Pokazywanie postów oznaczonych etykietą reparacje wojenne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą reparacje wojenne. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 15 października 2018

Czy Grecja sprocesuje Niemcy?

Wyprocesowane od Berlina reparacje stanowiłyby znakomitą poduszkę bezpieczeństwa, zapewniając nam miękkie lądowanie poza euro-kołchozem.

I. Wyrównać rachunki

Jak doniósł „Der Spiegel”, Grecja od listopada ma rozpocząć polityczną ofensywę w sprawie niemieckich reparacji za II wojnę światową. Sygnał dał kilka tygodni temu premier Aleksis Tsipras, podkreślając, iż sprawa odszkodowań to „historyczny obowiązek”, co niedawno potwierdził prezydent Prokopis Pawlopulos podczas obchodów upamiętniających ofiary hitlerowskiej okupacji. Stosowny raport w tej sprawie został przygotowany już w sierpniu 2016 r., jednak ze względu na trudne położenie zbankrutowanej Grecji i konieczność układania się z wierzycielami, trzymano go do tej pory w zamrażarce. Teraz jednak sytuacja się zmieniła – Grecja z końcem sierpnia zakończyła realizację ostatniego, trzeciego planu pomocowego, budżet (po odjęciu kosztów obsługi długu) zaczyna wychodzić na prostą, więc rząd w Atenach zapalił zielone światło. Raport o reparacjach ma zostać poddany w parlamencie pod głosowanie, a równolegle wystartuje kampania informacyjna. Jak twierdzi „Spiegel”, kolejnym etapem będzie przedstawienie greckiego stanowiska na forum międzynarodowym: przed Parlamentem Europejskim, Radą Europejską, ONZ, a także w samych Niemczech. Następny krok to oficjalne zaprezentowanie roszczeń niemieckiemu rządowi, a wobec spodziewanego odrzucenia żądań – wytoczenie procesu przed Międzynarodowym Trybunałem Sprawiedliwości w Hadze.

Kwota o którą toczy się gra jest niebagatelna: niemal 280 mld. euro (dokładnie 279,8 mld.), z czego 269,5 mld. przypada na odszkodowania, zaś 10,3 mld. euro to obecna wartość nieoprocentowanego kredytu, jakiego okupowana Grecja została zmuszona udzielić III Rzeszy. Warto tu dodać, że formalnie rzecz biorąc Niemcy wypłaciły już Grecji reparacje – stało się tak wskutek dwustronnej umowy zawartej w 1960 r., na mocy której Grecja otrzymała 115 mln. marek. Co więcej, do umowy włączono wówczas klauzulę, że suma ta zaspokaja wszystkie roszczenia. Jednak zważywszy, iż sama pożyczka z 1942 r. opiewała na 476 mln. reichsmarek, niemieckie „odszkodowanie” było wręcz śmiesznie niskie – szczególnie jeśli dodać zniszczenia wojenne i okupacyjny rabunek kraju. Dziś zatem rząd w Atenach postanowił wyrównać rachunki.


II. Zemsta za „bratnią pomoc”

Termin nie jest bynajmniej przypadkowy, bowiem w wyniku kryzysu finansowego Grecja padła po raz kolejny ofiarą niemieckiego dyktatu – tym razem w kwestii przyjęcia „pomocy międzynarodowej” i zablokowania możliwości wyjścia ze strefy euro. Nie od rzeczy będzie przypomnienie, jak się to odbywało. Po pierwsze, Grecja nie powinna była zostać przyjęta do strefy euro – zrobiono to wyłącznie na skutek presji Niemiec, dla których wspólna waluta stała się narzędziem ekonomicznej eksploatacji kontynentu i blokowania konkurencyjności słabszych gospodarek. Zatem Grecji (ale też i Włochom) „podrasowano” odpowiednie wskaźniki (z pełnym błogosławieństwem władz UE i organów finansowych) i wciągnięto do eurolandu, wskutek czego grecka gospodarka z dnia na dzień utraciła konkurencyjność (euro było silniejsze od drachmy, co odbiło się na możliwościach eksportowych). W efekcie Grecja została sprowadzona do roli rynku zbytu dla wyżej rozwiniętych krajów, głównie Niemiec – i to na kredyt. Wzrost gospodarczy w tamtym okresie napędzany był długiem, a wierzycielami w znacznej mierze były niemieckie instytucje finansowe. W takich warunkach wystarczyło globalne tąpnięcie, by cała piramida zawaliła się z hukiem.

I wtedy nastąpił drugi akt greckiej tragedii – pozostająca pod wpływem Berlina „trojka” (Międzynarodowy Fundusz Walutowy, Europejski Bank Centralny i Komisja Europejska) narzuciły Grecji „plan pomocowy” polegający... na dalszym zadłużeniu kraju (bo cala ta „pomoc”, to nic innego jak kolejne pożyczki). Ówczesny grecki minister finansów Janis Warufakis miał plan wyjścia ze strefy euro (w innym wariancie – wprowadzenia greckiej „waluty pomocniczej” równoległej do euro), zaś premier Tsipras zapowiedział referendum w sprawie przyjęcia uzależniającej na dekady finansowej „bratniej pomocy”. To jednak oznaczałoby, że Niemcy nie zobaczą większości swoich pieniędzy utopionych w greckich papierach dłużnych. „Dyktator” EBC Mario Draghi odpowiedział więc wstrzymaniem kroplówki dla greckich banków, co spowodowało ich czasowe zamknięcie i wybuch społecznej paniki. Poskutkowało - wystraszeni Grecy zaaprobowali „pomocowy dyktat”, premier Tsipras grzecznie podpisał to, co mu kazano, Janis Warufakis musiał podać się do dymisji – a Grecja przyjmując wsparcie zaczęła w ekspresowym tempie nabijać swój dług publiczny i wyprzedawać majątek narodowy. Na dodatek, cała „pomoc” opierała się na fikcyjnej inżynierii finansowej (teoretycznie EBC nie może wspierać niewypłacalnych państw strefy euro) – otóż, by uzasadnić wypłatę kolejnych transzy EBC przyjął założenie, że „zabezpieczeniem” będą... greckie obligacje. Innymi słowy, iluzję wypłacalności bankruta miały podtrzymywać jego „śmieciowe” papiery wartościowe – udzielono więc kredytu pod zastaw... poprzednich długów – wszystko po to, by wypłacone pieniądze mogły poprzez grecki budżet wrócić do Niemiec i uratować tamtejsze banki. W ten sposób „przepompowano” ok. 300 mld. euro, które Grecja ma spłacić, co w praktyce jest oczywiście niewykonalne.

W kontekście powyższego, trudno nie odnieść wrażenia, że podniesienie sprawy reparacji jest swoistą zemstą za tamtą, narzuconą siłą „bratnią pomoc”. Zwróćmy uwagę, że owe 280 mld. euro wojennych odszkodowań niemal wystarczyłoby na odwrócenie skutków międzynarodowej interwencji i pozwoliło Grekom złapać oddech – a może nawet wymiksować się z eurolandu. Warto zatem całej sprawie bacznie się przyglądać.


III. Sojusz poszkodowanych

Jednak sprawa greckich roszczeń może być kluczowa również ze względu na nasze roszczenia reparacyjne – tym bardziej, że mamy solidniejsze podstawy prawne niż Grecy, a i straty wojenne ponieśliśmy nieporównywalnie większe. Wg ustaleń politologa Grzegorza Kostrzewy-Zorbasa mogą one sięgać ok 845 mld. dolarów (stan na rok 2014) – a po doliczeniu odsetek za zwłokę jeszcze więcej. Możemy więc mówić nawet o kwocie w okolicach biliona dolarów. Sporządzona we wrześniu 2017 r. opinia prawna Biura Analiz Sejmowych podkreśla m.in., że słynna deklaracja rządu PRL z 1953 r. zrzekająca się odszkodowań dotyczyła jedynie NRD i nie miała podstaw w ówczesnej konstytucji – umowy międzynarodowe leżały bowiem w gestii Rady Państwa. Dodatkowo, ustalenia poczdamskie, w myśl których mieliśmy zaspokajać swoje roszczenia z puli ZSRR są nader wątpliwe, bowiem w zamian za „odszkodowania” zmuszeni byliśmy dostarczać ZSRR kontyngenty węgla po zaniżonych cenach, co stawia pod znakiem zapytania charakter owych świadczeń. W późniejszych latach sprawę roszczeń wobec RFN przedstawiciel PRL podnosił chociażby na XXI i XXII sesji Komisji Praw Człowieka ONZ – ponadto, nigdy nie zawarliśmy z niemieckim rządem umowy zamykającej ten temat (chociażby na wzór umowy z 1929 r., regulującej sprawę odszkodowań za I wojnę światową). No i wreszcie, prawo międzynarodowe nie przewiduje przedawnienia odnośnie zbrodni wojennych i zbrodni przeciwko ludzkości oraz roszczeń z ich tytułu.

Podsumowując, sądzę, że warto z Grekami zawrzeć nieformalny „sojusz poszkodowanych”, który obejmowałby wzajemne wspieranie się na arenie międzynarodowej – a może nawet z Namibią, która również walczy o sprawiedliwość za ludobójstwo rdzennej ludności z czasów kolonialnych (lata 1904-1908). Póki co bowiem, Niemcy stali się prawdziwymi mistrzami świata w epatowaniu „moralnymi rozliczeniami” przy jednoczesnym unikaniu materialnej odpowiedzialności za swe zbrodnie. Poza wszystkim, wielkimi krokami zbliża się moment, gdy trzeba będzie opuścić brukselski grajdół, obcinający metodą salami naszą suwerenność – tym bardziej, że i finansowo obecność w UE staje się coraz mniej opłacalna. Wyprocesowane od Berlina reparacje stanowiłyby wówczas znakomitą poduszkę bezpieczeństwa, zapewniając nam miękkie lądowanie poza euro-kołchozem.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Na podobny temat:

Namibia a sprawa polska

Zbrodnie niemieckiego kolonializmu

Od reparacji do „polexitu”

Czy Polska faktycznie zrzekła się reparacji?

Reparacje – polska broń atomowa

Teutońska buta

Reparacje – polska odpowiedź


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 41 (12-18.10.2018)

piątek, 22 września 2017

Zniewolone umysły

Giedroyc twierdził, że rządzą nami trumny Piłsudskiego i Dmowskiego. Dziś, jeśli chodzi o politykę Polski na osi wschód-zachód, rządzą raczej trumny Giedroycia i prymasa Wyszyńskiego.


Przypadki którymi dziś się zajmę, pozornie są od siebie dość odległe, jednak oba zapętlają się w pewnym, charakterystycznym punkcie – są efektem funkcjonowania mentalnych blokad sprawiających, że człowiek zastyga w narzuconych mu przed laty (niechby i wówczas słusznych) intelektualnych dogmatach. Nie potrafi się od nich uwolnić - mimo zmienionych czasów i okoliczności całkowicie dezaktualizujących zaszczepione niegdyś zestawy poglądów. Skutkiem powyższego jest (że nawiążę do Miłosza) specyficzna forma „zniewolonego umysłu”. A im wyżej osoba dotknięta tą przypadłością zaszła w życiu publicznym – tym gorzej dla ogółu.


I. Prometejskie frajerstwo

Zacznę od „afery paszportowej” rozpętanej po tym, jak okazało się, że w oprawie graficznej nowych paszportów projektowanych na 100-lecie odzyskania przez Polskę niepodległości znaleźć się ma Cmentarz Orląt Lwowskich oraz wileńska Ostra Brama jako jeden z motywów poddanych pod głosowanie. Gdy w sierpniu pisałem na ten temat artykuł do siostrzanej „Warszawskiej Gazety”, wyraziłem na koniec na poły ironiczną nadzieję, że minister Błaszczak „nie wystraszy się własnej odwagi”, zachęcając przy okazji do oddawania głosów na Ostrą Bramę. Chodziło mi oczywiście o stworzenie społecznej presji uniemożliwiającej szefowi MSWiA wycofanie się z obu projektów. Jak wiemy, stało się inaczej. Możemy się tylko domyślać jakie naciski i jakimi kanałami popłynęły do ministra Błaszczaka - prócz oficjalnych protestów Litwy i Ukrainy oraz rodzimych zwolenników pojednania tyłka z batem podpisanych pod listem otwartym. W każdym razie, znamy skutek – Ostrej Bramy i Cmentarza Orląt na paszportach nie będzie.

Przyznam, że nieco mnie taki obrót spraw zaskoczył, wydawało się bowiem, że stronnictwo post-giedroyciowców na prawicy zostało od jakiegoś czasu zepchnięte do defensywy i nie jest już w stanie dyktować Polsce swej samobójczej agendy. Ludobójstwo na Kresach doczekało się nazwania go po imieniu w oficjalnej uchwale Sejmu, Jarosław Kaczyński (a nawet Witold Waszczykowski) oznajmiali publicznie, że Ukraina z Banderą nie wejdzie do Europy, prezydent Poroszenko usłyszał od prezesa PiS kilka mocnych słów... Jak widać, myliłem się, zaś środowisko pogrobowców redaktora z Maisons-Laffitte (od lewa do prawa) nie zamierza składać broni. I to jest właśnie przykład owego mentalnego zniewolenia od którego zacząłem ten artykuł. O ile za głębokiej komuny, gdy głównym wrogiem był potężny ZSRR, można jeszcze było dopatrywać się w doktrynie Giedroycia zasadności i pewnego bolesnego realizmu, każącego poświęcić dochodzenie swego na rzecz sprawy podstawowej – czyli odgrodzenia nas od Rosji „kordonem sanitarnym” złożonym z państw mających powstać na zsowietyzowanych dawnych kresach Rzeczypospolitej – o tyle obecnie, gdy testament „czerwonego księcia” został wypełniony, zdawałoby się, że dawne bezkrytyczne poparcie winno ustąpić normalnym relacjom opartym na grze interesów.

Tymczasem, nic z tych rzeczy. Wpływ paryskiej „Kultury” na polskie elity okazał się tak przemożny, że po dziś dzień nie potrafią się wyzwolić z tego zdezaktualizowanego już paradygmatu i mechanicznie ekstrapolują koncepcje sprzed kilkudziesięciu lat we współczesność, co w praktyce przekłada się na rezygnację przez Polskę z akcentowania własnych racji w imię mirażu „strategicznego sojuszu” i „Międzymorza” - które to koncepcje zarówno Litwa, jak i Ukraina mają w głębokim poważaniu, ale nauczyły się na nich świetnie grać, skutecznie szantażując nas groźbą „pogorszenia stosunków”. Zresztą, emigracja ukraińska traktowała giedroyciowską doktrynę ULB (Ukraina-Litwa-Białoruś) instrumentalnie od samego początku, widząc w niej przede wszystkim szansę na rozgrzeszenie i zapomnienie zbrodni ukraińskiego szowinizmu – co wywoływało zrozumiały sprzeciw w licznych kręgach polskiej powojennej emigracji na Zachodzie. Te spory jednak do PRL-owskiej Polski nie docierały, docierała natomiast do opozycyjnych elit „Kultura”, skutecznie kształtując umysły. Efekty odczuwamy po dziś dzień. Naszą politykę wschodnią trudno nawet określić mianem romantycznego prometeizmu – to jest po prostu ciężkie frajerstwo. A skoro prowadzimy frajerską politykę, to nie dziwmy się, że jesteśmy traktowani właśnie jak frajerzy. I teraz znów pozwoliliśmy się koncertowo rozegrać pokazując, że maleńka Litwa i „teoretyczne państwo” jakim jest Ukraina mogą nas skutecznie szantażować – przy poklasku bandy zaczadzonych Giedroyciem rodzimych „dialogistów”. Coś niebywałego.


II. Młotek narzędziem pojednania

Kolejna sprawa, to niedawny list zespołu episkopatu ds. Kontaktów z Konferencją Episkopatu Niemiec podpisany przez arcybiskupów Henryka Muszyńskiego i Wiktora Skworca oraz biskupów Jana Kopca i Tadeusza Lityńskiego. Tutaj z kolei widzimy spętanie intelektualne słynnym listem polskich biskupów do biskupów niemieckich z 1965 r. z pamiętnymi słowami „wybaczamy i prosimy o wybaczenie”. Od razu podkreślę, że mam ambiwalentne uczucia związane również z tym historycznym gestem polskiego Kościoła. Prośba o wybaczenie? A za co? Czy ta ręka nie została wówczas wyciągnięta do pojednania zbyt hojnym ruchem, zbyt wspaniałomyślnym? Czy Niemcy nie poczuli się zbyt łatwo rozgrzeszeni wskutek tego „zbombardowania” miłosierdziem i chrześcijańską pokorą? Poza tym, warto pamiętać, że pierwsza reakcja tamtejszego episkopatu była nad wyraz oszczędna i powściągliwa, by nie rzec – chłodna. Dopiero później, gdy zorientowali się, ile dzięki temu listowi mogą ugrać, zmienili ton. Nie wykluczam jednak, że wówczas mimo wszystko należało tak postąpić. Prymas Stefan Wyszyński był naszym ostatnim wielkim mężem stanu – prawdziwym interrexem – i patrzył dalekosiężnie, widząc, że jakiś modus vivendi musimy sobie z Niemcami wypracować, choćby dlatego, że nie zmienimy naszego miejsca na mapie. Nawet on jednak chyba się nie spodziewał do jakiego stopnia ów list zostanie zinstrumentalizowany i zinfantylizowany – stając się narzędziem „kiczu pojednania” (jak trafnie pisał o tym tydzień temu Mirosław Kokoszkiewicz).

I właśnie z owym „kiczem” - czyli „pojednaniem” bez skruchy winowajcy, o wynagrodzeniu krzywd nie wspominając – mamy do czynienia w niedawnym liście polskich biskupów. Pismo ewidentnie wymierzone w polskie roszczenia reparacyjne za II wojnę światową, których Niemcy nam nigdy nie wypłaciły i wynoszące ponad nie jakieś puste gesty („doświadczyliśmy wielu gestów zmierzających do pojednania obydwu narodów”), tudzież paczki żywnościowe z czasów stanu wojennego, a nawet przestrzegające, że „pojednanie” może zostać zniweczone „przez zbyt pochopnie wypowiadane słowa” - to jest jakiś, przepraszam, kompletny odlot rozumu świadczący o zaburzeniu elementarnych proporcji w postrzeganiu rzeczywistości. Nasi biskupi nie zauważają chociażby (lub nie chcą zauważyć), że już samo podniesienie kwestii roszczeń zahamowało agresywną, niemiecką propagandę historyczną mającą na celu wmanipulowanie Polski i Polaków we współodpowiedzialność za zbrodnie II wojny światowej z holokaustem na czele.

Oczywiście pada sakramentalne nawiązanie do listu z 1965 r. - i tym stał się ów historyczny gest we współczesnych relacjach polsko-niemieckich: narzędziem do młotkowania wszystkich poruszających niewygodne dla Berlina sprawy, domagających się rozliczeń i nie idących na lep „kiczu pojednania” na niemieckich warunkach. A nasi biskupi, wstyd powiedzieć, weszli w tę narracyjną pułapkę, jak pierwsi naiwni. Zresztą, wystarczy zwrócić uwagę na euforyczne reakcje strony niemieckiej (jakże różne od tych w 1965 r.), by zobaczyć na czyją korzyść grają takie nieprzemyślane gesty.


III. W potrzasku zwietrzałych doktryn

A zatem, na wschodzie „Kultura”, na zachodzie – list biskupów z 1965 r. Paradygmat Giedroycia i paradygmat prymasa Wyszyńskiego. Używane w charakterze mioteł zagarniających polskie aspiracje do kąta. Wszystko w atmosferze moralnego szantażu spuścizną dwóch wybitnych (tak, nawet Giedroyc, mimo wszystko) Polaków. I tak się to kotłasi w mózgownicach świeckich i duchownych elit aż po dziś dzień. Redaktor z Maisons-Laffitte krytykując umysłowy zastój polskiej inteligencji stwierdził, że rządzą nami trumny Piłsudskiego i Dmowskiego – w sensie bezkrytycznego epigonizmu potomnych. Dziś, jeśli chodzi o politykę Polski na osi wschód-zachód, rządzą raczej trumny Giedroycia i kard. Wyszyńskiego – tyle, że coś, co w określonych warunkach historycznych spełniało wymogi jakiejś racjonalnej kalkulacji, zostało w obu przypadkach na zasadzie bezrefleksyjnego automatyzmu przeniesione we współczesne, zmienione realia przez ludzi nie mających odwagi bądź wyobraźni, by odstąpić choćby na krok od dawnych „dogmatów” (lub przynajmniej poddać je twórczej reinterpretacji). Żenująca impotencja intelektualna – jeżeli jej nie przełamiemy i pozostaniemy w potrzasku zwietrzałych doktryn, nigdy nie będziemy w stanie dać adekwatnej odpowiedzi współczesnemu światu. A to długofalowo zagraża wręcz podstawom naszego wspólnotowego istnienia.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Afera paszportowa


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 38 (20.09-03.10.2017)

niedziela, 17 września 2017

Teutońska buta

Dla Niemiec obalenie obecnego polskiego rządu staje się kwestią palącą jak nigdy w przeciągu ostatnich dwóch lat.



I. Merkel wkracza
O teutońskiej bucie pisał już w XII w. czeski kronikarz Kosmas i na przestrzeni stuleci nic się nie zmieniło – może poza pozorami. W miejsce ordynarnej przemocy militarnej obecnie Niemcy przeszły na taktykę podboju gospodarczego i miękkiego kulturkampfu w którego ramach wzięły się za pouczanie pośledniejszych narodów odnośnie ich cywilizacyjnych zapóźnień. Cel nadrzędny oczywiście pozostaje bez zmian: podporządkowanie sobie Europy – a że obecnie główną przeszkodą na tej drodze stała się Polska, toteż właśnie nasz kraj został wytypowany do roli „chłopca do bicia”, tym bardziej, że śmieliśmy podnieść publicznie kwestię należnych nam odszkodowań za II wojnę światową, co w przypadku powodzenia tej inicjatywy uczyniłoby z dzisiejszej Rzeszy naszego lennika, wypłacającego Warszawie przez długie lata słony trybut. Niezależnie od tego, jak się ten stan rzeczy oficjalnie nazwie, sytuacja faktyczna byłaby współczesnym odzwierciedleniem zależności wasalnej – i Niemcy doskonale zdają sobie z tego sprawę.
Nic więc dziwnego, że kanclerz Merkel ni z tego, ni z owego oświadczyła, że wobec „zagrożenia praworządności” w Polsce Niemcy „nie mogą trzymać dłużej języka za zębami”. Jest to radykalne odwrócenie dotychczasowego kursu polegającego na dyskretnym trzymaniu się przez Angelę Merkel w cieniu i powstrzymywaniu się od otwartej krytyki Warszawy, by nie prowokować antyniemieckich reakcji społecznych w Polsce. Strategia ta, co wprost formułowały media za Odrą, służyć miała wzmocnieniu „polskiego społeczeństwa obywatelskiego” (czytaj – aby do opozycji zarówno partyjnej, jak i umoszczonej w „trzecim sektorze” nie przylgnęła trwale opinia V kolumny) oraz przygotowaniu gruntu pod powrót Tuska i jego przyszłe zwycięstwo wyborcze. Zatem funkcję zagończyków prowadzących antypolską wojnę hybrydową w przestrzeni polityczno-medialnej wzięli na siebie przedstawiciele UE z Timmermansem i Junckerem, niemieckie media wraz z ich polskimi filiami, tudzież zgraja nadwiślańskich folksdojczów. Jednak w momencie, gdy na porządku dziennym stanęła sprawa polskich roszczeń reparacyjnych, niemiecka kanclerz musiała jawnie wkroczyć do gry, zapowiadając „wyczerpującą” rozmowę na temat polskiej praworządności z Jeanem-Claude Junckerem. Oczywiście, gdyby nie było sprawy polskich sądów, to znalazłby się inny pretekst – chodzi tu bowiem wyłącznie o polityczne „zmłotkowanie” Warszawy, tak by rząd PiS nie ośmielił się wyciągać ręki po niemieckie pieniądze.

II. Niemiecka arogancja
Drugim młotkiem nieustająco pozostaje konflikt wokół relokacji migrantów, przy czym niemiecka prasa w zasadzie przestała już nawet ukrywać, że chodzi przede wszystkim o rozbicie etnicznej jednorodności Polski i pozostałych państw Europy Środkowej. „Sueddeutsche Zeitung” jednoznacznie stwierdza, iż państwa wzdragające się przed przyjmowaniem imigrantów powinny opuścić Unię Europejską, gdyż „ona ze swoimi podstawowymi zasadami wolności akurat nie chce jednorodnych narodów”. I nieco dalej: „Europa i jej państwa stają się coraz bardziej różnorodne. Kto tego nie chce, musi się wymeldować z Unii i się izolować”. Wreszcie dodaje z nadzieją, że w Polsce i na Węgrzech „kiedyś znów będą rządzić umiarkowane i proeuropejskie siły polityczne”. Jaśniej chyba nie można. Mamy tu demonstrację poczucia wyższości, mentorski ton pouczający kto „pasuje” do Europy a kto nie, i w końcu – nieskrywane uroszczenie do decydowania, kogo środkowoeuropejscy Hotentoci powinni sobie wybierać, tak by niemiecki hegemon był zadowolony.
W innym tekście tenże „SZ” wzywa do „ofensywnej obrony wartości UE” przed Polską i Węgrami, z kolei niemiecki historyk Gregor Schoellgen a propos odszkodowań wojennych mówi we „Frankfurter Allgemeine Zeitung” o „igraniu z ogniem”, dodając, że formą reparacji było przekazanie Polsce Ziem Zachodnich, zaś podnoszenie odszkodowań oznacza powrót do dyskusji o zachodnich granicach Polski. Jest to otwarta pogróżka, lecz oprócz buty mamy tu również i nieuctwo – tereny zachodnie i reparacje to dwie różne sprawy, poza tym w odróżnieniu od reparacji, kwestia granic Polski została uregulowana traktatowo.
„Die Welt” poza przytoczeniem (nieprawdziwych) argumentów jakoby Polska „zrzekła” się odszkodowań i łaskawym przypomnieniem faktu niemieckich zbrodni, uderza w podobny bębenek pisząc, iż „żądania reparacji wojennych zawsze prowadzą do ujemnych skutków: zawiści, nienawiści a w najgorszym przypadku do następnego konfliktu” (czyli pada zawoalowana groźba wojny). To jest zresztą stały niemiecki chwyt: przyznajemy się do „moralnej i symbolicznej odpowiedzialności”, ale od naszych pieniędzy – wara. Poza tym, w ujęciu „Die Welt”, polskie żądania są intrygą „nacjonalistycznych polityków” z Kaczyńskim i Macierewiczem na czele, pragnących odwrócić uwagę od „niszczenia trójpodziału władzy”. W ten sposób sprawa roszczeń i „polskiej praworządności” zostaje otwarcie połączona. Nic dziwnego, że Merkel nie mogła dłużej „trzymać języka za zębami”. Niemiecka gazeta podnosi również inny aspekt przewijający się w tamtejszych reakcjach: ponieważ polskie straty były „niewyobrażalne”, to ich oszacowanie jest „niemożliwością”, a poza tym „żaden kraj na świecie” nie byłby w stanie „wyrównać takich rachunków”. Doceńmy perfidię tej argumentacji: wymordowaliśmy waszą ludność i splądrowaliśmy wasz kraj w takich rozmiarach, że i tak nie bylibyśmy w stanie wam tego wynagrodzić - więc nie wynagrodzimy.
Kwestię moralności i finansów spuentował z całą bezczelnością zamieszkały we Wrocławiu prof. Klaus Bachmann, stwierdzając w Radiu Zet, że „z samej moralności nie jesteśmy w stanie nic wycisnąć w tej sprawie”, w innym miejscu cytując anonimowego niemieckiego polityka, iż polski rząd „trzeba przeczekać”, bo „następne wybory pewnie przegra i przyjdzie rząd, z którym będzie można normalnie rozmawiać.

III. Polska odpowiedź
Przytaczam te głosy po to, byśmy uświadomili sobie, że dla Niemiec obalenie obecnego polskiego rządu staje się kwestią palącą jak nigdy w przeciągu ostatnich dwóch lat. Tym bardziej, że właśnie Biuro Analiz Sejmowych opublikowało opinię (na zlecenie posła PiS Arkadiusza Mularczyka), która robi z niemieckiego stanowiska w kwestii reparacji absolutną miazgę. Rozbudowaną, 40-stronicową analizę można streścić w kilku punktach: „zrzeczenie się roszczeń” z 1953 r. było z mocy prawa nieważne, bo rząd nie miał takich konstytucyjnych prerogatyw (co za tym idzie – późniejsze „potwierdzenia” również nie mają mocy prawnej); konferencja poczdamska nie zamykała drogi do indywidualnego dochodzenia przez Polskę reparacji; powojenne Niemcy nie zawarły z Polską do tej pory żadnej umowy w tej materii (w przeciwieństwie do 12 innych krajów Europy); „Traktat 2+4” na który powołują się Niemcy w ogóle odszkodowaniami się nie zajmował, zaś Polska nie była nawet jego stroną – poza tym Niemcy również w późniejszych latach wypłacały odszkodowania różnym państwom; natomiast kwoty wypłacone dotąd Polsce (np. fundacji „Polsko-Niemieckie Pojednanie”) to zaledwie 1 proc. tego, co Niemcy wypłaciły innym krajom – nawet Izraelowi, którego podczas II wojny światowej nie było na mapie, co jest swoistym kuriozum. Innymi słowy, Niemcy nie mają za sobą żadnych poważnych prawnych argumentów poza argumentem siły i postawą „nie, bo nie”.
Kończąc, skieruję jeszcze kilka słów bezpośrednio do przywołanego tu prof. Bachmanna. Otóż z różnych względów milczeliśmy dotąd o reparacjach, ale teraz - gdy Niemcy mieszają się w nasze sprawy, a media z oczywistej inspiracji berlińskiego rządu prowadzą regularną antypolską nagonkę obliczoną na obalenie legalnych polskich władz - czas to zmienić. Jednocześnie zapewniam, że polski naród to nie są ci jurgieltnicy z którymi na co dzień się pan spotyka, dla których szczytem marzeń jest załapanie się na jakąś dobrze opłacaną niemieckimi pieniędzmi fuchę. Zatem doradzam panu i pańskim kolegom, byście przystopowali z tą teutońską butą, bo za chwilę może wyjść wam ona bokiem.

Gadający Grzyb

Na podobny temat:
„Reparacje – polska odpowiedź”
„Reparacje – polska broń atomowa”

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 37 (15-21.09.2017)


Reparacje – polska odpowiedź

Droga do dochodzenia roszczeń za II wojnę światową stoi przed Polską otworem. Mamy w ręku solidne argumenty – oby nie zabrakło woli politycznej, by ich użyć.



Opublikowana 11 września przez Biuro Analiz Sejmowych „Opinia prawna w sprawie możliwości dochodzenia przez Polskę od Niemiec odszkodowania za szkody spowodowane przez drugą wojnę światową...”, przygotowana na wniosek posła PiS Arkadiusza Mularczyka, w sposób usystematyzowany i poszerzony potwierdza podnoszące się w publicznej debacie głosy wg których Polska nigdy wiążąco nie zrzekła się niemieckich odszkodowań za II wojnę światową. Dotyczy to także deklaracji rządu PRL z 23 sierpnia 1953 r., na co zwróciłem uwagę niedawno na tych łamach w felietonie „Czy Polska faktycznie zrzekła się reparacji?”, powołując się m.in. na pochodzące z 2005 r. ustalenia zespołu powołanego przez ówczesnego prezydenta Warszawy, Lecha Kaczyńskiego oraz wyniki kwerendy w Sekretariacie ONZ przeprowadzonej przez Grzegorza Kostrzewę-Zorbasa w 2014 r.
Tak się szczęśliwie złożyło, że niedawno własną analizę przedstawiła również Służba Naukowa Bundestagu na zlecenie wiceprzewodniczącego tej izby niemieckiego parlamentu, Johannesa Singhammera – możemy więc sobie porównać argumentację obu stron. Co tu ukrywać, konfrontacja ta wypada dla Niemiec miażdżąco.
Strona niemiecka podnosi m.in., że polskie roszczenia utraciły moc wskutek przedawnienia i milczącej rezygnacji z ich dochodzenia na przestrzeni minionych dziesięcioleci. Nie jest to prawda. Po pierwsze, prawo międzynarodowe nie przewiduje przedawnienia w stosunku do zbrodni wojennych oraz zbrodni przeciwko ludzkości, a także przedawnienia roszczeń z tytułu tychże. Dalej, postanowienia z Poczdamu wedle których Polska miała być zaspokojona z sowieckiej części odszkodowań nie zawierają żadnej przeszkody dla indywidualnego dochodzenia przez Polskę dalszych roszczeń bezpośrednio od Niemiec. Powyższe znalazło potwierdzenie w 1947 r. na konferencji wiceministrów spraw zagranicznych w Londynie, kiedy to zastrzegliśmy sobie prawo „przedłożenia dalszych konkretnych wniosków w tym przedmiocie”. Również podczas XXI i XXII sesji Komisji Praw Człowieka ONZ polski przedstawiciel zwracał uwagę na dyskryminujące ustawodawstwo RFN pozbawiające polskich obywateli odszkodowań. Po wojnie umowy regulujące te kwestie RFN zawarła z 12 państwami europejskimi – jednak nie z Polską (inaczej niż w 1929 r. kiedy to zawarliśmy z Niemcami umowę regulującą te sprawy w odniesieniu do I wojny światowej – po II wś. analogicznego aktu zabrakło). Dodatkowo, wg IV Konwencji Haskiej z 1907 r. państwo prowadzące wojnę odpowiada za każdy czyn osoby wchodzącej w skład jego sił zbrojnych – w odniesieniu do Polski Niemcy nie wywiązały się ze swej odpowiedzialności.
Inny niemiecki argument, dotyczący deklaracji rządu PRL z 1953 r., również zostaje obalony oczywistym stwierdzeniem, że na gruncie ówczesnej konstytucji z 1952 r. rząd nie miał prawa zaciągać na Polskę żadnych międzynarodowych zobowiązań – ratyfikacja i wypowiadanie traktatów należały bowiem do prerogatyw Rady Państwa (ale, dodam od siebie, traktatów, nie zaś składania wiążących na gruncie prawnomiędzynarodowym deklaracji!). Ponadto, ów polityczny gest dotyczył jedynie NRD i złożony został w warunkach ewidentnej niesamodzielności ówczesnego państwa polskiego. Należy też przypomnieć, iż 15 proc. z odszkodowań ZSRR jakie miało być naszym udziałem jest mocno problematyczne, jako że w zamian władze PRL zobowiązywały się do stałych dostaw węgla po preferencyjnych cenach – zatem rzekome „odszkodowania” nie były świadczeniem nieekwiwalentnym, co stawia pod znakiem zapytania ich naturę.
Na koniec, sprawa podnoszonego przez stronę niemiecką „Traktatu 2+4” z 1990 r., mającego ostatecznie „zamykać” rozdział II wojny światowej. Otóż wedle opinii BAS, zagadnienie reparacji i odszkodowań wojennych w ogóle nie było w nim podnoszone, co więcej – Polska nie była stroną owego porozumienia. Wobec powyższego, Biuro Analiz Sejmowych przypomina Konwencję Wiedeńską o Prawie Traktatów z 1969 r. wg której zapis danej umowy rodzi obowiązek dla państwa trzeciego (w tym wypadku Polski) jedynie wówczas, gdy strony traktatu wyrażą taką wolę, a państwo trzecie wyraźnie na piśmie ów obowiązek przyjmie. Innymi słowy – RFN, NRD, USA, Wlk. Brytania, Francja i ZSRR winny były oznajmić, iż „Traktat 2+4” oznacza się zrzeczenie przez Polskę roszczeń wobec Niemiec, zaś Polska pisemnie musiałaby to potwierdzić. Nic takiego nie miało miejsca.
Biorąc pod uwagę powyższe, droga do dochodzenia roszczeń za II wojnę światową stoi przed Polską otworem – tym bardziej, że jedyne co przekazały nam do tej pory Niemcy, to 100 mln. marek jednorazowej pomocy w 1972 r. na rzecz ofiar zbrodniczych eksperymentów medycznych oraz 731.843.600 zł. wypłaconych przez fundację „Polsko-Niemieckie Pojednanie” nieco ponad milionowi robotników przymusowych, co daje 689,97 zł. „na głowę” - ot, taki jednorazowy zasiłek nijak mający się do rzeczywistych rozmiarów polskich strat materialnych i ludzkich. Krótko mówiąc, mamy w ręku solidne argumenty – oby nie zabrakło woli politycznej, by ich użyć.

Gadający Grzyb

Na podobny temat:
„Reparacje – polska broń atomowa”

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 37 (15-27.09.2017)


piątek, 15 września 2017

Reparacje – polska broń atomowa

Prawo jest po naszej stronie. Nie zawahajmy się go użyć – bo w końcu, jak nie teraz, to kiedy?



I. Papierowy „Tygrys” Bundestagu
Nie ma co – na wieść o samej możliwości zgłoszenia przez Polskę roszczeń odszkodowawczych za II wojnę światową Niemcom powiało po tyłku nieprzyjemnym chłodem. Przecież nie tak miało być – obszar Europy Środkowej stanowić miał jako Mitteleuropa gospodarczo-polityczne zaplecze dla niemieckiej hegemonii na kontynencie, Polska zaś w tym układzie winna pozostawać swoistą „perłą w koronie” - niczym Indie u szczytu kolonialnej potęgi Wielkiej Brytanii. Tymczasem ewentualny sukces Polski przed np. „sądem państw” (czyli ONZ-owskim Międzynarodowym Trybunałem Sprawiedliwości w Hadze), wywracałby ten układ do góry nogami – to Niemcy spętane liczoną w setkach miliardów (może nawet w bilionach) euro kontrybucją, stałyby się de facto naszym lennikiem. Słowem, sytuacja z berlińskiego punktu widzenia nie do odwrócenia bez uciekania się do wojny, co oznaczałoby z kolei niemieckie zbrojenia na miarę Hitlera – to zaś w obecnych warunkach nie byłoby możliwe, no chyba, że znów znaleźliby się hojni sponsorzy z wiadomych kręgów, niczym finansowi opiekunowie wujka Adolfa z lat trzydziestych XX wieku. Póki co jednak, taki scenariusz jest mało realny, czemu przy okazji „zagrożenia praworządności” dał wyraz niemiecki eurodeputowany Elmar Brok melancholijnie stwierdzając: „przecież nie możemy wjechać czołgami do Polski”.
Wobec powyższego, Niemcy postanowiły wystawić na wszelki wypadek papierowego „Tygrysa” – w miejsce historycznego imiennika chrzęszczącego gąsienicami i straszącego lufą kaliber 88 mm. Mowa o analizie wysmażonej w ekspresowym tempie przez Służbę Naukową Bundestagu na zlecenie wiceprzewodniczącego Bundestagu Johannesa Singhammera. Warto tu zwrócić uwagę na pewną dysproporcję. Przypomnę, że u nas o podobną ocenę zwrócił się do Biura Analiz Sejmowych szeregowy poseł Arkadiusz Mularczyk i kwestia ponoć okazała się „zbyt skomplikowana”, by rozwikłać ją do tej pory. A Niemcy? Reaguje druga osoba w parlamencie - zamawiasz i masz, w ciągu kilku dni, od ręki. (przypis – ze względu na cykl wydawniczy tygodnika artykuł powstawał jeszcze przed publikacją opinii Biura Analiz Sejmowych, która ukazała się 11 września 2017 r. - GG).
Jak można się było spodziewać, dokument Bundestagu jednoznacznie oddala polskie hipotetyczne roszczenia (piszę „hipotetyczne”, bo wszak są one u nas wciąż przedmiotem publicznych dywagacji, nie zaś konkretnych posunięć prawno-dyplomatycznych) – czemu ochoczo przyklasnęła rodzima V kolumna złożona z medialnych, politycznych tudzież naukowych folksdojczów i jurgieltników. Wszystko na zasadzie: skoro Berlin przemówił, to sprawa jest rozstrzygnięta - Berlin locuta, causa finita. Czyżby?

II. Polska nie zrzekła się reparacji!
Zrelacjonujmy pokrótce stanowisko Berlina. Otóż po pierwsze, odnosząc się do słynnej deklaracji rządu PRL z 1953 r. o zrzeczeniu się roszczeń wobec NRD, dowiadujemy się, iż Polska Rzeczpospolita Ludowa była państwem „suwerennym”, zaś jej decyzje są „wiążące”. Rymuje się to z wcześniejszą wypowiedzią zastępczyni rzecznika niemieckiego rządu Ulrike Demmer z 2 sierpnia 2017, kiedy to stwierdziła, że rezygnacja z roszczeń dotyczyła „całych Niemiec”. Kolejna rzecz, to potwierdzenia deklaracji z 1953 r., jakie padły ze strony Polski w 1970 i 2004 r. oraz brak podejmowania kwestii reparacji na przestrzeni minionych dziesięcioleci, co świadczyć ma o „rezygnacji” Polski z odszkodowań. Mamy również stwierdzenie o przedawnieniu polskich roszczeń. Argumentem koronnym natomiast ma być „Traktat 2+4” z 1990 r. umożliwiający zjednoczenie Niemiec i ponoć ostatecznie zamykający etap II wojny światowej. Innymi słowy, Niemcy Zachodnie dokonując za zgodą USA, ZSRR, Wielkiej Brytanii i Francji anschlussu NRD, „odziedziczyły” w spadku po niej dobrodziejstwo braku konieczności wypłacania odszkodowań Polsce.
Na pozór brzmi to logicznie i wiarygodnie. Tyle, że to g... prawda. Nic nie jest rozstrzygnięte, zaś analiza organu Bundestagu świadczy jedynie o braku realnych argumentów. Wszystkie powyższe elukubracje mają na celu jedynie rozmydlenie sedna sprawy.
Zacznijmy od deklaracji z dn. 23 sierpnia 1953 r. Faktycznie, rząd PRL zrzekał się w niej dalszych odszkodowań. Uprzednio pobieraliśmy je za pośrednictwem ZSRR na podstawie „Umowy o wynagrodzeniu szkód” z 16 sierpnia 1945 r. - za co „w podzięce” płaciliśmy ZSRR haracz m.in. w postaci obowiązkowych dostaw węgla zarzynających naszą powojenną gospodarkę. Jednak 22 sierpnia 1953 r. ZSRR i NRD zawarły układ w którym ZSRR rezygnował z pobierania reparacji – a dzień później, w niedzielny wieczór, Bierut zwołał nadzwyczajne posiedzenie władz owocujące wspomnianym oświadczeniem. Teoretycznie wszystko jest jasne - zrzekliśmy się rekompensat, sprawa zamknięta.
Problem w tym, że w świetle ówczesnej konstytucji ani rząd, ani Rada Państwa nie miały prawa wydać takiej deklaracji. Artykuł 25 p.7 głosił jedynie, iż Rada Państwa (forma kolegialnej „prezydentury”) „ratyfikuje i wypowiada umowy międzynarodowe” - w całej PRL-owskiej konstytucji nie ma ani słowa o jednostronnych deklaracjach zaciągających (czy to przez „rząd”, czy to przez „Radę Państwa”) na Polskę zobowiązania międzynarodowe, w rodzaju oświadczenia z 23 sierpnia 1953 r. Wspomniana deklaracja zatem była rażącym deliktem konstytucyjnym i jako taka jest od początku nieważna - nie niesie za sobą żadnych skutków prawnych, nawet w „porządku prawnym” PRL! Jest to sytuacja podobna jak z dekretem o stanie wojennym, kiedy to Rada Państwa również przekroczyła swoje konstytucyjne prerogatywy – bo nie miała prawa wydawać dekretów z mocą ustawy podczas trwającej sesji Sejmu. Co za tym idzie, wszelkie późniejsze „potwierdzenia” na jakie powołuje się Służba Naukowa Bundestagu (wiceministra spraw zagranicznych Józefa Winiewicza podczas negocjacji układu PRL-RFN z 1970 r. oraz rządu III RP z 2004 r.) również nie mają żadnej mocy prawnej. Czyli - na gruncie prawa międzynarodowego do niczego się nie zobowiązaliśmy.
Więcej – rząd PRL zaniechał wysłania oficjalnej noty do rządu NRD w powyższej sprawie, co odkrył podczas kwerendy po rządowych archiwach powołany przez prezydenta Warszawy śp. Lecha Kaczyńskiego zespół przygotowujący drugą część raportu o stratach wojennych Warszawy (dziwnym trafem, owa druga część, skupiająca się na zagadnieniach prawnych związanych z odszkodowaniami, jest nie do znalezienia w internecie). A zatem, rzekome zrzeczenie się przez Polskę reparacji nie ma żadnego odzwierciedlenia w układach bilateralnych. Inaczej mówiąc, to wszystko było „na gębę”. Z kolei Grzegorz Kostrzewa-Zorbas w 2014 r. odkrył, iż deklaracja władz PRL z 23 sierpnia 1953 r. nie została zarejestrowana w Sekretariacie ONZ. I tu już Niemcom robi się konkretnie mokro, bo na akty prawnomiędzynarodowe nie notyfikowane przy ONZ nie można się powoływać podczas postępowań przed organami Organizacji Narodów Zjednoczonych – a takim jest Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości w Hadze do którego należałoby ostateczne rozstrzygnięcie.
Cóż więc pozostaje Niemcom? Mogą się powoływać na bierność kolejnych rządów PRL i III RP oraz na „przedawnienie”. Tyle, że w prawie międzynarodowym nie ma sztywno zdefiniowanej instytucji przedawnienia. Jeżeli już, to ma ono formę niedookreślonego prawnie zwyczaju, ale tu ocena, czy zaszło owo niby-przedawnienie i czy Polska zrzekła się roszczeń poprzez zaniechanie, należy do trybunału w Hadze - a ten może równie dobrze orzec na naszą korzyść, jak i Niemców. Lecz by to sprawdzić, należy wnieść tam stosowny, dobrze przygotowany i udokumentowany pozew.
No i wreszcie kwestia „Traktatu 2+4”. Ów traktat był taką bardziej cywilizowaną formą Jałty – dopuszczono nas jedynie do rozmów odnośnie polskich granic. Polska nie miała możliwości podjęcia w procesie negocjacyjnym odszkodowań wojennych. Rząd Mazowieckiego z ministrem Skubiszewskim zresztą nawet tego nie próbowali – i tu, paradoksalnie, ich tchórzostwo wychodzi nam dziś na dobre, bo możemy powiedzieć, że decyzje zostały podjęte bez naszego udziału i ponad naszymi głowami. To, co USA, ZSRR, Wlk. Brytania i Francja sobie uzgodniły z Niemcami – to ich sprawa. My, jeśli chodzi o reparacje, do niczego się nie zobowiązaliśmy.

III. Polska broń atomowa
Konkludując – nigdy i niczego nie zrzekliśmy się w sposób wiążący na gruncie prawa międzynarodowego. Ani w PRL, ani w III RP. Natomiast Niemcy, owszem, jak najbardziej traktatowo zgodziły się na obecne polskie granice. I tu jest ten haczyk z którego Berlin zdaje sobie sprawę, dlatego tak nerwowo oznajmia raz za razem, że sprawa reparacji jest „ostatecznie załatwiona” - jak raczył niedawno oznajmić rzecznik niemieckiego rządu Steffen Seibert. Jeśli zatem Niemcy uruchamiają dziś papierowego „Tygrysa” i grożą równie papierową „bombą atomową” w postaci uruchomienia wobec Polski artykułu 7 Traktatu Lizbońskiego („nie możemy trzymać języka za zębami” - te słowa Merkel są ewidentną reakcją na podniesienie przez nas sprawy reparacji) – to wiedzmy, że w odróżnieniu od przeciwników, mamy na podorędziu prawdziwą bombę. Prawo jest po naszej stronie. Nie zawahajmy się go użyć – bo w końcu, jak nie teraz, to kiedy?

Gadający Grzyb

Na podobny temat:

Czy Polska faktycznie zrzekła się reparacji?

Od reparacji do „polexitu”

Zbrodnie niemieckiego kolonializmu

Namibia, a sprawa polska

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/
Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 37 (13-19.09.2017)


niedziela, 27 sierpnia 2017

Od reparacji do „polexitu”

Dopiero w momencie otrzymania reparacji będziemy mogli powiedzieć, że wygraliśmy II wojnę światową. Póki co bowiem wciąż pozostajemy w gronie przegranych.



I. Reparacyjna gorączka
Zważywszy, iż temat wojennych reparacji jakie należą się nam od Niemiec rozgrzał do białości nie tylko tutejszych folksdojczów, którzy nieustannie pozostają w stanie wzmożonego alertu, lecz również – co zrozumiałe – patriotyczną część opinii publicznej, sądzę, że nie od rzeczy będzie zamieścić kilka uwag nieco mitygujących owo wzmożenie. Oczywiście, nie ulega dla mnie wątpliwości, że odszkodowania nam się należą - ale jakie realnie mamy perspektywy na sukces? Tu ważne zastrzeżenie – mam nadzieję, że Jarosław Kaczyński nie rzucił kwestii odszkodowań ot tak sobie, jako tematu zastępczego w celu rozhuśtania opinii publicznej, bądź w charakterze politycznej demonstracji, aby dać prztyczka w nos Berlinowi za mieszanie się w nasze sprawy. To rzecz zbyt wielkiej wagi na takie figle, o czym świadczy błyskawiczne uruchomienie przez Niemcy wszystkich „pasów transmisyjnych” mających zdezawuować polskie roszczenia. Dalej będę więc pisał zakładając, że jednak mamy do czynienia z inicjatywą poważną.

II. Warunki sukcesu
Zacznę od oczywistości. Zanim strona polska wystąpi z jakimikolwiek oficjalnymi żądaniami, musimy perfekcyjnie odrobić pracę domową. To nie mogą być gazetowe wyliczenia w których fruwają sobie swobodnie różne kwoty – a to 3, to znów 5 czy nawet 6 bilionów euro. Wzorem powinna być tutaj praca zespołu powołanego przez prezydenta Warszawy Lecha Kaczyńskiego szacującego straty wojenne stolicy (ogółem ponad 45,3 mld. dol. w 2004 r.). Efekty badań zostały opublikowane w postaci dwuczęściowego raportu – część druga skupiła się na materiałach źródłowych dowodzących, że Polska nie zrzekła się skutecznie reparacji wojennych. ŚP. Lech Kaczyński nie ukrywał, iż jest to reakcja na działalność Eriki Steinbach i Związku Wypędzonych oraz Powiernictwa Pruskiego. Podobne oszacowania poczyniono również w innych miastach – teraz należy tę operację rozszerzyć do skali ogólnopolskiej, do czego punktem wyjścia mogłyby być wyliczenia przedstawione na Międzynarodowej Konferencji Reparacyjnej w Paryżu w roku 1946 (Polska wówczas wyceniła straty na 16,9 mld ówczesnych dolarów, można jednak domniemywać, iż te szacunki są dalece niepełne).
Analogicznie rzecz się ma w przypadku opracowania podstaw prawnych – tu również nie może być najmniejszej fuszerki, tak by Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości w Hadze nie miał pretekstu by oddalić sprawę z powodu jakichś rażących niedoróbek. To nie może być prawny bubel jakie produkuje się niefrasobliwie w Sejmie, by potem w pocie czoła je nowelizować. Pamiętajmy – mamy jedno podejście i cios musi być nokautujący.
Kolejna rzecz – w kwestii reparacji nie możemy liczyć na regionalne sojusze. Grupa Wyszehradzka ani reszta „Trójmorza” nie pomoże nam, a to z tego względu, że większość państw regionu najchętniej o II wojnie światowej by zapomniała. Czechosłowacja poddała się bez walki unikając większych zniszczeń, na dodatek III Rzesza wykroiła z niej marionetkowe, faszyzujące słowackie państewko ks. Tiso. Węgry, Bułgaria, Rumunia to również dawni „satelici” hitlerowskich Niemiec, zaś Chorwacja ma na sumieniu „państwo ustaszów”. Obywatele państw nadbałtyckich sympatyzowali z III Rzeszą, a Łotysze mieli nawet swoje oddziały SS. Słowem, jako jedyni w regionie postawiliśmy się Hitlerowi i ponieśliśmy za to cenę, która po dziś dzień nie została przez Niemcy spłacona.
Następny punkt – porzućmy z góry nadzieję na wywalczenie czegokolwiek poprzez dwustronne negocjacje z Berlinem. Przekonała się już o tym Namibia od trzech lat prowadząca bezowocne rozmowy w sprawie odszkodowań (30 mld. euro) za ludobójstwo na plemionach Herero i Nama z czasów kolonialnych (lata 1904-1908, ponad 100 tys. ofiar). Rząd w Berlinie zaoferował jedynie powołanie „funduszu pomocowego” w wys. 100 mln. euro, odżegnując się przy tym od używania terminu „odszkodowania”, by nie tworzyć niebezpiecznego precedensu. W efekcie rząd namibijski zdecydował się wystąpić z pozwem do Trybunału w Hadze. Nie znaczy to, że z Niemcami nie należy rozmawiać – należy, jak najbardziej, choćby po to, by wysondować jakie mają w ręku karty i demonstrować przed światem wolę „polubownego” załatwienia sprawy. Jednak zasadnicza batalia rozegra się w Hadze - co polecam pod rozwagę wszystkim rozgorączkowanym kibicom, którym się wydaje, że wystarczy machnąć papierami i tupnąć nogą, a Niemcy wyskoczą z kasy. Nie, to będą lata żmudnych zmagań w gabinetach i na salach rozpraw - i trzeba być na to psychicznie przygotowanym, zwłaszcza pod kątem utrzymania przez cały ten czas spokojnej, lecz żelaznej konsekwencji.
No i wreszcie sprawa podnoszona tu i ówdzie – czyli zaangażowanie do współpracy organizacji żydowskich, zaprawionych w egzekwowaniu miliardowych sum w ramach odszkodowań za holocaust. To rzecz śliska. Z jednej strony przedstawiciele wspomnianych tu namibijskich plemion Herero i Nama wnosząc (niezależnie od władz Namibii) przeciw Niemcom pozew przed amerykańskim sądem, zaangażowali prawnika reprezentującego wcześniej ofiary holocaustu (w ogóle, zalecałbym naszemu rządowi uważne przyjrzenie się sprawie Namibii) – ale między Namibią a Żydami nie ma kwestii spornych. Tymczasem od nas organizacje „holocaust industry” domagają się 65 mld. dolarów za pożydowskie mienie - na bazie prawa plemiennej współwłasności, bo przecież nie na podstawie cywilizowanego prawodawstwa cywilnego - co dla nas jest rzecz jasna nie do przyjęcia. Gdybyśmy zaoferowali im prosty układ – odbierzecie sobie te 65 mld. z tego co wydębimy od Niemców, to tym samym przyznalibyśmy, że ich roszczenia są zasadne. Skończyć mogłoby się tym, że od Niemiec nic byśmy nie dostali, a zostalibyśmy z oficjalnie uznanymi żydowskimi roszczeniami do spłaty. Tutaj zatem zaproponowałbym formułę... prowizji. Należy zawrzeć deal – dostaniecie te 65 mld., ale jako prowizję za wykonaną usługę. Przykładowo – 65 mld. dol. to ok. 55,3 mld. euro, co stanowi 1,106 proc. z kwoty 5 bln. euro jakie mamy otrzymać od Niemiec. I na taką, określoną procentowo prowizję się umawiamy. Jeśli nie pomożecie nam skutecznie wydusić ze szkopów kasy – zostaniecie z niczym. Układ jasny – każdy dostaje swoje, jesteśmy kwita.

III. Reparacje a „polexit”
Nade wszystko jednak musimy sobie uzmysłowić, że oficjalne wystąpienie z roszczeniami reparacyjnymi na forum dwustronnym i międzynarodowym oznacza wojnę z Niemcami – może tylko „zimną”, ale wojnę. W konsekwencji, definitywnie już nie będziemy mieli czego szukać w zarządzanej z Berlina Unii Europejskiej, bo Niemcy zrobią wszystko, by nas w tej Unii zwyczajnie zgnoić. Dzisiejsze przekomarzania z Komisją Europejską na tle „praworządności” to przy tym małe miki. To zaś oznacza konieczność „polexitu” – ale nie ma po czym płakać, bo obecna tendencja przejawiająca się coraz dalej idącymi hegemonistycznymi zapędami tandemu Berlin-Bruksela w połączeniu z różnymi „prędkościami” i tak sprawia, że wyjście z UE stanie się prędzej czy później koniecznością. Rzecz w tym, iż „exit” wiąże się z nader bolesnym finansowo „rachunkiem rozwodowym” o czym przekonuje się właśnie Wlk. Brytania, od której Unia żąda jakichś nieprzytomnych miliardów – padają kwoty 40. a nawet 100 mld. euro. Cel jest jasny – dać Londynowi słoną nauczkę, a zarazem lekcję potencjalnym naśladowcom, unaoczniając im z jaką ceną wiąże się opuszczenie „europejskiej rodziny”. I tu naszą „polisą” stają się odszkodowania od Niemiec. To właśnie niemieckimi pieniędzmi będziemy mogli spłacić „rachunek rozwodowy”, który byłby dla nas trudny do udźwignięcia bez „odszkodowawczego” wspomagania. Do tego, niemieckie reparacje zapewnią nam miękkie lądowanie, stając się odpowiednikiem obecnych eurofunduszy.
Biorąc pod uwagę zarysowane tu uwarunkowania, kwestia wojennych odszkodowań staje się dla nas absolutnie kluczowa. A poza wszystkim - dopiero w momencie otrzymania reparacji będziemy mogli powiedzieć, że wygraliśmy II wojnę światową. Póki co bowiem wciąż pozostajemy w gronie przegranych.

Gadający Grzyb

Na podobny temat:
Zbrodnie niemieckiego kolonializmu

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 34 (25-31.08.2017)