Pokazywanie postów oznaczonych etykietą totalna opozycja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą totalna opozycja. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 2 kwietnia 2020

Policzmy się już w pierwszej turze!

Nie można dać się uśpić korzystnym sondażom, a już szczególnie popadać w przedwczesny triumfalizm. Dlatego apeluję – wszystkie ręce na pokład. Policzmy się już w pierwszej turze!

I. Majowy plebiscyt

Zacznę od miłych wspomnień. W 2015 r. w pierwszej turze wyborów prezydenckich zagłosowałem na Grzegorza Brauna. Niczym nie ryzykowałem, bo druga tura dla Andrzeja Dudy była pewna, a pozycja Komorowskiego słabła w oczach. Można więc było sobie pozwolić na odrobinę fantazji i głosowania „sercem” - tym bardziej, że Grzegorz Braun przeżywał wtedy pod wieloma względami bodaj swój najlepszy okres, notując szczyt formy artystycznej oraz intelektualnej, co przekładało się również na aktywność publiczną, a jego oryginalność i bezkompromisowość nie znajdowała jeszcze ujścia w odlotach pokroju postulatu budowy „fortu Xi”. Poza tym, zwyczajnie go lubiłem i swój symboliczny głos traktowałem właśnie w tych kategoriach – jako wyraz bezinteresownej sympatii. W drugiej turze zagłosowałem oczywiście na Andrzeja Dudę, zaś jesienią – na PiS. Koniec końców, wszystko potoczyło się po mojej myśli – to były fajne wybory...

Dziś jednak sytuacja jest inna. Owszem, tylko jakaś katastrofa mogłaby sprawić, by Andrzej Duda nie wygrał pierwszej tury – ale za to wynik drugiej jest mocno niepewny. Dlaczego tak? Ano dlatego, że polaryzacja społeczna w ciągu minionych pięciu lat jeszcze bardziej się zaostrzyła, a konsolidacja i mobilizacja obozu anty-pisowskiego osiągnęła swoje apogeum. To zaś powoduje, że druga tura wyborów będzie plebiscytem - „za” lub „przeciw” PiS-owi – a w takim plebiscycie osobowość kontrkandydata nie będzie miała najmniejszego znaczenia. Przed pięcioma laty ogólna niezgułowatość, „memiczność”, tudzież rozliczne wpadki Bronisława Komorowskiego i jego sztabu powodowały, że z biegiem czasu walczący o reelekcję prezydent stawał się coraz bardziej obciachowy, jawiąc się jako wąsaty wuj z dwururką, lubiący przy obiedzie sadzić czerstwe dowcipy po których nie wiadomo gdzie oczy podziać. Ot, taki „bronkozaur”. Z kolei Andrzej Duda zbierał premię za dynamikę, zaangażowanie, sprawne przemowy i ogólny powiew świeżości – słowem, wszystko grało na jego korzyść.

Teraz będzie z tym trudniej – Andrzej Duda nie jest już nową, niezgraną twarzą, choć werbalnej sprawności i pracowitości w objeżdżaniu Polski nadal mu nie brakuje. Ma za sobą jednak pięć lat prezydentury naznaczonej użeraniem się na różnych polach z „totalną opozycją” oraz różnymi grupami interesu pragnącymi zachować status quo, z prawniczym establishmentem na czele. W takich warunkach trudno uchodzić za polityczną „świeżynkę” - pozostaje nadzieja, że wciąż zachował swój słuch społeczny i w trakcie kampanii będzie w stanie należycie uwypuklić plusy swojej kadencji, przekonując wyborców, że warto postawić na kontynuację. Równie istotne jednak jest to, co dzieje się po drugiej stronie. Z wiadomości dobrych: Małgorzata Kidawa-Błońska póki co notuje wtopę za wtopą, doprowadzając swoje zaplecze do rozpaczy – wystarczy, że musi powiedzieć coś „z głowy” i kompromitacja gotowa. Chyba nikt się nie spodziewał, że okaże się aż tak nieogarnięta i słaba. W tej chwili coraz bardziej przypomina „Komorowskiego w spódnicy” i to skrzyżowanego z Ewą Kopacz.

Wszystko to jednak będzie miało znaczenie tylko w pierwszej turze. W drugiej należy spodziewać się, jak wspomniałem wyżej, plebiscytu – a wszystkie znaki wskazują, że zmobilizowany obóz „anty-PiS” gotów jest zagłosować na każdego, byle nie był z PiS-u. Umowna „tamta strona” zdaje sobie sprawę, że przegrana w tych wyborach ugruntuje władzę Zjednoczonej Prawicy na najbliższe lata i będzie się starała za każdą cenę do tego nie dopuścić. Dlatego należy dołożyć wszelkich starań, by batalia prezydencka zakończyła się już na pierwszej turze – to musi być nokaut.


II. „Totalsi” poczuli krew

Nie da się niestety ukryć, że zwolennicy „totalnych” poczuli krew. Warto tu odrobić lekcję chociażby z wyborów samorządowych, w których kandydaci PiS polegli w niemal wszystkich dużych miastach. Pokazały one, że „twardy antypisizm” wśród przeciwników obecnej władzy stanowi naczelną napędzającą ich motywację. Jeżeli gremialnie poparli takie nadmuchane nic, jak Rafał „Czaskowski” i to po beznadziejnej, najeżonej kompromitacjami kampanii – to oznacza, że impregnacja „totalsów” jest stuprocentowa. Więcej – że przyjęli jako własną samoidentyfikację hasło Schetyny o „opozycji totalnej” i są w tym niejednokrotnie bardziej konsekwentni od samej Platformy. Obecnie wszystko wskazuje, że Trzaskowski, który z każdym miesiącem i rokiem udowadnia jak bardzo nie dorasta do swej funkcji, również wygrałby w cuglach. Ktoś może powiedzieć, że Warszawa to specyficzne miejsce – wielka wiocha z pretensjonalnymi aspiracjami do „europejskości”. Ale podobne emocje są domeną również innych metropolii – Gdańska, Krakowa, Poznania, Wrocławia, a nawet Białegostoku. A to już jest całkiem pokaźny elektorat – na dodatek nader podatny na „proeuropejską” demagogię, na zasadzie „Kidawa jest europejska, natomiast PiS i Duda wyprowadzają nas z Europy, bo »dbają tylko o Polskę«, a poza tym Duda to nie nasz prezydent, tylko jakichś tam »Polaków«”. Radziłbym tych emocji nie lekceważyć, bo ogólnie pojętej polskości przepojone ojkofobiczną agresją zaplecze „totalsów” bardzo nie lubi i nadchodzące starcie będzie zderzeniem również na tej płaszczyźnie - „Polska” i szeroko rozumiana „swojskość” kontra „Europa”. Więcej – może się wręcz przekształcić w swoisty „sąd nad polskością”, kojarzącą się w tamtym elektoracie z przaśnym obciachem i wszystkim co najgorsze.

Lekcja numer dwa do odrobienia, to niedawne wybory parlamentarne, a w szczególności przegrane na własne życzenie wybory do Senatu. To właśnie po nich elektorat „totalnych” nabrał wiatru w żagle i uwierzył, że można zatrzymać PiS. Wystarczyło tylko trochę odpuścić, zanadto uwierzyć w sprzyjające sondaże – i przy maksymalnej mobilizacji drugiej strony utracono (co z tego, że minimalnie) senacką większość. Rzecz w bieżącej politycznej praktyce bez większego znaczenia, ale w wymiarze symbolicznym – poważna porażka.

Dlaczego akurat użyłem przykładu wyborów na prezydentów miast i wyborów do Senatu? Bo mają one jedną, wspólną cechę – są większościowe, podobnie jak wybory na prezydenta Rzeczypospolitej. Tutaj nie zbawi nikogo metoda d'Hondta premiująca największe ugrupowania, dzięki której PiS uratowało sejmową większość. Warto sobie w tym kontekście odświeżyć powyborcze przemówienie Jarosława Kaczyńskiego, który, delikatnie mówiąc, daleki był od triumfalizmu. W wyborach prezydenckich trzeba zdobyć ponad 50 proc. głosów – a pamiętajmy, że jesienią 2019 r. PiS zgarnął 43,6 proc. i właśnie w tych okolicach (nieco ponad 40 proc.), oscylują obecne wyniki sondażowe Andrzeja Dudy. Brakuje co najmniej 7-8 proc. głosów, a niekiedy nawet więcej.


III. Wszystkie ręce na pokład!

Dlatego należy wykorzystać chroniczną słabość i deficyty głównej kontrkandydatki i zrobić wszystko, by batalię zakończyć już na pierwszej turze. Nie ulega wątpliwości, że jeśli dojdzie do drugiej tury, to wszyscy oponenci prezydenta (no, może niewiadomą jest Krzysztof Bosak), zaapelują do swych zwolenników o konsolidację i głosowanie przeciw Dudzie – a to oznacza poważny hazard, wynik takiego plebiscytu byłby bardzo niepewny. Jest jeszcze jedna kwestia, czyniąca wynik nieprzewidywalnym – szykuje się rekordowo wysoka frekwencja, a to, zwłaszcza przy wyborach większościowych, wcale nie musi zagrać na korzyść kandydata PiS. Pamiętajmy, że jesienią frekwencja również była rekordowa i w efekcie partie opozycyjne zebrały w sumie więcej głosów od Zjednoczonej Prawicy. Jak nadmieniłem, PiS uratowała metoda d'Hondta – w maju jednak żadnego d'Hondta nie będzie.

Nie można dać się uśpić korzystnym sondażom, a już szczególnie popadać w przedwczesny triumfalizm. Potrzebna jest stuprocentowa mobilizacja i to od samego początku – bo „tamci” zmobilizują się na pewno. Przegrana oznacza permanentny klincz, chaos i obstrukcję ze strony opozycyjnego prezydenta. Dlatego apeluję – wszystkie ręce na pokład. Policzmy się już w pierwszej turze!


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 09 (28.02-05.03.2020)

niedziela, 23 lutego 2020

Lichocka do szafy

Szczęście w nieszczęściu, że obecny skandal wydarzył się jeszcze przed startem kampanii w której – o zgrozo – Joanna Lichocka była ponoć typowana na rzeczniczkę sztabu wyborczego, a więc na jedną z głównych „twarzy” obozu Andrzeja Dudy. Uff... opatrzność czuwa.


I. Middlefingergate

Miliony przeznaczone na spektakularną konwencję, spoty i billboardy; sztab ludzi formatujących przekaz kampanii i wizerunek kandydata; specjaliści od piaru i wyborczych strategii; tysiące kilometrów do przejechania po całej Polsce, by dotrzeć do każdego powiatu, a niekiedy wręcz poszczególnych gmin i sołectw – i dosłownie na chwilę przed odpaleniem tej machiny wychodzi taka Lichocka cała na biało, by z pełnym samozadowoleniem pokazać w Sejmie „fucka”... Cały wysiłek jak krew w piach. Takie mniej więcej refleksje mogły najść sztab Andrzeja Dudy i kierownictwo PiS po spektakularnym wyczynie posłanko-dziennikarki Joanny Lichockiej, która po wygranym głosowaniu w sprawie 2 mld. zł. dla TVP prostu nie mogła się powstrzymać, by nie pokazać triumfalnie opozycji środkowego palca. Na to nałożyły się później sztubackie (by nie powiedzieć dosadniej) tłumaczenia, jakoby rzeczonym palcem jedynie „poprawiała sobie oko”, a cała afera jest winą niefortunnej stop-klatki. Gorzej – na uwagi internautów, nawet tych sprzyjających PiS-owi poszedł przekaz, że dali się „zmanipulować” wrażej propagandzie. Doprawdy, nie wiem, co gorsze – sam gest, czy późniejsze żenujące próby „odkręcenia” i mydlenia oczu. Krótko mówiąc, wizerunkowa katastrofa na trzy dni przed inauguracyjną konwencją wyborczą.

Tu nie ma mowy o niefortunnym przypadku. Obejrzałem sobie uważnie całą sekwencję ruchów, a nie tylko feralną stop-klatkę i wniosek jest oczywisty – posłanka Lichocka ewidentnie chciała pokazać, co pokazała i zrobiła to z pełną premedytacją, nieudolnie próbując zamaskować swój gest pocieraniem twarzy. Proszę mi wierzyć, wiem co mówię – takie podwórkowe sztuczki widziałem nie raz i mogę z pełnym przekonaniem stwierdzić jedno: pani Joanna nad dyskretnym pokazywactwem musi jeszcze sporo popracować. Proszę więc nie próbować robić ze mnie balona, że to tylko taki mimowolny lapsus, nie ze mną takie numery. Ale co tam ja – na nagraniu widać, jak wyraźnie spanikowana posłanka usiłowała wcisnąć ten kit samemu Jarosławowi Kaczyńskiemu. Końcowa mina Naczelnika po wysłuchaniu tych bredni mówi sama za siebie.

Według doniesień „Rzeczpospolitej” „w partii wszyscy są na nią wściekli”, zaś wicerzecznik PiS Jarosław Fogiel w rozmowie z RMF FM dodał, iż „bardzo by się cieszył, gdyby do tej sytuacji w Sejmie w ogóle nie doszło”. No, ja myślę. Jeżeli polityk PiS-u (a nie któregoś z koalicjantów ze Zjednoczonej Prawicy) mówi mediom takie rzeczy pod nazwiskiem, a do tego idą kontrolowane „anonimowe” przekazy, to oznacza tylko jedno – że „wściekły” jest sam Komendant, i to zapewne nie tylko na sam gest, lecz również na to, że posłanka próbowała zrobić go w trąbę. Posłanka, dodajmy, do której dotąd Jarosław Kaczyński miał wyraźną słabość, jako do wiernego żołnierza – bezwzględnie lojalnego zarówno na odcinku medialnym, jak i politycznym. Jednak w tym przypadku żołnierz wykazał się nadmiarem własnej nieprzemyślanej inwencji i naraził swą szarżą na porażkę całą armię – musi więc wypaść z łask i pójść w odstawkę.


II. Cynizm „totalnych”

Druga strona medalu, to oczywiście zachowanie „totalnej opozycji”, która usiłowała na różne sposoby sprowokować reakcję. Tylko, na litość boską, Joanna Lichocka nie jest przecież nowicjuszem. Mało to razy „totalsi” urządzali w Sejmie małpiarnię z pohukiwaniami, okrzykami, buczeniem i czym tam jeszcze? Był chyba czas przywyknąć i się uodpornić. Przypomnę, że PiS przedstawiał się dotąd jako partia, która stara się być blisko ludzi, a jednym z kluczowych elementów wiarygodności takiego wizerunku jest wystrzeganie się wszystkiego, co mogłoby zostać odczytane jako buta i arogancja władzy. Samozadowolenie połączone z okazywaniem na każdym kroku wyższości i pogardy miało być w społecznym odbiorze domeną „tamtych” - platformersów, nachapanych „elit”, „kodziarzy”. Słowem, szeroko pojętego „obozu III RP”. Joanna Lichocka swym zachowaniem dokonała skutecznego wyłomu w tej narracji. Tak jak dla PiS-u podarunkiem było chamskie zachowanie kodziarstwa podczas uroczystości w Pucku i można było tylko prosić, by tego typu ekscesów było jak najwięcej, tak wybryk Lichockiej jest darem niebios dla „totalnej opozycji” i będzie eksploatowany w kampanii do imentu – zarówno oficjalnie, jak i w formie potencjalnie jeszcze groźniejszej internetowej „szeptanki”.

Stała się bowiem rzecz najgorsza - „middlefingergate” uległa „memifikacji” i zaczęła żyć własnym życiem w oderwaniu od całego kontekstu. Byłoby zresztą dziwne, gdyby „totalni” nie wykorzystali takiego prezentu i nie spróbowali przykleić mu własnych znaczeń – doprawdy, na aż taką nieudolność opozycji trudno było liczyć. Z miejsca więc ruszono z wersją, jakoby Lichocka pokazała „fucka” nie jakimś tam posłom, którzy mało kogo obchodzą, lecz generalnie „wszystkim Polakom”, a w szczególności – chorym na raka.

No właśnie. Zagrywka z żądaniem przekazania 2 mld. zł. na onkologię poraża swym cynizmem, ale może okazać się społecznie nośna, szczególnie dla ludzi nie wnikających na co dzień w meandry polityki – bo niemal każdy ma w rodzinie czy gronie znajomych kogoś, kto padł ofiarą tego nieszczęścia i zderzył się z realiami służby zdrowia. Pytanie, czy uda się ich przekonać, że opozycja traktuje chorych czysto instrumentalnie, są dla niej jedynie kolejnym mięsem armatnim – tak jak wcześniej lekarze-rezydenci, nauczyciele czy ofiary księży-pedofilów. Obrzydliwość tego postępowania należy bezwzględnie zdemaskować prostymi, zrozumiałymi dla każdego komunikatami – tyle, że może nie bezpośrednio przez sztab wyborczy Andrzeja Dudy, a drogą „okrężną”. W 2015 r. PiS doskonale potrafił wykorzystać potencjał swych zwolenników w internecie – i najwyższa pora wrócić do tej metody, którą od pewnego czasu partia rządząca zwyczajnie odpuściła, nazbyt polegając na topornej propagandzie TVP Kurskiego. A przy okazji – te dwa miliardy przekazane u progu kampanii wyborczej ewidentnie na propagandę właśnie, to kolejny strzał w stopę. Ja wiem, że chodzi również o rekompensatę utraconych wpływów z abonamentu (do czego walnie przyczyniły się rządy PO) – ale kto z przeciętnych wyborców będzie wnikał w takie szczegóły? Nie można było pomyśleć o tym wcześniej, tak by mieć temat „wyczyszczony” na długo przed kampanią?


III. Kampania w szafie

Teraz nadzieja w tym, że PiS-owi uda się jakoś zneutralizować tę skrajnie niewygodną wpadkę – a z drugiej strony, że zwykłemu odbiorcy się ona opatrzy, zaś „najgłupsza opozycja świata” swoim zwyczajem przegrzeje temat. Na razie uczyniono pierwsze niezbędne ruchy – Lichocka nie pojawiła się na konwencji prezydenta Andrzeja Dudy i był to pierwszy znaczący sygnał gaszenia pożaru. W całej sekwencji wydarzeń bowiem Joanna Lichocka dała się poznać jako zacietrzewiona hunwejbinka, przekonana o swej „najmojszej” racji i bez cienia elementarnej autorefleksji. Jest to zresztą szersza przypadłość przedstawicieli dziennikarskiej stajni z której się wywodzi. Nie bez przyczyny Jacek Kurski zagarnął ich szerokim gestem do TVP – pasują do jego ciosanego siekierą przekazu jak ulał. Sama Lichocka ma zresztą na koncie także inną wpadkę, jeszcze z pierwszej kadencji, kiedy to była jedną z inicjatorek podniesienia uposażeń poselskich, co też skończyło się medialną awanturą, a sprawę musiał osobiście odkręcać Jarosław Kaczyński. Szczęście w nieszczęściu, że obecny skandal wydarzył się jeszcze przed startem kampanii w której – o zgrozo – Joanna Lichocka była ponoć typowana na rzeczniczkę sztabu wyborczego, a więc na jedną z głównych „twarzy” obozu Andrzeja Dudy. Uff... opatrzność czuwa.

Teraz czeka ją okres politycznego czyśćca – wieść niesie, że dostała polecenie schowania się na najbliższe trzy miesiące do szafy, co jest jedyną sensowną i oczywistą reakcją. Powinna to jakoś przeboleć – w końcu, na czas poprzednich kampanii lojalnie chował się chociażby Antoni Macierewicz, a nawet sam Jarosław Kaczyński. Tak więc i pani poseł jakoś ten medialny detoks wytrzyma, nieprawdaż?


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 8 (21-27.02.2020)

piątek, 21 lutego 2020

Ani kroku wstecz!

Rząd musi uświadomić sobie jedno – to próba sił. To jest walka o naszą elementarną suwerenność. A w takiej walce nie można robić ani jednego kroku wstecz.

I. Rozbetonować kastę

Prezydent Andrzej Duda pokazał charakter i wbrew wrzaskom „ulicy i zagranicy” podpisał tzw. ustawę dyscyplinującą. Brawo, uniknęliśmy zamieszania i polityczno-prawnych korowodów w stylu tych pamiętanych z 2017 r. po podwójnym wecie do ustaw o KRS i Sądzie Najwyższym, co pokazuje, że prezydent potrafi uczyć się na błędach. O ile wtedy, przy pewnej dozie dobrej woli, weto można jeszcze było tłumaczyć chęcią deeskalacji konfliktu i wypracowania jakiegoś kompromisu ze środowiskami prawniczymi, o tyle obecnie podobne złudzenia należało stanowczo porzucić – i tak też się stało. Przebieg wydarzeń pokazał jasno, jak naiwna była wiara, że z prawniczym establishmentem można cokolwiek konstruktywnie wynegocjować. „Nadzwyczajna kasta” w międzyczasie zademonstrowała w sposób nie pozostawiający cienia wątpliwości, że nie chodzi jej o kształt reformy, lecz o to, by żadnych reform nie było. Sędziowie mieliby się po staremu sami powoływać, pozostawiając prezydentowi jedynie dekoracyjną rolę wręczającego nominacje, sami wybierać na stanowiska i sami przed sobą odpowiadać. Krótko mówiąc – stanowić państwo w państwie, uzurpując sobie na dodatek prerogatywy do recenzowania pozostałych władz i wkraczania w ich kompetencje, co uwidoczniła omawiana tutaj niedawno uchwała Sądu Najwyższego z 23 stycznia, w której „mułłowie w togach” urościli sobie prawo do decydowania, jacy sędziowie mogą orzekać, a jacy nie. Tyle dobrego, że rozwój wypadków zmusił sędziowski establishment do swoistej autodemaskacji – zrzucenia masek „apolityczności” i objawienia przed opinią publiczną swej rzeczywistej roli, jako głównego zwornika postokrągłostołowego systemu. Chyba dla wszystkich jest już jasne, że tak szeroki zakres autonomii przyznano sędziom właśnie dlatego, że wywodząca się wprost z komuny środowiskowa wierchuszka dawała gwarancję „długiego trwania” modelu „PRL-bis” wraz z bezkarnością i uprzywilejowaną pozycją różnych grup interesu – i to na przestrzeni międzypokoleniowej, poprzez odpowiednie kształtowanie młodego sędziowskiego narybku.

Ten system mógł sprawnie działać tylko pod jednym warunkiem – absolutnej szczelności. Na szczelność tę składały się nie tylko gwarancje prawno-ustrojowe, lecz także bezwzględna wewnętrzna presja wymuszająca konformizm i bezwarunkowe podporządkowanie środowiskowym „autorytetom”. I stąd właśnie wziął się obserwowany obecnie histeryczny opór przed jakimikolwiek zmianami – prowadzą bowiem one do rozbetonowania tego chorego układu i zburzenia zadekretowanej, wewnętrznej hierarchii. Dlatego też, pisząc o „nadzwyczajnej kaście” podkreślam, że chodzi o sędziowski establishment, wierchuszkę – bo to w jej partykularny interes uderzają wdrażane reformy, a nie w ogół sędziów, czy ich niezawisłość jako taką. Władza wykonawcza jak do tej pory nie będzie mogła ingerować w wyroki, a raz powołany sędzia pozostanie nieusuwalny – za wyjątkiem ściśle określonych sytuacji, kiedy to sprzeniewierzający się elementarnym standardom sędzia będzie odpowiadał przed Izbą Dyscyplinarną Sądu Najwyższego.


II. Uzurpatorzy w togach

Zresztą, z patologicznych cech dotychczasowego modelu zdawano sobie świetnie sprawę, o czym świadczy przytoczona przez Jana Rokitę niegdysiejsza wypowiedź prof. Rzeplińskiego (potwierdzona w innym wywiadzie przez samego zainteresowanego), że w sądownictwie nic się nie zmieni, dopóki sędziom nie odbierze się Krajowej Rady Sądownictwa. To właśnie dlatego rozpętano awanturę wokół ujawnienia list poparcia dla nowych członków KRS – chodziło o to, by publicznie napiętnować popierających i zmusić ich do „wycofania” swych podpisów. Prof. Matczak ukuł nawet na tę okazję specjalną „wykładnię” - taką mianowicie, że poparcie było rzekomo tylko takim „pełnomocnictwem”, które można w dowolnym momencie „wycofać”. Oczywiste prawne horrendum – w ten sposób nie można by przeprowadzić żadnych wyborów, bo każdy obywatel mógłby w każdej chwili „wycofać” swój podpis np. pod listą poparcia kandydata na prezydenta. Ale cóż, przedstawiciele „kasty” udowodnili już nie raz, że nie cofną się przed niczym. Znamienne są tu słowa sędzi Ireny Kamińskiej (autorki określenia „nadzwyczajna kasta ludzi”), która podczas konferencji zorganizowanej przez Fundację Batorego wyznała szczerze, iż „pragnie zemsty” na obecnej władzy (co równie szczerze potwierdziła prof. Monika Płatek). A jak tę „zemstę” osiągnąć? Ano, wystarczy odpowiednie rozwiązania sobie „wyinterpretować, nie naciągając tego zbytnio”. Jest to nic innego, jak eufemistyczne określenie prawotwórstwa, czyli wkroczenia w kompetencje władzy ustawodawczej. Innymi słowy – prawo ma obowiązywać maluczkich, natomiast dla „mułłów w togach” jest jedynie zbiorem luźnych sugestii, które można sobie naginać po uważaniu w imię własnych interesów. Jak to może wyglądać w praktyce pokazał wielokrotnie już tu wspominany bulwersujący przypadek prof. Wojciecha Popiołka, który otwartym tekstem zanegował ustrojowe fundamenty Rzeczypospolitej, twierdząc, iż „W demokratycznym państwie prawnym suwerenem nie są wyborcy. Suwerenem są wartości znajdujące się w prawie, a na straży tych wartości stoją niezależne sądy i niezawiśli sędziowie”.

Dla odmiany, odnotujmy wypowiedź sędzi Barbary Piwnik dla Polskiego Radia 24, której jako żywo trudno zarzucić „pisowskość” (była ministrem sprawiedliwości w rządzie Leszka Millera). W kontekście „ustawy dyscyplinującej” przypomniała ona uchwałę KRS z 19 lutego 2003 r. ustanawiającą „Zbiór zasad etyki zawodowej sędziów”. Co ciekawe, uchwała ta zniknęła z internetowych stron KRS – ale, że w internecie nic nie ginie, zacytujmy tu § 16, jak ulał pasujący do obecnej sędziowskiej rebelii: „Sędzia nie może żadnym swoim zachowaniem stwarzać nawet pozorów nierespektowania porządku prawnego”. Polecam ten punkt wszystkim „ajatollahom prawa”, uważającym, iż są władni „wyinterpretowywać” sobie wszystko według własnego widzimisię.


III. Ani kroku wstecz!

Opisanym tu próbom anarchizacji państwa ma położyć kres ustawa dyscyplinująca. Przed rządem jednak kolejne starcie – tym razem na poziomie europejskim. Zarówno „nadzwyczajna kasta”, jak i „totalna opozycja” nie ukrywają, w iście targowickim duchu, że liczą na unijne sankcje i orzeczenie TSUE mające na Polskę nałożyć karę dzienną nawet w wysokości 2 mln. euro, co jest efektem wniosku wniesionego przez Komisję Europejską o zastosowanie przeciw Polsce środków tymczasowych mających „zamrozić” funkcjonowanie Izby Dyscyplinarnej SN. Na porządku dziennym stoi również sprawa powiązania przyszłych funduszy unijnych z „przestrzeganiem praworządności”. Wszystko z inspiracji rodzimych „targowiczątek”, nie ukrywających nawet, że właśnie tą drogą mają zamiar – nie, wcale nie ocalić „praworządność”, tylko doprowadzić do obalenia legalnych, demokratycznie wybranych władz polskiego państwa. Taki sam cel przyświeca również unijnym władzom, dla których rząd PiS jest skrajnie niewygodny. Unijna kasta mandarynów ma do ugrania jeszcze jedno – stworzenie precedensu, na mocy którego przywłaszczyłaby sobie kompletnie pozatraktatowe kompetencje do mieszania się pod byle pozorem w wewnętrzne sprawy państw członkowskich. TSUE z kolei liczy na „poszerzenie” prawem kaduka zakresu swojego orzecznictwa o arbitralne ustalanie porządku prawnego w krajach UE.

Rząd musi uświadomić sobie jedno – to próba sił. Tu nie pomogą żadne „wyjaśnienia”, bo po drugiej stronie nikt nie zamierza naszych tłumaczeń wysłuchiwać. Dlatego nie wolno się cofnąć – nie może powtórzyć się casus z wycinką Puszczy Białowieskiej, kiedy to ugięliśmy się pod zewnętrznym naciskiem, stwarzając nader niebezpieczny precedens. W skrajnej sytuacji (kara dzienna, sankcje) należy wręcz zagrozić, iż Polska w ramach retorsji zamrozi swoją składkę członkowską, przekierowując ją bezpośrednio na inwestycje, które miały być współfinansowane z unijnych funduszy. To jest walka o naszą elementarną suwerenność. A w takiej walce nie można robić ani jednego kroku wstecz.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 7 (14-20.02.2020)

Pod-Grzybki 198

Dobra wiadomość dla wszystkich zakompleksionych, wiecznie narzekających, że jesteśmy w tyle za Europą: do przychodni w podwarszawskich Markach zgłosiły się pierwsze dwie osoby z podejrzeniem koronawirusa. Teraz tutejszym „europejczykom” pozostaje modlić się, by „podejrzenie” przerodziło się w pewność – wreszcie w „tym kraju” będzie jak na Zachodzie!


*

Jest pierwszy przełom! Światowa Organizacja Zdrowia po długich debatach ustaliła oficjalną nazwę dla nowego chińskiego hitu eksportowego – od tej pory choroba wywołana koronawirusem będzie się nazywała COVID-19. „-Kiedy o tym usłyszałem, od razu poczułem się lepiej” - wyznał pan Maciej (l.54), pokasłując w kolejce na SOR-ze. „-Wcześniej słowo »koronawirus« brzmiało dla mnie jakoś tak nieprzyjemnie obco. Teraz, kiedy wreszcie choroba zyskała swą unikalną nazwę, zrobiła się jakoś tak bardziej swojska. Nawet toczenie śluzu i dreszcze są jakby mniej dolegliwe” - dodał, bohatersko tłumiąc drgawki i konwulsje. Z dobrze poinformowanych źródeł wiadomo, że wkrótce na rynku ma pojawić się refundowana szczepionka – producent musi tylko zgodnie z wytycznymi WHO poprawić recepturę o związki ołowiu i aluminium oraz sprawdzić, czy wywołuje odpowiednią pulę powikłań.


*

Za nami gala Oscarów. Nie, nie będę płakał nad „Bożym Ciałem”. Otóż poległ mój osobisty faworyt, czyli „Joker” - zgarnął nagrodę tylko na muzykę i rolę Joaquina Phoenixa (jego aktorskiego koncertu po prostu nie dało się zignorować). Przypuszczam, że Hollywood zwyczajnie wystraszyło się rebelianckiego potencjału tego filmu, czemu wyraz dawali członkowie Akademii po pokazowych seansach (jeden z głośniejszych komentarzy brzmiał: „nie wiem, czy temu filmowi dać wszystkie nagrody, czy go zakazać”). Bo też, trzeba powiedzieć, że obraz, który chyba w zamyśle miał być skrajnie lewacki, wymknął się spod kontroli i stał się uniwersalnym, krzyczącym oskarżeniem współczesnego, rozpadającego się świata – niszczonego przez społeczne nierówności, aroganckie i chciwe korporacje oraz idących na ich pasku polityków. Brzmi lewicowo? Tylko na pozór – taka po prostu jest rzeczywistość, a kto nie wierzy, niech spojrzy chociażby na targane paroksyzmami ulice Paryża. To obraz, który bym określił jako „psychospołeczny”: osobowość przyszłego Jokera podlega destrukcji wraz z otaczającym go miastem i społecznymi więziami. W filmie to wszystko pokazane zostało do tego stopnia naturalistycznie, że uderzyło w dobre samopoczucie hollywoodzkich bonzów i celebrytów, którzy właśnie z takiego kształtu świata czerpią swój status i korzyści. Nie mówiąc już o skrajnie zakłamanych, cynicznych mediach – na ekranie symbolizowanych przez gospodarza talk-show granego przez Roberta De Niro. Scena zabójstwa zadufanej w sobie gwiazdy mediów musiała nieźle wystraszyć tych bubków, którzy co i rusz uznają za stosowne pouczać Amerykanów co mają myśleć, mówić i na kogo głosować. Zresztą, bądźmy szczerzy – któż z nas nie miał choć raz w życiu ochoty zwyczajnie kropnąć jakiegoś nadętego, telewizyjnego prezentera wygłaszającego z anteny pod naszym adresem nabzdyczone morały? No właśnie... i dlatego „Joker” nie mógł dostać nagrody za najlepszy film.


*

A propos wygłaszania morałów - Joaquin Phoenix udowodnił, że geniusz aktorski nie musi iść w parze z intelektem, bredząc podczas swej przemowy w stylu godnym samej Sylwii Spurek o „dzieciach” odbieranym krowom, którym na dodatek „kradniemy” mleko. Nie wspomniał wprawdzie o „gwałceniu”, ale i tak pokazał, że długoletnia dieta wegańska powoduje nieodwracalne zmiany w mózgu. Zresztą, sama Sylwia Spurek również dała głos, sugerując, iż Phoenix dostał Oscara właśnie za to... że jest weganinem. Chociaż... Joker jako weganin – to by wiele wyjaśniało. Może dlatego właśnie Phoenix był aż tak wiarygodny osuwając się w odmęty szaleństwa?


*

A generalnie, wszystkim gwiazdom, gwiazdeczkom i celebrytom dedykuję słowa prowadzącego galę Złotych Globów Ricky Gervais'a: „Jeśli wygracie, nie marnujcie swojego czasu na przemowy polityczne. Nie macie kompetencji do tego, by zabierać głos publicznie na jakikolwiek temat. Nie wiecie nic o prawdziwym świecie. Większość z was spędziła mniej czasu w szkole niż Greta Thunberg. Zatem, jeśli wygracie, podziękujcie swojemu agentowi, swojemu Bogu i s...cie”.


*

Trochę zaległe, ale dopiero teraz odgrzebałem tego newsa: znany lewacki dominikanin, o. Paweł Gużyński wyjeżdża z Polski! Okazuje się, że będzie w Holandii wprowadzał młodych zakonników w „arkana sztuki zakonnego życia”. O żesz... będzie ich uczył, jak latać po mediach i nadawać na Kościół? „Mentalnie jestem już w Holandii” - ogłosił. A ja tylko czekam na pierwszą relację w internecie z przeprowadzonej przy duchowej asyście ojczulka ceremonii eutanazji.


*

LOT przejmuje Legion „Kondor”... to jest, niemiecką linię pasażerską „Condor”. „Lufthansa” dostała z tego powodu bólu d... i zapowiedziała interwencję w Komisji Europejskiej. Słusznie – nie może być tak, żeby jakieś Polacken przejmowały dobrą, niemiecką firmę – i to nawiązującą do sił III Rzeszy, które bohatersko zbombardowały Guernikę! Chwała niemieckiego oręża musi pozostać przy Niemcach, fersztejen?


*

W Brukseli odbył się kolejny sabat z udziałem Sikorskiego, Sadurskiego, Belki i Biedronia, podczas którego zastanawiano się nad najskuteczniejszą strategią przeciw Polsce i jej obecnym władzom. „Totalsi”, odpowiadając na pytanie przedstawiciela Parlamentu Europejskiego „co jeszcze można dla nich zrobić”, postulowali zaostrzenie kursu, straszenie „polexitem” - i generalnie, nadawali na całego. Tak po ludzku, czy oni się nie brzydzą samych siebie? Łażą po tych unijnych gabinetach i korytarzach z trzęsącymi się łapami, chwytają każdego za mankiet i żebrzą jak żulik pod monopolowym: „panie kierowniku, no zrób pan coś, poratuj, chociaż powiedz coś przeciw Polsce, a jak wrócimy do władzy, to wtedy my dla was – wszystko, wszystko!”. Rany gościa, to już nie jest nawet „totalna opozycja” - to są totalne obszczymury!


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 7 (14-20.02.2020)

piątek, 11 października 2019

O co toczy się gra

Totalni” nie grają o zwycięstwo – grają o możliwość sabotażu i permanentnej destabilizacji państwa. To jest ich plan na te wybory.

I. O co gra Zjednoczona Prawica?

Ten artykuł trafi do Państwa rąk w piątek, 11 października – tuż przed ciszą wyborczą. To dobry moment, by przypomnieć jeszcze raz o stawce tych wyborów – o co gra obóz patriotyczno-niepodległościowy, a o co obóz „totalnej opozycji” spod wielu szyldów. I już na pierwszy rzut oka widać podstawową różnicę – o ile Zjednoczona Prawica swe cele deklaruje z otwartą przyłbicą, to ugrupowania opozycyjne ukrywają swe rzeczywiste zamiary za zasłoną dymną.

Generalnie, partii Jarosława Kaczyńskiego wraz z koalicjantami chodzi o kontynuowanie dzieła reform, które docelowo mają nieodwracalnie zmienić Polskę. Przekształcić nasz kraj z postkomunistycznego bantustanu – żerowiska sitw, obcego kapitału wyprowadzającego dotąd „prawem i lewem” miliardy euro i dolarów, kondominium pod komisarycznym, polityczno-gospodarczym zarządem ościennych potęg – w normalne państwo działające w interesie swych obywateli. Reformy te, jak wiemy, w trakcie upływającej kadencji realizowane były czasem w sposób połowiczny, chwiejny, część zabuksowała w miejscu, niektóre milczkiem odłożono na półkę czekając na bardziej sprzyjające okoliczności. Ale też należy obiektywnie zauważyć, że nie wszystkie zaniechania wynikały z błędów obecnej ekipy – wewnętrzny opór materii był potężny, bowiem przez ostatnie ponad ćwierć wieku Polska obrosła gęsto licznymi grupami interesu, żywotnie zainteresowanymi trwaniem dotychczasowego systemu wraz z jego patologiami. Na powyższe nałożył się nacisk zagranicy – przede wszystkim Berlina i brukselskiego centrum polityczno-administracyjnego, z majaczącą w tle ręką Moskwy, zawsze chętnej do podziału polskiego tortu. W niezmiennym interesie wymienionych pozostaje utrzymanie Polski w pozycji wiecznego petenta-wasala - państwa słabego, będącego rezerwuarem taniej siły roboczej, rynkiem zbytu, podwykonawcą dla gospodarek Zachodu, do tego uzależnionego od rosyjskich surowców. Do tej starej koncepcji „Mitteleuropy” w naszych czasach dołożono element kolejny: kolonizację ideologiczną, mającą sprawić, by Polacy przestali być Polakami, by odrzucili swą historię, wstydliwie wyrzekli się religii, tradycji, kultury, przyjmując w zamian narzucane nam z zewnątrz wynaturzone, lewackie wzorce, które przez ostatnie kilkadziesiąt lat zdewastowały społeczeństwa Europy Zachodniej. To potężne siły, dlatego może się im przeciwstawić jedynie rząd dysponujący jednoznacznym, społecznym mandatem, czujący za plecami poparcie zdecydowanej większości narodu.

Drugim filarem polityki prawicowej koalicji jest przywrócenie godności, również materialnej, marginalizowanym wcześniej grupom społecznym. To dlatego program „500+” i pozostałe transfery społeczne spotkały się z tak wściekłą reakcją, podobnie, jak niedawno zapowiedź znaczącego podniesienia w najbliższych latach płacy minimalnej. Rzecznikiem tej postawy był Jacek Rostowski ze słynnymi słowami „pieniędzy nie ma i nie będzie”. Fakt, za jego czasów rzeczywiście pieniędzy nie było, pochłoniętych przez czarne dziury w podatku VAT, CIT i akcyzie. Nagle jednak się „odnalazły” w różnych tzw. „głębokich kieszeniach”. Te miliardy, które poszły do obywateli, zasilając przy okazji gospodarkę, ktoś jednak realnie stracił – i owi „ktosie” zrobią wszystko, by je odzyskać.

Podsumowując – dla PiS, by kontynuować wytyczoną drogę, planem minimum jest stabilna większość umożliwiająca samodzielne rządy. Ideałem jest większość konstytucyjna, pozwalająca na zmianę obecnej, głęboko dysfunkcyjnej ustawy zasadniczej, „szytej” na miarę postkomunistycznych układów.


II. Obóz ancien regime

O co gra obóz, który sam siebie, ustami Grzegorza Schetyny nazwał „opozycją totalną”? Jest to obóz beneficjentów patologicznego systemu III RP, dążący do restauracji starych porządków – klasyczny ancien regime, pragnący, „żeby było tak, jak było”. Innego programu nie mają – i czują, że te wybory są ostatnim momentem, kiedy powrót do władzy, znaczenia i pieniędzy jest jeszcze możliwy. Za cztery lata będzie dla nich już za późno. Ale tego prawdziwego programu ujawnić rzecz jasna nie mogą – stąd zmuszeni są do nieustannego podgrzewania histerii, rozhuśtywania społecznych emocji i eskalowania wojny domowej. Pretekstem może być cokolwiek - „obrona” konstytucji, „praworządności”, „wolnych sądów”, żerowanie na protestach kolejnych grup zawodowych, podłączanie się pod niepełnosprawnych, mniejszości seksualne, snucie katastroficznych scenariuszy „drugiej Grecji” czy wręcz „drugiej Wenezueli”... Na powyższe nakłada się wyjątkowo obrzydliwy spektakl szkalowania własnego kraju za granicą – rzecz niebywała w przypadku innych państw. Byliśmy świadkami bezwstydnych donosów do obcych stolic oraz unijnych instytucji i równie bezwstydnej satysfakcji, gdy ten czy ów zagraniczny polityk wycierał sobie Polską gębę. Oni nawet nie próbowali ukrywać, że liczą na zewnętrzną interwencję i naciski, mające finalnie wpłynąć na zmianę władzy w Polsce. W zamian oferują swym sponsorom, patronom i mocodawcom to samo co zwykle – siebie w roli kompradorskich nadzorców nadwiślańskiego bantustanu, pilnujących tu, na miejscu, obcych interesów i trzymających w ryzach miejscowy motłoch w zamian za zgodę na dalsze rozkradanie Polski. Dla ich zagranicznych zwierzchników taki układ jest idealny, bo dzięki temu nawet nie musieliby wypłacać jurgieltu z własnych kieszeni – jurgielt płaciliby tradycyjnie Polacy. Powtarzam: tylko o to im chodzi i o nic innego, cała reszta to wspomniana na wstępie zasłona dymna, dlatego też nie ma sensu pochylać się nad ich „propozycjami programowymi” - tymi wszystkimi „sześciopakami Schetyny”, których sami nie potrafią powtórzyć z pamięci.

Zarazem czują jednak, że są słabi – słabsi niż w 2015 r. Dlatego swe realne plany dostosowują do własnej słabości. Ich plan minimum, to wygrana w wyborach do Senatu – tak, by zamienić „izbę refleksji” w „izbę obstrukcji”. Jeżeli PiS uzyska większość w Sejmie, będzie w stanie tę senacką obstrukcję przełamać – ale wszystko będzie szło wolniej, jak po grudzie i w atmosferze nieustającej bijatyki. Natomiast plan maksimum „totalnych” to osiągnięcie na tyle wysokiego wyniku, by PiS, nawet jeśli wygra wybory, nie miał samodzielnej większości. Wtedy albo zmuszony byłby sformować rząd mniejszościowy – a czym to się kończy przekonaliśmy się w latach 2005-2007, albo trzeba by rozpisać przedterminowe wybory. Jest jeszcze trzeci element – rozparcelowanie państwa na udzielne księstwa samorządowe. Jak niedawno doniósł „Dziennik Gazeta Prawna”, opozycyjni samorządowcy przygotowali już pakiet stosownych ustaw, wyjmujących de facto samorządy spod jakiegokolwiek nadzoru i w efekcie godzących w unitarny charakter polskiego państwa. Przyczółkiem ma być opanowany przez opozycję Senat.

Krótko mówiąc, „totalni” nie grają o zwycięstwo – grają o możliwość sabotażu i permanentnej destabilizacji państwa. To jest ich plan na te wybory.


III. Mobilizacja!

Dlatego kluczowa będzie mobilizacja. Wg badań socjologicznych o wiele większy „potencjał mobilizacyjny” ma PiS – sięgający nawet 55 proc. Warunek jest jeden – nie wolno dać się uśpić optymistycznym sondażom i ruszyć do urn. Pamiętajmy, że mamy nową sytuację – dziś wysoka frekwencja sprzyja przede wszystkim nam. Tamci rzucili już dawno na szalę wszystkie zasoby i my musimy zrobić to samo – a głównym atutem po naszej stronie jest wielki potencjał rzesz zwykłych Polaków, z taką pogardą traktowanych przez „arystokrację” III RP. Słowa o „folwarcznych chłopach” nie biorą się znikąd – są wyrazem ich stosunku do własnego narodu. I jeżeli wygrają, tak właśnie będą nas traktować – jak pańszczyźnianych chłopów, co zresztą niejednokrotnie mieliśmy okazję przerabiać na własnej skórze po 1989 r. Do tej powtórki z najnowszej historii nie wolno dopuścić. W tych wyborach zadecydujemy, czy Polska ostatecznie wkroczy na nowe tory, czy też nastąpi recydywa starych porządków pod rządami tych, którzy już od dawna powinni użyźniać śmietnik historii.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 41 (11-17.10.2019)

niedziela, 30 czerwca 2019

„Polityka” wg Patryka Vegi

Vega to reżyser, nazwijmy to, „kina dresiarskiego”, który teraz próbuje odgrywać Olivera Stone'a dla ubogich.

I. Kino najważniejszą ze sztuk

Uwaga - będę prorokował. Konkretnie - o filmie „Polityka” Patryka Krzemienieckiego, znanego szerzej jako Patryk Vega. Wpisuje się on w pewien trend, polegający na robieniu kampanii wyborczej siłami popkultury. Najwyraźniej w pewnym momencie liberalno-lewicowy mainstream artystyczno-medialny uznał, że musi wziąć sprawy we własne ręce, bo inaczej „pisiory” będą rządziły do końca świata. Przypomniano więc sobie o leninowskiej maksymie głoszącej, że „kino jest najważniejszą ze sztuk” i rzucono do boju filmowy półświatek pod wodzą różnych domorosłych Eisensteinów. Wskutek tego wkraczamy właśnie w trzecią z rzędu kampanię wyborczą, która w przestrzeni medialnej zdominowana zostanie przez film o jednoznacznie politycznym przesłaniu. Jak było to przy poprzednich tego typu „eventach”, towarzyszyć będzie mu profesjonalnie zorkiestrowany i rozpisany na wiele głosów zgiełk promocyjny, kreujący atmosferę skandalu i niemal drugiego Watergate. Oto bezkompromisowy twórca objawi przed Polakami mroczne zakamarki świata polityki i moralną zgniliznę rządzących.

To również wpisuje się w znany już schemat. Najpierw, przed wyborami samorządowymi uraczono nas „Klerem” Wojciecha Smarzowskiego, który też odsłaniać miał bulwersujące tajemnice duchowieństwa z niedwuznaczną intencją, że „prawda ekranu” uderzy rykoszetem w prawicę. Niedawno, przed wyborami europejskimi, podobnego zadania podjęli się bracia Sekielscy kręcąc na podstawie esbeckich kwitów dokument „Tylko nie mów nikomu” o pedofilii wśród księży i tuszowaniu jej przez biskupów. I to również miało pogrzebać PiS na zasadzie skojarzenia „Kościół = prawica”. No, a teraz, jak wiemy, rzucono na odcinek walki z reakcją Patryka Vegę – najpewniej uznano, że nie ma co się dłużej bawić w półśrodki i należy wprost przywalić w partię rządzącą, bo poprzednim razem głupi lud nie zrozumiał subtelnej aluzji.


II. Wypucować się przed ferajną

Tu, na marginesie, warto poruszyć ciekawy wątek swoistej ekspiacji - albo też, mówiąc językiem knajackim, bardziej pasującym do tego środowiska - „pucowania się” twórców w oczach swojej ferajny. Taki Smarzowski po nakręceniu „Wołynia”, uznanego nie wiedzieć czemu za film „pisowski” (czysty absurd, zważywszy jak długo PiS opierał się rękami i nogami przed zadrażnianiem relacji z Ukrainą na tle historycznych rozliczeń), spotkał się wręcz ze środowiskowym ostracyzmem, czego dobitnym dowodem było demonstracyjne pominięcie „Wołynia” przy rozdaniu najważniejszych nagród na festiwalu filmowym w Gdyni. Musiał więc szybko się naprostować, by zmyć z siebie odium „pisowca” - i brawurowo przeszedł przez ten czyściec „Klerem”, filmem nakręconym już po słusznej, lewackiej linii i na właściwej bazie. Trudno powiedzieć, za co pokutował Tomasz Sekielski wraz ze swym bratem – krew z krwi i kość z kości walterowskiego TVN-u. Za to, że dostał program w państwowej telewizji? W każdym razie, postanowił stać się „twórcą niezależnym”, co to zbiera po ludziach datki na „wstrząsający dokument”. Może zresztą zgłosił się do tej roboty na ochotnika, żeby dodatkowo się wykazać, nieważne. Ważne jest to, że jak ogłosił otwartym tekstem Jan Hartman w tekście „Czy Sekielscy obalą PiS?”, film wprawdzie może i „instrumentalizuje ofiary pedofilii”, lecz „w dobrej wierze i w dobrej sprawie”. Teraz natomiast certyfikat „koszerności” postanowił odzyskać Patryk Vega, który strefił się nieprawomyślnym „Botoksem” z antyaborcyjnym wątkiem i na dodatek jak ten głupi rozpowiadał na prawo i lewo o swym „nawróceniu”, kokietując prawicową publikę. Doprawdy, aż strach pomyśleć, jakie ciśnienia tu oddziałują w ramach środowiskowej presji, choć nieco światła rzucają na to losy aktorów, którzy odważyli się zagrać w „Smoleńsku” - odwracanie się plecami, zrywanie znajomości, niewybredne wyzwiska i oczywiście, uwalona kariera. Jeśli nie ominęło to nawet postaci o formacie i dorobku Jerzego Zelnika, to co mówić o artystach mniej znanych, dla których rola tu, rola tam, to być albo nie być? Środowiskowa dintojra w czystej postaci.


III. Oliver Stone dla ubogich

Po niezbędnym zarysowaniu tła środowiskowo-obyczajowego, przechodzimy teraz do zasadniczej części mojego proroctwa. Otóż z filmu Vegi nic nie będzie. Spójrzmy zresztą. „Kler” Smarzowskiego – najbardziej kasowy kinowy przebój III RP - nie powstrzymał PiS-u przed odwojowaniem szeregu sejmików. „Tylko nie mów nikomu” Sekielskich zebrał rekordową liczbę wyświetleń na You Tube, co nie przeszkodziło PiS w zdecydowanym wygraniu wyborów do europarlamentu, a dosłownie dzień później temat kościelnej pedofilii umarł, dziś ekscytując już tylko fanatycznych klerofobów. Stało się tak dlatego, że histeryczna kampania promocyjna może i napędziła frekwencję, ale jej nachalność i jawny zamiar „dowalenia PiS-owi” sprawiły, że do ludzi dotarło, iż poddawani są manipulatorskiej obróbce – to zaś rodzi efekt przekory, a nierzadko refleksję, że na tle tych oszalałych, antykościelnych fanatyków ten PiS to jednak jest całkiem umiarkowany i normalny. Śmiem wręcz twierdzić, że oba filmy przyniosłyby większy efekt, gdyby nie zostały obudowane tą całą toporną, medialną politgramotą – a tak, zostały odebrane w pakiecie razem z resztą przekazu skrajnego lewactwa, w tym z ekscesami w rodzaju ci...y na kiju podczas gdańskiej gej-parady.

Podobnie będzie z „Polityką” Patryka Vegi. Film ten trafi do dwóch podstawowych grup odbiorców – betonowych zwolenników „totalnej opozycji”, którzy i bez tego „wiedzą”, że PiS to wcielone zło oraz do dumnych posiadaczy ugruntowanego przekonania, że wszyscy politycy to świnie i kanalie. W obu przypadkach film nie spełni swego zadania, bo pierwsi i tak w żadnych okolicznościach na PiS by nie zagłosowali, drudzy zaś najczęściej nie chodzą na wybory, bo skoro wszyscy politycy to jedna złodziejska banda, to po co się fatygować. Rzecz jasna, frekwencja w kinach będzie jak ta lala, bo raz, że Vega to generalnie kasowy reżyser, dwa – machina marketingowa zrobi swoje (już robi) i ludzie pójdą z czystej ciekawości (tak jak ciekawość zagrała na rzecz oglądalności „Kleru” i „Tylko nie mów nikomu”). I właśnie tą frekwencją będą buzowały się przekaziory w przeświadczeniu, że film Vegi „zrobił” im kampanię wyborczą i tylko patrzeć, jak wnerwiona publika ruszy wprost z kinowych sal do lokali wyborczych, by zmieść „pisiorów” z powierzchni ziemi. Będą więc ze swojej strony dowalały do pieca – coraz mocniej, coraz bardziej bez sensu i umiaru, aż w końcu... ze szczętem „przegrzeją” temat.

Swoje zrobi również sam film i charakterystyczna dla Vegi estetyka. Vega to reżyser, nazwijmy to, „kina dresiarskiego”, który teraz próbuje odgrywać Olivera Stone'a dla ubogich (na tę okoliczność publicysta Jakub Majmurek ogłosił już Vegę na łamach „Wyborczej” „wieszczem klasy ludowej”). Tymczasem wystarczy zerknąć na udostępnione w ramach podgrzewania atmosfery fragmenty filmu, by zorientować się, jak to będzie wyglądało: zlepek karykaturalnych stereotypów, postaci przerysowane aż do groteski, kuriozalna charakteryzacja rodem z „rozmów w tłoku” pamiętanych z „Szymon Majewski Show”, gra aktorska jak w „Uchu prezesa”... No i jeszcze „Ferdek” Grabowski w roli Jarosława Kaczyńskiego oraz Zamachowski jako ojciec Rydzyk... litości. „Beki” na seansach będzie co niemiara – i właśnie owa „beka” w połączeniu z natarczywym waleniem widowni cepem po łbach zabije cały polityczny potencjał filmu, skutecznie odstraszając umiarkowany elektorat środka.

Z jednym wyjątkiem – im bardziej wrzaskliwą fetę urządzi lewactwo, im więcej towarzyszyć będzie obrazowi Vegi różnych „przegięć” w przestrzeni publicznej (a idę o zakład, że oni się nie powstrzymają), tym bardziej zmobilizuje się prawicowy elektorat – jak po filmie Sekielskich i z podobnym efektem. Tak więc, możemy sobie spokojnie przygotować popcorn, patrząc na to lewackie panopticum szaleństwa – a potem udać się do urn, z góry ciesząc się na ich skacowane miny dzień po wyborach.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

„Kler”, czyli antykościelny „Żyd Suss”


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 26 (28.06-04.07.2019)

niedziela, 31 marca 2019

Polexit – czas na debatę

Mamy w tej chwili przed oczyma ponury spektakl brexitu – warto wyciągnąć z niego naukę i przygotować się zawczasu na najgorsze.

I. „Warszawska” jako kreator debaty

Dobrze się stało, że tygodnik „Do Rzeczy” podjął wątek polexitu i tego, jak debata o nim jest sztucznie wyciszana w przestrzeni publicznej. Cieszy mnie to tym bardziej, gdyż sam piszę o tym regularnie od lat – zarówno na łamach „Polski Niepodległej”, jak i „Warszawskiej Gazety”. Jak widać, uporczywe walenie głową w mur opłaciło się i temat zaczął się przebijać do prawicowego mainstreamu. Nie pierwszy to zresztą raz, gdy okazujemy się, mówiąc dzisiejszym językiem, „influencerem” poruszającym tematy podchwytywane później przez innych – podobnie było chociażby z kwestiami naszej uległości wobec Ukrainy czy totalnego braku asertywności w relacjach z Izraelem, środowiskami żydowskimi i USA. Pisaliśmy o tym wtedy, gdy w głównym nurcie prawicy panował niepodzielnie duch politycznej mitologii Giedroycia w połączeniu z mirażem „strategicznego sojuszu” z Izraelem – i za to wyłuszczanie bez ogródek nieprzyjemnych prawd oraz formułowanie diagnoz idących pod prąd dominujących poglądów spotykał nas ostracyzm i ujadanie o „ruskiej agenturze”. Później jednak okazywało się, że niepostrzeżenie również inne tytuły prasowe zaczynały mówić „Warszawską” i „Polską Niepodległą” - starannie jednak unikając podania źródeł inspiracji.

O tym, że problem polexitu stanie w bliskiej perspektywie czasowej na porządku dziennym i nie pomoże chowanie głowy w piasek, pisałem już w 2015 r. - nie była zresztą do tego potrzebna jakaś nadzwyczajna przenikliwość, wystarczyło obserwować procesy zachodzące na naszych oczach w „twardym jądrze” Unii i sposób traktowania „Mitteleuropy” przez brukselską centralę sterowaną zdalnie z Berlina. Nasze elity polityczne wybrały jednak strategię strusia, co sprawiło, że zmarnowaliśmy minione cztery lata. Dziś zatem jest ostatni dzwonek na rozpoczęcie poważnej debaty o naszej dalszej obecności w UE – do czego zbliżające się eurowybory są doskonałą okazją.


II. Między demagogią, histerią a dogmatyzmem

Póki co jednak, obijamy się w zaklętym kręgu demagogii, indukowanej cynicznie histerii i politycznego dogmatyzmu.

Z jednej strony mamy „totalną opozycję” złożoną z bandy targowiczan i liberalne elity, często przyspawane do europejskiego lub wprost niemieckiego jurgieltu. Ci oczywiście, we własnym interesie, uprawiają propagandowy szantaż polegający na przedstawianiu jakiegokolwiek sporu z Brukselą czy Berlinem jako katastrofy, wypychającej nas z „głównego nurtu”, a docelowo – z europejskich struktur. Alternatywą ma być posłuszne żyrowanie wszystkiego, co urodzi się w brukselskiej centrali, no i rzecz jasna jak najszybsze przyjęcie waluty euro – czyli zakamuflowanej niemieckiej marki, po którym to kroku jakikolwiek „exit” stanie się zwyczajnie niemożliwy. W tle tego wszystkiego mamy tęsknotę za europejskim superpaństwem, postrzeganym jako dobrotliwy hegemon, narzucający nam wzorce modernizacyjne – począwszy od demokratycznych standardów, poprzez model gospodarczy, a skończywszy na sprawach obyczajowych. Swoją drogą, czy ktoś jeszcze pamięta, jak przed akcesją uporczywie przekonywano nas, że kwestie kulturowe pozostają poza obszarem zainteresowania UE? Tymczasem, z biegiem lat, coraz bardziej okazywało się, że „wzorce kulturowe” przenikające do nas bądź to drogą „cywilizacyjnej osmozy”, bądź też wprost pod postacią normatywną (np. karta praw podstawowych) służyć mają specyficznemu procesowi wychowawczemu – inżynierii społecznej mającej przerobić zacofanych rzekomo Polaków w nowoczesnych „europejczyków”. Takie podejście stanowi logiczne dopełnienie drogi politycznej obozu gerontów III RP i ich młodszych o pokolenie wychowanków, dla których zakotwiczenie Polski w zachodnich strukturach miało być swoistym „końcem historii”, po którym wystarczy już tylko skrupulatnie implementować napływające z Brukseli dyrektywy i wytyczne.

Strona druga, to obóz Zjednoczonej Prawicy pod przywództwem PiS. Ci z kolei dali się ze szczętem zaszantażować histerią na tle domniemanego polexitu i na wyprzódki starają się udowodnić, że nie, nigdy i w żadnych okolicznościach taka myśl nie postała im w głowach, a dla naszej obecności w UE „nie ma alternatywy”, jak to lapidarnie ujął Jarosław Kaczyński. Próżne wysiłki, bo obóz przeciwny ma na to odpowiedź, że PiS może i nie chce nas z Unii wyprowadzić, ale jego polityka „obiektywnie” do tego właśnie zmierza, na co nakładają się dodatkowo groteskowe insynuacje o pozostawaniu na usługach Putina. To błąd numer jeden. Błędem numer dwa jest natomiast ostentacyjne podkreślanie „bezalternatywności” naszej obecności w Unii – w ten sposób sami zamalowujemy się do kąta i pozbawiamy możliwości manewru, osłabiając naszą pozycję przetargową w sporze z Brukselą, co ta błyskawicznie nauczyła się wykorzystywać, podsycając na naszym podwórku paniczne nastroje. Co gorsza, przypuszczam, że PiS w swych zapewnieniach jest jak najbardziej szczery i możliwość „exitu” rzeczywiście przekracza granice ich wyobraźni.

Trzeci uczestnik, na razie marginalny lecz zauważalny, to różnej maści gorącokrwiści antysystemowcy – od radykalnych wolnościowców po narodowców – którzy chcieliby wystąpić z „eurokołchozu” bez oglądania się na okoliczności i konsekwencje – najlepiej natychmiast, a najdalej w przyszły poniedziałek.


III. Przygotować się na najgorsze

Wszystkie te postawy łączy jedno – zdeterminowane są bieżącą walką polityczną. „Totalni” do spółki z łże-elitami III RP walczą o powrót do władzy, w czym jawnym sojusznikiem jest unijny establishment, żywotnie zainteresowany utrąceniem obecnego rządu. PiS stara się uniknąć wizerunkowego zapędzenia do skrajnie eurosceptycznej niszy – bo to odebrałoby poparcie wśród wciąż generalnie przychylnego Unii elektoratu. Antysystemowcy zaś walczą o szersze zaistnienie na scenie politycznej na prawo od PiS, w czym pomóc ma wyrazista retoryka.

W opisywanej tu doraźnej szarpaninie brakuje rzeczywistego namysłu i prób dokonania bilansu naszej dotychczasowej obecności w Unii oraz zarysowania perspektyw na przyszłość. A kształtują się one co najmniej niepokojąco. Największe ośrodki decyzyjne otwarcie dążą do przekształcenia UE w państwo federalne. Postulat „suwerennej Europy” sformułował w ubiegłym roku szef niemieckiego MSZ Heiko Maas; zawtórowała mu kanclerz Angela Merkel mówiąc, iż państwa narodowe powinny być gotowe na zrzeczenie się własnej suwerenności; w podobną stronę ciągnie Macron upatrujący w „superpaństwie” panaceum na francuskie bolączki; w naturalny sposób poszerzeniem swej władzy zainteresowana jest również brukselska biurokracja, już dziś uzurpująca sobie pozatraktatowe prerogatywy. W takim tworze Polska i kraje naszego regionu zostałyby nieodwracalnie „skonsumowane” przez największych graczy, przekształcając się ostatecznie w coś na kształt „wewnętrznych kolonii”. Do powyższego dochodzi kwestia finansów – perspektywa budżetowa na lata 2021-2027 będzie o wiele szczuplejsza, dodatkowo fundusze strukturalne mają zostać uzależnione od „przestrzegania praworządności”. Oznacza to, że staniemy się płatnikiem netto, a Bruksela zyska narzędzie szantażu i arbitralnego ingerowania w nasze wewnętrzne sprawy. Warto też rzetelnie podsumować, ile nasza gospodarka na obecności w UE zyskuje, a ile traci. No i wreszcie pozostaje sprawa wzmagającego się ideologicznego kulturkampfu, kluczowa dla naszej narodowej tożsamości.

O tym wszystkim należy Polakom mówić – spokojnie, racjonalnie, bez histerii i taniej demagogii. Społeczeństwo trzeba po prostu oswoić z obecnością tematyki polexitu w publicznej debacie, na wypadek gdyby dalsze członkostwo stało się nieakceptowalnym zagrożeniem dla naszej podmiotowości. Nade wszystko zaś – nigdy dość powtarzania - palącą potrzebą jest opracowanie „mapy drogowej” dla ewentualnego polexitu, tak byśmy nie byli zdani w kluczowym momencie na rozpaczliwą improwizację. Mamy w tej chwili przed oczyma ponury spektakl brexitu – warto wyciągnąć z niego naukę i przygotować się zawczasu na najgorsze.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Niemiecka strefa euro

EFTA – alternatywa dla Polski?

Kiedy nastąpi „polski exit”?

Opuścić Eurokołchoz!

Exodus z domu niewoli

Żegnaj Brukselo!

Exit Wyszehradu?

Porozmawiajmy o Polexicie

Chcecie sankcji? Dobrze!

Polexit coraz bliżej?

Niemiecka Europa

Śmierć eurokomunie!

Brexit – lekcja na 2019 rok

Coudenhove-Kalergi – europejski federalista

Euro-jurgielt


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 13 (29.03-04.04.2019)