piątek, 22 stycznia 2016

A więc wojna!

Polska padła ofiarą wojny hybrydowej. Z całego arsenału właściwego dla tego rodzaju konfliktu nie ma u nas jedynie „zielonych ludzików”.

I. Wojna hybrydowa

„A więc wojna!” - tylko tym historycznym cytatem z komunikatu Polskiego Radia z 1 września 1939 roku można skomentować kroki wszczęte ostatnio wobec Polski. O ile dotychczasowe pohukiwania zachodnich mediów i polityków, szczególnie niemieckich, można było traktować jako rozłożone w czasie ultimatum, o tyle zarówno zainicjowanie przez Komisję Europejską procedury kontroli praworządności, jak i obniżenie ratingu Polski przez agencję „Standard & Poor's” należy uznać za akt otwartej wojny z obecnym rządem, a de facto – z usiłującą wybić się na podmiotowość Polską. Proszę zwrócić uwagę, że mamy tu do czynienia ze skoordynowaną akcją wywołania kryzysu tak na arenie wewnętrznej, jak i międzynarodowej. Demonstracje KOD-u, same w sobie niegroźne, zyskały nieproporcjonalne do ich wagi wsparcie propagandowe z zagranicy. Zbiegło się to z jawnym oczekiwaniem wyrażanym przez dotychczasowy establishment III RP, również medialny, na jakąś formę obcej interwencji, czego jaskrawym przykładem było założenie donosicielskich blogów przez trzech dziennikarzy „Gazety Wyborczej” (Michał Kokot, Paweł Wroński i Roman Imielski) na portalu niemieckiego tygodnika „Die Zeit”, czy apel innego dziennikarza tejże gazety, Bartosza Wielińskiego, do Niemiec, by „nie milczały”. Z kolei Wojciech Czuchnowski otwartym tekstem wezwał polską armię, by ta wypowiedziała posłuszeństwo szefowi MON, Antoniemu Macierewiczowi – a wszystko to w cieniu rokoszu konstytucyjnego firmowanego przez prezesa TK Andrzeja Rzeplińskiego, tudzież postulatów formułowanych przez prawnicze autorytety aby prezesi sądów sabotowali wytyczne resortu sprawiedliwości, jeżeli uznają je za „sprzeczne z prawem”, a nawet posunęli się do „strajku sędziowskiego”.

Nie ma się co oszukiwać – Polska w chwili obecnej padła ofiarą „wojny hybrydowej”. Z całego arsenału właściwego dla tego rodzaju konfliktu nie ma u nas jedynie „zielonych ludzików”, wszystko inne się zgadza. Spójrzmy: wojna propagandowa – jest, próby wewnętrznej destabilizacji i sparaliżowania państwa – jak najbardziej, naciski polityczne z zagranicy – a i owszem, wojna ekonomiczna obliczona na rozchwianie gospodarki – również. Zresztą, także pojawienie się „zielonych ludzików” pod pozorem „bratniej pomocy” i „ratowania demokracji” może być jedynie kwestią czasu, zważywszy, że wciąż żyjemy pod rządami słynnej „ustawy 1066”, z niezrozumiałych dla mnie względów nie uchylonej jeszcze przez parlament. Wszystko zależy od rozwoju wydarzeń. W każdym razie, rodzime Targowiczątka nie posiadają się ze szczęścia, głośno wyrażając swoją schadenfreude.

II. Bitwa o złotówkę

Posunięcia rządu PiS godzą w potężne interesy gospodarcze i polityczne. Z jednej strony, Niemcy nie mogą sobie pozwolić na utratę kolonizowanej politycznie i ekonomicznie Mitteleuropy. O ile były w stanie jeszcze zdzierżyć bunt niewielkich Węgier Victora Orbana, o tyle wybicie się na samodzielność dużego kraju, jakim jest Polska, szczególnie w warunkach rysującego się sojuszu państw Europy Środkowej, jest dla nich nie do zaakceptowania – stąd uruchomienie Brukseli i Komisji Europejskiej. Z kolei wprowadzany podatek bankowy, oraz podatek od sieci handlowych w połączeniu z projektem uregulowania kwestii łże-kredytów frankowych, a także rozprawienia się z procederem „cen transferowych” i wyprowadzania z Polski miliardów dolarów rocznie, uderza w interesy międzynarodowych koncernów. Stąd obecna, wielopłaszczyznowa akcja mająca na celu upadek rządu PiS i dojście do władzy „grzeczniejszych” następców – choćby spod znaku „.Nowoczesnej” Ryszarda Petru.

Jak donosi „Gazeta Finansowa”, od listopada 2015 roku prowadzony jest atak spekulacyjny na złotówkę w obronie której Bank Gospodarstwa Krajowego wydał już kilka miliardów euro. Oznacza to, że lobby bankstersko-spekulacyjne poczuło się poważnie zagrożone dojściem do władzy PiS. Analogiczny atak przeprowadzono w 2010 roku na węgierskiego forinta, zaraz po zwycięstwie Victora Orbana, który również nie taił zamiaru zerwania z gospodarczą kolonizacją Węgier. Czyli, mamy walkę na wyczerpanie – albo pieniądze skończą się spekulantom, albo polskiemu rządowi. I w tym właśnie kontekście należy rozpatrywać obniżenie długoterminowego ratingu Polski przez „Standard & Poor's” z A- do BBB+. Jest to dywersja na rzecz globalnych spekulantów obliczona na zachwianie złotówką. Pocieszające, że Polska jest obecnie w lepszej kondycji gospodarczej niż Węgry w 2010. Skoro Budapeszt wyszedł z konfrontacji obronną ręką, to jest szansa, że obroni się i Warszawa. Ponadto o stabilnych podstawach gospodarki świadczy fakt, iż żadna z pozostałych agencji „wielkiej trójki” („Fitch” i „Moody's”) nie obniżyła swych prognoz.

Dodajmy, iż „S&P” jest agencją dość specyficzną. Jej konto nie tylko obciążają „pomyłki” ratingowe (jak w przypadku oceny „Lehman Brothers”) współwinne wybuchu globalnego kryzysu finansowego w 2008, lecz również wątpliwe motywacje działania. Np. w 2011 r. „S&P” obniżyła rating USA z AAA do AA+ - rzecz bez precedensu – co skutkowało potężnym tąpnięciem na Wall Street. Przy czym szef „S&P” John Chambers bez żenady przyznał, że za obniżką nie stały żadne obiektywne dane ekonomiczne – chciał mianowicie... „ukarać polityków”. Jak widać, „S&P” zamiast oceniać wskaźniki woli od czasu do czasu zabawić się w giełdowego Pana Boga i poharcować na styku gospodarki i polityki. Tak jest i tym razem – agencja oświadczyła bowiem, że obniżenie ratingu Polski jest efektem „zamachu” na Trybunał Konstytucyjny i „zawłaszczenia” mediów publicznych. Na marginesie operacji „S&P” warto jeszcze wspomnieć, że gdy poprzedni Trybunał Konstytucyjny uchylał Bankowy Tytuł Egzekucyjny jako naruszający zasadę równości, jedynym sędzią, który złożył zdanie odrębne idąc po linii lobby bankowego, był Andrzej Rzepliński. Tak, finansowa międzynarodówka niewątpliwie ma kogo bronić...

III. Pełzający zamach stanu

Czy decyzja „S&P” może mieć dla Polski realne negatywne konsekwencje? Może. Osłabienie złotego będzie skutkować choćby wzrostem rentowności polskich papierów dłużnych i zwiększeniem kosztów obsługi naszego zadłużenia zagranicznego. A to w skrajnych przypadkach prowadziło już w niedawnej przeszłości do upadku rządów – szczególnie, gdy zbiegło się z polityczną wolą różnych europejskich „wielkich braci”. Przypomnę tu historię funkcjonowania niesławnej „Grupy Frankfurckiej” - nieformalnego gremium w skład którego wchodzili: Angela Merkel, Nicolas Sarkozy, Jean-Claude Juncker (ówczesny szef eurogrupy), Christine Lagarde (dyrektor zarządzająca MFW), José Manuel Barroso (wówczas przewodniczący Komisji Europejskiej), Herman Van Rompuy (przewodniczący Rady Europejskiej, poprzednik Tuska), Mario Draghi (prezes EBC) i Olli Rehn (komisarz UE ds. gospodarczych i walutowych). Grupa ta podczas szczytu G-20 w listopadzie 2011 otwarcie deklarowała zamiar obalenia rządu Silvio Berlusconiego. Najpierw doprowadzono serią alarmistycznych komunikatów do zwiększenia przez „rynki” oprocentowania włoskich obligacji aż do 7%, zaś ciosem ostatecznym stała się groźba Europejskiego Banku Centralnego wstrzymania wykupu włoskich papierów – czyli zaniechanie finansowania włoskiego długu publicznego. W efekcie, ten sam parlament, który wcześniej popierał Berlusconiego, szybciutko go odwołał, przerażony widmem bankructwa. Następcą został Mario Monti – m.in. europejski prezes Komisji Trójstronnej i członek komitetu sterującego Grupy Bilderberg... Chwilę wcześniej podobny los spotkał greckiego premiera Jeorjosa Papandreu – skutecznie „zgrillowanego” przez duet „Merkozy” i „rynki” po tym jak zapowiedział referendum w sprawie warunków pomocy finansowej dla Grecji. Zastąpił go Lukas Papadimos – były wiceprezes Europejskiego Banku Centralnego.

Tak się przeprowadza dziś zamachy stanu – bez masowej rewolty, bez wojska na ulicach, w białych rękawiczkach. Polska na szczęście nie należy do strefy euro, ma więc większe pole manewru, nie istnieje już także „Grupa Frankfurcka”, jednak mechanizm działania pozostał niezmieniony i jest na naszych oczach realizowany wobec Polski: serią nacisków polityczno-gospodarczych doprowadzić do upadku niewygodnego rządu, czemu sprzyja nakręcony przez osiem lat władzy PO gigantyczny dług publiczny Polski, w tym 350 mld USD zadłużenia zagranicznego, co czyni nas niestety podatnymi na ataki spekulacyjne w rodzaju tego, który trwa od ponad dwóch miesięcy. Kolejny krok, to desygnowanie na stanowisko premiera „niezależnego fachowca”, dziwnym trafem każdorazowo wywodzącego się z kręgów banksterskich (na takowego najwyraźniej szykowany jest dla Polski Ryszard Petru), który następnie posłusznie spełni oczekiwania swych prawdziwych mocodawców. I o to właśnie toczy się gra - a to dopiero początek wojny.

*

A poza tym:

  • kiedy wprowadzony zostanie zakaz reklamowania podmiotów publicznych w prywatnych mediach?

  • kiedy nastąpi przewalutowanie kredytów frankowych?

  • kiedy zostanie odtajniony aneks do raportu ws. rozwiązania WSI?

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” -------> http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3163-pod-grzybki

Na podobny temat:

„Ojro, ojro uber alles”

Nowa podmiotowość Lewiatana

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 3 (124) (20-26.01.2016)

Pod-Grzybki 35

Krążą plotki, że Tomasz Lis przeniesie swój program do internetu – konkretnie na „Onet” należący do tej samej grupy medialnej Springera, co „Newsweek”. Cóż, przypomnę, że po zwolnieniu z Polsatu, Lis zrobił już podobny manewr – i wtedy internetowa mutacja jego show zakończyła się spektakularną klapą. Będzie zatem kolejny powód do tego, by „Der Onet” omijać szerokim łukiem.

*

Słynne Centrum Eksperckie Kontrwywiadu NATO, które „zawłaszczył” przerażający Macierewicz produkowało sejmowe interpelacje, zgłaszane następnie przez posłów PO jako własne. Nic więc dziwnego, iż przejęcie Centrum tak przeraziło polityków opozycji – teraz już zupełnie nie będą wiedzieli „szto diełat'”. Pewnie dlatego od tamtej pory łażą jak oczadziali, a Schetynescu bredzi coś o przywiezieniu do Warszawy „miliona” demonstrantów. Tak to jest, jak marionetki odetnie się od zewnętrznego sterowania.

*

PiS strzela sobie w stopę – przeforsował bowiem nowelizację ustawy o policji, która daje organom prawo do montowania u operatorów internetowych tzw. bezpiecznych łączy, czyli interfejsów za pomocą których będzie można szczegółowo inwigilować aktywność użytkowników w sieci. No to teraz niech się PiS nie zdziwi, jeśli do KOD-owców zaczną masowo dołączać rozzłoszczeni internauci – niczym w pamiętnym proteście przeciw ACTA. I, choroba, będą mieli rację.

*

Media sportowe donoszą, że przenosiny do polskiej Ekstraklasy piłkarskiej rozważa litewski Żalgiris Wilno. Cóż, zważywszy, iż trzon kibiców Żalgirisu stanowią tamtejsi skrajni nacjonaliści, z kolei wśród polskich kibiców przeważają sympatie patriotyczne i narodowe, byłoby ciekawie. Pomyślmy, o ile mi wiadomo, obecnie sezon liczy sobie 37 kolejek – i tyle dokładnie byłoby okazji, żeby pogrobowcom litewskich Szaulisów spuścić konkretny wp...l. Zapraszamy!

*

Premier Bawarii Horst Seehofer zagroził Makreli Trybunałem Konstytucyjnym, jeśli ta nie zmieni swej polityki imigracyjnej. I to, w połączeniu z sylwestrowymi ekscesami migrantów oraz medialnym kneblem na doniesienia w sprawie tychże, jest dobry moment, by złożyć w Brukseli wniosek o zbadanie stanu praworządności oraz wolności mediów w Niemczech. A potem za karę „Standard & Poor's” obniży im rating. Bo to przecież chyba niemożliwe, by reguły dotyczące Polski nie obowiązywały innych krajów, prawda?

*

Niemcy wzięli sobie do serca transparent polskich kibiców „Protect your women, not our democracy” i zaczynają masowo organizować straże obywatelskie mające czuwać nad bezpieczeństwem na ulicach. Tamtejsze media uderzyły w płacz, że straże angażują „ekstremistów” i przyciągają do „skrajnych środowisk” zwykłych obywateli. Do tego bratnia Austria „zawiesiła” zasady Schengen, strasząc przy okazji końcem UE. I to, drodzy Państwo, będzie jedyny trwały efekt rządów Makreli: renesans narodowego socjalizmu (tu akurat my, Polacy, nie mamy się z czego cieszyć), secesja Bawarii oraz rozpad eurokołchozu. Pani kanclerz, oby tak dalej!

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl

„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 3 (124) (20-26.01.2016)

czwartek, 21 stycznia 2016

Bitwa o handel

O ile jeszcze w 2008 roku małe sklepy detaliczne stanowiły 51 proc. rynku, o tyle w 2015 było to już zaledwie 37 proc.

Nie da się ukryć, że w dotychczasowych bataliach o handel Polska radziła sobie co najwyżej średnio. Przedwojenna akcja „swój do swego po swoje”, bojkotująca sklepy żydowskie i promująca polskie kupiectwo nie doprowadziła do odwojowania tej dziedziny gospodarki – choć dziś można z rozrzewnieniem oglądać stare zdjęcia na których widać szyldy w rodzaju: „chrześcijański sklep żelazny”. Komunistyczna okupacja powojenna to okres „bitwy o handel” jaką Hilary Minc wypowiedział ledwie co odżywającej polskiej przedsiębiorczości, którą zdławiono terrorem, nacjonalizacją i rabunkową operacją „wymiany pieniądza”. No i wreszcie okres po 1989 roku – kto wie, czy nie najbardziej haniebny. Przypomnijmy sobie, że wskutek tzw. „ustawy Wilczka” z 23 grudnia 1988 liberalizującej działalność gospodarczą, wybuchł nagle „kapitalizm łóżek polowych” uwalniając niesamowitą energię milionów przedsiębiorczych Polaków. Polska zaroiła się od targowisk, z bazarowego handlu zaś utrzymywały się (i to na przyzwoitym poziomie) całe rodziny. Później wiele z nich założyło własne sklepy, tworząc prężnie rozwijającą się rodzimą drobną przedsiębiorczość.

Dodajmy, iż w dobie „transformacji” i masowych likwidacji wielkich zakładów pracy, właśnie ów drobny handel był często jedyną deską ratunku przed osunięciem się w otchłań nędzy. Każdy, kto miał w sobie odrobinę inicjatywy, mógł wsiąść w swego „malucha” – i wyruszyć do Turcji, Niemiec, Austrii, na Węgry, by następnie sprzedawać w Polsce zakupione tam towary. Nie ukrywam, że mam do tego osobisty stosunek – jako małolat jeździłem bowiem z rodzicami właśnie na takie przemytnicze „rejzy” do Wiednia i Berlina Zachodniego po zegarki, radiomagnetofony, walkmany, kalkulatory, czy niemieckie czekolady.

Ta świeżo powstała polska warstwa kupiecka została w kolejnych latach zamordowana – śmiem twierdzić, że z pełną premedytacją i przy poparciu „okrągłostołowych” elit. Przypomnijmy sobie z jakim estetycznym wstrętem rodzime salony reagowały na ohydę bazarowych „szczęk”. Co więcej, nałożyły się na to względy ideowo-polityczne. Bodajże Rafał Ziemkiewicz przytoczył niegdyś scenkę z jakiegoś zebrania Unii Demokratycznej, kiedy to jeden z działaczy perorował, iż nie można dopuścić do odrodzenia się w Polsce klasy średniej, gdyż stanowi ona naturalne społeczne zaplecze prawicy. W tej kwestii „historyczny kompromis” między „lewicą laicką” a postkomuną okazał się równie mocny, jak w przypadku lustracji.

Mord na polskim handlu odbywał się dwutorowo – z jednej strony zaczęto go dusić rosnącymi obciążeniami fiskalnymi i ogólnie nieprzyjaznym nastawieniem państwa (rola organów kontrolnych) oraz stopniową reglamentacją kolejnych obszarów obrotu gospodarczego, z drugiej natomiast otworzono na oścież wrota przed międzynarodowymi koncernami handlowymi, przyznając im na dodatek rozmaite ulgi jako „strategicznym inwestorom” tworzącym „miejsca pracy”. Miejsc pracy utraconych w małych sklepach i pogarszającej się sytuacji materialnej prowadzących je rodzin nikt nie liczył.

Do niedawna problem ekspansji zagranicznych podmiotów wypierany był z publicznej debaty. Osoby podnoszące temat traktowane były w kategoriach oszołomów, którzy chcą zawracać kijem Wisłę, sprzeciwiając się prawom rynku i nieuchronnemu postępowi. Dopiero od pewnego czasu następuje przebudzenie – okazało się, że wielkie koncerny handlowe do perfekcji opanowały sztukę „optymalizacji podatkowej”, na potęgę wyprowadzają z Polski zyski (choćby za pomocą cen transferowych), zaś niskie ceny w dyskontach, tudzież super- i hiper-marketach okupione są m.in. ekonomicznym naciskiem na dostawców zmuszanych do funkcjonowania na granicy opłacalności i eksploatacją taniej siły roboczej zatrudnianej na śmieciówkach.

W tych warunkach i tak graniczy z cudem, że rodzimy handel zdołał jeszcze przetrwać, acz tendencja jest nieubłagana. Polska Izba Handlu w swym niedawnym raporcie podaje, że o ile jeszcze w 2008 roku małe sklepy detaliczne stanowiły 51 proc. rynku, o tyle w 2015 było to już zaledwie 37 proc. Od siebie dodam, że owe 37 proc. jest i tak wartością zawyżoną, gdyż coraz więcej sklepów małoformatowych działa na zasadzie ajencji w ramach sieci typu „Żabka” - należącej, nawiasem mówiąc, do funduszu inwestycyjnego Mid Europa Partners. Gdyby wziąć pod uwagę sklepy, których polscy przedsiębiorcy są faktycznymi właścicielami, sytuacja przedstawiałaby się jeszcze gorzej. Ajencje i franczyzy są już tylko protezą prawdziwego, polskiego handlu.

Dlatego tak istotne jest, by zrównać zasady gry, dotąd preferujące wielkich kosztem małych. Progresywny podatek obrotowy dla sklepów z kwotą wolną dla najmniejszych podmiotów i zapowiedź ministra Szałamachy zrobienia porządku z procederem cen transferowych jest z pewnością krokiem w dobrym kierunku, ale też i zaledwie początkiem drogi. Czy po 25 latach uda się odwrócić losy dotąd przegrywanej bitwy o polski handel? Oby. Trzeba tu jednak konsekwentnie naciskać i monitorować poczynania rządu. Ja z pewnością będę.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3163-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 3 (15-21.01.2016)

„Chrońcie swoje kobiety...”

Dla muzułmanów Europejki zawsze będą puszczalskimi proszącymi się o gwałt – choćby dlatego, że według ich standardów nieskromnie się noszą.

„Chrońcie swoje kobiety, nie naszą demokrację” („Protect your women, not our democracy”) - transparent o takiej treści zademonstrowali kibice Pogoni Szczecin na siatkarskim meczu Niemcy-Polska rozegranym podczas turnieju kwalifikacyjnego do igrzysk w Rio de Janeiro. Była to oczywiście aluzja do sylwestrowych zajść w Kolonii i innych niemieckich miastach, kiedy to hordy muzułmańskich imigrantów napastowały, molestowały i okradały biorące udział w zabawie kobiety. Napastowały, dodajmy, zupełnie bezkarnie, bo lokalna policja dostała akurat nagłego ataku ogólnej niemożności. Policjanci usiłujący interweniować otrzymywali od przełożonych rozkazy, by zwalniać zatrzymanych napastników pod pretekstem braku miejsca w aresztach, wskutek czego rozróba trwała bez przeszkód. Tu warto nadmienić, że policja w Niemczech, gdy ma taki rozkaz, potrafi być bardzo stanowcza. Tak się bowiem składa, że ulice niemieckich miast dość regularnie są arenami starć, czy wręcz bitew pomiędzy neonazistowskimi oraz lewackimi bojówkami – i w takich przypadkach tamtejsze służby porządkowe reagują z całym arsenałem dostępnych środków: w ruch idą armatki wodne, gazy łzawiące, broń gładkolufowa i nikt jakoś nie przejmuje się, czy wystarczy miejsc dla aresztantów.

Tym razem było inaczej. Sparaliżowane polityczną presją policyjne władze, ku frustracji szeregowych funkcjonariuszy, postanowiły udawać, że nic się nie stało – podobnie jak czołowe media, które są równie „niezależne” i „pluralistyczne” jak u nas. Gdyby nie internet i mnożące się doniesienia świadków oraz poszkodowanych, sprawa zapewne zostałaby zamilczana na śmierć, a wszczęte na skutek setek zgłoszeń postępowania umorzone z powodu „niewykrycia sprawców”. Wszystko w imię obłąkańczej poprawności, by nie podważać propagandowego wizerunku „biednych uchodźców” i polityki rządu federalnego kanclerz Merkel. Na podobnej zasadzie koledzy nakazali zgwałconej we włoskim obozie dla „uchodźców” wolontariuszce siedzieć cicho i „nie szkodzić sprawie”. Ofiara milczała przez miesiąc, zanim wreszcie zdecydowała się zgłosić sprawę policji.

To zresztą nic nowego – niemiecka policja już od jakiegoś czasu miała nieformalny zakaz informowania o skali przestępczości związanej z napływem imigrantów. Z kolei policja w Szwecji odpowiada za tuszowanie ok. 150 przypadków molestowania przez afgańskich przybyszów do jakich doszło podczas ubiegłorocznego festiwalu w Sztokholmie. Wszystko w imię utrzymania ideologicznej fikcji „multikulturalizmu”. Po sylwestrowych doświadczeniach coś jednak pękło – dłużej milczeć zwyczajnie się nie dało, do czego prócz presji zaalarmowanej opinii publicznej, przyczynił się również niemiecki związek zawodowy policjantów mający dość oskarżeń o tolerowanie łamania prawa przez przyjezdnych. Niejako przy okazji okazało się, że podczas starć w ramach „arabskiej wiosny” na placu Tahrir w Kairze sytuacja była podobna: kobiety, w tym zachodnie dziennikarki relacjonujące wydarzenia, były atakowane, zdzierano z nich ubranie... podczas gdy w światowych mediach obowiązywał entuzjastyczny ton zachwytów nad „samoorganizującym się” społeczeństwem, które spontanicznie i nowocześnie skrzyknęło się przez Facebooka, by obalić złego tyrana Mubaraka. No więc teraz również młodzi muzułmanie zwołali się przez media społecznościowe, by sobie poużywać. W odpowiedzi zaś pani burmistrz Kolonii poradziła Niemkom, by „poruszały się w grupie” i „trzymały na odległość ramienia” od nagabujących je mężczyzn.

Te dobre rady cioci-Kloci na etacie burmistrza skupiają jak w soczewce nieprzekraczalne różnice kulturowe, których oficjalnie władze nie przyjmują do wiadomości. Otóż, dla muzułmanów Europejki zawsze będą puszczalskimi proszącymi się o gwałt – choćby dlatego, że według ich standardów nieskromnie się noszą – i takie wypadki jak w Kolonii będą się powtarzać. Na szczęście, zwykli Niemcy chyba już ostatecznie przejrzeli na oczy, a krętactwa władz i mediów stały się decydującym katalizatorem wybuchu społecznego niezadowolenia. Jest w tym szansa i dla nas: podobno reakcje Niemców na zacytowany we wstępie transparent były przychylne (kibice zaprezentowali go również podczas kontrmanifestacji przeciw berlińskiemu oddziałowi KOD – policja niemiecka tym razem zareagowała z całą energią, rekwirując banner). Istnieje więc możliwość, że tamtejsza opinia publiczna zacznie z równą rezerwą traktować histeryczne doniesienia o „łamaniu demokracji” w Polsce, jak już traktuje oficjalną narrację rządu i mediów w kwestii imigrantów. Chciałoby się rzec – więcej takich oddolnych akcji. A od naszych polityków oczekuję, że wykorzystają ten prezent – choćby wnosząc na forum unijnym o debatę nad stanem praworządności w Niemczech...

*

A poza tym:

  • kiedy wprowadzony zostanie zakaz reklamowania podmiotów publicznych w prywatnych mediach?

  • kiedy nastąpi przewalutowanie kredytów frankowych?

  • kiedy zostanie odtajniony aneks do raportu ws. rozwiązania WSI?

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

„Bankructwo Angeli Merkel”

„Imigranci chędożą Europę”

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3163-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 02 (15-21.01.2016)

Bratankowie z Niedzicy

Zarówno dla rodzimych Targowiczątek, jak i dla Berlina oraz Brukseli, regionalny sojusz jest senną zmorą.

I. Orban odczarowany

A więc w końcu góra i Mahomet się zeszli – wygląda na to, że spotkanie Jarosława Kaczyńskiego i Victora Orbana do którego doszło w Niedzicy w święto Trzech Króli kończy etap absurdalnych dąsów na linii PiS – FIDESZ. Warto tu przypomnieć ubiegłoroczną, oficjalną wizytę węgierskiego premiera w Polsce (pisałem o tym w tekstach „Orban, czyli wróg publiczny w Warszawie” - „PN”nr 8 (78) 02-08.03.2015 oraz „Orban – zawiedziona miłość polskiej prawicy” - „PN” nr 9 (79) 09-15.2015), kiedy to Orban stał się obiektem zmasowanej nagonki polskich mediów oraz świata polityki – i to od lewa do prawa. Cóż, obowiązywała wówczas proukraińska histeria, której przywódca bratanków się nie podporządkował, dogadując się z Putinem w kwestiach energetycznych i upominając się o Węgrów zakarpackich. Jakoś nikomu wtedy nie chciało przejść przez gardło, że po pierwsze - premier Węgier poparł antyrosyjskie sankcje na forum UE, po drugie zaś – deale z Rosją zaczął przeprowadzać dopiero po tym, jak skutecznie zneutralizował trzęsące węgierską energetyką zagraniczne koncerny, w tym również wykupując akcje strategicznego przedsiębiorstwa MOL zajmującego się przetwórstwem ropy i gazu od rosyjskiego Surgutniefietgazu (2011 r.). Szef węgierskiego MSZ, Janos Martonyi, stwierdził wówczas:„Węgry zdołały przeszkodzić Rosjanom w uzyskaniu silnych wpływów ekonomicznych w Środkowej Europie”. Krótko mówiąc, Victor Orban mógł sobie pozwolić na rozmowy z Putinem z podmiotowej pozycji i wynegocjował korzystne warunki – porównajmy to chociażby z nieszczęsnym kontraktem gazowym Waldemara Pawlaka, kiedy na finiszu rozmów musiała interweniować Komisja Europejska, przestraszona rozmiarami tortu, który strona polska chciała ofiarować Moskwie. Poza wszystkim – Orban w relacjach z Rosją nie robił niczego, czego nie robiłyby inne kraje UE.

Wszystko to nie przeszkodziło jednak „obozowi patriotyczno-niepodległościowemu” wieszać psów na potencjalnie jedynym europejskim sojuszniku Polski, który, nawiasem mówiąc, już w 2010 roku, podczas swojej pierwszej zagranicznej wizyty (to w dyplomacji znaczący symbol) proponował nam w Warszawie regionalny sojusz i wspólną politykę wschodnią, nie ukrywając, że widzi w Polsce środkowoeuropejskiego lidera. Został wtedy odprawiony z kwitkiem, podobnie jak w roku ubiegłym – i to nie tylko przez chodzący na niemieckiej smyczy rząd Tuska, a później Kopacz, lecz również przez prawicową opozycję. Innymi słowy, Orban do flirtowania z Putinem został wręcz zmuszony, zarówno wrogością Zachodu, jak i nieżyczliwą obojętnością głównych sił politycznych Polski. Symptomatyczne były tu medialne występy Mariusza Błaszczaka oskarżającego Węgry o łamanie „europejskiej solidarności”, czym idealnie wpasował się w propagandową narrację gabinetu Ewy Kopacz. Odmowa spotkania ze strony ówczesnego lidera opozycji Jarosława Kaczyńskiego była kolejnym „samobójem”, który mógł jedynie utwierdzić Orbana w przekonaniu, że niezależnie od wyników wyborów, nie będzie miał w Polsce z kim rozmawiać. Późniejsze dementi otoczenia węgierskiego premiera, jakoby spotkanie z przywódcą PiS nie było w ogóle planowane, wyglądało jedynie na skrojoną post factum próbę zbagatelizowania afrontu.

II. Budapeszt-Warszawa, wspólna sprawa

Przypominam te wszystkie zaszłości, by zobrazować wagę rozmów w Niedzicy. Na marginesie, samo miejsce spotkania było znaczące, położona na Spiszu Niedzica to bowiem dawne polsko-węgierskie pogranicze. Dwa zamki – węgierska Niedzica i polski Czorsztyn przyglądają się sobie od stuleci przedzielone jedynie doliną, dziś zalaną przez sztuczne jezioro spiętrzone na Dunajcu. Grunt do przełamania – no, może nie tyle lodowej tafli, ile gęstej kry – przygotowała ofensywa dyplomatyczna prezydenta Andrzeja Dudy, z mini-szczytem regionalnych członków NATO w Bukareszcie i wspólnym sprzeciwem wobec projektu Nord Stream 2. Można powiedzieć, że zbliżenie wymusiła sama sytuacja międzynarodowa. Polska po objęciu rządów przez „niesłuszną” opcję znalazła się pod analogicznym ostrzałem zachodnich mediów i polityków orkiestrowanym z Berlina, co orbanowskie Węgry. Dodatkowo, rząd PiS musi się borykać z wewnętrzną opozycją jawnie wyczekującą na jakąś formę zagranicznej interwencji – zupełnie jak węgierscy postkomuniści i liberałowie sponsorowani hojną ręką przez George'a Sorosa. Tu Orban ma nad nami ponad pięć lat przewagi w „zaprowadzaniu faszyzmu” i „niszczeniu demokracji”, albo, mówiąc normalnym językiem – przywracaniu państwa narodowi i windowaniu go na niezawisłość.

Niezależnie jednak od krajowych zgryzot, z pewnością nie zabrakło również i innych wspólnych tematów do omówienia, o czym świadczy chociażby absolutnie ponadnormatywny, sześciogodzinny wymiar czasowy spotkania. Węgry poszukują ewidentnie sposobu na wyjście z politycznej izolacji i pilnie potrzebują sojuszników – przypomnijmy sobie wrześniowe spotkanie Orbana z premierem Bawarii i szefem CSU Horstem Seehoferem podczas którego jednomyślnie krytykowali politykę imigracyjną firmowaną przez Angelę Merkel. Wizyta w Polsce wpisuje się zatem w pewien szerszy trend, potwierdzany przez węgierskie media – montowania sojuszu niezadowolonych z berlińskiego dyktatu, co daje nam sposobność do zaczerpnięcia głębszego oddechu na arenie międzynarodowej. W przeciwieństwie do wielu „dobrze poinformowanych” nie będę udawał, że wiem o czym rozmawiali obaj przywódcy, spróbuję jednak ułożyć katalog spraw do załatwienia.

Z pewnością główną osią porozumienia jest opozycja wobec niemieckiej hegemoni. Europa Środkowa jest dla Berlina, co niejednokrotnie podnosiłem, przestrzenią kolonialnej ekspansji zarówno politycznej, jak i gospodarczej – współczesną odsłoną Mitteleuropy realizowaną pod unijnymi sztandarami. Dlatego, w kontekście zbliżającego się szczytu NATO w Warszawie, należy utwierdzić wspólne stanowisko w kwestii wzmocnienia wschodniej flanki Sojuszu, również poprzez zainstalowanie w naszym regionie stałych baz wojskowych. Następna rzecz, to przeciwdziałanie wszelkimi dostępnymi środkami budowie Nord Stream 2, skazującego nas na marginalizację jako obszaru tranzytowego. W dalszej perspektywie winniśmy zaktywizować starania w kierunku powstania południkowego systemu połączeń gazociągowych, docelowo od Świnoujścia aż po mający powstać terminal na chorwackiej wyspie Krk. Kolejnym tematem jest wymiana doświadczeń w gospodarczej dekolonizacji i polityce prospołecznej, wyrwanie się spod dominacji międzynarodowego kapitału i globalnych instytucji finansowych w rodzaju Międzynarodowego Funduszu Walutowego. No i wreszcie – wspólne stanowisko przeciw obłąkańczej polityce imigracyjnej Niemiec, w szczególności zaś, wobec przymusowego mechanizmu „relokacji” uchodźców.

Aspektem bardziej ogólnym, acz o potencjalnie najbardziej dalekosiężnych konsekwencjach, mogłoby być powstanie osi Warszawa-Budapeszt przyciągającej ku sobie pozostałe państwa regionu. Inaczej mówiąc, widziałbym tu zalążek Międzymorza, którego twardym jądrem byłyby kraje Grupy Wyszehradzkiej plus Rumunia, zaś „jądrem w jądrze” - sojusz polsko-węgierski. Warto również zastanowić się nad ewentualnością opuszczenia struktur unijnych w jakiejś perspektywie czasowej – zwłaszcza po wygaśnięciu obecnego budżetu i związanym z tym radykalnym obcięciem euro-funduszy. Przejście do EFTA (Europejskie Stowarzyszenie Wolnego Handlu – Norwegia, Islandia, Liechtenstein, Szwajcaria), współtworzącego z UE Europejski Obszar Gospodarczy pozostawiłoby nam korzyści płynące z wymiany handlowej, za to zdjęłoby polityczno-biurokratyczną „czapę” Brukseli. W tym kontekście dobrze byłoby wspólnie wysondować, czy Stany Zjednoczone byłyby skłonne (i na jakich warunkach) sprawować geopolityczny patronat nad ewentualnym „exitem” naszego regionu, tak by zminimalizować ryzyko jakichś poważniejszych turbulencji.

III. Unia warczy...

Na zakończenie warto odnotować reakcje na spotkanie obu przywódców. Zarówno dla rodzimych Targowiczątek, jak i dla Berlina oraz Brukseli przymierzających się do „dyscyplinowania” Polski, regionalny sojusz jest senną zmorą. „Orban pewnie powiedział Kaczyńskiemu, że Unia warczy, ale nie gryzie” - to zdanko z komentarza „Sueddeutsche Zeitung” mówi w zasadzie wszystko, tym bardziej, że Orban już zapowiedział, iż Węgry nie poprą żadnych europejskich restrykcji wobec Polski. „Bratnia pomoc” zatem oddala się, ku nieskrywanemu żalowi armii renegatów liczących na to, że „sankcje” i codzienny nacisk zagranicy skorelowany z lokalnymi kryteriami ulicznymi doprowadzą do obalenia rządu PiS. A że Niemcy pogrążają się w coraz większym imigracyjnym chaosie, to wychodzi, że mamy niepowtarzalną szansę by wybić się na podmiotowość nie zważając na bezsilne ujadania – trzeba tylko zręczności i determinacji.

*

A poza tym:

  • kiedy wprowadzony zostanie zakaz reklamowania podmiotów publicznych w prywatnych mediach?

  • kiedy nastąpi przewalutowanie kredytów frankowych?

  • kiedy zostanie odtajniony aneks do raportu ws. rozwiązania WSI?

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

„Orban na linie”

„Orban, czyli wróg publiczny w Warszawie”

„Orban – zawiedziona miłość polskiej prawicy”

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3163-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 2 (13-19.01.2016)

Pod-Grzybki 34

Łał, jedyny konsekwentny wśród armii celebrytów zapowiadających emigrację. Eks-bokser, Przemysław Saleta ogłosił, że wyprowadza się do Tajlandii z powodu tego „co robi teraz PiS” - a poza tym, ma już w Syjamie ulokowane swoje biznesy. Zapewne dlatego zapracowany nie dostrzegł, iż krajem tym rządzi wojskowa junta. Dobra rada – niech Pan unika w swej nowej ojczyźnie konfliktów z prawem. Nie od rzeczy byłoby również poczytać o urokach tajskiego więziennictwa.

*

Tajlandia słynie także z największej na świecie liczby operacji zmiany płci. Taki Krzysztof Bęgowski na przykład, wyjechał, zaczerpnął tajskiego powietrza... i powrócił stamtąd jako Anna Grodzka. Panie Przemysławie, jak by tu rzec... proszę na siebie uważać...

*

Muzułmańscy imigranci w ramach sylwestrowej zabawy postanowili w kilku niemieckich miastach wyleczyć miejscowe kobiety z ksenofobii, a przy okazji nieco sobie poużywać. Warto przypomnieć, że w islamie funkcjonuje coś takiego jak „dżizja” - podatek płacony przez niewiernych na znak poddaństwa. Jak widać, „dżizję” można odbierać również w naturze.

*

Zaglądam na strony „Kretyniki Politycznej”, ciekaw co też o niemieckich zajściach napisze pani Kinga Dunin, która zasłynęła ze stręczenia „książąt Orientu” polskim kobietom w charakterze małżonków. Donoszę, że pani Kinga niezmiennie orbituje w równoległym wszechświecie – winien jest brak miłosierdzia, bo biedni, niepewni jutra przybysze, widząc tuż obok „święta na bogato”, zapragnęli z nich uszczknąć coś dla siebie, a poza tym, nikt nie mówił, ze pomaganie „nie wiąże się z żadnymi kosztami”. Jak rany, pani Kingo – co Pani tu jeszcze robi? Książęta Orientu czekają tuż za płotem! Należy im się jakaś chwila radości – choćby od ostatniej pociechy pułku Mameluków.

*

Jednym z miast, w których napastowano kobiety był Hamburg. I tu przypomniał mi się wywiad, jakiego inny eks-bokser, Dariusz Michalczewski (ksywka „Tiger”), udzielił „Szechter Cajtung”, zachwalając niemieckie multi-kulti. Hm, w zasadzie „Tiger”, jako powszechnie znany bywalec hamburskich przybytków rozkoszy, ale i działacz charytatywny (co chętnie rozgłasza), powinien otworzyć teraz sieć darmowych, wiadomych placówek „nur für Muslime“. Ozdobami byliby Kinga Dunin i Przemysław Saleta – ten drugi już po stosownej operacji, oczywiście.

*

Po spotkaniu Kaczyński – Orban na powrót wielką miłością do Węgrów zapałała „Zona Wolnego Słowa”. Tak, ta sama, która jeszcze niespełna rok temu nie zostawiała na Orbanie suchej nitki za jego konszachty z Putinem (choć jako żywo nic się tu nie zmieniło) i gromko odwoływała wyjazd Klubów „Gazety Polskiej” na Węgry. „Nasze starania w budowaniu relacji polsko-węgierskich, wspólne wyjazdy i uroczystości już dziś procentują” - napisał Tomasz Sakiewicz, który ponownie wdrapuje się na cokół współczesnego Józefa Bema. Jedno jest pewne – gdy już postawią Sakiewiczowi pomnik, jego miedziane czoło będzie lśniło z daleka niczym latarnia morska.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 2 (13-19.01.2016)

czwartek, 14 stycznia 2016

Kto tu jest kolonizatorem?

Nie na darmo pan L. za swą wysługę nagrodzony został synekurami wraz z możliwością spijania tłustych euro-rosołów.

„PiS zachowuje się w sprawach gospodarczych jak kolonizatorzy na zdobytym terenie. Chce wycisnąć z gospodarki pieniądze na przynajmniej częściowe spełnienie wyborczych obietnic” - raczył się wyjęzyczyć podczas zorganizowanej w Sejmie konferencji prasowej eurodeputowany i były komisarz UE, Janusz Lewandowski. Zaczynam od tej wypowiedzi z dwóch powodów. Po pierwsze, jest ona przykładem tego rodzaju zakłamania i bezczelności, które wywołują u mnie wyjątkową irytację. Po drugie zaś, kwestia kolonializmu i „wyciskania” gospodarki skupia jak w soczewce wątki poruszane przeze mnie w felietonach dla „Gazety Finansowej” na przestrzeni minionego roku. Przyjrzyjmy się zatem, kto jest prawdziwym kolonizatorem grabiącym naszą gospodarkę.

Podatki bankowy i od supermarketów do których pije w swej wypowiedzi europoseł PO mają przynieść szacunkowo budżetowi państwa odpowiednio ok. 6 mld i 3-3,5 mld zł. W sumie łącznie wpływy nie przekroczą 10 mld zł w skali roku. Tymczasem według najnowszego raportu amerykańskiego watchdoga „Global Financial Integrity” („Illicit Financial Flows from Developing Countries: 2004-2013”) w latach 2004-2013 wyprowadzono z Polski środki na łączną kwotę 90,017 mld USD, co daje średnią 9,002 mld USD rocznie. Przy aktualnym zaokrąglonym średnim kursie NBP 3,9 zł daje to 35,1 mld zł rocznie, co jest jednak o tyle mylące, że od 2008 obserwujemy skokowy wzrost – powyżej 10 mld USD. W rekordowym 2013 roku suma wyprowadzonego kapitału sięgnęła 16,793 mld USD, co daje ok. 65,5 mld zł. W zestawieniu obejmującym 149 państw znajdujemy się na 20 pozycji – między Filipinami a Białorusią.

Śmiem twierdzić, iż poczesne miejsce w powyższym procederze należy do międzynarodowych koncernów, w tym banków i wielkich sieci handlowych. Weźmy dla przykładu CIT: 10 największych banków zapłaciło w 2014 łącznie 2.603,7 mld zł CIT, jednak jeśli odjąć największego płatnika – polski bank PKO BP – zostaje 1.969,1 mld zł. Z kolei 10 największych sieci handlowych zapłaciło łącznie ok. 500 mln zł CIT. Kto zatem jest tutaj kolonizatorem drenującym gospodarkę? W piętnowanych przez Lewandowskiego podatkach chodzi więc o przynajmniej częściowe odzyskanie tego, co „prawem i lewem” transferowane jest za granicę – do central i rajów podatkowych – oraz o przymuszenie kolonizatorów do finansowej partycypacji w utrzymaniu państwa, które eksploatują.

Owa eksploatacja przybiera zresztą różne formy. Samo wyprowadzanie pieniędzy to dalece nie wszystko. Wielki biznes wylobbował sobie najbardziej elastyczny rynek pracy w UE z rzeszami (dotąd nikt nie policzył tego dokładnie, osobny skandal) pracowników na groszowych „śmieciówkach”, bądź wypchniętych na samozatrudnienie. Wg danych Komisji Europejskiej udział płac w PKB wynosi w Polsce 46% - niżej plasują się jedynie Litwa, Łotwa i Słowacja. Skutkuje to zjawiskiem „working poor” („pracującej biedoty”) - ludzi, którzy mimo podjęcia pracy nie są w stanie zaspokoić podstawowych potrzeb i często kwalifikują się do uzyskania różnych form pomocy socjalnej, której koszty ponosi państwo i samorządy. Krótko mówiąc, kolonizatorzy maksymalizując zyski i tnąc koszty pracy, przerzucają zarazem część swych zobowiązań wobec pracowników na sektor publiczny. Kto za to płaci? Mówiąc „Rejsem”, pan płaci, pani płaci, społeczeństwo - lokalni przedsiębiorcy i zwykli ludzie, którzy nie mają możliwości „zoptymalizowania” zobowiązań podatkowych. Wynikiem jest m.in. skandalicznie niska kwota wolna od podatku plasującą się poniżej minimum socjalnego, co jak kilkukrotnie pisałem, skutkuje tym, że najubożsi płacą de facto podatek od nędzy. Ale państwo musi przecież skądś pozyskać pieniądze... Osobnym efektem zaniżonych wpływów do budżetu jest wzrost zadłużenia, tak na poziomie centralnym, jak i samorządowym – bo sektor publiczny sam się nie sfinansuje. No i wreszcie, jak by nie patrzeć, kolonizatorzy korzystają chociażby z publicznej infrastruktury, również wybudowanej i konserwowanej z publicznego grosza – czyli pieniędzy zabranych innym podmiotom w formie podatków, bądź pożyczonych. Takie są w telegraficznym skrócie różnorakie koszta finansowe i społeczne kolonialnej eksploatacji.

I na to wszystko wychodzi pan Janusz Lewandowski oznajmiając, iż kolonizatorem jest rząd, który powyższe patologie związane z rozmaitymi formami „renty kolonialnej” chce przynajmniej częściowo ukrócić. Warto przypomnieć, że jako minister przekształceń własnościowych Janusz Lewandowski sam brał czynny udział w owej kolonizacji, chociażby wyprzedając za bezcen narodowy majątek, że o przekrętach w rodzaju Programu Powszechnej Prywatyzacji nie wspomnę - i teraz również wypowiada się w interesie swych rzeczywistych mocodawców, niczym nadzorca oddelegowany do stłumienia buntu miejscowych niewolników. No, ale nie na darmo pan L. za swą wysługę nagrodzony został synekurami wraz z możliwością spijania tłustych euro-rosołów – a to oznacza, że już dozgonnie musi chronić interesy tych, którzy go owymi rosołami karmią.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” -------> http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3118-pod-grzybki

Na podobny temat:

http://blog-n-roll.pl/pl/bangladesz-europy

http://blog-n-roll.pl/pl/czy-polsk%C4%99-sta%C4%87-na-bied%C4%99

http://www.blog-n-roll.pl/drena%C5%BC-kolonialny

http://blog-n-roll.pl/pl/podatek-od-n%C4%99dzy

http://blog-n-roll.pl/pl/nowoczesne-niewolnictwo

http://www.blog-n-roll.pl/pl/%E2%80%9Epomys%C5%82y-rodem-z-budapesztu%E2%80%9D-jednak-przejd%C4%85

http://blog-n-roll.pl/pl/te-ubogie-supermarkety

http://blog-n-roll.pl/pl/podatkowa-ruletka

Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 2 (08-14.01.2016)

Strajk sędziowski? Popieram!

Czcigodni sędziowie – strajkujcie i to jak najprędzej. Im wcześniej zaczniecie, tym szybciej będzie można zrobić z wami porządek.

„Szechter Cajtung” na potrzeby „batalii trybunalskiej”, tudzież bitwy o demokrację, postanowił użyczyć łamów Włodzimierzowi Cimoszewiczowi (swoją drogą, przypomina mi się rysunek Andrzeja Krauzego z podpisem: „Dzieci i wnuki komunizmu bawią się w demokrację”), którego na wspomniane okoliczności odpytała Ewa Siedlecka. Cóż zatem radzi, tak po leninowsku („Szto diełat'?”), tow. Cimoszewicz struchlałemu Obozowi Beneficjentów i Utrwalaczy III RP? Oto postuluje ni mniej, ni więcej, tylko powszechny strajk wymiaru sprawiedliwości, który miałby trwać aż do uchylenia przeforsowanej przez PiS ustawy o Trybunale Konstytucyjnym. „Jeśli zastrajkuje kilka tysięcy sędziów, to pokażą światu, jak brutalnego dokonano ataku na niezależność sądów i niezawisłość sędziów. Bo to nie jest atak tylko na sąd konstytucyjny. Dziś Trybunał - jutro Sąd Najwyższy, pojutrze sądy administracyjne i powszechne”. Tako rzecze bezkompromisowy demokrata Cimoszewicz.

Proszę Państwa, to jest doskonały pomysł.

Przypomnę, że środowisko sędziowskie po 1989 roku nie przeszło żadnej weryfikacji. Pierwszy niekomunistyczny prezes Sądu Najwyższego, prof. Adam Strzembosz, stwierdził nawet, iż „środowisko sędziowskie samo się oczyści”, co okazało się tragiczną pomyłką tego skądinąd prawego i zasłużonego człowieka. Nie oczyściło się, co więcej – kierując się korporacyjną lojalnością do upadłego broniło stalinowskich morderców sądowych i sędziów stanu wojennego przed jakąkolwiek odpowiedzialnością. W międzyczasie zaś uzupełniało się, jak każda mafia, przez kooptację, kształtując młody narybek na swój obraz i podobieństwo – rekrutując go zresztą często spośród słusznych, resortowych rodzin, lub wręcz na nieformalnej zasadzie „dziedziczenia” rozpowszechnionej wśród prawniczych dynastii. A teraz obecna prezes SN, Małgorzata Gersdorf, łka podczas listopadowej konferencji poświęconej „niezależności sądownictwa”, że sądy chętnie przedstawiane są jako »mafia w togach«. Zero autorefleksji.

Powszechny strajk sędziowski stanowiłby świetną okazję do kuracji przeczyszczającej. Co najlepsze, Cimoszewicz, jak by nie patrzeć, były minister sprawiedliwości, najwyraźniej zapomniał, że sędziowie i prokuratorzy nie mają prawa do strajku. Taka forma protestu stanowiłaby więc znakomity powód do przeniesienia ich w stan spoczynku, bądź wręcz dyscyplinarnego wydalenia z zawodu – jeśli trzeba, to za pomocą specjalnej ustawy. A patrząc na blitzkrieg, jaki nowa władza funduje trzęsącej dotąd Polską oligarchii, chyba nikt nie wątpi, że stosowny akt prawny mógłby zostać uchwalony w ekspresowym tempie. Z wymiarem sprawiedliwości opartym o obecną, w dużej mierze zdeprawowaną i rozbezczelnioną, nieodpowiedzialną przed nikim kadrę sędziowską, z jawnie zaangażowanymi politycznie środowiskowymi autorytetami, reformy i uzdrowienie państwa będą grzęzły niczym w zastygłym bajorze.

Cimoszewicz wyraża nadzieję, iż społeczeństwo poparłoby strajk, co jest kolejnym objawem syndromu odklejenia elit III RP od rzeczywistości. Urągające poczuciu elementarnej sprawiedliwości wyroki począwszy od głośnych, medialnych spraw, skończywszy zaś na szarej rzeczywistości prowincjonalnych sądów rejonowych, często usitwowionych i zblatowanych z lokalnymi układami sprawia, że większość społeczeństwa z radością powita pogonienie „mafii w togach”. A że będzie paraliż wymiaru sprawiedliwości? Jeżeli już, to chwilowy. Po pierwsze - przy obecnej przewlekłości postępowań przerwa nie będzie aż tak odczuwalna; po drugie – zastrajkuje jedynie część sędziów i niejako przy okazji będzie to probierz upolitycznienia ułatwiający „odsiew”; po trzecie wreszcie – założę się, że asesorzy czekający na sędziowską nominację aż przebierają nogami by zastąpić starszych kolegów. Nie zapominajmy też, że rokrocznie mury uczelni opuszczają tysiące absolwentów prawa. Taki nagły, masowy nabór będzie dla nich błogosławieństwem i – przy odpowiednio przeprowadzonej weryfikacji – realnym odblokowaniem i oczyszczeniem zawodu.

Na wspomnianej wyżej konferencji prezes sędziowskiego stowarzyszenia Themis, Irena Kamińska, wprost wzywała do rokoszu i solidarnego sabotowania przez prezesów sądów poleceń ministra, które uznaliby za „sprzeczne z prawem” („Macie telefony, trzeba się między sobą porozumiewać”). Cimoszewicz z kolei liczy na to, że strajk „pokaże światu”, iż trzecia władza, doprowadzona do ostateczności, podejmuje bezprecedensową próbę obrony pryncypiów”. Jak rozumiem po to, by „świat” odpowiednio zareagował. Rysuje się więc scenariusz skorelowanej eskalacji napięcia wewnętrznego i międzynarodowego. Zatem, czcigodni sędziowie – strajkujcie i to jak najprędzej. Im wcześniej zaczniecie, tym szybciej będzie można zrobić z wami porządek.

*

A poza tym:

  • kiedy wprowadzony zostanie zakaz reklamowania podmiotów publicznych w prywatnych mediach?

  • kiedy nastąpi przewalutowanie kredytów frankowych?

  • kiedy zostanie odtajniony aneks do raportu ws. rozwiązania WSI?

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3118-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 01 (08-14.01.2016)

wtorek, 12 stycznia 2016

Pogadanka o autorytetach

Są dwie instytucje zdolne do kreowania autorytetów - Kościół i bezpieka.

Przełom starego i nowego roku sprzyja różnym remanentom, zatem z góry przepraszam Czytelników, że oderwę się dziś nieco od spraw bieżących, lecz mam odłożonych kilka refleksji, jakie naszły mnie wkrótce po śmierci Władysława Bartoszewskiego (którego, zgodnie z życzeniem Zmarłego, zdążył jeszcze pochować jako prezydent Bronisław Komorowski, co dowodzi, że Pan Bóg ma jednak poczucie humoru). Trwała kampania wyborcza, były pilniejsze sprawy i tak temat stopniowo sobie „stygł” - aż nagle odżył mi w głowie wskutek działalności płomiennych obrońców demokracji, za sprawą których powyłaziły ze swych nor rozmaite autorytety, by przez dwa kolejne weekendy straszyć nas na ulicach. Otóż wspomniane refleksje dotyczą właśnie natury tego dość osobliwego zjawiska, jakim są tzw. autorytety oraz ich społeczna funkcja. Gdyby zapytano mnie, która z osób żyjących obecnie, tu i teraz, jest dla mnie autorytetem, najpierw zacząłbym się zastanawiać. A skoro zacząłbym się zastanawiać, oznaczałoby to tylko jedno: takich autorytetów po prostu nie ma. Autorytet to bowiem ktoś, kogo wymienienie przychodzi w sposób naturalny, jak oddychanie. Dlaczego tak się dzieje? Dlaczego od lat obserwujemy posuchę na rynku autorytetów, nad czym boleją liczni ludzie dobrej woli stroskani, że naród nasz nie ma, panie kochany, przewodnika? Boleją zresztą zupełnie niepotrzebnie, ale o tym za chwilę.

Otóż brak współczesnych autorytetów związany jest moim zdaniem z uwiądem instytucjonalnym, autorytety nie pojawiają się bowiem ot tak, same z siebie. Twierdzenie, że ktoś stał się autorytetem bez instytucjonalnego backgroundu, samą mocą własną, to zwykłe zawracanie głowy, które zazwyczaj ma na celu ukrycie czegoś przed profanami. Tak to już jest, że gawiedzi podaje się na tacy produkt finalny do wielbienia, skrzętnie skrywając kuchnię, która ów produkt wypichciła.

W praktyce wygląda to następująco. Są dwie instytucje zdolne do kreowania autorytetów - Kościół i bezpieka. Wszystko inne to chińskie podróbki. Kościół jest domeną Ducha Świętego, który, jak wiadomo, tchnie kędy chce. Nie są to zatem nasze kompetencje i możemy się co najwyżej pomodlić, by w stosownym momencie pojawił się ktoś na miarę kardynała Wyszyńskiego, bądź Jana Pawła II. Przy czym, autorytet takowy nie musi być osobą duchowną, rzecz bowiem w instytucji promującej, nie w przynależności „stanowej” kandydata. Tacy ludzie, naznaczeni charyzmatem, po śmierci są często wynoszeni na ołtarze.

Jeśli zaś chodzi o bezpiekę, to wiadomo - lepiej się trzymać od niej z daleka. Wszelkie flirty, podejmowanie gier, są z góry skazane na klęskę, gdyż ten organizm ma to do siebie, że wszystkich zadufanych w sobie cwaniaczków połknie, przetrawi i wydali. Tu znów ważne zastrzeżenie - autorytet wykreowany przez bezpiekę wcale nie musi być konfidentem. Może, ale nie musi. Wystarczy, że bezpieka namierzy kogoś, kogo z jej punktu widzenia warto lansować, bo jest osobą z jakichś względów użyteczną. Sądzę, że był to właśnie przypadek Władysława Bartoszewskiego, który wcześniej, owszem, był znany i szanowany, lecz na ober-autorytet został wylansowany dopiero, gdy pokłócił się z Kaczyńskimi i przeskoczył do obozu Platformy. Natomiast próby samodzielnego kreowania autorytetów przez jakieś grupy, środowiska, bądź media, prędzej czy później kończą się kompromitacją i niesmakiem - tak jak to się stało przy okazji sprawy prof. Witolda Kieżuna. Ba, skoro w pewnym momencie mógł zostać strącony z piedestału sam Adam Michnik, którego po aferze Rywina bezpieka postanowiła skarcić, to o czym tu mówić?

Przypadkiem osobnym i oryginalnym wyjątkiem jest postać marszałka Piłsudskiego. Jego nie tyle wykreowała bezpieka, ile to on kazał bezpiece się wykreować w masowej świadomości. To jak z tym dowcipem o Chucku Norrisie i spodniach („Chuck Norris nie nosi spodni. To spodnie noszą Chucka Norrisa”).

Tak więc, przestańmy się martwić o autorytety. Kiedy nadejdzie pora, zostaną one nam objawione (mowa o autorytetach proweniencji kościelnej), lub podstawione (autorytety rodem z bezpieki). Stanie się tak, gdy któraś z tych instytucji odzyska właściwą jej moc sprawczą. Prędzej czy później będziemy mieli tę swoją latarnię morską, lub błędne ogniki na bagnach – w zależności od tego, która z sił o jakich tu mowa będzie stała za aktem kreacji – i ludzie pogrążeni dziś w mentalnym stuporze nareszcie będą wiedzieli co myśleć i robić. I to w zasadzie tyle w kwestii społecznej funkcji autorytetu: ująć masy w karby i poprowadzić je gdzie trzeba – ku zbawieniu, bądź na zatracenie. My jednak - nawiązując do wspomnianych na wstępie stroskanych ludzi dobrej woli - póki co, spokojnie róbmy swoje, bez oglądania się na różnych „starszych i mądrzejszych”.

*

A poza tym:

  • kiedy wprowadzony zostanie zakaz reklamowania podmiotów publicznych w prywatnych mediach?

  • kiedy nastąpi przewalutowanie kredytów frankowych?

  • kiedy zostanie odtajniony aneks do raportu ws. rozwiązania WSI?

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3118-pod-grzybki

Ilustracja: Andrzej Krauze

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 53 (31.12.2015-07.01.2016)

Lekcja „niepokorności”

Redaktorstwo z Czerskiej i okolic odbiera właśnie pierwszą, dość bolesną lekcję „dziennikarstwa niepokornego”.

Ci z Państwa, którzy śledzą prawicowy internet pewnie już o tym wiedzą, ale na wszelki wypadek poinformuję, bo to miły prezent świąteczny. Oto „Szechter Cajtung” naprawdę zaczyna ostro robić bokami, co ujawnił były redaktor gazety, Piotr Pacewicz w desperackim wpisie na „Facebooku”, cytuję: „proszę: wykupcie prenumeratę (chodzi o internetową prenumeratę wyborczej.pl - PL), bo w ten sposób też bronicie demokracji. Serio, Sytuacja "GW" jest finansowo trudna, a może być jeszcze gorzej, bo przeciwnicy będą kombinować. A świat bez GW byłby jednak gorszy, prawda? Nawet dla ludzi, którzy jej nie lubią, czy mają rozmaite pretensje. Panuje przekonanie, że Wyborcza i Agora to potęga finansowa. Tymczasem sprzedaż papierowej Wyborczej spadła w XXI wieku ponad dwukrotnie (!), reklam jest (pip) razy mniej, a duże czytelnictwo w sieci nie przynosi dochodu, bo ludzie uważają, że 'jak w sieci to za darmo'. Redakcja jest znacznie zredukowana, zarobki ograniczone, pracują jak wściekli.

No, czyż to nie urocze? Redaktorstwo z Czerskiej i okolic odbiera właśnie pierwszą, dość bolesną lekcję „dziennikarstwa niepokornego”. Otóż, szanowni Państwo, dziennikarska niepokorność, z której tak lubiliście dworować, wiąże się z pewnymi niezbyt miłymi aspektami dnia codziennego. Z Waszych różnych enuncjacji wnioskuję, iż do tej pory sądziliście, że to taka odmiana „pluszowego krzyża” do którego z nieukrywaną radością zaczęliście się przymierzać zaraz po wyborach parlamentarnych, bo uwierała Was łatka „dziennikarzy reżimowych” i „pluszaków władzy”. Pamiętam twitterową wypowiedź Tomasza Lisa, przemawiającego jak rozumiem w imieniu całego Waszego środowiska: „teraz to my jesteśmy niepokorni”. Cóż, zacytowany tu wpis Pacewicza świadczy, że chyba pomału zaczyna do Was docierać, co to w praktyce oznacza.

„Niepokorność” to nie jest bynajmniej jedynie mołojecka sława bezkompromisowych opozycjonistów – i to na dodatek zdobywana tanim kosztem przy poklasku tłumów. Niepokorność to również praca w biedującej gazecie za niskie wynagrodzenie, które na dodatek nie wiadomo kiedy i w jakiej wysokości zostanie wypłacone. To codzienna niepewność, czy danemu tytułowi uda się przetrwać na rynku. To odcięcie od reklam i ogłoszeń różnych publicznych instytucji oraz spółek Skarbu Państwa. To również niechęć reklamodawców prywatnych, którzy nie chcą narazić się władzy sponsorując opozycyjne media. To, krótko mówiąc, długi marsz o głodzie i chłodzie bez gwarancji końcowego sukcesu. Przetrwać można jedynie dzięki gronu oddanych czytelników, na szacunek których trzeba sobie wpierw solidnie zapracować. Czy „Wyborcza” ma takich? O tym przekonamy się wkrótce. Zobaczymy, jaki odzew będzie miał apel redaktora Pacewicza. Być może niedługo doczekamy chwili, gdy któryś z wice-Michników zacznie prosić, by kupować po dwa egzemplarze „GW”, lub przeczytany egzemplarz podarować sąsiadowi propagując w ten sposób „wolne słowo” dławione przez kaczystowski reżim. A tymczasem możecie skorzystać z porady Rafała Ziemkiewicza, który niedawno podpowiedział Wam właściwą drogę: zakładajcie Kluby „Gazety Wyborczej”, „Rodziny Radia Tok FM” i urządzajcie miesięcznice „zamachu trybunalskiego” - takie „eventy” mają bowiem silny walor integracyjny. Od siebie dodam, że nie od rzeczy byłoby organizowanie spotkań po świetlicach i salkach parafialnych z autorami wynagradzanymi na zasadzie „co łaska” z puszczonego wśród publiczności koszyczka. Docierajcie do rozsianej po świecie Polonii, którą do tej pory tak pogardzaliście. Zakładajcie portale blogerskie i internetowe radio w których będziecie całymi latami działać jako wolontariusze, dla czystej idei i satysfakcji z tego, że coś się zrobiło. Mogę nawet podzielić się z Wami własnymi doświadczeniami z tego typu działalności. Jestem niezwykle ciekaw efektów i tego, czy zdołacie przetrwać dwie kadencje postu bez różnych finansowych kroplówek. To taka lekcja niepokorności gratis ode mnie.

Zmieniając nieco temat. Kolejną dobrą informacją jest zapowiedź Ministerstwa Skarbu o odejściu od zamieszczania ogłoszeń w mediach, co przyniesie oszczędności rzędu 6-8 mln zł. Ogłoszenia mają być publikowane na stronach internetowych poszczególnych instytucji, ewentualnie w Biuletynie Informacji Publicznej. Dobra nasza, jak tak dalej pójdzie, będę mógł uznać pierwszy z postulatów, które zamieszczam na końcu każdego tekstu za „odhaczony”. Państwowe instytucje wycofują się również z prenumeraty „Wyborczej”. Pozostaje pytanie, czy gazetę będzie teraz stać na przygarnięcie Tomasza Lisa, co dość pochopnie obiecał red. Michnik – zwłaszcza, że pan Tomasz przywykł do gwiazdorskiego traktowania i takichże stawek? Szczęśliwie, nie jest to nasze zmartwienie – Wesołych Świąt!

*

A poza tym:

  • kiedy wprowadzony zostanie zakaz reklamowania podmiotów publicznych w prywatnych mediach?

  • kiedy nastąpi przewalutowanie kredytów frankowych?

  • kiedy zostanie odtajniony aneks do raportu ws. rozwiązania WSI?

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3118-pod-grzybki

Ilustracja: Wirtualne Media

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 52 (23-30.12.2015)

poniedziałek, 11 stycznia 2016

Portret KOD-owca

W miarę liczny udział w manifestacjach jest reakcją obronną KOD-owców na uczucie pogłębiającego się dyskomfortu.

I. Na tropie KOD-owca

Kiedy przeglądam sobie w internecie relacje z dwóch kolejnych antyrządowych „sobotnic” („sobótek”? „subotników”?), zastanawia mnie jedno – kim jest większość uczestników? Nie sądzę bowiem, by te kilka-kilkanaście tysięcy osób składało się wyłącznie z partyjnych działaczy, opłacanych najemników, rodzin prominentów, resortowych dzieci, dyszących nienawiścią sierot po Palikocie i generalnie – kasty „nachapanych” broniących stanu posiadania. To znaczy, oni wszyscy oczywiście w jakimś stopniu są tam obecni, moderują przekaz, wykorzystują sobotnie „eventy” dla swoich celów – niemniej jednak „na oko” większość demonstrantów stanowią zwykli ludzie i to, patrząc choćby po ubiorze, często tacy, którzy symboliczne „ośmiorniczki” jadają jedynie ustami swych przedstawicieli. A jednak coś powoduje, że przychodzą, przynoszą te własnoręcznie wykonane transparenty, utożsamiają się z KOD-em i gotowi są robić za darmowe, demonstracyjne mięso armatnie.

Kim zatem jest przeciętny uczestnik demonstracji – taki, który wychodzi na ulicę, bądź zapisuje się do KOD-u powodowany wewnętrzną potrzebą, a nie ze względów polityczno-organizacyjnych? Myślę, że próba wyjaśnienia tej kwestii jest o tyle istotna, że pomoże nam zrozumieć co tak naprawdę dzieje się w sferze społecznej w Polsce przełomu 2015 i 2016 roku.

Sądzę, że znam odpowiedź na to pytanie – a przynajmniej jej dość istotną część.

Na trop naprowadził mnie wywiad, jakiego „Gazecie Wyborczej” udzielił w połowie października Michał Bilewicz, kierownik działającego na Uniwersytecie Warszawskim Centrum Badań nad Uprzedzeniami. Tu mała dygresja naświetlająca kontekst: owo Centrum Badań nad Uprzedzeniami, jak sama nazwa wskazuje, jest silnie lewicowo zorientowanym projektem, prowadzącym dość wytężoną pracę ideologiczną ubraną w szaty socjologicznych badań z zakresu „stereotypów, uprzedzeń, rasizmu, dyskryminacji i innych zagadnień z obszaru stosunków międzygrupowych”. Poczytuję sobie od czasu do czasu produkowane tam raporty w rodzaju „Postawy wobec mniejszości muzułmańskiej w Polsce”, „Postawy antyizraelskie, a antysemityzm w Polsce”, na podobnej zasadzie, jak zaglądam na strony „Krytyki Politycznej” czy „Wyborczej” - bo zawsze lepiej choć w przybliżeniu wiedzieć, co lęgnie się po tamtej stronie. Tym bardziej, że oni również nie próżnują jeśli chodzi o prześwietlanie prawicy, o czym świadczy chociażby raport „Podłoże prawicowych preferencji wyborczych młodych Polaków”, w którym rozłożono wyborców PiS, Kukiz'15, KORWIN-a i narodowców z przedziału wiekowego 18-29 lat na czynniki pierwsze.

II. „Negatywny autostereotyp”

W każdym razie, wspomniany Michał Bilewicz, młody, 35-letni profesor (co, swoją drogą, pokazuje na czym obecnie warto robić karierę akademicką), przynajmniej na użytek zewnętrzny potrafi wznieść się od czasu do czasu ponad obowiązujące w mainstreamie schematy i w całkiem ciekawy sposób zdiagnozować społeczne podziały, co czyni m.in. w przywołanym wywiadzie dla „GW” - momentami całkiem nie po linii „michnikowszczyzny”. Gros rozmowy dotyczy wprawdzie prawicowej i antyimigranckiej „mowy nienawiści”, lecz na jej marginesie pojawiają się również bardziej interesujące wątki.

Spójrzmy na kilka cytatów. Oto, odnosząc się do zaostrzenia języka publicznej debaty w Polsce, Bilewicz wskazuje jako źródło problemu „podział smoleński”, podkreślając, że początkowo grupa wierząca w zamach była o wiele mniej uprzedzona do grupy wierzącej w wypadek lotniczy, niż na odwrót. Za wzrost agresji odpowiadają głównie zwolennicy hipotezy „wypadkowej” - grupa ta „izolowała się, a często też ustami różnych naukowców, w tym psychologów, używała pogardliwego języka. To wtedy zaczęto mówić o »sekcie smoleńskiej«, o tym, że niektórych trzeba wysłać do psychiatry”. Nałożył się na to podział społeczny: „z jednej strony mamy zamożną »Warszawę«, z drugiej »mohery«, »kiboli«, »prowincję«, z którymi »Warszawa« nie chce mieć wiele do czynienia, bo to świat ludzi zwykle biedniejszych, który uważamy za trochę kompromitujący, a my chcemy być tacy jak Europa”. I dalej: „mamy tendencję do zamykania się w takich bąblach, gdzie już każdy, kto nawet je inaczej: schabowy z ziemniakami zamiast eko, jest postrzegany jako ten gorszy”. (…) „Myślę, że stąd ich reakcja na wypowiedź Tokarczuk - oni czuli, że pisarka nie bije się we własne piersi”.

No i wreszcie clou: „przeprowadzałem badania wśród młodych mieszkańców dużych miast i pojawiło się w nich coś dziwnego, co nie pojawiło się w żadnych innych znanych mi badaniach tego typu w Europie czy w Stanach Zjednoczonych. (…) Negatywny autostereotyp. Kiedy zapytaliśmy ich o to, kim są Polacy, usłyszeliśmy, że to złodzieje, narzekacze, lenie i pijacy. Badania robione na próbach reprezentatywnych na wsi i w małych miastach zupełnie nie pokazywały takiego negatywnego autostereotypu” (...) Wygląda na to, że Polacy w dużych miastach zapytani o to, kim są Polacy, nie myślą o sobie. Oni są »warszawiakami«, »ruchami miejskimi«, »liberalnymi pracownikami korporacji«, »pracownikami mediów«, »naukowcami«. A Polacy to dla nich, z grubsza mówiąc, elektorat PiS-u.

III. „Orientacja na dominację”

I tu chyba właśnie mamy odpowiedź na postawione we wstępie pytanie. W kontekście zacytowanych powyżej diagnoz, dotyczących zarówno genezy podziałów jak i wyższościowych aspiracji przepajających, nazwijmy to umownie, wielkomiejską klasę średnią, wychodzi na to, że ludzie ci między innymi zaspokajają emocjonalną potrzebę dowartościowania się. Chcą poczuć się znów przez moment członkami „lepszego towarzystwa”. Przywykli do tego, że „ich” (czy może – podsunięte im) poglądy są jedynie słuszne, że „mohery” z prowincji są wprawdzie straszno-śmieszne, lecz w gruncie rzeczy skazane na wymarcie, że „wszyscy ludzie na poziomie” sądzą... i tu wpisz dowolne, co akurat sądzić wypada. Słowem – że należą do lepszej kasty „już-prawie-europejczyków”, że sprawy muszą iść w dobrym kierunku, skoro chwali nas Berlin i Bruksela, Tuska zaś zrobiono „królem Europy”. A Polacy? Polacy to banda ciemnych nieudaczników, którzy nadają się co najwyżej do klęczenia w kruchcie, lub w najlepszym razie do roboty na zmywaku w Londynie.

Wygrana PiS im to wszystko odebrała.

To musiał być dla nich szok. „Pisowcy” dorwali się do władzy i będą „ten kraj” urządzać teraz po swojemu? Te wąsate Janusze konsumujące schabowe i browary z „Biedronki” mają rządzić? A co z nami? No i, mówiąc Telimeną – „co świat powie na to”? Taki wstyd... W miarę liczny udział w manifestacjach jest reakcją obronną na uczucie pogłębiającego się dyskomfortu. Ta cała obrona demokracji, konstytucji i czego tam jeszcze jest jedynie wtórnym racjonalizowaniem opisywanych tu emocji. Dlatego tak rzucili się na zmanipulowaną wypowiedź Kaczyńskiego o „gorszym sorcie Polaków”. To przekorne określanie się w ten sposób (tak jak prawica na własny użytek obezwładniła inwektywy typu „ciemnogród”) jest formą oporu przeciw uzurpacji prowincjonalnych chamów – nawet jeśli owa „prowincja” zaczyna się nie za rogatkami Warszawy, lecz w blokowiskach Bródna czy innego Bemowa. Chronią w ten sposób poczucie własnej wartości związane z symboliczną przynależnością do lepszego świata. Rolę kastowych totemów może pełnić cokolwiek, co odróżnia „nas” od „onych” - opornik, konstytucja, Trybunał... I dlatego teraz gotowi są dać się pokroić za establishment III RP walczący desperacko o ochronę swych habitatów i żerowisk – bo ów mainstream, ci sędziowie, politycy, też stali się swoistymi totemami. Jakkolwiek absurdalnie by to nie zabrzmiało, ci tzw. „zwykli ludzie” demonstrujący pod Sejmem i Trybunałem, utożsamili się z elitami właścicieli III RP. Bo to ich we własnych oczach wyróżnia spośród roszczeniowego motłochu, który zagłosował na obietnicę 500 zł „na dziecko” i chroni przed deklasacją. Logika plemiennego podziału idealnie wpasowała się w suflowaną im atmosferę zagrożenia. Smutne to, lecz prawdziwe.

Na zakończenie – w uczonych raportach Centrum Badań nad Uprzedzeniami, dość istotną kategorią – przypisywaną, rzecz jasna, prawicy – jest „orientacja na dominację społeczną” („Social Dominance Orientation”, SDO). Oznacza ona „przekonanie, że hierarchia grup ludzkich jest naturalna i potrzebna oraz, że dominacja jednych grup nad innymi jest pożądana; osoby o wysokim poziomie SDO na ogół przeciwstawiają się wszelkim próbom ograniczania nierówności społecznych, a także cechują się wyższym poziomem uprzedzeń”. Wypisz-wymaluj, postawa opisywanych tu „oporników”. Przewrót na politycznej scenie dowartościowujący pogardzaną prowincję jest uderzeniem w ich poczucie społecznej hierarchii. A to powoduje z kolei, że będą bronić swego – niechby i wyimaginowanego – statusu. Ta zimna wojna, niestety, prędko się nie skończy.

*

A poza tym:

  • kiedy wprowadzony zostanie zakaz reklamowania podmiotów publicznych w prywatnych mediach?

  • kiedy nastąpi przewalutowanie kredytów frankowych?

  • kiedy zostanie odtajniony aneks do raportu ws. rozwiązania WSI?

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3118-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 50-52 (23.12.2015-12.01.2016)

Pod-Grzybki 33

Mediodajnie donoszą, że na łono ISIS trafiły już setki ochotniczek z całego świata, by oddawać się tamtejszym bojownikom w ramach „Jihad al-Nikah”, czyli „seksualnego dżihadu”. A Kinga Dunin opiewająca powaby „książąt Orientu” ciągle w Polsce? Pani Kingo, lepiej się pośpieszyć, bo konkurencja wciąż rośnie.

*

A może, skoro góra nie chce przyjść do Mahometa, to Mahomet przyjdzie do góry? Już widzę te łajby pełne Sindbadów Żeglarzy ze smartfonami w rękach, pracowicie wyszukujących gdzie, na Allaha, mieści się redakcja tej całej „Krytyki Politycznej”.

*

Działania Swetru i animowanie „społecznego sprzeciwu” skojarzyły mi się z informacją wg której w samym 2012 roku Soros przekazał antyorbanowskiej opozycji na Węgrzech pół miliarda forintów. Któż jest „Sorosem” pana Swetru? I tu natrafiłem na wypowiedź dr Żukowskiego: „Mamy do czynienia z sytuacją, że wielki kapitał ma do wyboru: albo płacić 40 mld zł rocznie, których nie chce płacić, albo znaleźć jakiś ruch, sztuczny i plastikowy, jakąś formację, aby go wykreować, żeby obalić rząd, który chce te pieniądze dać na 500 zł dla zwykłych ludzi”. I to by się kleiło – modus operandi wedle którego za każdą „oddolną” rewolucją stoi jakaś finansowa granda sprawdza się w całej rozciągłości.

*

Tradycyjny kącik „Deutsche Welle” wsparty „Szechter Cajtung”. Oto dowiadujemy się, że „PiS przeraża Niemców”, zaś „w Berlinie kończy się cierpliwość wobec polskiego rządu”, a na domiar złego „Urząd Kanclerski ma z kolei Warszawie za złe, że z kancelarii Beaty Szydło nie nadeszła żadna propozycja terminu jej wizyty w Berlinie. Mimo iż Angela Merkel wysłała już zaproszenie. - To niebywałe postępowanie – mówią Niemcy”. I cóż tu powiedzieć? Może to, że właśnie Warszawie powinna „skończyć się cierpliwość” do hegemonistycznych uroszczeń Berlina? I że do Niemców jakoś nie chce dotrzeć, że właśnie skończyły się czasy, gdy premier polskiego rządu kursował do Kancelarii Rzeszy na gwizdek?

*

Hm, teraz wiadomo, dlaczego Thomas Mueller nie pozwolił Robertowi Lewandowskiemu wykorzystać karnego w ostatnim meczu jesieni, przez co nasz Robert nie strzelił swojej 50 bramki w tym roku dla Bayernu Monachium. To wszystko zemsta za upokorzenie „mutter Angeli”.

*

Żeby nie było tak różowo. Media donoszą, że premier Beata Szydło na ostatnim unijnym szczycie bardzo złagodziła polskie stanowisko w sprawie powołania Europejskiej Straży Granicznej i Przybrzeżnej, która miałaby przejmować kontrolę nad granicami zewnętrznych krajów UE (czyli potencjalnie również Polski) „nie radzących” sobie z imigrantami - nawet wbrew ich woli. Czyżby powracała stara zmora polskiej polityki – tu, w kraju, na użytek wewnętrzny ostro gardłujemy w stylu „Nicea albo śmierć”, a w Brukseli nagle robimy się wielce „konstruktywni” i układni? Obym nie był złym prorokiem...

*

Ech, zostawmy te zgryzoty - przed nami Boże Narodzenie. Drodzy Państwo, Wesołych, spokojnych, rodzinnych Świąt i szczęśliwego Nowego Roku!

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 50-52 (23.12.2015-12.01.2016)

czwartek, 7 stycznia 2016

Partycypacja podatkowa

Czas złotych żniw dobiega końca - pora wreszcie uregulować rachunek za lata eksploatacji.

Po podatku bankowym, który opisywałem tu ostatnio, rząd PiS – zgodnie z wyborczą obietnicą – zabrał się za opodatkowanie sklepów wielkopowierzchniowych. Tutaj jednak zaczynają się schody. Pierwotnie nowa danina miała mieć postać podatku obrotowego w wysokości 2 proc. dla wszystkich sklepów o powierzchni powyżej 250 m2. Tu jednak larum podniosły polskie firmy, przekonując, że taka forma zagrozi im w konfrontacji z zachodnimi gigantami handlowymi. Dlatego rozważane są propozycje alternatywne – podniesienie limitu powierzchni do 400 m2, lub wprowadzenie podatku progresywnego przy ewentualnym zwolnieniu dla sklepów poniżej 100 m2. Każde z tych rozwiązań niesie ze sobą pewne ryzyko – np. wielkie sieci mogą zacząć inwestować w małe placówki, co ostatecznie dobiłoby rodzimych drobnych sklepikarzy. Ponadto małe sklepy sieciowe działają na ogół na zasadzie franczyzy – formalnie przedsiębiorcą jest Jan Kowalski prowadzący swojego „Żuczka”. Trzeba by zatem uściślić, że podatek pobierany byłby od obrotów w całej sieci franczyzowej – tylko jak odbiłoby się to na wspomnianym Kowalskim, czy sieć nie przerzuciłaby na niego kosztów? Z kolei kryterium wysokości obrotów – tak w wariancie progresywnym, jak i liniowym – mogłoby skutkować sztucznym dzieleniem sieci na mniejsze podmioty w ramach tej samej grupy kapitałowej. Jaki problem wymienić szyldy w „Biedronkach” na, dajmy na to, „Motylki” czy inne „Chrabąszcze”?

Z dwojga złego, chyba jednak progresywny podatek obrotowy byłby stosunkowo najbardziej skuteczny – tu jednak wiele zależy od skalkulowania spodziewanej kwoty do zapłacenia w konfrontacji z kosztami „parcelacji” sieci i promocji nowych „marek”. W każdym razie, coś zrobić trzeba, bowiem wielkie sieci handlowe, podobnie jak inne międzynarodowe koncerny, poczynają sobie w Polsce (i szerzej – w krajach naszego regionu) niczym w podbitej kolonii – mordując rodzimą konkurencję, wyzyskując na różne sposoby dostawców i transferując zyski za granicę. Dotąd obowiązywała u nas wolna amerykanka – w przeciwieństwie do wielu krajów Europy Zachodniej, gdzie funkcjonują chociażby regulacje dotyczące lokalizacji sklepów wielkopowierzchniowych, czy zakaz handlu w niedziele. W Polsce potężne lobby wielkich sieci jak do tej pory skutecznie blokowało wszelkie tego typu inicjatywy – przypomnijmy sobie jaki kataklizm gospodarczy wieszczono gdy wprowadzano zakaz handlu w dni świąteczne. Skutkowało to w ciągu minionego ćwierćwiecza agresywną ekspansją, której ofiarą padł przede wszystkim rodzimy handel. Przykładowo, w moim kilkunastotysięcznym miasteczku działa osiem sieciowych marketów spożywczych i do tego trzy przemysłowe. Łatwo sobie wyobrazić, jak odbiło się to na miejscowych drobnych przedsiębiorcach.

Efektem powyższego są nieustające złote żniwa. Dla handlowych gigantów Polska – głównie wskutek nieefektywnego i nieszczelnego systemu podatkowego – stała się de facto rajem podatkowym. Dość powiedzieć, że w 2014 r. 10 największych sieci handlowych w Polsce zapłaciło raptem 500 mln zł. CIT przy przychodach niemal 110 mld zł. Sieci tłumaczą się wysokimi wydatkami na nowe inwestycje, jednak gołym okiem widać, że mamy do czynienia z „optymalizacją” i to szytą wyjątkowo grubymi nićmi. Kilka miesięcy temu było głośno o analizie prof. Dominika Gajewskiego z SGH, który wyliczył polską lukę w ściągalności CIT na 46 mld zł rocznie, z kolei wcześniejsze szacunki Komisji Europejskiej przy okazji „afery Junckera” (wyprowadzanie zysków do Luksemburga) mówiły o 20 mld zł. W tym kontekście warto dodać, że sieci handlowe zanotowały w 2014 roku obroty w wysokości 168 mld. A zyski? Firma KPMG podaje w swym raporcie, że spośród 20 największych sieci 5 zanotowało w ubiegłym roku stratę, a w kilkunastu innych oficjalny zysk nie przekroczył 1,5 proc. Powszechną praktyką jest stosowanie tzw. cen transferowych, czyli arbitralnie ustalanych wewnątrz danej korporacji cen różnych dóbr, które są używane w rozliczeniach między podmiotami działającymi w różnych krajach – np. zagraniczną spółką-matką a krajową spółką-córką. W ten sposób można legalnie wyprowadzać zyski do centrali choćby pod postacią opłat licencyjnych (prawa do marki, logo itd.), przy bezradności fiskusa cierpiącego na dodatek na chroniczny brak urzędników specjalizujących się w tej tematyce. Ocenia się, że rocznie wyprowadzanych jest z Polski ok. 70 mld zł, w czym największy udział mają właśnie koncerny handlowe.

Podatek od sieci handlowych, to nie tylko doraźna potrzeba załatania budżetu i znalezienia pieniędzy na wyborcze obietnice socjalne w rodzaju 500 zł na dziecko, podniesienia kwoty wolnej od podatku, czy obniżenia wieku emerytalnego. Chodzi również o wyrównanie szans między podmiotami krajowymi a zagranicznymi, a nade wszystko – by wielkie, międzynarodowe koncerny zaczęły wreszcie łaskawie partycypować w funkcjonowaniu państwa na którym dotąd bezkarnie żerowały. Czas złotych żniw dobiega końca - pora wreszcie uregulować rachunek za lata eksploatacji.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://blog-n-roll.pl/pl/%E2%80%9Epomys%C5%82y-rodem-z-budapesztu%E2%80%9D-jednak-przejd%C4%85

http://blog-n-roll.pl/pl/te-ubogie-supermarkety

http://blog-n-roll.pl/pl/podatkowa-ruletka

Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 51-52-01 (18.12,2015-07.01.2016)