Pokazywanie postów oznaczonych etykietą superpaństwo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą superpaństwo. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 31 marca 2019

Polexit – czas na debatę

Mamy w tej chwili przed oczyma ponury spektakl brexitu – warto wyciągnąć z niego naukę i przygotować się zawczasu na najgorsze.

I. „Warszawska” jako kreator debaty

Dobrze się stało, że tygodnik „Do Rzeczy” podjął wątek polexitu i tego, jak debata o nim jest sztucznie wyciszana w przestrzeni publicznej. Cieszy mnie to tym bardziej, gdyż sam piszę o tym regularnie od lat – zarówno na łamach „Polski Niepodległej”, jak i „Warszawskiej Gazety”. Jak widać, uporczywe walenie głową w mur opłaciło się i temat zaczął się przebijać do prawicowego mainstreamu. Nie pierwszy to zresztą raz, gdy okazujemy się, mówiąc dzisiejszym językiem, „influencerem” poruszającym tematy podchwytywane później przez innych – podobnie było chociażby z kwestiami naszej uległości wobec Ukrainy czy totalnego braku asertywności w relacjach z Izraelem, środowiskami żydowskimi i USA. Pisaliśmy o tym wtedy, gdy w głównym nurcie prawicy panował niepodzielnie duch politycznej mitologii Giedroycia w połączeniu z mirażem „strategicznego sojuszu” z Izraelem – i za to wyłuszczanie bez ogródek nieprzyjemnych prawd oraz formułowanie diagnoz idących pod prąd dominujących poglądów spotykał nas ostracyzm i ujadanie o „ruskiej agenturze”. Później jednak okazywało się, że niepostrzeżenie również inne tytuły prasowe zaczynały mówić „Warszawską” i „Polską Niepodległą” - starannie jednak unikając podania źródeł inspiracji.

O tym, że problem polexitu stanie w bliskiej perspektywie czasowej na porządku dziennym i nie pomoże chowanie głowy w piasek, pisałem już w 2015 r. - nie była zresztą do tego potrzebna jakaś nadzwyczajna przenikliwość, wystarczyło obserwować procesy zachodzące na naszych oczach w „twardym jądrze” Unii i sposób traktowania „Mitteleuropy” przez brukselską centralę sterowaną zdalnie z Berlina. Nasze elity polityczne wybrały jednak strategię strusia, co sprawiło, że zmarnowaliśmy minione cztery lata. Dziś zatem jest ostatni dzwonek na rozpoczęcie poważnej debaty o naszej dalszej obecności w UE – do czego zbliżające się eurowybory są doskonałą okazją.


II. Między demagogią, histerią a dogmatyzmem

Póki co jednak, obijamy się w zaklętym kręgu demagogii, indukowanej cynicznie histerii i politycznego dogmatyzmu.

Z jednej strony mamy „totalną opozycję” złożoną z bandy targowiczan i liberalne elity, często przyspawane do europejskiego lub wprost niemieckiego jurgieltu. Ci oczywiście, we własnym interesie, uprawiają propagandowy szantaż polegający na przedstawianiu jakiegokolwiek sporu z Brukselą czy Berlinem jako katastrofy, wypychającej nas z „głównego nurtu”, a docelowo – z europejskich struktur. Alternatywą ma być posłuszne żyrowanie wszystkiego, co urodzi się w brukselskiej centrali, no i rzecz jasna jak najszybsze przyjęcie waluty euro – czyli zakamuflowanej niemieckiej marki, po którym to kroku jakikolwiek „exit” stanie się zwyczajnie niemożliwy. W tle tego wszystkiego mamy tęsknotę za europejskim superpaństwem, postrzeganym jako dobrotliwy hegemon, narzucający nam wzorce modernizacyjne – począwszy od demokratycznych standardów, poprzez model gospodarczy, a skończywszy na sprawach obyczajowych. Swoją drogą, czy ktoś jeszcze pamięta, jak przed akcesją uporczywie przekonywano nas, że kwestie kulturowe pozostają poza obszarem zainteresowania UE? Tymczasem, z biegiem lat, coraz bardziej okazywało się, że „wzorce kulturowe” przenikające do nas bądź to drogą „cywilizacyjnej osmozy”, bądź też wprost pod postacią normatywną (np. karta praw podstawowych) służyć mają specyficznemu procesowi wychowawczemu – inżynierii społecznej mającej przerobić zacofanych rzekomo Polaków w nowoczesnych „europejczyków”. Takie podejście stanowi logiczne dopełnienie drogi politycznej obozu gerontów III RP i ich młodszych o pokolenie wychowanków, dla których zakotwiczenie Polski w zachodnich strukturach miało być swoistym „końcem historii”, po którym wystarczy już tylko skrupulatnie implementować napływające z Brukseli dyrektywy i wytyczne.

Strona druga, to obóz Zjednoczonej Prawicy pod przywództwem PiS. Ci z kolei dali się ze szczętem zaszantażować histerią na tle domniemanego polexitu i na wyprzódki starają się udowodnić, że nie, nigdy i w żadnych okolicznościach taka myśl nie postała im w głowach, a dla naszej obecności w UE „nie ma alternatywy”, jak to lapidarnie ujął Jarosław Kaczyński. Próżne wysiłki, bo obóz przeciwny ma na to odpowiedź, że PiS może i nie chce nas z Unii wyprowadzić, ale jego polityka „obiektywnie” do tego właśnie zmierza, na co nakładają się dodatkowo groteskowe insynuacje o pozostawaniu na usługach Putina. To błąd numer jeden. Błędem numer dwa jest natomiast ostentacyjne podkreślanie „bezalternatywności” naszej obecności w Unii – w ten sposób sami zamalowujemy się do kąta i pozbawiamy możliwości manewru, osłabiając naszą pozycję przetargową w sporze z Brukselą, co ta błyskawicznie nauczyła się wykorzystywać, podsycając na naszym podwórku paniczne nastroje. Co gorsza, przypuszczam, że PiS w swych zapewnieniach jest jak najbardziej szczery i możliwość „exitu” rzeczywiście przekracza granice ich wyobraźni.

Trzeci uczestnik, na razie marginalny lecz zauważalny, to różnej maści gorącokrwiści antysystemowcy – od radykalnych wolnościowców po narodowców – którzy chcieliby wystąpić z „eurokołchozu” bez oglądania się na okoliczności i konsekwencje – najlepiej natychmiast, a najdalej w przyszły poniedziałek.


III. Przygotować się na najgorsze

Wszystkie te postawy łączy jedno – zdeterminowane są bieżącą walką polityczną. „Totalni” do spółki z łże-elitami III RP walczą o powrót do władzy, w czym jawnym sojusznikiem jest unijny establishment, żywotnie zainteresowany utrąceniem obecnego rządu. PiS stara się uniknąć wizerunkowego zapędzenia do skrajnie eurosceptycznej niszy – bo to odebrałoby poparcie wśród wciąż generalnie przychylnego Unii elektoratu. Antysystemowcy zaś walczą o szersze zaistnienie na scenie politycznej na prawo od PiS, w czym pomóc ma wyrazista retoryka.

W opisywanej tu doraźnej szarpaninie brakuje rzeczywistego namysłu i prób dokonania bilansu naszej dotychczasowej obecności w Unii oraz zarysowania perspektyw na przyszłość. A kształtują się one co najmniej niepokojąco. Największe ośrodki decyzyjne otwarcie dążą do przekształcenia UE w państwo federalne. Postulat „suwerennej Europy” sformułował w ubiegłym roku szef niemieckiego MSZ Heiko Maas; zawtórowała mu kanclerz Angela Merkel mówiąc, iż państwa narodowe powinny być gotowe na zrzeczenie się własnej suwerenności; w podobną stronę ciągnie Macron upatrujący w „superpaństwie” panaceum na francuskie bolączki; w naturalny sposób poszerzeniem swej władzy zainteresowana jest również brukselska biurokracja, już dziś uzurpująca sobie pozatraktatowe prerogatywy. W takim tworze Polska i kraje naszego regionu zostałyby nieodwracalnie „skonsumowane” przez największych graczy, przekształcając się ostatecznie w coś na kształt „wewnętrznych kolonii”. Do powyższego dochodzi kwestia finansów – perspektywa budżetowa na lata 2021-2027 będzie o wiele szczuplejsza, dodatkowo fundusze strukturalne mają zostać uzależnione od „przestrzegania praworządności”. Oznacza to, że staniemy się płatnikiem netto, a Bruksela zyska narzędzie szantażu i arbitralnego ingerowania w nasze wewnętrzne sprawy. Warto też rzetelnie podsumować, ile nasza gospodarka na obecności w UE zyskuje, a ile traci. No i wreszcie pozostaje sprawa wzmagającego się ideologicznego kulturkampfu, kluczowa dla naszej narodowej tożsamości.

O tym wszystkim należy Polakom mówić – spokojnie, racjonalnie, bez histerii i taniej demagogii. Społeczeństwo trzeba po prostu oswoić z obecnością tematyki polexitu w publicznej debacie, na wypadek gdyby dalsze członkostwo stało się nieakceptowalnym zagrożeniem dla naszej podmiotowości. Nade wszystko zaś – nigdy dość powtarzania - palącą potrzebą jest opracowanie „mapy drogowej” dla ewentualnego polexitu, tak byśmy nie byli zdani w kluczowym momencie na rozpaczliwą improwizację. Mamy w tej chwili przed oczyma ponury spektakl brexitu – warto wyciągnąć z niego naukę i przygotować się zawczasu na najgorsze.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Niemiecka strefa euro

EFTA – alternatywa dla Polski?

Kiedy nastąpi „polski exit”?

Opuścić Eurokołchoz!

Exodus z domu niewoli

Żegnaj Brukselo!

Exit Wyszehradu?

Porozmawiajmy o Polexicie

Chcecie sankcji? Dobrze!

Polexit coraz bliżej?

Niemiecka Europa

Śmierć eurokomunie!

Brexit – lekcja na 2019 rok

Coudenhove-Kalergi – europejski federalista

Euro-jurgielt


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 13 (29.03-04.04.2019)

niedziela, 7 października 2018

Trójmorze na niemieckiej smyczy

Pod pozorem oferty współpracy, niemiecki minister Heiko Maas ogłosił w istocie dyktat i wezwanie do bezwarunkowej kapitulacji Trójmorza.

I. Blitzkrieg Heiko Maasa

Wygląda na to, że inicjatywa Trójmorza zaczyna ewoluować w skrajnie niekorzystnym kierunku. Jak pamiętamy, na tegoroczny szczyt w Bukareszcie została zaproszona (a w zasadzie – wprosiła się) niemiecka delegacja pod przewodnictwem ministra spraw zagranicznych Heiko Maasa. Tego samego, który dosłownie chwilę wcześniej na łamach „Handelsblatt” ogłosił swoisty manifest prezentujący ideę „suwerennej Europy”, czyli superpaństwa pod niemieckim kierownictwem, ustawionego w kontrze do Stanów Zjednoczonych (i przychylnego Rosji w ramach „wielobiegunowego światowego porządku”). Dodajmy, że równolegle Angela Merkel lobbuje za powierzeniem funkcji szefa Komisji Europejskiej niemieckiemu politykowi, co oznacza zerwanie z obecną grą pozorów - w miejsce zakulisowego pociągania za sznurki marionetek pokroju Junckera czy Tuska, Europa przejdzie bezpośrednio na ręczne sterowanie Berlina (pisałem niedawno o tym w artykułach: „Niemiecka Europa” i „Trójmorze czy Mitteleuropa?”). Udział Heiko Maasa w szczycie w Bukareszcie był rzecz jasna elementem tej samej politycznej ofensywy, bowiem jeśli przywództwo Berlina w Europie ma być trwałe, potrzebuje fundamentu w postaci Mitteleuropy, czyli środkowoeuropejskich pół-kolonii na różne sposoby wzmacniających potencjał Niemiec. Zaplecze w postaci rynków zbytu, rezerwuaru taniej siły roboczej dla zlokalizowanych w regionie niemieckich montowni i generalnie, podwykonawcy niemieckiej gospodarki jest absolutnie kluczowym elementem układanki – tym bardziej, że uzależnienie gospodarcze przekłada się na polityczną wasalizację. Już teraz nasz region jest dla Berlina jednym z głównych partnerów handlowych, zatem Niemcy zwyczajnie nie mogą sobie pozwolić na to, byśmy wyślizgnęli im się z rąk. A taką właśnie, coraz bardziej realną groźbę, stanowi Trójmorze z rysującymi się wspólnymi przedsięwzięciami infrastrukturalnymi – na dodatek pod amerykańskim patronatem.

Toteż Heiko Maas, zgodnie z tradycją blitzkriegu, na szczycie Trójmorza natychmiast przeszedł do szturmu i dyplomatycznych manewrów oskrzydlających. Ogłosił mianowicie plan „nowej polityki wschodniej” - ma się rozumieć, z wiodącą rolą Niemiec. Przede wszystkim, zgłosił akces Niemiec do Trójmorza – już nie w charakterze doraźnie zaproszonego gościa lub obserwatora, lecz regularnego, pełnoprawnego członka. „Chcemy wykorzystać to forum, także w przyszłości, by mocniej zaangażować się w dyskusje prowadzone przez naszych wschodnioeuropejskich sąsiadów” - stwierdził, dodając, iż „Niemcy pasują do inicjatywy Trójmorza nie tylko ze względu na geograficzne położenie nad Bałtykiem, ale i także ze względów historycznych, politycznych i gospodarczych”. Niemiecką rolę w Trójmorzu określił następująco: „Niemcy chcą być budowniczym mostów i pośrednikiem w duchu europejskiej jedności”.


II. Berliński dyktat

Przekładając powyższe na normalny język, słowa szefa niemieckiego MSZ oznaczają: 1) żadnego uprawiania polityki za plecami Berlina; 2) żadna inicjatywa w ramach Unii Europejskiej nie może zaistnieć bez udziału Niemiec; 3) obszar Mitteleuropy stanowi od wieków niemiecką strefę wpływów i nie pozwolimy na budowanie jakiejkolwiek przeciwwagi dla naszej dominacji; a zatem 4) kładziemy na Trójmorzu łapę i nawet nie próbujcie wierzgać – tym bardziej orientując się na Stany Zjednoczone, bo Waszyngton jest daleko, a Berlin blisko.

Krótko mówiąc, pod pozorem oferty współpracy, niemiecki minister ogłosił w istocie dyktat i wezwanie do bezwarunkowej kapitulacji. Temu służyć miało również znaczące przypomnienie, że to Niemcy i nikt inny są wiodącym partnerem gospodarczym dla każdego z krajów Trójmorza. Widać zatem wyraźnie, że Berlin, który początkowo sądził, iż Trójmorze będzie mało znaczącą efemerydą, radykalnie zmienił swoje podejście. Konkretyzujące się projekty współpracy na polu komunikacyjnym czy energetycznym zabrzmiały jak dzwonek alarmowy. Ostatnią rzeczą, jakiej potrzebowałyby Niemcy, byłoby urzeczywistnienie inwestycji w rodzaju Via Carpatia bądź gazociągów na linii północ-południe, z ominięciem terytorium naszego zachodniego sąsiada. Taka alternatywna siatka połączeń siłą rzeczy stanowiłaby czynnik emancypujący kraje Europy Środkowej – również w kontekście zależności od poddanego Niemcom brukselskiego centrum decyzyjnego. A jeśli dodać, że twardym jądrem Trójmorza jest Grupa Wyszehradzka, która swą obecną polityczną tożsamość wypracowała na gruncie sprzeciwu wobec polityki imigracyjnej Angeli Merkel, to sytuacja z punktu widzenia Niemiec zaczęła się robić naprawdę niepokojąca i w jakiejś perspektywie czasowej mogłaby wręcz doprowadzić do zanegowania ich europejskiego przywództwa. Warto pamiętać, że państwa Trójmorza obejmują jedną trzecią terytorium i jedną piątą liczby ludności Unii Europejskiej. Taki potencjał bezwarunkowo należy utrzymać pod kontrolą.

Interes niemiecki jest jasny: 1) trzymamy Europę w garści opierając się na sojuszu z Francją; 2) w szerszym, geopolitycznym kontekście, stawiamy na maksymalne zbliżenie z Kremlem dla którego będziemy kluczowym odbiorcą gazu, rozprowadzającym rosyjski surowiec na resztę kontynentu; 3) opierając się na tych dwóch filarach dążymy do wyeliminowania wpływów amerykańskich; 4) w efekcie, stajemy się samodzielnym, globalnym graczem, zawodnikiem wagi ciężkiej, używając podporządkowanej nam Europy jako dźwigni potęgującej naszą siłę.


III. Trójmorze na smyczy

Oczywistością jest, że bezpośrednia obecność Niemiec w Trójmorzu oznacza koniec samodzielności tej inicjatywy i marzeń o stworzeniu „wielobiegunowej” Europy. Mówiąc brutalnie, Trójmorze zostanie zdominowane, okiełznane i zaprzęgnięte do rydwanu interesów Berlina. W tej postaci Mitteleuropa stanie się instytucjonalną emanacją hegemonii „Wielkiego Brata” - narzędziem służącym systemowemu utrwalaniu niemieckiej dominacji, wyrażanej w formule „suwerennej Europy” (ubieranie własnych interesów w kostium „europejskości” to stara sztuczka niemieckiej polityki, sięgająca średniowiecza i koncepcji Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego). A tam, gdzie są Niemcy, prędzej czy później wkracza też Rosja upominając się o swój kawałek tortu. Już teraz Kreml jawi się części państw Trójmorza jako atrakcyjny kierunek dywersyfikacji kontaktów gospodarczych – furtkę chcą uchylać m.in. Węgry, Słowacja czy Czechy. Po ostatecznym przejęciu inicjatywy przez Niemcy owa furtka zamieniłaby się w autostradę.

Znamienne jest tu forsowanie metodą faktów dokonanych gazociągu Nord Stream 2. Po sfinalizowaniu inwestycji Niemcy zostaną nierozerwalnie związane z Rosją – i tego właśnie chcą, widząc w takim strategicznym sojuszu gwarancję rozbudowy własnego potencjału. W kontaktach bilateralnych obie strony otwarcie mówią o „euroazjatyckim obszarze od Lizbony do Władywostoku” (ostatnio podczas wrześniowej wizyty Ławrowa w Berlinie). Dla takich korzyści warto pociągnąć Putinowi rurę. Nie dziwi więc, że na forum unijnym Berlin od miesięcy blokuje nowelizację dyrektywy o Nord Stream 2, mającą w zamyśle poddać podwodną część gazociągu przepisom europejskiego trzeciego pakietu energetycznego, co drastycznie ugodziłoby w rentowność przedsięwzięcia.

Niestety, w kwestii niemieckiej „oferty” Trójmorze dalekie jest od jednomyślności – propozycję Heiko Maasa zdążył już poprzeć gospodarz tegorocznego szczytu, rumuński prezydent Klaus Iohannis. Na szczęście, premier Morawiecki podczas swojego wystąpienia pominął niemiecki wniosek wymownym milczeniem. Trzeba jednak pamiętać o chwiejnej postawie prezydenta Andrzeja Dudy, który wyraził zgodę na przyjazd do Bukaresztu niemieckiej delegacji, co entuzjastycznie poparł prezydencki minister Krzysztof Szczerski. Pozostaje mieć nadzieję, że wśród 12 członków inicjatywy (by przyjąć Niemcy, musi być jednomyślność) przeważy instynkt samozachowawczy – inaczej wkrótce obudzimy się w Trójmorzu uwiązanym na niemiecko-rosyjskiej smyczy i nasz sen o podmiotowej pozycji w Europie pryśnie jak mydlana bańka.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Trójmorze czy Mitteleuropa?

Niemiecka Europa


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 40 (05-11.10.2018)

niedziela, 2 września 2018

Niemiecka Europa

Wg Heiko Maasa to Unia Europejska ma być podmiotem i nośnikiem suwerenności, a nie poszczególne kraje członkowskie.

I. Niemiec na szefa Komisji Europejskiej

Niemiecki dziennik ekonomiczny „Handelsblatt” doniósł niedawno, że Angela Merkel zabiega o to, by kolejnym przewodniczącym Komisji Europejskiej został polityk z Niemiec. Wynika z tego, że osłabiona i powoli schodząca ze sceny kanclerz (obecna kadencja będzie zapewne jej ostatnią na stanowisku szefa rządu) na odchodnym chce zostawić po sobie mocny akcent, zapewniając niemiecką dominację w UE w najbliższych latach – i aby to osiągnąć, planuje pójść na skróty. Do tej pory bowiem Niemcy unikały tego typu ostentacji, zadowalając się hegemonią gospodarczą, eksploatacją peryferii oraz zakulisowym pociąganiem za sznurki z wykorzystaniem marionetek pokroju Junckera czy Tuska. Na dobrą sprawę każdy oczywiście wiedział, że bez zgody Berlina nic istotnego w Europie wydarzyć się nie może, ale jednak zachowywano pozory, ubierając niemieckie interesy w kostium „europejskich wartości”. Teraz najwyraźniej uznano, że pora zdjąć rękawiczki i chwycić Europę bezpośrednio za twarz. Jeszcze niedawno wydawało się, że Niemcy będą zabiegać o fotel prezesa Europejskiego Banku Centralnego, lecz niespodziewanie Merkel podbiła stawkę. Skąd ta nagła wolta?

Po pierwsze, Europejski Bank Centralny – kto by nim nie rządził – tak czy inaczej siedzi w niemieckiej kieszeni i żaden jego szef nie pozwoli sobie na posunięcia godzące w Berlin. Strefa euro bowiem jest nieodwracalnie uzależniona od niemieckiej koniunktury, zaś europejska waluta to w istocie dawna deutsche-mark i jako taka jest trwale zespawana z niemiecką gospodarką. Widzieliśmy to wyraźnie podczas kryzysu i greckiego bankructwa, kiedy to Mario Draghi (obecny prezes EBC) stawał na uszach, by ratować umoczone w greckie obligacje niemieckie banki. Dość powiedzieć, że aby jakoś na papierze uzasadnić przelanie kolejnych transzy, przyjęto fikcyjne założenie, że „zabezpieczeniem” pomocy będą... śmieciowe greckie obligacje. Innymi słowy, udzielono kredytu pod „zastaw” niespłacalnego długu – wszystko po to, by pieniądze via grecki budżet mogły bezpiecznie trafić do niemieckiego sektora bankowego, który nota bene zarobił na tej operacji 2,9 mld. euro. Tak więc, z niemieckiej perspektywy, bezpośrednie objęcie formalnie „apolitycznego” EBC ma znaczenie drugorzędne, gdyż ta instytucja jest tak czy inaczej skazana na Niemcy.


II. Zapora dla „populistów”

Co innego z przewodniczącym KE. To polityczne centrum w brukselskich strukturach – również ze względu na nieformalne wpływy. W normalnych czasach Berlin zadowoliłby się po staremu „miękkim” sterowaniem z tylnego fotela (do tej pory jedynym niemieckim szefem Komisji był urzędujący w latach 1958–1967 Walter Hallstein) – ale, z punktu widzenia dotychczasowego establishmentu, czasy normalne nie są. W całej Europie wzbiera fala „populizmu”, kwestionowana jest zarówno wspólna waluta, jak i sama UE w obecnym kształcie. Ostatecznym dzwonkiem alarmowym stała się wygrana we Włoszech Ligi i Ruchu 5 Gwiazd z prof. Paolo Savoną (nieprzejednanym wrogiem waluty euro) oraz sondaże wskazujące, że AfD zaczyna wyrastać na drugą siłę polityczną w Niemczech. Pora zatem przejąć stery bezpośrednio, póki jeszcze jest to możliwe. Angela Merkel liczy, że przyszłorocznych wyborach do europarlamentu Europejska Partia Ludowa z głównym trzonem w postaci CDU/CSU utrzyma dominującą pozycję, a „swój” przewodniczący KE będzie stanowił tamę dla „populistycznych” ugrupowań, które zapewne znacznie powiększą swój stan posiadania. Podobnie rzecz się ma jeśli chodzi o sytuację wewnętrzną Niemiec. Należy się spodziewać, że kolejny rząd będzie jeszcze słabszy od obecnego – i nawet jeśli AfD pozostanie w politycznej izolacji, to sklecona z trudem koalicja będzie potrzebowała wsparcia w europejskich strukturach pod przewodnictwem polityka lojalnego wobec mainstreamu.

Poza wszystkim – Merkel zapewne dostrzega też konieczność odbudowy autorytetu Komisji poważnie nadszarpniętego pijackimi ekscesami Junckera. W trudnych czasach na takim stanowisku powinien zasiadać ktoś, kto jest trzeźwy nieco dłużej, niż do południa. Obecnie jako najpoważniejszych kandydatów wymienia się przewodniczącego frakcji chadeków w PE Manfreda Webera oraz ministra gospodarki w obecnym gabinecie Angeli Merkel i jej zaufanego współpracownika – Petera Altmaiera. Zwłaszcza ten ostatni wydaje się mieć mocną pozycję jako „płomienny Europejczyk”.


III. Powrót do idei „superpaństwa”

Jednak zasygnalizowane powyżej układanki dalece nie wyczerpują tematu. Wywalczenie głównego stanowiska w Unii jest bowiem również niezbędne ze względu na strategię „ucieczki do przodu”, jaką chcą wdrożyć Niemcy odnośnie reformowania UE. Nieco światła na niemiecką wizję przyszłości Europy rzuca artykuł autorstwa niemieckiego ministra spraw zagranicznych Heiko Maasa (również opublikowany w „Handelsblatt”). Otóż Maas zarysował w nim projekt „suwerennej Europy”, zdolnej do odgrywania kluczowej roli w globalnej polityce jako samodzielny podmiot. Oznacza to m.in. otwartą konfrontację polityczną i gospodarczą ze Stanami Zjednoczonymi, której służyć ma np. osobny, europejski system płatności (czyli odrzucenie dolara jako waluty rozrachunkowej), utworzenie Europejskiego Funduszu Walutowego czy wzmocnienie „europejskiego filaru NATO” pod postacią Europejskiej Unii Bezpieczeństwa i Obrony (co w istocie jest lekko tylko zakamuflowanym postulatem powołania odrębnych europejskich sił zbrojnych). Jeżeli dodać do tego wzmiankę o „wielobiegunowym światowym porządku”, co jest jedną z melodii Putina, to wychodzi, że Unia wg Maasa powinna łaskawszym okiem zerkać w kierunku Kremla, jawiącego się w tym kontekście jako sojusznik w rozgrywce z Waszyngtonem. W związku z powyższym, Maas wzywa kraje europejskie do wsparcia Niemiec: „Tylko przez wspólne działanie z Francją i innymi narodami Europy uda nam się osiągnąć równowagę w relacjach z USA”. I puenta: „Europe United oznacza: ogniskujemy (wiążemy) naszą suwerenność tam, gdzie państwa narodowe nie są w stanie nawet w przybliżeniu wnieść tyle siły, ile może rozwinąć zjednoczona Europa”. (cyt. za tysol.pl).

Wszystko to razem wzięte oznacza kolejny powrót idei superpaństwa. Zwróćmy uwagę – to Unia Europejska ma być podmiotem i nośnikiem suwerenności, a nie poszczególne kraje członkowskie cedujące na wspólnotę swe prerogatywy w ściśle określonych przypadkach. Ten proces zresztą już trwa, tyle że nieformalnie, metodą faktów dokonanych, poprzez uzurpowanie sobie przez Brukselę kolejnych kompetencji. Teraz Heiko Maas nazwał tylko głośno rzeczy po imieniu – państwa narodowe są za słabe i muszą bezwzględnie podporządkować się „wspólnemu działaniu” pod niemieckim przewodnictwem. Mamy zatem coś w rodzaju uwspółcześnionej wersji „Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego” z cesarzem (szefem Komisji Europejskiej) na czele, opierającym swą władzę na niemieckiej hegemonii. Czy w tym kontekście może dziwić wspomniana kandydatura „płomiennego Europejczyka” Petera Altmaiera?

Biorąc to wszystko pod uwagę, nie jest zaskoczeniem nagłe przyśpieszenie w forsowaniu przez Niemcy gazociągu Nord Stream 2 – w końcu, to Rosja ma być dla „niemieckiej Europy” strategicznym partnerem, a w przyszłości, kto wie, może wręcz częścią „Eurazji” od Lizbony po Władywostok? Jak łatwo zauważyć, taki scenariusz jest dla nas śmiertelnym zagrożeniem. Tu już nie idzie o wtrącanie się Unii w wycinkę drzew czy reformowanie wymiaru sprawiedliwości. Nie chodzi nawet o polityczną pozycję Polski w ramach UE. Tu chodzi wprost o kwestię naszego przyszłego samodzielnego bytu państwowego. Dlatego wybory do Parlamentu Europejskiego w 2019 r. są absolutnie kluczowe. Jeżeli wygra po staremu EPL pod niemieckim kierownictwem, jeżeli suwerennościowe ugrupowania z pozostałych krajów Unii nie będą w stanie stworzyć zwartego bloku w europarlamencie, to należy liczyć się z tym, że Angela Merkel przeforsuje swój plan, a „superpaństwo” stanie się faktem. My zaś po raz kolejny utracimy Polskę – i to na pokolenia.

Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 35 (31.08-06.09.2018)