Pokazywanie postów oznaczonych etykietą holocaust industry. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą holocaust industry. Pokaż wszystkie posty

piątek, 21 lutego 2020

Historyczny rynek pamięci

By trwale podnieść znaczenie naszych historycznych akcji na światowym rynku pamięci (bo to jest dziś rynek, dyskontowany na różne sposoby) należy wypracować spójną doktrynę i rozpowszechnić ją na globalną skalę.

I. Giełda narracji

Jak wykazała niedawna chryja rozpoczęta antypolskimi filipikami Putina i zwieńczona sporem o udział i prawo głosu dla prezydenta Andrzeja Dudy podczas Światowego Forum Holocaustu, nasze akcje na światowej giełdzie polityk i narracji historycznych wciąż stoją słabo. Owszem, jest nieco lepiej niż przed 2015 rokiem, ale wciąż wysoce niezadowalająco – tym bardziej, że nawet obecna władza przeplata zrywy „wstawania z kolan” sromotnymi rejteradami, czego symbolem pozostanie upokarzające wycofanie się z nowelizacji ustawy o IPN. Rejterada ta została chwilowo osłodzona wspólną deklaracją historyczną premierów Morawieckiego i Netanjahu, negocjowaną pod troskliwym okiem Mossadu w jego wiedeńskiej placówce – ale tylko po to, by już kilka miesięcy później zostać spektakularnie wysadzona przez „Bibi” Netanjahu w powietrze podczas niesławnego „szczytu bliskowschodniego” za sprawą wypowiedzi izraelskiego premiera insynuującej nasz współudział w holocauście. I tak ta ciuciubabka trwa od lat: gdzieś tam pojawia się określenie „polskie obozy śmierci”, nasza ambasada protestuje i prostuje (chociaż tyle, bo wcześniej polska dyplomacja przeżarta wychowankami „korporacji Geremka” nie była w stanie zdobyć się nawet na takie, symboliczne reakcje), by zaraz szkalująca Polskę fraza pojawiła się w innym miejscu – i cała zabawa zaczyna się od nowa. Tyle dobrego, że polskie placówki dyplomatyczne przestały przynajmniej urządzać seanse samobiczowania w rodzaju pokazów „Pokłosia”, w czym celował m.in. Ryszard Schnepf za swej ambasadorskiej kadencji w USA.

Symbolem naszej pozycji jest wspomniane Światowe Forum Holocaustu organizowane przez żydowsko-rosyjskiego oligarchę Wiaczesława Mosze Kantora, szefa Europejskiego Kongresu Żydowskiego (i członka władz szeregu innych organizacji żydowskich), który przekształcił tę instytucję w narzędzie rosyjskiej polityki zagranicznej. Impreza odbędzie się w 75. rocznicę wyzwolenia Auschwitz i ewidentnie została skrojona pod kątem obecności Putina, który najprawdopodobniej w swym przemówieniu zgłosi akces do izraelsko-niemieckiej polityki historycznej. Jej osią jest akcentowanie polskiej „współodpowiedzialności” za holocaust - tym bardziej godnej potępienia, że wg tej narracji Polska do tej pory ze swego rzekomego współsprawstwa się „nie rozliczyła” (w przeciwieństwie do Niemiec, których „rozliczenie” uznano za modelowe, w związku z czym mogą dziś z powodzeniem w oczach świata uchodzić za „moralne imperium” i zbijać na tym swój polityczny kapitał w ramach budowania tzw. soft power). Wianem wniesionym aportem przez Putina do tej polityki będzie dodatkowy element – obarczenie Polski współwiną za rozpętanie II wojny światowej, co jak można mniemać, zostanie ciepło przyjęte przez pozostałych uczestników wydarzenia.

Wszyscy mają na tym swój interes do ugrania – Izrael i środowiska żydowskie chcą wydusić z nas odszkodowania za mienie bezdziedziczne, Niemcy pragną podzielić się winą za zbrodnie, Rosja przykryć rosnącą świadomość paktu Ribbentrop-Mołotow i swojego sojuszu z Hitlerem przed czerwcem 1941 r., natomiast alianci zachodni - wyprzeć własne tchórzostwo, politykę appeasementu i układ z Monachium (czego nie omieszkał wytknąć Putin w swych niedawnych wystąpieniach, co było jednoznacznym przesłaniem - „siedźcie cicho, bo też macie swoje za uszami”), kolaborację (casus Francji) oraz celową obojętność wobec zagłady Żydów, no i wreszcie – zdradę polskiego sojusznika, którego wcześniej z absolutnym cynizmem wystawili Hitlerowi na pożarcie swymi kłamliwymi „gwarancjami”.

Nic więc dziwnego, że dla polskiego prezydenta przewidziano rolę biernego obserwatora bez prawa zabrania głosu. Zbyt wiele jest tu do zyskania, by dopuszczać jakikolwiek dysonans w jednolitym przekazie, jaki ma popłynąć w świat.


II. Polska odpowiedź

Polska odpowiedź, póki co, może mieć wymiar jedynie lokalny, z pewnością zaś nie tak słyszalny, jak jerozolimska hucpa. Pocieszające, że PiS wreszcie zdaje się otrząsać z bezkrytycznego filosemityzmu, który do pewnego momentu kazał jego elitom prowadzić utopijną politykę zakładającą dobrą wolę strony izraelsko-żydowskiej i traktować oczernianie Polski jako „nieporozumienia”, które da się „wyjaśnić” poprzez intensyfikację „dialogu” - byle tylko nie zrażać do siebie naszego „strategicznego sojusznika” jakimiś niewczesnymi krokami, bo, cytując klasyka, „to niedobra jest”. To nastawienie na szczęście zdaje się odchodzić w przeszłość, do czego walnie przyczyniły się same środowiska żydowskie, które z właściwą sobie butą potraktowały naszą spolegliwość jako oznakę słabości, dając coraz bezczelniej upust swym aroganckim uroszczeniom – tak historycznym, jak i materialnym. W tej sytuacji nie pomogłoby nawet stu Jonny Danielsów, pragnących „dobrym słowem” doprowadzić nas tam, gdzie „Bibi” do spółki z nowojorskimi Żydami chcą nas zawlec metodą poniewierania i brutalnych nacisków. Nawiasem, patrząc na zawrotną karierę Jonny Danielsa, któremu udało się obłaskawić nawet ojca Rydzyka, przyjęta przez niego metoda na „dobrego Żyda” była o wiele skuteczniejsza, a przez to bardziej niebezpieczna – i całe szczęście, że Netanjahu wraz z amerykańskim „holocaust industry” swą ostentacyjną wrzaskliwością i pogardą mimowolnie pokrzyżowali mu szyki.

W każdym razie łuski spadają z oczu, a odmowa prezydenta Dudy asystowania w festiwalu oszczerstw jest świadectwem nowego podejścia do wzajemnych relacji – wreszcie zdobywamy się na minimum asertywności, czego wcześniej próżno było szukać. Trzeba dodać, że pierwszą jaskółką było zbojkotowanie ubiegłorocznego szczytu Grupy Wyszehradzkiej w Jerozolimie przez premiera Morawieckiego po wypowiedzi min. Israela Katza o „wysysaniu antysemityzmu z mlekiem matki” przez Polaków, wskutek czego szczyt nie doszedł do skutku.

Na tym jednak nie można poprzestać. Zaplanowane na 27 stycznia polskie obchody 75. rocznicy wyzwolenia Auschwitz powinny wybrzmieć szeregiem mocnych akcentów, adekwatnych do tego, co zostanie wygłoszone w Jerozolimie. Tak się szczęśliwie składa, że Światowe Forum Holocaustu odbędzie się kilka dni wcześniej (23 stycznia), będzie więc czas by przygotować odpowiedź. Ideałem byłoby w ramach przyjętej w relacjach międzynarodowych symetrii niedopuszczenie do głosu ambasadora Izraela, ale obawiam się, że na taką demonstrację strona polska się nie odważy.

Apogeum tegorocznej batalii o historyczną pamięć powinno jednak nastąpić 14 czerwca – w 80. rocznicę pierwszego transportu Polaków do Auschwitz. To zawstydzające, że do tej pory upamiętnianie tego wydarzenia musiało odbywać się głównie siłami społecznymi (m.in. Chrześcijańskiego Stowarzyszenia Rodzin Oświęcimskich), oddolnie – bez należytego wsparcia państwowego, do tego przy nader niechętnej postawie władz Muzeum Auschwitz-Birkenau. W minionych latach przy okazji obchodów media donosiły o bulwersujących utrudnieniach dotyczących odśpiewania hymnu, wnoszenia flag narodowych na drzewcach czy możliwości odprawienia Mszy Św. pod Ścianą Straceń, o czym alarmowała chociażby była więźniarka Auschwitz Barbara Wojnarowska. Za tegoroczne obchody powinny wziąć odpowiedzialność władze państwowe, a na miejscu muszą pojawić się czołowi przedstawiciele polskiego państwa z premierem i prezydentem na czele – wszystko wsparte odpowiednią kampanią medialną. To jedyna w swoim rodzaju okazja, by przypomnieć, że Auschwitz był obozem stworzonym dla Polaków i to oni byli jego pierwszymi więźniami i ofiarami. Bez takich przedsięwzięć nie przełamiemy historycznego monopolu środowisk żydowskich usiłujących zawłaszczyć to miejsce na wyłączność.


III. Potrzeba doktryny

To wszystko jednak działania reaktywne i doraźne. By trwale podnieść znaczenie naszych historycznych akcji na światowym rynku pamięci (bo to jest dziś rynek, dyskontowany na różne sposoby) należy wypracować spójną doktrynę i rozpowszechnić ją na globalną skalę. Jaka powinna to być doktryna i od czego zacząć – o tym za tydzień.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 03 (17-23.01.2020)

czwartek, 5 grudnia 2019

Zbrodniczy bezwstyd „holocaust industry”

Jak widać, żydowskiej organizacji żaden grosz nie śmierdzi. Tak oto zbrodnia „darczyńcy” płynnie sprzęgła się z bezwstydem przyjmującego.

I. „Polscy antysemici”

„Polska najbardziej antysemickim krajem świata” - zagrzmiały media w reakcji na opublikowane przez działającą w USA żydowską Ligę Przeciw Zniesławieniu (Anti-Defamation League – ADL) wyniki badań mających zmierzyć poziom antysemityzmu w poszczególnych krajach. Sondaże te prowadzone są od 1964 r. w różnych państwach świata (w Polsce poprzednio odbyły się w 2013 i 2015 r.), a tegoroczna edycja objęła 18 państw (głównie z Europy, ale też Kanadę, Brazylię, Argentynę i RPA). Przebadano łącznie nieco ponad 9 tys. osób – w Polsce było to dokładnie 510 respondentów odpytanych metodą wywiadu telefonicznego. Wyszło – o zgrozo – iż spośród ogółu dorosłych Polaków (prawie 31,5 mln.) aż 48 proc. „żywi postawy antysemickie”, co w przełożeniu na liczby bezwzględne oznacza ponad 15 mln. polskich antysemitów. Tuż za nami na podium uplasowały się RPA (47 proc.) i Ukraina (46 proc.), ponadto w porównaniu z 2015 r. odsetek antysemitów wzrósł u nas o 11 pkt. proc. (w tej konkurencji przebiła nas jednak Ukraina ze wzrostem o 14 pkt. proc.). Trzeba jednak dodać, iż jako „antysemitów” kwalifikowano jedynie tych, którzy udzielili nieprawidłowej odpowiedzi na przynajmniej 6 z 11 pytań, co czujnie wyłapał w wypowiedzi dla tygodnika „Polityka” dr hab. Michał Bilewicz z działającego na Uniwersytecie Warszawskim Centrum Badań nad Uprzedzeniami, który zasłużył się przeniesieniem na polski grunt badań nad „wtórnym antysemityzmem”: „A co z osobami, które na pięć pytań odpowiedziało twierdząco? Czy one nie mają poglądów antysemickich?”. Widać wyraźnie, że dr Bilewicz potraktowałby nas o wiele surowiej, zatem w zasadzie powinniśmy być nowojorskim Żydom z ADL wdzięczni za wyrozumiałość.


II. Pytania-pułapki

Prawdziwy cymes tkwi jednak w „pytaniach” zadawanych respondentom. Pozwolę je sobie przytoczyć, znakomicie bowiem obrazują one w jaki sposób wykrywa się „antysemityzm”. Otóż indagowanym nieszczęśnikom, którzy zgodzili się wziąć udział w sondażu zaprezentowano 11 stwierdzeń mających oddawać popularne „antysemickie stereotypy” wobec których należało się określić na zasadzie zero-jedynkowej („zgadzam się” lub „nie zgadzam”).

Oto one: 1) Żydzi są bardziej lojalni wobec Izraela (niż wobec państwa/państw, w których mieszkają); 2) Żydzi mają za dużo władzy w światowym biznesie; 3) Żydzi mają za dużo władzy na międzynarodowych rynkach finansowych; 4) Żydzi wciąż za dużo mówią o tym, co się im przydarzyło podczas Holokaustu; 5) Żydzi nie dbają o innych, tylko o samych siebie; 6) Żydzi mają zbyt wiele kontroli nad sprawami świata; 7) Żydzi mają zbyt wiele kontroli nad rządem Stanów Zjednoczonych; 8) Żydzi uważają, że są lepsi od innych; 9) Żydzi mają zbyt wiele kontroli nad światowymi mediami; 10) Żydzi są odpowiedzialni za większość światowych wojen; 11) Ludzie nienawidzą Żydów z powodu ich zachowania.

Już na pierwszy rzut oka widać, że są to klasyczne pytania-pułapki, na które nie sposób „dobrze” odpowiedzieć. Weźmy chociażby kwestie odnoszące się do świata mediów, polityki, biznesu i finansów – jeżeli potwierdzisz, że Żydzi mają w tych sferach nieproporcjonalnie duże wpływy, jesteś „antysemitą”; jeśli zaprzeczysz – nie zostaniesz wprawdzie uznany za „antysemitę”, lecz jednocześnie wystawisz sobie świadectwo kretyna lub... tchórzliwego oportunisty. Ano właśnie – nikt nie jest w stanie zbadać szczerości tych, którzy wyczuwszy pułapkę, na wszelki wypadek odpowiadali „słusznie”, wbrew sobie i świadectwu własnych oczu, byle tylko zadowolić pytającego i uniknąć odium „żydożercy”. Tyczy się to w szczególności obywateli krajów Europy Zachodniej, tresowanych w politycznej poprawności znacznie dłużej od nas – idę o zakład, że większość z nich odpowiadała właśnie zgodnie z oczekiwaniami – ewentualnie, wieloletnie pranie mózgów doprowadziło u nich do wyrobienia odruchu „dwójmyślenia” i wyparcia ze świadomości niewygodnych obserwacji. Tylko tak jestem w stanie wytłumaczyć sobie zdumiewająco niski poziom „antysemityzmu” w państwach tak „przyjaznych” Żydom jak współczesna Francja (17 proc.) czy Niemcy (15 proc.). Przypominam, że są to kraje, w których odradza się Żydom dla ich własnego bezpieczeństwa chodzenie po ulicy w kipach, a na porządku dziennym są napaści na synagogi, żydowskie sklepy czy dewastowanie kirkutów. Na tym tle, paradoksalnie, wypadamy całkiem przyzwoicie – jeszcze nie ogłupiła nas tolerancjonistyczna propaganda, jeszcze nie pozwoliliśmy sobie zakneblować ust i generalnie nie obawiamy się mówić tego, co naprawdę myślimy.


III. Zbrodnia i bezwstyd

Pewnym echem w związku z badaniem odbiła się dość bulwersująca ciekawostka: otóż głównym sponsorem jest niemiecki koncern Volkswagen, o czym ADL „z wdzięcznością” zawiadamia na swej stronie internetowej. Firma ta została założona przez Ferdinanda Porsche („nadwornego konstruktora III Rzeszy”) na osobiste życzenie Hitlera, który zapragnął „samochodu ludowego” (tak narodził się słynny „garbus”). Nie ma to jak „wypucować się” ze zbrodniczej przeszłości stosunkowo tanim kosztem. Jak widać, żydowskiej organizacji żaden grosz nie śmierdzi. Tak oto zbrodnia „darczyńcy” płynnie sprzęgła się z bezwstydem przyjmującego.

A skoro doszliśmy do pieniędzy. W oczywisty sposób tego typu badania posłużyć mają za kolejną podkładkę dla roszczeń „holocaust industry”, którego częścią pracującą na odcinku propagandowym jest ADL. Powyższe zbiega się rzecz jasna ze słynną „Ustawą 447” obligującą rząd USA do wywierania presji na sygnatariuszy „Deklaracji Teresińskiej” - przede wszystkim Polskę – w kwestii wypłaty gigantycznych odszkodowań (rzędu 300 mld. USD) za tzw. mienie bezdziedziczne po ofiarach holocaustu, które po wojnie przypadło Skarbowi Państwa. Tu trzeba odnotować wyjątkowo przytomny głos publicysty Forum Żydów Polskich, Pawła Jędrzejewskiego, który wprost powiązał wyniki badań ADL właśnie ze sprawą roszczeń, nie pozostawiając na „samozwańczych spadkobiercach” z żydowskich organizacji suchej nitki („(...) przyjdą amerykańscy, żydowscy prawnicy – powiedzmy to wprost: rekiny! – i będą domagać się »mienia bezspadkowego«, mimo że nie są spadkobiercami zamordowanych, że nic ich nigdy z nimi nie łączyło. I w dodatku uzyskane pieniądze mogą wydawać w zasadzie dowolnie (...)”). Nieco dalej pada przestroga, iż domaganie się bezprawnych odszkodowań spowoduje „wzrost emocji antyżydowskich, wzrost emocji antypolskich, nienawiść i wszystkie konsekwencje takiego zjawiska”, co zostanie wykorzystane propagandowo („Hasło będzie proste: »żydowska własność nie może pozostać w rękach antysemitów«”). Nie sposób jedynie zgodzić się z tezą autora, iż fakt przejęcia przez polskie państwo pozostawionego mienia rodzi „dylematy moralne”. Otóż nie ma tu żadnego „dylematu moralnego”. Przede wszystkim, o czym mówi się dziwnie mało, mienie żydowskie zostało znacjonalizowane przez okupacyjne władze III Rzeszy. Powojenna Polska przejęła zatem majątek już uprzednio znacjonalizowany przez niemieckie państwo – a że Niemcy wymordowali całymi rodzinami tak właścicieli, jak i ewentualnych spadkobierców, to zwyczajnie nie było komu tych majątków zwrócić (podobnie zresztą, jak mienia pozostawionego przez 3 mln. zamordowanych etnicznych Polaków).


IV. Kolejne starcie z „holocaust industry”

Cóż, najwyraźniej musimy się przygotować na kolejny etap grillowania nas pod kątem wymuszeń rozbójniczych „przemysłu holocaust” wspieranego przez Waszyngton. Przygnębiające, że w tym starciu nie bardzo możemy liczyć nie tylko na chwiejnie zachowujące się polskie władze, ale również na Kościół, ze szczętem już chyba sterroryzowany „ekumenizmem” i ideologią „dialogizmu”. Oto kilka dni temu warszawski Dom Pielgrzyma Amicus wymówił salę Wojciechowi Sumlińskiemu, dr Ewie Kurek i Tomaszowi Budzyńskiemu – mieli promować książkę „Powrót do Jedwabnego” (wcześniej miejsca na spotkanie odmówiło także Katolickie Centrum Kultury „Dobre Miejsce”). Powód? W Kurii interweniowała warszawska Gmina Żydowska...

Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 48 (29.11-05.12.2019)

niedziela, 5 maja 2019

Żydowska skarbonka

Żydzi i ich organizacje cieszą się u nas jakimś nadzwyczajnym, niemal eksterytorialnym statusem świętych krów, a polskie państwo pełni dla nich wyłącznie rolę skarbonki.


I. Napadnięty sam jest sobie winien

Na marginesie omawianej tu przed tygodniem notatki z poufnego spotkania ambasadora Jacka Chodorowicza z wysłannikiem amerykańskiego Departamentu Stanu Thomasem K. Yazdgerdim, podczas którego omawiano terminarz i sposoby realizacji majątkowych uroszczeń „holocaust industry” (przy okazji - w tzw. wiodących mediach cały czas panuje wymowna cisza), warto przyjrzeć się bliżej finansowemu tłu relacji polsko-żydowskich. Śmiem bowiem twierdzić, że ani Stany Zjednoczone, ani Izrael czy żydowska diaspora nie byłyby tak natarczywe i bezczelne w swych szantażach i żądaniach, gdyby nie uznały, że mają do czynienia z łatwą ofiarą, którą wystarczy dobrze przycisnąć, by ta w końcu zaczęła płacić haracz.

Już Roman Dmowski stwierdził, że w relacjach międzynarodowych nie ma czegoś takiego jak „słuszność” - decydujące znaczenie ma natomiast siła i brak siły. Innymi słowy, parafrazując znaną myśl von Clausewitza, napadnięty sam jest sobie winien, ponieważ swoją słabością sprowokował napastnika. To brutalne podejście, lecz znajdujące potwierdzenie w praktyce, co niejednokrotnie przerobiliśmy na własnej skórze. W tym ujęciu, Polska swą dotychczasową polityką nieustannie zachęca do eskalacji roszczeń, bo żadna z dotychczasowych ekip rządzących nie odważyła się jednoznacznie, na forum międzynarodowym, odrzucić pretensji organizacji żydowskich dotyczących tzw. mienia bezspadkowego/bezdziedzicznego – bo o to tak naprawdę toczy się gra, a nie o mienie mające prawnych spadkobierców, które już dziś może być odzyskiwane sądownie na ogólnych zasadach (a jak pokazuje afera reprywatyzacyjna, sądy potrafią być nader liberalne i nie wnikają w szczegóły do tego stopnia, że gotowe są akceptować „pełnomocnictwa” wystawiane przez ponad stuletnich staruszków z drugiego końca świata). Zamiast tego, nieustannie wdajemy się w jakieś dialogi, rozmowy i negocjacje – wplątując się tym samym w zastawioną na nas pajęczynę. W ten sposób sami podtrzymujemy nadzieję na wydudkanie nas z kasy – nie ma się więc co dziwić, że owe rozmowy coraz bardziej przypominają dyktat, co widzieliśmy w przypadku wytycznych przedstawionych przez pana Yazdgerdiego.


II. Futrowanie Żydów

Zresztą, spójrzmy. Najpierw oddaliśmy bez większych ceregieli majątki przedwojennych gmin żydowskich ich samozwańczym spadkobiercom nasłanym z USA (co jeszcze można zrozumieć uwarunkowaniami politycznymi – była to po prostu łapówka dla żydowskiego lobby w Stanach Zjednoczonych za przyjęcie nas do NATO). To, co owe gminy zrobiły z tym majątkiem, to zresztą osobny kryminał – warto przypomnieć słynny tekst „Forbesa” z 2013 r. „Kadisz za milion dolarów” (a w zasadzie cykl tekstów na ten temat) Wojciecha Surmacza i Nissana Tzura, opisujący handel pożydowskimi nieruchomościami, po którym organizacje żydowskie przypuściły szturm na centralę wydawcy pisma – koncern Ringier Axel Springer – szantażując ją rytualnymi oskarżeniami o „antysemityzm”. W efekcie nacisków „z góry”, redakcja polskiego „Forbesa” została zmuszona do publikacji kuriozalnych sprostowań i przeprosin, a Wojciech Surmacz i redaktor naczelny Kazimierz Krupa wkrótce rozstali się z pracą – bo ośmielili się napisać i opublikować prawdę. Nawiasem, Surmacz został za swój tekst uhonorowany nagrodą „Watergate” Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, a to samo SDP przyznało tytuł „Hieny Roku” Ralphowi Buechiemu, ówczesnemu szefowi działu międzynarodowego Ringier Axel Springer.

Przekręty na pożydowskim mieniu nie zraziły jednak polskich władz i futrowanie środowisk żydowskich trwało w najlepsze, czego ukoronowaniem było powstanie muzeum POLIN na budowę którego podatnicy wyłożyli ponad 300 mln. zł., zaś MKiDN co roku dofinansowuje placówkę kwotą 8,9 mln. zł. Warto dodać, że polskie państwo nie ma de facto nic do powiedzenia jeśli chodzi o profil i oblicze ideowe finansowanej przez siebie instytucji, bowiem jej statut zakłada równoprawność trzech współtworzących ją podmiotów – Żydowskiego Instytutu Historycznego, Miasta Stołecznego Warszawy oraz Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego, co w obecnych realiach politycznych oznacza zawsze stosunek głosów 2:1 na niekorzyść strony rządowej. Wskutek powyższego, muzeum POLIN szybko okazało się ogólnoświatowym rozsadnikiem najczarniejszej, antypolskiej propagandy, imputując Polakom antysemityzm i współudział w Holocauście, a po wyborach w 2015 r. stało się otwarcie jednym z politycznych ośrodków opozycji wobec obecnej władzy. Znamienne, że w relacji ze spotkania Chodorowicz-Yazdgerdi, podkreślono stałe i bliskie kontakty amerykańskich przedstawicieli z muzeum POLIN – sami więc hodujemy sobie wrogą jaczejkę i agenturę wpływu.

Na marginesie, POLIN przytula co roku również miliony z tzw. funduszy norweskich, których głównym operatorem w Polsce jest Fundacja Batorego – przy aktywnym zaangażowaniu norweskich przedstawicieli dyplomatycznych. Żeby było zabawniej, fundusze norweskie płacone są przez kraje Europejskiego Obszaru Gospodarczego (Norwegia, Islandia, Liechtenstein) nie będące członkami Unii Europejskiej w ramach swoistej opłaty za dostęp do unijnego, w tym polskiego, rynku. Na pieniądzach tych w większości krajów naszego regionu trzymają łapę organizacje pozarządowe z sieci George'a Sorosa – i rozdzielają je zgodnie ze swymi ideologicznymi priorytetami. W latach 2017-2018 kontrolę nad funduszami usiłował przejąć min. Gliński chcąc, by polskim operatorem stało się Narodowe Centrum Rozwoju Społeczeństwa Obywatelskiego, ale poległ z kretesem i wszystko zostało po staremu.

Jednak rząd, niepomny na te doświadczenia, lekką ręką wyłożył 100 mln. zł. na renowację cmentarza żydowskiego na warszawskiej Woli (a gdzie są pieniądze gmin żydowskich ze sprzedaży przekazanych im nieruchomości? - że tak retorycznie zapytam w nawiązaniu do „Kadiszu za milion dolarów”). Mało tego, powstać mają dwie kolejne żydowskie placówki muzealne – Muzeum Getta Warszawskiego i Muzeum Chasydyzmu za łączną kwotę ok. 32 mln. zł. Nota bene, dyrektorem Muzeum Getta Warszawskiego jest Albert Stankowski – współtwórca i członek Rady Muzeum POLIN oraz Żydowskiego Instytutu Historycznego, co samo w sobie jest dość wymowne. Na stronach tworzonego muzeum próżno szukać statutu – nie wiadomo więc, jaki wpływ na jego funkcjonowanie będzie miał główny fundator, czyli polski rząd. Biorąc jednak pod uwagę dotychczasowy model „współpracy” idę o zakład, że polskie władze będą miały do powiedzenia tyle samo, co w przypadku POLIN i rola państwa ograniczy się do sponsoringu z publicznych pieniędzy.


III. Polska żydowską skarbonką

Podsumowując, Żydzi i ich organizacje cieszą się u nas jakimś nadzwyczajnym, niemal eksterytorialnym statusem świętych krów, których nikt nie waży się w żaden sposób kontrolować, a polskie państwo pełni dla nich wyłącznie rolę skarbonki, do której dorzuca się podatnik. Czy można się więc dziwić, że widząc naszą uległość na tym i innych polach (rejterada ws. nowelizacji Ustawy o IPN), dociskają nas do ściany? Skoro trafili frajera – to niech frajer płaci, proste. Na domiar złego, rządzący albo mają zakazane, albo nie chcą informować opinii publicznej o naszej rzeczywistej sytuacji – z jednej strony ze strachu przed pogorszeniem relacji z naszymi „strategicznymi sojusznikami”, a z drugiej w obawie, że nakręci to opozycję po prawej stronie. Tak kończy się uprawianie „bezalternatywnej” polityki. Co gorsza, różni medialni zagończycy z bliskich władzy, upartyjnionych mediów usiłują dezawuować protesty przeciw „ustawie 447” prezentując je jako niemal „agenturalną” dywersję. Krótko mówiąc, sami się podkładamy.

Odwrotnie postępują Niemcy, które w obliczu roszczeń odszkodowawczych za ludobójstwo w Namibii, okupację Grecji czy Polski, twardo stoją na stanowisku, że wszystko już dawno zostało rozstrzygnięte i żadnych pieniędzy nie zapłacą – co z miejsca ustawia poprzeczkę na zupełnie innej wysokości. Która metoda jest skuteczniejsza, pozostaje pytaniem retorycznym.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Na krótkiej smyczy

Gra o bilion złotych II

„Ustawa 447”, czyli ofensywa „holocaust industry”

Gra o bilion złotych

Hieny cmentarne z „holocaust industry”

Miliardy do Izraela

Miliardy do Izraela – ciąg dalszy

Miliardy do Izraela – eureka!

Finansowe HEART Izraela


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 18 (30.04-09.05.2019)

niedziela, 28 kwietnia 2019

Na krótkiej smyczy

Oczekuję od rządu jednoznacznej deklaracji, że nie wprowadzi pod żadnym pozorem zmian legislacyjnych umożliwiających realizację bezprawnych żydowskich roszczeń.

I. „Definitywne rozwiązanie kwestii restytucji”

W ubiegłym tygodniu sporo zamieszania (głównie w internecie, bo media tradycyjne milczały jak zaklęte) wywołała notatka ze spotkania ambasadora Jacka Chodorowicza z przedstawicielem amerykańskiego Departamentu Stanu Thomasem K. Yazdgerdim. Nie bez powodu, gdyż dokument ujawniony przez znanego publicystę Stanisława Michalkiewicza jasno pokazuje, że w sprawie majątkowych roszczeń organizacji żydowskich Polska trzymana jest na bardzo krótkiej smyczy. Przypomnę na początek w czym rzecz (informacje za treścią notatki opublikowaną na stronach internetowych „Najwyższego Czasu”). Ambasador Jacek Chodorowicz jest pełnomocnikiem ministra spraw zagranicznych ds. kontaktów z diasporą żydowską, zaś Thomas K. Yazdgerdi jest jego amerykańskim odpowiednikiem, stojącym na czele delegacji USA przy International Holocaust Remembrance Alliance (IHRA, Międzynarodowy Sojusz na rzecz Pamięci o Holocauście). Do spotkania doszło 25 października 2018 r. - i jak wynika z relacji, Thomas K. Yazdgerdi sformułował w jego trakcie szereg jednoznacznych i daleko posuniętych oczekiwań wobec Polski. Otóż w związku z uchwaleniem przez amerykański Kongres ustawy JUST Act (tzw. ustawa 447/1226), zobowiązującej Sekretarza Stanu do monitorowania kwestii zwrotu pożydowskiego mienia (w tym również „mienia bezdziedzicznego”) oraz dorocznego raportowania Kongresowi postępów w tej materii, amerykański wysłannik oznajmił, iż oczekuje od strony polskiej, by ta „w konkretny sposób posunęła kwestię restytucji do przodu.

T. K. Yazdgerdi podkreślił, iż zdaje sobie sprawę z polskich uwarunkowań politycznych – szczególnie tego, że na jesieni 2019 r. odbędą się wybory parlamentarne. Z drugiej strony jednak przypomniał, że wg JUST Act termin przedstawienia raportu przez Sekretarza Stanu przypada na październik 2019 r., dodając przy tym, że kadencja obecnego sekretarza (Mike'a Pompeo) upływa już w sierpniu 2019 r. i w związku z tym będzie on chciał ukończyć prace nad raportem jeszcze przed tą datą. Biorąc to pod uwagę, Yazdgerdi zarysował wprawdzie ogólny „horyzont czasowy” na 2019 rok, lecz jednocześnie nalegał, by konkretne efekty działań strony polskiej pojawiły się nie tylko przed wyborami, lecz również zanim raport Sekretarza Stanu zostanie przekazany do odpowiednich komisji Kongresu. Wynika z tego zatem, że pierwszy postawiony przed nami deadline przypada na sierpień tego roku – tak, by Mike Pompeo mógł się pochwalić przed Kongresem jakimiś namacalnymi dokonaniami.

Co do tego momentu mielibyśmy zrobić? Przede wszystkim przystąpić do rokowań z organizacjami żydowskimi, głównie w kwestiach finansowych, co miałoby na celu „ustalenie konkretnych kwot możliwych rekompensat, które, jego zdaniem, mogą mieć częściowy charakter”. Określone jest to w dokumencie jako „przystąpienie przez stronę polską do procesu prowadzącego do definitywnego rozwiązania kwestii restytucji”. Amerykanie na tym etapie nie oczekują jeszcze od nas działań legislacyjnych, uważają natomiast za możliwe „konkretne rozmowy i działania nie mające wymiaru publicznego i formalnego”. Z powyższego płynie wniosek, że pora na „publiczne i formalne” działania legislacyjne ma przyjść po jesiennych wyborach do Sejmu i Senatu.


II. W szponach „holocaust industry”

Tym samym potwierdziły się obawy, że ustawa 447 nie została bynajmniej uchwalona „sobie a muzom”, lecz stanowi narzędzie obligujące amerykańską administrację do wywierania na Polskę nacisków w kwestii zaspokojenia wymuszeń rozbójniczych żydowskich organizacji spod znaku „holocaust industry”. Na dodatek, po stronie polskiej najwyraźniej nie ma politycznej woli, by owym bezpodstawnym roszczeniom się przeciwstawić. Świadczy o tym postawa ambasadora Chodorowicza, który w żadnym momencie rozmowy nie zdecydował się na wyartykułowanie jakiegokolwiek sprzeciwu – ograniczył się jedynie do poinformowania T. K. Yazdgerdiego, iż polskie MSZ przygotowało „Białą Księgę” odnośnie „problematyki mienia przejętego przez Polskę po II wojnie światowej oraz niektórych działań związanych z zadośćuczynieniem i upamiętnieniem ofiar wojny”, która ma prezentować nas w „zasadniczo dobrym” świetle. Innymi słowy – nie bijcie, robimy co możemy. Co więcej, aktywnie kooperujemy, bowiem Yazdgerdi powołał się na wcześniejszą rozmowę z wicemarszałkiem Senatu Adamem Bielanem, który zaznaczył, iż „kwestie restytucyjne wymagają odpowiedniego przygotowania politycznego - a częścią owych przygotowań ma być zmiana postrzegania spraw restytucyjnych jako dotyczących wyłącznie Żydów i mienia żydowskiego, podczas gdy obejmują one znacznie szersze grono osób. Czyli, nawet nie śmiemy podważać samej zasadności roszczeń – zastanawiamy się już tylko jak przeprowadzić całą operację, tak by zminimalizować straty polityczne.

Postawę cytowanego w notatce Adama Bielana warto zapamiętać, gdyż rzuca ona światło na sposób w jaki „restytucja” zostanie przeprowadzona. Najprawdopodobniej po jesiennych wyborach w przypadku wygranej PiS zostanie przedstawiona „kompleksowa” ustawa reprywatyzacyjna – rzecz generalnie słuszna, tyle, że w gąszczu szczegółowych przepisów zostaną poukrywane różne „zatrute cukierki”, umożliwiające wypłatę rekompensat nie tylko prawnym spadkobiercom, lecz również odszkodowań za „mienie bezdziedziczne”. Całość zostałaby przedstawiona i procedowana tak, by nikt się nie zorientował w rzeczywistym charakterze ustawy, dopóki nie będzie za późno. W rezultacie, zaspokojenie bezprawnych roszczeń hien cmentarnych do nie przysługującego im mienia odbędzie się w ramach ogólnej reprywatyzacji. Nie dziwi więc, że Yazdgerdi podczas rozmowy ostro skrytykował projekt ustawy Patryka Jakiego, ograniczający grono uprawnionych do obywateli polskich i to spośród kręgu najbliższych spadkobierców – stanowiłaby ona bowiem tamę dla żydowskich roszczeń. Równie symptomatyczne jest, że strona polska po wrzaskach organizacji restytucyjnych schowała tę ustawę do szuflady.

Podobnych, bulwersujących „smaczków” jest w rozmowie więcej – np. Yazdgerdi uznał, że propozycja wypłaty 20 proc. wartości utraconego mienia wydaje mu się „konstruktywna”. Policzmy. Światowa Organizacja Restytucji Mienia Żydowskiego wystosowała w sierpniu 2018 r. pismo do Ministerstwa Finansów, w którym oceniała wartość pożydowskiego majątku na 330 mld. dol. Dwadzieścia procent od tej sumy daje... 66 mld. dolarów – czyli niemal dokładnie kwotę przewijającą się od lat w kontekście żydowskich roszczeń.


III. Żadnych negocjacji!

Biorąc powyższe pod uwagę, wiemy już dlaczego Mike Pompeo podczas niesławnego szczytu bliskowschodniego w Warszawie wezwał Polskę, do „kompleksowego” uregulowania sprawy zwrotu mienia. To nic innego, jak pokłosie omawianego tu spotkania i konieczności złożenia raportu przed Kongresem. Wiemy również, dlaczego stojący obok minister Czaputowicz nie zareagował ani słowem. Równie charakterystyczna jest reakcja czynników rządowych i okołorządowych na ujawnioną notatkę. Usłyszeliśmy jedynie tradycyjne zapewnienia, że „ustawa 447” nie rodzi w Polsce skutków prawnych i nie jest też źródłem prawa międzynarodowego – w związku z tym, na obecnym gruncie prawnym wypłata odszkodowań za mienie bezspadkowe jest niemożliwa. Tyle, że nie w tym rzecz. Cały amerykańsko-żydowski dyktat sprowadza się bowiem do tego, byśmy dostosowali nasze prawo do wymogów JUST Act! Dlatego nie oczekuję od rządu PiS deklaracji co do obecnego prawa. Oczekuję natomiast od rządu publicznej, twardej, stanowczej i jednoznacznej deklaracji, że nie wprowadzi pod żadnym pozorem zmian legislacyjnych umożliwiających realizację bezprawnych żydowskich roszczeń – a także, że nie będą w tej sprawie podejmowane żadne rozmowy i negocjacje, nie wspominając już o jakichkolwiek zobowiązaniach.

A swoją drogą, warto będzie w sierpniu przyjrzeć się raportowi złożonemu w Kongresie przez sekretarza Mike'a Pompeo. Coś mi mówi, że będziemy mogli się dowiedzieć z niego więcej, niż od własnego rządu.

Gadający Grzyb


Na podobny temat:

„Ustawa 447”, czyli ofensywa „holocaust industry”

Gra o bilion złotych

Hieny cmentarne z „holocaust industry”

Miliardy do Izraela

Miliardy do Izraela – ciąg dalszy

Miliardy do Izraela – eureka!

Finansowe HEART Izraela


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 17 (26-29.04.2019)

czwartek, 21 marca 2019

Sojusznik czy lokaj?

W relacjach z USA zachowujemy się jak Ignacy Rzecki z „Lalki” ślepo wierzący w bonapartyzm – z tym, że to, co u starego subiekta było nieszkodliwym dziwactwem, my podnieśliśmy do rangi racji stanu.

I. Katastrofa

Trzeba powiedzieć sobie jasno: konferencja bliskowschodnia, która odbyła się 13-14 lutego w Warszawie okazała się z naszego punktu widzenia katastrofą. Zaczęło się już od zaanonsowania imprezy – przypomnijmy, że zrobił to, urągając jakimkolwiek standardom, amerykański sekretarz stanu Mike Pompeo podczas swojego tournée po krajach Bliskiego Wschodu. Wizytując Egipt oznajmił 11 stycznia w wywiadzie dla Fox News, iż „Stany Zjednoczone zorganizują międzynarodowy szczyt poświęcony sytuacji na Bliskim Wschodzie, w tym w szczególności roli, jaką pełni w regionie Iran”. Naszemu MSZ zostało tylko potwierdzenie tej informacji, a wspólne oficjalne stanowisko rządów USA i Polski ukazało się dopiero dwa dni później – ewidentnie podyktowane chęcią zatuszowania faux pas. Tak więc, zostaliśmy już na starcie ustawieni w dziwacznej roli „gospodarza” szczytu, którego organizatorem był kto inny. Potem zaczęło się gorączkowe zabieganie o udział gości i szczebel dyplomatyczny, jaki będą reprezentowali. Skutki były do przewidzenia – Europa, tocząca pod niemiecko-francuskim przywództwem zimną wojnę z Waszyngtonem, przysłała swój drugi garnitur, co nie dziwi, zważywszy, że kraje UE są za podtrzymaniem zerwanego przez Trumpa porozumienia nuklearnego z Iranem.

Na reakcję Iranu nie trzeba było długo czekać. Szef tamtejszego MSZ Javad Zarif wypomniał nam schronienie, udzielone przez jego kraj 150 tys. polskich uchodźców z ZSRR podczas II wojny światowej i napiętnował „antyirański cyrk”. W podobnym tonie wypowiadał się ambasador Iranu w Polsce, zaś nasz charge d'affaires w Teheranie został wezwany na dywanik, by wysłuchać ostrego protestu, w którym padły sformułowania o „akcie wrogości wobec Iranu” i możliwości „działań odwetowych”. W ten prosty sposób zrobiliśmy sobie wroga z kraju, z którym mieliśmy dotąd co najmniej poprawne stosunki. Polska dyplomacja podjęła wprawdzie rozpaczliwą akcję przekonywania, że szczyt nie będzie miał wydźwięku antyirańskiego, ale było to jedynie zaklinanie rzeczywistości – tym bardziej, że jak się szybko okazało, nie mieliśmy jako nominalny „gospodarz” najmniejszego wpływu na agendę podejmowanych tematów oraz brzmienie składanych podczas spotkania deklaracji.


II. Festiwal poniżenia

To było jednak tylko preludium do prawdziwej wizerunkowo-politycznej klęski, do jakiej doszło na samym szczycie. Aż wstyd to przypominać – jednak trzeba, bo takiego natężenia impertynencji nie przerabialiśmy od czasu sprawy nowelizacji ustawy o IPN. Najpierw dziennikarka stacji MSNBC Andrea Mitchell, zapowiadając wizytę wiceprezydenta Mike'a Pence'a pod pomnikiem Bohaterów Getta obwieściła amerykańskim widzom, że powstańcy w getcie walczyli przeciw „polskiemu i nazistowskiemu reżimowi”. Niby logiczne – skoro obozy koncentracyjne były „polskie”, a podczas wojny „Polacy mordowali Żydów”, to musiał nad tym wszystkim sprawować pieczę jakiś „polski reżim”. Dodajmy, że Andrea Mitchell to nie jest jakaś pierwsza lepsza dziennikareczka, lecz osoba, która zjadła zęby na obsłudze medialnej amerykańskiej administracji. Prywatnie ma tzw. „słuszne” korzenie i jest żoną samego Alana Greenspana, byłego potężnego szefa FED – czyli funkcjonuje w ścisłym amerykańskim establishmencie. Trudno sądzić, żeby nie wiedziała co mówi – dlatego też nie sposób potraktować poważnie jej wymuszonych przeprosin, bo do ilu widzów one dotarły? Przekaz o „polskim reżimie” poszedł w świat. Oczywiście, pani Mitchell nie została wydalona jako persona non grata. Przełknęliśmy przeprosiny i uznaliśmy, że nic się nie stało.

Jakby tego było mało, swoje do pieca dołożył sekretarz stanu Mike Pompeo, podając nam za wzór do naśladowania zmarłego niedawno stalinowskiego zbrodniarza i ubeka Franka Blajchmana – podczas wojny członka „partyzanckiej” bandy rabunkowej walczącej z AK, a po wojnie nadzorcę komunistycznych obozów i więzień w kieleckim WUBP. Blajchman w 1951 r. wyemigrował do USA, gdzie został deweloperem, a w 2009 r. opublikował kłamliwe pamiętniki szkalujące Polaków i Armię Krajową. Tu już ze strony amerykańskiej nie doczekaliśmy się nawet sprostowania i zdawkowych przeprosin. Na tej samej konferencji Pompeo zażądał od nas uchwalenia ustawy zaspokajającej żydowskie żądania majątkowe, ignorując fakt, że kwestia ta została uregulowana umową indemnizacyjną z 1960 r., na mocy której wszelkie roszczenia wziął na siebie rząd USA w zamian za wypłacone przez PRL „ryczałtem” 40 mln. dolarów. Stojący obok minister Czaputowicz nie zareagował nawet słowem. Z kolei wiceprezydent Pence poruszał się po Warszawie limuzyną przyozdobioną polską flagą z godłem i złotą obwódką – wbrew ustawie o barwach narodowych, bo wersja flagi z godłem przysługuje jedynie polskim instytucjom.

Skoro można – to można. Z okazji skorzystał izraelski premier Benjamin Netanjahu, mówiąc w wywiadzie dla „Jeruzalem Post”: „Jestem tutaj i mówię, że Polacy kolaborowali z nazistami. Znam historię i niczego nie wybielam. Podnoszę tę kwestię. Po tych słowach zaczęła się istna tragifarsa – Netanjahu odesłał dopytujących go dziennikarzy do rzecznika prasowego, po czym nastąpiły korowody kolejnych „wyjaśnień” i „sprostowań”. Dowiedzieliśmy się, że „Jeruzalem Post” „zmanipulował” wypowiedź (gazeta zaprzeczyła, choć słowo „kolaboracja” „złagodziła” na „kooperacja”), aż w końcu stanęło na oświadczeniu ambasady Izraela, że ich premierowi chodziło o „Polaków”, a nie o polskie państwo czy polski naród. Strona polska po początkowych wahaniach zareagowała obniżeniem rangi delegacji na mający się odbyć w Izraelu szczyt Grupy Wyszehradzkiej (zamiast premiera Morawieckiego polecieć miał min. Czaputowicz). Trzeba było dopiero kolejnych wypowiedzi p.o. szefa izraelskiego MSZ Israela Kaca (m.in. o wysysaniu przez Polaków antysemityzmu z mlekiem matki), by premier Morawiecki odwołał udział Polski w szczycie V4, co ostatecznie doprowadziło do anulowania całej imprezy.

Krótko mówiąc, zostaliśmy przeczołgani na wszelkie możliwe sposoby. Amerykanie zaprosili sobie do nas gości, po czym nas skopali i zażądali kasy dla Żydów. Nie byliśmy na tej imprezie nawet nominalnymi gospodarzami – bo gospodarzy traktuje się z szacunkiem. Byliśmy co najwyżej lokajami – spotwarzanymi, obrażanymi i poniewieranymi na każdym kroku. Pozostali goście natomiast w najlepszym razie nas ignorowali, a w najgorszym – jak Netanjahu – dokładali swoją porcję zniewag.


III. Miejsce w szeregu

Rzecz jasna, powyższe nie wynika z jakichś sadystycznych zapędów USA oraz Izraela, a już z pewnością nie z ignorancji sekretarza Mike'a Pompeo czy Andrei Mitchell. Jest to precyzyjne i dosadne pokazanie nam miejsca w szeregu. Benjamin Netanjahu ni mniej, ni więcej, tylko wysadził w powietrze wynegocjowane pod czujnym okiem Mossadu wspólne oświadczenie historyczne premierów Polski i Izraela z czerwca 2018. Takie są skutki naszej rejterady w sprawie nowelizacji Ustawy o IPN. Swoją drogą, w udzielonym jeszcze przed warszawską konferencją wywiadzie dla tygodnika „Sieci” Jarosław Kaczyński polsko-izraelską deklarację nazwał „naszym naprawdę ogromnym sukcesem, co niektórzy w końcu zaczynają doceniać” - dziś brzmi to, niczym ponury żart.

Z kolei Amerykanie, którzy obecnie mają bodaj najbardziej prożydowską i proizraelską administrację w swojej historii jasno pokazali, że „ustawa 447” (JUST Act) będzie konsekwentnie realizowana. Tak się składa, że ustawa ta nakłada na Sekretarza Stanu obowiązek monitorowania postępów w jej realizacji – i jak widać, Mike Pompeo w pełni się do tego stosuje. To tyle, jeśli chodzi o zapewnienia, że „nikt nie będzie dyktował nam ustaw”. Nie oszukujmy się – ani zachowanie Pompeo, ani słowa Mitchell nie były przypadkiem. Jest to realizowana na zimno linia poniżania Polski na arenie międzynarodowej, która będzie kontynuowana dopóki nie zaczniemy płacić – zgodnie zresztą z zapowiedzią wygłoszoną przez Israela Singera w 1996 r. na zjeździe Światowego Kongresu Żydów („Jeżeli Polska nie spełni roszczeń Żydów, będzie publicznie atakowana i upokarzana na forum międzynarodowym”). Tak się załatwia wymuszenia rozbójnicze. Na domiar złego, obecny rząd pod naciskiem „holocaust industry” wyrzucił do kosza ustawę reprywatyzacyjną Patryka Jakiego, co musiało zostać odebrane, jako kolejny przejaw naszej słabości.

Cóż, trudno się Amerykanom dziwić, skoro do tej pory nie wykazywaliśmy we wzajemnych relacjach nawet śladu asertywności. Symptomatyczne są tu nasze reakcje na impertynenckie wyskoki ambasador Mosbacher, zachowującej się niczym nadzorca zamorskiej kolonii. Przypomnijmy, że prócz skandalicznego listu do premiera Morawieckiego i obrony TVN-u, pańcia ta zasłynęła agresywnym lobbyingiem na rzecz podatkowego uprzywilejowania amerykańskich firm, dopuszczenia na polski rynek Ubera, wpisania produktów amerykańskich firm farmaceutycznych na listę leków refundowanych, przekazania dokumentów IPN do Muzeum Holocaustu w Waszyngtonie i żądaniem wglądu do interesujących ją projektów ustaw. Wszystko zaś w atmosferze szantażu i pod groźbą „pogorszenia stosunków”. Pompeo poszedł po prostu o krok dalej.


IV. Antyirański cyrk

Wracając do samej konferencji bliskowschodniej. Zgodnie z przewidywaniami, był to faktycznie „antyirański cyrk”, na którym możemy tylko stracić. Padły jednoznacznie agresywne wypowiedzi przedstawicieli USA i Izraela, dla których szczyt stał się okazją do zmontowania antyirańskiej koalicji – i taki też był jego jedyny cel. Wprost mówiono o „konfrontacji” („Nie można osiągnąć stabilności na Bliskim Wschodzie bez skonfrontowania się z Iranem” – M. Pompeo), czy wręcz „wojnie”, wskazując Iran jako jedyną przyczynę „zagrożenia dla pokoju i bezpieczeństwa na Bliskim Wschodzie” (M. Pence, B. Netanjahu). Jako formalny gospodarz nie mieliśmy na tę konfrontacyjną retorykę najmniejszego wpływu. Pod naciskiem znalazły się tu przybyłe kraje regionu (Arabia Saudyjska, Bahrajn, Izrael, Jemen, Jordania, Kuwejt, Maroko, Oman, Zjednoczone Emiraty Arabskie, Egipt, Tunezja). Fakt, przynajmniej dla części z nich wzrost lokalnej potęgi Iranu rzeczywiście może być niebezpieczny – ale co nam do tego? Po co był nam potrzebny ten antyirański sabat? Jakie mieliśmy z Iranem kwestie sporne, by angażować się w tę hecę? No i najważniejsze pytanie – czy szczyt miał na celu wywarcie jedynie politycznej presji na reżim ajatollahów, czy też obserwowaliśmy przygotowania do wojny? Jeżeli to drugie, wówczas należy powiedzieć jasno – to nie jest nasza wojna i nie nasz interes. Choćby dlatego, że taka wojna jest nie do wygrania – tu zachodzi jednak obawa, że USA i Izraelowi wystarczy tylko rozwalenie Iranu na podobieństwo Iraku. Konsekwencje, w postaci kolejnej wielomilionowej fali migrantów, spadną zaś na Europę – w tym również i na nas.

Na powyższe nakładają się kwestie gospodarcze – wspomniane na wstępie porozumienie nuklearne z Iranem sprowadzało się bowiem do prostego mechanizmu: Iran w zamian za ograniczenie swych atomowych ambicji zyskiwał możliwość handlu ze światem i wyrwania się z międzynarodowej izolacji. Tymczasem Donald Trump zagroził sankcjami państwom, które wbrew USA robiłyby interesy z Iranem, na co Unia Europejska zareagowała zapowiedzią stworzenia alternatywnego systemu rozliczeń międzynarodowych wobec kontrolowanego przez Amerykanów SWIFT (w ubiegłym roku SWIFT pod amerykańskim naciskiem odłączył irańskie banki). Tu warto dodać, że Stany Zjednoczone sankcje te traktują dość wybiórczo i udzielają niektórym krajom (np. Irakowi) swoistych „koncesji” na kupno irańskich surowców. Pytanie retoryczne - czy Polska przy okazji przygotowań do szczytu o taką zgodę w ogóle się starała, czy też przyjęliśmy amerykańską inicjatywę bez zbędnych pytań, zadowalając się poklepywaniem po plecach i możliwością napawania się kolejnym „dyplomatycznym sukcesem”? A tak się składa, że irańska ropa by się nam przydała w kontekście surowcowego uzależnienia od Rosji. Jeśli więc podnoszone jest, że i tak nie mamy na Bliskim Wschodzie poważnych interesów, to odpowiedź na takie dictum brzmi – owszem, ale moglibyśmy mieć.

Dziś oczywiście próżno już o tym marzyć – zgodziliśmy się na firmowanie własną twarzą antyirańskiej hecy za darmo, relacje z Teheranem mamy zabagnione na długie lata i nawet gdyby USA w przypływie wspaniałomyślności zezwoliły nam łaskawie na handel z Iranem, to trudno liczyć na przychylność perskiego rządu. Ot, kolejny interes, który złożyliśmy na ołtarzu „bezalternatywnego sojuszu”.


V. Kartoflana kolonia

No właśnie, na koniec kilka słów o istocie stosunków polsko-amerykańskich. Z pewnością nie jest to sojusz. Jest to relacja lokajsko-wasalna w której zgadzamy się na wszystko, mamieni wizją „Fortu Trump” i budowania pod amerykańskim patronatem potęgi Trójmorza. Dziś można już chyba postawić tezę, że żaden „Fort Trump” w Polsce nie powstanie – bo i po co, skoro Waszyngton i tak dostaje od nas cokolwiek zażąda za darmo? Zwiększenie amerykańskiego kontyngentu próbowała nam obiecać ambasador Mosbacher (bo co jej szkodzi), ale z miejsca spotkała się ze stanowczym dementi Pentagonu. „Fort Trump” to marchewka zawieszona na sznurku (podobnie jak obietnica zniesienia wiz), byśmy bez szemrania szli tam, gdzie nas prowadzą. Natomiast do Trójmorza weszły sobie właśnie w najlepsze Niemcy, stawiając pod znakiem zapytania sens całego przedsięwzięcia. Przecież Stany Zjednoczone nawet nie miały gdzie zorganizować tej swojej konferencji – Europa Zachodnia jest przeciw nim, do Izraela i Waszyngtonu kraje arabskie by nie pojechały – a my, widząc to, nawet nie próbowaliśmy się targować. I tak ze wszystkim - podżyrowujemy w ciemno amerykańską politykę, pozwalamy się traktować czysto instrumentalnie i kupujemy za horrendalne pieniądze jakiś odpalany nam z łaski w śladowych ilościach szmelc bojowy bez transferu technologii i offsetu – z którego na dodatek nie możemy samodzielnie skorzystać, bo Amerykanie trzymają łapę na kodach. Teraz natomiast usłyszeliśmy, że mamy zerwać jakiekolwiek bardziej istotne relacje gospodarcze z Chinami. Jeżeli to ma być strategiczny sojusz, to ja dziękuję... może lepiej nie mieć żadnych sojuszy...

Sami zagnaliśmy się jednowymiarową polityką do kąta. A za „bezalternatywny sojusz” się płaci – i jego cena będzie wciąż rosła. Nie dostrzegamy przy tym, że USA dawno już przestały być państwem obliczalnym, ze stałymi priorytetami – a co za tym idzie, nie są wiarygodnym sojusznikiem, czy „opiekunem”. Dzieje się tak dlatego, że Ameryka słabnie - coraz dotkliwiej odczuwa syndrom „krótkiej kołdry” i zwyczajnie nie jest w stanie kontrolować przestrzeni od Europy do Pacyfiku. W pewnym momencie musi któryś z tych frontów odpuścić, by skoncentrować siły gdzie indziej. Przekonaliśmy się o tym na własnej skórze w momencie amerykańsko-rosyjskiego „resetu” wdrożonego przez tandem Barack Obama – Hillary Clinton, który na lata zepchnął nas do statusu niemiecko-rosyjskiego kondominium. I tak obijamy się w zaklętym trójkącie między „rusem, prusem a jankesem” w zależności od bieżącego układu zewnętrznych sił, wciąż niezdolni do prowadzenia dojrzałej, wielowektorowej polityki i wybicia się na podmiotowość. Póki co, Ameryka potrzebuje nas w charakterze zaplecza dla ukraińskiego frontu oraz do dyscyplinowania Niemiec i Rosji. My zaś nie tylko nie potrafimy tego wykorzystać, ale nie mamy też planu „B” gdy Waszyngton znów „przestawi wajchę”.

Obecnie, w relacjach z USA zachowujemy się jak Ignacy Rzecki z „Lalki” ślepo wierzący w bonapartyzm – z tym, że to, co u starego subiekta było nieszkodliwym dziwactwem, my podnieśliśmy do rangi racji stanu. Skończy się tak, że pójdziemy na wojnę z Iranem, zapłacimy Żydom 300 mld. dolarów – a prezes Kaczyński ogłosi kolejny „wielki sukces”. Na koniec zaś Amerykanie, gdy zmienią im się cele, zrobią kolejny „reset” i zostaniemy sami, niczym w tej chwili Kurdowie po wycofaniu się Waszyngtonu z Syrii. Mówiąc klasykiem – skazaliśmy się na „robienie laski” za mgliste obietnice i mrzonki. Warto tylko pamiętać, że postępując w ten sposób można co najwyżej skończyć w rynsztoku.

Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Mosbacher – go home!

Sojusznik czy wasal?

Czy Polskę stać na podmiotowość?

Polska-USA: zaufanie traci się tylko raz


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w miesięczniku „Polska Niepodległa” nr 04 (Marzec 2019)

wtorek, 26 lutego 2019

Konsekwencje rejterady

Należy głosić na cały świat, że Żydzi mają ręce unurzane po łokcie w polskiej krwi. I mają to robić przede wszystkim przedstawiciele polskiego rządu.


I. „Ogromny sukces”

Trudno dziś nie roześmiać się gorzko czytając wypowiedź Jarosława Kaczyńskiego z wywiadu udzielonego tygodnikowi „Sieci” jeszcze przed katastrofalną konferencją bliskowschodnią w Warszawie. Prezes rządzącej partii powiedział wtedy: „Zmiana premiera podyktowana była przede wszystkim wiarygodnymi sygnałami o nowej, wielkiej ofensywie przeciwko Polsce, i to o skali międzynarodowej. Chodziło o próby przypisania nam już nawet nie tylko »faszyzmu«, lecz wprost »hitleryzmu«, co na pewno nie było przypadkiem. Potrzebowaliśmy osoby, która byłaby w tej sferze skuteczna. Jeśli wziąć pod uwagę deklarację polsko-izraelską, będącą naszym naprawdę ogromnym sukcesem, co niektórzy w końcu zaczynają doceniać, były to oczekiwania dobrze ulokowane” (cyt. za wPolityce.pl). Jak widać, roszada na stanowisku szefa rządu na nic się zdała, bo też i zdać się nie mogła. Wiara w to, że personalna podmianka i jakieś ocieplenie wizerunkowe będzie w stanie powstrzymać rozpędzoną machinę polakożerstwa inspirowaną przez „holocaust industry” dowodzi w najlepszym razie naiwności. Gra toczy się o zbyt wielkie pieniądze i polityczne interesy, by strona przeciwna ot, tak sobie zrezygnowała z ataków, bo Polska wykazała się gestem dobrej woli i chęcią załagodzenia sporu. Przeciwnie – każde takie ustępstwo z naszej strony odczytywane było jako przejaw słabości i dowód na to, że wystarczy nas jeszcze trochę przycisnąć, jeszcze bardziej zmłotkować nienawistnym przekazem, byśmy w końcu ze szczętem położyli uszy po sobie i zaczęli sypać kasą.

Tak też odebrano naszą bezwarunkową kapitulację w kwestii wycofania się z art.55a Ustawy o IPN penalizującego próby przypisywania państwu bądź narodowi polskiemu odpowiedzialności za zbrodnie niemieckiej III Rzeszy. Wspólna deklaracja premierów Polski i Izraela z czerwca 2018 r. łaskawie przyznająca, że nie było „polskich obozów koncentracyjnych”, wynegocjowana w Wiedniu pod czujnym okiem Mossadu, była jedynie skromnym cukierkiem, mającym nam osłodzić gorycz porażki i pozwolić polskiemu rządowi zachować twarz przed elektoratem. Bezskutecznie zresztą – bo wbrew propagandzie sukcesu, ludzie jednak w znacznej mierze nie dali się na piękne słówka nabrać i słusznie uznali ekspresową „denowelizację” ustawy o IPN za upokarzającą rejteradę.


II. To nie kryzys, to rezultat

Dziś zbieramy konsekwencję owego „ogromnego sukcesu”. Obecna, kolejna już awantura na linii Polska-Izrael to, trawestując Kisiela, nie jest kryzys, tylko rezultat. Wystarczyło kilka dni, by w świat poszedł przekaz wpływowej amerykańskiej dziennikarki o „polskim reżimie” z którym walczyli powstańcy z getta i „Polakach kolaborujących z nazistami” (to z kolei Benjamin Netanjahu). Potem, po naszych rozpaczliwych interwencjach, nastąpiło tradycyjne mydlenie oczu – przeprosiny na które w świecie mało kto zwrócił uwagę i odwracanie kota ogonem, że „Bibi” nie powiedział tego co powiedział, a tak w ogóle, to został źle zrozumiany, bo chodziło mu o poszczególnych Polaków, a nie o polski naród czy państwo. Wszystko okraszone naciskami sekretarza stanu Mike'a Pompeo, byśmy wreszcie zalegalizowali żydowskie wymuszenie rozbójnicze („ustawa 447” zobowiązuje Departament Stanu do takich działań i Pompeo ten obowiązek, jak widać, wypełnia) i przyjęli w poczet bohaterów narodowych żydowskiego, ubeckiego oprawcę Franka Blajchmana.

Na koniec, żebyśmy nie mieli już żadnych wątpliwości, p.o. szefa izraelskiego MSZ Israel Kac (formalnie szefem MSZ jest Netanjahu) uraczył nas kolejnymi wykwitami oszczerczej arogancji. Najpierw zastępca Netanjahu w całej rozciągłości podtrzymał słowa swego pryncypała, podkreślając, iż „nie zapomnimy i nie wybaczymy” (polskiej „kolaboracji” z Niemcami), by na koniec obcesowo zażądać, byśmy się odfajkowali („Nikt nie będzie mówił nam, jak mamy się wypowiadać i jak upamiętniać naszych zmarłych”). Przywołanie sloganu o „Polakach wysysających antysemityzm z mlekiem matki” oraz dzień późniejsza wypowiedź „Antysemityzm był wrodzony u Polaków przed Holokaustem, podczas, i po nim też” były już tylko postawieniem kropki nad „i”.

Krótko mówiąc, ubiegłoroczna wspólna deklaracja przetrwała raptem 8 miesięcy i właśnie na naszych oczach została unieważniona – ba, spektakularnie wysadzona w powietrze.


III. Symetria i asertywność

Dlaczego izraelscy politycy zdecydowali się na taki krok? Bo uznali, że mogą – to raz. Pokazaliśmy jasno, że łatwo uginamy się pod naciskiem – szczególnie, jeśli ze strony naszego aktualnego protektora zza oceanu przyjdą wytyczne, że mamy wbrew wszystkiemu podtrzymywać fikcję „strategicznego sojuszu” i „dobrych relacji”. Tymczasem, nie ma żadnych „dobrych relacji”, ani tym bardziej „przyjaźni polsko-izraelskiej”. Izrael to w najlepszym razie „sojusznik naszego sojusznika” - i nic więcej. Po drugie – w Izraelu trwa kampania wyborcza i granie na antypolonizmie jest politycznie opłacalne, trafia do masowego elektoratu ukształtowanego przez edukacyjną obróbkę i medialną propagandę utrzymaną w duchu nienawiści do Polaków jako współwinnych holocaustu. Antypolonizm jest obecnie częścią izraelskiej tożsamości. Sami zresztą się do tego przyczyniliśmy haniebnymi przeprosinami za Jedwabne i wstrzymaniem ekshumacji, utrwalając jedynie przekonanie, że mamy coś na sumieniu. A skoro tak – to powinniśmy płacić, logiczne. Tak oto w imię podtrzymywania fikcji „przyjaźni”, zamalowaliśmy się do kąta.

W tej sytuacji decyzja premiera Morawieckiego o odwołaniu udziału polskiej delegacji w izraelskim szczycie Grupy Wyszehradzkiej (co poskutkowało oficjalnym anulowaniem całej imprezy, odbędą się jedynie dwustronne spotkania pozostałych państw V4) jest jedynym możliwym ruchem pozwalającym nam ocalić resztki godności. Agencja Reuters z miejsca oceniła, że jest to prestiżowa porażka Netanjahu, który przed kwietniowymi wyborami chciał się pokazać jako zręczny dyplomata, goszczący przyjazne Izraelowi kraje Europy Środkowej (mające stanowić przeciwwagę dla krytycznej wobec Izraela Europy Zachodniej). To pokazuje kierunek dla dalszych relacji z Izraelem. W skrócie można go określić w dwóch słowach – symetria i asertywność. Na zniewagi odpowiadać stanowczymi krokami dyplomatycznymi i wreszcie, na miłość Boską, przestać się bać formułować nasze stanowisko, bo ze słabymi tchórzami nikt się nie liczy. Przeciwnie – kładąc uszy po sobie jedynie prowokujemy kolejne ataki.


IV. Zmienić narrację!

Od tej pory winniśmy radykalnie zmienić naszą narrację w sferze publiczno-międzynarodowej. Trzeba wreszcie zacząć mówić o żydowskiej kolaboracji z komunistami. Przypominać o wydawaniu Polaków przez Żydów w ręce NKWD po sowieckiej agresji 17 września 1939 r. O żydowskich funkcjonariuszach sowieckiego aparatu represji i ich czynnym udziale w stalinowskim ludobójstwie. O nadreprezentacji Żydów w aparacie komunistycznego terroru, katowaniu i mordowaniu polskich patriotów. Generalnie – głosić na cały świat, że Żydzi mają ręce unurzane po łokcie w polskiej krwi. I mają to robić nie tylko historycy czy publicyści, lecz przede wszystkim przedstawiciele polskiego rządu – tak jak czynią to członkowie rządu i dyplomaci izraelscy. Oczekuję, że polski premier i polscy ministrowie przy każdej okazji będą przypominali żydowskie zbrodnie na Polakach (a wystarczy, że dziennikarz na konferencji prasowej zada odpowiednie pytanie – tak jak robią to izraelscy odpowiednicy). Potem można najwyżej sprostować, że miało się na myśli „poszczególnych Żydów”, a nie „państwo” czy „naród”...

Ale cóż marzyć o tym – właśnie czytam (info za DoRzeczy.pl) że Jarosław Kaczyński zwołał za plecami Morawieckiego pilną naradę, bo na PiS padł blady strach, że eskalacja konfliktu zaszkodzi partii w eurowyborach i pogorszy nasze relacje z USA... Ręce opadają. Panie prezesie – stanowcza postawa rządu jedynie przysporzy wam głosów, bo Polacy mają po dziurki w nosie rzucanych nam w twarz kalumnii. A i USA szanują jedynie tych, którzy szanują się sami. Czy Pan tego nie widzi?


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Bezwarunkowa kapitulacja

Sojusznik czy wasal?

Hieny cmentarne z holocaust industry

Ustawa 447 czyli ofensywa holocaust industry

Gra o bilion złotych

Zawsze jest z kim przegrać

Rejterada

Koniec złudzeń

Moratorium czyli uspokajactwo stosowane

Hucpa – reaktywacja

Ćwierć miliarda za nic

Nic tak nie gorszy, jak prawda

Jedwabne – czas prawdy

Koniec epoki „pedagogiki wstydu”

Lekcja ojkofobii

Antypolonizm sponsorowany


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 08 (22-28.02.2019)