Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Georgette Mosbacher. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Georgette Mosbacher. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 28 kwietnia 2019

Pod-Grzybki 157

Uff, za nami gorąca Wielkanoc. Najpierw nasza słodka Żorżetka wystosowała do Polaków życzenia z okazji żydowskiego święta Pesach – co, delikatnie mówiąc, nie spotkało się ze zrozumieniem. Czyżby to była sugestia, czyją tradycję powinniśmy zacząć kultywować? Swoją drogą, Żorżetka nazwisko „Mosbacher” zawdzięcza właściwemu mężowi i sama nie jest Żydówką – ale najwyraźniej bardzo by chciała i dokłada wszelkich starań. Może liczy na to, że jeśli wykaże należytą gorliwość, to nagle wyrosną jej odpowiednie „korzenie”?


*

Ale to jeszcze nic – prawdziwy gewałt zrobił się dopiero później. Otóż w podkarpackim Pruchniku odbył się nawiązujący do dawnej tradycji wielkanocnej „sąd nad Judaszem”, podczas którego uczestnicy pastwią się na różne sposoby nad kukłą Judasza-zdrajcy, by na koniec ją podpalić i wrzucić do wody. Ot, takie „wielkanocne jasełka” połączone z topieniem Marzanny. Ale „Wyborcza” zawyła. A jak zawyła „Wyborcza”, to równie wilczym głosem odezwał się Światowy Kongres Żydów - a za nim zagraniczne media oraz oczywiście Jonny Daniels. Bo antysemityzm i holocaust. W tym miejscu rozemocjonowanym Żydom warto przypomnieć święto Purim, podczas którego w podobny sposób żydowskie dzieci i młodzież pastwią się nad kukłą okrutnika-Hamana – perskiego dostojnika dybiącego podczas niewoli babilońskiej na Żydów (w odwecie Żydzi wówczas wymordowali 75 tys. Persów). Nadmieńmy, że w polskich realiach kukła Hamana stylizowana była na postać katolickiego księdza, dziś natomiast w żydowskich szkołach rozdaje się dzieciom z tej okazji małe szubieniczki i karabiny-zabawki. Palestyńczycy widząc to z pewnością świetnie się bawią.


*

Odkryłem bezsprzeczny dowód na istnienie telepatii. Tydzień temu w „Pod-Grzybkach” zamieściłem żarcik o izraelskiej sondzie kosmicznej, która rozbiła się na Księżycu, nadmieniając, że w związku z tym Izrael miał w charakterze odszkodowania zażądać „uznania swej suwerenności” nad Srebrnym Globem, dodając następnie, iż roszczeń za „utracone mienie” może spodziewać się Polska, jako że w zniszczeniu sondy mógł maczać palce Pan Twardowski. Napisałem, wysłałem tekst do redakcji – a dzień czy dwa później wszedłem sobie na wideobloga pana Stanisława Michalkiewicza, włączyłem felieton... i w miarę słuchania szczęka opadała mi do podłogi, bo słynny publicysta mówił dokładnie to samo! Co więcej – i to już jest dowód niepodważalny – z adnotacji na You Tube wynika, że wideofelieton został zamieszczony we wtorek 16 kwietnia – czyli dokładnie wtedy, gdy pisałem swoje „Pod-Grzybki”. Otwartą kwestią pozostaje jedynie, czy to ja transmitowałem telepatyczne sygnały do pana Stanisława, czy też byłem jedynie nieświadomym odbiorcą sygnałów wysyłanych przez niego. Nie mniej jednak – jestem telepatą! Wprawdzie, jak to mawia pan Michalkiewicz, komentując wykręty różnych ubeckich kapusiów - „bez swej wiedzy i zgody” – ale zawsze. Czego to człowiek się nie dowiaduje o swych ukrytych talentach!


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 17 (26-29.04.2019)

wtorek, 11 grudnia 2018

Mosbacher – go home!

Dobrze byłoby, gdyby ktoś w Departamencie Stanu poszedł po rozum do głowy i zabrał stąd tę babę, przysyłając kogoś bardziej ogarniętego.

I. Dziewucha z Indiany

Ha, kiedy kilka miesięcy temu media podały, że Donald Trump przysyła nam tu swoją protegowaną Georgette Mosbacher w roli ambasadora, napisałem w „Pod-Grzybkach”, że to krok dyscyplinujący (wówczas w kontekście awantury wokół nowelizacji ustawy o IPN), a sama Mosbacherowa wygląda jakby urwała się z planu „Dynastii” i jeśli zacznie intrygować tutaj niczym Alexis, to marny nasz los. Mówiąc Michalkiewiczem - „proroctwa mnie wspierały”, co zresztą nie jest szczególnym osiągnięciem, bo wystarczyło się choćby pobieżnie zapoznać z jej biografią, a zwłaszcza zobaczyć kilka zdjęć, by zorientować się co to za ziółko. Urodziła się w 1947 r. jako Georgette Paulsin w Highland w stanie Indiana – klasycznej, amerykańskiej dziurze pośrodku niczego. Dzisiaj Highland liczy sobie nieco ponad 23 tys. mieszkańców, więc można sobie wyobrazić, jakim, z przeproszeniem, zadupiem musiało być w latach dzieciństwa naszej Żorżetki. Jak podaje Wiki, ojciec małej Paulsin zginął w wypadku samochodowym, matka musiała więc pójść do pracy, a przyszła ambasador w wieku 7 lat opiekowała się młodszym rodzeństwem. O ile nie jest to legenda o „trudnym dzieciństwie” spreparowana na potrzeby wizerunkowe w stylu „od pucybuta do milionera”, to można założyć, że w domu się nie przelewało. Nic więc dziwnego, że młoda, ambitna pannica poprzysięgła sobie, że za wszelką cenę wyrwie się z tej pipidówy i nigdy więcej tam nie wróci. Świadczy o tym cała jej kariera, wraz z kolejnymi, starannie dobieranymi mężami: biznesmenami Robertem Muirem, George’em Barriem i wreszcie Robertem Mosbacherem (prezesem Mosbacher Energy i sekretarzem handlu u George'a Busha seniora), po którym (rozwód w 1998) zostawiła sobie obecne nazwisko.

Przy tym wszystkim jednak, mimo zdobycia wykształcenia na stanowym uniwersytecie i przebojowego przedarcia się do amerykańskiego establishmentu biznesowo-politycznego, pozostała tym, kim była: prostą dziewuchą z Indiany z gustem rozkojarzonej sroki, rozmiłowaną w blichtrze rodem z rozgrywających się w „wyższych sferach” telenowel, nade wszystko zaś – nadrabiającą rozmaite deficyty tupetem, bezczelnością i życiowym cwaniactwem. Owocem tego jest dzisiejsze oblicze naszej słodkiej Żorżetki – wybotoksowanej dzidzi-piernik, od której na kilometr jedzie nowobogacką, parweniuszowską tandetą.


II. Nasza słodka Żorżetka

Z takim to dobrodziejstwem inwentarza objawiła się nam nowa pani ambasador, skierowana tutaj za zasługi (czyli za sprawne zbieranie kasy na kampanię Trumpa). Trzeba bowiem wiedzieć, że tego typu stanowiska w USA dzielą się na dwie kategorie: jedne (zwłaszcza w trudnych, zapalnych punktach świata) obsadzane są przez profesjonalnych dyplomatów, a prócz tego jest pula placówek na które wysyła się „zaprzyjaźnionych biznesmenów”, którzy chcą mieć w CV nobilitującą pozycję „dyplomata”. Z reguły dotyczy to najhojniejszych darczyńców danej partii – czyli, mówiąc wprost, fotel ambasadora można sobie kupić. Nietrudno się domyślić, z jakiego rozdzielnika przysłano do Polski naszą słodką Żorżetkę.

A Żorżetka, jak to Żorżetka – zero doświadczenia w dyplomacji i, co równie ważne, zero wiedzy o Polsce. Po kilku miesiącach widać wyraźnie, że przed objęciem funkcji w najbardziej przyjaznym wobec USA kraju Europy nie tylko nie odrobiła pracy domowej, ale też nie ma zamiaru czegokolwiek się uczyć już tu, na miejscu. Najprawdopodobniej uznała, że przysłano ją do klasycznego bantustanu i braki kompetencyjne (oraz, co tu ukrywać, intelektualne), zamaskuje tym, co wywindowało ją na szczyty w Ameryce – arogancją i wyszczekaniem, okraszonymi zdawkowymi komplementami. Jej chyba naprawdę się wydaje, że szczytem polskich aspiracji jest zniesienie wiz (czym nie omieszkała zaszantażować posłów z polsko-amerykańskiej grupy parlamentarnej podczas słynnego spotkania w Sejmie), a Lech „Waleza” pozostaje niekwestionowaną ikoną „walki o niepodległość”. Oferta jaką nam przedstawia jest prosta: jak będziecie posłuszni, to może zniesiemy wizy dla tych waszych wschodnioeuropejskich Hotentotów. Innymi słowy, weszła w rolę nie tyle ambasadora, co namiestnika – albo wysłannika centrali mającego podnieść efektywność zamorskiej filii globalnego koncernu. I tak też sobie poczyna – sztorcując i dyscyplinując na wszelkie możliwe sposoby polskich „podwładnych”. Jej poprzednicy wprawdzie również sobie na to pozwalali – chociażby Paul W. Jones, który zagroził pogorszeniem stosunków, jeśli dopuścimy Chińczyków do budowy kanału Odra-Wisła – lecz stały za tym przynajmniej jakieś względy geopolityczne, natomiast Mosbacherowa poczuła się nie tyle wysłanniczką amerykańskiego państwa, ile reprezentantką partykularnych interesów tamtejszego biznesu.

Jak wiemy, zaczęła od tego, że w swoim niepowtarzalnym stylu jęła wzywać na dywanik urzędników pracujących nad zmianami podatku CIT, żądając by wprowadzili zapisy uprzywilejowujące amerykańskie firmy, co już stanowiło skandal sam w sobie. Jednak jej oczkiem w głowie stała się stacja TVN należąca do koncernu Discovery Communications, z którego szefem, Davidem Zaslavem, jest od lat zaprzyjaźniona. Podczas sejmowego spotkania, przypominającego instruktaż dla podkomendnych, twardo oznajmiła, że Kongres „nie będzie tolerował” zamachu na „wolność słowa”, ponadto zażyczyła sobie stałego wglądu w interesujące ją projekty legislacyjne, by „wiedzieć nad czym pracujemy”. Przywołała przy tej okazji sprawę art. 55a Ustawy o IPN, który określiła mianem „holocaust law”. Kontekst był ewidentny – mamy „konsultować” nasze projekty z panią ambasador i przedstawiać je do wstępnego zatwierdzenia, inaczej będzie niedobrze.

Jeszcze nie przebrzmiały echa tego skandalu, kiedy wybuchł następny – oto nasza Żorżetka ze swym charakterystycznym wdziękiem wysłała utrzymany w ultymatywnym tonie list do premiera Morawieckiego, w którym obcesowo pouczyła polski rząd co wolno, a czego nie wolno mówić o stacji TVN i jej dziennikarzach, grożąc, iż Stany Zjednoczone „nie będą tolerowały” krytycznych uwag oraz podważania rzetelności TVN-u. W przeciwnym wypadku pani Żorżetka się pogniewa, tupnie nóżką i nie załatwi nam zniesienia wiz.


III. Śmierć frajerom!

Postępowanie Georgette Mosbacher jest oczywiście niedopuszczalne i nie mieści się w żadnych standardach – nie tylko dyplomatycznych, lecz nawet elementarnego dobrego wychowania. Daje się tu wyczuć ten typowy rys bezwzględnego chama, który wyszarpał od życia swoją obecną pozycję – a że się sprawdziło, więc będzie postępował tak nadal, przynajmniej dopóki nie trafi na kogoś silniejszego, wobec kogo opłaca się być miłym. Problem w tym, że sami, niestety, daliśmy powody, by nas tak traktować. Opuszczając Waszyngton Mosbacher musiała usłyszeć, że Polacy, jeśli ich tylko przycisnąć, godzą się na wszystko. Może trochę pokrzyczą, ale gdy przychodzi co do czego (np. gdy postraszy się ich „pogorszeniem relacji” i „narażeniem na szwank strategicznego sojuszu”), to pokornieją i robią czego się od nich zażąda. O sprawie chińskiej inwestycji w kanał Odra-Wisła już wspominałem. Ale przecież w tym roku, jeszcze przed przybyciem Żorżetki, pod naciskiem amerykańskiej ambasady cofnęliśmy karę dla TVN-u nałożoną za skandaliczne relacjonowanie „ciamajdanu”, a przede wszystkim – w podskokach wycofaliśmy się z nowelizacji ustawy o IPN. Takie rzeczy nie pozostają bez konsekwencji, a Mosbacherowa wyciągnęła z tego oczywiste wnioski – że będzie miała do czynienia z mięczakami i trzeba nas tylko nieco przydusić. Idealnie wpasowuje się to zresztą w jej charakter i życiową dewizę, którą można streścić jako „śmierć frajerom!”.

Pisałem to już tyle razy, że aż głupio powtarzać, ale cóż... Brak dywersyfikacji naszej polityki, stawianie wszystko na jedną kartę, zwyczajnie musiało skończyć się tym, że „strategiczny sojusz” stał się synonimem wasalizacji i uczynienia nas protektoratem – a to, pod czyją kuratelą w danej chwili się znajdujemy, zależy wyłącznie od bieżącego układu sił, w najmniejszym zaś stopniu od nas samych. Nie ma strategicznych sojuszy dla słabych – a tym bardziej dla głupców. Co więcej, za ten podległy status przychodzi nam płacić coraz wyższą cenę – w przypadku relacji z USA jest to opłata „za ochronę”, co jako żywo coraz bardziej przypomina stary, poczciwy rekiet. Obcesowość Mosbacher jedynie tę zależność uwidoczniła z całą wyrazistością, odarła z pozorów „partnerstwa”.

Ale i Amerykanie mogą się na takim traktowaniu przejechać – dotąd byli bowiem silni nad Wisłą mocą społecznych sympatii, będących ewenementem na europejską skalę. To może wkrótce się skończyć. Dlatego dobrze byłoby, gdyby ktoś w Departamencie Stanu poszedł po rozum do głowy i zabrał stąd tę babę, przysyłając kogoś bardziej ogarniętego. Warto również przesłać Trumpowi kolaż z przetłumaczonymi na angielski co lepszymi „kawałkami” TVN-u na jego temat – może amerykański prezydent, który słynie z braku cierpliwości do „fake-mediów” uświadomi sobie, kogo broni jego faworyta. Krótko mówiąc – Mosbacher go home!

Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Repolonizacji mediów nie będzie


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w dwutygodniku „Polska Niepodległa” nr 23 (05-18.12.2018)

niedziela, 2 grudnia 2018

Repolonizacji mediów nie będzie

Jeżeli obecna władza nie będzie respektowała prawa Polaków do gospodarzenia we własnym domu, to tę władzę również zmieni ulica” - Witold Gadowski.

I. Mosbacher locuta, causa finita

Chyba można już ogłosić to oficjalnie: repolonizacji mediów nie będzie. Ani w tej, ani w następnej kadencji. Zabroniła tego ambasador USA Georgette Mosbacher podczas spotkania z posłami w polskim Sejmie. Ujawniona przez Agencję Informacyjną Polska Press wypowiedź pani ambasador była jednoznaczna i dobitna: „Powinniście mieć świadomość, że jedna rzecz, co do której Kongres amerykański się zgadza zarówno demokraci, jak i republikanie, to jest wolność prasy. I nie mogę tego mocniej wyrazić (...)”. Nieco później kontynuowała: „Jesteśmy przyzwyczajeni w USA, że prasa jest brutalna, (...) ale nie ingerujemy. (…) Dlatego jeśli chodzi o wolność prasy, to z niczym Państwu nie pomogę. Kongres nie będzie tolerował takich rzeczy”. Tak więc, Roma locuta, causa finita.

Ale to jeszcze nie wszystko. Otóż Mosbacher zażądała ni mniej, ni więcej, tylko stałego wglądu do projektów legislacyjnych, powołując się na niedawny casus nowelizacji ustawy o IPN penalizującej przypisywanie Polakom niemieckich, nazistowskich zbrodni. Nowelizację tę określiła zresztą wdzięcznym mianem „holocaust law”: „Gdybyśmy współpracowali ściślej, bardziej na bieżąco, to w przypadku takich ustaw, jak »Holocaust law« i skonsultowali to odpowiednio wcześniej, to moglibyśmy wyrazić nasze stanowisko odpowiednio wcześniej”. I wreszcie clou: „Byłabym wdzięczna, gdybym mogła być na bieżąco informowana, gdybym wiedziała zawczasu, gdybyśmy wiedzieli, nad czym pracujemy. By mieć pewność, ze zmiany legislacyjne są korzystne dla obu naszych krajów”.


II. Sojusznik, czy wasal?

No i wszystko jasne. Pani ambasador „zaprzyjaźnionego mocarstwa” wyraźnie określiła, jak ma wyglądać nasz „sojusz”: Waszyngton mówi, my słuchamy. Natomiast rola dyplomatów USA ma sprowadzać się do trzymania nas w ryzach, byśmy przypadkiem jakimiś niewczesnymi wyskokami nie narazili na szwank „dobrych stosunków”. W przytoczonych cytatach mamy całą paletę dyscyplinujących chwytów: wyższościowy, paternalistyczny ton („polskich Irokezów” trzeba nauczyć szacunku dla wolnej prasy); szantażowanie pogorszeniem relacji („Kongres nie będzie tolerował takich rzeczy”) i postawienie warunków jaskrawo ingerujących w naszą suwerenność – czyli stanowienie prawa. Jednym słowem – dyktat. Wyobrażam sobie, że w XVIII wieku takim tonem mógł do polskich posłów przemawiać Nikołaj Repnin, albo za komuny kolejni nadzorcy przysyłani tu przez moskiewskich genseków. W nowszych czasach, być może PO pozwalała sobie na podobne połajanki ze strony wysłanników Angeli Merkel. Teraz widać, że zamiana Moskwy i Berlina na Waszyngton nie przyniosła jakościowej odmiany w naszych sojuszach i ogólnym położeniu – kto inny jedynie trzyma bat i lejce.

Ach, zapomniałbym. Na osłodę pani ambasador pokazała nam tradycyjny cukierek, czyli zniesienie wiz, zapewniając o swym zaangażowaniu. Oczywiście, żadnego zniesienia wiz dla Polaków nie będzie. To zbyt wygodne narzędzie nacisku – błyskotka, którą można nas wabić i szantażować na przemian. Po co USA miałyby się jej pozbywać?

Wystąpienie Georgette Mosbacher jako żywo przypomina niesławną tyradę izraelskiej ambasador Anny Azari po uchwaleniu art.55a ustawy o IPN. Wtedy, przypomnę, ta bezczelna litwaczka nie została wydalona w Polski w ciągu 24 godzin jako persona non grata – zamiast tego wdaliśmy się w upokarzający spektakl konsultacyjno-negocjacyjny, zakończony naszą sromotną rejteradą. Czy zatem może dziwić, że skoro na tak obcesowe zachowania pozwala sobie „sojusznik naszego sojusznika”, to jeszcze mniej skrupułów mają przedstawiciele samego „Wielkiego Brata”? Dobrze jednak, że przynajmniej pozbyliśmy się złudzeń: nie jesteśmy z perspektywy USA żadnym „sojusznikiem” (choć grzecznościowo tak się nas nazywa). Sojusz zakłada bowiem jakieś minimum partnerskich relacji. Jesteśmy protektoratem, wasalem, satelickim państewkiem, któremu amerykański hegemon przekazuje polecenia „do wykonu”. Tak kończy się uprawianie „bezalternatywnej”, jednowektorowej polityki zagranicznej. Ileż to razy słyszeliśmy, również z ust samego nieformalnego Naczelnika państwa, że dla członkostwa w Unii, sojuszu z USA czy obecnej polityki wschodniej „nie ma alternatywy”? Takim postępowaniem sami wpędzamy się w ślepą uliczkę, sytuację bez wyjścia, podajemy się do skonsumowania na srebrnej tacy – i właśnie zbieramy tego efekty. Powtórzę to, co pisałem już wielokrotnie: nie ma strategicznych sojuszy dla słabych. Dla frajerów tym bardziej.

Swoją drogą, czy wyobrażają sobie Państwo, że polski ambasador w Waszyngtonie próbuje strofować członków Kongresu, grożąc, że nasze wzajemne stosunki ucierpią, jeśli zostanie przyjęta np. „ustawa 447”? Jeżeli nawet pozwoliłby sobie na podobny krok, to w ciągu kilku dni pożegnałby się ze stanowiskiem. I na dobrą sprawę, protegowana Trumpa, która dostała dyplomatyczną posadę w nagrodę za sprawne zbieranie kasy na kampanię, również powinna w ekspresowym tempie wylecieć z Warszawy.


III. Efekt Mosbacherowej

Wracając do repolonizacji – Georgette Mosbacher otwartym tekstem przyznała, że do dyplomacji trafiła z biznesu i jednym z jej priorytetów jest ochrona interesów amerykańskich firm. A tak się składa, że TVN należy do amerykańskiego potentata Discovery. Mamy zatem przykład „dyplomacji gospodarczej” w działaniu. Dziwnym trafem, wkrótce po ujawnieniu treści spotkania pani ambasador z polskimi podwładnymi (bo tak to wyglądało), Prokuratura Krajowa poinformowała o odstąpieniu od przesłuchania operatora TVN Piotra Wacowskiego, hailującego na pamiętnych „urodzinach Hitlera” w krzakach pod Wodzisławiem Śląskim. Jeszcze chwilę wcześniej temu samemu operatorowi stosowne wezwanie wręczali funkcjonariusze ABW – a tu taka zmiana. Efekt Mosbacherowej? W każdym razie, wiadomo już, że TVN-owi nie stanie się krzywda i może pozwolić sobie na wszystko – parasol pani ambasador został rozpostarty. Podobnie, siłą rzeczy, będzie z polskojęzycznymi mediami niemieckimi, toteż należy się spodziewać z ich strony jeszcze większego tupetu, buty i arogancji. Dziś Ringier Axel Springer nęka za mówienie prawdy procesami „Warszawską Gazetę” i dziennikarza Witolda Gadowskiego (inne tytuły, które swojego czasu pisały to samo, pokornie przeprosiły i zamilkły). Jutro niemieccy specjaliści od sądowego kneblowania mogą wziąć na celownik następne ofiary – przy kompletnej bierności polskiego rządu.

W tym kontekście rozbrajająco naiwnie brzmią nieśmiałe protesty posłanek PiS Małgorzaty Wypych i Joanny Lichockiej, które na spotkaniu próbowały przekonać amerykańską ambasador, że problem polega na dominacji obcego kapitału, a wolność mediów jest obecnie o wiele szersza, niż za PO. Nic z tego – Mosbacher przyszła z wyrobioną i ugruntowaną opinią (ciekawe, z kim się konsultowała?). Trzeba było naświetlać sprawę wcześniej, tłumacząc chociażby, że niemieckie media realizują politykę Berlina sprzeczną również z interesami USA, a nade wszystko – nie ociągać się z repolonizacją. Tymczasem PiS po gromkich zapowiedziach, zaczął traktować „dekoncentrację” mediów niczym gorący kartofel – bo nagle okazało się, że może to stanowić kolejne pole konfliktu z Brukselą, a ponadto obce koncerny zaczęły grozić pozwami przed międzynarodowym arbitrażem na podstawie podpisanych przez Polskę umów o ochronie inwestycji (BIT). Efekt tradycyjny – po retorycznych szarżach, wstydliwa ucieczka i odkładanie sprawy na „święty nigdy”. Przykładowo, słyszeliśmy, że Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego pracuje nad różnymi wariantami ustawy dekoncentracyjnej. Co się okazało? W odpowiedzi na poselską interpelację resort kultury oznajmił, że żadnych projektów ustaw nie ma – przygotowano jedynie dwie analizy i na tym zakończono sprawę.

Cóż, PiS-owi na koniec dedykuję jako memento słowa Witolda Gadowskiego po niedoszłej rozprawie z Ringier Axel Springer: „Jeżeli obecna władza nie będzie respektowała prawa Polaków do gospodarzenia we własnym domu, to tę władzę również zmieni ulica”.

Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Sojusznik czy wasal?

Ech, ta repolonizacja...

Dekoncentracja – kolejne podejście?


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 48 (30.11-06.12.2018)

sobota, 3 marca 2018

Pod-Grzybki 125

Taka sytuacja. W Szwecji odbyła się demonstracja osób LGBTQWERTY. Natomiast – uwaga - kontrmanifestację przeciw gej-paradzie urządziła nie żadna skrajna prawica, lecz... Antifa. Lewacy z Antify doszli mianowicie do wniosku, że przemarsz ostentacyjnych homoseksualistów obraża uczucia religijne mieszkających w Szwecji muzułmanów! W ten oto sposób postępactwo koncertowo zamalowało się do kąta. A teraz zagadka dla naszych lewaków, którzy chcieliby jednocześnie nieskrępowanych gej-parad i przyjmowania islamskich nachodźców: kto tu ma rację?


*

Nadprezydent... nie, wcale nie Jarosław Kaczyński – otóż nadprezydent Zofia Romaszewska, która od czasu, gdy Andrzej Duda za jej namową zawetował ustawy sądowe doszła do wniosku, że młokos ma się jej słuchać – ogłosiła, iż nowelizacja ustawy o IPN jest „idiotyczna” i należy ją poprawić. Dodała przy tym, że wysłała do prezydenta SMS-a z poleceniem zawetowania ustawy. Prezydent jednak, jak wiadomo, posłuchał się pani Zofii tylko połowicznie: podpisał ustawę (taki z niego niegrzeczny urwisek), ale zaraz przestraszył się, że nie dostanie deseru i odesłał ją do Trybunału Konstytucyjnego. Podobno udobruchana pani Zofia upiekła mu szarlotkę.


*

Powyższe nie zmienia faktu, że PAD najwyraźniej czuje się najlepiej, gdy ma nad sobą jakąś panią wychowawczynię, w czym jako żywo przypomina Emmanuela Macrona. A może przy najbliższej okazji to Zofia Romaszewska pojedzie do Paryża, obgada sprawy z panią Macronową i nagle się okaże, że w relacjach polsko-francuskich nastąpi idylla? Będą tylko musiały pilnować, żeby chłopcy się przypadkiem nie pobili. Na przykład o Caracale. Albo o zabawki.


*

Tak mi się skojarzyło - gdy eks-małżonka Lenina, Nadieżda Krupska, próbowała bruździć Stalinowi, ten poradził jej, żeby się uspokoiła, bo w przeciwnym razie znajdzie się „inna wdowa po Leninie”. Podziałało. A nie dałoby rady poszukać jakiejś innej wdowy po Romaszewskim?


*

Donald Trump przesłał nam właśnie sygnał dyscyplinujący w postaci mianowania nowej pani ambasador – niejakiej Georgette Mosbacher, której atutem w kontekście polsko-żydowskiej awantury są odpowiednie korzenie. Aluzju poniał, tym bardziej, że pani Georgetta wygląda jakby urwała się z planu „Dynastii” - jeśli tu zacznie intrygować niczym Alexis, to marny nasz los.


*

Tymczasem środowiska żydowskie nie ustają w podkreślaniu swej historycznej pozycji jako „narodu wybranego”. Generalnie, z ich stanowiska wynika, że w przypadku zagrożenia przedstawiciele innych nacji mają obowiązek poświęcić się dla Żydów – nawet za cenę życia własnego i swojej rodziny – tak, jak pies lub niewolnik ma obowiązek poświęcić się w obronie swego pana. Nachodzi mnie w związku z tym bardzo brzydka, a na pewno nie chrześcijańska refleksja. Na przyszłość lepiej Żydów nie ratować - po pierwsze, nie będą wdzięczni, co najwyżej uznają, że goje spełnili swoją powinność; po drugie - jak już będzie po wszystkim, to i tak zrobią z nas morderców.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 05 (28.02-13.03.2018)