beaty Szydło i jeśli chodzi o jego część gospodarczą, jest... różnie. Z pewnością cieszy nominacja dla Anny Streżyńskiej, która jako szefowa UKE dała się poznać z konsekwentnej walki z praktykami monopolistycznymi, przełamując dominującą pozycję TP SA oraz oligopol Plusa, Ery i Orange, co w praktyce przełożyło się na niższe ceny internetu i telefonii komórkowej. Na obecnym stanowisku ministra cyfryzacji najprawdopodobniej będzie kontynuowała pro-konsumencką politykę – zatem tu możemy się tylko cieszyć.

Najwięcej emocji i kontrowersji jednak budziła kandydatura Mateusza Morawieckiego, dotychczas prezesa banku BZ WBK należącego do hiszpańskiego Santandera. Morawiecki (syn legendarnego Kornela Morawieckiego, przewodniczącego „Solidarności Walczącej”) przymierzany był na dziennikarskiej giełdzie do funkcji ministra finansów, ostatecznie wylądował jeszcze wyżej – jako wicepremier i minister superresortu rozwoju, absolutnie kluczowego jeśli chodzi o przyszłą politykę gospodarczą państwa. I tu pojawia się pytanie, jak człowiek z samego serca banksterskiego Mordoru ma się do przedwyborczych zapowiedzi PiS w kwestii przykręcenia śruby bankom i międzynarodowym sieciom handlowym? Czy jego nominacja, to taktyczna zagrywka Jarosława Kaczyńskiego obliczona na uspokojenie tzw. „rynków”, czyli mówiąc po ludzku – spekulantów i banksterskiego lobby? Pisząc wprost – czy nie zachodzi tu konflikt interesów? Należy pamiętać, że ministrem się bywa i po skończeniu urzędowania Mateusz Morawiecki zapewne będzie chciał powrócić do świata bankowości, tym bardziej, że na przejściu do rządu traci finansowo – w samym tylko 2014 roku zarobił 1,8 mln zł, jako minister będzie otrzymywał dziesięciokrotnie mniej. Czy będzie chciał się narażać potężnej grupie interesów z której na dodatek sam się wywodzi, mając w tyle głowy, że jeśli popadnie w konflikt ze środowiskiem bankowym, to nie będzie, nazwijmy to eufemistycznie, witany z otwartymi rękami?

Zresztą, nawet zakładając stuprocentową uczciwość i odporność na naciski, Morawiecki junior może najzwyczajniej w świecie mieć spaczony, „bankocentryczny” ogląd świata. Przedstawiciele szlachetnej rasy bankierów mają silną predylekcję do traktowania siebie w kategoriach współczesnych nadludzi, kreatorów gospodarczej rzeczywistości i utożsamiania partykularnego interesu swojej branży z dobrem gospodarki jako takiej. Do czego to prowadzi przekonaliśmy się podczas globalnego kryzysu finansowego, na własnym podwórku zaś – przy okazji batalii o ucywilizowanie kredytów frankowych i polisolokat. BZ WBK nie należy do wyjątków i również ma swój portfel kredytów we frankach, choć trzeba oddać, że zachowuje się przyzwoiciej, niż niektórzy konkurenci, bez oporów dostosowując się np. do ujemnego LIBOR.

I tu przyszła mi do głowy teoria spiskowa – jak wiadomo, specjaliści z Kancelarii Prezydenta wyrzucili właśnie do kosza niemal ukończony projekt pisanej wspólnie z przedstawicielami „frankowiczów” ustawy, która miała być dość restrykcyjna dla banków. Jako uzasadnienie podano jej rzekomą „niekonstytucyjność” nie wskazując jednakże na czym miałaby ona polegać. Nowe założenia są już znacznie łagodniejsze i sprowadzają się do możliwości „ułożenia się” klientów z bankami, a w ostateczności – pozbycia się kredytu poprzez oddanie bankowi nieruchomości. Innymi słowy – dogadajcie się, albo oddawać mieszkanie. Tak się złożyło, iż owa wolta zbiegła się z pojawieniem się właśnie Mateusza Morawieckiego w charakterze kandydata na jedno ze stanowisk gospodarczych w rządzie. Przypadek?

Z dobrych wieści – Morawiecki ma być zwolennikiem deregulacji i ułatwień dla osób prowadzących działalność gospodarczą oraz stawiania na innowacyjny model rozwoju. I oby właśnie tym się zajmował nie sabotując działań mających na celu ukrócenie samowoli międzynarodowych koncernów traktujących Polskę jako obszar kolonialny. Sztandarowymi postulatami PiS w tej materii były propozycje podatku bankowego (w wersji podatku od aktywów, bądź podatku od transakcji finansowych), uszczelnienie systemu podatkowego z którego wyciekają rokrocznie dziesiątki miliardów złotych oraz wprowadzenie podatku od sklepów wielkopowierzchniowych. I tutaj należy nową władzę trzymać bezwzględnie za słowo. Na szczęście ministrem finansów został – jakby dla równowagi wobec Morawieckiego – Paweł Szałamacha, który jest zdecydowanym zwolennikiem powyższych rozwiązań. No i w tym momencie powstaje pytanie – jak będzie wyglądać współpraca obu ministerstw, choćby podczas obowiązkowych uzgodnień międzyresortowych przy wprowadzaniu jakiejś formy opodatkowania banków? Będzie wojenka, przeciąganie sprawy na „święty nigdy”, czy jednak panowie dojdą do porozumienia?

Jedno jest pewne – bez głosów „frankowiczów” i generalnie, ludzi mających dosyć Polski jako eksploatowanego bantustanu, PiS nie mógłby liczyć na samodzielną większość. Teraz jest tym ludziom coś winien – i o tej powinności należy nowej władzy stale przypominać.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ----> http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/2790-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 46 (13-19.11.2015)

środa, 17 czerwca 2015

Platforma banksterów

Banki przestraszyły się wizji objęcia władzy przez PiS do tego stopnia, że postanowiły powołać własną partię – taką „Platformę Banksterów”.

„Prognozy, że frank będzie niedługo kosztował 4 zł są oderwane od rzeczywistości. Szwajcarzy bowiem już parę lat temu zablokowali kurs franka na poziomie: 1,22 franka =1 euro, i bronią tego kursu. Ponieważ mocny frank oznacza problemy dla szwajcarskiej gospodarki” - tak na początku listopada 2014 mówił na antenie programu pierwszego Polskiego Radia Ryszard Petru. W tym czasie przewodniczący Towarzystwa Ekonomistów Polskich miał własny kredyt we frankach już od wielu lat przewalutowany na złotówki. Zrobił to w październiku 2008, po wybuchu kryzysu finansowego. Jak widać, cwana z niego gapa – jako bankowy „insider” doskonale zdawał sobie sprawę w którą stronę wieje wiatr, a mimo to do samego końca w publicznych wystąpieniach utrzymywał wersję „dla maluczkich”, wedle której kredyty frankowe są bezpiecznym rozwiązaniem dla milionów Polaków. Kurs franka bił kolejne pułapy, zaś Petru, który przewalutował dwie części kredytu, gdy frank odpowiednio był po 2,79 i 2,81 zł, konsekwentnie zapewniał, że cena szwajcarskiej waluty teraz to już z pewnością nie wzrośnie. „Jeżeli nie będzie jakiejś megakatastrofy, typu upadek Ukrainy, to jest duża szansa, że poziomu 3,20 zł za franka już nie zobaczymy” - wypowiedź dla PAP w 2008, po wybuchu kryzysu. „Zbytnie umocnienie franka zabije szwajcarską gospodarkę. Nie może się więc utrzymać w dłuższej perspektywie czasu” - to z kolei rozmowa z „Super Expressem” z 2011, gdy frank jest już po 3,9 zł. Dwa miesiące po cytowanej na wstępie wypowiedzi, Szwajcarzy uwolnili walutę i frank poszybował w okolice 5 zł.

Petru twierdzi, iż na przewalutowaniu „stracił”. Owszem, doraźnie tak – tyle, że zarazem uchronił się przed większymi stratami w przyszłości, zatem adekwatnym określeniem byłoby „zminimalizował straty” - i to w samą porę, zanim kurs franka zaczął naprawdę szaleć. Jednocześnie wciąż namawiał Polaków do pozostania przy szwajcarskiej walucie, czyli do brnięcia w powiększające się lawinowo zadłużenie, z którego sam w ostatniej chwili się wywikłał. Innymi słowy, mamy do czynienia z bankowym lobbystą, funkcjonującym w przestrzeni publicznej i wykorzystującym dostęp do mediów (a jego aktywność medialna była bardzo intensywna), by w interesie sektora bankowego uspokajać nastroje kredytobiorców pozostających w pułapce zastawionej za pomocą toksycznego produktu finansowego. Jednocześnie opowiadał się przeciw jakiejkolwiek ingerencji państwa w sprawę kredytów walutowych: „oczekiwanie, że w tej sytuacji może coś zrobić polski rząd – jest nierealistyczne. Zgodnie z naszym prawem nie ma bowiem żadnych możliwości” - to dalsza część wypowiedzi dla radiowej „Jedynki” z listopada 2014. I dalej: „problem z frankiem szwajcarskim polega na tym, że zmienił się kurs. Ale to nie oznacza wcale, że państwo ma pomagać. (…) Chyba, że będziemy pomagać tak jak na Węgrzech, poprzez interwencję i zapłacą za to banki, a potem banki przerzucą te koszty ma klientów”.

Dziś tenże Petru zakłada ugrupowanie polityczne, będące w zasadzie jawną ekspozyturą interesów finansowej oligarchii i generalnie - wielkiego biznesu. Ich celem jest utrzymanie obecnego status quo – czyli systemowego drenowania Polski z kapitału i zakonserwowanie pozycji milionów Polaków jako taniej siły roboczej. Wszystko to zaś pod atrakcyjnie brzmiącymi hasłami rozwoju, wolności gospodarczej, wzmocnionymi straszeniem, że jakakolwiek interwencja państwa przyniesie opłakane skutki. Obecność na konwencji założycielskiej Rafał Brzóski – właściciela firmy „InPost”, zwanego „królem śmieciówek” nie jest przypadkiem. Przedsięwzięciu, jak całej karierze Ryszarda Petru, patronuje w tle Leszek Balcerowicz – czyli podwykonawca planu Jeffreya Sachsa zwanego na użytek miejscowych „planem Balcerowicza” i stróż patologicznego modelu naszej transformacji. Na marginesie warto zauważyć, że inicjatywa Ryszarda Petru - „Nowoczesna.pl” - zaczęła swe funkcjonowanie od plagiatu. Pretensje w sprawie myląco podobnej nazwy zgłasza lewicowa fundacja „Nowoczesna Polska” Jarosława Lipszyca, związanego z „Krytyką Polityczną”.

Podsumowując, najwyraźniej banki przestraszyły się wizji objęcia władzy przez PiS do tego stopnia, że postanowiły powołać własną partię – taką „Platformę Banksterów”, grupującą strażników i beneficjentów kompradorskiego systemu III RP. Warto tu przypomnieć, że rok 2006 – za rządów PiS – był jedynym, w którym nie odnotowano znaczącego wypływu kapitału z Polski i perspektywa powtórki musi zleceniodawców pana Petru bardzo niepokoić. Już teraz wg „Rzeczpospolitej” sektor bankowy boi się scenariusza węgierskiego – korzystnego dla państwa i obywateli, lecz godzącego w miliardowe zyski branży (ponad 16 mld zł netto w 2014). Frazesy o wolności gospodarczej i przyjaznym państwie są warte tyle samo co analogiczna retoryka KL-D, czy Platformy Obywatelskiej. Tu są konkretne geszefty do przypilnowania i właśnie do tego zadania został oddelegowany pan Petru ze swoją ekipą.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” -------> http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/1815-pod-grzybki-7

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 24 (12-18.06.2015)

piątek, 17 kwietnia 2015

Ewa Kopacz – lobbystka banksterów

Węgry lobbują w interesie własnego społeczeństwa, polskie państwo odwrotnie – sytuuje się w kontrze wobec swoich obywateli.

Proszę wybaczyć, jeśli uznają Państwo, że staję się nieco monotematyczny, ale cóż poradzić – problematyka banksterów co jakiś czas będzie powracała w moich felietonach niczym bumerang, bowiem co i rusz pojawiają się informacje których nie sposób pominąć milczeniem. Nie tak dawno temu pisałem, że rząd pracuje nad nowelizacją prawa uniemożliwiającą osobom fizycznym występowanie z pozwami zbiorowymi przeciw podmiotom stosującym tzw. klauzule abuzywne – czyli niedozwolone zapisy, uznane za sprzeczne z prawem przez Sąd Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Do prac przystąpiono akurat wtedy, gdy wybuchł problem kredytów frankowych skutkujący m.in. kolejnymi procesami z powództwa zbiorowego wobec banków stosujących w umowach tego typu postanowienia. Banki nie są zresztą jedyne, niemniej, to właśnie one mogą zostać przez konsumentów uderzone najboleśniej, choć trzeba przyznać, że sądy starają się jak mogą by nie narazić drogocennych szkatuł i sejfów na straty, zniechęcając potencjalnych pieniaczy do wchodzenia na drogę procesową takimi wyrokami jak choćby ostatnie orzeczenie warszawskiego sądu okręgowego oddalające pozew 92 kredytobiorców przeciw Getin Noble Bank. No, ale skoro po stronie Getin Noble Banku stała kancelaria samego mecenasa Romana Giertycha, to któż mógłby się oprzeć jej nieodpartej argumentacji? Z pewnością oprzeć nie mógł się niezawisły sąd, ba – byłoby to wręcz, jak podejrzewam, dla niezawisłego sądu wysoce niewskazane. Jednak to wszystko prowizorka, lepiej wprowadzić rozwiązania systemowe, które raz na zawsze skończą z naprzykrzaniem się bankom przez wystrychniętych na dudka i wydudkanych na strychu klientów – stąd też antykonsumencka ofensywa ustawodawcza rządu Ewy Kopacz.

Ale nigdy nie jest tak dobrze, by nie mogło być jeszcze lepiej. Oto pani premier Kopacz postanowiła przenieść politykę robienia dobrze wszelakiego rodzaju szulerom, co to pod pozorem kredytu wciskają ludziom długoterminowe zakłady o kurs obcej waluty, na wyższy poziom – europejski. Okazało się, że jeszcze jesienią 2014 roku polski rząd skierował do Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości w Luksemburgu list przestrzegający przed wielomiliardowymi stratami banków, na jakie naraziłoby je orzeczenie unieważniające kredyty frankowe. Czytamy w nim: „Rzeczpospolita Polska sygnalizuje, że stwierdzenie nieważności postanowień walutowych zawartych w umowach kredytów denominowanych a w konsekwencji orzeczenie obowiązku przewalutowania takich kredytów, mogłoby spowodować daleko idące negatywne konsekwencje dla rynku finansowego.
 Przykładowo, w przypadku Polski, przewalutowanie kredytów walutowych według kursu z dnia ich udzielenia mogłoby się wiązać z obniżeniem wyceny większości takich kredytów o około 30%-40% i mogłaby wygenerować po stronie banków straty w wysokości nawet kilkudziesięciu miliardów złotych”. Warto zauważyć, iż list ten został skierowany do ETS w związku z postępowaniem zainicjowanym przez Sąd Najwyższy Węgier, który wnioskował o zakaz stosowania toksycznych produktów walutowych.

Proszę sobie porównać te dwa, skrajnie odmienne stanowiska. Węgry lobbują wszelkimi możliwymi sposobami w interesie własnego społeczeństwa, polskie państwo odwrotnie – stoi twardo po stronie instytucji finansowych, w przytłaczającej większości obcego pochodzenia, sytuując się w kontrze wobec swoich obywateli. Wychodzi więc na to, że premier Kopacz wraz z wicepremierem Piechocińskim stali się lobbystami banksterów, zupełnie jakby ci potrzebowali dodatkowego wsparcia. Mamy rząd nominalnie suwerennego państwa w charakterze listonoszy i chłopców na posyłki finansowego grandziarstwa – i jak tu nie mówić o bantustanie, kolonizacji i temu podobnych? Wszak podobne praktyki charakterystyczne są właśnie dla republik bananowych, których gospodarki są zdominowane (a właściwie - okupowane) przez zagraniczne koncerny.

Zwróćmy uwagę na histeryczny ton cytowanego wyżej listu – straszenie obniżką wycen kredytów oznacza tylko tyle, że banki na tych konkretnych produktach mniej zarobią, a dokładnie – zostaną pozbawione nieuprawnionego, spekulacyjnego zysku na który liczyły i który wyciskały „prawem i lewem” z kredytobiorców. Należy też dodać, że Węgry, gdzie przewalutowano kredyty na forinty jakoś się od tego nie zawaliły, więcej nawet – żaden z zagranicznych banków nie zwinął swej działalności, choć problem „frankowiczów” był tam jeszcze bardziej nabrzmiały niż w Polsce, można się więc domyślać, że kredyty walutowe stanowiły poważną część bankowych portfeli.

Bankowość jest oczywiście ważna dla gospodarczego krwiobiegu – i dlatego właśnie należy dokładać wszelkich starań, by nie wynaturzyła się w złośliwy nowotwór toczący organizm, wysysający zeń wszystkie siły witalne i transferujący wypracowane bogactwo nie wiadomo dokąd. Tymczasem polski rząd zachowuje się jak nałogowy palacz, uzależniony do bankowej nikotyny na tyle nieodwracalnie, że nie przyjmuje do wiadomości zdiagnozowanego właśnie guza z przerzutami.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://blog-n-roll.pl/pl/polska-na-banksterskiej-smyczy#.VTEW_PBvAmw

Artykuł opublikowany w „Gazecie Finansowej” nr 15 (10-16.04.2015)