Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mitteleuropa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mitteleuropa. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 7 października 2018

Trójmorze na niemieckiej smyczy

Pod pozorem oferty współpracy, niemiecki minister Heiko Maas ogłosił w istocie dyktat i wezwanie do bezwarunkowej kapitulacji Trójmorza.

I. Blitzkrieg Heiko Maasa

Wygląda na to, że inicjatywa Trójmorza zaczyna ewoluować w skrajnie niekorzystnym kierunku. Jak pamiętamy, na tegoroczny szczyt w Bukareszcie została zaproszona (a w zasadzie – wprosiła się) niemiecka delegacja pod przewodnictwem ministra spraw zagranicznych Heiko Maasa. Tego samego, który dosłownie chwilę wcześniej na łamach „Handelsblatt” ogłosił swoisty manifest prezentujący ideę „suwerennej Europy”, czyli superpaństwa pod niemieckim kierownictwem, ustawionego w kontrze do Stanów Zjednoczonych (i przychylnego Rosji w ramach „wielobiegunowego światowego porządku”). Dodajmy, że równolegle Angela Merkel lobbuje za powierzeniem funkcji szefa Komisji Europejskiej niemieckiemu politykowi, co oznacza zerwanie z obecną grą pozorów - w miejsce zakulisowego pociągania za sznurki marionetek pokroju Junckera czy Tuska, Europa przejdzie bezpośrednio na ręczne sterowanie Berlina (pisałem niedawno o tym w artykułach: „Niemiecka Europa” i „Trójmorze czy Mitteleuropa?”). Udział Heiko Maasa w szczycie w Bukareszcie był rzecz jasna elementem tej samej politycznej ofensywy, bowiem jeśli przywództwo Berlina w Europie ma być trwałe, potrzebuje fundamentu w postaci Mitteleuropy, czyli środkowoeuropejskich pół-kolonii na różne sposoby wzmacniających potencjał Niemiec. Zaplecze w postaci rynków zbytu, rezerwuaru taniej siły roboczej dla zlokalizowanych w regionie niemieckich montowni i generalnie, podwykonawcy niemieckiej gospodarki jest absolutnie kluczowym elementem układanki – tym bardziej, że uzależnienie gospodarcze przekłada się na polityczną wasalizację. Już teraz nasz region jest dla Berlina jednym z głównych partnerów handlowych, zatem Niemcy zwyczajnie nie mogą sobie pozwolić na to, byśmy wyślizgnęli im się z rąk. A taką właśnie, coraz bardziej realną groźbę, stanowi Trójmorze z rysującymi się wspólnymi przedsięwzięciami infrastrukturalnymi – na dodatek pod amerykańskim patronatem.

Toteż Heiko Maas, zgodnie z tradycją blitzkriegu, na szczycie Trójmorza natychmiast przeszedł do szturmu i dyplomatycznych manewrów oskrzydlających. Ogłosił mianowicie plan „nowej polityki wschodniej” - ma się rozumieć, z wiodącą rolą Niemiec. Przede wszystkim, zgłosił akces Niemiec do Trójmorza – już nie w charakterze doraźnie zaproszonego gościa lub obserwatora, lecz regularnego, pełnoprawnego członka. „Chcemy wykorzystać to forum, także w przyszłości, by mocniej zaangażować się w dyskusje prowadzone przez naszych wschodnioeuropejskich sąsiadów” - stwierdził, dodając, iż „Niemcy pasują do inicjatywy Trójmorza nie tylko ze względu na geograficzne położenie nad Bałtykiem, ale i także ze względów historycznych, politycznych i gospodarczych”. Niemiecką rolę w Trójmorzu określił następująco: „Niemcy chcą być budowniczym mostów i pośrednikiem w duchu europejskiej jedności”.


II. Berliński dyktat

Przekładając powyższe na normalny język, słowa szefa niemieckiego MSZ oznaczają: 1) żadnego uprawiania polityki za plecami Berlina; 2) żadna inicjatywa w ramach Unii Europejskiej nie może zaistnieć bez udziału Niemiec; 3) obszar Mitteleuropy stanowi od wieków niemiecką strefę wpływów i nie pozwolimy na budowanie jakiejkolwiek przeciwwagi dla naszej dominacji; a zatem 4) kładziemy na Trójmorzu łapę i nawet nie próbujcie wierzgać – tym bardziej orientując się na Stany Zjednoczone, bo Waszyngton jest daleko, a Berlin blisko.

Krótko mówiąc, pod pozorem oferty współpracy, niemiecki minister ogłosił w istocie dyktat i wezwanie do bezwarunkowej kapitulacji. Temu służyć miało również znaczące przypomnienie, że to Niemcy i nikt inny są wiodącym partnerem gospodarczym dla każdego z krajów Trójmorza. Widać zatem wyraźnie, że Berlin, który początkowo sądził, iż Trójmorze będzie mało znaczącą efemerydą, radykalnie zmienił swoje podejście. Konkretyzujące się projekty współpracy na polu komunikacyjnym czy energetycznym zabrzmiały jak dzwonek alarmowy. Ostatnią rzeczą, jakiej potrzebowałyby Niemcy, byłoby urzeczywistnienie inwestycji w rodzaju Via Carpatia bądź gazociągów na linii północ-południe, z ominięciem terytorium naszego zachodniego sąsiada. Taka alternatywna siatka połączeń siłą rzeczy stanowiłaby czynnik emancypujący kraje Europy Środkowej – również w kontekście zależności od poddanego Niemcom brukselskiego centrum decyzyjnego. A jeśli dodać, że twardym jądrem Trójmorza jest Grupa Wyszehradzka, która swą obecną polityczną tożsamość wypracowała na gruncie sprzeciwu wobec polityki imigracyjnej Angeli Merkel, to sytuacja z punktu widzenia Niemiec zaczęła się robić naprawdę niepokojąca i w jakiejś perspektywie czasowej mogłaby wręcz doprowadzić do zanegowania ich europejskiego przywództwa. Warto pamiętać, że państwa Trójmorza obejmują jedną trzecią terytorium i jedną piątą liczby ludności Unii Europejskiej. Taki potencjał bezwarunkowo należy utrzymać pod kontrolą.

Interes niemiecki jest jasny: 1) trzymamy Europę w garści opierając się na sojuszu z Francją; 2) w szerszym, geopolitycznym kontekście, stawiamy na maksymalne zbliżenie z Kremlem dla którego będziemy kluczowym odbiorcą gazu, rozprowadzającym rosyjski surowiec na resztę kontynentu; 3) opierając się na tych dwóch filarach dążymy do wyeliminowania wpływów amerykańskich; 4) w efekcie, stajemy się samodzielnym, globalnym graczem, zawodnikiem wagi ciężkiej, używając podporządkowanej nam Europy jako dźwigni potęgującej naszą siłę.


III. Trójmorze na smyczy

Oczywistością jest, że bezpośrednia obecność Niemiec w Trójmorzu oznacza koniec samodzielności tej inicjatywy i marzeń o stworzeniu „wielobiegunowej” Europy. Mówiąc brutalnie, Trójmorze zostanie zdominowane, okiełznane i zaprzęgnięte do rydwanu interesów Berlina. W tej postaci Mitteleuropa stanie się instytucjonalną emanacją hegemonii „Wielkiego Brata” - narzędziem służącym systemowemu utrwalaniu niemieckiej dominacji, wyrażanej w formule „suwerennej Europy” (ubieranie własnych interesów w kostium „europejskości” to stara sztuczka niemieckiej polityki, sięgająca średniowiecza i koncepcji Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego). A tam, gdzie są Niemcy, prędzej czy później wkracza też Rosja upominając się o swój kawałek tortu. Już teraz Kreml jawi się części państw Trójmorza jako atrakcyjny kierunek dywersyfikacji kontaktów gospodarczych – furtkę chcą uchylać m.in. Węgry, Słowacja czy Czechy. Po ostatecznym przejęciu inicjatywy przez Niemcy owa furtka zamieniłaby się w autostradę.

Znamienne jest tu forsowanie metodą faktów dokonanych gazociągu Nord Stream 2. Po sfinalizowaniu inwestycji Niemcy zostaną nierozerwalnie związane z Rosją – i tego właśnie chcą, widząc w takim strategicznym sojuszu gwarancję rozbudowy własnego potencjału. W kontaktach bilateralnych obie strony otwarcie mówią o „euroazjatyckim obszarze od Lizbony do Władywostoku” (ostatnio podczas wrześniowej wizyty Ławrowa w Berlinie). Dla takich korzyści warto pociągnąć Putinowi rurę. Nie dziwi więc, że na forum unijnym Berlin od miesięcy blokuje nowelizację dyrektywy o Nord Stream 2, mającą w zamyśle poddać podwodną część gazociągu przepisom europejskiego trzeciego pakietu energetycznego, co drastycznie ugodziłoby w rentowność przedsięwzięcia.

Niestety, w kwestii niemieckiej „oferty” Trójmorze dalekie jest od jednomyślności – propozycję Heiko Maasa zdążył już poprzeć gospodarz tegorocznego szczytu, rumuński prezydent Klaus Iohannis. Na szczęście, premier Morawiecki podczas swojego wystąpienia pominął niemiecki wniosek wymownym milczeniem. Trzeba jednak pamiętać o chwiejnej postawie prezydenta Andrzeja Dudy, który wyraził zgodę na przyjazd do Bukaresztu niemieckiej delegacji, co entuzjastycznie poparł prezydencki minister Krzysztof Szczerski. Pozostaje mieć nadzieję, że wśród 12 członków inicjatywy (by przyjąć Niemcy, musi być jednomyślność) przeważy instynkt samozachowawczy – inaczej wkrótce obudzimy się w Trójmorzu uwiązanym na niemiecko-rosyjskiej smyczy i nasz sen o podmiotowej pozycji w Europie pryśnie jak mydlana bańka.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Trójmorze czy Mitteleuropa?

Niemiecka Europa


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 40 (05-11.10.2018)

czwartek, 20 września 2018

Trójmorze czy Mitteleuropa?

Może się okazać, że pewnego dnia ockniemy się z Trójmorzem sprowadzonym do roli instytucjonalnej emanacji niemieckiej Mitteleuropy.

I. Niemcy wkraczają do Trójmorza

Ledwo co zdążyłem napisać o kolejnej odsłonie mocarstwowych planów Niemiec („Niemiecka Europa”) - a tu, jak diabeł z pudełka wyskoczyła informacja, że Niemcy złożyły wniosek o dopuszczenie ich do obrad szczytu Inicjatywy Trójmorza w Bukareszcie (17-18 września) w charakterze „państwa partnerskiego”. Co więcej, jak się dowiadujemy, Polska (a konkretnie Kancelaria Prezydenta, czyli oficjalnego przedstawiciela naszego kraju na szczycie) ów wniosek poparła. Swoją zgodę muszą wyrazić jeszcze pozostałe kraje (prócz Polski - Austria, Bułgaria, Chorwacja, Czechy, Estonia, Litwa, Łotwa, Rumunia, Słowacja, Słowenia i Węgry) lecz można się spodziewać, że po polskiej akceptacji jest to jedynie formalnością. Tymczasem warto przypomnieć, że dopiero co wyszło na jaw, iż kanclerz Merkel zabiega o fotel szefa Komisji Europejskiej dla polityka z Niemiec, zaś tamtejszy minister spraw zagranicznych Heiko Maas opublikował artykuł w którym zarysował wizję Unii Europejskiej jako superpaństwa pod niemiecką hegemonią, zdolnego w sojuszu z Rosją do konfrontacji ze Stanami Zjednoczonymi obsadzonymi w roli głównego przeciwnika. Dodajmy, iż chodzi o te same Stany Zjednoczone, które mają być geopolitycznym patronem Trójmorza.

Widać zatem wyraźnie, że Niemcy wsadzają stopę w drzwi – a my, zamiast te drzwi przytrzasnąć, chociażby zbywając wniosek Berlina potrzebą konsultacji z pozostałymi partnerami, entuzjastycznie otwieramy je na oścież. Najwyraźniej prezydentowi Dudzie i jego otoczeniu udzieliła się przypadłość, którą towarzysz Stalin określił jako „zawrót głowy od sukcesów”. 18 września ma dojść do spotkania w Białym Domu z prezydentem Trumpem, zatem uznano zapewne, że dobrze byłoby je obudować wizerunkowo równoległym szczytem Trójmorza z udziałem głównego europejskiego gracza – który na dodatek właśnie do nas zwrócił się po prośbie i za naszą zgodą został dopuszczony do stolika. Owe splendory mają zaświadczyć, iż Trójmorze nie jest prowincjonalnym, mało ważnym projektem, lecz staje się poważną inicjatywą budzącą głębokie zainteresowanie kontynentalnych potęg. Sugerowałaby to wypowiedź Krzysztofa Szczerskiego o „rosnącym znaczeniu [Trójmorza] w polityce europejskiej i euroatlantyckiej” oraz o tym, że „Prezydent Andrzej Duda od początku zawiązania Inicjatywy Trójmorza konsekwentnie głosił przekonanie, że powinna ona stać się ważnym mechanizmem współpracy państw na rzecz harmonijnego rozwoju i bezpieczeństwa całej Europy. Jeśli kolejny, ważny kraj, podpisuje się pod ta ideą to znaczy, że jest ona słuszna i ma szanse utrwalić swoją rolę w polityce międzynarodowej”.

I nawet można by się zgodzić z diagnozą, że w Inicjatywie tkwi potencjał, nie okazała się ona bynajmniej efemerydą lecz przeciwnie – stopniowo konkretyzuje wewnętrzną współpracę. Tegorocznemu szczytowi towarzyszyć będzie Forum Biznesu (przy współpracy z amerykańskim Atlantic Council), powstać ma wspólny fundusz energetyczny oraz lista strategicznych projektów międzysystemowych z zakresu transportu, energii czy technologii cyfrowej, a uczestnicy liczą na nawiązanie współpracy z firmami z USA. Nic więc dziwnego, że również Berlin będzie chciał się temu interesowi przyglądać z bliska, potwierdzając tym samym, iż traktuje trójmorską integrację nader poważnie.


II. Wspólnota Narodów Trójmorza

Tyle, że zamiar Niemiec jest oczywisty – chodzi o zachowanie kontroli nad obszarem Mitteleuropy. Trójmorze pod amerykańskim parasolem stanowi bowiem zagrożenie dla ich żywotnych interesów politycznych i gospodarczych, a zneutralizowanie wpływów Waszyngtonu w regionie staje się w warunkach wojny handlowej jednym z kluczowych warunków zbudowania „Niemieckiej Europy”. I temu właśnie ma służyć obecność niemieckiej delegacji – a nie wyrażaniu uznania i cmokaniu z zachwytem nad środkowoeuropejską dynamiką. Co gorsza, jeśli udział Niemiec w obradach nie okaże się jednorazowy, lecz zadomowią się w Trójmorzu na dłużej, to mogą swój cel osiągnąć, skutecznie pacyfikując „buntowniczy” projekt.

Warto tu nadmienić, że Trójmorze w pierwszym rzędzie – czego nawet nikt specjalnie nie ukrywał – stanowić miało narzędzie służące wytworzeniu swoistej „wielobiegunowości” w ramach Unii Europejskiej. Tworzące je kraje czuły, że są tłamszone niemiecką przewagą i poddawane kolonialnej eksploatacji. Dlatego właśnie uznały, że należy zacieśnić współpracę i połączyć swe potencjały, by uzyskać efekt synergii. Inicjatywa miała równoważyć dominację Berlina na różnych polach, umacniać podmiotowość zarówno Europy Środkowej jako całości, jak i poszczególnych państw. Miała, krótko mówiąc, wywindować nasz region „ściśnięty” między Niemcami a Rosją do roli samodzielnego gracza – przynajmniej w ramach Unii. Wszystko to odbywa się na zasadach równoprawnych, partnerskich, bez piętrowego „ważenia głosów” w zależności np. od demograficznego potencjału, z czym mamy do czynienia w UE. Uszanowana jest odrębność oraz interesy poszczególnych państw, co nabiera dodatkowego znaczenia i atrakcyjności dla uczestników Inicjatywy w konfrontacji z rosnącym zamordyzmem Brukseli. Kraje regionu ustaliły współpracę wg prostej zasady – współdziałamy możliwie ściśle tam, gdzie nasze cele są zbieżne i staramy się wynieść z tego maksimum korzyści. Dobrze obrazuje to ukute w Instytucie Myśli Schumana hasło „Wspólnota Narodów Trójmorza” będące nawiązaniem do idei „Europy narodów”. Z Niemcami wewnątrz Trójmorza ta formuła jest nie do utrzymania, albowiem, jako się rzekło, interesy Berlina są w oczywisty sposób przeciwstawne i sprowadzają się do utrzymania środkowoeuropejskich kolonii pod butem.


III. Lis w kurniku

W tych warunkach zapraszanie Niemiec na szczyt w Bukareszcie przypomina wpuszczanie lisa do kurnika. Już sama obecność niemieckiej delegacji może na niektórych uczestników podziałać paraliżująco. A należy liczyć się i z tym, że Niemcy będą intrygować, przekupywać obietnicami (np. jeśli chodzi o korzystne dla poszczególnych krajów zapisy w przyszłym euro-budżecie), nastawiać członków szczytu przeciw sobie... Innymi słowy – możemy mieć powtórkę - tyle, że w skali makro - ze sprawy unijnej dyrektywy w kwestii pracowników delegowanych, kiedy to Macronowi skutecznie udało się rozbić środkowoeuropejską solidarność. Dodatkowo, dzięki bezpośredniemu uczestnictwu w obradach, Berlin uzyska dostęp do newralgicznych informacji, których z pewnością nie omieszka wykorzystać.

Niemcy tymczasem bezpardonowo prą do przodu – niedawno „przyklepały” budowę lądowej odnogi Nord Stream 2 (gazociąg EUGAL) mającej biec od bałtyckiego wybrzeża do granicy z Czechami. Pierwsza nitka ma zostać położona do końca 2019 r., a druga do końca 2020. Imponujące tempo, można się więc domyślać, że w Bukareszcie niemiecka delegacja będzie szczególnie zainteresowana planami energetycznymi Trójmorza. Biorąc pod uwagę „strategiczne partnerstwo” niemiecko-rosyjskie, równie dobrze można by na szczyt zaprosić Putina, tak by nic nie stanęło obu „partnerom” na przeszkodzie w ustaleniu wspólnej kurateli nad niepokornym regionem. Warto też rozważyć, jak zaproszenie Niemiec do rozmów zostało odebrane w Waszyngtonie i co w związku z tym usłyszy 18 września prezydent Duda od słynącego z impulsywności Donalda Trumpa.

Należy sobie zatem powiedzieć jasno – Trójmorze z Niemcami na pokładzie nie ma sensu, gdyż prędzej czy później zostanie przez nie zdominowane, a wpływy amerykańskie „wypchnięte” - choćby dlatego, że Niemcy leżą tuż pod bokiem, rozdają karty w UE i dzielą kasę. Tym samym, może się okazać, że Berlin w krótkim czasie skolonizuje politycznie i gospodarczo tę inicjatywę, zamieniając ją w kolejny instrument swojej hegemonii – czyli coś, co miało stanowić płaszczyznę emancypacji spod wpływów „Wielkiego Brata”, stanie się narzędziem uzależnienia. A to z kolei będzie oznaczało, że pewnego dnia ockniemy się z Trójmorzem sprowadzonym do roli instytucjonalnej emanacji niemieckiej Mitteleuropy. Obym był złym prorokiem.

Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 36 (07-13.09.2018)

piątek, 8 września 2017

Niemcy chcą nam zainstalować Tuska

Czy Angela Merkel wkroczy do gry robiąc roszadę – Tusk do Warszawy, Duda do Brukseli?


I. Mitteleuropa-bis

Zacznijmy od tego, co wszyscy wiemy. Obecne rządy Prawa i Sprawiedliwości z Jarosławem Kaczyńskim jako nieformalnym „naczelnikiem” to dla Niemiec skrajnie niewygodna i irytująca sytuacja. Przez osiem lat namiestniczej władzy PO Berlin przyzwyczaił się, że polska kolonia – istna perła w koronie Mitteleuropy – nie tylko nie neguje niemieckiej hegemonii, ale wręcz uprzedza życzenia swego patrona – tak, jak to było ze słynnym „hołdem pruskim” Radosława Sikorskiego, gdy wzywał Niemcy do „wzięcia odpowiedzialności za Europę”. Jak pamiętamy z historii, „branie odpowiedzialności za Europę” jest odwiecznym niemieckim celem i marzeniem, sięgającym korzeniami średniowiecza i Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego. Ów „cesarski uniwersalizm” mający jednoczyć kontynent pod kierownictwem Niemiec pozostaje niezmiennym wyznacznikiem polityki Berlina – na przestrzeni wieków zmieniały się jedynie zewnętrzne pozory i metody. Jest złośliwym rechotem historii, że po dwóch przegranych wojnach światowych Niemcy są dziś o krok od upragnionego celu – wykorzystując jako wehikuł dominacji struktury Unii Europejskiej, która wszak powstała m.in. po to, by trzymać Niemcy w ryzach.

Aby jednak komfortowo umościć się na tronie, Niemcy potrzebują głębszego oddechu, lebensraumu – a ten zapewnić im może tylko obszar Środkowej Europy z kluczowym elementem w postaci uzależnionej od nich Polski. Stąd też powrót do koncepcji Mitteleuropy (choć starannie unika się tego terminu) – czyli zbudowania wokół Niemiec grona państw satelickich stanowiących gospodarcze zaplecze, źródło taniej siły roboczej i rynek zbytu. Mówimy tu o współczesnej formie kolonializmu, z tą różnicą, że owe kolonie nie znajdują się gdzieś hen za morzem, lecz poręcznie, tuż pod bokiem, co znacznie ogranicza koszty eksploatacji i sprzyja budowaniu efektywnych szlaków komunikacyjnych na osi wschód-zachód. Kolonie te, pozostające w strukturach UE i formalnie dysponujące wszelkimi zewnętrznymi atrybutami suwerenności, mają jeszcze ten walor, że swymi głosami wspierają na forum unijnym niemieckie projekty, stanowiąc tym samym dla Berlina dodatkową dźwignię polityczną.

Aby opisywany tu mechanizm sprawnie funkcjonował spełniony winien zostać podstawowy warunek – w krajach Mitteleuropy rządzić musi każdorazowo ekipa z berlińskiego nadania, będąca wyrazicielem interesów „metropolii”. Stąd pieczołowite konstruowanie V kolumny, zarówno jeśli chodzi o ugrupowania polityczne, jak i instrumentarium społecznego oddziaływania – media, fundacje, system stypendialno-grantowy – niestrudzenie pracującego na rzecz przedstawiania Niemiec jako niedosiężnego wzorca cywilizacyjno-kulturowego do którego winniśmy równać. Bo wszak „demokracja kolonialna” polega na tym, by spacyfikowane i utrzymywane w permanentnym poczuciu niższości społeczeństwo wybierało właściwie.


II. Bunt w kolonii

Do pewnego momentu wszystko grało – Polska systematycznie wyrzekała się własnych podmiotowych aspiracji na rzecz płynięcia z „głównym nurtem”, rezygnując ze swych elementarnych interesów i sławiąc dobrodziejstwa euro-funduszy wydawanych pod dyktando mandarynów z Brukseli. Aż tu nagle coś zazgrzytało – Polacy uświadomili sobie, że gonią w piętkę (bo ceną, jaką Berlin z naszych pieniędzy płacił swej ekspozyturze, było milczące przyzwolenie na konserwację antyrozwojowych patologii), na dodatek zaczęli mieć serdecznie dosyć wciskanej im od 1989 r. „pedagogiki wstydu”. W efekcie, w 2015 r. pogonili rządzących z berlińskiego nadania folksdojczów i zagłosowali na ugrupowania zmiany – PiS i Kukiz'15. Z niemieckiego punktu widzenia był to po prostu bunt. I tak też traktują rząd PiS, który z różnym powodzeniem, ale jednak usiłuje realizować suwerennościową agendę – jako uzurpatorów w zrewoltowanej kolonii. A ponieważ dziś Berlin już nie może wysłać tu korpusu ekspedycyjnego, niczym w 1904 r. do Namibii, by ten wyrżnął w pień autochtonów, to walka toczy się innymi metodami, lecz z równą bezwzględnością.

Przywróceniu starego porządku służyć mają zarówno naciski zewnętrzne, zmierzające do międzynarodowej izolacji Polski, tak by funkcjonowała w skrajnie nieprzyjaznym otoczeniu, jak i próby wewnętrznej destabilizacji kraju, by w konsekwencji, mówiąc hasłowo, Polacy zatęsknili za Tuskiem i epoką „ciepłej wody w kranie”. Przy czym sama Angela Merkel woli trzymać się dyskretnie w cieniu, jako że ostentacyjne mieszanie się niemieckiego rządu w nasze wewnętrzne sprawy mogłoby wywołać efekt odwrotny do zamierzonego. Taktykę tę jakiś czas temu otwartym tekstem wyłuszczył „Die Welt” piórem Alexandra Wölla. Otóż, twierdzi on, iż krytyka z Niemiec pod adresem Polski zawsze umacnia kogoś, kogo nie chcemy wspierać” – konkretnie, Jarosława Kaczyńskiego. Dlatego też zmiany musi zaprowadzić samodzielnie polskie społeczeństwo obywatelskie, a wtrącanie się Niemiec do polskich spraw siły te raczej osłabi niż wzmocni. Podwójne weto prezydenta Dudy wobec ustaw o KRS i Sądzie Najwyższym ocenia on jako sukces „strategii niemieszania się”. Basuje mu Thomas Vitzthum, twierdząc iż w Berlinie wiąże się nadzieję z tym, że obecny przewodniczący Rady Europejskiej Donald Tusk stanie w szranki z partią Kaczyńskiego”, zaś wstrzemięźliwość Angeli Merkel w komentowaniu sytuacji w Polsce „ma sprzyjać przygotowaniu gruntu dla Tuska do wyborów.

Oczywiście nie oznacza to, że Merkel rezygnuje z gry na innych fortepianach. Ton niemieckiej prasy pozostaje niezmiennie skrajnie wrogi wobec polskiego rządu, co jest niewątpliwie obliczone na wywołanie rezonansu na Wisłą. Rola polskojęzycznych mediów z niemieckim kapitałem jest od lat ogólnie znana. Do tego dochodzi uruchomienie brukselskich marionetek – tych wszystkich „guyów”, Timmermansów i Junckerów, mających pod byle pretekstem wszczynać antypolskie hece i groteskowe procedury dyscyplinujące. Na powyższe nakłada się ekscytowanie wewnętrznych niepokojów w myśl hasła „ulica i zagranica”. Słowem, jak pisałem tu niedawno – plan zakłada obalenie niewygodnego rządu polskimi rękami przy wsparciu zagranicznych ośrodków nacisku, tak by umożliwić powrót Tuska na białym koniu i zaprowadzenie „porządku w Warszawie”.

A czasu jest coraz mniej, bowiem Niemcy czują, że wymyka im się z rąk nie tylko Polska, ale cały region. Do pewnego momentu Merkel mogła bagatelizować Grupę Wyszehradzką czy inicjatywę Trójmorza – ale w momencie, gdy wsparcia naszemu regionowi udzielił Donald Trump, zaczęła się inna rozmowa. Europa Środkowa powiązana gazociągami tłoczącymi gaz z polskiego gazoportu (i w przyszłości chorwackiego na wyspie Krk) oraz podłączona do Baltic Pipe z gazem z norweskich złóż, do tego ze szlakami komunikacyjnymi na osi północ-południe takimi jak Via Carpatia, wszystko zaś pod amerykańskim parasolem (a Trump nie ukrywa, że gra na osłabienie Niemiec) – temu Berlin nie może się biernie przyglądać, stąd instalacja Tuska w Warszawie staje się zadaniem priorytetowym.


III. Roszada Tusk za Dudę?

Powyższe tłumaczy, dlaczego PO i Nowoczesna prowadzą, zdawałoby się, samobójczą politykę, dekonspirując się jako niemiecka partia w Polsce. Inaczej po prostu nie mogą. Są zakładnikami - i to podwójnymi. Po pierwsze, są zakładnikami paramafijnych układów oligarchii III RP, funkcjonujących m.in. za niemieckim przyzwoleniem. Po drugie - są zakładnikami swych niemieckich protektorów i muszą realizować ich agendę, nawet na własną polityczną zgubę. A w Berlinie najwyraźniej liczą na powtórkę scenariusza z 2007 r. - pozostaje mieć nadzieję, że Polska jest już innym krajem niż wówczas.

Cóż jednak mają zrobić Niemcy, gdy polska gospodarka i budżet mają się dobrze, a PiS ma stabilne poparcie wzmacniane dodatkowo transferami socjalnymi i niskim bezrobociem? Muszą grać na rozbicie, dezintegrację obozu rządzącego (co również byłoby powtórką z 2007 r.).

I w tym miejscu, na koniec, sformułuję daleko idącą hipotezę co do której bardzo chciałbym się mylić, ale sądzę, że powinna zostać wypowiedziana na głos. Czy nagły przypływ „niezależności” prezydenta Dudy związany jest ze słynną 45-minutową rozmową telefoniczną z Angelą Merkel? Czy weta oraz niedawna odmowa generalskich nominacji mają z tym związek? Mówiąc wprost: czy Angela Merkel obiecała Dudzie jakieś stanowisko w Brukseli po zakończeniu kadencji? Przecież na zdrowy rozum, jeżeli Duda będzie kontynuował obecną linię, to PiS nie wystawi go do kolejnych wyborów – a to oznacza śmierć polityczną, bo bez partyjnego wsparcia nie ma co liczyć na drugą kadencję. Oczywiście, na brukselski stołek Andrzej Duda musiałby zasłużyć – np. blokując PiS-owi kluczowe reformy, tak by rząd pogrążył się w paraliżu, zaś obóz patriotyczny – w wewnętrznych wojenkach, być może zakończonych rozłamem. A w odpowiednim momencie Angela Merkel wkroczyłaby do gry robiąc roszadę – Tusk do Warszawy, Duda do Brukseli. Sądzę, że najbliższe tygodnie i zachowanie prezydenta dadzą nam odpowiedź - tymczasem zostawiam Państwa z tym materiałem do przemyśleń.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Merkel i Duda, czyli caryca Katarzyna i król Stasio

Timmermanslewacki burak roku


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 36 (06-12.09.2017)

niedziela, 10 lipca 2016

Eurosceptycyzm i Brexit, a ruska agentura

Trzeba spadać, zanim Makrela z Junckerem urządzą nam Europę i „wspólną przestrzeń”, jakiej świat nie widział.


I. „Od Lizbony do Władywostoku”

Zarówno przed, jak i tuż po Brexicie jednym z wiodących tonów federalistycznej propagandy była gra rosyjskim zagrożeniem. Po wyjściu Wlk. Brytanii na Kremlu miały strzelić korki od szampana, bo osłabienie UE wraz z jej dwoma centrami decyzyjnymi – oficjalnym w Brukseli i faktycznym w Berlinie - miało sprawić, że Putinowi będzie łatwiej rozgrywać Europę. I można by się było nawet z tą argumentacją zgodzić, gdyby nie jeden drobny szczegół: jest ona podnoszona przez te same środowiska, które jeszcze niedawno roiły o wspólnej przestrzeni bezpieczeństwa i współpracy „od Lizbony do Władywostoku”. Działo się tak nawet po wybuchu wojny na Ukrainie i wprowadzeniu obustronnych sankcji. Perspektywą na przyszłość, szczególnie dla nas, jest wielka strefa wolnego handlu, do której będzie należała także Rosja” - to słowa Angeli Merkel z kwietnia 2015, wygłoszone podczas wizyty w jej okręgu wyborczym. Podobne deklaracje padły w kwietniu tego roku podczas berlińskiej konferencji gospodarczej East Forum, gdzie przytłaczająca większość uczestników opowiedziała się za wspólną przestrzenią gospodarczą obejmującą UE oraz Unię Eurazjatycką. Warto również przypomnieć, że sankcje i problem Ukrainy nie przeszkadzają Niemcom i Rosji w realizacji projektu Nord Stream 2 – wbrew protestom krajów Europy Środkowej.

Innymi słowy, rosyjski straszak wykorzystywany jest instrumentalnie, w charakterze propagandowego młotka na przeciwników euro-federalizmu i hegemonistycznych zapędów berlińsko-brukselskiej centrali. Ta sama centrala wraz z gigantami europejskiego biznesu dąży natomiast nie tyle nawet do „superpaństwa” (to jest jedynie etap pośredni), ile wręcz do powstania monstrualnego, eurazjatyckiego kołchozu. A zatem, zwolennikom „silnej Unii”, która jakoby ma dla nas stanowić zabezpieczenie przed neoimperialnymi zakusami Kremla, radziłbym rozważyć następujący scenariusz: co się stanie z Polską, jeżeli ta „silna Unia” dogada się z Moskwą ponad naszymi głowami, a my z dnia na dzień obudzimy się we „wspólnej przestrzeni” jako podrzędna prowincja, zagubiona gdzieś pomiędzy „Lizboną a Władywostokiem”? To będzie dopiero kondominium – niczym okres wasalizacji Polski z czasów Tuska-Komorowskiego, tyle że podniesiony do n-tej potęgi.


II. Kolejne „etapy”

Warto stale pamiętać, iż obecne napięcia między UE a Rosją są wyjątkiem we wzajemnych relacjach, a nie regułą. Regułą jest robienie wspólnych interesów, milczące przyzwolenie na strefy wpływów i obszar buforowy w Europie Środkowej – szczególnie, gdy Stany Zjednoczone wchodzą w okres „resetu” i przenoszą ciężar uwagi w inne rejony świata, puszczając nasz fragment Europy w dzierżawę Niemcom. Stan ten uległ zachwianiu, kiedy Niemcy sięgnęły po „nie swoje” chcąc poszerzyć obszar Mitteleuropy o Ukrainę, a i USA postanowiły wrócić do gry i nieco utrzeć Putinowi nosa. Ta sytuacja jednak nie będzie trwała wiecznie i prędzej czy później czeka nas powrót do „business as usual” - zaś ci sami ludzie, którzy dziś nas straszą Putinem, gładko powrócą na tory nawoływań do „konstruktywnej” współpracy, niczym Adam Michnik, którego organ dziś usiłuje przodować w antyrosyjskiej retoryce, a który jeszcze niedawno brylował w Klubie Wałdajskim i w wywiadach dla rosyjskiej prasy komplementował putinowski system jako „liberalną dyktaturę”, ciskając zarazem gromy na polskich „rusofobów”. Bowiem to, co głoszą nasze kompradorskie elity jest jedynie echem kolejnych „etapów” polityki unijnego establishmentu. Spektakularnym przykładem powyższej prawidłowości było nagłe przestawienie wajchy po wybuchu ukraińskiego Majdanu. Rosja - wczorajszy kandydat do „pojednania” i potencjalny członek NATO do którego gromko zapraszał ją nie dający się nikomu wyprzedzić w lizusostwie wobec możnych tego świata Radosław Sikorski, z dnia na dzień stała się nagle śmiertelnie zagrażającym nam agresorem – a wszystko w rytmie poleceń płynących z berlińskiego dworu cesarzowej Angeli.

Patrząc z tej perspektywy, Brexit i jego konsekwencje w postaci rozluźnienia unijnego gorsetu są dla nas szansą, a nie zagrożeniem, zwiększając pole manewru. Takiego pola nie mielibyśmy w sfederalizowanej Europie.


III. Z rosyjskiej perspektywy

A jak to wszystko może wyglądać punktu widzenia samej Rosji? Cóż, napiszę tak: gdybym był jakimś wszechpotężnym macherem od wywierania wpływu, w typie generała Abdulrachmanowa z „Montażu” Vladimira Volkoffa, to z jednej strony inspirowałbym skrajnych euro-federastów, podsycając ich mokre sny o potędze w rodzaju przywołanej tu „wspólnej przestrzeni od Lizbony po Władywostok”. Czyniłbym tak, doskonale wiedząc, że ich zapędy wywołają narastający opór europejskich narodów. Z drugiej strony natomiast – wspierałbym europejskich separatystów, wzmagając wewnętrzne ciśnienie w skali całego kontynentu. Potem zaś usiadłbym w fotelu i czekał, aż ten konflikt nabierze własnej dynamiki i rozsadzi Europę.

I, jak się zdaje, Rosja właśnie coś takiego robi, grając na wielu fortepianach. Kokietuje tradycyjnie przychylną sobie europejską lewicę (wystarczyło posłuchać szefa niemieckiego MSZ, Franka-Waltera Steinmeiera, nazywającego manewry Anakonda „pobrzękiwaniem szabelką” i wzywającego do „dialogu i współpracy” z Rosją). Z kręgów euro-lewicy płyną też najdalej idące projekty powołania „superpaństwa” i zglajszachtowania Europy w jednolitą, ponadnarodową papkę pod przywództwem kasty brukselskich mandarynów. Ale, oczywiście, kremlowscy specjaliści nie zaniedbują również dopieszczania (gdy trzeba – także finansowego) ruchów nacjonalistycznych, dziś jednoznacznie prorosyjskich. Szczególnie na Zachodzie ugrupowania prawicowe ze zdumiewającą łatwością pozwalają się uwodzić syrenim śpiewom przedstawiającym Rosję jako nadzieję i ostoję chrześcijańskiego porządku w zalewie najeżdżającej Europę barbarii. Inaczej mówiąc: szukasz agentury – szukaj skrajności. Na tym tle wyróżniają się na plus główne środowiska narodowe w Polsce, mimo uporczywego przyszywania im przez różne „portale poświęcone” w ramach sekciarskiej wojenki łatki „ruskiej agentury” i „V kolumny Putina”.

Patrząc jednak na sprawy nieco szerzej, trzeba zauważyć jeszcze jeden aspekt. Owszem, rosyjska agentura jest tradycyjnie sprawna i aktywna. Inspiruje i „wozi się” na wznoszącej fali społecznych nastrojów – zarówno antyeuropejskich, jak i generalnie antyestablishmentowych. Gdzie może, tam podbechtuje, wzmacnia przekaz aż do extremum - ale nie ona jest praźródłem problemów. Ona jedynie wykorzystuje problemy i na nich gra. Praźródło obecnych konwulsji leży w samej Europie i przyjętym modelu integracji.

To, że Brytyjczycy zagłosowali za wyjściem z Unii, że podobne ruchy polityczne zyskują na znaczeniu w innych państwach i stają się nocną zmorą różnych „zawodowych brukselczyków”, wreszcie to, że za chwilę w powtórzonych wyborach prezydentem Austrii może zostać zdeklarowany eurosceptyk Norbert Hofer (a gdyby nie desperackie fałszerstwa wyborcze, byłby nim już dzisiaj), jest efektem nie tyle niechęci do Europy, ile zmęczenia arogancją lewicowo-liberalnych elit w połączeniu z nachalną indoktrynacją i pozbawianiem państw narodowych kolejnych kompetencji, a ludzi – poczucia, że mają na cokolwiek wpływ. Dlatego ostatnią rzeczą, którą kierowali się Brytyjczycy były kalkulacje w rodzaju „opłaca się – nie opłaca”. Oni po prostu chcieli pokazać Brukseli i Berlinowi środkowy palec. To jest praktyczny efekt narastającego i umiejętnie podsycanego konfliktu o którym tu mowa. Obustronna histeria nie pozwala na rozwiązania połowiczne – otrzymujemy alternatywę: albo „superpaństwo”, albo unicestwienie Unii.


IV. Wymiksować się z kotła

A wystarczyłoby zrobić krok w tył i powrócić do „Europy ojczyzn” - związanej wspólnym rynkiem, lecz bez polityczno-ideologiczno-biurokratycznej czapy. Ale na to nie zgodzi się zasiedziały brukselski establishment. Zbyt wiele ma do stracenia, bo w takiej Europie nie byłby do niczego potrzebny.

Jak w tym wszystkim ma zachować się Polska? Doraźnie – zmontować sojusz przeciw euro-federastom, co właśnie czyni – zobaczymy z jakim skutkiem. A docelowo - wymiksować się z tego kotła narastających i nierozwiązywalnych sprzeczności. Wyjść z UE wraz z krajami Europy Środkowej (wyszehradzka czwórka plus Rumunia) zanim to wszystko wybuchnie nam w twarze. Wiem, że powtarzam się w tych postulatach, ale galopująca rzeczywistość coraz bardziej potwierdza ich zasadność. Przystąpić do EFTA i funkcjonować w ramach Europejskiego Obszaru Gospodarczego jako stowarzyszona z UE konfederacja Międzymorza. Międzymorze to ponad 84 mln. ludności i 1.041,33 mld USD łącznego PKB - to naprawdę nie jest mało, inaczej Niemcom nie zależałoby tak na urzeczywistnieniu koncepcji Mitteleuropy - czyli „bliskiej kolonii”. Ta „bliska kolonia” ma bowiem potencjał. Należy go jedynie rozbudzić i wykorzystać.

Naprawdę, trzeba spadać, zanim Makrela z Junckerem urządzą nam Europę i „wspólną przestrzeń”, jakiej świat nie widział.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 27 (06-12.07.2017)

czwartek, 18 lutego 2016

Ukraiński koncert mocarstw

Niemcy powtarzają na Ukrainie schemat przećwiczony już w Polsce i pozostałych krajach naszego regionu.

I. USA wchodzą do gry

Jak doniósł niedawno Grzegorz Górny na portalu wPolityce.pl, były prezydent Gruzji, a obecnie gubernator obwodu odeskiego Micheil Saakaszwili rozpoczął „marsz po władzę” na Ukrainie. Trampoliną ma być założony niedawno Ruch Antykorupcyjny wykorzystujący społeczne rozczarowanie do post-majdanowego rządu. Notowania zarówno prezydenta Poroszenki, jak i premiera Jaceniuka pikują, ludzie są rozgoryczeni brakiem rzeczywistych reform, wszechobecną korupcją i bezkarnością oligarchów. Generalnie, rzeczywistość ukraińska potwierdza, że „musi się wiele zmienić, by wszystko zostało po staremu”. Mieliśmy zatem majdanową rewolucję, słuszny gniew ludu krwawiącego na ulicach, żeby wszystko wyglądało odpowiednio dramatycznie i wiarygodnie, przepędzenie złego dyktatora Janukowycza, falę narodowego entuzjazmu, walkę z rosyjską interwencją w Donbasie... a w międzyczasie niepostrzeżenie wszystko powróciło w dawne koleiny. Oligarchowie jak kradli, tak kradną – tyle, że teraz na wierzchu są ci od Poroszenki, a nie od Janukowycza. Wymuszone przez Zachód reformy buksują w miejscu i pełnią rolę modernizacyjnej fasady na użytek zagranicznej opinii publicznej – przypomina mi się picowna uroczystość powołania w Kijowie „nowej” i „nieskorumpowanej” policji z mundurami wzorowanymi na amerykańskich glinach gdzieś z lat 50-tych, chłopaki wyglądali w nich niczym policjanci z „Batmana”.

Tymczasem w „realu” wszystko zostało po staremu – nie załatwisz niczego bez łapówki, symbolicznym przykładem stały się tu rozliczne paroksyzmy wokół powołania Narodowego Biura Antykorupcyjnego i Prokuratury Antykorupcyjnej. Wieść gminna niesie, że stanowisko w nowych organach kosztuje kilkadziesiąt tysięcy dolarów, skonstruowane zaś zostały tak, by stały się wygodnym narzędziem do niszczenia biznesu konkurującego z podwieszonymi pod obecną władzę oligarchami. Szara strefa obejmuje wedle różnych szacunków od 47 do 56 proc. gospodarki, za najbardziej przekupne niezmiennie uchodzą sądy, prokuratury, policja, służba celna i wszelkie organy kontrolne, których działalność sprowadza się do wymuszania haraczy. Krótko mówiąc – korupcja ukraińska ma wymiar strukturalny, zaś zmiana sprowadziła się do wymiany beneficjentów tego systemu. Czyli, mamy powtórkę z kaca po „pomarańczowej rewolucji” - nic dziwnego, że radykalne, antykorupcyjne hasła stają się wyjątkowo nośne wśród sfrustrowanej ludności. Na powyższe nakłada się faktyczne bankructwo państwa, wiszącego na zagranicznych kredytach pomocowych.

Saakaszwili nie może być wprawdzie ani deputowanym, ani prezydentem (za krótko mieszka na Ukrainie), ale premierem – jak najbardziej. Cóż jednak oznacza nagła ofensywa gruzińskiego gubernatora? Ano to, że najwyraźniej do politycznej gry postanowiły wkroczyć Stany Zjednoczone, aktywizując swojego człowieka, póki co bowiem dominującą rolę na Ukrainie odgrywają Niemcy stojące za obecnym układem władzy z Petro Poroszenką na czele. Jeśli misja Saakaszwilego się powiedzie, może to oznaczać pewną korektę wpływów, w skrajnym przypadku zaś Ukraina stanie się w regionie Gruzją-bis – czyli amerykańską kartą szachującą Rosję.

II. Niemcy przejmują Ukrainę

Z punktu widzenia USA, czas był najwyższy, bowiem Niemcy nie zasypiały gruszek w popiele intensywnie przekształcając Ukrainę w kolejną prowincję Mitteleuropy. Dla Kijowa to właśnie Berlin jest „strategicznym partnerem”, co tamtejsi politycy konsekwentnie podkreślają. Przekłada się to nie tylko na polityczny patronat Berlina, przekształcający się niekiedy w ręczne sterowanie, ale i na wymierne wpływy gospodarcze oraz kulturalne. Poroszenko wedle własnych deklaracji stale „konsultuje się” z kanclerz Merkel - polecam artykuł byłego oficera Agencji Wywiadu Roberta Chedy „Pakt Poroszenko-Merkel” dostępny na stronach „Gazety Finansowej”, gdzie wyczerpująco omówiona jest skala wielowymiarowej infiltracji ukraińskiego państwa przez Niemcy. Tu pokrótce streszczę, że Niemcy zawiadując w praktyce finansową pomocą dla Ukrainy sprawiły, iż to ich eksperci nadzorują reformy gospodarcze, administracyjne, przekształcenia własnościowe, dotacje dla poszczególnych sektorów, szkolenie nowych kadr zarządzających, modernizację infrastruktury itd. Powołano wspólną Izbę Przemysłowo-Handlową oraz niemiecko-ukraińskie forum gospodarcze. Jednocześnie - również poprzez naciski via Bruksela - zaczęto przykręcać śrubę jeśli chodzi o warunki dalszej pomocy. Zażądano powołania specjalnego wicepremiera ds. integracji europejskiej, który systematycznie raportowałby postępy we wdrażaniu wymaganych reform. W praktyce ma się to przekładać na zabezpieczenie niemieckich interesów gospodarczych na Ukrainie. Austriacki eurokomisarz ds. polityki sąsiedztwa, Johannes Hahn, stwierdził wprost: „zbyt często zdarza się, że finansujemy obiecanki Kijowa i czas z tym skończyć”. W efekcie Ukrainę czekają regularne wizytacje wysokich europejskich urzędników - „rewizorów”, przed którymi władze w Kijowie będą systematycznie spowiadać się z dotychczasowych osiągnięć na polu modernizacji.

To jednak nie wszystko. Niemcy stawiają bowiem również na wszechstronną współpracę kulturalno-oświatową i społeczną. Programem partnerskim objęto 60 ukraińskich miast, w 8,5 tys. szkół uczy się języka niemieckiego pod edukacyjnym patronatem Berlina (ocenia się, że rocznie uczy się niemieckiego ok. miliona Ukraińców). Do do tego dochodzi program stypendialny, wymiana naukowa i zakrojony na szeroką skalę program badawczy ukrainistyki realizowany przez niemieckie uczelnie. Mamy więc systemowe budowanie niemieckiej „soft power” i proniemieckiego lobby na Ukrainie. Tak wygląda profesjonalna realizacja „strategicznego partnerstwa” z prawdziwego zdarzenia.

III. Polityczne frajerstwo

Piszę to wszystko zgrzytając zębami, bo Niemcy powtarzają schemat przećwiczony już w Polsce i pozostałych krajach naszego regionu. Do brania przykładu z Berlina zachęcałem zresztą kilka miesięcy temu w tekście „Budujmy polską soft power na Ukrainie”. Chodziło w skrócie o stworzenie poprzez odpowiednio ukierunkowane inicjatywy społeczno-kulturalne propolskiego lobby, skorumpowanie tamtejszych elit za pomocą grantów, stypendiów i dotacji – czyli robienie dokładnie tego, co teraz na naszych oczach czynią Niemcy. Niestety, w stosunku do Ukrainy prowadziliśmy - i prowadzimy nadal - politykę skrajnie frajerską. Zapatrzeni w giedroyciowską mitologię polityczną, uparcie ignorujemy realia. Jak ktoś trafnie zauważył – prędzej można w Polsce skrytykować papieża niż Giedroycia, zaś każdy kto na takową krytykę się poważy ryzykuje okrzyknięcie „ruskim agentem” i „V kolumną Putina”. Wygląda to tak, jakbyśmy chcieli obłaskawić Ukrainę przyjaznymi gestami w nadziei, że ta się nam odwdzięczy. Tymczasem w naszym interesie leży Ukraina skonfliktowana z Rosją i pozostająca z nią w permanentnym klinczu, lecz zarazem słaba, na wpół zdechła i nieco tylko bardziej uporządkowana wewnętrznie, tak by się całkiem nie rozleciała. Taka Ukraina będzie musiała się siłą rzeczy orientować na pomoc zewnętrzną od której będzie trwale uzależniona. I ten scenariusz właśnie się realizuje, tyle że korzyści z niego odnoszą Niemcy, a jeśli dywersja z Saakaszwilim się powiedzie – również Stany Zjednoczone.

Niedawnym przykładem owego frajerstwa jest popisana umowa na otwarcie dla Ukrainy linii kredytowej (SWAP) w wysokości 1 mld euro „na wieczne nieoddanie”. Ukraińcy oczywiście wezmą pieniądze, spokojnie je sobie rozkradną i wypną się na nas, nie zmieniając ani o jotę swej polityki. Prowokacyjna wobec Polski postawa Kijowa i gloryfikacja banderyzmu ma bowiem istotny walor praktyczny - kompensuje wasalny stosunek wobec Berlina i odwraca uwagę tamtejszej opinii publicznej od niemieckiego dyktatu. Zastanawiam się czasem na ile nasza polityka wobec Ukrainy wynika z indolencji i mrzonek, na ile zaś jest podyktowana przez naszych patronów – czy to z Berlina, czy z Waszyngtonu. Faktem pozostaje, że na Ukrainie odbywa się koncert mocarstw i to jakieś dwa piętra ponad naszymi głowami. Świadczy o tym choćby niedawny list zachodnich ambasadorów w Kijowie wyrażający zaniepokojenie dymisją Aivarasa Abromavicziusa – ministra gospodarki i handlu, który ustąpił w proteście przeciw sabotowaniu reform. Do podpisania listu, samego w sobie kuriozalnego, bo ingerującego w sprawy wewnętrzne nominalnie suwerennego państwa (co pokazuje jaką wydmuszką jest Ukraina z którą my obchodzimy się niczym ze śmierdzącym jajkiem) nie zaproszono ambasadora Polski...

Podsumowując, jak tak dalej pójdzie, to będziemy mieli Niemcy zarówno od zachodu, jak i od wschodu. Owszem, lepsze to niż Rosja - tyle, że gdy tylko będą wymagały tego okoliczności, nasi „zachodni partnerzy” w ramach kolejnego „resetu” przehandlują Ukrainę Putinowi i to bez mrugnięcia okiem. A my, zamiast zdobywać tam choćby przyczółki do ewentualnego wykorzystania w przypadku zmiany koniunktury, zostaniemy z otwartymi gębami, pytając bezsilnie „jak to się stało?”.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

Budujmy polską „soft power” na Ukrainie

Zapraszam na „Pod-Grzybki” -------> http://warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3329-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 6 (10-16.02.2016)

czwartek, 24 grudnia 2015

Międzymorze 2.0, czyli dywersyfikacja

Obserwujemy właśnie tworzenie podwalin do realnego zaistnienia jakiejś formy Międzymorza.

I. Polityka na protezach

Wygląda na to, że PiS w obecnej odsłonie swych rządów wyciągnął wnioski z przeszłości nie tylko w sferze wewnętrznej, lecz również na polu międzynarodowym. W skrócie, pierwsze posunięcia zarówno rządu jak i prezydenta wskazują, że nowa władza postanowiła postawić na większą „dywersyfikację” polskiej polityki zagranicznej. Do tej pory bowiem naszym przekleństwem było obstawianie przez kolejne rządy jednego konia, co sprowadzało się do obijania w trójkącie, jak to kiedyś określiłem, „między Rusem, Prusem, a Jankesem”. W efekcie, polska polityka była wypadkową regionalnych wpływów trojga wymienionych hegemonów. A to podpisywaliśmy kolejne kontrakty gazowe pogłębiające nasze uzależnienie od Kremla, to znów w imię „umacniania sojuszy” szliśmy na wyprawy do Afganistanu i Iraku, nie mówiąc już o kompromitujących „robótkach” w rodzaju więzienia CIA w Starych Kiejkutach za łapówkę 15 mln USD dla „abewiaków” - za co Obama podziękował nam „resetem” wskutek którego obudziliśmy się z dnia na dzień w niemiecko-rosyjskim kondominium. Ukoronowaniem tego tańca do cudzej muzyki był „hołd pruski” Sikorskiego w którym oficjalnie zrzekliśmy się podmiotowości i jakichkolwiek aspiracji na rzecz wypełniania poleceń płynących z Berlina (uległość wobec Rosji także była w to wliczona, bo cesarzowa Angela nie życzyła sobie żadnych kwasów w regionie), na skutek czego Polska definitywnie została włączona do imperialnej przestrzeni niemieckiej Mitteleuropy. Tak kończy się polityka uprawiana za pomocą geopolitycznych protez.

Do powyższego dochodziło kurczowe przywiązanie tutejszych polityczno-intelektualnych elit do „doktryny Giedroycia”, czyli stawianie na „ULB” (Ukraina, Litwa, Białoruś) – zupełnie jakby na przestrzeni ostatnich dziesięcioleci nic się nie zmieniło. Na domiar złego, owa koncepcja realizowana była w skrajnie infantylny i szkodliwy dla nas sposób. W relacjach ze wschodnimi sąsiadami postawiliśmy mianowicie na zabójczą mieszankę – kokieterii i dogmatycznego pryncypializmu. Kokieteria przejawiała się w skrupulatnym unikaniu nawet najdrobniejszych zadrażnień – tak historycznych jak i współczesnych, czego przykładem było wieloletnie chowanie pod sukno kwestii ludobójstwa na Kresach, czy ograniczania praw polskiej mniejszości, połączone z milczącym przełykaniem różnych czynionych nam afrontów. Doktrynerski pryncypializm z kolei rezerwowaliśmy dla Białorusi, zamiast pragmatycznie próbować rozwijać współpracę tam gdzie jest to możliwe, wykorzystując dążenie Łukaszenki do zachowania jakiegoś marginesu swobody w relacjach z Rosją. Naiwne to i dziecinne – o ile pobłażliwość dla ULB można było zrozumieć w czasach rozpadu Związku Sowieckiego, gdy kraje te wybijały się na niepodległość, o tyle podobne postępowanie z niezależnymi bytami państwowymi w ramach normalnej polityki zagranicznej zwyczajnie nie mogło być skuteczne – i nie było. Domyślam się, że takie było życzenie Stanów Zjednoczonych, które (podobnie jak wspomniane wyżej Niemcy) chciały mieć w Europie Środkowo-Wschodniej spokój, by tym efektywniej używać naszego regionu do szachowania Putina, gdy akurat wymagały tego okoliczności. Wychodzi więc na to, że „robiliśmy laskę” Amerykanom również i w tym obszarze, a jedynym wymiernym efektem był chwilowy triumf w Tbilisi – łabędzi śpiew „polityki jagiellońskiej”. Ile było to warte w dłuższej perspektywie, przekonaliśmy się 17 września 2009 roku, a chwilę potem – w Smoleńsku.

II. Bunt w Mitteleuropie

Przypominam to wszystko nie dlatego, by się masochizować nieudacznictwem, lecz po to, byśmy zyskali należytą perspektywę w ocenie zmian, które właśnie się rysują. A zmiany – poważne i wielokierunkowe – zaznaczają się wyraźnie i w iście ekspresowym tempie. Przede wszystkim, mamy do czynienia z próbą regionalnej emancypacji spod kurateli Berlina – swoisty bunt w Mitteleuropie, na który Niemcy reagują bezprzykładną wściekłością, co samo w sobie świadczy o ich zamiarach i planach wobec naszego obszaru kontynentu. Na zdrowy rozum, nie ma powodów do aż tak gwałtownych reakcji – wszak państwa „nowej Europy” nie są w stanie zerwać rozlicznych ekonomicznych powiązań z Niemcami bez poważnych reperkusji dla własnych gospodarek, a już z pewnością nie z dnia na dzień. Mogą co najwyżej sprawić, by niemieckie koncerny w większym stopniu partycypowały w lokalnym rozwoju – choćby poprzez utrudnienie wyprowadzania pieniędzy, czy zwiększenie efektywności w ściąganiu podatków. Sprawa sprzeciwu wobec przyjmowania migrantów też sama w sobie nie jest powodem do histerii. Rzecz tkwi w czym innym – otóż Europa Środkowa miała dopełniać i wzmacniać politykę Merkel w UE i być jednym z narzędzi hegemonizowania kontynentu. Niemcy potrzebują grupy państw głosujących na forum unijnym zgodnie z ich potrzebami i wspierających ich politykę. Rola Polski jako „perły w koronie” Mitteleuropy jest tu absolutnie kluczowa. To stąd bierze się owo potępieńcze wycie pod adresem Warszawy – Niemcy widzą, że wskutek usamodzielnienia się naszej polityki ich potencjał może się niebezpiecznie skurczyć.

Kolejnym przejawem mogącym niekorzystnie odbić na pozycji Niemiec – tym razem w relacjach z Rosją – jest podnoszony solidarnie postulat wzmocnienia wschodniej flanki NATO, m.in. poprzez ulokowanie stałych baz Sojuszu. Niedawny mini-szczyt w Bukareszcie, który zaowocował wspólną deklaracją w tej sprawie, oraz oczekiwaniem, by na przyszłorocznym szczycie NATO w Warszawie zapadły wiążące decyzje, jest kolejnym policzkiem dla mocarstwowych uroszczeń Berlina. No i w końcu, nie bez znaczenia jest wspólny list Polski, Bułgarii, Czech, Grecji, Estonii, Litwy, Łotwy, Słowacji, Rumunii i Węgier do Komisji Europejskiej w sprawie budowy Nord Stream 2 (choć, jak podają media, tu część krajów zaczyna się wykruszać, co pokazuje ile jeszcze pracy nad budową długofalowego regionalnego porozumienia). W liście sygnatariusze postulują debatę poświęconą tej inwestycji, a KE miałaby się przyjrzeć zgodności projektu z unijnymi przepisami.

III. Międzymorze 2.0

Na Niemczech jednak emancypacyjny zwrot się nie kończy. Wiele wskazuje, iż postanowiliśmy przybrać – chciałoby się powiedzieć: nareszcie – bardziej asertywny kurs również wobec Stanów Zjednoczonych. Taką jaskółką może być wspomniane „solidarnościowe” spotkanie w Bukareszcie, co niekoniecznie musi być Waszyngtonowi na rękę, do tej pory bowiem preferował raczej rywalizację poszczególnych państw o swoje względy. Ściślejsza współpraca regionalna w ramach NATO siłą rzeczy podnosi nasze znaczenie, także w kontekście sytuacji na Ukrainie i amerykańskich planów co do tego kraju oraz układania sobie stosunków z Rosją. Kolejnym sygnałem jest sprzeciw – na razie tylko ministra rolnictwa – wobec negocjowanej umowy TTIP. Owo porozumienie, zakładające chociażby nielimitowany napływ amerykańskiej żywności, może potencjalnie okazać się zabójcze dla polskiego rolnictwa i przemysłu spożywczego. Atmosfery nie poprawia stopień utajnienia negocjacji – kraje członkowskie, takie jak Polska w znacznej mierze nie wiedzą, co tak naprawdę Bruksela negocjuje w naszym imieniu i ponad naszymi głowami.

Powyższe może oznaczać, że jeżeli USA spodziewały się, iż w Warszawie rządzić będą tzw. „nasze sukinsyny” podżyrowujące bezwarunkowo amerykańską politykę, to mogą się srodze zawieść. Oby opisane tu sygnały były oznaką, że czas darmowego poparcia dla „strategicznego sojusznika”, bez zapewnienia realnych gwarancji bezpieczeństwa, dobiegał końca.

Koniecznie należy wspomnieć o niedawnym szczycie Chiny – Europa Środkowa (16+1), gdzie Polska traktowana jako lider środkowoeuropejskiego „podkontynentu” czynnie weszła do gry przy tworzeniu Jedwabnego Szlaku 2.0, co podnosi pozycję zarówno naszą, jak i naszego regionu.

Podsumowując, obserwujemy właśnie tworzenie podwalin do realnego zaistnienia jakiejś formy Międzymorza, może nawet przeorientowania strategii z osi wschód-zachód na północ-południe. To oczywiście nie jest projekt na jedną kadencję, do przezwyciężenia jest wiele sprzecznych interesów, ale wreszcie możemy zaobserwować początki jakiejś spójnej, perspektywicznej polityki obliczonej na realizację polskiej racji stanu. Co równie istotne, okazuje się, że w budowie Międzymorza możemy oprzeć się na partnerach mniej chimerycznych i nie obciążonych antypolskimi kompleksami (Grupa Wyszehradzka plus Rumunia). Innymi słowy – wreszcie przestajemy się niewolniczo oglądać na Ukrainę czy Litwę i po prostu robimy swoje. Na koniec postulat: przydałoby się jeszcze otwarcie „dyplomatycznego frontu” w relacjach z Białorusią - mam nadzieję, że i tego doczekamy. Mamy szansę stać się krajem z którym będą się liczyli zarówno sąsiedzi, jak i różni „wielcy bracia”. Póki co, początki są obiecujące.

*

A poza tym:

  • kiedy wprowadzony zostanie zakaz reklamowania podmiotów publicznych w prywatnych mediach?

  • kiedy nastąpi przewalutowanie kredytów frankowych?

  • kiedy zostanie odtajniony aneks do raportu ws. rozwiązania WSI?

Gadający Grzyb

Na podobny temat:

http://blog-n-roll.pl/pl/d%C5%82ugi-marsz-ku-mi%C4%99dzymorzu

http://blog-n-roll.pl/en/projekt-%E2%80%9Emi%C4%99dzymorze%E2%80%9D-strategiczny-cel-polski

http://blog-n-roll.pl/pl/co-z-t%C4%85-bia%C5%82orusi%C4%85

http://blog-n-roll.pl/pl/opu%C5%9Bci%C4%87-euroko%C5%82choz#.VipU9G5vAmw

http://blog-n-roll.pl/pl/czy-polsk%C4%99-sta%C4%87-na-podmiotowo%C5%9B%C4%87

http://niepoprawni.pl/blog/346/w-petach-giedroycia

http://niepoprawni.pl/blog/287/post-giedroyciowska-dziecinada

http://blog-n-roll.pl/pl/efta-%E2%80%93-alternatywa-dla-polski

http://blog-n-roll.pl/pl/piel%C4%99gnowa%C4%87-wojn%C4%99

http://blog-n-roll.pl/pl/ukraina-czyli-pok%C3%B3j-gorszy-od-wojny

http://blog-n-roll.pl/pl/po%C5%BCegnanie-z-giedroyciem

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” -------> http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3022-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 48 (09-15.12.2015)

czwartek, 10 grudnia 2015

Zmierzch Mitteleuropy?

Polska to absolutna „perła w koronie” Mitteleuropy i jej utrata podważa sens całego neokolonialnego projektu.

Obserwując histerię niemieckich mediów po objęciu władzy w Polsce przez PiS, nie sposób oprzeć się wrażeniu, że chodzi tu o coś więcej, niż zwyczajne rozczarowanie perspektywą nieco trudniejszych stosunków na linii Berlin – Warszawa. To nie jest tak, że tamtejszy establishment nagle się przeraził, iż polska polityka stanie się trochę bardziej asertywna, nie wspominając już o rzekomym „zagrożeniu dla demokracji”. Nie chodzi nawet o sprzeciw wobec forsowanej przez Angelę Merkel polityki imigracyjnej. Niemieckie obawy dotyczą kwestii o wiele poważniejszych – o dalekosiężnym, strategicznym znaczeniu dla przyszłości niemieckiej hegemonii na kontynencie.

Oto bowiem Niemcom wymyka się z rąk kolejny, kluczowy element regionalnej układanki. W założeniu, Europa Środkowa miała stać się niemieckim dominium (no, może z pewnymi koncesjami na rzecz Rosji) – tak gospodarczym, jak i politycznym – powiększającym potencjał Berlina w ramach Unii Europejskiej. Innymi słowy, na przestrzeni ostatnich lat realizowana była współczesna odsłona starej koncepcji Mitteleuropy – uczynienia z naszego regionu czegoś w rodzaju półkolonialnych peryferii uzupełniających i wzmacniających potęgę Niemiec. Kolonii tym wygodniejszych, że położonych tuż pod bokiem, a nie gdzieś na drugim krańcu świata. Same Niemcy nie są w stanie zdominować Europy – a przynajmniej nie w takim stopniu, jaki sobie założyły. Do utrwalenia swego przywództwa potrzebują imperium. I taki właśnie „imperialny oddech” zapewniała Berlinowi wasalizacja „nowej Europy” - podporządkowanie sobie grona państw członkowskich, wspierających na forum unijnym niemiecką politykę i zabezpieczających na polu gospodarczym jako rynki zbytu i podwykonawcy niemiecką machinę przemysłową.

Ucieleśnieniem owego zamysłu był słynny „hołd berliński” Radosława Sikorskiego w którym ówczesny szef MSZ otwarcie zrezygnował z politycznej podmiotowości Polski na rzecz realizacji wytycznych płynących z Kancelarii Rzeszy... to jest, chciałem rzec, „płynięcia z głównym nurtem Europy”. Pozostałe kraje regionu widząc naszą woltę również dostosowały się do sytuacji – ze znamiennym wyjątkiem Węgier Orbana. Wywindowanie Tuska na prominentne stanowisko w Brukseli miało zabezpieczać ten układ na poziomie unijnych struktur, przy pozostawieniu w Warszawie sterowanej pilotem, miernej i bezwolnej Ewy Kopacz.

Przejęcie władzy przez PiS może wysadzić tę koncepcję w kosmos. To już nie są małe Węgry, które gospodarczo i tak są wciąż w dużej mierze zdominowane przez niemiecki przemysł (choćby fabryki samochodów, newralgiczne jeśli chodzi o węgierski rynek pracy). Polska to absolutna „perła w koronie” Mitteleuropy i jej utrata podważa sens całego neokolonialnego projektu. „Drugi Budapeszt byłby fatalną sprawą. Gdyż wszystkie nieprawidłowości w Polsce nie dadzą się tak łatwo bagatelizować. Polska jest zbyt ważna” - napisał cytowany przez „Deutsche Welle” komentator gazety „Märkische Oderzeitung“ i choć odnosi się on do „wartości europejskich”, to równie dobrze powyższe można przyłożyć do kwestii stricte politycznych. Dlatego Gerhard Gnauck w „Die Welt” słusznie bardziej troska się ekspresowym „przenicowaniem kraju” przez nową władzę niż odstawieniem unijnej flagi przez premier Szydło. Wie, że owo „przenicowanie” oznacza automatycznie redukcję na różnych poziomach niemieckich wpływów nad Wisłą. Panikę wywołuje też wizja „repolonizacji” mediów – nie tylko ze względu na możliwość utraty zyskownego rynku, lecz także z powodu ograniczenia siły rażenia niemieckiej propagandy.

Tymczasem dekompozycja Mitteleuropy postępuje również na skutek ofensywy dyplomatycznej prezydenta Dudy. Mini-szczyt regionalnych członków NATO w Bukareszcie zaowocował już wspólnym stanowiskiem w kwestii zwiększenia obecności Sojuszu na wschodniej flance, co Berlinowi ze względu na stosunki z Rosją jest wybitnie nie na rękę. Ostatnio z kolei rządy Polski, Bułgarii, Czech, Grecji, Estonii, Litwy, Łotwy, Słowacji, Rumunii i Węgier wystosowały pismo do Komisji Europejskiej domagające się debaty w sprawie Nord Stream 2 jako zagrażającego solidarności i bezpieczeństwu energetycznemu. Jeżeli dodamy odbudowę jedności państw Grupy Wyszehradzkiej i Rumunii w sprawie „kwot” imigrantów – i to krótko po ciosie zadanym jej przez Ewę Kopacz – to zobaczymy bezprecedensową emancypację regionu. Póki co, odbywa się ona w sferze politycznych gestów, ale i tak jest to „niesubordynacja” wobec niemieckiego hegemona, która do niedawna byłaby nie do pomyślenia.

Jakiś czas temu Viktor Orban zapowiedział kres kolonizacji węgierskiej gospodarki. Pozostaje mieć nadzieję, że po latach będziemy mogli powiedzieć, iż objęcie władzy przez PiS zapoczątkowało koniec współczesnej Mitteleuropy.

*

A poza tym:

  • kiedy wprowadzony zostanie zakaz reklamowania podmiotów publicznych w prywatnych mediach?

  • kiedy nastąpi przewalutowanie kredytów frankowych?

  • kiedy zostanie odtajniony aneks do raportu ws. rozwiązania WSI?

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” -------> http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/2929-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 49 (04-10_12_2015)

środa, 9 grudnia 2015

Pod-Grzybki 30

Drodzy Państwo, pragnę poinformować, że zostałem „obrońcą demokracji”. Wprawdzie na krótko i bez swojej wiedzy i zgody, ale zawsze. Wszedłem ci ja sobie na Facebooka i ze zdumieniem odkryłem, że jakaś uczynna osoba bez zbędnego pytania zapisała mnie do grupy „Komitetu Obrony Demokracji” - tak, tego z opornikiem, któremu taką klakę robi „Szechter Cajtung”. Teraz żałuję, że się od razu wypisałem i nie zrobiłem pamiątkowego screenshota. Byłby jak znalazł, gdy po latach powstanie jakiś nowy ZBoWiD weteranów walki z pisizmem-kaczyzmem. Może załapałbym się na rentę kombatancką? Zatem, jeśli ktokolwiek z Państwa ma profil na FB, radzę nie mieszkając wejść i sprawdzić, czy aby również i Państwo nie znaleźliście wśród płomiennych szermierzy wolności. Hasło na dziś: wstąp do KOD-u – Twój fejsbukowy profil już tam jest!

*

Że polskie media dostały piany po wygranej PiS – wiadomo. Ale to, co wyprawiają media niemieckie jest jednak pewnym ewenementem. Histerią prześcigają nawet folksdojczów z „Szechter Cajtung”, co jak by nie patrzeć, stanowi spore osiągnięcie. Nieco światła rzuca cytacik w którym autor mówi, że już „nie przypilnowanie” Węgier było „trudne do wytrzymania” i dalej: „Drugi Budapeszt byłby fatalną sprawą. Gdyż wszystkie nieprawidłowości w Polsce nie dadzą się tak łatwo bagatelizować. Polska jest zbyt ważna”. I wszystko jasne – Polska to wszak perła w koronie niemieckiej Mitteleuropy. I ta perła właśnie wyślizguje się Niemcom z rąk.

*

A co tam, nie odmówię sobie – oto garść cytatów z mojego ulubionego serwisu „Deutsche Welle” (taka polskojęzyczna gadzinówka istniejąca po to, by „Szechter Cajtung” miał co przytaczać): „polski rząd celuje w niemieckich wydawców”, „oślepienie, upojenie i lęk napędzają nowy polski rząd”, „Warszawę trzeba przymusić do okazania solidarności”, „Polska - nowe Węgry”, „nacjonalizm, totalitaryzm, bezczelność i demontaż demokracji”, „Kaczyński - samowładca”... Proszę sobie przeczytać powyższe na głos – te wykwity bezsilnej furii są prawdziwą muzyką dla uszu. Swoją drogą, ciekawe co Niemcy będą pisać gdy PiS faktycznie zacznie dogłębnie czyścić państwo?

*

Już wiem: „polscy demokraci proszą o interwencję”, „Bundeswehra na prośbę polskich demokratów przybywa z pomocą”, „Breslau i Stettin odzyskane dla demokracji”, „polscy faszyści bronią się w Warschau”, „Hans Frank apeluje o udział w dziele odbudowy Generalnego Gubernatorstwa”, „wszystkie faszystowskie Polaki, które nie zapiszą się do KOD-u zostaną złapane i rozstrzelane”.

*

Biało-czerwona wreszcie bez towarzystwa unijnej szmaty. Oby ten symboliczny gest okazał się proroczy – przypomnę, że w 2020 skończą się euro-fundusze i tym samym zniknie ostatni powód dla którego siedzimy w tym kołchozie.

*

A poza tym:

  • kiedy wprowadzony zostanie zakaz reklamowania podmiotów publicznych w prywatnych mediach?

  • kiedy nastąpi przewalutowanie kredytów frankowych?

  • kiedy zostanie odtajniony aneks do raportu ws. rozwiązania WSI?

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 47 (02-08.12.2015)