Pokazywanie postów oznaczonych etykietą internet. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą internet. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 18 sierpnia 2019

Pora na polski Facebook i You Tube

Potrzebujemy własnych, polskich mediów społecznościowych, własnego Facebooka, You Tube i Twittera. Niech powrócą internetowe „dzikie pola”!

I. „Dzikie pola” internetu

W toku trwającej od lat (i - dodajmy - póki co, kompletnie jałowej) dyskusji o repolonizacji mediów, skupiono się na mediach tradycyjnych, głównie koncernach prasowych. Jak się okazuje - niesłusznie, kompletnie przeoczono bowiem ogromny obszar wymiany informacji i opinii, jakim jest internet, a konkretnie - media społecznościowe. Tu zaś ingerencja obcego kapitału może być równie zabójcza dla zdrowej, nieskrępowanej debaty publicznej, jak dominacja np. niemieckich podmiotów w segmencie prasy regionalnej. Obecnie w przypadku serwisów społecznościowych mamy do czynienia z oligopolem globalnych korporacji – niepodzielnie rządzi wielka trójka: Facebook (do którego należy również m.in. Instagram), Google (właściciel You Tube) i Twitter. W Polsce z social media korzysta już 47 proc. internautów – jest więc to ogromne, wielomilionowe pole oddziaływania. Co więcej, na statystycznego użytkownika w Polsce przypada ponad 7 kont w mediach społecznościowych.

Powyższe dane mają przełożenie na politykę, obieg informacji, idei, opinii. Nie bez przyczyny sztaby wyborcze coraz większą wagę przywiązują do kampanii w internecie. Do niedawna to właśnie internet był „dzikimi polami” na których hulała nieskrępowana wolność słowa, kształtując i ucierając poglądy rosnącej rzeszy ludzi – w odróżnieniu od tradycyjnej prasy i telewizji, podlegających różnym formom reglamentacji. Każdy mógł założyć bloga czy konto w serwisie społecznościowym i swobodnie głosić swoje przekonania. W momencie, gdy zgromadziła się wystarczająco liczna grupa osób o zbliżonych poglądach, następował efekt skali – swoisty „rój” niezależnych, oddolnych głosów, mogących w swej masie skutecznie współtworzyć społeczny dyskurs i wpływać na opinię publiczną. Najbardziej korzystała na tym zjawisku szeroko rozumiana prawica, w realiach porządku medialnego III RP odcięta od „zabetonowanego” mainstreamu z jego „słusznymi” gazetami i telewizjami. Przypominam – mówimy o stanie sprzed 2015 roku, kiedy to na scenie medialnej rządziła w praktyce jedna opcja. W internecie takich ograniczeń nie było, zatem w naturalny sposób właśnie tam przeniosła się aktywność prawicowych podmiotów i zwykłych sympatyków, walnie przyczyniając się do zwycięstwa „dobrej zmiany”.


II. Powrót cenzury

Niestety, coraz więcej wskazuje na to, że opisany stan rzeczy odchodzi w przeszłość, a do internetu coraz szerszym frontem wkracza cenzura. Nie ta państwowa – mowa o cenzurze prywatnej, uprawianej przez wymienionych wyżej globalnych potentatów. Okazuje się bowiem, że wielkie koncerny mają swoje lewackie „ideolo”, w myśl którego treści o charakterze prawicowym i konserwatywnym są zwyczajnie niedopuszczalne. W zwalczaniu ich używa się nieprecyzyjnych terminów-wytrychów, takich jak walka z „fake-newsami” czy „mową nienawiści”, co w praktyce przekłada się na uznaniowość w dopuszczaniu bądź blokowaniu określonego przekazu. Tydzień temu opisywałem przypadki internetowych telewizji wRealu24.pl i wSensie.tv, arbitralnie zablokowanych przez administrację You Tube. Podobny los spotkał kanał pro-lajferskiej fundacji Kai Godek, a nawet... Radio Maryja i Telewizję Trwam, którym udzielono „ostrzeżenia” i usunięto nagranie z homilią abp. Marka Jędraszewskiego w której wyrażał sprzeciw wobec ideologii LGBT. To pokazuje do jakiego stopnia los niezależnych mediów uzależniony jest od jednego kliknięcia internetowego monopolisty, kierującego się własnymi względami ideologicznymi. W tej chwili sytuacja poprawiła się o tyle, że wskutek skandalu jaki wybuchł po cenzorskich zapędach administracji You Tube wspomniane kanały przywrócono, lecz... wyłączono im możliwość „monetyzacji”, tzn. zarabiania na reklamach. A zatem, tak będzie teraz wyglądała zabawa – postanowiono nieprawomyślne media zagłodzić odcinając je od istotnego źródła dochodu. Nie bez znaczenia jest również funkcjonowanie w stanie wiecznej niepewności: nigdy nie wiadomo, kiedy i za co zostaną uruchomione cenzorskie „nożyce” - czy dany kanał nie zostanie z dnia na dzień wyłączony np. za cytowanie Biblii bądź nauczania Kościoła w kwestii homoseksualizmu, albo za sprzeciw wobec propagandy LGBT. Trzeba więc powiedzieć sobie wyraźnie – internetowi monopoliści jasno określili się jako jedna ze stron w wojnie kulturowej.


III. Wolność dla wszystkich!

Jak z tym walczyć? Można udać się do sądu – jak przy wsparciu „Ordo Iuris” zamierza zrobić wSensie.tv, można też interweniować w parlamencie i Ministerstwie Cyfryzacji (tą drogą poszedł kanał wRealu24.pl), można sprawę nagłaśniać licząc na skuteczność presji społecznej. To jednak tylko działania doraźne i reaktywne – krótko mówiąc, półśrodki. Tymczasem celem długofalowym powinno być uniezależnienie się od światowych gigantów i przełamanie ich monopolu – przynajmniej na krajowym podwórku. Innymi słowy, potrzebujemy własnych, polskich mediów społecznościowych, własnego Facebooka, You Tube i Twittera. Można to osiągnąć na kilka sposobów. W budowę takiej platformy mogłyby zaangażować się chociażby media publiczne – to rozwiązanie jednak miałoby krótkie nogi, bowiem powszechnie znana skłonność do upolitycznienia państwowych środków przekazu siłą rzeczy nie ominęłaby również i tego projektu, podważając już na starcie jego wiarygodność. Można by również pójść drogą repolonizacji: przypominam, że istnieje serwis społecznościowy założony przez Polaków – to „Nasza Klasa” (obecnie „nk.pl”). W tej chwili, po serii zmian właścicielskich należy on niestety do Onetu, a więc do niemiecko-szwajcarskiej grupy Ringier Axel Springer. Należałoby zatem ów serwis odkupić i zainwestować w jego rozwój i popularyzację. Problem w tym, że musiałyby to zrobić podmioty państwowe, co sprowadza zagrożenie upolitycznienia, podobne jak w przypadku portalu opartego o media publiczne.

No i wreszcie, droga najtrudniejsza lecz zarazem najbardziej perspektywiczna. Otóż w ramach „planu Morawieckiego” ogłoszono program wsparcia dla rodzimych, polskich start-up'ów (początkujących, innowacyjnych przedsięwzięć) – „Start in Poland” o wartości 3 mld. zł. To właśnie w jego ramach należałoby ogłosić konkurs na polską platformę społecznościową, mogącą stanowić konkurencję dla największych graczy. Przypominam, że „Nasza Klasa” była dziełem studentów informatyki, zatem tego typu projekty są absolutnie w zasięgu naszych specjalistów – należy jedynie zapewnić im wsparcie kapitałowe na rozwój, tak by nie musieli sprzedawać swego dziecka, co stało się udziałem „Naszej Klasy”, tylko konsekwentnie zdobywać rynek i użytkowników. Przedsięwzięcie byłoby oczywiście w stu procentach prywatne, jednak warunkiem wsparcia określonym w specjalnej umowie musiałaby być gwarancja absolutnej wolności przekazu, której nie mogłyby ograniczać jakiekolwiek zapisy wewnętrznego regulaminu. Byłby to, mówiąc hasłowo, portal zarówno dla „prawaków”, jak i „lewaków”, w którym każdy publikuje na własną odpowiedzialność - jak pokazały przykłady prawicowej aktywności na Facebooku czy You Tube, prawica w takiej konkurencji radzi sobie doskonale, wystarczy jej tylko nie cenzurować. Niech powrócą internetowe „dzikie pola” (może nawet właśnie taką nazwę - „DzikiePola.pl” powinien przybrać przyszły serwis?).

Rządzący winni pamiętać, że nic nie trwa wiecznie. PiS kiedyś straci władzę, a wraz z nią wpływ na media publiczne. Również sprzyjające dziś rządowi prywatne tytuły zostaną wtedy momentalnie odcięte od publicznej kroplówki, chociażby w postaci reklam spółek skarbu państwa – i patrząc na ich lecącą sprzedaż, powrócą do dawnego biedowania, a może wręcz czeka je upadek. W efekcie, opcji patriotyczno-niepodległościowej zostanie po staremu aktywność w internecie. Tyle, że ten internet oznacza dziś w praktyce dominujące media społecznościowe o jednoznacznie lewicowym profilu ideologicznym, które na dodatek nie musiałyby się liczyć z odsuniętą od rządów prawicą i tym chętniej będą ją sekowały. Dlatego już dziś należy zadbać o alternatywę.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Tęczowa cenzura


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 33 (16-22.08.2019)

piątek, 3 lutego 2017

Historia Katelyn

I. Samobójstwo na oczach świata

Była 12-letnią dziewczynką o imieniu Katelyn. Katelyn Nicole Davis. Mieszkała w miasteczku Cedartown w hrabstwie Polk w stanie Georgia i 30 grudnia 2016 roku, ok. godz. 17:40 popełniła samobójstwo wieszając się na drzewie w okolicach swojego domu. Całość przygotowań i samobójstwo transmitowała telefonem na żywo w internecie. Nagranie, mimo usiłowań policji by usunąć je z sieci wciąż jest na nowo wrzucane w różne miejsca. Z tego co przeczytałem w artykule na jaki natrafiłem surfując po necie, dziewczyna miała problemy osobiste, w tym związane z depresją i molestowaniem.

Tyle wiedziałem, gdy zdecydowałem się odnaleźć ten zapis. Nie jestem amatorem „pornografii śmierci”, ale coś mnie podkusiło. Może zadecydował szokująco młody wiek ofiary? Sam do końca nie wiem.

W każdym razie, dotarłem do tego materiału i obejrzałem go.

Nie powinienem był tego robić - z miliona powodów - i przestrzegam innych. Choćby dlatego, że ten film jest jak cios obuchem i ktokolwiek go ujrzy, już się od niego nie uwolni. Te obrazy pozostaną w głowie do końca życia.

Nagranie trwa nieco ponad 42 minuty. Widzimy na nim Katelyn, jak oddala się od domu, popatrując poważnym wzrokiem w obiektyw telefonu. Włosy spięte w ciasny koczek, biała bluzka, dżinsy, podmalowane usta. Rozpoczyna przygotowania – z nieśpieszną, metodyczną precyzją. Nie odzywa się ani słowem. Ustawia telefon, na kilka minut znika gdzieś z kadru, potem wraca. Wspina się na drzewo, zawiązuje linę na gałęzi, schodzi, sprawdza długość, potem znów się wdrapuje by skrócić sznur. Wchodzi na ustawione do góry dnem wiadro, zakłada sobie pętlę, zeskakuje „na próbę”, znów wdrapuje się po drabinie na to cholerne drzewo i po raz kolejny skraca linę. Szarpie nią, by upewnić się, że mocno trzyma. Podchodzi do telefonu i sprawdza czy wszystko widać w kadrze. W tle zachodzi słońce, słychać przejeżdżające pobliską drogą samochody.

Katelyn rozpada się emocjonalnie dopiero gdy zaczyna mówić. Łkając, przeprasza bliskie jej osoby: za to, że nie była „wystarczająco ładna”; za to, że pojawiła się w ich życiu tylko po to, by tak szybko odejść; swojego internetowego „chłopaka” imieniem Luke, że nie była „wystarczająco dobra”; że okazała się słaba; że pozwoliła się pokonać depresji. Przeprasza Boga za „akt egoizmu”; przeprasza, że sprawia wrażenie „zdziry” która jest „bezwartościowa”. (Później dowiedziałem się, że „bezwartościową zdzirą” - „worthless whore” - nazwał ją znęcający się nad nią ojczym). W międzyczasie, wciąż mówiąc, wchodzi na wiadro. Przeprasza obserwujących, że muszą oglądac jej samobójstwo. W końcu wydusza z siebie zdławione „goodbye” i wykopuje wiadro spod nóg.

Ostatnie dwadzieścia minut nagrania to zapadający zmrok. Z pobliska dobiega głos nawołującej ją matki. I kilkukrotnie odzywająca się przeraźliwa melodyjka, którą Katelyn ustawiła jako dzwonek telefonu – wciąż transmitującego do sieci widok zarysów kołyszącego się lekko ciała, ledwie już widocznego w gęstniejących ciemnościach. Potem nie widać już nic, słychać tylko co jakiś czas tę upiorną melodyjkę dzwoniącego telefonu. I tak aż do końca.

A ja siedziałem jak skamieniały i czułem jedynie ścinający plecy mróz czystej grozy.

II. Koszmar samotności

Nie należę do wrażliwców, ale nie byłem w stanie myśleć o niczym innym. Musiałem się dowiedzieć co spowodowało, że Katelyn targnęła się na życie i postanowiła zrobić to na oczach świata. Tym bardziej, że polskie media skoncentrowały się na sensacji, nie zadając sobie trudu dotarcia do historii, która stała za tragedią. Szczyty osiągnęła „Polska The Times” wieszając bez żenady na swoich stronach internetowych samobójcze nagranie. Policja i administratorzy mediów społecznościowych na których Katelyn była obecna dołożyli starań, by usunąć jakiekolwiek materiały, które po sobie zostawiła, lecz internauci byli szybsi. Zdołali zarchiwizować jej zapiski blogowe, zdjęcia i nade wszystko – filmy, które zamieszczała w sieci. I to – w przeciwieństwie do ostatniego nagrania – Katelyn zwyczajnie się należało. Bo chciała zostać zapamiętana. I chciała, by wiedziano, dlaczego zrobiła co zrobiła. A mało kto wytrzymałby piekło, które było jej udziałem.

Powiedzieć, że funkcjonowała w toksycznym otoczeniu, to jak nic nie powiedzieć. Podła okolica, rozpadający się barak zamiast domu, wewnątrz wieczny chlew, brud, odrapane ściany i jakieś wiszące szmaty zamiast drzwi. Wszystko w nieustannym rytmie obracającego się pod sufitem, skrzypiącego wentylatora. Słowem, obraz tzw. „białej nędzy”. Uzależniona od prochów matka, której nigdy nie ma, a jeżeli już jest to z kolejnymi kochankami. Do tego dwoje młodszego rodzeństwa, którym dwunastoletnia Katelyn musi się całymi dniami opiekować. Nagrywała to, transmitując bezpośrednio do internetu i tworząc tym samym kronikę ostatniego miesiąca swojego życia (zachowane nagrania, często bardzo długie, pochodzą z grudnia 2016). W internecie posługiwała się pseudonimem „ITZ Dolly”. To jednak nie był videoblog lansującej się nastolatki. To było wołanie o pomoc z dna upodlenia.

Te obrazki najbardziej parszywej nędzy (bo tak wygląda dziś nędza w naszej części świata – technologia typu smartfon i internet potrafi płynnie łączyć się z koszmarem całej reszty) przerywane są jej wyznaniami. O ojczymie, który tłukł ją nabijanym ćwiekami pasem, obmacywał i próbował zgwałcić, mówiąc, że jest „bezwartościową szmatą” i „powinna się powiesić”. O biologicznym ojcu mieszkającym raptem dwie mile dalej, który nigdy jej nie odwiedził – nawet po pierwszej próbie samobójczej, kiedy nałykała się pigułek matki i wylądowała w szpitalu. O matce – narkomance i drobnej handlarce prochami. O 19-letnim „chłopaku” - internetowej znajomości, który rozmawiał z nią na Skype jednocześnie oglądając porno. Czasem w kadr wbiega wiecznie półnagi i zaniedbany jej pięcioletni braciszek i czteroletnia siostra. I tak dzień po dniu. W nagraniu z 29 grudnia mówi w pewnym momencie: „I'm so tired” („jestem taka zmęczona”). W innym - „I can't do this anymore” („już nie mogę tak dłużej”).

I w tym bagnie ona – dwunastolatka z fryzurą typu „emo”, czasem z ostrym, „gotyckim” makijażem. Niekiedy bywa wesoła, śpiewa, innym razem nie wytrzymuje tego co się wokół niej dzieje i rzuca „fuckami”, które w jej „domu” słychać zewsząd. Kłócąca się z matką. Płacząca w chwilach załamania. Mówiąca o swojej depresji, którą matka próbuje zagłuszyć faszerując ją prozacem. Sprawia przy tym wrażenie nad wiek dojrzałej, inteligentnej i przede wszystkim wrażliwej. W połączeniu z depresją ta mieszanka okazuje się zabójcza. Jest przy tym przeraźliwie samotna, jej jedynym przyjacielem jest telefon, wysłuchać tego, co ma do powiedzenia chcą tylko jej sieciowi „followersi”.

Bloga zatytułowanego „Diary of a Broken Doll” zakłada 21 grudnia i zamieszcza na nim 5 wpisów. Prócz tego co mówi na swoich filmach, pisze też o tym, że nie ma łóżka – śpi na starym, obrzydliwym materacu rzuconym na podłogę. Ta zaś jest wiecznie mokra z powodu przeciekających rur i zieje w niej wielka dziura na wylot, przez którą ciągnie zimnem. O tym, że nie cierpi zbliżającego się Bożego Narodzenia i nie czuje „świątecznego ducha”. O tym, co robił jej ojczym. Ostatni wpis pochodzi z 27 grudnia i wprost rozważa w nim samobójstwo. Nie wie jeszcze, czy się powiesić, czy podciąć sobie gardło nożem. Okalecza się – nie pierwszy raz zresztą - i zamieszcza zdjęcie swych pociętych ud. Kończy jednak stwierdzeniem, iż wie, że bez względu na to jak bardzo chciałaby się zabić, nie może pozwolić zawładnąć sobą „tym demonom”. Tego wieczora zamierza się modlić i prosić Boga o odpowiedź.

W ostatnim internetowym nagraniu – już z dnia samobójstwa – wychodzi na zewnątrz, podchodzi do pobliskiego drzewa i mówi: „this is where I hang” („tutaj się powieszę”). Kilka godzin później spełnia tę zapowiedź.

III. Epilog

30 grudnia w Cedartown słońce zachodziło o 17:41. Policja zjawiła się na miejscu ok. godz. 18:00. Ratunek spóźnił się o jakieś 20 min. Spośród wszystkich osób oglądających na żywo samobójstwo, tylko jeden widz z Kalifornii zaalarmował policję. Inni, jak namierzony przez internautów niejaki Tarik z Casablanki w Maroku, wręcz ją podżegali, pisząc „do it!”. Ojczym Katelyn ma sprawę o molestowanie, pozostałą dwójkę rodzeństwa przekazano pod opiekę dziadkom. Na Facebooku zawiązała się grupa „Justice For Katelyn Nicole Davis” domagająca się ukarania obojga rodziców i monitorująca postępy w śledztwie, podobnie jak youtuber o pseudonimie „mr. Gunk”.

Cóż mogę dodać. Nigdy nie zapomnę poważnego spojrzenia Katelyn skierowanego w obiektyw telefonu. Spojrzenia straumatyzowanej dziewczynki, która widziała i przeżyła rzeczy, jakich żadne dziecko doświadczać nie powinno. I która pewnego dnia powiedziała sobie: już wystarczy.

Symboliczne pożegnanie Katelyn Nicole Davis odbyło się 6 stycznia 2017 roku - przy pustej trumnie. Ciało wciąż jest w kostnicy do dyspozycji koronera w związku ze śledztwem. 20 lutego Katelyn skończyłaby 13 lat.

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 04 (175) 25.01.2017 - 31.01.2017

niedziela, 31 maja 2015

Młodzi, wykształceni, wk...ni

Nastąpiło społeczne przebudzenie i jest to w znacznej mierze zasługa dwóch osób – Andrzeja Dudy i Pawła Kukiza.

I. Młody kontra piernik

Gdy piszę ten tekst, znane są jedynie wstępne wyniki wyborów wskazujące na zwycięstwo Andrzeja Dudy. Niezależnie jednak od ostatecznych danych (pamiętam rok 2010, kiedy szliśmy spać z prezydentem Kaczyńskim, a obudziliśmy się z Komorowskim), już teraz można powiedzieć jedno: nastąpiło społeczne przebudzenie i jest to w znacznej mierze zasługa dwóch osób – Andrzeja Dudy i Pawła Kukiza. Na spotkania tych kandydatów nie trzeba było zganiać partyjno-urzędniczego aktywu, ludzie przychodzili sami, obaj kandydaci utrafili w jakieś zapotrzebowanie, choć każdy z nich w nieco innym segmencie elektoratu. Wystarczy porównać sobie pełne życia obrazki ze spotkań Dudy z drętwymi „oficjałkami” Komorowskiego, podczas których za „tłum” robili działacze PO i uzależniony od obecnego układu lokalny aparat urzędniczy. Trwało to dłużej niż sądziłem, ale najwyraźniej Polacy wreszcie zaczęli mieć dość rządów aroganckiej i do cna skorumpowanej kliki trzęsącej od ośmiu lat naszym krajem. Nie dało się dłużej ukrywać kosztów ciepłej wody w kranie: obelżywie niskich płac, pracy odartej z godności na umowach śmieciowych, bezrobocia – szczególnie wśród młodych ludzi, podniesienia wieku emerytalnego, zdzierstwa banków, goryczy emigracji, braku życiowych perspektyw, widma głodowych emerytur, wszechmocnych sitw, państwa zaprojektowanego jako żerowisko dla kolesi, „wygaszania” kolejnych obszarów polskiej państwowości... długo by wymieniać.

Muszę tu uderzyć się w piersi. Nie doceniłem Dudy, Kukiza również. Gdy dowiedziałem się, kto będzie kandydatem PiS-u, stwierdziłem, że mamy oto przepis na kolejną wyborczą katastrofę opozycji – czyli „żelazny elektorat” i do widzenia. Andrzeja Dudę kojarzyłem jedynie z kilku wypowiedzi w filmie „Mgła” wyprodukowanym przez „Gazetę Polską” i stąd wiedziałem, że był współpracownikiem śp. Lecha Kaczyńskiego. A ilu Polaków obejrzało ten film? Prócz wspomnianego filmu, był dla mnie i dla zdecydowanej większości wyborców kimś kompletnie anonimowym. Moją frustrację pogłębiała niemrawa z początku kampania, co w połączeniu z pozostającymi wówczas w świeżej pamięci wyborami samorządowymi i wystudzoną reakcją PiS-u na fałszerstwa, nie napawało optymizmem.

Aż wreszcie przyszedł moment pamiętnej konwencji – a potem było już tylko lepiej. Duda zaczął konsekwentnie piąć się w górę, okazało się, że potrafi przemawiać, nawiązywać partnerski kontakt z wyborcami i ze swą młodością, dynamiką, stanowi wyraziste przeciwieństwo spierniczałego „wujka Bronka” wraz z jego dworem.

 

II. Internet rządzi!

Warto zwrócić uwagę, że nareszcie doszło do realnego przełamania monopolu propagandowego obozu władzy. Opozycyjne media okrzepły, ich głos stał się słyszalny, lecz samo to nie byłoby wystarczające, gdyby nie internet. W dorosłe życie wkroczyło pokolenie wychowane w otoczeniu współczesnych technologii, dla którego telewizja nie jest wyrocznią, lecz jednym z wielu dostępnych źródeł informacji i opinii – wcale nie najważniejszym. To pokolenie portali społecznościowych, memów, You Tube, szukające aktywnie w sieci interesujących ich treści – czyli żywe zaprzeczenie biernego siedzenia przed telewizorem. Ludzie ci są w stanie natychmiast skonfrontować to co słyszą w „zaprzyjaźnionych stacjach” z żywym, interaktywnym przekazem internetu. Przekazem, co ważne, który mogą sami współtworzyć. To stosunkowo nowe w naszej politycznej rzeczywistości medium znakomicie wykorzystał sztab Andrzeja Dudy, w przeciwieństwie do ekipy Komorowskiego, która okazała się wręcz zaskakująco nieporadna i niekomunikatywna w wirtualnej przestrzeni.

Paradoksalnie, na korzyść opozycji zagrało długoletnie sekowanie jej i odcinanie od medialnego mainstreamu. Owo wypchnięcie zaowocowało przeniesieniem przekazu do internetu i zagospodarowaniem tej niszy. Blogosfera, nieskrępowana wymiana poglądów, tworzenie kontaktów i więzi społecznościowych – to wszystko nie wzięło się znikąd, jest efektem wieloletniej pracy, inwencji, pomysłowości. Setki, jeśli nie tysiące inicjatyw tworzonych zazwyczaj nieodpłatnie, z potrzeby serca, przyniosły wreszcie efekt. To dzięki nim właśnie mógł zaistnieć fenomen Ruchu Kontroli Wyborów – ta wielka, oddolna mobilizacja, która z pewnością jeszcze nie raz zaprocentuje w przyszłości. Dotychczasowa nisza stała się równoprawnym partnerem społecznego i politycznego dyskursu.

To wszystko zostało przez obóz Komorowskiego, zapatrzony w potęgę oddziaływania oddanego mu telewizyjnego oligopolu, kompletnie zlekceważone. Kojarzony ze stetryczałymi „moherami” PiS okazał się bardziej innowacyjny, niż epatująca swą „nowoczesnością” Platforma. Symptomatyczne są tu badania wedle których program Tomasza Lisa – sztandarowy produkt telewizyjnego agit-propu – ogląda w większości widownia powyżej 50 lat (w tym ponad 60 lat ma 46% z tej grupy), z miast do 50 tys mieszkańców i wsi (w tym ze wsi – 37%), składająca się w 55% z emerytów, w 48% z osób z wykształceniem podstawowym i w 32% ze średnim. Grupa komercyjna 16-49 lat, to zaledwie 13,58% widowni Lisa. Wypisz-wymaluj, odbiorcy, których w propagandzie przypisywano PiS-owi i mediom ojca Tadeusza Rydzyka.

 

III. Młodzi, wykształceni, wk...ni

No dobrze, zauważy ktoś, ale jeszcze nie tak dawno „młodzi z fejsbuka” stanowili trzon watah urządzających sabaty pod krzyżem na Krakowskim Przedmieściu. Powiem tak – minęło kilka lat i tym młodym zdążyła dać po dupie twarda rzeczywistość. Może jeszcze nie zagłosowali na pisowskiego Dudę, ale już na Kukiza – owszem. I prawdopodobnie dla wielu z nich Duda stał się kandydatem drugiego wyboru. Okazało się w międzyczasie, że wszystkie wymienione na początku artykułu efekty rządów PO boleśnie odbijają się na ich różnorakich aspiracjach i samo symboliczne zaliczenie do „młodych, wykształconych z dużych miast” nie wytrzymuje konfrontacji z realiami funkcjonowania w warunkach „szklanego sufitu”.

Używając terminologii Michnika, „gówniarze” się wk...li i pokazali wała establishmentowi III RP oraz jej mediom - stąd wściekłość i przerażenie takich ludzi jak oberredaktor z Czerskiej, profesorowie Czapiński, Marcin Król i innych – dożywotnich, jak zapewne sądzili - autorytetów. Poczuli, że coś wymyka im się z rąk, że ich głosy zwielokrotnione przez reżimowe mediodajnie przestały być czynnikiem decydującym o masowych nastrojach.

Kampania pokazała też głęboką, strukturalną patologię III RP. Otóż transformacyjny podział na „nachapanych” i „wydymanych”, jak to niegdyś określił Ziemkiewicz, reprodukuje się po 25 latach już w drugim pokoleniu - stąd taka masa sfrustrowanych „radykałów”, których akademik Czapiński najchętniej wyrzuciłby na emigrację, by nie psuli mu dobrego samopoczucia, a jego „Diagnozom społecznym” nie odbierali wiarygodności. Prezydentem i patronem takiej oto „wolności” pragnie (lub pragnął, w zależności od werdyktu przy urnach) być Komorowski.

Z powyższego wypływają ciekawe wnioski w perspektywie wyborów parlamentarnych. Ponieważ „wydymanych” jest o wiele więcej niż „nachapanych”, to jesienne wybory wygra ta siła polityczna, która skuteczniej odwoła się do tego właśnie elektoratu. Z naturalnych względów sięgnięcie po tych wyborców przyjdzie łatwiej opozycji, niż układowi rządzącemu. Rząd bowiem nie ma dla nich żadnej wiarygodnej oferty poza emigracją, która, jak stwierdziła pani Komorowska, jest „szansą”. Wypowiedź ta jest zresztą świetnym przykładem na odklejenie od rzeczywistości sytych, wiecznie zadowolonych z siebie elit. Mówiąc „Seksmisją”, obóz beneficjentów III RP „abstrahuje od punktu odniesienia” - miast porównywać się z cywilizowanym światem wraca wspomnieniami do epoki w której wyjazd na saksy był nieopisanym szczęściem, a nie jak dzisiaj – smutną koniecznością. No to my, mogą odpowiedzieć młodzi ludzie - taką „szansę” serdecznie chromolimy, choć niewykluczone, że zmuszeni okolicznościami, będziemy musieli z niej skorzystać. Już teraz większość maturzystów deklaruje, że rozważa opuszczenie kraju po ukończeniu szkoły.

Poza wszystkim, kampania może stać się ożywczym powiewem dla PiS, który od pewnego momentu sprawiał wrażenie cokolwiek skapcaniałego wskutek długotrwałego siedzenia w opozycyjnych ławach. „Opodatkowanie” parlamentarzystów na kampanię Dudy, połączone z dyscyplinującą rozmową Kaczyńskiego z posłami i terenowymi baronami, w której zapowiedział, że jeśli w poszczególnych regionach Duda nie osiągnie zadowalającego wyniku, to mogą pożegnać się z miejscami na listach wyborczych, zdaje się być zwiastunem ożywienia w funkcjonowaniu największej siły opozycyjnej. Co ciekawe, mamy tu do czynienia z przynajmniej częściowym spełnieniem postulatów prof. Andrzeja Nowaka zawartych w słynnym liście na konwencję prezydencką, za który pisowski aparat i co bardziej krewcy zagończycy gotowi byli pana profesora ukrzyżować. Tak więc, pewien społeczny przełom – podkreślę jeszcze raz początkową tezę – nastąpił. Wiatr odmienił kierunek. Trzeba tylko nastawić żagle i nie zmarnować pomyślnej aury.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” -------> http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/1743-pod-grzybki-5

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 20 (27.05-02.06.2015)

środa, 4 lipca 2012

Alfabet blogosfery

Korzystając z kanikuły, wrzucam tekst lżejszy, zanim minie euforia po niedawnym koko-spoko i arcyboleśnie prosta rzeczywistość zwali się nam na głowy.

Będzie trochę zgryźliwie, trochę poważnie oraz, oczywiście, skrajnie subiektywnie i niesprawiedliwie. No to jedziemy:

A – Afery PO. Tytaniczna praca MarkaD, blogera i szefa Niepoprawnego Radia PL, który sporządził kompletne (chyba) dossier afer Platformy Obywatelskiej. W chwili obecnej jest ich już 1124 i z pewnością nie jest to ostatnie słowo. Jeśli ktoś ma złudzenia co do natury obecnego rządu i realiów III RP, to po lekturze „Afer” powinien się ich definitywnie pozbyć. Przed ostatnimi wyborami przeczytaliśmy w Niepoprawnym Radiu PL 745 afer z I kadencji Dyktatury Matołów w ramach specjalnej, przedwyborczej audycji. Materiału wystarczyło jak raz na pełne 8 godzin, z króciutkimi przerwami muzycznymi. Przed kolejnymi wyborami powinno być podobnie. Tacy nami rządzą stachanowcy.

B – Budyń78. Jegomość, który pisze pionierską rozprawę doktorską o polskiej blogosferze i w związku z tym notorycznie wyskakuje zza węgła, albo z parkowych zarośli, strasząc ludzi długaśnym... spokojnie - strasząc długaśnymi ankietami w których dopytuje się o różne sprawy. Ponieważ wypełniam je bez szemrania, to w ramach rekompensaty domagam się powieszenia w necie efektu finalnego, bo zamiaruję urządzić sobie z niego źródełko tematów do notek. Poza tym, Budyń jest punkiem-konserwatystą oraz wokalistą kapeli Spirit of 84. I ma glany z groźnymi sznurówkami. Po kimś takim można wszystkiego się spodziewać.

C – Coryllus. Człowiek-orkiestra. Bloger, pisarz, wydawca, geniusz autopromocji, słynący z niekonwencjonalnego traktowania czytelników swojego bloga – zwłaszcza tych, którzy z tego co pisze nie kumają ani litery. Coryllus ceni i poważa: Coryllusa, Toyaha, Jezuitów sprzed kasacji, polskich ziemian oraz Marię Rodziewiczównę. Coryllus nie ceni i nie poważa (w kolejności przypadkowej): Ziemkiewicza, Łysiaka, Warzechy, braci Karnowskich, polityków PiS (poza J. Kaczyńskim), patriotycznych kołczów od Zybertowicza, każdego kto się z nim nie zgadza i całej gamy innych nieszczęśników, którzy mieli tego pecha, że Coryllus zawiesił na nich oko, gdy szukał tematu do kolejnej notki. Coryllus pisze codziennie, zaś jego i Toyaha (patrz: T - Toyah) książki można nabyć... a zresztą, sam wam powie.

D – drugi obieg, a właściwie, Drugi Obieg 2.0, który wnikliwie i błyskotliwie (jak to ja ;) ), opisałem w swoich notkach (http://www.niepoprawni.pl/blog/287/drugi-obieg-20-%E2%80%93-cz-i oraz http://www.niepoprawni.pl/blog/287/drugi-obieg-20-%E2%80%93-cz-ii ). Współtworzony przez blogosferę jedyny cień nadziei dla Polski, permanentnie olewany i lekceważony przez Wiodącą Siłę Opozycyjną, która nie ma dość charakteru, by w ramach Terapii Czterech Kroków odspawać się od reżimowych mediodajni i przyswoić sobie tę elementarną prawdę, że im silniejszy jest Drugi Obieg 2.0, tym mocniejsza jest ich karta w rozgrywce z mainstreamem III RP. Cóż, my bez was jakoś damy sobie radę, natomiast wy bez nas ugrzęźniecie między Stokrotką a Lisem. Powodzenia.

E – Ekipa. Najlepiej - charakterna i zgrana. Warunek sine qua non funkcjonowania każdej blogerskiej inicjatywy. Znak rozpoznawczy Niepoprawnych.pl oraz Niepoprawnego Radia PL. Gdyby było inaczej, dawno pożarłyby nas wrogie desanty oraz zniechęcenie spod znaku „czy warto”. Widać warto, skoro istniejemy i przychodzą nowi czytelnicy, słuchacze, użytkownicy i blogerzy. Determinacja popłaca.

F – Free Your Mind. Gość, który z pozycji Arcywybitnego Blogera (bez ironii) oraz Tyrana z Miasta Pana Cogito zrobił sobie kosmodrom, by wzlecieć i wylądować na Czerwonej Stronie Księżyca gdzie, jak się zdaje, jest mu dobrze, miło, przytulnie i skąd nie zamierza wracać. Była „centrala antykomunizmu”, jest bajko-nur.

G – A nawet podwójnie: „GG”, czyli Grzyb i to do tego jeszcze Gadający. Autor tej oraz paru innych notek, tudzież członek ekipy (patrz: E – Ekipa) Niepoprawnych.pl plus Redaktor Współprowadzący (na zmianę z MarkiemD) audycje Niepoprawnego Radia PL. Obiekt westchnień dziewic i mężatek, wdów i rozwódek, starych i młodych. Najpoczytniejszy, opiniotwórczy, przystojny, młody i majętny. Zainteresowane panie prosi o kontakt na numer... A potem siostra podaje mi tlen i następuje powrót do arcyboleśnie prostej rzeczywistości, gdzie wszystkie przyjemności i splendory zgarnia Seawolf (patrz: S - Seawolf).

H – Ha. A nawet: HA! - wielkimi literami i z wykrzyknikiem. Wygląda to może debilnie, ale tylko z pozoru - jak inaczej oddać wewnętrzny, zdrowy śmiech i humor na resztę dnia po obejrzeniu kolejnej, trafiające w punkt animacji Niewolnika? Satyryk i grafik z najwyższej półki, przy którym różne Sawki mogą sobie obgryzać kompulsywnie skórki u paznokci, ewentualnie, jak salonowo-reżimowy trefniś (a niegdyś prawdziwy satyryk), Jacek Fedorowicz, wylądować w partyjnym biuletynie „POgłos” na proszonym chlebie. W przeciwieństwie do tamtych, ten Niewolnik publikuje tam, gdzie nie musi podcinać sobie skrzydeł. I kto tu jest prawdziwym niewolnikiem?

I – Interwencje. Najmocniejsza strona portalu Blogmedia24.pl. Zaangażowanie, kompendialne przedstawianie poszczególnych działów tematycznych. Warto mieć to w zakładkach przeglądarki. Polecam!

J – Janke Igor. Założyciel i szef Salonu24, które to miejsce ma niewątpliwą historyczną zasługę w animacji niezależnej blogosfery. Niestety, z czasem dała znać o sobie patologiczna wręcz obsesja, by nie dać się „politycznie zaszufladkować” i nie stracić poważania w „środowisku”, wskutek czego S24 stał się miejscem skrupulatnego wyważania racji między d...ą, a batem. Przy czym „batowi” pod postacią RR-K (patrz: K – Kalinowska Renata Rudecka), Jasia „Flanelki” Osieckiego, Libickiego, Migalskiego et consortes przypada prominentne miejsce na Stronie Głównej, zaś d...a, czyli oszołomscy blogerzy (patrz: O - Oszołomy), z powodu niewyjściowego wyglądu są sekowani na najróżniejsze sposoby, w związku z czym opuszczają Salon, by wzbogacić blogerskie szeregi Niepoprawnych.pl. I to jest druga historyczna zasługa pana Igora dla polskiej blogosfery.

K – Kalinowska Renata Rudecka. Czyli Renata Rudecka-Kalinowska, słynna (osławiona?) RR-K, zwana również erką, bądź er-er-ką. Cytowana przez Ober-Matoła na partyjnym spędzie, jako podkładka do usprawiedliwienia furiackiego ataku Niesioła na Ewę Stankiewicz. Gdy uda się już sklonować człowieka, to jestem pewien, że platformerscy macherzy od propagandy poproszą o kod DNA tej pani (er-er-ki, znaczy), która z pewnością im go ochoczo udostępni pod każdą postacią. Następnie, spece owi zaludnią internet jej klonami, które z własnego, głębokiego przekonania, będą robiły za darmo to, co w chwili obecnej robią tabuny płatnych trolli. Takiego skarbu nie wolno przegapić.

L – Lekcje historii. Tych permanentnie udziela na swym blogu Godziemba, a kto nie czyta, ten kiep. W związku z nieubłaganym postępem, jaki pod rządami Dyktatury Matołów odbywa się w naszej edukacji, jest to wręcz lektura obowiązkowa. Komplety dla tych, którzy chcą wiedzieć cokolwiek o naszej historii najnowszej. Ojcowie winni paskiem od brzytwy zaganiać dzieci przed komputery do czytania Godziemby, a potem rozmawiać z latoroślami o przeczytanym tekście, jeśli chcą, by z ich pociech wyrosło coś więcej, niż MWzWM.

Ł – Łażący Łazarz. Błyskotliwy niegdyś bloger, a obecnie drętwy nudziarz, który dał się uwieść majętnemu wujkowi z antypodów, za którym ciągnęła wataha kolejnych wujków z wojskówki, nie mogących przeboleć rozwiązania WSI. Wszystkich tych osobliwości nie omieszkał opisać Aleksander Ścios (patrz: Ś – Ścios Aleksander), za co ŁŁ zemścił się, podając publicznie domniemane dane osobowe Ściosa. Łazarz po wyrzuceniu go z Salonu24 organizował projekt „Nowy Ekran” w gościnie u Niepoprawnych.pl. „NE” miał być „prawicowym Onetem”, czyli narzędziem odwojowania mainstreamu z wrażych rąk, a okazał się konkurencyjnym blogowiskiem o bardzo nieciekawych konotacjach i polityczną dywersją (na szczęście nieudaną) uruchomioną przed wyborami parlamentarnymi 2011. Niepoprawni.pl są teraz mądrzejsi o cenne życiowe doświadczenie i jest to niewątpliwy wkład Łazarza w budowę niezależnej, antysystemowej blogosfery.

M – Matka Kurka. Bloger i twarz portalu Kontrowersje.net, który z Szawła, czyli jadowitego antykaczysty, stał się Pawłem, równie jadowicie dowalającym Dyktaturze Matołów. Łaska nawrócenia jak widać może spłynąć na każdego, pytanie, jak naiwny musi być wróbel, by dał się posadzić na tak nieświeże kurze g... Na tym nawet pieczarki nie urosną.

N – Niepoprawni.pl. Najlepszy portal blogerski we wszechświecie. Wiem, bo sam na nim piszę swego macierzystego bloga, reprodukowanego następnie na kilku innych portalach. Odpalaniu Niepoprawnych zawsze towarzyszy dreszczyk emocji, nigdy bowiem nie wiadomo, czy znienacka nie wyskoczy „Błąd 503 - Service Temporarily Unavailable”. Jest to więc miejsce dla ludzi żądnych przygód, niespodzianek, a nade wszystko - ceniących sobie smak zwycięstwa, gdy po dłuuugim mieleniu serwera uda się nam zamieścić komentarz lub notkę. Słowem, coś dla amatorów triumfu ducha nad materią.

O – Oszołomy. Czyli ja, pan, pani – społeczeństwo. Szczególnie upierdliwa jest ta część oszołomów, która zamiast zamknąć się w czterech ścianach z „Wiodącym Tytułem Prasowym” w garści (patrz: X - BriXen), tudzież oczyma permanentnie otwartymi za pomocą jakiegoś ustrojstwa rodem z „Mechanicznej pomarańczy” wpatrzonymi w WSI24 (co miałoby niebagatelny z punktu widzenia Obozu Beneficjentów i Utrwalaczy III RP walor reedukacyjny), wyłazi ze swym wstecznictwem w przestrzeń publiczną i dzieli Polaków. Oto my – blogosfera.

P – Przykazania blogera. 1) Piłeś – nie pisz! 2) Wypiłeś i napisałeś – nie publikuj! 3) Wypiłeś, napisałeś i opublikowałeś – na drugi dzień zrób raban, że hakerzy ze spec-służb włamali się na twoje konto!

Q – Q...a, muszę pisać na każdą literę?

R – Radio. Konkretnie – Niepoprawne Radio PL. Obecnie samodzielny podmiot, który wyewoluował z Niepoprawnych.pl (patrz hasło: „N - Niepoprawni.pl”) i jest najlepszym internetowym radiem we wszechświecie. Wiem, bo sam czytam w nim swoje i cudze notki. O naszych zasługach niech świadczy taki oto mail od wiernego słuchacza: „Powinni was za takie głupoty skazać na pracę w kamieniołomach. PRZYDAŁ BY SIĘ POŻĄDEK wy nieroby jedne.” (pisownia i artykulacja CAPS LOCKIEM oryginalna - GG)

S – Seawolf. Facet, który strzela tekstami z prędkością karabinu M-16, tak że „nie nadanżam” z czytaniem jego notek na antenie Niepoprawnego Radia PL. Obiekt westchnień damskiej i zazdrości męskiej części populacji blogerskiego internetu, bo każdy też by tak chciał – mieć kwadryliony odsłon, sadzić codziennie skrzące się od fajerwerków teksty, no i być prawdziwym kapitanem prawdziwego statku. To aż nieprzyzwoite, więc dam w tym miejscu upust małostkowej zawiści: phi, Siłólf, też mi coś... Co z niego za kapitan, skoro nawet nie ma szlachetnie siwiejącej brody i nie pali fajki. A ja mam szpakowatą brodę i palę fajkę - ot, co!

Ś – Ścios Aleksander. Człowiek, dla którego robię drugie odstępstwo od przyjętego tu klucza alfabetu łacińskiego (pierwsze było dla Łażącego Łazarza, ale z zupełnie innych powodów patrz: Ł – Łażący Łazarz). Niestrudzony poszukiwacz prawdy, który „Nie uznaje autorytetów ani prawd objawionych III RP”. Nie goni za poczytnością, nie publikuje gdzie tylko bądź, o czym świadczy zamknięcie na kluczyk bloga na S24 (patrz: J – Janke Igor). Nie cenzuruje się, choć pewnie, gdyby odpuścił tu i ówdzie, mógłby wciąż być drukowanym w „Gazecie Polskiej”. Jeśli chcesz się dowiedzieć czegoś istotnego o Polsce, czytaj „Bez dekretu”. Szacunek.

T – Toyah. Kumpel Coryllusa (patrz: C – Coryllus). Wraz ze swym synem wyśledził m.in. „aferę szalikową” czyli manipulację „Wyborczej”, która w ramach przemysłu pogardy zaprezentowała jedno z całej sekwencji zdjęć ś.p. Prezydenta Lecha Kaczyńskiego – akurat to, na którym rozkładany przez niego na meczu reprezentacji Polski kibicowski szalik był do góry nogami. „GW” zainterweniowała i Salon24 (patrz: J – Janke Igor) wycofał trefne zdjęcia. Prócz tego, Toyah stracił robotę po swym politycznym „coming oucie”. To poważne sprawy i warto je przypominać. Natomiast Toyah po słynnej „wywrotce” FYM-a (patrz: F – Free Your Mind) wyznał na blogu, iż ma do FYM-a telefon, a mimo to nie zadzwonił, by upewnić się, że FYM, to FYM. I to jest już cokolwiek nieciekawe. Toyah pisze z równą częstotliwością co Coryllus, zaś jego i Coryllusa książki można nabyć... zresztą, sami Państwu powiedzą.

U – Uzwojenie pod czaszką (zob. też: W – Wciórności!). Trzeba je mieć, by pisać bloga, a nie zostać trollem. Na Niepoprawnych.pl, by pisać bloga, uzwojenie posiadać należy. Inaczej albo nie otrzyma się rangi blogera, albo też, gdy brak uzwojenia wyjdzie w praniu, zostanie się tej rangi pozbawionym. A potem to już „Daremne żale - próżny trud, / Bezsilne złorzeczenia! / Przeżytych kształtów żaden cud / Nie wróci do istnienia.”

V – Video. Relacje z których słynie jak blogosfera długa i szeroka portal Blogpress.pl. Bernard i Margotte (oraz Czarek Czerwiński, który opatyczył mnie niedawno, że nie wspomniałem o nim w jednym z tekstów, więc wspominam) wykonują nieprawdopodobną robotę, obsługując wszelkie wydarzenia ważne dla polskiej opcji antysystemowej skupionej w Drugim Obiegu 2.0 (patrz: D – drugi obieg). Prócz tego są video np. na pomniksmolensk.pl, razem.tv i w wielu innych miejscach (pozostałych uprasza się o nie strzelanie do autora za niewymienienie, to mają być krótkie hasła). Wniosek – niech się gonią „cyfryzujące” Dworaki, mamy własne telewizje, które wraz z rozwojem internetu będą tylko zyskiwały na znaczeniu, a wy, mainstreamowcy, pozostaniecie w swoim grajdołku, ciuś, ciuś...

W – Wciórności! Ta przypadłość dotyka wielu skądinąd porządnych obywateli, którzy ni z tego, ni z owego, siedząc przed telewizorem, bądź czytając gazetę podczas konsumpcji pomidorowej z makaronem, wydają z siebie ten okrzyk. Następnie, z tym makaronem i pomidorowymi wciórnościami na ustach, gnają do komputera, by zacząć zajadle walić w klawiaturę. W ten sposób, w zależności od potencjału uzwojenia pod czaszką (zob: U - Uzwojenie), rodzą się dwa odmienne gatunki: blogerzy, lub trolle.

X – BriXen. Marcin B. Brixen – twórca kul... tfu, już miałem napisać jak te pismaki z mediodajni - „kultowej”, napiszę więc – kulturoproroczej serii o rodzinie Hiobowskich. Jest kulturoprorocza, gdyż antycypuje to, co będzie kulturową normą już za pięć lat. Nawet ukazały się książki, które może kupić każdy, komu wola. A kto chce być na bieżąco, niech czyta „Świat za pięć lat” w blogosferze – najbardziej realistyczną powieść epizodyczną naszych czasów.

Y – YouTubki, albo jutubki. Wklejane przez Jutubisie. Nie mylić z Teletubisiami, choć skojarzenie ze względu na infantylizację przekazu może być uprawnione. Zmora portalu próbującego utrzymać jako-taki poziom. Zawsze znajdą się egzaltowane Jutubisie gotowe wklejać gdzie popadnie jutubki z pioseneczkami i innymi takimi, uzewnętrzniając w ten sposób drzemiące w nich pokłady Wrażliwości, Dobra i Piękna. Oprócz tych jutubków nie mają, poza kilkoma zdaniami patriotycznych i bogoojczyźnianych banałów, literalnie nic do powiedzenia, za to burzą się, gdy nie są odpowiednio dopieszczane. I za nic nie pojmują, że od wzajemnego obsypywania, tudzież nakręcania się jutubkami jest Nasza Klasa, czy fejsbuk. Za to uwielbiają wpadać w histerię i demonstrować rany – ponieważ są Wrażliwi, Piękni i Dobrzy. Takie już są, te Jutubisie.

Z – Zawodowcy. Profesjonalni dziennikarze, którzy dla popularki bawią się w blogerów i łypią na nas kaprawym oczkiem. I chyba nawet wierzą w to, że ktoś się nabierze na te ich wielokrotnie przemłócone plewy.

***

Wszystkich nie wymienionych w powyższym tekście uprasza się o cierpliwość – aż do kolejnych wakacji (a może nawet wcześniej), kiedy to postaram się (choć nie obiecuję) spłodzić następny Alfabet. Jeśli powstanie, będzie jak ten - do bólu subiektywny i niesprawiedliwy.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: Niepoprawne RadioPL

sobota, 16 czerwca 2012

Internet a mediodajnie

Mediom elektronicznym (radio, telewizja) w Polsce ufa zaledwie 37 procent badanych, prasie papierowej – 38 procent.

I. Telewizja kłamie

Elektronicznym mediodajniom leci. Tak przynajmniej można sądzić po wynikach badań European Trusted Brands 2012 przeprowadzonych przez „Reader's Digest”, a przytoczonych niedawno przez „Rzeczpospolitą”. Badaniu mającym oszacować zaufanie do różnych mediów poddano obywateli 15 europejskich krajów, w tym Polski. Samo European Trusted Brands obejmuje oczywiście wiele różnych kategorii rynkowych – jest to jedno z najszerszych badań konsumenckich, choć metodologia może budzić pewne wątpliwości, bowiem respondentów dobiera się wyłącznie spośród prenumeratorów miesięcznika „Reader's Digest”, najpierw więc warto by zbadać kim jest przeciętny prenumerator tego periodyku.

Jednak zważywszy, iż jest to ranking dość prestiżowy, zerknijmy: otóż mediom elektronicznym (radio, telewizja) w Polsce ufa zaledwie 37 procent badanych i jest to wskaźnik dalece odbiegający od innych krajów, gdzie tego typu mediom ufa średnio ok. 50 proc. obywateli (w Szwecji i Finlandii nawet 72 i 80 proc.). Prasę papierową darzy zaufaniem 38 procent Polaków, co nie odbiega znacząco od średniej w innych krajach (40 proc.). W pewnym uproszczeniu można powiedzieć, że o ile polską specyfika pozostaje hasło „telewizja kłamie”, to gdzie indziej raczej można mówić o podejściu „prasa kłamie”, jako że w innych krajach właśnie prasa stoi niżej mediów audiowizualnych.

Prawdziwym ewenementem jednak jest poziom zaufania naszych rodaków do internetu – wiadomościom podawanym w sieci ufa aż 56 proc., podczas gdy w innych ankietowanych krajach – 45 proc.

II. Mętlik w głowach

Optymista mógłby wysnuć z powyższych danych wniosek: brawo, naród wybudza się z matrixu. Rozdźwięk między rzeczywistością, a reżimową propagandą suflowaną przez mediodajnie stał się zbyt duży, przegięli i teraz wychodzi im to bokiem. Ja jednak byłbym ostrożniejszy, bowiem, jak kilkakrotnie pisałem (np. TU i TU), Polacy mają olbrzymi problem z powiązaniem ze sobą poszczególnych faktów w elementarne związki przyczynowo-skutkowe, niczym tuwimowscy „straszni mieszczanie”, co to „widzą wszystko osobno”.

Przykładowo, wedle tego samego badania „Reader's Digest” jednym z zawodów o niskim poziomie zaufania jest zawód dziennikarza – ufa im zaledwie 32 procent respondentów. Jak to pogodzić z 37- i 38- procentowym zaufaniem do mediów, w których ci dziennikarze pracują? Ewidentnie jakaś część ankietowanych nie widzi związku między dziennikarzem a mediami w których ten dziennikarz pracuje... Nie jest to wprawdzie wyłącznie nasza specyfika, gdyż w innych krajach poziom zaufania do dziennikarzy jest jeszcze niższy (średnio 28 proc.), przy znacznie wyższym poziomie zaufania do medialnych instytucji, których ci sami dziennikarze są pracownikami! Pomieszanie z poplątaniem.

Innym przykładem mogą być lokalne wyniki zaufania do poszczególnych marek medialnych. Oto nasi „nieufni” rodacy największym zaufaniem wśród stacji telewizyjnych obdarzyli TVN, zaś wśród rozgłośni radiowych – RMF FM. No cóż, na usprawiedliwienie można rzec, iż wielkiego wyboru nie mieli, jako że mainstreamowe szczekaczki nadają z grubsza to samo, jednak wybór TVN-u przy jednoczesnym deklarowaniu braku zaufania do telewizji jest dość porażający.

No i wreszcie – jak ten deklarowany brak zaufania odnieść do wciąż dobrych notowań Platformy, która dwukrotnie wygrała wybory i wciąż, mimo pewnych wahnięć prowadzi w sondażach? Czyli – niby nie ufamy mediodajniom, ale jednocześnie pozwalamy im sobą manipulować, popierając partię, której są tubami propagandowymi.

III. Jest o kogo walczyć

Pocieszający jest wysoki wskaźnik zaufania do treści internetowych, oznacza ono bowiem, że Polacy się aktywizują i próbują sami docierać do informacji, których nie znajdą w mediach tradycyjnych. I tu widzę wielkie wyzwanie dla Drugiego Obiegu 2.0, częściowo zgrupowanym choćby w Federacji Mediów Niezależnych – dotrzeć do tych ludzi ze swym przekazem, zagospodarować ich i wyrwać z objęć matrixu, w którym obecnie pozostają. Polska blogosfera już teraz jest czymś wyjątkowym, a wraz z rozwojem nowych technologii może być tylko lepiej.

Póki co jednak, biorąc pod uwagę to co napisałem powyżej o kojarzeniu związków przyczynowo-skutkowych, przypuszczam, iż to „samodzielne” wyszukiwanie informacji kończy się u większości na największych portalach, powielających mainstreamowy przekaz, uzupełniony celebrycko-skandalizującą papką. Sądzę, że np. ktoś deklarujący nieufność do telewizji – niechby nawet i do przodującego TVN-u – odpala internet i wchodzi na Onet, po czym czuje się wielce usatysfakcjonowany informacjami, do których „samodzielnie dotarł”, nie zdając sobie sprawy, że zarówno telewizja, której „nie ufa”, jak i portal któremu „ufa” należą do tego samego koncernu – ITI...

Niemniej, badanie pokazuje, że przynajmniej jest o kogo walczyć. Zmiany w świadomości postępują opornie, ale są zauważalne. Warto zatem, by zwrócili na to uwagę politycy z opozycyjnej partii, którzy poza internetem i różnymi drugoobiegowymi inicjatywami nie mają w praktyce niczego – nawet jeśli we własnym mniemaniu uważają się za byty nieskończenie lepsze od jakiejś tam szarej internetowej masy. Zamiast bredzić za podszeptem jakiegoś sabotażysty, że „internet to tylko 15 procent”, jak raczył się onegdaj wyrazić Jarosław Kaczyński, warto Panie i Panowie politycy się ku temuż internetowi zwrócić, zanim ktoś zmagazynowany w nim potencjał sprzątnie Wam sprzed nosa. Po raz kolejny dochtór GG zaleca Państwu Terapię Czterech Kroków (recepty TUTAJ i TUTAJ).

Gadający Grzyb

PS. Kraje w których przeprowadzono badania: Austria, Belgia, Chorwacja, Czechy, Finlandia, Francja, Holandia, Niemcy, Polska, Portugalia, Rosja, Rumunia, Słowenia, Szwecja oraz Szwajcaria. Wzięło w nim udział 27 467 respondentów. (dane za „Rzeczpospolitą”).

Notek w wersji audio posłuchać można na: Niepoprawne RadioPL

czwartek, 31 maja 2012

Terapia Czterech Kroków - kontynuacja

Im silniejszy jest Drugi Obieg 2.0, tym mocniejsza jest Wasza pozycja na scenie politycznej, Panie i Panowie.

I. Piętnaście procent

Jakiś czas temu wyczytałem u Coryllusa („Czym sufrażystka różni się od pisowca”), a ten z kolei u Toyaha („Wygrać za darmo, przegrać za frajer”), że Jarosław Kaczyński na marcowym zebraniu z działaczami PiS-u i Solidarności w Katowicach stwierdził, iż „na Internet nie ma co liczyć, bo to zaledwie 15 procent społeczeństwa”. Kto Prezesowi słynącemu z teleinformatycznej abnegacji podsunął tę myśl skrzydlatą, trudno zgadnąć, ale jest to ewidentny sabotażysta i należy go wykopać natychmiast, zanim narobi dalszych szkód. W każdym razie, musi być to osobnik sprytny, taki który wie co i kiedy szepnąć do ucha, tak by – jak stało się w tym przypadku – zagrać np. na nieufności Jarosława Kaczyńskiego do nowych technologii.

Piszę to w nawiązaniu do mojego poprzedniego tekstu „Terapia Czterech Kroków” w którym podjąłem temat wałkowany przeze mnie przy różnych okazjach – mianowicie - bezsensu i szkodliwości wałęsania się pisowskich działaczy po reżimowych mediodajniach, od których zdają się być uzależnieni niczym narkoman od kolejnej działki towaru. W skrócie, szkodliwość ta polega na uwiarygadnianiu i legitymizowaniu propagandowej ekspozytury obozu beneficjentów i utrwalaczy III RP bez żadnych korzyści własnych, podczas gdy tuż obok leży odłogiem potencjalnie potężne i wciąż rozwijające się narzędzie w postaci Drugiego Obiegu 2.0 (czytaj TUTAJ i TUTAJ), dysponującego zdywersyfikowanymi kanałami bezpośredniego docierania do ludzi.

Dla jasności – ów Drugi Obieg 2.0 to nie tylko blogosfera – jego formuła jest o wiele bardziej pojemna i zróżnicowana. Żeby nie rozmydlać tekstu, odsyłam do linków powyżej.

II. Wyniosłe milczenie

Ostatnio, 12 maja, miało miejsce ważne wydarzenie integracyjne - Kongres Mediów Niezależnych - na którym wprawdzie Jarosław Kaczyński był, ale nie sądzę, by potraktował te wszystkie mniejsze i większe inicjatywy do końca poważnie. Nie wiem, czy zmienił swe nastawienie od czasu Drugiej Rocznicy Katastrofy Smoleńskiej, kiedy to dopiero na skutek podszeptu i refleksu pani Marty Kaczyńskiej dopowiedział jedno zdanie podziękowania pod adresem blogerów, którzy odwalają za jego partię gigantyczną robotę w sieci, budując komunikacyjną alternatywę wobec załganych mediów mainstreamu.

A na Kongresie mówiono o rzeczach istotnych, choć nie zawsze wygodnych. Podczas panelu dyskusyjnego KMN w ramach Kongresu „Polska Wielki Projekt” MarkD zwrócił np. uwagę na milczenie polityków ze wspieranej przez nas opcji na temat istnienia mediów niezależnych – portali blogerskich, rozgłośni radiowych, czy internetowych telewizji. Tymczasem, każda publiczna wzmianka mogłaby w sposób istotny przyczynić się do rozwoju tych przedsięwzięć, zachęcając mniej zorientowanych odbiorców. W niedawnej rozmowie w Radiu WNET (prezentowanej również w Niepoprawnym Radiu PL) MarkD uzupełnił tę tezę o konkretny przykład: kilka lat temu Przemysław Gintrowski w wywiadzie udzielonym „Rzeczpospolitej” wyznał, iż czytuje m.in. Niepoprawnych.pl. Efektem był natychmiastowy skok popularności portalu – co ważniejsze, ów skok okazał się trwały. Wystarczyło jedno zdanie w dość krótkim wywiadzie. Można? Można.

Opisane powyżej „wyniosłe milczenie” spotyka nas również ze strony zawodowych dziennikarzy. Ja np. nie mam oporów, żeby zalinkować w tekście np. do wPolityce.pl. Nie spotkałem się jednak z sytuacją, by wPolityce.pl linkowało np. do Niepoprawnych, ba – by zauważyło samo ich istnienie. I to pomimo tego, iż oba portale współtworzą Federację Mediów Niezależnych. Ostatnio wPolityce.pl zaczęło przynajmniej wrzucać relacje video Bernarda i Margotte z „Blogpressu”. Dobre i to. Czasem wprawdzie zdarzy się sytuacja typu, że Marek Pyza zacytuje w „Uważam Rze” Gadającego Grzyba, ale są to rodzynki. Tymczasem, wzajemne cytowanie i odwoływanie się do siebie powinno być normą. W ostatecznym rozrachunku, działa to na korzyść nas wszystkich – i to pomimo, że owszem, w jakimś sensie, konkurujemy ze sobą o odbiorców.

III. Mówiący do milionów...

Ale to dygresja. Powróćmy do naszych baranów. Jakie są zatem powody, że politycy opcji, ujmijmy to hasłowo, patriotyczno-niepodległościowej, wspomną o Radiu Maryja, „Gazecie Polskiej”, ale słowem nie zająkną się o niezależnych mediach internetowych? Jednym z powodów jest marazm intelektualny, polegający na poruszaniu się w bezpiecznym świecie schematów. W tym świecie utarło się, iż media „tradycyjne” są poważne, zaś media internetowe, o ile nie stoi za nimi jakiś koncern czy duży inwestor, lub unijne fundusze, są „niepoważne”. Tymczasem, śmiem twierdzić, iż blogerzy, uśredniając, nie wypisują więcej głupot, niż głównonurtowi dziennikarze. Na pewno zaś trafiają się wśród nich osoby obdarzone większym talentem, polotem i lepszym piórem, niż tzw. uznani publicyści. Na takim Salonie24 wręcz normą jest wypychanie najlepszych blogerskich tekstów ze Strony Głównej, gdyż, jak się domyślam, pisanina „zawodowców” wyglądałaby na ich tle jeszcze gorzej niż wygląda obecnie.

Sądzę, że ludzie świata polityki, przynajmniej ci na górze, zdają sobie z tego sprawę – nie są aż tak dramatycznie ograniczeni. Kieruje nimi jednak ułuda masowości – występując w którejkolwiek z ogólnopolskich stacji taki jeden z drugim wyobraża sobie, że przemawia do milionów. I faktycznie – przemawia. Zapomina tylko, co „zaprzyjaźniona” mediodajnia uczyni z jego przekazem, w jakim kontekście go zaprezentuje i z czym skonfrontuje. I jaki będzie tego efekt finalny. To samo zresztą można powiedzieć o konserwatywnych publicystach. Nigdy np. nie zrozumiem, dlaczego Terlikowski chodzi do Lisa. Przekracza to moją zdolność pojmowania.

I znów – aby nie rozmydlać tekstu, muszę odesłać do linków – wcześniejszych notek, gdzie odnoszę się do powyższych problemów bardziej szczegółowo: „PiS a mediodajnie” oraz „Żer dla mediodajni”.

Wyczuwam jednak jeszcze jeden powód nieufności świata polityki w stosunku do internetowych „drugoobiegowców”. Otóż tacy, dajmy na to, blogerzy, nawet sympatyzujący z PiS-em, są ciężko sterowalni. To nie są płatne trolle, których zatrudnia Platforma. Ci ludzie piszą z przekonania, mają swoje przemyślenia i ugruntowane poglądy, nie zawsze zgodne z aktualną linią partii i generalnie, bywają nieobliczalni. Co działacze partyjni, dość często bucowaci i mniej inteligentni, jakby wzięci z castingu na „biernych miernych, ale wiernych”, mogą „nakazać” blogerom i komentatorom, którzy bezczelnie sobie pozwalają na krytykę - a to partyjnych posunięć w poszczególnych sprawach, a to zasłużonych działaczy? Ja na przykład sobie pozwalam i będę pozwalał sobie nadal, ilekroć uznam to za wskazane. Nawet w szczycie kampanii wyborczej jeśli trzeba, bo zależy mi na czymś więcej, niż urządzenie się w partyjno-korporacyjnym schemacie, gdzie pierwszym przykazaniem jest OWD (Ochroń Własną D...ę).

Pokazowym przykładem owej nieufności było fiasko akcji „Uczciwe wybory” polegającej na obsadzeniu mężami zaufania komisji wyborczych podczas ostatnich wyborów parlamentarnych. Zaraz po wyborach zaczęły mnożyć się doniesienia o spławianiu przez lokalnych działaczy PiS pod byle pretekstem wolontariuszy – kandydatów na mężów zaufania. Bez komentarza.

IV. Powróćmy do Terapii Czterech Kroków

Co przegapiają politycy idąc na masówkę, gdyż „internet to tylko 15 procent”?

Po pierwsze to, iż reżimowe mediodajnie do których lecą niczym muchy do gnoju przy każdej okazji robią z nich wała, grając na rzecz Dyktatury Matołów, a szerzej – obozu beneficjentów i utrwalaczy III RP, którego są integralną częścią.

Po drugie, że Drugi Obieg 2.0 jest jak rój pszczół – te pozornie małe inicjatywy po przekroczeniu pewnego progu osiągną efekt kumulacji i zażądlą na śmierć każdego, nawet największego przeciwnika. Powtarzam to co jakiś czas – można zabić jedną czy drugą pszczołę, ale koniec końców Rój zawsze wygrywa. MarkD w tym kontekście mówi o mrówkach obłażących słonia. Tyż piknie.

Po trzecie wreszcie, jak napisałem w tekście „IV RP o muerte”: „społeczności zgrupowane wokół różnych pozamainstreamowych inicjatyw są jedyną realną siłą państwowotwórczą, jaką obecnie ma do dyspozycji Polska. Warto, by świat zawodowej polityki, na czele z największą partią opozycyjną, był łaskaw o tym pamiętać. Jeśli ktoś jednak taką państwowotwórczą siłę widzi gdzie indziej, proszę mi ją pokazać. Chętnie się przypatrzę.”

Poza wszystkim, zamykanie się na internet jest zwyczajnym świństwem zrobionym pokaźnej grupie często najbardziej aktywnych wyborców.

Toyah w przywoływanym na wstępie tekście napisał:

„Czy naprawdę to, że on [Jarosław Kaczyński] osobiście Internetu nie lubi, na nim się nie zna, i poznać nie planuje, jest wystarczająco dobrym powodem, żeby machnąć ręką na tych wszystkich, których wokół siebie zorganizował, i im powiedzieć, że niech sobie z tym Internetem robią co chcą?”

Zaś wcześniej:

„Tyle że ja bym był bardzo szczęśliwy, gdyby prezes partii, którą wiernie i lojalnie popieram, zechciał się zastanowić, dlaczego, skoro ta część opinii publicznej jest aż tak zaniedbana, nie warto by było ją przejąć choćby i na własność.”

No właśnie – wieczne trwanie w oparciu o mentalną skamielinę biernych, miernych ale wiernych działaczy i ostentacyjna olewka środowisk zgrupowanych w sieci, to gorzej niż zbrodnia. To błąd. Polska, „prawoskrętna”, polityczna blogosfera, już teraz jest ewenementem na europejską, a zapewne i na światową skalę. Jest ważnym i trwałym składnikiem Drugiego Obiegu 2.0. I będzie rosnąć, mimo różnych prób skanalizowania tego nurtu. Gdyby politycy z prawej strony zaczęli łaskawie zauważać istnienie blogosfery - również w publicznych wystąpieniach – tylko by na tym zyskali.

To funkcjonuje na zasadzie wzajemności. Im silniejszy jest Drugi Obieg 2.0, tym mocniejsza jest Wasza pozycja na scenie politycznej, Panie i Panowie. Poza mediami Tomasza Sakiewicza i o. Rydzyka, jesteśmy jedyną siłą, którą macie po swojej stronie.

Przewietrzcie się. Porzućcie zgubne nałogi. Jesteśmy waszym detoksem. Innego nie macie. Jeszcze raz zalecamTerapię Czterech Kroków.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: Niepoprawne RadioPL

Notki na podobny temat:

http://niepoprawni.pl/blog/287/terapia-czterech-krokow

http://niepoprawni.pl/blog/287/pis-mediodajnie

http://niepoprawni.pl/blog/287/zer-dla-mediodajni

http://niepoprawni.pl/blog/287/drugi-obieg-20-%E2%80%93-cz-i

http://www.niepoprawni.pl/blog/287/drugi-obieg-20-%E2%80%93-cz-ii

czwartek, 17 marca 2011

Drzemiący restrykcjonizm


Skoro były już dwa zamachy na wolność internetu, to będą i kolejne, gdyż mnożenie regulacji daje władzy naturalną przewagę nad obywatelem.



I. Bat na malkontentów.


W zamierzchłych czasach peerelu, kiedy jeszcze Jacek Fedorowicz był pełnokrwistym satyrykiem, a nie reżimowym clownem produkującym się na łamach partyjnej gazetki Jedynie Słusznej Siły Politycznej, wspomniany autor napisał znakomity tekst (nie pamiętam niestety tytułu) w którym zanalizował mechanizm tworzenia przez państwo różnych bzdurnych i sprzecznych ze sobą przepisów, których nie sposób nawet wszystkich poznać, nie mówiąc już o zastosowaniu się do rozlicznych zakazów i nakazów. Otóż przepisy te, jak wywodził ów niegdysiejszy satyryk, tworzone są z pełną premedytacją, tak by nie sposób było ich przestrzegać, by „waadza” miała na każdego haka i by w konfrontacji z „aparatem” poddany (bo przecież nie obywatel) stał na z góry przegranej pozycji.


Oczywiście, mechanizm represji nie trwonił sił i środków na ustawiczne ściganie każdego – dopiero gdy poddany-obywatel zaczynał szurać, fikać i kwękać, że coś mu się w przodującym ustroju nie podoba, wyciągano na delikwenta odpowiedni paragraf: a to że „spekulował” na targu pietruszką, to znów że coś tam sobie „załatwił” na boku, czy postawił w ogródku huśtawkę dla dziecka bez odpowiedniego zezwolenia. Ci co pamiętają wiedzą, a tym którzy nie pamiętają polecam filmy Barei z zaznaczeniem, że oddają ówczesne realia w stopniu nie mniejszym niż dzisiejsze fabularyzowane dokumenty.


II. Drzemiący restrykcjonizm.


Na własny użytek nazywam takie relacje na linii państwo - obywatel drzemiącym restrykcjonizmem, a wspominam o tym dlatego, że z czymś w tym guście mamy do czynienia w przypadku głośnego projektu ustawy medialnej nakładającej na polski internet potencjalny knebel nie znany w żadnym cywilizowanym kraju, związany m.in z obowiązkiem zgłaszania treści audiowizualnych do Krajowej Rady Radiestezji i Telekinezy (© Ludwik Dorn) i podporządkowania ich takim samym wymogom, jakie muszą spełniać tradycyjne telewizje. Cały myk polega właśnie na potencjalności owego knebla, gdyż na wpół zdechłe państwo zwane III RP nie ma możliwości, by na bieżąco śledzić wszystkie serwisy internetowe, ale wciąż może uderzać punktowo, wybiórczo – i po to właśnie jest ta ustawa.


Jeżeli bowiem wejdzie ona w życie w obecnym kształcie, to stworzy w odniesieniu do polskich portali i stron internetowych opisaną wyżej sytuację drzemiącego restrykcjonizmu. Idę o zakład, że na codzień żaden urzędas nie będzie ślęczał w sieci sprawdzając, czy aby jakiś portalik nie wrzucił filmiku bez powiadomienia, zapisy pozostaną w drzemce, z której jednak w każdej chwili będą mogły zostać wybudzone by uderzyć z całą mocą i w majestacie prawa, gdy jakaś banda malkontentów zacznie „waadzy” fikać, bruździć i ogólnie robić wbrew. Coś w tym guście próbowano już przeforsować przy okazji ustawy hazardowej, teraz obserwujemy drugie podejście.


Na szczęście, podobnie jak w przypadku ustawy hazardowej, wokół sprawy zrobiła się draka i premier Tusk zgrywając pierwszą naiwną (jedyne co mu naprawdę wychodzi) zapewnia nas teraz, że absolutnie, w życiu i nigdy nie miał intencji by cokolwiek kneblować a wszelkie cenzorskie zapędy są mu z gruntu obce. W ekspresowym tempie powołano zespół pod przewodnictwem ministra Bogdana Zdrojewskiego, tego samego który dosłownie wczoraj nie widział w ustawie niczego złego, by oczyścić projekt z zamordystycznych przepisów i poprawić go na etapie prac Senatu. Muszą się chłopaki uwijać, bo Bruksela ciśnie i grozi karami za niewdrożenie dyrektyw dotyczących rynku audiowizualnego (ustawa powinna była zostać uchwalona już dwa lata temu). Słowem, burdel i jaja – jak zwykle.


Nie łudźmy się jednak – skoro były już dwa zamachy na wolność internetu, to będą i kolejne, gdyż mnożenie regulacji daje władzy naturalną przewagę nad obywatelem.


III. Knebel ponad podziałami.


Ale kit w ucho Platformie, po niej nie można było się spodziewać czegokolwiek innego. Najbardziej przygnębiającym elementem tej ponurej hecy jest postawa Prawa i Sprawiedliwości celnie wypunktowana przez Budynia78 w tekście „Panie posłanki, panowie posłowie”. Co powodowało politykami ugrupowania roszczącego sobie pretensje do reprezentowania patriotycznej i konserwatywnej opcji polityczno-światopoglądowej? Opcji konsekwentnie spychanej w głównonurtowym przekazie na margines, dla której internet stał się niemal ostatnim miejscem nieskrępowanego głoszenia poglądów, organizowania się, prowadzenia dyskusji? Nawet idiota wie, że przy obecnym układzie władzy odzwierciedlonym w KRRiTv to właśnie PiS i jego sympatycy padliby jako pierwsi ofiarą zamordystycznych obostrzeń.


Czy posłowie z PiS-u potraktowali ustawę „z automatu”, tak jak głosuje się większość ustaw dostosowujących nasze prawo do unijnego? Nie wiedzieli? Wiedzieli, lecz przeważyły urazy wywołane internetową działalnością platformerskich trolli? Uznali, że to rozwiązanie się przyda, jak osławiony art.212 KK, którego nie rusza żadna władza, bo to poręczny bat na niewygodnych dziennikarzy? Wreszcie, powtórzę za Budyniem78 – są idiotami, czy może idiotami i zdrajcami chroniącymi kastowe interesy „klasy politycznej”, porzucając własnych zwolenników?


IV. Czy PiS potrzebuje internautów?


Niezależnie od motywów, zaufanie do PiS-u zostało nadszarpnięte i nie pomogą tu żadne tłumaczenia, tym bardziej, że przy internetowej słabości partyjnych „struktur” to niepokorni blogerzy, internauci samorzutnie i oddolnie prowadzili w sieci orkę tysiącami wpisów, inicjatyw, wychodząc z tymi inicjatywami w „real”... Kiełkuje we mnie podejrzenie, że właśnie owa spontaniczna oddolność, siłą rzeczy nie poddająca się sztywnej politycznej kontroli, może budzić niepokój zhierarchizowanych partyjnych struktur. Poza oficjalnymi i zdawkowymi wyrazami uznania wyczuwam postawę typu „Murzyn zrobił swoje...”. Szkoda słów. No chyba, że Jarosław Kaczyński i jego otoczenie uznało, że wystarczy im „Gazeta Polska” i media okołoradiomaryjne.


A, właśnie... Zaglądam na internetową wizytówkę tworzonej wokół „GP” Strefy Wolnego Słowa – portal niezalezna.pl. O ustawie cisza. Strefa Wolnego Słowa nie widzi powodów do obaw. Przy całym szacunku dla dokonań i zasług Strefy – chowanie głowy w piasek dyktowane mądrością etapu to nie jest dobre rozwiązanie.


Gadający Grzyb

niedziela, 6 lutego 2011

Marek Jurek i Niepoprawni


Blogerska działalność Marka Jurka to modelowy przykład wykorzystania nowoczesnego narzędzia w anachroniczny sposób.



Od niedawna do grona Niepoprawnych blogerów dołączył Prezes Prawicy Rzeczypospolitej, pan Marek Jurek, który przekleja u nas notki ze swego macierzystego bloga: http://blog.marekjurek.pl/ . Prawdę mówiąc, efekty (póki co) nie są zachwycające. Warto bowiem zadać sobie pytanie: czemu służyć ma blog prowadzony przez polityka? Ano, ma służyć komunikacji z wyborcami. I ten podstawowy warunek nie jest spełniony, albowiem pan marszałek poprzestaje na „wrzucaniu” kolejnych notek na różne tematy i to zarówno na blogu „Prawa Wolna”, gdzie komentują jego zwolennicy, jak i na „Niepoprawnych”, gdzie spotkał się, delikatnie mówiąc, ze sceptycznym przyjęciem użytkowników.


I. Interaktywne medium... bez interakcji.


Powiela tym samym klasyczny grzech prawicy, mianowicie pryncypializmu poglądów nie łączy z próbą bezpośredniego przekonywania do swych racji, pozyskania elektoratu. Najwyraźniej sądzi, że wystarczy nieugięcie głosić swoje, a naród w końcu przejrzy na oczy i zagłosuje „jak należy”. W tenże sposób traktuje swą działalność blogerską: jako mównicę, czy też ambonę z której wygłasza kazania, następnie zaś schodzi w poczuciu głębokiej słuszności, licząc najwyraźniej, że blask jego słów porazi niedowiarków, którzy przejrzą na oczy. A że orator średni... Ale o to mniejsza.


Problem polega na tym, że blogerska działalność pana Jurka to modelowy przykład wykorzystania nowoczesnego narzędzia, jakim jest internet i blogosfera, w wyjątkowo anachroniczny sposób. Ta forma komunikacji zakłada bowiem interakcję, choćby na minimalnym poziomie. Nie wymagam oczywiście, by pan marszałek ślęczał godzinami nad blogiem i wdawał się w piętrowe polemiki – zdaję sobie sprawę z tego, że jest człowiekiem zajętym, ale krótkie ustosunkowanie się do najczęstszych zarzutów i wątpliwości powinno się znaleźć – choćby po to, by blogerzy (czytani wszak przez prawicowy elektorat) nie mieli poczucia, że są przez Pana Polityka lekceważeni. Elementarny pijar, o innych względach już nie wspominając. Dla porównania, taki Korwin-Mikke (też opozycja pozaparlamentarna o zbliżonym poparciu) na swoim blogu się udziela.


Tymczasem, pan Marek Jurek wrzuca swe notki i nie raczy choćby zdawkowo odpowiedzieć na wątpliwości blogerów. Rozumiem, że nie udziela się na „Prawej Wolnej”, gdzie pisze do przekonanych, ale akurat o sympatię Niepoprawnych powinien raczej zawalczyć. Trybunę do głoszenia poglądów ma, ale nie kwapi się do bezpośredniego kontaktu z potencjalnym elektoratem i przekonywania do swych racji. Co to o nim mówi, jako o polityku działającym w warunkach demokracji, który musi zdobywać głosy?


II. Bez konkretów.


Zresztą, pal już licho interakcję. Jest jeszcze inny zgryz – otóż gdyby pan prezes używał swego bloga do popularyzacji postulatów programowych, ideowych, promowania konkretnych rozwiązań dla Polski i metod ich wcielania w życie, które następnie byłyby dyskutowane przez komentatorów, to rozumiałbym nawet absencję w debacie. Wystarczyłoby bowiem prześledzić dyskusję na temat poszczególnych kwestii (a komentatorzy uwielbiają takie „mięsko”), by choćby pobieżnie zorientować się, jaki jest ich społeczny oddźwięk wśród „targetu” wyborczego. Domyślam się, że opozycja pozaparlamentarna nie dysponuje górami pieniędzy na pogłębione badania, a mimo to nie wykorzystuje tego co ma praktycznie za darmo.


Natomiast z blogu pana Jurka o problemach wymienionych w powyższym akapicie nie dowiadujemy się praktycznie niczego. Na przykład, jak Prawica RP ma zamiar wejść do parlamentu i czy planuje jakąś szerszą koalicję z innymi partiami, organizacjami, środowiskami? Nic, zero. Poza ogólnie znanym stanowiskiem w kwestiach światopoglądowych nie wiemy też nic o programie Prawicy RP w sprawach gospodarczych (podatki, deficyt, dług publiczny, wydatki państwa), społecznych (emerytury, służba zdrowia), bezpieczeństwa (armia, policja, wymiar sprawiedliwości), polityce zagranicznej (jakie sojusze, jakie zagrożenia, metody przeciwdziałania)... O tym nam pisz, panie Jurek! Pamiętając, że oczekujemy konkretów i nie dajemy się zbyć ogólnikami.


III. Przepychanki i blogerski misz-masz.


No dobrze, ale przecież nasz Szanowny Współbloger o czymś pisze. O czym? Ano, poza pierwszą notką wyrażającą zaniepokojenie losem egipskich chrześcijan (ważna sprawa, bez ironii) mamy dwa wpisy poświęcone partyjnym przepychankom z PiS, rozpamiętywaniu doznanych krzywd i nielojalności we własnych szeregach... no ekscytujące. I tu wyłazi kolejny grzech prawicy ciągnący się jak smród za wojskiem od lat 90-tych. Liderzy poszczególnych formacji zdają się sądzić, że te utarczki „kręcą” wyborców w tym samym stopniu co ich samych i dziennikarzy. Że, nieco przerysowując, każda nieczysta zagrywka lub ambicjonalny spór to konflikt o dziejowym, fundamentalnym dla Polski wymiarze. Że ustąpienie z poglądami choćby o krok, to zdrada Sprawy i przeniewierstwo. Kilka tych „że” mógłbym jeszcze wymienić, gdyż polityczny światek tasujący się we własnym hermetycznym kręgu bierze swoje urazy i garść sloganów za realne, bądź choćby emocjonalne problemy społeczeństwa. To wyobcowanie wyziera niestety również z tekstów Marka Jurka.


Zresztą, na „Prawej Wolnej” nie jest lepiej. Notki z ostatnich dwóch miesięcy to typowy blogerski misz-masz, przeplatany pretensjami do PiS-u i jałowym wołaniem o dymisję rządu. Na dodatek dość drętwo napisany.


W ten sposób wyborców się nie pozyska. Nie tędy droga. Nie wystarczy „mieć rację". Polityk z takim doświadczeniem jak Pan powinien wiedzieć o tym najlepiej.


Gadający Grzyb



pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl

piątek, 6 listopada 2009

Nie kijem go, to pałką.


Biurofaszyści pochylają się nad internetem…

Inwencja Ministerstwa Kultury w regulowaniu internetu zdaje się być niewyczerpana. Nie tak dawno, przygotowywana nowelizacja prawa prasowego zakładała obowiązek rejestracji wszystkich, również prywatnych, stron internetowych. Sprawa się rypła m.in. ze względu na absurdalność, nieprecyzyjność i ogólną bublowatość prawną postulowanych rozwiązań. Ale nic to. Nowy projekt nowelizacji, pozornie wychodzący na przeciw internautom, ma postać kolejnego bubla, m. in. w kwestiach dotyczących blogosfery.

Prasa, nie-prasa?

Na początek trzy kwestie: prasa, nie-prasa, redakcja (cytaty z projektu ustawy za prawo.vagla.pl/ . Całość w PDF www.mkidn.gov.pl/docs/prawo_prasowe-010609.pdf ).

Co jest prasą?

„1) prasa oznacza publikacje periodyczne, które nie tworzą zamkniętej, jednorodnej całości, ukazujące się nie rzadziej niż raz do roku, opatrzone stałym tytułem albo nazwą, numerem bieżącym i datą, a w szczególności: dzienniki, czasopisma, serwisy agencyjne, biuletyny, programy radiowe i telewizyjne; prasą są także wszelkie istniejące i powstające w wyniku postępu technicznego środki masowego przekazywania, o ile upowszechniają publikacje periodyczne za pomocą druku, wizji, fonii lub innej techniki rozpowszechniania.”,

Co zatem nie jest prasą?

„3. Za prasę nie uważa się przekazów niepodlegających procesom przygotowywania redakcyjnego w rozumieniu ust. 2 pkt 8, w szczególności: blogów, korespondencji elektronicznej, serwisów społecznościowych służących do wymiany treści tworzonej przez użytkowników, przekazów prywatnych użytkowników w celu udostępnienia lub wymiany informacji w ramach wspólnoty zainteresowań, stron internetowych prywatnych użytkowników.”;

A co jest redakcją?

„8) redakcją jest jednostka, w której organizowany jest proces przygotowywania materiałów do publikacji w prasie, w tym zbieranie, ocenianie i opracowywanie materiałów.”,


Pomieszanie z poplątaniem..

Niby wszystko jest w porządku, blogosfera w myśl ustawy nie będzie podlegała rygorom prawa prasowego, w tym obowiązkowi rejestracji, ale…

Wątpliwości instytucjonalne.

No właśnie – i tu następuje lista wątpliwości:

1) Po pierwsze - nie ma definicji ustawowej bloga, czy serwisu społecznościowego. Czy portale zrzeszające blogerów, typu Niepoprawni.pl, Salon24 i wiele innych, są blogami, „serwisami społecznościowymi służącymi do wymiany treści tworzonej przez użytkowników”, czy jeszcze czymś innym?

2)
Czy można stwierdzić, iż wzmiankowane portale rozpowszechniają przekazy „niepodlegające procesom przygotowywania redakcyjnego w rozumieniu ust. 2 pkt 8,”, skoro każdy z nich prowadzi jakąś politykę redakcyjną np. umieszczając niektóre teksty na stronie głównej, bądź w tzw. „czołówkach”, albo zamieszczając u siebie blogi zewnętrznych autorów?

3) Czy administracja portali jest, czy nie jest „redakcją w której organizowany jest proces przygotowywania materiałów do publikacji w prasie, w tym zbieranie, ocenianie i opracowywanie materiałów.”? Przecież redakcja ocenia materiały blogerów (choćby co do selekcji na „czołówki”), wkleja ilustracje, czasami poddaje teksty formatowaniu… (tak było w początkach mojego blogowania, za co jestem redakcji „Niepoprawnych” głęboko wdzięczny).

4) Co z inicjatywami typu Niepoprawne Radio.pl, które jak raz pasuje do definicji mówiącej, iż „prasą są także wszelkie istniejące i powstające w wyniku postępu technicznego środki masowego przekazywania, o ile upowszechniają publikacje periodyczne za pomocą druku, wizji, fonii lub innej techniki rozpowszechniania”. To samo tyczy się np. „Polis” FYM-a.

5) Czy to wszystko oznacza, że prawu prasowemu nie będą podlegały jedynie „indywidualne” blogi na portalach typu blogspot?

Dowolność interpretacyjna jeży włosy w nozdrzach…

Wątpliwości indywidualne.


Poza tym, nawet jeśli przyjąć, iż blogosfera zostanie wyłączona spod władzy prawa prasowego, implikuje to kolejne konsekwencje, zasygnalizowane m.in. w „Rzepie” (link poniżej). Otóż:

1) Bloger nie będzie się mógł powołać na tajemnicę dziennikarską, by chronić informatora.

2)
Powstaje też pytanie, czy będzie mógł np. korzystać w swej twórczości z tzw. „dozwolonego użytku”, zamieszczając cytaty z prasy i innych mediów.

Ad.1)
Pierwsza wątpliwość dotyczy (na razie) wąskiej grupy blogerów. No bo, ilu ma „dojścia” porównywalne z dziennikarzami śledczymi? Niemniej, patrząc długofalowo, może stanowić istotny hamulec w rozwoju blogosfery.

Ad.2) Druga wątpliwość ma istotne znaczenie w kontekście wolności słowa tu i teraz, bowiem znacząca część politycznej blogosfery polega na, powiedzmy, „redefiniowaniu” komunikatów docierających do odbiorcy za pomocą głównonurtowych mediodajni.

Obywatelska kontrola nad „czwartą władzą” – garść refleksji.

Więc co, mógłby ktoś zapytać, wy, blogerzy, chcecie mieć dziennikarskie przywileje, bez podlegania rygorom, jakie muszą spełniać „oficjalne” media? I do tego swobodnie korzystać z dorobku „etatowych” dziennikarzy?

Ano, właśnie tak – podobnie jak do tego typu „przywilejów” powinien mieć prawo każdy obywatel. Porzucając eufemizmy, blogerzy często odkłamują zmanipulowany przekaz medialny, destylując z bełkotu fakty i poddając je interpretacji zgoła innej, niż ta która w zamyśle medialnych bonzów miała zagnieździć się w zwojach mózgowych mediotrawców.

Jak pełnić tę demaskatorską funkcję bez sięgania do cytatów? Ograniczenie „dozwolonego użytku” utrudni patrzenie na ręce zarówno rządzącym (a gdy rządzący są „słuszni”, to większość mediów się do „misji” nie kwapi), jak i dziennikarzom, których obiektywizm jest nierzadko bardzo podejrzanej próby, niektórzy zaś wprost deklarują, iż czują się bardziej funkcjonariuszami na polityczno – ideowym froncie, niż dostarczycielami informacji.

Obecnie mamy do czynienia z chorą sytuacją pozwalającą pod różnymi pretekstami zatajać dostęp do informacji publicznej (np. urzędy uwielbiają zasłaniać się ochroną danych osobowych). Dopóki wspomniany stan ma miejsce, dopóty będzie istniała potrzeba sięgania do dorobku tych, którzy dzięki instytucjonalno – prawnemu wsparciu (legitymacja dziennikarska plus praca we wpływowym medium), docierają do informacji… a następnie poddają je specyficznej obróbce, w wyniku której do odbiorcy trafia pulpa ulepiona pod gusta i zapotrzebowania współczesnych „zawodowych macherów od losu, specjalistów od śpiewu i mas”.

Bloger zaś sięga po tę pulpę, rozgrzebuje, konfrontuje… i w efekcie, często – gęsto okazuje się, iż dziennikarz łgał jak bura suka, bowiem z faktów wynika coś zupełnie innego.

Blogosfera ma wszelkie dane po temu by, mówiąc górnolotnie, stać się elementem społecznej kontroli nad „czwartą władzą”. Społeczna kontrola jest tym bardziej potrzebna, iż owa władza nie jest umocowana konstytucyjnie. Kłamliwego redaktora nie można postawić przed Trybunałem Stanu – co najwyżej pozwać cywilnie, gdy kogoś fałszywie obsobaczy.

A kto dopilnuje blogerów? Proste – inni blogerzy, którzy, nierzadko nie przebierając w słowach, z lubością wypominają sobie nawzajem potknięcia, niekonsekwencje, mielizny intelektualne itd. Tak właśnie powinno być. Wolny rynek faktów, interpretacji, idei (i ambicji…). Wiecznie gorący tygiel.

A zatem: biurofaszyści – ręce precz od internetu!

Zakończenie.

Na zakończenie ogólna uwaga co do projektu nowelizacji. Wyraźnie widać, iż nasi ustawodawcy wzięli się za regulację czegoś, o czym nie mają pojęcia. Dla nich „prasopodobny” internet to elektroniczne mutacje „tradycyjnych” mediów, tudzież wielkie biznesowe "onetoidalne" przedsięwzięcia. Skala rzeczywistości, którą uparli się regulować, przerosła ich kompetencje i wyobraźnię.

Sam już nie wiem, głupota czy zła wola?

Gadający Grzyb

P.S. To coś, co zamieściłem w charakterze ilustracji, to nie jest moja żałosna twórczość, tylko oficjalne logo Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Kto i ile wziął za ten „projekt”? www.mk.gov.pl/dziennikarze/logo_ministerstwa.html

pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl

www.mkidn.gov.pl/docs/prawo_prasowe-010609.pdf

prawo.vagla.pl/node/8731

prawo.vagla.pl/node/8715

www.rp.pl/artykul/4,387697_Bloger_nie_zasloni_sie_tajemnica_dziennikarska.html