niedziela, 17 lutego 2019

Dywidenda obywatelska – eksperyment czy konieczność?

Dywidenda obywatelska to już nie są mrzonki, tylko coraz bardziej paląca konieczność – ruch „żółtych kamizelek” jest dobitnym dowodem, że żyjemy na tykającej społecznej bombie zegarowej.

Niedawno w Finlandii zakończył się dwuletni eksperyment z wypłacaniem Bezwarunkowego Dochodu Podstawowego (BDP). Programem objęto 2000 bezrobotnych, którym wypłacano co miesiąc kwotę 560 euro – była to suma nieopodatkowana i otrzymywana niezależnie od innych świadczeń. Celem eksperymentu było zbadanie, czy osoby pobierające BDP staną się bardziej aktywne na rynku pracy – robocza hipoteza zakładała, że beneficjenci świadczenia będą poszukiwali dodatkowych możliwości zatrudnienia bez obaw, że stracą w ten sposób przysługujące im zasiłki socjalne.

Efekty? Co najmniej dwuznaczne. Nadzorujący program fiński urząd ubezpieczeń socjalnych Kela opublikował właśnie wyniki za pierwszy rok trwania eksperymentu – czyli 2017 (wyniki za 2018 mają zostać podane w roku 2020). Okazało się, że bezrobotni otrzymujący BDP w znikomym stopniu aktywizowali się zawodowo w porównaniu z grupą kontrolną (czyli bezrobotnymi nie otrzymującymi dochodu gwarantowanego), średnio bowiem w ciągu roku przepracowali raptem pół dnia więcej. Jednocześnie jednak większość z nich (55 proc.) stwierdziła, że poprawiło im się samopoczucie (czemu trudno się dziwić) oraz ogólny dobrostan – odczuwali mniejszy stres, mieli również mniej kłopotów ze zdrowiem. Ohto Kanniainen, ekonomista pracujący przy wdrożeniu programu stwierdził, iż tego typu wyników można się było spodziewać m.in. ze względu na niskie kwalifikacje bezrobotnych oraz towarzyszące im trudne sytuacje życiowe. Cóż, nie od dziś wiadomo, że bieda degraduje – nawet ta względna, jak w Finlandii.

A więc porażka? Hm, wszystko zależy od tego, czemu BDP ma służyć. Jeśli jedynie skłonieniu do pracy czy podejmowania większego ryzyka życiowego z gwarancją, że zawsze ma się finansową „poduszkę bezpieczeństwa” - to fiński eksperyment od początku był nietrafiony i źle zaadresowany. Po pierwsze, u ludzi długotrwale bezrobotnych pojawia się często zjawisko „wyuczonej bierności”, na które niekiedy nakładają się problemy psychiczne, typu depresja czy obniżone poczucie własnej wartości – szczególnie, jeśli dana osoba przez dłuższy czas bezskutecznie poszukiwała pracy. Po drugie, BDP wypłacany równolegle np. do zasiłku dla bezrobotnych uruchamia w głowie „kalkulator”: w porządku, znajdę jakąś (nie oszukujmy się, na ogół niskopłatną) pracę, zachowam dochód podstawowy, ale stracę inne świadczenia – czy mi się to opłaca? Tutaj o wiele bardziej interesujące byłoby sprawdzenie, jak BDP działałby u osób pracujących, ale zarabiających stosunkowo niewiele – czy byłyby bardziej skłonne do podnoszenia kwalifikacji, przeprowadzki za pracą, bądź założenia własnej firmy.

W tym kontekście o wiele więcej sensu wydaje się mieć włoski program „warunkowego” dochodu podstawowego. Tamtejszy rząd od kwietnia będzie wypłacał „pensje” najuboższym obywatelom oraz bezrobotnym aktywnie poszukującym pracy. Rodzina ma otrzymywać miesięcznie 1330 euro, zaś osoby samotne – 780 euro. Warunkiem jednak jest podjęcie zatrudnienia – po trzech odmowach przyjęcia proponowanej pracy świadczenie będzie zabierane.

Wszystko to moim zdaniem jednak jest kręceniem się wokół problemu bez dotykania jego istoty. Otóż dochód gwarantowany (który wolę określać mianem „dywidendy obywatelskiej”) w jakiejś perspektywie czasowej będzie niezbędny z zupełnie innych powodów. Obecna rzeczywistość wygląda bowiem tak, że gros obciążeń podatkowych przerzucanych jest na zwykłych obywateli, podczas gdy globalne koncerny stosują przy bezradności rządów agresywną optymalizację. Efektem jest regresywny system podatkowy (ubożsi, głównie w formie podatków pośrednich odprowadzają proporcjonalnie większą część dochodów niż bogatsi) – co z kolei prowadzi do wzrostu kosztów życia za którym nie nadążają wynagrodzenia. Na powyższe nakłada się prekaryzacja rynku pracy, czego konsekwencją jest zjawisko „pracującej biedoty” („working poor”), które wkrótce przełoży się na rzeszę biednych emerytów. Widoczne jest to chociażby w spadającym udziale płac w PKB, rosnącym rozwarstwieniu społecznym i zanikaniu klasy średniej. Wszystko to razem wzięte zaburza społeczną mobilność – obecnie pozycję społeczną coraz częściej się dziedziczy, czemu dodatkowo sprzyja pogarszająca się jakość usług publicznych (edukacja, służba zdrowia, transport).

I właśnie łagodzeniu tych patologii przede wszystkim ma służyć dywidenda obywatelska, którą można wdrożyć chociażby poprzez omawiane tu niedawno „luzowanie ilościowe dla ludzi” (jego zwolennicy nazywają to „dywidendą społeczną”) - przy czym, odpowiednio skalkulowana, mogłaby być wypłacana ZAMIAST rozmaitych, rozproszonych świadczeń socjalnych, co pozwoliłoby zaoszczędzić na kosztach ich obsługi. Takie rozwiązanie ma jeszcze jeden walor – wpuszcza świeży pieniądz do realnej gospodarki. To już nie są mrzonki, tylko coraz bardziej paląca konieczność – ruch „żółtych kamizelek” jest dobitnym dowodem, że żyjemy na tykającej społecznej bombie zegarowej. Lepiej ją zawczasu rozbroić, zanim eksploduje.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Dywidenda obywatelska

BDP, czyli dywidenda obywatelska

Luzowanie ilościowe dla ludzi

Ekonomia „króla Albanii”

Nowoczesna teoria pieniądza

BDP, czyli dywidenda obywatelska

O wypłukiwaniu pieniędzy z powietrza

Wirtualny pieniądz i realny dług


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 07 (15-21.02.2019)

Jan Olszewski i dwie daty

18 czerwca 1989 i 4 czerwca 1992 – to dwie symboliczne daty konserwujące na długie lata III RP jako postkomunistyczny bantustan.

I. 18 czerwca 1989 r. - akt założycielski III RP

Tak się złożyło, że śmierć premiera Jana Olszewskiego zbiegła się z kolejną medialną próbą rehabilitacji Okrągłego Stołu i czerwcowych wyborów z 1989 r. Wicenaczelny „Wyborczej” Jarosław Kurski w komentarzu zaapelował, by przywrócić „świętu 4 czerwca 1989 r. należne miejsce w zbiorowej pamięci” (czyli ustanowić ten dzień świętem państwowym) i nie pozwolić go „zbrukać i umniejszyć”. Pojawia się również passus o „okradaniu z życiorysów” oraz wątek nadziei, iż Polacy mimo wszystko „potrafią się porozumieć”, dzięki czemu „taki mord, jak ten w Gdańsku, nigdy się nie powtórzy”. Mamy zatem klasyczne pudrowanie nieświeżej legendy o porozumieniu Polaków z dwóch stron historycznego podziału, dzięki któremu mogła się narodzić wolna i demokratyczna III RP – tę narrację michnikowszczyzny znamy zresztą od blisko 30 lat. Jedyny nowy akcent to wtłoczenie w ten propagandowy przekaz zabójstwa Pawła Adamowicza – z kontekstu wynika, że strona kontestująca mit Okrągłego Stołu dzieli Polaków i tym samym ponosi co najmniej moralną odpowiedzialność za śmierć prezydenta Gdańska. Można? Można. Na powyższe nakłada się zapowiedź powrotu Donalda Tuska do krajowej polityki pod szyldem „ruchu 4 czerwca”, który ma zostać zainaugurowany w 30 rocznicę kontraktowych wyborów. Najwyraźniej Angela Merkel zniecierpliwiona nieudolnością „totalnej opozycji” zdecydowała się wysłać swojego protegowanego, by zaprowadził porządek w Warszawie, a natchniony tym obóz beneficjentów III RP szykuje się do rozstrzygającej batalii.

Czy wspomniany obóz ma prawo do wciągania 1989 r. na swoje sztandary? Ależ ma, jak najbardziej – tyle, że przestrzelił nieco z konkretną datą. Otóż aktem założycielskim III RP w jej ogólnie znanym, postkomunistycznym kształcie nie były wcale wybory z 4 czerwca, wtedy bowiem naród wypowiedział się jednoznacznie, wysyłając komunistów w kosmos – ze szczególnym uwzględnieniem tzw. listy krajowej. Prawdziwy początek III RP to dwa tygodnie późniejsza II tura wyborów (18 czerwca), która wbrew jasnemu stanowisku Polaków przyklepała ustalony przy Okrągłym Stole podział mandatów. Przypomnijmy, że dwa dni po I turze (6 czerwca) doszło do spotkania strony „solidarnościowej” w osobach Bronisława Geremka i Tadeusza Mazowieckiego z przedstawicielami PZPR (Ciosek, Gdula, Kiszczak), w której „nasi” podali komunie tlen, potwierdzając ustalone wcześniej parytety miejsc w sejmie kontraktowym.

I to jest właśnie kwintesencja III RP – owo aroganckie przeświadczenie, że „oświecone i odpowiedzialne elity” władne są decydować ponad głowami nieodpowiedzialnego, ciemnego ludu. Wyborcy 4 czerwca 1989 jasno pokazali, że nie interesuje ich, co między sobą ustalili „partyjni” i „bezpartyjni” w Magdalence – ale to dla ojców-założycieli III RP nie miało znaczenia. Ma być tak jak zostało dogadane, koniec kropka. I ta zasada założycielska, czyniąca z aktu wyborczego pustą fasadę, dekorację legitymizującą różne obrotowe konfiguracje kolejnych rządów, obowiązywała przez następne dziesięciolecia. Jeżeli gdzieś szukać przyczyn niskiej aktywności społecznej Polaków i słabej frekwencji podczas kolejnych wyborów, to właśnie w tym pierwszym szwindlu i demonstracyjnym zlekceważeniu woli większości. To wtedy Polacy zobaczyli, że ich głos dla tych „na górze” po staremu się nie liczy – i zajęli się swoimi sprawami.

Tak więc, szanowni obrońcy Okrągłego Stołu - odczepcie się od 4 czerwca. 18 czerwca 1989 i II tura przy 25 proc. frekwencji – to jest wasza data i upamiętniajcie ją sobie, jak tylko chcecie.


II. Unieważnić układ z Magdalenki

Śp. premier Olszewski zmarł 7 lutego, dzień po 30 rocznicy rozpoczęcia obrad Okrągłego Stołu – i jest w tej koincydencji coś symbolicznego. Po raz kolejny jego ścieżka przecięła się ze zgniłym układem Magdalenki – niczym pamiętnej nocy z 4 na 5 czerwca 1992 r. To rząd Jana Olszewskiego był pierwszym prawdziwie niekomunistycznym rządem nowej Polski, powołanym po pierwszych wolnych wyborach. I to Jan Olszewski jako pierwszy chciał realnie przekształcić postkomunistyczne oblicze III RP przyklepane 18 czerwca 1989 r. Tu dygresja – stawia się w tym kontekście zarzut, że przy Okrągłym Stole był zarówno Olszewski, jak i bracia Kaczyńscy, w związku z tym są tak samo „umoczeni” jak Mazowiecki czy Geremek. Otóż nie. Wszystko bowiem zależy od tego, PO CO siadało się do rozmów – czy traktowało się negocjacje jako niezbędny etap taktyczny na drodze do ostatecznego odsunięcia komunistów od wpływów i władzy, czy też jako drogę do zawarcia wiążących ustaleń, mających trwale ukonstytuować przyszły porządek polityczny. Rychło się okazało, że stronnictwo, które przejęło pod czułym okiem Kiszczaka przywództwo po stronie solidarnościowej (Michnik-Kuroń-Geremek, czyli, jak wtedy mawiano „michnikuremek”) dążyło do tej drugiej opcji w strachu przed polskim „endeckim ciemnogrodem” - czego przejawem była „gruba kreska” Mazowieckiego i jego słynne „pacta sunt servanda” czy antyrozliczeniowe i antylustracyjne tyrady Michnika (który, nawiasem, stał się zaprzysięgłym wrogiem lustracji po tym, jak sobie pobuszował w archiwum MSW).

Rząd Jana Olszewskiego przeciwnie – pragnął unieważnić okrągłostołowy układ, na wszelkich możliwych polach, słusznie uważając, że umowy z okupantem zawierane w cieniu politycznych mordów nie mogą być obowiązujące. Dotyczyło to nie tylko lustracji i dekomunizacji. Nigdy dość przypominania, że to właśnie gabinet Olszewskiego jasno ustalił nasze priorytety zagraniczne jako drogę na zachód i do NATO. To on ostatecznie utrącił agenturalne „koncepcje” Wałęsy - „NATO-bis” i „EWG-bis”, nie wspominając już o zablokowaniu pomysłu rosyjsko-polskich spółek joint venture, które miały zostać zainstalowane w posowieckich bazach wojskowych. Gdyby nie to, pozostalibyśmy na długi czas w geopolitycznej próżni, strefie zgniotu między wschodem a zachodem, w efekcie czego obecna Polska mogłaby przypominać Ukrainę – kto wie, czy nie z eksterytorialnym korytarzem do Kaliningradu (były i takie projekty). Warto o tym pamiętać, tym bardziej, że dziś pierwsi do przypisywania sobie zasług są ci, którzy wówczas prozachodni kurs rządu Olszewskiego kwitowali jako polityczne awanturnictwo i dywagowali o „finlandyzacji” Polski, jako jedynym „odpowiedzialnym” scenariuszu. Wreszcie, co również istotne, rząd Jana Olszewskiego usiłował powstrzymać złodziejską prywatyzację, uwłaszczanie się partyjnej nomenklatury i rozgrabianie narodowego majątku, co budziło nie mniejszą wściekłość, niż chociażby wizja dekomunizacji służb mundurowych.


III. Dwie daty

W tych warunkach rząd Jana Olszewskiego musiał upaść, niezależnie od niestabilnego sejmowego poparcia. Godził w zbyt wiele interesów, podważał cały magdalenkowy porządek. Był nie na rękę zarówno postkomunistom, jak i zblatowanej z nimi Unii Demokratycznej, która w „historyczne porozumienie” zainwestowała cały swój autorytet, a także „aferałom” z KL-D, którzy inkasowali wtedy „niemieckie dotacje” przekazywane w reklamówkach. Realizacja przez ministra Antoniego Macierewicza sejmowej uchwały lustracyjnej jedynie przyspieszyła nieuchronne (votum nieufności dla mniejszościowego gabinetu zostało zakulisowo uzgodnione już wcześniej, właśnie z wymienionych wyżej przyczyn).

Teraz, jako „wielkiego człowieka”, żegna go osobiście Adam Michnik, lśniąc przy tym miedzianym czołem. Ten sam Michnik, którego organ wręcz zapluwał się przy okazji „nocnej zmiany”, pisząc o „nikczemności” i drukował kabotyński wiersz Wisławy Szymborskiej „Nienawiść”. A ja wrócę do wyborów z 1989 r. Otóż rząd Jana Olszewskiego podjął próbę realizacji woli narodu wyrażonej 4 czerwca 1989 r. i przekreślonej dwa tygodnie później II turą. 18 czerwca 1989 i 4 czerwca 1992 – to dwie strony tego samego medalu i dwie symboliczne daty konserwujące na długie lata III RP jako postkomunistyczny bantustan. I to właśnie one powinny widnieć na sztandarach tych, którzy pragną, żeby „było tak, jak było”.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 07 (15-21.02.2019)

Pod-Grzybki 147

Witam czytelników „Warszawskiej Gazety”. W związku z wydawniczą reorganizacją od tego numeru „Pod-Grzybki”, którymi dotąd nękałem permanentnie czytelników „Polski Niepodległej”, będą się ukazywały właśnie tutaj. Charakter rubryki pozostanie oczywiście bez zmian – „Pod-Grzybki” po staremu będą epatować niewyszukanym, chuligańskim wdziękiem oraz urągać dobremu gustowi. A więc, jedziemy!


*

Na marginesie „taśm Birgfellnera” - rozczuliła mnie wypowiedź czcigodnego teścia, czyli Jana Marii Tomaszewskiego, o swoim zięciu, czyli rzeczonym Birgfellnerze: „To nie jest żadna rodzina, on się przykleił i tyle”. Mamy tutaj dobrze znane w knajackich kręgach tzw. pucowanie, w slangu korporacyjnym zwane również „OWD” („ochroń własną d...ę”). Tłumacząc z polskiego na nasze: „Co? Jak? Birgfellner? A dajcie mi spokój, nie znam człowieka!”.


*

Eureka! Odkryłem skąd Ewie Kopacz przyszło do głowy, że ludzie polowali na dinozaury. Otóż był kiedyś taki film - „Milion lat przed naszą erą” z Raquel Welch paradującą w „jaskiniowym” bikini. Jak nic, Ewa Kopacz go widziała – i przemówiła do niej tzw. prawda ekranu. Ciekawe, czy ktoś już jej uświadomił, że nie był to dokument?


*

Robert Biedroń zadebiutował z nowym ugrupowaniem „Wiosna, panie sierżancie” (czy jakoś tak). Z tej okazji portal gazeta.pl, wybił w nagłówku: „babcie wyrywają sobie Biedronia z rąk, bo jest jak idealny zięć”. Hmm, tego... nie wyjaśniono tylko, czy postępowe seniorki pragnęłyby takiego zięcia dla synków czy córeczek. I może warto by również wyjaśnić im, że wnuczków z tego nie będzie, bo jak mawiał Jan Tadeusz Stanisławski „nie da rady – oba samce!”.


*

No chyba, że stałby się cud. Już raz coś takiego miało miejsce – albowiem, jak swego czasu objawił słynny komentator sportowy, Bohdan Tomaszewski: „Ryszard Szurkowski to cudowne dziecko dwóch pedałów”.


*

A skoro zeszliśmy na sport i galopujący genderyzm. W niektórych dyscyplinach zmorą zaczynają się stawać mężczyźni-nieudacznicy, którzy nagle „odkryli swą kobiecość”, przechodząc do kategorii żeńskich – za zgodą sterroryzowanych polityczną poprawnością związków sportowych. Niedawno taki 100-kilowy okaz kobiety zadebiutował w australijskiej kadrze piłkarek ręcznych (a jest to sport kontaktowy i dość urazowy). Ale co tam szczypiorniak – poczekajmy, aż faceci zaczną przechodzić do żeńskich sportów walki. Osobiście czekam na debiut sióstr Kliczko w kobiecym boksie – uuuch, to dopiero będzie masakra!


*

Na szczęście Jurny Stefan nie ma takich problemów z samoidentyfikacją. Ma za to inne – cała ta jego afera, to mianowicie jedna, wielka żenada. Co by nie mówić, kiedyś korumpowanie polityków wyglądało jednak poważniej – jakieś walizki z pieniędzmi, lewe konta na Kajmanach... A dziś? Okazuje się, że wystarczy kilka panienek i fasolka po bretońsku. Na miejscu kolegów zmyłbym Stefanowi głowę – bo zwyczajnie psuje rynek. Jak to mawiają – głowa łysieje, d...a szaleje. Cóż, jaki kraj, taki Berlusconi...


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 07 (15-21.02.2019)

niedziela, 10 lutego 2019

Ludzka polityka monetarna

Mamy do czynienia z patologiczną sytuacją – bank centralny nie ma prawa finansować bezpośrednio rządu, ale wpompowywać pieniądze do sektora finansowego – już tak!

W ubiegłotygodniowym felietonie zarysowałem pokrótce koncepcję „luzowania ilościowego dla ludzi” (Quantitative Easing for People) zakładającą, iż pieniądze, które w ramach luzowania ilościowego trafiały dotąd bezproduktywnie do sektora finansowego, napędzając jedynie kolejną falę spekulacji, powinny trafić do gospodarki realnej – w formie inwestycji, bądź bezpośrednio do kieszeni obywateli. Teoretycznie jest to jak najbardziej wykonalne – bo skoro banki centralne tak czy inaczej kreują „z niczego” świeży pieniądz, by za jego pomocą wykupywać obligacje i inne papiery wartościowe, to równie dobrze mogą decydować gdzie ów pieniądz trafi. Byłoby to zresztą w pełni zgodne zarówno z ideą pieniądza suwerennego, jak i Nowoczesną Teorią Monetarną (MMT – Modern Money Theory), które legły u podstaw luzowania ilościowego w jego obecnym kształcie. Na przeszkodzie jednak stoi obecny „ustrój” finansowy, który jest – nie zawaham się tego nazwać wprost – systemem bandyckim.

W czym rzecz? Ano w tym, że we współczesnym świecie standardem jest zakaz finansowania potrzeb budżetowych bezpośrednio przez banki centralne. Przykładowo, art. 123 Traktatu o funkcjonowaniu Unii Europejskiej (tzw. Traktat Lizboński) głosi, iż „Zakazane jest udzielanie przez Europejski Bank Centralny lub banki centralne Państw Członkowskich, zwane dalej »krajowymi bankami centralnymi«, pożyczek na pokrycie deficytu lub jakichkolwiek innych kredytów instytucjom, organom lub jednostkom organizacyjnym Unii, rządom centralnym, władzom regionalnym, lokalnym lub innym władzom publicznym, innym instytucjom lub przedsiębiorstwom publicznym Państw Członkowskich, jak również nabywanie bezpośrednio od nich przez Europejski Bank Centralny lub krajowe banki centralne ich papierów dłużnych”. Podobny zapis mamy w naszej konstytucji: „Ustawa budżetowa nie może przewidywać pokrywania deficytu budżetowego przez zaciąganie zobowiązania w centralnym banku państwa” (art. 220 p.2).

Cóż to oznacza w praktyce? Otóż zapisy te zmuszają rządy do zadłużania się na rynkach finansowych – krajowych i zagranicznych. Pół biedy, jeśli czynią to we własnej walucie, ale nader często w grę wchodzi również o wiele groźniejsze zadłużenie w walutach obcych. Skutek jest taki, że całe państwa siedzą w kieszeni globalnej oligarchii finansowej, która prawem kaduka zyskała monopol na kredytowanie długu publicznego pod zastaw przyszłych dochodów obywateli (podatków). Jednocześnie rządy i banki centralne mogą skupować obligacje na rynku wtórnym – czyli najczęściej odkupywać je od instytucji finansowych (na tym wszak polega wspomniane luzowanie ilościowe). Mamy zatem do czynienia z patologiczną sytuacją – bank centralny nie ma prawa finansować bezpośrednio rządu, ale wpompowywać pieniądze do sektora finansowego – już tak! Na dodatek, dzięki systemowi rezerwy cząstkowej, banki mogą kreować pieniądze jednym „kliknięciem”, zatem są w stanie kupić w ten sposób praktycznie „bezkosztowo” rządowe obligacje, by potem zarabiać na oprocentowaniu. Czarno na białym wykazał to prof. Richard A. Werner w omawianej na tych łamach pracy „Stracone stulecie w ekonomii. Trzy teorie i niezbity dowód”. Więcej – zagraniczne waluty za które rzekomo „kupiono” obligacje przeważnie nie trafiają fizycznie do krajów przeznaczenia. Stanowią one jedynie wirtualny przelicznik, na podstawie którego kraj „sprzedający” obligacje może wyemitować ich ekwiwalent we własnej walucie. Innymi słowy – rządy poprzez obligacje kupują na rynkach „prawo” do wydrukowania pieniądza. Nota bene, spłata zadłużenia musi nastąpić w walucie w jakiej się pożyczało (np. dolary, euro), co jako żywo przypomina niesławny mechanizm „kredytów” frankowych – tyle, że w megaskali. Paranoja. Nic dziwnego, że George Soros wyznał w przypływie szczerości, że dług publiczny jest podstawą funkcjonowania rynków finansowych.

Warto przypomnieć, że obecnie to banki komercyjne odpowiadają za kreację przytłaczającej większości pozostającego w obiegu pieniądza, podczas gdy zgodnie z konstytucją jedynym emitentem winien być bank centralny. Krótko mówiąc – banki fałszują pieniądz na masową skalę. Taka „polityka monetarna” jest nieludzka, wtrąca bowiem kolejne pokolenia podatników w spiralę niespłacalnego zadłużenia, czyniąc ich de facto niewolnikami globalnego kapitału. Najlepiej byłoby oczywiście odejść od tego łupieżczego systemu – ale nawet i w jego ramach jest furtka, pozwalająca na wprowadzenie „ludzkiej” polityki monetarnej. Wystarczy, że rząd „obdaruje” obligacjami obywateli – i wtedy bank centralny będzie mógł w majestacie prawa skupić te papiery dłużne z powstałego w ten sposób „rynku wtórnego” za żywą gotówkę, przeprowadzając „luzowanie ilościowe dla ludzi” i wpuszczając pieniądz bezpośrednio do realnej gospodarki. Oczywiście, istnieje ryzyko inflacji – lecz tu wystarczyłoby zastosować progi ostrożnościowe, na wzór tych już obowiązujących w odniesieniu do długu publicznego. Tylko na czym wtedy zarabialiby finansowi grandziarze?


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Luzowanie ilościowe dla ludzi

Ekonomia „króla Albanii”

Nowoczesna teoria pieniądza

BDP, czyli dywidenda obywatelska

O wypłukiwaniu pieniędzy z powietrza

Wirtualny pieniądz i realny dług


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 06 (08-14.02.2019)

Barwy kampanii

O ile przekaz z „zaszczuciem” Adamowicza skierowany jest do „totalsów”, o tyle przekaz z taśm Birgfellnera ma zbulwersować i odstręczyć od PiS „normalsów”.

I. Adamowicz jako knebel

Napisałem niedawno, że w ciągu doby od zabójstwa Pawła Adamowicza ukształtował się przekaz, który zdominuje obie tegoroczne kampanie wyborcze. Zasadniczo nie wycofuje się z tej diagnozy, acz wprowadzić trzeba do niej jedną, istotną korektę: wygląda na to, że propagandowa narracja „totalnej opozycji” będzie nieco bardziej zniuansowana – a to za sprawą taśm Birgfellnera. Atak będzie zatem przebiegał dwutorowo, obsługując różne segmenty elektoratu. Najtwardsze jądro będzie ekscytowane i utrzymywane w zwartości sprawą zabójstwa prezydenta Gdańska, czemu dodatkowo sprzyjać mają wybory uzupełniające, w których jako faworytka startuje jego zastępczyni Aleksandra Dulkiewicz. Ze względu na dramatyczne okoliczności, gdańskie wybory będą miały wydźwięk ogólnopolski, a spodziewane zwycięstwo Dulkiewicz będzie próbowała zdyskontować Platforma Obywatelska, świeżo pogodzona nad urną Adamowicza z układem „małej Sycylii”. Obóz „totalnych” zresztą nawet niespecjalnie ukrywa, że chce z morderstwa zrobić coś na kształt własnego Smoleńska – z odpowiednio spreparowaną legendą, jakoby Adamowicza zaszczuła pisowska „nienawiść”, ze szczególnym uwzględnieniem TVP Jacka Kurskiego. A zatem, wedle tej legendy, PiS i media publiczne mają „krew na rękach” i podbechtały zabójcę do zbrodni – w związku z tym, wobec siewców nienawiści nie obowiązują żadne cywilizowane standardy. Można pluć, poniżać, dopuszczać się aktów agresji, cementując w ten sposób najbardziej zaciekłych wyborców. Jakakolwiek próba obrony ze strony rządowej będzie zaś przedstawiana jako cyniczne odwracanie kota ogonem.

To zakładanie knebla odbywa się na naszych oczach – wszelkie przypomnienia o różnych mętnych interesach byłego włodarza Gdańska, jego kontach bankowych i niejasnościach w oświadczeniach majątkowych jest kwitowane jako „szczucie” i „mowa nienawiści”. Z wyjątkową gorliwością włączyła się w ten spektakl pogrążona w żałobie wdowa, zaliczając medialne tournée podczas którego lansowała właśnie tego typu „story”. Podobnie rzecz się ma z pytaniami o zabezpieczenie finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Jerzy Owsiak, który początkowo wyraźnie spanikował i ogłosił swoją rezygnację z funkcji prezesa WOŚP, po kilku dniach odzyskał rezon – zupełnie jakby dostał gwarancję, że nie zostanie pociągnięty do odpowiedzialności i zachowa status bezkarnej, świętej krowy III RP. PiS-owi z przyczyn politycznych niezręcznie jest uderzać w „Jurka” i dociekać na jakiej zasadzie omija prawo nie zgłaszając finałów WOŚP jako imprez masowych. Wystarczy sobie przypomnieć, jakie morze histerycznego wrzasku wylało się swojego czasu na ministra Błaszczaka, gdy chciał zakwalifikować Przystanek Woodstock jako imprezę podwyższonego ryzyka, by mieć odpowiedź, dlaczego odpowiednie służby nie drążą tematu bezpieczeństwa na wydarzeniach organizowanych przez „Jurasa” i poprzestały na nękaniu szefa agencji ochroniarskiej oraz ściganiu internetowych hejterów. Tak więc i na tym odcinku PiS spychany jest do defensywy.


II. Tolerancja represywna

Istotną rolę odgrywa tu Donald Tusk w charakterze suflera narracji. Czyni to w typowy dla siebie sposób – podgrzewając atmosferę i jątrząc za pomocą rzucanych przy różnych okazjach aluzji, insynuacji i niedomówień. Te wszystkie frazy w rodzaju „współczesnych bolszewików” czy gdańskiego apelu, by ocalić Europę, Polskę i Gdańsk przed „nienawiścią i pogardą” mają na celu ustawienie i koordynację przekazu „totalnej opozycji”, utrafiając przy okazji w emocjonalne zapotrzebowanie „anty-PiS-u”. Owo zapotrzebowanie zaś sprowadza się do utwierdzenia w przekonaniu, że reprezentują siły dobra – światłej, postępowej, demokratycznej i generalnie lepszej części Polaków i „europejczyków” walczących z siłami ciemności. A skoro tak, to nie czas na sentymenty i trzeba jechać ostro.

W praktyce zobaczyliśmy to niedawno podczas ataku na wychodzącą z gmachu TVP Magdalenę Ogórek - nienawistne hasła, obelgi, oklejanie samochodu wlepkami, blokowanie wyjazdu... Stąd już naprawdę niedaleko do fizycznej agresji, co w pierwszym momencie przyznała nawet część opozycyjnych dziennikarzy i polityków (np. Dominika Wielowieyska z „Wyborczej”, pisząc, że „to wydarzenie miało cechy linczu”). Tu jednak wkroczył, niczym ober-dyscyplinator, Donald Tusk, podając „właściwą” interpretację wydarzeń: „Kłamstwo organizowane przez władzę za publiczne pieniądze to perfidna i groźna forma przemocy, której ofiarami jesteśmy wszyscy. I wszyscy powinni solidarnie, w ramach prawa, przeciw temu kłamstwu protestować. A więc, winny jest PiS i TVP oraz sama Magdalena Ogórek. Od tego momentu, jak za dotknięciem różdżki, przekaz skręcił o 180 stopni – nagle okazało się, że demonstranci wyrażali jedynie słuszny „gniew ludu”, forma protestu wcale nie była aż tak agresywna i dolegliwa, a Ogórek perfidnie kreuje się na ofiarę. Dodatkowo, to atakujący z miejsca awansowali do roli „ofiar reżimu”, bo po zajściu śmiała nachodzić ich policja i stawiać jakieś zarzuty. Oznacza to rozgrzeszenie wszelkich ewentualnych aktów przemocy w przyszłości. Uczenie nazywa się to „tolerancją represywną” - ów koncept zakłada dominację świadomej mniejszości (w tej roli widzi siebie obóz „anty-PiS”) nad upokorzoną większością. Innymi słowy, nie ma tolerancji dla naszych wrogów, a wobec „nienawistników” można stosować nienawiść z czystym sumieniem. To właśnie podpowiedział swoim tweetem Tusk, zyskując entuzjastyczny aplauz „totalnych”. Wygląda więc, że Palikot pospieszył się, kasując swój wulgarny wpis o Magdalenie Ogórek i symulując przeprosiny. Następnym razem już nie skasuje, tylko pójdzie na całość, tak jak robił to „podrywając godnościowe podstawy prezydentury Lecha Kaczyńskiego” i szczując po tragedii smoleńskiej.


III. Kaczyński - „oligarcha”

Ale powyższe, to tylko jeden element. Drugi, to taśmy Birgfellnera i sprawa budowy przez Srebrną biurowców w Warszawie. „Wyborcza” na początek wprawdzie ewidentnie przeszarżowała, głosząc, że nagrania zatopią PiS, nie znaczy to jednak, że wycofa się z kampanii. Założenie jest proste – PiS i Jarosław Kaczyński mają być systematycznie grillowani za pomocą dawkowanych co jakiś czas kolejnych stenogramów. I nie ma znaczenia, że na taśmach próżno szukać śladu jakiejkolwiek przestępczej czy choćby wątpliwej etycznie działalności - bo nie o to chodzi. Rzecz w tym, by zawartość odpowiednio opakować powtarzanymi konsekwentnie sugestiami, że mamy do czynienia z aferą, zaś Jarosław Kaczyński jest obłudnikiem pozorującym jedynie skromny tryb życia, podczas gdy tak naprawdę jest rekinem biznesu deweloperskiego i niemalże oligarchą kręcącym szemrane interesy. Intencja jest następująca – mało komu będzie się chciało odsłuchiwać długie rozmowy i przedzierać przez stenogramy. Średnio zorientowany odbiorca, który coś uchwyci jednym uchem ma odnieść wrażenie, że tak „w ogólności” coś tu śmierdzi, a partia i jej prezes deklarujący, że do polityki nie idzie się dla pieniędzy, w rzeczywistości nie są lepsi od reszty polityków. Tego zaś wyborcy nie lubią – mogą przymknąć oko na przekręty, tak jak przymykali przez osiem lat rządów PO, lecz na fałszywych moralistów reagują alergicznie. I właśnie temu mają służyć taśmy – by do PiS przykleiła się opinia zakłamanych świętoszków, którzy po cichu kręcą lody nie gorzej od poprzedników. Podsumowując – o ile przekaz z „zaszczuciem” Adamowicza skierowany jest do „totalsów”, o tyle przekaz z taśm Birgfellnera ma zbulwersować i odstręczyć od PiS „normalsów”.

Póki co, PiS reaguje na zasadzie strażaka gaszącego kolejne pożary – a to zatrzymaniem Misiewicza („nie ma świętych krów”), to znów korupcyjno-łóżkowymi ekscesami „jurnego Stefana”. To jednak mało. Potrzeba zbudowania spójnej narracji neutralizującej atak i przede wszystkim przejścia od reaktywności do narzucenia własnej, ofensywnej retoryki. Na szczęście, jest jeszcze trochę czasu, a „totalni” otwierając przedwcześnie ogień mogą do wyborów wystrzelać się z amunicji.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Polityczna nekrofilia „totalnej opozycji”

„Mowa nienawiści” - knebel na prawicę

#JaCięNieMogę!


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 06 (08-14.02.2019)

niedziela, 3 lutego 2019

#JaCięNieMogę!

Wyborcza” kompletnie się ośmieszyła, a na miejscu Kaczyńskiego wysłałbym na Czerską duży bukiet kwiatów w podzięce za ocieplenie wizerunku.

I. Przychodzi Birgfellner do Kaczyńskiego

Na początek rytualne zastrzeżenie – ze względu na cykl wydawniczy tygodnika tekst piszę we wtorek wieczorem, tak więc nie wiem co jeszcze trzyma w zanadrzu „Wyborcza”. Jeżeli jednak założyć, że na początek odpaliła najmocniejsze działo, to trzeba powiedzieć, że zapowiadana sensacja skończyła się wielkim niewypałem, co podkreślają również dziennikarze, których trudno posądzać o kibicowanie PiS-owi. Taki Jan Wróbel, trzymany w agorowym radiowęźle TOK FM w charakterze konserwatywnej paprotki stwierdził wręcz, że gdyby w Polsce byli tacy „oszuści” jak Kaczyński, to byśmy żyli w Szwajcarii – co jest niezłym podsumowaniem całej dętej „afery”. Przypomnijmy, że materiał „GW” zapowiadany był jako wielka sensacja, która stanie się końcem PiS-u, a wicenaczelny Jarosław Kurski zalecał czytelnikom, by pobiegli do kiosków z samego rana lub wykupili elektroniczną prenumeratę. Cóż, kto się skusił, musi teraz pluć sobie w brodę – bowiem w opublikowanych materiałach, jeśli spojrzeć na nie chłodnym okiem zwyczajnie nic nie ma. Jednym słowem, humbug.

Co tak naprawdę się wydarzyło? Zrekonstruujmy sobie to w punktach: 1. Legalnie działająca spółka Srebrna chciała wybudować na należącej do niej działce dwa bliźniacze wieżowce; 2. By zrealizować inwestycję wartą ok. 300 mln. euro (jakieś 1,3 mld. zł.) zwróciła się o kredyt do banku Pekao SA; 3. Inwestycja nie dochodzi do skutku przez motywowany politycznie opór władz Warszawy; 4. Dodatkowo, kwestia budowy zostaje podniesiona w kampanii samorządowej przez Jana Śpiewaka, kandydata na prezydenta stolicy, więc dla dobra partii należy wstrzymać przedsięwzięcie; 5. Podwykonawca – austriacki przedsiębiorca Gerald Birgfellner, prywatnie zięć Jana Marii Tomaszewskiego (ciotecznego brata Jarosława Kaczyńskiego) – domaga się zapłaty i zwrotu kosztów z tytułu przygotowanych już analiz i projektów; 6. Kaczyński nie uchyla się, żąda jednak konkretnych faktur i rachunków, które byłyby podstawą do wypłacenia pieniędzy; 7. Birgfellner wymaganych dokumentów nie przedstawia, wskutek czego Kaczyński doradza mu udanie się do sądu – wyrok sądowy na korzyść Birgfellnera stanowiłby bowiem podstawę prawną do zapłaty; 8. Birgfellner (najprawdopodobniej czując, że jego pozycja negocjacyjna jest słaba) zamiast tego nagrywa swoje rozmowy z Kaczyńskim (łącznie ponoć grubo ponad trzydzieści godzin) i idzie z nimi do mec. Romana Giertycha; 9. Roman Giertych „nadaje” sprawę „Gazecie Wyborczej”; 10. W przeddzień publikacji pierwszych nagrań Birgfellner z Giertychem składają zawiadomienie o popełnieniu przez Kaczyńskiego przestępstwa „oszustwa wielkich rozmiarów”. Kropka.


II. Humbug

Widzą tu państwo gdzieś aferę? Złamanie prawa? No właśnie – bo nic takiego nie ma. Wie to również, ma się rozumieć, „Wyborcza” (w końcu nie siedzą tam idioci), dlatego też, zdając sobie sprawę ze słabości swojego „kapiszona”, usiłuje wszystko odpowiednio podkręcić i obudować narracyjnie, tak by niezorientowany odbiorca odniósł wrażenie, że generalnie „coś tu śmierdzi”. Spójrzmy zatem na zarzuty „GW”: 1. Kaczyński łamie ustawę o partiach politycznych, która zabrania prowadzenia przez partie działalności gospodarczej; 2. Kaczyński traktuje państwowy bank jak „skarbonkę”; 3. Kaczyński chciał oszukać podwykonawcę, który na zlecenie Srebrnej przygotowywał inwestycję do realizacji; 4. PiS poprzez spółkę Srebrna uwłaszczył się na majątku RSW „Prasa-Książka-Ruch”; 5. Kaczyński jest rekinem deweloperskiego biznesu, który tylko udaje skromnego, starszego pana.

Wszystko to naciągnięte jak gumka w majtkach. Po pierwsze, to nie PiS jako partia polityczna prowadzi działalność gospodarczą, lecz spółka Srebrna należąca do Instytutu im. Lecha Kaczyńskiego. Owszem, powiązana jest personalnie i środowiskowo z partią rządzącą – lecz wszystko odbywa się zgodnie z prawem. Nade wszystko zaś nie ma śladu po jakimkolwiek finansowaniu przez Srebrną partyjnej działalności PiS (np. kampanii wyborczych), bądź osobiście Kaczyńskiego. Jarosław Kaczyński zasiada w radzie nadzorczej Instytutu im. Lecha Kaczyńskiego i w takim charakterze – jako przedstawiciel większościowego udziałowca – negocjował z Birgfellnerem.

Po drugie, bank Pekao SA nie podarował Srebrnej żadnych pieniędzy, co sugerują między wierszami autorzy „kapiszona”. W grę wchodził jedynie kredyt, który zostałby udzielony na przyjętych dla takich przedsięwzięć zasadach (z odpowiednim zabezpieczeniem, badaniem zdolności kredytowej, analizą inwestycji itp.) - i ten kredyt Srebrna musiałaby oczywiście spłacić wraz z odsetkami. Krótko mówiąc – bank na operacji by zarobił, bo trudno przypuszczać, by biurowiec w centrum Warszawy okazał się nieopłacalny.

Po trzecie, Jarosław Kaczyński na nagraniach wyraźnie mówi, że chce Birgfellnerowi zapłacić, potrzebuje jednak rachunków. Sugeruje nawet oddanie sprawy do sądu, gdzie jest gotów potwierdzić roszczenia. Musi tak zrobić, bo wypłacenie pieniędzy bez należytej podstawy mogłoby zostać zakwalifikowane jako niegospodarność i działanie na szkodę spółki. Tu warto dodać, że Kaczyński jest doktorem prawa i trudno żeby nie wiedział, jaka odpowiedzialność wiąże się z prowadzeniem podmiotów gospodarczych.

Po czwarte – tak, Porozumienie Centrum poprzez Fundację Prasową „Solidarność” partycypowało w podziale majątku RSW „Prasa-Książka-Ruch” przeprowadzanego na mocy stosownej ustawy przez Komisję Likwidacyjną. Rzecz w tym, że korzyści z tego podziału odniosły wszystkie działające wówczas siły polityczne, w tym postkomuniści z SdRP i liberałowie z KL-D (dodajmy, że jednym z członków Komisji Likwidacyjnej był Donald Tusk). Taka zresztą była intencja – pluralizacja polityczna rynku medialnego. Tymczasem, poprzez przemilczenia usiłuje się stworzyć wrażenie, ze PC było beneficjentem jedynym. Co różni PC i PiS od reszty? Ano to, że nie roztrwonili tego majątku.

No i wreszcie, po piąte - Jarosław Kaczyński jako rekin biznesu. Tutaj wypadałoby się zdecydować, kim jest Kaczyński – oderwanym od rzeczywistości nieudacznikiem, który hoduje koty i nie ma konta w banku, czy twardym zawodnikiem, ogarniającym zawiłości deweloperskiego biznesu? W rozmowie dał się przede wszystkim poznać jako kompetentny negocjator i odpowiedzialny prawnik dbający o dochowanie wszelkich niezbędnych formalności, tak by nie dopuścić do narażenia na szwank interesów spółki w której imieniu występuje. Zaś co do „miliardów” kręcących się w tle – cóż, taki z Kaczyńskiego „oligarcha”, że kilka lat temu musiał pożyczyć 200 tys. zł. na zapewnienie opieki chorej matce.


III. #JaCięNieMogę

W tej całej hucpie są jednak dwa faktycznie niepokojące wątki. Pierwszy, to sam fakt, że Jarosław Kaczyński dał się nagrać. Zadziwiające, że kolejne afery taśmowe nie skłoniły go do zainstalowania aparatury antypodsłuchowej. Najwyraźniej padł ofiarą nadmiernego zaufania do rodziny. Drugi, to Gerald Birgfellner i jego roszczenia. Dlaczego po prostu nie pokazał faktur, względnie nie poszedł do sądu? Przeczuwał, że przegrałby sprawę? Na pierwszy rzut oka sytuacja wygląda tak, jakby austriacki przedsiębiorca chciał „wydoić” Srebrną, a gdy mu się nie udało, z zemsty pobiegł do Giertycha i rozpętał polityczną awanturę. No i jaka w tym jest rola kuzyna? Pierwszy naiwny?

A poza tym – co to za afera? Żadnych spotkań na cmentarzach, stacjach benzynowych czy przy śmietniku, żadnych przewałów na „prętach stalowych”, piramidach finansowych czy lipnych liniach lotniczych, żadnego kupowania ustaw, żadnych drogich restauracji i „ośmiorniczek”. Ot, spokojne spotkanie biznesowe w biurze przy wodzie mineralnej, pełna kultura – zero bluzgów, a najostrzejszym sformułowaniem jest słynne już „ja cię nie mogę”, jakim Kaczyński skomentował „modnie” podarte spodnie tłumaczki, co błyskawicznie doczekało się twitterowego hasztaga. Podsumowując, „Wyborcza” kompletnie się ośmieszyła, a na miejscu Kaczyńskiego wysłałbym na Czerską duży bukiet kwiatów w podzięce za ocieplenie wizerunku.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 05 (01-07.02.2019)

Luzowanie ilościowe dla ludzi

Skoro banki centralne mogą kreować pieniądze „ex nihilo”, by ratować nimi sektor finansowy – to co stoi na przeszkodzie, by na takiej samej zasadzie skierować je bezpośrednio do ludzi?

Czym się różni neoliberalizm od liberalizmu klasycznego? Przywołując znany dowcip – tym samym, czym krzesło elektryczne od krzesła zwykłego. Neoliberalizm to nic innego, jak totalitarna władza oligarchii pieniądza zachowująca pozory wolności gospodarczej. W praktyce oznacza to, że świat polityki siedzi w kieszeni bandy krwiopijców infiltrujących newralgiczne instytucje na zasadzie „drzwi obrotowych”. W klasycznym liberalizmie prowadzenie działalności gospodarczej związane jest z ponoszeniem odpowiedzialności – jeśli jakaś firma wskutek błędnych decyzji, nadmiernego i źle skalkulowanego ryzyka popadnie w tarapaty, to bankrutuje i zwalnia miejsce dla innych. W neoliberalizmie zaś powyższa zasada dotyczy tylko małych graczy. Giganci sektora finansowego przyspawani są rozlicznymi mackami do państwa – i w efekcie okazuje się, że są „zbyt wielcy, by upaść”.

Weźmy ostatni kryzys finansowy. Banki, fundusze inwestycyjne i cała reszta hordy spekulantów w zasadzie nie poniosła żadnej odpowiedzialności za swą nieopanowaną chciwość. Przeciwnie – FED, rządy poszczególnych krajów oraz międzynarodowe instytucje typu Europejski Bank Centralny na wyprzódki rzuciły się ratować bankrutów, zasypując sektor finansowy górami pieniędzy w ramach luzowania ilościowego (czyli zmasowanego wykupu obligacji i innych papierów wartościowych za pomocą wykreowanego przez banki centralne „świeżego” pieniądza). Wpompowano w ten sposób w system finansowy nieprzytomne miliardy dolarów i euro, licząc na rozruszanie gospodarki. I rozruszała się – ale w dużej mierze „wirtualnie”. Okazało się, że pieniądze w stosunkowo znikomym stopniu przeniknęły do gospodarki realnej i ludzkich portfeli. Napędziły za to rynki finansowe, pompując kolejne bańki spekulacyjne – zyskali więc ci, którzy doprowadzili do kryzysu z 2008 r. i w poczuciu pełnej bezkarności szykują nam kolejny. Krótko mówiąc, luzowanie ilościowe nie zadziałało, albo raczej – zadziałało, ale niezgodnie z założeniami. Pieniądze nie trafiły tam, gdzie miały trafić – bo po co inwestować w „realu”, skoro można spekulować na giełdzie?

Dlatego w 2015 r. pojawiła się inicjatywa „Quantitative Easing for People”, czyli „Luzowania ilościowego dla ludzi”. Poszczególni zwolennicy tego rozwiązania różnią się w szczegółach, lecz generalna intencja jest jasna: pieniądze, zamiast futrować finansjerę, powinny trafić do realnej gospodarki i obywateli – przykładowo, profesor ekonomii z Uniwersytetu Oksfordzkiego, John Muellbauer twierdził, iż EBC powinien wysłać do każdego dorosłego obywatela czek na 500 euro, co przypomina słynną koncepcję Miltona Friedmana „zrzucania pieniędzy z helikoptera”. Z kolei Jeremy Corbyn, lider brytyjskiej Partii Pracy, zaproponował „People's Quantitative Easing”, w myśl którego Bank Anglii miałby kreować pieniądze inwestowane następnie w takie branże, jak budownictwo mieszkaniowe czy transport publiczny. Podobne rozwiązanie proponował przed ostatnimi wyborami we Włoszech prof. Paolo Savona, typowany na ministra finansów. Ten zagorzały przeciwnik strefy euro chciał wprowadzić walutę równoległą („bon rządowy”), w której rząd regulowałby swoje zobowiązania i pobierał należności, wpuszczając tym samym do gospodarki dodatkowy pieniądz.

Zasadniczo, „Quantitative Easing for People” sprowadzono do pięciu założeń: 1. Luzowanie ilościowe się nie sprawdziło; 2. Jest obarczone ryzykiem i szkodliwe; 3. Potrzeba rozwiązania nie nakręcającego baniek spekulacyjnych oraz wzrostu zadłużenia prywatnego i publicznego; 4. Pieniądze zamiast do sektora finansowego powinny trafić do realnej gospodarki poprzez inwestycje lub przekazywane bezpośrednio ludziom; 5. EBC powinien jak najszybciej wprowadzić powyższe postulaty w życie.

Warto zauważyć, że coś w tym stylu przeprowadził rząd Islandii, kierując w różnych formach pomoc bezpośrednio do poszkodowanych kryzysem bankowym obywateli. A więc można. I tutaj dochodzimy do omawianych wcześniej w tym miejscu koncepcji pieniądza suwerennego i nowoczesnej teorii monetarnej. Skoro banki centralne mogą kreować pieniądze ex nihilo, by ratować nimi sektor finansowy – to co stoi na przeszkodzie, by na takiej samej zasadzie skierować je bezpośrednio do ludzi? Można by to uczynić chociażby w formie bezwarunkowego dochodu podstawowego (który propagatorzy „Quantitative Easing for People” nazywają „dywidendą społeczną”). Na marginesie, taka „dywidenda” i tak stanie się wkrótce niezbędna, kiedy w wiek emerytalny zaczną wchodzić roczniki obecnego prekariatu, które większość życia przepracowały na nisko płatnych „śmieciówkach”.

„Luzowanie ilościowe dla ludzi” ma jeszcze jeden walor – omijając pośrednictwo sektora finansowego pokazałoby banksterom, że nie są bezkarni, co być może wpłynęłoby mitygująco na obecne spekulacyjne szaleństwo. Byłby to sygnał: następnym razem pomoc trafi do kogo innego, więc lepiej się opamiętajcie. A jeśli się nie opamiętają, wtedy cóż... może się okazać, że wcale jednak nie są aż tak wielcy, by nie móc upaść.


Gadający Grzyb

Na podobny temat:

Ekonomia „króla Albanii”

Nowoczesna teoria pieniądza

BDP, czyli dywidenda obywatelska


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 05 (01-07.02.2019)

Barnevernet – porywacze dzieci

Warto pamiętać do czego może doprowadzić rozdęte państwo opiekuńcze – zwłaszcza, gdy jak w Norwegii, podszyte jest ideologicznym, lewackim szaleństwem.

I. Konsul non grata

Norweskie MSZ podjęło decyzję o wydaleniu polskiego konsula Sławomira Kowalskiego. Czym polski dyplomata naraził się norweskim władzom? Szpiegostwem? Obrazą majestatu króla Haralda V? Nie, nasz konsul musi pakować walizki z powodu wypełniania swoich obowiązków służbowych – czyli nadgorliwych w ocenie Norwegów interwencji w sprawach polskich obywateli, a konkretnie polskich dzieci odbieranych rodzicom przez tamtejszy Barnevernet. Barnevernet to urząd zajmujący się „ochroną” nieletnich – teoretycznie ma podejmować interwencje np. w przypadkach przemocy domowej czy rażących uchybień w wypełnianiu powinności rodzicielskich (dziecko chodzi głodne, zaniedbane, nie uczęszcza do szkoły itp.). W praktyce, jego aktywność jako żywo przypomina osławione niemieckie Jugendamty. Dzieci często odbierane są rodzicom pod byle pretekstem – na czym cierpią szczególnie rodziny imigranckie, które ze względu na barierę językową i nieznajomość norweskich procedur są bezbronne w konfrontacji z aparatem państwowym.

I właśnie w tego typu sytuacjach interweniował (łącznie w ok. 150 sprawach) konsul Kowalski - za co zresztą został wyróżniony przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych tytułem „Konsula Roku 2016”. Teraz natomiast „uhonorowało” go MSZ Norwegii. Przy czym, dodajmy, sytuacja jest rozwojowa, bowiem min. Czaputowicz odrzucił wezwanie norweskiego rządu: „MSZ stoi na stanowisku, że zarzuty strony norweskiej wobec pracy konsula Kowalskiego są nieuzasadnione. Resort spraw zagranicznych dobrze ocenia pracę konsula w Norwegii, w szczególności jeśli chodzi o jego działania na rzecz obrony interesów polskich rodzin”. Warto to odnotować, gdyż jest to rzadki przypadek asertywności polskich władz w relacjach z innymi krajami. W chwili gdy piszę te słowa nie wiadomo jeszcze jaki będzie finał dyplomatycznego skandalu – kadencja Sławomira Kowalskiego upływa z końcem czerwca i trzeba mieć nadzieję, że jego następca będzie równie bezkompromisowy i stanowczy.

Co jednak konkretnie zarzucają konsulowi Norwegowie? Sęk w tym, że na dobrą sprawę nie wiadomo. Rzeczniczka norweskiego MSZ mówi jedynie o „niezgodnej z rolą dyplomaty działalności konsula w kilku sprawach konsularnych, w tym jego niewłaściwego zachowania wobec funkcjonariuszy publicznych”. Może to oznaczać wszystko i nic. Nieoficjalnie wiadomo o nagraniu z ubiegłego roku, kiedy to norweska policja nie wpuściła Kowalskiego do siedziby Barnevernet, naruszając jego immunitet dyplomatyczny i uniemożliwiając mu tym samym wykonywanie obowiązków – w rezultacie miało dojść do przepychanek. Wszystko więc wskazuje na odwet strony norweskiej, zniecierpliwionej niewygodną (i nagłaśnianą medialnie) aktywnością polskiego przedstawiciela.


II. Porywacze dzieci

Trzeba podkreślić, iż sposób funkcjonowania Barnevernetu stanowi ucieleśnienie najgorszych koszmarów o „państwie opiekuńczym”, wtrącającym się notorycznie w życie obywateli i czującym się w prawie narzucać im sposób życia oraz standardy wychowawcze – a także surowo karzącym w przypadku stwierdzenia odstępstw. Dość powiedzieć, że obecnie w tamtejszych placówkach wychowawczych przebywa kilkanaście tysięcy dzieci – sporo, jak kraj liczący sobie 5 mln. mieszkańców. Co więcej, zdarza się, że dzieci są oddawane „dobrowolnie” przez sterroryzowanych rodziców w obawie, że w przypadku sprzeciwu, mogliby stracić prawa rodzicielskie na zawsze. Ze szczególną surowością traktowane są rodziny obcokrajowców. Decyzję podejmuje uznaniowo urzędnik, który następnie w asyście policji zabiera dzieci – nawet pod nieobecność rodziców, czasem wprost ze szkoły. Jest to tzw. tryb nadzwyczajny, uruchamiany m.in. w celu udaremnienia ucieczki rodziców z dziećmi za granicę (co zresztą się zdarza i trudno się dziwić). Jak tłumaczy w wypowiedzi dla agencji AIP dr Tymoteusz Zych z instytutu „Ordo Iuris” wspierającego polskie rodziny w sporach z norweską machiną urzędniczą: „zdecydowana większość konfliktów na linii Barnevernet - rodzice wynika z założeń norweskiego systemu opieki polegającego na zasadzie pierwszeństwa państwa przed rodziną w decydowaniu, co dla dziecka jest najlepsze i w jaki sposób ma być wychowywane”.

Szerokim echem odbił się w 2015 r. przypadek rumuńsko-norweskiej rodziny Bodnariu. Formalnie państwo Bodnariu zostali oskarżeni o stosowanie „klapsów” (co jest interpretowane jako przemoc), jednak dziwnym trafem Barnevernet zainterweniował po tym, jak jedna z córek zaśpiewała w szkole chrześcijańską piosenkę (rodzice są gorliwymi członkami kościoła zielonoświątkowców), o czym doniósł dyrektor szkoły. Rodziców oskarżono o „radykalne chrześcijaństwo i ideologiczną indoktrynację”, po czym odebrano im piątkę dzieci. Tu trzeba dodać, że w zgodnej opinii osób poszkodowanych przez Barnevernet, jego urzędnicy słyną z nieustępliwości w wynajdywaniu „haków” na rodziny, które im podpadły. Najpierw ze szkoły zabrano dwójkę rodzeństwa, następnie urzędnicy wraz z policją odebrali kolejnych dwóch synów z domu, by w końcu następnego dnia przyjść również po najmłodsze, zaledwie trzymiesięczne dziecko – rzekomo zagrożone z powodu ciężkiego stanu psychicznego matki. W sprawie Bodnariu interweniował rumuński rząd i ponad 100 prawników z całego świata – ostatecznie sprawa zakończyła się „polubownie” i dzieci zwrócono, stało się tak jednak pod niewątpliwym naciskiem światowej opinii publicznej.

Kolejny przykład, tym razem dotyczący rodziny czeskiej. W 2011 r. Barnevernet odebrał dwójkę synów Evie Michalakovej na podstawie fałszywego oskarżenia o molestowanie seksualne i zaniedbywanie. Matka stopniowo traciła kolejne prawa rodzicielskie, w końcu synów skierowano do adopcji. Sprawa wywołała dyplomatyczne napięcie na linii Czechy-Norwegia, a prezydent Milosz Zeman nie przebierał w słowach, mówiąc: „To jest uprowadzenie, czyli gangsterka”. Ostatecznie sprawa trafiła do Strasburga.

Inny przypadek opisuje na swoich stronach instytut „Ordo Iuris”. Polska rodzina straciła na niemal rok kilkunastoletnią córkę wskutek fałszywego donosu – co więcej, norweskie władze odmawiały wydania dziewczyny nawet, gdy wykazano nieprawdziwość zarzutów. Nastolatka trafiła do rodziny zastępczej. Wskutek przeżytej traumy dokonywała m.in. samookaleczeń – lecz tu już Barnevernet nie interweniował (to tyle, jeśli chodzi o „dobro dziecka”). Szczęśliwie, rodzice wykazali się refleksem i natychmiast wywieźli drugie z rodzeństwa do Polski – kilka dni później bowiem urzędnicy wraz z policją przyszli i po nie. Dziewczyna wróciła do rodziny dopiero wskutek interwencji konsula Kowalskiego.

Przypomnijmy jeszcze stosunkowo niedawną sprawę Silje Garmo – tym razem, dla odmiany, rdzennej Norweżki. Jej z kolei Barnevernet zarzucił... nadużywanie paracetamolu i „chroniczne zmęczenie”. Ostrzeżona przez znajomych o zamiarze odebrania jej dziecka, uciekła w maju 2017 r. wraz z czteromiesięczną córką Eirą do Polski, gdzie zwróciła się o azyl. Ostatecznie, po długich korowodach i odwołaniach, MSZ przyznało Silje i Eirze Garmo azyl w grudniu 2018 r. (również przy zaangażowaniu „Ordo Iuris”). Nic nie wskazuje na to, by paracetamol i „zmęczenie” zagrażały życiu i bezpieczeństwu małej Eiry.

I szczerze mówiąc, właśnie tutaj dopatrywałbym się kolejnej przyczyny decyzji norweskiego rządu w sprawie konsula Sławomira Kowalskiego. Norwegia, szczycąca się poziomem przestrzegania praw człowieka, musiała odebrać azyl dla swej obywatelki jako policzek (jest to bodaj pierwsza taka sytuacja po II wojnie światowej). Znaleziono zatem pretekst w postaci scysji z policjantami.


III. Biznes opiekuńczy

Barnevernet od jakiegoś czasu jest na cenzurowanym w instytucjach międzynarodowych. W 2018 r. Zgromadzenie Parlamentarne Rady Europy przyjęło krytyczny raport dotyczący jego funkcjonowania. Z kolei Europejski Trybunał Praw Człowieka stwierdził, iż norweski system pieczy zastępczej narusza art.8 Europejskiej Konwencji Praw Człowieka dotyczący międzynarodowych gwarancji życia rodzinnego. Na porządku dziennym jest odbieranie dzieci pod zarzutem „nieporadności rodzicielskiej”, izolacja od biologicznych rodziców oraz inne urzędnicze szykany.

Nie jest tajemnicą, że placówki opiekuńcze i rodziny zastępcze to również dobry biznes – dwie trzecie tego typu instytucji znajduje się w rękach prywatnych, a głównym graczem na „rynku” jest szwedzka firma Aleris kontrolowana przez rodzinę Wallenbergów. Również dla indywidualnych rodzin zastępczych opieka jest całkiem intratnym źródłem utrzymania. Aktywność takich osób jak konsul Sławomir Kowalski psuje po prostu interesy. Warto przypomnieć, że do niedawna także w Polsce sądy uzurpowały sobie prawo do arbitralnego rozstrzygania o „dobru dziecka”, co skutkowało np. odebraniem dzieci, bo urzędnik socjalny zauważył w kuchni muszki owocówki. To się na szczęście zmieniło po zmianie władzy, lecz warto pamiętać do czego może doprowadzić rozdęte państwo opiekuńcze – zwłaszcza, gdy jak w Norwegii, podszyte jest ideologicznym, lewackim szaleństwem.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

TUSLA – Jugendamt po irlandzku


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w dwutygodniku „Polska Niepodległa” nr 03 (30.01-12.02.2019)