Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Grupa Wyszehradzka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Grupa Wyszehradzka. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 15 grudnia 2019

„Nowa” i „stara” UE – kto kogo sponsoruje?

W latach 2010-2016 transfery unijnych środków netto do państw Europy Środkowej wynosiły od 2 do 4 proc. ich PKB. Natomiast odpływ zysków i innych dochodów majątkowych w tym samym okresie sięgał nawet blisko 8 proc. PKB.

W tle polsko-brukselskich przepychanek o „praworządność” i „cele klimatyczne” trwa jeszcze jedna, cicha batalia – o kształt najbliższego unijnego budżetu. Nie jest tajemnicą, że państwa „starej Unii” będące płatnikami netto, pragnęłyby znaczącego odchudzenia budżetu, w szczególności zaś środków na fundusze spójności, których największymi beneficjentami są kraje „nowej” Unii, w tym przede wszystkim Polska. (Na marginesie, warto zauważyć, iż jesteśmy w Unii już od ponad 15 lat – ciekawe, czy jest jakaś cezura czasowa, po upływie której przestaniemy być traktowani protekcjonalnie, niczym wieczni młodsi bracia, bez przerwy sztorcowani i przywoływani do porządku). Ostatnio pełniąca prezydencję Finlandia pod naciskiem Niemiec i Holandii zgłosiła kolejny projekt obcinający limit wydatków do 1,07 proc. połączonego Dochodu Narodowego Brutto (DNB) państw członkowskich – dla porównania, ubiegłoroczna propozycja Komisji Europejskiej postulowała 1,114 proc. wspólnotowego DNB. Za tymi cięciami stoi niewypowiedziana głośno postawa głównych płatników netto, mających dosyć „sponsorowania” „nowej” Europy w dotychczasowym wymiarze – tym bardziej, że od jakiegoś czasu krajom naszego regionu zdarza się coraz mocniej wierzgać przeciw dominacji tradycyjnych unijnych liderów i zdradzać tendencje emancypacyjne spod dotychczasowej kurateli.

Dlatego dobrze byłoby przywrócić właściwe proporcje – bowiem wciąż mamy podszytą kompleksami predylekcję do traktowania unijnych funduszy w kategoriach manny z nieba, sypanej przez dobrych wujków z Zachodu, pragnących z czystej bezinteresowności inwestować w nasz dobrobyt. A co za tym idzie – winniśmy naszym dobrodziejom wdzięczność i posłuszeństwo. Otóż nic z tych rzeczy.

Warto tu odnotować zdroworozsądkowy głos rumuńskiej eurodeputowanej Clotilde Armand, zasiadającej z ramienia frakcji liberałów w komisji budżetowej Parlamentu Europejskiego. Opublikowała ona mianowicie na łamach serwisu POLITICO artykuł w którym czarno na białym wykazała, jak wyglądają przepływy finansowe na linii „stara” - „nowa” Unia i kto tak naprawdę czerpie z tego partnerstwa większe korzyści. Po pierwsze, podniosła kwestię swoistej „ekonomicznej inwazji” zachodniego biznesu na kraje Środkowej Europy – wykupywanie przedsiębiorstw, w tym państwowych monopoli (znamy to z własnego podwórka – casus TP S.A. „sprywatyzowanej” francuskiemu państwowemu monopoliście) i zdominowanie niemal wszystkich gałęzi gospodarek przez zachodni kapitał. W zamian popłynęły na Wschód unijne fundusze, głównie z przeznaczeniem na budowę infrastruktury – teraz kurek z pieniędzmi ma zostać przykręcony, lecz zachodni biznes pozostanie.

I tu dochodzimy do sedna: jak wygląda bilans dotychczasowej kooperacji? Mówiąc kolokwialnie, zachodnie gospodarki o wiele więcej z Europy Środkowej „wyjęły”, niż w nią „włożyły”. W latach 2010-2016 transfery unijnych środków netto (po potrąceniu składek członkowskich) do państw Europy Środkowej wynosiły od 2 do 4 proc. ich PKB. Natomiast odpływ zysków i innych dochodów majątkowych w tym samym okresie sięgał nawet blisko 8 proc. PKB. Szczególnie drastycznie ta dysproporcja wygląda na przykładzie Czech – niecałe 2 proc. PKB wpływów z tytułu unijnych funduszy i niemal 8 proc. PKB wyprowadzanych zysków. Generalnie, nie ma ani jednego kraju naszego regionu, w którym relacje przepływów wyszłyby na plus. Dodać należy, iż na unijnych środkach korzystały głównie zachodnie firmy realizujące inwestycje – jak we wrześniu przekonywał w Berlinie minister Jerzy Kwieciński, prezentując raport Polskiego Instytutu Ekonomicznego, każde 1 euro zainwestowane w państwach Grupy Wyszehradzkiej w ramach środków spójności przyniosło płatnikom netto 61 eurocentów zysku z tytułu większego eksportu. Do tego, jak zauważa autorka, należy doliczyć trudny do oszacowania drenaż mózgów – emigrację wysoko wykwalifikowanych specjalistów. Nadmieniłbym jeszcze, iż nakłady na infrastrukturę służyły nie tylko mieszkańcom „nowej Europy”, lecz również zachodnim przedsiębiorstwom.

Innymi słowy, mamy przed sobą obraz nader opłacalnej inwestycji o wysokiej stopie zwrotu. Teraz natomiast kraje „starej UE” uznały, iż najwyższa pora owe inwestycje ograniczyć – potrzebna im infrastruktura w znacznej mierze została już wybudowana, ich koncerny zagnieździły się w „nowej Europie” na dobre i nikt ich nie wyrzuci, pora więc na dalszą maksymalizację zysków. Do tego sprowadza się bowiem ograniczenie unijnego budżetu – wspomniana dysproporcja przepływów finansowych będzie jeszcze większa. Kraje Europy Zachodniej będą wciąż osiągały zbliżone profity, za to mniejszym kosztem, jeśli chodzi o zainwestowane środki. Tak wygląda współczesny kolonializm. Warto tu przypomnieć, że unijne środki miały również pełnić funkcję rekompensaty dla słabszych państw za otwarcie ich rynków na niczym nie ograniczoną konkurencję ze strony rozwiniętych gospodarek Zachodu. Po latach chyba nie ma już złudzeń, kto zrobił na tym lepszy interes.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 50 (13-19.12.2019)

środa, 17 lipca 2019

Brukselska wiktoria

To jeszcze wprawdzie nie jest ten etap, gdy możemy przeforsować swoich kandydatów wbrew Niemcom czy Brukseli – ale to już jest ten etap, gdy jesteśmy w stanie skutecznie zablokować narzucanych nam nominatów.

I. „Koniec początku”

To nie jest koniec. To nie jest nawet początek końca. Ale jest to, być może, koniec początku” - ta sentencja z radiowego przemówienia Winstona Churchilla po zwycięstwie pod El-Alamein jako żywo pasuje do stoczonej właśnie brukselskiej bitwy, w której udało się zablokować nominację Fransa Timmermansa na przewodniczącego Komisji Europejskiej. W 1942 r. siły dowodzone przez marszałka Bernarda Montgomery'ego pokonały pancerne zagony Afrika Korps Erwina Rommla, zmuszając je do odwrotu – i była to pierwsza znacząca porażka III Rzeszy w otwartym polu. Teraz natomiast koalicja państw Europy Środkowej wraz z Włochami i zbuntowanymi przeciw Angeli Merkel niemieckimi chadekami utrąciła kandydaturę fanatycznego lewaka i polakożercy na czołowe stanowisko w Europie. Po raz pierwszy kraje „nowej Europy” skutecznie przeciwstawiły się dyktatowi starych potęg, dotąd niepodzielnie trzęsących kontynentem i narzucających mu swą wolę. To wydarzenie bez precedensu – wcześniej bowiem niemiecko-francuski tandem rozgrywał i dzielił nasz region jak chciał, pacyfikując jakikolwiek opór. Zwróćmy uwagę, że jeszcze nie tak dawno ofensywa dyplomatyczna Macrona zakończyła się przeforsowaniem szkodliwej dla nas dyrektywy o pracownikach delegowanych, doprowadzając do podziału na tym tle wśród państw Trójmorza i jego twardego jądra, czyli Grupy Wyszehradzkiej. Wszystko wskazuje, że „gang z Osaki” liczył do końca na powtórkę tego scenariusza – na szczęście, przeliczył się w swych rachubach.


II. Brukselska batalia

Ta zwycięska bitwa ma jeszcze jeden walor – zmusiła dominujące w Unii siły do odrzucenia masek i zaniechania gry pozorów. Do tej pory w unijnych przepychankach panowała zasada fikcyjnego „konsensusu”, w praktyce oznaczająca, że słabsze kraje akceptowały bez szemrania stanowisko silniejszych, co najwyżej zadowalając się jakimiś symbolicznymi koncesjami. Tym razem było inaczej. Spór o Timmermansa obnażył przed szeroką opinią publiczną fasadowość unijnych „demokratycznych” procedur, co jeszcze nie raz będzie odbijało się echem w bliższej i dalszej przyszłości. Przypomnijmy sobie, jak to wyglądało. Podczas szczytu G-20 w Osace Niemcy, Francja, Hiszpania i Holandia porozumiały się co do obsady kluczowych stanowisk, co nazwano „pakietem z Osaki”. Ów „pakiet” został następnie zakomunikowany Donaldowi Tuskowi, który miał przekazać jego ustalenia frakcjom europarlamentu „do wykonu” i przygotować pod jego kątem szczyt Rady Europejskiej, tak by cała operacja przebiegła gładko. Tusk, jak zobaczyliśmy, nie wywiązał się z zadania (a wręcz koncertowo je schrzanił), co wywołało dodatkową wściekłość unijnych możnych – i jest to kolejna dobra informacja dla Polski. Wiodący przywódcy ostatecznie przekonali się, że to bezwolne popychadło Angeli Merkel do niczego się nie nadaje, co oznacza automatycznie, że w Brukseli nikt nie będzie po nim płakał i po zakończeniu kadencji raczej nie będzie mógł liczyć na żadne prestiżowe stanowisko – a co za tym idzie, nie będzie w stanie już realnie zaszkodzić Polsce. Ale to tak na marginesie.

Wracając do meritum - „banda czworga” z Osaki, ta samozwańcza, uzurpatorska Yakuza, chciała sterroryzować resztę państw członkowskich, w starym stylu „koncertu mocarstw”. Tyle, że pragnęła przy tym zachować pozory – że niby toczą się jakieś „negocjacje”, a fotel szefa Komisji Europejskiej dla Timmermansa jest efektem „konstruktywnego kompromisu”. Szczególnie zależało na tym Angeli Merkel, która do końca wspierała swego protegowanego. Pomysł był sprytny – Niemcy rękami Timmermansa miały trzymać sprawiający coraz większe problemy region Europy Środkowej (ze szczególnym uwzględnieniem Polski i Węgier) pod nieustannym ostrzałem, same stojąc dyskretnie z boku i strojąc zatroskane miny. Pomyślmy tylko – skoro Timmermans był w stanie przysporzyć nam tylu kłopotów jako wiceprzewodniczący, to można sobie wyobrazić jakie armaty wytoczyłby jako szef KE. Mógłby chociażby przeforsować powiązanie funduszy strukturalnych z „przestrzeganiem praworządności”, której stan byłby arbitralnie oceniany przez Komisję – czyli przez niego samego. Do tego nie wolno było dopuścić za żadne skarby – i tu premier Morawiecki spisał się na medal. Zmontował skuteczną koalicję, wykorzystując okazję, jaką było rozgoryczenie największej frakcji Parlamentu Europejskiego (EPL) nominacją ich politycznego konkurenta. Opór był tak silny, że Angeli Merkel nie udało się go złamać, mimo ponawianych nacisków na poszczególnych przedstawicieli „koalicji sprzeciwu”. Mniejsze kraje (ale też i skonfliktowane z Brukselą Włochy) wiedziały doskonale o co toczy się gra – ugruntowanie pozycji mocarstwowego duetu francusko-niemieckiego oraz zwycięstwo aroganckiego Timmermansa było groźne również i dla nich, bo nikt nie mógł im zagwarantować, że za chwilę i one nie znajdą się pod byle pretekstem na celowniku. Poza wszystkim, pokazaliśmy, że jesteśmy w stanie budować sojusze, obalając mit o rzekomej „izolacji” Polski w Europie. To spory krok naprzód, zważywszy, że jeszcze dwa lata temu nikt nie chciał umierać za nasz sprzeciw wobec drugiej kadencji Tuska na stanowisku przewodniczącego Rady Europejskiej.


III. Krajobraz po bitwie

W kontekście powyższego, małostkowa zemsta, jaką było utrącenie kandydatów z naszego regionu do innych unijnych stanowisk, czy odrzucenie kandydatury prof. Krasnodębskiego na jednego z 14 wiceprzewodniczących Parlamentu Europejskiego, mają znaczenie drugorzędne. Cel podstawowy został osiągnięty i sądzę, że z upływem czasu będziemy to coraz bardziej doceniać. Brukselska wiktoria wpisuje się również w szerszy kontekst zmierzchu Angeli Merkel – nieformalnej „cesarzowej Europy”. Nominowanie Ursuli von der Leyen było już tylko ruchem osłaniającym niemiecki odwrót. Von der Leyen jest politykiem słabym – w Niemczech nie zanotowała sukcesów jako minister zajmująca się sprawami społecznymi, a jako minister obrony doprowadziła Bundeswehrę na skraj katastrofy. Nie ma podstaw by sądzić, że jako szefowa Komisji Europejskiej będzie sobie radzić lepiej, co może dla nas oznaczać poluzowanie dążącego do „pogłębienia integracji” i federalizacji unijnego gorsetu. Natomiast jej porażki w zawiadywaniu niemiecką armią oznaczają, że również potencjalnie śmiertelnie dla nas niebezpieczny projekt europejskiej armii odchodzi w siną dal. Także pozycja Angeli Merkel, spektakularnie upokorzonej na unijnym szczycie, daleka będzie od dawnej potęgi, gdy jej wola wytyczała kierunki europejskiej polityki.

Zostaje jeszcze Timmermans, który ponownie będzie wiceprzewodniczącym Komisji Europejskiej. Sfrustrowany porażką, wściekły i pałający żądzą odwetu. Oczywiście, będzie starał się nam szkodzić ze zdwojoną energią – tyle, że najbardziej pomyślne dla niego wiatry właśnie przestały wiać. Po pierwsze, raczej się nie zdarza, by brukselscy politycy przez dwie kadencje z rzędu zajmowali się tym samym – zatem Timmermans jako „wice” może tym razem otrzymać inną działkę, niż praworządność. Po drugie, jego karta przygnieciona ciężarem klęski będzie słabnąć. Na nękaniu Polski i Węgier zbudował całą swoją kampanię i pozycję polityczną – i w kluczowym momencie przegrał. Po trzecie, kraje „nowej Europy” zobaczyły, że z unijnym establishmentem można wygrać i od tej pory nie będą już tak potulnie wysłuchiwały połajanek i pouczeń z Brukseli. To ma szansę scementować sojusz państw Trójmorza i Grupy Wyszehradzkiej. Wreszcie – przegrana Timmermansa odebrała tlen krajowej „totalnej opozycji” spod znaku „ulica i zagranica”. Odtąd pomoc dla Schetyny i spółki będzie z pewnością mniej wydajna.

Podsumowując, to jeszcze wprawdzie nie jest ten etap, gdy możemy przeforsować swoich kandydatów wbrew Niemcom czy Brukseli – ale to już jest ten etap, gdy jesteśmy w stanie skutecznie zablokować narzucanych nam nominatów. W porównaniu z tym co było, jest to znaczący postęp. Realnie patrząc, osiągnęliśmy maksimum z tego, co było możliwe - a w polityce jest to wielka sztuka.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 28 (12-18.07.2019)

piątek, 8 września 2017

Niemcy chcą nam zainstalować Tuska

Czy Angela Merkel wkroczy do gry robiąc roszadę – Tusk do Warszawy, Duda do Brukseli?


I. Mitteleuropa-bis

Zacznijmy od tego, co wszyscy wiemy. Obecne rządy Prawa i Sprawiedliwości z Jarosławem Kaczyńskim jako nieformalnym „naczelnikiem” to dla Niemiec skrajnie niewygodna i irytująca sytuacja. Przez osiem lat namiestniczej władzy PO Berlin przyzwyczaił się, że polska kolonia – istna perła w koronie Mitteleuropy – nie tylko nie neguje niemieckiej hegemonii, ale wręcz uprzedza życzenia swego patrona – tak, jak to było ze słynnym „hołdem pruskim” Radosława Sikorskiego, gdy wzywał Niemcy do „wzięcia odpowiedzialności za Europę”. Jak pamiętamy z historii, „branie odpowiedzialności za Europę” jest odwiecznym niemieckim celem i marzeniem, sięgającym korzeniami średniowiecza i Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego. Ów „cesarski uniwersalizm” mający jednoczyć kontynent pod kierownictwem Niemiec pozostaje niezmiennym wyznacznikiem polityki Berlina – na przestrzeni wieków zmieniały się jedynie zewnętrzne pozory i metody. Jest złośliwym rechotem historii, że po dwóch przegranych wojnach światowych Niemcy są dziś o krok od upragnionego celu – wykorzystując jako wehikuł dominacji struktury Unii Europejskiej, która wszak powstała m.in. po to, by trzymać Niemcy w ryzach.

Aby jednak komfortowo umościć się na tronie, Niemcy potrzebują głębszego oddechu, lebensraumu – a ten zapewnić im może tylko obszar Środkowej Europy z kluczowym elementem w postaci uzależnionej od nich Polski. Stąd też powrót do koncepcji Mitteleuropy (choć starannie unika się tego terminu) – czyli zbudowania wokół Niemiec grona państw satelickich stanowiących gospodarcze zaplecze, źródło taniej siły roboczej i rynek zbytu. Mówimy tu o współczesnej formie kolonializmu, z tą różnicą, że owe kolonie nie znajdują się gdzieś hen za morzem, lecz poręcznie, tuż pod bokiem, co znacznie ogranicza koszty eksploatacji i sprzyja budowaniu efektywnych szlaków komunikacyjnych na osi wschód-zachód. Kolonie te, pozostające w strukturach UE i formalnie dysponujące wszelkimi zewnętrznymi atrybutami suwerenności, mają jeszcze ten walor, że swymi głosami wspierają na forum unijnym niemieckie projekty, stanowiąc tym samym dla Berlina dodatkową dźwignię polityczną.

Aby opisywany tu mechanizm sprawnie funkcjonował spełniony winien zostać podstawowy warunek – w krajach Mitteleuropy rządzić musi każdorazowo ekipa z berlińskiego nadania, będąca wyrazicielem interesów „metropolii”. Stąd pieczołowite konstruowanie V kolumny, zarówno jeśli chodzi o ugrupowania polityczne, jak i instrumentarium społecznego oddziaływania – media, fundacje, system stypendialno-grantowy – niestrudzenie pracującego na rzecz przedstawiania Niemiec jako niedosiężnego wzorca cywilizacyjno-kulturowego do którego winniśmy równać. Bo wszak „demokracja kolonialna” polega na tym, by spacyfikowane i utrzymywane w permanentnym poczuciu niższości społeczeństwo wybierało właściwie.


II. Bunt w kolonii

Do pewnego momentu wszystko grało – Polska systematycznie wyrzekała się własnych podmiotowych aspiracji na rzecz płynięcia z „głównym nurtem”, rezygnując ze swych elementarnych interesów i sławiąc dobrodziejstwa euro-funduszy wydawanych pod dyktando mandarynów z Brukseli. Aż tu nagle coś zazgrzytało – Polacy uświadomili sobie, że gonią w piętkę (bo ceną, jaką Berlin z naszych pieniędzy płacił swej ekspozyturze, było milczące przyzwolenie na konserwację antyrozwojowych patologii), na dodatek zaczęli mieć serdecznie dosyć wciskanej im od 1989 r. „pedagogiki wstydu”. W efekcie, w 2015 r. pogonili rządzących z berlińskiego nadania folksdojczów i zagłosowali na ugrupowania zmiany – PiS i Kukiz'15. Z niemieckiego punktu widzenia był to po prostu bunt. I tak też traktują rząd PiS, który z różnym powodzeniem, ale jednak usiłuje realizować suwerennościową agendę – jako uzurpatorów w zrewoltowanej kolonii. A ponieważ dziś Berlin już nie może wysłać tu korpusu ekspedycyjnego, niczym w 1904 r. do Namibii, by ten wyrżnął w pień autochtonów, to walka toczy się innymi metodami, lecz z równą bezwzględnością.

Przywróceniu starego porządku służyć mają zarówno naciski zewnętrzne, zmierzające do międzynarodowej izolacji Polski, tak by funkcjonowała w skrajnie nieprzyjaznym otoczeniu, jak i próby wewnętrznej destabilizacji kraju, by w konsekwencji, mówiąc hasłowo, Polacy zatęsknili za Tuskiem i epoką „ciepłej wody w kranie”. Przy czym sama Angela Merkel woli trzymać się dyskretnie w cieniu, jako że ostentacyjne mieszanie się niemieckiego rządu w nasze wewnętrzne sprawy mogłoby wywołać efekt odwrotny do zamierzonego. Taktykę tę jakiś czas temu otwartym tekstem wyłuszczył „Die Welt” piórem Alexandra Wölla. Otóż, twierdzi on, iż krytyka z Niemiec pod adresem Polski zawsze umacnia kogoś, kogo nie chcemy wspierać” – konkretnie, Jarosława Kaczyńskiego. Dlatego też zmiany musi zaprowadzić samodzielnie polskie społeczeństwo obywatelskie, a wtrącanie się Niemiec do polskich spraw siły te raczej osłabi niż wzmocni. Podwójne weto prezydenta Dudy wobec ustaw o KRS i Sądzie Najwyższym ocenia on jako sukces „strategii niemieszania się”. Basuje mu Thomas Vitzthum, twierdząc iż w Berlinie wiąże się nadzieję z tym, że obecny przewodniczący Rady Europejskiej Donald Tusk stanie w szranki z partią Kaczyńskiego”, zaś wstrzemięźliwość Angeli Merkel w komentowaniu sytuacji w Polsce „ma sprzyjać przygotowaniu gruntu dla Tuska do wyborów.

Oczywiście nie oznacza to, że Merkel rezygnuje z gry na innych fortepianach. Ton niemieckiej prasy pozostaje niezmiennie skrajnie wrogi wobec polskiego rządu, co jest niewątpliwie obliczone na wywołanie rezonansu na Wisłą. Rola polskojęzycznych mediów z niemieckim kapitałem jest od lat ogólnie znana. Do tego dochodzi uruchomienie brukselskich marionetek – tych wszystkich „guyów”, Timmermansów i Junckerów, mających pod byle pretekstem wszczynać antypolskie hece i groteskowe procedury dyscyplinujące. Na powyższe nakłada się ekscytowanie wewnętrznych niepokojów w myśl hasła „ulica i zagranica”. Słowem, jak pisałem tu niedawno – plan zakłada obalenie niewygodnego rządu polskimi rękami przy wsparciu zagranicznych ośrodków nacisku, tak by umożliwić powrót Tuska na białym koniu i zaprowadzenie „porządku w Warszawie”.

A czasu jest coraz mniej, bowiem Niemcy czują, że wymyka im się z rąk nie tylko Polska, ale cały region. Do pewnego momentu Merkel mogła bagatelizować Grupę Wyszehradzką czy inicjatywę Trójmorza – ale w momencie, gdy wsparcia naszemu regionowi udzielił Donald Trump, zaczęła się inna rozmowa. Europa Środkowa powiązana gazociągami tłoczącymi gaz z polskiego gazoportu (i w przyszłości chorwackiego na wyspie Krk) oraz podłączona do Baltic Pipe z gazem z norweskich złóż, do tego ze szlakami komunikacyjnymi na osi północ-południe takimi jak Via Carpatia, wszystko zaś pod amerykańskim parasolem (a Trump nie ukrywa, że gra na osłabienie Niemiec) – temu Berlin nie może się biernie przyglądać, stąd instalacja Tuska w Warszawie staje się zadaniem priorytetowym.


III. Roszada Tusk za Dudę?

Powyższe tłumaczy, dlaczego PO i Nowoczesna prowadzą, zdawałoby się, samobójczą politykę, dekonspirując się jako niemiecka partia w Polsce. Inaczej po prostu nie mogą. Są zakładnikami - i to podwójnymi. Po pierwsze, są zakładnikami paramafijnych układów oligarchii III RP, funkcjonujących m.in. za niemieckim przyzwoleniem. Po drugie - są zakładnikami swych niemieckich protektorów i muszą realizować ich agendę, nawet na własną polityczną zgubę. A w Berlinie najwyraźniej liczą na powtórkę scenariusza z 2007 r. - pozostaje mieć nadzieję, że Polska jest już innym krajem niż wówczas.

Cóż jednak mają zrobić Niemcy, gdy polska gospodarka i budżet mają się dobrze, a PiS ma stabilne poparcie wzmacniane dodatkowo transferami socjalnymi i niskim bezrobociem? Muszą grać na rozbicie, dezintegrację obozu rządzącego (co również byłoby powtórką z 2007 r.).

I w tym miejscu, na koniec, sformułuję daleko idącą hipotezę co do której bardzo chciałbym się mylić, ale sądzę, że powinna zostać wypowiedziana na głos. Czy nagły przypływ „niezależności” prezydenta Dudy związany jest ze słynną 45-minutową rozmową telefoniczną z Angelą Merkel? Czy weta oraz niedawna odmowa generalskich nominacji mają z tym związek? Mówiąc wprost: czy Angela Merkel obiecała Dudzie jakieś stanowisko w Brukseli po zakończeniu kadencji? Przecież na zdrowy rozum, jeżeli Duda będzie kontynuował obecną linię, to PiS nie wystawi go do kolejnych wyborów – a to oznacza śmierć polityczną, bo bez partyjnego wsparcia nie ma co liczyć na drugą kadencję. Oczywiście, na brukselski stołek Andrzej Duda musiałby zasłużyć – np. blokując PiS-owi kluczowe reformy, tak by rząd pogrążył się w paraliżu, zaś obóz patriotyczny – w wewnętrznych wojenkach, być może zakończonych rozłamem. A w odpowiednim momencie Angela Merkel wkroczyłaby do gry robiąc roszadę – Tusk do Warszawy, Duda do Brukseli. Sądzę, że najbliższe tygodnie i zachowanie prezydenta dadzą nam odpowiedź - tymczasem zostawiam Państwa z tym materiałem do przemyśleń.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Merkel i Duda, czyli caryca Katarzyna i król Stasio

Timmermanslewacki burak roku


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 36 (06-12.09.2017)

niedziela, 25 czerwca 2017

Exit Wyszehradu?

Zmierzamy do euro-dyktatu realizującego wobec opornych taktykę sankcji, szykan i represji, podporządkowaną politycznym interesem Berlina.


I. „Czexit”?

Były prezydent Czech (2003-2013), Vaclav Klaus, stanowczo skomentował wszczęcie przez Komisję Europejską procedury dyscyplinującej wobec państw sprzeciwiających się programowi relokacji migrantów. Oddajmy mu głos, bo na tle euro-poprawnej „mowy-trawy”, czeski polityk jawi się jako prawdziwy mąż stanu, potrafiący jasno i wyraziście sformułować diagnozę rzeczywistości i – co ważniejsze – wyciągnąć adekwatne wnioski. „Podejmując ten krok, Komisja Europejska dokładnie pokazała, jaka jest pozycja Czech w Unii Europejskiej. Odrzućmy to ciągłe poniżenie. Nie możemy pozwolić na przekształcenie naszego kraju w wielokulturowe społeczeństwo, jak to ma miejsce teraz we Francji czy Wielkiej Brytanii”. I dalej: „Nadszedł czas, by przygotować wyjście naszego kraju z Unii Europejskiej. To jedyna dobra ścieżka dla Czech, nasz głos jest ignorowany”. Trzeba tu dodać, że Vaclav Klaus również jako czynny polityk stanowczo sprzeciwiał się różnym lewackim szaleństwom, takim jak „walka z klimatem”, był również mocno niechętny przyjęciu przez jego kraj Traktatu Lizbońskiego – jak się dziś okazuje, słusznie. Mało kto pamięta, ale z tego tytułu uchodził w europejskim lewicowo-liberalnym mainstreamie za czarną owcę – niczym nie przymierzając dzisiaj Victor Orban, czy Jarosław Kaczyński. Można powiedzieć, że był prekursorem późniejszych ruchów eurosceptycznych i suwerennościowych, zawsze trzeźwo i racjonalnie argumentując, dlaczego Unia Europejska w obecnym kształcie brnie w ślepy zaułek i jakie zagrożenia wynikają z obecnego kursu Brukseli.

Oczywiście, jego postawa była powodem nieustannej furii euro-lewactwa, o czym Klaus, jeszcze jako prezydent, przekonał się przy okazji kuriozalnej wizyty jaką 5 grudnia 2008 r. (na trzy tygodnie przed objęciem przez Czechy prezydencji w UE) złożyli na Hradczanach przedstawiciele europarlamentu, próbując wymusić w obcesowy sposób na czeskim przywódcy zgodę na Traktat Lizboński. W skład delegacji wchodził taki „kwiat” europejskich „demokratów” jak anarchista i pedofil Daniel Cohn-Bendit, Hans-Gert Poettering, czy niedouczony alkoholik Martin Schulz. Wzburzona przebiegiem spotkania prezydencka kancelaria opublikowała zapis spotkania, które warto przypomnieć, bo stanowi ono swoisty archetyp stylu w jakim Bruksela zwykła porozumiewać się z „nieposłusznymi” krajami członkowskimi. Połajanki różnych „guyów” i Timmermansów nie stanowią bowiem żadnego novum i są elementem utartej od lat praktyki.

Oto próbka „rozmowy”. Cohn-Bendit: „pana poglądy mnie nie interesują, chcę wiedzieć, co pan zrobi, aby zatwierdziły go [Traktat Lizboński] czeski sejm i senat. Czy będzie pan respektował demokratyczną wolę przedstawicieli narodu? Będzie pan musiał to podpisać”. Dalej Cohn-Bendit kontynuuje: „Następnie chcę, aby pan mi wyjaśnił, jaki jest poziom pana przyjaźni z panem Declanem Ganleyem [założycielem eurosceptycznego ruchu „Liberats”]. Sprawując swoją funkcję, nie może się pan z nim spotykać”. Vaclav Klaus: „Dziękuję za to nowe doświadczenie, które zyskałem, spotykając się tu z państwem. Nie przypuszczałem, że coś takiego jest możliwe, i w ciągu ostatnich 19 lat nic podobnego nie przeżyłem. Myślałem, że to należy już do przeszłości, że żyjemy w demokracji, ale w UE naprawdę działa postdemokracja” - i tak dalej w tym stylu aż do końca. Podziwiać należy opanowanie prezydenta Czech, że nie kazał po pięciu minutach wyrzucić „delegacji” za drzwi.


II. Europejski dyktat

Jeżeli od tamtego czasu cokolwiek się zmieniło, to tylko na gorsze – eurokratom, zwłaszcza na fali zwycięstwa Macrona we Francji i proklamowania „Europy wielu prędkości” wyrosły zęby i przeszli od słów do czynów, uzurpując sobie uprawnienia do kontrolowania praworządności, czy narzucania arbitralnych rozwiązań w kwestii przyjmowania „uchodźców”. Tendencja jest wyraźna – zmierzamy do euro-dyktatu realizującego wobec opornych taktykę sankcji, szykan i represji, zazwyczaj podporządkowaną politycznym interesem Berlina. Stąd konstatacja Klausa o potrzebie „czexitu” jawi się jako logiczna konsekwencja obecnej sytuacji, jeżeli chce się ocalić swoją suwerenność. W tym kontekście warto przypomnieć jego tekst z 2013 r. napisany w odpowiedzi na apel europejskiej lewicy (sygnowany m.in. przez Cohn-Bendita) wzywający do utworzenia europejskiego superpaństwa. Klaus pisze: „Apelujemy do wszystkich sił demokratycznych w Europie, do wszystkich, którzy wciąż wierzą, że Europa nie powinna stać się laboratorium kolejnego eksperymentu inżynierii społecznej przeprowadzanego przez wiecznych rewolucjonistów, aby sprzeciwili się tym próbom w równie zacięty, głośny i bezkompromisowy sposób. Demokraci państw europejskich, obudźcie się!”. Jak widać, jego słowa okazały się prorocze.

Jest to również wskazówka dla nas. Nie od rzeczy byłoby wysondować – i to jeszcze przed zbliżającym się szczytem państw Trójmorza – czy apel Klausa znalazł oddźwięk wśród czeskich polityków. Podobną diagnozę sformułowałem niemal półtora roku temu w artykule „Exodus z domu niewoli” na łamach siostrzanej „Polski Niepodległej”, postulując konieczność opracowania planu awaryjnego, na wypadek gdyby dalsze pozostawanie w UE okazało się niemożliwe i nieopłacalne. Jak się zdaje, mamy obecnie do czynienia właśnie z takim rozwojem wypadków – dalsza wegetacja pod brukselsko-berlińską „czapą” zagraża naszym najbardziej żywotnym interesom, z niepodległym bytem państwowym na czele. A wszak to jeszcze nie koniec, bo w najbliższym czasie czekają nas wzmożone naciski na przyjęcie waluty euro, co poskutkuje nie tylko dalszym okrojeniem naszej suwerenności, lecz również katastrofą gospodarczą na wzór krajów południa Europy. W tym momencie z reguły podnoszony jest problem unijnych środków, rzekomo niezbędnych do naszego rozwoju. Cóż, po pierwsze - zważywszy na widmo sankcji finansowych, owe fundusze stają się cokolwiek problematyczne do pozyskania; po drugie – po 2020 r. nowa perspektywa budżetowa będzie dla nas bardzo chuda i zapewne staniemy się płatnikiem netto; po trzecie wreszcie – prognozy pokazują, że z samego uszczelniania podatków polski budżet będzie wkrótce pozyskiwał rocznie tyle samo pieniędzy, co z Brukseli.


III. Exit Wyszehradu?

Najkorzystniejszym dla nas rozwiązaniem byłoby opuszczenie UE w szerszym gronie. Stąd wspomniana konieczność wysondowania nastrojów w czeskiej klasie politycznej, oraz potrzeba intensyfikacji rozmów z pozostałymi regionalnymi partnerami. Jest jeszcze jeden aspekt, na który zwracałem uwagę półtora roku temu – należy zabiegać o roztoczenie nad „exitem” Wyszehradu (bądź jego części) amerykańskiego geopolitycznego parasola ochronnego, inaczej będziemy bezradni w konfrontacji z siłą oddziaływania Niemiec. Akurat nadarza się znakomita okazja jaką jest wizyta na szczycie państw Trójmorza prezydenta USA. Stosunek Trumpa do Unii Europejskiej i przekonanie o jej rychłym rozpadzie jest ogólnie znany. Na naszą korzyść gra też przeorientowanie polityki Waszyngtonu skutkujące chyba najgorszymi stosunkami z Berlinem od czasów II WŚ. Amerykański przywódca jest żywotnie zainteresowany uszczupleniem potęgi Niemiec – zatem nasze interesy są tutaj zbieżne. Tyczy się to również kwestii bezpieczeństwa – kraje naszego regionu, szczególnie Polska, są o wiele bardziej zainteresowane partycypacją w zbrojnym wysiłku NATO od państw „starej Europy”, możliwa jest więc ściślejsza wzajemna reasekuracja (rodzaj „NATO w NATO”) pod amerykańskimi skrzydłami.

Pozostaje mieć nadzieję, że diagnoza Klausa dotrze również do świadomości naszych rządzących dotąd łudzących się, że Unia wysłucha polskich propozycji i nieco wycofa się ze swych hegemonistycznych zapędów. Dziś nie można mieć już wątpliwości – nie wysłucha i nie ustąpi. Będzie tylko gorzej. Dlatego właśnie szczyt Trójmorza powinien być pierwszym krokiem na drodze opracowania wspólnej regionalno-transatlantyckiej strategii wobec samozwańczych europejskich dyktatorów z Berlina i Brukseli. To już naprawdę ostatni moment.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Exodus z domu niewoli


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 25 (23-29.06.2017)

sobota, 11 czerwca 2016

Ta uciążliwa suwerenność

Jak wyobrażamy sobie dalsze funkcjonowanie w Unii pod nieustanną presją brukselskiego szantażu?

Mało kiedy można spotkać tak otwartą autodemaskację, jak ta, która miała miejsce podczas sejmowej debaty nad uchwałą o obronie suwerenności. Posłanka Agnieszka Pomaska drąca na mównicy projekt uchwały już na stałe wpisze się w polski krajobraz polityczny jako symbol stosunku establishmentu III RP do kwestii podmiotowości własnego kraju („tego kraju” w nomenklaturze tzw. „Polski jasnej”). Przy tym, posłanka Pomaska, szczera w swej głupocie, objawiła jedynie publicznie to, co w jej środowisku formułowane jest po cichu. W ich języku nie istnieje słowo „zdrada” - bo też i nie istnieje dla nich pojęcie ojczyzny, którą mieliby zdradzić. Obszar Rzeczypospolitej jest dla nich jedynie terytorium zamieszkałym przez jakichś bliżej niesprecyzowanych autochtonów, żywioł, któremu trzeba się raz na jakiś czas podlizać, by wydębić głosy wyborcze, ale którym jednocześnie się pogardza do samych trzewi – tym bardziej, że samemu się spośród owego „żywiołu” wyszło. „Odseparowujesz się od tego folkloru, od tego syfu” - słowa Jacka Krawca z rozmowy z Pawłem Grasiem o brukselskiej karierze Tuska są doskonałym podsumowaniem tego podejścia oraz aspiracji napędzających całe środowisko.

Skoro zatem Polska jawi się w ich oczach jako bantustan do drenowania, żerowisko przynależne im – o czym są głęboko przekonani – z racji przynależności do „lepszego towarzystwa”, to nic dziwnego, że każda wzmianka o suwerenności wywołuje ich drwiący uśmieszek (kiedy są u wpływów i władzy), bądź wściekłość i agresję (gdy zostali odsunięci od koryta). Dzieje się tak dlatego, że z ich punktu widzenia suwerenna Polska jest zagrożeniem dla ich żywotnych interesów. Są kastą kompradorską, postkolonialną elitą zastępczą, osobiste kariery tej warstwy są uzależnione od przychylności zagranicznych ośrodków, którym się wysługuje – i to jest prawdziwe oblicze „murzyńskości” o jakiej mówił w innej z podsłuchanych rozmów Radosław Sikorski. Zerwanie przez Polskę owych nitek podległości siłą rzeczy oddala widoki na powrót do żłoba – i stąd to potępieńcze wycie na dźwięk słowa „suwerenność”. Klasa zarządzająca do niedawno nadwiślańską kolonią, owa warstwa „lepszych Murzynów”, nie chce suwerenności, niepodległości, podmiotowości – bo to trudne i nieopłacalne. Doskonale wiedzą, że akurat oni nie są „temu krajowi” do niczego potrzebni – potrzebni są jedynie Berlinowi i Brukseli jako gwaranci zachowania obcych wpływów, a cała ich nadzieja w tym, że na skutek zewnętrznych nacisków w jakiś sposób wrócą na posady i do kręcenia lodów.

W takiej sytuacji logiczne jest, że gros swej energii, prócz ekscytowania społecznych niepokojów, koncentrują na antyszambrowaniu w brukselskich korytarzach i nakręcaniu antypolskich inicjatyw w ramach metody znanej jako „ulica i zagranica”, co oczywiście spotyka się z życzliwym przyjęciem europejskich mandarynów, pozostających z kolei politycznym narzędziem Berlina. Najnowszym tego przykładem jest wyciek pisma Trybunału Konstytucyjnego z instruktażem, jak w Brukseli należy zapatrywać się na nowelizację ustawy o TK i wizyta delegacji kodowców u Tuska. Skoro w ich świadomości nie istnieje coś takiego jak zdrada, ojczyzna i suwerenność – to niby co miałoby ich ograniczać?

Co do samej uchwały – jest to oczywiście symboliczny, polityczny gest, ale m.in. z takich gestów składa się polityka zagraniczna. Trudno sobie wyobrazić, by polskie władze zareagowały w inny sposób na ewidentny dowód, że Komisja Europejska nie szuka żadnego „kompromisu”, tylko oczekuje bezwzględnego podporządkowania się jej dyktatowi. Wszelkie rozmowy ze strony tego gremium były jedynie pozorowaniem „dialogu”, a stanowisko końcowe zostało z góry przygotowane, zaś jego radykalny język sugeruje, że sformułowano je w gabinecie politycznym Platformy. Jeżeli stawia się nam ultimatum w stylu „albo do poniedziałku spełnicie nasze żądania, albo wypowiemy wam wojnę” - bo do tego sprowadza się groźba Timmermansa i reszty brukselskich „guyów”, że „wydadzą opinię” w kwestii naszej praworządności – to jakiekolwiek ustępstwa nie wchodzą w rachubę, oznaczałoby to bowiem kapitulację i byłoby sygnałem, że można nas „dociskać” również w innych sprawach.

Teraz pora na montowanie koalicji. Wprawdzie Węgry już wcześniej ogłosiły, że nie poprą żadnych sankcji wobec Polski w Radzie Europejskiej, ale dobrze byłoby nie być uzależnionym od jednego państwa. Tu Grupa Wyszehradzka powinna mówić jednym głosem – tak jak w sprawie imigrantów. Warto uświadomić naszym sąsiadom z Czech i Słowacji, że za chwilę również i oni mogą pod byle pretekstem stać się ofiarami podobnego ostrzału. No a nade wszystko należy rozważyć podstawowy problem: jak wyobrażamy sobie dalsze funkcjonowanie w Unii pod nieustanną presją brukselskiego szantażu?

*

A poza tym:

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” -------> http://warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3875-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr nr 21 (27.05-02.06.2016)

czwartek, 9 czerwca 2016

Międzymorze bez Ukrainy

Nie tylko Ukraina leży nad Morzem Czarnym. Zatem w tej chwili powinniśmy skoncentrować się na budowaniu sojuszu państw Europy Środkowej.

I. Wołyń pod dywan!

16 maja PAP doniosła o kuriozalnej odezwie przewodniczącego ukraińskiego parlamentu, Andrija Parubija, który podczas spotkania z posłami Polsko-Ukraińskiej Grupy Parlamentarnej Sejmu RP zaapelował, by „odroczyć dyskusję na tematy historyczne”, a także „odrzucić to, co dzieli dwa narody, i poszukiwać wydarzeń historycznych, które łączą Polaków i Ukraińców”. Oczywiście w tle musiał wybrzmieć rosyjski szantaż, ponieważ „dyskusje historyczne dzielące Polaków i Ukraińców” „są na rękę przeciwnikom dobrych relacji dwustronnych”, a tak w ogóle „przeszłość nie powinna strzelać w przyszłość, szczególnie w czasach oporu przed nawałą”. Innymi słowy, Ukraina nie zamierza korygować nawet o milimetr swej polityki historycznej, zasłaniając się konfliktem z Rosją – a ponieważ konflikt ten jest w fazie permanentnej i w dającej się przewidzieć przyszłości będzie się na zmianę to tlił, to rozniecał, więc przesłanie jest jasne: nigdy nie będzie dobrego momentu by mówić o ludobójstwie na Kresach i lepiej zamieść z powrotem sprawę pod dywan. Dobrze, że szef sejmowej delegacji, Michał Dworczyk (PiS), prócz zapowiedzi różnych „jednoczących” inicjatyw, trzeźwo zauważył, iż „źle rozumiana poprawność polityczna w relacjach dwustronnych niczego dobrego nie przyniesie”, oraz że gdyby sprawę załatwiono 20 lat temu „ta trudna lekcja byłaby już odrobiona”. Inna sprawa, że powiedział to polskim dziennikarzom obsługującym wizytę – ciekawe, czy podobnie twarde stanowisko zaprezentował również bezpośrednio Parubijowi.

Z polskiego punktu widzenia właśnie teraz jest najlepszy moment, by mocno akcentować w dwustronnych relacjach kwestię rozliczeń historycznych. Ukraina jest bankrutem poddanym pod międzynarodową kuratelę, a państwo znajduje się na skraju rozpadu. Jeżeli obecnie nie jest gotowa pójść na żadne ustępstwa, to tym bardziej nie będzie do nich skłonna, gdy sytuacja - zarówno wewnętrzna, jak i na rosyjskim froncie - zostanie jako tako opanowana. Dlatego należy dociskać, bowiem teoretycznie właśnie dziś Ukrainie powinno zależeć na dobrych kontaktach z Polską. Jeżeli nie ustąpi, będzie to sygnałem, że nie zależy jej na dobrych stosunkach z nami w ogóle. A skoro tak, to nie ma co zawracać sobie głowy.

II. Mit założycielski „samostijnej”

Na Ukrainie mamy do czynienia z osobliwą sytuacją: neo-banderowcy oficjalnie stanowią ułamek społeczeństwa, ugrupowania polityczne odnoszące się bezpośrednio do tej spuścizny znajdują się na marginesie, a tymczasem właśnie dziedzictwo OUN-UPA stało się mitem założycielskim „samostijnej”, post-majdanowej Ukrainy. I to właśnie ta polityka jest forsowana w charakterze spoiwa narodowego i fundamentu tożsamości. Jest to w oczywisty sposób nie do pogodzenia z polską pamięcią, o prawdzie historycznej już nie wspominając. Z jakichś względów dla współczesnej Ukrainy taki Petlura (którego współpracy z Piłsudskim poświęcona zostanie anonsowana przez Dworczyka dwujęzyczna wystawa w polskim sejmie) okazał się nie dość „sexy”. Bandera i Szuchewycz są atrakcyjniejsi – a skoro tak, to oficjalne ukraińskie czynniki mogą już tylko kłamać i iść w zaparte. My zaś mamy do wyboru – przełknąć ich kłamstwa udając, że szafa gra i nic się nie stało, bo „wybieramy przyszłość”, albo zacząć stanowczo upominać się o swoje, przechodząc do porządku dziennego nad ukraińskimi fochami.

Nie możemy również pozwolić się szantażować straszakiem rosyjskim, a to z prostego powodu – ten szantaż opiera się na blefie. Ukraina, na nasze szczęście, wpędziła się w trwały, wyniszczający konflikt z Rosją. Pisałem już o tym kiedyś – wojna rosyjsko-ukraińska jest dla nas błogosławieństwem, wikłając obie strony w wyczerpujący klincz. Nie ma mowy, by Ukraina poszła w rosyjskie ramiona, a już na pewno nie z tego powodu, że obraziła się na nas za podnoszenie tematu rzezi na Kresach. Wojna na wschodzie Ukrainy jest zarazem najlepszym gwarantem, że obszar tego kraju będzie stanowił dla nas strefę buforową – Ukraińcy zwyczajnie nie mają wyjścia, walczą o przetrwanie. Własny koncert rozgrywają tam, dwa piętra ponad naszymi głowami, także geopolityczni zawodnicy wagi ciężkiej i międzynarodowe grupy interesu, zatem i my powinniśmy z tego uszczknąć coś dla siebie, choćby w sferze polityki historycznej, skoro na więcej nas nie stać, zamiast niczym frajerzy stać w nieskończoność z wyciągniętą do zgody ręką.

III. Giedroyciowski przesąd

I tu dochodzimy do kwestii Międzymorza. Otóż, zniewolone intelektualnie giedroyciowską mitologią polityczną nasze elity wciąż w znacznej części nie wyobrażają sobie Międzymorza i obszaru „ABC” (Adriatyk, Bałtyk, Morze Czarne) bez Ukrainy. Pora odrzucić ten przesąd. Nie tylko Ukraina leży nad Morzem Czarnym. Zatem w tej chwili, przynajmniej do momentu, gdy Ukraina się nie ogarnie i nie dotrze do niej, że sama sobie szkodzi, powinniśmy skoncentrować się na budowaniu sojuszu państw Europy Środkowej. To samo tyczy się również Litwy, prowadzącej jawnie wrogą i szowinistyczną politykę wobec polskiej mniejszości. Czas pokazać „naszym strategicznym partnerom”, że ich działania skazują je na marginalizację w regionie, a dla giedroyciowskiej doktryny ULB (Ukraina, Litwa, Białoruś) istnieje realna alternatywa, choćby w postaci rozszerzonej wersji Grupy Wyszehradzkiej (np. o Rumunię, w dalszej perspektywie – o Chorwację). Ukraina zaś, powtarzam, chcąc nie chcąc będzie osłaniała ten układ od wschodu - przynajmniej dopóki Berlinowi i Waszyngtonowi będzie zależało na zastępczej wojence z Putinem.

Zresztą, z kim mamy wchodzić tu w alians? Mało kto wie (ja sam dowiedziałem się niedawno za sprawą artykułu na portalu obserwatorfinansowy.pl), że poszczególne organy ukraińskiego „państwa” są odrębnymi osobami prawnymi – Rada Najwyższa, organy władzy wykonawczej, sądy – to wszystko osobne byty prawne, niczym spółki! Na dodatek, państwo ukraińskie nie odpowiada za zobowiązania własnych organów - „osób prawnych”, te zaś z kolei nie odpowiadają za zobowiązania państwa. To jest, przepraszam, jakiś bajzel na kółkach...

Tak nawiasem mówiąc – renesans idei Międzymorza na serio (i z przytupem) rozpoczął się w styczniu 2015 r. od analizy amerykańskiej prywatnej wywiadowni Stratfor poświęconej właśnie temu zagadnieniu, obudowanej odpowiednią medialną kampanią (choćby w „Rzeczpospolitej”) i entuzjastycznymi wywiadami George'a Friedmana dla polskich mediów (ten zresztą zwolennikiem tej koncepcji był „od zawsze”). Była to zarazem jaskółka zwiastująca odsunięcie od władzy opcji proniemieckiej z PO i rosyjskiej zogniskowanej wokół prezydenta Komorowskiego, do robienia Międzymorza pod amerykańskim patronatem nadawało się bowiem wyłącznie PiS, Polska zaś jest potrzebna jako zaplecze ukraińskiego frontu. Swoją drogą, ciekawe, czy ktoś z Polski pofatygował się do Amerykanów z pytaniem, ile są gotowi nam zapłacić za podjęcie się realizacji tego zadania? To się okaże po warszawskim szczycie NATO.

IV. „Wyszehrad plus”

Powyższe nie oznacza jednak, że mamy się stać biernymi wykonawcami poleceń płynących zza Wielkiej Wody, jak to bywało wcześniej, gdy mamieni iluzją umacniania sojuszu zabraliśmy się z Amerykanami na krwawe wycieczki do Afganistanu i Iraku. Teraz gra idzie o realne gwarancje bezpieczeństwa z których USA nie będą mogły się z dnia na dzień wycofać – tak, abyśmy w przypadku kolejnego „resetu” nie zostali na lodzie, jak miało to miejsce po 17 września 2009 r. A chwila (ile Obama rozeźlony porażką „resetu” serio chce szachować Putina od zachodu), by takie gwarancje na Stanach Zjednoczonych wydębić (stała baza NATO to absolutne minimum) jest dosłownie ostatnia. Za moment w Stanach wybory prezydenckie, a z naszej perspektywy różnica między Hillary Clinton a Donaldem Trumpem jest żadna. Pierwsza była architektem polityki „resetu”, drugi zaś jest izolacjonistą i już obiecuje, że się z Putinem „dogada”. Możemy się domyślać na czym owo „dogadywanie się” będzie polegało – w pierwszym rzędzie na „odpuszczeniu” Europy Środkowo-Wschodniej, bo przecież nie Bliskiego Wschodu.

Tym bardziej więc należy w budowaniu sojuszy spoglądać na południe i wyszehradzką czwórkę, miast za bezdurno wspierać wrogie nam Ukrainę, czy Litwę – po pierwsze dlatego, że taki kierunek nie naraża nas na bezpośrednią konfrontację z Rosją; po drugie – osłonięci walczącą o przetrwanie Ukrainą zyskujemy czas, by się wzmocnić w ramach naszego regionu; po trzecie zaś – bo daje nam to lepszą pozycję w konflikcie z Berlinem i Brukselą, a w perspektywie szansę na rozmontowanie niemieckiej Mitteleuropy. Od Amerykanów natomiast prócz wspomnianej bazy musimy uzyskać solenne zapewnienie, że nie będą nas usiłowały wciągać w bezpośrednie zaangażowanie w ukraińską awanturę, co swoją drogą jest kolejnym powodem umacniania Międzymorza w wersji „Wyszehrad plus” - tak się składa, że Węgry, Czechy i Słowacja nie pałają do USA (a tym bardziej do Ukrainy) różnymi dziecinnymi sentymentami i także w tej sprawie będziemy mogli spodziewać się ich wsparcia.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://podgrzybem.blogspot.com/2016/02/cichociemni-uwieraja-ukraine.html

http://podgrzybem.blogspot.com/2016/02/ukrainski-koncert-mocarstw.html

http://podgrzybem.blogspot.com/2015/12/miedzymorze-20-czyli-dywersyfikacja.html

http://podgrzybem.blogspot.com/2015/10/budujmy-polska-soft-power-na-ukrainie.html

http://blog-n-roll.pl/pl/ukraina-czyli-pok%C3%B3j-gorszy-od-wojny

http://blog-n-roll.pl/pl/piel%C4%99gnowa%C4%87-wojn%C4%99#.VNtPOCyNAmw

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->https://warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3825-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 21 (25-31.05.2016)

wtorek, 1 marca 2016

Pod-Grzybki 40

Przybyli uczeni mężowie z Komisji Weneckiej. Zaopatrzeni w mierniki, probówki i stosowne odczynniki skrupulatnie badali zawartość demokracji w polskiej atmosferze politycznej i stężenie praworządności na 100 ml porządku konstytucyjnego. Pokiwali mądrze głowami, a potem zabrali się z powrotem, każąc czekać na wyniki ekspertyzy. Tubylcze elity odtańczyły z tej okazji taniec deszczu.

*

Z kolei niemieccy nadzorcy wzięli się za mierzenie stężenia europejskiej solidarności w spotkaniu Grupy Wyszehradzkiej. Ambasadorowie Niemiec w Pradze i Bratysławie zażądali przedstawienia im porządku obrad, by na tej podstawie ocenić, czy wschodnioeuropejscy podludzie zanadto się nie rozbrykali z tymi swoimi suwerennościowymi urojeniami. Co więcej – premier Słowacji poinformował, iż Niemcy „protestowały” u sekretarzy MSZ w sprawie wyszehradzkiego szczytu...

*

...i tu jako puentę dopiszę diagnozę, jaką postawił Angeli Merkel znany niemiecki psychoanalityk Hans-Joachim Maaz. Otóż cesarzowa Ojropy ma cierpieć na brak kontaktu z rzeczywistością spowodowany jej narcystycznymi problemami, co w konsekwencji prowadzić ma do „wyobcowania, może alkoholu i psychicznego załamania”, spotęgowanego dodatkowo wybuchową mieszanką przerostu ego i „niedowartościowania, które jest właściwe dla wielu ludzi władzy”. Słowem, na czele Europy stoi starzejąca się wariatka z galopującym kompleksem carycy Katarzyny. Na dodatek, sądząc po reakcji niemieckich dyplomatów na szczyt wyszehradzki – ta choroba udziela się też otoczeniu.

*

Powyższą diagnozę potwierdzałaby ujawniona przez papieża Franciszka rozmowa telefoniczna z Makrelą, która odbyła się w 2014 po przemówieniu papieża w Strasburgu, kiedy to porównał Europę do bezpłodnej kobiety. Okazało się, że Makrela najwyraźniej wzięła to do siebie i postanowiła wpierw Franciszka zrugać w starym, pruskim stylu... a następnie zrekompensować sobie psychiczne deficyty adoptowaniem miliona przybyłych do Europy muzułmaniątek. Ludzie, kto wreszcie zamknie tę babę w miejscu, w którym znajdzie godnych siebie partnerów – kilku Napoleonów i Cezarów z którymi mogłaby bezpiecznie dla otoczenia do woli projektować Europę?

*

Rodzimi badacze stężenia poprawności w nauczaniu Kościoła doprowadzili do przeniesienia znanego z patriotycznych wystąpień ks. Jacka Międlara z wrocławskiego Oporowa do parafii w Zakopanem – zaraz po tym, jak część podbechtanych „wiernych” odmówiła wpuszczenia go po kolędzie. Gdybym był złośliwy, powiedziałbym, że najwyraźniej przyniósł na plebanię o kilka złotych z „kolędy” za mało. Cóż, Zakopanemu gratuluję cennego nabytku, a do wrocławskich przełożonych ks. Jacka ze Zgromadzenia Księży Misjonarzy i archidiecezjalnej kurii mam tylko jedno pytanie: od kiedy to politykę kadrową dyktuje wam „Wyborcza”?

*

Kącik ekonomiczny: eksport rosyjskiej wódki spadł o 40% - czyli o tyle samo procent, ile liczy sobie wódka. Znaczy się, teraz wódka w Rosji jest bezprocentowa. Jak tu żyć?

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 8 (24.02-01.03.2016)

czwartek, 21 stycznia 2016

Bratankowie z Niedzicy

Zarówno dla rodzimych Targowiczątek, jak i dla Berlina oraz Brukseli, regionalny sojusz jest senną zmorą.

I. Orban odczarowany

A więc w końcu góra i Mahomet się zeszli – wygląda na to, że spotkanie Jarosława Kaczyńskiego i Victora Orbana do którego doszło w Niedzicy w święto Trzech Króli kończy etap absurdalnych dąsów na linii PiS – FIDESZ. Warto tu przypomnieć ubiegłoroczną, oficjalną wizytę węgierskiego premiera w Polsce (pisałem o tym w tekstach „Orban, czyli wróg publiczny w Warszawie” - „PN”nr 8 (78) 02-08.03.2015 oraz „Orban – zawiedziona miłość polskiej prawicy” - „PN” nr 9 (79) 09-15.2015), kiedy to Orban stał się obiektem zmasowanej nagonki polskich mediów oraz świata polityki – i to od lewa do prawa. Cóż, obowiązywała wówczas proukraińska histeria, której przywódca bratanków się nie podporządkował, dogadując się z Putinem w kwestiach energetycznych i upominając się o Węgrów zakarpackich. Jakoś nikomu wtedy nie chciało przejść przez gardło, że po pierwsze - premier Węgier poparł antyrosyjskie sankcje na forum UE, po drugie zaś – deale z Rosją zaczął przeprowadzać dopiero po tym, jak skutecznie zneutralizował trzęsące węgierską energetyką zagraniczne koncerny, w tym również wykupując akcje strategicznego przedsiębiorstwa MOL zajmującego się przetwórstwem ropy i gazu od rosyjskiego Surgutniefietgazu (2011 r.). Szef węgierskiego MSZ, Janos Martonyi, stwierdził wówczas:„Węgry zdołały przeszkodzić Rosjanom w uzyskaniu silnych wpływów ekonomicznych w Środkowej Europie”. Krótko mówiąc, Victor Orban mógł sobie pozwolić na rozmowy z Putinem z podmiotowej pozycji i wynegocjował korzystne warunki – porównajmy to chociażby z nieszczęsnym kontraktem gazowym Waldemara Pawlaka, kiedy na finiszu rozmów musiała interweniować Komisja Europejska, przestraszona rozmiarami tortu, który strona polska chciała ofiarować Moskwie. Poza wszystkim – Orban w relacjach z Rosją nie robił niczego, czego nie robiłyby inne kraje UE.

Wszystko to nie przeszkodziło jednak „obozowi patriotyczno-niepodległościowemu” wieszać psów na potencjalnie jedynym europejskim sojuszniku Polski, który, nawiasem mówiąc, już w 2010 roku, podczas swojej pierwszej zagranicznej wizyty (to w dyplomacji znaczący symbol) proponował nam w Warszawie regionalny sojusz i wspólną politykę wschodnią, nie ukrywając, że widzi w Polsce środkowoeuropejskiego lidera. Został wtedy odprawiony z kwitkiem, podobnie jak w roku ubiegłym – i to nie tylko przez chodzący na niemieckiej smyczy rząd Tuska, a później Kopacz, lecz również przez prawicową opozycję. Innymi słowy, Orban do flirtowania z Putinem został wręcz zmuszony, zarówno wrogością Zachodu, jak i nieżyczliwą obojętnością głównych sił politycznych Polski. Symptomatyczne były tu medialne występy Mariusza Błaszczaka oskarżającego Węgry o łamanie „europejskiej solidarności”, czym idealnie wpasował się w propagandową narrację gabinetu Ewy Kopacz. Odmowa spotkania ze strony ówczesnego lidera opozycji Jarosława Kaczyńskiego była kolejnym „samobójem”, który mógł jedynie utwierdzić Orbana w przekonaniu, że niezależnie od wyników wyborów, nie będzie miał w Polsce z kim rozmawiać. Późniejsze dementi otoczenia węgierskiego premiera, jakoby spotkanie z przywódcą PiS nie było w ogóle planowane, wyglądało jedynie na skrojoną post factum próbę zbagatelizowania afrontu.

II. Budapeszt-Warszawa, wspólna sprawa

Przypominam te wszystkie zaszłości, by zobrazować wagę rozmów w Niedzicy. Na marginesie, samo miejsce spotkania było znaczące, położona na Spiszu Niedzica to bowiem dawne polsko-węgierskie pogranicze. Dwa zamki – węgierska Niedzica i polski Czorsztyn przyglądają się sobie od stuleci przedzielone jedynie doliną, dziś zalaną przez sztuczne jezioro spiętrzone na Dunajcu. Grunt do przełamania – no, może nie tyle lodowej tafli, ile gęstej kry – przygotowała ofensywa dyplomatyczna prezydenta Andrzeja Dudy, z mini-szczytem regionalnych członków NATO w Bukareszcie i wspólnym sprzeciwem wobec projektu Nord Stream 2. Można powiedzieć, że zbliżenie wymusiła sama sytuacja międzynarodowa. Polska po objęciu rządów przez „niesłuszną” opcję znalazła się pod analogicznym ostrzałem zachodnich mediów i polityków orkiestrowanym z Berlina, co orbanowskie Węgry. Dodatkowo, rząd PiS musi się borykać z wewnętrzną opozycją jawnie wyczekującą na jakąś formę zagranicznej interwencji – zupełnie jak węgierscy postkomuniści i liberałowie sponsorowani hojną ręką przez George'a Sorosa. Tu Orban ma nad nami ponad pięć lat przewagi w „zaprowadzaniu faszyzmu” i „niszczeniu demokracji”, albo, mówiąc normalnym językiem – przywracaniu państwa narodowi i windowaniu go na niezawisłość.

Niezależnie jednak od krajowych zgryzot, z pewnością nie zabrakło również i innych wspólnych tematów do omówienia, o czym świadczy chociażby absolutnie ponadnormatywny, sześciogodzinny wymiar czasowy spotkania. Węgry poszukują ewidentnie sposobu na wyjście z politycznej izolacji i pilnie potrzebują sojuszników – przypomnijmy sobie wrześniowe spotkanie Orbana z premierem Bawarii i szefem CSU Horstem Seehoferem podczas którego jednomyślnie krytykowali politykę imigracyjną firmowaną przez Angelę Merkel. Wizyta w Polsce wpisuje się zatem w pewien szerszy trend, potwierdzany przez węgierskie media – montowania sojuszu niezadowolonych z berlińskiego dyktatu, co daje nam sposobność do zaczerpnięcia głębszego oddechu na arenie międzynarodowej. W przeciwieństwie do wielu „dobrze poinformowanych” nie będę udawał, że wiem o czym rozmawiali obaj przywódcy, spróbuję jednak ułożyć katalog spraw do załatwienia.

Z pewnością główną osią porozumienia jest opozycja wobec niemieckiej hegemoni. Europa Środkowa jest dla Berlina, co niejednokrotnie podnosiłem, przestrzenią kolonialnej ekspansji zarówno politycznej, jak i gospodarczej – współczesną odsłoną Mitteleuropy realizowaną pod unijnymi sztandarami. Dlatego, w kontekście zbliżającego się szczytu NATO w Warszawie, należy utwierdzić wspólne stanowisko w kwestii wzmocnienia wschodniej flanki Sojuszu, również poprzez zainstalowanie w naszym regionie stałych baz wojskowych. Następna rzecz, to przeciwdziałanie wszelkimi dostępnymi środkami budowie Nord Stream 2, skazującego nas na marginalizację jako obszaru tranzytowego. W dalszej perspektywie winniśmy zaktywizować starania w kierunku powstania południkowego systemu połączeń gazociągowych, docelowo od Świnoujścia aż po mający powstać terminal na chorwackiej wyspie Krk. Kolejnym tematem jest wymiana doświadczeń w gospodarczej dekolonizacji i polityce prospołecznej, wyrwanie się spod dominacji międzynarodowego kapitału i globalnych instytucji finansowych w rodzaju Międzynarodowego Funduszu Walutowego. No i wreszcie – wspólne stanowisko przeciw obłąkańczej polityce imigracyjnej Niemiec, w szczególności zaś, wobec przymusowego mechanizmu „relokacji” uchodźców.

Aspektem bardziej ogólnym, acz o potencjalnie najbardziej dalekosiężnych konsekwencjach, mogłoby być powstanie osi Warszawa-Budapeszt przyciągającej ku sobie pozostałe państwa regionu. Inaczej mówiąc, widziałbym tu zalążek Międzymorza, którego twardym jądrem byłyby kraje Grupy Wyszehradzkiej plus Rumunia, zaś „jądrem w jądrze” - sojusz polsko-węgierski. Warto również zastanowić się nad ewentualnością opuszczenia struktur unijnych w jakiejś perspektywie czasowej – zwłaszcza po wygaśnięciu obecnego budżetu i związanym z tym radykalnym obcięciem euro-funduszy. Przejście do EFTA (Europejskie Stowarzyszenie Wolnego Handlu – Norwegia, Islandia, Liechtenstein, Szwajcaria), współtworzącego z UE Europejski Obszar Gospodarczy pozostawiłoby nam korzyści płynące z wymiany handlowej, za to zdjęłoby polityczno-biurokratyczną „czapę” Brukseli. W tym kontekście dobrze byłoby wspólnie wysondować, czy Stany Zjednoczone byłyby skłonne (i na jakich warunkach) sprawować geopolityczny patronat nad ewentualnym „exitem” naszego regionu, tak by zminimalizować ryzyko jakichś poważniejszych turbulencji.

III. Unia warczy...

Na zakończenie warto odnotować reakcje na spotkanie obu przywódców. Zarówno dla rodzimych Targowiczątek, jak i dla Berlina oraz Brukseli przymierzających się do „dyscyplinowania” Polski, regionalny sojusz jest senną zmorą. „Orban pewnie powiedział Kaczyńskiemu, że Unia warczy, ale nie gryzie” - to zdanko z komentarza „Sueddeutsche Zeitung” mówi w zasadzie wszystko, tym bardziej, że Orban już zapowiedział, iż Węgry nie poprą żadnych europejskich restrykcji wobec Polski. „Bratnia pomoc” zatem oddala się, ku nieskrywanemu żalowi armii renegatów liczących na to, że „sankcje” i codzienny nacisk zagranicy skorelowany z lokalnymi kryteriami ulicznymi doprowadzą do obalenia rządu PiS. A że Niemcy pogrążają się w coraz większym imigracyjnym chaosie, to wychodzi, że mamy niepowtarzalną szansę by wybić się na podmiotowość nie zważając na bezsilne ujadania – trzeba tylko zręczności i determinacji.

*

A poza tym:

  • kiedy wprowadzony zostanie zakaz reklamowania podmiotów publicznych w prywatnych mediach?

  • kiedy nastąpi przewalutowanie kredytów frankowych?

  • kiedy zostanie odtajniony aneks do raportu ws. rozwiązania WSI?

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

„Orban na linie”

„Orban, czyli wróg publiczny w Warszawie”

„Orban – zawiedziona miłość polskiej prawicy”

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3163-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 2 (13-19.01.2016)

czwartek, 15 października 2015

Bliskowschodni kocioł

Bliskowschodni kocioł jest znakomitym narzędziem terroryzowania Europy ze szczególnym uwzględnieniem Niemiec.

I. Syryjska karta Putina

Wygląda na to, że Rosja przynajmniej chwilowo zamroziła jałową szarpaninę w Donbasie i postanowiła przenieść rozgrywkę na teatr bliskowschodni, wyciągając kartę syryjską. Do tej pory reżim Assada wspierała półjawnie, co wystarczyło zresztą, żeby cały misterny plan Obamy poszedł w... no, powiedzmy, że udało się USA skutecznie sparaliżować i wciągnąć w klincz, teraz natomiast Kreml postawił na ostentacyjne wręcz wsparcie militarne, a wszystko pod nośnym hasłem „walki z Państwem Islamskim” i „terroryzmem”. Tego rodzaju zagranie nie jest zresztą dla Putina niczym nowym. Jak pamiętamy, po 11 września 2001 i proklamowaniu przez George'a W. Busha globalnej wojny z terroryzmem, czekista bardzo sprawnie się pod tę batalię podłączył przedstawiając pacyfikację Czeczenii właśnie jako element antyislamistycznej kampanii, uprzednio zapobiegliwie instalując na Kaukazie wahabitów szkolonych w obozach FSB pod Moskwą. Ci w szybkim tempie zdominowali czeczeński ruch narodowowyzwoleńczy przestawiając go na tory dżihadystyczne, ogłaszając „emirat kaukaski” i dostarczając tym samym Putinowi wymarzonego pretekstu propagandowego na użytek świata. Do powyższego doszło rosyjskie wsparcie logistyczne dla wojsk NATO w Afganistanie, w efekcie czego Putin z dnia na dzień z ludobójcy stał się ważnym partnerem, a świat skwapliwie patrzył w innym kierunku, kiedy ten dorzynał Czeczenów i zamykał ich w obozach koncentracyjnych.

Obecnie Putin powtarza tamten manewr. Rosja, nie pytając się nikogo, sama „doprosiła się” do antyislamistycznej koalicji i wkroczyła do Syrii ze sprzętem bojowym. Bombardowane są oczywiście pozycje walczącej z Baszarem al-Assadem i szkolonej przez CIA Wolnej Armii Syryjskiej – bo i po co Putin miałby na obecnym etapie uderzać na ISIS, które jest tak poręcznym straszakiem do wygrażania Zachodowi? Doszło do tego, że rosyjscy dyplomaci zażądali od USA wycofania z Syrii samolotów, jako że operuje już tam lotnictwo rosyjskie – i chwatit'. Na marginesie, refleksem wykazał się premier Izraela, Beniamin Netanjahu, udając się z wizytą do Moskwy by zabezpieczyć się przed ewentualną kolizją sił Rosji i Izraela. Tenże Izrael skutecznie blokuje napływ uchodźców, motywując to „względami bezpieczeństwa” - odwagi takiej zabrakło niestety Europie. Własną wojnę rozgrywa również Turcja – nominalnie przeciw Państwu Islamskiemu, faktycznie zaś przeciw Kurdom, którzy z tymże Państwem Islamskim bodaj jako jedyni realnie walczą. I tylko Arabia Saudyjska – jeden z celów ISIS – bezsilnie pomstuje na rosyjskie wiarołomstwo, jako że raptem dwa miesiące temu Rosjanie zapewniali saudyjskiego ministra spraw zagranicznych o woli „pokojowego rozwiązania konfliktu”, podczas gdy równocześnie nawiązywali już współpracę z Iranem, rządem Assada oraz z utrzymywanym przez Amerykanów Irakiem w kwestii współpracy służb wywiadowczych.

Doprawdy, gdyby nie było ISIS, to należałoby je czym prędzej wymyślić, stanowi bowiem ono dla różnych zainteresowanych sił znakomitą wymówkę do realizowania własnych interesów. Rosja broni Assada oraz swego stanu posiadania (i nie miejmy złudzeń – obroni), Turcja natomiast liczy, że przy wymuszonej bierności świata uda się jej rozprawić z Kurdami, tak jak przed stuleciem rozprawiła się z Ormianami i tak samo, jak w opisany wyżej sposób poradził sobie z Czeczenami Putin.

II. Imigranci dyscyplinują Europę

Bliskowschodni kocioł jest również znakomitym narzędziem terroryzowania Europy ze szczególnym uwzględnieniem Niemiec. Dopóki trwa zamęt, granice Unii będą szturmowane przez miliony imigrantów, udających się tu bądź z własnej woli, bądź też podsyłanych przez Państwo Islamskie oraz Turcję, która konsekwentnie „czyści” obozy uchodźców na własnym terytorium, najprawdopodobniej dokładając się finansowo do tych wycieczek. Dążący do dyktatury Erdogan zapewne chce doprowadzić do sytuacji, gdy sparaliżowana napływem muzułmanów Europa machnie ręką na jego poczynania. W przemycie ludzi swoją rolę odgrywa również rosyjska mafia, a gdzie ona, tam są również rosyjskie służby.

Przerażona imigracyjną falą Europa ma w tym momencie w głowie już tylko jedno – by na Bliskim Wschodzie zapanował wreszcie spokój. Z Assadem, czy bez niego – nieważne. I właśnie o taką reakcję chodziło Rosji. Można się spodziewać, że zastraszone Niemcy i Francja będą naciskały Obamę, by ten złagodził swoje stanowisko w sprawie rosyjskiej interwencji – i koniec końców, po licznych dąsach i fochach właśnie tak się stanie, tym bardziej, że rekrutowanie własnych, „umiarkowanych” bojowników do walki z Państwem Islamskim poniosło właśnie spektakularną klapę. Wydano 500 mln dolarów na obozy w Turcji, Jordanii, Katarze i Arabii Saudyjskiej, do końca roku miano przeszkolić 5 tys. ludzi, a wciągu trzech lat – 15 tys., tymczasem pierwszy, liczący 54 ludzi proamerykański oddział (koszt szkolenia – 43 mln USD) niemal z miejsca poszedł w rozsypkę, obecnie zaś, jak przyznał przed senacką komisją głównodowodzący wojsk USA na Bliskim Wschodzie, gen. Lloyd Austin, na terenie Syrii działa... „czterech lub pięciu” bojowników. Słowem – kompromitacja na całej linii. Główną miejscową siłą pozostają islamscy fundamentaliści.

Niemcy już zmieniają śpiewkę w sprawie Rosji i kto wie, czy przygrywką do wolty (prócz innych czynników) nie był niedawny kontrakt na budowę Nord Stream 2. Putin udowodnił, że bez Rosji i uwzględnienia jej interesów stabilizacja na Bliskim Wschodzie jest niemożliwa, zwłaszcza przy beznadziejnej polityce gabinetu Obamy i niewiele lepszej jego poprzednika. Rozwalono region MENA (Middle East and North Africa), obalając jedynych gwarantów porządku, jakimi w tamtejszych realiach są dyktatorzy i uwalniając tą drogą fundamentalistyczny żywioł, który zamienił tę część świata w krwawe piekło. Chaosu nie da się ogarnąć za pomocą punktowych nalotów, a na wysłanie znaczących sił lądowych po irackim fiasku ani USA, ani tym bardziej Europa się nie zdecydują. Można co najwyżej petryfikować konflikt – pytanie tylko, jak długo i jakim kosztem.

III. Syria odbija się czkawką w Kijowie

Realną cenę, związaną z uruchomioną w trybie nagłym wędrówką ludów, przyszło jako pierwszej zapłacić Europie, ona też jako pierwsza zaczęła oglądać się na Rosję – ta zaś swą syryjską interwencją idealnie wstrzeliła się w sytuację wywołaną zachodnim paraliżem woli. I tu dochodzimy do konsekwencji rosyjskiego zaangażowania w Syrii dla naszej części kontynentu. Niemiecki szef MSZ Frank-Walter Steinmeier wyraził nadzieję, że współpraca z Rosją w sprawie Syrii przyczyni się do postępu w sprawie wojny na Ukrainie. Z kolei wicekanclerz Sigmar Gabriel bez ogródek zapowiedział, iż trzeba będzie „zmienić nasze podejście do Rosji”. Podobne głosy dochodzą z Francji, stanowisko europejskiego biznesu od początku jest jednoznaczne – z Rosją należy się dogadać i handlować. USA bezpieczne za oceanem i ściśle limitujące przyjmowanie „uchodźców” próbują jeszcze marszczyć brwi, ale i one wkrótce ugną się pod naciskiem faktów dokonanych. Obama mógł sobie piorunować wzrokiem Putina na sesji ONZ, ale tyle jego – sądzę, że kremlowski czekista doskonale się bawił widząc te kabotyńskie grymasy.

Rosja de facto już wyrwała się z międzynarodowej izolacji. W Paryżu właśnie odbyło się kolejne spotkanie w „formacie Normandzkim” (Putin, Merkel, Hollande, Poroszenko) i jego efekty zapewne niedługo zostaną nam objawione. Sankcje wygasają w styczniu i trudno sobie wyobrazić, by zostały utrzymane, skoro Putin awansował nagle na sojusznika w gaszeniu bliskowschodniego pożaru. Wygląda więc na to, że Ukraina zostanie przehandlowana – oczywiście, z zachowaniem pozorów i poszanowaniem interesów mocarstw, które na jej terenie toczą wojnę „per procura” o rozdzielenie stref wpływów między Mitteleuropą a Eurazją – a my zostaniemy z ręką w nocniku wraz ze swym tyleż entuzjastycznym, co bezrefleksyjnym poparciem (na zewnętrzny rozkaz) dla „samostijnej Ukrainy”. Swoją drogą, nie chciałbym teraz być w skórze tamtejszej post-majdanowej oligarchii...

No chyba, że Stany Zjednoczone w odwecie za syryjski blamaż zechcą mocniej wkroczyć do Europy Środkowo-Wschodniej, czego symptomu upatruje się w demonstracyjnym usadzeniu prezydenta Dudy obok Obamy podczas niedawnej sesji ONZ. Mogłoby to zagrać na naszą korzyść, pod warunkiem, że tym razem będziemy na tyle przytomni, by nie sprzedawać swego poparcia za drobne. Amerykanie już raz (reset Obamy) oddali nasz region w pacht Moskwie oraz Berlinowi, zostawiając im wolną rękę w budowaniu regionalnego kondominium – i powinniśmy o tym stale pamiętać. Naszym interesem jest chociażby odbudowa Grupy Wyszehradzkiej (plus Rumunia) po ciosie zadanym jej przez Kopacz, jako czynnika przeciwstawiającego się niemieckiej hegemonii – i tu, przynajmniej na wstępnym etapie, patronat USA byłby pożyteczny, by przełamać narosłą nieufność. Później, o ile zachowamy zręczność i rozsądek, powinniśmy dać sobie radę sami – ale to już temat na osobną pogadankę...

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 39 (07-13.10.2015)