Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Donald Tusk. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Donald Tusk. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 5 kwietnia 2020

Pod-Grzybki 205

Uporczywa plotka na temat posła KO Sławomira Nitrasa głosi, iż jest on zagorzałym koneserem środków psychoaktywnych. Takie hobby może sprzyjać podatności na różne odloty – nic więc dziwnego, że owładnięty sejmową gorączką Nitras postraszył posłankę SLD Annę Marię Żukowską, iż Kiedy będziemy rządzili z Konfederacją, to my będziemy rządzili, a Konfederacja zajmie się wami”. Pani Anna Maria dostała spazmów, a Nitras próbował się wypierać swej wypowiedzi – w amoku zapomniał jednak, że na sali sejmowej są mikrofony, które wszystko zarejestrowały. Wniosek nr 1: posła Nitrasa należy bezzwłocznie poddać testom – i to bynajmniej nie na obecność koronawirusa. Wniosek nr 2: Nitrasa zapewne uskrzydliły ostatnie zachowania Konfederacji, która zaczęła ścigać się z „totalsami” o palmę pierwszeństwa w opozycyjnym radykalizmie. I tu pytanko do „Konfy”: jak wam się podoba rola platformerskich wykidajłów? Nitras majaczył, czy jednak jest coś na rzeczy?


*

Z kolei poseł KO Witold Zembaczyński uzbroiwszy się w maseczkę i gogle ochronne, zagrzmiał pod adresem Jarosława Kaczyńskiego: „gdzie jest mały tchórz z Żoliborza?”. W tym samym czasie Jarosław Kaczyński siedział na sali sejmowej – i to bez maseczki, co pokazuje różnicę w odwadze obu panów. Jak widać, koronawirus rzuca się również na wzrok. No chyba, że przedtem Zembaczyński odkażał się specyfikami z apteczki Nitrasa – i to tak skutecznie, że w efekcie sam już nie wiedział kogo widzi i gdzie się znajduje.


*

Małgorzata Kidawa-Błońska oczywiście nie mogła być gorsza i zgłosiła dojmujący brak „inspiratorów”. Ależ tych „inspiratorów” w swoim sztabie pani Małgorzata ma co niemiara – więcej, inspirowana jest tak intensywnie, że orbituje nie gorzej od Nitrasa i Zembaczyńskiego. Zauważmy przy okazji, iż wszystkie te lapsusy i wpadki Kidawy-Błońskiej składają się na wielki przełom w poetyce. Wieszcz zalecał, żeby „język giętki powiedział wszystko, co pomyśli głowa”. U Kidawy odwrotnie - najpierw gada język, a dopiero potem głowa zaczyna się zastanawiać, co język miał na myśli. Wniosek – Platforma zamiast do prezydentury, powinna Kidawę wystawić do literackiego Nobla.


*

Kidawa zdążyła jeszcze błysnąć stwierdzeniem, że OTUA jest cenniejsza niż ludzkie życie. I to szczera prawda – podczas pamiętnego ciamajdanu swe życie za OTUĘ oddał niejaki pan Diduszko, a w nagrodę za poświęcenie zaraz zmartwychwstał, nawet nie musiał odczekać trzech dni. Sądzę, że to hasło powinien wziąć na sztandary sztab „Kidawy 2020” - i opowiedzieć się twardo za przeprowadzeniem wyborów prezydenckich w konstytucyjnym terminie 10 maja. Swoją drogą, nawet nie przypuszczałem, że po odejściu Rysia Petru z polityki tak szybko znajdzie się następczyni – i to przerastająca mistrza gaf o dwie głowy.


*

Jakoś to przeoczyłem, ale nadrabiam. Posłanka KO Iwona Hartwich (ta od protestu niepełnosprawnych) ogłosiła, że jesienią zaczyna naukę w liceum wieczorowym. Jak na przedstawicielkę „partii ludzi światłych i na poziomie” przystało. Ciekawe, czy w wieczorowym liceum też jest studniówka? Wyobrażacie sobie Hartwichową z obowiązkową czerwoną podwiązką, ryczącą „Maturę” Czerwonych Gitar? Rany, jak ja chciałbym to usłyszeć!


*

Ta sama Iwona Hartwich, która zarzucała PiS-owi tchórzostwo i protestowała przeciw zdalnemu posiedzeniu Sejmu, ostatecznie nie pojawiła się na ostatnich obradach. A następnie zaapelowała, by nie zgłaszać się do pracy w komisjach wyborczych – bo śmierć. Czyli tak: Sejm powinien obradować tradycyjnie, na sali plenarnej, a przejście na system zdalny to tchórzostwo, natomiast rezygnacja z pracy w komisjach wyborczych, to jak rozumiem akt odwagi? Widać, że ta matura pani poseł bardzo się przyda. Szkoda tylko, że teraz nie ma egzaminów z logiki.


*

Tymczasem zbliża się Wielkanoc, po której okaże się, czy koronawirus wyhamował, czy jednak nie. Pytanie, jak podczas świąt rząd ma zamiar powstrzymać ludzi przed składaniem sobie rodzinnych wizyt? Bo ja, szczerze mówiąc, słabo to widzę. Ale to jeszcze nic, bowiem dokładnie na tydzień przed wyborami przypada długi weekend 1-3 maja – czyli tradycyjny, majówkowy termin Narodowej Inauguracji Sezonu Grillowego. I tu już zupełnie nie potrafię wyobrazić sobie sposobu, by Polaków utrzymać w domach.


*

Największy twardziel Europy czyli Boris Johnson wymiękł i zaczął wprowadzać w Wielkiej Brytanii obostrzenia. Trochę szkoda – liczyłem na jakieś konkretne porównanie, która z metod na dłuższą metę okaże się skuteczniejsza: kontynentalna opiekuńczość, czy podszyte darwinizmem brytyjskie „kto ma umrzeć i tak umrze, a reszta się uodporni”? Na szczęście jest Łukaszenka, który się koronawirusowi nie kłania, tylko zaleca stakan wódki, saunę i pracę na traktorze. Ach nie – jest jeszcze Szwecja, gdzie dopiero niedawno wprowadzono ograniczenie zebrań do 50 osób. Trzymam zatem kciuki za Szwecję i Białoruś!


*

Ale i u nas mamy cichych zwolenników „odporności stadnej”. Rafał „Czaskoski” gdy tylko się zorientował, że komunikacja miejska w Warszawie świeci pustkami... wprowadził weekendowe rozkłady jazdy, dzięki czemu autobusy i tramwaje zostały należycie „dogęszczone”. Prócz tego heroicznie odmówił zniesienia opłat parkingowych (ruchy miejskie lubią to) – mimo iż w obecnych warunkach to samochód jest najbezpieczniejszym sposobem przemieszczania się. Ale spoko – w razie czego „Czaskoski” wybuduje na Placu Bankowym szpital polowy z palet. Warszawiacy będą wniebowzięci – niektórzy nawet całkiem dosłownie.


*

Natomiast w obliczu pandemonii Donald Tusk zaszył się na „kwarantannie” i zajął tym, co lubi najbardziej – wrzutkami. Po zrecenzowaniu męskości Andrzeja Dudy, wziął się za ocenę odwagi cywilnej Jarosława Kaczyńskiego – przypomnijmy, są to wynurzenia gościa, który ze strachu przed Dudą i Kaczyńskim zrejterował z kandydowania na prezydenta. Krótko mówiąc, Tusk stał się pospolitym, internetowym trollem – czyli powrócił do właściwego sobie formatu po tym, jak na kilka lat został sztucznie nadęty do rangi „mężyka stanu”.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 14 (03-09.04.2020)

czwartek, 13 lutego 2020

Pod-Grzybki 193

Męska decyzja. Prezydent Andrzej Duda zrezygnował z uczestnictwa w jerozolimskim Światowym Forum Holocaustu, po tym jak odmówiono mu prawa wygłoszenia przemówienia. Ze strony „totalnych” oczywiście podniósł się jazgot, że to błąd i pomniejszanie znaczenia Polski, a „nieobecni nie mają głosu” (to ostatnie ogłosiła Hanna Gronkiewicz-Waltz). Jasne, nie mam wątpliwości, że taki Komorowski pognałby w te pędy wysłuchiwać, jak to byliśmy współsprawcami II wojny światowej i holocaustu. A HG-W jeszcze dorzuciłaby kilka warszawskich kamienic na dokładkę.


*

Swoją drogą, już teraz widać, że to całe Forum będzie niezłą hucpą. Spójrzmy, kto będzie przemawiał: Frank-Walter Steinmeier - czyli prezydent państwa odpowiedzialnego za Holocaust; Emmanuel Macron - czyli prezydent państwa kolaborującego z III Rzeszą, którego żandarmi wyręczali Niemców w wyłapywaniu Żydów i które własnym sumptem i własnymi państwowymi kolejami wysyłało ich do gazu; Władimir Putin – czyli prezydent państwa futrującego Hitlera surowcami i współodpowiedzialnego za rozpętanie II wojny światowej; do tego przedstawiciele USA i Wielkiej Brytanii – czyli państw, które przez całą wojnę nie chciały słyszeć o Zagładzie i nie godziły się na przyjęcie żydowskich uchodźców, czego ponurym symbolem stała się historia statku „St. Louis” zawróconego od amerykańskich i kanadyjskich wybrzeży. Co wśród tych szumowin miałby robić polski prezydent?


*

Jonny Daniels ujawnił, że głównym sponsorem tej hucpy jest rosyjsko-żydowski oligarcha Wiaczesław Mosze Kantor – prominentny członek wielu międzynarodowych żydowskich organizacji. No to teraz wszystko jasne – kto płaci, ten wymaga. Jest jednak w tym wszystkim jeden plus: przynajmniej ten potępieńczy sabat nie odbędzie się na polskiej ziemi. Jest nadzieja, że w tym roku obchody w Auschwitz odbędą się wreszcie w godny sposób i padnie tam kilka słów prawdy – oczywiście, pod warunkiem, że wcześniej zaknebluje się izraelskiego ambasadora.


*

Tu niewesoła refleksja. Podczas wojny ześwinili się niemal wszyscy, z Żydami włącznie - oprócz Polski, która od początku do końca walczyła po słusznej stronie i jak mogła starała się ratować swych żydowskich obywateli. I w zasadzie niemal każda ze świń na tej wojnie coś zyskała – Żydzi nawet własne państwo, zbudowane przez dezerterów z armii Andersa. Tylko nas puszczono na przemiał, a teraz jeszcze wdeptuje się propagandowo w ziemię. Czyli klasyka – kto ma miękkie serce, musi mieć twardą d... Może na przyszłość nie warto być aż tak dobrym i robić za frajera, którego każdy kopie w zadek?


*

Fiutinowi puściły nerwy i postanowił obsmarować Polskę, obarczając nas odpowiedzialnością za II WŚ i holocaust. I tutaj nakłada się kilka spostrzeżeń. Po pierwsze, najwyraźniej w stanie pomroczności jasnej obejrzał „Jak rozpętałem II Wojnę Światową” i pomyślał, że to film dokumentalny (bo czarno-biały). Po drugie, jak to w nerwach bywa, Fiutin niechcący zrobił nam przysługę, bo przypomniał całemu światu o pakcie Ribbentrop-Mołotow. Do tej pory świadomość tego układu poza naszym regionem była zerowa, teraz usłyszał o nim również Zachód – brawo, dziękujemy, towarzyszu Fiutin i prosimy o jeszcze. Po trzecie, Fiutin postanowił się wpisać w żydowsko-niemiecką politykę historyczną, najwyraźniej obiecując sobie, że dzięki temu „wypucuje się” z różnych zaszłości i zbuduje nowe nici porozumienia ze strategicznymi partnerami. No i po czwarte – skąd nagle na salonach zbliżonych do „Wyborczej” takie oburzenie? Przecież Fiutin idealnie wpisał się w tzw. „nową szkołę historii Holocaustu” - w warstwie „merytorycznej” nie powiedział niczego, czego nie mówiliby luminarze pokroju Grossa, Grabowskiego, Stoli czy Engelking. Czerscy wraz z muzeum „Polin” powinni wręcz ufundować Fiutinowi jakiś medal za rozpropagowanie na cały świat swojego przekazu.


*

Po internetach hulają fragmenty zapisków Donalda Tuska z wiekopomnego dzieła „Szczerze”, utrzymane w stylu: „mój kochany pamiętniczku, wprawdzie to o czym piszę zdarzy się dopiero za rok, ale notuję już teraz, żeby nie zapomnieć: z Kijowskiego nic nie będzie, Petru się zbłaźni lecąc na Maderę, a Lewandowski wbije pięć bramek Wolfsburgowi. Poza tym lubię oglądać sobie reprodukcje obrazów, popijać winko i słuchać klasycznej muzy z mojego smartfona, gaworząc nieśpiesznie z Junckerem (o ile akurat jest prawie trzeźwy) i Timmermansem. Czuję się wtedy tak europejsko, że aż się nie mogę samemu sobie nadziwić, do czego to człowiek w życiu doszedł trzymając się szczodrej piersi mutter Angeli. Klękam przed sobą w oczarowaniu i ślę sobie wyrazy. A wy zazdrośćcie, nieudacznicy, bo teraz jestem dużym misiem, który zostawił za sobą ten cały polski syf i folklor. Zaraz lecę na jakiś szczyt do Tokio. Nara, frajerzy!”.


*

Poważniejąc – te całe wypociny są jednym wielkim odreagowywaniem kompleksów przez jakiegoś parweniusza z zadupia, który zachłysnął się wielkim światem i za wszelką cenę pragnie udowodnić, że jest prawdziwym „europejczykiem”. Wszystko na poziomie przemyśleń infantylnej, pretensjonalnej pensjonarki. Zimno się robi na myśl, że ktoś taki znów mógłby rządzić Polską. Jeśli porównać to z takimi pamiętnikami Churchilla... Chociaż, zważywszy na upadek literackiej nagrody Nobla, może i Tusk kiedyś ją dostanie? Musi tylko zmienić ghostwritera.


*

W Australii płoną lasy, w związku z czym Maja Ostaszewska zainicjowała akcję... pisania listów do premiera Morawieckiego. Bo wyngiel i CO2. Czyli już wiadomo – pożary na drugim końcu świata to też wina PiS i nieprzystąpienia przez Polskę do unijnych „celów klimatycznych”. Gdybyśmy tylko zadeklarowali „neutralność klimatyczną” do 2050 r., to natychmiast w Australii zrobiłoby się chłodniej i lasy przestałyby płonąć. Piękny przykład lewackiego „myślenia magicznego” - które, przypomnę, jest cechą ludów prymitywnych, wyznających najczęściej religie animistyczne. Pani Maja powinna czym prędzej polecieć na antypody - wśród takich Aborygenów jej przesłanie miałoby wzięcie.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 02 (10-16.01.2020)

niedziela, 8 grudnia 2019

Pod-Grzybki 189

Agora” rozpaczliwie stara się zminimalizować straty w związku z wydaniem wiekopomnego dzieła Donalda Tuska o dość perwersyjnym tytule „Szczerze”, które miało być flagowym gadżetem jego niedoszłej kampanii prezydenckiej. Zorganizowała mianowicie w siedzibie na Czerskiej promocję książki – ale biletowaną. Desperaci, którzy się zdecydują, będą musieli wybulić za przyjemność poocierania się o eks-”Króla Europy” całe czterdzieści zeta. Krążą pogłoski, że szykowana jest atrakcja specjalna – za niewielką dopłatą Tusk pokaże każdemu chętnemu białego konia.


*

W Parlamencie Europejskim odbył się kolejny sabat nad Polską, tym razem dotyczący sytuacji waginosceptyków i penisosceptyczek, podczas którego odkryto istnienie „stref wolnych od LGBT”, a Robert Biedroń zabłysnął stwierdzeniem, iż w Polsce nie może korzystać ze sklepów, restauracji i hoteli. Nie wyjaśnił tylko, jakim cudem w tym homofobicznym piekle zdążył już być kolejno działaczem społecznym, posłem, prezydentem sporego miasta, eurodeputowanym, a jego partner Krzysztof Śmiszek dopiero co został wybrany do Sejmu. Przy okazji – czasem ten czy ów zastanawia się nad podziałem ról w stadle Biedroń-Śmiszek, tzn. kto pełni w nim rolę „męża”, a kto jest „żoną”. Zgodnie z obowiązującymi trendami, proponuję zastosować do rozwikłania tej zagadki klucz genderowy, odwołujący się do „płci kulturowej”. Jak wiemy, Biedroń jest dziś w Parlamencie Europejskim, gdzie zgarnia gruby hajs, natomiast biedny Śmieszek zaledwie w polskim Sejmie, w którym zarabia co najwyżej na waciki – od razu widać więc, kto w tym domu nosi spodnie.


*

Tego typu nasiadówki w PE pokazują, iż „Europa” postanowiła stosować wobec nas klasyczne podejście kolonialne - „cywilizuj się na naszą modłę, albo giń”. To się sprawdzało, ale tylko do czasu, bo kiedyś prócz nagiej przemocy Zachód oferował atrakcyjne wzorce kulturowe, dziś natomiast roztacza wokół siebie już tylko odór lewackiej zgnilizny. Tak, więc drodzy „Europejczycy”, z nami to nie przejdzie. A wiecie dlaczego? Bo te wasze zdegenerowane wymysły, którymi zastąpiliście cywilizację, nam nie im-po-nu-ją!


*

Jest dobrze! Warszawska Gmina Żydowska do spółki z kard. Nyczem postanowiła zrobić promocję książce Wojciecha Sumlińskiego, dr Ewy Kurek i Tomasza Budzyńskiego „Powrót do Jedwabnego”. Mianowicie, Żydzi tak zapamiętale interweniowali w warszawskiej Kurii, iż ta wpłynęła na podległe sobie instytucje, by wymówiły autorom kolejno cztery sale na spotkanie. Efekt był do przewidzenia – gdy w końcu dzięki Witoldowi Gadowskiemu spotkanie odbyło się w siedzibie SDP na Foksal, przybyły takie tłumy, że ludzie musieli stać na korytarzu, a książka momentalnie stała się bestsellerem. Cymes!


*

To aż nieprawdopodobne, ale Sylwia Spurek (chyba) nie odwaliła w minionym tygodniu niczego spektakularnego. Nie kazała wszystkim kobietom nawrócić się na weganizm, nie rozpaczała nad losem inseminowanych krów, ani nawet nie zająknęła się słowem o „pracy reprodukcyjnej” za którą kobietom należy się kasa. Nagły spadek formy? A może po prostu zaczęła potajemnie jeść mięso? Pani Sylwio, proszę mi tego nie robić - „Pod-Grzybki” bez Pani, to już nie będzie to samo...


*

Swoją drogą, proszę zwrócić uwagę, że ortodoksyjni weganie pokroju Sylwii Spurek, Jasia Kapeli, Szymona Hołowni czy, dajmy na to, Krzysztofa Czabańskiego, nawet fizycznie różnią się od normalnych ludzi – wyglądem przypominają zasuszonych fanatyków z wiecznym obłędem w oczach. A kiedy jeszcze na dodatek zdecydują się odezwać, rozwiewają wszelkie wątpliwości, co do stanu ducha i umysłu. Wniosek jest jednoznaczny – dieta wegańska prowadzi do trwałych zmian w mózgu.


*

No właśnie – słyszeli Państwo może o ortoreksji? Otóż ortoreksja jest zaburzeniem psychicznym polegającym na obsesyjnej dbałości o spożywane jedzenie, wynikającej ze skoncentrowania na sobie i dążenia za wszelką cenę do osiągnięcia zdrowotnej „doskonałości”. Zaczyna się od zmiany zapatrywań na dietę i stopniowego wykluczania kolejnych potraw (np. mięsa), sposobów przyrządzania posiłków (np. smażenia) – aż w końcu ortoretyk niemal całe swoje życie podporządkowuje tak specyficznie rozumianemu „zdrowiu”, w skrajnych przypadkach jedząc jedynie to, co sam osobiście wyhoduje i przyrządzi (bo tylko wtedy ma „pewność”, że jest to zdrowe). Brzmi znajomo? Po raz pierwszy ortoreksja została zdiagnozowana (u siebie samego) w 1997 r. przez amerykańskiego lekarza Stevena Bratmana, który opisał ją w książce pod znamiennym tytułem „W szponach zdrowej żywności”.


*

Gdyby ktoś miał wątpliwości co do powyższej diagnozy, oto najnowszy wykwit szaleństwa Szymona Hołowni, który ma wszelkie dane po temu, by w niniejszej rubryce zdetronizować Sylwię Spurek. W rozmowie z jezuickim portalem „Deon” ów mąż uczony stwierdził, iż Jezus stał się... zwierzęciem, albowiem przeistoczył się w „Baranka Ofiarnego”, biorąc na siebie cierpienia składanych w ofierze zwierząt. Cóż, dosłowna interpretacja metafor jest cechą umysłowości dzieci i ludów prymitywnych, co stanowi kolejne potwierdzenie mych podejrzeń, że Hołownia pod płaszczykiem „katolicyzmu” uprawia własną formę pogańskiego animizmu. Na wszelki wypadek jednak wyjaśnię – Jezus nigdzie nie potępiał jedzenia mięsa, co więcej, wraz z uczniami spożywał Paschę, której nieodłączną częścią była jagnięcina i to przyrządzona na sposób koszerny, z ubojem rytualnym włącznie. Można zakładać co najwyżej, że zgodnie z prawem mojżeszowym nie jadał wieprzowiny – ale już kiedy rozmnażał ryby, to przecież nie po to, by bezproduktywnie zgniły, lecz dlatego, by nakarmić nimi ludzi. Natomiast Kościół, przypomnę, nie uważa za grzech jedzenia mięsa jako takiego, lecz „nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu” - a zgrzeszyć nieumiarkowaniem można równie dobrze obżerając się np. fasolą. Wniosek? By zachować szlachetną wstrzemięźliwość, wystarczy zacząć od przestrzegania tradycyjnych dni postnych – a tak się akurat składa, że mamy ku temu świetną okazję, bo właśnie zaczął się Adwent.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 49 (06-12.12.2019)

środa, 27 listopada 2019

Sieroty po Tusku

Donald Tusk nieuchronnie traci swój polityczny czar, zatem pozostanie w Brukseli jest dla niego opcją najlepszą. Będzie tam w swoim żywiole, robiąc to, co najlepiej potrafi – czyli nic.

I. Syndrom porzucenia

Przywódca odszedł! Mieliście chamy złoty róg, Za pół roku, za rok… ostatnie się wam jeno sznur…- ten facebookowy wpis Marii Nurowskiej jest charakterystyczny dla tyleż nagłego, co ostrego ataku choroby sierocej, jaki dopadł kręgi opozycyjno-dziennikarsko-celebryckie po decyzji Donalda Tuska o niekandydowaniu w przyszłorocznych wyborach prezydenckich. „Kolejne cztery lata rządów PiSu zrujnują Polskę do końca, nie tylko materialnie, odbije się to na psychice, już nie jednostek a narodu” - lamentuje dalej pisarka, by na koniec zrelacjonować rozpaczliwe wiadomości, które otrzymuje od sympatyków: „Czytam: mam dość, idę na emigrację wewnętrzną. Czekałem na Tuska, nie ma już ratunku…wyjeżdżam za granicę, wolę mieszkać na ulicy, ale w wolnym kraju! Co mam odpowiedzieć na takie wołanie?” - pyta dramatycznie. Z kolei Hanna Lis na Twitterze dała upust złości: „Kilka lat temu wybrał apanaże. Teraz stchórzył. Nazwijmy rzeczy po imieniu. Historia osądzi”. Hanna Lis po pewnym czasie skasowała swój post, jakby przestraszyła się własnej szczerości – bo też zdradza on kliniczne objawy syndromu porzucenia w tzw. fazie protestu: krzyk, płacz i agresję. Trzeba przy tym dodać, iż niektórzy przeczuwali, że święci się coś niedobrego – taka Dominika Wielowieyska już w lipcu usiłowała wymusić na Tusku jasną deklarację, pisząc: „A co mnie obchodzą rozterki Tuska. Ma startować!”. Całkiem niedawno natomiast, na łamach „Wyborczej” Magdalena Środa podsumowała „króla Europy” z wyjątkową jak na nią przytomnością umysłu, diagnozując Tuska [miał ogłosić decyzję 2 grudnia] jako nieodpowiedzialnego narcyza i dodając: „Kokietuje, uwodzi, przeczekuje, troszcząc się o swój własny interes: gdzie będzie mu lepiej? W Europie na pewnej, lukratywnej posadzie, czy w Polsce, w walce o zaszczytne, ale niepewne miejsce prezydenta?”.

Nie trzeba było czekać do 2 grudnia - już we wtorek, 5 listopada, wielka nadzieja „totalnych” ogłosiła swojego walkowera, zasłaniając się „bagażem niepopularnych decyzji”, jakim ma być obciążony od czasów swojego premierowania. No i słuszna jego racja, warto jednak dodać, że na wspomniane obciążenia składały się nie tylko decyzje, ale w co najmniej równej mierze zaniechania (pozostaje uzasadnione pytanie, czy nie była to „bierność zaprogramowana”, obliczona na zaspokajanie różnych mafii i grup interesu) – wszystko zwieńczone rejteradą do Brukseli na ciepłą posadkę załatwioną mu przez Angelę Merkel. Ostatecznie na decyzję Tuska wpłynąć miał zlecony przez niego prywatny sondaż, z którego wynikało, że jest „niewybieralny”, głównie ze względu na zbyt szeroki elektorat negatywny. I tylko wierny Tomasz Lis, po początkowym smuteczku, heroizuje we wstępniaku na stronach „Newsweeka” postać swego idola, pisząc: „Minione cztery lata rządów PiS to Polska bez Tuska, ale w Tusku Polska wciąż była. I wciąż było pytanie – czy kandydować na prezydenta. Czy stanąć do dramatycznego, heroicznego, a może i desperackiego boju”. Cóż, każdy przepracowuje traumę na swój sposób.


II. Białego konia sprzedam – Donald Tusk

A skoro jesteśmy przy „Newsweeku” - gdyby Tusk, jak zapowiadał, wstrzymał się z ogłoszeniem decyzji do 2 grudnia, to zbiegła by się ona symbolicznie z okrągłą rocznicą pamiętnego numeru springerowskiego tygodnika – tego z bombastyczną okładką przedstawiającą „powrót króla” na białym koniu, opatrzoną nagłówkiem „Plan Tuska”. Wedle tamtego artykułu, powrót Tuska miał być „czarnym snem” PiS-u - ale pod jednym warunkiem: opozycja musiałaby wpierw wygrać wybory parlamentarne. Słowem, cały Tusk – jeżeli ktoś tu, na miejscu, odwaliłby za niego czarną robotę i doprowadził do politycznego przesilenia, wtedy on łaskawie mógłby wrócić i dać się wybrać na prezydenta.

Tymczasem wszystko wskazuje na to, że ubieganie się o prezydenturę było dla Donalda Tuska najmniej pożądaną opcją i to z kilku powodów. Po pierwsze, jego cechy charakteru – ten gość to po prostu notoryczny leser i miglanc. Do roboty zabrał się tylko raz – gdy po zafundowanym mu przez różnych „coachów” ostrym treningu mentalnym wygrał wybory w 2007 r., a później z rozpędu, również w 2011, korzystając z ówczesnej niemocy PiS-u, pogrążonego w pourazowym stresie po Smoleńsku. W międzyczasie jednak jego nieróbstwo jako premiera stało się wręcz przysłowiowe, czego symbolem był czterodniowy „tydzień pracy” - media donosiły o lotach rządowym samolotem do Gdańska już w piątkowe popołudnie i powrotach do Warszawy dopiero w poniedziałkowy wieczór lub nawet we wtorek i godzinach spędzanych z partyjnymi kolegami na „harataniu w gałę”. I ktoś taki miałby teraz wziąć się do ostrego galopu w walce o niepewną prezydenturę? Wolne żarty. Natomiast Andrzej Duda, co by o nim o nie mówić, to jednak skrzętny, krakowski pracuś - jeśli trzeba, potrafi narzucić sobie mordercze tempo i objechać całą Polskę, każdy powiat. W Tusku zaś dodatkowo do tej pory tkwi zadra po porażce z śp. Lechem Kaczyńskim w 2005 r., co odebrał jako upokorzenie – i nie chce dorzucać kolejnej przegranej z politycznym wychowankiem Lecha Kaczyńskiego, Andrzejem Dudą.

Po drugie – Tusk na sutych, brukselskich rosołach stał się klasycznym „tłustym kotem”, któremu nie chce już się łowić myszy. Co by go czekało w Polsce? Wieczne użeranie się w tutejszym politycznym bagienku – i to nie tylko z PiS-em, ale również z własną partią pod rządami Schetyny. Musiałby też liczyć, że zdominowana przez „schetynowców” Platforma lojalnie pracowałaby w trakcie kampanii na jego sukces, co jest nader wątpliwe. Poza tym, przecież jego marzeniem było załapanie się na tyleż prestiżową i lukratywną, co nie wymagającą większego wysiłku posadę w Brukseli – i teraz miałby to wszystko porzucić dla mirażu prezydentury? Zresztą, dla tego obozu charakterystyczne jest podejście zwerbalizowane na taśmach z „Sowy i Przyjaciół” w rozmowie z Pawłem Grasiem przez ówczesnego szefa „Orlenu” Jacka Krawca, który w kontekście unijnego awansu Tuska mówił: „(...) jednak idziesz w zupełnie inną orbitę, odseparowujesz się od tego wszystkiego, od tego syfu, k...a, jesteś dużym misiem, odseparowujesz się od tego folkloru, od tego syfu”. Nie po to Tusk „odseparował się od syfu”, by teraz do tego krajowego „syfu” wracać. Co innego pieścić swoje ego wsłuchując się w błagania „Tusku wróć” i kokieteryjnie hamletyzować „wrócę – nie wrócę”, a co innego poddać się wyborczej weryfikacji.

Po trzecie – kasa i rodzina. Nie jest tajemnicą, że małżonka Donalda Tuska w Brukseli mogła zrealizować swoje marzenie o podróżach, z dala od polskich mediów (pamiętamy aferę z „podróżą życia” do Machu Picchu okraszoną odznaczeniem „Słońca Peru”), a i dzieciom nie uśmiechał się powrót pod ostrzał wścibskich kamer. No i zarobki – w Brukseli na stanowisku przewodniczącego Rady Europejskiej Tusk wyciągnął w przeliczeniu niemal 8,5 mln. zł. - a do tego po zakończeniu kadencji przez dwa lata otrzyma w ramach „okresu przejściowego” dodatkowo 1,4 mln. zł. Wynagrodzenie polskiego prezydenta do tego się nie umywa. Na dodatek, czeka go stanowisko szefa Europejskiej Partii Ludowej (też przecież nie za darmo) – największej frakcji w europarlamencie. Czyli, tak jak lubi – zero obowiązków, a pieniądz leci. Doprawdy, biorąc pod uwagę powyższe, w „powrót króla” mogli wierzyć tylko ostatni frajerzy.


III. Brukselskie dolce vita

Tak naprawdę, do powrotu mogło skłonić Tuska tylko jedno – gdyby Angela Merkel nawinęła go na kolano i spuściła solidne manto na goły zadek. Ale „mutter Angela” to już zachodząca gwiazda i nie ma tej samej co niegdyś siły przekonywania - a z takimi Tusk się nie liczy. Generalnie, przypomina schyłkowego Kwaśniewskiego, który swojego czasu, po zakończeniu prezydentury lansowany był na „patrona” i „odnowiciela lewicy” - co z tego wyszło, wszyscy wiemy. Donald Tusk także nieuchronnie traci swój polityczny czar, zatem pozostanie w Brukseli jest dla niego opcją najlepszą. Będzie tam w swoim żywiole, robiąc to, co najlepiej potrafi – czyli nic.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 46 (15-21.11.2019)

Pod-Grzybki 186

Aj! „Agora” podlicza straty. Czerscy wydali Tuskowi książkę pod kuriozalnym tytułem „Szczerze”, która miała ukazać się 12 grudnia i stać się sztandarem jego kampanii prezydenckiej – a tu Tusk bez ceregieli wystawił swych promotorów do wiatru, ogłaszając, że tak „szczerze”, to on jednak nie startuje. W efekcie, cały nakład można puścić na przemiał – bo w tej sytuacji przecież nikt o zdrowych zmysłach tego wyborczego gadżetu nie kupi. I tak, mówiąc „Siarą”, cały ich misterny plan poszedł w p...u. Ciekawe, czy byli na tyle naiwni, by zapłacić Tuskowi z góry honorarium? Nawiasem – w internetowych księgarniach, gdzie owo wiekopomne dzieło można zamawiać w przedsprzedaży, książka już w tej chwili jest... przeceniona. Mistrzowie, po prostu mistrzowie!


*

Jako swoisty ersatz Tuska w prezydenckim wyścigu ma wystąpić Szymon Hołownia – gwiazdor TVN-u, niedorobiony dominikanin i „katolik otwarty”. „Otwarty” do tego stopnia, że w iście Franciszkowym duchu pomylił katolicyzm z szamanistycznym pogaństwem rodem z „ekologii wyzwolenia”, twierdząc iż na Sądzie Ostatecznym będą osądzać go... zwierzęta. Cóż, jak wiadomo, obecnie największą partią opozycyjną jest TVN, więc nic dziwnego, że postanowił wystawić własnego kandydata. Wprawdzie swojego czasu ta sama stacja za podobne polityczne ciągoty wywaliła Tomasza Lisa – ale to była inna „mądrość etapu”, bo wtedy TVN lansował... Jolantę Kwaśniewską. Z Hołownią skończy się jak z panią Jolantą – ale co się w międzyczasie pobawimy, to nasze.


*

Tydzień bez Sylwii Spurek tygodniem straconym. Tym razem z jakiejś okazji zakazała kobietom jeść mięso, ogłaszając, iż „nie ma feminizmu bez weganizmu”. Biedaczka, ona w tym europarlamencie, gdzie nie chcą na stołówce serwować dań wegańskich, najwyraźniej ze szczętem już oszalała z głodu i pragnie, by reszta kobiet zwariowała tak samo, jak ona. Po raz kolejny potwierdza się teza, że nie ma większych wrogów kobiet, niż feministki.


*

Posłankini” Zielonych Urszula Zielińska wystąpiła z pomysłem „policji ekologicznej”, do której miano by zwerbować... emerytów, żeby mogli sobie dorobić. Coś takiego funkcjonuje ponoć w Szwecji, gdzie policjanci-emeryci sprawdzają, czy sąsiedzi prawidłowo segregują śmieci i nie palą jakimś szajsem w piecach. Wróżę tej inicjatywie wielkie powodzenie – wszyscy emerytowani ubole i ich szpicle zbiegną się pod zielone sztandary jak jeden mąż (i mężyni), by poczuć się jak za młodu. Ekologiczne ORMO czuwa!


*

Homolobby nie odpuszcza. Otóż w Kielcach w ramach „budżetu obywatelskiego” staną tęczowe ławeczki – 20 sztuk za jedyne 130 tys. złociszy. Ehem, coś mi mówi, że nie przetrwają nawet jednego sezonu, podzielając los tęczy na Placu Zbawiciela. Po drugie, weź tu człowieku i usiądź na czymś takim – a potem do końca życia tłumacz się przed znajomymi, że nie jesteś pedałem...


*

Lewactwo w panice – na ekranach kin święci triumfy antyaborcyjny film pt. „Nieplanowane”. Lewacy zanoszą się oburzeniem, bo jak można przypisywać ludzkie cechy jakimś tam „płodom” i „zlepkom komórek”? Tak więc, różne „zlepki komórek”, które miały to szczęście, że rodzice ich nie wyskrobali, dzięki czemu mogły się urodzić i dorosnąć, plują jadem w mediach, internecie, a nawet urządzają pikiety pod kinami. Żeby było ciekawiej, „Nieplanowane” wyświetlane jest również w należącej do „Agory” sieci kin „Helios”. Czekam teraz na feministyczną pikietę pod siedzibą „Agory” na Czerskiej. A nie, zaraz... przecież prym w nagonce na film wiodą redaktorki-aktywistki z „Wysokich Obcasów” - mogą więc urządzić protest u siebie, na miejscu, tropiąc krypto-prolajferów we własnych szeregach. Wszędzie lęgnie się to prawactwo, zgroza!


*

Swoją drogą, to aż nieprawdopodobne, że jeden skromny, niskobudżetowy film doprowadza lewactwo do takiego amoku. Ale to dobrze, mamy tu bowiem do czynienia z odwróceniem dotychczasowej prawidłowości. Dotąd to katolicy organizowali protesty przeciw różnym lewackim, prowokacyjnym produkcjom. Teraz role się odwróciły – co oznacza, że tym razem to tamci czują się niepewnie, zepchnięci do światopoglądowej, ideowej defensywy. I to jest bardzo optymistyczny znak czasów – tak trzymać!


*

Portal OKO.press, podążając za amerykańskimi mediami, „wyśledził”, iż nawrócenie głównej bohaterki „Nieplanowanego”, Abby Johnson (byłej dyrektorki placówki aborcyjnego koncernu „Planned Parenthood”) miało nie być szczere. Przystąpiła ponoć do organizacji pro-life, bo tam lepiej płacili. I sądzę, że tę informację, wbrew pozorom, warto nagłaśniać. Aborcjoniści! Nie ma sensu babrać się w tym zbrodniczym syfie dla marnych kilku dolców! Przejdźcie do prolajferów – będziecie mieli i pieniądze, i spokojne sumienie. Dwa w jednym!


*

Za nami 11 Listopada i kolejny „Marsz Niepodległości”, który już trwale stał się centralnym punktem Święta Niepodległości – co z rezygnacją odnotowały nawet lewackie media, skromnie jednak nie wspominając o wiekopomnej roli, jaką odegrała w propagowaniu i nagłaśnianiu tej imprezy „Gazeta Wyborcza” z przyległościami. Szczególne podziękowania należą się tu Sewerynowi Blumsztajnowi i rozdawanym przez niego gwizdkom, które miały w 2010 r. wypłoszyć z Warszawy „faszystów”, a w rezultacie wydatnie pomogły przekształcić Marsz w wydarzenie naprawdę masowe. Na miejscu organizatorów już za samo to zaproponowałbym mu dożywotnie miejsce na trybunie honorowej. Panie Sewku – dzię-ku-je-my!


*

O zasługach tej oddolnej inicjatywy niech zaświadczy rzut oka w przeszłość. Przed epoką Marszu, 11 Listopada był odbębniany nudnymi „oficjałkami”. Dopiero narodowcy i pozostali patrioci uczynili to święto naprawdę żywym i obywatelskim – co jest osiągnięciem tym cenniejszym, że krwawo wywalczonym w ulicznych starciach z reżimem Tuska oraz rodzimym i zagranicznym lewactwem. A zatem: Polska niech żyje – lewactwo niech wyje!


*

A tymczasem ekologiści ze zgrozą donoszą, iż tegoroczny październik był najcieplejszy w historii pomiarów. Hip, hip, hurra! Żegnaj „mała epoko lodowa” - i do niezobaczenia!


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 46 (15-21.11.2019)

środa, 17 lipca 2019

Brukselska wiktoria

To jeszcze wprawdzie nie jest ten etap, gdy możemy przeforsować swoich kandydatów wbrew Niemcom czy Brukseli – ale to już jest ten etap, gdy jesteśmy w stanie skutecznie zablokować narzucanych nam nominatów.

I. „Koniec początku”

To nie jest koniec. To nie jest nawet początek końca. Ale jest to, być może, koniec początku” - ta sentencja z radiowego przemówienia Winstona Churchilla po zwycięstwie pod El-Alamein jako żywo pasuje do stoczonej właśnie brukselskiej bitwy, w której udało się zablokować nominację Fransa Timmermansa na przewodniczącego Komisji Europejskiej. W 1942 r. siły dowodzone przez marszałka Bernarda Montgomery'ego pokonały pancerne zagony Afrika Korps Erwina Rommla, zmuszając je do odwrotu – i była to pierwsza znacząca porażka III Rzeszy w otwartym polu. Teraz natomiast koalicja państw Europy Środkowej wraz z Włochami i zbuntowanymi przeciw Angeli Merkel niemieckimi chadekami utrąciła kandydaturę fanatycznego lewaka i polakożercy na czołowe stanowisko w Europie. Po raz pierwszy kraje „nowej Europy” skutecznie przeciwstawiły się dyktatowi starych potęg, dotąd niepodzielnie trzęsących kontynentem i narzucających mu swą wolę. To wydarzenie bez precedensu – wcześniej bowiem niemiecko-francuski tandem rozgrywał i dzielił nasz region jak chciał, pacyfikując jakikolwiek opór. Zwróćmy uwagę, że jeszcze nie tak dawno ofensywa dyplomatyczna Macrona zakończyła się przeforsowaniem szkodliwej dla nas dyrektywy o pracownikach delegowanych, doprowadzając do podziału na tym tle wśród państw Trójmorza i jego twardego jądra, czyli Grupy Wyszehradzkiej. Wszystko wskazuje, że „gang z Osaki” liczył do końca na powtórkę tego scenariusza – na szczęście, przeliczył się w swych rachubach.


II. Brukselska batalia

Ta zwycięska bitwa ma jeszcze jeden walor – zmusiła dominujące w Unii siły do odrzucenia masek i zaniechania gry pozorów. Do tej pory w unijnych przepychankach panowała zasada fikcyjnego „konsensusu”, w praktyce oznaczająca, że słabsze kraje akceptowały bez szemrania stanowisko silniejszych, co najwyżej zadowalając się jakimiś symbolicznymi koncesjami. Tym razem było inaczej. Spór o Timmermansa obnażył przed szeroką opinią publiczną fasadowość unijnych „demokratycznych” procedur, co jeszcze nie raz będzie odbijało się echem w bliższej i dalszej przyszłości. Przypomnijmy sobie, jak to wyglądało. Podczas szczytu G-20 w Osace Niemcy, Francja, Hiszpania i Holandia porozumiały się co do obsady kluczowych stanowisk, co nazwano „pakietem z Osaki”. Ów „pakiet” został następnie zakomunikowany Donaldowi Tuskowi, który miał przekazać jego ustalenia frakcjom europarlamentu „do wykonu” i przygotować pod jego kątem szczyt Rady Europejskiej, tak by cała operacja przebiegła gładko. Tusk, jak zobaczyliśmy, nie wywiązał się z zadania (a wręcz koncertowo je schrzanił), co wywołało dodatkową wściekłość unijnych możnych – i jest to kolejna dobra informacja dla Polski. Wiodący przywódcy ostatecznie przekonali się, że to bezwolne popychadło Angeli Merkel do niczego się nie nadaje, co oznacza automatycznie, że w Brukseli nikt nie będzie po nim płakał i po zakończeniu kadencji raczej nie będzie mógł liczyć na żadne prestiżowe stanowisko – a co za tym idzie, nie będzie w stanie już realnie zaszkodzić Polsce. Ale to tak na marginesie.

Wracając do meritum - „banda czworga” z Osaki, ta samozwańcza, uzurpatorska Yakuza, chciała sterroryzować resztę państw członkowskich, w starym stylu „koncertu mocarstw”. Tyle, że pragnęła przy tym zachować pozory – że niby toczą się jakieś „negocjacje”, a fotel szefa Komisji Europejskiej dla Timmermansa jest efektem „konstruktywnego kompromisu”. Szczególnie zależało na tym Angeli Merkel, która do końca wspierała swego protegowanego. Pomysł był sprytny – Niemcy rękami Timmermansa miały trzymać sprawiający coraz większe problemy region Europy Środkowej (ze szczególnym uwzględnieniem Polski i Węgier) pod nieustannym ostrzałem, same stojąc dyskretnie z boku i strojąc zatroskane miny. Pomyślmy tylko – skoro Timmermans był w stanie przysporzyć nam tylu kłopotów jako wiceprzewodniczący, to można sobie wyobrazić jakie armaty wytoczyłby jako szef KE. Mógłby chociażby przeforsować powiązanie funduszy strukturalnych z „przestrzeganiem praworządności”, której stan byłby arbitralnie oceniany przez Komisję – czyli przez niego samego. Do tego nie wolno było dopuścić za żadne skarby – i tu premier Morawiecki spisał się na medal. Zmontował skuteczną koalicję, wykorzystując okazję, jaką było rozgoryczenie największej frakcji Parlamentu Europejskiego (EPL) nominacją ich politycznego konkurenta. Opór był tak silny, że Angeli Merkel nie udało się go złamać, mimo ponawianych nacisków na poszczególnych przedstawicieli „koalicji sprzeciwu”. Mniejsze kraje (ale też i skonfliktowane z Brukselą Włochy) wiedziały doskonale o co toczy się gra – ugruntowanie pozycji mocarstwowego duetu francusko-niemieckiego oraz zwycięstwo aroganckiego Timmermansa było groźne również i dla nich, bo nikt nie mógł im zagwarantować, że za chwilę i one nie znajdą się pod byle pretekstem na celowniku. Poza wszystkim, pokazaliśmy, że jesteśmy w stanie budować sojusze, obalając mit o rzekomej „izolacji” Polski w Europie. To spory krok naprzód, zważywszy, że jeszcze dwa lata temu nikt nie chciał umierać za nasz sprzeciw wobec drugiej kadencji Tuska na stanowisku przewodniczącego Rady Europejskiej.


III. Krajobraz po bitwie

W kontekście powyższego, małostkowa zemsta, jaką było utrącenie kandydatów z naszego regionu do innych unijnych stanowisk, czy odrzucenie kandydatury prof. Krasnodębskiego na jednego z 14 wiceprzewodniczących Parlamentu Europejskiego, mają znaczenie drugorzędne. Cel podstawowy został osiągnięty i sądzę, że z upływem czasu będziemy to coraz bardziej doceniać. Brukselska wiktoria wpisuje się również w szerszy kontekst zmierzchu Angeli Merkel – nieformalnej „cesarzowej Europy”. Nominowanie Ursuli von der Leyen było już tylko ruchem osłaniającym niemiecki odwrót. Von der Leyen jest politykiem słabym – w Niemczech nie zanotowała sukcesów jako minister zajmująca się sprawami społecznymi, a jako minister obrony doprowadziła Bundeswehrę na skraj katastrofy. Nie ma podstaw by sądzić, że jako szefowa Komisji Europejskiej będzie sobie radzić lepiej, co może dla nas oznaczać poluzowanie dążącego do „pogłębienia integracji” i federalizacji unijnego gorsetu. Natomiast jej porażki w zawiadywaniu niemiecką armią oznaczają, że również potencjalnie śmiertelnie dla nas niebezpieczny projekt europejskiej armii odchodzi w siną dal. Także pozycja Angeli Merkel, spektakularnie upokorzonej na unijnym szczycie, daleka będzie od dawnej potęgi, gdy jej wola wytyczała kierunki europejskiej polityki.

Zostaje jeszcze Timmermans, który ponownie będzie wiceprzewodniczącym Komisji Europejskiej. Sfrustrowany porażką, wściekły i pałający żądzą odwetu. Oczywiście, będzie starał się nam szkodzić ze zdwojoną energią – tyle, że najbardziej pomyślne dla niego wiatry właśnie przestały wiać. Po pierwsze, raczej się nie zdarza, by brukselscy politycy przez dwie kadencje z rzędu zajmowali się tym samym – zatem Timmermans jako „wice” może tym razem otrzymać inną działkę, niż praworządność. Po drugie, jego karta przygnieciona ciężarem klęski będzie słabnąć. Na nękaniu Polski i Węgier zbudował całą swoją kampanię i pozycję polityczną – i w kluczowym momencie przegrał. Po trzecie, kraje „nowej Europy” zobaczyły, że z unijnym establishmentem można wygrać i od tej pory nie będą już tak potulnie wysłuchiwały połajanek i pouczeń z Brukseli. To ma szansę scementować sojusz państw Trójmorza i Grupy Wyszehradzkiej. Wreszcie – przegrana Timmermansa odebrała tlen krajowej „totalnej opozycji” spod znaku „ulica i zagranica”. Odtąd pomoc dla Schetyny i spółki będzie z pewnością mniej wydajna.

Podsumowując, to jeszcze wprawdzie nie jest ten etap, gdy możemy przeforsować swoich kandydatów wbrew Niemcom czy Brukseli – ale to już jest ten etap, gdy jesteśmy w stanie skutecznie zablokować narzucanych nam nominatów. W porównaniu z tym co było, jest to znaczący postęp. Realnie patrząc, osiągnęliśmy maksimum z tego, co było możliwe - a w polityce jest to wielka sztuka.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 28 (12-18.07.2019)

niedziela, 2 czerwca 2019

PiS wygrywa mecz na wyjeździe

Te wybory były „europejskie” tylko z nazwy. Zarówno agenda poruszanych tematów, jak i frekwencja pokazały jasno, że był to plebiscyt stricte krajowy, mający pokazać siłę poszczególnych obozów przed kluczową wyborczą jesienią.

I. Trzy obalone mity

45,38 proc. głosów (27 mandatów) dla PiS do 38,47 proc. (22 mandaty) dla Koalicji Europejskiej – to ostateczny wynik arcytrudnej dla partii rządzącej konfrontacji w wyborach do Parlamentu Europejskiego. Przewaga 6,91 punktu procentowego jaką uzyskał PiS świadczy o bezapelacyjnym, jednoznacznym zwycięstwie. Nawet jeśli do wyniku KE doliczymy 6,06 proc. uzyskanych przez skrajnie lewacką „Wiosnę” Roberta Biedronia (3 mandaty), to i tak uzyskamy stosunek głosów 45,38 do 44,53 – a więc przewagę 0,85 pkt. proc. (w mandatach – 27 do 25). Rezultat ten należy docenić tym bardziej, że utarło się przekonanie, iż eurowybory są domeną opcji lewicowo-liberalnej. Używając terminologii piłkarskiej – Zjednoczona Prawica wygrała ważny mecz na wyjeździe, odczarowując tym samym boisko przeciwnika. A że bramki na wyjeździe liczą się podwójnie, to na perspektywę wyborów do Sejmu i Senatu można patrzeć ze sporym optymizmem – tym bardziej, że te wybory były „europejskie” tylko z nazwy. Zarówno agenda poruszanych tematów, jak i frekwencja pokazały jasno, że był to plebiscyt stricte krajowy, mający pokazać siłę poszczególnych obozów przed kluczową wyborczą jesienią.

Niejako przy okazji udało się obalić również inny mit – że zwiększona frekwencja zagra w naturalny sposób na korzyść obozu anty-PiS. Liberalni komentatorzy za pewnik przyjęli, że wyborcza mobilizacja dotyczyć będzie głównie wielkich miast, gdzie dominuje elektorat obsesyjnie nienawidzący partii Jarosława Kaczyńskiego i owładnięty „kompleksem Europy”, pragnący za wszelką cenę udowodnić swą wyższość nad prowincjonalnym „ciemnogrodem” poprzez głosowanie na „słuszne” ugrupowania. Widać było to wyraźnie w trakcie wyborczej niedzieli, podczas której np. portal „gazeta.pl” w euforycznym tonie odnotowywał kolejne frekwencyjne rekordy. Tymczasem, nic z tego – wyjątkowo dla tego typu wyborów zmobilizowała się konserwatywna prowincja, w ostatecznym rozrachunku przykrywając wielkomiejskie „fajnopolactwo”. Zwycięstwo w eurowyborach przy frekwencji 45,68 proc. (w 2014 r. było 23,83 proc.) musi smakować w dwójnasób.

No i wreszcie mit trzeci – powrotu „Króla Europy”, czyli Donalda Tuska na białym Timmermansie. Zarówno kampania wyborcza, jak i końcowy wynik pokazały, że magia Tuska przestaje działać. Mimo, że przewodniczący Rady Europejskiej porzucił nawet pozory bezstronności i jednoznacznie zaangażował się na rzecz „totalnej opozycji”, to efekt okazał się mizerny. Mdłe wystąpienia, z których po pięciu minutach nikt nie potrafił zacytować choćby jednego zdania, to z pewnością nie było to, na co liczyli zwolennicy „totalnych”. Nie pomogła nawet feta na trzydziestolecie „Gazety Wyborczej” - „człowiek roku” nie porwał za sobą tłumów. Lata w Brukseli na wygodnej synekurze ewidentnie osłabiły u Tuska polityczny pazur – dziś prezentuje się niczym wyliniały kocur, który chyba nawet nie ma za bardzo ochoty na powrót do polskiej polityki, o ciężkiej pracy nie wspominając. Być może zaangażowanie na krajowym podwórku zostało mu po prostu zlecone i wykonywał zadanie wbrew sobie i bez przekonania. Tak czy owak, Tusk jest obecnie politycznym celebrytą, a nie „game changerem” - przypomina w tym Aleksandra Kwaśniewskiego po zakończeniu prezydentury. Wtedy również obóz lewicowo-liberalny widział w nim patrona, który odnowi i poprowadzi lewicę do boju – jak wiemy, skończyło się na niczym.


II. Pustka programowa obozu „anty-PiS”

Jeżeli spojrzeć przekrojowo na kampanię wyborczą, ze szczególnym uwzględnieniem jej ostatniego etapu, to widać, że „anty-PiS” przynajmniej kilkakrotnie strzelił sobie w kolano. Pierwszoplanowe twarze obozu sprawiały wrażenie, jakby sukces miał przynieść sam fakt zjednoczenia się pod wspólnym szyldem. Kampania toczyła się głównie w mediach i wielkich miastach z kompletnym zlekceważeniem „terenu”. W efekcie PiS wygrał w przytłaczającej większości gmin i powiatów (często również w województwach stanowiących matecznik PO), co jest pomyślnym prognostykiem przed wyborami parlamentarnymi, a Beata Szydło zdobyła 524 951 głosów, co daje w skali Polski poparcie rzędu 3,9 proc. Po oczach biła pustka programowa – Koalicja Europejska jako jedyny komitet nie była w stanie odpowiedzieć na pytania „Latarnika Wyborczego”, poza ogólnikową „europejskością” i „odsunięciem PiS od władzy” nie miała wyborcom literalnie nic do zaoferowania, licząc najwyraźniej, że osiągnie sukces jadąc wyłącznie na antypisowskich emocjach. Na ostatniej prostej usiłowano zatuszować tę nicość urbanoidalnym antyklerykalizmem i palikociarskimi hasłami spod znaku „lewicy rozporkowej”, ścigając się na tym polu z Biedroniem. I kto wie, czy KE właśnie tutaj nie przejechała się najbardziej.

W środowiskowej „bańce” lewicy od jakiegoś czasu pokutuje przekonanie, że Polacy są bardziej liberalni obyczajowo niż mogłoby się wydawać, dlatego należy grać na tej nucie. To po części prawda, świadczy o tym choćby rosnąca ilość związków nieformalnych, czy spadająca liczba wiernych biorących udział w praktykach religijnych – zwłaszcza w młodym pokoleniu. Jednak „obyczajówka” wciąż nie jest czynnikiem decydującym o preferencjach wyborczych, a gdy w grę wchodzi homoseksualna deprawacja nieletnich – działa wręcz odstręczająco. Podobnie z tzw. ludowym antyklerykalizmem – Polacy między sobą lubią wprawdzie popsioczyć na księdza, lecz wciąż reagują negatywnie na antykościelne nagonki i szarganie świętości. Tymczasem KE pod koniec kampanii sprawiała wrażenie, jakby wybory miał jej wygrać film braci Sekielskich – kolejne miliony odsłon na You Tube biorąc za wskaźnik poparcia. Tyle, że machina propagandowa temat pedofilii w Kościele zwyczajnie „przegrzała” i do wyborców dotarło, że problem jest zbyt nachalnie instrumentalizowany na potrzeby brudnej rozgrywki politycznej. Z pewnością nie pomogło jadowicie klerofobiczne wystąpienie Leszka Jażdżewskiego na UW, które na domiar złego częściowo „przykleiło się” do Tuska, czy prowokacje z „tęczową” Matką Boską. Polacy mogą wiele znieść, mogą nawet mieć dystans do Kościoła instytucjonalnego – ale profanacji Matki Boskiej Częstochowskiej nie zdzierżą. Jak bardzo „anty-PiS” zamknął się w lewackim matrixie, że do tego stopnia odkleił się od rzeczywistości? Zapewne swoje zrobił też ekspiacyjny list Episkopatu odczytywany w wyborczą niedzielę w Kościołach oraz... nagłośniona podczas ciszy wyborczej wulgarna gej-parada w Gdańsku, bluźnierczo parodiująca procesję Bożego Ciała z waginą w miejsce Najświętszego Sakramentu. Wyjątkowo boleśnie odczuło to PSL, które wchodząc w lewacką koalicję straciło tradycjonalistyczny, wiejski elektorat na rzecz PiS, które na wsiach zgarnęło ponad 70 proc.


III. Konfederacja – porażka i nadzieja

Na zakończenie kilka słów o Konfederacji. Na porażkę antysystemowców złożyło się kilka czynników – agresywna propaganda propisowskich mediów, odcięcie od telewizji publicznej, wysoka frekwencja oraz podchwycenie przez PiS twardej retoryki ws. ustawy 447. Ale były też błędy po stronie samych Konfederatów – wywiady dla kremlowskiego „Sputnika”, „wrzutki” o batożeniu homoseksualistów (Braun), „lekkiej” pedofilii (Korwin) czy szczeniackie pajacowanie Berkowicza z jarmułką nad głową kandydatki PiS. Słowem, „protokół 2 proc” odpalono zbyt wiele razy, by pozostało to bez konsekwencji. Jednak wynik 4,55 proc. daje nadzieję przed jesienią – o ile zostaną wyciągnięte wnioski i antysystemowcy popracują nad przekazem. Pole do wzrostu jest chociażby w elektoracie upadającego Kukiz'15 oraz w mobilizacji młodzieży (w przedziale 18-29 lat Konfederaci wykręcili trzeci wynik – 18,6 proc.). Konfederacja jest polskiej prawicy potrzebna - minione tygodnie pokazały, że ma zbawienny, dyscyplinujący wpływ na obóz władzy, zmuszając go chociażby do zajęcia jednoznacznego stanowiska wobec żydowskich roszczeń. Jeśli tej radykalnej konkurencji zabraknie, to zachodzi obawa, że PiS w poczuciu politycznego komfortu znów się rozlezie jak dziadowskie gacie.

Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 22 (31.05-06.06.2019)

niedziela, 19 maja 2019

Pod-Grzybki 160

Włodzimierz Cimoszewicz przejechał na pasach zakonnicę w ciąży... nie, wróć – nie zakonnicę, tylko staruszkę na rowerze. Na dodatek okazało się, że samochód nie miał ważnego przeglądu. No, ale powiedzcie Państwo uczciwie sami – jak Cimoszewicz miał zrobić badania techniczne, skoro w Polsce łamana jest OTUA? Przecież te pisowskie badania i tak byłyby z definicji nieważne, co zapewne niedługo potwierdzi TSUE w odpowiedzi na pytania prejudycjalne. No i przecież to było przejście dla pieszych, a nie dla rowerzystów! To gdzie się baba pchała? Pisówa jedna!


*

Niemcom grozi głód! W samym szczycie sezonu szparagowego brakuje pracowników z Polski i warzywa gniją na polach! Niemieckie MSZ wskazuje, że wszystko przez program „500+”, bo rozbestwionym Polakom nie chce się już tyrać u bauera. Dziwne, przecież dopiero co przyjęli rzesze „cenniejszych niż złoto” inżynierów i lekarzy... Chociaż, w sumie, trzeba oddać przybyszom z ciepłych krajów sprawiedliwość - wszak wysoko wykwalifikowany specjalista nie będzie się zniżał do pracy przy jakichś wykopkach i to jeszcze w ramadan. Mam jednak rozwiązanie tej napiętej sytuacji – Komisja Europejska powinna ogłosić, że przyznanie Polsce funduszy europejskich zostanie uzależnione od dostarczenia Niemcom corocznego kontyngentu robotników przymusowych.


*

Andrzej Zybertowicz nie zostanie „profesorem belwederskim” - tak zadecydowała Centralna Komisja ds. Stopni i Tytułów Naukowych ustami prof. Tadeusza Gadacza. Wniosek z tego, że zdiagnozowana przez Rafała Ziemkiewicza „choroba wściekłych profesorów” się rozszerza. Ani chybi, służby weterynaryjne będą musiały porozrzucać na uczelniach kulki tłuszczu ze szczepionkami – i dopilnować, by zostały zjedzone. Zawsze to bardziej humanitarne, niż odstrzał prewencyjny.


*

Do Polski miała przyjechać delegacja urzędników z Izraela – ponoć, by zdyscyplinować rząd, który ostatnio zaczął wierzgać w sprawie roszczeń i odgrażać się, że Żydzi nie zobaczą nawet złotówki. Na szczęście, szybko zdementowano ten fake news. Okazało się, że to nie żadna delegacja, tylko misja humanitarna, mająca z Polaków odessać antysemityzm – najlepiej razem z kasą.


*

Ale! Jak wieść niesie, mimo że strona polska odwołała spotkanie, to „misja humanitarna” i tak przybyła – tyle, że na „nieoficjalne” rozmowy „bez przedstawicieli polskiego rządu”. To chyba jakiś nowy zwyczaj – wpraszać się wbrew gospodarzom i prowadzić jakieś „rozmowy”. Ciekawe, z kim? Proponuję zatem rewizytę polskiej delegacji w Strefie Gazy, by porozmawiać z Palestyńczykami odnośnie odszkodowań za wysiedlenia. To chyba byłaby adekwatna odpowiedź zgodnie z izraelskimi „standardami dyplomatycznymi”?


*

Donek Tusk został Człowiekiem Roku „Wyborczej”. Na trzydziestolecie. Jedno pytanie - kiedy człowiek roku stanie się człowiekiem wyroku? Trzydziestolecie dla Tuska moim skromnym zdaniem, byłoby w sam raz. „Tusk dostał trzydziestolecie” - ech, chciałoby się przeczytać taki nagłówek...

Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 20 (17-23.05.2019)