Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PiS. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PiS. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 16 kwietnia 2020

Stress-test

Gołym okiem widać, że pandemia koronawirusa stała się wielkim społecznym laboratorium. To po prostu niesamowita okazja do testowania różnych rozwiązań z zakresu inżynierii społecznej.


W związku z pandemią koronawirusa warto postawić sobie podstawowe w moim przekonaniu pytanie: na ile przemodeluje ona światowy porządek i czy zmiany będą nieodwracalne? Już teraz widać, że mamy do czynienia z globalnym „stress-testem” dotyczącym takich obszarów jak polityka, życie społeczne, gospodarka, a nawet system wartości – i w każdym z nich może dojść do istotnego przewartościowania dotychczasowych priorytetów. Zacznijmy jednak wesoło – tzn. od krajowego, politycznego bagienka.


I. Amok „najgłupszej opozycji świata”

Po wyborach 2019 r. zostaliśmy obdarowani nieco bardziej zróżnicowaną niż dotąd opozycją, co szczególnie wyraziście uzewnętrzniło się po dotarciu koronawirusa do Polski. Spójrzmy: zdawałoby się skrajne ugrupowania, takie jak Lewica i Konfederacja zajęły w obliczu epidemii i działań rządu stanowisko zdumiewająco konstruktywne. Politycy lewicowi nie negując konieczności rządowych wysiłków zwracali uwagę na potrzebę większej ochrony pracowników na „śmieciówkach”, nie objętych zabezpieczeniami wynikającymi z Kodeksu Pracy – a takowych w Polsce jest, bagatela, 2,6 mln. (1,3 mln. na umowach-zleceniach i o dzieło, oraz drugie 1,3 mln. na samozatrudnieniu). Z kolei Konfederacja zaoferowała wykorzystanie swoich wolontariuszy zbierających podpisy dla Krzysztofa Bosaka do pomocy osobom starszym (np. przynoszenia zakupów), podnosząc prócz tego konieczność wprowadzenia ułatwień dla rodzimego, głównie niewielkiego biznesu, najbardziej narażonego na utratę płynności finansowej. Również PSL z Kosiniakiem-Kamyszem powstrzymało się od frontalnego ataku na rząd (jakby nie było, Kosiniak-Kamysz to jednak lekarz, a to do czegoś zobowiązuje). Krótko mówiąc, mamy tu podejście zdroworozsądkowe i odpowiedzialne – kraj znalazł się w wyjątkowej sytuacji, więc nie sypiemy piasku w tryby, co najwyżej zwracając uwagę na sprawy, do których naszym zdaniem rządzący nie przykładają należytej uwagi. Wszystko to jednak bez agresji, w tonie rzeczowej dyskusji – owszem, z pozycji opozycyjnych, ale jednak równocześnie propaństwowych.

Co innego „najgłupsza opozycja świata”, czyli Koalicja Obywatelska wraz ze swoim środowiskowo-medialnym habitatem. Ci nawet nie ukrywają, że epidemię traktują wyłącznie w kategoriach politycznych, a koronawirus jest dla nich istotny jedynie w charakterze kłonicy, którą można przywalić obecnej władzy. Tutaj nie liczy się nic, poza doraźnym politycznym interesem: można siać panikę, podrywać zaufanie obywateli do państwa i jego instytucji, destabilizować i bez tego napiętą już sytuację. Najmniej zaś istotni są w tym wszystkim ludzie, wręcz im więcej zarażonych i ofiar śmiertelnych, tym lepiej – niech wszystko spłonie, byśmy tylko mogli na tych zgliszczach i trupach z powrotem dorwać się do władzy. Ich zacietrzewienie podsyca znana prawidłowość, że w obliczu zagrożenia obywatele w naturalny sposób gromadzą się wokół władzy jako jedynego realnego czynnika sprawczego, dysponującego odpowiednimi instrumentami działania. Stąd też nieustanny amok, prowadzący do zachowań wręcz groteskowych.

Odtwórzmy to sobie. Najpierw rząd miał rzekomo utajniać przypadki koronawirusa w Polsce, by ujawnić je na moment przed konwencją wyborczą Małgorzaty Kidawy-Błońskiej i przyćmić w ten sposób to wiekopomne wydarzenie. Po pierwszych odnotowanych przypadkach pojawiła się narracja, że PiS chowa głowę w piasek i „nic nie robi”, bo wiadomo – „pisiory”, he he, nie dają sobie rady i potrafią tylko rozdawać pieniądze nierobom. Gdy okazało się, że rząd jednak działa i zgłasza spec-ustawę, rozległ się wrzask, że pod pretekstem zwalczania epidemii PiS chce zaprowadzić „stan wojenny”. Ustawa przeszła (żeby było zabawniej, również głosami „totalnych”), a PiS uwzględnił część poprawek opozycji, więc zaczęła się kolejna jazda, zainicjowana przez sztab Kidawy-Błońskiej: rząd nie chroni granic przed napływem zarażonych! - co jest szczególnie groteskowe w kontekście kryzysu migracyjnego z 2015 r., kiedy to na Jarosława Kaczyńskiego posypały się gromy, gdy ostrzegał przed zagrożeniem epidemiologicznym związanym z masowym napływem nachodźców.

Idźmy dalej. Rząd Mateusza Morawieckiego wprowadził stan zagrożenia epidemiologicznego, zamknął granice, wcześniej zaś w kraju szkoły i szereg innych instytucji, na bieżąco podaje do publicznej wiadomości liczbę zarażonych, nakłada kwarantanny, wydaje zalecenia odnośnie środków bezpieczeństwa – i, co najistotniejsze, spotyka się to ze zrozumieniem obywateli. Reakcja? „Koronawirus spadł PiS-owi z nieba”, „Koronawirus jako zbawca PiS”! Ten sam PiS, przypomnijmy, jeszcze chwilę wcześniej miał się na koronawirusie wyłożyć, a z drugiej strony – tenże koronawirus miał się stać lodołamaczem torującym drogę do władzy „totalsom”. Równolegle poboczny atak – Duda jeździ po kraju i robi sobie kampanię! Oczywiście, gdyby nie jeździł, byłoby, że tchórzy i dekuje się w Pałacu Prezydenckim, co widać po atakach na Kaczyńskiego za to, że (będąc z racji wieku w grupie największego ryzyka), nie udziela się publicznie...

No i wreszcie, kolejna brzytwa, której uchwycili się „totalni”: należy przełożyć wybory na jesień! Sęk w tym, że aby przełożyć wybory, należałoby wprowadzić jeden z trzech stanów: stan klęski żywiołowej, stan wyjątkowy, bądź stan wojenny – czyli to, przed czym jeszcze na początku marca ta sama opozycja histerycznie protestowała. Dziś stan wyjątkowy jest już „dobry”, bo „totalsi” liczą na kumulację kilku czynników: zmęczenia obywateli ograniczeniami, społecznego zniecierpliwienia (szczególnie latem, gdy ludzie będą chcieli wyjeżdżać na wakacje) oraz pierwszych efektów spowolnienia gospodarczego. Wszystko podporządkowane partykularnemu, partyjnemu interesowi, zero jakiegokolwiek instynktu państwowego, a nade wszystko – rozpaczliwe miotanie się od ściany do ściany. Ktoś na Twitterze trafnie skomentował, że wszyscy starają się zachowywać rozsądnie, tylko Platforma biega bez ładu i składu niczym kurczak z obciętą głową. Wyobraźmy sobie teraz, że wirus uderza w momencie, gdy prezydentem jest Kidawa-Błońska, premierem Borys Budka, a ministrem zdrowia Ewa Kopacz. A nie, wróć, nie musimy sobie wyobrażać – oni już rządzili podczas znacznie łagodniejszej epidemii świńskiej grypy. Wtedy Polska jako jedyna nie zakupiła szczepionek, zaś Ewa Kopacz uspokajała, że nic się nie dzieje – co zakończyło się 180 zgonami.

Przełożenie wyborów oczywiście nie jest wykluczone, wszystko zależy od rozwoju sytuacji, ale póki co można powiedzieć, że o ile państwo pod obecnymi rządami generalnie zdaje egzamin, o tyle „najgłupsza opozycja świata” swój stress-test oblała na całej linii.


II. Gdzie jest Unia?

Ale dość już o naszych baranach, przejdźmy do spraw poważniejszych. Gdzie jest Unia? Ta omnipotentna, najmądrzejsza Unia Europejska, która pod przewodem kasty światłych mandarynów miała być odpowiedzią na wszelkie problemy, ustawicznie regulując za pomocą tysięcznych dyrektyw i wytycznych najdrobniejsze dziedziny życia? Nie ma Unii. W momencie rzeczywistego kryzysu ci wszyscy wielcy komisarze i eurodeputowani, tak zazwyczaj skorzy do zabierania głosu na każdy temat – począwszy od praw zwierząt, a na ustroju polskiego sądownictwa skończywszy – pochowali się w mysie dziury. Walkę z COVID-19 musiały wziąć na swoje barki państwa narodowe – i całe szczęście, bowiem gdyby zależało to od unijnych urzędników, niemożliwe byłoby wprowadzenie np. kontroli granicznych, co jasno dał do zrozumienia rzecznik Komisji Europejskiej Eric Mamer („Zamykanie granicy, to niekoniecznie najlepsze rozwiązanie w sytuacji, gdy wirus jest już we wszystkich krajach strefy Schengen. Ale uznajemy, że to uprawnienia i decyzje rządów krajów członkowskich”).

Przy okazji, po raz kolejny uwidoczniło się, że „europejska solidarność” kończy się tam, gdzie zaczynają interesy Niemiec. Głośna stała się sprawa przechwycenia przez niemieckie władze transportów maseczek ochronnych zamówionych w Chinach przez Włochy, Austrię i Szwajcarię. Poszło o to, że zamówienie zostało złożone przez niemieckiego pośrednika, co niemieckie władze prawem kaduka potraktowały jako „eksport” i skwapliwie położyły na deficytowym towarze łapę. Co więcej, mimo iż Komisja Europejska wymusiła na niemieckim rządzie „uwolnienie” towaru (jedna z nielicznych dobrych rzeczy, które o władzach UE można dziś powiedzieć), to nikt (z pośrednikiem włącznie) nie jest w stanie powiedzieć, gdzie owe maseczki się znajdują – rozpłynęły się w powietrzu... Inny przykład, to niemiecka reakcja na przymknięcie przez Polskę granic – zostało to pryncypialnie skrytykowane, po czym niemal na drugi dzień Niemcy wprowadziły identyczne obostrzenia w ruchu granicznym. Niepokój Niemiec łatwo wytłumaczyć – otóż polskie firmy transportowe odpowiadają za 25 proc. tamtejszej logistyki zaopatrzeniowej, przez co przed Niemcami stanęło widmo pustych sklepowych półek.

Indolencję Unii najlepiej widać na przykładzie nielegalnej imigracji, która jest problemem samym w sobie, a w obliczu pandemii staje się wręcz sprawą gardłową. Po raz kolejny okazało się, że unijna straż graniczna, czyli osławiony FRONTEX jest tygrysem bez zębów i zajmuje się głównie przeładunkiem „uchodźców” z pontonów na statki, po czym odstawia ich dokładnie tam, gdzie chcieli trafić, czyli na kontynent europejski. Jest to zatem w istocie przedsiębiorstwo przewozowe, ułatwiające robotę gangom przemytników. Wyjątkowo boleśnie przekonała się o tym Grecja, która w końcu wzięła sprawy we własne ręce i zaczęła samodzielnie zwalczać plagę migracji, nie przejmując się wrzaskami różnych „organizacji humanitarnych” - dodajmy, przy cichej akceptacji Brukseli, która mogła odetchnąć z ulgą, że rząd w Atenach wybawił ją z kłopotu.

Coś tam jednak Unia robi. Otóż uruchomiła fundusz o łącznej wartości 37,3 mld euro na walkę... nie, nie tyle z koronawirusem, ile na łagodzenie skutków gospodarczych wywołanych kryzysem – z czego Polsce przypadać ma 7,4 mld euro. Tyle, że wbrew rozpowszechnionemu mniemaniu to nie są żadne dodatkowe pieniądze! Środki te pochodzą z aktualnie obowiązujących w ramach budżetu UE środków spójności. Po prostu Unia wspaniałomyślnie się zgodziła, by poszczególne kraje, w tym Polska, część przysługujących im środków wydały na najniezbędniejsze w tym momencie inwestycje, a nie na to, co akurat figurowało w odgórnej, brukselskiej rozpisce i nieco złagodziła rygorystyczne procedury rozliczania funduszy. Ot, i cała „łaska”. Ach, zapomniałbym – Unia w pocie czoła pracuje nad wspólnotowym przetargiem na leki i sprzęt medyczny w ramach „mechanizmu kryzysowego”, na razie jednak daleki jest on od rozstrzygnięcia.

Euroentuzjaści twierdzą, że bierność Unii spowodowana jest niedostatecznymi kompetencjami i już snują wizje poszerzenia prerogatyw Brukseli na przyszłość. Jest to skrajnie niebezpieczny pogląd. Wyobraźmy sobie, że ten kompletnie niewydolny, biurokratyczny moloch miałby w sytuacji zagrożenia epidemią decydować o zamknięciu granic (i dopilnować wykonania), przetargach na medykamenty, rozdziale funduszy czy wprowadzeniu w poszczególnych krajach stanu zagrożenia epidemiologicznego. Wyobraźmy sobie tylko, że dla każdej z tego typu spraw krajowe rządy musiałyby uzyskać zgodę w unijnej centrali, która skrupulatnie sprawdzałaby, czy aby nie łamana jest któraś z rozlicznych „procedur” - wszystko w momencie, gdy trzeba działać „na wczoraj”.

Podsumowując ten wątek - Unia Europejska „stress-testu” nie przeszła. Nic nie zastąpi państw narodowych w kwestiach bezpieczeństwa i pozostaje mieć nadzieję, że inwazja koronawirusa przyczyni się do odwrócenia tendencji polegającej na zawłaszczaniu przez unijną biurokrację kolejnych obszarów władzy.


III. Wielkie laboratorium

Na koniec sprawy o charakterze bardziej ogólnym. Prawdopodobnie czeka nas, jak napisałem w niedawnym felietonie dla „Gazety Finansowej” „najgłupszy kryzys w historii świata” - bo też skala (i co ważniejsze, śmiertelność) pandemii w niczym nie usprawiedliwia aż takiej paniki na rynkach. Pół żartem, pół serio, zarysuję tu spiskową teorię – może medialna histeria jest celowo indukowana, by odwrócić uwagę od rzeczywistych przyczyn kryzysu, który i tak miał nadejść? Po krachu w 2008 r. opinia publiczna zawrzała oburzeniem na światową oligarchię finansową, która nie dość że doprowadziła do globalnej katastrofy, to jeszcze uszło jej to bezkarnie. Może macherzy, którzy nie zmienili swego postępowania ani o jotę i dalej pompują spekulacyjną bańkę, widząc na horyzoncie rychłe załamanie użyli swych medialnych wpływów, by „usprawiedliwić” koronawirusem nadchodzącą zapaść, tak by złość społeczeństw nie skierowała się przeciw banksterom i sprzedajnym politykom?

Ale, nawet pomijając spiskowe teorie, gołym okiem widać, że pandemia koronawirusa stała się wielkim społecznym laboratorium. To po prostu niesamowita okazja do testowania różnych rozwiązań z zakresu inżynierii społecznej. Do jakiego stopnia ludzie gotowi są pogodzić się z ograniczeniami wolności? Czy tylko na jakiś czas, czy na stałe? Jakimi metodami „naprowadzać” ludzkie masy na właściwe myślenie, tak by w przyszłości np. nie oddały głosów na „populistów”, tylko na „sprawdzony” establishment? Albo pogodziły się z kolejnymi przywilejami dla wielkich korporacji pod pretekstem „rozwiązań antykryzysowych”? Jestem przekonany, że rozliczne sztaby specjalistów od modelowania zbiorowych zachowań pracują w pocie czoła nad stosownymi analizami i wnioskami.

Patrząc bardziej optymistycznie – może uda się z obecnej sytuacji wyciągnąć jakieś konstruktywne wnioski? Może to co się stało nieco przyhamuje bezmyślny, zatraceńczy pęd ku wszechogarniającej globalizacji? Może przyczyni się do dywersyfikacji łańcuchów dostaw i produkcji, tak by nie lokować kluczowych ogniw w jednym regionie świata, czy wręcz w jednym państwie – Chinach? Może do kogoś wreszcie dotrze, że warto mieć elementarne zabezpieczenie w postaci własnego rolnictwa, gwarantującego żywność i własnego przemysłu? Tak by nie wyglądać niczym zbawienia chińskich kontenerowców zawijających do europejskich portów? Przecież to paranoja, żebyśmy nie byli w stanie produkować u siebie zwykłych maseczek chirurgicznych i podstawowych leków, a za produkcję płynu odkażającego musiał się brać w trybie awaryjnym „Orlen” (całe szczęście, że go mamy).

Idąc dalej – może docenimy nasze państwa, granice i zalety suwerenności? Może dotrze do nas, że zbywanie kolejnych uprawnień na rzecz ponadnarodowych instytucji to droga donikąd? Z drugiej strony – może zauważymy zagrożenia wynikające z nadmiernej decentralizacji? Pomyślmy tylko, co by się działo, gdyby Polska zgodnie z postulatami „totalnej opozycji” była dzisiaj luźnym konglomeratem udzielnych samorządowych „księstewek”... I to jest kolejny oblany „stress-test” - tym razem nie zdała go globalizacja.

Pocieszające w tym wszystkim jest to, że choć na chwilę zniknęła z publicznego dyskursu większość lewackiej agendy. Nagle okazało się, że obliczu śmierci „prawa” zwierząt, LGBT, genderyzm, skrajny ekologizm i klimatyzm przestały być najważniejszymi problemami ludzkości. Symboliczna jest tu odezwa Grety Thunberg, która zaapelowała do swych wyznawców, by „strajkowali” na rzecz klimatu – ale w domu... Złą wiadomością jest jednak uległość Kościoła, który we Włoszech i zachodniej Europie wystraszony lewackimi wrzaskami zamknął świątynie, rezygnując tym samym z okazji do choćby częściowego odbudowania swego duchowego przywództwa. W Polsce natomiast lewactwo ma inny cel – ograniczenie praktyk religijnych na czas zarazy ma sprawić, by ludzie „odwykli” od chodzenia do kościoła. Koronawirus oraz propaganda strachu mająca ukazać kościoły jako główny rozsadnik epidemii jest tu orężem w walce z religią. Czas pokaże, czy owa nałożona na wiernych „kwarantanna” przyniesie skutki – oby nie. Niemniej, jest to kolejna odsłona owego „społecznego laboratorium” o którym tu piszę – tym razem dotykająca sfery fundamentalnych wartości. Tak więc, już zupełnie na koniec – podstawowy i najważniejszy „stress-test” to ten, przed którym stoimy my sami.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w miesięczniku „Polska Niepodległa” nr 04 (kwiecień 2020)

niedziela, 5 kwietnia 2020

Konfederacja głupio się bawi

Okazuje się, że hasło „PiS-PO jedno zło” staje się powoli nieaktualne. Oto Konfederaci zdają się nam mówić, że teraz „większym złem” od Platformy jest dla nich PiS.

I. Propaństwowa opozycja

Wejście do Sejmu Konfederacji, które nastąpiło po ostatnich wyborach parlamentarnych, powitałem z nadzieją. Uważałem bowiem i nadal uważam (czemu dawałem niejednokrotnie wyraz), iż PiS potrzebuje twardego, merytorycznego recenzenta i swoistego „dyscyplinatora” z prawej strony, który od czasu do czasu potrafiłby rządzące ugrupowanie naprostować i przywrócić do pionu. W przyszłości zaś, być może, przy odpowiednim układzie politycznych wiatrów, ów recenzent mógłby się stać koalicjantem – nader pożądanym, wzmacniającym ideową, narodową flankę w obozie prawicy. Ten ozdrowieńczy „efekt Konfederacji” dało się zresztą zauważyć już wcześniej, kiedy współtworzące to ugrupowanie środowiska pozostawały jeszcze poza parlamentem. To w znacznej mierze pod ich wpływem PiS zdecydował się nieco utwardzić swą linię wobec Ukrainy – szczególnie w kwestii wołyńskiego ludobójstwa i polityki historycznej. Inny przykład, to korekta relacji Polska – środowiska żydowskie i Izrael, do pewnego momentu charakteryzujących się skrajną naiwnością i ustępliwością strony polskiej. To, że wreszcie PiS przestał udawać, że „pada deszcz” zostało w jakiejś mierze wymuszone podnoszeniem tych kwestii przez pozaparlamentarną prawicę potrafiącą skutecznie oddziaływać na część patriotycznej opinii publicznej. Najbardziej spektakularnym sukcesem obecnych Konfederatów było skuteczne nagłośnienie „ustawy 447” - sprawy dla obozu rządzącego skrajnie niewygodnej, głównie z powodu bliskich relacji z naszym obecnym „wielkim bratem” zza oceanu. Na początku PiS próbowało rzecz całą zamilczeć, a potem głupio bagatelizować – i dopiero pod wpływem konsekwentnych nacisków z prawej strony zdobyło się chcąc nie chcąc (bądźmy szczerzy – bardziej nie chcąc, niż chcąc) na stanowcze oświadczenia odrzucające bandyckie uroszczenia „holocaust industry”.

Oczywiście, te wymuszone korekty podyktowane były głównie troską o zachowanie monopolu politycznego na prawicy i obawą przed odpływem bardziej radykalnej części elektoratu. Niemniej, sam fakt, iż taka obawa w PiS się pojawiła, zmuszając partię do pewnych modyfikacji linii politycznej, świadczy o pozytywnym potencjale Konfederacji i sympatyzujących z nią środowisk. Ukoronowaniem tej drogi było przekroczenie przez Konfederację w ostatnich wyborach parlamentarnych progu wyborczego i wprowadzenie do Sejmu swych przedstawicieli. Wydawało się, że teraz, mając do dyspozycji nowe narzędzia, Konfederaci jeszcze skuteczniej będą pełnili swą rolę, recenzując poczynania rządu z prawicowych i zarazem propaństwowych pozycji, budując zarazem swój kapitał zaufania wśród patriotycznych wyborców.


II. Rachunki krzywd

Ostatnio jednak coś zaczęło się wyraźnie psuć – i to w najgorszym możliwym momencie, czyli w obliczu epidemii koronawirusa. Początki były wprawdzie obiecujące – kandydujący na urząd prezydenta Krzysztof Bosak zaoferował do pomocy swych wolontariuszy. Jednak to, co wydarzyło się przy okazji awantury o możliwość zdalnego odbywania posiedzeń Sejmu, kiedy to Konfederacja zaczęła mówić jednym głosem z „totalną opozycją” z Koalicji Obywatelskiej, jest bardziej niż niepokojące. Nie był to zresztą pierwszy sygnał tego typu – podobne głosy z szeregów Konfederatów dawały się słyszeć już podczas procedowania spec-ustawy mającej dać rządowi narzędzia do walki z epidemią. Wówczas również z ich strony dały się słyszeć insynuacje, iż nadzwyczajne rozwiązania mają służyć PiS-owi jedynie do umocnienia władzy, co wypisz-wymaluj przypominało histerię „totalnych” i wspierających ich ośrodków medialnych.

Zagadką pozostaje, co skłoniło „Konfę” do tej wolty. Partykularne, partyjne kalkulacje, by za wszelką cenę się wyróżnić? Jakieś antypisowskie resentymenty? Tak, wiem – są na prawicy „rachunki krzywd”. Dla PiS-u i zbliżonych do niego mediów przez całe lata dogmatem była niesławna „doktryna Lipińskiego” dająca się streścić słowami: „poza PiS-em nie ma życia na prawicy”. W myśl tej doktryny, zakładającej iż PiS (względnie szerzej – Zjednoczona Prawica) ma wypełniać całą przestrzeń polityczną po prawej stronie, jedną z głównych trosk przywództwa tej partii było to, by na prawicy nie narodziła się żadna inna siła polityczna. Stąd też brał się wrogi stosunek do narodowców, których działaczy usiłowano zohydzić w oczach opinii publicznej imputując im „agenturalność” na rzecz Rosji, zaś dla zwolenników opcji narodowej rezerwując miano „pożytecznych idiotów” i „ruskich onuc”. Przypomnijmy, że jeszcze całkiem niedawno aby zostać rzeczoną „onucą” wystarczyło nie wykazywać dostatecznego entuzjazmu wobec Ukrainy czy zbyt głośno przypominać o kresowym ludobójstwie Polaków. Te nieprzytomne wrzaski miały jeszcze jeden destrukcyjny efekt – rzucane na oślep inwektywy kompletnie zdewaluowały ciężar oskarżenia o agenturalność, które jest dziś obiektem podobnych kpin, jak zarzut „antysemityzmu” w wydaniu „Wyborczej”.

Środowiska obecnej Konfederacji odpowiedziały na to równie kretyńskim zawołaniem „PiS-PO jedno zło”, które dla każdego przytomnego obserwatora mogło świadczyć tylko o oderwaniu od rzeczywistości. Mówiąc obrazowo – radykałowie tym sloganem odjechali tak daleko, że z ich perspektywy zaczęły się zacierać jakiekolwiek różnice między pozostałymi uczestnikami sceny politycznej.


III. „Konfederacja Obywatelska”?

Po niedawnych wydarzeniach w Sejmie okazuje się jednak, że hasło „PiS-PO jedno zło” staje się powoli nieaktualne. Oto Konfederaci zdają się nam mówić, że teraz „większym złem” od Platformy jest dla nich PiS. Nie wiem, może porobili jakieś badania z których wyszło, że dla ich elektoratu, zwłaszcza tego najmłodszego, dopiero wkraczającego w dorosłość, czasy rządów PO-PSL to już prehistoria, dlatego należy skoncentrować się na dowalaniu obecnej władzy, jaka by ona nie była? To dla mnie jedyne wyjaśnienie zawierające w sobie ziarno elementarnego racjonalizmu. Każde inne wytłumaczenie trąci bowiem pustym awanturnictwem godnym jakichś „kuców” czy innej „gimbazy”, a nie poważnych, odpowiedzialnych polityków. Jeżeli wrzuca się do internetu „firmowy”, oznaczony logo ugrupowania mem w którym zestawia się Kaczyńskiego z Czarzastym opatrując komentarzem o „małym pakcie Ribbentrop-Mołotow”, to człowiek zaczyna sobie pluć w brodę, że o takiej gówniarzerii napisał kiedykolwiek ciepłe słowo.

To wszystko w normalnych okolicznościach można by zbyć wzruszeniem ramion. Niestety, okoliczności nie są normalne – są tak nadzwyczajne, jak tylko to możliwe w warunkach pokoju. Większym kryzysem niż obecnie mogłaby być jedynie wojna. Kraj praktycznie stoi, grozi nam krach gospodarczy większy niż ten po 2008 r., ludzie siedzą w domach, cały aparat państwa nastawiony jest na zwalczanie epidemii – a ci ścigają się z Platformą, kto będzie bardziej „totalną” opozycją. Bo to jest „totalniactwo” w najgorszym możliwym wydaniu, uprawiane pod płaszczykiem sklerotycznego proceduralizmu, czy o zdalnych posiedzeniach Sejmu można zdecydować również zdalnie, czy na sali plenarnej... Nawet razemowsko-czarzaste lewactwo z PSL-em zachowały się w tej sytuacji bardziej konstruktywnie i odpowiedzialnie. Dlatego nie dziwi decyzja prof. Jacka Bartyzela, który ogłosił, iż w obliczu uprawianego przez Konfederację „demoliberalnego partyjniactwa” postanowił wycofać swe poparcie dla kandydatury Krzysztofa Bosaka.

Przy tym wszystkim, „Konfa” zdaje się kompletnie nie dostrzegać, jak na swej „totalności” wyszła i wychodzi Koalicja Obywatelska, konsekwentnie tracąca poparcie przez swą antypaństwową postawę. Zaślepiona doraźnymi gierkami dobrowolnie abdykuje z dotychczasowej roli merytorycznego recenzenta na rzecz tępego, małostkowego politycznego zacietrzewienia. Tyle, że to, co KO będzie kosztować co najwyżej kilka punktów wyborczych, dla nieokrzepłego wciąż ugrupowania, jakim jest Konfederacja, może skończyć się anihilacją. Aż chce się zacytować klasyka – nie idźcie tą drogą! Źle się bawicie, panowie. Źle, a nade wszystko – potwornie głupio.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 14 (03-09.04.2020)

czwartek, 2 kwietnia 2020

Z Brukselą trzeba twardo

Całe doświadczenie ostatnich lat pokazuje, że z Brukselą trzeba postępować twardo. Innego języka tam nie rozumieją, podobnie jak w Moskwie.

I. Zasada domniemania kompetencji

Przed Polską dwie powiązane ze sobą unijne batalie – spór o praworządność, przeniesiony obecnie na forum Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej w Luksemburgu oraz walka o możliwie korzystny dla nas europejski budżet na lata 2021-2027. W momencie gdy piszę te słowa, w Brukseli trwa szczyt Rady Europejskiej podczas którego szefowie państw członkowskich wśród uśmiechów i spijanych w międzyczasie tłustych rosołów wyrywają sobie nawzajem z gardeł różne ochłapy. Z kolei na 9 marca przewidziane jest wysłuchanie strony polskiej przed TSUE w sprawie wniosku Komisji Europejskiej o zawieszenie Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego. I może zacznę od tego drugiego wątku.

Otóż źle się stało, że polski rząd w ogóle wszedł w tę potencjalnie bardzo niebezpieczną dla nas rozgrywkę Komisji Europejskiej – i to na jej warunkach. Przypomnijmy, iż KE wnioskuje o tymczasowe zawieszenie Izby Dyscyplinarnej – do czasu ostatecznego rozstrzygnięcia sprawy przez TSUE. Trzeba tu z całą mocą podkreślić – ani Komisja, ani jakikolwiek inny organ wspólnotowy, włącznie z TSUE, nie ma żadnych traktatowych umocowań do mieszania się w systemy sądownicze krajów członkowskich. Kształtowanie wymiaru sprawiedliwości jest wyłączną prerogatywą poszczególnych państw – jest to bowiem kwestia o charakterze ustrojowym, regulowana Konstytucją i ustawami. Generalnie, w Unii obowiązuje zasada, że organy wspólnotowe mają tyle kompetencji, ile państwa członkowskie zgodziły się delegować w traktatach – i nic ponadto. A rebours – jeżeli coś nie zostało wyraźnie ujęte w traktatach jako zakres działalności organów unijnych, to oznacza, że leży to w gestii państw członkowskich – jest to tzw. „zasada domniemania kompetencji”. A o sposobach urządzenia sądownictwa w Traktacie Lizbońskim nie ma ani słowa. „Praworządność” i „unijne standardy” dotyczyć mogą co najwyżej elementarnych praw obywatelskich – np. czy dane państwo gwarantuje swoim obywatelom rzetelny i bezstronny proces, a nie tego w jaki sposób i przez jakie ciała bądź organy powoływani są sędziowie, nie mówiąc już o tym, z ilu i jakich izb składać się winien Sąd Najwyższy czy też jak powinna wyglądać odpowiedzialność dyscyplinarna sędziów.

Jak wiemy, poszczególne państwa regulują te sprawy w najrozmaitszy sposób. W Niemczech sędziów sądów powszechnych powołują landowi ministrowie sprawiedliwości przy udziale przedstawicieli lokalnych parlamentów i samorządu sędziowskiego. Z kolei do sądów federalnych wybiera sędziów specjalna 32-osobowa komisja obradująca pod przewodnictwem właściwego ze względu na specyfikę danego sądu ministra. W skład komisji wchodzi 16 ministrów landowych oraz 16 przedstawicieli Bundestagu z zachowaniem parytetu poszczególnych ugrupowań politycznych. Głosowanie nad kandydaturami jest tajne. Super „przejrzysty” i „apolityczny” układ, nieprawdaż? We Francji obowiązuje system zbliżony do naszego sprzed ostatnich reform, podobnie w Hiszpanii. Ale już w Czechach sędziów mianuje prezydent na wniosek ministra sprawiedliwości. Żeby nie przedłużać – generalnie, są kraje w których funkcjonują gremia zbliżone do naszej KRS (z różnymi proporcjami między przedstawicielami sądów i parlamentów), są takie, które obywają się bez nich, a w jeszcze innych (np. w Austrii) kandydatów przedstawia ministrowi sprawiedliwości prezydium sądu w którym są wakaty. Rzecz zatem nie w technicznym sposobie wybierania sędziów, a w tym, by już powołani sędziowie mieli gwarancję niezawisłości i niezależności w orzekaniu – tak, by na orzecznictwo nie mogła wpływać np. władza wykonawcza lub by sędzia nie był szykanowany za „nieprawomyślny” wyrok.


II. Brukselskie bezprawie

Wszystkie te warunki w przypadku Polski są spełnione, zatem „szczególna troska” z jaką pochyla się nad nami Komisja Europejska jest wyłącznie efektem woli politycznej. Złej woli, dodajmy i realizowanej w bezprawny sposób, za pomocą pozatraktatowych, wymyślonych pseudo-procedur. Już w 2014 r. Służba Prawna Rady Unii Europejskiej sporządziła opinię, w której podważa legalność procedury „kontroli praworządności” - czyli tego, czym przez lata molestował nas Frans Timmermans. Wg tejże opinii Komisja Europejska nie ma prawa wszczynać sama z siebie, po uważaniu, żadnych „kontroli” wobec krajów członkowskich – zatem to, co zastosowała wobec nas KE jest czystą uzurpacją i pozostaje tylko zgadywać, dlaczego rząd wszedł w tę prawniczą ciuciubabkę, zamiast od początku zanegować prawomocność działań Komisji. Po co były te wszystkie „wyjaśnienia”, pertraktacje, ustępstwa? Na co liczono? Że strona unijna zrozumie nasze argumenty i się wycofa, przyznając się tym samym do błędu? Że po tamtej stronie istnieje jakaś dobra wola, a cała sprawa jest jedynie wynikiem nieporozumienia? Że Timmermans, a obecnie Jourova zorientowawszy się, że padli ofiarą manipulacji ze strony opozycji i przedstawicieli polskiego środowiska sędziowskiego przeproszą nas i zostawią w spokoju?

Jeżeli nawet początkowo stronie polskiej towarzyszyły podobne rachuby, to najdalej po kilku pierwszych wymianach „uprzejmości” - kiedy to okazało się, że nasza argumentacja odbija się od ściany, zaś rozzuchwalona naszą uległością Bruksela jedynie usztywnia swoje stanowisko - należało te złudzenia porzucić i oficjalnie ogłosić (a potem gromko powtarzać przy każdej okazji), że Polska nie uznaje żadnej „zwierzchniej kontroli”, sądy to nasza wewnętrzna sprawa, a działania KE i jej „rewizorów” są uzurpacją i bezprawiem nie mającym pokrycia w traktatach. Tymczasem my w swej naiwności podjęliśmy tę grę, daliśmy się w nią wciągnąć jak dzieci, stwarzając tym samym wrażenie, że akceptujemy uroszczenia Brukseli do mieszania się w nasze sprawy. Poniekąd przyczyniliśmy się do „zalegalizowania” metodą faktów dokonanych władczych uroszczeń unijnych mandarynów. To niezwykle groźny precedens, który w przyszłości będzie się na nas mścił na szereg różnych sposobów. Już zresztą się mści, o czym za chwilę.

Jak wspomniałem, organizacja wymiaru sprawiedliwości to kwestia ustrojowa. Dając Brukseli prawo do negowania zmian w tej materii, otwieramy furtkę do mieszania się również w inne elementy konstytucyjnego porządku państwa. Pomyślmy tylko – skoro Komisja Europejska wywalczyła sobie prawem kaduka kompetencje do recenzowania kształtu sądownictwa, to dlaczego za chwilę nie miałaby zaingerować w kształt władzy ustawodawczej? Jeżeli, dajmy na to, będziemy kiedyś chcieli zmienić konstytucję i zlikwidować Senat (swoją drogą, postulat PO z czasów Tuska), to spokojnie mogę sobie wyobrazić, że i tutaj jakiś brukselski bubek zacznie „badać”, czy aby taka zmiana jest zgodna z „europejskimi standardami” - chociażby pod pretekstem, że jednoizbowy parlament nie daje należytej gwarancji właściwego i demokratycznego stanowienia prawa. Podkładka pod nową „procedurę badania stanu demokracji” jak znalazł. Pójdźmy dalej – co stoi na przeszkodzie, by unijne władze i trybunały nie uznały pewnego dnia za obowiązującą słynną wykładnię prof. Wojciecha Popiołka, iż W demokratycznym państwie prawnym suwerenem nie są wyborcy. Suwerenem są wartości znajdujące się w prawie, a na straży tych wartości stoją niezależne sądy i niezawiśli sędziowie”? A pierwszą jaskółkę już mieliśmy podczas „marszu tysiąca tóg”, kiedy to zaproszony na imprezę pani przedszkolanki Gersdorf prezes Europejskiego Stowarzyszenia Sędziów José Mato ogłosił: „My sędziowie będziemy bronić praworządności zamiast prawa ustawy. Będziemy stosować praworządność, a nie prawo ludzi”.

Takie stanowisko oznacza wprost zanegowanie uprawnień władzy ustawodawczej i co za tym idzie, poddanie wybierających ją obywateli dyktaturze sędziów – sądokracji, kierującej się własnymi „objawieniami” i uznaniowo decydującej co jest „praworządne”, a co nie. Prawo w tym ujęciu stanie się dla „nadzwyczajnej kasty” zbiorem luźnych sugestii z których można sobie „wyinterpretowywać” co się żywnie podoba, decydując tym samym, jakie ustawy będzie stosować i w jaki sposób. Na takiej zasadzie będzie można śmiało i z błogosławieństwem Brukseli zanegować np. każde referendum, jeśli w odczuciu „ajatollahów prawa” okaże się ono „niepraworządne”. Bo skoro suwerenem nie są wyborcy-obywatele... Pamiętajmy, że już teraz z inspiracji TSUE forsowana jest „wykładnia” wedle której polscy sędziowie są zarazem „sędziami europejskimi” - a zatem, podlegają polskiemu państwu i prawu tylko o tyle, o ile...

Powtarzam – sami otworzyliśmy swą uległością tę puszkę Pandory i wręczyliśmy Brukseli narzędzie do okrawania po plasterku naszej suwerenności metodą kolejnych „twórczych interpretacji” unijnego prawa. Dalekosiężne konsekwencje prowadzą albo do kompletnego zwasalizowania Polski i przekształcenia jej w unijny „land”, albo... do Polexitu – rzecz jasna, pod warunkiem, że do ludzi w porę dotrze w jakie zabrnęliśmy bagno.


III. Uzurpatorzy z TSUE

Jak wiadomo, Komisja Europejska postanowiła ostatecznie załatwić „kwestię polską” rękoma TSUE. Luksemburskiemu trybunałowi tylko w to graj, bo to dla niego szansa samowolnego poszerzenia zakresu orzecznictwa o samo jądro wewnętrznych prerogatyw państw członkowskich. Dotąd bowiem orzekał w kwestiach czysto technicznych – czy kraje unijne prawidłowo implementują dyrektywy i takie tam – przy czym, obecnie mamy jakieś 50 wyroków, które zostały przez różne państwa po prostu zignorowane. Przykładowo, Francja została ukarana za odstępstwa od dyrektywy dotyczącej rozmiarów dopuszczanych do sprzedaży ryb, a Włochy i Hiszpania za to, że nie wybudowały na czas odpowiedniej liczby oczyszczalni ścieków. W porównaniu z rybami i ściekami taka sprawa jak polskie sądownictwo jest dla TSUE ogromną szansą na skok jakościowy – nic dziwnego więc, że unijny trybunał już przebiera nogami, by w ten sposób przydać sobie znaczenia. Widomym znakiem był tu wyrok z listopada 2019 r. w którym odpowiadając na „pytania prejudycjalne” Sądu Najwyższego, TSUE przyznał SN „prawo” do oceny wg nakreślonych odgórnie kryteriów, czy Izba Dyscyplinarna jest „sądem w rozumieniu prawa unijnego”. Efektem była słynna uchwała SN stwierdzająca, iż Izba Dyscyplinarna takowym sądem nie jest, a KRS „nie daje rękojmi” niezależności. Na dalszym etapie zaś tenże Sąd Najwyższy wziął się za wyrokowanie którzy sędziowie i w jakich okolicznościach mogą zostać dopuszczeni do orzekania. Widzimy więc nader harmonijną współpracę między unijnymi i tutejszymi „mułłami w togach” na znanej piłkarskiej zasadzie „ty do mnie, ja do ciebie”. Jedni drugim podrzucają orzeczenia i zawarte w nich interpretacyjne sugestie, na które potem nawzajem się powołują. Idę o zakład, że TSUE w swoim wyroku powoła się z kolei na wspomniane orzeczenia Sądu Najwyższego wydane z inspiracji tegoż TSUE. Tak to działa.

Dlatego należy przeciąć to błędne koło wzajemnie napędzających się uroszczeń i jasno formułować stanowisko, iż TSUE powinno stwierdzić swą niewłaściwość w kwestii ustroju polskiego sądownictwa, ponieważ – podobnie jak Komisja Europejska – nie ma żadnych traktatowych umocowań do orzekania w tego typu sprawach. Rola TSUE to orzecznictwo w kwestii stosowania dyrektyw i odpowiadanie na pytania prejudycjalne odnośnie tychże (tak jak odpowiedział na zapytanie polskiego sądu w głośnej sprawie „frankowiczów” w kontekście unijnej dyrektywy konsumenckiej) – ale nic poza tym. Ponadto, w Polsce prawem nadrzędnym (również wobec prawa UE) jest Konstytucja (art.8 p.1:Konstytucja jest najwyższym prawem Rzeczypospolitej Polskiej”), co zostało dodatkowo potwierdzone orzeczeniem Trybunału Konstytucyjnego w wyroku dotyczącym traktatu akcesyjnego. Na dobrą sprawę, należałoby wygłosić przed TSUE tego typu oświadczenie, podkreślając, że w razie dalszego zawłaszczania przez Trybunał nienależnych uprawnień Polska zastrzega sobie prawo do nierespektowania ewentualnego wyroku – i na tym zakończyć udział w tej szopce.


IV. Suwerenność, głupcy!

Jednak KE i TSUE to dalece nie wszystko. Jak bowiem wspomniałem na wstępie, toczy się również batalia o przyszły budżet UE w którym wypłata funduszy ma być powiązana z „przestrzeganiem praworządności”. Komisja Europejska chce, by wszczęcie odpowiednich „procedur dyscyplinujących” następowało, jeśli nie zablokuje ich większość kwalifikowana w Radzie UE (55 proc. krajów obejmujących 65 proc. ludności unii). Natomiast przewodniczący Rady Europejskiej Charles Michel optuje za odwrotnością – by „procedury” wszczynano tylko gdy owa kwalifikowana większość się zgodzi, co jest opcją łagodniejszą.

Otóż nie może być zgody ani na jedno, ani na drugie. Te zapędy należy, mówiąc brutalnie, uwalić u samej d...y. Z prostego powodu: powiązanie funduszy z praworządnością nie ma żadnego odzwierciedlenia w traktatach i jest – znów powtórzę to słowo – uzurpacją, podobnie jak omówione wyżej uroszczenia Komisji Europejskiej i TSUE. To kolejna próba ingerencji w wewnętrzne sprawy państw członkowskich i okrawania suwerenności. Jeżeli otworzy się tę drzwi, nie będzie już odwrotu – za chwilę okaże się, że fundusze będzie można powiązać z czymkolwiek. Poza wszystkim – unijne fundusze to nie jest jakaś zakichana nagroda za dobre sprawowanie! To rekompensata za otwarcie naszego rynku na nieograniczoną konkurencję i to na długo przed akcesją. Rekompensata zresztą nader mizerna. Unijne pieniądze stanowią nieco ponad 2 proc. naszego PKB, podczas gdy zyski wyprowadzane z Polski na Zachód – 5,8 proc. PKB. Ładny interes – szkoda, że nie dla nas.

Jeszcze trzy ciekawostki obrazujące w co wdepnęliśmy, godząc się na „badanie” naszej „praworządności”. Pierwsza – Komisja Europejska zamierza wnieść do TSUE pozew w sprawie przekopu Mierzei Wiślanej. Powód? Polskie państwo ponoć nie gwarantuje protestującym „ekologom” należytego dostępu do sądów... Druga – lewackie organizacje przy wsparciu „swoich” eurodeputowanych zaczynają lobbying, by samorządy, które przyjęły uchwały przeciw ideologii LGBT były pozbawione środków unijnych. I trzecia – w głowach eurokratów zrodził się pomysł, by „techniczne” procedury podziału funduszy ustawić tak, aby w razie potrzeby (tj. „zagrożenia praworządności”) kierować je bezpośrednio do samorządów, z pominięciem władz centralnych „nieprawomyślnego” kraju. Jak łatwo zauważyć, oznacza to de facto „wyłuskanie” samorządów spod zwierzchnictwa państwa i swoiste rozbicie dzielnicowe, kompletne poszatkowanie suwerenności.

To nie są żarty. To już nie jest nawet kwestia Izby Dyscyplinarnej czy takiego lub innego sposobu powoływania sędziów. To jest sprawa samego bytu państwowego. Dlatego teraz jest ostatnia chwila, by ten proces powstrzymać. Oczekuję zatem od polskiego rządu, co następuje: żadnej zgody na powiązanie funduszy unijnych z praworządnością. Jeśli będzie trzeba – zawetować budżet, choćby w pojedynkę. W razie konieczności zagrozić, że Polska wstrzyma wpłacanie swojej składki członkowskiej i przekieruje ją bezpośrednio na cele, które miały być współfinansowane z środków unijnych. Stanowczo zanegować prawo jakichkolwiek unijnych instytucji i organów do mieszania się w nasze wewnętrzne sprawy pod pozorem „kontroli praworządności”. Równie stanowczo odrzucić ewentualny wyrok TSUE, podkreślając brak uprawnień tego organu do orzekania w sprawie ustroju polskich sądów.

To niezbędne minimum asertywności, na które powinniśmy byli się zdobyć na samym początku tej awantury, zamiast brnąć w bezsensowne i bezproduktywne „dialogi”, zachęcając Brukselę do eskalacji swych uroszczeń. Całe doświadczenie ostatnich lat pokazuje, że z Brukselą trzeba postępować twardo. Innego języka tam nie rozumieją, podobnie jak w Moskwie. Tam nie ma dobrej woli. Tam jest czysta nienawiść do obecnego rządu, chęć doprowadzenia do jego kompromitacji i w rezultacie obalenia rękami samych Polaków – tym bardziej, że brukselskie lewactwo ma na podorędziu tutejszą targowicę, która aż się pali do objęcia roli namiestników oraz ogłupiałą, zakompleksioną bądź mentalnie wynarodowioną i podszytą ojkofobią część społeczeństwa. Dalej cofnąć się zwyczajnie nie da, bo za nami jest już tylko przepaść.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w miesięczniku „Polska Niepodległa” nr 3 (marzec 2020)

„Kura” wyleciał z kurnika?

Większość elektoratu PiS głosuje na tę partię nie dzięki Kurskiemu, ale POMIMO tej topornej i paździerzowej sieczki serwowanej przez „Kurę” i jego podwładnych.

I. Łańcuch błędów

Zagadka: co się robi w momencie, gdy na dobre rozkręca się kampania wyborcza? Odpowiedź: wywołuje się wojenkę domową we własnym obozie politycznym. Do takich wniosków można dojść obserwując awanturę wokół podpisania przez prezydenta Andrzeja Dudę ustawy abonamentowej i dymisji Jacka Kurskiego. Ostatni raz tak spektakularne i rozgrywane na oczach opinii publicznej frontalne starcie w obozie władzy mieliśmy przy okazji sporu pałac prezydencki – rząd, zakończonego dymisją Antoniego Macierewicza. Tyle, że wtedy PiS nie miał na karku kluczowych wyborów. Teraz buldogi znów wylazły spod dywanu i zaczęły się żreć na oczach wyborców. Ktoś chyba doszedł do wniosku, że jest za dobrze i trzeba sobie pogorszyć notowania. Zwróćmy uwagę - „totalnej opozycji” udało się sprawić rękoma samego PiS, by kwestia rekompensaty dla mediów publicznych, będąca dotąd sporem na linii rząd-opozycja, przekształciła się w wewnętrzny konflikt w szeregach Zjednoczonej Prawicy. Mistrzowie, po prostu mistrzowie...

Mamy tutaj do czynienia z całym łańcuchem błędów. Błędem numer jeden było procedowanie ustawy o rekompensacie dla mediów publicznych w przededniu kampanii prezydenckiej. Nikt nie przewidział konfliktogennego potencjału takiego ruchu? Owszem, TVP i Polskiemu Radiu należy się wyrównanie utraconych wpływów z abonamentu – ale tę sprawę trzeba było załatwić albo zaraz po wyborach parlamentarnych, albo poczekać z nią do zakończenia wyborów prezydenckich. Przez te kilka miesięcy TVP by nie zbankrutowała – w ostateczności mogłaby się poratować linią kredytową w banku. Tymczasem PiS podał opozycji na tacy znakomity temat do „grzania”, na dodatek okraszony bonusem w postaci „palca” posłanki Lichockiej. Wymarzony pretekst do urządzania demagogicznej małpiarni, co opozycja natychmiast wykorzystała, podbijając stawkę nośnym społecznie żądaniem przekazania tych 1,95 mld. zł. „na onkologię” (przy czym do opinii publicznej jakoś nie przebiła się informacja, że „zapomoga” dla mediów publicznych zostanie wypłacona nie jako żywa gotówka, lecz w formie obligacji do spieniężenia w kolejnych transzach).

Błędem numer dwa było podesłanie uchwalonej w takiej atmosferze ustawy rozpoczynającemu kampanię Andrzejowi Dudzie „do wykonu”, nawet bez prób pozorowania jakichkolwiek konsultacji. To ważne, bo taka symboliczna nasiadówka w Pałacu Prezydenckim stanowiłaby komunikat, że ustawa jest efektem szerokiego porozumienia w obozie władzy. Można było nawet urządzić teatrzyk, na zasadzie – rząd/parlament chce dla TVP, dajmy na to, 3 mld. zł., na co Duda odpowiada – nie, to za dużo, dajmy 2 mld. I w ten sposób kwota, jaka miała i tak od początku trafić do państwowych mediów, jawiłaby się jako efekt kompromisu, co pozwoliłoby Andrzejowi Dudzie zaznaczyć swą podmiotowość i zachować twarz. Tymczasem PiS postawił stojącego u progu kampanii prezydenta w wyjątkowo niezręcznej sytuacji, podsyłając mu „zgniłe jajeczko” i traktując go tym samym niczym „Adriana” - „człowieka-długopis” rodem z memów „Soku z Buraka”.

Na powyższe nakłada się dodatkowo „błąd pierworodny” - czyli chroniczna niemożność uchwalenia ustawy medialnej, która załatwiłaby kwestię finansowania i statusu publicznych mediów raz na zawsze, bez konieczności corocznej łataniny ich budżetu subwencjami (bo rekompensaty przyznawano również w poprzednich latach). Była na to cała kadencja, a zajmować się tym miał osobiście szef Rady Mediów Narodowych Krzysztof Czabański.


II. „Kurnik” TVP

Żeby nie było, że odpowiedzialnością obarczam jedynie stronę partyjno-rządową. Andrzej Duda również mógł się powstrzymać przed żądaniem dymisji Jacka Kurskiego, a ustawę chociażby skierować do Trybunału Konstytucyjnego, gdzie przeczekałaby sobie spokojnie do końca maja. Ale nie – nagła szansa na uwalenie nielubianego „Kury” okazała się zbyt kusząca. Kto wie, kiedy znów trafiłaby się taka okazja? Bóg mi świadkiem, że nie należę, delikatnie mówiąc, do fanów Jacka Kurskiego i topornego stylu jaki prezentuje zarządzana przez niego TVP – ale moment, podobnie jak z uchwaleniem ustawy abonamentowej, był najgorszy z możliwych.

Generalnie, wokół TVP i Kurskiego zbiegają się linie najróżniejszych podziałów i sprzecznych interesów. Do zaprzysięgłych wrogów Kurskiego należą chociażby wspomniany wyżej Krzysztof Czabański i Joanna Lichocka (członek pięcioosobowej Rady Mediów Narodowych). Przypomnijmy, że ta dwójka już w sierpniu 2016 r. usiłowała przeprowadzić medialny „pucz”, doprowadzając do odwołania Jacka Kurskiego z funkcji prezesa TVP. Trzeba było osobistej interwencji Jarosława Kaczyńskiego, by RMN wycofała się rakiem ze swej decyzji i to w dość kuriozalny sposób: formalnie odwołany Kurski pozostał p.o. prezesa do czasu „konkursu” na stanowisko szefa TVP, który to „konkurs” wygrał – cóż za niespodzianka – tenże Jacek Kurski... Nic więc dziwnego, że od tamtego blamażu stronnictwo Czabańskiego dyszało żądzą zemsty – a że Andrzej Duda dał im sposobność, by „Kurę” utrącić, to skwapliwie z niej skorzystali. Czabański w ekspresowym tempie zarządził korespondencyjne głosowanie – i wszystkich pięciu członków Rady Mediów Narodowych zagłosowało za odwołaniem prezesa TVP. Wytworzył się przy tym egzotyczny sojusz między „pisowcami”, a przedstawicielami opozycji – Juliuszem Braunem i Grzegorzem Podżornym (z ramienia Kukiz'15). Fajnie się bawią, nie ma co...

Komu natomiast potrzebna była „kurska” TVP? Przede wszystkim okołopisowskim ośrodkom medialnym, które z dotychczasowego rozdania czerpały swoje partykularne korzyści – to ich przedstawiciele brylowali na antenie, reklamując przy tym siłą rzeczy swoje media. Wystarczy prześledzić z których redakcji w ostatnim czasie podnosiły się najmocniejsze głosy w obronie aktualnego układu. Z całą pewnością natomiast TVP w swej obecnej formule nie była potrzebna widzom – również elektoratowi PiS (który i bez tego ma sprecyzowane poglądy), a już w szczególności mitycznemu „umiarkowanemu wyborcy”. Większość elektoratu PiS głosuje na tę partię nie dzięki Kurskiemu, ale POMIMO tej topornej i paździerzowej sieczki serwowanej przez „Kurę” i jego podwładnych. Wszystkie badania pokazują, że elektorat PiS (w odróżnieniu od wyborców „totalnych”, nie oglądających niczego poza TVN) jest najbardziej pluralistyczny i otwarty - ogląda nie tylko „Wiadomości”, ale również „Fakty” TVN i „Wydarzenia” Polsatu. Słowem, konfrontuje różne punkty widzenia i nie pozwala robić sobie wody z mózgu. Traktowanie tych ludzi jak „ciemnego ludu”, któremu trzeba wbić partyjny przekaz do głów młotkiem, jest dla nich zwyczajnie obraźliwe. Biorąc to pod uwagę, nie dziwi, że Andrzej Duda wolał się od „kurnika” TVP dystansować (zresztą z wzajemnością).


III. Bądźmy mądrzejsi od politykierów

Zadziwiająca jest przy tym słabość, jaką ma do Kurskiego Jarosław Kaczyński, który najwyraźniej wierzy, że taka medialna kłonica jest niezbędna do mobilizowania „żelaznego elektoratu”. Rzecz zdumiewająca tym bardziej, że jak dotąd jedyną namacalną „zasługą” Kurskiego było... wypromowanie Konfederacji – czyli konkurenta przełamującego monopol PiS po prawej stronie. Jego TVP bojkotowała i oczerniała polityków „Konfy” tak konsekwentnie, że w końcu osiągnęła efekt przeciwny do zamierzonego. Kaczyński dotąd zdawał się pozostawać na to wszystko ślepy - ale nawet Naczelnik musiał jednak poświęcić swego protegowanego w imię zażegnania politycznego kryzysu.

Cały ten konflikt pokazuje, jak wiele złej krwi nagromadziło się w minionych latach w obozie Zjednoczonej Prawicy. Tam literalnie nikt nikomu nie ufa, poszczególne frakcje gryzą się między sobą jak wściekłe psy – i wystarczył stosunkowo niewielki detonator, by wszystko to wylało się na widok publiczny. Jeżeli poszczególnych politykierów i koterii nie powstrzymała przed skoczeniem sobie do oczu nawet perspektywa absolutnie kluczowych wyborów, to znaczy, że jest naprawdę niedobrze – i cała nadzieja, że w maju wyborcy okażą się mądrzejsi od własnych wybrańców.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Lichocka do szafy!

Finansowanie mediów publicznych – do zmiany

Media państwowe, nie „publiczne”

Zrobieni w abonament


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 11 (13-19.03.2020)

Policzmy się już w pierwszej turze!

Nie można dać się uśpić korzystnym sondażom, a już szczególnie popadać w przedwczesny triumfalizm. Dlatego apeluję – wszystkie ręce na pokład. Policzmy się już w pierwszej turze!

I. Majowy plebiscyt

Zacznę od miłych wspomnień. W 2015 r. w pierwszej turze wyborów prezydenckich zagłosowałem na Grzegorza Brauna. Niczym nie ryzykowałem, bo druga tura dla Andrzeja Dudy była pewna, a pozycja Komorowskiego słabła w oczach. Można więc było sobie pozwolić na odrobinę fantazji i głosowania „sercem” - tym bardziej, że Grzegorz Braun przeżywał wtedy pod wieloma względami bodaj swój najlepszy okres, notując szczyt formy artystycznej oraz intelektualnej, co przekładało się również na aktywność publiczną, a jego oryginalność i bezkompromisowość nie znajdowała jeszcze ujścia w odlotach pokroju postulatu budowy „fortu Xi”. Poza tym, zwyczajnie go lubiłem i swój symboliczny głos traktowałem właśnie w tych kategoriach – jako wyraz bezinteresownej sympatii. W drugiej turze zagłosowałem oczywiście na Andrzeja Dudę, zaś jesienią – na PiS. Koniec końców, wszystko potoczyło się po mojej myśli – to były fajne wybory...

Dziś jednak sytuacja jest inna. Owszem, tylko jakaś katastrofa mogłaby sprawić, by Andrzej Duda nie wygrał pierwszej tury – ale za to wynik drugiej jest mocno niepewny. Dlaczego tak? Ano dlatego, że polaryzacja społeczna w ciągu minionych pięciu lat jeszcze bardziej się zaostrzyła, a konsolidacja i mobilizacja obozu anty-pisowskiego osiągnęła swoje apogeum. To zaś powoduje, że druga tura wyborów będzie plebiscytem - „za” lub „przeciw” PiS-owi – a w takim plebiscycie osobowość kontrkandydata nie będzie miała najmniejszego znaczenia. Przed pięcioma laty ogólna niezgułowatość, „memiczność”, tudzież rozliczne wpadki Bronisława Komorowskiego i jego sztabu powodowały, że z biegiem czasu walczący o reelekcję prezydent stawał się coraz bardziej obciachowy, jawiąc się jako wąsaty wuj z dwururką, lubiący przy obiedzie sadzić czerstwe dowcipy po których nie wiadomo gdzie oczy podziać. Ot, taki „bronkozaur”. Z kolei Andrzej Duda zbierał premię za dynamikę, zaangażowanie, sprawne przemowy i ogólny powiew świeżości – słowem, wszystko grało na jego korzyść.

Teraz będzie z tym trudniej – Andrzej Duda nie jest już nową, niezgraną twarzą, choć werbalnej sprawności i pracowitości w objeżdżaniu Polski nadal mu nie brakuje. Ma za sobą jednak pięć lat prezydentury naznaczonej użeraniem się na różnych polach z „totalną opozycją” oraz różnymi grupami interesu pragnącymi zachować status quo, z prawniczym establishmentem na czele. W takich warunkach trudno uchodzić za polityczną „świeżynkę” - pozostaje nadzieja, że wciąż zachował swój słuch społeczny i w trakcie kampanii będzie w stanie należycie uwypuklić plusy swojej kadencji, przekonując wyborców, że warto postawić na kontynuację. Równie istotne jednak jest to, co dzieje się po drugiej stronie. Z wiadomości dobrych: Małgorzata Kidawa-Błońska póki co notuje wtopę za wtopą, doprowadzając swoje zaplecze do rozpaczy – wystarczy, że musi powiedzieć coś „z głowy” i kompromitacja gotowa. Chyba nikt się nie spodziewał, że okaże się aż tak nieogarnięta i słaba. W tej chwili coraz bardziej przypomina „Komorowskiego w spódnicy” i to skrzyżowanego z Ewą Kopacz.

Wszystko to jednak będzie miało znaczenie tylko w pierwszej turze. W drugiej należy spodziewać się, jak wspomniałem wyżej, plebiscytu – a wszystkie znaki wskazują, że zmobilizowany obóz „anty-PiS” gotów jest zagłosować na każdego, byle nie był z PiS-u. Umowna „tamta strona” zdaje sobie sprawę, że przegrana w tych wyborach ugruntuje władzę Zjednoczonej Prawicy na najbliższe lata i będzie się starała za każdą cenę do tego nie dopuścić. Dlatego należy dołożyć wszelkich starań, by batalia prezydencka zakończyła się już na pierwszej turze – to musi być nokaut.


II. „Totalsi” poczuli krew

Nie da się niestety ukryć, że zwolennicy „totalnych” poczuli krew. Warto tu odrobić lekcję chociażby z wyborów samorządowych, w których kandydaci PiS polegli w niemal wszystkich dużych miastach. Pokazały one, że „twardy antypisizm” wśród przeciwników obecnej władzy stanowi naczelną napędzającą ich motywację. Jeżeli gremialnie poparli takie nadmuchane nic, jak Rafał „Czaskowski” i to po beznadziejnej, najeżonej kompromitacjami kampanii – to oznacza, że impregnacja „totalsów” jest stuprocentowa. Więcej – że przyjęli jako własną samoidentyfikację hasło Schetyny o „opozycji totalnej” i są w tym niejednokrotnie bardziej konsekwentni od samej Platformy. Obecnie wszystko wskazuje, że Trzaskowski, który z każdym miesiącem i rokiem udowadnia jak bardzo nie dorasta do swej funkcji, również wygrałby w cuglach. Ktoś może powiedzieć, że Warszawa to specyficzne miejsce – wielka wiocha z pretensjonalnymi aspiracjami do „europejskości”. Ale podobne emocje są domeną również innych metropolii – Gdańska, Krakowa, Poznania, Wrocławia, a nawet Białegostoku. A to już jest całkiem pokaźny elektorat – na dodatek nader podatny na „proeuropejską” demagogię, na zasadzie „Kidawa jest europejska, natomiast PiS i Duda wyprowadzają nas z Europy, bo »dbają tylko o Polskę«, a poza tym Duda to nie nasz prezydent, tylko jakichś tam »Polaków«”. Radziłbym tych emocji nie lekceważyć, bo ogólnie pojętej polskości przepojone ojkofobiczną agresją zaplecze „totalsów” bardzo nie lubi i nadchodzące starcie będzie zderzeniem również na tej płaszczyźnie - „Polska” i szeroko rozumiana „swojskość” kontra „Europa”. Więcej – może się wręcz przekształcić w swoisty „sąd nad polskością”, kojarzącą się w tamtym elektoracie z przaśnym obciachem i wszystkim co najgorsze.

Lekcja numer dwa do odrobienia, to niedawne wybory parlamentarne, a w szczególności przegrane na własne życzenie wybory do Senatu. To właśnie po nich elektorat „totalnych” nabrał wiatru w żagle i uwierzył, że można zatrzymać PiS. Wystarczyło tylko trochę odpuścić, zanadto uwierzyć w sprzyjające sondaże – i przy maksymalnej mobilizacji drugiej strony utracono (co z tego, że minimalnie) senacką większość. Rzecz w bieżącej politycznej praktyce bez większego znaczenia, ale w wymiarze symbolicznym – poważna porażka.

Dlaczego akurat użyłem przykładu wyborów na prezydentów miast i wyborów do Senatu? Bo mają one jedną, wspólną cechę – są większościowe, podobnie jak wybory na prezydenta Rzeczypospolitej. Tutaj nie zbawi nikogo metoda d'Hondta premiująca największe ugrupowania, dzięki której PiS uratowało sejmową większość. Warto sobie w tym kontekście odświeżyć powyborcze przemówienie Jarosława Kaczyńskiego, który, delikatnie mówiąc, daleki był od triumfalizmu. W wyborach prezydenckich trzeba zdobyć ponad 50 proc. głosów – a pamiętajmy, że jesienią 2019 r. PiS zgarnął 43,6 proc. i właśnie w tych okolicach (nieco ponad 40 proc.), oscylują obecne wyniki sondażowe Andrzeja Dudy. Brakuje co najmniej 7-8 proc. głosów, a niekiedy nawet więcej.


III. Wszystkie ręce na pokład!

Dlatego należy wykorzystać chroniczną słabość i deficyty głównej kontrkandydatki i zrobić wszystko, by batalię zakończyć już na pierwszej turze. Nie ulega wątpliwości, że jeśli dojdzie do drugiej tury, to wszyscy oponenci prezydenta (no, może niewiadomą jest Krzysztof Bosak), zaapelują do swych zwolenników o konsolidację i głosowanie przeciw Dudzie – a to oznacza poważny hazard, wynik takiego plebiscytu byłby bardzo niepewny. Jest jeszcze jedna kwestia, czyniąca wynik nieprzewidywalnym – szykuje się rekordowo wysoka frekwencja, a to, zwłaszcza przy wyborach większościowych, wcale nie musi zagrać na korzyść kandydata PiS. Pamiętajmy, że jesienią frekwencja również była rekordowa i w efekcie partie opozycyjne zebrały w sumie więcej głosów od Zjednoczonej Prawicy. Jak nadmieniłem, PiS uratowała metoda d'Hondta – w maju jednak żadnego d'Hondta nie będzie.

Nie można dać się uśpić korzystnym sondażom, a już szczególnie popadać w przedwczesny triumfalizm. Potrzebna jest stuprocentowa mobilizacja i to od samego początku – bo „tamci” zmobilizują się na pewno. Przegrana oznacza permanentny klincz, chaos i obstrukcję ze strony opozycyjnego prezydenta. Dlatego apeluję – wszystkie ręce na pokład. Policzmy się już w pierwszej turze!


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 09 (28.02-05.03.2020)

niedziela, 23 lutego 2020

Lichocka do szafy

Szczęście w nieszczęściu, że obecny skandal wydarzył się jeszcze przed startem kampanii w której – o zgrozo – Joanna Lichocka była ponoć typowana na rzeczniczkę sztabu wyborczego, a więc na jedną z głównych „twarzy” obozu Andrzeja Dudy. Uff... opatrzność czuwa.


I. Middlefingergate

Miliony przeznaczone na spektakularną konwencję, spoty i billboardy; sztab ludzi formatujących przekaz kampanii i wizerunek kandydata; specjaliści od piaru i wyborczych strategii; tysiące kilometrów do przejechania po całej Polsce, by dotrzeć do każdego powiatu, a niekiedy wręcz poszczególnych gmin i sołectw – i dosłownie na chwilę przed odpaleniem tej machiny wychodzi taka Lichocka cała na biało, by z pełnym samozadowoleniem pokazać w Sejmie „fucka”... Cały wysiłek jak krew w piach. Takie mniej więcej refleksje mogły najść sztab Andrzeja Dudy i kierownictwo PiS po spektakularnym wyczynie posłanko-dziennikarki Joanny Lichockiej, która po wygranym głosowaniu w sprawie 2 mld. zł. dla TVP prostu nie mogła się powstrzymać, by nie pokazać triumfalnie opozycji środkowego palca. Na to nałożyły się później sztubackie (by nie powiedzieć dosadniej) tłumaczenia, jakoby rzeczonym palcem jedynie „poprawiała sobie oko”, a cała afera jest winą niefortunnej stop-klatki. Gorzej – na uwagi internautów, nawet tych sprzyjających PiS-owi poszedł przekaz, że dali się „zmanipulować” wrażej propagandzie. Doprawdy, nie wiem, co gorsze – sam gest, czy późniejsze żenujące próby „odkręcenia” i mydlenia oczu. Krótko mówiąc, wizerunkowa katastrofa na trzy dni przed inauguracyjną konwencją wyborczą.

Tu nie ma mowy o niefortunnym przypadku. Obejrzałem sobie uważnie całą sekwencję ruchów, a nie tylko feralną stop-klatkę i wniosek jest oczywisty – posłanka Lichocka ewidentnie chciała pokazać, co pokazała i zrobiła to z pełną premedytacją, nieudolnie próbując zamaskować swój gest pocieraniem twarzy. Proszę mi wierzyć, wiem co mówię – takie podwórkowe sztuczki widziałem nie raz i mogę z pełnym przekonaniem stwierdzić jedno: pani Joanna nad dyskretnym pokazywactwem musi jeszcze sporo popracować. Proszę więc nie próbować robić ze mnie balona, że to tylko taki mimowolny lapsus, nie ze mną takie numery. Ale co tam ja – na nagraniu widać, jak wyraźnie spanikowana posłanka usiłowała wcisnąć ten kit samemu Jarosławowi Kaczyńskiemu. Końcowa mina Naczelnika po wysłuchaniu tych bredni mówi sama za siebie.

Według doniesień „Rzeczpospolitej” „w partii wszyscy są na nią wściekli”, zaś wicerzecznik PiS Jarosław Fogiel w rozmowie z RMF FM dodał, iż „bardzo by się cieszył, gdyby do tej sytuacji w Sejmie w ogóle nie doszło”. No, ja myślę. Jeżeli polityk PiS-u (a nie któregoś z koalicjantów ze Zjednoczonej Prawicy) mówi mediom takie rzeczy pod nazwiskiem, a do tego idą kontrolowane „anonimowe” przekazy, to oznacza tylko jedno – że „wściekły” jest sam Komendant, i to zapewne nie tylko na sam gest, lecz również na to, że posłanka próbowała zrobić go w trąbę. Posłanka, dodajmy, do której dotąd Jarosław Kaczyński miał wyraźną słabość, jako do wiernego żołnierza – bezwzględnie lojalnego zarówno na odcinku medialnym, jak i politycznym. Jednak w tym przypadku żołnierz wykazał się nadmiarem własnej nieprzemyślanej inwencji i naraził swą szarżą na porażkę całą armię – musi więc wypaść z łask i pójść w odstawkę.


II. Cynizm „totalnych”

Druga strona medalu, to oczywiście zachowanie „totalnej opozycji”, która usiłowała na różne sposoby sprowokować reakcję. Tylko, na litość boską, Joanna Lichocka nie jest przecież nowicjuszem. Mało to razy „totalsi” urządzali w Sejmie małpiarnię z pohukiwaniami, okrzykami, buczeniem i czym tam jeszcze? Był chyba czas przywyknąć i się uodpornić. Przypomnę, że PiS przedstawiał się dotąd jako partia, która stara się być blisko ludzi, a jednym z kluczowych elementów wiarygodności takiego wizerunku jest wystrzeganie się wszystkiego, co mogłoby zostać odczytane jako buta i arogancja władzy. Samozadowolenie połączone z okazywaniem na każdym kroku wyższości i pogardy miało być w społecznym odbiorze domeną „tamtych” - platformersów, nachapanych „elit”, „kodziarzy”. Słowem, szeroko pojętego „obozu III RP”. Joanna Lichocka swym zachowaniem dokonała skutecznego wyłomu w tej narracji. Tak jak dla PiS-u podarunkiem było chamskie zachowanie kodziarstwa podczas uroczystości w Pucku i można było tylko prosić, by tego typu ekscesów było jak najwięcej, tak wybryk Lichockiej jest darem niebios dla „totalnej opozycji” i będzie eksploatowany w kampanii do imentu – zarówno oficjalnie, jak i w formie potencjalnie jeszcze groźniejszej internetowej „szeptanki”.

Stała się bowiem rzecz najgorsza - „middlefingergate” uległa „memifikacji” i zaczęła żyć własnym życiem w oderwaniu od całego kontekstu. Byłoby zresztą dziwne, gdyby „totalni” nie wykorzystali takiego prezentu i nie spróbowali przykleić mu własnych znaczeń – doprawdy, na aż taką nieudolność opozycji trudno było liczyć. Z miejsca więc ruszono z wersją, jakoby Lichocka pokazała „fucka” nie jakimś tam posłom, którzy mało kogo obchodzą, lecz generalnie „wszystkim Polakom”, a w szczególności – chorym na raka.

No właśnie. Zagrywka z żądaniem przekazania 2 mld. zł. na onkologię poraża swym cynizmem, ale może okazać się społecznie nośna, szczególnie dla ludzi nie wnikających na co dzień w meandry polityki – bo niemal każdy ma w rodzinie czy gronie znajomych kogoś, kto padł ofiarą tego nieszczęścia i zderzył się z realiami służby zdrowia. Pytanie, czy uda się ich przekonać, że opozycja traktuje chorych czysto instrumentalnie, są dla niej jedynie kolejnym mięsem armatnim – tak jak wcześniej lekarze-rezydenci, nauczyciele czy ofiary księży-pedofilów. Obrzydliwość tego postępowania należy bezwzględnie zdemaskować prostymi, zrozumiałymi dla każdego komunikatami – tyle, że może nie bezpośrednio przez sztab wyborczy Andrzeja Dudy, a drogą „okrężną”. W 2015 r. PiS doskonale potrafił wykorzystać potencjał swych zwolenników w internecie – i najwyższa pora wrócić do tej metody, którą od pewnego czasu partia rządząca zwyczajnie odpuściła, nazbyt polegając na topornej propagandzie TVP Kurskiego. A przy okazji – te dwa miliardy przekazane u progu kampanii wyborczej ewidentnie na propagandę właśnie, to kolejny strzał w stopę. Ja wiem, że chodzi również o rekompensatę utraconych wpływów z abonamentu (do czego walnie przyczyniły się rządy PO) – ale kto z przeciętnych wyborców będzie wnikał w takie szczegóły? Nie można było pomyśleć o tym wcześniej, tak by mieć temat „wyczyszczony” na długo przed kampanią?


III. Kampania w szafie

Teraz nadzieja w tym, że PiS-owi uda się jakoś zneutralizować tę skrajnie niewygodną wpadkę – a z drugiej strony, że zwykłemu odbiorcy się ona opatrzy, zaś „najgłupsza opozycja świata” swoim zwyczajem przegrzeje temat. Na razie uczyniono pierwsze niezbędne ruchy – Lichocka nie pojawiła się na konwencji prezydenta Andrzeja Dudy i był to pierwszy znaczący sygnał gaszenia pożaru. W całej sekwencji wydarzeń bowiem Joanna Lichocka dała się poznać jako zacietrzewiona hunwejbinka, przekonana o swej „najmojszej” racji i bez cienia elementarnej autorefleksji. Jest to zresztą szersza przypadłość przedstawicieli dziennikarskiej stajni z której się wywodzi. Nie bez przyczyny Jacek Kurski zagarnął ich szerokim gestem do TVP – pasują do jego ciosanego siekierą przekazu jak ulał. Sama Lichocka ma zresztą na koncie także inną wpadkę, jeszcze z pierwszej kadencji, kiedy to była jedną z inicjatorek podniesienia uposażeń poselskich, co też skończyło się medialną awanturą, a sprawę musiał osobiście odkręcać Jarosław Kaczyński. Szczęście w nieszczęściu, że obecny skandal wydarzył się jeszcze przed startem kampanii w której – o zgrozo – Joanna Lichocka była ponoć typowana na rzeczniczkę sztabu wyborczego, a więc na jedną z głównych „twarzy” obozu Andrzeja Dudy. Uff... opatrzność czuwa.

Teraz czeka ją okres politycznego czyśćca – wieść niesie, że dostała polecenie schowania się na najbliższe trzy miesiące do szafy, co jest jedyną sensowną i oczywistą reakcją. Powinna to jakoś przeboleć – w końcu, na czas poprzednich kampanii lojalnie chował się chociażby Antoni Macierewicz, a nawet sam Jarosław Kaczyński. Tak więc i pani poseł jakoś ten medialny detoks wytrzyma, nieprawdaż?


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 8 (21-27.02.2020)