poniedziałek, 17 grudnia 2018

Żółte kamizelki, czyli „francuska wiosna”

Podwyżka „eko-akcyzy” na olej napędowy była jedynie katalizatorem społecznego wybuchu, iskrą rzuconą na prochy narastających od dawna zbiorowych frustracji.

I. Francuska wiosna?

1723 zatrzymane osoby (w tym 1082 w Paryżu) i 118 rannych, a także trudne jeszcze do oszacowania straty finansowe – to bilans kolejnej soboty (8 grudnia) z protestami ruchu „żółtych kamizelek” we Francji. Wg francuskiego MSW łącznie w demonstracjach wzięło udział ok. 136 tys. obywateli – czyli liczba porównywalna z tą sprzed tygodnia, co oznacza, że uliczna rewolta póki co nie słabnie. Wszystko to powoduje, że nawet do mainstreamowych mediów powoli przebija się świadomość, że nie jest to bynajmniej wyłącznie sprzeciw wobec podwyżki cen paliw. Do tej pory słyszeliśmy głównie lekceważącą narrację w stylu: no tak, typowy francuski protest „roszczeniowy”, jakich w tym kraju odbywa się co najmniej kilka w ciągu roku – w domyśle, Francuzom poprzewracało się w głowach od dobrobytu. Tym razem jednak - co na początku zlekceważyli zarówno komentatorzy, jak i władze – ludzi nie wyprowadziły na ulice wielkie centrale związkowe, nie jest to też typowa rozróba „inżynierów i lekarzy” ubogacających kulturowo paryskie przedmieścia (choć i oni częściowo podłączyli się pod protesty, węsząc okazję do demolki). W przypadku „żółtych kamizelek” mamy do czynienia z czymś z gruntu odmiennym jakościowo – wkurzeni obywatele skrzyknęli się oddolnie, m.in. za pośrednictwem internetu, co zaowocowało masowym ruchem społecznym.

Jeżeli już szukać tu jakichś analogii, to bardziej do specyfiki tzw. arabskiej wiosny, tym bardziej, że w Tunezji i Egipcie także zaczęło się od eskalacji niezadowolenia z powodu marnych perspektyw życiowych – wysokich cen, niskich zarobków, bezrobocia itd. Zgadzają się nawet takie szczegóły, jak pora roku (rewolucje w płn. Afryce również wybuchły na przełomie jesieni i zimy) oraz to, że rozruchy miały miejsce w reżimach autorytarnych. Tu warto pamiętać, że nominalnie „demokratyczna” Francja jest od czasu islamistycznych zamachów w listopadzie 2015 r. krajem permanentnego stanu wyjątkowego. Wprawdzie formalnie stan wyjątkowy zniesiono z początkiem listopada 2017 r. - lecz tylko dlatego, że gros rozwiązań „nadzwyczajnych” (szczególnie dotyczących uprawnień służb) przeniesiono specjalną ustawą do „codziennego” porządku prawnego. No i wreszcie, w obu przypadkach do postulatów socjalno-bytowych szybko dołączyły żądania polityczne. Ciekawy staje się też potencjał „transgraniczny” - w sobotę 8 grudnia doszło do starć belgijskich „żółtych kamizelek” z policją w Brukseli, gdzie demonstranci domagali się dymisji premiera Charlesa Michela i próbowali się wedrzeć do rządowych budynków oraz Parlamentu Europejskiego (bilans – 74 aresztowanych, 12 rannych policjantów i kilka spalonych samochodów). Nawiasem, mniej więcej w tym samym czasie rząd Michela utracił parlamentarną większość wskutek wycofania się z koalicji Nowego Sojuszu Flamandzkiego sprzeciwiającego się podpisaniu przez Belgię ONZ-owskiego paktu migracyjnego. Robi się ciekawie...


II. Bunt przeciw elitom

Powyższe sprawia, że media lewicowo-liberalne zabierają się do omawiania wydarzeń we Francji jak pies do jeża – relacjonują „zajścia” i „incydenty”, jak ognia unikając szerszej interpretacji. Początkowa wersja o rozpieszczonych kierowcach, którzy nie chcą płacić więcej za paliwo nie wytrzymała konfrontacji z rzeczywistością, podobnie jak próby przypisania protestów „populistom” i „skrajnej prawicy”. Dziś, gdyby zapytać przeciętnego leminga, kto ma rację – Macron, czy „żółte kamizelki”, to zawiesi mu się system wskutek iskrzących na stykach sprzeczności. Z jednej strony bowiem jest „słuszny” prezydent, forsujący „proekologiczne” rozwiązania i optujący za europejskim super-państwem, z drugiej zaś mamy równie słuszny „gniew ludu”, łączący (przynajmniej chwilowo) ponad politycznymi podziałami zarówno zwolenników Marine Le Pen, jak i skrajną lewicę spod znaku Antify czy socjalisty i niedawnego kandydata na prezydenta Jean-Luc Melenchona. Ostatnio więc liberalne elity próbują nowego wytrychu – za protestami mianowicie ma stać pragnący zdestabilizować Europę Putin i jego armia internetowych trolli. Dziwnym trafem, gdy podczas rewolucji w krajach arabskich wskazywano na analogiczną rolę francuskich (był to okres, gdy Sarkozy roił o „Unii Śródziemnomorskiej” pod przewodnictwem Paryża) i amerykańskich służb, to takie głosy z miejsca zakrzykiwano medialnym jazgotem. Owszem, putinowskie trolle mogły skorzystać z okazji do podgrzewania atmosfery (francuskie służby zabrały się nawet do prześwietlania ok. 200 kont na Twitterze mających jakoby rozsiewać fake newsy) – ale to wątek marginalny. Z pewnością zaś przyczyna rewolty nie leży w moskiewskiej prowokacji – podobnie jak podwyżka „eko-akcyzy” na olej napędowy była jedynie katalizatorem społecznego wybuchu, iskrą rzuconą na prochy narastających od dawna zbiorowych frustracji.

W istocie bowiem ruch „żółtych kamizelek” jest klasycznym buntem przeciw nachapanym elitom, które oderwały się od społeczeństwa. Trzonem protestu nie są tutaj zawodowi politycy czy aktywiści, lecz zwykli obywatele, przytłoczeni rosnącymi kosztami życia i brakiem perspektyw, na których barki spycha się większość kosztów funkcjonowania państwa, dając coraz mniej w zamian. Wpisuje się to w ogólnoświatowy trend ubożenia klasy średniej na który składa się m.in. stagnacja realnych płac i malejąca siła nabywcza, prekaryzacja rynku pracy, rosnące obciążenia fiskalne i ceny, postępujący zanik małych i średnich przedsiębiorstw – co skutkuje chociażby zjawiskiem „pracujących biednych”. Tylko w ciągu ostatniego roku cena paliwa we Francji wzrosła o 23 proc., co najboleśniej dotyka mieszkańców prowincji, skazanych na poruszanie się własnymi samochodami. I tym ludziom prezydent nagle oznajmia, że mają płacić jeszcze więcej, bo są „nieekologiczni”, a rząd dopłaci im, by przesiedli się do samochodów elektrycznych i hybrydowych, które nawet mimo „zapomogi” są niedostępne cenowo dla kieszeni przeciętnego obywatela. Goryczy dopełnia fakt, że przez ostatnie kilkadziesiąt lat francuskie władze promowały właśnie samochody dieslowskie, jako oszczędniejsze i mniej paliwożerne, wskutek czego stanowią one 62 proc. pojazdów we Francji. Natomiast teraz obywatele słyszą: „nie stać was na diesla? jeździjcie hybrydami” - co jako żywo przypomina słynne „nie mają chleba? niech jedzą ciastka”.


III. Égalité!

Nic dziwnego, że motywowaną ekologicznie zapowiedź podniesienia akcyzy potraktowano jako przejaw oderwania paryskich elit od rzeczywistości. Ale przyczyn jest więcej. Ludzie odczuwają na własnej skórze finansową bezkarność globalnych korporacji, skutecznie ukrywających dochody w rajach podatkowych – bo powstałą dziurę łata się z kieszeni tych, którzy nie mogą pozwolić sobie na „optymalizację”. Z kolei chociażby lokowanie kapitału przez międzynarodowy biznes w nieruchomościach powoduje wzrost czynszów i „wypychanie” dotychczasowych mieszkańców na coraz dalsze przedmieścia. Z przewijających się w mediach wypowiedzi protestujących przebija poczucie, że wielkie korporacje zblatowane z rządem załatwiają swoje interesy ich kosztem, politycy (i generalnie, elity) żyją w złotych klatkach, a podział dochodu narodowego oraz obciążeń publicznych jest skrajnie nierównomierny. „Żółte kamizelki” zgłosiły 45 postulatów – jak to w takich przypadkach bywa, jest to swoisty „koncert życzeń”, jednak można z nich wyłuskać racjonalne jądro sprowadzające się do zwiększenia wpływu obywateli na władzę i stanowienie prawa, racjonalizacji świadczeń społecznych (co ewidentnie godzi w „zasiłkowych” migrantów), doinwestowania prowincji, ochrony krajowego rolnictwa czy ograniczenia rozmaitych przywilejów władzy oraz poszczególnych grup zawodowych, a także wymuszenia większej solidarności podatkowej.

Póki co, władza zastosowała podwójną taktykę: z jednej strony brutalną pacyfikację protestów, z drugiej – przeczekanie obliczone na zmęczenie materiału. Ciekawe, czy się nie przeliczy – w końcu, Francuzi na rewolucjach znają się jak mało kto.

Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 50 (14-20.12.2018)

Global Warming Industry

Walka z emisją CO2 sprowadza się do eksportu najbrudniejszych etapów produkcji na drugi koniec świata, by potem chwalić się „czystą” i „niskoemisyjną” gospodarką.

Trwające we Francji protesty „żółtych kamizelek” wyjątkowo dobrze „rymują się” z tegorocznym szczytem klimatycznym COP24 w Katowicach. Oba wydarzenia bowiem doskonale obrazują skalę hipokryzji wokół kwestii globalnego ocieplenia i wyrosłe na tejże różnorakie biznesy składające się na „Global Warming Industry” - że sparafrazuję tytuł znanej książki Normana Finkelsteina. Zacznijmy od Francji. Otóż w ubiegłym roku tamtejszy rząd ogłosił, że do 2040 r. wprowadzony zostanie całkowity zakaz sprzedaży samochodów spalinowych – cała Francja ma się przesiąść na pojazdy elektryczne i hybrydy. Częścią tej strategii są podwyżki podatku TICPE – czyli akcyzy od produktów energetycznych, głównie pochodnych ropy (od 2014 również węgla) - w tym ta ostatnia, która wywołała masowe protesty. Sęk w tym, że od lat 50. minionego wieku francuski rząd wspierał „diesle” (w tym Emmanuel Macron, jako minister za prezydentury Hollande'a), wskutek czego przytłaczająca większość samochodów we Francji jeździ dziś na oleju napędowym.

Oczywiście, odejście od ropy tłumaczone jest potrzebą redukcji CO2 i smogu, a że ceny hybryd i elektryków są dla większości konsumentów zaporowe, więc postanowiono zastosować metodę kija i marchewki – uderzenie po kieszeni wzrostem cen paliwa połączone z oferowaniem dopłat do „ekologicznych” samochodów. Tyle, że mimo dopłat, obywateli na zakup „elektryka” tak czy inaczej nie stać (często nie stać ich na nowego „ropniaka”, więc o czym tu mowa), a podwyżki na stacjach codziennie czyszczą im portfele. Tajemnicą poliszynela jest, że koncerny motoryzacyjne, które zainwestowały w nowe technologie, nigdy nie odbiją sobie kosztów, jeżeli ludzi nie zmusi się do kupna ich produktów – stąd histeria wokół „emisji” i nacisk na rządowe dopłaty (pouczający jest tu przykład Elona Muska, który dostał ataku wściekłości, gdy duński rząd zrezygnował z dotowania zakupu aut elektrycznych, a sprzedaż poleciała na łeb) przy jednoczesnym milczeniu na temat strat środowiskowych związanych chociażby z produkcją baterii litowo-jonowych. Wg raportu Szwedzkiego Instytutu Środowiska każda kilowatogodzina pojemności takiego akumulatora „kosztuje” w procesie produkcyjnym od 150 do 200 kg wyemitowanego CO2 – do czego należy doliczyć jak najbardziej „kopalniane” pozyskiwanie litu z solnisk (plus wydobycie kobaltu i niklu) i całą resztę cyklu produkcyjnego. Przypomina to jako żywo słynną sprawę wymiany żarówek tradycyjnych na „energooszczędne” (za to wielokrotnie droższe) pod wpływem lobbyingu producentów. Pytanie za milion – ile energii dzięki temu „zaoszczędzono”?

Inny przykład, to biopaliwa, które również są jednym z powodów francuskich protestów. W teorii biokomponenty miały ograniczyć wydobycie paliw kopalnych, przyczyniając się do ochrony środowiska. W praktyce natomiast pod uprawy roślin oleistych, głównie palm olejowych, likwiduje się całe połacie lasów tropikalnych, nieodwracalnie dewastując naturalne środowisko. Taki los spotyka w tej chwili ogromne obszary Indonezji i Malezji, gdzie grunty pod nowe plantacje pozyskuje się metodą masowego wypalania lasów – i w przeciwieństwie do teorii antropogenicznych przyczyn globalnego ocieplenia, jest to widoczne gołym okiem. Plantacje palm olejowych to 27 mln ha, a ich areał wciąż jest powiększany, zaś rabunkowa gospodarka skutkuje m.in. zaburzeniem gospodarki wodnej oraz zatruciem wód i gleb (niekontrolowane używanie środków chemicznych, w tym pestycydów) o wymieraniu zagrożonych gatunków nie wspominając.

Jednak francuski parlament, m.in. pod naciskiem koncernu Total, przygotowuje ustawę zezwalającą na import tego świństwa. Czyli z jednej strony „walczymy z ociepleniem” i uderzamy podwyżkami akcyzy w najmniej zamożnych, by nie smrodzili dieslami, z drugiej zaś - „sponsorujemy” import surowca przyczyniającego się do zniszczeń i emisji CO2 w innej części świata. Dodać należy, że bezpośrednio godzi to we francuskich farmerów uprawiających rzepak – inny biokomponent paliw – którego Francja jest obecnie największym producentem w Europie, dlatego w protestach „żółtych kamizelek” masowo biorą udział również rolnicy. Jak rozumiem, dla Totala francuski olej rzepakowy był zbyt drogi, więc użył swoich wpływów, by rządzący poszli mu na rękę. I teraz kolejna zagadka – czy paliwo z olejem rzepakowym byłoby droższe czy niekoniecznie, gdyby nie podwyższać „ekologicznej” akcyzy?

I tak jest niemal ze wszystkim, jeśli tylko nieco się poskrobie - „walka z emisją CO2” (abstrahując już od jej generalnej sensowności) sprowadza się do robienia świętoszkowatych min i eksportu najbrudniejszych etapów produkcji na drugi koniec świata, by potem chwalić się „czystą” i „niskoemisyjną” gospodarką. Kosztów tej ekologicznej ciuciubabki nie ponoszą jednak najwięksi truciciele, czyli globalne koncerny – one mają swoich polityków i swoje raje podatkowe. Ponoszą je zwykli ludzie – zarówno ci w Indonezji, jak i w Europie.

Z nagonką na polski węgiel jest podobnie – ale o tym już za tydzień.

CDN.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

COP24, czyli eko-trolling

Wrobieni w CO2

Zielony szwindel nie przeszedł w Hamburgu

Szczyt hipokryzji


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 49 (14-20.12.2018)

wtorek, 11 grudnia 2018

Koniec rewolucji?

Na polskiej scenie politycznej brakuje liczącego się ugrupowania na prawo od PiS, które odgrywałoby rolę szczupaka w stadzie karpi, mobilizując do działania.

I. Taktyczne ustępstwo?

Pragnę zwrócić uwagę wysokiej izby, że wycofywanie się ze słusznych reform w obszarze wymiaru sprawiedliwości, pod naciskiem instytucji unijnych wykorzystanych do walki politycznej, wyznacza granice naszej suwerenności w bardzo nieciekawym miejscu” - te słowa posłanki Anny Siarkowskiej wygłoszone z sejmowej trybuny podczas dyskusji nad „denowelizacją” ustawy o Sądzie Najwyższym mogą służyć za podsumowanie fiaska „rewolucyjnego” etapu rządów Zjednoczonej Prawicy. Nie dziwi więc, że Jarosław Kaczyński schodzącej z mównicy pani poseł znacząco pogroził palcem. Oczywiście, przywrócenie emerytowanych sędziów z (eks)prezes Gersdorf na czele przedstawione zostało jako taktyczny manewr, „krok do tyłu” mający umożliwić „dwa kroki wprzód” czy wręcz majstersztyk neutralizujący Brukselę oraz narrację totalnej opozycji o „polexicie” i wygaszający jeden z gorących frontów przed przyszłorocznymi wyborami. I można by nawet od biedy takie tłumaczenie przyjąć, gdyby owo rzekome „taktyczne ustępstwo” nie wpisywało się w szerszą tendencję.

W zasadzie, należałoby zacząć od weta prezydenta Dudy z lipca 2017 wobec ustaw o Sądzie Najwyższym i Krajowej Radzie Sądownictwa. To wtedy po raz pierwszy z pełną jaskrawością okazało się, że drużyna „dobrej zmiany” nie jest bynajmniej jednorodna i w pełni zdeterminowana by pogrzebać „republikę okrągłego stołu”, że pod dywanem buzują partykularne ambicje, walka o władzę i wpływy, wreszcie – że dalece nie wszyscy dorośli charakterologicznie do twardej walki o polskie interesy. Symbolem chwiejnej postawy stał się nasz „Hamlet belwederski”, podejmujący decyzję o wecie pod wpływem telefonicznej rozmowy z Angelą Merkel, ulicznych protestów i nacisków prawniczego establishmentu - o groteskowym zasłanianiu się opinią Zofii Romaszewskiej nie wspominając. Skutki tego fatalnego kroku były dwojakie – raz, że reforma sądownictwa odwlekła się w czasie (dziś już byłoby dawno „pozamiatane”); dwa – okazało się, że można obóz PiS rozgrywać od środka i skutecznie grillować.

Kolejnym błędem była rekonstrukcja rządu z przełomu 2017 i 2018 roku. Tłumaczenie było takie, że Mateusz Morawiecki będzie lepiej odbierany w Brukseli, międzynarodowych kręgach gospodarczych i generalnie na światowych salonach. Rychło okazało się, że były to złudzenia. Komisja Europejska nie cofnęła się ani o krok, podobnie Berlin, jasno dający do zrozumienia za pośrednictwem swych mediów, że oczekuje od nas wyłącznie bezwarunkowej kapitulacji. Po prostu, jedyna Polska, jaka interesuje Europę, to Polska kolonialna, podporządkowana politycznie i gospodarczo „centrali” i zainteresowane ośrodki nie spoczną, dopóki nie przywrócą pożądanego z ich punktu widzenia stanu rzeczy - tym bardziej, że na miejscu mogą liczyć na V kolumnę targowiczan i folksdojczów. Tego nie da się odwrócić wizerunkowymi sztuczkami.


II. Wygaszanie rewolucji

Potem poszło już z górki. Zaczęliśmy wysyłać światu kolejne sygnały, że wystarczy na nas zdrowo huknąć, postraszyć „kryzysem relacji”, „pogorszeniem stosunków”, jakimiś bliżej nieokreślonymi „konsekwencjami” i „sankcjami”, byśmy podkulili ogon pod siebie równie skwapliwie, jak wcześniej zarzekaliśmy się, że nikt nie będzie mieszał się w nasze wewnętrzne sprawy. Efektem były kolejne większe i mniejsze rejterady – a to w sprawie nowych wzorów paszportów z których wycofano Ostrą Bramę i Cmentarz Orląt Lwowskich pod naciskiem naszych „strategicznych sojuszników” z Litwy i Ukrainy; to cofnięcie art. 55a ustawy o IPN dogadywane w placówkach Mossadu; zamrożenie kwestii reparacji wojennych od Niemiec; wycofanie się rakiem z postulatu repolonizacji mediów; wreszcie – niedawna „denowelizacja” ustawy o Sądzie Najwyższym. W tym kontekście absolutnie nie dziwią ostatnie wyskoki ambasador Mosbacher – skoro na szczytach władzy mógł się tyle czasu ostentacyjnie panoszyć nasz „przyjaciel” sierżant Jonny Daniels... Jak mawiał Kisiel – to nie kryzys, to rezultat. Nawet kwestia relokacji migrantów na poziomie unijnym umarła śmiercią naturalną głównie ze względu na zmianę ogólnoeuropejskich nastrojów i wzrost popularności ugrupowań antysystemowych. Za to już sami, z własnej woli, po cichu zezwoliliśmy pod naciskiem lobby biznesowego na masowe sprowadzanie migrantów ekonomicznych – i to bynajmniej nie tylko z Ukrainy.

Wszystko to składa się na obraz końca rewolucji, która nawet, poza retorycznymi szarżami, nie zdążyła się na dobre rozpocząć. I tu pytanie: na co liczy PiS? Że „totalni” i zagranica dadzą mu spokój? Otóż nie, nie dadzą. Wracając jeszcze do sprawy reformy sądownictwa, od której zaczęliśmy. Na pozór ustępstwo jest niewielkie: wracają starzy sędziowie, ale jest przecież nowa KRS, do tego Izba Dyscyplinarna oraz Izba Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych. Tyle, że to nie kończy sprawy, a Bruksela nie odpuści. Wiadomo już, że Komisja Europejska nie zamierza wycofać się z procedury „kontroli praworządności”. Co więcej, idę o zakład, że im bliżej wyborów, tym grillowanie rządu będzie narastać w akompaniamencie wrzasków o „polexicie” – przedsmak mieliśmy w tym roku przed wyborami samorządowymi. O to, by nie zabrakło pretekstów zadba miejscowa „nadzwyczajna kasta” - już teraz NSA wysłał do TSUE dwa pytania prejudycjalne, tym razem godzące w obecną Krajową Radę Sądownictwa. Nie łudźmy się - ten spektakl będzie trwał dopóki cała reforma nie zostanie spacyfikowana.

Rząd PiS jest dla Brukseli ciałem obcym, błędem w matrixie – a ostatnie ustępstwo sprawiło jedynie, że wszystkie „guye” i timmermansy zwietrzyły krew, podobnie jak antypolskie ośrodki ulokowane na krajowym podwórku. Nie spoczną, dopóki ów „błąd” nie zostanie „naprawiony”, a w Polsce nie wrócą do władzy ci, co trzeba. A my, godząc się na dowolną, rozszerzającą wykładnię „wartości europejskich”, sami wkładamy im w ręce narzędzia. Jak to możliwe, że nawet nie próbowaliśmy powołać się na opinię Służby Prawnej Rady UE z 27 maja 2014 podważającej umocowanie traktatowe procedury kontroli praworządności? Dlaczego w postępowaniu przed TSUE nie podnieśliśmy tzw. protokołu brytyjskiego do którego przystąpiliśmy przed ratyfikacją Traktatu Lizbońskiego, i który – przypomnę – miał nas uchronić przed uroszczeniami unijnego trybunału? Czy nikt nie widzi, że godząc się na uznanie polskich sędziów sędziami „unijnymi” otwieramy na oścież wrota do kolejnych, coraz dalej idących ingerencji w nasze wewnętrzne sprawy? Na dodatek, nasze ustępstwa przypadają na czas, gdy rośnie nacisk na likwidację państw narodowych, co niedawno otwartym tekstem ogłosiła Angela Merkel, mówiąc, że „państwa narodowe powinny być gotowe do przekazania suwerenności”.


III. Po co nam PiS?

Poza wszystkim, PiS popełnia ogromny błąd polityczny na arenie krajowej. Przypomnę, że dopóki rząd stawiał się twardo Brukseli to słupki poparcia rosły, a „totalni” z PO i Nowoczesnej dołowali, jako sprzedawczycy donoszący na własny kraj. Co gorsza, PiS dał się zaszantażować opozycyjną narracją o „polexicie” i na wyprzódki rzucił się udowadniać, że nie jest wielbłądem. Tymczasem Polacy, owszem, są prounijni – ale tylko wtedy, gdy Polska jest w Unii krajem podmiotowym i ma coś do powiedzenia, co przed dwoma laty musiała z troską przyznać nawet sorosowska Fundacja Batorego w raporcie „Polacy wobec UE: koniec konsensusu”.

Słyszymy, że teraz czas na wygaszanie konfliktów, bo w przyszłym roku mamy podwójne wybory – tak, tyle że z kolei w 2020 będą wybory prezydenckie i znów nie będzie dobrej pory na konfliktogenne reformy, a jeszcze później... obóz „dobrej zmiany” będzie już tak zużyty (i zdeprawowany) władzą, że zwyczajnie nie będzie mu się chciało czegokolwiek ruszać. A pretekst do zaniechań zawsze się znajdzie. Widać, jak bardzo brakuje na polskiej scenie politycznej liczącego się ugrupowania na prawo od PiS, które odgrywałoby rolę szczupaka w stadzie karpi, mobilizując do działania. Bo bez radykalnych zmian, z „wygaszoną” rewolucją, po co nam PiS? Żeby mógł sobie porządzić?


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Repolonizacji mediów nie będzie


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 49 (07-12.12.2018)

COP24, czyli eko-trolling

Klimat jak dawniej będzie się zmieniał w rytmie cykli Milankovicia, procesów geologicznych i wielu innych, kompletnie niezależnych od człowieka czynników.

W Katowicach trwa ONZ-owski szczyt klimatyczny COP24 na który zjechała się część przywódców państw (raczej tych z drugiego szeregu) oraz cała armia urzędników i pieczeniarzy z przeróżnych NGO-sów, którzy z „walki z klimatem” uczynili sobie całkiem wygodny sposób na życie, konsumując w spokoju ducha kolejne granty wypłacane hojną ręką przez rządy, organizacje międzynarodowe tudzież zainteresowany globalny biznes. Ach, no i na dokładkę kilku celebrytów, którzy uwierzyli, że medialna sława daje im patent na zbawianie świata. Cała ta eko-hałastra (łącznie ok. 20 tys. osób ze 190 krajów), po wyemitowaniu do atmosfery kłębów spalin ze swych samolotów i limuzyn, zwaliła się do stolicy Górnego Śląska i z miejsca zajęła się tym, co najlepiej jej wychodzi – sianiem histerii i moralnej paniki w połączeniu ze spazmami świętego oburzenia.

Najpierw zawodowych ekologistów (przypominam – ekologia to nauka, „ekologizm” to ideologia) poraziła otwierająca imprezę orkiestra górnicza (o rety!). Dalej było już tylko weselej: w polskim pawilonie zaprezentowano ekspozycję z przeróżnymi instalacjami oraz produktami wytwarzanymi z węgla – oprócz czarnych brył naszego surowca, zwiedzający mogli obejrzeć także węglową biżuterię oraz wyprodukowane z węgla kosmetyki – np. żel pod prysznic czy mydło. Odnotowano liczne przypadki szoku i pomieszania zmysłów: „węgiel, wszędzie węgiel”, „zabierzcie nas stąd” - jęczeli straumatyzowani aktywiści, gdy słaniając się na nogach opuszczali wystawę. Perfidia organizatorów jednak nie znała granic – kiedy po koszmarnych przeżyciach wstrząśnięci ekologiści zapragnęli zregenerować siły w stołówce, czekała na nich kolejna zasadzka: pierogi. Konkretnie – pierogi z MIĘSEM. „Oferowane menu wydaje się całkowicie ignorować klimat” - stwierdzili, wytykając drżącymi ze zgrozy palcami takie dania, jak rolada śląska (wołowina + boczek + kapusta), wspomniane pierogi, dziczyzna i produkty nabiałowe. „Obładowane mięsem menu jest obrazą dla pracy konferencji” - dodała Stephanie Feldstein z Centr for Biological Diversity. Na koniec, kiedy okazało się, że posiłki serwowane są na jednorazowych, plastikowych tackach, ekoaktywiści gremialnie padli na ziemię w konwulsjach.

No dobrze, nieco przejaskrawiłem (ale doprawdy, niewiele), chodzi mi jednak o to, aby oddać ogólny, nomen omen, klimat towarzyszący katowickiemu wydarzeniu. A jest to, proszę Państwa, obłęd w czystej postaci. Nie wystarczy już walka z węglem - ludzkość należy, najlepiej odgórnie, odzwyczaić od jedzenia mięsa, albowiem, jak zostaliśmy przy okazji szczytu pouczeni, odpowiednia agenda ONZ ustaliła, iż hodowla bydła odpowiada ponoć za 14,5 proc. globalnej emisji gazów cieplarnianych, z czego 1/4 pochodzi z hm... zwierzęcej przemiany materii. Swoją drogą, jak oni to wyliczyli? Wsadzali krowom pod ogony mierniki metanu? Mięso należy zastępować więc substytutami w rodzaju roślin strączkowych – jednak ilości cieplarnianego metanu emitowanego przez nażartą soją, grochem i fasolą ludzkość chyba jeszcze nie oszacowano. Przewiduję zatem granty i dotacje na dalsze, jakże perspektywiczne, badania.

Najgroźniejsza jest jednak galopująca „karbonofobia”, jak pozwolę sobie określić ogólnoświatową kampanię antywęglową. Oto Polska rzekomo musi do 2030 r. całkowicie zrezygnować ze spalania węgla, inaczej czeka nas katastrofa. Tyle tylko, że przepowiednie wojujących ekologistów charakteryzuje permanentny „ruchomy horyzont apokalipsy”. Po prostu, gdy w przepowiadanym terminie kataklizm nie nadchodzi, to produkuje się nową alarmistyczną wizję, że wprawdzie teraz to może nie, ale już za kolejnych 15 lat z ab-so-lut-ną pewnością czeka nas nieuchronna zagłada – i tak dalej. Problem w tym, że zmłotkowane lobbyingiem „zielonego” biznesu i chodzących na jego pasku ekomaniaków rządy oraz organizacje międzynarodowe podejmują katastrofalne i rujnujące obywateli decyzje, czego stosunkowo świeżym przykładem jest unijny „pakiet klimatyczny”, powodujący skokowy wzrost cen energii elektrycznej. Z góry trzeba zaznaczyć, że łagodzenie jego skutków dopłatami do prądu dla gospodarstw domowych nic nie da, bo przyszłoroczny wzrost cen o 50-70 proc. dla przedsiębiorstw i tak powróci rykoszetem w postaci wyższych kosztów towarów i usług. A klimat jak dawniej będzie się zmieniał po swojemu, w rytmie cykli Milankovicia, procesów geologicznych i wielu innych, kompletnie niezależnych od człowieka czynników. Tak nawiasem, jeszcze w 2008 r. podnoszono alarm, że zbliża się „globalne ochłodzenie”, za sprawą wyjątkowo chłodnego 2007 roku.

Dlatego dobrze się stało, że zarówno prezydent Duda, jak i premier Morawiecki nie poddali się klimatycznej histerii, tylko spokojnie tłumaczyli, dlaczego Polska nie odejdzie od węglowej energetyki, będzie zaś inwestowała np. w zalesianie. Natomiast przyznana im przez eko-trolli anty-nagroda „Skamielina Dnia” jest jedynie świadectwem, że przynajmniej Polska w tym całym klimatycznym małpim cyrku zachowała elementarny zdrowy rozsądek.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Wrobieni w CO2

Zielony szwindel nie przeszedł w Hamburgu

Szczyt hipokryzji


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 48 (7-13.12.2018)

Mosbacher – go home!

Dobrze byłoby, gdyby ktoś w Departamencie Stanu poszedł po rozum do głowy i zabrał stąd tę babę, przysyłając kogoś bardziej ogarniętego.

I. Dziewucha z Indiany

Ha, kiedy kilka miesięcy temu media podały, że Donald Trump przysyła nam tu swoją protegowaną Georgette Mosbacher w roli ambasadora, napisałem w „Pod-Grzybkach”, że to krok dyscyplinujący (wówczas w kontekście awantury wokół nowelizacji ustawy o IPN), a sama Mosbacherowa wygląda jakby urwała się z planu „Dynastii” i jeśli zacznie intrygować tutaj niczym Alexis, to marny nasz los. Mówiąc Michalkiewiczem - „proroctwa mnie wspierały”, co zresztą nie jest szczególnym osiągnięciem, bo wystarczyło się choćby pobieżnie zapoznać z jej biografią, a zwłaszcza zobaczyć kilka zdjęć, by zorientować się co to za ziółko. Urodziła się w 1947 r. jako Georgette Paulsin w Highland w stanie Indiana – klasycznej, amerykańskiej dziurze pośrodku niczego. Dzisiaj Highland liczy sobie nieco ponad 23 tys. mieszkańców, więc można sobie wyobrazić, jakim, z przeproszeniem, zadupiem musiało być w latach dzieciństwa naszej Żorżetki. Jak podaje Wiki, ojciec małej Paulsin zginął w wypadku samochodowym, matka musiała więc pójść do pracy, a przyszła ambasador w wieku 7 lat opiekowała się młodszym rodzeństwem. O ile nie jest to legenda o „trudnym dzieciństwie” spreparowana na potrzeby wizerunkowe w stylu „od pucybuta do milionera”, to można założyć, że w domu się nie przelewało. Nic więc dziwnego, że młoda, ambitna pannica poprzysięgła sobie, że za wszelką cenę wyrwie się z tej pipidówy i nigdy więcej tam nie wróci. Świadczy o tym cała jej kariera, wraz z kolejnymi, starannie dobieranymi mężami: biznesmenami Robertem Muirem, George’em Barriem i wreszcie Robertem Mosbacherem (prezesem Mosbacher Energy i sekretarzem handlu u George'a Busha seniora), po którym (rozwód w 1998) zostawiła sobie obecne nazwisko.

Przy tym wszystkim jednak, mimo zdobycia wykształcenia na stanowym uniwersytecie i przebojowego przedarcia się do amerykańskiego establishmentu biznesowo-politycznego, pozostała tym, kim była: prostą dziewuchą z Indiany z gustem rozkojarzonej sroki, rozmiłowaną w blichtrze rodem z rozgrywających się w „wyższych sferach” telenowel, nade wszystko zaś – nadrabiającą rozmaite deficyty tupetem, bezczelnością i życiowym cwaniactwem. Owocem tego jest dzisiejsze oblicze naszej słodkiej Żorżetki – wybotoksowanej dzidzi-piernik, od której na kilometr jedzie nowobogacką, parweniuszowską tandetą.


II. Nasza słodka Żorżetka

Z takim to dobrodziejstwem inwentarza objawiła się nam nowa pani ambasador, skierowana tutaj za zasługi (czyli za sprawne zbieranie kasy na kampanię Trumpa). Trzeba bowiem wiedzieć, że tego typu stanowiska w USA dzielą się na dwie kategorie: jedne (zwłaszcza w trudnych, zapalnych punktach świata) obsadzane są przez profesjonalnych dyplomatów, a prócz tego jest pula placówek na które wysyła się „zaprzyjaźnionych biznesmenów”, którzy chcą mieć w CV nobilitującą pozycję „dyplomata”. Z reguły dotyczy to najhojniejszych darczyńców danej partii – czyli, mówiąc wprost, fotel ambasadora można sobie kupić. Nietrudno się domyślić, z jakiego rozdzielnika przysłano do Polski naszą słodką Żorżetkę.

A Żorżetka, jak to Żorżetka – zero doświadczenia w dyplomacji i, co równie ważne, zero wiedzy o Polsce. Po kilku miesiącach widać wyraźnie, że przed objęciem funkcji w najbardziej przyjaznym wobec USA kraju Europy nie tylko nie odrobiła pracy domowej, ale też nie ma zamiaru czegokolwiek się uczyć już tu, na miejscu. Najprawdopodobniej uznała, że przysłano ją do klasycznego bantustanu i braki kompetencyjne (oraz, co tu ukrywać, intelektualne), zamaskuje tym, co wywindowało ją na szczyty w Ameryce – arogancją i wyszczekaniem, okraszonymi zdawkowymi komplementami. Jej chyba naprawdę się wydaje, że szczytem polskich aspiracji jest zniesienie wiz (czym nie omieszkała zaszantażować posłów z polsko-amerykańskiej grupy parlamentarnej podczas słynnego spotkania w Sejmie), a Lech „Waleza” pozostaje niekwestionowaną ikoną „walki o niepodległość”. Oferta jaką nam przedstawia jest prosta: jak będziecie posłuszni, to może zniesiemy wizy dla tych waszych wschodnioeuropejskich Hotentotów. Innymi słowy, weszła w rolę nie tyle ambasadora, co namiestnika – albo wysłannika centrali mającego podnieść efektywność zamorskiej filii globalnego koncernu. I tak też sobie poczyna – sztorcując i dyscyplinując na wszelkie możliwe sposoby polskich „podwładnych”. Jej poprzednicy wprawdzie również sobie na to pozwalali – chociażby Paul W. Jones, który zagroził pogorszeniem stosunków, jeśli dopuścimy Chińczyków do budowy kanału Odra-Wisła – lecz stały za tym przynajmniej jakieś względy geopolityczne, natomiast Mosbacherowa poczuła się nie tyle wysłanniczką amerykańskiego państwa, ile reprezentantką partykularnych interesów tamtejszego biznesu.

Jak wiemy, zaczęła od tego, że w swoim niepowtarzalnym stylu jęła wzywać na dywanik urzędników pracujących nad zmianami podatku CIT, żądając by wprowadzili zapisy uprzywilejowujące amerykańskie firmy, co już stanowiło skandal sam w sobie. Jednak jej oczkiem w głowie stała się stacja TVN należąca do koncernu Discovery Communications, z którego szefem, Davidem Zaslavem, jest od lat zaprzyjaźniona. Podczas sejmowego spotkania, przypominającego instruktaż dla podkomendnych, twardo oznajmiła, że Kongres „nie będzie tolerował” zamachu na „wolność słowa”, ponadto zażyczyła sobie stałego wglądu w interesujące ją projekty legislacyjne, by „wiedzieć nad czym pracujemy”. Przywołała przy tej okazji sprawę art. 55a Ustawy o IPN, który określiła mianem „holocaust law”. Kontekst był ewidentny – mamy „konsultować” nasze projekty z panią ambasador i przedstawiać je do wstępnego zatwierdzenia, inaczej będzie niedobrze.

Jeszcze nie przebrzmiały echa tego skandalu, kiedy wybuchł następny – oto nasza Żorżetka ze swym charakterystycznym wdziękiem wysłała utrzymany w ultymatywnym tonie list do premiera Morawieckiego, w którym obcesowo pouczyła polski rząd co wolno, a czego nie wolno mówić o stacji TVN i jej dziennikarzach, grożąc, iż Stany Zjednoczone „nie będą tolerowały” krytycznych uwag oraz podważania rzetelności TVN-u. W przeciwnym wypadku pani Żorżetka się pogniewa, tupnie nóżką i nie załatwi nam zniesienia wiz.


III. Śmierć frajerom!

Postępowanie Georgette Mosbacher jest oczywiście niedopuszczalne i nie mieści się w żadnych standardach – nie tylko dyplomatycznych, lecz nawet elementarnego dobrego wychowania. Daje się tu wyczuć ten typowy rys bezwzględnego chama, który wyszarpał od życia swoją obecną pozycję – a że się sprawdziło, więc będzie postępował tak nadal, przynajmniej dopóki nie trafi na kogoś silniejszego, wobec kogo opłaca się być miłym. Problem w tym, że sami, niestety, daliśmy powody, by nas tak traktować. Opuszczając Waszyngton Mosbacher musiała usłyszeć, że Polacy, jeśli ich tylko przycisnąć, godzą się na wszystko. Może trochę pokrzyczą, ale gdy przychodzi co do czego (np. gdy postraszy się ich „pogorszeniem relacji” i „narażeniem na szwank strategicznego sojuszu”), to pokornieją i robią czego się od nich zażąda. O sprawie chińskiej inwestycji w kanał Odra-Wisła już wspominałem. Ale przecież w tym roku, jeszcze przed przybyciem Żorżetki, pod naciskiem amerykańskiej ambasady cofnęliśmy karę dla TVN-u nałożoną za skandaliczne relacjonowanie „ciamajdanu”, a przede wszystkim – w podskokach wycofaliśmy się z nowelizacji ustawy o IPN. Takie rzeczy nie pozostają bez konsekwencji, a Mosbacherowa wyciągnęła z tego oczywiste wnioski – że będzie miała do czynienia z mięczakami i trzeba nas tylko nieco przydusić. Idealnie wpasowuje się to zresztą w jej charakter i życiową dewizę, którą można streścić jako „śmierć frajerom!”.

Pisałem to już tyle razy, że aż głupio powtarzać, ale cóż... Brak dywersyfikacji naszej polityki, stawianie wszystko na jedną kartę, zwyczajnie musiało skończyć się tym, że „strategiczny sojusz” stał się synonimem wasalizacji i uczynienia nas protektoratem – a to, pod czyją kuratelą w danej chwili się znajdujemy, zależy wyłącznie od bieżącego układu sił, w najmniejszym zaś stopniu od nas samych. Nie ma strategicznych sojuszy dla słabych – a tym bardziej dla głupców. Co więcej, za ten podległy status przychodzi nam płacić coraz wyższą cenę – w przypadku relacji z USA jest to opłata „za ochronę”, co jako żywo coraz bardziej przypomina stary, poczciwy rekiet. Obcesowość Mosbacher jedynie tę zależność uwidoczniła z całą wyrazistością, odarła z pozorów „partnerstwa”.

Ale i Amerykanie mogą się na takim traktowaniu przejechać – dotąd byli bowiem silni nad Wisłą mocą społecznych sympatii, będących ewenementem na europejską skalę. To może wkrótce się skończyć. Dlatego dobrze byłoby, gdyby ktoś w Departamencie Stanu poszedł po rozum do głowy i zabrał stąd tę babę, przysyłając kogoś bardziej ogarniętego. Warto również przesłać Trumpowi kolaż z przetłumaczonymi na angielski co lepszymi „kawałkami” TVN-u na jego temat – może amerykański prezydent, który słynie z braku cierpliwości do „fake-mediów” uświadomi sobie, kogo broni jego faworyta. Krótko mówiąc – Mosbacher go home!

Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Repolonizacji mediów nie będzie


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w dwutygodniku „Polska Niepodległa” nr 23 (05-18.12.2018)

Pod-Grzybki 143

Polska potęgą kosmiczną! Na poligonie w Drawsku przeprowadzono właśnie z powodzeniem testy polskiej rakiety suborbitalnej o nazwie – to nie żart – BIGOS-4. Duma naszej technologii wzbiła się na wysokość 15 km, osiągając maksymalną prędkość 2 machów – czyli doganiamy osiągnięcia Wernhera von Brauna i jego V1 oraz V2. Teraz czekamy na kolejne konstrukcje: ŻUREK, FLAKI, no i ma się rozumieć – PIEROGI. A wizytę panu Twardowskiemu na Księżycu złożymy przylatując statkiem kosmicznym SCHABOWY-10,99.


*

Doniesienia z show businessu. Konkurs Eurowizji Junior wygrała 13-letnia polska faszystka Roksana Węgiel z Jasła. Dlaczego faszystka? Sama się zdemaskowała - po zwycięstwie podziękowała „Polsce, rodzinie i Bogu” (co skrzętnie ominął w swej relacji portal „Wyborczej”). Aż dziwne, że postępowy świat nie dochował rewolucyjnej czujności i nie zrobił jej „no pasaran”. No i jeszcze to nieekologiczne nazwisko... O dziwo, żaden lewak nie zaprotestował - a mogli przecież ją pozwać o wywoływanie smogu i efektu cieplarnianego.


*

Wiadomości handlowe. Media doniosły, że do sklepów „znanej sieci handlowej” w pudłach z bananami trafił bonus w postaci paczek kokainy – łącznie ponad 170 kilogramów. I to jest dopiero, proszę Państwa, „black friday”!


*

Dziennikarze „Superwizjera” TVN, którzy wsławili się „wykryciem” neonazistów w krzakach pod Wodzisławiem Śląskim dostali nagrodę im. Woyciechowskiego - w wysokości 50 tys. zł. No to trzeba przyznać, że 20 tys. wyłożone na ten żenujący remake „Allo Allo” zwróciło się z ponad dwukrotnym przebiciem. A swoją drogą – za taką kasę sam bym się przebrał za herr Flicka z Gestapo i hailował do białego rana.


*

Z gospodarki. Niemcy otwierają się na pracowników z Ukrainy. Dziwne, przecież niedawno ściągnęli sobie jakieś 2 mln. „inżynierów i lekarzy”. Cóż, „inżynierowie” mają swoje wymagania, więc teraz z kolei trzeba sprowadzić drugie tyle Ukraińców, żeby było komu tyrać na socjal dla nich – oto niemiecka zaradność!


*

Znany z bezkompromisowości dziennikarz Witold Gadowski, któremu Ringier Axel Springer wytoczył proces, wygłosił przed budynkiem sądu ostrzeżenie pod adresem rządu PiS, w kontekście m.in. braku repolonizacji mediów: „Jeżeli obecna władza nie będzie respektowała prawa Polaków do gospodarzenia we własnym domu, to tę władzę również zmieni ulica”. Taka myślozbrodnia nie mogła ujść płazem, toteż reżimowa TVP Kurskiego na swoim portalu potraktowała Gadowskiego w iście goebbelsowskim stylu, nazywając go „byłym dziennikarzem TVN” i pisząc o „groźbach Gadowskiego” - generalnie, wydźwięk materiału miał zrobić z niego podejrzanego awanturnika. Powiem tak: Gadowskiego szanuję - w odróżnieniu od niegdysiejszych „hipsterów prawicy”, „partyzantów wolnego słowa”, tudzież innych „niepokornych” dziennikarzy, którym, gdy tylko poczuli kasę z rządowych reklam oraz synekur w państwowej telewizji, nagle zmiękły kręgosłupy i zamienili się w topornych, partyjnych propagandzistów.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w dwutygodniku „Polska Niepodległa” nr 23 (05-18.12.2018)

niedziela, 2 grudnia 2018

Repolonizacji mediów nie będzie

Jeżeli obecna władza nie będzie respektowała prawa Polaków do gospodarzenia we własnym domu, to tę władzę również zmieni ulica” - Witold Gadowski.

I. Mosbacher locuta, causa finita

Chyba można już ogłosić to oficjalnie: repolonizacji mediów nie będzie. Ani w tej, ani w następnej kadencji. Zabroniła tego ambasador USA Georgette Mosbacher podczas spotkania z posłami w polskim Sejmie. Ujawniona przez Agencję Informacyjną Polska Press wypowiedź pani ambasador była jednoznaczna i dobitna: „Powinniście mieć świadomość, że jedna rzecz, co do której Kongres amerykański się zgadza zarówno demokraci, jak i republikanie, to jest wolność prasy. I nie mogę tego mocniej wyrazić (...)”. Nieco później kontynuowała: „Jesteśmy przyzwyczajeni w USA, że prasa jest brutalna, (...) ale nie ingerujemy. (…) Dlatego jeśli chodzi o wolność prasy, to z niczym Państwu nie pomogę. Kongres nie będzie tolerował takich rzeczy”. Tak więc, Roma locuta, causa finita.

Ale to jeszcze nie wszystko. Otóż Mosbacher zażądała ni mniej, ni więcej, tylko stałego wglądu do projektów legislacyjnych, powołując się na niedawny casus nowelizacji ustawy o IPN penalizującej przypisywanie Polakom niemieckich, nazistowskich zbrodni. Nowelizację tę określiła zresztą wdzięcznym mianem „holocaust law”: „Gdybyśmy współpracowali ściślej, bardziej na bieżąco, to w przypadku takich ustaw, jak »Holocaust law« i skonsultowali to odpowiednio wcześniej, to moglibyśmy wyrazić nasze stanowisko odpowiednio wcześniej”. I wreszcie clou: „Byłabym wdzięczna, gdybym mogła być na bieżąco informowana, gdybym wiedziała zawczasu, gdybyśmy wiedzieli, nad czym pracujemy. By mieć pewność, ze zmiany legislacyjne są korzystne dla obu naszych krajów”.


II. Sojusznik, czy wasal?

No i wszystko jasne. Pani ambasador „zaprzyjaźnionego mocarstwa” wyraźnie określiła, jak ma wyglądać nasz „sojusz”: Waszyngton mówi, my słuchamy. Natomiast rola dyplomatów USA ma sprowadzać się do trzymania nas w ryzach, byśmy przypadkiem jakimiś niewczesnymi wyskokami nie narazili na szwank „dobrych stosunków”. W przytoczonych cytatach mamy całą paletę dyscyplinujących chwytów: wyższościowy, paternalistyczny ton („polskich Irokezów” trzeba nauczyć szacunku dla wolnej prasy); szantażowanie pogorszeniem relacji („Kongres nie będzie tolerował takich rzeczy”) i postawienie warunków jaskrawo ingerujących w naszą suwerenność – czyli stanowienie prawa. Jednym słowem – dyktat. Wyobrażam sobie, że w XVIII wieku takim tonem mógł do polskich posłów przemawiać Nikołaj Repnin, albo za komuny kolejni nadzorcy przysyłani tu przez moskiewskich genseków. W nowszych czasach, być może PO pozwalała sobie na podobne połajanki ze strony wysłanników Angeli Merkel. Teraz widać, że zamiana Moskwy i Berlina na Waszyngton nie przyniosła jakościowej odmiany w naszych sojuszach i ogólnym położeniu – kto inny jedynie trzyma bat i lejce.

Ach, zapomniałbym. Na osłodę pani ambasador pokazała nam tradycyjny cukierek, czyli zniesienie wiz, zapewniając o swym zaangażowaniu. Oczywiście, żadnego zniesienia wiz dla Polaków nie będzie. To zbyt wygodne narzędzie nacisku – błyskotka, którą można nas wabić i szantażować na przemian. Po co USA miałyby się jej pozbywać?

Wystąpienie Georgette Mosbacher jako żywo przypomina niesławną tyradę izraelskiej ambasador Anny Azari po uchwaleniu art.55a ustawy o IPN. Wtedy, przypomnę, ta bezczelna litwaczka nie została wydalona w Polski w ciągu 24 godzin jako persona non grata – zamiast tego wdaliśmy się w upokarzający spektakl konsultacyjno-negocjacyjny, zakończony naszą sromotną rejteradą. Czy zatem może dziwić, że skoro na tak obcesowe zachowania pozwala sobie „sojusznik naszego sojusznika”, to jeszcze mniej skrupułów mają przedstawiciele samego „Wielkiego Brata”? Dobrze jednak, że przynajmniej pozbyliśmy się złudzeń: nie jesteśmy z perspektywy USA żadnym „sojusznikiem” (choć grzecznościowo tak się nas nazywa). Sojusz zakłada bowiem jakieś minimum partnerskich relacji. Jesteśmy protektoratem, wasalem, satelickim państewkiem, któremu amerykański hegemon przekazuje polecenia „do wykonu”. Tak kończy się uprawianie „bezalternatywnej”, jednowektorowej polityki zagranicznej. Ileż to razy słyszeliśmy, również z ust samego nieformalnego Naczelnika państwa, że dla członkostwa w Unii, sojuszu z USA czy obecnej polityki wschodniej „nie ma alternatywy”? Takim postępowaniem sami wpędzamy się w ślepą uliczkę, sytuację bez wyjścia, podajemy się do skonsumowania na srebrnej tacy – i właśnie zbieramy tego efekty. Powtórzę to, co pisałem już wielokrotnie: nie ma strategicznych sojuszy dla słabych. Dla frajerów tym bardziej.

Swoją drogą, czy wyobrażają sobie Państwo, że polski ambasador w Waszyngtonie próbuje strofować członków Kongresu, grożąc, że nasze wzajemne stosunki ucierpią, jeśli zostanie przyjęta np. „ustawa 447”? Jeżeli nawet pozwoliłby sobie na podobny krok, to w ciągu kilku dni pożegnałby się ze stanowiskiem. I na dobrą sprawę, protegowana Trumpa, która dostała dyplomatyczną posadę w nagrodę za sprawne zbieranie kasy na kampanię, również powinna w ekspresowym tempie wylecieć z Warszawy.


III. Efekt Mosbacherowej

Wracając do repolonizacji – Georgette Mosbacher otwartym tekstem przyznała, że do dyplomacji trafiła z biznesu i jednym z jej priorytetów jest ochrona interesów amerykańskich firm. A tak się składa, że TVN należy do amerykańskiego potentata Discovery. Mamy zatem przykład „dyplomacji gospodarczej” w działaniu. Dziwnym trafem, wkrótce po ujawnieniu treści spotkania pani ambasador z polskimi podwładnymi (bo tak to wyglądało), Prokuratura Krajowa poinformowała o odstąpieniu od przesłuchania operatora TVN Piotra Wacowskiego, hailującego na pamiętnych „urodzinach Hitlera” w krzakach pod Wodzisławiem Śląskim. Jeszcze chwilę wcześniej temu samemu operatorowi stosowne wezwanie wręczali funkcjonariusze ABW – a tu taka zmiana. Efekt Mosbacherowej? W każdym razie, wiadomo już, że TVN-owi nie stanie się krzywda i może pozwolić sobie na wszystko – parasol pani ambasador został rozpostarty. Podobnie, siłą rzeczy, będzie z polskojęzycznymi mediami niemieckimi, toteż należy się spodziewać z ich strony jeszcze większego tupetu, buty i arogancji. Dziś Ringier Axel Springer nęka za mówienie prawdy procesami „Warszawską Gazetę” i dziennikarza Witolda Gadowskiego (inne tytuły, które swojego czasu pisały to samo, pokornie przeprosiły i zamilkły). Jutro niemieccy specjaliści od sądowego kneblowania mogą wziąć na celownik następne ofiary – przy kompletnej bierności polskiego rządu.

W tym kontekście rozbrajająco naiwnie brzmią nieśmiałe protesty posłanek PiS Małgorzaty Wypych i Joanny Lichockiej, które na spotkaniu próbowały przekonać amerykańską ambasador, że problem polega na dominacji obcego kapitału, a wolność mediów jest obecnie o wiele szersza, niż za PO. Nic z tego – Mosbacher przyszła z wyrobioną i ugruntowaną opinią (ciekawe, z kim się konsultowała?). Trzeba było naświetlać sprawę wcześniej, tłumacząc chociażby, że niemieckie media realizują politykę Berlina sprzeczną również z interesami USA, a nade wszystko – nie ociągać się z repolonizacją. Tymczasem PiS po gromkich zapowiedziach, zaczął traktować „dekoncentrację” mediów niczym gorący kartofel – bo nagle okazało się, że może to stanowić kolejne pole konfliktu z Brukselą, a ponadto obce koncerny zaczęły grozić pozwami przed międzynarodowym arbitrażem na podstawie podpisanych przez Polskę umów o ochronie inwestycji (BIT). Efekt tradycyjny – po retorycznych szarżach, wstydliwa ucieczka i odkładanie sprawy na „święty nigdy”. Przykładowo, słyszeliśmy, że Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego pracuje nad różnymi wariantami ustawy dekoncentracyjnej. Co się okazało? W odpowiedzi na poselską interpelację resort kultury oznajmił, że żadnych projektów ustaw nie ma – przygotowano jedynie dwie analizy i na tym zakończono sprawę.

Cóż, PiS-owi na koniec dedykuję jako memento słowa Witolda Gadowskiego po niedoszłej rozprawie z Ringier Axel Springer: „Jeżeli obecna władza nie będzie respektowała prawa Polaków do gospodarzenia we własnym domu, to tę władzę również zmieni ulica”.

Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Sojusznik czy wasal?

Ech, ta repolonizacja...

Dekoncentracja – kolejne podejście?


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 48 (30.11-06.12.2018)

Imigracja nie zbawi gospodarki

Przy założeniu, że muzułmańskich migrantów będzie przybywać w dotychczasowym tempie, to za 40 lat będzie ich w Polsce ponad 900 tys.

Portal euroislam.pl zwrócił niedawno uwagę na raport Fundacji Instytutu Spraw Europejskich pt. „Imigracja z krajów OIC do Polski w latach 2003-2018” (autor – Jan Wójcik). Najpierw jednak kilka słów o euroislam.pl, jest to bowiem swoisty rodzynek. Otóż portal ten, założony przez stowarzyszenie „Europa Przyszłości”, programowo sprzeciwia się islamizacji Europy i Polski oraz niekontrolowanej imigracji – czyni to jednak nie z pozycji nacjonalistycznych, lecz lewicowo-liberalnych. To pocieszające, że nie wszyscy liberałowie dali sobie wyprać mózgi ideologią multikulturalizmu. Autorzy „euroislamu” potrafią dostrzec w muzułmańskiej inwazji na Stary Kontynent fundamentalne zagrożenie dla takich wartości, jak tolerancja, prawa człowieka i swobody obywatelskie. Z tego też powodu przez tutejsze liberalno-lewicowe salony traktowani są niczym czarne owce, bo miast hołdować dogmatom political correctness wolą trzeźwo oceniać rzeczywistość.

A teraz do rzeczy. Wzmiankowany na wstępie raport bazuje na oficjalnych danych Urzędu do Spraw Cudzoziemców odnośnie przybywających do Polski obywateli państw Organizacji Współpracy Islamskiej (OIC). Wynika z nich, że przybysze z krajów muzułmańskich stanowią ok. 8-9 proc. ogółu imigrantów, co przekłada się na 27 tys. osób. Tu jednak należy poczynić istotne zastrzeżenie: mówimy jedynie o pobycie legalnym, do którego należy doliczyć jeszcze nieznaną bliżej liczbę migrantów przebywających nielegalnie. Z nieoficjalnych rozmów z pracownikami Straży Granicznej wynika, że faktycznie na terenie Polski muzułmańskich migrantów może przebywać nawet dwukrotnie więcej. Powody przyjazdu do Polski są różne – praca (głównie Bangladesz, Uzbekistan, Pakistan, Turcja), studia (gł. Arabia Saudyjska i Kazachstan) oraz związek z obywatelem(-ką) Polski (tu występuje szczególnie wysoki odsetek osób z Nigerii oraz Egiptu).

Na pozór nie wygląda to niepokojąco. Warto jednak zwrócić uwagę, że utarło się sądzić, iż najliczniejszą społecznością muzułmańską w Polsce są „nasi”, zasymilowani Tatarzy – tymczasem tak nie jest. Spis powszechny z 2011 odnotował 1916 Tatarów - wynika z tego, że Tatarzy są „mniejszością w mniejszości”, zaś gros muzułmanów w Polsce to imigranci. Druga rzecz, o wiele ważniejsza, to dynamika – otóż w badanym przedziale czasowym (raptem 5 lat) liczba migrantów z państw OIC wzrosła czterokrotnie, co spowodowane jest m.in. rosnącym zapotrzebowaniem na pracowników.

I tu zaczyna się najciekawsze. Autor raportu pokusił się bowiem o zarysowanie przyszłości, biorąc pod uwagę z jednej strony dynamikę obecnego trendu migracyjnego, z drugiej zaś – porównując sytuację Polski z krajami Zachodniej Europy, które nie miały kolonii w krajach muzułmańskich (Belgia, Dania, Austria, Norwegia, Szwecja). Z analizy wynika, że Polska obecnie jest na podobnym etapie, jak powyższe kraje 40-50 lat temu – a więc w latach -60, -70 XX w. Przy założeniu, że muzułmańskich migrantów będzie przybywać w dotychczasowym tempie, to za 40 lat będzie ich w Polsce ponad 900 tys. - czyli (biorąc pod uwagę tendencje demograficzne wśród Polaków) stanowić będą ok. 2,5 proc. mieszkańców. Jeśli natomiast dodamy „ciemną liczbę” migrantów nielegalnych, to zakładając utrzymanie się obecnego tempa „przyrostu” możemy mówić nawet o ok. 5 proc. populacji. Zważywszy, że społeczności muzułmańskie mają predylekcję do tworzenia zwartych społeczności w dużych miastach, tworzy to zagrożenie występowania licznych napięć społecznych.

Analizę uprawdopodabnia fakt, iż podobną drogę przeszły podane wyżej kraje Europy Zachodniej – kilkadziesiąt lat temu muzułmanie stanowili w nich podobnie nieistotny odsetek, jak dziś w Polsce. Obecnie w Belgii stanowią już 5,5 proc. populacji, w Austrii – 4 proc, Danii – 3,5 proc, Norwegii – 2 proc. Przypominam – nie chodzi tu o państwa z kolonialną przeszłością w krajach arabskich, lecz o takie, które kolonii albo nie miały w ogóle, albo np. w tzw. „czarnej” Afryce (Belgia).

No i wreszcie wątek czysto gospodarczy. Pozwolę sobie przytoczyć w całości jeden z wniosków końcowych, bo jest na tyle dobitny, że nie wymaga komentarza: „W sferze gospodarki należy zweryfikować myślenie o zwiększaniu PKB poprzez zwiększanie imigracji. Należałoby przeprowadzić analizę, w jakim stopniu migranci (i osoby z tzw. tłem imigranckim) z krajów OIC w państwach zachodnich wpływają na tamtejszy PKB. Po drugie należy zauważyć, że sprowadzanie taniej siły roboczej - a taki głównie ma charakter obecna imigracja - nie przyczynia się do zmiany struktury produkcji w Polsce i cementuje niekorzystny układ o relatywnie niskim PKB per capita. Biorąc pod uwagę PKB per capita krajów zachodnich, Polska, nadrabiając zapóźnienie gospodarcze, mogłaby zwiększyć swoje globalne PKB zwiększając PKB per capita nawet czterokrotnie, co kompensowałoby z nawiązką spadek populacji kraju. Tak więc imigracja może być tymczasowym czynnikiem rozwoju gospodarczego Polski, ale nie długoterminowym”.

Jest o czym myśleć, nieprawdaż?

Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Imigranci nie zarobią na nasze emerytury


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 47 (30.11-06.12.2018)

poniedziałek, 26 listopada 2018

Bank za złotówkę? Tak, poproszę.

Mamy paradoksalną sytuację: sektor bankowy generuje rok po roku zyski rzędu kilkunastu mld. zł., lecz jeśli głębiej poskrobać, to banki okazują się wydmuszką i potencjalnymi bankrutami.

Można tylko przyklasnąć przyjętej przez Sejm nowelizacji prawa bankowego, zezwalającej na przejęcie zagrożonego banku przez inny podmiot na mocy decyzji KNF. Warto przypomnieć, że podobne rozwiązanie sprawdziło się przy okazji przejmowania przez banki zagrożonych niewypłacalnością SKOK-ów. Ale przyznam się, że chętnie widziałbym kroki idące jeszcze dalej, albowiem dotychczasowe reakcje – czy to organów nadzoru finansowego, czy inicjatywy ustawodawcze podejmowane w rytmie wykrywania kolejnych nadużyć – przypominają leczenie objawów, przy starannym unikaniu zajęcia się źródłem choroby. A główny problem polega na tym, że cały współczesny system finansowy postawiony jest na głowie: mamy do czynienia z osobliwym połączeniem kasyna, piramidy finansowej i wydmuszki, nakręcanym nieopanowaną kreacją fikcyjnego pieniądza - i to właśnie jest praprzyczyną rozmaitych patologii. Nie bez powodu kolejne światowe kryzysy swoje początki mają właśnie w świecie banków i funduszy – i następny, zbliżający się wielkimi krokami, również tam się zacznie. Po prostu - zdemoralizowane bezkarnością elity finansowe nie widzą powodu, by hamować swoje apetyty. Należałoby więc je do tego zmusić – i są na to sposoby, trzeba jedynie determinacji.

Po pierwsze, należy skończyć z oburzającą i z gruntu niemoralną zasadą, że istnieją gracze „zbyt wielcy, by upaść”, co kończy się każdorazowo zasypywaniem „rynków” górami pieniędzy, zachęcającymi jedynie do kontynuowania spekulacji i pompowania kolejnych „baniek”. W minionym kryzysie tego typu operację przeczyszczającą zastosowała Islandia, pozwalając zbankrutować swoim bankom, by następnie objąć je zarządem komisarycznym, zaś pomoc publiczną skierowano bezpośrednio w stronę poszkodowanych obywateli. Po drugie, trzeba wprowadzić osobistą odpowiedzialność karną dla zarządów instytucji finansowych za działalność na szkodę konsumentów (co zresztą postulował niedawno NIK w raporcie dotyczącym ochrony konsumenckiej w kwestii kredytów frankowych). Tu również prekursorem jest Islandia, gdzie na szefostwo tamtejszych banków posypały się wyroki więzienia.

Jednak najważniejszą sprawą jest pozbawienie banków możliwości kreowania pieniądza. Obecnie bowiem sytuacja wygląda tak, że przytłaczająca większość pieniędzy pozostających w obiegu jest efektem radosnej twórczości instytucji finansowych. Umożliwia to model rezerwy cząstkowej, pozwalający na produkowanie pieniądza „ex nihilo”, za pomocą tworzenia zapisów księgowych, czego dowiódł prof. Richard A. Werner z Uniwersytetu w Southampton w opisywanym na tych łamach eksperymencie, badającym w jaki sposób powstaje kredyt. Okazało się w nim, przypomnijmy, że bank udzielając kredytu na żadnym etapie nie sprawdzał swoich depozytów i rezerw – a więc niemal dosłownie „wypłukał złoto z powietrza”. Skutek powyższego jest taki, że obecnie globalna gospodarka jest zadłużona na 247 bln. dolarów – czyli 318 proc. w relacji do światowego PKB. Nic więc dziwnego, że na Islandii grupa obywateli wniosła swojego czasu pozew przeciw wszystkim działającym tam bankom o... fałszowanie pieniądza – bo wszak nominalnie jedynym emitentem winien być bank centralny.

Receptą może tu być koncepcja pieniądza suwerennego, w myśl której to państwo emituje pieniądze, a banki komercyjne mogą się zajmować jedynie ich alokacją – z takim pomysłem wystąpił islandzki ekonomista Frosti Sigurjónsson w swym raporcie opracowanym w 2015 r. na zlecenie tamtejszego rządu (znów ta Islandia!). W naszych warunkach mogłoby to wyglądać następująco: jeżeli bank chce udzielić kredytu ponad stan posiadanych rezerw, występuje do NBP. W drugim kroku to NBP sporządzałby zapis księgowy kreujący nowy pieniądz, który następnie „przekazywałby” bankowi komercyjnemu – ale jako pożyczkę, którą ten musiałby bankowi centralnemu zwrócić z odsetkami (np. zgodnie ze stopą procentową). Tym samym, to bankierzy byliby pozadłużani u państwa, a nie państwo u bankierów. Takie rozwiązanie przestawiałoby z miejsca cały układ finansowy z głowy na nogi, ponadto państwo miałoby instrument dyscyplinujący banki np. skłaniając je poprzez własną, suwerenną politykę kredytową do inwestowania w realną gospodarkę, a nie w instrumenty finansowe (co z kolei byłoby zgodne z koncepcją „wytycznych kredytowych” postulowanych przez prof. Wernera). Banki niewypłacalne byłyby w tym układzie nacjonalizowane za długi przez swojego głównego wierzyciela, czyli państwo – co stanowi nieco bardziej radykalną wersję wspomnianych na wstępie nowych kompetencji KNF.

Dziś bowiem mamy paradoksalną sytuację: sektor bankowy generuje rok po roku zyski rzędu kilkunastu mld. zł., lecz jeśli głębiej poskrobać, to banki okazują się wydmuszką i potencjalnymi bankrutami – a zatem stanowią nieustanne zagrożenie dla stabilności państwa. Silne są jedynie potencjalnymi pieniędzmi swoich dłużników. Lepiej zatem wziąć je na krótką smycz i w razie czego przejmować za symboliczna złotówkę – w końcu, realnie i tak nie są wiele więcej warte.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Ukrócić bankową kreację pieniądza

Wirtualny pieniądz i realny dług

O wypłukiwaniu pieniędzy z powietrza

Nikt nie może być zbyt wielki, by upaść


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 46 (23-29.11.2018)