Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lech Kaczyński. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lech Kaczyński. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 21 lipca 2019

Pod-Grzybki 169

Kampania wyborcza pomału zamienia się w film grozy – przynajmniej dla PO-KO. Oto SLD rozzuchwalone sukcesem, jakim dla tego schodzącego reliktu poprzedniej epoki było wprowadzenie swoich ludzi do PE w ramach Koalicji Europejskiej, zaproponowało Platformie kandydatów na wspólne listy do Sejmu. Trzymajcie się Państwo foteli: Jerzy Jaskiernia, Marek Dyduch, Tadeusz Iwiński, Lech Nikolski, Longin Pastusiak. Był kiedyś taki horror pt. „Reanimator”, w którym szalony medyk ożywiał trupy. I właśnie w takiej roli przejdzie do historii Grzegorz Schetyna – jako reanimator zdechłej postkomuny.


*

Chociaż, z drugiej strony, może to być element przemyślanej strategii, bazującej na modnej od jakiegoś czasu nostalgii za latami '90 (tzw. najntisami). Wyobraźmy sobie ten gabinet zombies: Jaskiernia – minister sprawiedliwości, Dyduch – szef KPRM, Iwiński – minister spraw zagranicznych, Nikolski na czele MSWiA, Pastusiak – minister edukacji narodowej (a co, w końcu profesor!). Wystarczy dołożyć do tego w pakiecie Marka Belkę, jako ministra finansów plus dwucyfrowe bezrobocie – i powrót do lat młodości obecnego pokolenia 40-latków (czyli najtwardszego segmentu elektoratu obozu III RP) zapewniony!


*

Tymczasem platformersi udowadniają, że „umią w internety” i lansują kolejne hitowe hasztagi na Twitterze. Był już #TwójSzwab, potem #POrozwalajmy, następnie #ForumPogromowe i wreszcie - #ForumPogrobowe. Zwróćcie Państwo uwagę, że to się układa w pewien ciąg logiczny – wiadomo wszak, że nikt tak nie POrozwala, jak TwójSzwab robiąc POgromy, po których wszyscy wylądują w grobie (zbiorowym, jak wynika z kontekstu). Nie ma to, jak szczerość i spójność programowa. Tylko po co Schetyna chrzanił, że czas na pokazanie programu wyborczego przyjdzie po wyborach? Przecież już teraz widać go jak na dłoni.


*

Eko-wiadomości: mała Inga skutecznie zaszantażowała klimat i wciąż mamy jesień. Drogie dziecko, osiągnęłaś co chciałaś, udowodniłaś, że posiadasz supermoce – więc teraz, proszę cię, wyluzuj! Ja chcę, żeby w lipcu było lato!


*

Na zakończenie coś wyjątkowo bulwersującego. Jak poinformował na antenie Radia Maryja min. Piotr Gliński, dyrektor muzeum POLIN prof. Dariusz Stola odmówił Marcie Kaczyńskiej i Ruchowi Społecznemu im. Lecha Kaczyńskiego zorganizowania międzynarodowej konferencji poświęconej wkładowi Lecha Kaczyńskiego w relacje polsko-żydowskie. Przypomnijmy, że śp. prezydent Lech Kaczyński był jednym z inicjatorów powołania muzeum POLIN i politykiem, który dla stosunków polsko-żydowskich zrobił doprawdy o wiele więcej, niż było to konieczne, z odstąpieniem od ekshumacji w Jedwabnem włącznie. Odmowa zorganizowania poświęconej mu konferencji z ewidentnie małostkowych, politycznych przyczyn jest gorzkim podsumowaniem naiwnej wiary w budowanie wzajemnych relacji na bazie wspaniałomyślnych gestów z polskiej strony. Czy będzie również lekcją na przyszłość? Przekonamy się jesienią, gdy powróci temat „ustawy 447”.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 29 (19-25.07.2019)

niedziela, 27 sierpnia 2017

Czy Polska faktycznie zrzekła się reparacji?

Oświadczenie z 1953 r. było jedynie pustym politycznym gestem nie rodzącym dla Polski (nawet dla PRL!) żadnych skutków prawnomiędzynarodwych.



Na początek mała podróż w czasie. Mamy dzień 9 maja 2005 roku. Prezydent Warszawy Lech Kaczyński wraz ze współpracownikami prezentuje drugą część „Raportu o stratach wojennych Warszawy”, będącą uzupełnieniem opublikowanej rok wcześniej części pierwszej zawierającej szczegółowe wyliczenia zniszczeń i ofiar w ludziach, jakie dotknęły stolicę w wyniku niemieckiej okupacji. Część druga „Raportu” koncentruje się natomiast na tekstach źródłowych: mamy w niej umowy międzynarodowe, porozumienia, akty prawne krajowe i międzynarodowe - słowem, wszystko, co od strony prawnej dotyczy zagadnienia reparacji z tytułu strat wojennych. Materiały poddano analizie z punktu widzenia ich mocy wiążącej dla Polski. Wnioski są jednoznaczne: Polska nigdy nie zrzekła się praw do niemieckich odszkodowań za II wojnę światową. Początkowo PRL miała pobierać „swoją” część reparacji za pośrednictwem Związku Radzieckiego, który egzekwował je ze swojej strefy okupacyjnej (późniejszej NRD) – regulowała to „Umowa o wynagrodzeniu szkód” z 16 sierpnia 1945 r. Ostatecznie Związek Radziecki w 1953 r. „po uzgodnieniu” z rządem PRL rezygnuje z dalszego pobierania odszkodowań z dniem 1 stycznia 1954 r. - co z kolei znajduje odzwierciedlenie w umowie zawartej między ZSRR a NRD 22 sierpnia 1953 r. Dzień później, 23 sierpnia 1953 r., rząd PRL podejmuje uchwałę – deklarację o zrzeczeniu się reparacji od Niemiec. Dziś przeciwnicy naszych żądań odszkodowawczych podają ją w charakterze koronnego argumentu na rzecz bezzasadności podnoszenia polskich roszczeń.
Jest tylko mały szkopuł. To wszystko było „na gębę”, bez dochowania przewidzianych prawem międzynarodowym procedur. Grzegorz Kostrzewa-Zorbas przypomniał już pod koniec 2014 r., że deklaracja władz Polski Ludowej nie została notyfikowana w Sekretariacie ONZ – co ma znaczenie o tyle, że na akty prawne nie zarejestrowane w Sekretariacie nie można się powoływać w postępowaniach przed organami ONZ. A zatem, w przypadku wniesienia przez Polskę sprawy przed Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości w Hadze (będący organem sądowym ONZ) strona niemiecka nie mogłaby się powołać na wspomnianą deklarację.
Może zatem uchwała obowiązuje przynajmniej w bilateralnych stosunkach polsko-niemieckich? I tu też pudło – PRL-owskie władze bowiem nie pofatygowały się, by przekazać ją formalnie rządowi NRD. Oddajmy głos Józefowi Menesowi kierującemu pracami zespołu powołanego przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego: „Dotychczasowe poszukiwania w archiwach wskazują, że polskie MSZ nigdy nie przesłało do władz byłej NRD noty dyplomatycznej, w której rząd polski zrzekałby się roszczeń z tytułu strat wojennych. Nie ma również noty zwrotnej rządu NRD. Tym samym brak jest podstaw prawnych do przyjęcia, że rozliczenie wartości dostaw reparacyjnych między PRL i ZSRR jest tożsame z rozliczeniem między PRL i Niemcami”. Pozostaje tylko do ustalenia, czy rząd PRL oficjalnie upoważnił ZSRR do reprezentowania go w „negocjacjach” z NRD i zawarcia również w jego imieniu umowy z 22 sierpnia 1953 r. Najprawdopodobniej nie, o czym świadczą słowa Bieruta podczas zebrania na którym uchwalono deklarację:również Rząd PRL powinien ustosunkować się do sprawy odszkodowań niemieckich” - po co miałby się dodatkowo „ustosunkowywać”, jeśli wcześniej scedowałby na ZSRR prowadzenie rozmów z NRD?
Jeżeli zatem takowego upoważnienia nie było, to nie ma o czym mówić, tym bardziej, że są wątpliwości co do legalności samej uchwały. Konstytucja PRL w art. 25 p.7 głosiła jedynie, iż Rada Państwa „ratyfikuje i wypowiada umowy międzynarodowe” - a zatem jednostronna deklaracja zaciągająca na Polskę zobowiązania międzynarodowe była przekroczeniem konstytucyjnych prerogatyw tego organu. Co za tym idzie, wszystkie późniejsze „potwierdzenia”, zarówno kolejnych rządów PRL, jak i III RP (ostatnie z 2004 r. głosiło, iż „oświadczenie rządu PRL z 23 sierpnia 1953 r. o zrzeczeniu się przez Polskę reparacji wojennych rząd RP uznaje za obowiązujące”) nie mają żadnej mocy prawnej.
Tym samym, można rozwiać obawy tych, którzy podnoszą, że jeśli „zdelegalizujemy” PRL, to straci swoją moc także umowa z 1970 r. o normalizacji stosunków z RFN uznająca granicę Polski na Odrze i Nysie. Niczego nie trzeba „delegalizować” - w odróżnieniu od deklaracji z 1953 r. układ PRL-RFN został podpisany i ratyfikowany przez obie strony i ma moc wiążącą. Natomiast oświadczenie z 1953 r. było jedynie pustym politycznym gestem nie rodzącym dla Polski (nawet dla PRL!) żadnych skutków prawnomiędzynarodwych. I odnoszę wrażenie, że Niemcy zdają sobie sprawę na jak kruchych podstawach oparte jest ich stanowisko, wg którego „kwestię reparacji uznajemy za ostatecznie uregulowaną” - inaczej nie zareagowałyby tak nerwowo na pojawienie się tego tematu w przestrzeni publicznej. Tymczasem nic nie jest „uregulowane” - i to, czy Polska zdecyduje się ostatecznie na formalne wystąpienie z roszczeniami jest wyłącznie kwestią kalkulacji politycznych zysków i strat.

Gadający Grzyb

Na podobny temat:
Zbrodnie niemieckiego kolonializmu
Od reparacji do „polexitu”

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 34 (25-31.08.2017)

niedziela, 13 sierpnia 2017

Operacja „Temida”, czyli praworządność III RP w pigułce

Jeżeli poważnie traktujemy kwestię oczyszczania wymiaru sprawiedliwości, to może warto zacząć od upublicznienia akt „Temidy”.



I. Zwerbować sędziego

Na marginesie zawieszonej chwilowo kampanii o reformę wymiaru sprawiedliwości sądzę, że nie od rzeczy będzie przypomnienie operacji „Temida”, jaką w 2000 r., za czasów rządów AWS-UW, przeprowadził ówczesny Urząd Ochrony Państwa, a która polegać miała na werbowaniu pracowników śląskich organów ścigania i wymiaru sprawiedliwości – prokuratorów i sędziów. Sprawa ta i jej różnorakie wątki poboczne bowiem skupiają jak w soczewce rozmaite patologie funkcjonowania III RP z sądownictwem włącznie.

Interesująca nas historia zaczęła się 12 października 2000 r., kiedy to śląski UOP aresztował Krzysztofa Porowskiego – biznesmena znanego z postkomunistycznych powiązań. Zatrzymanie miało skłonić go do zeznań przeciw znanym politykom SLD – Sekule, Millerowi, Siemiątkowskiemu, a także wiceprezesowi katowickiego sądu wojewódzkiego – sędziemu Andrzejowi Hurasowi. O ile w przypadku działaczy lewicy można od biedy założyć, że celem było obnażenie jakichś nieczystych układów polityczno-biznesowych (miano zbierać materiały dotyczące m.in. nielegalnych inwestycji z pieniędzy PZPR), o tyle ustawienie celownika na sędzim Hurasie miało ewidentnie ułatwić jego werbunek. Tu zastrzegę od razu, że sędzia Huras to żadne niewiniątko – członek PZPR, były komornik a następnie wizytator komorników, który wspólnie z żoną (też komornikiem) na swej działalności dorobił się znacznego majątku, by później lekką stopą przeskoczyć na fotel sędziowski i ostatecznie dosłużyć się funkcji wiceprezesa sądu wojewódzkiego. Już sam fakt, że taka kariera była w III RP możliwa świadczy o głębokich patologiach aparatu sprawiedliwości.

II. Sfingowany proces

W tym jednak przypadku mamy do czynienia z „szyciem” ze strony UOP ewidentnej prowokacji opartej na preparowaniu fałszywych dowodów w celach werbunkowych. Był to zresztą główny modus operandi – prokuratorów i sędziów pozyskiwano bowiem poprzez szantażowanie ich groźbą wytoczenia sfingowanych procesów korupcyjnych. Całość operacji „Temida” nadzorować miał wiceszef śląskiej delegatury UOP – kpt. Mariusz Szekiel. On też miał namawiać Porowskiego do dostarczenia „haków” na sędziego Hurasa, którego wcześniej UOP próbował zwerbować, jednak bez powodzenia. Porowski odmówił, co przypłacił wieloletnim procesem. (Też ciekawostka – tacy ideowi, czy bali się narazić współpracą z „prawicowym” UOP komuś jeszcze możniejszemu?). Zemstą służb (a zapewne również przestrogą dla pozostałych werbowanych pracowników sądów i prokuratury) stała się wytoczona sędziemu Hurasowi sprawa. Na podstawie zeznań dwóch powiązanych z Porowskim świadków (zwanych w UOP „dwiema świniami”, bo zeznawali wszystko czego się od nich żądało) zarzucono mu m.in., przyjęcie od Porowskiego 100 tys. dolarów łapówki, a także ułatwienie nabycia po korzystnej cenie od komornika Jana G. 400 skonfiskowanych samochodów, za co Porowski zrewanżować się miał sędziemu prezentem w postaci mercedesa. Co interesujące, sprawy zarówno Porowskiego, jak i Hurasa trafiły szybko do prokuratury w Gdańsku, którą kierował wówczas... osławiony Janusz Kaczmarek. Jana G. również werbowano do współpracy – i również wytoczono mu proces.

W każdym razie, okazało się, że jedna z firm Porowskiego faktycznie nabyła od Jana G. samochody, lecz po normalnej cenie, zaś mercedes należał do żony Hurasa i został nabyty za jej własne pieniądze, które potrafiła udokumentować (mówimy o zamożnej właścicielce kancelarii komorniczej). Sprawa toczyła się w sumie do 2015 r. Najpierw, w 2010 r. krakowski sąd prawomocnie uniewinnił Hurasa stwierdzając m.in., że prokuratura „stawiała zarzuty bez dowodów lub nawet wbrew nim”, a także, iż interpretacja dokumentów „różniła się od tego, co z nich faktycznie wynika”. Dodać należy, że sąd zwrócił się również o wydanie akt operacji „Temida”, lecz ABW (następczyni UOP) odmówiła. Następnie Andrzej Huras wytoczył Skarbowi Państwa proces o zadośćuczynienie w wys. 500 tys. zł. Warszawski sąd okręgowy odszkodowanie przyznał w 2014 r., lecz rok później - w czerwcu 2015 - Sąd Apelacyjny uchylił wyrok I instancji, argumentując, iż „czynności organów ścigania nie nabierają cech bezprawności tylko dlatego, że oskarżonego uniewinniono”. Zwróćmy uwagę, że sąd w tym przypadku kompletnie pominął wątek zaangażowania w sprawę służb specjalnych i operacji „Temida”.

III. Przyszyć „Temidę” Kaczyńskiemu

Na uwagę zasługuje tu pewien wątek poboczny. Otóż w operację „Temida” usiłowano wmanipulować Lecha Kaczyńskiego – jako, że był ministrem sprawiedliwości podczas opisywanych tu wydarzeń. Sprawę odgrzano w czasie jego prezydentury - m.in. „Wirtualna Polska” opublikowała w 2006 r. obszerny tekst Anny Szulc „Temida w rękach tajnych służb” niedwuznacznie sugerujący powiązania ówczesnego ministra sprawiedliwości z operacją. Głównym zarzutem przeciw Lechowi Kaczyńskiemu był przebieg spotkania z sędzią Hurasem do jakiego doszło w sejmowej restauracji już po wszczęciu sfingowanego procesu. Kaczyński miał domagać się ustąpienia Hurasa z funkcji wiceprezesa sądu, grożąc, że w przeciwnym wypadku go „zniszczy”. Ponadto Lech Kaczyński podczas wizyty na Śląsku w grudniu 2000 r. żądał podania się do dymisji prezesa sądu w Katowicach – sędziego Tadeusza Kałusowskiego. Przy sejmowej rozmowie obecny był mec. Leszek Piotrowski – obrońca zarówno sędziego Hurasa, jak i Krzysztofa Porowskiego. Zmarły w 2010 r. Piotrowski w latach '80 zasłynął jako obrońca górników, w III RP związany był z prawicą, zaś w latach 1997-1999 z rekomendacji Porozumienia Centrum był wiceministrem sprawiedliwości w rządzie Jerzego Buzka, zamieszczał także felietony w „Gazecie Polskiej”. Później jednak dokonał dość raptownej i zastanawiającej wolty, przechodząc na wrogie wobec PiS pozycje.

Rzecz w tym, iż Lech Kaczyński sugerował się aktami prokuratury przygotowanymi pod dyktando UOP, zaś o operacji „Temida” nie wiedział. Przypomnę, że sprawę Hurasa i Porowskiego prowadziła gdańska prokuratura pod kierunkiem Janusza Kaczmarka do którego Lech Kaczyński miał pełne zaufanie – jak się okazało, na własne nieszczęście, zważywszy na ponurą rolę Kaczmarka u schyłku pierwszego rządu PiS. Krótko mówiąc, Lech Kaczyński padł ofiarą dezinformacji i podsuniętych mu spreparowanych dowodów. Wkrótce zresztą wybuchł konflikt między Ministerstwem Sprawiedliwości a UOP – co ciekawe, na tle aresztowania odpowiedzialnego za „Temidę” kpt. Mariusza Szekiela (choć samo zatrzymanie miało związek z inną sprawą). Prokuratura domagała się przeszukania w siedzibie śląskiej delegatury UOP za którą ujął się koordynator ds. służb specjalnych Janusz Pałubicki. Jerzy Buzek w sporze stanął po stronie Pałubickiego, co skończyło się dymisją Lecha Kaczyńskiego.

IV. Ujawnić agenturę!

Tak to, proszę Państwa, wyglądało „demokratyczne państwo prawa” za jakie uchodzić ma wedle jej obrońców III RP. A teraz konkluzja. Otóż akta operacji „Temida” wciąż pozostają utajnione – zakładając oczywiście, że jeszcze istnieją, bowiem Robert Walenciak w rozmowie z Siemiątkowskim dla postkomunistycznego „Przeglądu” (2005 r.) napomknął, że były one niszczone w 2002 r. – czemu Siemiątkowski nie zaprzeczył. Zwróćmy uwagę – mieliśmy zakrojoną na szeroką skalę operację werbunkową w aparacie sprawiedliwości. Wiadomo, że nie udało się zwerbować sędziego Hurasa i komornika Jana G., którym przetrąciło to kariery. A contrario wynika z tego, że pozostali werbowani poszli na współpracę, bo tylko wspomnianej dwójce uszyto lipne procesy. Kim są ci, których zwerbowano? Jakie pełnią obecnie funkcje? I czy operacja „Temida” zawężona do Śląska była jedyną taką akcją? Jaki jest powód, że po dziś dzień pozostaje tajna, zaś ABW odmawia wydania akt nawet sądowi? Myślę, że są to dobre pytania do koordynatora ds. służb specjalnych – min. Mariusza Kamińskiego. Jeżeli poważnie traktujemy kwestię oczyszczania wymiaru sprawiedliwości, to może warto zacząć od upublicznienia akt „Temidy” - lub tego, co z nich zostało...

Gadający Grzyb

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 32 (11-17.08.2017)



piątek, 23 października 2015

Cisza przed wojną

Obecny zgiełk kampanii w porównaniu z tym, co się rozpęta po wyborczym wieczorze jest jedynie ciszą przed burzą.

I. Droga ku kondominium

Wiem, że już o tym pisałem, ale sądzę, że warto tuż przed wyborami pewne sprawy przypomnieć, by kampanijna ekscytacja nie przesłoniła nam właściwych kontekstów i proporcji. Otóż, gdy po dwuletniej szarpaninie PiS zdecydował się na przedterminowe wybory, do gry postanowiły wkroczyć Niemcy uznając najwyraźniej, że pora „na twardo” zainstalować w Warszawie swoją polityczną ekspozyturę w charakterze kolonialnych nadzorców gwarantujących, że Polska nie będzie sprawiać więcej kłopotów. Mechanizm zdobycia władzy opisał śp. Jacek Maziarski („Rewizor”) w swym legendarnym tekście „Jak zmanipulowano wybory 2007 roku”. W skrócie – Niemcy uruchomili afiliowaną przy CDU Fundację Adenauera, ta zaś za pośrednictwem swego kolaboranta-podwykonawcy, czyli Forum Obywatelskiego Rozwoju należącego do Leszka Balcerowicza sformowała „Koalicję 21 października” grupującą kilkaset podmiotów, które z kolei wystartowały z akcją „Zmień kraj, idź na wybory” z pamiętnym hasłem „zabierz babci dowód”. W efekcie, zmobilizowano 3 mln młodych ludzi – czyli grupę docelową akcji - którzy gremialnie zagłosowali na Platformę, przesądzając o wyniku wyborów.

Na powyższe nałożyło się słabnięcie pozycji USA w Europie Środkowo-Wschodniej – administracja George'a W. Busha była już praktycznie na wylocie, za oceanem czuło się wiatr zmian spersonifikowany wkrótce w osobie Baracka Obamy i jego „change”. Bushowi zależało już w zasadzie na jednym – dopiąć projekt tarczy antyrakietowej, tak, by jego następca nie mógł się z niego wycofać. I właśnie na sabotowaniu amerykańskiej tarczy skupiła się polityka zagraniczna ekipy Tuska w pierwszym okresie rządów. Przyjęto taktykę „przeczekać Busha” i dotrwać do zmiany warty w Waszyngtonie, co z oczywistych względów było na rękę Niemcom i Rosji. Wreszcie, symbolicznego 17 września 2009 nastąpiło ostateczne przyklepanie przez Obamę jego „resetu” w relacjach z Rosją – czyli oficjalne wycofanie się USA z projektu tarczy, co równało się rezygnacji Stanów Zjednoczonych z prowadzenia czynnej polityki w naszej części Europy (w domyśle – w zamian za ustępstwa Kremla w innych częściach świata). Innymi słowy – Niemcy i Rosja dostały wolną rękę w kształtowaniu swoich stref wpływów. Droga do budowy Mitteleuropy i Eurazji stanęła otworem. Tak oto wkroczyliśmy w epokę niemiecko-rosyjskiego kondominium.

II. Kolonia niemiecko-rosyjska

Każdy z naszych zarządców spożytkował sytuację na swój sposób. Putin wykorzystał okazję, by do spółki z ludźmi WSI zlikwidować Lecha Kaczyńskiego i patriotyczną elitę (będę się upierał, że gdyby nie „reset” Obamy, Rosjanie na zamach w Smoleńsku by się jednak nie odważyli – Obama, świadomie lub nie, wydał na Kaczyńskiego wyrok śmierci) oraz ulokować Komorowskiego jako „swojego człowieka pod żyrandolem”. Merkel natomiast dokończyła przekształcanie naszego kraju w ekonomiczną przybudówkę Niemiec pod zarządem Tuska. Nawiasem mówiąc, tłumaczyłoby to nagłą „rezygnację” Donalda Tuska z ambicji prezydenckich. Zapewne wytłumaczono mu, iż logika układanki wpływów wymaga, by „duży pałac” pozostawał w gestii Moskwy.

Relacje niemiecko-rosyjskie przypieczętowane budową Nord Streamu przeżywały rozkwit. My ze swej strony posłusznie zrezygnowaliśmy z regionalnych aspiracji na rzecz „polityki piastowskiej”, „płynięcia z głównym nurtem UE”, tudzież „hołdu berlińskiego”, wyrzekając się tym samym podmiotowości na rzecz statusu kolonialnego. Odzwierciedleniem powyższego był również tuskowy „mini-resecik” w relacjach z Moskwą, szczególnie po zamachu smoleńskim – Niemcy chciały mieć „spokój na dzielnicy” i go otrzymały. Co szczególnie przykre, w ów „resecik” dał się wmanipulować także polski Kościół podpisując z rosyjską Cerkwią w 2012 roku „Wspólne Przesłanie do Narodów Polski i Rosji”, którego sygnatariuszami byli abp. Józef Michalik oraz agent KGB, patriarcha Cyryl. Abp. Michalik w wywiadzie dla KAI stwierdził wówczas: „jestem absolutnie przekonany, że na obecnym etapie nie możemy tego kroku nie uczynić”.

Rzecz jasna, wykonawcami tej polityki na polskim podwórku były „bezpieczniackie watahy”, jak określa Stanisław Michalkiewicz różne sitwy tajnych służb zarządzające Obozem Beneficjentów i Utrwalaczy III RP, na który to obóz składa się sprzedajna klasa polityczna, media, koterie biznesowe – słowem, szeroko rozumiany aparat władzy wraz z przybudówkami. Owe hordy, zakorzenione w głębokim PRL-u i reprodukujące się w kolejnych pokoleniach mają cudowną właściwość przewerbowywania się pod skrzydła kolejnych protektorów w zależności od aktualnej geopolitycznej koniunktury – równie dobrze mogą wysługiwać się Moskwie, Berlinowi jak i Waszyngtonowi. Oczywiście, czasem dochodzi do wojen tych mafijnych klanów o, mówiąc Szmaciakiem, „forsę i włości”, co na zewnątrz objawia się różnymi politycznymi paroksyzmami, ale zasada ich funkcjonowania pozostaje niezmienna, podobnie jak „organizatorska rola” naszego życia, z przeproszeniem, publicznego.

III. Wyrok na Platformę

I tu pomału dochodzimy do spraw teraźniejszych. Ni z tego ni z owego bowiem Niemcy i Rosja pożarły się przy podziale łupów – poszło mianowicie o Ukrainę i rozgraniczenie Mitteleuropy oraz Eurazji. Widomym znakiem toczącego się sporu było przeciąganie Janukowycza pomiędzy Unią Europejską a rosyjską Unią Celną. Jak wiemy, Janukowycz został przez Putina skutecznie zdyscyplinowany, na co Niemcy odwinęły się Majdanem i osadzeniem na kijowskim stolcu człowieka Angeli Merkel, czyli Petro Poroszenki. Rosja odpowiedziała aneksją Krymu i wojną w Donbasie... i w tym momencie kanclerz Angela mimo wszystkich sankcji, formatów normandzkich itd. poczuła, że jednak ma zbyt krótkie ręce. Potrzebowała sojusznika – na takowego zaś nadawały się jedynie Stany Zjednoczone, które w międzyczasie zdążyły już zmontować na Ukrainie własną frakcję uosabianą przez premiera Jaceniuka. USA zresztą postanowiły generalnie powrócić do aktywnej polityki w Europie Środkowo-Wschodniej flankując Rosję, która nie pozwalała rozwinąć im w pełni skrzydeł na Bliskim Wschodzie, ze szczególnym uwzględnieniem Syrii. Jednak, by takie zaangażowanie miało ręce i nogi, Waszyngton potrzebował spełnienia podstawowego warunku: na bezpośrednim zapleczu ukraińskiego frontu, czyli w Warszawie, muszą rządzić „nasze sukinsyny”. Jak mniemam, taki właśnie warunek postawiono Angeli Merkel - i ta, rada - nierada, musiała nań przystać, wskutek czego na fali wznoszącej znalazł się tradycyjnie sprzyjający Amerykanom PiS, upatrujący w USA zabezpieczenia przeciw Rosji i politycznego „dopalacza” windującego naszą regionalną pozycję.

Skoro ze świata popłynął właśnie taki sygnał, to przynajmniej część naszych bezpieczniackich hord postanowiła na powrót przewerbować się na amerykański jurgielt i rozpoczęła krzątaninę przygotowującą zmianę władzy. Sądzę, iż odpalenie oraz konsekwentne „grzanie” „afery taśmowej” jest właśnie elementem takiej podgatowki. Angela Merkel ewakuowała jeszcze Donalda Tuska do Brukseli na dekoracyjną posadę „prezydenta Europy”, dbając tym samym, by nie spłonął w ogniu krajowych walk politycznych, bo w przyszłości może się jeszcze na polskim odcinku przydać, jednak sama Platforma skazana została na zatonięcie. Pierwszą konkretną ofiarą nowego rozdania stał się Bronisław Komorowski, który jako polityczny relikt po epoce niemiecko-rosyjskiego kondominium tylko zawadzał i nie było żadnych powodów, by trzymać go na kolejną kadencję. Co ciekawe, sam Komorowski najprawdopodobniej kompletnie nie zdaje sobie sprawy czego tak naprawdę padł ofiarą i potrafi tylko bredzić o „fali nienawiści”.

IV. Cisza przed wojną

Pojawia się pytanie – czy Waszyngton postawi na oddanie PiS-owi pełni władzy, czy też będzie chciał zachować na wszelki wypadek „pakiet kontrolny” w postaci zmuszenia PiS do utworzenia rządu mniejszościowego, bądź jakiejś niewygodnej koalicji? Z amerykańskiego punktu widzenia istnieje ryzyko, że uzyskanie absolutnej większości przez obóz patriotyczny może skutkować urwaniem się Polski ze smyczy i prowadzeniem samodzielnej polityki, to zaś Wujowi Samowi jest potrzebne jak dziura w moście. Jak niedawno stwierdził Jerzy Targalski w rozmowie w Niepoprawnym Radiu PL – Amerykanie uwielbiają przewerbowaną agenturę. Zbyt samodzielny sojusznik to zbędny kłopot.

I w tym momencie dochodzimy do sedna – 25 października warto spłatać naszemu „strategicznemu sojusznikowi” figla i dać PiS-owi (przy wszystkich jego wadach) samodzielną większość. Tylko w ten sposób możemy mieć szansę na realne wyemancypowanie się spod wpływów różnych handlujących nami „patronów”. Trzeba mieć bowiem świadomość, że obecny układ i stojąca za nim część bezpieki nie poddadzą się bez walki. Zaraz po wyborach rozpocznie się wojna. Tak, tak – prawdziwa wojna dopiero przed nami. Obecny zgiełk kampanii w porównaniu z tym, co się rozpęta po wyborczym wieczorze jest jedynie ciszą przed burzą. I dlatego warto na tę wojnę wyposażyć naszą polityczną armię w jak największą liczbę szabel.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

Kolej na Ewę

Czy Dukaczewski dziś również chłodzi szampana?

Opuścić Eurokołchoz

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 41 (21-27.10.2015)

niedziela, 12 lipca 2015

Pożegnanie z Giedroyciem?

PiS najwyraźniej zaczyna się otrząsać z giedroyciowskiego paradygmatu polityki wschodniej, który ciążył nad Polską przez całą III RP.

I. Oczy szeroko zamknięte

11 lipca miną 72 lata od pamiętnej „Krwawej niedzieli” (11.07.1943) - symbolicznego apogeum wołyńskiego ludobójstwa dokonanego przez OUN-B i UPA na Polakach zamieszkujących Kresy i wschodnią Małopolskę. Wedle szacunków zginęło wówczas ok.100 tys. Polaków oraz przedstawicieli innych narodowości (niektórzy podają nawet liczbę 250 tys). Ofiary, co trzeba podkreślić, były na ogół mordowane z sadystycznym okrucieństwem. Przez dziesięciolecia zbrodnia ta była tematem tabu, dopiero w ostatnich latach prawda o ówczesnych wydarzeniach zaczęła przebijać się do masowej świadomości. Niestety, potrzeby bieżącej polityki i fałszywie rozumiana racja stanu powodowały, iż temat ten nie znalazł należytego odzwierciedlenia w relacjach polsko-ukraińskich. Schemat przemilczania był prosty jak konstrukcja cepa – Ukraina ma być naszym strategicznym partnerem w regionie, zatem „nie trzeba głośno mówić” o sprawach, które mogłyby wywołać negatywny oddźwięk w Kijowie, tym bardziej, że mamy wciągać państwo ukraińskie w orbitę wpływów Zachodu, odpychając tym samym Rosję od naszych granic.

Tego typu podejście okazało się krótkowzroczne. Ukraińcy przyzwyczaili się, że mają poparcie Warszawy za darmo, że będą przez nas bez żadnych warunków wstępnych dopieszczani w trosce, by przypadkiem się nie obrazili i nie zwrócili w stronę Moskwy. W efekcie uznali, iż nie muszą nas szanować, oglądać się na polską wrażliwość historyczną, czy rozliczać ze swoją przeszłością – a tego rodzaju symboliczne kwestie wchodzące w skład polityki historycznej mają w stosunkach międzynarodowych niebagatelną wagę, czego przykładem jest intensywna kampania wybielania i relatywizowania niemieckiej odpowiedzialności za II Wojnę Światową. Ta polityka „szeroko zamkniętych oczu” obowiązywała u nas ponad podziałami. Również główna siła po prawej stronie - Prawo i Sprawiedliwość - trzymała się jej przez lata z uporem godnym lepszej sprawy. Na szczęście, ostatnio pojawiła się nadzieja na weryfikację dotychczasowego modelu postępowania – być może wraz ze zmianą pokoleniową dojrzewa też refleksja o bezskuteczności relacji opartych na zamiataniu historii pod dywan i zbywaniu jej eufemistycznymi ogólnikami.

II. Relatywizacja zbrodni

Oto 22 czerwca odbyła się VIII sesja Zgromadzenia Parlamentarnego Polski i Ukrainy – zgromadzenie składało się z 20 deputowanych do Izby Najwyższej Ukrainy oraz 16 posłów i 4 senatorów po stronie polskiej. Sesja, od razu dodajmy, zbojkotowana została przez parlamentarzystów PiS. W jej trakcie negocjowano treść komunikatu dotyczącego kwestii historycznych i posłowie PiS nalegali na zamieszczenie w nim sformułowań jednoznacznie potępiających wołyńskie ludobójstwo. Na to z kolei nie chciała zgodzić się strona ukraińska, więc parlamentarzyści głównej siły opozycyjnej z Janem Dziedziczakiem na czele opuścili obrady. Jak się okazało, słusznie, bowiem pozostali uczestnicy Zgromadzenia z ramienia polskiego parlamentu potulnie trwali przy dotychczasowej linii rozmiękczającej odpowiedzialność i unikającej jednoznacznej oceny wydarzeń. Końcowy komunikat opublikowany na stronach Sejmu nie pozostawia złudzeń. Mowa jest bowiem w nim o powołaniu zespołu, który przygotuje propozycję deklaracji pojednania Narodów Polskiego i Ukraińskiego. Deklaracja ta, zgodnie z wolą Zgromadzenia, ma się odnieść wprost do bolesnych zdarzeń z naszej historii: Zbrodni Wołyńskiej, mordów dokonywanych na ludności ukraińskiej. Dalej jest mowa o „bolesnych dla obu stron zdarzeniach we wspólnej historii i przy jednoczesnym potępieniu zbrodni przeciwko ludzkości”, przywołano także przemówienia Bronisława Komorowskiego i Petro Poroszenki z cytatem „wybaczamy i prosimy o wybaczenie”.

Mamy zatem klasyczną relatywizację – ot, były „bolesne zdarzenia” w których ucierpiały „obie strony”, ponadto usiłuje się wpisać Zbrodnię Wołyńską tak ogólnie w „zbrodnie przeciw ludzkości”. Takie ujęcie tematu jest w oczywisty sposób na rękę Ukraińcom, pomija bowiem absolutną nieproporcjonalność działań strony ukraińskiej i polskiej podczas rzezi – z jednej strony jest 100 tysięcy zamęczonych bestialsko przez Ukraińców niewinnych ofiar, z drugiej zaś – ok. 2 tys. Ukraińców, którzy zginęli podczas nielicznych akcji odwetowych polskiej partyzantki, będących – zaznaczmy – reakcją na zbrodnie banderowskich rezunów. Doprawdy, przywoływanie tu sprostytuowanego na wszelkie sposoby cytatu z listu polskich biskupów do niemieckiego episkopatu, jest szczytem historycznego zakłamania. Tak poza tym – może warto również pochylić się nad losem 485 tys Polaków zmuszonych przez UPA do ucieczki z Wołynia, Galicji Wschodniej i Chełmszczyzny na tereny Polski centralnej? Czy sformułowanie „czystka etniczna” to zbyt wiele jak na wrażliwość naszych ukraińskich „partnerów”?

III. Rozbrat z Giedroyciem?

Pocieszające, że PiS najwyraźniej zaczyna się otrząsać z giedroyciowskiego paradygmatu polityki wschodniej, który ciążył nad Polską przez całą III RP i dowodził jedynie wtórności oraz braku samodzielności intelektualnej współczesnych elit. Doktryna Giedroycia miała swoje uzasadnienie w czasach ZSRR, gdy w imię realizacji postulatu ULB (Ukraina-Litwa-Białoruś jako kordon sanitarny odgradzający nas od Rosji) paryski redaktor próbował obłaskawiać banderowców (z miernym skutkiem zresztą), użyczając im łamów „Kultury” i wyciszając temat Wołynia. Miał ograniczone pole manewru, uprawiał politykę poprzez swoje czasopismo, starając się oddziaływać na poglądy środowisk emigracyjnych i polskiej opozycji demokratycznej - może zwyczajnie wówczas nie dało się inaczej. Błąd polegał na mechanicznym przeniesieniu, bez żadnych korekt, giedroyciowskich zapatrywań w nowe realia, zupełnie, jakby był to religijny dogmat, nie zaś jedynie linia polityczna, którą należy modyfikować stosownie do okoliczności. Tymczasem, gdy postulat ULB doczekał się realizacji i u naszych wschodnich granic powstały niepodległe państwa, okazało się, jak naiwne było myślenie w duchu „my wam pomożemy, wy nam będziecie za to wdzięczni i wspólnie rozpoczniemy nową erę w historii Europy środkowo-wschodniej”.

Owo podejście wynika w znacznej mierze ze względów pokoleniowych. Do niedawna w Polsce rozdawała karty generacja dla której Giedroyc i paryska „Kultura” byli biblią i wyrocznią, na niej się ukształtowały solidarnościowe elity i kontynuowały jej program wschodni w niezmienionej formie, mimo że po drodze rzeczywistość zaczęła coraz bardziej odstawać od idealistycznych założeń. Przykładem niech będzie chociażby wspieranie przez Lecha Kaczyńskiego do samego końca „pomarańczowego” Juszczenki, mimo że od pewnego momentu widać było wyraźnie, iż jest to karta przegrana, na domiar złego zaś – niczym tonący brzytwy – zaczął się chwytać marginalizowanej dotąd na Ukrainie spuścizny banderowskiej i dowartościowywać ją w tamtejszej przestrzeni publicznej. Dziś obserwujemy rozkwit zapoczątkowanej wówczas przez Juszczenkę tendencji. Fetowanie w ukraińskim parlamencie Romana Szuchewycza, przyjęcie ustawy o „bojownikach o wolność”, do których zaliczeni zostali również rezuni z UPA połączone z penalizacją negowania ich „zasług”, jest świadomym działaniem wskazującym, iż tu właśnie ukraińskie władze chcą widzieć fundament współczesnej „samostijnej Ukrainy” - nie oglądając się bynajmniej na polskie samopoczucie.

Na marginesie – portal Rebelya.pl zamieścił gniewny tekst Marcina Reya, w którym ten zarzucił PiS „porzucanie dziedzictwa Lecha Kaczyńskiego”. Znów mamy do czynienia z myśleniem dogmatycznym. To nie żadne „porzucenie”, tylko uniknięcie powtórzenia pewnych błędów tego wybitnego skądinąd polityka. Nie ma ludzi doskonałych i w pewnych sprawach mylić się mógł nawet śp. Lech Kaczyński, co w żadnym razie nie umniejsza jego zasług dla Polski.

IV. Zmiana kursu?

Dlatego cieszy obecna postawa Jana Dziedziczaka, który odchodzi od infantylnego, proukraińskiego entuzjazmu mówiąc: „Pokazaliśmy zdecydowanie, że jest to sprawa priorytetowa. Dla nas, w kontekście przyszłych rządów, niewyobrażalna jest taka sytuacja, że o Zbrodni Wołyńskiej nie będziemy mówić”; i dalej: „wyraźnie pokazaliśmy, że polityka unikania i rozmiękczania tematu Zbrodni Wołyńskiej się kończy. Nasze stanowisko w tej sprawie jest jednoznaczne”.

Mam tylko nadzieję, że obserwowana korekta kursu Prawa i Sprawiedliwości jest sygnałem trwałego przewartościowania. Do tej pory bowiem nasze relacje z Ukrainą były rażąco niesymetryczne. My troskaliśmy się, by ich nie urazić zbyt twardym stanowiskiem w sprawie Wołynia, Ukraińcy natomiast bez skrępowania uczynili tradycję banderowską kamieniem węgielnym narodowego odrodzenia i mitem założycielskim „samostijnej Ukrainy”. Ta asymetria musi się skończyć i – powtórzę – mam nadzieję, że gest posłów PiS nie jest jedynie koniunkturalną kokieterią obliczoną na potrzeby wyborcze, w celu zjednania środowisk kresowych i szerzej – patriotycznych, dla których pamięć o Wołyniu nie jest jedynie pustym dźwiękiem.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 26 (08-14.07.23015)

sobota, 28 lutego 2015

Ukraina – test Putina

Nie oszukujmy się – prędzej czy później działania wojenne podejdą pod nasze granice, przy bierności UE i natowskiego klubu dyskusyjnego.

I. Test gruziński

Patrząc z perspektywy czasu można przyjąć, że pierwszym poważnym testem jaki Putin zafundował Zachodowi była wojna z Gruzją w 2008 roku – i Zachód ów test oblał koncertowo. Przypomnijmy, że Unia Europejska w tym czasie usilnie starała się patrzeć w innym kierunku. Dopiero inicjatywa prezydenta Lecha Kaczyńskiego i wylot na czele delegacji liderów państw naszego regionu do Tbilisi zmusił prezydenta Sarkozy'ego (Francja sprawowała wtedy europrezydencję), by klnąc w żywy kamień poleciał w końcu z Barroso i Solaną do Moskwy i obgadał z Miedwiediewem lipny układ, którego Rosja od samego początku ani myślała przestrzegać. Tak więc, Europie zamachano przed nosem pokojem, a Rosja de facto zaanektowała sobie Abchazję i Osetię Płd przy milczącej zgodzie tzw. „opinii międzynarodowej”. To, że nie obalono wówczas Saakaszwilego jest wyłączną zasługą ówczesnego zaangażowania w regionie Stanów Zjednoczonych, które użyczyły nam geopolitycznych protez dzięki którym mogliśmy odgrywać rolę regionalnego lidera, co znakomicie wykorzystał Lech Kaczyński.

Niemniej, przetestowawszy brak woli Europy do realnego przeciwstawiania się agresji na niepodległe państwa do których Rosja rości sobie pretensje, Putin uznał, że nadeszła pora, by na poważnie wziąć się za reaktywację imperium. Reformował więc i dozbrajał armię, opracowywał nowe sposoby prowadzenia wojny, faszerował Zachód gazem i czekał na dogodny moment. Ten nastąpił po resecie Obamy, wycofaniu się USA z Europy i zlikwidowaniu Lecha Kaczyńskiego w Smoleńsku. Polska utraciła geopolityczne protezy i ze szczętem przeszła na pozycje serwilistyczne wobec Berlina i Moskwy, tak więc, droga była wolna. Ukrainę dałoby się podporządkować bez jednego wystrzału, bo Putin w pewnym momencie dał jasno do zrozumienia Janukowyczowi, że czas lawirowania się skończył i ma bez wydziwiania wstąpić do Unii Celnej, gdyby nagle Zachód ni z tego, ni z owego nie wierzgnął, obiecując Ukrainie stowarzyszenie, a w bliżej nieokreślonej perspektywie członkostwo w UE – co na dobre pozbawiłoby Rosję imperialnych perspektyw. No i stąd mamy to, co mamy.

II. Test noworosyjski

Nauczony doświadczeniem Putin uznał, że może pozwolić sobie na konfrontację, zwłaszcza przy geopolitycznej kastracji Stanów Zjednoczonych za prezydentury Obamy. Zafundował zatem Europie, ze szczególnym uwzględnieniem Makreli kolejny test – taki „na przetrzymanie” - no i koniec końców, mimo pewnych zawirowań okazało się, że wyszło na jego. Zapad wprawdzie, w miarę rozwoju hybrydowej agresji na Krym i wschodnią Ukrainę, z ociąganiem przeszedł od bredzenia o „deeskalacji” do bardziej namacalnych sankcji, które odbiły się realnymi konsekwencjami na rosyjskiej gospodarce, ale to było wszystko. Okazało się, że Rosjanie w imię odzyskania dawnej wielkości gotowi są nieco pocierpieć, czego żadną miarą nie można powiedzieć o zachodnich szefach koncernów odciętych od rosyjskiego rynku i wynajętych przez nich politykach, nie wspominając już o spacyfikowanych społeczeństwach krajów UE. A że prócz Ukrainy jest jeszcze kilka innych buforowych państw którymi można będzie w przyszłości opędzić rosnący apetyt Putina, więc tym chętniej położono na Kijowie krzyżyk, szczególnie że kremlowski czekista przyparł Makrelę do muru kolejną ofensywą i stworzeniem kotła w Debalcewe. Europa i USA zostały postawione przed wyborem – albo dozbroić Ukrainę i przeciągać wojnę z Putinem, albo ją zdradzić, zatem bez większych wahań wybrały to drugie.

Jest to dla nas kolejna lekcja, że w razie konfrontacji liczyć możemy wyłącznie na siebie. Ukrainę zdradzono dwukrotnie – pierwszy raz, gdy wyrzucono do kosza gwarancje budapesztańskie mające chronić integralność terytorialną w zamian za oddanie posowieckiej broni jądrowej i po raz drugi w Mińsku, kiedy to przyklepano rozbiór, zapalając zielone światło Putinowi do dalszej agresji. Teraz pora na Mariupol, Morze Azowskie i tak dalej, aż do zbudowania korytarza lądowego z Krymem. Ukraina będzie permanentnie zdestabilizowanym krajem na granicy upadłości z separatystycznymi republikami na utrzymaniu. Tamtejsza armia w zasadzie nie istnieje jako siła zdolna do jakichkolwiek skutecznych działań, zresztą gdyby nie sponsorowane przez oligarchów bataliony, wschodnie rejony już dawno byłyby utracone, bowiem postsowiecka generalicja nie paliła się do walki i sprawiała wrażenie, że prowadzi wojnę z rosyjskimi terrorystami tak, by jej Boże broń nie wygrać. Odbiło się to na obniżeniu morale i masowym ukrywaniu się Ukraińców przed poborem – bo po co dać się zabić na próżno, pod rozkazami co najmniej niekompetentnych, a może i zdradzieckich dowódców?

III. Polska w izolacji

Wkrótce, gdy Rosja okrzepnie na swych obecnych zdobyczach, przyjdzie pora na państwa nadbałtyckie. Wojna hybrydowa ma bowiem tę cudowną właściwość, że jeśli ktoś ma interes w tym by jej nie zauważać, może spokojnie mówić, że żadnej wojny nie ma. Ot, są jakieś lokalne konflikty z nie wiadomo kim. Nie oszukujmy się – prędzej czy później działania wojenne podejdą pod nasze granice, przy bierności UE i natowskiego klubu dyskusyjnego. Z tego powodu właśnie analizując sytuację twierdziłem, że najkorzystniejszą dla nas opcją jest, gdy Ukraina i Rosja pozostają w donieckim klinczu, osłabiając się nawzajem i dlatego również postulowałem, że należy w tym konflikcie wspierać słabszego, czyli Ukrainę – tak by wojna nie zakończyła się zbyt wcześnie i byśmy zyskali w ten sposób czas na wzmocnienie własnego potencjału. Trudno powiedzieć, czy po mińskiej kapitulacji postulat ten pozostaje wciąż aktualny i czy Ukraina będzie miała jeszcze siły oraz wolę, by kontynuować wojnę. Oby tak było, bo jesteśmy dramatycznie nieprzygotowani by stawić czoła jakimkolwiek zagrożeniom. O Wielkiej Brytanii mówi się, że ta walczy do ostatniego żołnierza swych sojuszników. Na podobnej zasadzie lepiej walczyć z Rosją rękami Ukraińców niż własnymi - tak jak lepiej było w 2008 wspierać Gruzję i przystopować Putina przynajmniej na jakiś czas, niż rzucić ją od razu na pożarcie w imię polityki świętego spokoju.

Niestety, zbieramy obecnie żniwo ośmiu lat wycofywania się z aktywnej polityki regionalnej i spływania z „głównym nurtem” zgodnie z wytycznymi Berlina. Dziś nawet Litwa i Łotwa zachowują się bardziej stanowczo od nas. O jakiejkolwiek przywódczej roli możemy tylko pomarzyć. Odebranie nam protez geopolitycznych przez USA to jedno, swoje jednak zrobiły również płynące od lat z Warszawy sygnały mówiące, że abdykujemy z jakichkolwiek aspiracji, co szybko przełożyło się na totalne lekceważenie naszego kraju przez wszystkich sąsiadów. Brak Polski przy stole negocjacyjnym w Mińsku, czy milczenie Donalda Tuska w Brukseli, któremu najwyraźniej Makrela kazała schować się do szafy, są nader wymowne. W tej chwili nawet w Wilnie, Rydze i Mińsku nie jesteśmy traktowani poważnie, nie mówiąc już o znaczniejszych stolicach. Jeśli dodamy do tego prorosyjski kurs Czech, Słowacji, Węgier i Bułgarii, to wychodzi, że jesteśmy sami.

W najbliższym czasie na Ukrainie możemy spodziewać się wzrostu nastrojów antyzachodnich, co jest naturalną konsekwencją zdrady w najgorszym stylu rodem z Monachium i Jałty. Jednocześnie zapaść gospodarcza i drakońskie reformy pod dyktando MFW spowodują narastające rozczarowanie i frustrację, co skwapliwie zostanie zagospodarowane przez Moskwę, choćby dla wywołania nowego Majdanu inspirowanego tym razem z Kremla. Neobanderyzm – póki co ukierunkowany przeciw Rosji – nie znajdując ujścia w walce z „zielonymi ludzikami” może zostać przestawiony z powrotem na tory antypolskie, by jakoś skanalizować społeczne wrzenie, o czym bardziej szczegółowo pisałem przed tygodniem. Krótko mówiąc – o ile Ukraina pozostająca w militarnym klinczu z Rosją nie stanowi dla nas zagrożenia, o tyle ta sama Ukraina, wściekła na Zachód i podporządkowana Moskwie może stać się dla nas potencjalnie bardzo niebezpieczna, tym bardziej jeśli zacznie się niekontrolowana fala migracji ludzi uciekających ze zrujnowanego kraju, nasączonych często nacjonalistyczną propagandą. Ostatnią rzeczą jakiej potrzebujemy, to ogniska banderyzmu np. w południowo-wschodniej Polsce.

Nie pałałem specjalną sympatią do sterowanego przez oligarchów Majdanu, ani do recydywy banderowszczyzny, jednak patrząc realnie - Putina należy zatrzymać. Podstawowym zagrożeniem niezmiennie pozostaje dla nas Rosja, zaś postawienie tamy jej neoimperialnym zakusom leży w naszym jak najlepiej pojętym interesie. Przełamanie obecnej bierności i wyjście z regionalnej izolacji, zintensyfikowanie kontaktów z krajami nadbałtyckimi, Kijowem, ale też i Mińskiem bez oglądania się na meandry polityki Berlina i Waszyngtonu jest dla nas palącą potrzebą. Tyle, że gnijąc pod obecnymi rządami Polska nie będzie w stanie tego zrobić. Dlatego ten rok jest dla nas kluczowy – tu chodzi o być albo nie być. Jak napisał niedawno (choć w nieco innym kontekście) prof. Andrzej Nowak - „Cofać się nie ma dokąd. Przetrwać bez zwycięstwa nie można”.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://blog-n-roll.pl/pl/ukraina-czyli-pok%C3%B3j-gorszy-od-wojny#.VPHU6Y6NAmw

http://blog-n-roll.pl/pl/piel%C4%99gnowa%C4%87-wojn%C4%99#.VPHU-o6NAmx

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 7 (23.02 – 01.03.2015)

sobota, 27 lipca 2013

Post-giedroyciowska dziecinada

Kontekst wizyty Władimira Putina na Ukrainie pokazuje jak infantylna jest nasza polityka wschodnia, sprowadzająca się do obsesyjnego „niezadrażniania stosunków”.

I. Ukrainie nieśpieszno do Rosji

Obecna dwudniowa robocza wizyta Putina na Ukrainie (27-28.07.2013) ma dwa cele formalne i jeden rzeczywisty. Cele formalne, to udział w obchodach 1025-lecia chrztu Rusi Kijowskiej zorganizowanych przez Ukraiński Kościół Prawosławny Patriarchatu Moskiewskiego oraz obchody Dnia Floty Czarnomorskiej w Sewastopolu. Cel rzeczywisty natomiast to próba zablokowania podpisania przez Ukrainę układu stowarzyszeniowego z Unią Europejską, do którego ma dojść na listopadowym szczycie Partnerstwa Wschodniego w Wilnie. Zamiast tego Rosja proponuje Ukrainie członkostwo w Unii Celnej, obejmującej obecnie, prócz Rosji, Białoruś i Kazachstan.

Tyle, że Ukrainie wcale do integracji z Rosją nie jest śpieszno. Przeciwnie – sprawia wrażenie, jakby za wszelką cenę pragnęła tego uniknąć. Stąd Putin, prócz cukierka, przywozi ze sobą również zestaw tradycyjnych rosyjskich szantaży gospodarczych: podwyżka ceł na ukraińską czekoladę i cukier, do tego wprowadzenie kwot na ukraińskie rury. Należy również spodziewać się poruszenia kwestii cen rosyjskiego gazu, będącej od lat kością niezgody w stosunkach między oboma państwami.

Skąd na Ukrainie taka niechęć do zacieśniania „braterskich więzi” z Wielkim Bratem – i to pod rządami „niebieskiego” Wiktora Janukowycza, który ponoć – w przeciwieństwie do „pomarańczowych” - ma być „rosyjskim człowiekiem” w Kijowie? Zaryzykuję kilka wyjaśnień.

Po pierwsze, Janukowycz, jest przede wszystkim polityczną ekspozyturą i gwarantem interesów lokalnych mafii i polit-biznesowych koterii, którym zapewne nie uśmiecha się dzielenie żerowiskami z rosyjskimi odpowiednikami pozostającymi pod „kryszą” Putina. Po drugie, Janukowycz widzi cenę, jaką za bezalternatywną prorosyjskość przyszło zapłacić Łukaszence – ekonomiczna zależność, wyprzedawanie kolejnych strategicznych składników majątku narodowego rosyjskim czekistom i koniec końców, pogłębienie politycznej podległości. Po trzecie wreszcie – balansowanie między Wschodem a Zachodem sprawia, że obie strony składają Ukrainie korzystniejsze propozycje, jeśli zaś UE (czytaj – Niemcy) po cichu zagwarantuje Janukowyczowi nietykalność mafijnych wpływów, na analogicznej zasadzie, jak ma to miejsce z postubeckimi układami w Polsce – to czemu nie, niech sobie będzie ta Unia...

II. Od Giedroycia do „polityki świętego spokoju”

Na tym tle widać, jak infantylna jest nasza post-giedroyciowska polityka wschodnia sprowadzająca się do obsesyjnego „niezadrażniania stosunków”. Bo inaczej Ukraina się obrazi i rzuci w ramiona Rosji... Już widzę, jak Janukowycz pędzi, by na wzór Łukaszenki podporządkować się dyktatowi Kremla.

Pisałem o tym w niedawnej notce „W pętach Giedroycia”, a dziś nieco rozwinę jeden z wątków. Koncepcja Giedroycia miała ręce i nogi kilkadziesiąt lat temu: wspieramy niepodległościowe dążenia ULB (Ukraina, Litwa, Białoruś), by uzyskać strefę buforową odgradzającą nas od Rosji, która to strefa z Ukrainą na czele, samym swym istnieniem osłabia rosyjski imperializm. Można powiedzieć, że tak jak „nie ma niepodległej Polski bez niepodległej Ukrainy”, tak też nie ma rosyjskiego imperium bez Ukrainy pozostającej w jego granicach. Ceną za to było wyrzeczenie się przez Polskę Kresów Wschodnich, których i tak nie mamy szans odzyskać i – powiedzmy – daleko idąca wyrozumiałość wobec różnych kompleksów naszych wschodnich partnerów, wynikających z ich stosunkowo niedawno rozbudzonej świadomości narodowej.

To miało sens – ale tylko do czasu odzyskania przez ULB niepodległości i może jeszcze w pierwszym okresie politycznej niezależności byłych republik sowieckich. Dzisiaj giedroyciowski paradygmat polityki wschodniej, wraz z podyktowaną wyższymi celami ustępliwością w najróżniejszych kwestiach – w tym historycznych – powinien zostać z honorami odesłany do lamusa. W jego miejsce natomiast powinny wkroczyć normalne, międzynarodowe relacje, oparte na grze interesów. Można sobie na to spokojnie pozwolić, gdyż młode państwa u naszych wschodnich granic okrzepły, zasmakowały w suwerenności (z wyjątkiem Białorusi) i ani myślą się jej pozbywać – na czyjąkolwiek rzecz, również Rosji.

Taką próbą przedefiniowania polityki Giedroycia, była koncepcja „jagiellońska” wdrażana przez rząd PiS i prezydenta Lecha Kaczyńskiego - budowanie sojuszu państw Europy Środkowo-Wschodniej z wiodącą rolą Polski i pod amerykańskim patronatem. Jej apogeum, a zarazem łabędzim śpiewem, była wyprawa prezydentów do Gruzji i powstrzymanie rosyjskiej inwazji. Trzeba jednak dodać, iż nawet tutaj swoiste „mentalne uzależnienie” od diagnoz Giedroycia – być może ze względów pokoleniowych - było zbyt daleko idące, co skutkowało m.in. nadmierną spolegliwością wobec bankrutującego politycznie Juszczenki i jego rozpaczliwego sojuszu z neo-banderowcami, czego symbolem było wycofanie prezydenckiego patronatu nad 65. rocznicą ludobójstwa na Kresach.

Powyższy etap jednak zakończył się wraz z nastaniem Baracka Obamy i wycofaniem się USA z Europy. W powstałą próżnię weszły Niemcy i Rosja, czemu walnie dopomogła ekipa Tuska, stawiając już wcześniej na niemiecki patronat, a wkrótce (co najmniej od wizyty Putina w 2009) wiążąc się również z Rosją i abdykując z samodzielnej polityki zagranicznej. Obecnie to dwukierunkowe podporządkowanie skutkuje „polityką świętego spokoju” - siedzimy cicho, a politykę w regionie robią za nas mocarstwa, które wymagają od Polski jednego: nie mieszać. To jest przyczyną m.in. żałosnej frazy o „czystce etnicznej noszącej znamiona ludobójstwa” w sejmowej uchwale na 70. rocznicę Krwawej Niedzieli, nie wspominając już o bardziej konkretnych sprawach. Czyli – Giedroyc w wersji zdziecinniałej, „upupionej”. Mamy tu do czynienia z post-giedroyciowską infantylizacją polityki wschodniej, bo ostatnią rzeczą której domagałby się redaktor „Kultury”, to bierność Polski.

III. O podmiotowość polskiej polityki wschodniej...

Zastanówmy się: czy naprawdę owo żałośnie kokieteryjne „niezadrażnianie stosunków” ma jakikolwiek wpływ na kierunek polityki Ukrainy? Czy nazwanie ludobójstwa ludobójstwem sprawiłoby, że Janukowycz zerwałby rozmowy z Unią Europejską i pognał do rosyjskiej Unii Celnej? Nie bądźmy śmieszni. Ukraina prowadzi własną grę, niezależnie od tego co zrobimy, czy powiemy. Czy nasza posunięta do absurdu koncyliacyjność powstrzymuje chociażby nacjonalistyczne resentymenty pogrobowców rezunów, którzy już na stałe wpisali się w społeczno-polityczny pejzaż współczesnej Ukrainy? Trzymam się tutaj tego Wołynia, ale równie dobrze można by podstawić w jego miejsce naszą hipotetyczną akceptację bądź sprzeciw np. w kwestii europejskich aspiracji sąsiada. Skutek byłby dokładnie ten sam: zerowy, bo nie mamy żadnych narzędzi wpływu. Nasza siła bowiem w dużej mierze była pochodną korzystnej międzynarodowej koniunktury, w tym przede wszystkim obecności Stanów Zjednoczonych.

Obecnie „adwokatem” i strategicznym partnerem Ukrainy są Niemcy i to od nich zależy, czy Ukraina ostatecznie wejdzie do zachodnich struktur, czy nie. Nie znaczy to jednak, że powinniśmy kontynuować politykę abdykacji z mocnej, regionalnej roli Polski. Przeciwnie - tylko, że trzeba robić to inaczej, niż dotąd.

Wewnętrzne wzmocnienie państwa - to raz, inaczej nie będziemy traktowani poważnie. Dwa – zerwanie z tą nieszczęsną kokieterią, która nie ma żadnego uzasadnienia i postawienie na jasne formułowanie naszych oczekiwań, bez oglądania się na ewentualne fochy „wschodnich partnerów”. Chwilę się poobrażają, a potem siądą do rozmów. Trzy - podmiotowość i wewnątrzsterowność, co wiąże się również z koniecznością urwania się niemiecko-rosyjskiemu patronatowi. Musimy zdefiniować na nowo jakie mamy interesy i stosownie do nich prowadzić politykę z racjonalnym rachunkiem zysków i strat. Współpraca w strategicznych gospodarczo branżach byłaby tu niezłym początkiem – tak jak za czasów PiS był nim chociażby projekt mostu energetycznego z Litwą (Alytus – Ełk) i budowa elektrowni atomowej w Visaginas. Pytanie, czy jest w Polsce siła zdolna podołać tym wyzwaniom?

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat: http://niepoprawni.pl/blog/287/w-petach-giedroycia

wtorek, 22 maja 2012

Muzea umierają stojąc

Muzeum Powstania Warszawskiego za rok.

I. Czas oszczędności

To nie będzie tak, że po likwidacji Rady Powierniczej, Muzeum Powstania Warszawskiego nagle upadnie, zejdzie na psy, popadnie w ruinę. Nie. Będzie inaczej. Powiem Wam, jak. Otóż, proces degrengolady będzie postępował stopniowo, niemal niezauważalnie. Najpierw Muzeum przestanie się rozwijać. Nie będą powstawały nowe ekspozycje, zabraknie miejsca na rekonstrukcje kolejnych eksponatów w rodzaju „Liberatora”, czy „Kubusia”, dostarczane pamiątki powstańcze wylądują w piwnicy.

Następnie zaczną się trudności finansowe. Okaże się, że w dobie kryzysu Miasta Stołecznego Warszawy nie stać na takie ekstrawagancje, jak utrzymanie kosztownego muzeum w jego dotychczasowej formule. Początkowo zacznie brakować kartek z kalendarza towarzyszących kolejnym dniom Powstania. Okaże się, że podziemna prasa drukarska nie może już drukować ulotek w takich ilościach jak do tej pory, lub że zwiedzający będą musieli za takie pamiątki dodatkowo zapłacić. Nagle, palącą potrzebą stanie się większa partycypacja MPW w swym utrzymaniu, co zaowocuje wzrostem cen biletów i spadkiem liczby zwiedzających.

W miarę pogłębiania się obiektywnych trudności, przestanie się wymieniać przepalone żarówki, zepsuty projektor w powstańczym kinie okaże się za drogi w naprawie, a stanowiska multimedialne zbyt prądożerne i nieekologiczne. Personel muzeum zostanie uznany za przesadnie rozbudowany przez znanego z bizantyńskich ciągot Lecha Kaczyńskiego, nastąpią więc zwolnienia. Wszystkie zaoszczędzone środki zostaną przesunięte na wynagrodzenia nowej Rady Programowej, która doradzi zwolnienie Jana Ołdakowskiego w ramach odpolityczniania Muzeum.

II. Polityka anty-historyczna

Równolegle przyjdzie pora na osłabienie instytucjonalne. Ratusz wydzieli z MPW Instytut im. Starzyńskiego, który organizuje jątrzące i dzielące wydarzenia kulturalno-edukacyjne towarzyszące pracy Muzeum i włączy go do Muzeum Historii Warszawy. Dzięki temu odnowione Muzeum odetnie się od szowinistycznych koncertów piosenki powstańczej i niezdrowej martyrologii zatruwającej umysły młodego pokolenia.

Oczywiście, do władz i Rady Programowej zostaną delegowani apolityczni fachowcy, w charakterze komisarzy, którzy zadbają, by osłabić nacjonalistyczny charakter tej instytucji, albowiem „patriotyzm jest jak faszyzm”. Obecny wpływ Muzeum na młodych Polaków jest zbyt mocny, wizja historii z zaakcentowaną linią podziału zbyt wyrazista i idzie pod prąd lansowanej przez PO na różnych płaszczyznach polityki anty-historycznej. Z czasem znajdzie się miejsce na salkę prezentującą „dobrych nazistów”, oraz na wyjaśnienie obiektywnych przyczyn, dla których Stalin musiał odciąć się od prowokacji warszawskiej i nie pozwolił alianckim samolotom lądować na sowieckich lotniskach za linią frontu. Nie od rzeczy byłoby postawienie symbolicznej mogiły niemieckich ofiar warszawskiej awantury opatrzonej słowami „przebaczamy i prosimy o przebaczenie”.

Rzecz jasna, o żadnym pomniku Lecha Kaczyńskiego nie będzie mowy. Istniejące popiersie obsadzi się trzymetrowymi tujami, zaś by iść z duchem czasu, polegającym na przezwyciężaniu historycznych podziałów, na dziedzińcu stanie pomnik polsko-rosyjskiego pojednania, przedstawiający Donalda Tuska tonącego w ramionach czekisty Putina – wzorowany na słynnym zdjęciu ze Smoleńska. Na to akurat znajdą się pieniądze. Znicze i kwiaty będą zakazane, żeby się nie kojarzyły.

III. Rocznica Powstania Warszawskiego 2013

Kolejna rocznica Powstania Warszawskiego uczczona zostanie koncertem Zbigniewa Hołdysa, Macieja Maleńczuka i Marii Peszek, która napisze premierową piosenkę o tym, że nie chce być sanitariuszką, tylko sp...ć jak najdalej. Prowadzący – Jakub Wojewódzki - zapoda zagajenie o polskiej ksenofobii. Alina Cała z Żydowskiego Instytutu Historycznego opowie o antysemickich powstańcach mordujących Żydów, a zagraniczny gość honorowy - Erika Steinbach - w pełnym troski przemówieniu upomni się o zadośćuczynienie dla rodzin poległych żołnierzy niemieckich.

Udział kombatantów nie będzie formalnie zabroniony, ale wielce niepożądany, by nie drażnić MWzWM sprowadzonych na tę okazję przez Palikota, który wygłosi wykład z przewodnią myślą: „Polacy powinni wyrzec się swej polskości”. Prezydent Warszawy, Hanna Gronkiewicz-Waltz, tytułem uzupełnienia opowie o smutnych czasach pełnych wzajemnej nienawiści, które na szczęście już minęły, gdyż żyjemy we wspólnej, zjednoczonej Europie. Następnie, razem z Eriką Steinbach, odsłonią replikę Bramy Brandenburskiej, a Daniel Olbrychski wyrecytuje coś z Gombrowicza, najlepiej to o polskości jako garbie. Na telebimie ukaże się wtedy Donald Tusk (specjalny telemost z Sopotem), który przypomni swe spiżowe słowa, że polskość to nienormalność, zaś na okolicznościowym bankiecie prezydent Komorowski poda przepis na flaczki po warszawsku i podwędzi zastawę.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: Niepoprawne RadioPL

wtorek, 1 maja 2012

Rosja zaatakuje Gruzję w tym roku?

Czy USA wraz z Izraelem odpuszczą poparcie dla Saakaszwilego w zamian za rosyjskie „zielone światło” dla prewencyjnego ataku na Iran?

I. Militarne wzmożenie

Od jakiegoś czasu na Kaukazie daje się zauważyć „militarne wzmożenie” sił rosyjskich. Bazy w Abchazji i Osetii Południowej pozostają w stanie podwyższonej gotowości już od grudnia 2011 roku. Na dniach Rosja wyśle (albo już wysłała) do Abchazji „1500 rekrutów przechodzących obecnie szkolenie w Republice Adygei oraz 400 młodszych specjalistów w tym m.in. kierowców, techników, czołgistów (w tym separatystycznym regionie Gruzji FR dyslokowała czołgi T-90A) oraz m.in. obsługę rakietowych niszczycieli czołgów Sturm-S i wyrzutni rakiet GRAD.” (cyt. za politykawschodnia.pl) Dostawy ludzi i sprzętu na Kaukaz trwają zresztą od kilku miesięcy, ze szczególnym uwzględnieniem bazy 102 położonej na terenie Armenii, do której Gruzja blokuje drogę lądową, zostawiając Rosji jedynie korytarz powietrzny. Jednocześnie prowadzona jest ewakuacja rodzin personelu wojskowego z rejonu Kaukazu i morza Kaspijskiego (więcej – TUTAJ).

Wszystko to zbiega się z gruntowną modernizacją rosyjskiej armii, która prowadzona jest systematycznie od wojny gruzińskiej w 2008 roku i obejmuje wszystkie rodzaje sił zbrojnych. Dość powiedzieć, że obecnie Federacja Rosyjska wydaje 3,9% PKB na cele zbrojeniowe, zaś inwestycje w nowoczesny sprzęt połączone są z gruntowną reorganizacją – od ogólnej struktury dowodzenia po poszczególne jednostki. Warto też zwrócić uwagę na bliską współpracę z Berlinem przy tym modernizacyjnym projekcie. W ciągu 10 lat planowane jest przeznaczenie na armię 767 mld USD, zaś już w 2016 roku 70% wyposażenia stanowić będzie nowoczesne uzbrojenie.

Swoistą wisienką na torcie było niedawne mianowanie (27.04) na dowódcę Wojsk Lądowych FR generała Władimira Czirkina Walentinowicza – wojskowego z wieloletnim doświadczeniem na Zakaukaziu, Dalekim Wschodzie i Kaukazie Północnym.

Nie wygląda mi to na rutynowe przygotowania do corocznych manewrów typu „Kaukaz”.

II. Mała, zwycięska wojenka

Sytuacja jest tym poważniejsza, że na włosku wisi wojna z Iranem. Należy przypuszczać, że jeśli Izrael i USA zdecydują się uderzyć na Teheran, Rosja może to wykorzystać do ataku na Gruzję. Być może już nawet został zawarty deal: „my dajemy wam zielone światło do ataku na Iran i zniszczenia tamtejszych instalacji jądrowych, wy zaś pozwolicie nam zaprowadzić porządki na Kaukazie – zwłaszcza w Gruzji”. Innymi słowy, może być tak, że Stany Zjednoczone wraz z Izraelem po cichu obiecały Rosji odpuścić poparcie dla gruzińskiego sojusznika i rządów Saakaszwilego, by rozwiązać sobie ręce w kwestii irańskiej. Geopolityka nie zna sentymentów.

Zresztą, kto wie, czy Rosja nie zdecyduje się zaatakować Gruzji nawet bez irańskiej awantury. Rządy Putina zawsze charakteryzowała skłonność do „małych, zwycięskich wojenek” podnoszących prestiż władzy. Na polityczne szczyty wspiął się dzięki rozpętaniu tzw. drugiej wojny czeczeńskiej, wywołanej po zbrodniczych prowokacjach FSB – wysadzeniu bloków w Bujnaksku, Moskwie i Wołgodońsku – za co odpowiedzialnością obarczono „czeczeńskich terrorystów”. Nie inaczej było w 2008 roku, kiedy to dzięki umiejętnym prowokacjom wywołał gruzińską „wojnę pięciodniową”. Teraz zaś Putin potrzebuje mocnego imperialnego akcentu na początek drugiej rundy swej prezydentury, nakręcenia koniunktury w przemyśle zbrojeniowym oraz propagandowego uzasadnienia gigantycznych wydatków w tym sektorze.

Poza wszystkim, Rosja nigdy nie przestała traktować Kaukazu jako integralnej części swego terytorium, chwilowo tylko odłączonej na skutek rozpadu Związku Sowieckiego. Walor strategiczny tej części świata nie maleje, ba – wręcz wzrasta ze względu na rolę wydobywczo-tranzytową surowców (gaz, ropa), oraz na bliskość punktów zapalnych z Afganistanem i Iranem na czele.

III. Znów wojna w cieniu sportowej imprezy?

Jest jeszcze jeden aspekt sytuacji, który każe przypuszczać, że uderzenie na Gruzję nastąpi w tym roku. Otóż, podobnie jak cztery lata temu, w 2012 roku mamy dwie wielkie imprezy sportowe, które skupią na sobie uwagę świata: Euro2012 w Polsce i na Ukrainie (08.06-01.07), oraz Olimpiadę w Londynie (27.07-12.08). Można przewidywać, że tak jak w 2008 roku, kiedy to Rosja zaatakowała Gruzję podczas igrzysk w Pekinie, tak i teraz uderzy w którymś z tych dwóch terminów. Podobnie jak wtedy świat będzie się ekscytował sportowymi zmaganiami i nie będzie zbyt wiele miejsca na poświęcenie uwagi kaukaskiej wojnie, która w innych warunkach stałaby się tematem numer jeden dla przekaziorów. Media nie charakteryzują się podzielnością uwagi: jest temat wiodący i cała reszta. Druga wojna gruzińska stanie się częścią owej „reszty”.

IV. Europa bez Lecha Kaczyńskiego

Rosja może być również spokojna o kwestie reakcji innych graczy na arenie międzynarodowej. Od momentu uśmiercenia Prezydenta Lecha Kaczyńskiego nie ma w naszym regionie polityka, który zdecydowałby się na zorganizowanie wyprawy do Tbilisi. Przypomnijmy, że wbrew tym, którzy pomniejszają rolę Lecha Kaczyńskiego w tamtych dniach, to właśnie jego brawurowa eskapada na czele pozostałych liderów państw regionu zmusiła do działania Europę Zachodnią wraz z Nicolasem Sarkozym i Francją, która sprawowała wówczas europrezydencję. Bez Lecha Kaczyńskiego Zachód nie kiwnąłby w obronie Gruzji palcem w bucie.

Dziś Lecha Kaczyńskiego nie ma. Obecni polscy Mężykowie Stanu na wieść o rosyjskiej agresji zamkną się w szafie. Zresztą, Polska nie posiada już w Europie Środkowo-Wschodniej tego prestiżu, którego resztki próbował ocalić i zagospodarować śp Prezydent w 2008 roku. Gdyby nawet któremuś z przywódców państw naszego regionu (choćby Victorowi Orbanowi) przyszło do głowy powtórzyć polityczny manewr sprzed czterech lat, to widok zmasakrowanego tupolewa na Siewiernym i postawa Polski wobec Rosji w związku ze smoleńską hekatombą, będą wystarczającymi przesłankami, aby podobny projekt porzucić.

Podsumowując, na odcinku dawnej „bliskiej zagranicy” Rosja ma również sprzyjającą koniunkturę. Nie będzie nikogo, kto mógłby stanąć w Tbilisi u boku Saakaszwilego i powiedzieć: „Ten kraj to Rosja, która uważa, że dawne czasy upadłego niecałe dwadzieścia lat temu imperium wracają, że znów dominacja będzie cechą tego regionu. Nie będzie! (…) . Świetnie wiemy, że dziś Gruzja, jutro Ukraina, pojutrze państwa bałtyckie, a później może i czas na mój kraj, na Polskę.”

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: Niepoprawne RadioPL

niedziela, 5 lutego 2012

Rola Palikota w życiu politycznym III RP

Janusz Palikot nie jest li tylko odrażającym, politycznym błaznem. Jego rola jest o wiele bardziej znacząca i ponura niż wynikałoby to z pozorów.


Do tej pory postać Palikota starałem się omijać w swej blogerskiej publicystyce szerokim łukiem. Niemal fizyczna odraza jaką ten typ mnie napawa sprawiała, że zwyczajnie nie byłem w stanie zmusić się, by cokolwiek o nim napisać. Niemniej, rzeczywistość III RP i wola „elektoratu” sprawiły, że ów osobnik o facjacie nałogowego onanisty został wraz ze swym gumowym sobowtórem jednym z istotniejszych okazów naszego politycznego panopticum i trzeba jakoś scharakteryzować jego rolę – a ta nie sprowadza się bynajmniej do wysilonych happeningów, eskalacji chamstwa i podłości, czy błazenady. To tylko skalkulowane na zimno środki maskujące, mające umożliwić wypełnienie zupełnie innych zadań. Odnieśmy się więc do nich i miejmy to już za sobą.

I. Przemysł pogardy

Jak wiadomo, po objęciu przez śp. Lecha Kaczyńskiego urzędu prezydenta, obóz beneficjentów i utrwalaczy III RP na polecenie roztaczającej nad nim nadzór właścicielski Niewidzialnej Ręki rozpoczął akcję „podrywania godnościowych podstaw prezydentury”, która to akcja nasiliła się po wygraniu przez obecną Dyktaturę Matołów wyborów w 2007 roku. W uruchomionym wówczas „przemyśle pogardy” poczesną rolę odgrywał Palikot, będący inicjatorem wielkiej części haniebnych wrzutek, podchwytywanych, kolportowanych i nagłaśnianych przez reżimowe mediodajnie – ową zgraną orkiestrę pasów transmisyjnych służącą do ogłupiania i urabiania w pożądanym kierunku rozrechotanej gawiedzi. Tragedia smoleńska poskutkowała jedynie chwilowym antraktem w tym plugawym spektaklu, zaś Palikot schowany na kilka chwil do szafy, został z niej wkrótce wyciągnięty, by kontynuować swą robotę.

Niewidzialna Ręka poczuła się zagrożona widokiem tłumów na Krakowskim Przedmieściu, niespotykanym wybuchem jedności Polaków o groźnym z jej punktu widzenia potencjale, świadectwami „przebudzenia” drzemiącego do tej pory społeczeństwa, natomiast wawelski pochowek Głowy Państwa wprawił obóz beneficjentów i utrwalaczy III RP w stan niekontrolowanej furii. Palikot znów stał się potrzebny – tym razem do tego, by zdehumanizować Prezydenta już po jego śmierci, rozbić propagandowo zarodki ruchu społecznego mogącego powstać na bazie smoleńskiej hekatomby, na powrót podzielić Polaków na dwa wrogie plemiona i nie dopuścić do wzmocnienia pozycji politycznej ocalałego z braci – Jarosława Kaczyńskiego (pierwotne również miał lecieć do Katynia).

Kolejną istotną funkcją była kwestia zamazania odpowiedzialności za katastrofę. Lecha Kaczyńskiego należało obrzydzić, pamięć o nim zamienić w groteskową karykaturę - „kartofla”, tak by większość społeczeństwa przeszła do porządku dziennego nad skandalicznym zabezpieczeniem wizyty, obniżaniem w porozumieniu z reżimem Putina jej rangi i zakrawającym na zdradę prowadzeniem śledztwa. Była to prosta kontynuacja linii, która doprowadziła do Smoleńska – gdyby nie wcześniejsza działalność Palikota na polu odczłowieczania „Kaczora”, najprawdopodobniej nie ośmielono by się spiskować z Rosjanami w celu rozbicia obchodów katyńskich na dwie uroczystości i w skrajnie deprecjonujący sposób potraktować wizytę Prezydenta.

Warto o tym pamiętać, gdy przyjdzie do rozliczania winnych, tym bardziej, że po Smoleńsku Palikot dalej działał w tym samym kierunku. Łódzki mord polityczny dokonany przez Ryszarda Cybę na fali rozpętanej nienawiści do „pisowców” (w czym brylował Palikot), był wszak uderzeniem zastępczym – pierwotnie ofiarą miał być Jarosław Kaczyński.

II. Na usługach Niewidzialnej Ręki

W każdym razie, Palikot spisał się na medal. Sprawdził się do tego stopnia, iż Niewidzialna Ręka postanowiła wziąć go bezpośrednio pod swą pieczę. Temu służyło wystąpienie z PO i budowa nowej, niby-opozycyjnej siły politycznej gromadzącej w swym zestawie menażerię, której przedstawicieli możemy dziś oglądać w Sejmie. Od pracownika Urbanowego „NIE” po wykolejonego księdza z „Faktów i Mitów” - współpracującego z mordercą bł. ks. Jerzego Popiełuszki, esbekiem Grzegorzem Piotrowskim vel Grzegorzem Pietrzakiem.

W charakterze aniołów stróżów, Niewidzialna Ręka delegowała jednych ze swych najcenniejszych udziałowców – byłego szefa WSI, gen. Marka Dukaczewskiego oraz słynącego ze swych bezpieczniackich „aktywów” Jerzego Urbana, wspierających swego protegowanego. Już tylko te dwa nazwiska powinny być sygnałem ostrzegawczym, by Palikota nie lekceważyć. Tacy ludzie nie inwestują swojego poparcia w byle błaznów. Błaznowi mogą co najwyżej udostępnić basen na „testowanie” stażystek, albo dać napić się wódki, nic więcej.

Pamiętajmy ponadto, iż bliskim przyjacielem Palikota pozostaje obecny prezydent, Bronisław Komorowski, która to znajomość sięga jeszcze czasów wspólnych rosyjskich polowań w miłej kompanii towarzyszy czekistów. Jeżeli dodamy, że Komorowski pozostawał do końca niezłomnym obrońcą WSI, a gen. Dukaczewski, jak sam wyznał, mroził szampana w oczekiwaniu na jego zwycięstwo w wyborach prezydenckich 2010 roku, to rysuje się nam całkiem ciekawa siateczka wzajemnych współzależności. W tym kontekście określenie „konstrukt służb” jest bodaj najłagodniejszym jakiego można użyć.

III. Poletka pana P.

No dobrze. Zastanówmy się teraz, jakie są obecne zadania Palikota. Widzę tu kilka obszarów działalności. Z „opozycyjnością” wobec PO można dać sobie spokój, gdyż podgryzanie partii rządzącej – wyłącznie werbalne – jest typowym „alibi” mającym uwiarygodnić pozę kontestatora sceny politycznej. Choć niewykluczone oczywiście, że Niewidzialna Ręka wysyła w ten sposób Dyktaturze Matołów dyscyplinujący sygnał, mówiący że ma w rękawie więcej kart którymi może prowadzić rozgrywkę.

Pierwszym „poletkiem” działania pozostaje rzecz jasna kontynuacja „przemysłu pogardy” mająca godzić w społeczne zaplecze Jarosława Kaczyńskiego i PiS-u. Temu służy wulgarny antyklerykalizm, jadący na najniższych instynktach „polactwa”, takich jak zawiść wobec „pazernych klechów” i proboszczowskiej „fury”. Skoro na skutek politycznych zawirowań stało się tak, że Kaczyński zagospodarował elektorat tradycjonalistyczny, patriotyczny i katolicki, to należy sprawić, by tegoż elektoratu było jak najmniej, zwłaszcza wśród „przyszłościowych”, młodych wyborców. Stąd kokietowanie legalizacją „trawki” i cała reszta „młodzieżowych” postulatów współgrających z maską już nie tyle liberała, ile wręcz libertyna. Wszystko to jest, podkreślmy, skalkulowane na zimno – skoro onegdaj nie wypalił Palikotowi image „chrześcijańskiego biznesmena” i konserwatywnego filozofa, to przyjął bardziej „rokujące” oblicze.

Powyższe komponuje się z postępackimi oczekiwaniami Salonu - środowisko to od dłuższego już czasu świadomie indukuje polsko-polską wojnę światopoglądową, której jednym z bardziej jaskrawych przejawów była batalia o Krzyż na Krakowskim Przedmieściu, czy zadymy wokół Marszu Niepodległości. Stąd też uporczywe lansowanie Palikota na politycznego wyraziciela owej wojenki.

Poletko kolejne, równie groźne, to obsadzenie Palikota w roli siły zagospodarowującej społeczne napięcia, frustracje i spodziewane niepokoje. Krótko mówiąc, chodzi o to, by – gdy już wydarzy się nad Wisłą „Budapeszt” (choćby taki, jak masowe protesty na Węgrzech w 2006 roku przeciw rządom postkomunistów) – ów „Budapeszt” został przejęty, wykorzystany i ukierunkowany przez Palikota, a nie przez Kaczyńskiego. Podobną rolę „trybuna ludowego” ze służbowego nadania pełnił swojego czasu Lepper w odniesieniu do chłopów, zatem modus operandi jest przetestowany w praktyce.

Próbkę mieliśmy niedawno przy okazji protestów przeciw ACTA (o czym pisał Budyń78), na których czele usiłował się ustawić bohater niniejszego tekstu. Protest ten był i wciąż pozostaje dla Niewidzialnej Ręki potencjalnie groźny ze względu na swą formułę „no logo”, jednoczącą ludzi bez względu na podziały polityczno-światopoglądowe, ponadto istnieje ryzyko, iż lemingi raz przejrzawszy na oczy zaczną się orientować w sytuacji dotyczącej innych dziedzin życia publicznego. Dlatego też Palikot usiłował podzielić protestujących, grając m.in. wątkami antyklerykalnymi. Wprawdzie organizatorzy połapali się w tej prowokacji obliczonej na wzbudzenie podziałów i skonfliktowanie uczestników, czemu dali wyraz w swym oświadczeniu, stwierdzając m.in., iż „Ruch Palikota nie tylko próbuje zbijać kapitał polityczny na protestach, ale i podzielić protestujących, obrażając uczucia religijne znacznej części spośród nich.”, zaś Palikot został skutecznie „wyproszony” z demonstracji, ale ziarenko zostało zasiane i nie jest wcale powiedziane, że nie zaplusował wśród mniej uświadomionych wyborców, a takich przecież jest zdecydowana większość. Gdy nadejdą protesty dotyczące np. kryzysu i beznadziejnej sytuacji życiowej Polaków, Palikot będzie usiłował działać w podobny sposób – ustawiając się na czele i próbując zantagonizować ludzi, tak by niezadowolenie społeczne nie przerodziło się w cokolwiek mogącego zagrozić właścicielom III RP. Możemy być pewni, że znajdzie w tym pełne wsparcie odpowiednik „czynników”, tak jak znajdował je do tej pory.

I poletko ostatnie – wspieranie Dyktatury Matołów z pozycji opozycyjnych. Jak się to robi? Ano, przelicytowując i doprowadzając do ściany pomysły Platformy. Jeśli Admin-Donek stroi fochy typu „nie będziemy klękali przed księdzem”, to Palikot wyjeżdża z postulatami wyrugowania religii z przestrzeni publicznej; gdy PO robi liberalne miny w kwestiach światopoglądowych, to Palikot sięga po arsenał postulatów rodem z „Krytyki Politycznej”. Na tym „radykalnym” tle rząd Tuska jawi się jako oaza umiarkowania, spokoju i odpowiedzialności. I o to właśnie chodzi. Aha, dodajmy jeszcze doraźne wrzutki „przykrywające” - sypie się oficjalna wersja katastrofy smoleńskiej? No problem, Palikot zrobi „happening” z paleniem kadzidełka, skupiając na sobie kamery reżimowych mediodajni i dając im pretekst, by newsem dnia nie robić np. blamażu ustaleń komisji Millera.

***

Jak widać, Janusz Palikot nie jest li tylko odrażającym, politycznym błaznem. Jego rola jest o wiele bardziej znacząca i ponura niż wynikałoby to z pozorów. Jest ustrojstwem wielofunkcyjnym – bezwzględnym i pozbawionym skrupułów narzędziem w rękach mocodawców, którzy kręcą interesem zwanym Trzecią Rzeczpospolitą od jej magdalenkowego zarania. Warto mieć tego świadomość.

Gadający Grzyb