Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podatek bankowy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podatek bankowy. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 26 kwietnia 2016

Kolejny przekręt banksterów

Czas skończyć z utrzymywaniem fikcji, że KNF cokolwiek „nadzoruje”. Prawda jest bowiem taka, że ciało te stanowi ekspozyturę bankowego lobby i gra z instytucjami finansowymi w jednej drużynie.

Ech, czasem chciałoby się choć na chwilę odsapnąć od opisywania kolejnych przejawów bezczelności banksterskiej mafii, ale cóż począć? Tym razem chodzi o podatek od aktywów instytucji finansowych (tzw. „podatek bankowy”) - a konkretnie, o rewolucyjny sposób wymigania się od płacenia tegoż, na jaki wpadł Getin Noble Bank Leszka Czarneckiego. Metoda okazała się banalnie prosta i polega na zastosowaniu odwróconej formy kreatywnej księgowości. Normalnie kreatywna księgowość służy ukrywaniu złej kondycji finansowej firmy. W przypadku Getin Noble natomiast ma ona na celu wygenerowanie na papierze rzekomej straty – wszystko w pełni legalnie i przy poparciu Komisji Nadzoru Finansowego (o skandalicznej roli tej instytucji za chwilę). Na czym zasadza się trik? Otóż należy wykazać stratę za IV kwartał 2015 roku, następnie zaś zgodnie z art. 142 prawa bankowego zwrócić się do KNF o wdrożenie planu naprawczego. Tak też postąpił wspomniany bank. Na jego „stratę” złożyły się „wydarzenia jednorazowe” w postaci wpłaty do Bankowego Funduszu Gwarancyjnego w związku z upadłością wołomińskiego SK Banku (116,9 mln zł), oraz zarezerwowanie środków na poczet przyszłej składki na rzecz Funduszu Wsparcia Kredytobiorców w wys. 134,1 mln zł. Rzecz w tym, że ta druga płatność równie dobrze mogła zostać zaksięgowana w I kwartale 2016 roku, ale wtedy bank nie byłby w stanie wykazać takiej pięknej straty – a tak, w IV kw. 2015 znalazł się na 195,4 mln zł „pod kreską”. Dla porównania, poprzednie kwartały, to zyski odpowiednio: I kw. - 128,6 mln zł, II kw. - 70 mln zł, III kw. - 41 mln zł.

Wszystko dlatego, że ustawa o podatku od niektórych instytucji finansowych przewiduje zwolnienie od zapłaty podatku podmiotów realizujących plan naprawczy. Tymczasem GNB za cały 2015 r. wykazał 44 mln zł zysku, a jego kapitał to ponad 5 mld zł. Co więcej, jego akcje po załamaniu w związku z projektami przewalutowania tzw. kredytów frankowych zaczęły ostatnio ponownie zyskiwać na wartości. Można zatem powiedzieć o nim wiele złego, choćby w kontekście wspomnianych łże-kredytów, polisolokat itd., ale z pewnością nie to, że znajduje się w rozpaczliwej sytuacji, wymagającej nadzwyczajnych kroków – a takim właśnie ekstraordynaryjnym posunięciem, teoretycznie przewidzianym głównie dla podmiotów zagrożonych bankructwem, jest właśnie postępowanie naprawcze.

Gra toczy się o niebagatelną stawkę. Według własnych szacunków Getin Noble płaciłby ok. 240 mln zł podatku bankowego rocznie. Jednak ponieważ postępowanie naprawcze trwa z reguły trzy lata, a czasem nawet dłużej, to istnieje możliwość, że bank uniknie łącznie zapłacenia 720 mln zł. Dla takiej sumy warto ponieść pewne niedogodności związane choćby z ograniczeniem samodzielności banku w trakcie postępowania.

Jednak do tanga trzeba dwojga. Zgodnie z art. 142 p.2 prawa bankowego „Komisja Nadzoru Finansowego może wyznaczyć bankowi termin na opracowanie programu postępowania naprawczego (...) oraz zlecić jego uzupełnienie lub ponowne opracowanie”. Innymi słowy, wdrożenie procedury nie następuje „z automatu” - wszystko zależy od oceny KNF. Dlaczego więc GNB uznał, że KNF przychyli się do jego wniosku i zdecydował się na ten krok?

I tu właśnie dochodzimy do roli KNF w całej tej aferze, oraz wyjaśnienia dlaczego zaistniałą sytuację – mimo, iż formalnie zgodną z prawem – określiłem w tytule mianem „przekrętu”. Mianowicie, KNF – przypomnijmy, oficjalnie organ kontrolny - już w styczniu tego roku ogłosiła, że banki, które wykażą stratę za IV kw. 2015 r. zostaną objęte programem naprawczym. Krótko mówiąc, państwowa instytucja nadzorcza zabawiła się w doradcę finansowego banksterów, otwartym tekstem wskazując im sposób uniknięcia podatku, gwarantując zarazem, że mogą „na pewniaka” wykazywać sztuczną stratę i zgłaszać się do KNF po glejt uwalniający na okres trzech lat od zobowiązań podatkowych! Z takimi urzędowymi gwarancjami tylko głupiec nie skorzystałby z okazji. Co więcej, w doniesieniu PAP już wtedy wspomniano o opisywanej tu podatkowej furtce, możliwości księgowania w IV kwartale kosztów związanych z wpłatami na rzecz BFG i Funduszu Wsparcia Kredytobiorców, a także o ewentualności zanotowania straty netto przez Getin Noble Bank. Takie to, drodzy Państwo, banksterskie tango, w którym banki oraz organ nadzoru tańczą w idealnej harmonii.

Podsumowując, przede wszystkim czas skończyć z utrzymywaniem fikcji, że KNF cokolwiek „nadzoruje”. Prawda jest bowiem taka, że ciało te stanowi ekspozyturę bankowego lobby i gra z instytucjami finansowymi w jednej drużynie przeciw państwu, ze szkodą dla budżetu, politycznie zaś – przeciw władzy zagrażającej interesom banksterskiej sitwy, co zresztą niedawno znalazło kolejne potwierdzenie w postaci groteskowej opinii KNF dot. skutków przewalutowania kredytów frankowych. W konsekwencji, należy KNF rozwiązać i powołać w jej miejsce realny organ kontrolny – na szczęście, by to uczynić nie potrzeba konstytucyjnych korowodów. Wystarczy zwykła ustawa.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” -------> http://warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3667-pod-grzybki

Na podobny temat:

http://blog-n-roll.pl/pl/ukr%C3%B3ci%C4%87-bankow%C4%85-kreacj%C4%99-pieni%C4%85dza

http://blog-n-roll.pl/pl/rozp%C4%99dzi%C4%87-knf

http://www.blog-n-roll.pl/pl/%E2%80%9Ekurs-sprawiedliwy%E2%80%9D-dla-wszystkich

http://www.blog-n-roll.pl/pl/kontratak-bankster%C3%B3w-%E2%80%93-cd

http://blog-n-roll.pl/pl/kontratak-bankster%C3%B3w

http://blog-n-roll.pl/pl/wytarza%C4%87-bankster%C3%B3w-w-smole-i-pierzu

http://blog-n-roll.pl/pl/%E2%80%9Erepolonizacja%E2%80%9D-franka

http://blog-n-roll.pl/pl/polska-na-banksterskiej-smyczy#.Vcj7MbVvAmw

http://www.blog-n-roll.pl/pl/walutowy-hazard#.Vcj83LVvAmw

http://www.blog-n-roll.pl/pl/ewa-kopacz-%E2%80%93-lobbystka-bankster%C3%B3w

http://blog-n-roll.pl/pl/banksterska-wojna

http://niepoprawni.pl/blog/346/gra-kredytem

http://blog-n-roll.pl/pl/kredytowa-szulernia

Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 14 (01-07.04.2016)

czwartek, 24 grudnia 2015

„Pomysły rodem z Budapesztu” jednak przejdą?

Nową władzę czeka w relacjach z bankami stan permanentnej zimnej wojny – i nie ma co się łudzić, że będzie inaczej.

„- Pomysły rodem z Budapesztu tutaj nie przejdą” - grzmiał w 2012 r. z sejmowej mównicy Jan Vincent „no PESEL” Rostowski. Czytelnicy obdarzeni co lepszą pamięcią może kojarzą tę sytuację, ale na wszelki wypadek przypomnę. Otóż Platforma rozpaczliwie poszukując pieniędzy forsowała wtedy „chwilową” podwyżkę VAT z 22 na 23 proc., co miało przynieść budżetowi państwa ok. 5 mld zł dodatkowych wpływów. Z kolei Prawo i Sprawiedliwość zgłosiło projekt podatku bankowego od aktywów w wysokości 0,39 proc., który skutkować miał wpływami w identycznej wysokości pochodzącymi od banków, zakładów ubezpieczeń i funduszy inwestycyjnych. Oczywiście, opozycja została przegłosowana, podwyżka VAT, zgodnie z przewidywaniami nie okazała się bynajmniej „tymczasowa”, natomiast dziura w ściągalności tego podatku systematycznie powiększała się z roku na rok, sięgając w 2015 r. wg niedawnych wyliczeń firmy doradczej PwC 3 proc. PKB, czyli 53 mld zł. Podatek bankowy trafił do kosza.

I ta właśnie inicjatywa, która wówczas tak rozemocjonowała bankowego lobbystę na stanowisku ministra finansów, dzisiaj powraca – zgodnie zresztą z zapowiedziami z kampanii wyborczej. Do marszałka Sejmu trafił niedawno poselski projekt ustawy o podatku od instytucji finansowych. Wedle założeń, podatek dla banków naliczany ma być miesięcznie w wysokości 0,0325 proc., co w skali roku da 0,39 proc. Z kolei podatek od firm ubezpieczeniowych wynieść ma 0,05 proc. miesięcznie, czyli 0,6 proc. rocznie. Wedle słów szefa sejmowej komisji finansów Wojciecha Jasińskiego, podatek przynieść ma budżetowi 5-6 mld. zł rocznie. Z kolei minister rozwoju Mateusz Morawiecki szacuje większą rozpiętość – od 3 do 6 mld. zł. Z podatku będą wyłączone instytucje o aktywach mniejszych niż 4 mld zł, nie obejmie on również funduszy inwestycyjnych, co stanowi znaczące złagodzenie w stosunku do pierwotnych planów (daniny unikną dzięki temu np. małe banki spółdzielcze i SKOK-i). Ponadto PiS wycofało się z pomysłu opodatkowania transakcji finansowych (koncepcja ta była rozważana jako rozwiązanie alternatywne). Podatek bankowy miałby obowiązywać już od 1 lutego 2016.

Chciałoby się powiedzieć – wreszcie. Do tej pory bowiem bankierzy, będący we własnych oczach solą ziemi oraz koroną wszelkiego stworzenia, mieli w Polsce istne Eldorado – włącznie z rządami na swych usługach. Sektor bankowy rok w rok notował rekordowe zyski, aż po pułap 16 mld zł w 2014. To nie tylko efekt bezlitosnego dojenia „frankowiczów”, czy ofiar „polisolokat”, ale również jednych z najwyższych w Europie prowizji i opłat bankowych. Według raportu Goldman Sachs z 2014 zajmujemy pod tym względem 4 miejsce – opłaty i prowizje stanowią 27 proc. łącznych przychodów banków w Polsce – wyżej plasują się jedynie Austria (29 proc.), Portugalia (35 proc.) i Włochy (36 proc.). Te horrendalne haracze dały zresztą asumpt analitykom Goldmana do obniżenia rekomendacji większości banków z „neutralnej” na „sprzedaj”. Powód? Uznano, że w żyłowaniu klientów polski sektor doszedł do ściany i zwyczajnie nie da się więcej wycisnąć. Nic dziwnego, skoro w samym 2014 przychody tego typu dały 13,51 mld zł – i to przy stale malejących kosztach działalności.

Krótko mówiąc, banki mają się czym dzielić. Jednak nawet opisana wyżej, stosunkowo łagodna wersja podatku, spotkała się z miejsca ze skrajnie negatywną reakcją finansowego lobby. Nową władzę czeka więc w relacjach z bankami stan permanentnej zimnej wojny – i nie ma co się łudzić, że będzie inaczej. To kwestia pokazania kto tu rządzi – jak na Węgrzech, gdzie banki zamroziły akcję kredytową (spadek o 30 proc.) i Orban od przyszłego roku zamierza analogiczny podatek obniżyć. U nas z kolei Krzysztof Pietraszkiewicz, prezes Związku Banków Polskich już wcześniej odgrażał się, że „przestrzeń dla podatku bankowego nie istnieje” - charakterystyczny dla przedstawicieli branży wykwit bezczelności. Zamiast podatku bankowego proponował podwyżkę CIT, co przy wysublimowanych metodach „optymalizacji” było rzecz jasna zwykłym mydleniem oczu. Oczywiście pojawia się stały repertuar gróźb i szantaży w rodzaju podwyżki kosztów usług bankowych, ograniczenia kredytów, obniżenia tempa wzrostu PKB – i to w sytuacji, gdy wg Pawła Szałamachy, opodatkowane aktywa mają być liczone z pominięciem funduszy własnych banków, będących podstawą akcji kredytowych. Ba, Cezary Mech podaje (inf. za portalem wGospodarce.pl), że jeszcze na przedwyborczym posiedzeniu Rady Rozwoju Rynku Finansowego prezes ZBP postulował m.in. obniżenie opodatkowania produktów bankowych i ograniczenie uprawnień KNF. Pokazuje to, jak pewnie czują się bankierzy w roli władców polskiej gospodarki. Wygląda na to, że nadzór finansowy, UOKiK i rząd będą miały pełne ręce roboty. Tę batalię jednak zwyczajnie trzeba wygrać i w znacznej mierze będzie to pojedynek siły woli – sytuacja w której banksterski ogon kręci psem na dłuższą metę jest nie do pomyślenia, bo koszta takiego stanu rzeczy ponosimy wszyscy.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” -------> http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3022-pod-grzybki

Na podobny temat:

http://www.blog-n-roll.pl/pl/kres-bankowej-samowoli

http://niepoprawni.pl/blog/346/budapeszt-czy-ateny

Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 50 (11-17.12.2015)

wtorek, 17 listopada 2015

Nadzieje i wyzwania

Bez głosów „frankowiczów” PiS nie mógłby liczyć na samodzielną większość. Teraz jest tym ludziom coś winien.

Poznaliśmy skład rządu premier Beaty Szydło i jeśli chodzi o jego część gospodarczą, jest... różnie. Z pewnością cieszy nominacja dla Anny Streżyńskiej, która jako szefowa UKE dała się poznać z konsekwentnej walki z praktykami monopolistycznymi, przełamując dominującą pozycję TP SA oraz oligopol Plusa, Ery i Orange, co w praktyce przełożyło się na niższe ceny internetu i telefonii komórkowej. Na obecnym stanowisku ministra cyfryzacji najprawdopodobniej będzie kontynuowała pro-konsumencką politykę – zatem tu możemy się tylko cieszyć.

Najwięcej emocji i kontrowersji jednak budziła kandydatura Mateusza Morawieckiego, dotychczas prezesa banku BZ WBK należącego do hiszpańskiego Santandera. Morawiecki (syn legendarnego Kornela Morawieckiego, przewodniczącego „Solidarności Walczącej”) przymierzany był na dziennikarskiej giełdzie do funkcji ministra finansów, ostatecznie wylądował jeszcze wyżej – jako wicepremier i minister superresortu rozwoju, absolutnie kluczowego jeśli chodzi o przyszłą politykę gospodarczą państwa. I tu pojawia się pytanie, jak człowiek z samego serca banksterskiego Mordoru ma się do przedwyborczych zapowiedzi PiS w kwestii przykręcenia śruby bankom i międzynarodowym sieciom handlowym? Czy jego nominacja, to taktyczna zagrywka Jarosława Kaczyńskiego obliczona na uspokojenie tzw. „rynków”, czyli mówiąc po ludzku – spekulantów i banksterskiego lobby? Pisząc wprost – czy nie zachodzi tu konflikt interesów? Należy pamiętać, że ministrem się bywa i po skończeniu urzędowania Mateusz Morawiecki zapewne będzie chciał powrócić do świata bankowości, tym bardziej, że na przejściu do rządu traci finansowo – w samym tylko 2014 roku zarobił 1,8 mln zł, jako minister będzie otrzymywał dziesięciokrotnie mniej. Czy będzie chciał się narażać potężnej grupie interesów z której na dodatek sam się wywodzi, mając w tyle głowy, że jeśli popadnie w konflikt ze środowiskiem bankowym, to nie będzie, nazwijmy to eufemistycznie, witany z otwartymi rękami?

Zresztą, nawet zakładając stuprocentową uczciwość i odporność na naciski, Morawiecki junior może najzwyczajniej w świecie mieć spaczony, „bankocentryczny” ogląd świata. Przedstawiciele szlachetnej rasy bankierów mają silną predylekcję do traktowania siebie w kategoriach współczesnych nadludzi, kreatorów gospodarczej rzeczywistości i utożsamiania partykularnego interesu swojej branży z dobrem gospodarki jako takiej. Do czego to prowadzi przekonaliśmy się podczas globalnego kryzysu finansowego, na własnym podwórku zaś – przy okazji batalii o ucywilizowanie kredytów frankowych i polisolokat. BZ WBK nie należy do wyjątków i również ma swój portfel kredytów we frankach, choć trzeba oddać, że zachowuje się przyzwoiciej, niż niektórzy konkurenci, bez oporów dostosowując się np. do ujemnego LIBOR.

I tu przyszła mi do głowy teoria spiskowa – jak wiadomo, specjaliści z Kancelarii Prezydenta wyrzucili właśnie do kosza niemal ukończony projekt pisanej wspólnie z przedstawicielami „frankowiczów” ustawy, która miała być dość restrykcyjna dla banków. Jako uzasadnienie podano jej rzekomą „niekonstytucyjność” nie wskazując jednakże na czym miałaby ona polegać. Nowe założenia są już znacznie łagodniejsze i sprowadzają się do możliwości „ułożenia się” klientów z bankami, a w ostateczności – pozbycia się kredytu poprzez oddanie bankowi nieruchomości. Innymi słowy – dogadajcie się, albo oddawać mieszkanie. Tak się złożyło, iż owa wolta zbiegła się z pojawieniem się właśnie Mateusza Morawieckiego w charakterze kandydata na jedno ze stanowisk gospodarczych w rządzie. Przypadek?

Z dobrych wieści – Morawiecki ma być zwolennikiem deregulacji i ułatwień dla osób prowadzących działalność gospodarczą oraz stawiania na innowacyjny model rozwoju. I oby właśnie tym się zajmował nie sabotując działań mających na celu ukrócenie samowoli międzynarodowych koncernów traktujących Polskę jako obszar kolonialny. Sztandarowymi postulatami PiS w tej materii były propozycje podatku bankowego (w wersji podatku od aktywów, bądź podatku od transakcji finansowych), uszczelnienie systemu podatkowego z którego wyciekają rokrocznie dziesiątki miliardów złotych oraz wprowadzenie podatku od sklepów wielkopowierzchniowych. I tutaj należy nową władzę trzymać bezwzględnie za słowo. Na szczęście ministrem finansów został – jakby dla równowagi wobec Morawieckiego – Paweł Szałamacha, który jest zdecydowanym zwolennikiem powyższych rozwiązań. No i w tym momencie powstaje pytanie – jak będzie wyglądać współpraca obu ministerstw, choćby podczas obowiązkowych uzgodnień międzyresortowych przy wprowadzaniu jakiejś formy opodatkowania banków? Będzie wojenka, przeciąganie sprawy na „święty nigdy”, czy jednak panowie dojdą do porozumienia?

Jedno jest pewne – bez głosów „frankowiczów” i generalnie, ludzi mających dosyć Polski jako eksploatowanego bantustanu, PiS nie mógłby liczyć na samodzielną większość. Teraz jest tym ludziom coś winien – i o tej powinności należy nowej władzy stale przypominać.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ----> http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/2790-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 46 (13-19.11.2015)

niedziela, 26 lutego 2012

O greckich kozojebcach i bankructwie w Zjednoczonej Europie


Jeśli ktoś sądzi, iż w Zjednoczonej Europie można ot tak sobie zbankrutować, to pozostaje w tzw. „mylnym błędzie”.


I. Pastuchy

Że Grecy są kozojebcami, to rzecz powszechnie wiadoma. Jesteśmy z tą wiedzą oswojeni i musimy jakoś żyć ze świadomością plugawych obyczajów tych poturczonych pseudo-europejczyków. Koza Amaltea od której się wywodzą, miałaby coś na ten temat do powiedzenia – szczególnie po traumatycznych przejściach z przyssanym do jej cyca niejakim Zeusem w pewnej zacisznej jaskini na Krecie. Ówże Zeus, słynący ze swych nieposkromionych chuci zaspokajanych na wszelkie możliwe i niemożliwe sposoby, odłamawszy Amaltei róg podczas igraszek, uczynił go rogiem obfitości i od tej pory Grecy są przekonani, że wszystko im się należy.

Bo też, przyznajmy, trzeba mentalności umysłowego pastucha, żeby zadłużać swój kraj, wydając go w ten sposób na żer lichwiarzy, a w konsekwencji – wyrzekając się suwerenności. My pod tym względem zresztą, wybierając na dwie kadencje specjalistów od ciepłej wody w kranie za pożyczone pieniądze, podążamy podobnym tropem i kto wie, czy wkrótce nie przyjdzie mi pisać notki o polskich, dajmy na to, świniojebcach.

II. Kosztowna Europa

Jednak nurtuje mnie pytanie, czy źródeł obecnego bankructwa Hellady upatrywać należy wyłącznie w greckim πορνείο i notorycznym kozojebstwie, czy też dołączyły również inne czynniki. Otóż uważam, iż wrodzone kozojebstwo jest wprawdzie elementem sprzyjającym, lecz nie wystarczającym do upadłości. Czynnikiem ostatecznie przechylającym szalę jest członkostwo w Unii Europejskiej, a zwłaszcza w „projekcie politycznym” (słowa Romano Prodiego) jakim jest strefa euro zmontowana wbrew jakiejkolwiek racjonalności ekonomicznej, z teorią optymalnego obszaru walutowego na czele.

Zjednoczona Europa wymaga bowiem spełnienia najrozmaitszych kosztownych warunków, z zagwarantowaniem socjalu, płaceniem składek i wcielaniem w życie przeróżnych „dyrektyw” i „zaleceń” na czele. A wszystko to generuje wydatki, wydatki i jeszcze raz wydatki. Co więcej – również czołowe dobrodziejstwo, jak nam przedstawia się unijne fundusze, może stać się niebagatelnym składnikiem decydującym o niewypłacalności! Albowiem, aby pozyskać fundusze na upragnione inwestycje przy których można się pożywić, należy wpierw zagwarantować wkład własny. Skąd zaś wziąć wkład, skoro ni ma? Ano, należy sfinansować go z pożyczek, obligacji itp. W Polsce dały się w ten destrukcyjny mechanizm wrobić liczne gminy i inne jednostki samorządowe, budując na potęgę baseny i aquaparki, bo wicie-rozumicie, jest „trynd” i presja, by te fundusze jakoś wykorzystywać, nie odstawać i w ogóle. No i budują, mury pną się do góry opatrzone unijnymi tabliczkami, a piramida długów rośnie i rośnie - aż do szczęśliwego krachu, bo te inwestycje, już po finalizacji, tyż trza z czegoś utrzymać.

Własna waluta daje jeszcze jakieś pole manewru, ale gdy kraj na poziomie Grecji, nijak nieprzystający do Niemiec czy Francji, wejdzie do „ekskluzywnego klubu” strefy euro, to kaplica. Tym bardziej, jeśli surowe warunki uczestnictwa nałożą się na mentalność cwanego niewolnika, który widzi świat pod postacią swego stada kóz, a wyłoniona spośród pastuchów „elita polityczna” musi siłą rzeczy dostosować się do wymagań współziomków, rozwydrzonych starożytnymi przekazami o kozim rogu obfitości. To musi skończyć się plajtą, kompromitacją i ogólnym smrodem.

III. Zapomnijmy o dobrodziejstwie bankructwa...

Grecy w sumie mają za swoje, ponieważ to oni wymyślili Unię Europejską (wówczas nazywało się to Związkiem Ateńskim i niech no tylko które polis spróbowało wystąpić z tego hiper-demokratycznego i ab-so-lut-nie dobrowolnego związku! No!) i byli nawet prekursorami promocji rozmaitych zboczeń – nie tylko kozojebstwa. Wszak znaczna część tych antycznych popaprańców żyła – uwaga – nad Morzem E-Gejskim, zatem dzisiejsza UE jest także pod tym względem epigonem Hellenów.

Niemniej, jeśli ktoś sądzi, iż w Zjednoczonej Europie można ot tak, sobie ogłosić niewypłacalność, to pozostaje w tzw. „mylnym błędzie”. O, co to – to nie! Euro-Shylockowie nie odpuszczą, dopóki nie wydoją ostatniej kozy, a i Niemcy – ten dobry wujek Euro-zony – nie zezwolą, by ktokolwiek wyłamał się z obszaru wspólnej waluty, która tak stymuluje teutoński eksport. Ale, oczywiście, samo miętoszenie kozich wymion nie wystarczy, zatem należy zaordynować kontynentalną zrzutkę w postaci kolejnych transzy pomocowych, które to transze via grecki budżet trafią do szacownych wierzycieli będących w posiadaniu sterty papierów (bez)wartościowych.

Również i my w tej ściepie weźmiemy udział, nadwyrężając naszą rezerwę rewaluacyjną, czyli robiąc dokładnie to, co onegdaj postulował nieboszczyk Lepper, z tym że on chciał przynajmniej rzucić te pieniądze na polski rynek, by pobudzić popyt wewnętrzny, zgodnie z naukami „trzeciej drogi” wyniesionymi z Instytutu Schillera. Tymczasem, obecnie mamy wycelować do Międzynarodowego Funduszu Walutowego jakieś 6 miliardów na „dokapitalizowanie”, aby z kolei MFW był w stanie pomóc braciom-Grekom i ich kozom. Zatem, może opodatkujmy „sektor finansowy”, który i tak nie jest nasz na te 6 mld i po ściągnięciu daniny wytransferujmy ją do MFW? Bo póki co wynika, że to polski podatnik sfinansuje „naszą” zrzutkę poprzez VAT podniesiony do 23%.

Coś w tym guście zaproponował ostatnio PiS, zgłaszając zamiast 23% VAT projekt tzw. „podatku bankowego” w wymiarze 0,39% od aktywów instytucji finansowych, co przyniosłoby ok. 5 mld zł, ale nieoceniony minister Rostowski zagrzmiał, iż „pomysły rodem z Budapesztu tutaj nie przejdą” i koniec końców ten „kredyt” udzielony MFW na oszałamiające 0,1-0,2% (podczas gdy nasza linia kredytowa z MFW jest oprocentowana na 5-6%) sfinansują, jako się rzekło, polscy konsumenci w cenach towarów i usług.

A za tę hojność koza Amaltea popatrzy na nas w podzięce swymi wielkimi, lekko wilgotnymi oczami.

Gadający Grzyb

PS. Bonus:

KOZY, śmierdzący rodzaj zwierząt, w Piśmie Świętym znaczą grzesznych i potępionych, mających stać na dniu ostatnim na lewicy. Według Naturalistów uszyma i nosem oddychają, w nocy widzą jak koty, sowy, puhacze, nietoperze. Wątrobę kozią jedząc, wzrok ludzki naprawuje się, owszem oddala się ślepota. Tygrys zwierz mięsa koziego nigdy nie jada, pierwej na śmierć, niż na tę potrawę rezolwowany. Taka między kozami jest sympatia, że czasu jednego gdy koza z kozą na ciasnym bardzo mostku czyli kładce zeszły się, i nazad obrócić się jedna nie mogła, położyła się, aby druga przezeń przeszedłszy, kontynuowała podróż swoją. Plinius, libr. 9. cap. 5. W Indyi zaś zachodniej, alias w Ameryce, według Gwilelma Pizona w Historii Naturalnej libr. 3. znajdują się kozy dzikie, a raczej Sarny, w których żołądku Kamień Bezoar rodzi się.

(x. Benedykt Chmielowski „Nowe Ateny...”)

Na podobny temat:

http://niepoprawni.pl/blog/287/budapeszt-czy-ateny

http://niepoprawni.pl/blog/287/kryzysowy-korkociag

http://niepoprawni.pl/blog/287/zielona-wyspa-w-czarnej-dziurze

sobota, 18 lutego 2012

Budapeszt czy Ateny?


„- Pomysły rodem z Budapesztu tutaj nie przejdą” - zagrzmiał Rostowski. No to, prędzej czy później, będą Ateny...


I. Rząd się żywi

Jan Vincent Rostowski, oddelegowany aktualnie do pilnowania nad Wisłą interesów międzynarodowej finansjery, pokrzyczał sobie z sejmowej mównicy na niekonstruktywną opozycję. No bo, przyznajmy, posiadanie przez opozycję jakichkolwiek pomysłów wykraczających poza palenie zioła i skrobanki na życzenie, jest wyjątkową bezczelnością, a już zwłaszcza gdy są to pomysły, które godzą w jedynie słuszną linię ekonomiczną Zielonej Wyspy, gwarantującą nam stabilny wzrost gospodarczy.

Co prawda, jak napisałem niedawno, z tego osławionego, czteroprocentowego wzrostu nic nie wynika, o czym świadczą dane Eurostatu ogłaszające zdumionej gawiedzi, iż 10 milionów Polaków czyli 27,8% jest zagrożonych ubóstwem lub wykluczeniem społecznym. Te 10 milionów, to jedna czwarta tubylczej populacji, ćwierć narodu. I to pomimo wpompowanego w polską gospodarkę strumienia unijnych pieniędzy, trzystu miliardów pożyczonych w ciągu czterech lat przez rząd Tuska (rekord świata!) oraz kaski przesyłanej rodzinom przez zarobkowych emigrantów rozsianych po Europie. Jeśli dołożymy do tego bezrobocie na poziomie ponad 13% (w tym 25% wśród młodych) i ponaddwumilionową rzeszę tzw. „pracującej biedoty” (working poor), to pytanie o owe „pozytywne wskaźniki” za które ponoć tak chwali nas Europa staje się całkiem zasadne.

Tu, po namyśle, muszę sprostować swe radykalne stwierdzenie sprzed chwili, że z polskiego wzrostu gospodarczego „nic nie wynika”. Zależy, jak dla kogo. W ciągu czterech lat rządu Tuska w szeroko rozumianej administracji (wliczając ZUS, KRUS i NFZ) przybyło blisko sto tysięcy urzędników (538 tys w 2011 w stosunku do ok. 440 tys w 2007 – wzrost o 23%), zaś średnia płaca w administracji państwowej podniosła się o 1000 zł (30-procentowy wzrost). Można się domyślać, że większość z tej rzeszy głosuje na swych dobroczyńców z PO. Tak się hoduje lojalny elektorat, związany klientelistycznymi zależnościami ze swym patronem. Krótko mówiąc, wzrost gospodarczy ma pracować na władzę, by ta – niczym za Urbana - mogła sama się wyżywić. Czyż nie jest to ze wszech miar słuszne podejście?

II. Wzrost i kapitał

No, ale wszak rząd, choć żarłoczny, nie jest w stanie samodzielnie przejeść owoców wzrostu. To znaczy jest w stanie, jak najbardziej, ale chcąc nie chcąc musi doprosić do stołu tych, dzięki którym ów wzrost wzrasta i wzrasta – i jeszcze wzrasta... Oczywiście, jak nas uczą różni mądrzy ludzie, tegoż mitycznego wzrostu, którego nikt z nas na oczy nie widział, chyba że pod postacią entuzjastycznych słupków w mediodajniach - tegoż bezcennego wzrostu powiadam, nie wypracowują miliony takich jak my szaraczków na śmieciowych umowach czy znoszący codzienną gehennę prowadzenia small-businessu drobni przedsiębiorcy bez podwieszeń i układów w rozmaitych sitwach. Ten wzrost, mianowicie, generują ponoć „inwestorzy” na czele ze szlachetną rasą bankierów i w związku z tym powinniśmy całować ich po piętach, łykając przy tym łzy wdzięczności.

Owi dobroczyńcy z workami złota przybywają do nas z zagranicy, by wspomóc, zasilić i ucywilizować gospodarczych Irokezów, zatem zrozumiałe jest, że każde próby brużdżenia muszą spotkać się z odporem światłych kół rządzących oraz beneficjentów i utrwalaczy III RP, którzy nie po to przecież zostali dopuszczeni do komitywy i pousadzani na różnych posadach, by teraz kąsać rękę, która im chleb daje. Tym bardziej, że światłe koła rządzące dobrze znają tzw. „sytuację ogólną” oraz „generalne uwarunkowania”, które sprawiają, iż „obiektywne rynkowe okoliczności” są takie a nie inne.

Skomplikowane? Już wyjaśniam. Otóż, jak wiadomo, polskiego sektora finansowego nie ma. Nie ma i już. Są tylko filie wielkich międzynarodowych koncernów, światowych macherów od pieniądza i jego kreacji. To by nawet pasowało do hasła „kapitał nie ma narodowości”, ale takie ględzenie dobre jest na czas prosperity. W czasie kryzysu kapitał sobie o narodowości przypomina, bo potrzebuje pieniędzy podatników na „dokapitalizowanie” po poniesionych w wyniku własnej chciwości stratach. A i narodowość sobie przypomina o kapitale - o tym, że jednak te wszystkie jaskinie spekulacji są formalnie niemieckie, włoskie, angielskie i warto grać na ich korzyść, bowiem one po wyżyłowaniu „rynków wschodzących” na których grasowali „budując” tamtejszy „wzrost gospodarczy”, wytransferują jakoś prawem i lewem te fundusze do rodzimych central i puszczą w obieg u siebie, co jest cichym warunkiem rządowego „dokapitalizowywania”. Ot, symbioza taka. U nas również poniewczasie się w tym mechanizmie połapano i zaczęto przebąkiwać o zrobieniu jakiegoś polskiego konsorcjum, które wykupiłoby („udomowiło”) jedną czy drugą filię zachodniego banku, ale zapewne „rynki” („ponadnarodowe” oczywiście) zmarszczyły brwi i na gadaniu się skończyło.

III. Konsumowanie owoców wzrostu

Powyższy przydługi szkic sytuacyjny przedstawiłem dlatego, gdyż daje on nam odpowiedź na przyczyny furii, która ogarnęła nieocenionego Jana Vincenta na sejmowej mównicy podczas debaty z posłami opozycji. Albowiem, jak wiemy, nasz sztukmistrz z Londynu w ramach programu żywienia rządu i podtrzymywania słupka wzrostu gospodarczego zapożyczył nas u scharakteryzowanych powyżej rekinów spekulacji tak skutecznie, że pod koniec zeszłego roku musiał uciekać się do iście cyrkowej ekwilibrystyki, by dług publiczny nie przekroczył progu ostrożnościowego 55% PKB. Czego to nie było!Rozpaczliwe rozpisywanie wydatków na kolejne rubryczki i fundusze, wypychane następnie na papierze poza zobowiązania Skarbu Państwa, no i spektakularna interwencja, by utrzymać relację złotówki do innych walut na poziomie umożliwiającym odnotowanie, że oto na 31.XII.2011 prześlizgnęliśmy się pod gilotyną.

Tym razem się udało, ale nie zmienia to faktu, że siedzimy w kieszeniach „banksterów” po same uszy i nie możemy im podskoczyć, gdyż to właśnie oni sfinansowali państwowe zobowiązania oraz wyżywienie rządu w ramach napędzonego pożyczkami „wzrostu gospodarczego”. A że teraz mają walizki pełne polskich papierów dłużnych i to coraz bardziej „rentownych”, czyli wypisywanych wraz z upływem czasu na coraz wyższy procent, zatem oczywiste jest, iż nasza dyktatura matołów musi ich dopuścić do żłobu, by mogli pospołu z władzą konsumować owoce tegoż ciężko wypracowanego „wzrostu”, czyli wpuszczonego w gospodarkę via budżet państwa pożyczonego pieniądza.

Owa konsumpcja zaś ma polegać na tym, by na owych pieniądzach wpuszczonych w obieg zarobić podwójnie. Pierwszy raz – obracając nimi, bo wszak obracanie pieniędzmi odbywa się w przytłaczającej mierze za pośrednictwem banków i firm zależnych – a nie czynią tego przecież za darmo, tylko liczą sobie najrozmaitsze opłaty, odsetki i prowizje. Drugi raz – zarobić na nich poprzez nasze podatki, którymi rząd spłaci zaciągnięte wobec „rynków” zobowiązania.

IV. „Na tym się świata ład opiera, że jeden sieje, drugi zbiera”

W tej sytuacji nie dziwi wzburzenie oddelegowanego na polski odcinek finansowego lobbysty Jana Vincenta, gdy niekonstruktywna, pisowska opozycja wniosła – o zgrozo – projekt opodatkowania aktywów banków, towarzystw ubezpieczeniowych i funduszy inwestycyjnych zamiast 23% stawki VAT na towary i usługi. Wprawdzie proponowany podatek bankowy w wysokości 0,39% (!) przyniósłby wg danych Komisji Nadzoru Finansowego i GUS te same 5 miliardów złotych co zwiększony do 23% VAT (4,1 mld zł od aktywów banków, 538 mln zł od aktywów zakładów ubezpieczeń oraz 405 mln zł od aktywów funduszy inwestycyjnych), ale przecież - jak wykazałem powyżej - nie po to „rynki finansowe” wsadziły sobie państwo polskie do kieszeni, żeby teraz płacić temuż państwu z tego tytułu podatki. To my jesteśmy od tego, by naszymi podatkami, w tym dwudziestotrzyprocentowym VAT-em, spłacać papiery dłużne państwa, to chyba oczywiste. Inne rozwiązanie byłoby wbrew naturze, albowiem „na tym się świata ład opiera, że jeden sieje, drugi zbiera”.

Na dzień dzisiejszy owo „sianie i zbieranie” wygląda tak, że w 2012 roku prognozowane wpływy z PIT przyniosą ok. 42,4 mld, zaś obsługa długu Skarbu Państwa wyniesie... ok. 43,8 mld złotych (TU). Czyli, nasze PIT-y idą w całości na pokrycie odsetek i wykup roczny państwowych papierów wartościowych!

Histeryczną obroną finansowej oligarchii uskutecznioną przez Jana Vincenta Rostowskiego dyktatura matołów pokazała jasno (który to już raz?) po czyjej stoi stronie i gdzie ma obywateli jako potencjalnych beneficjentów wzrostu gospodarczego. Wiadomo, że słodkich pierniczków dla wszystkich nie wystarczy, zatem plony wspólnego wysiłku zbierać będzie „waadza” do spółki z grandziarzami. Dla tubylców przewidziana jest rola taniej siły roboczej, mordercze podatki i obszary nędzy nakreślone w cytowanych na wstępie danych dotyczących ubóstwa.

„- Pomysły rodem z Budapesztu tutaj nie przejdą” - zagrzmiał Rostowski. No to, prędzej czy później, będą Ateny...

Gadający Grzyb

(Notek w wersji audio posłuchać można na: Niepoprawne RadioPL)

Na podobny temat:

http://niepoprawni.pl/blog/287/kryzysowy-korkociag

http://niepoprawni.pl/blog/287/zielona-wyspa-w-czarnej-dziurze