Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rafał Trzaskowski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rafał Trzaskowski. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 5 kwietnia 2020

Pod-Grzybki 205

Uporczywa plotka na temat posła KO Sławomira Nitrasa głosi, iż jest on zagorzałym koneserem środków psychoaktywnych. Takie hobby może sprzyjać podatności na różne odloty – nic więc dziwnego, że owładnięty sejmową gorączką Nitras postraszył posłankę SLD Annę Marię Żukowską, iż Kiedy będziemy rządzili z Konfederacją, to my będziemy rządzili, a Konfederacja zajmie się wami”. Pani Anna Maria dostała spazmów, a Nitras próbował się wypierać swej wypowiedzi – w amoku zapomniał jednak, że na sali sejmowej są mikrofony, które wszystko zarejestrowały. Wniosek nr 1: posła Nitrasa należy bezzwłocznie poddać testom – i to bynajmniej nie na obecność koronawirusa. Wniosek nr 2: Nitrasa zapewne uskrzydliły ostatnie zachowania Konfederacji, która zaczęła ścigać się z „totalsami” o palmę pierwszeństwa w opozycyjnym radykalizmie. I tu pytanko do „Konfy”: jak wam się podoba rola platformerskich wykidajłów? Nitras majaczył, czy jednak jest coś na rzeczy?


*

Z kolei poseł KO Witold Zembaczyński uzbroiwszy się w maseczkę i gogle ochronne, zagrzmiał pod adresem Jarosława Kaczyńskiego: „gdzie jest mały tchórz z Żoliborza?”. W tym samym czasie Jarosław Kaczyński siedział na sali sejmowej – i to bez maseczki, co pokazuje różnicę w odwadze obu panów. Jak widać, koronawirus rzuca się również na wzrok. No chyba, że przedtem Zembaczyński odkażał się specyfikami z apteczki Nitrasa – i to tak skutecznie, że w efekcie sam już nie wiedział kogo widzi i gdzie się znajduje.


*

Małgorzata Kidawa-Błońska oczywiście nie mogła być gorsza i zgłosiła dojmujący brak „inspiratorów”. Ależ tych „inspiratorów” w swoim sztabie pani Małgorzata ma co niemiara – więcej, inspirowana jest tak intensywnie, że orbituje nie gorzej od Nitrasa i Zembaczyńskiego. Zauważmy przy okazji, iż wszystkie te lapsusy i wpadki Kidawy-Błońskiej składają się na wielki przełom w poetyce. Wieszcz zalecał, żeby „język giętki powiedział wszystko, co pomyśli głowa”. U Kidawy odwrotnie - najpierw gada język, a dopiero potem głowa zaczyna się zastanawiać, co język miał na myśli. Wniosek – Platforma zamiast do prezydentury, powinna Kidawę wystawić do literackiego Nobla.


*

Kidawa zdążyła jeszcze błysnąć stwierdzeniem, że OTUA jest cenniejsza niż ludzkie życie. I to szczera prawda – podczas pamiętnego ciamajdanu swe życie za OTUĘ oddał niejaki pan Diduszko, a w nagrodę za poświęcenie zaraz zmartwychwstał, nawet nie musiał odczekać trzech dni. Sądzę, że to hasło powinien wziąć na sztandary sztab „Kidawy 2020” - i opowiedzieć się twardo za przeprowadzeniem wyborów prezydenckich w konstytucyjnym terminie 10 maja. Swoją drogą, nawet nie przypuszczałem, że po odejściu Rysia Petru z polityki tak szybko znajdzie się następczyni – i to przerastająca mistrza gaf o dwie głowy.


*

Jakoś to przeoczyłem, ale nadrabiam. Posłanka KO Iwona Hartwich (ta od protestu niepełnosprawnych) ogłosiła, że jesienią zaczyna naukę w liceum wieczorowym. Jak na przedstawicielkę „partii ludzi światłych i na poziomie” przystało. Ciekawe, czy w wieczorowym liceum też jest studniówka? Wyobrażacie sobie Hartwichową z obowiązkową czerwoną podwiązką, ryczącą „Maturę” Czerwonych Gitar? Rany, jak ja chciałbym to usłyszeć!


*

Ta sama Iwona Hartwich, która zarzucała PiS-owi tchórzostwo i protestowała przeciw zdalnemu posiedzeniu Sejmu, ostatecznie nie pojawiła się na ostatnich obradach. A następnie zaapelowała, by nie zgłaszać się do pracy w komisjach wyborczych – bo śmierć. Czyli tak: Sejm powinien obradować tradycyjnie, na sali plenarnej, a przejście na system zdalny to tchórzostwo, natomiast rezygnacja z pracy w komisjach wyborczych, to jak rozumiem akt odwagi? Widać, że ta matura pani poseł bardzo się przyda. Szkoda tylko, że teraz nie ma egzaminów z logiki.


*

Tymczasem zbliża się Wielkanoc, po której okaże się, czy koronawirus wyhamował, czy jednak nie. Pytanie, jak podczas świąt rząd ma zamiar powstrzymać ludzi przed składaniem sobie rodzinnych wizyt? Bo ja, szczerze mówiąc, słabo to widzę. Ale to jeszcze nic, bowiem dokładnie na tydzień przed wyborami przypada długi weekend 1-3 maja – czyli tradycyjny, majówkowy termin Narodowej Inauguracji Sezonu Grillowego. I tu już zupełnie nie potrafię wyobrazić sobie sposobu, by Polaków utrzymać w domach.


*

Największy twardziel Europy czyli Boris Johnson wymiękł i zaczął wprowadzać w Wielkiej Brytanii obostrzenia. Trochę szkoda – liczyłem na jakieś konkretne porównanie, która z metod na dłuższą metę okaże się skuteczniejsza: kontynentalna opiekuńczość, czy podszyte darwinizmem brytyjskie „kto ma umrzeć i tak umrze, a reszta się uodporni”? Na szczęście jest Łukaszenka, który się koronawirusowi nie kłania, tylko zaleca stakan wódki, saunę i pracę na traktorze. Ach nie – jest jeszcze Szwecja, gdzie dopiero niedawno wprowadzono ograniczenie zebrań do 50 osób. Trzymam zatem kciuki za Szwecję i Białoruś!


*

Ale i u nas mamy cichych zwolenników „odporności stadnej”. Rafał „Czaskoski” gdy tylko się zorientował, że komunikacja miejska w Warszawie świeci pustkami... wprowadził weekendowe rozkłady jazdy, dzięki czemu autobusy i tramwaje zostały należycie „dogęszczone”. Prócz tego heroicznie odmówił zniesienia opłat parkingowych (ruchy miejskie lubią to) – mimo iż w obecnych warunkach to samochód jest najbezpieczniejszym sposobem przemieszczania się. Ale spoko – w razie czego „Czaskoski” wybuduje na Placu Bankowym szpital polowy z palet. Warszawiacy będą wniebowzięci – niektórzy nawet całkiem dosłownie.


*

Natomiast w obliczu pandemonii Donald Tusk zaszył się na „kwarantannie” i zajął tym, co lubi najbardziej – wrzutkami. Po zrecenzowaniu męskości Andrzeja Dudy, wziął się za ocenę odwagi cywilnej Jarosława Kaczyńskiego – przypomnijmy, są to wynurzenia gościa, który ze strachu przed Dudą i Kaczyńskim zrejterował z kandydowania na prezydenta. Krótko mówiąc, Tusk stał się pospolitym, internetowym trollem – czyli powrócił do właściwego sobie formatu po tym, jak na kilka lat został sztucznie nadęty do rangi „mężyka stanu”.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 14 (03-09.04.2020)

piątek, 11 października 2019

„Owcza wyspa” pastuszka Trzaskowskiego

Pastuszkowi Trzaskowskiemu pozostanie już tylko utylizacja trucheł, sztuczna wyspa spokojnie sobie pozarasta, a te wszystkie mewy, rybitwy i sieweczki wyniosą się gdzie pieprz rośnie – czemu się zresztą wcale nie dziwię.

I. Historia „owczej wyspy”

Ostatnio media obiegł skandal związany ze zdychającymi kozami na warszawskiej wyspie położonej między Mostem Gdańskim a Mostem Grota-Roweckiego. Jak się dowiedzieliśmy, niespełna dwa lata temu (grudzień 2017), zainicjowano tam innowacyjny projekt – sprowadzono stado kóz i owiec, które miały być „naturalnymi kosiarkami” wycinającymi porastające wyspę chaszcze i odrastające pędy, co umożliwiłoby gniazdowanie ptactwa wodnego – mew, rybitw i sieweczek, preferujących odkryte plaże. Finał, jak wiadomo, jest tragiczny – zaniedbane zwierzęta zaczęły masowo padać i obecnie z 60 sztuk została niespełna połowa. Jedni darli łacha, że Trzaskowski ze swoją ekipą nie potrafi nawet kóz wypasać, inni dawali upust oburzeniu... i to właściwie tyle, nikomu nie chciało się pogrzebać głębiej. A warto cofnąć się do początków sięgającej kilka lat wstecz historii, której ponure zakończenie właśnie obserwujemy, pokazuje ona bowiem jak w pigułce absurd i doraźną „akcyjność” ekologicznych inicjatyw.

Otóż słynna dziś warszawska „owcza wyspa” powstała w sposób sztuczny! Została ona usypana w 2015 r. w ramach projektu LIFE+ pn. „Ochrona siedlisk kluczowych gatunków ptaków Doliny Środkowej Wisły w warunkach intensywnej presji aglomeracji warszawskiej” (WislaWarszawska.pl). Z poświęconej rzeczonej inicjatywie strony http://wislawarszawska.pl dowiadujemy się, iż projekt był realizowany w latach 2011-2018 i otrzymał dofinansowanie z Komisji Europejskiej oraz ze środków Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej. Beneficjentem koordynującym było Miasto Stołeczne Warszawa, zaś współbeneficjentem Stowarzyszenie „Stołeczne Towarzystwo Ochrony Ptaków” (STOP). Dużo tego unijno-rządowego hajsu przytulili? Hm, całkiem sporo – ogólna wartość projektu to 3 515 726 euro, z czego Unia wyasygnowała niemal połowę – 1 720 598 euro. Jest się po co schylić...

W każdym razie, projekt objął swym zakresem 50-kilometrowy odcinek Wisły w rejonie aglomeracji warszawskiej. Prócz wspomnianej wyspy (5,4 ha) w rejonie Golędzinowa, stworzono dwie piaszczyste ławice, zbudowano 5 wysp pływających (łącznie 600 m2, m.in. w Porcie Żerańskim) na potrzeby gniazdowania i lęgu ptactwa oraz oczyszczono z roślinności 50 ha brzegów rzeki i powierzchni wiślanych wysp. Organizatorzy chwalą się również licznymi działaniami edukacyjnymi „podnoszącymi świadomość” mieszkańców stolicy, doposażeniem warszawskiej służby brzegowej, eko-szkoleniami dla Straży Miejskiej i innych służb, postawieniem tablic informacyjnych i ostrzegawczych, ścieżką edukacyjną, bojami, a także... zbudowaniem 4 parkingów oraz zakupem wyposażenia dla plażowiczów, typu „leżaki, parasole, kosze do disc-golfa”. Dodajmy jeszcze różne „eventy”, broszury, ulotki itp.

Jak widzimy, akcja została przeprowadzona z rozmachem, niemniej to właśnie golędzinowska sztuczna wyspa miała być perłą w koronie projektu. Wpierw próbowano ją kosić, jednak ponieważ zarastała zbyt intensywnie, postanowiono zaangażować zwierzęta hodowlane. I tak oto, przed Bożym Narodzeniem 2017 r., sprowadzono pierwsze stado owiec. Ekolodzy i media byli zachwyceni. Owce należące do ras wrzosówka i merynos polski miały być przyzwyczajone do warunków klimatycznych i znosić nawet tęgie mrozy (zresztą, wybudowano dla nich specjalną szopę), wkrótce na wyspę miały trafić kozy – równie ponoć odpornej szwajcarskiej rasy saaneńskiej. Całość nadzorował warszawski Zarząd Zieleni i wiele sobie obiecywał po tym pilotażowym projekcie – w przypadku powodzenia, miano go rozszerzyć również na inne, trudno dostępne rejony wybrzeża Wisły. Na początkowym etapie „zaangażowano” stado 70 owiec i kóz.


II. „Abdul naszym pasterzem”

Osobnym wątkiem jest postać właściciela stada – jest to dagestański uchodźca Rustam Khaybulaew, używający religijnego, muzułmańskiego imienia Abdul. Idolem Czerskiej stał się już w 2011 r., kiedy to poświęcono mu reportaż dostępny do dziś na stronach TOK FM. Generalnie, pochylono się w nim nad ciężką dolą uchodźcy, który wbrew przeciwnościom losu próbuje hodować nad Wisłą owce i kozy. Te przeciwności, to m.in. możliwość legalnego zarejestrowania w Polsce tylko jednej żony (choć wtedy miał już dwie) oraz szykany ze strony nietolerancyjnych sąsiadów i bezdusznych urzędników. Sąsiedzi czepiali się go np. o to, że nie wygrodził pastwiska, wskutek czego zwierzęta nieustannie wchodziły w szkodę. Kto ma świadomość, co potrafi zjeść koza, chyba nie będzie się dziwił... Ponadto, nasz dzielny Abdul do ochrony stada sprawił sobie owczarki kaukaskie, które biegały samopas i bez kagańców po okolicy – co skutkowało interwencjami Straży Miejskiej. A prócz tego jakieś wizyty powiatowego weterynarza, to znów Agencji Rolnej... Krótko mówiąc – szok kulturowy dla przybysza przyzwyczajonego do dagestańskich standardów hodowli. Nie przeszkodziło mu to jednak prowadzić uboju rytualnego na mięso „halal”, chętnie kupowane przez współziomków. Po raz drugi napisała o nim stołeczna „Wyborcza” już po introdukcji stada na wyspę w artykule pod kuriozalnym tytułem „Abdul naszym pasterzem. Muzułmański uchodźca za unijne pieniądze ratuje przyrodę nad Wisłą” (23 grudnia 2017), zaś po raz kolejny w maju 2018 r. w tekście „Pasterz Abdul z Dagestanu ma trzy żony i jedenaścioro dzieci. I w Polsce czuje się świetnie”. Gratulujemy Abdulowi kolejnej małżonki (przypominam – w 2011 r. miał tylko dwie) i licznych pociech. Wtedy, jak widać, po zawarciu kontraktu z warszawskim Zarządem Zieleni z optymizmem patrzył w przyszłość.

Teraz jednak „Wyborcza” odnośnie Abdula nabrała wody w usta i w niedawnym artykule poświęconym nadwiślańskim kozom, nagle zaczęła go anonimowo tytułować „obcokrajowcem, który ma hodowlę zwierząt pod Warszawą”. Ładnie się tak odwracać plecami od niedawnego bohatera?

Co się okazało? Dagestański „pasterz” za wynajęcie stada zainkasował od miasta łącznie 96 tys. zł. (12 tys./mies.), zaś do „opieki” zaangażował na czarno bezdomnego płacąc mu miesięcznie „50 zł. oraz jakieś parówki”. Skutek znamy – aktywiści z Animal Rescue Polska odkryli w niedzielę 29 września na wyspie 12 martwych kóz (pytanie, co się stało z owcami). Padłe zwierzęta kazano bezdomnemu zakopywać (25 sztuk) lub wrzucać do Wisły (8 sztuk), a ze stada przeżyła mniej niż połowa. Wprawdzie Abdul boży się, że to ów bezdomny „nadużył jego zaufania” (tylko kto kazał mu zakopywać te kozy?), co jednak nie uchroniło Dagestańczyka przed prokuratorskim zarzutem znęcania się nad zwierzętami z potencjalną karą 3 lat więzienia.


III. Pastuszek Trzaskowski

Teraz wszyscy, rzecz jasna, umywają ręce. Milczy strona inicjatywy WislaWarszawska.pl, podobnie Stołeczne Towarzystwo Ochrony Ptaków. Warszawski Zarząd Zieleni nie poczuwa się do żadnej odpowiedzialności, twierdząc iż obowiązek czuwania nad stadem miał w kontrakcie Abdul. Pytanie, jak miasto nadzorowało wywiązywanie się z umowy? Najprawdopodobniej nijak, o czym świadczy nader niechętna reakcja przedstawicieli miasta na alarm działaczy Animal Rescue. Tutaj należy dodać, że opisywany na wstępie „program ekologiczny” wart, przypomnę, ponad 3,5 mln. euro został oficjalnie „z sukcesem” zakończony z dniem 31 marca 2018 r. A skoro przestały płynąć pieniądze z Brukseli i NFOŚ, to cała eko-inicjatywa z dnia na dzień stała się zbędnym kosztem. Ciekawe, jak się sprawy mają z konserwacją pozostałych osiągnięć – tych sztucznych łach piaskowych, pływających wysp na barkach i tratwach, ścieżek edukacyjnych, o sprzęcie dla plażowiczów nie wspominając?

Jedno jest pewne - Rafał Trzaskowski nie ma ręki do ekologii: awaria spalarni odpadów z „Czajki”, rozwożonych po różnych okolicznych wyrobiskach, potem kolektorów w samej oczyszczalni, a teraz na dokładkę skandal z padłymi kozami. Pastuszkowi Trzaskowskiemu pozostanie już tylko utylizacja trucheł, sztuczna wyspa spokojnie sobie pozarasta, a te wszystkie mewy, rybitwy i sieweczki wyniosą się gdzie pieprz rośnie – czemu się zresztą wcale nie dziwię.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 40 (04-10.10.2019)

Pod-Grzybki 180

Na rozgrzewkę dowcip z internetu: co się urodzi ze związku Róży THUN z Adrianem ZandBERGiem? Greta THUN-BERG.


*

Przy okazji – sądząc po mieszanych reakcjach świata na ostatnie wystąpienie „św. Grety od klimatu” w ONZ, żagiel z napisem „Greta Thunberg” niedługo zostanie zwinięty. Po prostu mała Greta zaczęła się medialnie „zużywać” - została, jak to się mawia, „przehajpowana” i jej nadaktywność robi się przeciwskuteczna – część ludzi ciągnie sobie z niej łacha, a część zwyczajnie wnerwia swoimi przemądrzałymi kazaniami. I wtedy, gdy nagle wokół niej zrobi się pusto, będzie miała pełne prawo stanąć przed swoimi rodzicami i zapytać, kto ukradł jej dzieciństwo.


*

Ekologia w działaniu. Na jedną z warszawskich wysp położonych na Wiśle sprowadzono swojego czasu stado 60 kóz, które miały robić za naturalne kosiarki i wyjadać różne chaszcze. Niestety, okazało się, że do tej pory padło już 30 zwierząt, które ich opiekun – zatrudniony na czarno bezdomny – musiał na polecenie zleceniodawców zakopywać lub wyrzucać do rzeki. Coś niesamowitego. Koza to przecież bydlę słynące z niesamowitej odporności na trudne warunki – a nawet i to udało się władzom Warszawy schrzanić. Niech zgadnę – opiły się wody z Wisły po „kontrolowanym zrzucie” Trzaskowskiego? I czy w tej sprawie zabrała już głos bojowniczka o „międzygatunkowe siostrzeństwo”, Sylwia Spurek?


*

Swoją drogą, chciałbym być świadkiem spotkania Sylwii Spurek z Krystyną Jandą – może Janda zaprosiłaby panią Sylwię do eleganckiej restauracji w której, jak chwaliła się kilka miesięcy temu aktorka, podano by „okonia z risotto i pietruszką”, a następnie „polędwicę wołową z foie gras i kasztanami”? A Spurek w odpowiedzi wetknęłaby Jandzie w gardło metalową rurę i zmusiła do połknięcia tych pyszności za jednym razem? Rany, jak ja chciałbym to zobaczyć!


*

Warszawiacy są niewzruszeni. Jak wynika z sondażu, blisko 70 proc. mieszkańców stolicy uważa, że „kałboj” Trzaskowski w sprawie awarii „Czajki” stanął na wysokości zadania. I moim skromnym zdaniem ten sondaż wcale nie musiał zostać „skręcony” - opisuje po prostu stan ducha i umysłów wielkomiejskiego elektoratu. Trzaskowski może więc spać spokojnie, bo choćby nawet wykonał „kontrolowany zrzut” nie tylko do Wisły, ale wprost na głowy warszawiaków, to oni ze spokojem się obetrą, a następnie i tak zagłosują na niego tyle razy, ile będzie trzeba – byle tylko nie dopuścić „pisiorów” do władzy. Zgadzam się tutaj z diagnozą Patryka Jakiego, który odbił się od tego mentalnego muru podczas wyborów samorządowych: „jeszcze się zdziwicie wynikiem Jachiry”.


*

Tymczasem Jerzy Stuhr odkrył w sobie domorosłego socjologa i zawyrokował, że głosujący na PiS to potomkowie chłopów folwarcznych, którzy się mszczą za „wielowiekowe ciemiężenie”. Wynikałoby z tego, że wśród pisowców panuje wręcz wzorowa „świadomość klasowa” rodem z nauk marksizmu-leninizmu. Jest tylko jeden problem: przytłaczająca większość obecnych Polaków to właśnie potomkowie chłopstwa, bo warstwy wyższe zostały wyrżnięte w kolejnych kataklizmach dziejowych. Tak, tak, panie Stuhr – ta „oświecona”, wielkomiejska klasa średnia również dopiero co wyrwała się z folwarcznych czworaków, czego zresztą potwornie się wstydzi i głosując na „europejczyków” z PO rozpaczliwie próbuje w symboliczny sposób odciąć się od własnych korzeni. Tyle, że folwarczna mentalność co i rusz wyłazi na wierzch – czego dowodem jest chociażby wspomniane wyżej poparcie dla Trzaskowskiego i gromadny rechot z wygłupów Klaudii Jachiry. Jak podoba się panu taka diagnoza?


*

Jak oni nienawidzą tego 500+... Władze Warszawy ogłosiły, że nie dostały wystarczających środków na wypłaty świadczenia i będą musiały je wstrzymać – co szybko okazało się nieprawdą, bo pieniądze zostały przekazane w prawidłowej ilości. I ten nieudolny przedwyborczy sabotaż mówi o Platformie więcej niż tysiąc słów – a także o wiarygodności zapewnień, że „nic co zostało dane nie będzie odebrane”. Przecież ich boli serce na widok tych miliardów płynących do kieszeni „motłochu” i aż przebierają nogami, by wreszcie się do nich dobrać. Zresztą, kto wie, czy właśnie się nie dobrali – do Ratusza powinna natychmiast wkroczyć kontrola, by wyjaśnić to „manko Trzaskowskiego”. Trzaskowski, nie świruj - oddawaj ludziom kasę!


*

Ale komu oddawać – tym zapyziałym nierobom, mieszkającym w ciemnych klitkach z pamiętającą ubiegły wiek meblościanką ze Swarzędza? Tak przecież, zgodnie z wyborczym klipem PO, żyją „zwykli Polacy” roszczeniowo jęczący, że „coś tam, coś tam”. Słowem, czyste marnotrawstwo. A do roboty, nieroby, dorabiać sobie w „para-dokumentach”! A jakby co, to ten wasz „swarzędz” za kolejnych 20 lat na fali nostalgii będzie designerskim hitem – jak dziś mebelki z głębokiego PRL-u. Potraktujcie to jak inwestycję - wystarczy tylko konserwować i wnuczek spienięży za grubą kasę. A z „rozdawnictwem” się pożegnajcie. W końcu, jak klarował towarzysz Szmaciak: „pula nie jest do kradzieży / pula się cała nam należy”!


*

Przed wyborami uaktywniła się Konferencja Rektorów Akademickich Szkół Polskich (KRASP) i wyprodukowała dwie rezolucje – w pierwszej zaapelowała o „bezwarunkową odpowiedzialność dyscyplinarną” za kwestionowanie ideologii LGBT (casus prof. Nalaskowskiego), w drugiej zaś zadekretowała klimatyczny dogmat religii „globalnego ocieplenia”, domagając się „pilnych i zdecydowanych działań” w stylu godnym samej Grety Thunberg. Cóż, skoro polskie uczelnie łapią się w najlepszym razie do czwartej setki światowych rankingów, to naszym luminarzom wszechnauk pozostaje już tylko gorliwie epatować lewactwem w nadziei, że ktoś zauważy i doceni poprzebieranych w birety i gronostaje ormowców politycznej poprawności. A ja, zainspirowany przez KRASP, widzę już przyszłość „nowego zielonego ładu” do którego zmierzamy. Widzę ją wyraźnie, jak nigdy dotąd. W mej proroczej wizji każdy człowiek będzie musiał obowiązkowo poruszać się ze szczotką wetkniętą w d..., żeby zamiatać za sobą „ślad węglowy”.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 40 (04-10.10.2019)

czwartek, 26 września 2019

Pod-Grzybki 177

Prawicowy, nacjonalistyczny polski rząd może świętować zwycięstwo” - zawył izraelski dziennik „Haaretz”. O co poszło? Otóż podczas warszawskich obchodów 80. rocznicy wybuchu II Wojny Światowej w centrum uwagi postawiono polskie ofiary, a nie Żydów. Na dodatek nie było nic o polskich współsprawcach holokaustu. W związku z tym, żydowska gazeta ogłosiła, iż w „długiej wojnie o kulturę pamięci” polski rząd „zdobył ostatni bastion” i z tego powodu Żydzi powinni być „wściekli”. Hmm, na moje oko, „wściekli” to oni są zawsze, bez dodatkowych zachęt. Niemniej, „Haaretz” polał miód na moje serce – nie dość, że izraelskie media oficjalnie stwierdziły, iż toczy się wojna o pamięć, to jeszcze przyznają, że zaliczyły bolesny cios w arcyważnym, symbolicznym momencie. Swoją drogą, Jan Tomasz Gross, Jan Grabowski, Barbara Engelking plus cała ekipa muzeum „Polin” powinni zebrać niezły „opeer”. Taka okazja, a oni zmarnowali możliwość urządzenia antypolskiej hucpy? Wstyd!


*

A przy okazji – zauważyliście Państwo, kogo zabrakło 1 września w Warszawie? Nie, wcale nie Trumpa. Wśród licznych reprezentantów różnych państw zabrakło wysokich przedstawicieli Izraela. I to jest kolejny powód do radości. Najwyraźniej PiS wreszcie poszedł po rozum do głowy i nie dał „Bibi” Netanjahu okazji do zrobienia siary na podobieństwo tej podczas szczytu bliskowschodniego lub całkiem niedawnej na Ukrainie, kiedy to jego małżonka rzuciła na ziemię powitalny chleb, którym poczęstowano ich na lotnisku. Ciekawe, czy oni umawiają się między sobą, kto tym razem obrazi gospodarzy? A może to jakiś żydowski sport – plucie w twarz w podzięce za okazaną gościnność? Tak czy owak, pokazaliśmy wreszcie minimum asertywności – chamów należy unikać, albo gonić kijami.


*

Kanclerz Angela Merkel wykazała się refleksem. Wystarczyło, że Amerykanie „przełożyli” wizytę Donalda Trumpa, by ta natychmiast wskoczyła na jego miejsce, niespodziewanie przybywając na warszawskie uroczystości. Przekaz jest jasny: USA są daleko, a Niemcy blisko – i zawsze będą. Tak więc, uważajcie i nie brykajcie zanadto, bo my nigdy nie zrezygnujemy z Mitteleuropy i jeszcze tutaj wrócimy... Entuzjastyczna reakcja tutejszych medialnych folksdojczów na niespodziewaną wizytę tylko to przesłanie uwiarygadnia. Zwłaszcza teksty typu, że na Angelę Merkel i Niemcy „zawsze możemy liczyć”. O tak, WY z pewnością możecie...


*

Jako gość z Niemiec stoję dzisiaj przed polskim narodem bosy” - załkał podczas swego przemówienia niemiecki prezydent Frank-Walter Steinmeier. Dalej, w równie płaczliwym stylu, „prosił o przebaczenie”, przyznając się do „nieprzemijającej odpowiedzialności”. O nie, kochaneńki, tak łatwo nie pójdzie. Skoro uznajecie „nieprzemijającą odpowiedzialność” - to pieniądze na stół. O „przebaczeniu” będziemy mogli sobie porozmawiać, gdy zaczniecie płacić reparacje. Tymczasem dziś Niemcy swoją „polityką pokory” usiłują nam i światu zamydlić oczy. Mogą się przyznać, uderzyć w skruchę, przeprosić – byle tylko to nic nie kosztowało. Słowem, typowo szkopska obłuda. Tak więc, panie Steinmeier – zacznijcie płacić, a wtedy faktycznie będziesz pan stawał przed nami „bosy” - a może nawet bez gaci.


*

Z weselszych akcentów. Gdańska „dulcessa” Aleksandra Dulkiewicz podczas imprezy w Europejskim Centrum Solidarności powitała londyńskiego burmistrza Sadiqa Khana oraz sekretarz stanu landu Berlin Sawsan Chebli jako „egzotycznych gości”. Może za młodu naczytała się „W pustyni i w puszczy” i na widok ciemnoskórych odruchowo weszła w rolę „białej Mzimu”? W każdym razie, Sadiq Khan stwierdził w odpowiedzi, że jeszcze nigdy go nie nazwano „egzotycznym” i w powietrzu zapachniało bynajmniej nie Europą, ale solidną „siarą” na miarę wspomnianych wyżej występów „Bibi” Netanjahu. Na szczęście, „dulcessie” udało się „egzotycznych gości” ułagodzić. Podarowała im perkal i paciorki.


*

Zmieniamy temat. „Czuję się zrobiona w wała” - wyznała internautka należąca, jak można się domyślać, do środowiska waginosceptyków i penisosceptyczek, po tym, gdy okazało się, że Trzaskowski wprawdzie podpisał kartę LGBT żeby było ładnie i europejsko, ale ani myślał zabezpieczyć środków na jej realizację. Rozumiem rozgoryczenie: tyle pięknych posad poszło się czochrać. Wszak zapewne powstałyby specjalne zespoły tudzież komisje wdrażające i nadzorujące - a to budowę hostelu dla LGBT, a to promujące „sport gejowski”, to znów powołano by „latarników” rekrutujących w szkołach młody narybek, nie zapominając oczywiście o „masturbatorach” od „edukacji seksualnej” wg wytycznych WHO. A tu lipa. Znowu trzeba będzie po staremu wydłubywać kit z okien na chudej zupce od Sorosa.


*

Zawiedzionym waginosceptykom i penisosceptyczkom na pocieszenie powiem, że nie są jedyni. Podobnie orżnięto warszawskich kierowców zapowiedzią zbudowania podziemnego parkingu pod Placem Bankowym - zamiast tego powstała tam strefa „paletorelaksu” za okrągłą bańkę. A co z całą resztą mieszkańców, którym obiecano stolicę na światowym poziomie, a nie metropolię rodem z III świata, słynącą z rzeki g...a wylewanego do Wisły przez „kałboja” Trzaskowskiego? Chociaż akurat wagino- i peniso-sceptycy (i sceptyczki) mogą czuć się rozczarowani i zrobieni w wała podwójnie, ponieważ nad realizacją ich postulatów miał czuwać peniso-entuzjastyczny „wicekałboj” Paweł Rabiej. Ech, naiwni... a po co ma się dodatkowo wysilać? On już posadę sobie załatwił i teraz może śmiało powiedzieć nagabującym go natrętom: „a gońcie się, frajerzy!”.


*

Jarosław Gugała w TOK FM wraz z prof. Radosławem Markowskim i Karoliną Lewicką tradycyjnie biadolili nad polską, pisowską ciemnotą. Przy tej okazji Gugała podzielił się odkryciem, że „zanim się wyzwoli niewolników, trzeba ich wpierw wyedukować”. Szkoda, że Abraham Lincoln o tym nie wiedział, tylko bezmyślnie wyzwolił kilka milionów czarnych analfabetów. Gdyby miał przy sobie takiego Gugałę, pewnie zastanowiłby się dwa razy i uchronił Amerykę przed obskuranckim, murzyńskim ciemnogrodem.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 37 (13-19.09.2019)

„Kałboj” Trzaskowski

Czyżby Warszawa zafundowała sobie najdroższego w Europie bubla? Jeśli tak, to oznacza, że stolica i znaczna część Polski w dolnym biegu Wisły siedzi na permanentnej bombie ekologicznej.

I. „Czajka-gate”

Jak nie idzie, to nie idzie. Nie dość, że Polacy okazali się zadziwiająco odporni na kolejne „afery PiS” w rodzaju niedawnej „bieda-farmy trolli” w Ministerstwie Sprawiedliwości, to jeszcze totalnej opozycji przydarzył się wyjątkowo śmierdzący (i to dosłownie) „casus pascudens” w postaci warszawskiego szamba, które wybiło akurat w trakcie kampanii wyborczej, na jakiś czas nomen omen spłukując wszystkie inne tematy. I ta akurat sprawa ma naprawdę wybuchowy potencjał. Ludzi może średnio obchodzić, kto się z kim pożarł gdzieś w zakamarkach sędziowskiego półświatka - natomiast takie rzeczy, jak nieoczyszczone fekalia spuszczane do rzeki oraz związane z tym nieprzyjemności i zagrożenia związane np. z dostępnością wody pitnej, dotykają każdego i wywołują żywe zainteresowanie.

Nie wiem, czy afera z oczyszczalnią „Czajka” wpłynie na samych warszawiaków (ze szczególnym uwzględnieniem postępowego elektoratu PO), czy też będą ją wypierać ze świadomości, bo w przeciwnym razie musieliby przyznać przed samymi sobą, że zamiast kompetentnych włodarzy wybrali bandę nieudaczników na czele z groteskowym duetem, pożal się boże, „szeryfów” - „kałbojem” Trzaskowskim i „wicekałbojem” Rabiejem. Ale już mieszkańców np. Płocka, tudzież innych miejscowości w dolnym biegu Wisły uraczonych „kontrolowanym spustem” warszawskich nieczystości sprawa powinna poruszyć jak najbardziej, chociażby ze względu na własne zdrowie. Śmierdząca rzeka zasilana dzień w dzień „surowymi” ściekami w tempie trzech tysięcy litrów na sekundę działa na wyobraźnię – tym bardziej, że ludzie stają się coraz bardziej uwrażliwieni na punkcie rozmaitych zanieczyszczeń. To nie jest chwilowe spuszczenie szamba na krótkim odcinku Motławy, jak przed rokiem w Gdańsku, lecz potencjalnie zatrucie największej rzeki w kraju na połowie jej długości.


II. Eko-obłuda

Powyższe wizerunkowe niebezpieczeństwo wyczuli – i to bardziej, niż odór z uszkodzonych kolektorów – kibice oraz sojusznicy „totalnych”, toteż z miejsca pośpieszyli z wyjaśnieniami, że Wisła, jako rzeka praktycznie dzika i meandrująca sama się oczyści, a ścieki będą się rozrzedzać, więc choć można mówić o „lokalnej katastrofie ekologicznej”, to nie ma powodów do paniki, gdyż jest to „zagrożenie czysto biologiczne dla samej Wisły” (poważnie, tak wywiódł ekspert odpytywany przez portal Gazeta.pl). Wprawdzie półgębkiem przyznaje się, że z powodu wyjątkowo niskiego stanu wody i wysokiej temperatury zanieczyszczonej rzece grozi brak tlenu, czyli mówiąc po ludzku, po prostu się „zakisi” – ale cóż, wystarczy się nie kąpać i nie pić wody bezpośrednio z rzeki. Nagle jakoś zabrakło zawodowych ekologów, na co dzień tak wyczulonych na punkcie wszelkich dużych i małych „istot czujących”. Ryby, roślinność, ptactwo wodne, te wszystkie żabki, żuczki i inne żyjątka dotąd stanowiące oczko w głowie i pretekst do protestów przeciw różnym inwestycjom – nagle przestały się liczyć i poszły w kąt. Przyczyna ewidentna – sprawę należy bagatelizować tak, jak to tylko możliwe, żeby „pisiory” nie ugrały na „lokalnej katastrofie” jakichś politycznych punktów. Troska ta przewija się również w komentarzach najwierniejszych czytelników czerskich portali, z których nagle uleciała cała eko-wrażliwość, tak chętnie eksponowana przy okazji obrony kornika, dzików czy wigilijnego karpia. Prawdziwy popis dał tu przedstawiciel „Zielonych” (koalicjanta PO) Radosław Gawlik, gardłując o „władzy wyolbrzymiającej nasze strachy”, któremu wtórowała przedstawicielka Greenpeace Polska Katarzyna Guzek, pomstując na „cyniczną rozgrywkę polityczną”. No tak, „niesłuszna” awaria oczyszczalni odwraca uwagę od „słusznego” blokowania budowy Via Carpatia...

Jak zatem zostaliśmy pouczeni, należy nabrać wody w usta... wróć, zważywszy na okoliczności, może lepiej jednak nie... Chociaż, z drugiej strony, wspomniany pan Gawlik przekonywał, że ścieki spuszczane „na żywioł” to jedynie 1 proc. wody przepływającej w każdej sekundzie Wisłą i „rozcieńczą się” już po kilkunastu kilometrach – zatem nabierajmy, śmiało! Otwartym pozostaje pytanie – skoro „spust” w tempie niemal 260 tys. metrów sześciennych na dobę ma tak znikome konsekwencje środowiskowe, to po co w ogóle Warszawie ta cała oczyszczalnia? Żeby było bardziej światowo?

Zobaczymy, co na to wszystko powiedzą mieszkańcy pozostałych nadwiślańskich miast, miasteczek i wiosek, czerpiących wodę z rzeki zamieniającej się stopniowo w kloakę. Szczególnie ciekawi mnie, jak będzie wyglądała sytuacja, gdy fala dotrze do zalewu i tamy we Włocławku, gdzie zaczną się gromadzić wszystkie zawiesiny z „kontrolowanego spustu”. Tamtejszych obywateli z pewnością uspokoi oświadczenie „kałboja” Trzaskowskiego, że awaria nastąpiła poniżej ujęć wody pitnej... w Warszawie...


III. „Bob budowniczy, co wszystko spierniczy”

A, właśnie, skoro już przy tym jesteśmy - osobnym kryminałem jest reakcja na awarię władz Warszawy, dla których priorytetem najwyraźniej była strategia wizerunkowa: jak „opakować” ten cały syf, by w sprzedać go ludziom w strawnej i przyswajalnej formie, co jest zresztą znakiem rozpoznawczym Platformy od czasów Donalda Tuska i piarowskiej ekipy Igora Ostachowicza. Przypomnijmy, że do usterki pierwszego kolektora odprowadzającego fekalia doszło już we wtorek 27 sierpnia – jego funkcję przejął drugi kolektor, który przestał pracować w środę o 7:20. Dopiero po tym fakcie podjęto decyzję o zwołaniu sztabu kryzysowego i raczono powiadomić stosowne służby państwowe o sytuacji i „kontrolowanym zrzucie” (pod tym eufemizmem kryje się po prostu spuszczenie wszystkiego jak leci) - ponad dobę od początków awarii. Idę jednak o zakład, że wcześniej postawiono na nogi inny sztab - ten od piaru, by przygotował odpowiednią „kryzysową narrację”. Po to była potrzebna ta doba przed oficjalnym ujawnieniem rozmiarów katastrofy. Słowem, jak u sowietów – przyznajemy, że coś „pierdykło” dopiero wtedy, gdy i tak już nie da się tego ukryć, kręcąc przy tym na temat szczegółów do samego końca. Tak było, uczciwszy proporcje, przy Czernobylu – i tak dzieje się po niedawnym wybuchu jądrowym na syberyjskim poligonie. Pogratulować wzorców – miał być Zachód i Europa, a jest Moskwa z jej mentalnością i standardami bezpieczeństwa – dopóki ludzie nie zaczną chorować i umierać, nie muszą niczego wiedzieć. Później zresztą też niekoniecznie. Co więcej, nawet w tych krętactwach co i rusz wyłazi żenująca nieudolność, bo koniec końców „kałboj” Trzaskowski musiał przyznać, że nie ma żadnego alternatywnego planu, problemu nie da się rozwiązać w przewidywalnym czasie, a i przyczyny awarii pozostają nieznane. Zabrakło taśmy klejącej? Żeby było ciekawiej, portal wPolityce dotarł do filmiku na YouTube pokazującego, że podobne sytuacje w Warszawie są normą po każdej ulewie – spuszcza się wtedy do rzeki wszystko hurtem, bez żadnego oczyszczania.

Prokuratura wszczęła w sprawie awarii „Czajki” śledztwo. Cóż, radziłbym się zainteresować nie tylko tym, jak wyglądają procedury bezpieczeństwa w oczyszczalni czy sprawą bieżącego nadzoru i konserwacji, ale przede wszystkim – samą rozbudową i modernizacją „Czajki” z lat 2008-2012. Wiele się wówczas mówiło o niejasnościach przetargowych i najdroższej oczyszczalni ścieków w Europie (niemal 2,5 mld. zł.)... Czyżby miało się okazać, że Warszawa zafundowała sobie najdroższego w Europie bubla, który „wywaliło w kosmos” po raptem 7 latach funkcjonowania? Jeśli tak, to oznacza, że stolica i znaczna część Polski w dolnym biegu Wisły siedzi na permanentnej bombie ekologicznej. Znane powiedzonko „Bob budowniczy, co wszystko spierniczy” pasuje tu jak ulał.

Jan Pietrzak śpiewał niegdyś: „Przez stulecia przepływała razem z nami / modra Wisła, najwierniejsza z wszystkich rzek / Jeśli pomóc nie zechcemy dobrej pani / pozostanie po niej wkrótce brudny ściek”. Wygląda na to, że ta ponura przepowiednia właśnie się spełnia, a „królowa polskich rzek” zmienia się na naszych oczach w największy rynsztok Europy.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 36 (06-12.09.2019)

Pod-Grzybki 176

Historia dzieje się na naszych oczach. Mowa rzecz jasna o warszawskim shitstormie, który ma szansę zapisać się w dziejach niczym słynny nowojorski blackout z 13 lipca 1977 r., kiedy to amerykańską metropolię na długie godziny spowiły ciemności. Poskutkowało to wzmożoną redystrybucją wszelakich dóbr – mieszkańcy masowo rabowali sklepy, doszło też do licznych podpaleń i ogólnego chaosu. Plus całonocnej awarii prądu był taki, że po dziewięciu miesiącach odnotowano skokowy wzrost liczby urodzeń. Na efekty warszawskiego shitstormu przyjdzie zapewne poczekać, już teraz jednak rozbawione internety okrzyknęły Trzaskowskiego „kałbojem”. Panie prezydencie, kibelkowe „berło”, butelka „Kreta” w dłoń – i do dzieła!


*

Kałbojowi” Trzaskowskiemu swój medal powinna wręczyć lewica. Ileż to razy słyszeliśmy, że w Polsce „wzbiera brunatna fala”? I co? I jest! Trzaskowski zarządził mianowicie „kontrolowany spust” nieoczyszczonych ścieków prosto do Wisły. Od razu wyjaśniam: „kontrolowany spust” polega na tym, że spuszczamy g...o do rzeki i patrzymy jak płynie. W efekcie otrzymaliśmy „brunatną falę” od Warszawy do Gdańska. Wreszcie, dzięki dzielnemu „kałbojowi”, słowo stało się ciałem!


*

Opinia publiczna zastanawiała się, dlaczego rabanu nie podnoszą „ekologiści” - te wszystkie Greenpeacy i Zieloni. Wyjaśnienie jest proste – spuszczana przez „kałboja” biomasa skutecznie użyźnia wody Wisły cennymi, naturalnymi składnikami, które dodatkowo mogą przeniknąć do okolicznych wód gruntowych, samorzutnie nawożąc nadwiślańskie pola. Wszystko jest więc 100 proc. „eko”, a bujnie wyrosłą na tym nawozie paszę z pewnością chętnie skonsumuje pani Sylwia Spurek (to taka lewaczka, która chce zakazać jedzenia mięsa i dojenia krów, bo to dyskryminacja ze względu na płeć). Smacznego!


*

Ale, ale – dlaczego doszło w ogóle do shitstormu? Złe języki rozpuszczają fałszywe pogłoski, że to z powodu kretyńskich oszczędności. Mianowicie, oba kolektory w „Czajce” były wykorzystywane naprzemiennie – podczas gdy jeden odprowadzał ścieki, drugi miał być w tym czasie czyszczony z osadów, które mają tę właściwość, że nieusuwane zastygają na beton, zawężając przekrój rury. Sęk w tym, że na owym czyszczeniu postanowiono nieco przyoszczędzić (z czegoś trzeba brać te miliony na „strefy relaksu”, żeby Antka kobity szwagra brat mógł sobie dorobić na zbijaniu europalet) i w efekcie oba kolektory kompletnie zatkały się skamieniałym g...em. Ale to wszystko oczywiście bzdury. Po prostu kolektory wywaliło, bo nie mogły już wytrzymać nieustannego gwałcenia przez PiS Kon-sty-tu-cji, którą to narrację podrzucam gratis totalnej opozycji do wykorzystania.


*

Dlaczego prawica nienawidzi przyrody?” - alarmuje „Wyborcza”. Niektórzy w odpowiedzi próbowali coś tam tłumaczyć, jak komu dobremu – a ja uważam, że na jechanie po bandzie trzeba odpowiedzieć tym samym. Otóż przyroda jest do d...y. Przyroda jest okrutna, wredna i zabija. Jeśli ktoś nie wierzy, niech spróbuje przetrwać kilka tygodni w lesie bez zdobyczy cywilizacji – niechby i latem. Nie bez przyczyny takich umiejętności uczą komandosów i różnych zapaleńców na obozach surwiwalowych (od „survive” - „przetrwać”), a w czasach jaskiniowych długość życia nie przekraczała trzydziestki. I właśnie dlatego człowiek ma czynić Ziemię sobie poddaną.


*

Ale, co my tam sobie opowiadamy o jakichś błahostkach, podczas gdy mamy polityczne trzęsienie ziemi – Trump nie przyleciał do Polski na uroczystości wybuchu II Wojny Światowej! Oficjalnie, z powodu zbliżającego się do Florydy huraganu „Dorian” - nieobecność prezydenta w chwili klęski żywiołowej zostałaby źle odebrana przez wyborców. Cóż, potwierdza to moje przypuszczenia, że Trump to jednak Reptilianin ukryty w niby-ludzkiej, pomarańczowej powłoce i jego mózg funkcjonuje w innym trybie, niż u człowieka – przez co, z naszego punktu widzenia jest nieobliczalny. O huraganie wiadomo było od dawna i naprawdę można było „przełożyć” wizytę wcześniej, a nie w ostatniej chwili. Dlatego też – i piszę to przy całej sympatii jaką żywię do Donka Trampka choćby za to, jak po mistrzowsku doprowadza lewactwo do notorycznego szału – w relacjach z USA trzeba jednak brać zawsze poprawkę na osobowość „szalonego cezara”.


*

Odwołania wizyty nie omieszkała wykorzystać frakcja targowicka na czele z tzw. „byłymi ludźmi” (tak za komuny nazywano dygnitarzy, którzy poszli w odstawkę) – tj. byłymi ambasadorami, którzy wsławili się ostatnio skierowanym do Trumpa zdradzieckim donosem na Polskę. Obwieścili, że Trump tak się przejął „łamaniem praworządności” i „farmą trolli” w Ministerstwie Sprawiedliwości, że zbulwersowany został w domu, z miejsca stając się idolem tutejszego lewactwa. Taak, już to widzę – Trump, który w kampanii wyborczej hurtowo korzystał z usług internetowych hejterów organizowanych przez Steve'a Bannona, nagle przejął się jakimiś bieda-trollami z Polski... Już bardziej prawdopodobne jest, że usłyszał o warszawskim shitstormie i nie przyleciał, by nie wąchać g..a.


*

A jaki jest prawdziwy powód? A taki, że masowe zniszczenia w tak atrakcyjnej lokalizacji, jaką jest Floryda, z punktu widzenia dewelopera otwierają ciekawe możliwości, bo „czyszczą” teren pod ponowną zabudowę. Deweloperka to trudna i konkurencyjna branża, nic więc dziwnego, że Trampek postanowił być na miejscu i trzymać rękę na pulsie.


*

Generalnie, stan umysłów opozycji jest taki, że gdyby dziś Hitler napadł na Polskę, to witaliby go kwiatami i wręczali medale z wdzięczności, że dowalił „pisiorom”. Utwierdza mnie w tym przekonaniu właśnie „medal wdzięczności” jaki gdańskie Europejskie Centrum „Solidarności” wręczyło antypolskiemu nienawistnikowi i wyjątkowo oślizgłej kanalii – Franzowi Timmermansowi. Wszystko w przeddzień „wesołych obchodów” rocznicy 1 września 1939 r. Władzom Gdańska proponuję pójście za ciosem i zorganizowanie kolejnych fajerwerków 8 października – w 80. rocznicę podpisania przez Hitlera dekretu o wcieleniu Freie Stadt Danzig do Rzeszy.

Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 36 (06-12.09.2019)

niedziela, 9 czerwca 2019

Pod-Grzybki 163

Zaczniemy rocznicowo. 4 czerwca 1989 r. Polacy pokazali komunie wała. A zaraz potem zblatowane, magdalenkowe „elity” pokazały wała Polakom i przeprowadziły drugą turę wyborów – bo układ miał wyglądać tak, jak został wcześniej dogadany. Tak więc, obóz magdalenkowo-okrągłostołowy powinien urządzić uroczyste obchody nie 4-go, a 18-go czerwca – bo to jest ich święto i prawdziwy akt założycielski III RP. A od czwartego czerwca – wara.


*

Portal gazeta.pl lekko się odął, bo ks. Stanisław Małkowski otrzymał Krzyż Wolności i Solidarności. W związku z tym, w swym materiale nazwał ironicznie ks. Małkowskiego „księdzem od egzorcyzmów”, przypominając, że wyróżniony kapłan odprawiał egzorcyzmy podczas miesięcznic smoleńskich na Krakowskim Przedmieściu. Czerscy nie wspomnieli jednak skromnie, że ks. Małkowski odprawił również w 2015 r. egzorcyzmy pod siedzibą Agory i „Gazety Wyborczej”. Jak widać, najwyraźniej tamte egzorcyzmy się „Wyborczej” nie przyjęły i nadal pluje demonami. Może więc powtórka? I tak aż do skutku?


*

A propos plucia demonami – w rocznicę 4 czerwca gazeta.pl uznała za stosowne poprosić o głos szansonistę Macieja Maleńczuka, który wdzięcznie przyrównał wyborców PiS do przekupionych za „parę groszy” szczurów wracających do klatki, bo tam jest „ziarno”, czyli 500+ i inne socjale. A tyle po wyborach było gadania, by nie obrażać pisowskiego elektoratu, bo to przeciwskuteczne... Cóż, akurat „Wyborcza” jest między młotem a kowadłem. Z jednej strony wie, że taka ostentacyjna pogarda tylko odstręcza normalnych ludzi, ale z drugiej znajduje się pod presją własnych czytelników domagających się codziennej porcji antypisowskiego jadu wylewanego na hołotę i motłoch przekupiony za „pińćset”. Musi więc im go dostarczać, niczym diler kolejną szprycę ćpunowi. Bez tej codziennej dawki hejtu, zaspokajającego emocjonalną potrzebę poczucia wyższości nad „pisiorami” zniknąłby ostatni powód dla którego ta gazeta jest jeszcze w ogóle kupowana.


*

Michnikowi wóda już chyba ze szczętem wyżarła mózg. Ów stary dement ogłosił w wywiadzie dla „Foreign Policy”, że pisowski reżim może mu podrzucić narkotyki i przysłać „milicję” do siedziby „Wyborczej”. Kurna, za Tuska nasyłano - i to nie żadną „milicję”, tylko służby specjalne, ABW – na siedzibę „Wprost”, robiono rewizję w domu Wojciecha Sumlińskiego, wpadano o 6-tej rano do mieszkania blogera Antykomora, skazywano kibiców za przyśpiewkę „Donald matole...”, a prof. Marcin Król domagał się rozprawy z PiS „nawet jeżeli nie będzie ona zgodna z prawem”. Czy Michnik latał wtedy z japą do zagranicznych przekaziorów? Aha, pan pozdrowi brata. On z pewnością się zna na milicyjno-ubeckich najściach i soleniu „pięknych wyroków”.


*

Uwaga rodzice z Warszawy! Trzaskowski wręczy „dyplomy równości” 42. warszawskim szkołom, wyróżnionym w specjalnym rankingu jako „przyjazne dla LGBTQ”. Koniecznie sprawdźcie, czy przypadkiem nie uczęszczają do którejś z nich Wasze dzieci. https://kph.org.pl/wp-content/uploads/2019/05/Dyplom_Rownosci_ranking_2019.pdf

Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 23 (07-13.06.2019)

niedziela, 24 marca 2019

Pod-Grzybki 152

Docierają do nas kolejne echa sławetnego szczytu bliskowschodniego. Okazało się, że imprezę zorganizowali wprawdzie Amerykanie, ale to my za nią w całości zapłaciliśmy. Konkretnie – ponad 2,2 mln. zł. Za tę kwotę mogliśmy sobie pooglądać gości z egzotycznych krajów i zainkasować wiadro pomyj ze strony Izraela. Teraz już nie dziwi, że Mike Pompeo wyskoczył z żądaniem zadośćuczynienia przez nas żydowskim roszczeniom – w końcu, skoro trafiło się na takich frajerów, to grzechem byłoby ich nie wydoić do końca.


*

W Paryżu odbył się antypolski sabat pod pozorem „naukowej” konferencji pt. „Nowa polska szkoła historii holocaustu”. Wnioski panelistów przewidywalne: Polacy mordowali Żydów i jeszcze się wypierają. Zatem historia relacji polsko-żydowskich w telegraficznym skrócie wygląda tak: Żydzi przybyli na polskie ziemie w XI w., w stuleciach następnych również tu ściągali doznając ze strony tubylców niewymownych cierpień, aż w końcu po niespełna tysiącu lat jacyś bliżej niesprecyzowani „naziści” przy współudziale miejscowych urządzili tu holocaust. Zatem Polacy, jako gospodarze powinni teraz za to wszystko zapłacić. Ot, „strategiczny sojusz” w pigułce.


*

Swoją drogą, mam pomysł na inną szkołę historyczną. Skoro istnieje pod egidą PAN Centrum Badań nad Zagładą Żydów, to co stoi na przeszkodzie, by powstało np. Centrum Badań nad Zagładą Polaków na Kresach? I skoro ukazują się publikacje typu „Dalej jest noc” o tym, jak Polacy denuncjowali Żydów za cukier i słoninę, to dlaczego nie miałaby się ukazać praca analizująca postawę Żydów wobec Polaków na Kresach po 17.IX.1939? Znajdzie się odważny?


*

Moim celem jest to, aby żaden dzieciak nie popełnił samobójstwa” - ogłosił „Rafalala” Trzaskowski, broniąc seksedukacji oraz szkolnych „latarników” mających czuwać nad dobrostanem „młodzieży LGBT”. „Rafalala” dołożył tym samym do homoindoktrynacji dość obrzydliwy szantaż moralny, ale mniejsza o to. Problem w tym, że dzieci prześladują swoich rówieśników z szeregu powodów - bo ktoś nie radzi sobie na WF-ie, bo pochodzi z biednej rodziny i nie stać go na modne ciuchy, bo jest gruby czy w jakikolwiek inny sposób odstaje od grupy. Dzieci zresztą generalnie mają skłonność do sadyzmu i zwierzęcego okrucieństwa, co trafnie pokazuje powieść „Władca much”. Oczywiście, powinny być pod jakąś kontrolą, bo gdyby puścić je całkiem na żywioł, to pewnie by się nawzajem wymordowały i to ze szczególnym udręczeniem. Dlaczego jednak to akurat młodzież LGBT ma korzystać ze szczególnego parasola ochronnego?


*

Na koniec prowokacyjna teza: a może edukacja powinna wrócić do Kościoła, tak jak było to na przestrzeni wieków? Wszak to Kościołowi zawdzięczamy np. uniwersytety. Przypominam, że obowiązkowe, państwowe szkolnictwo to wymysł Oświecenia – i po ponad dwóch stuleciach można odnieść wrażenie, że był to iście szatański wynalazek, obliczony na masową deprawację. A zatem – edukacja w ręce Kościoła, deprawatorzy – won!

Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Pod-Grzybki opublikowane w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 12 (22-28.03.2019)

czwartek, 21 marca 2019

„Karta LGBT+”, czyli akcja werbunkowa

Planowana seksedukacja to nic innego, jak homoseksualna akcja werbunkowa i poligon doświadczalny dla podobnych inicjatyw w innych miastach.


I. „Wasze dzieci będą takie jak my!”

Na wstępie przypomnę pewien charakterystyczny obrazek sprzed kilku lat. 22 września 2012 r. odbył się w Berlinie kilkutysięczny Marsz dla Życia. Pokojowa i spokojna demonstracja przebiegła w dość klaustrofobicznej atmosferze – ze względów bezpieczeństwa musiały chronić ją gęste szpalery policji, oddzielające uczestników od nienawistnej i agresywnej tłuszczy zgromadzonych licznie lewaków – aborcjonistów i homoaktywistów, wdających się w przepychanki z siłami porządkowymi i usiłujących fizycznie zaatakować manifestantów (w tym ok. 200-osobową grupę gości z Polski). Wśród wykrzykiwanych pod adresem obrońców życia obelg i haseł, jedno zasługuje na szczególną uwagę: „wasze dzieci będą takie jak my!”. Hasło to jest zresztą stale obecne w przekazie homopropagandy. W 2014 r. w Stuttgarcie miała z kolei miejsce manifestacja rodziców sprzeciwiających się seksedukacji i homoseksualnej indoktrynacji w tamtejszych szkołach (szkolnictwo w Niemczech leży w gestii poszczególnych landów). Tu również aktywiści gejowscy, prócz takich „atrakcji”, jak obrzucanie demonstrujących rodzin prezerwatywami, wywrzaskiwali przytoczony wyżej slogan. Podobnie było przy okazji innych tego typu wydarzeń – np. podczas demonstracji rodziców w Kolonii.

Powtórzmy: „wasze dzieci będą takie jak my!” - w tym haśle zawiera się cały rzeczywisty program szkolnej homoindoktrynacji. Homoseksualizm bowiem, rozumiany w sensie ścisłym, czyli jako występująca czasem biologiczna anomalia, dotyka śladowego odsetka ludzkiej populacji. Dodatkowo, z oczywistych przyczyn pary homoseksualne nie mogą liczyć na potomstwo. Jedynym sposobem dla środowisk LGBT (i innych literek alfabetu) na utrwalanie i poszerzanie wpływów staje się więc „rozmnażanie zastępcze” - czyli, innymi słowy, homoseksualna deprawacja i to w możliwie najwcześniejszym wieku, gdy dziecko jest najbardziej podatne na manipulacje. To właśnie dlatego homolobby kładzie taki nacisk na wkroczenie do szkół pod pozorem „edukacji”, szerzenia „tolerancji” i przeciwdziałania dyskryminacji „nieheteronormatywnych” uczniów.

W podanym przykładzie z Niemiec, władze Badenii-Wirtembergii pod naciskiem lobbystów LGBT wprowadziły do planu edukacyjnego („Bildungsplan”) zwalczanie „homofobii” i „transfobii”. Oczywiście, w sposób do cna zakłamany, sprowadzający się do promocji dewiacji i przedstawiania zboczeń jako normy, włącznie z technicznymi szczegółami odnośnie tego, jak zaspokajają się homoseksualiści oraz pokazywaniem „korzyści” płynących z seksu jednopłciowego (np. brak zagrożenia niechcianą ciążą). Takie podejście w oczywisty sposób obliczone jest na rozchwianie tożsamości płciowej młodych ludzi. Jeżeli zatem ktoś się zastanawia, skąd na Zachodzie wzięła się wyraźna nadreprezentacja osób deklarujących się jako „geje”, lesbijki, trans itp., to właśnie ma odpowiedź. Niewinne zapewnienia, że chodzi wyłącznie o to, by młodzi ludzie o „odmiennej orientacji” nie padali ofiarą prześladowań ze strony rówieśników, są jedynie mydleniem oczu. Co więcej, władze uznają, iż tak pojmowana edukacja jest „elementem demokratycznego i otwartego społeczeństwa” – jest to zatem sankcjonowana przez państwo ideologizacja sfery ludzkiej seksualności. Protesty rodziców zostały zignorowane – co gorsza, w Niemczech nie ma możliwości wypisania dzieci z tego typu zajęć. Za uchylanie się od obowiązku szkolnego rodzicom grozi grzywna, potem areszt – aż do odebrania dziecka przez osławiony Jugendamt. Oto „tolerancja represywna” i terror mniejszości w działaniu.


II. Dewiacyjne pranie mózgu

Wszystko to brzmi upiornie znajomo, gdy spojrzymy na próby wprowadzania homoindoktrynacji do polskich szkół, ze szczególnym uwzględnieniem tzw. „Karty LGBT+” podpisanej niedawno przez prezydenta Warszawy, Rafała Trzaskowskiego (formalna nazwa dokumentu, to „Deklaracja. Warszawska polityka miejska na rzecz społeczności LGBT+”). Tu również mamy do czynienia z działaniami podjętymi ponad głowami rodziców i z naruszeniem ich fundamentalnych praw – będącymi efektem zakulisowych uzgodnień z organizacjami LGBT. Widać wyraźnie, skąd Rafał Trzaskowski czerpał inspirację. Co ciekawe, we wstępie do „Deklaracji” czytamy, iż założenia dokumentuzostały stworzone przed wyborami samorządowymi w konsultacji z warszawskimi organizacjami LGBT+”. Czy coś przeoczyłem, czy Trzaskowski „zapomniał” podczas kampanii wspomnieć o tym swoim wyborcom i zapoznać ich z owymi „założeniami”?

Nie jest to pierwsza inicjatywa tego typu – przypomnę tutaj chociażby „Tęczowy Piątek”. Akcja ta, wprowadzająca tylnymi drzwiami ideologię LGBT do szkół, była efektem kooperacji Kampanii Przeciw Homofobii i Związku Nauczycielstwa Polskiego – z pominięciem MEN i rzecz jasna, rodziców, którzy dowiedzieli się jako ostatni, czego mają być uczone ich dzieci. Teraz dewiacyjne pranie mózgu ma zostać podniesione o poziom wyżej, z oficjalnym błogosławieństwem stołecznego samorządu, stwierdzającego w „Karcie LGBT+, iż jest to zapewnienie „młodym mieszkankom i mieszkańcom edukacji na miarę XXI wieku. Podkreśla się przy tym, iż „edukacja antydyskryminacyjna i seksualna” ma być zgodna ze „standardami WHO”. Inicjatorzy i zwolennicy wzorem niemieckich poprzedników zapewniają oczywiście, że celem jest jedynie uwrażliwienie na poszanowanie odmienności oraz wyczulenie na różne formy przemocy seksualnej, by dzieci nie padały ofiarą molestowania. Otóż nie. W „standardach WHO” w dziale „Zasady i rezultaty edukacji seksualnej” wyraźnie jest napisane, iż „edukacja seksualna zaczyna się w momencie narodzin” (pkt 5). Natomiast w części pt. „Matryca edukacji seksualnej” czekają nas „standardy” typu: „Radość i przyjemność z dotykania własnego ciała, masturbacja w okresie wczesnego dzieciństwa” czy „Uzyskanie świadomości, tożsamości płciowej”. Oba punkty dotyczą – uwaga – dzieci w wieku 0-4 lat! W kolejnych kategoriach wiekowych jest podobnie, przy czym uwagę zwraca zafiksowanie autorów tych światłych zaleceń na tematyce onanizmu.

Kolejna rzecz, to ustanowienie tzw. latarników – czyli „nauczycieli i nauczycielek lub pedagogów i pedagożek szkolnych, którzy i które będą monitorować sytuację uczniów LGBT+ w warszawskich szkołach podstawowych i średnich” (cyt. za „Kartą LGBT+”). Jest to ni mniej, ni więcej, tylko homoseksualna, za przeproszeniem, penetracja środowisk młodzieżowych – wyłapywanie „rokujących” chłopców i dziewcząt i wprowadzanie ich do społeczności gejowskich, lesbijskich i transseksualnych. Mówiąc wprost – w każdej szkole będzie urzędował „zawodowy gej” i wyszukiwał „świeże mięsko”. Nie jest tajemnicą, że wielu gejów wybiera swą „orientację” na skutek homoseksualnego uwiedzenia we wczesnej młodości. Teraz deprawatorzy będą mieli ułatwione zadanie – przypominam jeszcze raz hasło: „wasze dzieci będą takie jak my”... Krótko mówiąc – planowana seksedukacja to nic innego, jak homoseksualna akcja werbunkowa i poligon doświadczalny dla podobnych inicjatyw w innych miastach.


III. Przeciw deprawacji

Na szczęście, w Polsce rodzice mają więcej do powiedzenia niż w Niemczech i w odpowiedzi za deprawacyjne zapędy organizacje rodzicielskie powołały „Ruch 4 Marca”, którego celem jest zmuszenie władz Warszawy do wycofania się z „Deklaracji LGBT”. (Ciekawostka na marginesie – w Wlk. Brytanii niektóre szkoły zaczęły rezygnować z lekcji wychowania seksualnego pod naciskiem... lokalnych muzułmańskich społeczności). Prócz tego zareagował Rzecznik Praw Dziecka, obudziło się również Ministerstwo Edukacji Narodowej, obiecując interwencje kuratorów. Na niezgodność zapisów „Karty LGBT+” z obowiązującym prawem wskazuje Instytut Ordo Iuris (np. „latarnicy” gromadziliby wrażliwe dane osób nieletnich – istne marzenie pedofila). Tutaj nie ma miejsca na półśrodki – rodzice, polskie państwo i Kościół muszą połączyć siły i zareagować z całą stanowczością. zanim szkoły staną się terenem łowieckim dla zawodowych homoaktywistów szukających młodego „narybku”.

Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 11 (15-21.03.2019)