Dobrze
byłoby, gdyby ktoś w Departamencie Stanu poszedł po rozum do głowy i
zabrał stąd tę babę, przysyłając kogoś bardziej
ogarniętego.
I.
Dziewucha z Indiany
Ha,
kiedy kilka miesięcy temu media podały, że Donald Trump przysyła nam
tu swoją protegowaną Georgette Mosbacher w roli ambasadora, napisałem
w „Pod-Grzybkach”, że to krok dyscyplinujący (wówczas w
kontekście awantury wokół nowelizacji ustawy o IPN), a sama
Mosbacherowa wygląda jakby urwała się z planu „Dynastii”
i jeśli zacznie intrygować tutaj niczym Alexis, to marny nasz los.
Mówiąc Michalkiewiczem - „proroctwa mnie wspierały”, co
zresztą nie jest szczególnym osiągnięciem, bo wystarczyło się choćby
pobieżnie zapoznać z jej biografią, a zwłaszcza zobaczyć kilka zdjęć,
by zorientować się co to za ziółko. Urodziła się w 1947 r. jako
Georgette Paulsin w Highland w stanie Indiana – klasycznej,
amerykańskiej dziurze pośrodku niczego. Dzisiaj Highland liczy sobie
nieco ponad 23 tys. mieszkańców, więc można sobie wyobrazić, jakim, z
przeproszeniem, zadupiem musiało być w latach dzieciństwa naszej
Żorżetki. Jak podaje Wiki, ojciec małej Paulsin zginął w wypadku
samochodowym, matka musiała więc pójść do pracy, a przyszła ambasador
w wieku 7 lat opiekowała się młodszym rodzeństwem. O ile nie jest to
legenda o „trudnym dzieciństwie” spreparowana na potrzeby
wizerunkowe w stylu „od pucybuta do milionera”, to można
założyć, że w domu się nie przelewało. Nic więc dziwnego, że młoda,
ambitna pannica poprzysięgła sobie, że za wszelką cenę wyrwie się z
tej pipidówy i nigdy więcej tam nie wróci. Świadczy o tym cała jej
kariera, wraz z kolejnymi, starannie dobieranymi mężami: biznesmenami
Robertem Muirem, George’em
Barriem i wreszcie Robertem Mosbacherem (prezesem Mosbacher Energy i
sekretarzem handlu u George'a Busha seniora), po którym (rozwód w
1998) zostawiła sobie obecne nazwisko.
Przy
tym wszystkim jednak, mimo zdobycia wykształcenia na stanowym
uniwersytecie i przebojowego przedarcia się do amerykańskiego
establishmentu biznesowo-politycznego, pozostała tym, kim była:
prostą dziewuchą z Indiany z gustem rozkojarzonej sroki, rozmiłowaną
w blichtrze rodem z rozgrywających się w „wyższych sferach”
telenowel, nade wszystko zaś – nadrabiającą rozmaite deficyty
tupetem, bezczelnością i życiowym cwaniactwem. Owocem tego jest
dzisiejsze oblicze naszej słodkiej Żorżetki – wybotoksowanej
dzidzi-piernik, od której na kilometr jedzie nowobogacką,
parweniuszowską tandetą.
II.
Nasza słodka Żorżetka
Z takim to
dobrodziejstwem inwentarza objawiła się nam nowa pani ambasador,
skierowana tutaj za zasługi (czyli za sprawne zbieranie kasy na
kampanię Trumpa). Trzeba bowiem wiedzieć, że tego typu stanowiska w
USA dzielą się na dwie kategorie: jedne (zwłaszcza w trudnych,
zapalnych punktach świata) obsadzane są przez profesjonalnych
dyplomatów, a prócz tego jest pula placówek na które wysyła się
„zaprzyjaźnionych biznesmenów”, którzy chcą mieć w CV
nobilitującą pozycję „dyplomata”. Z reguły dotyczy to
najhojniejszych darczyńców danej partii – czyli, mówiąc wprost,
fotel ambasadora można sobie kupić. Nietrudno się domyślić, z jakiego
rozdzielnika przysłano do Polski naszą słodką Żorżetkę.
A
Żorżetka, jak to Żorżetka – zero doświadczenia w dyplomacji i,
co równie ważne, zero wiedzy o Polsce. Po kilku miesiącach widać
wyraźnie, że przed objęciem funkcji w najbardziej przyjaznym wobec
USA kraju Europy nie tylko nie odrobiła pracy domowej, ale też nie ma
zamiaru czegokolwiek się uczyć już tu, na miejscu.
Najprawdopodobniej uznała, że przysłano ją do klasycznego bantustanu
i braki kompetencyjne (oraz, co tu ukrywać, intelektualne), zamaskuje
tym, co wywindowało ją na szczyty w Ameryce – arogancją i
wyszczekaniem, okraszonymi zdawkowymi komplementami. Jej chyba
naprawdę się wydaje, że szczytem polskich aspiracji jest zniesienie
wiz (czym nie omieszkała zaszantażować posłów z polsko-amerykańskiej
grupy parlamentarnej podczas słynnego spotkania w Sejmie), a Lech
„Waleza” pozostaje niekwestionowaną ikoną „walki o
niepodległość”. Oferta jaką nam przedstawia jest prosta: jak
będziecie posłuszni, to może zniesiemy wizy dla tych waszych
wschodnioeuropejskich Hotentotów. Innymi
słowy, weszła w rolę nie tyle ambasadora, co namiestnika – albo
wysłannika centrali mającego podnieść efektywność zamorskiej filii
globalnego koncernu.
I tak też sobie poczyna – sztorcując i dyscyplinując na
wszelkie możliwe sposoby polskich „podwładnych”. Jej
poprzednicy wprawdzie również sobie na to pozwalali – chociażby
Paul W. Jones, który zagroził pogorszeniem stosunków, jeśli dopuścimy
Chińczyków do budowy kanału Odra-Wisła – lecz stały za tym
przynajmniej jakieś względy geopolityczne, natomiast Mosbacherowa
poczuła się nie tyle wysłanniczką amerykańskiego państwa, ile
reprezentantką partykularnych interesów tamtejszego biznesu.
Jak
wiemy, zaczęła od tego, że w swoim niepowtarzalnym stylu jęła wzywać
na dywanik urzędników pracujących nad zmianami podatku CIT, żądając
by wprowadzili zapisy uprzywilejowujące amerykańskie firmy, co już
stanowiło skandal sam w sobie. Jednak jej oczkiem w głowie stała się
stacja TVN należąca do koncernu Discovery Communications, z którego
szefem, Davidem Zaslavem, jest od lat zaprzyjaźniona. Podczas
sejmowego spotkania, przypominającego instruktaż dla podkomendnych,
twardo oznajmiła, że Kongres „nie będzie tolerował”
zamachu na „wolność słowa”, ponadto zażyczyła sobie
stałego wglądu w interesujące ją projekty legislacyjne, by „wiedzieć
nad czym pracujemy”. Przywołała przy tej okazji sprawę art. 55a
Ustawy o IPN, który określiła mianem „holocaust law”.
Kontekst
był ewidentny – mamy „konsultować” nasze projekty z
panią ambasador i przedstawiać je do wstępnego zatwierdzenia, inaczej
będzie niedobrze.
Jeszcze nie
przebrzmiały echa tego skandalu, kiedy wybuchł następny – oto
nasza Żorżetka ze swym charakterystycznym wdziękiem wysłała utrzymany
w ultymatywnym tonie list do premiera Morawieckiego, w którym
obcesowo pouczyła polski rząd co wolno, a czego nie wolno mówić o
stacji TVN i jej dziennikarzach, grożąc, iż Stany Zjednoczone „nie
będą tolerowały” krytycznych uwag oraz podważania rzetelności
TVN-u. W przeciwnym wypadku pani Żorżetka się pogniewa, tupnie nóżką
i nie załatwi nam zniesienia wiz.
III.
Śmierć frajerom!
Postępowanie
Georgette Mosbacher jest oczywiście niedopuszczalne i nie mieści się
w żadnych standardach – nie tylko dyplomatycznych, lecz nawet
elementarnego dobrego wychowania. Daje się tu wyczuć ten typowy rys
bezwzględnego chama, który wyszarpał od życia swoją obecną pozycję –
a że się sprawdziło, więc będzie postępował tak nadal, przynajmniej
dopóki nie trafi na kogoś silniejszego, wobec kogo opłaca się być
miłym. Problem
w tym, że sami, niestety, daliśmy powody, by nas tak traktować.
Opuszczając Waszyngton Mosbacher musiała usłyszeć, że Polacy, jeśli
ich tylko przycisnąć, godzą się na wszystko. Może trochę pokrzyczą,
ale gdy przychodzi co do czego (np. gdy postraszy się ich
„pogorszeniem relacji” i „narażeniem na szwank
strategicznego sojuszu”), to pokornieją i robią czego się od
nich zażąda.
O sprawie chińskiej inwestycji w kanał Odra-Wisła już wspominałem.
Ale przecież w tym roku, jeszcze przed przybyciem Żorżetki, pod
naciskiem amerykańskiej ambasady cofnęliśmy karę dla TVN-u nałożoną
za skandaliczne relacjonowanie „ciamajdanu”, a przede
wszystkim – w podskokach wycofaliśmy się z nowelizacji ustawy o
IPN. Takie rzeczy nie pozostają bez konsekwencji, a Mosbacherowa
wyciągnęła z tego oczywiste wnioski – że będzie miała do
czynienia z mięczakami i trzeba nas tylko nieco przydusić. Idealnie
wpasowuje się to zresztą w jej charakter i życiową dewizę, którą
można streścić jako „śmierć frajerom!”.
Pisałem
to już tyle razy, że aż głupio powtarzać, ale cóż... Brak
dywersyfikacji naszej polityki, stawianie wszystko na jedną kartę,
zwyczajnie musiało skończyć się tym, że „strategiczny sojusz”
stał się synonimem wasalizacji i uczynienia nas protektoratem –
a to, pod czyją kuratelą w danej chwili się znajdujemy, zależy
wyłącznie od bieżącego układu sił, w najmniejszym zaś stopniu od nas
samych.
Nie ma strategicznych sojuszy dla słabych – a tym bardziej dla
głupców. Co więcej, za ten podległy status przychodzi nam płacić
coraz wyższą cenę – w przypadku relacji z USA jest to opłata
„za ochronę”, co jako żywo coraz bardziej przypomina
stary, poczciwy rekiet. Obcesowość Mosbacher jedynie tę zależność
uwidoczniła z całą wyrazistością, odarła z pozorów „partnerstwa”.
Ale
i Amerykanie mogą się na takim traktowaniu przejechać – dotąd
byli bowiem silni nad Wisłą mocą społecznych sympatii, będących
ewenementem na europejską skalę. To może wkrótce się skończyć.
Dlatego
dobrze byłoby, gdyby ktoś w Departamencie Stanu poszedł po rozum do
głowy i zabrał stąd tę babę, przysyłając kogoś bardziej ogarniętego.
Warto również przesłać Trumpowi kolaż z przetłumaczonymi na angielski
co lepszymi „kawałkami” TVN-u na jego temat – może
amerykański prezydent, który słynie z braku cierpliwości do
„fake-mediów” uświadomi sobie, kogo broni jego faworyta.
Krótko mówiąc – Mosbacher go home!
Gadający
Grzyb
Na
podobny temat:
Repolonizacji
mediów nie będzie
Notek
w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/
Artykuł
opublikowany w dwutygodniku „Polska
Niepodległa” nr 23 (05-18.12.2018)