czwartek, 23 czerwca 2016

Depresja bankstera

O bankach można pisać w Polsce dobrze albo wcale – i w tych kategoriach odbieram wytoczony mi proces.

„Legitymację partyjną oddał Wincenty Kalemba / A tam zachodnim bankierom to włosy stają dęba” - śpiewał przed laty Andrzej Rosiewicz, pochylając się nad ciężkim losem zachodnich finansistów, którzy nieopatrznie utopili spore pieniądze w PRL-owskim cudzie gospodarczym doby Edwarda Gierka. Obecnie mamy sytuację podobną, z tą różnicą, że działający u nas zachodni i częściowo rodzimi bankierzy nawciskali ludziom na lewo i prawo toksycznych produktów finansowych w rodzaju walutowych opcji, kredytów niby-frankowych i polisolokat, a teraz przeżywają zgryzoty („A teraz zachodnim bankierom / Zgryzoty, jeno zgryzoty”), bo i ludzie nie pozwalają się dalej bezkarnie doić i – co gorsza – również władza zmieniła się na taką, dla której opinia tzw. „rynków”, czyli giełdowych spekulantów niekoniecznie stanowi ostateczną wyrocznię. Taka nagła zmiana musiała spowodować wśród nasłanej tu do drenowania Polaków szajki finansowej niemały wstrząs i niedowierzanie, te zaś szybko zamieniły się we wściekłość połączoną z objawami paniki, bo oto sypie się cudowny, obliczony na dziesięciolecia plan kolonialnej eksploatacji nadwiślańskiego bantustanu.

Jak napisał prof. Witold Modzelewski we wstępie do książki Janusza Szewczaka „Banksterzy. Kulisy globalnej zmowy”, lobby bankowe przyzwyczaiło się, że wszelkie regulacje prawne pisze „pod siebie” i wręcza kolejnym układom rządzącym do przyklepania. A tu szok – na horyzoncie rysuje się widmo odwalutowania kredytów frankowych, lada chwila ktoś pochyli się nad procederem polisolokat, a i niedawna opinia Rzecznika Finansowego miażdżąca łże-kredyty oraz niepokojące wieści z sali sądowej – sąd przyznał rację klientowi mBanku i uchylił klauzulę waloryzacyjną, co w praktyce oznacza przewalutowanie kredytu i zwrot nadpłaconych rat - nie napawają optymizmem.

„A tam zachodnim bankierom / Za wcześnie siwieją włosy” - śpiewał Andrzej Rosiewicz, co jako żywo pasuje do zszarpanych nerwów lokalnych namiestników banksterskiej międzynarodówki. Nic więc dziwnego, że państwo ci zaczynają wykonywać jakieś groteskowe, nieskoordynowane ruchy, charakterystyczne dla działania w stanie długotrwałego, wyniszczającego stresu. Tylko w ten sposób potrafię sobie racjonalnie wytłumaczyć, że zostałem pozwany przez Związek Banków Polskich o zniesławienie – w trybie art. 212 Kodeksu Karnego – za swoje dwa felietony dla „Gazety Finansowej”: „Wytarzać banksterów w smole i pierzu” oraz „Kurs sprawiedliwy – dla wszystkich” (do znalezienia w internecie). W felietonach, jak to w felietonach, pojechałem „na ostro”, nie pisząc jednakże niczego, czego nie mówiono by i nie pisano w różnych mediach - o tym co mówią między sobą ludzie, szczególnie ofiary frankowych produktów spekulacyjnych, nie wspominając.

Przykładowo (by nie odkrywać swoich kart przed procesem poprzestanę na tym jednym exemplum) – zarzucono mi, iż naraziłem ZBP, zrzeszone w nim banki i pracowników „na utratę zaufania potrzebnego dla prowadzonej działalności”. No cóż, aby coś utracić, trzeba najpierw to „coś” mieć – w tym przypadku „zaufanie potrzebne dla...” - i tak dalej. Przepraszam, ale czy są na sali osoby, które jeszcze do niedawna miały bezgraniczne zaufanie do banków, uważały je za wzorzec z Sevres uczciwości, rzetelności i temu podobnych przymiotów, a dopiero pod wpływem moich dwóch skromnych felietonów, owo zaufanie uległo zachwianiu, a może nawet nieodwracalnej destrukcji? Proszę się zgłaszać, palec pod budkę... Ano właśnie.

Pochlebiam sobie, że znalazłem się w dobrym towarzystwie – uprzednio bowiem ZBP próbował zakneblować pozwem cywilnym pana Macieja Pawlickiego – prezesa zrzeszającego frankowiczów stowarzyszenia „Stop bankowemu bezprawiu”. Pan Pawlicki (którego sprawa stała się zresztą inspiracją dla jednego z inkryminowanych felietonów) miał odszczekać spod stołu opinię, że bankierzy są „rakiem będącym śmiertelnym zagrożeniem dla polskiej Wspólnoty”. Na szczęście sąd wniosek związku zawodowego banksterów oddalił. Podobnie pan wiceprezes ZBP Jerzy Bańka, którego podpis widnieje pod pełnomocnictwem procesowym również w mojej sprawie, próbował zaciągnąć do sądu dr Janusza Szewczaka, gdy ten wyraził przypuszczenie, że mogło dojść do manipulacji stawkami WIBOR.

Jak twierdzi wspomniany Janusz Szewczak o bankach można pisać w Polsce dobrze albo wcale – i w tych kategoriach odbieram wytoczony mi proces. Jest to rozpaczliwa próba zakneblowania negatywnych opinii o funkcjonowaniu banków w Polsce i jednocześnie dążenie do ustawienia sądu w uwłaczającej polskiemu wymiarowi sprawiedliwości roli cenzora. Słowem – panika. Ale cóż: Żal mi zachodnich bankierów / Liczyli te swoje procenty / Chcieli trochę zarobić / Wpłynęli w ciemne odmęty...”.

A teraz czekam na pozew za cytowanie Rosiewicza.

*
A poza tym:

Gadający Grzyb

http://archiwum.gf24.pl/wytarzac-banksterow-w-smole-i-pierzu/

http://archiwum.gf24.pl/kurs-sprawiedliwy-dla-wszystkich/

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3892-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 24 (17-23.06.2016)

„Głośne” przejęcie!

Należy ustawowo uznać „kredyty” frankowe za nielegalne, sprzeczne z prawem bankowym – zgodnie zresztą z raportem Rzecznika Finansowego.

Niedawno zespół prezydenckich ekspertów przedstawił nowe propozycje rozwiązania problemów tzw. kredytów frankowych – delikatnie mówiąc, dość zagmatwane, bo mamy tam i cztery warianty „kursu sprawiedliwego”, i przewalutowanie po obecnym kursie, i zwrot nieruchomości w zamian za uwolnienie od kredytu... Jednak ciekawsze było to, co działo się na marginesie prac i w debacie publicznej dotyczącej zagadnienia. Związek Banków Polskich na spotkaniu u prezydenta prezentował nieodmiennie znakomite samopoczucie wskazując na dobroczynne skutki frankowych produktów i prezentując banki niemal niczym instytucje charytatywne. Nieco wcześniej znacznie dalej poszedł prezes mBanku, Cezary Stypułkowski, stwierdzając w tekście na stronach „Rzeczpospolitej”, iż mBank jest wręcz stratny i dopłaca do kredytów frankowych! („W sumie od lat ekonomiczny wynik na portfelu frankowym jest u nas ujemny”). Hmm... zważywszy, że umowy opiewają np. na 30 lat, to może klienci posiadający rachunki w bankach „umoczonych” we franki powinni się czym prędzej ewakuować – bo jak długo bank może wozić się ze swoim wiodącym produktem, który generuje straty i nie zbankrutować? Pan prezes Stypułkowski propozycję odwalutowania kredytów nazywa „rabunkiem” i lokuje ją „poza obszarem rozwiązań, jakie mogłyby zostać uznane za kompromis przez banki”, wskazując ponadto, iż taki „precedens” miałby „demolujące, długookresowe skutki dla dyscypliny zobowiązań w Polsce”.

Z powyższego wynika, iż Cezary Stypułkowski nie słyszał o tego typu „precedensach” na Węgrzech czy w Chorwacji – jak z tamtejszą „dyscypliną zobowiązań”? Generalnie, banki „zabetonowały się”, co na pierwszy rzut oka może się wydawać nieco dziwne – czyżby naprawdę nie widziały, że tak dalej funkcjonować zwyczajnie się nie da? Skąd ten kurs na totalną konfrontację na zasadzie „wszystko albo nic” i to pomimo z jednej strony, stosunkowo kompromisowych propozycji Kancelarii Prezydenta, a z drugiej – niekorzystnych dla banków wyroków sądów powszechnych, decyzji Sądu Ochrony Konkurencji i Konsumenta (klauzule abuzywne), ostatnio zaś miażdżącego raportu Rzecznika Finansowego podważającego wręcz legalność produktów frankowych? Być może jest to próba sił – jeśli banki wygrają, umocnią się na pozycji finansowych właścicieli Polski. Może jednak po prostu z zachodnich central przyszedł rozkaz „ani kroku wstecz” - banki kredyty frankowe finansowały m.in. pożyczając walutę u swych zagranicznych właścicieli, stając się tym samym gigantyczną przepompownią pieniędzy i de facto pośrednikiem na linii kieszeń kredytobiorcy – zachodnia centrala. W tym ujęciu „na papierze” taki mBank faktycznie może „tracić” - ale też od samego początku to nie on miał zyskiwać, tylko poprzez spłatę zobowiązań zaciągniętych na pokrycie kosztów akcji kredytowej zasilać swoich zagranicznych wierzycieli i/lub centralę.

Ale to nie wszystko. W międzyczasie bowiem pojawił się pomysł, by banki na pokrycie „strat” wynikających z odwalutowania, tak by nie trzeba było ich księgować jednorazowo, emitowały akcje, które wykupywałby np. NBP. Akcje byłyby „nieme” - NBP nie miałby w związku z nimi żadnych uprawnień władczych, ani prawa do dywidendy. Akcje te byłyby następnie stopniowo odkupywane przez banki przez najbliższe 20-30 lat. W operacji użyto by m.in. rezerw walutowych NBP – czyli banki zrobiłyby „skok” na rezerwy, a międzynarodowi spekulanci przypuściliby atak na złotówkę. Coś pięknego. Ostatnio z kolei pojawiła się inna koncepcja – banki miałyby założyć spółkę–wydmuszkę do której „wypchnęłyby” toksyczne produkty walutowe i której byłyby akcjonariuszami. Znów: chodzi o rozłożenie „strat” na kilkudziesięcioletnie „raty”.

To ja już wolę pierwszy z wariantów – z wykupem akcji przez NBP, z jednym zastrzeżeniem: to mają być jak najbardziej „głośne” akcje – z pełnią przysługujących im uprawnień. Jak niedawno napisałem – przewalutowanie kredytów frankowych może być znakomitym sposobem na repolonizację sektora i to tanim kosztem. Przypomnijmy, że wcześniejsze projekty skutkowały każdorazowo zachwianiem kursu akcji „umoczonych” banków. Tym razem byłoby podobnie – uchwalenie stosownej ustawy spowodowałoby przecenę akcji, zatem i wykup emisji przeznaczonych na pokrycie „strat” stanowiłby okazję do przejęcia znacznej części sektora za bezcen. Dodatkowym plusem jest, że im bardziej restrykcyjna (a korzystna dla kredytobiorców) byłaby ustawa, tym spadek cen akcji większy i koszty operacji niższe. Powtórzę: zamiast „cichego” wykupu niczego nie dających „niemych” akcji należy uskutecznić jak najbardziej „głośne” przejęcie. Innej sensownej opcji dla repolonizacji nie widzę – przewalutowanie zatem należy postrzegać jako szansę, a nie problem.

Nade wszystko jednak należy ustawowo uznać „kredyty” frankowe za nielegalne, sprzeczne z prawem bankowym – zgodnie zresztą z raportem Rzecznika Finansowego, będącym swoistym „gotowcem” do wykorzystania. To naprawdę jest do zrobienia – wystarczy nieco odporności na lobbing i zdecydowania.

Gadający Grzyb

Na podobny temat:

Przewalutowanie jako sposób na repolonizację

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3892-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 25 (17-23.06.2016)

poniedziałek, 20 czerwca 2016

Pińćset!

Już sam fakt, że program „Rodzina 500+” okazał się w naszych warunkach taką rewolucją, mówi wiele o modelu polskich przemian.

I. Polityczny Armageddon

„Pińćset!” - alarmują doniesienia medialne. „Pińćset!” - wylewa się z internetowych forów. „Pińćset!” - pomstują autorytety i beneficjenci transformacji. Gdyby zawitał tu ktoś nie obeznany z polskimi realiami i wziął na poważnie ten histeryczny harmider, mógłby dojść do wniosku, że właśnie odbywa się bitwa na polach Armageddonu, a owo nienawistnie cedzone przez zęby, wysykiwane spomiędzy zaciśniętych warg „pińćset” jest jakimś nowym imieniem Bestii. Hipotetyczny przybysz musiałby być nieźle zdziwiony, gdyby w końcu dotarło do niego, że „pińcset” to po prostu nowe świadczenie socjalne przyznawane rodzinom z dwójką i więcej dzieci, a po spełnieniu kryterium pułapu dochodu – również tym z jednym potomkiem. Słowem, nic nadzwyczajnego – ot, element polityki prorodzinnej funkcjonującej w różnych wariantach w wielu europejskich krajach.

Już sam fakt, że program „Rodzina 500+” okazał się w naszych warunkach taką rewolucją, mówi wiele o modelu polskich przemian i systemie społeczno-gospodarczym III RP. Niemniej, apokaliptyczna intuicja wspomnianego gościa byłaby na swój sposób trafna: świadczenie to - nie tyle nawet przez swoją wysokość, ile przez powszechność - uderza bowiem w splot różnorakich interesów i dla czerpiących profity z dotychczasowego układu faktycznie zaczął się Armageddon.

Po pierwsze, 500+ obnaża skrajny egoizm dotychczasowej kasty rządzącej Polską, skoncentrowanej dotąd na zgarnianiu pod siebie i dzieleniu łupów, na zmianę z wysługiwaniem się obcym potencjom, których patronatowi zawdzięczała swą uprzywilejowaną pozycję. Patronatowi, oraz, ma się rozumieć, aktowi założycielskiemu III RP, jakim było zblatowanie starannie dobranych elit „z obu stron historycznego podziału” przypieczętowane kontraktowymi wyborami 1989 r. z dopisaną naprędce II turą (wbrew jednoznacznemu werdyktowi wyborców z 4 czerwca), wyborem Jaruzelskiego na prezydenta i symbolicznym w swej wymowie obaleniem rządu Jana Olszewskiego równo trzy lata później. To wtedy światłe elity powiedziały narodowi „bujajcie się” - i tak już zostało przez następne ćwierćwiecze. Rządzić miały naprzemiennie kolejne mutacje tego samego, co najwyżej uzupełniając się metodą kooptacji. A ludzie? A kto by się tym motłochem przejmował?

No więc właśnie, ktoś się wreszcie przejął. I stąd to wycie. Demonstrowana troska o budżet państwa, stabilność finansową, deficyt itd. jest jedynie parawanem mającym zakamuflować prawdziwą przyczynę strachu: ludzie, którzy wreszcie dostali cokolwiek do ręki, nie będą już na nas głosować! Dobrze ujął to pisujący do „Wyborczej” dziennikarz Filip Springer, zarzucając poprzedniej władzy idiotyzm, że nie sięgnęła po tak oczywiste z obecnej perspektywy rozwiązania jak „pięćset na dziecko”, czy ogłoszone niedawno „Mieszkanie+”: jak im to wyjdzie, to będą im tak słupki leciały do góry, że jak zechcą, to Trybunał Konstytucyjny wyślą w kontenerze na Kamczatkę. A opiniami Komisji Europejskiej będą się podcierać”.

II. Cios w społeczną hierarchię III RP

Druga sprawa, to strącone z piedestału (w symbolicznym wymiarze, od strony materialnej wciąż niczego im nie brakuje) dotychczasowe elity społeczne, intelektualne, artystyczne – władcy dusz i liderzy opinii maszerujący dziś w pochodach ZBOWiD-owców III RP, oraz ci, którzy się z nimi utożsamiają i na tej – niechby nawet iluzorycznej - przynależności do „lepszego towarzystwa” budowali dotąd poczucie własnej wartości. Przyzwyczaili się do roli awangardy postępu w „tym kraju”, łącząc ją płynnie z głęboką pogardą dla ciemnej prowincji. Przywołam tu cytowaną już kiedyś w tekście „Portret KOD-owca” wypowiedź lewicowego socjologa, prof. Michała Bilewicza: Kiedy zapytaliśmy ich (przedstawicieli wielkomiejskiej klasy średniej – GG) o to, kim są Polacy, usłyszeliśmy, że to złodzieje, narzekacze, lenie i pijacy. Badania robione na próbach reprezentatywnych na wsi i w małych miastach zupełnie nie pokazywały takiego negatywnego autostereotypu (...) Wygląda na to, że Polacy w dużych miastach zapytani o to, kim są Polacy, nie myślą o sobie.

No właśnie, a teraz ci „Polacy”, w domyśle – czerń, skazywana jeszcze niedawno na wymarcie – stanowi trzon elektoratu zwycięskiej partii. Odbierane jest to w kategoriach buntu: oto zrewoltowany motłoch podnosi łeb, dopieszczony na dodatek finansowo przez 500+, zaś oni, „wykształceni, z dużych miast” – we własnych oczach z natury rzeczy predestynowani do roli przewodniej siły narodu – muszą cierpieć rolę „gorszego sortu”. Tak dramatyczne przewartościowanie musi skutkować głębokim zaburzeniem psychicznego dobrostanu i frustracją, to zaś z kolei wywołuje potrzebę odreagowania. Dlatego właśnie z tej grupy płyną najbardziej jadowite „hejty” pod adresem hołoty z czworaków, która „dała się kupić za pińćset”. Co gorsza, tak długo, jak „hołota” będzie te swoje „pińćset” dostawać, to „pisiory” z „kurduplem” będą pozostawać u władzy. Mamy więc kolejny efekt programu „500+” - tym razem w warstwie symbolicznego odwrócenia społecznej hierarchii, co uwiera dotychczasową „klasę panującą” w nie mniejszym stopniu, niż utrata politycznej władzy i apanaży.

Bodaj najdobitniej owo poczucie degradacji wyraził prof. Zbigniew Mikołejko, który wychodząc od swego sformułowanego w 2012 r. obrzydzenia wobec „wózkowych matek”, dla których dzieci są „pretekstem, by nic nie robić, nie pracować, nie rozwijać się”, dopowiada dziś, iż „stały się częścią armii Kaczyńskiego, co pokazuje statystka, bo 54 proc. kobiet w wieku rozrodczym poparło PiS. Zostały kupione programem 500 + i mają w nosie naszą wolność”. Proszę zwrócić uwagę: o ile jeszcze cztery lata temu Mikołejko wypowiadał się z wyżyn dyskursu pogardy, o tyle dziś – piekląc się w poczuciu bezsilności – konstatuje porażkę swego środowiska.

III. Koniec Bangladeszu Europy

No i wreszcie trzecia warstwa oddziaływania programu „500+”: pełzająca rewolucja w patologicznych do tej pory stosunkach pracy. Niedawno obiegły media hiobowe wieści o rozpaczliwej sytuacji przedsiębiorców na Pomorzu i Mazurach - szczególnie w branży gastronomicznej i hotelarskiej, ale też plantatorów. Tuż przed szczytem sezonu turystycznego rozpaczliwie brakuje rąk do pracy. Nie można znaleźć chętnych do niskopłatnych prac fizycznych: sprzątanie, kuchnia, zbiór truskawek, obsługa w lokalach gastronomicznych. Oczywiście, wszystko za najniższą krajową, czyli niecałe 1,3 tys. zł na rękę, lub 1,5 zł za koszyk truskawek. Wedle pracodawców ludzie są „rozbestwieni” i wprost mówią, że po skorzystaniu z programu „500+” bardziej opłaca im się zostać w domu. Wiem, że polskie państwo, delikatnie mówiąc, nie rozpieszcza rodzimego biznesu, zwłaszcza małego i średniego, w przeciwieństwie do zagranicznych koncernów, które mogą liczyć na wszystkie udogodnienia, z pomocą publiczną i zwolnieniami podatkowymi na czele, choć często wcale nie płacą ludziom więcej. Niemniej, takie sieci handlowe szybko połapały się w „zagrożeniach” wynikających z „pińćset” i zgrzytając zębami podniosły nieco wynagrodzenia dla szeregowych pracowników, nawet specjalnie nie ukrywając, że czynią tak z obawy, że „nie będzie kim robić”. Do naszych przedsiębiorców to jeszcze nie dotarło i teraz przeżywają niemiłe zaskoczenie. Co, ludziom, kurna, pracować się nie chce za kilka złotych za godzinę? Zawsze tyle płaciliśmy i tak ma być! Teraz tęsknie wyczekują na Ukraińców i Białorusinów – którzy przyjadą, albo i nie, a na pewno nie w takiej liczbie, by obsadzić większość wakatów. Na dłuższą metę jednak będą zwyczajnie musieli podnieść pensje, albo zwijać interes.

Szczytem ignorancji i arogancji popisał się Tomasz Limon z Pracodawców Pomorza twierdząc, że kobieta zamiast pracować woli dostać 1500 zł na dzieci, zostać w domu i „nic nie robić” oraz różne businesswomen biadające, że „rola kobiety znowu została spłaszczona do garów i pieluch”. Jak się domyślam, przy trójce dzieci kobieta bezproduktywnie leży i pachnie, zamiast realizować się zawodowo jadąc na szmacie w hotelu, czy trzaskając garami w jakiejś jadłodajni. I nikomu nie postanie w głowie pytanie: co się do tej pory działo, co było nie tak, że te 500 czy 1000 złotych miesięcznie jest tak znaczącym zastrzykiem finansowym dla tak wielu polskich rodzin? Podpowiem: dominanta (najczęściej otrzymywana pensja) wynosi w Polsce 2469,47 zł brutto, czyli niespełna 1800 zł na rękę.

I właśnie ta presja na zwyżkę wynagrodzeń jest kolejnym pozytywem wyklinanego „pińćset na dziecko”, prowadząc w dłuższym okresie do przeorania relacji pracodawca-pracownik. Nie sposób wiecznie konkurować tanią siłą roboczą opartą na „pracującej biedocie”, żyjącej od „chwilówki” do „chwilówki”, a Polska nie może wiecznie pozostawać Bangladeszem Europy.

Elementem łączącym wszystkie trzy omówione tu warstwy jest bowiem szeroko rozumiane upodmiotowienie Polaków – w sferze politycznej, społeczno-symbolicznej i ekonomicznej - oraz związane z tym odzyskanie godności. „Pińćset” oznacza rewolucję – i gwarancję, że stare już nie powróci.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

„Batalia o polską rodzinę”

„500+ czyli apokalipsa”

„Portret KOD-owca”

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3892-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 24 (15-21.06.2016)

Pod-Grzybki 54


Zacznę dziś nietypowo, od siebie. Otóż związek zawodowy banksterów, znany jako Związek Banków Polskich wytoczył mi proces karny o zniesławienie. Banksterzy postanowili się obrazić z powodu moich felietonów pisanych dla „Gazety Finansowej” - że niby to naraziłem banki na „utratę zaufania potrzebnego dla prowadzonej działalności”. Przekładając to na normalny język: największym atutem każdego oszusta i hochsztaplera jest umiejętność wzbudzania zaufania u swych ofiar – a ja właśnie owo wzbudzanie zaufania w odczuciu banksterów znacznie utrudniłem, co zresztą poczytuję sobie za komplement. Pod pełnomocnictwem procesowym podpisał się pan wiceprezes Bańka – i faktycznie, cały ten akt oskarżenia wygląda jak pisany na niezłej bańce.

*

Z inicjatywy Antoniego Macierewicza Światowe Dni Młodzieży mają zostać wzbogacone o rekonstrukcję szarży polskiej husarii na Turków pod Wiedniem. I to może być najmocniejszy punkt programu, który szczególnie polecam papieżowi Franciszkowi pozującemu na dobrotliwego ojczulka. Może przypomni sobie, że wiary należy bronić, a on sam jest głową Kościoła, a nie jakiejś neohippisowskiej komuny.

*

Rozpoczęły się mistrzostwa Europy w kopanej i w jednym z pierwszych meczów gola dla Słowacji strzelił Andrzej (Ondrej) Duda, który chwilę wcześniej wszedł jako zmiennik na boisko. Wiadomo – jak Duda, to musiała być też i dobra zmiana.

*

Lech Wałęsa jest profesorem! Tak przynajmniej wynika z jego wpisu na FB: „świat podziękował mi, przyznając dwa razy Profesora, około stu doktoratów”. No, skoro profesor, to znaczy, że mądry – pewnie dlatego żaden śmiertelnik nie jest w stanie zrozumieć tego co mówi, a gdy bierze się za pisanie, to spod jego pióra wychodzą perły poezji awangardowej.

*

Inny profesor - Zbigniew Mikołejko, którego w dzieciństwie biła mama i od tej pory ma problem z kobietami, raczył wycharchać, że kobiety „w wieku rozrodczym” sprzedały się za „pińćset”, a ponadto Kaczyński zawarł w ten sposób „sojusz z chamem”. I to jest świetna ilustracja kondycji polskiej salonowej inteligencji. Niegdyś inteligent czuł się w obowiązku pomagać warstwom społecznym o niższym dorobku kulturowym. Inteligent obecny, zwłaszcza taki z awansu, ma dla nich jedynie pogardę – niczym nowobogacki parweniusz wobec „hołoty”, bo jej istnienie przypomina mu skąd sam się wywodzi.

*

A swoją drogą: do mentalnej kondycji prof. Mikołejki jak rzadko do kogo pasuje fragment znanego wiersza Tuwima: „I ty, co mieszkasz dziś w pałacu / A srać chodziłeś za chałupę / Ty, wypasiony na Ikacu / Całujcie mnie wszyscy w dupę”. Wystarczy zmienić „pałac” na „katedrę” (uniwersytecką), a „Ikac” (przedwojenna gazeta – „Ilustrowany Kurier Codzienny”) na „Wyborczą” - i gotowe: „I ty, co stoisz za katedrą / A srać chodziłeś za chałupę / Ty, wypasiony na „Wyborczej” / Całujcie mnie wszyscy w dupę”. A, i może jeszcze to: „Item, ów belfer szkoły żeńskiej / Co dużo chciałby, a nie może....”. Prawda, panie profesorze?

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 24 (15-21.06.2016)

niedziela, 19 czerwca 2016

Dochód gwarantowany – nie tylko dla bogatych?

Jeśli spojrzymy na państwo jako na spółkę akcyjną, to wszyscy jesteśmy równorzędnymi udziałowcami. Może zatem należy nam się od tego interesu dywidenda?

W niedzielę 5 czerwca odbyło się w Szwajcarii referendum nad wprowadzeniem tzw. dochodu gwarantowanego, zwanego też dochodem podstawowym. Koncepcja ta funkcjonuje od jakiegoś czasu, głównie wśród lewicowych ekonomistów (promuje ją chociażby Guy Standing, twórca pojęcia prekariatu) i oznacza nieopodatkowaną kwotę pieniędzy otrzymywaną bezwarunkowo przez każdego obywatela – niezależnie od jego statusu materialnego, czy zatrudnienia. W przypadku Szwajcarii proponowano sumę 2500 franków na osobę dorosłą i 625 franków dla niepełnoletnich. Ostatecznie referendum skończyło się porażką inicjatorów – stosunkiem 76,9 proc. głosujących „przeciw” do 23,1 proc. „za”. Zwolennicy tego rozwiązania argumentują, że państwo i tak wydaje duże sumy na pomoc socjalną w różnych postaciach, zatem równie dobrze można by ją skumulować – zamiast rozmaitych zasiłków obywatele otrzymywaliby co miesiąc jednolity, stały zastrzyk gotówki. Ponadto robotyzacja miejsc pracy, rosnące „uśmieciowienie” zatrudnienia, narastające rozwarstwienie dochodów i systematyczny spadek udziału wynagrodzeń w PKB sprawiają, że do życia coraz szerszych warstw społecznych wkradł się element niestabilności, niepewności jutra. Do tego, prekaryzacja stwarza także zagrożenie dla podstaw bytowych przyszłych emerytów, narażonych na głodowe świadczenia po odejściu z rynku pracy. Ten ostatni problem od niedawna raczono zauważyć również w Polsce, stąd nacisk na ograniczenie „elastycznych form zatrudnienia”.

Przeciwnicy wskazują na koszty wprowadzenia dochodu podstawowego (szwajcarski rząd mówił o wydatkach rzędu 208 mld CHF rocznie – nawet po likwidacji dotychczasowych świadczeń społecznych trzeba byłoby znaleźć dodatkowe 25 mld), demotywujące działanie programu (pieniądze otrzymywane „za nic” zniechęcałyby do aktywnego poszukiwania pracy), w polskich realiach odżywa dodatkowo jeszcze wspomnienie socjalizmu i zasady „czy się stoi, czy się leży”.

A ja? Prawdę mówiąc, żałuję, że ten eksperyment w Szwajcarii nie wypalił, bo z ciekawością obserwowałbym jego efekty. Do tej pory podobną „rentę obywatelską” wprowadzono na Alasce – ze specjalnego funduszu mieszkańcy tego stanu otrzymują 2 tys. USD rocznie. Pilotażowy program funkcjonuje też w Utrechcie, z kolei w Niemczech zebrano w ramach crowdfundingu środki na objęcie inicjatywą „My Basic Income” kilkudziesięciu osób. Przymiarki zatem trwają, jednak w przypadku Szwajcarii po raz pierwszy mielibyśmy do czynienia z kompleksowym wprowadzeniem rozwiązania w skali całego kraju i na poziomie zabezpieczającym minimum socjalne.

W zasadzie, jako osoba, której myślenie o gospodarce przez lata było kształtowane lekturą korwinowskiego „Najwyższego czasu” powinienem odwrócić się ze wstrętem od pomysłów takiej „recydywy socjalizmu”, jednak koncepcja dochodu gwarantowanego jakoś mnie pociąga. Ma ona jedną, niezaprzeczalną zaletę: prostotę. Zostawmy na boku bogatych Szwajcarów i rozejrzyjmy się po własnym podwórku. Obecnie w Polsce mamy mętlik bardzo rozproszonych świadczeń, realizowanych przez najróżniejsze agendy państwowe i samorządowe. A skoro tak, to realnie nie ma żadnego spójnego systemu opieki społecznej. Kwalifikujący się do pomocy obywatele dostają (przyznawane wg niespójnych, niejednolitych kryteriów) zasiłki dla bezrobotnych, renty, zasiłki pielęgnacyjne, świadczenia rodzicielskie, dopłaty do czynszów, mediów, na wyprawki szkolne, becikowe, programy dożywiania, do tego w państwowych przedsiębiorstwach dochodzą najróżniejsze świadczenia branżowe, ostatnio ruszył program „500 +” będący w istocie właśnie formą dochodu gwarantowanego - tyle, że fragmentaryczną, bo przyznawaną na drugie i kolejne dziecko.

Słowem, jest tego multum i idę o zakład, że nikt nad tym tak naprawdę nie panuje. Ponieważ poszczególnymi świadczeniami zajmują się różne struktury w administracji państwowej i samorządowej, skutkuje to wysokimi kosztami obsługi – do każdego rodzaju zasiłku są osobni urzędnicy, którzy muszą przyjąć wniosek, rozpatrzyć, w międzyczasie napić się kawy i pogadać z panią Halinką z biurka obok, zadecydować czy i w jakim wymiarze przyznać świadczenie... Żmudne to, pracochłonne i kosztochłonne – a nade wszystko, nieefektywne, mimo – w sumie – znacznych środków. Jedni nauczyli się żerować na systemie, inni zaś unikają zwracania się o pomoc, bo to stygmatyzuje. I teraz powstaje kwestia: gdyby ktoś pokusił się o sumaryczne zestawienie wydatków na cały obszar polskiego „socjalu” (w tym koszta obsługi), to czy nie okazałoby się, że równie dobrze można wprowadzić dochód podstawowy? Nie mówiąc już o powstaniu presji na zwyżkę wynagrodzeń, byśmy wreszcie przestali być Bangladeszem Europy. W końcu, jeśli spojrzymy na państwo jako na spółkę akcyjną, to wszyscy – niezależnie od społecznego statusu - jesteśmy równorzędnymi udziałowcami, bo każdy z nas dysponuje taką samą kartką wyborczą. Może zatem należy nam się od tego interesu dywidenda?

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” -------> http://warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3875-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr nr 24 (10-16.06.2016)

Globalne kłamstwo oświęcimskie

Skoro kłamstwo o „polskich obozach” ma zasięg globalny, to wymaga równie globalnej reakcji.

Cieszy zaanonsowane przez min. Glińskiego nawiązanie współpracy między polskim rządem, a międzynarodową kancelarią prawną „Dentons”. Sam rzut oka na stronę internetową pokazuje, że mamy do czynienia z prawdziwie globalną korporacją. Dziesiątki oddziałów na różnych kontynentach sprawiają, że firma ta dobrze orientuje się w lokalnej specyfice prawnej poszczególnych krajów, szczególnie tych najbardziej nas interesujących – w Europie Zachodniej, Stanach Zjednoczonych i Kanadzie. Nie bez przyczyny mówi się o kancelarii jako o największej firmie prawniczej na świecie. Równie imponująco wygląda spektrum obsługiwanych zagadnień – w zasadzie nie ma materii, którą korporacja ta by się nie zajmowała...

Spokojnie, śpieszę z wyjaśnieniem, że „Dentons” nie wykupił u mnie zamówienia na kryptoreklamę. Powyższe wprowadzenie ma uzmysłowić Czytelnikowi, że nareszcie polskie władze potraktowały oszczerstwa formułowane pod adresem naszego kraju poważnie, czego wszyscy poprzednicy w minionym ćwierćwieczu zaniedbywali – z fatalnym skutkiem dla międzynarodowego wizerunku Polski. Jedni sprawę bagatelizowali, inni natomiast kierowali się zgubną formułą ukutą przez Władysława Bartoszewskiego, iż Polska jako „brzydka, nieposażna panna na wydaniu” powinna być „miła, a nie nabzdyczona”. W efekcie, mutacja „kłamstwa oświęcimskiego” mówiąca o „polskich obozach koncentracyjnych”, tudzież „polskich obozach zagłady” na trwałe zadomowiła się w świadomości społecznej i medialnej świata. Doszło do tego, że traktowana jest jako powszechnie wiadoma oczywistość. Rzecz jasna, oprócz zaniechań, konto polityczno-opiniotwórczych elit III RP obciąża także w pełni świadome działanie w ramach „pedagogiki wstydu”. Kolportowanie i promocja za granicą ponurych bredni Grossa idealnie nadawało się do dyscyplinowania i obezwładniania mentalnego Polaków, utrwalającego nasze kompleksy i poczucie niższości. Jeżeli ambasador RP w Waszyngtonie, Ryszard Schnepf, urządza na festiwalu filmów żydowskich laudację „Pokłosiu” Pasikowskiego, konserwując tym samym wizerunek Polaka – ciemnego antysemity, to doprawdy, trudno mieć złudzenia, komu tak naprawdę służy.

Kłamstwo o „polskich obozach” ma bowiem wieloraki użytek – nie tylko wewnętrzny. Dla organizacji żydowskich działających w ramach „Holocaust industry” jest propagandową podkładką dla roszczeń majątkowych; dla naszych „aliantów” z czasów II Wojny Światowej jest doskonałym usprawiedliwieniem ich zdrady i wydania nas na pastwę Stalina; dla Niemiec wreszcie, stanowi metodę odzyskania „historycznego dziewictwa” i wybielenia się z odpowiedzialności za zbrodnie i ludobójstwo.

Warto w tym miejscu przypomnieć, że termin „polskie obozy koncentracyjne” został ukuty w 1956 r. właśnie w Niemczech, w tzw. „Agencji 114” będącej częścią „Organizacji Gehlena” - poprzedniczki BND. Podwładnym Reinharda Gehlena (byłego generała Wehrmachtu) był szef „Agencji 114” – Alfred Benzinger (wcześniej sierżant tajnej policji wojskowej, Geheime Feldpolizei) i to właśnie on zaproponował wprowadzenie do obiegu zbitki o „polskich obozach koncentracyjnych”. Do historii przeszło jego zdanie: „Odrobina fałszu w historii po latach może łatwo przyczynić się do wybielenia historycznej odpowiedzialności Niemiec za Zagładę”. Niemieckie służby, będące wówczas przechowalnią przewerbowanych hitlerowskich zbrodniarzy wojennych – również tych najbardziej krwawych, np. z Einsatzgruppen SS - we własnym interesie przystąpiły do dzieła. Udało się nad podziw, chyba nawet sam „Grubas” („der Dicke” - przydomek Benzingera) nie spodziewał się takiego efektu. „Polskie obozy koncentracyjne” podbiły świat, w czym z pewnością miały swój udział wspomniane wyżej motywacje nie tylko Niemiec, lecz również organizacji żydowskich i zachodnich mocarstw, a także – nie wolno o tym zapominać - ZSRR, sączącego, szczególnie po prowokacji kieleckiej, narrację, że lepiej aby ktoś tych krwiożerczych Polaków trzymał w ryzach.

Do tej pory przeciwdziałania polskich służb dyplomatycznych – podejmowane na ogół z musu, pod presją krajowej opinii publicznej – były rachityczne i nieefektywne. Ot, jakaś nota, jakieś pismo ze sprostowaniem wysłane do jednej czy drugiej redakcji, które lądowało w koszu, lub spotykało się z obłudnym tłumaczeniem, że to tylko taki skrót, odnoszący się do geograficznej lokalizacji obozów – wszystko bez przekonania i myśli przewodniej. Tymczasem, skoro kłamstwo o „polskich obozach” ma zasięg globalny, to wymaga równie globalnej reakcji – międzynarodowy gigant usług prawniczych wytaczający konsekwentnie kolejne procesy i żądający odszkodowań jest wręcz narzucającym się rozwiązaniem. Z niecierpliwością czekam zatem na pierwsze procesy inicjowane w imieniu polskiego państwa. Wreszcie!

*

A poza tym:

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

Agencja 114 i „polskie obozy koncentracyjne”

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3875-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 23 (10-16.06.2016)

piątek, 17 czerwca 2016

Ukraińska bezczelność i polska bezradność

Ukraina skutecznie dyktuje nam przestrzeń oficjalnej, państwowej pamięci historycznej.

I. Pojednanie, czy dyktat?

Ech, ledwie dwa tygodnie temu napisałem dla „PN” tekst „Międzymorze bez Ukrainy”, w którym m.in. odniosłem się do aroganckiego apelu przewodniczącego ukraińskiego parlamentu, Andrija Parubija, by nie zajmować się tematami historycznymi, bo to nas „dzieli” a poza tym jest na rękę Rosji - a tu, niestety, trzeba będzie do tematu powrócić - i to zarówno z powodu polityki ukraińskich władz, jak i kompletnie nieadekwatnych reakcji polskiego rządu. Otóż, wystąpienie Parubija podczas spotkania z delegacją polskich parlamentarzystów nie było, czego się zresztą można było spodziewać, indywidualnym wyskokiem pojedynczego polityka, lecz częścią szerszej strategii wpisującej się w ukraińską politykę historyczną oraz elementem kampanii przed zbliżającą się kolejną rocznicą Krwawej Niedzieli. Potwierdza to opublikowany 2 czerwca list przedstawicieli ukraińskich elit skierowany do Polaków i polskich władz państwowych. Pod dokumentem podpisy złożyli m.in. byli prezydenci Leonid Krawczuk i Wiktor Juszczenko, głowy kościołów prawosławnego i greckokatolickiego – patriarcha Filaret oraz abp. Światosław Szewczuk, a także naukowcy, intelektualiści i działacze społeczni. Czyżby nastąpił przełom i strona ukraińska dojrzała do uznania ludobójstwa na Kresach, jakiejś formy ekspiacji? Nic z tych rzeczy. Pismo jedynie pozornie utrzymane jest w duchu pojednania (przywołano nawet symbolicznie hasło z historycznego listu polskich biskupów „przebaczamy i prosimy o przebaczenie”). W rzeczywistości, odrzuca pokrętną retoryką, próbą relatywizowania historycznej prawdy – a wszystko podszyte lekko tylko zawoalowanym szantażem.

`Sygnatariusze w pierwszych słowach nie ukrywają, że motywem skłaniającym ich do wystosowania odezwy jest zbliżająca się rocznica kresowej tragedii Polaków. Tyle, że piszą ogólnikowo o „tragedii Wołynia”, nazywając ją „epizodem” i usiłując wpisać w jakiś szerszy kontekst „polsko-ukraińskiego konfliktu”. (Epizodem szczególnie bolesnym i dla Ukrainy, i dla Polski pozostaje tragedia Wołynia i polsko-ukraińskiego konfliktu z lat II wojny światowej, w wyniku którego zginęły tysiące niewinnych braci i sióstr”). Za chwilę autorzy „proszą o przebaczenie”, by jednak zaraz potem dodać: „tak samo przebaczamy zbrodnie i krzywdy uczynione nam”. Widzimy więc budowanie fałszywej symetrii, dobrze znanej z wystąpień oficjalnych, choćby szefa ukraińskiego IPN Wołodymyra Wiatrowycza, twierdzącego, że podczas II wojny światowej mieliśmy do czynienia z „wojną polsko-ukraińską”. Nie pada w tekście ani razu określenie „ludobójstwo”, „czystka etniczna”, „eksterminacja”. Próżno też szukać nazw „OUN”, „UPA”, czy nazwisk „Bandera”, „Szuchewycz”. Ot, z jakichś niezbadanych przyczyn Polacy i Ukraińcy rzucili się nagle na siebie z siekierami... Mowa jest o „zabijaniu niewinnych ludzi” - lecz bez wskazania kto, kogo i dlaczego mordował. Zawężenie obszaru wydarzeń jedynie do Wołynia również jest symptomatyczne. No, przyznajmy, że strona ukraińska poczuwa się do pewnych niedociągnięć - „państwo ukraińskie stoi jeszcze przed zadaniem pełnego sformułowania swego całościowego i godnego stosunku do doświadczeń, jakie przeszliśmy, ich przyczyn, a także własnej odpowiedzialności za przeszłość i przyszłość”.

II. Lista żądań i pouczeń

Ale to tyle „pojednawczego” tonu, dalej już bowiem pojawia się lista ukraińskich oczekiwań i zaleceń pod adresem strony polskiej, żeby przypadkiem od tej dobrej woli nam się w głowach nie poprzewracało. „Polska myśl winna w pełni uznać samodzielność ukraińskiej tradycji narodowej jako sprawiedliwej i godnej szacunku walki o własną państwowość i niepodległość”. Jest to rzecz jasna eufemizm nakazujący nam pogodzenie się z państwowym kultem spuścizny banderowskiej. Dalej jest jeszcze ciekawiej, pada bowiem ostrzeżenie pod adresem „polityków obu krajów przed mową nienawiści i wrogości”; „wykorzystywanie wspólnego bólu do politycznych rozrachunków doprowadzi do niekończących się oskarżeń. Krzywda jest bowiem zawsze obustronna (...)” (znów ta fałszywa symetria). No i wreszcie pada zasadniczy powód spłodzenia owego kuriozum:wzywamy naszych sojuszników, polskie władze państwowe i parlamentarzystów, aby nie przyjmowali jakichkolwiek niewyważonych deklaracji politycznych, które nie ukoją bólu, lecz jedynie przysporzą korzyści naszym wspólnym wrogom”. Krótko mówiąc, mamy milczeć, bądź produkować beztreściowe farmazony o „trudnej przeszłości” i „pojednaniu” bez nazywania rzeczy po imieniu. Całość wieńczy apel: „W przeddzień uroczystości rocznicowych (czego to ma być rocznica nie napisano - PL), które w lipcu odbędą się w obu państwach, wzywamy do powrotu do tradycji wspólnych apeli parlamentarnych - nie dzieliły nas one, ale łączyły w pokucie i wybaczeniu. Kierując się duchem braterstwa, wzywamy razem do ustanowienia wspólnego Dnia Pamięci Ofiar Naszej Przeszłości i Wiary w Niepowtórzenie się Zła”.

Powyższe w międzyczasie przeplatane jest szantażem wedle metody „na Moskala”: skoro Ukraina walczy teraz z Rosją „w obronie wolnego świata”, to należy milczeć i nie antagonizować. Bardzo wygodne podejście, zdejmuje bowiem ze strony ukraińskiej obowiązek jakiegokolwiek rozliczenia się z przeszłością i umożliwia dalsze zakłamywanie historii. Nie oszukujmy się – jeśli Ukraina przetrwa i okrzepnie, tym bardziej nie będzie skora do żadnych rozmów – bo niby z jakiej przyczyny? Kult banderowców zdąży zakorzenić się na dobre i wszelkie podważanie go stanie się psychologicznie i politycznie niemożliwe. Co niby władze w Kijowie powiedzą obywatelom, których wcześniej z pełną premedytacją kłamliwie indoktrynowały? „Wiecie, z tym Szuchewyczem, to jednak nie była tak do końca czysta sprawa, bo z jego rozkazu nasi rodzice i dziadkowie wymordowali 150 tysięcy Polaków”? Wolne żarty.

Warto podkreślić jeszcze jeden aspekt. Ukraina jest państwem upadłym. To protektorat – zależnie od okoliczności międzynarodowych - albo rosyjski, albo zachodni. Kraj jest zanarchizowany, rozdrapywany przez mafię i oligarchów, ubezwłasnowolniony politycznie i gospodarczo, reformy i skład rządu wprost dyktowane są przez Niemcy, USA i światowe organizacje finansowe. I to na wpół zdechłe „coś” skutecznie dyktuje nam przestrzeń oficjalnej, państwowej pamięci historycznej, uprawia jakieś emocjonalne szantaże i formułuje zalecenia „do wykonu”. To przecież jakiś obłęd.

III. Polska bezradność

Nie mniej obłędna jest polska polityka w tej materii. Przy czym, o ile po poprzedniej ekipie niczego nie można było się spodziewać, o tyle objęcie władzy przez Prawo i Sprawiedliwość budziło nadzieję – nie tylko środowisk Kresowian, lecz każdego, komu leży na sercu polska szeroko rozumiana podmiotowość. A tej podmiotowości nie będziemy mieli, jeśli de facto abdykujemy w wymiarze państwowym z historycznej pamięci o kresowym ludobójstwie. Tymczasem PiS wycofuje się rakiem z ustanowienia 11 lipca Narodowym Dniem Pamięci Męczeństwa Kresowian - dzień ten ma zostać przeniesiony na 17 września. Intencja jest jasna: „rozmyć” ukraińskie ludobójstwo w szerszym kontekście zbrodni sowieckich – tyle, że co ma piernik do wiatraka? Co łączy „operację polską” NKWD z lat 1937-38 z rzeziami banderowców z lat 1943-44 poza chęcią „ukrycia” właśnie tej konkretnej, „drażliwej” daty – 11 lipca? Na dodatek, przedstawiciele PiS przyznają, że stało się tak na skutek nacisków strony ukraińskiej, do których doszło m.in. podczas przywołanego na wstępie spotkania polskich posłów w Kijowie, w którym brał udział także czołowy wołyński negacjonista Wołodymyr Wiatrowycz. Może dla osłody 11 lipca będzie jakaś okolicznościowa uchwała Sejmu... a może nie, bo wszak w omówionym tu liście Ukraińcy wyraźnie nam tego zabronili.

Portal Kresy.pl nazywa takie postępowanie zdradą wobec Kresowian. Ja powiedziałbym raczej, iż jest to wynik nie tyle złej woli, ile kunktatorstwa wynikającego z błędnych przesłanek. Z jednej strony jest to efekt zaczadzenia polityczną mitologią Giedroycia reprodukującą się w kolejnych pokoleniach elit, której składnikiem są ustępstwa i polityka „dobrej woli” bez żadnych warunków brzegowych, aby broń Boże nadwrażliwych Ukraińców nie zrazić (na czym oni błyskawicznie nauczyli się grać naszym kosztem). Druga strona polega na założeniu (a inaczej nie potrafię sobie racjonalnie zrekonstruować motywacji PiS-u), że tylko Polska mająca dobre relacje z Ukrainą jest cokolwiek warta dla USA, które rozgrywają na Ukrainie swoją partię szachów z Putinem – dwa piętra ponad naszymi głowami. Innymi słowy, jeśli będziemy grzeczni dla Kijowa, to zarazem będziemy użyteczni w regionie dla Waszyngtonu, więc Ameryka będzie nas wspierać i bronić przed Rosją – przynajmniej do kolejnego „resetu”. Efekt jest taki, że Ukraina czuje się władna dyktować nam z pozycji siły nasze narodowe rocznice. A u nas każdy, kto odważy się głośno o tym powiedzieć, mianowany jest przez dyżurnych patriotów „ruskim agentem” i „V kolumną Putina”. Ręce opadają.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

„Międzymorze bez Ukrainy”

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3875-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 23 (08-14.06.2016)

Pod-Grzybki 53

Kataryna ogłosiła twitterowe męczeństwo, bo fanatyczny, prawicowy motłoch nie zostawił na niej suchej nitki po tym, jak poszła do „Polityki” żeby trochę ponadawać na PiS. Blog, Twitter i felieton w „Do Rzeczy” to dla gwiazdy internetu zbyt ciasny gorset. Za to pismo gwiazd peerelowskiego dziennikarstwa i betonu III RP – o, tutaj dopiero jest swoboda wymiany myśli. „Ja drugowo takowo żurnała nie znaju, gdie tak wolno dyszyt czełowiek”. Chociaż zaraz... zalęgło mi się perfidne podejrzenie – ha, już wiem o co chodziło! Kataryna chce po prostu wygryźć Paradowską!

*

Z przecieków wynika, że nowy projekt ustawy o frankowiczach zakłada pokrycie „kosztów” przewalutowania kredytów za pomocą wykupu „cichych akcji” banków przez NBP – najprawdopodobniej z rezerw walutowych. W ten sposób banksterzy upieką dwie pieczenie: zrobią skok na polskie rezerwy walutowe, a ich zagraniczni mocodawcy obłowią się atakiem spekulacyjnym na osłabioną złotówkę. Panie Prezydencie – jakich szatanów Pan tam hoduje?!

*

Kodowszczyzna poświętowała sobie „weekend wolności” na pamiątkę tego, jak magdalenkowe elity spuściły do kanału jednoznaczny werdykt wyborców, którzy 4 czerwca chcieli nieodpowiedzialnie wyekspediować komunę w kosmos, wyrzynając w pień „listę krajową”. Efektem była II tura, żeby uratować „historyczny kompromis”. I to był prawdziwy akt założycielski III RP – ze wszystkimi tego konsekwencjami.

*

Tak nawiasem – dlaczego kodowszczyzna nie świętowała obalenia rządu Jana Olszewskiego? Przecież to było wielkie, historyczne zwycięstwo ich autorytetów, które obecnie pragną powtórzyć obalając rząd PiS. No i dlaczego na sobotniej demonstracji zabrakło Waldemara „panie Waldku, pan się nie boi” Pawlaka oraz „Bolesława” Wałęsy? Dała im przykład „Nocna Zmiana” jak zwyciężać mają!

*

Jakiś czas temu Gorzelik demonstrował przed Śląskim Urzędem Wojewódzkim z mauzerem w ręku i czapce Waffen SS na łepetynie, teraz wicekonsulem w Manchesterze została działaczka RAŚ, Katarzyna Cichos – słowem, kolejny popis resortu min. Waszczykowskiego. Swoją drogą, dlaczego nie wysłaliście jej do Monachium? Jak szaleć, to na całego!

*

Zostając na chwilę przy RAŚ-owcach. Mam nadzieję, że wyjaśniliście Ślązakom, że kiedy już wasz region zostanie szczęśliwie wcielony do Rzeszy jako kolejny land, to pierwszym, co zrobi Berlin, będzie skierowanie na Śląsk tabunów imigrantów? I to bez żadnych „kwot”? Uświadomiliście to swoim ziomkom, prawda?

*

Tymczasem rząd ogłosił kolejny, potencjalnie przełomowy program „Mieszkanie +” - i zaraz rozległy się głosy świeżo nawróconych zwolenników dyscypliny budżetowej, co to siedzieli cicho, gdy Polskę zadłużała PO: „z czego to PiS sfinansuje”? Wiecie z czego? Z tych 42,5 mld zł rocznie, których nie kradnie już Platforma. A jak się uda, to zgodnie ze słowami antypisowskiego dziennikarza Filipa Springera, będzie można wysłać Trybunał Konstytucyjny w kontenerze na Kamczatkę – czego sobie i Państwu życzę, amen.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 23 (08-14.06.2016)

czwartek, 16 czerwca 2016

Przewalutowanie jako sposób na repolonizację

Należy za pomocą przewalutowania bez sentymentów i z pełną premedytacją doprowadzić najbardziej „umoczone” podmioty na skraj bankructwa.

Czytam o propozycji Związku Banków Polskich odnośnie tzw. „kredytów frankowych” (czyli, nigdy dość przypominania, toksycznych produktów spekulacyjnych łączących elementy kredytu hipotecznego z opcją walutową) i przecieram oczy. Czy jest to wykwit czystej głupoty, czy przeciwnie – desperacka próba piarowskiego zamydlenia oczu poprzez okazanie tzw. „dobrej woli” sektora bankowego? Oto ZBP wspólnie z agencją doradczą EY proponuje przewalutowanie kredytu po aktualnym kursie franka szwajcarskiego, z tym że rozwiązanie dotyczyłoby jedynie osób, którym po zapłaceniu raty zostaje mniej niż 30 proc. pensji netto „na życie” (wyliczenia dokonywano by na podstawie PIT-u za ubiegły rok). Dodatkowo, rozwiązanie dotyczyłoby jedynie osób, które zakupiły mieszkanie do 75 m2, lub dom do 150 m2 i do tej pory nie miały opóźnień w spłacie. Powstały w ten sposób nowy kredyt oprocentowany byłby na zasadzie połączenia stopy WIBOR i marży z kredytu „frankowego”. Możliwe byłoby również wydłużenie okresu spłaty o maksymalnie 5 lat, lub – opcjonalnie – o 20 proc. pozostałego czasu obowiązywania umowy, ponadto, gdyby rata wciąż była wyższa niż 70 proc. dochodów kredytobiorcy, możliwe byłoby częściowe umorzenie długu. Przewalutowanie następowałoby wyłącznie z inicjatywy banku. Wedle bankierów powyższe rozwiązanie miałoby pomóc osobom pozostającym w najcięższej sytuacji.

Cynizm? Bezczelność? Hucpa? Doprawdy, trudno znaleźć odpowiednie słowa w języku ludzi cywilizowanych, by opisać ten kolejny przejaw banksterskiej arogancji. Już pobieżny przegląd tej „oferty” pokazuje bowiem, że tak skonstruowane „przewalutowanie” mimo niższej jednorazowej raty skutkuje potężnym wzrostem pozostałej do spłacenia sumy – i to przy wyższym oprocentowaniu. Krótko mówiąc, będziesz spłacał, frankowiczu, nieco mniej miesięcznie, ale za to dłużej i w konsekwencji – więcej. Proszę, jacy łaskawcy. Być może to wynik paniki, bowiem lobby bankowemu grunt zaczyna pomału usuwać się spod nóg, jako że na finiszu są prace w Kancelarii Prezydenta nad nową wersją ustawy „o sposobach przywrócenia równości stron niektórych umów kredytu i umów pożyczki”. Z pewnością zostanie oprotestowana i to w atmosferze szantażu, jak poprzedni projekt, ale mam nadzieję, że po pierwsze – tym razem jednak Kancelaria nie ugnie się przed naciskami lobbystów i histerią kreowaną przez sprzedajne media, po drugie – czego prezydencki projekt by nie zawierał i tak z pewnością będzie lepszy niż to... „coś” przedstawione przez ZBP. Do tego śmielej do ofensywy przystępuje Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumenta w sprawie różnego rodzaju niedozwolonych praktyk, a i niedawny wyrok Sądu Rejonowego dla Warszawy Śródmieście w istocie „przewalutowujący” kredyt klienta mBanku i to z zachowaniem oprocentowania wg stawki LIBOR oraz nakazujący mBankowi zwrot nadpłaconych rat (przez 10 lat uzbierało się 19 tys. zł. „nadwyżki”), może być jaskółką zwiastującą uwalnianie się sądów spod banksterskiej presji. Warto przypomnieć, że w Sejmie znajduje się projekt ustawy zgłoszony przez środowiska „frankowiczów” za pośrednictwem klubu Kukiz'15 zakładający przewalutowanie po kursie z dnia zawarcia umowy. No i rzecz po której sobie naprawdę dużo obiecuję w perspektywie dekolonizacji Polski spod panowania lichwy – jeżeli potwierdzi się, że nowym szefem Komisji Nadzoru Finansowego, zamiast jakiegoś „kandydata rynków” zostanie Janusz Szewczak, to objawy paniki wszechwładnego do tej pory „sektora finansowego” stają się więcej niż zrozumiałe...

Oczywiście za chwilę zostaniemy zaatakowani kolejnymi „wyliczeniami” bankowych „strat” wziętymi już nawet nie z Księżyca, lecz wprost z Saturna i groźbami fali bankructw. Cóż, jeżeli jest tutaj jakiekolwiek racjonalne jądro i faktycznie te banki, które za bardzo sobie „poszalały” wpędzając klientów w pułapki „łże-kredytów”, mogą czekać kłopoty, odpowiem – tym lepiej! Wiąże się to z tytułowym „sposobem na repolonizację” bankowej branży. Otóż przewalutowanie frankowych produktów może stać się katalizatorem odzyskania przez państwo polskie tej strategicznej gałęzi gospodarki. Należy za pomocą przewalutowania bez sentymentów i z pełną premedytacją doprowadzić najbardziej „umoczone” podmioty na skraj bankructwa. Po co przepłacać, wykupując teraz banki po zawyżonej cenie, jak jeszcze za poprzednich rządów zrobił to PKO BP przejmując Nordeę? O wiele lepiej przejąć bankruta za bezcen, może nawet za symboliczną złotówkę. Państwo na tym nie straci – „przewalutowani” kredytobiorcy i tak będą musieli spłacić kredyt, tyle, że już na normalnych, uczciwych zasadach, zyski banków wreszcie pozostaną w Polsce (coroczne zestawienia świadczą o gigantycznej rentowności sektora) zamiast wędrować na wyspy Bergamuty. Stracą jedynie międzynarodowi lichwiarze dojący dziś bez zmiłowania polskich kredytowych niewolników. No a nade wszystko, na miejscu żadnej władzy nie lekceważyłbym elektoratu „frankowiczów” - a właśnie zaczyna im się kończyć cierpliwość.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

Repolonizacja banków – tak, ale z głową

„Repolonizacja franka

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3875-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 23 (03-09.06.2016)

Jak turecki sułtan niemiecką cesarzową wyonacył

Wyonacona „mutter Angela” została z tabunem rozwrzeszczanych muzułmaniątek – czy zatem można się dziwić, że teraz próbuje z kolei nam opchnąć ten Scheiss?

Można śmiało powiedzieć, że od jakiegoś czasu tzw. kryzys imigracyjny przekształcił się w formę handlu żywym towarem – co zresztą od początku było zamiarem Niemiec, tylko sytuacja wymknęła się spod kontroli. A było tak, że Niemcy otwierając granice liczyły, iż upieką dwie pieczenie na jednym ogniu – zapewnią swojemu przemysłowi dopływ taniej siły roboczej, natomiast wypychając jednostki nieprzydatne do państw Europy Środkowej, dodatkowo je zdestabilizują i uzależnią od niemieckiej pomocy. Jednak, jako się rzekło, sytuacja wymknęła się spod kontroli, bowiem kanclerz Angela Merkel nie doszacowała skali migracji – tego, że w ciągu jednego tylko sezonu wleje się przez rozszczelnione granice ponad milion najeźdźców, którzy na dodatek ani myślą pracować, o poczuwaniu się do jakiejkolwiek wdzięczności wobec swych gospodarzy nie wspominając. Inaczej mówiąc, zamiast arbaiterów, Niemcy zafundowały sobie i reszcie Europy najazd głodnej szarańczy, co jest zresztą konsekwencją innego, wcześniejszego błędu – mianowicie, Niemcy maksymalnie wydłużyły okres ochronny dla swojego rynku pracy, wskutek czego gros ekonomicznej emigracji z Europy Środkowej zaabsorbowały Wyspy Brytyjskie. Berlin zorientował się w powyższym poniewczasie i na gwałt postanowił załatać dziurę demograficzną transfuzją „świeżej krwi” - z wiadomym efektem.

W tym kontekście, niedawny pomysł Komisji Europejskiej, by kraje odmawiające przyjęcia „uchodźców” w ramach obowiązkowego „mechanizmu relokacji” płaciły karę w wysokości 250 tys. euro od głowy na rzecz kraju, który przybyszów przyjmie, był już aktem czystej desperacji. Ale równie desperackie są zabiegi jakiegoś uregulowania sprawy z Turcją, która z pełną premedytacją wypycha migrantów poza swoje granice. Turcja jest państwem policyjnym i naiwnością byłoby sądzić, że flota inwazyjna na bieda-łódkach opuszcza jej wody terytorialne bez cichego błogosławieństwa władz w Ankarze. Interes Erdogana jest jasny: stworzyć mechanizm nacisku na Unię Europejską, a w szczególności na Niemcy i zmusić Europę do politycznych ustępstw. Zresztą, turecki sułtan w trakcie negocjacji z przedstawicielami UE stawiał sprawę bez ogródek. A oto próbka: „Tak naprawdę nie potrzebujemy waszych pieniędzy. Możemy po prostu otworzyć granice do Bułgarii i Grecji i wsadzić imigrantów do autobusów. (…) Co zrobicie jeśli wam się nie uda dojść z nami do porozumienia? Zabijecie uchodźców?”.

Żądania Turcji są niezmienne: odblokowanie negocjacji akcesyjnych do UE, docelowe zniesienie reżimu wizowego dla obywateli Turcji oraz zastrzyk finansowy w wysokości 3 mld euro rocznie – teoretycznie na pokrycie kosztów utrzymania obozów dla uchodźców. Ostatecznie, na mocy umowy Unia Europejska – Turcja (negocjowanej w przytoczony wyżej sposób) ustalono, że nastąpi wymiana 1:1 – czyli, za każdego wydalonego z UE „nielegała”, Turcja ma przekazać jednego „legalnego” uchodźcę ze swych obozów. Szybko jednak okazało się, że chytry turecki sułtan „wyonacył” niemiecką cesarzową i jej brukselskich podwładnych. Oto, wedle doniesień niemieckiej prasy, tureckie władze wysyłają wyłącznie materiał ludzki najgorszego sortu – chorych, bez wykształcenia – sobie zostawiając najlepiej wyedukowanych „uchodźców”: inżynierów, lekarzy, robotników wykwalifikowanych itd., wprost odmawiając im zezwolenia na wyjazd. Teoretycznie doglądająca całej procedury ONZ-owska agenda UNHCR jedynie stawia pieczątki na dokumentach przedstawianych przez tureckich urzędników. Krótko mówiąc, Erdogan zrobił to, co chciały pierwotnie uczynić Niemcy – zatrzymał element najbardziej wartościowy z punktu widzenia tureckiej gospodarki, pozbywając się jednostek wybrakowanych.

Już widzę oczami wyobraźni tę kłótnię na targu niewolników w Stambule. „- Co mi tutaj, panie Erdogan, wysyłasz, Donnerwetter! Ten szczerbaty, tamten to skóra i kości, a następny to kompletny idiota! Ja tu potrzebuję silnych, zdrowych i kumatych robotników do naszych fabryk – oni mają się nadawać do Arbeit! A tu widzę tylko same gęby do wykarmienia! Nie tak się umawialiśmy! Co ja niby mam zrobić z tym ludzkim barachłem?!”. „- A rób sobie, pani cesarzowa, co żywnie się podoba. Jak dla mnie, to może szanowna pani posłać tych niedojdów od razu do gazu. Chyba już zresztą kwaterujecie ich w Dachau i Buchenwaldzie, czyż nie? Wystarczy uruchomić komory, a potem i tak przecież wszystko zgonicie na Polaków. A ja to w ogóle nie mam teraz czasu, bo zaraz leci „Wspaniałe stulecie”. Bierzesz towar, pani cesarzowa, czy mam ich wszystkich powsadzać na pontony?”. I tak wyonacona „mutter Angela” została z tabunem rozwrzeszczanych muzułmaniątek – czy zatem można się dziwić, że tak się teraz piekli i miota, próbując z kolei nam opchnąć ten Scheiss?

*

A poza tym:

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3875-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 22 (03-09.06.2016)

poniedziałek, 13 czerwca 2016

Europejskie zgryzoty

Kontrola praworządności” jest kompletnie bezprawną, samowolnie napisaną przez KE procedurą nie mającą umocowania w unijnych traktatach.

I. Spór o TK w cieniu „Brexitu”

No proszę, wygląda na to, że jednak można – tzn. można postawić się wszechmocnej Komisji Europejskiej i jakoś świat się od tego nie zawalił. Wystarczyła jedna sejmowa uchwała w obronie suwerenności i mocne wystąpienie premier Szydło w odpowiedzi na bezczelne ultimatum wzywające „polskich faszystów” do bezwarunkowej kapitulacji (bo tak należy rozumieć czterodniowy termin wyznaczony przez KE na spełnienie jej żądań w sprawie Trybunału Konstytucyjnego), by ci wszyscy nadęci euro-mandaryni schowali dudy w miech. Ultimatum? Co, gdzie? Jakie ultimatum? Pan wypluj to słowo! Prowadzimy cały czas „dobre rozmowy”, jak kupiec z kupcem, z poszanowaniem podmiotowości partnera, nikt nikogo nie naciska, ani nie strofuje, a ten cały projekt ostatecznego rozwiązania kwestii polskiej, co to „wyciekł”, to była ot, taka sobie niewinna wprawka w ramach treningu asertywności i podbudowania cech charakterologicznych europejskich „guyów”, by przypadkiem przy jakiejś okazji nie rozbeczeli się publicznie, jak to niefortunnie przytrafiło się pani Mogherini. Widać, że do brukselskich decydentów dotarło, iż sytuacja wcale nie musi przedstawiać się tak, jak suflowali im liderzy opozycji – że niby to wystarczy docisnąć jeszcze trochę i polski „narodowo-konserwatywny” rząd się ugnie, a może nawet i upadnie pod skumulowanym naciskiem zagranicznych stolic i weekendowych marszy targowiczątek. Kto wie, może nawet ktoś im uświadomił, że te „ćwierć miliona” uczestników demonstracji 7 maja to była zwykła, propagandowa lipa, zaś Schetyna, Petru i Kijowski zwyczajnie robili ich w konia przekonując, że cały naród stoi murem za Trybunałem Konstytucyjnym, a już za panem Rzeplińskim w szczególności?

Oczywiście, mogło być też tak, jak sugeruje to Stanisław Michalkiewicz, że do pana Fransa Timmermansa zadzwoniła Angela Merkel i w trybie pilnym postawiła go do pionu – tutaj za pasem referendum w sprawie „Brexitu”, a pan tu lejesz wodę na młyn secesjonistów? Wstrzymaj się pan łaskawie, przynajmniej do 23 czerwca i w ogóle najlepiej nic pan nie rób, dopóki nie dam sygnału. Fakt, wedle sondaży kwestia „Brexitu” wisi na włosku, przy czym warto zauważyć, że nie tylko w brytyjskim społeczeństwie ścierają się ze sobą dwie frakcje – tak jest również w tamtejszych elitach politycznych, a także – co równie ważne – w Berlinie i Brukseli. Mówi się wręcz, że opuszczenie Unii przez Wlk. Brytanię mogłoby być Niemcom na rękę, bo dzięki temu łatwiej byłoby i wziąć za twarz resztę kontynentu. Być może nawet sama kanclerz nie bardzo jeszcze wie, jakie ma w tej sprawie stanowisko, bo wyjście Londynu wcale nie musi oznaczać więcej władzy Berlina w UE, tylko wręcz zapoczątkować efekt domina – i stąd właśnie polecenie taktycznego złagodzenia tonu wobec Warszawy.

II. Austriackie „leśne dziadki”

Wszystko ponadto rozgrywało się w kontekście wyborów w Austrii, której groziło objęcie prezydentury przez złowrogiego Norberta Hofera – tu również zbyt ostre potraktowanie Polski mogłoby zostać źle odebrane i napędzić głosów kandydatowi Partii Wolności (FPO). No, już my wam damy „wolność” pomyśleli sobie fachowcy od liczenia głosów i okazało się, że Hofer wprawdzie wygrał, ale jednak przegrał – tzn. zgodnie z niegdysiejszą wykładnią Wałęsy po porażce z Kwaśniewskim w 1995 r. „przegrał liczenie głosów”. Dokładnie, przegrał o 32 tys głosów oddanych korespondencyjnie i prezydentem został zielony lewak Alexander Van der Bellen. Ktoś uznał, że zwycięstwo niesłusznych sił na Węgrzech i w Polsce plus „Brexit” to wystarczający kłopot i Austria ma zagłosować jak należy, w ramach samoświadomej, europejskiej dyscypliny. Siły postępu zostały postawione w stan pełnej gotowości, zupełnie jak do niedawna było to u nas – i być może nawet pobierały lekcje u tych samych nauczycieli co nasze „leśne dziadki” z PKW. Proszę zauważyć – w wielu okręgach frekwencja wyniosła grubo ponad 100 proc., w domach starców głosy w imieniu zniedołężniałych, chorych na alzheimera podopiecznych oddawały pielęgniarki, w jednym z lokali znaleziono stertę nieuwzględnionych głosów oddanych na Hofera, zaś liczba głosów nieważnych sięgnęła 165 tysięcy. Brzmi znajomo? Mimo tych fałszerstw, w głosach oddanych metodą tradycyjną wciąż nieznacznie prowadził Hofer, zatem trzeba było uruchomić ostatnią linię obrony w postaci 700 tys. głosów korespondencyjnych – i to one ostatecznie dały wygraną Bellenowi. Niezrozumiałym pozostaje, dlaczego FPO nie zdecydowała się zaskarżyć wyborów – u nas przynajmniej znalazło się kilkunastu odważnych, którzy protestem w PKW doprowadzili do dymisji „leśnych dziadków”, a powstały w reakcji na fałszerstwa Ruch Kontroli Wyborów wywołał psychologiczny efekt i atmosferę w której nie odważono się na „drukowanie” wyborów – a przynajmniej nie w skali, która zaważyłaby na ostatecznym wyniku. Można by w zasadzie zorganizować dla austriackich wolnościowców warsztaty z akcji bezpośredniej (Braun) i tworzenia obywatelskich struktur kontrolnych (Targalski).

Przy okazji uruchomiono austriacką odmianę „przemysłu pogardy” w połączeniu z propagandą sondażową. Oto natychmiast okazało się, że na „zielonego” Bellena głosowali lepiej wykształceni, otwarci i dobrze sytuowani mieszkańcy wielkich miast, natomiast na Hofera zakompleksiona, biedna, słabo wykształcona i bojąca się świata prowincja – czyli tamtejsze „mohery” i „pisiory”. Podtekst jest jasny – ilu by tam głosów nie oddali, są one z natury rzeczy mniej ważne, od głosów oddanych przez „elity”. Innymi słowy – za pomocą oszustw wyborczych w Austrii zaimplementowany został w praktyce system tzw. „głosów ważonych”, gdzie bardziej od liczby głosów ma liczyć się cenzus głosującego. Wszystko to zostało przypieczętowane sondażem tamtejszej publicznej telewizorni ORF z którego wynikała lekka przewaga Van der Bellena – zatem wszystko jest w najlepszym porządku, przy czym do porządku dziennego przechodzi się nad dramatycznymi wpadkami sondażowni sprzed I tury wyborów, kiedy to nie doszacowano popularności Hofera. I znów – czy czegoś nam to nie przypomina?

III. Wojenka podjazdowa

Ale zostawmy już Austrię i powróćmy na krajowe podwórko. Oto bowiem unijni komisarze, po wycofaniu się na z góry upatrzone pozycje i przegrupowaniu szyków, postanowili nas zażyć z innej strony. Mianowicie, Komisja Europejska ma zamiar wnieść przeciw Polsce dwa pozwy do Trybunału Sprawiedliwości UE. Pierwszy dotyczy ograniczeń w sprowadzaniu do Polski biopaliw i ich komponentów, a także preferencyjnego traktowania podmiotów z branży paliwowej zaopatrujących się przynajmniej w 70 proc. w biopaliwa u polskich producentów. Dopatrzono się tu „dyskryminacji” oraz niezgodności z zasadami wolnego rynku na którego straży, jak wiadomo, nieubłaganie stoją całe tabuny eurokratów. Druga sprawa dotyczy opóźnień we wdrożeniu przepisów mających zapewnić większą ochronę bankowych depozytów – żeby było ciekawiej, za opóźnienie to odpowiada jeszcze rząd PO-PSL, a właśnie PiS przyśpieszyło prace, przepisy już uchwalono i czekają tylko na zatwierdzenie w Senacie i prezydencki podpis. Podobnie z przepisami o biopaliwach – obowiązują od dawna, ale czemuś akurat teraz zaczęły Komisji Europejskiej przeszkadzać.

Wniosek jest jasny. Bruksela chwilowo przestała strzelać do nas z ciężkiej artylerii i postawiła na wojenkę podjazdową. Można przypuszczać, że szykuje się generalny przegląd polskiego prawodawstwa pod kątem opóźnień w „implementacji” miliardów dyrektyw, wskazówek i zarządzeń produkowanych w stachanowskim tempie w unijnych gabinetach (bo też każdy suto tuczony biurokrata musi za wszelką cenę uzasadnić swe istnienie, by dalej spijać tłuste euro-rosoły) - a także pod kątem zgodności polskich przepisów z unijno-prawną radosną twórczością. A że nie ma siły, by niezgodności i opóźnień nie stwierdzono, zatem czeka nas systematyczne nękanie pozwami i groźba kar finansowych.

Skoro tak, to nie możemy pozostać bierni i na tym odcinku. Nigdy dość przypominania, że Frans Timmermans to były premier Holandii w której nie ma żadnego odpowiednika Trybunału Konstytucyjnego, zatem występując jako gorliwy orędownik pana Rzeplińskiego, zwyczajnie się ośmiesza. Oznacza to zarazem, że istnienie sądownictwa konstytucyjnego nie jest żadnym dogmatem, ani gwarantem demokracji i praworządności – gdyby tak było, to za demokratyczny i praworządny należałoby uznać reżim Jaruzelskiego, który ten cały Trybunał powołał, żeby ładniej wyglądało. Nade wszystko jednak należy pozwać przed Trybunał w Luksemburgu Komisję Europejską, tak się bowiem składa, że cała ta groteskowa „kontrola praworządności” jest kompletnie bezprawną, samowolnie napisaną przez KE procedurą nie mającą umocowania w unijnych traktatach. Ekspertyzę stwierdzającą powyższe expressis verbis sporządzili jeszcze w 2014 r. prawnicy Rady Unii Europejskiej. Tutaj nie ma na co czekać, bo inaczej różni „guye” naprawdę gotowi uwierzyć, że są władni wybierać państwom członkowskim rządy po własnym uważaniu.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” -------> http://warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3875-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 22 (01-07.06.2016)

Pod-Grzybki 52

Targowiczątka zapragnęły własnego święta państwowego – konkretnie miałby to być 4 czerwca, czyli rocznica „wolnych, demokratycznych wyborów”, co obwieścił piórem Jarosława Kurskiego „Szechter Cajtung”. Proponuję pójść za ciosem i ogłosić świętem również 18 czerwca – czyli rocznicę II tury wyborów, kiedy to przywódcy „strony społecznej” podali zdychającej komunie tlen; 19 lipca – rocznicę wyboru „człowieka honoru” Wojciecha Jaruzelskiego na prezydenta; oraz rzecz jasna – uczynić 4 czerwca świętem dubeltowym na pamiątkę „nocnej zmiany” i obalenia rządu Jana Olszewskiego. W ten sposób uczczenie „historycznego przełomu” zostanie spięte zgrabną klamrą, ku ukontentowaniu rzesz konfidentów i kolaborantów, tak ochoczo bawiących się dziś w obronę demokracji.

*

Kodowcy pragną również wzniesienia pomnika Władysława „profesora” Bartoszewskiego. Ja do kompletu dołożyłbym jeszcze Monument Ostatniej Laski Geremka.

*

Tymczasem niemiecko-turecki handel żywym towarem wkroczył w fazę wzajemnych pretensji. Oto, jak donosi „Der Spiegel”, chytry Erdogan wysyła do Europy chorych i najgorzej wykształconych „uchodźców”, sobie zostawiając inżynierów, lekarzy i wykwalifikowanych robotników. Innymi słowy, wciska Angeli wybrakowanych niewolników, bezużytecznych dla niemieckiej gospodarki. Hm, skoro już w Niemczech zaczęto kwaterować „uchodźców” w poobozowych budynkach, np. w Buchenwaldzie, to w zasadzie można przystąpić do „Akcji T4”, polegającej, przypomnijmy, na „eliminacji życia niewartego życia”. Niemcy mają w tym wprawę, a Europa po cichu odetchnie z ulgą, odwracając skwapliwie wzrok w innym kierunku – np. koncentrując się na zagrożeniach demokracji w Polsce i męczeństwie pana sędziego Andrzeja Rzeplińskiego.

*

A męczeństwo trwa w najlepsze albo raczej - w najgorsze, nad czym pochyla się „Sueddeutsche Zeitung” cytowany przez niezawodną polskojęzyczną gadzinówkę dla jurgieltników, czyli serwis „Deutsche Welle”. Oto Kaczyński w swej małpiej złośliwości posunął się do obcięcia Trybunałowi Konstytucyjnemu funduszy na rocznicową fetę. Cytuję: „Gdy zatem prezes Trybunału Andrzej Rzepliński zaprosił gości - po wykładzie Leszka Balcerowicza - na małe przyjęcie w siedzibie TK, zamiast łososia i szampana była kawa i trochę ciasteczek (...) - Nie mamy pieniędzy - przepraszał Rzepliński”. Teraz czekamy, aż sędziowie ogłoszą protestacyjną głodówkę o kawie i ciasteczkach. Nawiasem – izraelski uczony z uniwersytetu w Tel Awiwie, Shai Danziger, wykazał, że sędziowie na głodnego ferują surowsze wyroki, nic więc dziwnego, że pan Rzepliński tak się ciska. Apel do PiS – dajcie Rzeplińskiemu żreć, może wreszcie się uspokoi.

*

Saakaszwili, który w epoce Szewardnadzego napatrzył się w Gruzji na działalność Balcerowicza, określił go jako „najemnego wybielacza skorumpowanych reżimów”. No, to tylko czekać nowego „majdanu” pod swojskim hasłem „Balcerowicz musi odejść”. I nawet nie będzie można tego mieć banderowcom za złe.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Polska Niepodległa” nr nr 22 (01-07.06.2016)

sobota, 11 czerwca 2016

Nie cieszę się z Mercedesa

Może by tak całą Polskę przekształcić w jedną, wielką Specjalną Strefę Ekonomiczną? Tylko z czego wtedy utrzymali by się urzędnicy?

Obserwuję entuzjastyczne doniesienia mediów w sprawie fabryki silników Mercedesa, która ma być otwarta w Jaworze na Dolnym Śląsku i nie mogę się nadziwić, jakaż to aberracja umysłowa każe skakać pod sufit z radości, że niemiecki potentat postanowił łaskawie zaszczycić swą uwagą akurat nasz nadwiślański bantustan. Ja tam jakoś nie skaczę – i to dokładnie z tych samych powodów, z jakich nie płakałem w ubiegłym roku po Jaguarze. Przypomnijmy, że rozegrał się wówczas swoisty koncert ofert pomiędzy krajami naszego regionu, prześcigającymi się w udogodnieniach dla koncernu Jaguar Land Rover. A wymagania Jaguara były wysokie: pod budowę fabryki miała być przekazana (nieodpłatnie, rzecz jasna) działka z pełną infrastrukturą (również wybudowaną na koszt państwa), odpowiednio skomunikowana, zapewnione miały być określone ulgi podatkowe i dofinansowanie inwestycji, ponadto montownia miała zostać zlokalizowana w miejscu pozwalającym wybrać co dwudziestą ofertę spośród osób ubiegających się o podjęcie pracy. Cel jasny – zapewnienie taniej siły roboczej, która pod presją bezrobocia zgodzi się pracować za najniższe stawki w ramach „elastycznych form zatrudnienia”.

Mieliśmy zatem do czynienia z sytuacją w której rządy poszczególnych państw ustawione były w charakterze petentów zabiegających o uznanie motoryzacyjnego giganta. Trudno o lepsze zobrazowanie relacji na linii międzynarodowy biznes – państwo. Ostatecznie ów przetarg „wygrała” Słowacja, która zapewniła wsparcie finansowe w wysokości 360 mln euro. Jest to, ma się rozumieć „pomoc publiczna” i jako taka powinna zostać zatwierdzona przez Komisję Europejską dbającą troskliwie o „wolny rynek” - jakoś nie słychać, by KE zgłosiła zastrzeżenia. Co innego, gdyby Słowacja (albo Polska) chciała w ten sposób wspomóc jakieś własne przedsiębiorstwo, jak stało się u nas ze stoczniami – o, tutaj nie byłoby zmiłuj, „niedozwoloną pomoc publiczną” należałoby bezwzględnie zwrócić, zakłady zamknąć a pracowników zwolnić, tworząc tym samym przestrzeń dla różnych „jaguarów” europejskiego biznesu, których z kolei nie tylko wolno, ale wręcz należy współfinansować z publicznej kasy w ramach „przyciągania zagranicznych inwestycji”. Taka to, drodzy Państwo, „polityka gospodarcza”.

Podobnie rzecz się ma z Mercedesem. Tym razem to my dumnie prężymy pierś do medalu, bo wygraliśmy w tych specyficznych zawodach „kto lepiej dogodzi bogatemu”. Co ciekawe, Daimler zlokalizuje fabrykę na tej samej działce, którą w zeszłym roku odrzucił Jaguar, na dodatek w pokonanym polu zostawiliśmy właśnie Słowację. Brawo my? Niekoniecznie, jeśli spojrzymy, że inwestycja zlokalizowana będzie w Legnickiej Specjalnej Strefie Ekonomicznej, co automatycznie oznacza zwolnienie z podatków (np. do 50 proc. podatku dochodowego, podatków lokalnych), możliwość korzystania z dotacji, a także z funduszy unijnych. Łącznie może to być nawet 70% kosztów inwestycji ocenianej na 500-800 mln euro, ale to nie koniec, koncern bowiem uzależnia finalizację kontraktu od uzyskania pomocy publicznej, może się więc okazać, że na fabrykę nie wyda ani grosza – wszystko zostanie opłacone w ten czy inny sposób pieniędzmi polskiego podatnika, oraz z funduszy europejskich. Sama działka oczywiście jest uzbrojona „pod klucz”, dochodzi do tego droga dojazdowa mająca połączyć teren z budowaną niedaleko drogą ekspresową S4. Ach, mamy jeszcze „opiekę poinwestycyjną” oraz obsługę organizacyjno-prawną ze strony władz strefy ekonomicznej, miejscowych urzędów oraz Ministerstwa Rozwoju. W zamian za to, jak cieszy się burmistrz Jawora, dolnośląskie miasto będzie „wymieniane jednym tchem” z Monachium, Berlinem, czy Stuttgartem. Taak, za taki zaszczyt z pewnością warto wyłożyć te kilkaset milionów „ojro”.

Produkcja ruszy w 2019 roku, a że bezrobocie w regionie jest bardzo wysokie (17%), to spodziewać się można, że większość pracowników (do 1,5 tys.) zostanie zatrudniona przez agencje pracy tymczasowej na „śmieciówkach” (fakt, akurat agencje zatrudnienia będą miały żniwa) za minimalną stawkę godzinową – i cała nadzieja w tym, że bezrobocie nie spadnie, bo inaczej Daimler gotów się wycofać i cały pogrzeb na nic.

Dlaczego tak się źlę? Ano dlatego, że te wszystkie udogodnienia łączy jedno - nie może na takowe liczyć żaden polski przedsiębiorca. Ktoś w końcu musi płacić te podatki, skoro nie zapłaci ich Mercedes. Nie widzę żadnych realnych korzyści – poza śmieciowymi miejscami pracy i ew. kilkoma lokalnymi kooperantami, które to korzyści można by uzyskać siłami polskich przedsiębiorców, gdyby państwo zechciało przychylić im nieba jak Daimlerowi, albo chociaż nie przeszkadzać. Tymczasem min. Morawiecki, tak zaangażowany w sprowadzenie niemieckiego koncernu, szansę dla polskiego małego i średniego biznesu upatruje... w umowie TTIP i ekspansji na amerykański rynek! Groteska. A ja mam inny pomysł: może by tak całą Polskę przekształcić w jedną, wielką Specjalną Strefę Ekonomiczną? Tylko z czego wtedy utrzymali by się urzędnicy?

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

Dekolonizacja Polski

Niewolnicy Europy

Bangladesz Europy

Nowoczesna niewolnictwo

Czy Polskę stać na biedę?

Zapraszam na „Pod-Grzybki” -------> http://warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3875-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr nr 22 (27.05-02.06.2016)