Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Emmanuel Macron. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Emmanuel Macron. Pokaż wszystkie posty

piątek, 21 lutego 2020

Pod-Grzybki 197

Klaudia Jachira nie ustaje w swych żenujących prowokacjach. Tym razem wystąpiła z repliką tablic z Dekalogiem, plotąc przy tym jakieś dyrdymały, mające w zamierzeniu ośmieszyć PiS i jego wyborców. Teksty były tak nędzne i bez krzty polotu, że daruję sobie cytaty. Frapuje mnie natomiast jedno – czy parodiowanie Mojżesza i tekstu ze świętej księgi judaizmu nie podpada aby pod antysemityzm?


*

Jak wiadomo, według „totalnych” mamy obecnie faszyzm, stalinizm i stan wojenny – nie wiadomo tylko, czy opcje te są do wyboru, czy też dostępne łącznie, w wersji „all inclusive”. O stanie wojennym gardłowali ostatnio sędziowie podczas marszu tysiąca fartuszków pod przewodem pani przedszkolanki Małgorzaty Gersdorf. Jest to o tyle zastanawiające, że to właśnie sędziowie szli w awangardzie junty Jaruzelskiego, soląc posłusznie „piękne wyroki” na różnych antysocjalistycznych wichrzycieli oraz „elementy antypaństwowe”. Bez nich Jaruzelowi byłoby o wiele trudniej. No i teraz mam zagwozdkę – czy mówiąc o „stanie wojennym dla sędziów” oni nas ostrzegają, czy wyrażają tęsknotę za latami młodości?


*

Jeszcze chwila o tym „stanie wojennym” - tyle, że w nietypowym kontekście... dzietności. Otóż po chwilowym skoku urodzeń, jaki nastąpił wskutek wprowadzenia „500+”, znów mamy regres demograficzny. Mam na to radę, zbieżną przy okazji z wyrażonym wyżej pragnieniem „nadzwyczajnej kasty”. Mianowicie, ostatnim przywódcą, który sobie poradził z tym problemem był Wojciech Jaruzelski. Nie zrobił tego wprawdzie celowo, tak po prostu wyszło, ale liczy się efekt. Tak się składa, że ostatni znaczący boom urodzeń w Polsce to początek lat '80 – czyli okres stanu wojennego. Powiadają, że w Polsce było wtedy tak biednie, beznadziejnie, szaro i ponuro (a do tego godzina policyjna), że ludzie siedzieli w domach i z nudów... robili dzieci. A zatem, panie Naczelniku, jak by to powiedzieć... do dzieła! Wprowadzić godzinę policyjną, odciąć telewizję i internet, ludzi zamknąć w domach – i niech ten... zajmą się sobą...


*

Przez mediodajnie przetacza się festiwal „agenta Tomka”, który w stylu „skruszonego gangstera” sypie swoich byłych zwierzchników z CBA – przez co z miejsca stał się bohaterem wszelkiej maści „totalsów”. Jego gadanina wprawdzie warta jest tyle, co niejakiego „Masy”, który też znany jest z nadawania na zlecenie, ale ja o czym innym. „Agent Tomek” to mianowicie były „człowiek roku” „Gazety Polskiej” - za „bezkompromisową walkę z korupcją”. Hm, „Sakiewka” coś nie ma ręki do tych swoich „człowieków roku” - jak nie „Zdradek” Sikorski, to „agent Tomek”. Może dlatego w ostatnich pięciu (!) latach wolał „bezpiecznie” przyznawać swoje wyróżnienie na zmianę Kaczyńskiemu i Morawieckiemu? Teraz jednak pan „Tomek” jest ulubieńcem organu Michnika, dlatego zgłaszam postulat - „agent Tomek” na człowieka roku „Gazety Wyborczej”! Koniecznie razem z Beatą Sawicką – może odżyje dawna miłość? To byłby piękny ślub...


*

Polskę odwiedził francuski Makaron (wiecie, ten co ma taką fajną babcię) – ale nie po to, by spotkać się z prezydentem czy premierem, gdzie tam! Oto Trzecia Osoba (póki co, jeszcze nie-Boska), czyli generalissimus Grodzki oznajmił, iż Makaron przyjechał specjalnie do niego: „Zgodziliśmy się, że i Francja, i Polska, jako ważne kraje UE, powinny stać na straży europejskiego ładu”. Tylko europejskiego? A dlaczego nie kosmicznego? Galaktyczny Senat pod wodzą Imperatora Palpatin... to jest, generalissimusa Grodzkiego – oto prawdziwie godne miejsce dla Trzeciej Osoby!


*

Taka sprawa. Władze Warszawy miały wybudować mur przeciwpowodziowy na Wybrzeżu Helskim. Niestety, przed rozpoczęciem inwestycji trzeba było wyciąć ok. 500 drzew, przeciwko czemu zaprotestowali ekologiści, ruchy miejskie i inni lewaccy popaprańcy – bo „Natura 2000” nie pozwala. Trzaskowski oczywiście ugiął się przed lewakami. Zatem przy okazji najbliższej powodzi Warszawiacy będą mieli sposobność, by podziękować „Czaskoskiemu” za możliwość bezpośredniego obcowania z siłami „Natury 2000”. A jeśli na dokładkę wybije jakieś g...o, to już będzie pełnia szczęścia. Ale co tam – grunt, że nie rządzi PiS, prawda?


*

Eko-faszyzm w natarciu. Sylwia Spurek zapowiedziała debatę w Parlamencie Europejskim na temat „sprawiedliwych cen mięsa”. Od razu wyjaśniam: w rozumieniu dzisiejszych lewaków „sprawiedliwe ceny” oznaczają „droższe”. Według eko-oszołomów mięso jest obecnie „zbyt tanie”, więc należy opodatkować rolników, żeby odpowiednio zdrożało, stając się produktem luksusowym. Jest to twórcza kontynuacja wypowiedzi Olgi Tokarczuk, która całkiem niedawno prorokowała, że niedługo na mięso będzie stać tylko najbogatszych – cała reszta będzie żarła szczaw i mirabelki, niczym młody Niesiołowski. A ja się pytam: po co takie półśrodki? Nie lepiej od razu wprowadzić kartki na mięso? Kurczę, wychodzi na to, że myśmy nie docenili tego epokowego wynalazku komuny! I po co było obalać, skoro dziś do tego wracamy – tyle, że okrężną drogą, przez Brukselę?


*

Jest też inny patent. W USA za czasów prohibicji funkcjonowała tzw. medyczna whisky, którą sprzedawano... w aptekach. Wyglądało to tak: spragniony delikwent szedł do jakiegoś rozumiejącego ludzkie potrzeby lekarza, ten wystawiał receptę zaświadczającą, że pacjent z przyczyn zdrowotnych musi sobie golnąć drinka – po czym wystarczyło udać się do monopolo... to jest, do apteki po flaszkę – i gotowe. I tak samo można zrobić z mięsem – tylko na receptę! Potem z druczkiem w garści idziemy do mięsn... to jest, do apteki – a pani farmaceutka odważy nam kilo schabu czy innej „medycznej karkówki”. Dobrze przy tym byłoby, żeby Ministerstwo Zdrowia wpisało mięso na listę leków refundowanych (a dla emerytów za złotówkę) – totalitarnym lewakom na pohybel!


*

Powyższe pokazuje, że Wielka Brytania wymiksowała się z tego brukselskiego kołchozu w ostatnim momencie. Nawiązując zatem do słów Nigela Farage'a, że w ślady Brytyjczyków pójdą niedługo kolejne kraje, w tym Polska – rzucam hasło: Poland Next!


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 06 (07-13.02.2020)

niedziela, 29 września 2019

Dziecięca krucjata Global Warming Industry

Macherom stojącym za plecami „oddolnego” ruchu klimatycznego marzy się najwyraźniej powtórka z rewolty roku 1968 – tym razem jednak nie pod czerwonym, a pod „zielonym” sztandarem.

Niech młodzi ludzie protestujący w Europie pojadą manifestować do Polski i pomogą mi przekonać tych, których ja nie mogę” - powiedział dziennikarzom Emmanuel Macron, odpytywany na okoliczność opóźnień w realizacji unijnej polityki klimatycznej. Wszystko w kontekście ONZ-owskiego szczytu klimatycznego, którego główną gwiazdą stała się młodociana eko-celebrytka Greta Thunberg oraz zainspirowanego przez nią Młodzieżowego Strajku Klimatycznego, jaki miał miejsce 20 września w 150 krajach świata, w tym 37 państwach europejskich. Cóż, my raczej nie będziemy podsyłać Macronowi protestujących, bo ma ich aż w nadmiarze. Niedługo stuknie okrągły rok protestów „żółtych kamizelek” z kilkunastoma ofiarami śmiertelnymi, setkami rannych demonstrantów i policjantów i tysiącami zatrzymanych. Protestów, dodajmy, podczas których francuskie siły porządkowe wykazały się niespotykaną brutalnością – bestialskie pacyfikacje umożliwiło przeniesienie do „zwyczajnego” prawodawstwa przepisów zarezerwowanych wcześniej dla stanu wyjątkowego, wprowadzonego po zamachach terrorystycznych. W ten sposób, formalnie „stan wojenny” zniesiono tylko po to, by... trwał on nadal, tym razem już jako element „cywilnej” codzienności. Ostatni weekend, to znów starcia z demonstrantami i ponad 100 aresztowanych osób. Ale nad tym żaden Timmermans się nie pochyli, bo protesty „żółtokamizelkowego” plebsu są z gruntu niesłuszne ideologicznie i idą w poprzek wielkich interesów możnych tego świata.

Przypomnijmy, iż ruch „żółtych kamizelek” jest osobistym dziełem Macrona i jego projektu „transformacji energetycznej” zakładającej odejście od paliw kopalnych na rzecz „zielonych technologii”, którego koszta przerzucono na najuboższe warstwy społeczne i dogorywającą pod brzemieniem kolejnych obciążeń fiskalnych klasę średnią, głównie z chronicznie niedoinwestowanej francuskiej prowincji. Zapalnikiem było radykalne podniesienie akcyzy na paliwo, zwłaszcza dieslowskie, co było o tyle perfidnym zagraniem, że wcześniej francuski rząd przez dziesięciolecia promował samochody dieslowskie za pomocą całego systemu zachęt, wskutek czego dziś we Francji jeździ najwięcej diesli w Europie. W zamian ledwo wiążącym koniec z końcem ludziom zaproponowano dopłaty do aut elektrycznych, co zważywszy na ich cenę, zakrawa na drwinę.

Ale, czego się nie robi, by dogodzić „zielonemu przemysłowi”, który w histerii na tle globalnego ocieplenia wyczuł wielką kasę i w związku z tym zmontował gigantyczny, ogólnoświatowy lobbying złożony z „ekologicznych” NGO'sów, agencji piarowskich, mediów i profesjonalnych grup nacisku antyszambrujących w gabinetach decydentów? Nie wspominając już o globalnej finansjerze, żywotnie zainteresowanej nowym polem do spekulacji? Ten cały konglomerat, który pozwalam sobie określać jako „Global Warming Industry” zbyt wiele już zainwestował, by się wycofać – a warunkiem opłacalności „zielonych technologii” jest wydębienie od rządów odpowiednich preferencji finansowych oraz sztuczne zawyżenie cen tradycyjnych źródeł energii poprzez opodatkowanie, by zdławić ich konkurencyjność. Efektem będzie skokowy wzrost wszelkich kosztów życia: od cen towarów po obciążenia podatkowe – bo ktoś tę „zieloną transformację” musi przecież sfinansować i na pewno nie będą to globalne korporacje.

Jednak w warunkach funkcjonowania państw nominalnie demokratycznych nawet potężna oligarchia władzy i pieniądza musi liczyć się do pewnego stopnia z nastrojami tłumu. Toteż rzucono wielkie siły i środki na odcinek medialnej propagandy oraz badań naukowych mających uzasadniać konieczność odejścia od dotychczasowego modelu surowcowo-energetycznego, przy jednoczesnym zamilczaniu i piętnowaniu sceptyków, zwanych oskarżycielsko „negacjonistami klimatycznymi”. Modelowym przykładem jest tu kariera wspomnianej Grety Thunberg, za którą – jak wykrył brytyjski „Sunday Times” - stoją zawodowi lobbyści na usługach „zielonego sektora” ostrzącego sobie zęby na największe w historii zamówienia publiczne. Jednak sama Greta gromiąca na światowych salonach przywódców za opieszałość w redukowaniu emisji gazów cieplarnianych, to za mało – potrzebuje zaplecza w postaci zindoktrynowanych mas na ulicach. I tu właśnie kłania się niedawny „Globalny Strajk dla Klimatu”, którego kluczowym komponentem były protesty młodzieżowe. Macherom stojącym za plecami tego „oddolnego” ruchu marzy się najwyraźniej powtórka z rewolty roku 1968 – tym razem jednak nie pod czerwonym, a pod „zielonym” sztandarem. Mnie zaś przychodzi na myśl znana z wojen krzyżowych krucjata dziecięca z 1212 r. Tłumy rozmodlonych dzieci miały wyzwolić „czystością serc” Ziemię Świętą z rąk muzułmanów. Załadowano je na kupieckie statki, po czym te, które przeżyły podróż, wylądowały jako żywy towar na saraceńskich targach niewolników. Dzisiejsi pożyteczni idioci ideologii „klimatyzmu” gotują sobie i nam podobny los – ku uciesze „Global Warming Industry”, którego bonzowie już podliczają spodziewane zyski.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Global Warming Industry

Żółte kamizelki czyli francuska wiosna


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 39 (27.09-03.10.2019)

piątek, 4 stycznia 2019

Pod-Grzybki 144

Ekologiści w popłochu! Na katowickim szczycie klimatycznym COP24 gości przywitała... górnicza orkiestra dęta. Trzeba przyznać, że organizatorom udał się ten trolling wyśmienicie. Szkoda tylko, że nie zaśpiewała jeszcze Roksana Węgiel...


*

Trollingu ciąg dalszy. Kolejnych spazmów eko-aktywiści dostali na widok polskiej wystawy, gdzie mogli obejrzeć m.in. czarne mydło wyprodukowane z węgla. I tu ich akurat rozumiem. Pewnie pomyśleli, że polscy naziści robią mydło z Murzynów.


*

Swetru założył nową partię (wkrótce przebije Korwina) - niestety, sam nie pamięta jaką („Teraz”? „Zaraz”? „Potem”? „Mañana ”? - jak to leciało?). Na moje oko, wymaga pilnego leczenia i to u bardzo specyficznego specjalisty. Takiego od nazw(isk). Zilustruję to przykładem. Otóż różnica między lekarzem „zwykłym”, a lekarzem-psychiatrą jest taka, że „zwykły” lekarz podchodzi do łóżka pacjenta i dziarsko zagaduje: „no, jak tam się dzisiaj czujemy?” - natomiast lekarz-psychiatra podchodzi do podopiecznego i łagodnym tonem zadaje pytanie: „jak się dzisiaj NAZYWAMY?”. Odpowiedź do którego z tej dwójki powinien udać się Swetru, pozostawiam domyślności Czytelników.


*

A w tak zwanym międzyczasie Schetyna pożarł Nowoczesną. Takie prawo natury - większy pożera mniejszego, a wszak Schetyna to prawdziwy aligator. Wystarczy na niego spojrzeć, zwłaszcza gdy się uśmiecha - strach podejść, bo rękę odgryzie. Tak właśnie polują krokodyle: czyhają długi czas w bezruchu na ofiarę, po czym następuje nagły i morderczy atak. Podobnie Schetyna - poczekał cierpliwie, aż Nowoczesna podejdzie do niego na krytyczną odległość i zaatakował. Efekty widzimy: jatka, po prostu jatka... czyli taka „Kolacja Obywatelska”.


*

Wiadomości kulturalne. „Upadła Madonna z wielkim cycem” van Klompa – pamiętny obraz namalowany na potrzeby sitcomu „Allo, Allo” - poszedł właśnie na aukcji za 15 tys. funtów. No to teraz już ostatecznie wyjaśniło się, na co potrzebne było te 20 tys. zł wręczone polskim psycho-fanom serialu spod Wodzisławia przez „anonimowego darczyńcę”. Chcieli licytować obraz! Niestety, nie starczyło (chlip, chlip) – funt w tej chwili to ok. 4,7 zł. Ależ sknery w tym tefałenie – nie mogliście sypnąć trochę więcej?


*

Tymczasem we Francji zbuntowały się „żółte kamizelki” - zaczęło się od cen paliwa, a tak naprawdę poszło o całokształt rządów Macrona. „Kamizelkom” warto kibicować, nie sposób jednak nie zadać pytania: co wy w tym Makaronie widzieliście, że pobiegliście na niego głosować? Przecież na pierwszy rzut oka było widać, że ten fircykowaty wypierdek to banksterska marionetka. Co was tak w nim ujęło? Że taki ładny i ma fajną babcię?


*

Generalnie, Francuzi zachowują się niczym zawiedziona kochanka, którą padła ofiarą oszusta matrymonialnego. Wybranek trochę ją oszukał, trochę zdradził, nieco sponiewierał – i porzucił z dzieckiem. Teraz zostały im już tylko bezsilne złorzeczenia, więc łażą i pomstują: ty szujo! ty bydlaku! ty świnio!


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w dwutygodniku „Polska Niepodległa” nr 24-01 (19.12.2018-15.01.2019)

niedziela, 14 października 2018

Pod-Grzybki 139

Wojtek” Smarzowski wyznał, że czuje się wielce oprymowany przez Kościół, a „kroplą, która przepełniła czarę, było zderzenie się z religią w szkole”. Policzmy. Smarzowski urodził się w 1963 r., religię do szkół wprowadził Tadeusz Mazowiecki w 1990. Wynika z tego, że „Wojtek” poszedł do szkoły w wieku 27 lat. Czyli, jest o dobre 20 lat opóźniony w rozwoju – a mimo to kręci film za filmem. Polska to naprawdę kraj wielkich możliwości...


*

Mamy nową modę – po fali „me too” przyszła kolej na „przypominanie sobie” o molestowaniu przez księży. Ostatnio pamięć odświeżyła się Andrzejowi Saramonowiczowi, który jako ministrant miał być molestowany przez proboszcza. Jak rozumiem, teraz to „się nosi”, żeby zadać szyku w eleganckim towarzystwie, z czego wynika, że wkrótce wzrośnie popyt na księży-rozpustników. Już widzę te tabuny zdesperowanych celebrytów uganiających się za duchownymi: „szczęść Boże, czy mógłby mnie ksiądz dobrodziej trochę pomolestować, bo nie mam o czym mówić w telewizji?”.


*

Aktorka Emma Watson wysmażyła list w którym skrytykowała Polskę i Argentynę za „restrykcyjne prawo antyaborcyjne”. Hm, zastanawiałem się, dlaczego akurat aktorki są tak pazerne na aborcję – i chyba wiem. Otóż, jak pokazała akcja „me too”, w środowisku filmowym powszechne jest wymuszanie usług seksualnych – a że żadna metoda antykoncepcji nie jest stuprocentowo skuteczna, toteż aktorkom musi cierpnąć skóra na myśl, że mogłyby zajść w ciążę z takim Harveyem Weinsteinem czy innym, podobnym mu starym oblechem. Tak że tego... lepiej mieć furtkę, żeby pozbyć się „głośnego owocu cichej współpracy”.


*

Emmanuel Macron podczas wizyty na Saint-Martin strzelił sobie słitfocię z dwoma przystojnymi, ciemnoskórymi chłopcami – po czym dodał, że „kocha każde dziecko Republiki”. Kurczę, nikt mi nie wmówi, że ten cały francuski Makaron to nie jest gej, który ożenił się ze swoją babcią tylko dla kamuflażu...


*

W „Zonie Wolnego Słowa” nie dzieje się najlepiej. Dziennikarze od miesięcy nie dostają pensji i doszło do tego, że ktoś wyniósł opisujące sytuację firmowe maile do agorowego portalu „Gazeta.pl”, który oczywiście nie omieszkał skorzystać z prezentu i news wisiał na stronie głównej przez kilka dni. Jest to ciekawe o tyle, że portal „krzaki.tv” o Puszczy Białowieskiej dostał niedawno 7,2 mln. zł. rządowej dotacji, a „GaPol” tylko od stycznia do lipca br. zgarnął reklamy spółek skarbu państwa o cennikowej wartości 6,64 mln. zł. To co oni robią z tymi pieniędzmi? „Sakiewka” gromadzi je jako opał na zimę?


*

A tymczasem nasi siatkarze zdobyli drugie z rzędu mistrzostwo świata, zwyciężając (również po raz drugi) Brazylię. Na Okęciu witały reprezentację tłumy kibiców – tylko, dziwna rzecz, zabrakło Krystyny Jandy, która straciła znakomitą okazję, by rzucić im w twarze, że dostali „manii wielkości” i „irracjonalnego obłędu”. Ale może powie o tym w „Drugim Śniadaniu Mistrzów” u Mellera – wśród swoich zawsze bezpieczniej.

Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w dwutygodniku „Polska Niepodległa” nr 19 (10-23.10.2018)

niedziela, 22 lipca 2018

Euro-utopia

Lepiej pozostać za burtą w szalupie własnej waluty, niż tkwić jako pasażer drugiej kategorii w ładowniach zalewanego wodą „Titanica”.


Wiele wskazuje na to, że jednak w najbliższych latach powstanie osobny budżet strefy euro. Tak przynajmniej wynika z uzgodnień poczynionych przez kanclerz Angelę Merkel i prezydenta Emmanuela Macrona. Trzeba tu od razu zastrzec, że niemiecka kanclerz zgodę wyraziła wyraźnie wbrew sobie – Macron, któremu na wspólnym budżecie eurogrupy zależało najbardziej, wykorzystał polityczne osłabienie Merkel spowodowane bezwładem w rozwiązywaniu kryzysu migracyjnego i powstałymi na tym tle napięciami w łonie rządzącej koalicji. Euro-budżet miałby zostać powołany w 2021 r. (raczej wątpliwe) – tyle, że wciąż nie wiadomo, jak miałby konkretnie wyglądać. Macron chce budżetu z prawdziwego zdarzenia – z własnymi przychodami i wydatkami, obejmującego nawet kwoty liczone w grubych miliardach euro, natomiast Angela Merkel woli mówić raczej o chudszym budżecie inwestycyjnym, który służyłby wyrównywaniu potencjałów gospodarczych poszczególnych krajów. W każdym razie, powołanie takiego tworu byłoby ogromnym ustępstwem Niemiec, które do tej pory broniły się przed nim rękami i nogami. Oznaczałoby to bowiem, że Niemcy zaczęłyby się realnie dokładać do kosztów utrzymania eurolandu, zamiast jak do tej pory spijać jedynie śmietankę i z mądrą miną pouczać wszystkich dookoła, że powinni być „niczym skrzętna, szwabska gospodyni” - jak raczyła się wyrazić kanclerz Merkel przy okazji greckiego bankructwa.

Tyle tylko, że ów euro-budżet jest klasycznym manewrem spod znaku „ucieczki do przodu” - widać gołym okiem, że wspólna waluta funkcjonuje źle lecz ze względów politycznych nikt (poza wyklinanymi „populistami”) nie ma odwagi powiedzieć tego głośno. Tymczasem prawda jest taka, że - jak powiedział ongiś w przypływie szczerości Romano Prodi – euro nie jest projektem gospodarczym, lecz politycznym. W zamyśle unijnych decydentów eurowaluta miała stać się narzędziem wymuszającym pogłębianie integracji, zaś przy jej wprowadzaniu świadomie ignorowano różnice wśród przyjmujących ją gospodarek. Identyczne podłoże ma nieustanny nacisk na pozostałe kraje UE, w tym Polskę, by jak najszybciej przystępowały do unii walutowej, albo przynajmniej wyraźnie określiły taki zamiar wraz z możliwie rychłym horyzontem czasowym. Również i teraz, po ogłoszeniu powstania euro-budżetu, rozległy się głosy, że „zostaniemy za burtą” i stracimy wpływ na podejmowanie najważniejszych decyzji. Słowem – receptą na dotychczasowe bolączki ma być hasło „więcej tego samego”.

Rzecz w tym, że zwolennicy takiego rozwiązania uporczywie nie chcą dostrzegać słonia w menażerii – a owym „słoniem” jest oczywista konstatacja, że euro w obecnym kształcie zwyczajnie nie ma sensu. Od biedy mogłoby służyć kilku najbogatszym krajom europejskiej Północy, lecz rozciągnięte na państwa mniej zamożne staje się źródłem nieustannych napięć. Czym bowiem jest euro? W największym uproszczeniu – jest to zdewaluowana niemiecka marka. Ale zarazem euro to również lir, drachma czy peso poddane sztucznej aprecjacji. W efekcie, tak skonstruowany pieniądz napędza niemiecką gospodarkę, stymulując jej eksport i jednocześnie dławi konkurencyjność gospodarek Południa wpędzając je w spiralę długów. W latach koniunktury można było to jakoś kamuflować – ale wystarczył pierwszy poważny kryzys, by cała ta utopia „enklawy zamożności” zawaliła się z hukiem na naszych oczach. Innymi słowy – euro to waluta wyłącznie na czas dobrej pogody. Wraz z nadejściem burzy okazało się, że „ekskluzywny klub” dzieli się de facto na dwie kategorie – wierzycieli i dłużników. Wyjątkowo boleśnie przekonała się o tym Grecja, której dług publiczny po latach wdrażania „transzy pomocowych” urósł ze 109 proc. PKB (2008 r.) do obecnych ponad 180 proc. Podobny mechanizm dotknął Hiszpanię czy Portugalię. W tym samym czasie Niemcy notują nadwyżki, a na samym oprocentowaniu od „pomocy” udzielonej Grecji zarobiły 2,9 mld. euro. Złoty interes. Czy można się więc dziwić, że nadal wolały zarabiać, niż dołożyć się do wspólnego kotła?

Jednak nawet wspólny budżet strefy euro to jedynie pudrowanie trupa. Z jego namiastką mamy wszak do czynienia również i dzisiaj – funkcję tę pełni polityka „luzowania ilościowego” wdrażana przez Europejski Bank Centralny. Po uwolnieniu setek miliardów euro entuzjastycznie ogłoszono, iż na kontynent powróciła „koniunktura”. Dobre sobie – np. w Hiszpanii bezrobocie wynosi ponad 16 proc., a w Grecji niemal 21 proc. przy pełzającym wzroście PKB (szczególnie porównując z czasami sprzed kryzysu). Zatem nawet euro-budżet skrojony „na bogato” będzie co najwyżej doraźną, redystrybucyjną łataniną, nie usuwając podstawowych, strukturalnych sprzeczności eurozony.

Podsumowując, jeśli nam mówią, że „pozostajemy za burtą” gospodarczej i politycznej integracji, to po pierwsze – najpierw warto sprawdzić, ile realnie mają w strefie euro do powiedzenia Grecja czy Hiszpania, a po drugie – lepiej pozostać za burtą w szalupie własnej waluty, niż tkwić jako pasażer drugiej kategorii w ładowniach zalewanego wodą „Titanica”.

Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 27-28 (13-26.07.2018)

sobota, 3 marca 2018

Pod-Grzybki 125

Taka sytuacja. W Szwecji odbyła się demonstracja osób LGBTQWERTY. Natomiast – uwaga - kontrmanifestację przeciw gej-paradzie urządziła nie żadna skrajna prawica, lecz... Antifa. Lewacy z Antify doszli mianowicie do wniosku, że przemarsz ostentacyjnych homoseksualistów obraża uczucia religijne mieszkających w Szwecji muzułmanów! W ten oto sposób postępactwo koncertowo zamalowało się do kąta. A teraz zagadka dla naszych lewaków, którzy chcieliby jednocześnie nieskrępowanych gej-parad i przyjmowania islamskich nachodźców: kto tu ma rację?


*

Nadprezydent... nie, wcale nie Jarosław Kaczyński – otóż nadprezydent Zofia Romaszewska, która od czasu, gdy Andrzej Duda za jej namową zawetował ustawy sądowe doszła do wniosku, że młokos ma się jej słuchać – ogłosiła, iż nowelizacja ustawy o IPN jest „idiotyczna” i należy ją poprawić. Dodała przy tym, że wysłała do prezydenta SMS-a z poleceniem zawetowania ustawy. Prezydent jednak, jak wiadomo, posłuchał się pani Zofii tylko połowicznie: podpisał ustawę (taki z niego niegrzeczny urwisek), ale zaraz przestraszył się, że nie dostanie deseru i odesłał ją do Trybunału Konstytucyjnego. Podobno udobruchana pani Zofia upiekła mu szarlotkę.


*

Powyższe nie zmienia faktu, że PAD najwyraźniej czuje się najlepiej, gdy ma nad sobą jakąś panią wychowawczynię, w czym jako żywo przypomina Emmanuela Macrona. A może przy najbliższej okazji to Zofia Romaszewska pojedzie do Paryża, obgada sprawy z panią Macronową i nagle się okaże, że w relacjach polsko-francuskich nastąpi idylla? Będą tylko musiały pilnować, żeby chłopcy się przypadkiem nie pobili. Na przykład o Caracale. Albo o zabawki.


*

Tak mi się skojarzyło - gdy eks-małżonka Lenina, Nadieżda Krupska, próbowała bruździć Stalinowi, ten poradził jej, żeby się uspokoiła, bo w przeciwnym razie znajdzie się „inna wdowa po Leninie”. Podziałało. A nie dałoby rady poszukać jakiejś innej wdowy po Romaszewskim?


*

Donald Trump przesłał nam właśnie sygnał dyscyplinujący w postaci mianowania nowej pani ambasador – niejakiej Georgette Mosbacher, której atutem w kontekście polsko-żydowskiej awantury są odpowiednie korzenie. Aluzju poniał, tym bardziej, że pani Georgetta wygląda jakby urwała się z planu „Dynastii” - jeśli tu zacznie intrygować niczym Alexis, to marny nasz los.


*

Tymczasem środowiska żydowskie nie ustają w podkreślaniu swej historycznej pozycji jako „narodu wybranego”. Generalnie, z ich stanowiska wynika, że w przypadku zagrożenia przedstawiciele innych nacji mają obowiązek poświęcić się dla Żydów – nawet za cenę życia własnego i swojej rodziny – tak, jak pies lub niewolnik ma obowiązek poświęcić się w obronie swego pana. Nachodzi mnie w związku z tym bardzo brzydka, a na pewno nie chrześcijańska refleksja. Na przyszłość lepiej Żydów nie ratować - po pierwsze, nie będą wdzięczni, co najwyżej uznają, że goje spełnili swoją powinność; po drugie - jak już będzie po wszystkim, to i tak zrobią z nas morderców.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 05 (28.02-13.03.2018)

piątek, 9 czerwca 2017

Żegnaj, Brukselo!

Sprawa postawiona jest jasno – klub unijny ma funkcjonować wedle zasady „rubel za wejście, dwa za wyjście”.


I. Koniec pozorów

Wspominałem już w tym miejscu wielokrotnie, że polski rząd powinien mieć na wszelki wypadek przygotowaną „mapę drogową” opuszczenia Unii Europejskiej po 2020 r., kiedy to wejdzie w życie nowa perspektywa budżetowa – o wiele chudsza dla nas niż obecna (chociażby w artykule „Exodus z domu niewoli” - „PN” nr 4/2016). Teraz potrzeba ta staje się na naszych oczach wręcz palącą koniecznością, ponieważ Berlin i Bruksela przestały już nawet zachowywać pozory, że UE jest konfederacją niepodległych państw i wprost formułują szantaże mające postawić do pionu niepokornych członków wspólnoty, stających okoniem wobec rozmaitych prób politycznego dyktatu. Mowa tu oczywiście o niemieckim postulacie ograniczenia funduszy strukturalnych dla Polski i Węgier pod pozorem „łamania praworządności” i sprzeniewierzania się „europejskim wartościom”. Zauważmy przy tym, że „wartościami europejskimi” stają się każdorazowo aktualne zapotrzebowania polityczne Niemiec, ubierane na takie okazje w szaty „solidarności”. Na dzień dzisiejszy Niemcy mają do nas trzy interesy: żebyśmy zgodzili się na wtrynienie nam migrantów oraz żeby w Polsce nie rządziło PiS – a przynajmniej nie przeprowadziło zmian uniemożliwiających w przyszłości rozgrywanie przez Berlin naszego bantustanu. Trzecim celem pozostaje zagonienie nas do strefy euro, aby raz na zawsze zlikwidować konkurencyjność polskiej gospodarki i odciążyć niemiecki eksport od wahań kursowych, co tak pięknie udało się zrobić z krajami południa Europy ze znamiennym przypadkiem Grecji na czele.

Do tej pory UE, mimo różnych groźnych pomruków i wdrożenia operetkowej procedury „kontroli praworządności”, jeszcze się jakoś mitygowała. Nawiasem, po raz kolejny trzeba przypomnieć, iż owa „kontrola” nie ma żadnych umocowań traktatowych i jest czystą uzurpacją urzędników Komisji Europejskiej, co jasno stwierdza analiza Służby Prawnej Rady Unii Europejskiej z maja 2014 r. Dlaczego nasz rząd nie wykorzystuje tego argumentu na forum unijnym i nie odwołuje się do Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości mając w ręku takiego „gotowca” - pozostaje dla mnie niezmiennie zagadką. W każdym razie, Bruksela poprzestawała na groteskowych sabatach w Parlamencie Europejskim, bądź pokrzykiwaniach Timmermansa połączonych z wymachiwaniem piąstkami. Berlin ze swej strony usiłował zakulisowo ekscytować w Polsce niepokoje społeczne, z kulminacją w postaci „ciamajdanu” z grudnia ubiegłego roku. Jedno i drugie nie zdało egzaminu – demonstracje „totalnej opozycji” topniały w oczach, zaś „polityka zawstydzania” na forum unijnym okazała się nieskuteczna, co dało komentatorowi „Sueddeutsche Zeitung” asumpt do melancholijnego stwierdzenia, iż „UE czasami szczeka, ale nigdy nie gryzie”.


II. Unii wyrosły zęby

Teraz sytuacja uległa zmianie. O ile do niedawna brukselskich mandarynów i reżim Angeli Merkel w znacznym stopniu paraliżował strach przed wzbierającą falą „populizmu”, co powodowało pewne samoograniczanie się w obawie, by jakieś aroganckie wyskoki nie podsycały jeszcze bardziej antyeuropejskich nastrojów – o tyle dziś, po powstrzymaniu Geerta Wildersa w Holandii, a nade wszystko, po zwycięstwie Macrona we Francji, unijny establishment wyraźnie odzyskał pewność siebie. Tu warto nadmienić, że Macron wygrał wybory prezydenckie w znacznej mierze dzięki odwołaniu się do mocarstwowych sentymentów Francuzów, obiecując, że Francja znów będzie jedną z rozgrywających sił w Europie. Okazało się to skuteczne, cokolwiek byśmy nie sądzili o zasadności takich uroszczeń – zwłaszcza w konfrontacji z rozpaczliwą sytuacją wewnętrzną tego kraju. Niemcom w to graj, bowiem zarysowała się szansa na odbudowanie niemiecko-francuskiego „silnika” UE z czasów tandemu „Merkozy” (Angela Merkel – Nicolas Sarkozy). W tym kierunku idą propozycje umocnienia „pierwszej prędkości” UE poprzez ustanowienie osobnego budżetu strefy euro, wspólnego ministra finansów oraz ujednolicenia systemów podatkowych i prawa pracy – a wszystko pod przewodnictwem duetu, nazwijmy to, „Mecron” (Merkel – Macron).

Równolegle z powyższym nastąpić ma pacyfikacja krnąbrnych kolonii z obszaru Mitteleuropy – i to tak, by nikomu w przyszłości nie zachciało się znów „brykać”. Odbywa się to kilkutorowo. Pacyfikacją pośrednią jest celowe zaostrzanie negocjacji w sprawie Brexitu, poprzez eskalację nieprzytomnych żądań finansowych – padają kwoty 40, 60 a nawet 100 mld. euro, zaś Juncker otwartym tekstem stwierdził, iż „Brexit nie może być sukcesem” - wszystko po to, by skutecznie odstraszyć potencjalnych naśladowców. Sprawa postawiona jest jasno – klub unijny ma funkcjonować wedle zasady „rubel za wejście, dwa za wyjście”. Pacyfikacja bezpośrednia natomiast objawiła się właśnie w postaci wspomnianych na początku żądań obcięcia funduszy strukturalnych („wy macie zasady, my mamy fundusze strukturalne”).

Groźby tego typu padały już wprawdzie wcześniej, były to jednak odosobnione głosy brukselskich urzędników, bądź polityków z poszczególnych państw, sfrustrowanych nieskutecznością UE w dyscyplinowaniu nieposłusznych krajów. Teraz jednak mamy nową jakość – po raz pierwszy taki szantaż został zawarty w oficjalnym dokumencie państwa sprawującego polityczne kierownictwo w Europie i będącego największym płatnikiem netto (to, że dzięki UE Niemcy finalnie zyskują wielokrotnie więcej, niż wpłacają do unijnego budżetu, jest w takich sytuacjach skrzętnie przemilczane). W dokumencie prezentującym oficjalne stanowisko rządu Niemiec w kwestii polityki spójności zgłoszony został wniosek, by sprawdzić „czy otrzymywanie unijnych środków z funduszy strukturalnych można powiązać z przestrzeganiem podstawowych zasad praworządności“. Jak komentuje niemiecka prasa, oznacza to „powiązanie przestrzegania podstawowych zasad praworządności z możliwością decydowania o udzieleniu unijnej pomocy na realizację konkretnych, wskazanych przez Komisję Europejską, przedsięwzięć strukturalnych”. Innymi słowy, w mechanizm budżetowy UE zostałaby wpisana możliwość permanentnej presji, której ofiarami padałaby mniejsze i słabsze państwa, jeśli tylko chciałyby wierzgnąć przeciw brukselskiemu ościeniowi.

Należy dodać, iż pod „naruszenie zasad praworządności” mogłoby zostać podciągnięte dosłownie wszystko, co nie spodoba się europejskim decydentom – bo to oni w praktyce, sterowani z tylnego fotela przez duet „Mecron”, orzekaliby co jest zgodne z unijnymi „standardami”. Może to być reforma sądownictwa, próba kontrolowania sponsorowanych z zagranicy NGO-sów, ale też chociażby wzbranianie się przed wprowadzeniem „małżeństw” homoseksualnych – cokolwiek, co stoi w sprzeczności z ideologiczną i polityczną agendą eurokratów. Nasuwa się tu analogia z „kopernikańską” wykładnią prof. Popiołka wygłoszoną na Kongresie Prawników Polskich, że suwerenem nie są wyborcy, lecz „wartości” zawarte w prawie, których strzegą sądy i sędziowie. Jest to myślenie charakterystyczne dla ogółu liberalnych elit - również tych unijnych – wedle którego „suwerenem” mają być liberalne wartości. Te zaś każdorazowo są objawiane i interpretowane przez samozwańczych strażników bez demokratycznej legitymacji („nie biorę swojego mandatu od Europejczyków” - jak swojego czasu szczerze wyznała komisarz Cecilia Malmström). W konsekwencji oznacza to nieustanne wtrącanie się w wewnętrzne sprawy państw członkowskich pod byle pretekstem.

Krótko mówiąc, Unii wyrosły zęby i zaczyna kąsać.

III. Czy mamy „mapę drogową”?

Jak łatwo zauważyć, funkcjonowanie w warunkach ciągłego sporu, w rytmie kolejnych wymuszeń, jest na dłuższą metę niemożliwe – chyba, że abdykujemy całkowicie z suwerenności i jakichkolwiek własnych aspiracji. Uważam zatem, że polski rząd powinien na pogróżki Berlina odpowiedzieć w adekwatny sposób – chociażby zapowiadając, że zastosuje zasadę wzajemności, tzn. tyle naszej składki, ile eurofunduszy. Jeżeli np. Bruksela obetnie nam fundusze o 15 proc. to my proporcjonalnie obniżymy naszą składkę odprowadzaną do budżetu UE. Tu naprawdę nie ma już na co czekać, bo wyraźnie widać, że Niemcy szykują się by, trawestując słynne zdanie stalinowca Krońskiego, „nauczyć myśleć Polaków racjonalnie, bez alienacji” - z tą różnicą, że Kroński w charakterze instrumentu dyscyplinującego widział sowieckie kolby, a Berlin – unijne pieniądze.

Niezależnie od powyższego, po 2020 r. cała ta impreza zwyczajnie przestanie się nam opłacać. Póki co, Polacy są euroentuzjastyczni, ale jednocześnie sprzeciwiają się obcym ingerencjom w nasze wewnętrzne sprawy – i na tym tle należy przeprowadzić zmasowaną kampanię uświadamiającą, że w kształcie jaki dziś przybiera Unia, takich interwencji będzie coraz więcej. To na początek niezbędne minimum, a czasu jest coraz mniej. Dlatego powtórzę po raz kolejny: czy polski rząd ma „mapę drogową” na wypadek konieczności opuszczenia UE i geopolityczny „plan B”, chociażby w postaci przystąpienia do EFTA? Czy też może wciąż w PiS pokutuje przekonanie, że „dla Unii Europejskiej nie ma alternatywy”?


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 23 (07-13.06.2017)

Pod-Grzybki 100

Proszę Państwa, to już okrągłe, setne „Pod-Grzybki”. Ja w międzyczasie wprawdzie zrobiłem się nieco starszy i brzydszy, za to „Polska Niepodległa” jest coraz ładniejsza, co w sumie jestem skłonny zaakceptować. A zatem, jubileuszowo składam sobie życzenia tego i owego – a od przyszłego tygodnia zaczynamy nową setulę!


*

Polska została właśnie niestałym członkiem Rady Bezpieczeństwa ONZ. Głosowało za nami 190 państw, przy zeru głosów sprzeciwu. Teraz czekam, aż Mark Dekan z Ringier Axel Springer wyśle do swych podwładnych z tutejszych polskojęzycznych mediów cotygodniowy okólnik o treści: „Real Madryt kontra Juventus Turyn 4:1 – co to był za mecz! Jednak nie te rozgrywki zasłużyły na miano starcia tygodnia. Ta kategoria należała do Polski i polskiego rządu, który wygrał na arenie światowej 190:0! Razem z rządem Beaty Szydło wygrali Polacy...” - i tak dalej. Prawda, że tak właśnie Pan uczyni, Panie Dekan?


*

Z okazji Dnia Dziecka jak co roku odbyła się dość żenująca impreza o nazwie „Sejm Dzieci i Młodzieży”. Z reguły przy tej okazji lał się z mównicy jakiś nieznośny, euro-poprawny bełkot, odbierający ze szczętem wiarę w młode pokolenie – lecz nie tym razem. Ku zgrozie sił postępu jakiś – używając określenia Michnika - „gówniarz” podarł flagę Unii Europejskiej dodając za Katonem, że „UE powinna zostać zniszczona”. Zareagował na to Adam Szostkiewicz z „Polityki” dramatycznie pytając: „A gdyby chłopak podarł godło Polski?”. Odpowiem nieśmiertelną kwestią: „A gdyby tutaj staruszka przechodziła do domu starców, a tego domu wczoraj by jeszcze nie było, a dzisiaj już by był, to wy byście staruszkę przejechali, tak? A to być może wasza matka!”.


*

Na szczycie G-7 Macron, chcąc przełamać opór Trumpa wzdragającego się przed przystąpieniem do wojny z klimatem, ogłosił patetycznie: „uczyńmy naszą planetę znów wielką!”. Hm, takie zawołanie bardziej pasowałoby mi do Imperatora z „Gwiezdnych wojen” - „uczyńmy Galaktyczne Imperium znów wielkim”, czy coś w tym guście. Wychodzi więc na to, że Trump sprzeciwiając się globalnemu ekologizmowi i patronującym mu światowym (wszechświatowym?) elitom polityczno-biznesowym wciela się w rolę Luke'a Skywalkera. Skoro tak, to „may the Force be with you”, mr Luke!


*

W ostatnich dniach, za sprawą upublicznionych wyników kolejnych ekshumacji ofiar tragedii smoleńskiej, dowiedzieliśmy się tego, czego dotąd tylko się domyślaliśmy. I w tym momencie PO postanowiła uruchomić narrację, że tak naprawdę, to osobne groby były błędem i należało wszystkich pochować w zbiorowej mogile – niczym w sowieckich „dołach śmierci”. Na to zbydlęcenie mam tylko jedną odpowiedź. Wspólna mogiła? Znakomity pomysł. Chętnie w niej pochowam – na metr w głąb - Tuska i Kopacz, jeśli tylko zechcieli by na chwilę położyć się obok siebie, może jeszcze z Grasiem, Sikorskim i Arabskim do kompletu. Nie muszą nawet fatygować się umieraniem przed pochówkiem – to już zrobi się samo, po zakopcowaniu.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 23 (07-13.06.2017)

niedziela, 14 maja 2017

Macron, czyli Petru po francusku

Francuzi wybrali sobie „Petru na sterydach” - wyjałowioną z treści „alternatywę” na pasku banksterów, gwarantującą utrzymanie status quo (czyli, po naszemu - „żeby było tak, jak było”).

I. „Mąż opatrznościowy”

Jeżeli potraktować poważnie komentarze światowej prasy po zwycięstwie Emmanuela Macrona (66,1 proc.) nad Marine Le Pen (33,9 proc.), to można by pomyśleć, że ludzkość cudem uniknęła jakiejś potwornej apokalipsy. Wygrana Le Pen miała, wedle tej narracji, oznaczać triumf „populizmu” i związany z nim „Frexit”, a w konsekwencji „koniec Unii Europejskiej”. Używano przy tym standardowego już straszaka, czyli argumentu „ad Putinum” - kremlowski satrapa miałby mianowicie wielce się „ucieszyć” z triumfu kandydatki Frontu Narodowego. Przed tym wszystkim uchronił nas objawiony w ostatniej chwili mąż opatrznościowy – Macron.

Tu warto od razu wtrącić kilka uwag porządkujących. Ów straszny „populizm”, to po prostu kontestacja obecnego porządku i zarządzającego nim demoliberalnego establishmentu. Porządek ten sypie się na naszych oczach, zaś elity przywódcze – często samozwańcze, bez demokratycznego mandatu, skorumpowane, oderwane od rzeczywistości i wyborców – nie tylko nie mają recepty na kryzys, ale często wręcz odmawiają przyjęcia do wiadomości, że coś jest tu fundamentalnie nie w porządku, a „liberalna demokracja” w dzisiejszym kształcie brnie w ślepą uliczkę. Jeżeli już formułują jakiś program, to zasadza się on na pomyśle „więcej tego samego”: więcej „integracji”, więcej unifikacji, globalizacji, no i przede wszystkim – więcej władzy dla nas! Wszystko z pominięciem woli większości, a często wręcz jawnie przeciw niej. Z tego punktu widzenia „populiści” odwołujący się właśnie do tej otwarcie lekceważonej przez establishment demokratycznej większości, jawią się niczym śmiertelne zagrożenie – tym bardziej, że postulują powrót do „Europy ojczyzn” i wzmocnienie roli państw narodowych, co bezpośrednio godzi w pozycję i interesy rozpanoszonej kasty brukselskich mandarynów. Stąd obecna krucjata spod znaku „walki z populizmem”.


II. Chłopak od Rothschildów

Produktem takiej krucjaty jest Emmanuel Macron – człowiek bez właściwości, którego postanowiono wystrugać w trybie pilnym na zbawcę Europy. Młody, dynamiczny, nieograny polityk z głębokich rezerw kadrowych, przed którym postawiono zadanie uwiedzenia wyborców powiewem świeżości i bliżej niesprecyzowanego „optymizmu”. Jego ruch „En Marche!” („Naprzód!”), to utworzony ad hoc amorficzny konglomerat bez struktur – za to najwyraźniej nie mający problemów z finansowaniem. I tu jest zasadnicza różnica między Macronem a Marine Le Pen, do której przylgnęła łatka „kandydatki Putina” z powodu pożyczki 9 mln. euro zaciągniętej w rosyjskim First Czech Russian Banku (później umorzonej). Ceną było popieranie rosyjskiej linii w sprawie Ukrainy oraz inne przyjazne gesty na forum publicznym, co dla Le Pen było rozsądnym dealem – Francji i Frontowi Narodowemu „samostijna Ukraina” nie jest do niczego potrzebna w przeciwieństwie do pieniędzy, a warto pamiętać, że wcześniej finansowego wsparcia odmówiły Le Pen solidarnie wszystkie francuskie banki, rosyjska pożyczka była więc ostatnią deską ratunku.

Natomiast Macron to protegowany Rothschildów – ma za sobą rozdział błyskotliwej kariery w ich banku - Rothschild & Cie Banque, gdzie pracował w latach 2008-2012 zajmując się bankowością inwestycyjną na miliardową skalę ze stosownym wynagrodzeniem – ponad 100 tys. euro miesięcznie. Wcześniej ukończył m.in. francuską „kuźnię kadr” polityczno-urzędniczych - École nationale d’administration (ENA), której absolwenci stanowią twardy trzon tamtejszych elit. Stamtąd trafił do państwowego korpusu inspektorów finansowych, potem do wspomnianego banku Rothschildów, następnie zaś do administracji prezydenta Hollanda, w czym zapewne pomógł mu epizod członkowski w Partii Socjalistycznej (2006-2009). Słowem, ucieleśnienie powiązań na styku bankowość – polityka, co nie przeszkodziło mu pozycjonować się jako „bezpartyjny” i „niezależny” kandydat. Owego „niezależnego” kandydata zgodnie poparł walczący o przetrwanie mainstream V Republiki – od lewa do prawa, tworząc jednolity front przeciw Marine Le Pen. Skutek znamy – w uproszczeniu można powiedzieć, że pieniądze Rothschildów wygrały z pieniędzmi Moskwy, co zostało odtrąbione jako wielki sukces demokracji.

Na marginesie warto odnotować tu galopującą hipokryzję, bowiem niemal cały zachodnioeuropejski establishment polityczno-biznesowy wręcz przebiera nogami, żeby robić z Putinem interesy (i często robi, omijając sankcje), o takich przedsięwzięciach jak Nord Stream już nie wspominając. Dotyczy to literalnie wszystkich – Niemców, Francuzów, Włochów, Holendrów... – ale ta sama zgraja sprzedawczyków aż zachłystuje się oburzeniem i pryncypializmem, gdy podobne rzeczy śmie głosić zagrażający ich pozycji „populista”.


III. Petru wersja 2.0

Wśród komentarzy opisujących francuskie wybory pojawiły się analogie z krajowym podwórkiem i Ryszardem Petru, którego „Nowoczesna” również została nagle wykreowana z niczego notując względny wyborczy sukces. To samo pustosłowie, ten sam przerost propagandowego „piaru” nad treściami programowymi, bo trudno uznać za realny program ogólnikową „proeuropejskość”, te same ulokowane nadzieje dotychczasowych elit na ocalenie skóry, ta sama rzekoma „nowość” i „niezależność” oraz... podobne bankowe kariery, kontakty i zaplecze. Dość powiedzieć, że „Nowoczesna” nie miała problemów z otrzymaniem kredytu 2 mln. zł. na kampanię, choć ledwie co pojawiła się na scenie politycznej. Daj Boże każdemu politycznemu „start-upowi” podobne finansowanie. No i nawet obyczajowe skandaliki dotykają obu polityków...

Przy tym wszystkim jednak nie da się nie zauważyć, że Macron jest wersją ulepszoną – więcej polotu, medialnego obycia, dynamiki. Do tego różnice osobowościowe – francuski polityk nie pozwala sobie na żenujące wpadki, które skutecznie pogrążyły Ryszarda Petru. Ale też i we Francji gra toczyła się o wiele większą stawkę, niż w peryferyjnej Polsce, toteż można się domyślać, że casting na „odnowiciela demokracji” przeprowadzony był staranniej, nad samym kandydatem popracowali lepsi fachowcy, no i zaangażowano większe pieniądze. W efekcie Francuzi wybrali sobie „Petru na sterydach” - wyjałowioną z treści „alternatywę” na pasku banksterów, gwarantującą utrzymanie status quo (czyli, po naszemu - „żeby było tak, jak było”).

Wybór ten pokazuje kilka spraw. Po pierwsze, że francuskie społeczeństwo mimo obrzydzenia do dotychczasowej sceny politycznej jest bardziej ogłupiałe niż Polacy. Po drugie, że łatwiej je nastraszyć groźbą „nieprzewidywalnego” (zresztą, to bodaj ostatnia broń, która została establishmentowi – głosujcie na „naszego”, bo „populiści” wyprowadzą was w nieznane). I w związku z tym, po trzecie – że zachodnie społeczeństwa chciałyby wprawdzie odmiany, ale takiej z którą nie wiąże się ryzyko – i to właśnie zaproponował im Macron. Wcześniej na podobną, plastikową „zmianę” zagłosowali Amerykanie, wybierając Obamę i jego puste „Yes, we can”. Po dwóch kadencjach odbiło się to w stronę Trumpa, co powinni wziąć pod uwagę ci, którzy dziś triumfalistycznie ogłaszają zmierzch „populizmu”.

Otóż nie. Już samo to, z jakim napięciem liberalne elity wyczekiwały wyniku wyborów i zbiorowe westchnienie ulgi po przegranej Marine Le Pen (kto z nią wygra było tak naprawdę z ich perspektywy kwestią drugorzędną) pokazuje miejsce w którym się znaleźliśmy – jeszcze 5-10 lat temu coś podobnego byłoby nie do pomyślenia. Poza wszystkim – Macron poza zacieśnianiem integracji i „Europą dwóch prędkości” (co leży w interesie jego mocodawców, a nie obywateli), nie ma realnie niczego Francuzom do zaoferowania. Jego wybór to plasterek na rozjątrzoną ranę i nijak się ma do prawdziwych, buzujących we Francji problemów. A te, począwszy od migracji i napięć etniczno-kulturowych, po zabijającą tamtejszą gospodarkę walutę euro i przerost różnych „socjali”, będą wciąż podskórnie narastały, aż koniec końców rozsadzą tę wydmuszkę ulokowaną dziś w prezydenckim fotelu. Pytanie, czy wówczas Francuzi pójdą po rozum do głowy.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 19 (12-18.05.2017)

piątek, 12 maja 2017

Pod-Grzybki 96

Jerzy Dziewulski objawił kto upił Kwaśniewskiego w 1999r. przed uroczystościami w Charkowie. Okazało się, że Kwachu chlał w samolocie z abp. Sławojem Leszkiem Głódziem. Tyle, że w przeciwieństwie do „Olka-alkoholka” Głódź ma łeb do wódki i po nim akurat nie było widać. Cóż, kto siada do flaszki z Głódziem jest sam sobie winien, a poza tym, jak to mawiają – pić to trzeba umieć.


*

W Warszawie odbyła się manifestacja nomenklatury III RP pod nazwą „Marsz wolności”. W dość zgodnej opinii była frekwencyjną klapą – mimo zwiezienia autokarami terenowego aktywu PO, demonstrowało ok. 12 tys. osób. Tylko „Wyborcza” podała, że uczestników marszu było... 90 tysięcy. Jak sądzę, redaktorzy „Wyborczej” najpierw pili z Głódziem, a potem starannie policzyli te wszystkie biegające wśród demonstrantów białe myszki.


*

Na marginesie, małżonka Nowoczesnego Swetru wniosła pozew rozwodowy. W związku z tym doradzam szybki kurs u Kijowskiego przy merytorycznym wsparciu sędziego Żurka: „jak się migać od alimentów”. Czuję, że będzie bardzo przydatny.


*

Mediodajnie donoszą, że cesarzowa Makrela okropnie wściekła się na Junckera. A było tak – Juncker odbył dość nieprzyjemną rozmowę z Teresą May w sprawie Brexitu, po czym wychlapał wszystko po pijaku mediom. Pokazuje to dwie sprawy – po pierwsze, gdzie jest prawdziwy ośrodek decyzyjny Unii Europejskiej, skoro nominalny szef KE nie może samodzielnie informować mediów o swej działalności bez uzgodnienia z Berlinem. A po drugie – skoro Makrela wbrew wszystkiemu przeforsowała pijaczynę na tak eksponowane stanowisko, to teraz ma za swoje.


*

Francuski Makaron, w ramach dążenia do wylądowania na stolcu prezydenta Republiki obsobaczył Polskę za „dumping socjalny”, wskutek którego Whirpool przenieść ma do nas swoją fabrykę. Potem się połapał, że uderzył tym samym w podstawy UE, jakimi są swobodny przepływ kapitału i ludności, więc zaczął tradycyjnie parlować o „łamaniu zasad demokratycznych” i że ogólnie zrobi z nami porządek. I to mówi polityk państwa w którym od 2015 r. obowiązuje permanentny stan wyjątkowy. Panie Makaron – primo, weź pan ochłoń, bo się jeszcze rozgotujesz. A tak przy okazji – i to secundo - lewicowy Makaron to chłopak na posyłki Rothschildów, co tylko potwierdza, że lewactwo i banksterzy to dwie strony tego samego medalu.


*

Episkopat postanowił odwrócić się od narodowców, czemu dał wyraz w niedawnym dokumencie „Chrześcijański kształt patriotyzmu” (omawiam go szerzej w osobnym tekście), sprawiającym momentami wrażenie, jakby powstał na zamówienie postępowej sekty z Czerskiej. Niemal równolegle w Warszawie demonstrował ONR wznosząc m.in. okrzyk „Ave Christus Rex”. Trudno o większy kontrast. Drodzy księża biskupi, jeśli piętnujecie nacjonalizm, to potem nie zdziwcie się, gdy w godzinie próby nie będzie komu bronić Kościoła przed atakami. No chyba, że liczycie na żarliwych obrońców z „Wyborczej” i „Tygodnika Powszechnego”. Jeśli tak, to nie mam pytań.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 19 (10-16.05.2017)