Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ustawa 447. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ustawa 447. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 5 grudnia 2019

Zbrodniczy bezwstyd „holocaust industry”

Jak widać, żydowskiej organizacji żaden grosz nie śmierdzi. Tak oto zbrodnia „darczyńcy” płynnie sprzęgła się z bezwstydem przyjmującego.

I. „Polscy antysemici”

„Polska najbardziej antysemickim krajem świata” - zagrzmiały media w reakcji na opublikowane przez działającą w USA żydowską Ligę Przeciw Zniesławieniu (Anti-Defamation League – ADL) wyniki badań mających zmierzyć poziom antysemityzmu w poszczególnych krajach. Sondaże te prowadzone są od 1964 r. w różnych państwach świata (w Polsce poprzednio odbyły się w 2013 i 2015 r.), a tegoroczna edycja objęła 18 państw (głównie z Europy, ale też Kanadę, Brazylię, Argentynę i RPA). Przebadano łącznie nieco ponad 9 tys. osób – w Polsce było to dokładnie 510 respondentów odpytanych metodą wywiadu telefonicznego. Wyszło – o zgrozo – iż spośród ogółu dorosłych Polaków (prawie 31,5 mln.) aż 48 proc. „żywi postawy antysemickie”, co w przełożeniu na liczby bezwzględne oznacza ponad 15 mln. polskich antysemitów. Tuż za nami na podium uplasowały się RPA (47 proc.) i Ukraina (46 proc.), ponadto w porównaniu z 2015 r. odsetek antysemitów wzrósł u nas o 11 pkt. proc. (w tej konkurencji przebiła nas jednak Ukraina ze wzrostem o 14 pkt. proc.). Trzeba jednak dodać, iż jako „antysemitów” kwalifikowano jedynie tych, którzy udzielili nieprawidłowej odpowiedzi na przynajmniej 6 z 11 pytań, co czujnie wyłapał w wypowiedzi dla tygodnika „Polityka” dr hab. Michał Bilewicz z działającego na Uniwersytecie Warszawskim Centrum Badań nad Uprzedzeniami, który zasłużył się przeniesieniem na polski grunt badań nad „wtórnym antysemityzmem”: „A co z osobami, które na pięć pytań odpowiedziało twierdząco? Czy one nie mają poglądów antysemickich?”. Widać wyraźnie, że dr Bilewicz potraktowałby nas o wiele surowiej, zatem w zasadzie powinniśmy być nowojorskim Żydom z ADL wdzięczni za wyrozumiałość.


II. Pytania-pułapki

Prawdziwy cymes tkwi jednak w „pytaniach” zadawanych respondentom. Pozwolę je sobie przytoczyć, znakomicie bowiem obrazują one w jaki sposób wykrywa się „antysemityzm”. Otóż indagowanym nieszczęśnikom, którzy zgodzili się wziąć udział w sondażu zaprezentowano 11 stwierdzeń mających oddawać popularne „antysemickie stereotypy” wobec których należało się określić na zasadzie zero-jedynkowej („zgadzam się” lub „nie zgadzam”).

Oto one: 1) Żydzi są bardziej lojalni wobec Izraela (niż wobec państwa/państw, w których mieszkają); 2) Żydzi mają za dużo władzy w światowym biznesie; 3) Żydzi mają za dużo władzy na międzynarodowych rynkach finansowych; 4) Żydzi wciąż za dużo mówią o tym, co się im przydarzyło podczas Holokaustu; 5) Żydzi nie dbają o innych, tylko o samych siebie; 6) Żydzi mają zbyt wiele kontroli nad sprawami świata; 7) Żydzi mają zbyt wiele kontroli nad rządem Stanów Zjednoczonych; 8) Żydzi uważają, że są lepsi od innych; 9) Żydzi mają zbyt wiele kontroli nad światowymi mediami; 10) Żydzi są odpowiedzialni za większość światowych wojen; 11) Ludzie nienawidzą Żydów z powodu ich zachowania.

Już na pierwszy rzut oka widać, że są to klasyczne pytania-pułapki, na które nie sposób „dobrze” odpowiedzieć. Weźmy chociażby kwestie odnoszące się do świata mediów, polityki, biznesu i finansów – jeżeli potwierdzisz, że Żydzi mają w tych sferach nieproporcjonalnie duże wpływy, jesteś „antysemitą”; jeśli zaprzeczysz – nie zostaniesz wprawdzie uznany za „antysemitę”, lecz jednocześnie wystawisz sobie świadectwo kretyna lub... tchórzliwego oportunisty. Ano właśnie – nikt nie jest w stanie zbadać szczerości tych, którzy wyczuwszy pułapkę, na wszelki wypadek odpowiadali „słusznie”, wbrew sobie i świadectwu własnych oczu, byle tylko zadowolić pytającego i uniknąć odium „żydożercy”. Tyczy się to w szczególności obywateli krajów Europy Zachodniej, tresowanych w politycznej poprawności znacznie dłużej od nas – idę o zakład, że większość z nich odpowiadała właśnie zgodnie z oczekiwaniami – ewentualnie, wieloletnie pranie mózgów doprowadziło u nich do wyrobienia odruchu „dwójmyślenia” i wyparcia ze świadomości niewygodnych obserwacji. Tylko tak jestem w stanie wytłumaczyć sobie zdumiewająco niski poziom „antysemityzmu” w państwach tak „przyjaznych” Żydom jak współczesna Francja (17 proc.) czy Niemcy (15 proc.). Przypominam, że są to kraje, w których odradza się Żydom dla ich własnego bezpieczeństwa chodzenie po ulicy w kipach, a na porządku dziennym są napaści na synagogi, żydowskie sklepy czy dewastowanie kirkutów. Na tym tle, paradoksalnie, wypadamy całkiem przyzwoicie – jeszcze nie ogłupiła nas tolerancjonistyczna propaganda, jeszcze nie pozwoliliśmy sobie zakneblować ust i generalnie nie obawiamy się mówić tego, co naprawdę myślimy.


III. Zbrodnia i bezwstyd

Pewnym echem w związku z badaniem odbiła się dość bulwersująca ciekawostka: otóż głównym sponsorem jest niemiecki koncern Volkswagen, o czym ADL „z wdzięcznością” zawiadamia na swej stronie internetowej. Firma ta została założona przez Ferdinanda Porsche („nadwornego konstruktora III Rzeszy”) na osobiste życzenie Hitlera, który zapragnął „samochodu ludowego” (tak narodził się słynny „garbus”). Nie ma to jak „wypucować się” ze zbrodniczej przeszłości stosunkowo tanim kosztem. Jak widać, żydowskiej organizacji żaden grosz nie śmierdzi. Tak oto zbrodnia „darczyńcy” płynnie sprzęgła się z bezwstydem przyjmującego.

A skoro doszliśmy do pieniędzy. W oczywisty sposób tego typu badania posłużyć mają za kolejną podkładkę dla roszczeń „holocaust industry”, którego częścią pracującą na odcinku propagandowym jest ADL. Powyższe zbiega się rzecz jasna ze słynną „Ustawą 447” obligującą rząd USA do wywierania presji na sygnatariuszy „Deklaracji Teresińskiej” - przede wszystkim Polskę – w kwestii wypłaty gigantycznych odszkodowań (rzędu 300 mld. USD) za tzw. mienie bezdziedziczne po ofiarach holocaustu, które po wojnie przypadło Skarbowi Państwa. Tu trzeba odnotować wyjątkowo przytomny głos publicysty Forum Żydów Polskich, Pawła Jędrzejewskiego, który wprost powiązał wyniki badań ADL właśnie ze sprawą roszczeń, nie pozostawiając na „samozwańczych spadkobiercach” z żydowskich organizacji suchej nitki („(...) przyjdą amerykańscy, żydowscy prawnicy – powiedzmy to wprost: rekiny! – i będą domagać się »mienia bezspadkowego«, mimo że nie są spadkobiercami zamordowanych, że nic ich nigdy z nimi nie łączyło. I w dodatku uzyskane pieniądze mogą wydawać w zasadzie dowolnie (...)”). Nieco dalej pada przestroga, iż domaganie się bezprawnych odszkodowań spowoduje „wzrost emocji antyżydowskich, wzrost emocji antypolskich, nienawiść i wszystkie konsekwencje takiego zjawiska”, co zostanie wykorzystane propagandowo („Hasło będzie proste: »żydowska własność nie może pozostać w rękach antysemitów«”). Nie sposób jedynie zgodzić się z tezą autora, iż fakt przejęcia przez polskie państwo pozostawionego mienia rodzi „dylematy moralne”. Otóż nie ma tu żadnego „dylematu moralnego”. Przede wszystkim, o czym mówi się dziwnie mało, mienie żydowskie zostało znacjonalizowane przez okupacyjne władze III Rzeszy. Powojenna Polska przejęła zatem majątek już uprzednio znacjonalizowany przez niemieckie państwo – a że Niemcy wymordowali całymi rodzinami tak właścicieli, jak i ewentualnych spadkobierców, to zwyczajnie nie było komu tych majątków zwrócić (podobnie zresztą, jak mienia pozostawionego przez 3 mln. zamordowanych etnicznych Polaków).


IV. Kolejne starcie z „holocaust industry”

Cóż, najwyraźniej musimy się przygotować na kolejny etap grillowania nas pod kątem wymuszeń rozbójniczych „przemysłu holocaust” wspieranego przez Waszyngton. Przygnębiające, że w tym starciu nie bardzo możemy liczyć nie tylko na chwiejnie zachowujące się polskie władze, ale również na Kościół, ze szczętem już chyba sterroryzowany „ekumenizmem” i ideologią „dialogizmu”. Oto kilka dni temu warszawski Dom Pielgrzyma Amicus wymówił salę Wojciechowi Sumlińskiemu, dr Ewie Kurek i Tomaszowi Budzyńskiemu – mieli promować książkę „Powrót do Jedwabnego” (wcześniej miejsca na spotkanie odmówiło także Katolickie Centrum Kultury „Dobre Miejsce”). Powód? W Kurii interweniowała warszawska Gmina Żydowska...

Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 48 (29.11-05.12.2019)

niedziela, 26 maja 2019

Pod-Grzybki 161

Na początek dobra wiadomość. Gejowska organizacja ILGA opublikowała ranking krajów UE sklasyfikowanych pod kątem promowania dewiacji. Polska (z wynikiem 18 pkt. na 100, wg zasady - im mniej punktów, tym lepiej) po raz drugi z rzędu zanotowała drugą pozycję wśród najbardziej „homofobicznych” państw, ustępując jedynie Łotwie. Srebrny medal cieszy, jednak nie wolno spocząć na laurach – zróbmy wszystko, by za rok sięgnąć wreszcie po złoto!


*

Widzieli kiedyś Państwo mandryla? To jest taka małpa z tyłkiem w kolorach tęczy. Przyszło mi do głowy, że nadaje się idealnie na symbol LGBTQWERTY obnoszony na gej-paradach - pasowałaby do tego towarzystwa jak ulał. Reszta lewaków może demonstrować pod sztandarami z tyłkiem pawiana. Bo czerwony.


*

Na gali 30-lecia „Wyborczej” Barbara Engelking zaliczyła „freudowskie przejęzyczenie”, nazywając „Gazetę Wyborczą” „gazetą żydowską” - zapominając jednak dodać, wzorem Stanisława Michalkiewicza, iż jest to „żydowska gazeta dla Polaków”. Ale najciekawsze nastąpiło później: otóż Engelking wytłumaczyła, iż to dlatego, że przyszła jej na myśl „Gazeta Żydowska” - pismo dla Żydów wydawane podczas okupacji w Generalnym Gubernatorstwie. Czy ja dobrze zrozumiałem, że Barbara Engelking przyrównała organ Michnika do okupacyjnej, żydowskiej gadzinówki? Uuu... grubo... ja tu widzę niezły antysemityzm!


*

Wstajemy z kolan. Znowu. Premier Morawiecki i prezes Kaczyński poodgrażali się trochę Żydom w sprawie roszczeń majątkowych, po czym tradycyjnie przestraszyli się własnej odwagi i zdjęli z porządku obrad Sejmu projekt Kukiz'15 sprzeciwiający się „ustawie 447”. Tym samym zachowali godną podziwu konsekwencję w wykonywaniu swojego ulubionego układu gimnastycznego: powstań – padnij, powstań – padnij – i tak w kółko. Słowem - stary, dobry PiS...


*

A tymczasem grupa amerykańskich kongresmanów zgłosiła postulat, by budowa „Fortu Trump” została uzależniona od spełnienia żydowskich roszczeń restytucyjnych. Wychodziłoby zatem, że za amerykańską bazę zapłacimy dwa razy – najpierw Amerykanom (bo zadeklarowaliśmy już chęć współfinansowania budowy), a potem, wielokrotnie więcej - Żydom. I tak oto, zamiast „Fortu Trump” będziemy mieli „Fort Netanjahu”.


*

A propos „ustawy 447”. Czy zastanawialiście się Państwo, dlaczego w latach 90-tych organizacje „holocaust industry” żądały od nas 60-65 mld. USD, a teraz już 300-330 mld.? Czyżby w międzyczasie przedwojenny majątek polskich Żydów uległ cudownemu rozmnożeniu? Moim zdaniem, wyjaśnienia są dwa: albo naliczyli nam karne odsetki, albo na przestrzeni tego okresu dolar uległ... pięciokrotnej dewaluacji! Ostatecznie, ci którzy wysuwają żądania restytucyjne najlepiej znają realną wartość amerykańskiej waluty – w końcu, sami ją „wypłukują z powietrza”, więc nie zadowolą się byle wydmuszkami i uaktualniają wartość roszczeń na bieżąco. Swoją drogą, chciałbym mieć podgląd na ten licznik – robiłbym wtedy na giełdzie geszefty lepsze od Sorosa!

Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 21 (24-30.05.2019)

niedziela, 19 maja 2019

Stanowczość popłaca

Nieoczekiwanie okazało się, że nawet w relacjach z naszym „hegemonem” opłaca się bardziej asertywna postawa - i oby był to trwały zwrot, a nie jedynie doraźna taktyka wyborcza.

Presja ma sens – tak można skomentować rozwój wypadków wokół żydowskich roszczeń majątkowych, o których ostatnio informowałem w felietonie „Gra o bilion złotych II”. Wówczas powodem do alarmu była upubliczniona przez Stanisława Michalkiewicza notatka z poufnego spotkania ambasadora Jacka Chodorowicza z wysłannikiem amerykańskiego Departamentu Stanu, Thomasem K. Yazdgerdim, podczas którego przedstawiciel USA domagał się, byśmy najpóźniej do jesieni 2019 r. porozumieli się „nieoficjalnie” z organizacjami żydowskimi w sprawie tzw. restytucji mienia – i, w domyśle, po najbliższych wyborach parlamentarnych przekuli zakulisowe ustalenia w odpowiednie rozwiązania prawne. W tle oczywiście przewijała się słynna „ustawa 447” (JUST Act) oparta o podpisaną w imieniu Polski przez Władysława Bartoszewskiego w 2009 r. „deklarację z Teresina”. Ustawa ta wprawdzie formalnie nie rodzi w Polsce bezpośrednich skutków, lecz stwarza Departamentowi Stanu możliwości wywierania politycznego nacisku na Polskę i inne kraje, by te „zalegalizowały” roszczenia we własnych systemach prawnych. Szczególne zaniepokojenie budziła, delikatnie mówiąc, chwiejna postawa strony polskiej: w żadnym momencie rozmowy nie padł jakikolwiek sprzeciw, więcej – dowiedzieliśmy się, że takich rozmów było więcej, padły nawet spekulacje odnośnie możliwości zaspokojenia roszczeń w 20 proc. - co wobec żądań opiewających na 300-330 mld. dolarów oznaczałoby kwotę 60-66 mld. USD.

Patrząc jednak na ostatnie tygodnie, można chyba zaryzykować ostrożne stwierdzenie, że coś powoli zmienia się na naszą korzyść – i jest to pozytywny efekt trwającej właśnie kampanii wyborczej do Parlamentu Europejskiego. W sprawie roszczeń bowiem, w jak mało której, kwestie prawno-finansowe przeplatają się z polityką. Zaczęło się od tego, że sprzeciw wobec JUST Act wzięli na swoje sztandary radykałowie z Konfederacji KORWIN-Braun-Liroy-Narodowcy, organizując protesty – najpierw w USA, a ostatnio (12 maja) w Warszawie, gdzie wg organizatorów demonstrowało 20 tys. uczestników. To z kolei najwyraźniej wymusiło na przedstawicielach PiS i rządu zajęcie zdecydowanego stanowiska. Usłyszeliśmy zatem stanowcze „nie” zarówno ze strony Jarosława Kaczyńskiego, jak i premiera Morawieckiego czy min. Brudzińskiego. Jest to wyraźny kontrast w porównaniu z dotychczasową „strusią” polityką rządu, który stawiał dotąd na usypiający przekaz, twierdząc, iż „ustawa 447” nie ma w Polsce mocy obowiązującej, a niekiedy posuwając się wręcz do stwierdzeń, że wspomniany akt prawny ma wymiar jedynie symboliczny. Jak ognia przy tym unikano jednoznacznych deklaracji co do ewentualnych dalszych kroków strony polskiej – a w międzyczasie, jak się dowiedzieliśmy, prowadzono rozmowy... Niedawny zwrot usztywniający polskie stanowisko stawia nas na zupełnie innych pozycjach.

Nie da się ukryć, że dotychczasowe stanowisko PiS podyktowane było uwarunkowaniami geopolitycznymi – rząd jak ognia obawiał się zadrażnień z Waszyngtonem, szczególnie w kontekście trwających rozmów o zwiększeniu amerykańskiej obecności militarnej w Polsce, oraz z wpływowymi środowiskami żydowskimi i patronującemu im Izraelowi. Nieoczekiwanie jednak okazało się, że nawet w relacjach z naszym „hegemonem” opłaca się bardziej asertywna postawa. Warto tu odnotować pojednawcze wypowiedzi ambasador Mosbacher, twierdzącej, iż ustawa nie nakłada na nikogo prawnych ani finansowych zobowiązań i ogranicza się jedynie do sporządzenia dla Kongresu raportu. W podobnym duchu wypowiadał się podczas wizyty w Warszawie przedstawiciel USA ds. walki z antysemityzmem, Elan Carr. Oczywiście, oboje mijają się z prawdą, bo w JUST Act wyraźnie jest mowa m.in. o odszkodowaniach za „mienie bezdziedziczne” które miałyby trafić do żydowskich organizacji – zresztą, w innym przypadku jakiekolwiek rozmowy byłyby bezprzedmiotowe – ale sam fakt, że oboje postanowili „dyplomatycznie” ignorować ten wątek „ustawy 447”, świadczy o tym, że również USA wolałyby nie pogarszać swego wizerunku nad Wisłą i zadrażniać bez potrzeby wzajemnych relacji. Jak by nie patrzeć, jest to postęp chociażby w porównaniu z wystąpieniem Mike'a Pompeo z lutego br., gdy na szczycie bliskowschodnim w Warszawie wzywał nas do „kompleksowego uregulowania” kwestii restytucji.

Zupełnie niedawno zaś polski rząd „odmówił” wizytę izraelskiej delegacji w Polsce, gdy okazało się, że w ostatniej chwili dokonano zmiany jej składu i agendy, przez co zachodziła obawa, że głównym tematem stałyby się żądania majątkowe - rzecz wcześniej nie do pomyślenia. Wprawdzie spotkało się to z rytualnym „rozczarowaniem” Gideona Taylora ze Światowej Organizacji Restytucji Mienia Żydowskiego – lecz i tu wystarczy porównać wymowę komunikatu z wcześniejszymi, gniewnymi i aroganckimi pohukiwaniami WJRO (np. w sprawie projektu „dużej” ustawy reprywatyzacyjnej), by dała się zauważyć zmiana tonu. Krótko mówiąc – stanowczość popłaca i dobrze by się stało, aby był to trwały zwrot, a nie jedynie doraźna taktyka wyborcza.

Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 20 (17-23.05.2019)

niedziela, 12 maja 2019

Pod-Grzybki 159

Roksana Węgiel, zwyciężczyni dziecięcej Eurowizji, nie wystąpi podczas konkursu „dorosłej” Eurowizji w Izraelu. Miała zaśpiewać, ale w ostatniej chwili organizatorzy „zmienili plany”. No i słusznie – nie można dopuścić, by widzowie zobaczyli sympatyczną, polską nastolatkę, która najwyraźniej nie wyssała antysemityzmu z mlekiem matki. To mogłoby zrodzić poważny dysonans poznawczy zagrażający zdrowiu psychicznemu izraelskiego społeczeństwa.


*

3 maja Tusk wygłosił na UW wykład w którym powiedział... a zresztą, kogo to obchodzi. Co najwyżej te 34 proc., które wciąż chce powrotu Tuska do krajowej polityki - ale oni i tak nie czytają „Warszawskiej”, a reszta wypociny Tuska ma głęboko w tyle. Swoją drogą, podobno to PiS chce upolityczniać uniwersytety... Otóż nie, uniwersytety z upolitycznianiem doskonale radzą sobie same, bez rządowej pomocy - byle byłoby to upolitycznianie słuszne i postępowe. Takie europejskie - po prawidłowej linii i na właściwej bazie.


*

A poza tym, cały show ukradł Tuskowi przedmówca, czyli naczelny pisma „Liberte” Leszek Jażdżewski, który zapodał speech do tego stopnia nasączony jadowitą klerofobią, że w efekcie o mdłym wystąpieniu Tuska nikt już nie pamięta, a co gorsza – przemówienie Jażdżewskiego również pójdzie na jego konto. Jest takie młodzieżowe słówko „krindż”, oznaczające coś bardzo żenującego. I tak oto wielki powrót Króla Europy zakończył się totalnym „krindżem” - w sam raz na miarę „totalnej opozycji”.


*

Generalissimus „Zony Wolnego Słowa” rozesłał do klubowiczów „Gazety Polskiej” sążnisty elaborat, w którym prócz obsmarowania Konfederacji, prof. Osadczego oraz „Warszawskiej Gazety”, przekonuje, iż „ustawa 447” jest dla Polski niegroźna, a poza tym została uchwalona przez amerykański Kongres z podszeptu ruskiej agentury. Chorobcia, zważywszy, że JUST Act został przyjęty przez aklamację, to tej ruskiej agentury namnożyło się w USA jeszcze więcej niż w Polsce! Znamienne: do słynnej rozmowy J. Chodorowicza z T.K. Yazdgerdim „partyzant wolnego słowa” nie odniósł się ANI JEDNYM, nomen omen, słowem.


*

Inny wątek z listu: „Sakiewka” przekonuje, że wcale nie dostał medalu od Służby Bezpieczeństwa Ukrainy, tylko od „społecznej organizacji” przy prezydencie Poroszence, którą kryptonimuje skrótem „RNBU”. Problem w tym, że w pierwotnej informacji na portalu Niezależna.pl jak byk stało, że medal przyznała SBU – a wersję zmieniono dopiero wtedy, gdy zrobił się szum, pisząc, że odznaczenie wręczyła... nie żadna „RNBU”, lecz Rada Bezpieczeństwa Narodowego i Obrony Ukrainy (odpowiednik naszego Biura Bezpieczeństwa Narodowego) – a więc bynajmniej nie „organizacja społeczna”. Wniosek – jak tak dalej pójdzie, to „Sakiewka” przebije w liczbie wersji samego Bolesława „OTUA” Wałęsę. A wystarczy położyć na stole kwity – kto wnioskował o medal, na jakiej podstawie, kto go przyznał i za co. Przecież chyba nawet na Ukrainie nie rozdaje się państwowych odznaczeń „na gębę”?


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 19 (10-16.05.2019)

niedziela, 28 kwietnia 2019

Gra o bilion złotych II

Stany Zjednoczone przyjmując JUST Act wzięły na siebie oficjalnie obowiązek reprezentowania żydowskich roszczeń spod znaku „holocaust industry”.

Wygląda na to, że sprawa żydowskich roszczeń majątkowych jest jak bumerang – im mocniej się ją odrzuca, z tym większym impetem wraca. Tym razem ów bumerang powrócił za sprawą poufnych rozmów polsko-amerykańskich w sprawie realizacji słynnej „ustawy 447” (JUST Act). Niedawno notatkę z jednego z takich spotkań ujawnił znany publicysta i felietonista Stanisław Michalkiewicz. Spotkanie odbyło się 25 października 2018 r. z udziałem ambasadora Jacka Chodorowicza (pełnomocnika MSZ ds. kontaktów z diasporą żydowską) oraz jego odpowiednika w Departamencie Stanu USA, Thomasa K. Yazdgerdiego. W telegraficznym skrócie, Thomas K. Yazdgerdi nalegał na stronę polską, by ta przyśpieszyła prace nad restytucją pożydowskiego mienia przejętego po II wojnie światowej przez Skarb Państwa, zakreślając „horyzont czasowy” na 2019 rok, przy czym domagał się, by pierwsze konkretne efekty były widoczne do sierpnia 2019 r. - wtedy to bowiem amerykański sekretarz stanu Mike Pompeo w związku z kończącą się kadencją chce przekazać Kongresowi raport na temat postępów w zaspokajaniu roszczeń restytucyjnych, do czego zobowiązuje go JUST Act. Do tego czasu amerykański wysłannik wprawdzie nie oczekuje działań legislacyjnych, jednak uważa, iż przedstawiciele Polski powinni nawiązać negocjacje finansowe z organizacjami żydowskimi, mające na celu „ustalenie konkretnych kwot możliwych rekompensat, które, jego zdaniem, mogą mieć częściowy charakter” (cyt. za treścią notatki ze strony https://nczas.com/). Negocjacje te miałyby mieć charakter nieformalny – a więc utajniony przed opinią publiczną – ze względu na mające się odbyć w Polsce jesienią 2019 r. wybory parlamentarne. Wniosek z tego, że po wyborach przyszłaby pora na przekucie zakulisowych ustaleń w stosowne inicjatywy ustawodawcze.

Na temat żydowskich roszczeń skorelowanych z „ustawą 447” pisałem w tym miejscu w lutym 2018 r., w felietonie „Gra o bilion złotych” - i okazuje się, że przez ten czas sprawy konsekwentnie były posuwane do przodu, wypada więc po nieco ponad roku wrócić do tematu. Z treści notatki jednoznacznie wynika, iż Stany Zjednoczone przyjmując JUST Act wzięły na siebie oficjalnie obowiązek reprezentowania żydowskich roszczeń spod znaku „holocaust industry” - i zamierzają się ze swego ustawowego zobowiązania wywiązać, co polecam wszystkim „uspokajaczom” twierdzącym, iż „ustawa 447” ma wymiar jedynie „symboliczny”. Nie, gra toczy się o wielkie pieniądze i zainteresowane siły nie spoczną, dopóki ich z nas nie wyduszą. Druga rzecz – w rozgrywce nie chodzi bynajmniej o reprywatyzację w tradycyjnym rozumieniu tego pojęcia, a to z tego względu, że w holocauście ginęły całe rodziny polskich Żydów, więc prawnych spadkobierców znacjonalizowanego mienia jest stosunkowo niewielu. Większość pożydowskiego majątku po wojnie stanowiło tzw. mienie bezspadkowe (zwane w „ustawie 447” mieniem „bezdziedzicznym”) - i to na nim chcą położyć łapę żydowskie organizacje.

Jest to oczywiście prawne i cywilizacyjne horrendum, gdyż w naszym kręgu kulturowym nie funkcjonuje żadna „plemienna współwłasność”, na mocy której Żydzi z drugiego końca świata mogliby rościć sobie pretensje do majątku ich pobratymców z Polski, z którymi nie mają nic wspólnego poza przynależnością etniczną. Dlatego też w „ustawie 447” zastosowano sprytny wybieg – mianowicie „mienie bezdziedziczne” miałoby służyć „zapewnieniu majątku lub rekompensaty oraz pomocy potrzebującym ofiarom Holocaustu, w celu wspierania edukacji o Holokauście i do innych celów”, co z kolei stanowi realizację (formalnie niewiążących) zaleceń zawartych w podpisanej przez Polskę tzw. „deklaracji z Teresina” będącej efektem konferencji „Mienie Ery Holocaustu” z 2009 r. Innymi słowy – żydowskie organizacje restytucyjne dostaną pieniądze za „utracone mienie”, a potem będą decydowały co z nimi zrobią – czy wypłacą je żyjącym ofiarom zagłady, dofinansują działania edukacyjne, czy też przeznaczą je po uważaniu „na inne cele”. Dlatego też główny nacisk został położony na to, by Polska dostosowała swoje prawodawstwo do zapisów JUST Act, legalizując tym samym majątkowe uroszczenia.

Jak widać, od tamtej pory jesteśmy konsekwentnie rozmiękczani – wg ujawnionej notatki podobne spotkanie miało miejsce już w styczniu 2018 r., ponadto Thomas K. Yazdgerdi powołuje się na rozmowę z wicemarszałkiem Senatu Adamem Bielanem. Po stronie żydowskiej, z którą mielibyśmy negocjować szczegóły, głównym rozgrywającym jest natomiast Światowa Organizacja ds. Restytucji Mienia Żydowskiego (WJRO) – potężna hydra, zrzeszająca szereg innych organizacji tego typu. A jej roszczenia opiewają, bagatela, na 300-330 mld. dolarów, czyli ponad bilion złotych. Nawet biorąc pod uwagę, że żądania zostaną zaspokojone w 20 proc. (taka liczba pada w rozmowie jako „konstruktywna”), to i tak otrzymujemy 60-66 mld. USD. A to oznacza, że staniemy się wiecznym dłużnikiem, nie będąc w stanie do końca świata wypłacić się z haraczu – zgodnie z najlepszą, lichwiarską tradycją.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Na krótkiej smyczy

„Ustawa 447”, czyli ofensywa „holocaust industry”

Gra o bilion złotych

Hieny cmentarne z „holocaust industry”

Miliardy do Izraela

Miliardy do Izraela – ciąg dalszy

Miliardy do Izraela – eureka!

Finansowe HEART Izraela


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 17-18 (26.04-09.05.2019)

niedziela, 21 kwietnia 2019

Pod-Grzybki 156

Antysemityzm! Izraelska sonda kosmiczna „Beresheet” rozbiła się na Księżycu, który – nie oszukujmy się – mógł zrobić o wiele więcej, by sondę uratować, a kto wie, czy nie przyczynił się aktywnie do jej unicestwienia, celowo nadstawiając się twardszą stroną. W związku z tym, Izrael zażądał w ramach rekompensaty „uznania swojej suwerenności” nad Srebrnym Globem, a Światowa Organizacja Restytucji Mienia Żydowskiego wystosowała wobec Wszechświata roszczenie w wysokości kwadryliona $ za utracone mienie. Prezydent Donald Trump ma podpisać na dniach stosowny dekret, nad wykonaniem którego czuwać będzie Departament Stanu.


*

Ale, nie koniec na tym. Jak wieść niesie, pierwsze pozwy zostaną skierowane przeciwko Polsce, bowiem zachodzi graniczące z pewnością podejrzenie, że w zniszczeniu żydowskiego mienia brał czynny udział znany powszechnie polski antysemita – Pan Twardowski. Nad stosowną pracą badawczą pochylają się już profesorowie J. Grabowski, J.T. Gross, B. Engelking oraz P. Śpiewak. Grant na publikację opiewający na 1 mln. zł. wyasygnowało Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego.


*

Z cyklu „wstawania z kolan”. IPN odwołał zaplanowaną ekshumację na terenie byłego obozu koncentracyjnego Treblinka I. Stało się tak na żądanie amerykańskiego Departamentu Stanu, który zażyczył sobie, by ewentualna ekshumacja odbyła się po „konsultacji” ze środowiskami żydowskimi. Wprawdzie obóz Treblinka I został utworzony dla Polaków, ale wystarczyło, że Żydzi wyrazili przypuszczenie, iż „mogą” znajdować się tam również szczątki żydowskie, by strona polska pokornie schowała dudy w miech. Słusznie – jeszcze by się okazało, że w obozach nie ginęli wyłącznie Żydzi, a wszak samo wysnuwanie takiej rewizjonistycznej hipotezy dowodzi faszyzmu, antysemityzmu i onanizmu. Może więc skończyć z tą ciuciubabką, tylko oficjalnie uznać zwierzchność „ludu Izraela” nad wszystkimi miejscami pamięci? Nasz wielki przyjaciel Jonny Daniels byłby z pewnością zadowolony.


*

Wstawania z kolan ciąg dalszy. Stanisław Michalkiewicz ujawnił na swoim videoblogu notatkę ze spotkania ambasadora Jacka Chodorowicza (pełnomocnika MSZ ds. kontaktów z diasporą żydowską) ze swym odpowiednikiem z ramienia Departamentu Stanu USA Thomasem Yazdgerdim, do którego doszło 25 października 2018 r. W skrócie – Amerykanie każą rządowi PiS dogadać się „po cichu” do czasu jesiennych wyborów z Żydami w sprawie „odszkodowań”, a po wyborach przekuć uzgodnienia w konkretne działania legislacyjne. Jak to leciało? „Ustawa 447 nie wywoła w Polsce żadnych skutków prawnych”? Oczekuję, że ci, którzy wmawiali nam te brednie obetną sobie teraz języki i zeżrą je na surowo.


*

Z życia „europejczyków”. Na inauguracji Tuskowego „Ruchu 4 Czerwca” miał wystąpić Barack Obama – niestety, okazało się, że Obama liczy sobie za taką uprzejmość 400 tys. dolarów i „europejczykom” wychłódło. To Tusk, ze swoimi zarobkami „króla Europy” nie chciał się dorzucić? A to sknera!

Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 16 (19-25.04.2019)

czwartek, 21 marca 2019

Sojusznik czy lokaj?

W relacjach z USA zachowujemy się jak Ignacy Rzecki z „Lalki” ślepo wierzący w bonapartyzm – z tym, że to, co u starego subiekta było nieszkodliwym dziwactwem, my podnieśliśmy do rangi racji stanu.

I. Katastrofa

Trzeba powiedzieć sobie jasno: konferencja bliskowschodnia, która odbyła się 13-14 lutego w Warszawie okazała się z naszego punktu widzenia katastrofą. Zaczęło się już od zaanonsowania imprezy – przypomnijmy, że zrobił to, urągając jakimkolwiek standardom, amerykański sekretarz stanu Mike Pompeo podczas swojego tournée po krajach Bliskiego Wschodu. Wizytując Egipt oznajmił 11 stycznia w wywiadzie dla Fox News, iż „Stany Zjednoczone zorganizują międzynarodowy szczyt poświęcony sytuacji na Bliskim Wschodzie, w tym w szczególności roli, jaką pełni w regionie Iran”. Naszemu MSZ zostało tylko potwierdzenie tej informacji, a wspólne oficjalne stanowisko rządów USA i Polski ukazało się dopiero dwa dni później – ewidentnie podyktowane chęcią zatuszowania faux pas. Tak więc, zostaliśmy już na starcie ustawieni w dziwacznej roli „gospodarza” szczytu, którego organizatorem był kto inny. Potem zaczęło się gorączkowe zabieganie o udział gości i szczebel dyplomatyczny, jaki będą reprezentowali. Skutki były do przewidzenia – Europa, tocząca pod niemiecko-francuskim przywództwem zimną wojnę z Waszyngtonem, przysłała swój drugi garnitur, co nie dziwi, zważywszy, że kraje UE są za podtrzymaniem zerwanego przez Trumpa porozumienia nuklearnego z Iranem.

Na reakcję Iranu nie trzeba było długo czekać. Szef tamtejszego MSZ Javad Zarif wypomniał nam schronienie, udzielone przez jego kraj 150 tys. polskich uchodźców z ZSRR podczas II wojny światowej i napiętnował „antyirański cyrk”. W podobnym tonie wypowiadał się ambasador Iranu w Polsce, zaś nasz charge d'affaires w Teheranie został wezwany na dywanik, by wysłuchać ostrego protestu, w którym padły sformułowania o „akcie wrogości wobec Iranu” i możliwości „działań odwetowych”. W ten prosty sposób zrobiliśmy sobie wroga z kraju, z którym mieliśmy dotąd co najmniej poprawne stosunki. Polska dyplomacja podjęła wprawdzie rozpaczliwą akcję przekonywania, że szczyt nie będzie miał wydźwięku antyirańskiego, ale było to jedynie zaklinanie rzeczywistości – tym bardziej, że jak się szybko okazało, nie mieliśmy jako nominalny „gospodarz” najmniejszego wpływu na agendę podejmowanych tematów oraz brzmienie składanych podczas spotkania deklaracji.


II. Festiwal poniżenia

To było jednak tylko preludium do prawdziwej wizerunkowo-politycznej klęski, do jakiej doszło na samym szczycie. Aż wstyd to przypominać – jednak trzeba, bo takiego natężenia impertynencji nie przerabialiśmy od czasu sprawy nowelizacji ustawy o IPN. Najpierw dziennikarka stacji MSNBC Andrea Mitchell, zapowiadając wizytę wiceprezydenta Mike'a Pence'a pod pomnikiem Bohaterów Getta obwieściła amerykańskim widzom, że powstańcy w getcie walczyli przeciw „polskiemu i nazistowskiemu reżimowi”. Niby logiczne – skoro obozy koncentracyjne były „polskie”, a podczas wojny „Polacy mordowali Żydów”, to musiał nad tym wszystkim sprawować pieczę jakiś „polski reżim”. Dodajmy, że Andrea Mitchell to nie jest jakaś pierwsza lepsza dziennikareczka, lecz osoba, która zjadła zęby na obsłudze medialnej amerykańskiej administracji. Prywatnie ma tzw. „słuszne” korzenie i jest żoną samego Alana Greenspana, byłego potężnego szefa FED – czyli funkcjonuje w ścisłym amerykańskim establishmencie. Trudno sądzić, żeby nie wiedziała co mówi – dlatego też nie sposób potraktować poważnie jej wymuszonych przeprosin, bo do ilu widzów one dotarły? Przekaz o „polskim reżimie” poszedł w świat. Oczywiście, pani Mitchell nie została wydalona jako persona non grata. Przełknęliśmy przeprosiny i uznaliśmy, że nic się nie stało.

Jakby tego było mało, swoje do pieca dołożył sekretarz stanu Mike Pompeo, podając nam za wzór do naśladowania zmarłego niedawno stalinowskiego zbrodniarza i ubeka Franka Blajchmana – podczas wojny członka „partyzanckiej” bandy rabunkowej walczącej z AK, a po wojnie nadzorcę komunistycznych obozów i więzień w kieleckim WUBP. Blajchman w 1951 r. wyemigrował do USA, gdzie został deweloperem, a w 2009 r. opublikował kłamliwe pamiętniki szkalujące Polaków i Armię Krajową. Tu już ze strony amerykańskiej nie doczekaliśmy się nawet sprostowania i zdawkowych przeprosin. Na tej samej konferencji Pompeo zażądał od nas uchwalenia ustawy zaspokajającej żydowskie żądania majątkowe, ignorując fakt, że kwestia ta została uregulowana umową indemnizacyjną z 1960 r., na mocy której wszelkie roszczenia wziął na siebie rząd USA w zamian za wypłacone przez PRL „ryczałtem” 40 mln. dolarów. Stojący obok minister Czaputowicz nie zareagował nawet słowem. Z kolei wiceprezydent Pence poruszał się po Warszawie limuzyną przyozdobioną polską flagą z godłem i złotą obwódką – wbrew ustawie o barwach narodowych, bo wersja flagi z godłem przysługuje jedynie polskim instytucjom.

Skoro można – to można. Z okazji skorzystał izraelski premier Benjamin Netanjahu, mówiąc w wywiadzie dla „Jeruzalem Post”: „Jestem tutaj i mówię, że Polacy kolaborowali z nazistami. Znam historię i niczego nie wybielam. Podnoszę tę kwestię. Po tych słowach zaczęła się istna tragifarsa – Netanjahu odesłał dopytujących go dziennikarzy do rzecznika prasowego, po czym nastąpiły korowody kolejnych „wyjaśnień” i „sprostowań”. Dowiedzieliśmy się, że „Jeruzalem Post” „zmanipulował” wypowiedź (gazeta zaprzeczyła, choć słowo „kolaboracja” „złagodziła” na „kooperacja”), aż w końcu stanęło na oświadczeniu ambasady Izraela, że ich premierowi chodziło o „Polaków”, a nie o polskie państwo czy polski naród. Strona polska po początkowych wahaniach zareagowała obniżeniem rangi delegacji na mający się odbyć w Izraelu szczyt Grupy Wyszehradzkiej (zamiast premiera Morawieckiego polecieć miał min. Czaputowicz). Trzeba było dopiero kolejnych wypowiedzi p.o. szefa izraelskiego MSZ Israela Kaca (m.in. o wysysaniu przez Polaków antysemityzmu z mlekiem matki), by premier Morawiecki odwołał udział Polski w szczycie V4, co ostatecznie doprowadziło do anulowania całej imprezy.

Krótko mówiąc, zostaliśmy przeczołgani na wszelkie możliwe sposoby. Amerykanie zaprosili sobie do nas gości, po czym nas skopali i zażądali kasy dla Żydów. Nie byliśmy na tej imprezie nawet nominalnymi gospodarzami – bo gospodarzy traktuje się z szacunkiem. Byliśmy co najwyżej lokajami – spotwarzanymi, obrażanymi i poniewieranymi na każdym kroku. Pozostali goście natomiast w najlepszym razie nas ignorowali, a w najgorszym – jak Netanjahu – dokładali swoją porcję zniewag.


III. Miejsce w szeregu

Rzecz jasna, powyższe nie wynika z jakichś sadystycznych zapędów USA oraz Izraela, a już z pewnością nie z ignorancji sekretarza Mike'a Pompeo czy Andrei Mitchell. Jest to precyzyjne i dosadne pokazanie nam miejsca w szeregu. Benjamin Netanjahu ni mniej, ni więcej, tylko wysadził w powietrze wynegocjowane pod czujnym okiem Mossadu wspólne oświadczenie historyczne premierów Polski i Izraela z czerwca 2018. Takie są skutki naszej rejterady w sprawie nowelizacji Ustawy o IPN. Swoją drogą, w udzielonym jeszcze przed warszawską konferencją wywiadzie dla tygodnika „Sieci” Jarosław Kaczyński polsko-izraelską deklarację nazwał „naszym naprawdę ogromnym sukcesem, co niektórzy w końcu zaczynają doceniać” - dziś brzmi to, niczym ponury żart.

Z kolei Amerykanie, którzy obecnie mają bodaj najbardziej prożydowską i proizraelską administrację w swojej historii jasno pokazali, że „ustawa 447” (JUST Act) będzie konsekwentnie realizowana. Tak się składa, że ustawa ta nakłada na Sekretarza Stanu obowiązek monitorowania postępów w jej realizacji – i jak widać, Mike Pompeo w pełni się do tego stosuje. To tyle, jeśli chodzi o zapewnienia, że „nikt nie będzie dyktował nam ustaw”. Nie oszukujmy się – ani zachowanie Pompeo, ani słowa Mitchell nie były przypadkiem. Jest to realizowana na zimno linia poniżania Polski na arenie międzynarodowej, która będzie kontynuowana dopóki nie zaczniemy płacić – zgodnie zresztą z zapowiedzią wygłoszoną przez Israela Singera w 1996 r. na zjeździe Światowego Kongresu Żydów („Jeżeli Polska nie spełni roszczeń Żydów, będzie publicznie atakowana i upokarzana na forum międzynarodowym”). Tak się załatwia wymuszenia rozbójnicze. Na domiar złego, obecny rząd pod naciskiem „holocaust industry” wyrzucił do kosza ustawę reprywatyzacyjną Patryka Jakiego, co musiało zostać odebrane, jako kolejny przejaw naszej słabości.

Cóż, trudno się Amerykanom dziwić, skoro do tej pory nie wykazywaliśmy we wzajemnych relacjach nawet śladu asertywności. Symptomatyczne są tu nasze reakcje na impertynenckie wyskoki ambasador Mosbacher, zachowującej się niczym nadzorca zamorskiej kolonii. Przypomnijmy, że prócz skandalicznego listu do premiera Morawieckiego i obrony TVN-u, pańcia ta zasłynęła agresywnym lobbyingiem na rzecz podatkowego uprzywilejowania amerykańskich firm, dopuszczenia na polski rynek Ubera, wpisania produktów amerykańskich firm farmaceutycznych na listę leków refundowanych, przekazania dokumentów IPN do Muzeum Holocaustu w Waszyngtonie i żądaniem wglądu do interesujących ją projektów ustaw. Wszystko zaś w atmosferze szantażu i pod groźbą „pogorszenia stosunków”. Pompeo poszedł po prostu o krok dalej.


IV. Antyirański cyrk

Wracając do samej konferencji bliskowschodniej. Zgodnie z przewidywaniami, był to faktycznie „antyirański cyrk”, na którym możemy tylko stracić. Padły jednoznacznie agresywne wypowiedzi przedstawicieli USA i Izraela, dla których szczyt stał się okazją do zmontowania antyirańskiej koalicji – i taki też był jego jedyny cel. Wprost mówiono o „konfrontacji” („Nie można osiągnąć stabilności na Bliskim Wschodzie bez skonfrontowania się z Iranem” – M. Pompeo), czy wręcz „wojnie”, wskazując Iran jako jedyną przyczynę „zagrożenia dla pokoju i bezpieczeństwa na Bliskim Wschodzie” (M. Pence, B. Netanjahu). Jako formalny gospodarz nie mieliśmy na tę konfrontacyjną retorykę najmniejszego wpływu. Pod naciskiem znalazły się tu przybyłe kraje regionu (Arabia Saudyjska, Bahrajn, Izrael, Jemen, Jordania, Kuwejt, Maroko, Oman, Zjednoczone Emiraty Arabskie, Egipt, Tunezja). Fakt, przynajmniej dla części z nich wzrost lokalnej potęgi Iranu rzeczywiście może być niebezpieczny – ale co nam do tego? Po co był nam potrzebny ten antyirański sabat? Jakie mieliśmy z Iranem kwestie sporne, by angażować się w tę hecę? No i najważniejsze pytanie – czy szczyt miał na celu wywarcie jedynie politycznej presji na reżim ajatollahów, czy też obserwowaliśmy przygotowania do wojny? Jeżeli to drugie, wówczas należy powiedzieć jasno – to nie jest nasza wojna i nie nasz interes. Choćby dlatego, że taka wojna jest nie do wygrania – tu zachodzi jednak obawa, że USA i Izraelowi wystarczy tylko rozwalenie Iranu na podobieństwo Iraku. Konsekwencje, w postaci kolejnej wielomilionowej fali migrantów, spadną zaś na Europę – w tym również i na nas.

Na powyższe nakładają się kwestie gospodarcze – wspomniane na wstępie porozumienie nuklearne z Iranem sprowadzało się bowiem do prostego mechanizmu: Iran w zamian za ograniczenie swych atomowych ambicji zyskiwał możliwość handlu ze światem i wyrwania się z międzynarodowej izolacji. Tymczasem Donald Trump zagroził sankcjami państwom, które wbrew USA robiłyby interesy z Iranem, na co Unia Europejska zareagowała zapowiedzią stworzenia alternatywnego systemu rozliczeń międzynarodowych wobec kontrolowanego przez Amerykanów SWIFT (w ubiegłym roku SWIFT pod amerykańskim naciskiem odłączył irańskie banki). Tu warto dodać, że Stany Zjednoczone sankcje te traktują dość wybiórczo i udzielają niektórym krajom (np. Irakowi) swoistych „koncesji” na kupno irańskich surowców. Pytanie retoryczne - czy Polska przy okazji przygotowań do szczytu o taką zgodę w ogóle się starała, czy też przyjęliśmy amerykańską inicjatywę bez zbędnych pytań, zadowalając się poklepywaniem po plecach i możliwością napawania się kolejnym „dyplomatycznym sukcesem”? A tak się składa, że irańska ropa by się nam przydała w kontekście surowcowego uzależnienia od Rosji. Jeśli więc podnoszone jest, że i tak nie mamy na Bliskim Wschodzie poważnych interesów, to odpowiedź na takie dictum brzmi – owszem, ale moglibyśmy mieć.

Dziś oczywiście próżno już o tym marzyć – zgodziliśmy się na firmowanie własną twarzą antyirańskiej hecy za darmo, relacje z Teheranem mamy zabagnione na długie lata i nawet gdyby USA w przypływie wspaniałomyślności zezwoliły nam łaskawie na handel z Iranem, to trudno liczyć na przychylność perskiego rządu. Ot, kolejny interes, który złożyliśmy na ołtarzu „bezalternatywnego sojuszu”.


V. Kartoflana kolonia

No właśnie, na koniec kilka słów o istocie stosunków polsko-amerykańskich. Z pewnością nie jest to sojusz. Jest to relacja lokajsko-wasalna w której zgadzamy się na wszystko, mamieni wizją „Fortu Trump” i budowania pod amerykańskim patronatem potęgi Trójmorza. Dziś można już chyba postawić tezę, że żaden „Fort Trump” w Polsce nie powstanie – bo i po co, skoro Waszyngton i tak dostaje od nas cokolwiek zażąda za darmo? Zwiększenie amerykańskiego kontyngentu próbowała nam obiecać ambasador Mosbacher (bo co jej szkodzi), ale z miejsca spotkała się ze stanowczym dementi Pentagonu. „Fort Trump” to marchewka zawieszona na sznurku (podobnie jak obietnica zniesienia wiz), byśmy bez szemrania szli tam, gdzie nas prowadzą. Natomiast do Trójmorza weszły sobie właśnie w najlepsze Niemcy, stawiając pod znakiem zapytania sens całego przedsięwzięcia. Przecież Stany Zjednoczone nawet nie miały gdzie zorganizować tej swojej konferencji – Europa Zachodnia jest przeciw nim, do Izraela i Waszyngtonu kraje arabskie by nie pojechały – a my, widząc to, nawet nie próbowaliśmy się targować. I tak ze wszystkim - podżyrowujemy w ciemno amerykańską politykę, pozwalamy się traktować czysto instrumentalnie i kupujemy za horrendalne pieniądze jakiś odpalany nam z łaski w śladowych ilościach szmelc bojowy bez transferu technologii i offsetu – z którego na dodatek nie możemy samodzielnie skorzystać, bo Amerykanie trzymają łapę na kodach. Teraz natomiast usłyszeliśmy, że mamy zerwać jakiekolwiek bardziej istotne relacje gospodarcze z Chinami. Jeżeli to ma być strategiczny sojusz, to ja dziękuję... może lepiej nie mieć żadnych sojuszy...

Sami zagnaliśmy się jednowymiarową polityką do kąta. A za „bezalternatywny sojusz” się płaci – i jego cena będzie wciąż rosła. Nie dostrzegamy przy tym, że USA dawno już przestały być państwem obliczalnym, ze stałymi priorytetami – a co za tym idzie, nie są wiarygodnym sojusznikiem, czy „opiekunem”. Dzieje się tak dlatego, że Ameryka słabnie - coraz dotkliwiej odczuwa syndrom „krótkiej kołdry” i zwyczajnie nie jest w stanie kontrolować przestrzeni od Europy do Pacyfiku. W pewnym momencie musi któryś z tych frontów odpuścić, by skoncentrować siły gdzie indziej. Przekonaliśmy się o tym na własnej skórze w momencie amerykańsko-rosyjskiego „resetu” wdrożonego przez tandem Barack Obama – Hillary Clinton, który na lata zepchnął nas do statusu niemiecko-rosyjskiego kondominium. I tak obijamy się w zaklętym trójkącie między „rusem, prusem a jankesem” w zależności od bieżącego układu zewnętrznych sił, wciąż niezdolni do prowadzenia dojrzałej, wielowektorowej polityki i wybicia się na podmiotowość. Póki co, Ameryka potrzebuje nas w charakterze zaplecza dla ukraińskiego frontu oraz do dyscyplinowania Niemiec i Rosji. My zaś nie tylko nie potrafimy tego wykorzystać, ale nie mamy też planu „B” gdy Waszyngton znów „przestawi wajchę”.

Obecnie, w relacjach z USA zachowujemy się jak Ignacy Rzecki z „Lalki” ślepo wierzący w bonapartyzm – z tym, że to, co u starego subiekta było nieszkodliwym dziwactwem, my podnieśliśmy do rangi racji stanu. Skończy się tak, że pójdziemy na wojnę z Iranem, zapłacimy Żydom 300 mld. dolarów – a prezes Kaczyński ogłosi kolejny „wielki sukces”. Na koniec zaś Amerykanie, gdy zmienią im się cele, zrobią kolejny „reset” i zostaniemy sami, niczym w tej chwili Kurdowie po wycofaniu się Waszyngtonu z Syrii. Mówiąc klasykiem – skazaliśmy się na „robienie laski” za mgliste obietnice i mrzonki. Warto tylko pamiętać, że postępując w ten sposób można co najwyżej skończyć w rynsztoku.

Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Mosbacher – go home!

Sojusznik czy wasal?

Czy Polskę stać na podmiotowość?

Polska-USA: zaufanie traci się tylko raz


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w miesięczniku „Polska Niepodległa” nr 04 (Marzec 2019)

wtorek, 26 lutego 2019

Konsekwencje rejterady

Należy głosić na cały świat, że Żydzi mają ręce unurzane po łokcie w polskiej krwi. I mają to robić przede wszystkim przedstawiciele polskiego rządu.


I. „Ogromny sukces”

Trudno dziś nie roześmiać się gorzko czytając wypowiedź Jarosława Kaczyńskiego z wywiadu udzielonego tygodnikowi „Sieci” jeszcze przed katastrofalną konferencją bliskowschodnią w Warszawie. Prezes rządzącej partii powiedział wtedy: „Zmiana premiera podyktowana była przede wszystkim wiarygodnymi sygnałami o nowej, wielkiej ofensywie przeciwko Polsce, i to o skali międzynarodowej. Chodziło o próby przypisania nam już nawet nie tylko »faszyzmu«, lecz wprost »hitleryzmu«, co na pewno nie było przypadkiem. Potrzebowaliśmy osoby, która byłaby w tej sferze skuteczna. Jeśli wziąć pod uwagę deklarację polsko-izraelską, będącą naszym naprawdę ogromnym sukcesem, co niektórzy w końcu zaczynają doceniać, były to oczekiwania dobrze ulokowane” (cyt. za wPolityce.pl). Jak widać, roszada na stanowisku szefa rządu na nic się zdała, bo też i zdać się nie mogła. Wiara w to, że personalna podmianka i jakieś ocieplenie wizerunkowe będzie w stanie powstrzymać rozpędzoną machinę polakożerstwa inspirowaną przez „holocaust industry” dowodzi w najlepszym razie naiwności. Gra toczy się o zbyt wielkie pieniądze i polityczne interesy, by strona przeciwna ot, tak sobie zrezygnowała z ataków, bo Polska wykazała się gestem dobrej woli i chęcią załagodzenia sporu. Przeciwnie – każde takie ustępstwo z naszej strony odczytywane było jako przejaw słabości i dowód na to, że wystarczy nas jeszcze trochę przycisnąć, jeszcze bardziej zmłotkować nienawistnym przekazem, byśmy w końcu ze szczętem położyli uszy po sobie i zaczęli sypać kasą.

Tak też odebrano naszą bezwarunkową kapitulację w kwestii wycofania się z art.55a Ustawy o IPN penalizującego próby przypisywania państwu bądź narodowi polskiemu odpowiedzialności za zbrodnie niemieckiej III Rzeszy. Wspólna deklaracja premierów Polski i Izraela z czerwca 2018 r. łaskawie przyznająca, że nie było „polskich obozów koncentracyjnych”, wynegocjowana w Wiedniu pod czujnym okiem Mossadu, była jedynie skromnym cukierkiem, mającym nam osłodzić gorycz porażki i pozwolić polskiemu rządowi zachować twarz przed elektoratem. Bezskutecznie zresztą – bo wbrew propagandzie sukcesu, ludzie jednak w znacznej mierze nie dali się na piękne słówka nabrać i słusznie uznali ekspresową „denowelizację” ustawy o IPN za upokarzającą rejteradę.


II. To nie kryzys, to rezultat

Dziś zbieramy konsekwencję owego „ogromnego sukcesu”. Obecna, kolejna już awantura na linii Polska-Izrael to, trawestując Kisiela, nie jest kryzys, tylko rezultat. Wystarczyło kilka dni, by w świat poszedł przekaz wpływowej amerykańskiej dziennikarki o „polskim reżimie” z którym walczyli powstańcy z getta i „Polakach kolaborujących z nazistami” (to z kolei Benjamin Netanjahu). Potem, po naszych rozpaczliwych interwencjach, nastąpiło tradycyjne mydlenie oczu – przeprosiny na które w świecie mało kto zwrócił uwagę i odwracanie kota ogonem, że „Bibi” nie powiedział tego co powiedział, a tak w ogóle, to został źle zrozumiany, bo chodziło mu o poszczególnych Polaków, a nie o polski naród czy państwo. Wszystko okraszone naciskami sekretarza stanu Mike'a Pompeo, byśmy wreszcie zalegalizowali żydowskie wymuszenie rozbójnicze („ustawa 447” zobowiązuje Departament Stanu do takich działań i Pompeo ten obowiązek, jak widać, wypełnia) i przyjęli w poczet bohaterów narodowych żydowskiego, ubeckiego oprawcę Franka Blajchmana.

Na koniec, żebyśmy nie mieli już żadnych wątpliwości, p.o. szefa izraelskiego MSZ Israel Kac (formalnie szefem MSZ jest Netanjahu) uraczył nas kolejnymi wykwitami oszczerczej arogancji. Najpierw zastępca Netanjahu w całej rozciągłości podtrzymał słowa swego pryncypała, podkreślając, iż „nie zapomnimy i nie wybaczymy” (polskiej „kolaboracji” z Niemcami), by na koniec obcesowo zażądać, byśmy się odfajkowali („Nikt nie będzie mówił nam, jak mamy się wypowiadać i jak upamiętniać naszych zmarłych”). Przywołanie sloganu o „Polakach wysysających antysemityzm z mlekiem matki” oraz dzień późniejsza wypowiedź „Antysemityzm był wrodzony u Polaków przed Holokaustem, podczas, i po nim też” były już tylko postawieniem kropki nad „i”.

Krótko mówiąc, ubiegłoroczna wspólna deklaracja przetrwała raptem 8 miesięcy i właśnie na naszych oczach została unieważniona – ba, spektakularnie wysadzona w powietrze.


III. Symetria i asertywność

Dlaczego izraelscy politycy zdecydowali się na taki krok? Bo uznali, że mogą – to raz. Pokazaliśmy jasno, że łatwo uginamy się pod naciskiem – szczególnie, jeśli ze strony naszego aktualnego protektora zza oceanu przyjdą wytyczne, że mamy wbrew wszystkiemu podtrzymywać fikcję „strategicznego sojuszu” i „dobrych relacji”. Tymczasem, nie ma żadnych „dobrych relacji”, ani tym bardziej „przyjaźni polsko-izraelskiej”. Izrael to w najlepszym razie „sojusznik naszego sojusznika” - i nic więcej. Po drugie – w Izraelu trwa kampania wyborcza i granie na antypolonizmie jest politycznie opłacalne, trafia do masowego elektoratu ukształtowanego przez edukacyjną obróbkę i medialną propagandę utrzymaną w duchu nienawiści do Polaków jako współwinnych holocaustu. Antypolonizm jest obecnie częścią izraelskiej tożsamości. Sami zresztą się do tego przyczyniliśmy haniebnymi przeprosinami za Jedwabne i wstrzymaniem ekshumacji, utrwalając jedynie przekonanie, że mamy coś na sumieniu. A skoro tak – to powinniśmy płacić, logiczne. Tak oto w imię podtrzymywania fikcji „przyjaźni”, zamalowaliśmy się do kąta.

W tej sytuacji decyzja premiera Morawieckiego o odwołaniu udziału polskiej delegacji w izraelskim szczycie Grupy Wyszehradzkiej (co poskutkowało oficjalnym anulowaniem całej imprezy, odbędą się jedynie dwustronne spotkania pozostałych państw V4) jest jedynym możliwym ruchem pozwalającym nam ocalić resztki godności. Agencja Reuters z miejsca oceniła, że jest to prestiżowa porażka Netanjahu, który przed kwietniowymi wyborami chciał się pokazać jako zręczny dyplomata, goszczący przyjazne Izraelowi kraje Europy Środkowej (mające stanowić przeciwwagę dla krytycznej wobec Izraela Europy Zachodniej). To pokazuje kierunek dla dalszych relacji z Izraelem. W skrócie można go określić w dwóch słowach – symetria i asertywność. Na zniewagi odpowiadać stanowczymi krokami dyplomatycznymi i wreszcie, na miłość Boską, przestać się bać formułować nasze stanowisko, bo ze słabymi tchórzami nikt się nie liczy. Przeciwnie – kładąc uszy po sobie jedynie prowokujemy kolejne ataki.


IV. Zmienić narrację!

Od tej pory winniśmy radykalnie zmienić naszą narrację w sferze publiczno-międzynarodowej. Trzeba wreszcie zacząć mówić o żydowskiej kolaboracji z komunistami. Przypominać o wydawaniu Polaków przez Żydów w ręce NKWD po sowieckiej agresji 17 września 1939 r. O żydowskich funkcjonariuszach sowieckiego aparatu represji i ich czynnym udziale w stalinowskim ludobójstwie. O nadreprezentacji Żydów w aparacie komunistycznego terroru, katowaniu i mordowaniu polskich patriotów. Generalnie – głosić na cały świat, że Żydzi mają ręce unurzane po łokcie w polskiej krwi. I mają to robić nie tylko historycy czy publicyści, lecz przede wszystkim przedstawiciele polskiego rządu – tak jak czynią to członkowie rządu i dyplomaci izraelscy. Oczekuję, że polski premier i polscy ministrowie przy każdej okazji będą przypominali żydowskie zbrodnie na Polakach (a wystarczy, że dziennikarz na konferencji prasowej zada odpowiednie pytanie – tak jak robią to izraelscy odpowiednicy). Potem można najwyżej sprostować, że miało się na myśli „poszczególnych Żydów”, a nie „państwo” czy „naród”...

Ale cóż marzyć o tym – właśnie czytam (info za DoRzeczy.pl) że Jarosław Kaczyński zwołał za plecami Morawieckiego pilną naradę, bo na PiS padł blady strach, że eskalacja konfliktu zaszkodzi partii w eurowyborach i pogorszy nasze relacje z USA... Ręce opadają. Panie prezesie – stanowcza postawa rządu jedynie przysporzy wam głosów, bo Polacy mają po dziurki w nosie rzucanych nam w twarz kalumnii. A i USA szanują jedynie tych, którzy szanują się sami. Czy Pan tego nie widzi?


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Bezwarunkowa kapitulacja

Sojusznik czy wasal?

Hieny cmentarne z holocaust industry

Ustawa 447 czyli ofensywa holocaust industry

Gra o bilion złotych

Zawsze jest z kim przegrać

Rejterada

Koniec złudzeń

Moratorium czyli uspokajactwo stosowane

Hucpa – reaktywacja

Ćwierć miliarda za nic

Nic tak nie gorszy, jak prawda

Jedwabne – czas prawdy

Koniec epoki „pedagogiki wstydu”

Lekcja ojkofobii

Antypolonizm sponsorowany


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 08 (22-28.02.2019)