Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wybory prezydenckie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wybory prezydenckie. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 5 kwietnia 2020

Konfederacja głupio się bawi

Okazuje się, że hasło „PiS-PO jedno zło” staje się powoli nieaktualne. Oto Konfederaci zdają się nam mówić, że teraz „większym złem” od Platformy jest dla nich PiS.

I. Propaństwowa opozycja

Wejście do Sejmu Konfederacji, które nastąpiło po ostatnich wyborach parlamentarnych, powitałem z nadzieją. Uważałem bowiem i nadal uważam (czemu dawałem niejednokrotnie wyraz), iż PiS potrzebuje twardego, merytorycznego recenzenta i swoistego „dyscyplinatora” z prawej strony, który od czasu do czasu potrafiłby rządzące ugrupowanie naprostować i przywrócić do pionu. W przyszłości zaś, być może, przy odpowiednim układzie politycznych wiatrów, ów recenzent mógłby się stać koalicjantem – nader pożądanym, wzmacniającym ideową, narodową flankę w obozie prawicy. Ten ozdrowieńczy „efekt Konfederacji” dało się zresztą zauważyć już wcześniej, kiedy współtworzące to ugrupowanie środowiska pozostawały jeszcze poza parlamentem. To w znacznej mierze pod ich wpływem PiS zdecydował się nieco utwardzić swą linię wobec Ukrainy – szczególnie w kwestii wołyńskiego ludobójstwa i polityki historycznej. Inny przykład, to korekta relacji Polska – środowiska żydowskie i Izrael, do pewnego momentu charakteryzujących się skrajną naiwnością i ustępliwością strony polskiej. To, że wreszcie PiS przestał udawać, że „pada deszcz” zostało w jakiejś mierze wymuszone podnoszeniem tych kwestii przez pozaparlamentarną prawicę potrafiącą skutecznie oddziaływać na część patriotycznej opinii publicznej. Najbardziej spektakularnym sukcesem obecnych Konfederatów było skuteczne nagłośnienie „ustawy 447” - sprawy dla obozu rządzącego skrajnie niewygodnej, głównie z powodu bliskich relacji z naszym obecnym „wielkim bratem” zza oceanu. Na początku PiS próbowało rzecz całą zamilczeć, a potem głupio bagatelizować – i dopiero pod wpływem konsekwentnych nacisków z prawej strony zdobyło się chcąc nie chcąc (bądźmy szczerzy – bardziej nie chcąc, niż chcąc) na stanowcze oświadczenia odrzucające bandyckie uroszczenia „holocaust industry”.

Oczywiście, te wymuszone korekty podyktowane były głównie troską o zachowanie monopolu politycznego na prawicy i obawą przed odpływem bardziej radykalnej części elektoratu. Niemniej, sam fakt, iż taka obawa w PiS się pojawiła, zmuszając partię do pewnych modyfikacji linii politycznej, świadczy o pozytywnym potencjale Konfederacji i sympatyzujących z nią środowisk. Ukoronowaniem tej drogi było przekroczenie przez Konfederację w ostatnich wyborach parlamentarnych progu wyborczego i wprowadzenie do Sejmu swych przedstawicieli. Wydawało się, że teraz, mając do dyspozycji nowe narzędzia, Konfederaci jeszcze skuteczniej będą pełnili swą rolę, recenzując poczynania rządu z prawicowych i zarazem propaństwowych pozycji, budując zarazem swój kapitał zaufania wśród patriotycznych wyborców.


II. Rachunki krzywd

Ostatnio jednak coś zaczęło się wyraźnie psuć – i to w najgorszym możliwym momencie, czyli w obliczu epidemii koronawirusa. Początki były wprawdzie obiecujące – kandydujący na urząd prezydenta Krzysztof Bosak zaoferował do pomocy swych wolontariuszy. Jednak to, co wydarzyło się przy okazji awantury o możliwość zdalnego odbywania posiedzeń Sejmu, kiedy to Konfederacja zaczęła mówić jednym głosem z „totalną opozycją” z Koalicji Obywatelskiej, jest bardziej niż niepokojące. Nie był to zresztą pierwszy sygnał tego typu – podobne głosy z szeregów Konfederatów dawały się słyszeć już podczas procedowania spec-ustawy mającej dać rządowi narzędzia do walki z epidemią. Wówczas również z ich strony dały się słyszeć insynuacje, iż nadzwyczajne rozwiązania mają służyć PiS-owi jedynie do umocnienia władzy, co wypisz-wymaluj przypominało histerię „totalnych” i wspierających ich ośrodków medialnych.

Zagadką pozostaje, co skłoniło „Konfę” do tej wolty. Partykularne, partyjne kalkulacje, by za wszelką cenę się wyróżnić? Jakieś antypisowskie resentymenty? Tak, wiem – są na prawicy „rachunki krzywd”. Dla PiS-u i zbliżonych do niego mediów przez całe lata dogmatem była niesławna „doktryna Lipińskiego” dająca się streścić słowami: „poza PiS-em nie ma życia na prawicy”. W myśl tej doktryny, zakładającej iż PiS (względnie szerzej – Zjednoczona Prawica) ma wypełniać całą przestrzeń polityczną po prawej stronie, jedną z głównych trosk przywództwa tej partii było to, by na prawicy nie narodziła się żadna inna siła polityczna. Stąd też brał się wrogi stosunek do narodowców, których działaczy usiłowano zohydzić w oczach opinii publicznej imputując im „agenturalność” na rzecz Rosji, zaś dla zwolenników opcji narodowej rezerwując miano „pożytecznych idiotów” i „ruskich onuc”. Przypomnijmy, że jeszcze całkiem niedawno aby zostać rzeczoną „onucą” wystarczyło nie wykazywać dostatecznego entuzjazmu wobec Ukrainy czy zbyt głośno przypominać o kresowym ludobójstwie Polaków. Te nieprzytomne wrzaski miały jeszcze jeden destrukcyjny efekt – rzucane na oślep inwektywy kompletnie zdewaluowały ciężar oskarżenia o agenturalność, które jest dziś obiektem podobnych kpin, jak zarzut „antysemityzmu” w wydaniu „Wyborczej”.

Środowiska obecnej Konfederacji odpowiedziały na to równie kretyńskim zawołaniem „PiS-PO jedno zło”, które dla każdego przytomnego obserwatora mogło świadczyć tylko o oderwaniu od rzeczywistości. Mówiąc obrazowo – radykałowie tym sloganem odjechali tak daleko, że z ich perspektywy zaczęły się zacierać jakiekolwiek różnice między pozostałymi uczestnikami sceny politycznej.


III. „Konfederacja Obywatelska”?

Po niedawnych wydarzeniach w Sejmie okazuje się jednak, że hasło „PiS-PO jedno zło” staje się powoli nieaktualne. Oto Konfederaci zdają się nam mówić, że teraz „większym złem” od Platformy jest dla nich PiS. Nie wiem, może porobili jakieś badania z których wyszło, że dla ich elektoratu, zwłaszcza tego najmłodszego, dopiero wkraczającego w dorosłość, czasy rządów PO-PSL to już prehistoria, dlatego należy skoncentrować się na dowalaniu obecnej władzy, jaka by ona nie była? To dla mnie jedyne wyjaśnienie zawierające w sobie ziarno elementarnego racjonalizmu. Każde inne wytłumaczenie trąci bowiem pustym awanturnictwem godnym jakichś „kuców” czy innej „gimbazy”, a nie poważnych, odpowiedzialnych polityków. Jeżeli wrzuca się do internetu „firmowy”, oznaczony logo ugrupowania mem w którym zestawia się Kaczyńskiego z Czarzastym opatrując komentarzem o „małym pakcie Ribbentrop-Mołotow”, to człowiek zaczyna sobie pluć w brodę, że o takiej gówniarzerii napisał kiedykolwiek ciepłe słowo.

To wszystko w normalnych okolicznościach można by zbyć wzruszeniem ramion. Niestety, okoliczności nie są normalne – są tak nadzwyczajne, jak tylko to możliwe w warunkach pokoju. Większym kryzysem niż obecnie mogłaby być jedynie wojna. Kraj praktycznie stoi, grozi nam krach gospodarczy większy niż ten po 2008 r., ludzie siedzą w domach, cały aparat państwa nastawiony jest na zwalczanie epidemii – a ci ścigają się z Platformą, kto będzie bardziej „totalną” opozycją. Bo to jest „totalniactwo” w najgorszym możliwym wydaniu, uprawiane pod płaszczykiem sklerotycznego proceduralizmu, czy o zdalnych posiedzeniach Sejmu można zdecydować również zdalnie, czy na sali plenarnej... Nawet razemowsko-czarzaste lewactwo z PSL-em zachowały się w tej sytuacji bardziej konstruktywnie i odpowiedzialnie. Dlatego nie dziwi decyzja prof. Jacka Bartyzela, który ogłosił, iż w obliczu uprawianego przez Konfederację „demoliberalnego partyjniactwa” postanowił wycofać swe poparcie dla kandydatury Krzysztofa Bosaka.

Przy tym wszystkim, „Konfa” zdaje się kompletnie nie dostrzegać, jak na swej „totalności” wyszła i wychodzi Koalicja Obywatelska, konsekwentnie tracąca poparcie przez swą antypaństwową postawę. Zaślepiona doraźnymi gierkami dobrowolnie abdykuje z dotychczasowej roli merytorycznego recenzenta na rzecz tępego, małostkowego politycznego zacietrzewienia. Tyle, że to, co KO będzie kosztować co najwyżej kilka punktów wyborczych, dla nieokrzepłego wciąż ugrupowania, jakim jest Konfederacja, może skończyć się anihilacją. Aż chce się zacytować klasyka – nie idźcie tą drogą! Źle się bawicie, panowie. Źle, a nade wszystko – potwornie głupio.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 14 (03-09.04.2020)

czwartek, 2 kwietnia 2020

Pod-Grzybki 203

Witam wszystkich koronaświrusów! Jak tam, głowy nie eksplodowały od medialnej paniki? Wagon makaronu i kaszy gryczanej kupiony? No to jedziemy!


*

Wiadomość numer jeden: papier toaletowy znów stał się mrocznym obiektem pożądania, niczym w najczarniejszych latach PRL-u. Uporczywa plotka głosi, że kiedy jedna osoba kichnie na ulicy, to kolejne dziesięć robi pod siebie ze strachu – i stąd ten zagadkowy kryzys zaopatrzeniowy. Mam rozwiązanie – powrócić do wydawania rolek w zamian za makulaturę. Poza wszystkim, wspomoże to sprzedaż prasy, tak jak za komuny „Trybuny Ludu”.


*

Najgłupsza opozycja świata nie byłaby sobą, gdyby nie przegrzała tematu, usiłując siać histerię. Ktoś ze sztabu wyborczego podpowiedział Małgorzacie Kidawie-Błońskiej, by zażądała przebadania testami na koronaświrusa wszystkich Polaków, co byłoby prawdziwą gwarancją paraliżu służby zdrowia (nie mówiąc już o tym, że zwyczajnie nie ma tylu testów – i nie ma też gdzie ich kupić). Ponadto taki test może jedynie stwierdzić, że badany nie złapał koronaświrusa w tym konkretnym momencie – ale już np. po godzinie może zostać zarażony. Dlatego właśnie testy przeprowadza się dopiero po ujawnieniu podejrzanych objawów, w przeciwnym razie należałoby je robić non-stop. A jeszcze te kolejki do szpitali i przychodni w których ludzie kichają i kasłają na siebie – gdybym był koronawirusem, nie mógłbym życzyć sobie lepszych warunków do rozprzestrzeniania. No chyba, że Kidawa wierzy, iż test sam w sobie zabezpiecza przed zachorowaniem – ale tu już wkraczamy w dziedzinę myślenia magicznego. Ludzie – i ta kobieta miałaby zostać prezydentem...


*

Kolejnym osobnikiem myślącym magicznie okazał się generalissimus Grodzki (pseudo - „Trzecia Osoba”), który uznał, że może sobie pojechać na urlop do Włoch, a potem jak gdyby nigdy nic łazić po Senacie, narażając innych senatorów, pracowników i dziennikarzy. Bo przecież ON zarazić się nie może – od tego właśnie chroni go immunitet. Testowi poddał się dopiero pod wpływem publicznej presji. I co? I wyszło na jego, wirusa brak – jako Trzecia Osoba okazał się niezarażalny. Wieść niesie, że po tym wszystkim generalissimus uznał, iż posiada nadnaturalne moce i jako cudotwórca zamierza wykorzystać przysługujące mu orędzia w TVP w charakterze autorskiej wersji programu „Ręce które leczą”.


*

Ta paranoja „totalsów” ma swoje dobre strony. Po każdym ich wyskoku PiS-owi i Dudzie rośnie w sondażach, a Kidawie i Platformie spada. Stan na chwilę obecną – poparcie dla Andrzeja Dudy przekroczyło 46 proc. No i teraz wiadomo, dlaczego opozycja zaczęła się domagać przełożenia wyborów na jesień. Jak tak dalej pójdzie, to do 10 maja Duda będzie miał reelekcję w kieszeni – i to już w pierwszej turze. Szkopuł w tym, że aby przenieść wybory trzeba by ogłosić stan wyjątkowy. No to w końcu jak jest – PiS ma wprowadzać ten „stan wojenny” czy nie? Proponuję eksperyment – zadajcie takie pytanie dowolnemu platformersowi. Gwarantuję, że zamiast odpowiedzi zobaczycie, jak mózg wypływa mu uszami.


*

A tymczasem portal „Agory” kręci się wokół swych najbardziej żywotnych zainteresowań. Uraczył mianowicie czytelników artykułem pt. „Masturbacja a koronawirus: czy chroni przed zachorowaniem?”. Wyszło... że tak, owszem, chroni. Nawet nie chcę sobie wyobrażać, jak wyglądają na Czerskiej firmowe procedury bezpieczeństwa i kolegia redakcyjne. Ciekawe, czy przed wejściem do siedziby każdy jest zobowiązany zrobić sobie dobrze?


*

Jednak okazuje się, że zalecenia Czerskiej są pilnie czytane i wdrażane w życie – i to przez kogo! Oto jako fan wiadomych praktyk ujawnił się poseł Konfederacji Dobromir Sośnierz, który postanowił rozpropagować tę metodę profilaktyki podczas swej konferencji prasowej, wyświetlając na rzutniku zdjęcie jakiejś roznegliżowanej laski, które na taką okoliczność (no bo niby po cóż by innego) trzyma na swoim laptopie. Panu Dobromirowi winszuję pozostawania w dobrym zdrowiu i dziękuję za ten cenny wkład w światową medycynę oraz dawanie przykładu. Każdy powinien zwalczać pandemię na swoim indywidualnym odcinku. Gdyby nie zabrzmiało to dwuznacznie, rzekłby nawet: tak... ehem... trzymać!


*

Ale Czerska wyczaiła konkurencję dla swej „medycyny naturalnej” i dostała szału. Poszło o to, że Orlen wziął się za produkcję płynu dezynfekującego i wkrótce dostarczy go na rynek. „Orlen zarobi na koronawirusie. Z pomocą rządu” - zagrzmiał Andrzej Kublik. Rety, oni tam naprawdę do reszty oszaleli i pienią się na samą myśl, że „pisowski” koncern wyprodukuje deficytowy towar pierwszej potrzeby. Co innego, gdyby na płynie do dezynfekcji zarobiła jakaś zagraniczna firma. Na przykład IG Farben. Ci mają w tym niewątpliwe doświadczenie.


*

Dowód na to, że koronaświrus infekuje przede wszystkim mózg. Na łamach „Kretyniki Politycznej” feministyczna aktywistka Maja Staśko zamieściła artykuł o „czwartej fali feminizmu”, której czołowymi przedstawiciel(ka)mi na polskim gruncie mają być... ta-dam! - „patoinfluencerka” Marta Linkiewicz (nawet nie chcecie wiedzieć o niej niczego bliżej, wierzcie mi), udzielająca się w mediach społecznościowych prostytutka „Tatohoker”, „cam-girl” (dziewczyna rozbierająca się przed kamerką internetową – Dobromir Sośnierz lubi to) o ksywie „Kitty Tease” oraz inna prostytutka – tym razem męska, homoseksualna – czyli niejaki Maksym Wołczyk. I tym samym objawiło się nam, o co z tym współczesnym feminizmem biega – to po prostu patologia i k...o.


*

Z mniej wesołych wiadomości. Jak donoszą media, w sanepidach w całej Polsce urywają się telefony. Otóż ludzie masowo wydzwaniają... z donosami na swoich sąsiadów i znajomych. Bo ktoś był za granicą, zakasłał, albo jakoś „niewyraźnie” wygląda. Na kwarantannę go! Słowem, psychoza się rozszerza, aż strach kichnąć na ulicy – i to nie tylko dlatego, że wtedy reszta przechodniów rzuci się do najbliższej „Biedronki” wykupywać „taśmy szczęścia”. Mój apel do rodaków: ludzie, nie zachowujmy się jak „nosacze” z memów, bo to jednak trochę wstyd...


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 12 (20-26.03.2020)

niedziela, 15 kwietnia 2018

Beata Szydło na prezydenta?

Najlepiej rozpocząć przygotowania do operacji „Beata Szydło – prezydent 2020” już dziś. Tegoroczne wybory samorządowe mogą być tu doskonałym przetarciem.

I. PiS traci cierpliwość do Dudy

Wygląda na to, że prezydent Duda swoim wetem do ustawy degradacyjnej wyczerpał cierpliwość kierownictwa PiS – bo cierpliwość elektoratu zaczęła wyczerpywać się już od weta w sprawie reformy sądownictwa z 24 lipca 2017 r. Ustawa degradacyjna była istotna o tyle, że stanowiła symboliczny akt zmuszający do opowiedzenia się „po czyjej jesteś stronie?” - i razem z przepisami dekomunizującymi przestrzeń publiczną oznaczała aksjologiczne zerwanie z zatrutym dziedzictwem Magdalenki i „grubej kreski”. Tymczasem Andrzej Duda zachował się w typowy dla siebie, lawirancki sposób – że on, mianowicie, generalnie jest „za”, lecz został zmuszony do weta wskutek legislacyjnych niedoróbek i braku dostatecznych gwarancji odwoławczych dla degradowanych. O tym, że po raz kolejny (po wecie sądowym i sprawie art. 55a Ustawy o IPN) wychynęła zza jego pleców Zofia Romaszewska, aż żal wspominać. W każdym razie, prezydent wyraźnie chce zjeść ciastko i mieć ciastko – z jednej strony poogrzewa się w patriotycznym ciepełku na różnych rocznicowych akademiach, dopieści Żołnierzy Wyklętych, wygłosi kilka płomiennych przemówień, a z drugiej – nie da zrobić krzywdy PRL-owskim trepom.

Nic dziwnego, że w PiS-ie zawrzało. Jarosław Kaczyński, który wraca do politycznej formy, ogłosił, iż Prawo i Sprawiedliwość „nie będzie partycypować” w ewentualnym prezydenckim projekcie „poprawiającym” ustawę degradacyjną. Sygnał jest wyraźny: dość tych ciuciubabek i kombinatorskiego grania na siebie – zawetowałeś, to teraz jedz tę żabę sam. W podobnym duchu wypowiedział się Marek Suski, oznajmiając, iż prezydent nie ma już jego głosu i będzie musiał się ciężko napracować, aby go odzyskać. Co więcej, jeśli wierzyć doniesieniom „Super Expressu”, zaczęto poważnie brać pod uwagę wystawienie w wyborach 2020 r. Beaty Szydło. Prof. Krystyna Pawłowicz na pytanie o kandydaturę Dudy w wyborach prezydenckich odpowiedziała, że „nie ma jeszcze decyzji w tej sprawie”, a wspomniany Marek Suski w wywiadzie dla Radia Zet stwierdził, iż „wszystko może się zdarzyć”. Z kolei „ważny polityk PiS” miał powiedzieć „SE”: „Duda coraz bardziej idzie z nami na wojnę. Nie możemy już o nim powiedzieć, że to nasz prezydent. A Beata Szydło jak najbardziej. Usunęła się w cień, jest lojalna. A i ludzie ją uwielbiają. Miałaby mocne poparcie”.


II. Szarpnięcie cuglami

Oczywiście, wszystko to mogą być balony próbne wypuszczane w celu zdyscyplinowania Andrzeja Dudy – niemniej sam fakt, że się pojawiają, zarówno w formie medialnych wypowiedzi „pod nazwiskiem” (ostrożniej), jak i anonimowych „kontrolowanych przecieków” (bardziej radykalnie), świadczy o tym, że wariant z Beatą Szydło jest co najmniej brany pod uwagę jako jedna z opcji. Przyczyny są ewidentne: prezydent demonstracyjnie odwraca się od twardego elektoratu i własnego partyjnego zaplecza, żeglując w kierunku mitycznego „centrum”, mającego mu dać wygraną w kolejnych wyborach. Ewidentny miraż, bo owo „centrum” mając do wyboru „pisiora” i Tuska, porzuci Dudę bez chwili wahania. Jednak Andrzej Duda tego nie widzi, dodatkowo kalkulując, że zarówno PiS, jak i prawicowi wyborcy nie będą mieli wyjścia i w obliczu powrotu Tuska do krajowej polityki ponownie poprą jego kandydaturę. Być może na postawę prezydenta podziałało również niedawne tąpnięcie partii rządzącej w sondażach – i gdyby chwilowy dołek zamienił się w stały trend, to zapewne miał w zanadrzu kolejne demonstracje „niezależności”.

Jeżeli faktycznie prezydent stawia na taki scenariusz, to może się przeliczyć. Po pierwsze, Jarosław Kaczyński jedną decyzją o zwrocie premii oraz zapowiedzią obcięcia uposażeń parlamentarzystów i samorządowców zażegnał kryzys wizerunkowy i pokazał, kto tu jest rozgrywającym. Z pierwszych sondaży wynika, że pomysł został pozytywnie odebrany przez opinię publiczną – i niezależnie od tego, co byśmy sądzili o wynagrodzeniach funkcjonariuszy publicznych, tudzież o głębszych przyczynach spadku popularności PiS, ten manewr daje szansę na „drugi oddech” i ponowne zepchnięcie opozycji do defensywy. Jarosław Kaczyński pokazał, że znów mocno chwycił cugle – i w samą porę, bo bez niego „dobra zmiana” rozłaziła się w oczach. A wzmocnienie obozu rządzącego oznacza, że to Duda będzie musiał uśmiechnąć się o wsparcie, a nie na odwrót.


III. Wariant „prezydent Szydło”

W tym miejscu chciałbym wrócić do mojego artykułu „Prezydent 2020 – Duda czy Szydło?” z listopada ub. roku („Warszawska Gazeta” nr 46, 17-23.11.2017). Wyartykułowałem w nim mniej więcej to samo, co powiedział w cytowanej wypowiedzi dla „Super Expressu” ów „anonimowy polityk”. Wówczas, tuż po zakończeniu wielomiesięcznej telenoweli z uzgadnianiem ustaw sądowych, stwierdziłem, że Andrzejowi Dudzie już nie można ufać. Okazał się politykiem mało asertywnym, podatnym na naciski środowisk establishmentu III RP (pytanie, czy aby również nie zagranicy, że przypomnę słynną 45-minutową rozmowę z Angelą Merkel – wg komunikatu rzecznika niemieckiego rządu, kwestia „praworządności” była jednym z wiodących tematów) i nie wiadomo czego można się po nim dalej spodziewać. Dotyczy to zwłaszcza sytuacji po ewentualnej reelekcji, gdy siłą rzeczy zacznie się rozglądać za nową posadą po zakończeniu drugiej kadencji. Kto zagwarantuje, że nie wejdzie wtedy w buty Donalda Tuska, licząc np. na karierę w Brukseli? Słowem, ponowne wystawienie Andrzeja Dudy w wyborach jest obarczone sporym marginesem ryzyka i niepewności – tym bardziej, że zniechęceni do niego prawicowi wyborcy wcale nie „muszą” karnie udać się do urn, tylko kontrolnie pokazać swe rozczarowanie poprzez wyborczą absencję. Nie ukrywam, że ja sam, postawiony w 2020 r. przed alternatywą Duda – Tusk, miałbym spory problem z mobilizacją.

Z Beatą Szydło takich problemów nie ma – udowodniła swą lojalność, czego ostatecznym testem był ciągnący się w nieskończoność spektakl „rekonstrukcji rządu”. Nie wiem, jaki inny polityk by to wytrzymał. Owa rekonstrukcja była zresztą błędem, co teraz widać już wyraźnie. Rząd zatracił swą wyrazistość, na niwie międzynarodowej grzęznąc w nieczytelnych „kompromisach”, zaś na rynku krajowym odchodząc od jednoznacznie prospołecznego wizerunku. Z całym szacunkiem dla osiągnięć premiera Morawieckiego, ale suche wskaźniki gospodarcze nie są w stanie porwać tłumów, a roztaczanie wizji elektromobilności w sytuacji, gdy większość Polaków porusza się kilkunastoletnimi samochodami, może budzić jedynie irytację. Szkoda, że Beata Szydło nie pozostała na swoim miejscu jako popularna premier z wicepremierem Morawieckim w charakterze gospodarczego „dyktatora”. Znów muszę się tu odwołać do wcześniejszego artykułu, tym razem z grudnia 2017, pt. „Dymisja Beaty Szydło to błąd” („WG” nr 50, 15-21.12.2017), w którym napisałem, że Beata Szydło powinna była piastować swą funkcję do końca kadencji, tak by po wyborach parlamentarnych 2019 r. przejść w tryb kampanii prezydenckiej – i dopiero wtedy mógłby ją zastąpić „technokrata” Mateusz Morawiecki. Wychodzi na moje, niemniej wciąż jest szansa, by panią wicepremier odświeżyć wyborcom i wizerunkowo „podprowadzić” pod wybory prezydenckie. Słynne zdanie o pieniądzach które się „należały” członkom jej gabinetu jest właśnie na naszych oczach neutralizowane i do 2020 r. utraci swą niszczącą moc. Gdyby PiS postawił na Beatę Szydło, Duda byłby skreślony już w przedbiegach – bez partyjnego aparatu i funduszy zwyczajnie nie liczyłby się w kampanii, a słupki popularności stopniałyby mu niczym Komorowskiemu. I odwrotnie, Beata Szydło jako „twarz” czasów kiedy „dobra zmiana” faktycznie była „dobrą zmianą”, z doświadczeniem w prowadzeniu kampanii i prospołecznym obliczem, miałaby wszelkie dane po temu, by pokonać nie tylko Dudę, lecz także cokolwiek już wyleniałego Tuska.

Podsumowując, warto zaryzykować. I najlepiej rozpocząć przygotowania do operacji „Beata Szydło – prezydent 2020” już dziś. Tegoroczne wybory samorządowe mogą być tu doskonałym przetarciem.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Prezydent 2020 – Duda czy Szydło?

Dymisja Beaty Szydło to błąd


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 15 (13-19.04.2018)

środa, 24 czerwca 2015

POgrzeb na raty

Do jesieni z Platformy zostaną zgliszcza, zaś szarpanina jaką obserwujemy obecnie przypomina pogrzeb na raty.

I. Polityka maniakalno-depresyjna

Wygląda na to, że przegrane wybory prezydenckie wpędziły Platformę Obywatelską w swoistą cyklofrenię. Najpierw mieliśmy fazę depresyjnego stuporu, ostatnio zaś PO, bez żadnych etapów pośrednich, przeskoczyła gładko w stan hiperaktywności – jak to czasem bywa na moment przed agonią, gdy choremu się polepsza i pełen optymizmu zaczyna snuć plany na przyszłość. Jak wyczytałem, w fazie „maniakalnej” u pacjenta występują m.in.: gonitwa myśli, halucynacje lub urojenia, podniecenie psychoruchowe, przymus mówienia, zawyżona samoocena i brak krytycyzmu. Wszystko się zgadza. Najpierw mieliśmy sabat w Jachrance na którym pani premier oznajmiła, że lekiem na całe zło i kluczem do wygrania wyborów parlamentarnych będzie wynajęcie stu „hejterów” do robienia PiS-owi czarnego piaru w sieci; następnie myśl tę rozwinęła twórczo pani Kidawa-Błońska formułując skrzydlaty postulat, że członkowie Platformy mają przejść hejterskie szkolenie; w międzyczasie zaś ukuto teorię, iż wszystko generalnie jest OK, Polska rośnie w siłę, ludziom żyje się dostatniej, jest wzrost PKB, budują się autostrady, tylko ogłupiały naród tego nie rozumie, bo Partia oderwała się od mas i zapomniała o tym wszystkim społeczeństwu powiedzieć. Jak poprawi się „komunikację społeczną” i aparat przestanie się alienować, to wszystko wróci do normy i będzie gites-tenteges. Nie było żadnych afer, arogancji władzy, wszystkie niepowodzenia są winą „płatnych sk...synów” - słowem, pełna lewitacja w innym wymiarze, z całkowitym ignorowaniem rzeczywistości.

Co ciekawe, podobna przypadłość na tle urojeniowym udzieliła się części wyznawców przewodniej siły narodu, czego widomym znakiem był nadesłany do „Wyborczej” list niejakiego dr Kazimierza Bulandry w odpowiedzi na krytyczny felieton pozycjonującej się pod nowe rozdanie Moniki Olejnik: „uważam, że zarówno premier Tusk, jak i wicepremier Bieńkowska zostawili nasz kraj w kwitnącej kondycji”, minister Sienkiewicz jedynie „wyrażał w PRYWATNEJ rozmowie swój niepokój o stan państwa”, a w ogóle, to „rząd - zamiast się samobiczować, dowodząc gawiedzi swych wyimaginowanych win - powinien poprawić politykę informacyjną”. Doprawdy, żal mi wyborców, którzy do tego stopnia zaangażowali się emocjonalnie po jedynie słusznej stronie, bo muszą przeżywać teraz niezłą traumę, a będzie już tylko gorzej.

II. Państwo, to k... MY!

Jednocześnie mamy do czynienia z nasilającymi się objawami demencji, co uwidacznia się w niezbornej miotaninie, której najnowszą odsłoną jest postawienie na wariant „socjalistycznej odnowy”, bo tak należy odczytywać falę dymisji po upublicznieniu przez Stonogę akt śledztwa w sprawie afery podsłuchowej. Że wicie-rozumicie, może jednak faktycznie z tymi taśmami wyszło nieładnie, ale my tutaj, prawda, odsuniemy towarzyszy, którzy zawiedli zaufanie, partia się oczyści i teraz będzie po nowemu. Do tego, partyjna nomenklatura – niczym za nieboszczki PZPR – stopiła się we własnym mniemaniu z państwem jako takim do tego stopnia, że zwyczajnie nie potrafi się już komunikować z odbiorcami inaczej, niż językiem aparatu. Zwróćmy uwagę na kuriozalne przeprosiny Ewy Kopacz: „Wiemy, jak wiele trudnych chwil mieli w ostatnim czasie, a może w ciągu ostatniego roku, wyborcy Platformy Obywatelskiej, którzy bardzo często oburzeni, poirytowani, słuchali tych nagrań. Im się należą przeprosiny. I ja dzisiaj w imieniu Platformy Obywatelskiej bardzo serdecznie przepraszam”.

Innymi słowy, Kopacz przeprasza „wyborców PO” - nie Polaków. Ustępujący urzędnicy mówią, że to dla „dobra Platformy” - nie „dobra Polski”, a tak w ogóle, to nie czują się winni, tylko nie chcą stanowić wizerunkowego obciążenia dla Partii i Rządu. Wniosek nasuwa się jeden: oni są tak odklejeni, tak wsobnie skoncentrowani na wewnętrznych rozgrywkach, że nawet nie są w stanie zdobyć się na hipokryzję, by choćby udawać, że coś takiego jak Polska i Polacy jest na liście ich priorytetów. Utożsamienie państwa z własną kliką stało się dla nich po ośmiu latach czymś równie naturalnym jak oddychanie. „Państwo to k... MY” - kolesie, koterie, biznesy, przewały, intrygi, dojenie kasy - i w imię tego możemy przeprosić, a nawet się poświęcić, to są wartości zrozumiałe, uszyte na naszą miarę.

No dobrze, ale kogo w szczególności miała na myśli pani Kopacz mówiąc o „wyborcach platformy”? W kontekście powyższego, to chyba oczywiste. Zrośnięty z partią aparat urzędniczo-biurokratyczny i zblatowany biznes czerpiący profity na styku ze światem polityki – jak w przypadku tych miliardów wyprowadzanych z KGHM o których mówił Paweł Wojtunik w rozmowie z Bieńkowską. Oni teraz faktycznie mają prawo być wściekli i przerażeni, partia ewidentnie zawaliła sprawę jako gwarant układu, dostatnie życie za chwilę może się skończyć, zostaną za kilka miesięcy pogonieni w diabły, biznesy na publicznej kasie się urwą, wypracowane dojścia i kontakty szlag trafi... tak, im należą się przeprosiny. Bo przecież nie tym jeleniom, którzy głosowali myśląc, iż w ten sposób kupują sobie symboliczną przynależność do lepszej, nowoczesnej Polski, by z tych pozycji napawać się poczuciem wyższości nad „moherami”.

III. Gra służb

W tle natomiast toczy się gra rodzimych „siłowików”. Spójrzmy - do dymisji podał się „cywil”, czyli Jacek Cichocki, koordynator ds. służb specjalnych, ale palcem nie tknięto żadnego z szefów bezpieczniackich koterii. Paweł Wojtunik, szef CBA, zwyczajnie odmówił ustąpienia ze stanowiska i zapewne włos z głowy mu nie spadnie do końca kadencji. Wykreowanie Zbigniewa Stonogi na nowego trybuna ludowego bliźniaczo przypomina lansowanie Leppera – znać tu sznyt charakterystyczny dla kolejnych „konstruktów” służb. Kolejna poszlaka, to determinacja, by dotrwać do końca kadencji – gdy prosta logika nakazywałaby „ucieczkę do przodu” w postaci wcześniejszych wyborów, kiedy jeszcze możliwe jest zachowanie jakiegoś stanu posiadania. Do jesieni z Platformy zostaną zgliszcza, zaś szarpanina jaką obserwujemy obecnie przypomina pogrzeb na raty. Jeżeli mimo wszystko, wbrew elementarnemu instynktowi samozachowawczemu, Platforma samobójczo dąży do jesiennych wyborów, to jest widomy znak, że bezpieczniackie koterie postawiły na „projekcie PO” krzyżyk i potrzebują tylko czasu na dokończenie swych gier – choćby na wykreowanie „swojego antysystemowca” pokroju Stonogi, by ten urwał ile się da głosów Kukizowi, a może nawet spacyfikował jego inicjatywę i popierających go samorządowców, którym nagle się zamarzyło odgrywanie roli samodzielnego bytu politycznego. Taki „Kukiz na sterydach” epatujący radykalizmem byłby najlepszym hamulcowym jakichkolwiek istotnych zmian – atakując i torpedując program naprawy państwa właśnie z nieprzejednanych, skrajnych pozycji.

Osobną kwestią jest wpływ zmian geopolitycznych oraz interesów poważnych graczy międzynarodowych pod których „podłączeni” są nasi bezpieczniacy. Platforma była użyteczna w roli notariusza kwitującego podział wpływów w niemiecko-rosyjskim kondominium, przy desinteressement USA. W momencie gdy USA powróciły do gry, a cesarzowa Angela pokłóciła się z carem Władymirem o zasięg Mitteleuropy i Eurazji, okazało się, że w Polsce jest potrzebne nowe rozdanie polityczne oraz zmarginalizowanie wpływów rosyjskich. A że podpięta pod Moskwę frakcja bezpieki nie chce łatwo ustąpić - przynajmniej nie bez jakichś łupów na odchodnym – to mamy wojnę gangów dodatkowo pogrążającą rząd PO. Swoją drogą, Donald Tusk musi sobie gratulować ewakuacji do Brukseli. Zresztą, kto wie – może odpalenie rok temu afery przez tygodnik uchodzący za „drukarkę” służb, uświadomiło mu ostatecznie, że nie ma co kopać się z koniem, tylko trzeba uciekać „do Europy”, bo właśnie rozpoczął się proces likwidacji Platformy? Jeśli tak, byłby to pierwszy akord rozbrzmiewającego dziś tak głośno marszu żałobnego i wyjaśnienie, czemu Donald Tusk nie ukręcił sprawie łba w sposób znany z afery hazardowej, tylko - cytując pretensje Moniki Olejnik - „zostawił to g... swojej następczyni”. Koresponduje z tym opinia cytowanego przez „Wyborczą” jednego z działaczy PO, twierdzącego, iż „pod koniec rządów Donald zamknął się w swoim gabinecie. Mało kogo słuchał, zbyt wolno reagował”. Czyżby wiedział, że żadne „reakcje” tu nie pomogą?

Niezależnie jednak od schadenfreude z jaką można obserwować ostatnie konwulsje partii, która jeszcze do niedawna „nie miała z kim przegrać”, trzeba sobie powiedzieć, iż wizja wedle której „zaprzyjaźnione” mocarstwo przeorganizowuje nam scenę polityczną – nawet jeżeli wskutek owego „przeorganizowania” dojdzie do władzy siła mogąca rozpocząć proces naprawy kraju – musi budzić niepokój. Choćby dlatego, że przy kolejnym obrocie geopolitycznej karuzeli może zostać zdmuchnięta powiewem następnego „resetu”, Polska zaś pozostanie tym, czym jest obecnie – narzędziem w rękach potężniejszych graczy, pozbawionym własnej podmiotowości, zewnątrzsterownym i beznadziejnie uzależnionym od kaprysów światowych koniunktur.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/1877-pod-grzybki-8

Artykuł opublikowany (pod zmienionym tytułem „To już jest koniec”) w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 23 (17-23.06.2015)

środa, 10 czerwca 2015

Profesor Andrzej Nowak miał rację!

Decydenci Prawa i Sprawiedliwości wczytali się w list profesora Nowaka o wiele uważniej, niż jego polemiści.

Wszyscy pamiętamy jak sądzę głośny list prof. Andrzeja Nowaka na inauguracyjną konwencję wyborczą Andrzeja Dudy, podobnie jak i medialny tumult, który nastąpił po jego publikacji. Profesorowi oberwało się wówczas z rozmaitych stron i z różnych powodów – a to że nie w porę, że publicznie, że szkodnictwo, rozbijactwo itd. Znamy doskonale ten repertuar publicystyczny partyjnych doboszów – zarówno z łamów „oficjalnych” prawicowych mediów, jak i z blogosfery. Dla gorącokrwistych zwolenników PiS każda, choćby najbardziej wyważona, merytoryczna i życzliwa krytyka równa się sabotażowi i wrażej dywersji. Najdalej zapędziła się pani Agnieszka Romaszewska imputując prof. Nowakowi kierowanie się małostkowym resentymentem, bo to nie on został wskazany jako kandydat na prezydenta, które to oskarżenie zostało następnie skwapliwie podchwycone przez rozmnożonych nagle adwersarzy pana profesora – nie mówiąc już o złośliwym przekłamywaniu treści listu, jakoby Nowak chciał wysłać Jarosława Kaczyńskiego do Sulejówka.

Tymczasem, patrząc z perspektywy kilku miesięcy, można co najwyżej podtrzymać zarzut o kiepskim „timingu” - faktycznie, głos tego typu nie pasował do formuły konwencji wyborczej, co zresztą przyznał sam prof. Nowak w późniejszych publicznych wystąpieniach. Cała reszta postulatów i diagnoz natomiast jak najbardziej pozostaje w mocy, co więcej – część już się potwierdziła. Spójrzmy. Po pierwsze, obie tegoroczne elekcje należy traktować jako całość, połowiczny „sukces” w rodzaju II tury, czy kilku mandatów więcej, oznacza porażkę. Po drugie – konieczność dopilnowania uczciwości wyborów. Po trzecie - zgodnie z przewidywaniami, reżimowa propaganda usiłowała straszyć Dudą, jako marionetką Kaczyńskiego i wciąż to robi. Po czwarte – potrzeba przedstawienia Andrzeja Dudy jako nadziei na zmianę. Po piąte – postulat otwarcia się partii na nowe środowiska i nowych wyborców. Po szóste – „opodatkowanie” na rzecz kampanii polityków PiS piastujących funkcje publiczne, w tym parlamentarzystów i eurodeputowanych. Po siódme – generalne „potrząśnięcie” PiS-owskim aparatem partyjnym, który to wątek w różnych formach przewija się w całym liście.

Jeżeli spojrzymy na przebieg zwycięskiej kampanii oraz pierwsze dni po jej zakończeniu, to wyjdzie nam, że decydenci Prawa i Sprawiedliwości z Jarosławem Kaczyńskim na czele oraz sztabem wyborczym Andrzeja Dudy wczytali się w list profesora Nowaka o wiele uważniej, niż jego polemiści, co więcej – uwzględnili znakomitą większość zawartych w nim propozycji. Postawiono na marsz ku zwycięstwu, bez kunktatorstwa - i to samo zapowiada się w kontekście wyborów jesiennych. Ruch Kontroli Wyborów wspólnie z Korpusem Ochrony Wyborów PiS spełnił swe zadanie. Duda nie dał się wizerunkowo wmanipulować w rolę narzędzia złowrogiego Prezesa, zaprezentował się natomiast jako nadzieja na lepsze jutro. Wyciągnął rękę do wyborców spoza „twardego” elektoratu Prawa i Sprawiedliwości, ze szczególnym uwzględnieniem młodych ludzi i zwolenników Kukiza. No i wreszcie, Jarosław Kaczyński, mówiąc poetą, „ugryzł w d...ę” własny aparat robiąc spotkanie dyscyplinujące podczas którego „opodatkował” parlamentarzystów kampanijną daniną oraz zapowiedział, że w okręgach, w których Andrzej Duda nie uzyska dobrego wyniku dotychczasowi partyjni bonzowie będą mogli pożegnać się z „biorącymi” miejscami na listach wyborczych.

Ale to jeszcze nie koniec. Otóż po wyborach Jarosław Kaczyński zapowiedział w TV Republika, że to prezydent elekt jest centralną postacią polskiej polityki i to on właśnie wskaże przyszłego premiera, ten zaś winien złożyć w kancelarii prezydenta podpisaną dymisję z miejscem na datę. Dodał również, że tym premierem wcale nie musi być on. I tu docieramy do postulatu, który najbardziej rozjuszył przeciwników profesora Nowaka – by kandydatem na premiera był ktoś pokroju Andrzeja Dudy, nie zaś prezes Kaczyński, który skoncentrowałby się na rządzeniu partią. Jak wynika z powyższego, prezes PiS wcale nie odżegnuje się od takiej koncepcji. Najwyraźniej zwycięstwo wyborcze pokazało potrzebę prezentowania nowych, nieopatrzonych twarzy, nie obciążonych propagandową „gębą”, jaką nieodwracalnie dla wyborców spoza żelaznego elektoratu PiS obarczony jest Kaczyński – i prezes doskonale zdaje sobie z tego sprawę. Jest tylko jeden problem – należy znaleźć drugiego Andrzeja Dudę i to szybko, by skutecznie zrobić go „twarzą” kampanii parlamentarnej. Warto również wspomnieć o wypowiedzi Jarosława Kaczyńskiego na zjeździe Klubów „GP” - zaapelował on mianowicie o otwieranie się na nowych zwolenników, tak by maksymalnie, na wzór węgierski, poszerzyć społeczne poparcie.

Wychodzi więc na to, że Kaczyński nie obraża się na krytykę czy społeczno-polityczną rzeczywistość i potrafi słuchać mądrych rad, co polecam pod rozwagę wszystkim gotowym kilka miesięcy temu rozszarpać prof. Nowaka, miast wyciągnąć z jego listu konstruktywne wnioski.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

„Sąd nad profesorem Nowakiem”

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 23 (05-11.06.2015)

niedziela, 7 czerwca 2015

„Kukiz, Kukiz, co z ciebie wyrośnie?”

By dopełnić konfigurację czasu zmiany nieodzowny jest trybun ludowy stojący na czele zrewoltowanych mas – i tutaj Kukiz spada PiS-owi jak z nieba.

I. Dziennikarska wścieklizna

„Kukiz, Kukiz, co z ciebie wyrośnie?” - chyba jakoś tak to szło w piosence śpiewanej przez żabę Monikę, rozpoczynającej popularny niegdyś program dla dzieci. Obecnie rolę zbiorowej żaby Moniki (nie mylić ze „Stokrotką”, choć w sumie, może...), pełnią media „nasze” i „nie-nasze” dywagując nad przyszłością niedawnego kandydata na prezydenta. Nowy bodziec rozważaniom dał niedawny sondaż pracowni Estymator dla „Newsweeka”, wedle którego przyszła formacja eks-rockmana zajmuje drugie miejsce (25%), za PiS (36%), a przed Platformą (20%). Jeśli dodać do tego, że wedle CBOS Kukiz jest liderem w rankingu zaufania (58%) przed obydwoma prezydentami (Komorowski i Duda zebrali po 54%), to albo mamy do czynienia z sondażowym „przestawieniem wajchy”, albo szykuje się polityczne trzęsienie ziemi. W przeliczeniu na mandaty okazałoby się bowiem, że PiS miałby w nowym Sejmie 209 posłów, Kukiz – 141, PO – 105, SLD – 5. Reszta stawki plasuje się poniżej progu wyborczego, choć założę się, że PSL jak zwykle uciuła swój rezultat.

Tomasz Lis postanowił na okoliczność powyższych wyników dostać ataku wścieklizny i wyznał, że o mało nie spadł z krzesła (uwaga! kołowacizna to jeden z syndromów choroby), gdyż w wypowiedziach Kukiza są podteksty „jawnie antysemickie”, a poza tym „wszystko w tym człowieku” budzi jego „nieufność” (toczenie piany i agresja – kolejne typowe objawy - ciekawe, czy ma już wodowstręt). Służby weterynaryjne powinny rozważyć rozrzucanie szczepionek w pobliżu redakcji w których bywa pan Tomasz. Na portalu „Dziennika Zachodniego” wyczytałem, że takowe szczepionki zatapiane są m.in. w przynęcie pod postacią małych brunatnych kostek o zapachu mocno zepsutej ryby, a Lisy wyczuwają ją z odległości ok. 800 metrów. Tylko, czy aby nie jest już za późno? I czy przypadłość nie zdążyła się udzielić pani Hani? Gdyby tak się stało obawiam się, że pozostała jedynie recepta Grzegorza Brauna – czyli prewencyjny odstrzał zarażonych dziennikarzy.

II. Program? A po co to komu?

W każdym razie, mediodajnie rozmaitej proweniencji uparły się, by biadolić, iż Kukiz nie dość, że nie stworzył jeszcze swej partii (pardon - „ruchu”), to na dodatek nie ma programu. PROGRAMU nie ma, powtórzę. Skandal. Drodzy Państwo – i co teraz? Co z tą Polską? Jak tu żyć?

A ja się spytam – po jaką cholerę Kukizowi program? Program zawsze może się komuś nie spodobać i spowodować odpływ elektoratu, to raz. Dwa – wszystkie partie mają swoje programy, deklaracje ideowe i całą resztę tej propagandowej makulatury, z której kompletnie nic nie wynika. Nawet Palikot miał program, choć w każdym miesiącu inny. Platforma też miała programy na różne okazje – choćby do ćwiczenia aktywu, jak wyznał niedawno w przypływie szczerości pan Olechowski - służące następnie za wkład do sejmowych niszczarek. PSL jak sądzę też ma jakiś „program”, w którym z pewnością nie ma nic o stołkach, synekurach i zagarnianiu pod siebie, czyli o tym, czym owo ugrupowanie tak naprawdę się trudni, podobnie jak PO. I co? Czujemy się przez to ubogaceni? Wzmożeni intelektualnie? No i wreszcie – czy wyborcy posyłają właśnie do wszystkich diabłów tę całą bandę malwersantów akurat dlatego, że nie realizowała jakiegoś „programu”? A skąd – posyłają ich w cholerę, bo już nie mogą patrzeć na te spasione, bezczelne ryje; bo tej czeredy złodziejskich sukinsynów mają powyżej kokardek i chcą, by ktoś wreszcie zafundował tałatajstwu porządnego kopa w cztery litery. Kukizowe JOW-y też im zresztą wiszą kalafiorem, jeśli już o sprawach programowych mowa. W ostatnich latach jedyną partią usiłującą w mniej lub bardziej kulawy sposób realizować program był PiS w okresie 2005 – 2007 – i kiepsko na tym wyszedł. Zobaczymy jak mu pójdzie drugie podejście, po jesiennych wyborach.

Słowem, wszyscy wokół wywijają programami, a ten się wyłamuje i nie ma. Laboga. Tyle, że w przeciwieństwie do napuszonej obłudy politycznego mainstreamu, Kukiz w swej programowej abnegacji jest przynajmniej szczery. W sumie, jakby wycisnąć jego przesłanie, to wyszłoby coś w rodzaju słynnego cytatu z marszałka Piłsudskiego: „Bić k...y i złodziei, mości hrabio”. I za to właśnie elektorat go wywindował tam gdzie jest teraz, obdarza zaufaniem i pewnie wprowadzi do Sejmu z dobrym wynikiem.

III. Klub generałów

No dobrze, tylko czy Kukizowi uda się w ogóle swój „ruch” stworzyć? Aby zbudować partię (niezależnie od tego jak z formalnego punktu widzenia ów byt polityczny będzie się nazywał) potrzeba kilku rzeczy, między innymi pieniędzy, ale nie tylko. Historia polityczna III RP uczy nas, że tworząc partię co to rzuci kraj w radosny wir odnowy, dobrze jest mieć swojego generała, błogosławiącego na nową drogę życia. Platforma miała w charakterze akuszera Gromosława Czempińskiego, przy narodzinach PJN asystował śp. generał Sławomir Petelicki, komunistom podczas przepoczwarzania się w „socjaldemokrację” patronował tabun czerwonej generalicji z Czesławem Kiszczakiem na czele – poza tym, „człowiek honoru” był ojcem chrzestnym całego postmagdalenkowego systemu politycznego III RP. Ludowcy zapewne też tam kogoś mieli, kluczyk w plecach wujka Bronka dzierży wprawną dłonią gen. Marek Dukaczewski, który prócz tego zasłużył się animowaniem Ruchu Palikota. Poparcie dla Bronisława Komorowskiego ze strony Klubu Generałów, w tym weteranów utrwalania władzy ludowej pokroju panów Kufla i Baryły wraz ze zbowidowskimi przyległościami pokazuje, że także stara gwardia na dźwięk trąbki odruchowo sięga po zetlałe onuce. Nawet narodowcy, szczególnie ci o post-paxowskiej orientacji spoglądali tęsknie ku lampasom generała Tadeusza Wileckiego, cenne rady admirała Marka Toczka również były z uwagą wysłuchiwane. Czy narodzinom PiS-u towarzyszył jakiś generał, tego nie wiem, być może generalski patronat nie jest warunkiem koniecznym, lecz niewątpliwie – sprzyjającym.

Zatem patrzmy, czy w otoczeniu Kukiza pojawi się jakiś mundur o odpowiedniej szarży, ze stażem wskazującym na moc kreowania wybrańców narodu. Póki co, odpukać, nikogo takiego nie ma, jednak sytuacja jest dynamiczna a do wyborów zostało pół roku, więc jeszcze wiele może się wydarzyć. Oczywiście, najazd różnych cwaniaków, karierowiczów stęsknionych za immunitetem, czy wręcz nasłanych agentów należy – jak już tu niedawno pisałem – założyć z góry i wliczyć w koszta, dlatego tak ważne jest, by ów ruch był możliwie najbardziej masowy i oddolny, wtedy możliwości działania agentury będą ograniczone. Ruchu Kontroli Wyborów nie udało się przejąć ani zdezawuować, jest więc nadzieja – wiele jednak będzie tu zależało od kręgosłupa i przytomności pana Pawła. Warto mieć też na uwadze, że zarejestrowanie list wyborczych w całym kraju jest procesem o wiele bardziej skomplikowanym, niż zdobycie 100 tysięcy podpisów pod prezydencką kandydaturą.

IV. Konfiguracja czasu zmiany

Trzymam za Kukiza kciuki, ponieważ przy obecnej tendencji jest on niezbędnym elementem koalicyjnej układanki. Dlatego nie przejmujmy się brakiem programu – program ma PiS, zaś rolą Kukiza z mojego punktu widzenia jest dostarczenie niezbędnych głosów, dźganie głównej (choć już nie bezalternatywnej, jak dotąd) siły opozycyjnej w kuper, tudzież utrzymywanie odpowiedniego ciśnienia radykalizmu przy realizacji postulatu przywracania Polski Polakom. Kukiz jest od wdrożenia hasła Wojciecha Cejrowskiego - „wszyscy won!”, zaś PiS, by zachować twarz, chcąc nie chcąc, przynajmniej w jakiejś mierze będzie musiał ów postulat zrealizować. Innymi słowy, o ile Kaczyński niegdyś, mówiąc Rymkiewiczem, „ugryzł żubra w d...ę”, o tyle teraz PiS-owi, który przez ostatnie lata ugrzązł w opozycyjnych ławach, przyda się ktoś, kto z kolei będzie gryzł w zadki zasiedziałych opozycjonistów.

Na szczęście, ostatnie wydarzenia i wygrana prezydencka batalia pokazują, że PiS zaczął uczyć się na błędach. Profesjonalna i dynamiczna kampania, czerpiąca jak się zdaje pełnymi garściami ze wzorów Obamy, połączona ze zmianą społecznych nastrojów nakręciła koniunkturę, jakiej prawa strona nie miała od czasów afery Rywina. Warto tu wspomnieć o ciekawej wypowiedzi Jarosława Kaczyńskiego, że teraz centralną postacią polityki jest Andrzej Duda, zaś przyszły premier powinien złożyć w kancelarii prezydenta podpisany weksel in blanco w postaci swojej dymisji z pustym miejscem na datę. Tego jeszcze nie grali.

Podsumowując, by dopełnić konfigurację czasu zmiany, każdorazowo nieodzowny jest trybik w postaci trybuna ludowego stojącego na czele zrewoltowanych mas – i tutaj Kukiz spada PiS-owi jak z nieba. Właśnie ten naturszczyk może walnie przyczynić się do gruntownej odmiany oblicza Polski, zanim naturalną koleją rzeczy zużyje się jako kontestator i wsiąknie w system, wyląduje na aucie, bądź zajmie się czymś innym. To jest pięć minut, które należy wycisnąć do ostatka, bo na następne możemy czekać bardzo długo – tak długo, że za ileś lat przyszły elektorat protestu może zagospodarować ktoś o wiele, wiele gorszy.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

„Kukiz – polityk niepolityczny”

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 21 (03-09.06.2015)

wtorek, 2 czerwca 2015

Świt nowej Polski

Może pod ciśnieniem wytworzonym przez „kukizowców” PiS zdoła wcielić w życie program Wojciecha Cejrowskiego: „wszyscy won!”.

Po pierwszej turze wyborów prezydenckich napisałem: „Tak więc – zwracam się do medialnych funkcjonariuszy - jeszcze więcej obraźliwych okładek, agresywnych propagitek i lizusostwa. Istnieje spora szansa, że właśnie dzięki temu wykopiecie polityczny grób swemu kandydatowi”. Sprawdziło się, moi faworyci nie zawiedli pokładanych w nich nadziei, a symbolem owej taktyki „zaprzyjaźnionych” mediów i dziennikarzy była wrzutka w programie Lisa wyszydzająca Dudę za pomocą cytatu z fikcyjnego facebookowego konta jego córki, zwieńczona przeprosinami TVP, w efekcie których... zawieszono program Pospieszalskiego. Funkcjonariuszom odpowiedzialnym za odcinek agit-propu należą się zatem podziękowania. Szczególne wyrazy wdzięczności kieruję do wspomnianego już Tomasza Lisa, lecz nie był on przecież jedyny. Dziękuję równie gorąco i serdecznie Michnikowi (za „gówniarzy”), prof. Czapińskiemu (za wyrzucanie młodych wyborców na emigrację), Jakubowi Władysławowi Wojewódzkiemu (za prymitywną agitkę w swym „żyrandolowym” show), „Stokrotce” (za tendencyjne pytania w debacie) i wielu innym, których nie sposób tu wymienić. Specjalne miejsce w swym sercu trzymam dla pani prezydentowej za stwierdzenie, że emigracja jest „szansą”, co pokazało milionom Polaków pełne pogardy dla zwykłych ludzi oderwanie sytych elit od rzeczywistości. Okazało się, że prymitywne szczucie przynosi efekt odwrotny od zamierzonego.

Polska potrzebowała tej wygranej jak powietrza. Potrzebowała powiewu nadziei po ośmiu latach zaduchu i gnicia pod patronatem coraz bardziej rozbezczelnionej kliki, szczególnie zaś po kacu sfałszowanych wyborów samorządowych, gdy były wszelkie podstawy ku temu, by sądzić, że oni dobrowolnie władzy nie oddadzą nigdy. I kto wie, może by i nie oddali, lecz na przeszkodzie machlojkom stanął społeczny fenomen Ruchu Kontroli Wyborów. Ta oddolna inicjatywa zadziałała niczym psychologiczny taran, sprawiający, że odpowiedni urzędnicy zwyczajnie bali się uskuteczniać grubsze przekręty, choć część wciąż próbowała. Skandal z bezdomnymi rejestrowanymi na adres komisji wyborczych, czy doniesienie z Berlina, gdzie charakterystycznym obrazkiem były duże cygańskie rodziny głosujące na Komorowskiego wedle głośno formułowanych w lokalu instrukcji głowy rodu pokazują, do czego mogłoby dojść, gdyby nie społeczna kontrola procesu wyborczego. Na szczęście bezdomnych i Cyganów było zbyt niewielu. Symptomatycznie brzmi w tym kontekście wypowiedź Grzegorza Schetyny podczas wieczoru wyborczego: „trudno będzie to odwrócić, nawet licząc już dokładnie głosy w nocy”.

Symboliczna jest dezorientacja przedstawicieli obozu „zbowidowców” III RP, co to wywalczyli nam wolność, więc wiedzą wszystko lepiej, nie potrafiących się spozycjonować wobec młodego pokolenia. Okazało się, że czar podstarzałego pajaca z TVN-u nie działa, podobnie jak połajanki „autorytetów”, tudzież straszenie Kaczyńskim, zaś niegdysiejsi „młodzi, wykształceni, z wielkich miast” zmienili się w rozwydrzonych „gówniarzy”. Groteskowy jest tu rozkrok Adama Michnika, który niedzielnej nocy nagle pochylił się nad „gówniarzami” twierdząc, że ich aspiracje najwyraźniej nie zostały spełnione. Z drugiej strony mamy facebookowy wpis Jarosława Kuźniara: „Obywatele 18-29 ustawili Polsce prezydenta. Pokolenie ‪#‎żalpl”. Podtrzymuję zatem swą prośbę: kontynuujcie tę linię Panie i Panowie – najlepiej do listopada. Jeszcze więcej popisów arogancji w Waszym wykonaniu i Platforma przerżnie ze szczętem również jesienne wybory.

Wynik wyborów prezydenckich, to dopiero pierwsze zwycięstwo w długiej batalii, niemniej można już teraz powiedzieć, że mamy do czynienia ze świtem nowej Polski. Było to starcie kandydata pozytywnej zmiany z prezydentem bierności i stagnacji. Polska marginalizowana zwyciężyła Polskę profitentów klientelistycznego systemu stworzonego przez PO. Do pewnego momentu – i m.in. tym sobie tłumaczę ostatnie osiem lat – aspirujący Polacy żywili nadzieję, że im też coś skapnie z programu „ciepłej wody w kranie”. Kiedy ostatecznie okazało się, że korzyści przeznaczone są dla zabetonowanej kasty kolesi, zaś cała reszta musi obejść się smakiem, nastąpiła zmiana nastrojów, w którą prócz Andrzeja Dudy idealnie wstrzelił się również Paweł Kukiz.

Kampania Dudy pokazała, że można zwyciężyć, że PiS przestał być „niewybieralny”, że szklany sufit żelaznego elektoratu można przebić. Jest to dobry sygnał w perspektywie wyborów parlamentarnych. Poza tym, PiS straciło tradycyjną wymówkę „przegrywamy, bo media są przeciw nam”. Okazało się, że i tę barierę można pokonać. Dodatkowym stymulatorem – szczupakiem w stawie – będzie formacja Pawła Kukiza, bo nagle okazało się, że PiS nie jest już bezalterantywną opozycją. Ale to zdrowa konkurencja i może właśnie pod ciśnieniem wytworzonym przez „kukizowców” PiS zdoła nie tylko wygrać, lecz również wcielić w życie program sformułowany lapidarnie przez Wojciecha Cejrowskiego: „wszyscy won!”.

Gadający Grzyb

PS. Zastanawiałem się, jak zilustrować to wszystko co wiemy i o czym myślimy. I wyszło mi, że najlepiej zrobi to za nas grafik z „Newsweeka”. Zwróćcie uwagę na zajawki powyżej tych dwóch.

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/1743-pod-grzybki-5

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 22 (29.05-04.06.2015)

niedziela, 31 maja 2015

Młodzi, wykształceni, wk...ni

Nastąpiło społeczne przebudzenie i jest to w znacznej mierze zasługa dwóch osób – Andrzeja Dudy i Pawła Kukiza.

I. Młody kontra piernik

Gdy piszę ten tekst, znane są jedynie wstępne wyniki wyborów wskazujące na zwycięstwo Andrzeja Dudy. Niezależnie jednak od ostatecznych danych (pamiętam rok 2010, kiedy szliśmy spać z prezydentem Kaczyńskim, a obudziliśmy się z Komorowskim), już teraz można powiedzieć jedno: nastąpiło społeczne przebudzenie i jest to w znacznej mierze zasługa dwóch osób – Andrzeja Dudy i Pawła Kukiza. Na spotkania tych kandydatów nie trzeba było zganiać partyjno-urzędniczego aktywu, ludzie przychodzili sami, obaj kandydaci utrafili w jakieś zapotrzebowanie, choć każdy z nich w nieco innym segmencie elektoratu. Wystarczy porównać sobie pełne życia obrazki ze spotkań Dudy z drętwymi „oficjałkami” Komorowskiego, podczas których za „tłum” robili działacze PO i uzależniony od obecnego układu lokalny aparat urzędniczy. Trwało to dłużej niż sądziłem, ale najwyraźniej Polacy wreszcie zaczęli mieć dość rządów aroganckiej i do cna skorumpowanej kliki trzęsącej od ośmiu lat naszym krajem. Nie dało się dłużej ukrywać kosztów ciepłej wody w kranie: obelżywie niskich płac, pracy odartej z godności na umowach śmieciowych, bezrobocia – szczególnie wśród młodych ludzi, podniesienia wieku emerytalnego, zdzierstwa banków, goryczy emigracji, braku życiowych perspektyw, widma głodowych emerytur, wszechmocnych sitw, państwa zaprojektowanego jako żerowisko dla kolesi, „wygaszania” kolejnych obszarów polskiej państwowości... długo by wymieniać.

Muszę tu uderzyć się w piersi. Nie doceniłem Dudy, Kukiza również. Gdy dowiedziałem się, kto będzie kandydatem PiS-u, stwierdziłem, że mamy oto przepis na kolejną wyborczą katastrofę opozycji – czyli „żelazny elektorat” i do widzenia. Andrzeja Dudę kojarzyłem jedynie z kilku wypowiedzi w filmie „Mgła” wyprodukowanym przez „Gazetę Polską” i stąd wiedziałem, że był współpracownikiem śp. Lecha Kaczyńskiego. A ilu Polaków obejrzało ten film? Prócz wspomnianego filmu, był dla mnie i dla zdecydowanej większości wyborców kimś kompletnie anonimowym. Moją frustrację pogłębiała niemrawa z początku kampania, co w połączeniu z pozostającymi wówczas w świeżej pamięci wyborami samorządowymi i wystudzoną reakcją PiS-u na fałszerstwa, nie napawało optymizmem.

Aż wreszcie przyszedł moment pamiętnej konwencji – a potem było już tylko lepiej. Duda zaczął konsekwentnie piąć się w górę, okazało się, że potrafi przemawiać, nawiązywać partnerski kontakt z wyborcami i ze swą młodością, dynamiką, stanowi wyraziste przeciwieństwo spierniczałego „wujka Bronka” wraz z jego dworem.

 

II. Internet rządzi!

Warto zwrócić uwagę, że nareszcie doszło do realnego przełamania monopolu propagandowego obozu władzy. Opozycyjne media okrzepły, ich głos stał się słyszalny, lecz samo to nie byłoby wystarczające, gdyby nie internet. W dorosłe życie wkroczyło pokolenie wychowane w otoczeniu współczesnych technologii, dla którego telewizja nie jest wyrocznią, lecz jednym z wielu dostępnych źródeł informacji i opinii – wcale nie najważniejszym. To pokolenie portali społecznościowych, memów, You Tube, szukające aktywnie w sieci interesujących ich treści – czyli żywe zaprzeczenie biernego siedzenia przed telewizorem. Ludzie ci są w stanie natychmiast skonfrontować to co słyszą w „zaprzyjaźnionych stacjach” z żywym, interaktywnym przekazem internetu. Przekazem, co ważne, który mogą sami współtworzyć. To stosunkowo nowe w naszej politycznej rzeczywistości medium znakomicie wykorzystał sztab Andrzeja Dudy, w przeciwieństwie do ekipy Komorowskiego, która okazała się wręcz zaskakująco nieporadna i niekomunikatywna w wirtualnej przestrzeni.

Paradoksalnie, na korzyść opozycji zagrało długoletnie sekowanie jej i odcinanie od medialnego mainstreamu. Owo wypchnięcie zaowocowało przeniesieniem przekazu do internetu i zagospodarowaniem tej niszy. Blogosfera, nieskrępowana wymiana poglądów, tworzenie kontaktów i więzi społecznościowych – to wszystko nie wzięło się znikąd, jest efektem wieloletniej pracy, inwencji, pomysłowości. Setki, jeśli nie tysiące inicjatyw tworzonych zazwyczaj nieodpłatnie, z potrzeby serca, przyniosły wreszcie efekt. To dzięki nim właśnie mógł zaistnieć fenomen Ruchu Kontroli Wyborów – ta wielka, oddolna mobilizacja, która z pewnością jeszcze nie raz zaprocentuje w przyszłości. Dotychczasowa nisza stała się równoprawnym partnerem społecznego i politycznego dyskursu.

To wszystko zostało przez obóz Komorowskiego, zapatrzony w potęgę oddziaływania oddanego mu telewizyjnego oligopolu, kompletnie zlekceważone. Kojarzony ze stetryczałymi „moherami” PiS okazał się bardziej innowacyjny, niż epatująca swą „nowoczesnością” Platforma. Symptomatyczne są tu badania wedle których program Tomasza Lisa – sztandarowy produkt telewizyjnego agit-propu – ogląda w większości widownia powyżej 50 lat (w tym ponad 60 lat ma 46% z tej grupy), z miast do 50 tys mieszkańców i wsi (w tym ze wsi – 37%), składająca się w 55% z emerytów, w 48% z osób z wykształceniem podstawowym i w 32% ze średnim. Grupa komercyjna 16-49 lat, to zaledwie 13,58% widowni Lisa. Wypisz-wymaluj, odbiorcy, których w propagandzie przypisywano PiS-owi i mediom ojca Tadeusza Rydzyka.

 

III. Młodzi, wykształceni, wk...ni

No dobrze, zauważy ktoś, ale jeszcze nie tak dawno „młodzi z fejsbuka” stanowili trzon watah urządzających sabaty pod krzyżem na Krakowskim Przedmieściu. Powiem tak – minęło kilka lat i tym młodym zdążyła dać po dupie twarda rzeczywistość. Może jeszcze nie zagłosowali na pisowskiego Dudę, ale już na Kukiza – owszem. I prawdopodobnie dla wielu z nich Duda stał się kandydatem drugiego wyboru. Okazało się w międzyczasie, że wszystkie wymienione na początku artykułu efekty rządów PO boleśnie odbijają się na ich różnorakich aspiracjach i samo symboliczne zaliczenie do „młodych, wykształconych z dużych miast” nie wytrzymuje konfrontacji z realiami funkcjonowania w warunkach „szklanego sufitu”.

Używając terminologii Michnika, „gówniarze” się wk...li i pokazali wała establishmentowi III RP oraz jej mediom - stąd wściekłość i przerażenie takich ludzi jak oberredaktor z Czerskiej, profesorowie Czapiński, Marcin Król i innych – dożywotnich, jak zapewne sądzili - autorytetów. Poczuli, że coś wymyka im się z rąk, że ich głosy zwielokrotnione przez reżimowe mediodajnie przestały być czynnikiem decydującym o masowych nastrojach.

Kampania pokazała też głęboką, strukturalną patologię III RP. Otóż transformacyjny podział na „nachapanych” i „wydymanych”, jak to niegdyś określił Ziemkiewicz, reprodukuje się po 25 latach już w drugim pokoleniu - stąd taka masa sfrustrowanych „radykałów”, których akademik Czapiński najchętniej wyrzuciłby na emigrację, by nie psuli mu dobrego samopoczucia, a jego „Diagnozom społecznym” nie odbierali wiarygodności. Prezydentem i patronem takiej oto „wolności” pragnie (lub pragnął, w zależności od werdyktu przy urnach) być Komorowski.

Z powyższego wypływają ciekawe wnioski w perspektywie wyborów parlamentarnych. Ponieważ „wydymanych” jest o wiele więcej niż „nachapanych”, to jesienne wybory wygra ta siła polityczna, która skuteczniej odwoła się do tego właśnie elektoratu. Z naturalnych względów sięgnięcie po tych wyborców przyjdzie łatwiej opozycji, niż układowi rządzącemu. Rząd bowiem nie ma dla nich żadnej wiarygodnej oferty poza emigracją, która, jak stwierdziła pani Komorowska, jest „szansą”. Wypowiedź ta jest zresztą świetnym przykładem na odklejenie od rzeczywistości sytych, wiecznie zadowolonych z siebie elit. Mówiąc „Seksmisją”, obóz beneficjentów III RP „abstrahuje od punktu odniesienia” - miast porównywać się z cywilizowanym światem wraca wspomnieniami do epoki w której wyjazd na saksy był nieopisanym szczęściem, a nie jak dzisiaj – smutną koniecznością. No to my, mogą odpowiedzieć młodzi ludzie - taką „szansę” serdecznie chromolimy, choć niewykluczone, że zmuszeni okolicznościami, będziemy musieli z niej skorzystać. Już teraz większość maturzystów deklaruje, że rozważa opuszczenie kraju po ukończeniu szkoły.

Poza wszystkim, kampania może stać się ożywczym powiewem dla PiS, który od pewnego momentu sprawiał wrażenie cokolwiek skapcaniałego wskutek długotrwałego siedzenia w opozycyjnych ławach. „Opodatkowanie” parlamentarzystów na kampanię Dudy, połączone z dyscyplinującą rozmową Kaczyńskiego z posłami i terenowymi baronami, w której zapowiedział, że jeśli w poszczególnych regionach Duda nie osiągnie zadowalającego wyniku, to mogą pożegnać się z miejscami na listach wyborczych, zdaje się być zwiastunem ożywienia w funkcjonowaniu największej siły opozycyjnej. Co ciekawe, mamy tu do czynienia z przynajmniej częściowym spełnieniem postulatów prof. Andrzeja Nowaka zawartych w słynnym liście na konwencję prezydencką, za który pisowski aparat i co bardziej krewcy zagończycy gotowi byli pana profesora ukrzyżować. Tak więc, pewien społeczny przełom – podkreślę jeszcze raz początkową tezę – nastąpił. Wiatr odmienił kierunek. Trzeba tylko nastawić żagle i nie zmarnować pomyślnej aury.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” -------> http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/1743-pod-grzybki-5

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 20 (27.05-02.06.2015)

piątek, 22 maja 2015

Kukiz – polityk niepolityczny

Kukiz jest „niepolitycznym politykiem” - z jednej strony działa w sferze polityki, z drugiej jednak, póki co przynajmniej, nie kalkuluje jak polityk,

I. Konsylium nad Kukizem

Od momentu, gdy Paweł Kukiz zaczął zyskiwać w sondażach przed pierwszą turą wyborów, stał się obiektem licznych i często niewybrednych ataków. Wielu blogerów widziało w nim agenta obozu rządowego, który pod płaszczykiem antysystemowości miał odebrać głosy Andrzejowi Dudzie, tą drogą szli również niektórzy publicyści głównego nurtu prawicy, pilnujący monopolu PiS na pozostawanie jedyną liczącą się siłą opozycyjną. Kandydatowi zarzucano prorosyjskość (ze względu na antybanderowskie wypowiedzi i sprzeciw wobec propozycji dozbrajania Ukrainy), a to wypominano mu niesławną parodię kościelnej pieśni, to znów flirt z Platformą Obywatelską i związki towarzyskie z jej politykami – głównie z Grzegorzem Schetyną. Jakoś nie przypominano za to jego antykomunizmu i piosenki „Virus SLD”, czy tego, że z Platformą wziął rozbrat, gdy okazała się tym, czym jest – partią kolesi, która ostentacyjnie odwróciła się od obywateli i własnego programu, „mieląc” podpisy zebrane pod projektem jednomandatowych okręgów wyborczych – czyli sztandarowym, i to od lat, postulatem Kukiza.

Zresztą, podobny błąd co do Kukiza – tylko w druga stronę - popełnił polityczno-medialny mainstream III RP, który od pewnego momentu zaczął go ewidentnie „pompować” licząc na to, że ze swoim patriotycznym image odbierze głosy Dudzie. Apogeum tego trendu była wizyta w programie Wojewódzkiego i zachęta prowadzącego by głosować na jego gościa. Niewykluczone przy tym, że obaj panowie znają się z dawnych lat, wszak Wojewódzki, zanim stał się reżimowym pajacem, był całkiem niezłym dziennikarzem muzycznym i generalnie kręcił się w branży, o czym wielu już dziś nie pamięta. W pewnym momencie jednak, gdy okazało się, iż pan Paweł odbiera głosy nie temu co trzeba, skończyło się medialne dopieszczanie – symbolem przełożonej wajchy stała się haniebna wrzutka TVN24 o wycofaniu się kandydata z wyborów z powodu choroby ojca. Przy okazji, panie Pawle, proszę przyjąć moje najszczersze kondolencje.

Doprawdy, ciekawie jest w tej chwili obserwować, jak z jednej strony salon III RP ciska gromy na Kukiza i „gówniarzy”, jak to ujął Adam Michnik; z drugiej, wujek Bronek pała raptowną chęcią przeprowadzenia referendum w sprawie JOW; z trzeciej natomiast prawicowe media nagle obchodzą się z Kukizem jak z jajkiem, by przypadkiem nie zrazić jego elektoratu.

II. Pan od JOW-ów

Paradoksalnie, owa miotanina od Sasa do Lasa, zmiany politycznych sympatii i chaotyczne treści wygłaszane przy różnych okazjach pokazują, że Kukiz w swych poczynaniach – czy to słusznych, czy błędnych - jest autentyczny. Wystudiowany i wykreowany od początku do końca przez służby i piarowców był Palikot. Paweł Kukiz natomiast przeniósł w sferę polityki styl bycia rockowego frontmana. Ponad trzydzieści lat scenicznego doświadczenia pozwala mu łapać kontakt z ludźmi, dzięki czemu potrafi do siebie przekonać grupy wyborców, których poza ogólnym sprzeciwem wobec polskiej rzeczywistości nic ze sobą nie łączy. Kukiz jest takim „niepolitycznym politykiem” - z jednej strony działa w sferze polityki, z drugiej jednak, póki co przynajmniej, nie kalkuluje jak polityk, myśli innymi kategoriami. Potrafi np. nie ważąc korzyści i strat nagle wierzgnąć, gdy popierana przez niego opcja nie spełnia oczekiwań – tak jak wierzgnął Platformie i to w czasach, gdy „rachunek ekonomiczny” nakazywałby trzymać, wzorem licznych celebrytów, ze zwycięzcami.

Weźmy jego żelazny postulat, czyli JOW-y. Kukiz przedstawiając w idealistycznym zapamiętaniu JOW-y jako sposób na to, by wyrwać Polskę z rąk partyjnych sitw, zdaje się nie dopuszczać myśli, że w praktyce prowadzą one najczęściej do powstania systemu dwupartyjnego, promując największe organizmy polityczne. Ma to swoją zaletę – w ordynacji większościowej zwycięzca bierze wszystko i nie może się zasłaniać np. koalicjantem, czy destruktywną opozycją. Z drugiej jednak, można zapomnieć o tym, że jakieś oddolne ruchy ni tego ni z owego przemeblują scenę polityczną.

Dlaczego jednak dwie największe partie, PO i PiS – biorąc w nawias to, co mówią w tej chwili – są przeciwnikami JOW-ów, które grałyby na ich korzyść? Z prostego powodu. JOW-y, wzmacniając znaczenie obu partii, zarazem przeorałyby je od wewnątrz. Partie musiałby stawiać na działaczy popularnych w swych okręgach, zabiegających na co dzień o uznanie wyborców, nie zaś jak obecnie – na spadochroniarzy wyznaczanych przez centralę. Jak łatwo zauważyć, taki system jest wielką szansą dla partyjnych dołów i lokalnych działaczy, niszczy natomiast cały mechanizm funkcjonujących dzisiaj partyjnych „podwieszeń”, w którym o miejscu na liście decyduje kto jest czyim człowiekiem, przy czym, im bardziej uosabia model „BMW”, tym dla partyjnych bonzów układających listy lepiej, bo „bierny, mierny, ale wierny” nie sprawi kłopotów. Zatem JOW-y są śmiertelnym zagrożeniem dla partyjnych nomenklatur i stąd taki opór - z ich punktu widzenia bowiem korzystniej jest konserwować patologiczną sytuację, gdy w praktyce kilkadziesiąt osób z partyjnych wierchuszek decyduje o tym, jaki w ogóle będziemy mieli wybór.

III. Przyszły koalicjant?

Jaka przyszłość czeka bohatera niniejszego tekstu? Przed Kukizem stoi wielka szansa na dobry, dwucyfrowy wynik wyborczy – oczywiście, pod warunkiem, że uda mu się do jesieni utrzymać przy sobie bardzo eklektyczny elektorat i przekonać go do głosowania na swoją partię – bo to będzie w istocie partia, niezależnie od tego jaką formalnie przybierze postać. W takiej sytuacji ugrupowanie Pawła Kukiza mogłoby być dla PiS-u cennym koalicjantem. Przestrzegałbym tutaj prawicowe kręgi opiniotwórcze przed powtórką błędu z pierwszej tury wyborów i snuciem narracji, że Kukiz, manipulowany i animowany przez jakieś ciemne moce, odbierze głosy PiS-owi. Nie odbierze, tak jak nie odebrał ich Dudzie. Na Kukiza głosowali bowiem albo ludzie po raz pierwszy uczestniczący w wyborach, albo rozczarowane do PO lemingi – i jeszcze kilka innych grup, które łączy jedno: pokazać „wała” wszystkim partiom, większość z nich ma w nosie nawet Kukizowe JOW-y. Duża część tego elektoratu w życiu nie zagłosowałaby na partię Jarosława Kaczyńskiego – zostali zbyt mocno uwarunkowani propagandowo, większość natomiast zwyczajnie zostałaby w domach twierdząc, że „nie ma na kogo głosować”. Kukiz potrafił ich obudzić, zaktywizować – i chwała mu za to. PiS z rozmaitych względów zagospodarować tego typu elektoratu nie byłby po prostu w stanie.

Rzecz jasna, należy z góry założyć, że w ruchu Kukiza pojawią się jakieś szemrane postaci, agenci lub miałcy karierowicze – tak jest w każdej partii, PiS-u nie wyłączając. Jeśli wspomnimy na przypadek Kaczmarka, oraz spojrzymy gdzie teraz są osoby typu Kluzik-Rostkowska, „Misiek” Kamiński, czy Kazio Marcinkiewicz, to obecność rozmaitych „kretów”, ambicjonerów itp. musimy po prostu wrzucić w koszta działania każdej siły politycznej, jako stały element naszych realiów. Dlatego im bardziej masowa będzie organizacja Kukiza, tym lepiej, bo tym trudniej będzie w niej ryć i przechwycić ją różnym smutnym panom. Trochę jak – uczciwszy proporcje – z pierwszą „Solidarnością”. Agentów było na pęczki, a mimo to, by spacyfikować ten społeczny ruch, trzeba było aż wprowadzenia stanu wojennego i rozprawy siłowej.

Kolejna pokusa mocno zaznaczająca się w prawicowym dyskursie, to oczekiwanie, iż Prawo i Sprawiedliwość przejmie pełnię władzy, a nawet większość konstytucyjną. Otóż nie - PiS nie zyska samodzielnej większości, na wzór Orbana. Wszelkie tego typu nadzieje to czyste chciejstwo, mrzonki i zawracanie głowy. Dlatego będzie potrzebował cichego bądź jawnego koalicjanta. Platforma takowego „cichego wspólnika” wyhodowała sobie w postaci Janusza Palikota, który cztery lata temu zebrał elektorat protestu, by de facto umacniać obóz władzy. Zatem, skoro PO mogła mieć swojego Palikota, to najwyższa pora, by PiS miało swojego Kukiza. Poza wszystkim – widzieć rząd Kaczyńskiego wspierany m.in. dzięki głosom byłych lemingów – bezcenne. Rzecz jasna, Kukiz to produkt jednorazowego użytku i „zedrze się” w trakcie sejmowej kadencji - lecz zanim to nastąpi, może odegrać pozytywną rolę.

By jednak tak się stało, niezbędne jest zwycięstwo Dudy, które będzie motorem napędowym dla jesiennej kampanii i zapewni rządowi Kaczyńskiego niezbędny komfort działania. Na dzień dzisiejszy, wedle symulacji przeprowadzonej przez Marcina Palade, 45% wyborców Kukiza zostanie w drugiej turze w domach, natomiast 40% zamierza poprzeć Andrzeja Dudę, co w połączeniu z przepływem pozostałych wyborców powinno mu zapewnić 53,3% i pewną wygraną. Oczywiście, przy optymistycznym założeniu, że wybory nie zostaną sfałszowane. Przed nami zatem starcie, które zadecyduje, czy będziemy mieli prezydenta, czy figuranta WSI; czy czeka nas zmiana na lepsze, czy dalsze powolne gnicie obecnego systemu pod patronatem tandemu Kopacz-Komorowski, a tak naprawdę nie wiadomo kogo. Nie schrzańmy tego.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 19 (20-26.05.2015)