Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gospodarka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gospodarka. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 19 kwietnia 2020

Kryzysowe żniwa

Chodzi o to, by pod pretekstem „walki z kryzysem” zmusić ludzi do tyrania za półdarmo, a rządy i banki centralne do nafutrowania banksterów świeżą gotówką wykreowaną w ramach „luzowania ilościowego”. Tylko po to ta cała gospodarcza „pandemonia” została wywołana i po nic innego.

Jak Czytelnicy być może pamiętają, gospodarcze paroksyzmy wynikłe wskutek „pandemonii” koronawirusa nazywałem do tej pory „najgłupszym kryzysem w historii”. Proszę Państwa, po namyśle cofam te słowa – to jest na swój sposób bardzo mądry kryzys. Ktoś go naprawdę sprytnie wykombinował i z żelazną konsekwencją wcielił w życie. Rozpętać światową histerię, która wprowadzi całe narody w stan lękowej psychozy i zmusi rządy do wygaszenia gospodarek – już to samo w sobie jest nie lada wyczynem. Lecz to jedynie pierwszy etap. Prawdziwe konfitury kryją się w etapie drugim, polegającym na przerzuceniu na barki państw i społeczeństw kosztów funkcjonowania światowego biznesu - te wszystkie ulgi podatkowe, dotacje oraz poluzowanie regulacji na i tak już w znacznej mierze sprekaryzowanym rynku pracy. Jeżeli przyjrzymy się pod tym kątem wdrażanym w różnych krajach pakietom pomocowym, naszej „tarczy antykryzysowej” nie wyłączając, to zobaczymy, że gros rządowych działań idzie właśnie w tym kierunku. Innymi słowy, chodzi o to, by pod pretekstem „walki z kryzysem” zmusić ludzi do tyrania za półdarmo (bo wicie-rozumicie, mamy ciężkie czasy i trzeba zacisnąć pasa), a rządy i banki centralne do nafutrowania banksterów świeżą gotówką wykreowaną w ramach „luzowania ilościowego”. Tylko po to ta cała gospodarcza „pandemonia” została wywołana i po nic innego. Powtarzam – ktoś to naprawdę sprytnie obmyślił, czapki z głów.

Na naszym krajowym podwórku bodaj najbardziej dobitnie (i bezwstydnie) cele te sformułował biznesmen i właściciel dziennika „Rzeczpospolita” Grzegorz Hajdarowicz domagając się m.in. zawieszenia podatków dochodowych i ZUS do końca 2020 roku; przyśpieszenia zwrotu VAT do 14 dni; „zawieszenia” Kodeksu Pracy; ograniczenia o połowę wymiaru urlopu; „zawieszenia” programu „500+” i 13 emerytury (co w istocie jest eufemizmem dla likwidacji tych świadczeń, bo w kontekście postulatów podatkowych staną się nie do sfinansowania); oraz automatycznego przedłużenia o 12 miesięcy wiz dla pracowników ze Wschodu.

Co to oznacza w praktyce? Wpędzenie państwa i samorządów w spiralę zadłużenia (brak podatków dochodowych) i w dalszej perspektywie bankructwo; upadłość ZUS-u i brak wypłat emerytur; powrót mafii vatowskich (przy 14-dniowym terminie zwrotu kontrola stanie się fikcją) – a więc kolejne, liczone w dziesiątkach miliardów złotych straty budżetu państwa; kompletną zapaść służby zdrowia; wreszcie – niewolniczy rynek pracy w którym pracownicy wydani są na łaskę i niełaskę pracodawcy, pozbawieni elementarnych praw i choćby minimalnej poduszki finansowej (likwidacja „500+”). Za to ma być zaordynowane sztucznie dwucyfrowe bezrobocie (jak rozumiem, w charakterze dodatkowego dyscyplinatora), bo do tego sprowadza się postulat utrzymania na rynku pracowników zagranicznych. Takie to recepty proponuje pan biznesmen z holdingiem w Luksemburgu (nota bene, raju podatkowym), reklamując swe pomysły w wywiadzie dla „Kultury Liberalnej” jako „wkład intelektualny” w walkę z kryzysem.

A co tak naprawdę należałoby zrobić? Po pierwsze, wypowiedzieć bezwzględną wojnę rajom podatkowym, do których z samej tylko Unii Europejskiej rocznie wyprowadzanych jest 170 mld euro. Wyobraźmy sobie tylko, jakie środki (chociażby dla służby zdrowia) byłyby dostępne, gdyby państwa dysponowały tymi pieniędzmi. Należy powiedzieć jasno firmom stosującym agresywną optymalizację, że nie należy im się żadna pomoc. Niech idą po wsparcie do rządów Luksemburga, Cypru, Bahamów i innych „rajskich wysp”. Ta roszczeniowa hołota w drogich garniturach, to pasożyty żerujące na gospodarkach krajów w których prowadzą działalność – zaburzając ponadto warunki rynkowej konkurencji, na czym cierpią uczciwi przedsiębiorcy.

Po drugie, pomoc należy skoncentrować na drobnych przedsiębiorcach i zwykłych ludziach – bo gdy oni nie będą mieli pieniędzy, to wszelkie „tarcze antykryzysowe” na nic. Czy tak trudno zrozumieć, że ubóstwo społeczeństwa oznacza stagnację i pogłębianie recesji? Pracownicy to zarazem klienci. Kiepsko opłacany pracownik, to równocześnie kiepski klient. Jeżeli będzie tyrał po 12 godzin za grosze, to kto kupi te wszystkie towary i usługi? Hajdarowicz od Piprztyckiego, a Piprztycki od Hajdarowicza? Dlatego należy m.in. odwrócić obecny regresywny system podatkowy, w którym gros obciążeń (głównie poprzez podatki pośrednie) spoczywa na barkach mniej zamożnych warstw społeczeństwa.

Po trzecie, najwyższy czas skończyć z „banksterskimi żniwami” w postaci luzowania ilościowego, czyli wykupywania przez banki centralne papierów wartościowych za „dodrukowane” pieniądze i futrowanie nimi „rynków”. Już poprzedni kryzys pokazał, że to się nie sprawdza - pieniądze te jedynie napędziły kolejne spekulacje.

Nade wszystko zaś należy zakończyć absurdalne lockdowny i odmrozić gospodarkę. Im szybciej skończymy z koronawirusową histerią, tym prędzej pozbawimy argumentów i narzędzi szantażu różnych cwaniaków, wykorzystujących sytuację dla własnych, partykularnych interesów.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Doktryna szoku

Podatkowe paserstwo

Gospodarcza „pandemonia”

Koronakryzys

Czy czeka nas najgłupszy kryzys w historii?


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 16-17 (17-30.04.2020)

czwartek, 2 kwietnia 2020

Koronakryzys

Nauczony lekcją kryzysu finansowego z 2008 r., podejrzewam, że globalny biznes wyczuł znakomitą okazję, by jak wówczas „podzielić się” z państwem swymi stratami.

I. „Pandemia” 0,1 procent

W sobotę 21 marca włoski Narodowy Instytut Zdrowia podał szczegółowe dane dotyczące zachorowalności i śmiertelności związanej z epidemią COVID-19. Co się okazuje? Jedynie 1,2 proc. zgonów spowodowanych było wyłącznie koronawirusem. U całej reszty występowały różne inne choroby, często po kilka naraz. To zresztą nie dziwi, zważywszy, iż koronawirus atakuje przede wszystkim osoby w podeszłym wieku – spośród wszystkich zmarłych tylko nieco ponad 1 proc. miało mniej niż 50 lat, a jedynie 9 przypadków śmiertelnych dotyczyło osób poniżej 40 roku życia. I teraz podstawowa sprawa, mianowicie dotycząca metodologii liczenia ofiar. Najwyraźniej włoskie władze wrzucają hurtowo do jednego worka wszystkich zmarłych u których wykryto wirusa, niezależnie od tego, czy był on rzeczywistą przyczyną śmierci, czy nie. Mówiąc obrazowo, jeśli ktoś umarł na serce, ale przy okazji miał również infekcję – jest liczony jako ofiara koronawirusa. Pytanie, po co Włochom potrzebne jest takie „nabijanie” śmiertelnych statystyk? Gdy piszę te słowa, we Włoszech jest ok. 5,5 tys. zmarłych u których stwierdzono koronawirusa. Biorąc pod uwagę owe 1,2 proc. oznaczałoby to, że osób zmarłych wyłącznie z powodu COVID-19 jest 66. U całej reszty należałoby dopiero ocenić, czy i ewentualnie w jakim stopniu infekcja mogła się przyczynić do śmierci. Jeszcze jedna liczba, mówiąca nam coś o faktycznej skali zachorowań – we Włoszech mamy ok. 60 000 przypadków zarażenia, co przy ogólnej liczbie 60 mln. obywateli daje odsetek zachorowań w wysokości 0,1 proc. (słownie – jedna dziesiąta procenta).

Oczywiście jestem jak najdalszy od lekceważenia sytuacji. Jeśli można, trzeba siedzieć w domu, przestrzegać zasad profilaktyki itp., a nade wszystko – otoczyć opieką osoby starsze i to na nich powinien być skoncentrowany wysiłek służby zdrowia. Z drugiej strony jednak, w świetle powyższych danych nie sposób nie zauważyć, że światowa histeria na tle wirusa SARS-CoV-2 podszyta jest czystym irracjonalizmem – a z pewnością, przy zachowaniu minimum chłodnej głowy, epidemia nie powinna była doprowadzić do tak dalekosiężnych skutków społecznych i gospodarczych, jakie obecnie obserwujemy. Przypomnę, że w Polsce tylko w lutym odnotowano ponad 800 tys. przypadków grypy i 23 ofiary śmiertelne, a w zeszłym sezonie grypowym zmarły 143 osoby.

Wszystkie te liczby przestają mieć jednak znaczenie, gdy w grę wchodzi strach przed nowym i „nieoswojonym” jeszcze zagrożeniem. Prawdziwa pandemia, jak już pisałem tydzień temu, to ta, która zagnieździła się w ludzkich głowach, nad czym zresztą niestrudzenie dzień i noc pracują wiodące ośrodki medialne. Epidemiolodzy podkreślają, że koronawirus już z nami zostanie i trzeba będzie z nim żyć – i będziemy z tym żyli, tak jak żyjemy z grypą i zapaleniem płuc, bo nie sposób utrzymywać w nieskończoność stanu wyjątkowego. Obecne środki bezpieczeństwa wdrażane przez kolejne rządy (nawet przez Wielką Brytanię, choć Boris Johnson do pewnego momentu wydawał się najbardziej odporny na pandemię paniki) to rozwiązanie jednorazowe, mające głównie na celu uspokojenie obywateli i wywołanie poczucia, że władza czuwa, dostrzega problem i podejmuje środki zaradcze. Jednak fizyczną niemożliwością jest wprowadzanie podobnych obostrzeń co roku – grozi to kompletną destabilizacją życia oraz chronicznym paraliżem państwa i gospodarki. Za rok o tej samej porze jeśli media będą w ogóle informowały o zakażeniach koronawirusem, to raczej w tonie „no cóż, nadszedł sezon zachorowań, trzeba to jakoś przetrzymać”, co najwyżej zalecając szczepionkę, która do tego czasu najprawdopodobniej zostanie już opracowana.


II. Doktryna szoku

Póki co jednak media pulsują w rytmie kolejnych, alarmistycznych doniesień – i nie mogę oprzeć się wrażeniu, że ten stan permanentnego niepokoju jest celowo indukowany. Świat pogrąża się w kryzysie gospodarczym, środowiska biznesowe biją na trwogę i oczekują od władz państwowych pomocy. I znów – nauczony lekcją kryzysu finansowego z 2008 r., podejrzewam, że globalny biznes wyczuł znakomitą okazję, by jak wówczas „podzielić się” z państwem swymi stratami. Bo skoro wtedy się udało i państwa rzuciły się na wyprzódki, by ratować banksterów „zbyt wielkich, by upaść”, to dlaczego podobny zabieg nie miałby się udać i tym razem? To domaganie się pomocy jest tym bardziej irytujące, jeśli prześledzi się dotychczasowy model postępowania wielkich koncernów – wyprowadzanie produkcji na drugi koniec świata (ze szczególnym uwzględnieniem Chin) i likwidowanie miejsc pracy w nominalnych krajach pochodzenia; szantażowanie rządów żądaniami „uelastycznienia” rynku pracy i kolejnych ustępstw podatkowych; wreszcie - „optymalizacja” polegająca na wyprowadzaniu zysków do rajów podatkowych.

Efekty? Łańcuchy dostaw i produkcji uzależniające Europę od krajów azjatyckich skutkują dziś permanentnym niedoborem podstawowych środków ochrony – maseczek, strojów ochronnych, płynów odkażających, lekarstw... Prócz tego mamy miliony pracowników sprowadzonych do roli „prekariatu” - wiecznie niepewnych jutra pół-niewolników pracujących na umowach śmieciowych, często bez elementarnych zabezpieczeń socjalnych, żyjących od pierwszego do pierwszego. Dziś to przede wszystkim oni padają ofiarą obostrzeń związanych z epidemią i utratą możliwości zarabiania. W samej Polsce jest to 2,6 mln. pracowników. Z kolei unikanie opodatkowania jedynie w Unii Europejskiej odpowiada za roczną lukę rzędu 170 mld. euro, co daje kwotę o 1/5 większą od budżetu Unii Europejskiej. Konsekwencją powyższego jest funkcjonowanie państw w warunkach nieustannych cięć budżetowych, dotykających m.in. służbę zdrowia, co skutkuje jej chronicznym niedofinansowaniem. A dziś odpowiadający za ten stan rzeczy cwaniacy zgłaszają się do rządów o pomoc. Do tych samych rządów, które na co dzień miały nie wtrącać się do gospodarki, obniżać podatki i puszczać wszystko na żywioł, by nie tamować „naturalnych” procesów globalizacyjnych. Teraz nagle okazuje się, że jak trwoga, to „złe” rządy mają ów biznes ratować.

I ratują, sparaliżowane widmem krachu gospodarczego. To ma nawet swoją nazwę - „doktryna szoku” i oznacza stan w którym pod wpływem drastycznych wydarzeń wprowadzane są rozwiązania, które w normalnych okolicznościach byłyby nie do zaakceptowania. Tyle, że kiedy już zagrożenie minie, te rozwiązania pozostają już na stałe... W Polsce właśnie zawiązała się nowa organizacja biznesowa – Związek Polskich Pracodawców Handlu i Usług - zrzeszająca m.in. podmioty z branży odzieżowej, obuwniczej i akcesoryjnej (np. CCC, LPP, Apart, Gino Rossi), która domaga się od rządu ułatwień w zwalnianiu pracowników, możliwości ograniczenia etatów i wynagrodzeń, przedłużenia okresu rozliczeniowego czasu pracy do 12 miesięcy (!), przywrócenia handlu w niedziele, odłożenia płatności składek ZUS i VAT-u, partycypacji rządu w wynagrodzeniach pracowników, gwarancji kredytowych itp.


III. „Tarcza antykryzysowa” nie może być dla wszystkich!

Jak powinien zachować się rząd? Otóż przede wszystkim powinien uważnie przyjrzeć się występującym o pomoc podmiotom. Najprościej rzecz ujmując, powinna być ona kierowana do firm, które płacą uczciwie w Polsce podatki i lokują tutaj większość swej produkcji, tak by wyeliminować firmy-pasożyty, na co dzień jedynie żerujące na polskiej gospodarce. Z tymi drugimi rozmowa powinna być krótka: jeżeli lokowaliście produkcję za granicą, a tutaj jedynie trzymaliście swoje sklepy, by upłynniać towar i wyprowadzaliście zyski do rajów podatkowych – to teraz idźcie po pomoc do rządów Chin, Bangladeszu, Luksemburga, Cypru czy innych Bahamów. Nic tu po was. Jak globalizacja, to globalizacja – powinna działać w obie strony. Na globalizację zysków i „upaństwowienie” strat nie może być zgody. Tylko przy takim podejściu ogłoszona przez premiera Morawieckiego „tarcza antykryzysowa” będzie miała sens – i kto wie, może nawet przyczyni się długofalowo do „polonizacji” naszej gospodarki.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 13 (27.03-02.04.2020)

Korona-brexit

Ciekawe, co okaże się skuteczniejsze – brytyjska zimna krew, czy europejskie dmuchanie na zimne?

Wielka Brytania po raz kolejny daje dowód swej oryginalności. Podczas gdy kraje kontynentalnej Europy wprowadzają kolejne obostrzenia odwołując rozgrywki sportowe, zamykając kina, teatry, restauracje i rezygnując z imprez masowych, Brytyjczycy walczą z pandemią COVID-19 na własny, z pozoru flegmatyczny sposób. Rząd Borisa Johnsona postanowił mianowicie zabrać się za problem od zupełnie innej strony – modelując społeczne zachowania i idąc w kierunku uzyskania tzw. zbiorowej odporności. Tu istotna uwaga – ponieważ sytuacja jest bardzo dynamiczna, to niewykluczone, że to, co ze względu na cykl wydawniczy tygodnika piszę w poniedziałkowy wieczór, do piątku, gdy „Gazeta Finansowa” trafi do Państwa rąk, ulegnie pewnej dezaktualizacji. Na razie jednak nie zanosi się, by władze brytyjskie miały w najbliższym czasie dokonać gwałtownego zwrotu w swej polityce i wprowadzić drastyczne rozwiązania na wzór pozostałych europejskich państw. Mamy więc póki co swoisty „korona-brexit” - i kto wie, czy długofalowo właśnie ta odrębna ścieżka postępowania nie okaże się w ostatecznym rozrachunku skuteczniejsza oraz, co również jest nie bez znaczenia, znacznie mniej dolegliwa dla gospodarki.

W czym rzecz? Zacznijmy od tego, że przy brytyjskim rządzie działa rozbudowana instytucja o nazwie Scientific Pandemic Influenza Group on Modelling w skład której wchodzą zespoły zajmujące się modelowaniem matematycznym, psychologią i ekonomią behawioralną oraz rzecz jasna epidemiologią. Ich zadaniem jest oszacowanie, kiedy i jakie środki zaradcze wprowadzać, by osiągnąć optymalny efekt „spłaszczenia” krzywej zachorowań. Z przeprowadzonych analiz wynika, iż czekają nas (bo dotyczy to nie tylko Wlk. Brytanii, ma to być generalna prawidłowość) dwie fale epidemii. Pierwsza, obecna, ma wyhamować już wkrótce i ulec w miesiącach letnich „zawieszeniu”. Natomiast od jesieni-zimy nastąpić ma druga fala – i to o wiele poważniejsza. Zdaniem rządu zatem nie ma sensu wprowadzać już dziś „lockdownu” państwa. Kolejna rzecz – należy wziąć pod uwagę, że 80 proc. zarażeń przebiega bezobjawowo lub przypomina niegroźne przeziębienie. Generalna zasada wygląda tak, że im młodsza osoba, tym ryzyko poważnego przebiegu choroby jest mniejsze, zaś dzieci niemal w ogóle nie są narażone na komplikacje. Tak więc szkoły i uczelnie funkcjonują normalnie – co ma, wbrew pozorom, walor profilaktyczny. Zamknięcie szkół spowodowałoby bowiem, że dzieci musiałyby siedzieć w domach, często pod opieką dziadków, co właśnie dla tych drugich mogłoby skończyć się tragicznie. No chyba, że rodzicie otrzymaliby wolne – ale to z kolei odbiłoby się na gospodarce.

Rząd zatem stawia na działania punktowe – apeluje do seniorów, by zostawali w domach oraz namawia do przestrzegania zasad higieny, w tym słynnego już częstego mycia rąk. No i nie szaleje z przeprowadzaniem testów na koronawirusa. Znaczenie ma tu stan chronicznie niedoinwestowanej brytyjskiej służby zdrowia, która w minionych latach padła ofiarą kolejnych cięć budżetowych. Dość powiedzieć, że proporcjonalnie do liczby mieszkańców tamtejsze szpitale dysponują dwukrotnie mniejszą liczbą łóżek, niż Polska. Po prostu brytyjski system opieki zdrowotnej nie wytrzymałby nagłej „inwazji” chorych. A zatem, należy skupić się na osobach starszych, zaś cała reszta, mówiąc brutalnie, może koronawirusa „przechorować” - i przy okazji się uodpornić.

No właśnie. Wprawdzie rząd oficjalnie odżegnuje się od takich planów, twierdząc, że nabycie zbiorowej odporności będzie co najwyżej efektem ubocznym, ale przyjęta strategia prowadzi do jednoznacznych wniosków. Jeżeli większość populacji (ponad 60 proc.) złapie wirusa, to nastąpi efekt „herd immunity” („odporności stadnej”), przez co społeczeństwo będzie bardziej odporne w momencie nadejścia spodziewanej drugiej fali zachorowań (polecam tu ciekawy tekst behawiorysty Radosława Zyzika pt. „Brytyjski brak(?) odpowiedzi na pandemię SARS-CoV-2” na portalu Linkedin). Ponadto, zdaniem brytyjskich naukowców ludzie zarażają się głównie we własnych domach, zatem im więcej czasu spędzają poza nimi, tym lepiej. Na dodatek, zbyt wczesne wprowadzenie kwarantanny mogłoby skutkować „efektem zmęczenia” - ludzie znużeni ciągłym przebywaniem w domach i przestrzeganiem rygorystycznych zasad zaczęliby je w końcu łamać, co postawiłoby pod znakiem zapytania skuteczność całej akcji izolacyjnej. Lepiej więc z tym zaczekać do momentu, kiedy naprawdę nie będzie już innego wyjścia – a takowy wg brytyjskiego rządu jeszcze nie nastąpił.

Trzeba przyznać, że taka polityka wymaga żelaznych nerwów i asertywności w obliczu alarmistycznych doniesień. Jak dotąd, zarówno Boris Johnson, jak i większość brytyjskiego społeczeństwa te warunki spełnia. Z drugiej strony, Wielka Brytania ze swym premierem znalazła się pod największym od czasu brexitu ostrzałem europejskich rządów i mediów, przerażonych postępowaniem Londynu. Ciekawe, co okaże się skuteczniejsze – brytyjska zimna krew, czy europejskie dmuchanie na zimne?


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 12-13 (20.03-02.04.2020)

piątek, 11 października 2019

Czeski „rynek pracownika” – jak to zrobili nad Wełtawą?

Czesi po zlikwidowaniu bezrobocia postawili na wzrost wynagrodzeń - ustawowe podwyżki płacy minimalnej i wykorzystanie efektu „presji płacowej”. W kontekście paniki, jaka wybuchła po zapowiedzi radykalnego podniesienia płacy minimalnej, warto spojrzeć, jak sytuacja na rynku pracy wygląda za naszą południową granicą. Zerknąłem sobie mianowicie na tegoroczny raport Ośrodka Studiów Wschodnich pt. „Kraj bez bezrobocia. Specyfika czeskiego rynku pracy” autorstwa Krzysztofa Dębca. Z jednej strony mamy tam zarysowane pewne podobieństwa z sytuacją w Polsce, z drugiej jednak – występują dość istotne różnice. Bezrobocie w Czechach wynosi zaledwie 2,2 proc. (dane za maj 2019, dla porównania w Polsce odnotowano wtedy 3,8 proc.), co sytuuje je na czele nie tylko Unii Europejskiej, lecz również całego OECD. Co do tego doprowadziło? Do pewnego momentu Czesi podążali drogą charakterystyczną dla naszego regionu – „kraju-podwykonawcy”, opierającego swą gospodarkę na zagranicznych inwestycjach, głównie montowniach, bazujących na taniej sile roboczej i wytwarzających produkty o niskiej wartości dodanej. Efekty tego są widoczne w postaci dużego uzależnienia tamtejszej gospodarki od przemysłu motoryzacyjnego, głównie niemieckiego, oraz generalnie od niemieckiego kapitału i koniunktury gospodarczej u zachodniego sąsiada. Do państw UE trafia 85 proc. czeskiego eksportu, w tym same Niemcy odpowiadają za 1/3 eksportu i 1/4 importu, natomiast do podmiotów zagranicznych należy 40 proc. kapitału zakładowego czeskich spółek.

Ta metoda zwalczania bezrobocia polegająca na przyciąganiu inwestycji systemem ulg połączonych z niskimi kosztami pracy w znacznej mierze się sprawdziła, jednak Czesi w odróżnieniu od nas w porę zauważyli, iż na dłuższą metę jest to ślepa uliczka, prowadząca do „pułapki średniego rozwoju” i nade wszystko, po osiągnięciu pewnego pułapu, blokująca dalszy wzrost poziomu życia obywateli. Powyższe skutkuje również zbytnim uzależnieniem od eksportu, nie równoważonym znaczącym wzrostem konsumpcji wewnętrznej. Inny negatywny efekt, to traktowanie Czech jako gospodarczej kolonii służącej do wyprowadzania zysków – wymuszone przepisami UE zniesienie opodatkowania dywidend transferowanych do zagranicznych spółek-matek sprawiło, iż po 2005 r. wysokość owych transferów przekroczyła wartość zagranicznych inwestycji i reinwestycji, a w latach 2016 i 2017 wartość dywidend wypłacanych za granicę wyniosła 5,3 – 6,1 proc. PKB. Jak zauważają tamtejsi ekonomiści, taki odpływ pieniędzy „naraża gospodarkę na wstrząsy i ogranicza możliwości przełożenia wyników wzrostu PKB na poprawę standardu życia mieszkańców”.

Jakie środki zaradcze podjęli Czesi? Po zlikwidowaniu bezrobocia postawili na wzrost wynagrodzeń. Pierwszy filar, to znaczące, ustawowe podwyżki płacy minimalnej. Filar drugi natomiast, to wykorzystanie efektu „presji płacowej”. Istotna uwaga – pod naciskiem społecznym oraz związków zawodowych (z raportu wynika, iż związki mają w Czechach znacznie więcej do powiedzenia, niż u nas) rządzący nie zdecydowali się na masowe sprowadzanie pracowników spoza Europejskiego Obszaru Gospodarczego, na co nalegali pracodawcy. I tu ciekawostka – niedobór rąk do pracy w pewnej mierze kompensowany jest napływem pracowników z Unii Europejskiej. Są to Słowacy, po nich Polacy, których pracuje obecnie w Czechach ok. 45 tys., ale też coraz liczniejsi przybysze z południa Europy – Hiszpanie, Grecy, Portugalczycy, Włosi... Stosunkowo niewielu jest za to Ukraińców.

Zwróćmy uwagę, że jest to postępowanie skrajnie odmienne od naszego. My, pod naciskiem lobby biznesowego poszliśmy w masowe sprowadzanie gastarbeiterów – i to nie tylko z Ukrainy, lecz również z krajów azjatyckich, co w dużej mierze zniweczyło efekt presji płacowej – między 2017 a 2018 r. płace wzrosły w Polsce o 6,8 proc., natomiast w Czechach o 11,2 proc. Innymi słowy, o ile w Polsce „rynek pracownika” jest raczej publicystycznym hasłem, o tyle w Czechach stał się on faktem. Pracownicy przyjeżdżający do Czech z krajów UE są przyzwyczajeni do określonego poziomu płac, nie zaniżają więc wynagrodzeń. Tymczasem Polska stała się w ostatnich latach krajem masowej imigracji zarobkowej, bijąc pod tym względem światowe rekordy. W 2017 r. przybyło do Polski 1,1 mln imigrantów zarobkowych, co jest najwyższym wynikiem wśród wszystkich krajów OECD (przykładowo – USA to 700 tys. osób).

Czesi nie ukrywają, że zależy im na podniesieniu siły nabywczej obywateli i równaniu do Europy Zachodniej – nawet kosztem pewnego spowolnienia wzrostu PKB. Inaczej mówiąc, wzrost PKB nie jest celem samym w sobie, lecz narzędziem, które należy następnie wykorzystywać, dzieląc jego owoce. Opisane tu działania służyć mają również przestawieniu czeskiej gospodarki na nowe, bardziej nowoczesne tory, czemu sprzyjać ma polityka zachęt inwestycyjnych – w miejsce ulg dla „montowni” mają się pojawić preferencje dla inwestycji związanych z nowymi technologiami. My, wprowadzając program podwyżki płacy minimalnej do 4000 zł. brutto do końca 2023 r. zrobiliśmy pierwszy krok w podobnym kierunku. Pora na kolejne.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Koniec „Bangladeszu Europy”

Kaczyński sięga do „głębokich kieszeni”

Polacy dziadami Europy

Bangladesz Europy

Wyższe płace są możliwe

Wyższe płace są konieczne

Jak nierówna jest Polska?

Koniec prezesów na śmieciówkach?

Regresywny system podatkowy, czyli śmierć frajerom!

Podatek od nędzy

Janusze biznesu

Chcemy niewolników!

Dywidenda obywatelska – eksperyment czy konieczność?

Koniec Bantustanu?

Koniec z BIT's? Nareszcie!

ISDS, czyli korpo-dyktat

Polska – kraj migracyjny


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 40 (04-10.10.2019)

niedziela, 10 marca 2019

Niemiecka strefa euro

Euro w dzisiejszym kształcie korzystne jest niemal wyłącznie dla jednego państwa – Niemiec, które uczyniły wspólną walutę narzędziem eksploatacji reszty kontynentu.

Nieco ponad 20 lat temu, 1 stycznia 1999 r. wprowadzono walutę euro (wtedy jeszcze w wersji bezgotówkowej). Z tej okazji niemieckie Centrum Polityki Europejskiej we Fryburgu opublikowało raport pt. „20 lat euro: zwycięzcy i przegrani”, pokazujący konsekwencje przyjęcia wspólnej waluty przez osiem państw: Niemcy, Holandię, Grecję, Hiszpanię, Portugalię, Włochy, Francję i Belgię. Analiza obejmuje lata 1999-2017. Jak było do przewidzenia, głównym wygranym są Niemcy – w badanym okresie odnotowały one zysk rzędu 1,9 bln. euro. Na drugim miejscu znalazła się Holandia z zyskiem 350 mld. euro. Nominalnym „wygranym” jest również... Grecja z bilansem 2 mld. euro na plusie, choć zapewne sami Grecy za taki „'sukces” woleliby podziękować. W przeliczeniu na głowę mieszkańca przeciętny Niemiec „zarobił” ponad 23 tys. euro, zaś Holender – 21 tys. euro (Grek – hm, powiedzmy, że nominalnie „zyskał” 190 euro).

Wszystkie pozostałe objęte badaniem kraje straciły i to wyraźnie. Szczególnie szokujące dane dotyczą dwóch największych po Niemczech europejskich gospodarek eurozony – Francja wylądowała pod kreską tracąc łącznie 3,6 bln. euro, natomiast Włochy aż 4,3 bln. euro. Pozostali również nie mają powodów do radości – Portugalia straciła 424 mld. euro, Hiszpania – 224 mld. euro, zaś Belgia „skromne” 69 mld. euro. Straty per capita prezentują się następująco: Włochy – 73,6 tys. euro, Francja – 56 tys. euro, Portugalia – 40,6 tys. euro, Belgia – 6,4 tys. euro, Hiszpania – 5 tys. euro. Co ciekawe, per saldo straciła cała ósemka, nawet z uwzględnieniem dodatnich bilansów Niemiec i Holandii – wynik łączny to 6,4 bln. euro „na minusie”. Co ważne, w owej ósemce mamy pięć największych gospodarek eurogrupy – Niemcy, Francję, Włochy, Hiszpanię i Holandię. To ci dopiero interes!

Powyższe dane (przytoczone za blogiem Zbigniewa Kuźmiuka) powinno się podtykać pod oczy wszystkim bezkrytycznym euroentuzjastom stręczącym nam „wspólną walutę” jako „autostradę” i „ekskluzywny klub”. Jak się bowiem okazuje, za przynależność do tego klubu trzeba bardzo słono zapłacić. Skoro tracą na nim nawet wielcy (za wyjątkiem pasących się na eksporcie Niemiec i Holandii stosującej zabiegi charakterystyczne dla rajów podatkowych), to cóż dopiero mówić o średniakach, czy małych? Nawiasem, chciałbym poznać wieloletni bilans przynależności do strefy euro państw naszego regionu – bo chyba nie jest przypadkiem, że Litwinom po przyjęciu euro nagle zaczęło się opłacać robienie weekendowych wycieczek zakupowych do Suwałk?

Takie efekty przynosi integracja na siłę, ignorująca realia. Jak w swoim czasie wyznał włoski eurokrata Romano Prodi „euro nie jest projektem ekonomicznym, lecz politycznym” - i teraz widzimy konsekwencje takiego podejścia. Wspólna waluta miała w zamyśle brukselskich mandarynów wymusić pogłębienie integracji politycznej kontynentu, co w jakiejś mierze się powiodło – ale ze skutkami ubocznymi w postaci chociażby permanentnej dysproporcji bilansów handlowych między krajami Północy i Południa. To zaś z kolei spowodowało, że te drugie ostatni kryzys odczuły wyjątkowo boleśnie, a Grecja wręcz katastrofalnie. Druga rzecz – ta „pogłębiona integracja” wymusiła postępujące polityczne uzależnienie od Niemiec przekształcające się momentami w dyktat (znów – przykład Grecji) i ubezwłasnowolnienie ekonomiczne pod pieczą realizującego niemieckie interesy Europejskiego Banku Centralnego (pisałem o tym szerzej w felietonie „Mario Draghi – dyktator z EBC”). Jeżeli dodamy zignorowanie założeń teorii optymalnego obszaru walutowego Roberta Mundella, zakładającej, że wspólna waluta powinna obejmować gospodarki o podobnej strukturze i zbliżonej konwergencji cyklów koniunkturalnych – to otrzymujemy efekt w postaci obecnej kondycji strefy euro: wiecznie chorego człowieka światowej gospodarki.

Euro w dzisiejszym kształcie korzystne jest niemal wyłącznie dla jednego państwa – Niemiec, które uczyniły wspólną walutę narzędziem eksploatacji reszty kontynentu, pozbawiając inne kraje podstawowego mechanizmu obronnego – własnego, suwerennego pieniądza. Prof. Paolo Savona, typowany przed niedawnymi wyborami we Włoszech na ministra finansów (nie zgodziła się Bruksela i „rynki”) i zagorzały przeciwnik euro stwierdził wręcz, iż euro służy realizacji planu Walthera Funka (szefa Banku Rzeszy) z 1940 r. przewidującego, że „waluty narodowe znajdą się pod wpływem niemieckiej marki”, zaś reszta Europy zajmie pozycję peryferyjną wobec gospodarki niemieckiej, dostarczając jej surowców i siły roboczej. Nic dziwnego, że projekt Savony zakładający wprowadzenie we Włoszech równoległego do euro „bonu rządowego” wywołał furię i zrobiono wszystko, by w nowym rządzie został on odsunięty od wpływu na gospodarkę. Patrząc jednak chociażby na saldo w systemie rozrachunków międzybankowych Target2, z gigantyczną nadwyżką Bundesbanku sięgającą biliona euro i deficytami pozostałych banków centralnych, trudno się z Savoną nie zgodzić. Nie ma co, Walther Funk byłby zadowolony.

Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 10 (08-14.03.2019)

niedziela, 2 grudnia 2018

Imigracja nie zbawi gospodarki

Przy założeniu, że muzułmańskich migrantów będzie przybywać w dotychczasowym tempie, to za 40 lat będzie ich w Polsce ponad 900 tys.

Portal euroislam.pl zwrócił niedawno uwagę na raport Fundacji Instytutu Spraw Europejskich pt. „Imigracja z krajów OIC do Polski w latach 2003-2018” (autor – Jan Wójcik). Najpierw jednak kilka słów o euroislam.pl, jest to bowiem swoisty rodzynek. Otóż portal ten, założony przez stowarzyszenie „Europa Przyszłości”, programowo sprzeciwia się islamizacji Europy i Polski oraz niekontrolowanej imigracji – czyni to jednak nie z pozycji nacjonalistycznych, lecz lewicowo-liberalnych. To pocieszające, że nie wszyscy liberałowie dali sobie wyprać mózgi ideologią multikulturalizmu. Autorzy „euroislamu” potrafią dostrzec w muzułmańskiej inwazji na Stary Kontynent fundamentalne zagrożenie dla takich wartości, jak tolerancja, prawa człowieka i swobody obywatelskie. Z tego też powodu przez tutejsze liberalno-lewicowe salony traktowani są niczym czarne owce, bo miast hołdować dogmatom political correctness wolą trzeźwo oceniać rzeczywistość.

A teraz do rzeczy. Wzmiankowany na wstępie raport bazuje na oficjalnych danych Urzędu do Spraw Cudzoziemców odnośnie przybywających do Polski obywateli państw Organizacji Współpracy Islamskiej (OIC). Wynika z nich, że przybysze z krajów muzułmańskich stanowią ok. 8-9 proc. ogółu imigrantów, co przekłada się na 27 tys. osób. Tu jednak należy poczynić istotne zastrzeżenie: mówimy jedynie o pobycie legalnym, do którego należy doliczyć jeszcze nieznaną bliżej liczbę migrantów przebywających nielegalnie. Z nieoficjalnych rozmów z pracownikami Straży Granicznej wynika, że faktycznie na terenie Polski muzułmańskich migrantów może przebywać nawet dwukrotnie więcej. Powody przyjazdu do Polski są różne – praca (głównie Bangladesz, Uzbekistan, Pakistan, Turcja), studia (gł. Arabia Saudyjska i Kazachstan) oraz związek z obywatelem(-ką) Polski (tu występuje szczególnie wysoki odsetek osób z Nigerii oraz Egiptu).

Na pozór nie wygląda to niepokojąco. Warto jednak zwrócić uwagę, że utarło się sądzić, iż najliczniejszą społecznością muzułmańską w Polsce są „nasi”, zasymilowani Tatarzy – tymczasem tak nie jest. Spis powszechny z 2011 odnotował 1916 Tatarów - wynika z tego, że Tatarzy są „mniejszością w mniejszości”, zaś gros muzułmanów w Polsce to imigranci. Druga rzecz, o wiele ważniejsza, to dynamika – otóż w badanym przedziale czasowym (raptem 5 lat) liczba migrantów z państw OIC wzrosła czterokrotnie, co spowodowane jest m.in. rosnącym zapotrzebowaniem na pracowników.

I tu zaczyna się najciekawsze. Autor raportu pokusił się bowiem o zarysowanie przyszłości, biorąc pod uwagę z jednej strony dynamikę obecnego trendu migracyjnego, z drugiej zaś – porównując sytuację Polski z krajami Zachodniej Europy, które nie miały kolonii w krajach muzułmańskich (Belgia, Dania, Austria, Norwegia, Szwecja). Z analizy wynika, że Polska obecnie jest na podobnym etapie, jak powyższe kraje 40-50 lat temu – a więc w latach -60, -70 XX w. Przy założeniu, że muzułmańskich migrantów będzie przybywać w dotychczasowym tempie, to za 40 lat będzie ich w Polsce ponad 900 tys. - czyli (biorąc pod uwagę tendencje demograficzne wśród Polaków) stanowić będą ok. 2,5 proc. mieszkańców. Jeśli natomiast dodamy „ciemną liczbę” migrantów nielegalnych, to zakładając utrzymanie się obecnego tempa „przyrostu” możemy mówić nawet o ok. 5 proc. populacji. Zważywszy, że społeczności muzułmańskie mają predylekcję do tworzenia zwartych społeczności w dużych miastach, tworzy to zagrożenie występowania licznych napięć społecznych.

Analizę uprawdopodabnia fakt, iż podobną drogę przeszły podane wyżej kraje Europy Zachodniej – kilkadziesiąt lat temu muzułmanie stanowili w nich podobnie nieistotny odsetek, jak dziś w Polsce. Obecnie w Belgii stanowią już 5,5 proc. populacji, w Austrii – 4 proc, Danii – 3,5 proc, Norwegii – 2 proc. Przypominam – nie chodzi tu o państwa z kolonialną przeszłością w krajach arabskich, lecz o takie, które kolonii albo nie miały w ogóle, albo np. w tzw. „czarnej” Afryce (Belgia).

No i wreszcie wątek czysto gospodarczy. Pozwolę sobie przytoczyć w całości jeden z wniosków końcowych, bo jest na tyle dobitny, że nie wymaga komentarza: „W sferze gospodarki należy zweryfikować myślenie o zwiększaniu PKB poprzez zwiększanie imigracji. Należałoby przeprowadzić analizę, w jakim stopniu migranci (i osoby z tzw. tłem imigranckim) z krajów OIC w państwach zachodnich wpływają na tamtejszy PKB. Po drugie należy zauważyć, że sprowadzanie taniej siły roboczej - a taki głównie ma charakter obecna imigracja - nie przyczynia się do zmiany struktury produkcji w Polsce i cementuje niekorzystny układ o relatywnie niskim PKB per capita. Biorąc pod uwagę PKB per capita krajów zachodnich, Polska, nadrabiając zapóźnienie gospodarcze, mogłaby zwiększyć swoje globalne PKB zwiększając PKB per capita nawet czterokrotnie, co kompensowałoby z nawiązką spadek populacji kraju. Tak więc imigracja może być tymczasowym czynnikiem rozwoju gospodarczego Polski, ale nie długoterminowym”.

Jest o czym myśleć, nieprawdaż?

Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Imigranci nie zarobią na nasze emerytury


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 47 (30.11-06.12.2018)

niedziela, 22 lipca 2018

Euro-utopia

Lepiej pozostać za burtą w szalupie własnej waluty, niż tkwić jako pasażer drugiej kategorii w ładowniach zalewanego wodą „Titanica”.


Wiele wskazuje na to, że jednak w najbliższych latach powstanie osobny budżet strefy euro. Tak przynajmniej wynika z uzgodnień poczynionych przez kanclerz Angelę Merkel i prezydenta Emmanuela Macrona. Trzeba tu od razu zastrzec, że niemiecka kanclerz zgodę wyraziła wyraźnie wbrew sobie – Macron, któremu na wspólnym budżecie eurogrupy zależało najbardziej, wykorzystał polityczne osłabienie Merkel spowodowane bezwładem w rozwiązywaniu kryzysu migracyjnego i powstałymi na tym tle napięciami w łonie rządzącej koalicji. Euro-budżet miałby zostać powołany w 2021 r. (raczej wątpliwe) – tyle, że wciąż nie wiadomo, jak miałby konkretnie wyglądać. Macron chce budżetu z prawdziwego zdarzenia – z własnymi przychodami i wydatkami, obejmującego nawet kwoty liczone w grubych miliardach euro, natomiast Angela Merkel woli mówić raczej o chudszym budżecie inwestycyjnym, który służyłby wyrównywaniu potencjałów gospodarczych poszczególnych krajów. W każdym razie, powołanie takiego tworu byłoby ogromnym ustępstwem Niemiec, które do tej pory broniły się przed nim rękami i nogami. Oznaczałoby to bowiem, że Niemcy zaczęłyby się realnie dokładać do kosztów utrzymania eurolandu, zamiast jak do tej pory spijać jedynie śmietankę i z mądrą miną pouczać wszystkich dookoła, że powinni być „niczym skrzętna, szwabska gospodyni” - jak raczyła się wyrazić kanclerz Merkel przy okazji greckiego bankructwa.

Tyle tylko, że ów euro-budżet jest klasycznym manewrem spod znaku „ucieczki do przodu” - widać gołym okiem, że wspólna waluta funkcjonuje źle lecz ze względów politycznych nikt (poza wyklinanymi „populistami”) nie ma odwagi powiedzieć tego głośno. Tymczasem prawda jest taka, że - jak powiedział ongiś w przypływie szczerości Romano Prodi – euro nie jest projektem gospodarczym, lecz politycznym. W zamyśle unijnych decydentów eurowaluta miała stać się narzędziem wymuszającym pogłębianie integracji, zaś przy jej wprowadzaniu świadomie ignorowano różnice wśród przyjmujących ją gospodarek. Identyczne podłoże ma nieustanny nacisk na pozostałe kraje UE, w tym Polskę, by jak najszybciej przystępowały do unii walutowej, albo przynajmniej wyraźnie określiły taki zamiar wraz z możliwie rychłym horyzontem czasowym. Również i teraz, po ogłoszeniu powstania euro-budżetu, rozległy się głosy, że „zostaniemy za burtą” i stracimy wpływ na podejmowanie najważniejszych decyzji. Słowem – receptą na dotychczasowe bolączki ma być hasło „więcej tego samego”.

Rzecz w tym, że zwolennicy takiego rozwiązania uporczywie nie chcą dostrzegać słonia w menażerii – a owym „słoniem” jest oczywista konstatacja, że euro w obecnym kształcie zwyczajnie nie ma sensu. Od biedy mogłoby służyć kilku najbogatszym krajom europejskiej Północy, lecz rozciągnięte na państwa mniej zamożne staje się źródłem nieustannych napięć. Czym bowiem jest euro? W największym uproszczeniu – jest to zdewaluowana niemiecka marka. Ale zarazem euro to również lir, drachma czy peso poddane sztucznej aprecjacji. W efekcie, tak skonstruowany pieniądz napędza niemiecką gospodarkę, stymulując jej eksport i jednocześnie dławi konkurencyjność gospodarek Południa wpędzając je w spiralę długów. W latach koniunktury można było to jakoś kamuflować – ale wystarczył pierwszy poważny kryzys, by cała ta utopia „enklawy zamożności” zawaliła się z hukiem na naszych oczach. Innymi słowy – euro to waluta wyłącznie na czas dobrej pogody. Wraz z nadejściem burzy okazało się, że „ekskluzywny klub” dzieli się de facto na dwie kategorie – wierzycieli i dłużników. Wyjątkowo boleśnie przekonała się o tym Grecja, której dług publiczny po latach wdrażania „transzy pomocowych” urósł ze 109 proc. PKB (2008 r.) do obecnych ponad 180 proc. Podobny mechanizm dotknął Hiszpanię czy Portugalię. W tym samym czasie Niemcy notują nadwyżki, a na samym oprocentowaniu od „pomocy” udzielonej Grecji zarobiły 2,9 mld. euro. Złoty interes. Czy można się więc dziwić, że nadal wolały zarabiać, niż dołożyć się do wspólnego kotła?

Jednak nawet wspólny budżet strefy euro to jedynie pudrowanie trupa. Z jego namiastką mamy wszak do czynienia również i dzisiaj – funkcję tę pełni polityka „luzowania ilościowego” wdrażana przez Europejski Bank Centralny. Po uwolnieniu setek miliardów euro entuzjastycznie ogłoszono, iż na kontynent powróciła „koniunktura”. Dobre sobie – np. w Hiszpanii bezrobocie wynosi ponad 16 proc., a w Grecji niemal 21 proc. przy pełzającym wzroście PKB (szczególnie porównując z czasami sprzed kryzysu). Zatem nawet euro-budżet skrojony „na bogato” będzie co najwyżej doraźną, redystrybucyjną łataniną, nie usuwając podstawowych, strukturalnych sprzeczności eurozony.

Podsumowując, jeśli nam mówią, że „pozostajemy za burtą” gospodarczej i politycznej integracji, to po pierwsze – najpierw warto sprawdzić, ile realnie mają w strefie euro do powiedzenia Grecja czy Hiszpania, a po drugie – lepiej pozostać za burtą w szalupie własnej waluty, niż tkwić jako pasażer drugiej kategorii w ładowniach zalewanego wodą „Titanica”.

Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 27-28 (13-26.07.2018)

piątek, 5 stycznia 2018

Czas sukcesów

Często słyszymy, że na tle nowoczesnego świata jesteśmy jakimś dziwolągiem. Otóż jest dokładnie odwrotnie – to świat zwariował, my pozostajemy normalni.


Naturalną rolą publicysty jest m.in. specyficzna forma społecznego „whistle-blowingu” - czyli ostrzeganie opinii publicznej przed różnymi niepokojącymi zjawiskami oraz komentowanie tychże. Siłą rzeczy, w konsekwencji obraz świata wyłaniający się z takich publikacji jest mocno przyczerniony, a odbiorca może odnieść wrażenie, że żyje w mrocznych i wrogich mu realiach. Ma to swoją dobrą stronę, bo uwrażliwia na zagrożenia, lecz po przekroczeniu pewnej masy krytycznej łatwo popaść w paranoję, niczym ci nieszczęśnicy wykrzykujący ze śmiertelną powagą, że mamy w Polsce jednocześnie stalinizm, faszyzm i Koreę Północną. Dlatego też warto co jakiś czas wskazać na pozytywy i sądzę, że Nowy Rok jest dobrą okazją na taką optymistyczną odtrutkę, tym bardziej, że ma ona mocne oparcie w rzeczywistości. Polska bowiem, mimo wewnętrznych swarów, indukowanej z premedytacją społecznej histerii oraz zewnętrznych paroksyzmów i szaleństw, jawi się jako kraj dość szczególny, w którym sytuacja generalnie idzie ku lepszemu.


I. Stabilizacja

Po pierwsze, jakkolwiek dziwnie by to nie zabrzmiało, mamy na tle innych krajów stabilną sytuację wewnętrzną – i to pomimo ostatnich przetasowań w obozie władzy. Protesty „totalnej opozycji” i uliczne hece to głównie domena tzw. rzeczywistości medialnej. Można wręcz wysnuć tezę, że im bardziej histeryczne hasła wznoszą ci, którzy w rozhuśtywaniu nastrojów upatrują szansy na powrót do wpływów i władzy, tym mniejszym cieszą się poparciem. Wychodzi tu zdroworozsądkowe podejście Polaków, wbrew pozorom generalnie niezbyt skłonnych do angażowania się w polityczne awantury – dopóki ktoś ich naprawdę nie zdenerwuje... Ten zdrowy chłopski rozum dyktuje naszym rodakom, że zwyczajnie nie ma sensu urządzać przewrotów – zwłaszcza jeśli miałyby prowadzić do rządów Petru ze Schetyną.

Wygląda to jeszcze bardziej dobitnie, gdy skonfrontujemy ten obraz z zagranicą. We Francji do początku listopada 2017 obowiązywał sześciokrotnie przedłużany stan wyjątkowy, obecnie zastąpiony „ustawą antyterrorystyczną”, w praktyce wprowadzającą państwo policyjne na stałe. Poparcie dla dopiero co wybranego Macrona leci na łeb na szyję, co ten usiłuje sobie zrekompensować nadaktywnością na arenie europejskiej i jałowym pokrzykiwaniem na Polskę. W Hiszpanii z kolei mamy niekończącą się awanturę wokół niepodległości Katalonii okraszoną pałowaniem na ulicach i rozpaczliwymi próbami utrzymania integralności terytorialnej przez rząd w Madrycie – a że ostatnio wybory znów wygrali separatyści, to serial będzie trwał dalej. Włochy wciąż nie mogą wygrzebać się z kryzysu finansowego, ich system bankowy balansuje na krawędzi bankructwa, zaś rozmaite ruchy radykalne rosną w siłę i zapewne najbliższe wybory będą tam prawdziwym trzęsieniem ziemi. Z kolei w Niemczech od ostatnich wyborów trwa kryzys polityczny i wciąż rządzi odziedziczony po poprzedniej kadencji „rząd tymczasowy”, zaś kolejne rozmowy koalicyjne idą jak po grudzie, bądź też kończą się fiaskiem („koalicja jamajska”).

Na powyższe nakłada się wciąż nierozwiązany kryzys migracyjny. Ciarki przechodzą po plecach, gdy się pomyśli, jak niewiele brakowało, byśmy zostali „ubogaceni” na podobieństwo Europy Zachodniej, która najwyraźniej postanowiła popełnić zbiorowe samobójstwo. Wszystkie wewnętrzne problemy jakie mamy bledną przy permanentnym zagrożeniu terrorystycznym i muzułmańskiej fali przekładającej się na ciągłe społeczne napięcia w poddawanych islamizacji krajach „starej Europy”. Ostatni przykład to chociażby policyjny stan podwyższonej gotowości w Niemczech przy okazji Bożego Narodzenia połączony np. z wyrywkowym rewidowaniem wiernych udających się na Pasterkę. Z innej beczki – jeżeli porównamy nasze „ciamajdany” ze zdemolowaniem przez lewactwo Hamburga przy okazji szczytu G-20, to możemy tylko podziękować za tak groteskową opozycję. Opatrzność czuwa.


II. „500+” i gospodarka

Wróćmy na krajowe podwórko. Niewątpliwym, wielowymiarowym sukcesem było wprowadzenie programu „Rodzina 500+” - i im dłużej on funkcjonuje, tym bardziej widać pozytywne efekty. Ubiegłe lata to spektakularny sukces w walce z biedą. Jak podaje październikowy raport EAPN Polska, poziom skrajnego ubóstwa w latach 2014-2016 spadł z 7,4 do 4,9 proc., natomiast pogłębiona deprywacja materialna (czyli sytuacja, gdy rodziny nie stać na co najmniej 4 z 9 podstawowych wydatków, takich jak opłaty, czy odpowiednie jedzenie) - z 10,4 do 6,7 proc. Skrajne ubóstwo wśród dzieci spadło z 11,9 do 5,8 proc. - a więc aż o 51 proc., z czego w latach 2015-2016 był to spadek o 36 proc. - ewidentny efekt „500+”. Z powyższym korespondują dane Eurostatu, wg których jesteśmy europejskim liderem walki z biedą – zagrożenie ubóstwem i wykluczeniem społecznym spada u nas najszybciej spośród wszystkich państw Unii Europejskiej.

„500+” przełożyło się także na wzrost liczby urodzeń. Wg GUS od stycznia do października 2017 urodziło się 341,1 tys. dzieci (czyli o 21,5 tys. więcej niż w analogicznym okresie 2016 r.) i wszystko wskazuje na to, że rok 2017 zakończył się rekordową liczbą ponad 400 tys. urodzeń. Tendencji tej sprzyja również wciąż poprawiająca się sytuacja na rynku pracy – ostatnie dane GUS (z października) informują o najniższej po 1990 r. stopie bezrobocia – 6,8 proc. Dane Eurostatu (wg nieco innej metodologii) są jeszcze bardziej optymistyczne i mówią o stopie bezrobocia na poziomie 4,6 proc., co sytuuje nas na 6 miejscu w UE – między Wlk. Brytanią a Holandią. O pomyślnej sytuacji ekonomicznej Polski świadczy również wzrost PKB na poziomie ponad 4 proc. (wyższy od zakładanego w ustawie budżetowej - 3,6 proc.), w czym niemały udział ma konsumpcja wewnętrzna – Polacy mają więcej pieniędzy i więcej kupują, częściej też korzystają z niedostępnych im wcześniej „luksusów” takich jak wyjazdy na rodzinne urlopy. Nic więc dziwnego, że w 2017 r. badania ufności konsumenckiej (wskaźnik pokazujący jak Polacy oceniają swoje perspektywy finansowe) zanotowały historyczny wynik – po raz pierwszy od czasu transformacji optymiści zaczęli przeważać nad pesymistami.

Wbrew czarnowidzom otwarcie życzącym Polsce bankructwa, do jakiego miało rzekomo doprowadzić „500+”, sytuacja budżetowa jest zdrowsza niż kiedykolwiek wcześniej. Dość powiedzieć, że przez szereg miesięcy, aż do listopada, notowaliśmy nadwyżkę budżetową – ewenement w najnowszej historii. „Pod kreską” znaleźliśmy się dopiero pod koniec roku, lecz i tak deficyt będzie znacząco niższy od pierwotnie zakładanego (najprawdopodobniej poniżej 40 mld. wobec prognozowanych 59 mld. zł.), co również jest zjawiskiem dotąd niespotykanym. Wiąże się to oczywiście m.in. ze znaczącą poprawą ściągalności podatków, w tym ukróceniem karuzel VAT-owskich, przekrętów na akcyzie, przemytu i temu podobnych zjawisk, z którymi przez osiem lat nie mogła sobie poradzić poprzednia ekipa (otwarte pozostaje pytanie, czy jedynie przez własną nieudolność). Mamy wzrost ściągalności VAT o ok. 20 proc., CIT o prawie 13 proc., PIT o ponad 8 proc. itd. Można? Można. Dla mnie osobiście symbolem „dobrej zmiany” jest sytuacja LOT-u. Jeszcze pod koniec rządów PO firma była na skraju bankructwa, a do kupna ustawiała się w kolejce Lufthansa. Dziś LOT jest na plusie, a o sprzedaży nikt już nawet nie wspomina. Wystarczy nie kraść...

Rozwodzę się tutaj nad różnymi aspektami gospodarczymi, ale trudno przejść obok nich obojętnie, mając w świeżej pamięci rozpaczliwe finansowe kuglarstwo „sztukmistrza z Londynu” Jacka Rostowskiego i wpisywanie do budżetu nieprzytomnych milionów dochodu z fotoradarów. Właśnie gospodarka w połączeniu z polepszającą się sytuacją materialną polskich rodzin są dla mnie najlepszym świadectwem polskiego sukcesu.


III. Ostoja normalności

Ze spraw lżejszego kalibru, lecz ważnych dla narodowego samopoczucia, warto wymienić dwie najpopularniejsze dyscypliny sportowe (odpowiednio letnią i zimową) – piłkę nożną i skoki narciarskie. Reprezentacja Adama Nawałki sprawia, że polska piłka notuje najlepsze wyniki od czasów Górskiego, Gmocha i Piechniczka, zaś dowodzona przez Stefana Horngachera kadra skoczków pokazuje zespołową siłę zrywając ze starym schematem „lider, a potem długo nic”.

No i wreszcie kwestie cywilizacyjne. Na tle pogrążającej się w degrengoladzie Europy, Polska wciąż jawi się jako ostoja tradycji, rodziny i patriotyzmu, skutecznie dając odpór ofensywie lewackiej inżynierii społecznej. Małżeństwo nadal pozostaje małżeństwem, a nie „związkiem partnerskim”, patriotyzm ani myśli ustąpić multikulturowemu „tolerancjonizmowi”, a Boże Narodzenie nadal jest dniem narodzenia Pańskiego, nie zaś „zimowymi wakacjami”. Nie zapominamy skąd nasz ród i nie dajemy się nabierać na postępowe plewy. Często w związku z tym słyszymy, że na tle nowoczesnego świata jesteśmy jakimś dziwolągiem, który nie chce się „zmodernizować” pod dyktando lewackiej międzynarodówki. Otóż jest dokładnie odwrotnie – to świat zwariował, my pozostajemy normalni. I tak trzymać. Szczęśliwego Nowego Roku!


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w dwutygodniku „Polska Niepodległa” nr 01 (03-16.01.2018)

niedziela, 24 grudnia 2017

Wirtualny pieniądz i realny dług

Mamy do czynienia ze zorganizowanym systemem łupiestwa – kraje zadłużające się nie widziały obcych walut na oczy, lecz właśnie w nich muszą spłacać swoje zobowiązania.

Tydzień temu, omawiając pracę prof. Richarda A. Wernera „Stracone stulecie w ekonomii. Trzy teorie i niezbity dowód”, wyjaśniliśmy sobie fałsz teorii rezerwy cząstkowej i bankowej teorii pośrednictwa finansowego. Została natomiast empirycznie potwierdzona słuszność bankowej teorii kreacji kredytu, wedle której bank udzielając kredytu tworzy nowy pieniądz. Dziś przyjrzymy się konsekwencjom tego stanu rzeczy dla uboższych, rozwijających się krajów, zmuszanych do zaciągania pożyczek w obcych walutach.

Otóż takie instytucje jak Bank Światowy czy Międzynarodowy Fundusz Walutowy prowadząc doradztwo w różnych państwach (a taki „patronat” jest zazwyczaj niezbędny do pozyskania finansów ze światowych rynków), niejako przymuszają je do zadłużania się – pod „zastaw” przyszłych podatków obywateli i majątku narodowego (przemysł, infrastruktura, surowce). Prof. Werner analizując tę politykę doszedł do wniosku, że działa ona na niekorzyść krajów-dłużników, których sytuacja każdorazowo staje się gorsza, niż gdyby w ogóle nie brały zagranicznych pożyczek. Efekt nieodmiennie jest taki sam – kolonialny drenaż, co w skali globalnej przejawia się w zjawisku przepływów finansowych od państw biednych do bogatych.

Dzieje się tak dlatego, że owe „pożyczki” są w istocie rzeczy wielką fikcją i pułapką zastawianą na słabszych uczestników światowej wymiany gospodarczej. Mechanizm jest następujący: zgodnie z bankową teorią kreacji kredytu, instytucje finansowe udzielając pożyczek kreują pieniądz. Tyle że... te pieniądze nigdy nie wpływają do gospodarek państw zadłużających się! Realia międzynarodowej rachunkowości pokazują, twierdzi Werner, że euro i dolary pozostają w „macierzystych” systemach bankowych. Cóż zatem otrzymują kredytobiorcy? Tylko tyle, że waluty zagraniczne stanowią wirtualny przelicznik, na podstawie którego następuje denominacja na waluty narodowe. Innymi słowy, te „pożyczki” służą jedynie wypuszczeniu na lokalny rynek ich ekwiwalentu w miejscowej walucie. Ale – i tu docieramy do sedna – powstały w ten sposób „dług” jest już jak najbardziej realny, zaś jego obsługa i spłata kapitału dokonywana musi być w „pożyczonych” euro i dolarach. Krótko mówiąc, mamy do czynienia ze zorganizowanym systemem łupiestwa w białych rękawiczkach – kraje zadłużające się nie widziały obcych walut na oczy, lecz właśnie w nich muszą spłacać swoje zobowiązania.

Przypomina to jako żywo znaną nam aż za dobrze sprawę tzw. „kredytów frankowych”, gdzie również prawdziwych franków szwajcarskich na linii bank-klient nie było w obrocie, co nie przeszkodziło w „alchemicznym” wykreowaniu często niespłacalnego, wciąż rosnącego zadłużenia. Podobnie jest z obrotem w skali międzynarodowej. Opisywany tu mechanizm prowadzi bowiem do stopniowego osłabiania walut krajowych i narastania spirali długu – zaś na końcu tego patologicznego łańcucha fikcji znajduje się zawsze kieszeń podatnika i jak najbardziej namacalne aktywa państwowe, które idą w końcu pod młotek, choćby poprzez konwersję długu na udziały w majątku narodowym, co przerobiliśmy na własnej skórze podczas sławetnej „transformacji gospodarczej”. Jak trzeźwo zauważa Richard Werner, kredyt w walucie narodowej państwa mogłyby zorganizować sobie same, bez konieczności uciekania się do uzależniającego zagranicznego przelicznika – bo tworzyć pieniądz z niczego poprzez bankową kreację kredytu mogłyby chociażby miejscowe banki centralne.

W tym momencie słyszę głosy, że to samobójstwo, bo pod naciskiem ignoranckich i nieodpowiedzialnych rządów nadrukowano by pustego, inflacyjnego pieniądza. Cóż, biorąc pod uwagę, jak przy okazji ostatniego kryzysu finansowego urządzili nas „fachowi” i „odpowiedzialni” bankierzy, wolę postawić jednak na rząd, który w przeciwieństwie do globalnej banksterki przynajmniej pozostaje pod jakąś społeczną kontrolą. Tak się składa, że to właśnie owi bankowi „fachowcy”, bez których ponoć świat nie może funkcjonować, nadmuchali niekontrolowaną, spekulacyjną „bańkę”, w efekcie której trzeba było zasypywać kryzys lawinowym „luzowaniem ilościowym” i kolejnymi bilionami dolarów i euro. A zatem i tak skończyło się na „drukowaniu”.

Werner proponuje w to miejsce inne rozwiązania – np. politykę „wytycznych kredytowych” polegającą na regulacjach określających ilość i alokację kredytów w kierunku pożądanym z punktu widzenia stabilnego rozwoju gospodarczego (produkcja), przy ograniczaniu kredytów na zakup różnych „aktywów finansowych” powodujących bańki spekulacyjne. Alternatywą może być również system niemiecki opierający się na rozdrobnionym sektorze bankowym składającym się z małych, lokalnych podmiotów, działających niezarobkowo. Z kolei model oparty na pożyczkach od własnych banków centralnych (w miejsce emitowania obligacji) umożliwia zwiększenie podaży pieniądza i wzrost nominalnego PKB, a co za tym idzie - wpływów podatkowych. Jest więc w czym wybierać, a każda z tych propozycji ma jedną, podstawową zaletę – jest lepsza niż obecna bandyterka.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Na podobny temat:

O wypłukiwaniu pieniędzy z powietrza


Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 51-52 (22.12.2017-11.01.2018)