Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hanna Gronkiewicz-Waltz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hanna Gronkiewicz-Waltz. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 26 września 2019

„Kałboj” Trzaskowski

Czyżby Warszawa zafundowała sobie najdroższego w Europie bubla? Jeśli tak, to oznacza, że stolica i znaczna część Polski w dolnym biegu Wisły siedzi na permanentnej bombie ekologicznej.

I. „Czajka-gate”

Jak nie idzie, to nie idzie. Nie dość, że Polacy okazali się zadziwiająco odporni na kolejne „afery PiS” w rodzaju niedawnej „bieda-farmy trolli” w Ministerstwie Sprawiedliwości, to jeszcze totalnej opozycji przydarzył się wyjątkowo śmierdzący (i to dosłownie) „casus pascudens” w postaci warszawskiego szamba, które wybiło akurat w trakcie kampanii wyborczej, na jakiś czas nomen omen spłukując wszystkie inne tematy. I ta akurat sprawa ma naprawdę wybuchowy potencjał. Ludzi może średnio obchodzić, kto się z kim pożarł gdzieś w zakamarkach sędziowskiego półświatka - natomiast takie rzeczy, jak nieoczyszczone fekalia spuszczane do rzeki oraz związane z tym nieprzyjemności i zagrożenia związane np. z dostępnością wody pitnej, dotykają każdego i wywołują żywe zainteresowanie.

Nie wiem, czy afera z oczyszczalnią „Czajka” wpłynie na samych warszawiaków (ze szczególnym uwzględnieniem postępowego elektoratu PO), czy też będą ją wypierać ze świadomości, bo w przeciwnym razie musieliby przyznać przed samymi sobą, że zamiast kompetentnych włodarzy wybrali bandę nieudaczników na czele z groteskowym duetem, pożal się boże, „szeryfów” - „kałbojem” Trzaskowskim i „wicekałbojem” Rabiejem. Ale już mieszkańców np. Płocka, tudzież innych miejscowości w dolnym biegu Wisły uraczonych „kontrolowanym spustem” warszawskich nieczystości sprawa powinna poruszyć jak najbardziej, chociażby ze względu na własne zdrowie. Śmierdząca rzeka zasilana dzień w dzień „surowymi” ściekami w tempie trzech tysięcy litrów na sekundę działa na wyobraźnię – tym bardziej, że ludzie stają się coraz bardziej uwrażliwieni na punkcie rozmaitych zanieczyszczeń. To nie jest chwilowe spuszczenie szamba na krótkim odcinku Motławy, jak przed rokiem w Gdańsku, lecz potencjalnie zatrucie największej rzeki w kraju na połowie jej długości.


II. Eko-obłuda

Powyższe wizerunkowe niebezpieczeństwo wyczuli – i to bardziej, niż odór z uszkodzonych kolektorów – kibice oraz sojusznicy „totalnych”, toteż z miejsca pośpieszyli z wyjaśnieniami, że Wisła, jako rzeka praktycznie dzika i meandrująca sama się oczyści, a ścieki będą się rozrzedzać, więc choć można mówić o „lokalnej katastrofie ekologicznej”, to nie ma powodów do paniki, gdyż jest to „zagrożenie czysto biologiczne dla samej Wisły” (poważnie, tak wywiódł ekspert odpytywany przez portal Gazeta.pl). Wprawdzie półgębkiem przyznaje się, że z powodu wyjątkowo niskiego stanu wody i wysokiej temperatury zanieczyszczonej rzece grozi brak tlenu, czyli mówiąc po ludzku, po prostu się „zakisi” – ale cóż, wystarczy się nie kąpać i nie pić wody bezpośrednio z rzeki. Nagle jakoś zabrakło zawodowych ekologów, na co dzień tak wyczulonych na punkcie wszelkich dużych i małych „istot czujących”. Ryby, roślinność, ptactwo wodne, te wszystkie żabki, żuczki i inne żyjątka dotąd stanowiące oczko w głowie i pretekst do protestów przeciw różnym inwestycjom – nagle przestały się liczyć i poszły w kąt. Przyczyna ewidentna – sprawę należy bagatelizować tak, jak to tylko możliwe, żeby „pisiory” nie ugrały na „lokalnej katastrofie” jakichś politycznych punktów. Troska ta przewija się również w komentarzach najwierniejszych czytelników czerskich portali, z których nagle uleciała cała eko-wrażliwość, tak chętnie eksponowana przy okazji obrony kornika, dzików czy wigilijnego karpia. Prawdziwy popis dał tu przedstawiciel „Zielonych” (koalicjanta PO) Radosław Gawlik, gardłując o „władzy wyolbrzymiającej nasze strachy”, któremu wtórowała przedstawicielka Greenpeace Polska Katarzyna Guzek, pomstując na „cyniczną rozgrywkę polityczną”. No tak, „niesłuszna” awaria oczyszczalni odwraca uwagę od „słusznego” blokowania budowy Via Carpatia...

Jak zatem zostaliśmy pouczeni, należy nabrać wody w usta... wróć, zważywszy na okoliczności, może lepiej jednak nie... Chociaż, z drugiej strony, wspomniany pan Gawlik przekonywał, że ścieki spuszczane „na żywioł” to jedynie 1 proc. wody przepływającej w każdej sekundzie Wisłą i „rozcieńczą się” już po kilkunastu kilometrach – zatem nabierajmy, śmiało! Otwartym pozostaje pytanie – skoro „spust” w tempie niemal 260 tys. metrów sześciennych na dobę ma tak znikome konsekwencje środowiskowe, to po co w ogóle Warszawie ta cała oczyszczalnia? Żeby było bardziej światowo?

Zobaczymy, co na to wszystko powiedzą mieszkańcy pozostałych nadwiślańskich miast, miasteczek i wiosek, czerpiących wodę z rzeki zamieniającej się stopniowo w kloakę. Szczególnie ciekawi mnie, jak będzie wyglądała sytuacja, gdy fala dotrze do zalewu i tamy we Włocławku, gdzie zaczną się gromadzić wszystkie zawiesiny z „kontrolowanego spustu”. Tamtejszych obywateli z pewnością uspokoi oświadczenie „kałboja” Trzaskowskiego, że awaria nastąpiła poniżej ujęć wody pitnej... w Warszawie...


III. „Bob budowniczy, co wszystko spierniczy”

A, właśnie, skoro już przy tym jesteśmy - osobnym kryminałem jest reakcja na awarię władz Warszawy, dla których priorytetem najwyraźniej była strategia wizerunkowa: jak „opakować” ten cały syf, by w sprzedać go ludziom w strawnej i przyswajalnej formie, co jest zresztą znakiem rozpoznawczym Platformy od czasów Donalda Tuska i piarowskiej ekipy Igora Ostachowicza. Przypomnijmy, że do usterki pierwszego kolektora odprowadzającego fekalia doszło już we wtorek 27 sierpnia – jego funkcję przejął drugi kolektor, który przestał pracować w środę o 7:20. Dopiero po tym fakcie podjęto decyzję o zwołaniu sztabu kryzysowego i raczono powiadomić stosowne służby państwowe o sytuacji i „kontrolowanym zrzucie” (pod tym eufemizmem kryje się po prostu spuszczenie wszystkiego jak leci) - ponad dobę od początków awarii. Idę jednak o zakład, że wcześniej postawiono na nogi inny sztab - ten od piaru, by przygotował odpowiednią „kryzysową narrację”. Po to była potrzebna ta doba przed oficjalnym ujawnieniem rozmiarów katastrofy. Słowem, jak u sowietów – przyznajemy, że coś „pierdykło” dopiero wtedy, gdy i tak już nie da się tego ukryć, kręcąc przy tym na temat szczegółów do samego końca. Tak było, uczciwszy proporcje, przy Czernobylu – i tak dzieje się po niedawnym wybuchu jądrowym na syberyjskim poligonie. Pogratulować wzorców – miał być Zachód i Europa, a jest Moskwa z jej mentalnością i standardami bezpieczeństwa – dopóki ludzie nie zaczną chorować i umierać, nie muszą niczego wiedzieć. Później zresztą też niekoniecznie. Co więcej, nawet w tych krętactwach co i rusz wyłazi żenująca nieudolność, bo koniec końców „kałboj” Trzaskowski musiał przyznać, że nie ma żadnego alternatywnego planu, problemu nie da się rozwiązać w przewidywalnym czasie, a i przyczyny awarii pozostają nieznane. Zabrakło taśmy klejącej? Żeby było ciekawiej, portal wPolityce dotarł do filmiku na YouTube pokazującego, że podobne sytuacje w Warszawie są normą po każdej ulewie – spuszcza się wtedy do rzeki wszystko hurtem, bez żadnego oczyszczania.

Prokuratura wszczęła w sprawie awarii „Czajki” śledztwo. Cóż, radziłbym się zainteresować nie tylko tym, jak wyglądają procedury bezpieczeństwa w oczyszczalni czy sprawą bieżącego nadzoru i konserwacji, ale przede wszystkim – samą rozbudową i modernizacją „Czajki” z lat 2008-2012. Wiele się wówczas mówiło o niejasnościach przetargowych i najdroższej oczyszczalni ścieków w Europie (niemal 2,5 mld. zł.)... Czyżby miało się okazać, że Warszawa zafundowała sobie najdroższego w Europie bubla, który „wywaliło w kosmos” po raptem 7 latach funkcjonowania? Jeśli tak, to oznacza, że stolica i znaczna część Polski w dolnym biegu Wisły siedzi na permanentnej bombie ekologicznej. Znane powiedzonko „Bob budowniczy, co wszystko spierniczy” pasuje tu jak ulał.

Jan Pietrzak śpiewał niegdyś: „Przez stulecia przepływała razem z nami / modra Wisła, najwierniejsza z wszystkich rzek / Jeśli pomóc nie zechcemy dobrej pani / pozostanie po niej wkrótce brudny ściek”. Wygląda na to, że ta ponura przepowiednia właśnie się spełnia, a „królowa polskich rzek” zmienia się na naszych oczach w największy rynsztok Europy.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 36 (06-12.09.2019)

niedziela, 3 lutego 2019

Pod-Grzybki 146

Dominikanin o. Ludwik Wiśniewski podczas wiecu wyborczego w gdańskiej Bazylice Mariackiej, który zwołano pod pretekstem pochówku zamordowanego Pawła Adamowicza, palnął przemówienie, jakiego nie powstydziliby się najostrzejsi zagończycy „totalnej opozycji”. Odnotowuję ten incydent, bo dzięki niemu teraz już wiadomo, jak wyglądałby Stefan Niesiołowski w habicie.


*

Tyle, że szanownemu Niesio... to jest, o. Wiśniewskiemu coś się przy okazji pomerdało. Powiedział mianowicie: „Człowiek posługujący się językiem nienawiści, człowiek budujący swoją karierę na kłamstwie nie może pełnić wysokich funkcji w naszym kraju i będziemy odtąd tego przestrzegać”. Chorobcia, wszystko niby słusznie – ale na samym starcie torpedować kampanię prezydencką Tuska?


*

Tak nawiasem – tysiące gdańszczan po śmierci Pawła Adamowicza zapaliło na ulicy znicze. Pytanie: czy widział ktoś jakichś nienawistnych pisowców, którzy by im w tym przeszkadzali? Szczali, bluzgali i wrzeszczeli do starszych kobiet „pokaż cycki”? Ktoś? Coś?


*

Lecz co tam ojczulek Wiśniewski. Hanna Gronkiewicz-Waltz poprosiła o ochronę, bo „miała nieprzyjemny incydent”. Cóż, rozumiem konfuzję, niemniej nieprzyjemne incydenty się zdarzają, zwłaszcza w pewnym wieku, gdy przestają trzymać zwieracze - ale żeby zaraz rządowa ochrona? Nie wystarczą pampersy?


*

Zapomniałbym. Po finale WOŚP zatrzymano jakiś pierdylion internetowych hejterów i postawiono zarzuty szefowi firmy ochroniarskiej. Nie zadano pytań jednemu człowiekowi. I nikt nie odważy się ich zadać. ON ma immunitet od przepisów o imprezach masowych.


*

Żądza zemsty niszczy demokrację równie skutecznie jak nienawiść” - załkała „Wyborcza.pl”. I jest to o tyle dobre, że dokładnie w tym samym czasie na sabacie Fundacji Batorego poświęconym praworządności sędzia Irena Kamińska (ta od „nadzwyczajnej kasty ludzi”) wypaliła, że chodzi jej właśnie o zemstę, a zawtórowała jej prof. Monika Płatek. Ciekawe, czy ktoś od Michnika powie obu paniom, żeby się nie wygłupiały, bo „niszczą demokrację”? Czy jednak samopoczucie sędzi Kamińskiej jest od demokracji ważniejsze, a każda ręka podniesiona na „kastę” musi zostać odcięta?


*

Na marginesie ubolewań nad szerzącą się „nienawiścią”. Socjolog Marcin Palade przeprowadził na Twitterze sondę z pytaniem: „czy Jarosław i Jacek Kurski powinni zniknąć z przestrzeni publicznej”? Odpowiedzi (9 tys. osób): 91 proc. - TAK, 9 proc. - NIE. I to, moim zdaniem, jest właściwy trop jeśli chodzi o obniżenie temperatury debaty publicznej. Gołym okiem widać, że obaj bracia Kurscy okupując przeciwne strony barykady zajmują się tym samym: prostacką propagandą, manipulowaniem, jątrzeniem i szczuciem. A zatem, obaj Kurscy - WON! Swoją drogą, najlepszym początkiem deeskalacji plemiennej wojny domowej byłoby, gdyby jakimś cudem Kaczyński dogadał się z Michnikiem, że każdy z nich zwalnia swojego Kurskiego.


*

Jednak nie. To głupi pomysł. Zamienią się miejscami i nikt nie zauważy różnicy.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w dwutygodniku „Polska Niepodległa” nr 03 (30.01-12.02.2019)

czwartek, 18 września 2014

O upadku Rzeczypospolitej

Historia zatoczyła koło i powróciliśmy do czasów ze schyłku I Rzeczypospolitej z prywatnymi wojskami magnackimi.

I. Wojsko magnackie

Postulat zgłoszony przez grupę podlaskich biznesmenów, by powołać w Białymstoku pięciotysięczną Gwardię Narodową przemknął na przełomie sierpnia i września przez mediodajnie raczej w charakterze podawanej z przymrużeniem oka ciekawostki. Niesłusznie, wskazuje on bowiem na pogłębiającą się dysfunkcjonalność naszego państwa. Przypomnijmy pokrótce: pomysł pojawił się podczas konsultacji dotyczących strategii Białostockiego Obszaru Funkcjonalnego w skład którego wchodzi Białystok i dziewięć okolicznych gmin. Wtedy to Hubert Kaczyński z Podlaskiego Klubu Biznesu stwierdził: „Białystok stał się miastem frontowym. Może się okazać, że jakiś konwój ciężarówek nagle wjedzie do nas, a w drodze powrotnej wywiezie z naszych fabryk urządzenia i maszyny. By zwiększyć bezpieczeństwo miasta należy powołać Gwardię Narodową”. Dalej dowiedzieliśmy się, że Gwardia miałaby liczyć pięć tysięcy rekrutów, których lokalni biznesmeni zaopatrzyliby w lekką broń ręczną z radomskiego „Łucznika”, zaś strona „państwowa” miałaby doposażyć ich dodatkowo w wyrzutnie rakiet typu Stinger.

Czy przypomina to coś Państwu? Poza ewidentną inspiracją analogiczną formacją funkcjonującą na Ukrainie utrzymywaną przez tamtejszych oligarchów, mnie skłoniło to do niezbyt oryginalnej może acz narzucającej się refleksji, iż oto historia zatoczyła koło i powróciliśmy do czasów ze schyłku I Rzeczypospolitej z prywatnymi wojskami magnackimi. Wtedy też było wiadomo, że na państwo polskie nie ma co liczyć i tylko prywatne armie są w stanie jako tako ochronić zarówno samego magnata, jego włości, jak i „klientów” ze sprzymierzonych z nim rodzin drobniejszej szlachty. Cała różnica polega na tym, że w omawianym przypadku własnej armii nie tworzy jakiś Kulczyk, czy inne „królewiątko”, lecz swojego rodzaju „magnat zbiorowy”, czyli wspomniany Podlaski Klub Biznesu.

II. Konfederacja Podlaska

Zresztą, równie dobrze można by tu użyć porównania do instytucji konfederacji, nie będę się kłócił. Pół biedy, jeśli takowa konfederacja zostaje zawiązana w celu obrony granic Rzeczypospolitej, ale kto nam zagwarantuje, że jutro nie zostanie wykorzystana jako narzędzie antypaństwowego rokoszu? Wystarczy, jeśli fundatorzy dojdą do wniosku, iż na tyle dojadło im rosyjskie embargo, że bardziej będzie się opłacało przyłączenie do Putina, Łukaszenki i korzystanie z dobrodziejstw Unii Celnej. Wszystko jest jedynie kwestią kalkulacji i stopnia zinfiltrowania środowiska biznesowego przez agenturę – bo, że taka infiltracja nastąpi, można założyć w ciemno.

A pięć tysięcy wojska to nie byle co, zważywszy na stan naszej regularnej armii, którą w znacznym stopniu tworzą nie żołnierze liniowi, tylko wojskowi biurokraci. Armia polska liczy obecnie 77,5 tys ludzi plus 20 tys w Narodowych Siłach Rezerwowych, pamiętajmy jednak, że jest to w znacznej mierze armia „wodzów bez indian” – według ostatnich danych do których udało mi się dotrzeć, w 2011 roku na jednego oficera przypadało 1,8 podoficera i 1,6 szeregowca. Do tego 70-80% wojskowych pracuje za biurkami. Zatem de facto zamiast armii mamy coś w rodzaju „urzędu Wojska Polskiego” i nie sądzę, by ten stan w ciągu kilku ostatnich lat uległ znaczącej zmianie.

Podsumowując: 80% „biurkowych” żołnierzy z liczby 77,5 tys daje nam 62 tys – i tyle należy odliczyć od ogólnego stanu armii. Zostaje więc jakieś 15,5 tys żołnierzy „realnych”, a i tu należy wziąć pod uwagę podane wyżej proporcje między oficerami a podoficerami i szeregowymi. Koniec końców wychodzi na to, że siły naszej regularnej armii w hipotetycznym starciu z „Konfederacją Podlaską” niebezpiecznie się wyrównują... No chyba, żeby doliczyć te 20 tys z Narodowych Sił Rezerwowych, jednak ich wartość bojowa pozostaje, powiedzmy uprzejmie, zagadką.

Czyli jak u schyłku XVII i w XVIII wieku. Nieliczne doborowe oddziały rozsiane są gdzieś po Dzikich Polach („misjach pokojowych/stabilizacyjnych”). Jest także „pogrzebowa husaria” (dziś – Kompania Honorowa i to, co da się bez wstydu ściągnąć na defiladę) dla ozdoby. A do tego armie „królewiąt” mogące zostać użytymi zarówno w dobrym jak i złym celu – wszystko zależy od interesów sponsora.

III. „Każdy sobie pan w naszej Rzeczypospolitej...”

Dla pełniejszej analogii z latami upadku Rzeczypospolitej przywołam przykład sprzed kilku lat. Chodzi mi o pacyfikację Kupieckich Domów Towarowych przeprowadzoną w 2009 roku przez Hannę Gronkiewicz-Waltz przy użyciu najemnych zbirów z agencji ochrony Sylwestra Zubrzyckiego – byłego podopiecznego płk. Edwarda Misztala, komunistycznego „antyterrorysty” osławionego represjami wobec opozycjonistów. Nota bene – zbirów wynajętych w trybie bezprzetargowym, w ramach zamówienia „z wolnej ręki”. Akcję przeciw kupcom z KDT przeprowadzono z naruszeniem prawa, bowiem mimo wyroku sądowego nakazującego kupcom opuszczenie „blaszaka” pod Pałacem Kultury, agencja ochrony nie miała uprawnień do przeprowadzenia egzekucji wyroku sądowego.

I znów zadam Państwu pytanie – co to nam przypomina? Ano, przypomina to nam poczciwą instytucję zajazdu znaną z realiów Rzeczypospolitej Szlacheckiej, kiedy to aparat państwa nie był w stanie egzekwować własnych wyroków, wskutek czego uciekano się do takiej właśnie formy „samopomocy”, co barwnie opisał Mickiewicz w „Panu Tadeuszu”. HG-W przeprowadziła po prostu zajazd na KDT. Jedyna różnica, to taka, że działała w interesie galerii handlowych, którym kupcy psuli biznes, no i formalnie występowała jako organ władzy samorządowej wynajmujący sobie zamiast „panów braci” z okolicznego zaścianka armię zaciężną od Zubrzyckiego.

Innymi słowy, mówiąc Kmicicem - „każdy sobie pan w naszej Rzeczypospolitej, kto jeno ma szablę w garści i lada jaką partię zebrać potrafi”, a tak w ogóle, to cytując Bartłomieja Sienkiewicza, prawnuka twórcy postaci Kmicica - „państwo polskie istnieje teoretycznie, praktycznie nie istnieje”. Trudno się z tak postawioną diagnozą nie zgodzić.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 37 (15-21.09.2014)

 

wtorek, 15 października 2013

Euforia po klęsce

Piotr Guział widzi jaką pozycję mają „nienaruszalni” prezydenci w rodzaju Dutkiewicza czy Szczurka i pragnąłby dołączyć do tego panteonu samorządowców.

I. Cisza przed... euforią

W niedzielę mieliśmy okazję transmitować na żywo w Niepoprawnym Radiu PL wieczór referendalny, który w siedzibie SDP na Foksal urządziła Warszawska Wspólnota Samorządowa pod przywództwem Piotra Guziała. Dodajmy, iż to właśnie burmistrz Ursynowa był spiritus movens całego przedsięwzięcia – PiS włączył się dopiero, gdy okazało się, że inicjatywa ma szanse powodzenia i w związku z tym można spodziewany sukces jakoś zagospodarować, co zresztą dało reżimowym mediodajniom asumpt do propagandowego wtłoczenia referendum w schemat partyjnej wojny PiS – PO.

No więc wszyscy czekali sobie spokojnie na koniec ciszy wyborczej, kiedy to podane zostaną pierwsze sondażowe wyniki z badań exit-polls prowadzonych przez TNS Polska – aż wreszcie pękła ta 21:00 i wtedy okazało się, że mamy do czynienia z klapą. Wstępne wyniki mówiły bowiem o frekwencji 27,2% (ostatecznie okazało się, że frekwencja była jeszcze niższa i wyniosła 25,66%), czyli niezależnie od rozkładu głosów „za” i „przeciw” HG-W cały pogrzeb na nic, bo minimum frekwencyjne wynosiło 29,1%. Referendum jest nieważne.

Wtedy jednak na scenę wszedł Piotr Guział i zaczął przemawiać. A nam z MarkiemD w miarę słuchania tego kuriozalnego wystąpienia szczęki opadały coraz niżej. Myliłby się bowiem ktoś, kto sądziłby, iż Guział powie coś w stylu – nie udało się ale walczyliśmy, niewiele brakowało, dziękuję wszystkim, dołożymy starań, by za rok, w wyborach samorządowych było lepiej. Otóż nie! Lider Warszawskiej Wspólnoty Samorządowej ni mniej ni więcej, tylko odtrąbił sukces! I na dodatek uczynił to w iście euforycznym stylu, nijak nie przystającym do skrzeczącej pospolitości referendalnego wieczoru.

Nie sposób nie odnieść wrażenia, że dla Guziała owym „sukcesem” był sam fakt doprowadzenia do referendum, zaistnienia na warszawskiej scenie bytu spoza politycznego duopolu PO–PiS i zmuszenia urzędników z Hanną Gronkiewicz-Waltz na czele do wykonania kilku przyjaznych gestów wobec mieszkańców stolicy. I to z grubsza tyle. Aha – były jeszcze podziękowania, w których wymieniono między innymi... PO! Kurtuazja, czy rzeczywista wdzięczność, że władze nie rozpędziły referendum pałami jakiejś firmy ochroniarskiej, niczym kupców z KDT?

II. Referendum jako „rozpoznanie walką”

Początkowo sądziłem, że ta przemowa jest tylko „piarowskim” chwytem – że Guział musi trzymać fason i cokolwiek przeszarżował. Potem jednak naszła mnie inna myśl, której zdążyłem dać wyraz na antenie. Otóż, mimo iż referendum zakończyło się porażką, to jeśli ktoś tu jest wygrany, to właśnie on. Teraz nie dam głowy, czy aby cała ta inicjatywa nie była dla ambitnego burmistrza swoistym „rozpoznaniem walką” przed przyszłorocznymi wyborami samorządowymi i z góry godził się on z frekwencyjną porażką. Sądzę, że Guział marząc o warszawskiej prezydenturze chciał się przekonać na ile może wstępnie liczyć, czy jest jakikolwiek namacalny grunt społeczny, który mógłby dla niego stanowić odskocznię do dalszej politycznej kariery. No i czy nie zmiażdżą go młyńskie kamienie maszynerii partyjnych PO i PiS-u między które się wciska.

Proszę zwrócić uwagę na starannie konstruowany wizerunek „apolitycznego samorządowca” gotowego do współpracy z każdym – od Kukiza po Ikonowicza. Ten stary numer „apolityczności” (czy też raczej - „pozapartyjności”) okazuje się wciąż uwodzić wyborców, którzy gotowi są po raz nie wiadomo który uwierzyć, wbrew elementarnym faktom, że da się uprawiać „niepolityczną politykę”. Szkoda, że hasło „nie róbmy polityki...” zaklepał już wcześniej Tusk, bo inaczej jak nic usłyszelibyśmy je od Guziała. Za rok podczas kampanii wyborczej z pewnością zresztą usłyszymy coś typu: partie gryzą się między sobą, a my tutaj – niezależni samorządowcy – chcemy w spokoju działać dla dobra Warszawy.

Podsumowując, obecny burmistrz Ursynowa widzi jaką pozycję mają „nienaruszalni” prezydenci w rodzaju Dutkiewicza we Wrocławiu, czy Szczurka w Gdyni i pragnąłby dołączyć do tego panteonu samorządowców. Pytanie, czy wie w jakie układy należy wejść, by osiągnąć cel – i czy te układy zechcą na niego postawić jako na gwaranta swych interesów. Tu wiele będzie zależało od tempa zużywania się PO i Hanny Gronkiewicz-Waltz.

III. Zdolność mobilizacyjna opozycji

Tak więc, znając z grubsza powody dobrego humoru burmistrza Guziała, zastanówmy się, czy euforia nie jest aby przedwczesna, czy wręcz – nieuzasadniona. Nie sądzę bowiem, by te 322.017 osób, które pofatygowało się by odwołać HG-W, uczyniło to skuszone jego młodzieńczą charyzmą i entuzjazmem. Z badań wynika, że większość (56,5%) z owych dziewięćdziesięciu kilku procent skreślających HG-W to sympatycy PiS i bez włączenia się Prawa i Sprawiedliwości w kampanię frekwencja mogłaby być jeszcze niższa (choć z drugiej strony, można zastanawiać się, ilu Warszawiaków postanowiło zostać w domu wystraszonych propagandową wizją „powrotu Kaczora”). Ile może ugrać Guział na pozostałych 43,5% z tych, co poszli odwołać Hankę?.

Tak więc, skoro z 25% biorących udział w referendum ponad połowę stanowią wyborcy PiS-u, to nagle może się okazać, iż Guział rojąc o prezydenturze Warszawy buduje zamki na piasku i przede wszystkim musi powalczyć o dominujący elektorat „lemingradu”. A ten wcale nie jest gotów go poprzeć o czym świadczy mizerna frekwencja na Ursynowie, który na zdrowy rozum winien stanowić twarde zaplecze Guziała – i to powinno mu solidnie dać do myślenia.

Poza tym, w przyszłorocznych wyborach trzeba brać pod uwagę dość liczny udział lemingów, którzy może bez większego entuzjazmu ale zagłosują przeciw „Kaczorowi” - a Guział, chcąc nie chcąc, zaczyna być po włączeniu się PiS-u w rozgrywkę referendalną z „kaczystami” kojarzony. Jak się bowiem zdaje, w Warszawie wciąż panuje specyficzny, anty-pisowski „mikroklimat społeczny”, który w skali kraju od dłuższego już czasu zanika. No chyba, że HG-W zaliczy jakąś gigantyczną wpadkę, lub erupcję triumfalistycznej arogancji, co znając „Bufetową” absolutnie nie jest wykluczone.

I tu, na koniec warto się przyjrzeć zdolności mobilizacyjnej opozycji – czy to „guziałowskiej”, czy „pisowskiej”. Wyszło bowiem na to, że razem do kupy nie byli w stanie wyciągnąć do urn 29% elektoratu. Nawet jeśli weźmiemy pod uwagę kampanię zniechęcania wyborców, szantaż władz Warszawy wobec urzędników, ocierające się o sabotaż nieczytelne obwieszczenia z lokalizacjami obwodowych komisji wyborczych, czy też jawną stronniczość Państwowej Komisji Wyborczej, która ni z tego, ni z owego zabroniła podawania frekwencji – nawet, powtórzę, biorąc to wszystko pod uwagę (a chyba nikt nie łudził się, że będzie lekko, a władze zachowają się fair), potencjał społecznego oburzenia okazał się dalece niewystarczający, a siła przebicia opozycji niepokojąco mała.

Dla mnie w każdym razie wynik frekwencyjny był niemiłym zaskoczeniem, spodziewałem się bowiem jakichś 30% - może nawet z niewielką górką. Tak więc ci, którzy stawiają dziś krzyżyk na „Bufetowej” i mówią sobie, że co się odwlecze to nie uciecze, mogą za rok przeżyć rozczarowanie analogiczne jak w ostatni niedzielny wieczór – a pomysłów na przełamanie impasu jakoś nie widać.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

niedziela, 25 sierpnia 2013

Felieton referendalny

…czyli wspomnieniowa anegdotka ilustrująca zdolności managerskie Hanny Gronkiewicz-Waltz.

I. Prymas-patriota

Wywiad Prymasa Polski, abp. Józefa Kowalczyka (Kontakt Informacyjny „Cappino”), udzielony „Rzeczpospolitej”, w którym dostojny hierarcha ujął się był tkliwemi słowy za urzędującą prezydent Warszawy Hanną Gronkiewicz-Waltz, natchnął mnie wspomnieniami z beztroskich lat młodości, kiedy to zdarzyło mi się otrzeć o jedną z zarządzanych przez „Bufetową” instytucji. Przy okazji tylko zauważę, że nikt jakoś nie podniósł rabanu, iż Kościół miesza się do polityki, a „kler” wziął się za wskazywanie sił politycznych słusznych i niesłusznych. Tym razem reżimowe mediodajnie przyjęły jednoznacznie polityczną wypowiedź „klechy” jako coś naturalnego, a może wręcz godnego pochwały, jako że skrytykował on niekonstruktywną ekstremę, której referendum się zachciało – a wszak wiadomo nie od dziś, że polskie społeczeństwo nie dorosło do demokracji. Zapisy referendalne są po to, żeby było ładniej, a nie po to, by za ich pomocą podejmować dzielące ludzi „akcje polityczne”. Jasne? Jasne. No to wracam do wertowania pachnących płatków wspomnień, że tak szampańsko zażartuję.

II. Fucha

Otóż, przez jakiś czas zdarzyło mi się dorabiać jako tragarz w Narodowym Banku Polskim na Świętokrzyskiej w Warszawie - w czasach, kiedy prezesem tegoż była Hanna Gronkiewicz-Waltz. Ludzie, ależ to była fucha! Siedzieliśmy mianowicie w kilku chłopa w kanciapie mieszczącej się na którejś z podziemnych kondygnacji (bo trzeba Wam wiedzieć, że tam pod ziemią jest chyba tyle samo co nad ziemią) i całymi dniami rżnęliśmy w karty. Urządzaliśmy regularne turnieje karciane – w tysiąca, trzy pięć osiem i co tam jeszcze wpadło do głowy – za wyjątkiem brydża, bo to już nie były te czasy, w których młodzi ludzie się tą grą interesowali. Co jakiś czas w kanciapie odzywał się telefon – nie za często, ot tak co półtorej lub co dwie godziny i wtedy zmianowy odrywał wzrok od kart i mówił: „no dobra, kto szedł ostatnio? Aha, no to teraz pójdziesz ty”. Z reguły trzeba było dostarczyć parę ryz papieru do ksero do któregoś z gabinetów, czy coś w ten deseń. Brało się ręczny wózek, szło do magazynu, pobierało i odwoziło tam gdzie trzeba. A że gmaszysko jest ogromne (od wewnątrz robi o wiele większe wrażenie, niż z zewnątrz), to czasem, gdy punkt docelowy znajdował się w oddalonym miejscu, schodziło i 40 minut. Pod warunkiem, że dostarczyciel nie zabłądził w labiryncie korytarzy i sektorów na jakie podzielony jest budynek NBP, bo wtedy rzecz jasna trwało to jeszcze dłużej.

I tak to mniej więcej schodził nam dzionek cały, w leniwym szeleście kart, przerywanym co jakiś czas dzwonkiem telefonu. Atrakcją dnia zaś było wyjście do stołówki, gdzie za jakieś kompletnie śmieszne pieniądze można było najeść się różnych dobrych rzeczy. Tak, w NBP dbało się o suto dotowany furaż dla pracowników, nie powiem. Na tejże stołówce zdarzyło mi się raz zobaczyć samą panią Bufetową, choć nie jestem pewien, czy już wtedy nosiła taką ksywę.

III. HG-W i elektryczna wykładzina

W całym tym okresie jedynie raz trochę się napracowałem. Było to wtedy, gdy zajechała ciężarówka z belami wykładziny i my musieliśmy tę wykładzinę rozładować. Co ciekawe, nieco wcześniej (bo ja wiem – może ze dwa miesiące) w całym NBP wymieniano wykładzinę na nową. Cóż takiego się stało, że w ciągu tego krótkiego przecież czasu tamta poprzednia wykładzina tak bardzo zdążyła się moralnie zestarzeć? Ano stało się to, że ktoś czegoś nie dopatrzył i okazało się, że tamta „stara” wykładzina była zrobiona z jakiegoś paskudnie elektryzującego się materiału. Elektryzującego do tego stopnia, że masowo „siadały” komputery. Wyobrażacie sobie awarię sieci komputerowej w takiej instytucji jak NBP i jej możliwe konsekwencje? No więc, wykładziny trzeba było wymienić, a ja wraz z kolegami musieliśmy to wszystko dźwigać przez parę dni i nie było mowy o kartach.

I to jest właśnie powód dla którego zainspirowany wypowiedziami abp. Kowalczyka, piętnującego jałowe krytykanctwo opozycji, piszę tę notkę. Nie wiem, czy od tamtego czasu zdolności managerskie pani HG-W uległy jakimś zmianom i czy były to zmiany na lepsze, ale tamta sytuacja jasno uświadomiła mi, że pod pozorami urzędniczo-bankierskiego splendoru i dostojeństwa, w tym całym enbepie panuje zwyczajny burdel – wypisz, wymaluj jak dziś w Warszawie. Wiem oczywiście, że to zapewne nie Pani Prezes we własnej osobie zamawiała tę nieszczęsną, elektryczną wykładzinę, niemniej współpracowników odpowiedzialnych za tego typu sprawy chyba to właśnie ona sobie dobierała, nieprawdaż? I dobrała ich sobie tak, że nie panowała nad tym, co dzieje się w podległej jej instytucji. Dopiero, gdy po raz któryś z rzędu samoczynnie zrestartował się jej komputer, to dotarło do niej, że coś tu jest nie tak (takie tam ploteczki krążyły po korytarzach). No i w efekcie trzeba było na te cholerne wykładziny wyłożyć kasę dwa razy – kto bogatemu zabroni?

***

A dla nas cała ta historia zaowocowała niespodziewanym bonusem. Gdy wywalali te trefne wykładziny, zaczęliśmy się orientować, czy nie dało by rady czegoś tu dla siebie uszczknąć. Co mają się zmarnować? Odpowiedzią było stanowcze „nie” okraszone pełnymi zgrozy spojrzeniami, czego się to robolom zachciewa. Podejrzewam, że ostrzył sobie na nie zęby ktoś postawiony znacznie wyżej i stąd ten atak pryncypializmu, ale od czego jest flaszka i cieć, który w odpowiednim momencie spojrzy w inną stronę? Tak więc, w szybkim czasie wiele pokoi w akademiku na Jelonkach – nasze, znajomych i znajomych znajomych - zostało wyposażonych w prawie nowe wykładziny prościutko z Narodowego Banku Polskiego. Nam ten elektryczny materiał nie przeszkadzał, bo mało kto miał wtedy własny komputer. Ludzie, ależ była to fucha! Ale chyba już to mówiłem...

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

niedziela, 21 lipca 2013

Słuszność wczorajsza i dzisiejsza

Kto to słyszał, by o losach demokratycznej władzy decydowało „przypadkowe społeczeństwo”?

I. Dylemat dialektyczny

Przy okazji apelu Tuska o zbojkotowanie warszawskiego referendum w sprawie odwołania Hanny Gronkiewicz-Waltz, co ma być, jak nam objawiono, najwyższą formą świadomej, obywatelskiej aktywności, wyciągnięto wypowiedź Jarosława Kaczyńskiego ze stycznia 2010 roku, kiedy to prezes PiS w analogiczny sposób bronił ówczesnego prezydenta Łodzi – Jerzego Kropiwnickiego. W założeniu, miało to zneutralizować negatywny oddźwięk z jakim spotkała się wypowiedź premiera i szefa partii, co to ma w członie obywatelskość, jednak jak to często bywa gdy nadgorliwość wybiega przed zimną kalkulację, przefajnowano i postawiono szereg medialnych wyrobników pozostających w służbie Dyktatury Matołów przed nielichym dylematem.

No bo teraz, jak to jest? Czyżby Kaczyński przed trzema laty miał rację i urządzanie referendum w sprawie „demokratycznie wybranej władzy”, zwłaszcza na 11 miesięcy przed wyborami, to cyrk i hucpa? Toż to czysta herezja, gdyż każdy człowiek „na pewnym poziomie” wie doskonale, iż Kaczyński w żadnej sprawie z definicji racji mieć nie może. Zatem nie miał jej wtedy i nie ma dzisiaj, gdy krytykuje Ober-Matoła za wzywanie do bojkotu referendum w Warszawie. Ale z drugiej strony, przecież Ober-Matoł mówi dziś to samo, co Kaczyński trzy lata temu! Hmm, prawda, ale zwrócić należy uwagę na aksjomat mówiący nam, że Ober-Matoł rację ma zawsze i wszędzie, a w szczególności, gdy mamy do czynienia z różnicą zdań między nim a Jarosławem Kaczyńskim. Przyznają Państwo sami, że dylemat to potężny, choć oczywiście nie wątpię, że zaprawione w dialektyce mózgi odpowiednich Autorytetów Intelektualnych z pewnością się z nim uporają i wyczerpująco uzasadnią nam, dlaczego to, co w 2010 roku było faszystowskim zamachem na procedury i instytucje prawne demokratycznego państwa, dziś jawi się nam jako sama esencja demokracji i społeczeństwa obywatelskiego.

II. Palikot i Srogi Gugała

Tym bardziej, że sytuację mamy kryzysową, grożącą wręcz odspawaniem Bufetowej i jej personelu pomocniczego od stołecznej stołówki, do której bardzo się przyzwyczaili, więc tutaj nie ma to tamto – wszystkie ręce na pokład! Z takiego założenia wyszedł najprawdopodobniej wierny redaktor Gugała, który na okoliczność referendum odpytywał w Polsacie News posła Palikota. Jeśli ktoś sądził, że rozmowa upłynęła na miłosnym spijaniu sobie z dzióbków wykwitów intelektu obu rozmówców, jak tyle razy przedtem, musiał przeżyć mały szok. Otóż drodzy Czytelnicy, redaktor Gugała z namaszczoną miną inkwizytora rugał niesfornego posła jak, nie przymierzając, jakiegoś pisowca. Ruch Palikota popiera referendum? Jak tak można? Czy poseł Palikot nie wie, jaką przewagą wygrała HG-W drugie z rzędu wybory? Że została prezydentem w pierwszej turze? Jak to ujął redaktor prowadzący - „w cuglach?” Tu wyobraziłem sobie madame Bufetową z nałożonymi cuglami, ale porzućmy płoche fantazje, bo sprawa jest zasadnicza i szczególnej wagi państwowej.

Oto, rzecze Srogi Gugała, mam tu sondaże, z których wynika, że Warszawiacy wciąż popierają Panią Hanię. A czy Palikot wie, ile pieniondzów kosztuje referendum? Siedem milionów kosztuje! A bez kozery powiem i pincet! A już za rok i tak będą nowe wybory! Czy posłu Palikotu nie wstyd? Czy poseł Palikot nie słyszał premiera, który jasno i raz na jutro zapowiedział, że całe to referendum to zawracanie głowy i zdyscyplinowany obywatel powinien siedzieć w domu?

Ja to wszystko tak obszernie przytaczam z prostego powodu. Otóż, Srogi Gugała najwyraźniej milcząco założył, że palikociarnia została pomyślana jako nieformalny koalicjant PO – taki, co to będzie robił dokładnie to samo, co czynił Palikot gdy był w Platformie, ale bez obciążania wizerunku partii-matki co bardziej dzikimi wyskokami. Innymi słowy, gdy Palikot skupia się na atakowaniu „kleru” katolickiego, czy wali w Kaczora, to jest to dobry Palikot - Palikot który nam się „udał”. Palikot na miarę naszych czasów i możliwości. Natomiast, gdy tenże Palikot zaczyna robić wbrew i sypać piasek w tryby, to wówczas jest to zły Palikot, niedobry Palikot – a fe i do kąta! I przemyśl sobie swoje postępowanie! Toż to jakby, panie tego, SD zbuntowało się przeciw przewodniej roli PZPR! Horrendum i wroga dywersja!

III. Czujność akademika Czapińskiego

Ale na tym nie koniec – jak wszystkie ręce na pokład, to wszystkie. Oto niezawodny propagandysta społeczny, akademik Czapiński Janusz, ogłosił w „Wyborczej” oraz w bratnim radiu TokFM, że słuszną linię ma nasza władza i po pierwsze, wcale jej nie spada - to tylko zbiorowe złudzenie optyczne (czego nie omieszkał również przytoczyć w rozmowie z Palikotem Srogi Gugała), ale w ogóle to całe referendum jest z gruntu antydemokratycznym zamachem na legalne władze.

„Wszelkie wystąpienia oburzonych, którzy chcą kogoś utrącić, nie są wyrazem postaw obywatelskich. Jeśli jakaś mniejszość jest wkurzona, to nie powinna decydować o losach władzy” - oznajmił akademik Czapiński i jest to myśl nader słuszna i na czasie. Wiadomo wszak, że o losach władzy winna każdorazowo decydować zadowolona większość, a nie jakaś grupka politycznych frustratów. Hmm, no ale jak sprawdzić, czy owa zadowolona większość wciąż jest większością i czy przypadkiem niepostrzeżenie nie rozlazła się po kątach i nie stopniała do mniejszości? Jakiś obskurant twierdziłby, że niezłym sposobem byłby plebiscyt, czyli referendum, tak jak w Łodzi przed trzema laty, ale na dzień dzisiejszy jest to podejście z gruntu kontrrewolucyjne i skażone burżuazyjnymi przesądami, które nie pozwalają dostrzec aktualnej mądrości etapu. Chwila obecna bowiem stawia przed nami inne wyzwania i wymagania, które akademik Czapiński dostrzega jasno mocą swego postępowego intelektu.

„Wszelkiego typu bunty, wystąpienia oburzonych, którzy mają jakąś zadrę, chcą kogoś utrącić, w żadnym kraju nie są wyrazem postaw obywatelskich. Bo wyrażaniem postaw obywatelskich jest działanie pozytywne” - obwieścił z rewolucyjną czujnością przedstawiciel przodującej myśli społecznej, dając odpór jałowemu krytykanctwu określonych kół i politycznych bankrutów z Nowogrodzkiej. A że dziś „działaniem pozytywnym” jest pozostanie w domu, za co w innych przypadkach na ludność autochtoniczną spadają gromy z ust Autorytetów zatroskanych stanem naszej demokracji? To złe myślenie towarzysze, słuszne bowiem nie jest to, co słuszne, ale to co działa na rzecz Partii i Rządu. Albo Samorządu. Nie mieszajmy porządków, towarzysze. Słuszność wczorajsza, a słuszność dzisiejsza, to zupełnie inne sprawy.

IV. Władza kontra „przypadkowe społeczeństwo”

Nic zatem dziwnego, że pomniejsi funkcjonariusze mediodajni rzucili się na wyprzódki popierać właściwe stanowisko, jak na przykład pani Renata Grochal z „Gazety Wyborczej”, która nie omieszkała skwapliwie zapewnić: „Mnie słowa Tuska nie oburzają, co więcej, uważam je za racjonalne." No i gites majonez, pani redaktor, bo kto to słyszał, by o losach władzy decydowało „przypadkowe społeczeństwo”? Naturalnie, że „przypadkowe społeczeństwo” o niczym, a już zwłaszcza o losach władzy, decydować nie może. Od tego bowiem mamy Obóz Beneficjentów i Utrwalaczy III RP ze stadem Autorytetów Moralnych i Intelektualnych na przodku oraz policjami tajnymi, widnymi i dwupłciowymi kręcącymi tym całym interesem w tyłku. Oni to każdorazowo, mocą wewnętrznego konsensusu, wyłaniają nam odpowiednią ekspozyturę polityczną w rodzaju obecnej Dyktatury Matołów.

Gdyby odejść od tych ugruntowanych mechanizmów „demokratycznego państwa prawnego”, to jeszcze by się okazało – strach pomyśleć - że ten cały Obóz Beneficjentów i Utrwalaczy III RP nie jest do niczego potrzebny, a wtedy na Ziemię spadłyby ciemności „faszyzmu” i życie straciło by cały urok, nie mówiąc już o fruktach władzy do konsumowania których naturalnym porządkiem rzeczy predestynowane są światłe elity namaszczone jeszcze w trakcie zawiązywania Magdalenkowych sojuszy i od tej pory uzupełniające się wyłącznie przez kooptację. No i powiedzcie Państwo sami – czy w obliczu takiego ogromu wyzwań którym należy sprostać, ma jeszcze jakiekolwiek znaczenie, czy rację miał w styczniu 2010 roku Jarosław Kaczyński, czy też przeciwnie – rację ma dzisiaj Donald Tusk mówiąc to samo, co wtedy mówił Kaczyński racji nie mając?

Oczywiście, że znaczenia żadnego mieć to nie może. Kaczyńskiemu zatem pozostało co najwyżej zaskarżyć Tuska o plagiat i tantiemy autorskie, który to pozew rozgrzane sądy niechybnie oddalą, ubierając „powinność swej służby” w odpowiednio wesołą sentencję wyroku, aby „przypadkowe społeczeństwo” zamiast niewczesnego referendum miało przynajmniej chwilę zabawy.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

wtorek, 22 maja 2012

Muzea umierają stojąc

Muzeum Powstania Warszawskiego za rok.

I. Czas oszczędności

To nie będzie tak, że po likwidacji Rady Powierniczej, Muzeum Powstania Warszawskiego nagle upadnie, zejdzie na psy, popadnie w ruinę. Nie. Będzie inaczej. Powiem Wam, jak. Otóż, proces degrengolady będzie postępował stopniowo, niemal niezauważalnie. Najpierw Muzeum przestanie się rozwijać. Nie będą powstawały nowe ekspozycje, zabraknie miejsca na rekonstrukcje kolejnych eksponatów w rodzaju „Liberatora”, czy „Kubusia”, dostarczane pamiątki powstańcze wylądują w piwnicy.

Następnie zaczną się trudności finansowe. Okaże się, że w dobie kryzysu Miasta Stołecznego Warszawy nie stać na takie ekstrawagancje, jak utrzymanie kosztownego muzeum w jego dotychczasowej formule. Początkowo zacznie brakować kartek z kalendarza towarzyszących kolejnym dniom Powstania. Okaże się, że podziemna prasa drukarska nie może już drukować ulotek w takich ilościach jak do tej pory, lub że zwiedzający będą musieli za takie pamiątki dodatkowo zapłacić. Nagle, palącą potrzebą stanie się większa partycypacja MPW w swym utrzymaniu, co zaowocuje wzrostem cen biletów i spadkiem liczby zwiedzających.

W miarę pogłębiania się obiektywnych trudności, przestanie się wymieniać przepalone żarówki, zepsuty projektor w powstańczym kinie okaże się za drogi w naprawie, a stanowiska multimedialne zbyt prądożerne i nieekologiczne. Personel muzeum zostanie uznany za przesadnie rozbudowany przez znanego z bizantyńskich ciągot Lecha Kaczyńskiego, nastąpią więc zwolnienia. Wszystkie zaoszczędzone środki zostaną przesunięte na wynagrodzenia nowej Rady Programowej, która doradzi zwolnienie Jana Ołdakowskiego w ramach odpolityczniania Muzeum.

II. Polityka anty-historyczna

Równolegle przyjdzie pora na osłabienie instytucjonalne. Ratusz wydzieli z MPW Instytut im. Starzyńskiego, który organizuje jątrzące i dzielące wydarzenia kulturalno-edukacyjne towarzyszące pracy Muzeum i włączy go do Muzeum Historii Warszawy. Dzięki temu odnowione Muzeum odetnie się od szowinistycznych koncertów piosenki powstańczej i niezdrowej martyrologii zatruwającej umysły młodego pokolenia.

Oczywiście, do władz i Rady Programowej zostaną delegowani apolityczni fachowcy, w charakterze komisarzy, którzy zadbają, by osłabić nacjonalistyczny charakter tej instytucji, albowiem „patriotyzm jest jak faszyzm”. Obecny wpływ Muzeum na młodych Polaków jest zbyt mocny, wizja historii z zaakcentowaną linią podziału zbyt wyrazista i idzie pod prąd lansowanej przez PO na różnych płaszczyznach polityki anty-historycznej. Z czasem znajdzie się miejsce na salkę prezentującą „dobrych nazistów”, oraz na wyjaśnienie obiektywnych przyczyn, dla których Stalin musiał odciąć się od prowokacji warszawskiej i nie pozwolił alianckim samolotom lądować na sowieckich lotniskach za linią frontu. Nie od rzeczy byłoby postawienie symbolicznej mogiły niemieckich ofiar warszawskiej awantury opatrzonej słowami „przebaczamy i prosimy o przebaczenie”.

Rzecz jasna, o żadnym pomniku Lecha Kaczyńskiego nie będzie mowy. Istniejące popiersie obsadzi się trzymetrowymi tujami, zaś by iść z duchem czasu, polegającym na przezwyciężaniu historycznych podziałów, na dziedzińcu stanie pomnik polsko-rosyjskiego pojednania, przedstawiający Donalda Tuska tonącego w ramionach czekisty Putina – wzorowany na słynnym zdjęciu ze Smoleńska. Na to akurat znajdą się pieniądze. Znicze i kwiaty będą zakazane, żeby się nie kojarzyły.

III. Rocznica Powstania Warszawskiego 2013

Kolejna rocznica Powstania Warszawskiego uczczona zostanie koncertem Zbigniewa Hołdysa, Macieja Maleńczuka i Marii Peszek, która napisze premierową piosenkę o tym, że nie chce być sanitariuszką, tylko sp...ć jak najdalej. Prowadzący – Jakub Wojewódzki - zapoda zagajenie o polskiej ksenofobii. Alina Cała z Żydowskiego Instytutu Historycznego opowie o antysemickich powstańcach mordujących Żydów, a zagraniczny gość honorowy - Erika Steinbach - w pełnym troski przemówieniu upomni się o zadośćuczynienie dla rodzin poległych żołnierzy niemieckich.

Udział kombatantów nie będzie formalnie zabroniony, ale wielce niepożądany, by nie drażnić MWzWM sprowadzonych na tę okazję przez Palikota, który wygłosi wykład z przewodnią myślą: „Polacy powinni wyrzec się swej polskości”. Prezydent Warszawy, Hanna Gronkiewicz-Waltz, tytułem uzupełnienia opowie o smutnych czasach pełnych wzajemnej nienawiści, które na szczęście już minęły, gdyż żyjemy we wspólnej, zjednoczonej Europie. Następnie, razem z Eriką Steinbach, odsłonią replikę Bramy Brandenburskiej, a Daniel Olbrychski wyrecytuje coś z Gombrowicza, najlepiej to o polskości jako garbie. Na telebimie ukaże się wtedy Donald Tusk (specjalny telemost z Sopotem), który przypomni swe spiżowe słowa, że polskość to nienormalność, zaś na okolicznościowym bankiecie prezydent Komorowski poda przepis na flaczki po warszawsku i podwędzi zastawę.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: Niepoprawne RadioPL