Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polityka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polityka. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 25 czerwca 2019

Pod-Grzybki 165

Biskup bydgoski Jan Tyrawa usunął z parafii ks. Romana Kneblewskiego i przeniósł go na przedwczesną emeryturę. Lewactwo świętuje. A oto próbka ścieku, przed którym ugiął się hierarcha (wszystkie cytaty z gazeta.pl, pisownia oryginalna). Trzymajcie się foteli: „On się nadaje do psychiatryka, a nie na emeryturę”; „Gdy pomyślę, że z moich podatków opłacane są składki emerytalne takim łajzom lub innym degeneratom, by później też z moich podatków też opłacać ich emeryturę, to zwyczajnie krew mnie zalewa”; „kneblowski z takim podłym ryjem mógł zostać tylko księdzem !!!!”; „emeryturę temu pasożytowi sponsoruje zbydlęcone katolicyzmem polskie społeczeństwo”. I tak dalej. Bp. Tyrawa z pewnością musi być z siebie bardzo dumny.


*

Wygląda na to, że polska filmografia zaczyna funkcjonować w rytmie kalendarza wyborczego. Przed wyborami samorządowymi był „Kler” Smarzowskiego, przed europejskimi „Tylko nie mów nikomu”, a teraz, przed parlamentarnymi - „Polityka” Patryka Vegi. Najwyraźniej Vega uznał, że po „Botoksie” musi się „wypucować” w oczach liberalnego mainstreamu, tak samo jak Smarzowski po nakręceniu „Wołynia”. Panikarzy uspokajam – film stanowić będzie przegląd utartych stereotypów i skierowany jest do tych, którzy i tak z góry „wiedzą”, że PiS to „zło”, ewentualnie trafi do publiki uważającej, że wszyscy politycy to świnie i złodzieje. Tyle, że obie grupy i bez tego albo są betonowym „anty-PiSem”, albo nie chodzą na wybory, bo po co. Czy efekt filmu Vegi będzie więc zerowy? Nie. Zmobilizuje prawicowych wyborców, a sporą część elektoratu środka skutecznie odstręczy od głosowania na opozycję nachalna propaganda, która ani chybi „przegrzeje temat”, tak jak było to z produkcją Sekielskich. A potem PiS wygra wybory i lewactwo stanie z rozdziawionymi gębami, nie mogąc sobie wytłumaczyć „jak to się stało” - przecież w kinach była taka frekwencja...


*

A propos – Sekielski zagroził pozwami tym, którzy będą łączyć ataki na duchownych i kościoły z jego filmem. Czekam zatem, aż wytoczy proces nożownikowi z Wrocławia, który wyjaśniając motyw ataku na księdza sam stwierdził, iż „Tylko nie mów nikomu” to „dobry trop”. No chyba, że sprawca kupi okolicznościową koszulkę, wtedy wszystko będzie grało – bo jeśli zgadza się kasa, to po co się handryczyć?


*

Tęczowy faszyzm w natarciu – niemiecka „Interia” wywaliła Rafała Ziemkiewicza za kilka słów prawdy o ideologii homoaktywistów. W tym samym czasie jakiś postępowy „eurogejczyk” na warszawskiej paradzie degeneratów dzielił się z dziennikarzami nadzieją, że w końcu „wymrą stare k...y głosujące na PiS”. Czyli po staremu – lewactwo nie jest w stanie funkcjonować bez terroru i cenzury. Mam dla nich jednak kiepską wiadomość – otóż rozmnażają się właśnie te „stare k...y” (bo są hetero), a nie „eurogejczycy” (jak mawiał J. T. Stanisławski - „nie da rady, oba samce”), zaś dzieci rodzące się w związkach jednopłciowych istnieją jedynie w głowie prof. Płatek.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 25 (21-27.06.2019)

niedziela, 3 czerwca 2018

Kryzys jest szansą! - cz.2

Narodowcy przesypiają pomyślny wiatr historii - a, biorąc pod uwagę chociażby kontekst międzynarodowy, koniunktura jest jak rzadko kiedy.

I. Stanowczość popłaca

No proszę, wystarczy minimum asertywności w połączeniu z elementarną koordynacją działań i okazuje się, że można się postawić nawet Żydom. Taka mniej więcej płynie lekcja z zadymy wokół pomnika katyńskiego w Jersey City. Nawiasem, sam pomnik uważam za nadekspresyjny kicz, ale może taki właśnie skuteczniej przemawia do amerykańskiej wrażliwości. Mniejsza jednak o walory artystyczne monumentu – w momencie ataku obowiązkiem Polski było stanąć twardo w jego obronie, bo szanujące się państwo i naród nie mogą pozwolić, by jakiś pętak rozstawiał nas po kątach. To się udało – wreszcie zaktywizowała się nasza dyplomacja, podjęto współpracę z amerykańską Polonią, nawiązano kontakty z innymi mniejszościami etnicznymi, weteranami, a nawet częścią środowisk żydowskich, które napomniały burmistrza Stevena Fulopa, by nie robił zbędnej siary, bo na stole leżą ważniejsze karty do rozegrania. Nie ma wątpliwości, że Fulop chciał podłączyć się pod antypolską nagonkę, by ugrać przy tej okazji kilka punktów na własne polityczne konto – najwyraźniej jednak przestrzelił, co na szczęście udało się nam wykorzystać. Zakładając, że dotrzyma porozumienia i pomnik faktycznie stanie raptem kilkadziesiąt metrów dalej, a grunt zostanie wydzierżawiony polskiej społeczności na 99 lat, to można ogłosić sukces.

W tym miejscu pozostaje jedynie żałować, że nasze władze nie zagrały analogicznie w przypadku ustawy 447 – bo jak się okazuje, przy pewnej determinacji istniała możliwość jeśli nawet nie zablokowania aktu, to może chociaż wykreślenia najgroźniejszych z naszego punktu widzenia zapisów o mieniu bezdziedzicznym. Podejrzewam zresztą, że zaangażowanie w sprawę pomnika w Jersey City miało na celu częściowe zatarcie fatalnego wrażenia, jakie wywarła na opinii publicznej nasza bierność w o wiele ważniejszej kwestii wspomnianej ustawy. Cóż, łatwiej jest potykać się z jakimś burmistrzem niż z Kongresem i potężnym „przemysłem holocaust”, zwłaszcza gdy w grę wchodzą gigantyczne pieniądze. Na osłodę PiS postanowiło przedstawić swoją bierność jako cnotę, urządzając przy okazji po raz kolejny kpiny w żywe oczy z patriotycznego elektoratu. Tak bowiem należy odczytywać wystąpienie Adama Bielana w Telewizji Republika, podczas którego tłumaczył nam, że „radykalne” organizacje żydowskie nie są ukontentowane kształtem JUST Act, albowiem ten jest w ich opinii zbyt łagodny i rzekomo nie daje realnych możliwości nacisku na restytucję mienia bezspadkowego. Innymi słowy, mamy się cieszyć, bo mogło być gorzej. Zapewne mogło, ale nie da się też ukryć, że mogło być lepiej, gdyby polskie państwo cokolwiek w tej sprawie zrobiło i nie chwytało za ręce amerykańskiej Polonii, która jako jedyna podjęła konkretne działania lobbyingowe.


II. „Elastyczność” gluta

Rozwodzę się nad tymi dwoma przypadkami, bowiem skupiają one jak w soczewce rozchwianie pisowskiej polityki – od gromko ogłoszonego szturmu (nowelizacja Ustawy o IPN) do rejterady (rozpaczliwe „odkręcanie” konfliktu z Żydami i zamrożenie „dużej” ustawy reprywatyzacyjnej), kompensowanej następnie kolejną szarżą na drugorzędnym odcinku frontu (pomnik w Jersey City). Słowem, mamy potwierdzenie tego, o czym pisałem w poprzedniej „Polsce Niepodległej”, wytykając PiS-owi niezgulstwo i podszytą tchórzostwem skłonność do kapitulanctwa przedstawianą jako „elastyczność”. Tymczasem elastyczność prawdziwa, to umiejętność sprawnego manewrowania połączona z asertywnością na kluczowych odcinkach. Przy takim podejściu, rozmaite kryzysy stają się szansą na ugranie czegoś dla siebie. PiS natomiast postępuje dokładnie odwrotnie – potrafi być stanowczy w kwestiach mniejszej wagi, natomiast chowa się do mysiej dziury gdy przychodzi do rozgrywki głównej. Takie nastawienie zaś oznacza, że każdy kryzys staje się z miejsca poważnym zagrożeniem. W efekcie, zamiast sprężystości cisowego łuku mamy „elastyczność” gluta.

Trzeba podkreślić, że ta postawa nie wynika jedynie z braku politycznej sprawności. Równie ważną rolę odgrywa poczucie względnego komfortu oraz związana z nim skłonność do wygodnictwa i chodzenia po najmniejszej linii oporu. Tak należy tłumaczyć postawienie na „bezalternatywny” sojusz z USA przy jednoczesnym zamykaniu oczu na prosty fakt, że w ten sposób sami wydajemy się na łaskę i niełaskę naszego aktualnego hegemona, co później skutkuje szeregiem przykrych następstw – począwszy od wymuszanej na nas ustępliwości w relacjach z Ukrainą i Litwą (bo Waszyngton chce mieć spokój na wschodniej flance i nie życzy sobie konfliktów między wasalami), a skończywszy na potencjalnie rujnujących nas „odszkodowaniach” za pożydowskie mienie i podtrzymywaniu kosztownej fikcji „strategicznego partnerstwa” z Izraelem. O dokonującym się na naszych oczach zaprzepaszczeniu szansy na status kluczowego węzła Nowego Jedwabnego Szlaku szkoda nawet mówić – główne trasy handlowe pójdą na południe i północ od nas, na czym skorzystają m.in. Węgry i Austria oraz Rosja i Niemcy, które właśnie dogadały się co do transportu chińskich towarów drogą morską na linii Kaliningrad – Rostock. A więc ceną za zignorowanie Chin na amerykańskie życzenie będzie powstanie logistycznego odpowiednika Nord Streamu.

Dzieje się tak dlatego, że PiS ma świadomość, iż na krajowym politycznym rynku nikt po prawej stronie nie jest w stanie mu zagrozić. Toteż, przynajmniej póki co, może sobie pozwolić na ignorowanie coraz bardziej rozczarowanej części patriotycznego elektoratu – w myśl zasady, że wyborcy i tak nie mają innej opcji, niż zagłosować na partię Kaczyńskiego w kolejnych wyborach. Po co zatem się starać i podejmować ryzyko? W razie czego malkontentów spacyfikuje się za pomocą uzależnionych od partii mediów, które ogłoszą ich „ruskimi agentami”. Tak to przynajmniej wygląda w optyce pisowskich decydentów.


III. Narodowa alternatywa?

Jednak narastająca frustracja wyborców jest faktem – wystarczy zajrzeć do internetu, by przekonać się, że po kolejnych blamażach i ustępstwach w ludziach aż się gotuje. Podobnie oskarżenie o agenturalność (niegdyś zabójcze) od dłuższego już czasu traci swoją moc oddziaływania. Stało się to, co kiedyś przewidywałem: metoda moralnego szantażu na „ruskiego agenta” wytarła się i zdewaluowała od ciągłego nadużywania - niczym równie śmiertelny niegdyś zarzut „antysemityzmu”. Ludzie zwyczajnie przestają się bać i coraz głośniej formułują swoje niezadowolenie. To zaś oznacza, że wcale nie „muszą” w kolejnych wyborach zagłosować na jedynie słuszną partię monopolizująca dziś propaństwowość i patriotyzm, z których to haseł coraz częściej przy bliższym sprawdzeniu pozostaje wydmuszka. Mogą po prostu zostać w domach.

Ale równie dobrze ktoś może ich głosy zagospodarować i zmobilizować przy okazji przynajmniej część ogromnej rzeszy biernych wyborców. I tu wrzucam kamyczek do ogródka środowisk narodowych. To, co pisałem odnośnie szansy jaką daje kryzys, dotyczy również ich. Obecna zadyszka rządu połączona z rosnącym zniecierpliwieniem prawicowej opinii publicznej stwarza naturalną przestrzeń w którą mogliby (i powinni) wkroczyć narodowcy. Generalnie, prawdziwym nieszczęściem dla obecnej sceny politycznej jest brak liczącego się ugrupowania na prawo od PiS – bo za takowe nie można uznać amorficznego i wstrząsanego konfliktami ruchu Kukiza. Potrzeba partii, która niczym szczupak w stawie powolnych karpi z jednej strony mobilizowałaby PiS do działania, z drugiej zaś przedstawiała czytelną alternatywę, unikając przy tym miazmatów prorosyjskiego „słowianofilstwa”.

Pytanie tylko, czy nasi narodowcy potrafią stanąć na wysokości zadania. Projekt stowarzyszenia „Endecja” pod patronatem Rafała Ziemkiewicza umarł, zanim w ogóle zaczął funkcjonować, a sam publicysta został spuszczony po drucie jako samozwańczy ideowy „guru”. Obecnie zatem sytuacja wygląda tak, że istnieje sporo ruchów, stowarzyszeń, tudzież oddolnych inicjatyw robiących wiele dobrego w pracy ideowo-wychowawczej, potrafiących raz do roku skrzyknąć się na Marsz Niepodległości, lecz nie znajduje to żadnego przełożenia na polityczny potencjał. Na dodatek, środowiska te są mało odporne na różnych idiotów i prowokatorów, kompromitujących ich w oczach opinii publicznej – zawsze prędzej czy później wyskoczy jakiś pajac z kukiełką Żyda, kogoś innego przyłapią na „hailowaniu” czy krojeniu torcika z „wunderwafelkami” i cały rozsądny przekaz narodowego mainstreamu idzie psu w gardło. Na powyższe nakładają się partykularne ambicyjki poszczególnych „wodzów”, nieuchronnie rozpraszające zbiorowy potencjał „Indian”. W konsekwencji, narodowcy przesypiają pomyślny wiatr historii - bo kilku polityków z tego nurtu, którzy zabrali się do Sejmu razem z Kukizem, delikatnie mówiąc, nie czyni wiosny. A, biorąc pod uwagę kontekst międzynarodowy i rosnącą popularność tego typu ruchów zarówno w naszym regionie, jak i na zachodzie, koniunktura jest jak rzadko kiedy. Pora zatem obudzić się z drzemki i chwytać okazję, bo lada chwila może być za późno.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Kryzys jest szansą!


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w dwutygodniku „Polska Niepodległa” nr 10 (23.05-05.06.2018)

sobota, 12 maja 2018

Kryzys jest szansą!

Dla obozu PiS jakakolwiek dywersyfikacja międzynarodowej aktywności wydaje się być mentalnie nie do udźwignięcia.


I. Nieodrobiona lekcja

Właśnie tak, jak w tytule – kryzys jest szansą. Wystarczy na sprawy spojrzeć od tej strony i wszystko staje się znacznie prostsze. Refleksja ta naszła mnie z podwójnej przyczyny – pierwsza, to niedawne załamanie sondaży PiS z którego partia rządząca próbuje się obecnie z lepszym lub gorszym skutkiem wygrzebać; druga – to wygrana Fideszu i Orbana na Węgrzech, która w modelowy sposób pokazuje nam, jak należy rozgrywać konflikty z korzyścią dla siebie. Odnoszę bowiem nieodparte wrażenie, że tym, co różni „dobrą zmianę” od węgierskiego premiera, jest nie tylko sprawność techniczna w poruszaniu się po politycznym polu minowym, ale również (a może – przede wszystkim) kwestia mentalności i coś, co w języku sportowym nazywa się „elementem wolicjonalnym”. Otóż tam, gdzie nasi widzą zagrożenia, które należy w jakiś sposób obłaskawić (najczęściej zresztą, żenująco nieudolnie), Victor Orban widzi kolejną rozgrywkę do wygrania. Efekt tej różnicy podejść jest taki, że Orban ma trzecią kadencję z rzędu i większość konstytucyjną, a PiS zaczyna drżeć o utrzymanie władzy. Innymi słowy – Orban wdeptuje przeciwników w ziemię, a PiS oddaje pole i przegrywa nie tyle z przeciwnikami, co z samym sobą.

Wyjaśnijmy to sobie na przykładzie. Obecnie w Polsce pokutuje mit „politycznego centrum”, które za wszelką cenę należy sobie zjednać, by wygrać wybory. Rzekomo w ten właśnie sposób PiS wygrało w 2015 r. A guzik prawda. PiS nie wygrało dzięki żadnemu „centrum”, lecz dlatego, że parło do przodu jak nosorożec – może bez większego wdzięku, ale za to z determinacją, przebijając kolejne, dotąd pozornie nieprzekraczalne „sufity” poparcia. Ta prawidłowość działała przez kolejne ponad dwa lata rządów – i przestała w momencie, gdy „dobra zmiana” wdała się w jakieś żenujące dryblingi, próbując „oswoić” ulicę i zagranicę. Wynika to z prostej prawidłowości – w 2015 ludzie mieli już powyżej uszu „ciepłej wody w kranie” i „zielonej wyspy” z której nic nie wynika dla sytuacji zwykłego człowieka. Te nastroje PiS jeszcze wyczuło i skutecznie na nich zagrało, ale nie wyciągnęło oczywistego wniosku – mianowicie, że ci sami wyborcy, którzy jeszcze 2-3 lata wcześniej faktycznie stanowili „centrum”, w 2015 r. byli już w zupełnie innym miejscu, znacznie radykalniejszym i zagłosowali na PiS oraz (ci bardziej wnerwieni) na Kukiza. A potem, mile zaskoczeni realizowaniem przedwyborczych obietnic, podtrzymywali swe poparcie wbrew wszystkiemu – jazgotowi mediów, demonstracjom kodowszczyzny i naciskom zagranicy. Mieli gdzieś Trybunał Konstytucyjny, sądokrację, utracone poczucie komfortu „łże-elit”, postępowy szantaż emocjonalny domagający się przyjmowania biednych „uchodźców” i wrzaski dobiegające z Brukseli. Obchodziło ich to, że wreszcie ktoś robi porządek i zwraca uwagę na potrzeby obywatela – ze szczególnym uwzględnieniem 500+ i tamy postawionej zalewowi muzułmańskich migrantów.

Krótko mówiąc, poparcie nie przyszło z centrum, tylko ze strony zradykalizowanego elektoratu - a PiS nie odrobiło lekcji płynącej z własnego zwycięstwa.


II. Węgierski przykład

Odwrotnie postąpił Victor Orban, który zresztą generalnie wydaje się być politykiem bardziej przytomnym i świadomym w co gra. On od początku miał „centrum” głęboko w tyle. Wiedział, że wyborów nie wygrywa się dzięki tanim umizgom, tylko dzięki trzem czynnikom – mobilizacji, determinacji i konfrontacji. Podkreślę – konfrontacji, a nie schodzeniu z linii strzału przy byle kontrowersji, czy to w polityce zagranicznej, czy wewnętrznej. Dlatego zrobił u siebie porządek z kredytami frankowymi, sądami i mediami, przy pierwszej okazji „podziękował” za współpracę Międzynarodowemu Funduszowi Walutowemu, który dyktował Węgrom antyrozwojową („balcerowiczowską”) agendę w interesie globalnego kapitału, a z zagrożenia migracyjnego uczynił jeden z motywów przewodnich niedawnej kampanii. Podobnie nie zawahał się pójść na zderzenie czołowe z Sorosem – u nas wciąż rzecz nie do pomyślenia. Skutek? Banki po początkowych lamentach jakoś się uspokoiły, bo zobaczyły, że nie ma żartów, MFW posłusznie zwinął żagle, węgierski odpowiednik „Gazety Wyborczej”, czyli „Népszabadság” padł szczęśliwie w 2016 r., zaś Soros właśnie ogłosił, że zamyka biuro „Open Society Foundation” w Budapeszcie i spada do Berlina. Widać różnicę?

Nasi kieszonkowi Talleyrandowie lubią epatować „elastycznością” Orbana, czyniąc z niej alibi dla własnego kunktatorstwa. Otóż nie. Elastyczność nie polega bowiem na zagłaskiwaniu napięć, tylko na sprężystości. Opłacało się być w Parlamencie Europejskim we frakcji Europejskiej Frakcji Ludowej, razem z niemiecką CDU/CSU (i, dodajmy, Platformą Obywatelską)? Proszę bardzo, dzięki temu mamy powiększone pole manewru. Obywatelom jednak nie przypadł do gustu zakaz handlu w niedzielę? Wycofujemy się, nie ma sprawy, mała strata. A z drugiej strony – Rosja chce z nami budować elektrownię jądrową i dostarczać nam gaz? Wchodzimy w to, bez względu na ujadanie tych europejskich hipokrytów, którzy sami przebierają nogami do robienia interesów z Putinem i chcą ciągnąć Nord Stream 2 przez Bałtyk. Dywersyfikujemy w ten sposób naszą politykę i nie uzależniamy się od jednego „sojusznika”. Chiny chcą z nami rozmawiać o „Nowym Jedwabnym Szlaku”? Czemu nie, patrz wyżej, długofalowo niemieckie koncerny samochodowe nie mogą być jedynym strategicznym inwestorem.

Rozumiemy już o co chodzi z tą elastycznością? Okazuje się, że to nie musi być wcale ustępliwość, tylko manewrowanie połączone z odpowiednią dawką asertywności. Nasi wybrańcy natomiast wciąż mają problem ze zrozumieniem i wcieleniem w życie tej oczywistości. Rzecz jasna, trzeba zastrzec (bo zaraz jakiś hunwejbin zarzuci mi, że jestem „ruskim agentem”), iż nie chodzi o kopiowanie węgierskiej polityki i konkretnych ruchów w skali 1:1. Chodzi o metodę – a my tej metody nie mamy.


III. „Elastyczność” czy niezgulstwo?

Wróćmy do kwestii „elastyczności”, mającej przykryć nasze niezgulstwo. Różnicę między Polską a Węgrami świetnie ilustruje konflikt z Brukselą na tle osławionej „praworządności”. Właśnie „poprawiamy” ustawy sądownicze pod zapotrzebowanie zgłoszone przez Timmermansa, na co ten ostatni wciąż kręci nosem – że nie tak, że za mało, że należy spełnić wszystkie nadesłane z Brukseli „zalecenia”... Jaki błąd popełnili nasi mężykowie stanu? Przestraszeni, że Unia Europejska uzależni eurofundusze w kolejnej perspektywie budżetowej od stanu naszego wymiaru sprawiedliwości, poszli na ustępstwa – bez żadnej gwarancji, że one cokolwiek dadzą. W efekcie, UE dokręciła śrubę – właśnie nadeszła wiadomość, że Komisja Europejska forsuje przy powszechnym poparciu uzależnienie wypłat środków w latach 2021-2027 od gwarancji „skutecznego zarządzania funduszami”, co jest zawoalowaną formą „praworządności”. Oznacza to, że grupa euromandarynów będzie mogła całkowicie uznaniowo wstrzymywać kasę i wymuszać na nas spełnianie ich kolejnych żądań. Tyle ugraliśmy, brawo.

Co trzeba było zrobić? A chociażby zaszantażować Brukselę wzrostem antyunijnych nastrojów w polskim społeczeństwie. Metodę tę opisał niegdyś jeden z naszych negocjatorów w procesie akcesyjnym, Jerzy Marek Nowakowski. Kiedy przychodziło do kolejnej rundy negocjacji i europejscy wysłannicy wytykali nam różne opóźnienia i niedociągnięcia, on wyjmował sondaż z którego wynikało, że poparcie dla integracji wśród Polaków słabnie. Unijni urzędnicy w tym momencie z miejsca robili się o wiele bardziej „konstruktywni”. Podobnie dziś – rośnie niechęć do UE, zwłaszcza w warunkach prób dyktatu – blisko 1/3 Polaków optuje za polexitem, gdyby sprawy stanęły na ostrzu noża. Nie można było zagrać tą kartą?

Okazuje się, że nie można było – i powiem Państwu dlaczego. Otóż PiS przestraszył się tych sondaży znacznie bardziej niż Bruksela. Kryzys zaufania do UE został przez „naszych” odebrany nie jako szansa na poprawę pozycji przetargowej, lecz jako paraliżujące zagrożenie. I to jest ta różnica w rozumieniu elastyczności między Polską a Węgrami. Idę o zakład, że Orban w takiej sytuacji nie wahałby się ani sekundy – ba, wręcz świadomie podgrzewałby antyunijne nastroje, by wywrzeć na eurokratów presję. I tak jest ze wszystkim – z rejteradą przed Żydami, żądaniami USA (Kongres właśnie uchwalił JUST Act), ba – nawet przed Ukrainą czy inną Litwą. Wynika to z tego, że zarówno dla czołowych postaci obozu PiS, jak i dla jego zaplecza intelektualno-medialnego jakakolwiek dywersyfikacja międzynarodowej aktywności wydaje się być mentalnie nie do udźwignięcia. Zbyt wiele zainwestowali na wszelkich możliwych poziomach (politycznym, emocjonalnym, wizerunkowym) w różnorakie mitologie, które zwykli postrzegać jako „historyczną konieczność”, by nastąpiła zmiana paradygmatów. Więc jak przychodzi co do czego – zwyczajnie „pękają” i chowają głowę w piasek, wypinając przy okazji d... A potem się dziwią, że dostają bęcki i ludzie się od nich odwracają. A jak mają traktować pajaców bojących się własnej odwagi?


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Zawsze jest z kim przegrać

Koniec złudzeń

Czy Polskę stać na podmiotowość?


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w dwutygodniku „Polska Niepodległa” nr 09 (09-22.05.2018)

piątek, 30 czerwca 2017

Media w Niemczech – na służbie władzy

W Niemczech system został już tak szczelnie domknięty, że opozycyjnych mediów zwyczajnie tam nie ma.


I. Policją w niemieckich „antykomorów”

Co robi niemiecka policja, gdy przez Europę przetacza się fala zamachów (tj. pardon - „incydentów”), ludzie są rozjeżdżani samochodami, szlachtowani nożami przy wtórze zawołań „Allahu Akbar”, a w Belgii w ostatniej chwili zlikwidowano (znów pardon - „zneutralizowano”) terrorystę oplecionego pasem szahida? Tak, zgadli Państwo – policja rusza do energicznej walki z „mową nienawiści”. Czyżby służby zawiesiły czujne oko na meczetach i szkołach koranicznych, sprawdzając czy nie dochodzi w nich do werbunku kolejnych zamachowców, a imamowie nie propagują wizji europejskiego kalifatu oraz ideologii dżihadyzmu? Ależ skąd – są inne problemy, znacznie poważniejsze. I tak oto Federalny Urząd Kryminalny (BKA) przystąpił do zwalczania „prawicowego ekstremizmu” na portalach społecznościowych. Jak się dowiadujemy, 23 jednostki policyjne przeprowadziły w 14 landach akcję polegającą na wparowaniu do domów namierzonych uprzednio internetowych „hejterów”, rewizjach, zatrzymaniach i przesłuchaniach – w sumie potraktowano w ten sposób 36 „podejrzanych”.

Nam może się to kojarzyć z pamiętną historią najazdu ABW na mieszkanie „Antykomora”, jednak Niemcy jako europejski lider przodujący we wszystkich dziedzinach musiały rzecz jasna przedsięwzięcie zorganizować z o wiele większym rozmachem. Różnica jest taka, że u nas przynajmniej gazety i portale opozycyjne wzięły „Antykomora” w obronę. W Niemczech natomiast działania funkcjonariuszy spotkały się ze zgodnym aplauzem całego frontu medialnego, zjednoczonego w nieubłaganej walce przeciw „mowie nienawiści”. Ta „mowa nienawiści” to w ogóle szczególny wynalazek, polegający na twórczej interpretacji porzekadła „od słów do czynów”. Ponieważ nie chcemy, żeby dochodziło do nienawistnych „czynów”, to należy prewencyjnie zakazać potencjalnie prowadzących do nich „słów” - i tym sposobem zdusić hydrę nienawiści w zarodku. A że przy okazji w przestrzeni publicznej zapanuje duszący spokój knebla? Znakomicie, bo dzięki temu tym bujniej rozkwitnie wszechogarniająca miłość.

A zatem, tamtejsi „antykomorzy” nie mogli liczyć na żadnych obrońców – a to z tego względu, że w Niemczech system został już tak szczelnie domknięty, że opozycyjnych mediów zwyczajnie tam nie ma. Jedne tytuły wprawdzie nieco bardziej sympatyzują z socjaldemokracją, inne zaś z chadecją, lecz de facto wszystkie stanowią wielką rodzinę na usługach politycznego mainstreamu, idealnie zgodną co do tego, że żaden antysystemowy głos nie ma prawa pojawić się w oficjalnym obiegu.


II. Kampania wyborcza w pruskim stylu

Jednak od pewnego momentu pojawiło się coś wymykającego się kontroli – to internet. Istne horrendum – ludzie zaczęli komunikować się ze sobą bez odgórnej kurateli, obok tradycyjnych środków przekazu. W ten sposób doszło do oddolnego przełamania monopolu i np. obywatele poinformowali się nawzajem o zajściach podczas Sylwestra 2015 w Kolonii – o czym dowiedzieć się nie mieli prawa. W efekcie tego (a także wymieniania się informacjami o innych „ekscesach” imigrantów przemilczanych w głównym obiegu) w połowie 2015 r. zaufanie do mediów zjechało do 40 proc., a określenie „Lügenpresse” („kłamliwa prasa”) weszło do powszechnego użycia. Do tego internet w naturalny sposób stał się trybuną wszelkich ruchów „populistycznych” (to zresztą ogólnoświatowy trend, bez internetowego wsparcia alt-prawicy Trump nie wygrałby wyborów), które dzięki temu miast wegetować na marginesie zyskują kolejnych zwolenników i coraz śmielej rozpychają się na politycznej scenie – ze znamiennym przypadkiem Alternatywy dla Niemiec (AfD) na czele.

Nie dziwi więc, że polityczny establishment postanowił dać słuszny odpór – prócz opisanej akcji policyjnej (która wedle ministra sprawiedliwości Heiko Maas'a z SPD stanowić ma „ważny sygnał”), lada dzień w Bundestagu ma być głosowany rządowy projekt ustawy nakładającej drakońskie kary finansowe na portale społecznościowe (nawet do 50 mln. euro) tolerujące na swych stronach „fałszywe informacje” i „mowę nienawiści”. Operatorzy reagować mają w ciągu 24 godzin na „uzasadnione zgłoszenia”. A jak poznać, czy zgłoszenie jest „uzasadnione”? Aaaa – o tym już zapewne zadecydują odpowiednie organy, choćby te, które właśnie tak dziarsko pogoniły niemieckich „antykomorów”. Dodajmy, że ustawę również przygotował wspomniany wyżej minister Heiko Maas, a całkiem niedawno (22 czerwca) z inicjatywy MSW przyjęto przepisy umożliwiające BND śledzenie treści przesyłanych za pomocą komunikatorów internetowych typu popularnego WhatsApp.

Jest to kolejny etap brania za twarz sieciowych platform komunikacji i generalnie pacyfikacji wolności wypowiedzi w internecie. A tak się przypadkiem składa, że następuje on tuż przed wejściem w decydującą fazę kampanii przed jesiennymi wyborami do Bundestagu. Intencja jest jasna i nikt nawet specjalnie jej nie ukrywa – chodzi o zablokowanie zagrażających establishmentowi sił politycznych. Jak widać, lekcja amerykańskiej wygranej Trumpa została pilnie przestudiowana i dokłada się odpowiednich starań, by podobny scenariusz nie powtórzył się między Odrą a Renem. W ten oto sposób otrzymujemy demokrację w iście pruskim stylu – wybory w cieniu cenzury.


III. Media w służbie władzy

Rozpisuję się o tym nie tylko dlatego, że to ponoć w Polsce „łamane są standardy” wolności mediów i prawa obywatelskie o czym z lubością grzmią niemieccy i brukselscy politycy, odwracając uwagę Europy od własnego podwórka. Rzecz w tym, że wszystkie te działania spotykają się z dość zgodnym poparciem tamtejszych mediów, które w gruncie rzeczy jawnie już pokazują, że są częścią systemu władzy przeznaczoną do roli nadzorców społeczeństwa, by temu nie strzeliło do głowy zagłosować na jakąś AfD, czy inną PEGIDĘ. Mamy więc specyficzny przykład „demokracji sterowanej” - póki co, wprawdzie „miękkimi” środkami, ale opisana na wstępie demonstracja siły pokazuje, że w razie czego demokratyczny niemiecki rząd nie zawaha się (przy medialnym poklasku) przy...ć komu trzeba – w obronie wolności, demokracji i wartości europejskich, ma się rozumieć.

Jakiś czas temu na portalu wPolityce.pl Aleksandra Rybińska przedstawiła ciekawą analizę rozmaitych współzależności między niemieckim (pół)światkiem dziennikarskim i politycznym – coś w stylu pamiętnego obrazka Moniki Olejnik wsiadającej do samochodu Urbana. Otóż funkcjonują tam tzw. „kręgi” składające się z przedstawicieli mainstreamowych opcji politycznych i „zaprzyjaźnionych” dziennikarzy. Owych „kręgów” działających na zasadzie elitarnych klubów uzupełniających się przez kooptację jest obecnie ok. dwunastu, a ich członków obowiązuje bezwzględna omerta. To właśnie tam politycy w przyjacielskiej atmosferze, podczas luźnych kolacyjek, przedstawiają starannie wyselekcjonowanym i zaufanym dziennikarzom swój punkt widzenia na różne sprawy, który następnie jest przekuwany na odpowiedni medialny przekaz urabiający opinię publiczną. Dla dziennikarza przynależność do takiego klubu oznacza zawodową nobilitację, zatem naturalnie stara się on zaspokoić oczekiwania zapraszających go kolegów i polityków. Reprezentują oni wszystkie najważniejsze tytuły i koncerny medialne, co oczywiście stawia ich w roli jednego z elementów aparatu władzy – już Konrad Adenauer nazwał „kręgi” „jednym z najważniejszych instrumentów sterowania państwem” i można się domyślać, że od tamtego czasu ta zażyłość na styku media-polityka jedynie się pogłębiła.

Jednakże, prócz zarządzania wewnętrznego, niemieckie koncerny medialne spełniają również istotną funkcję w polityce zagranicznej – i to w prawdziwie kolonialnym stylu. Podbijając rynki krajów Mitteleuropy mają za zadanie, mówiąc wprost, trzymać w ryzach tubylców, żeby się nie zbiesili i utwierdzać ich w permanentnym poczuciu niższości względem „metropolii” - oraz stawiać za wzór sukcesu i europejskości rozmaitych jurgieltników, którzy dzięki gorliwej wysłudze dochrapali się z łaski Berlina jakichś intratnych synekur. Wiadomy list dyrektora wiadomego koncernu do polskich podwładnych jest tu wymownym przykładem - aczkolwiek, jeśli tylko nazwać rzeczy po imieniu, koncern ten bardzo się denerwuje i grozi pozwami. Ostatnio zaś inny szef tego samego koncernu w wywiadzie dla szwajcarskiej gazety przyznał, że jego polskie interesy znacznie ucierpiały („milionowe straty”) wskutek wycofania reklam przez państwowe spółki, lecz mimo to nie zamierza wychodzić z Polski. I tym właśnie różni się projekt polityczny od projektu biznesowego. Gdy biznes przynosi straty wdraża się plan naprawczy albo po prostu zamyka interes. W przypadku projektu polityczno-ideologicznego straty finansowe są „wliczone w koszta” i utrzymuje się biznes niezależnie od słabych wyników finansowych. Władze koncernu liczą zapewne na ponowne przejęcie rządów przez opcję proniemiecką, dzięki której pieniądze znów popłyną szeroką rzeką, wynagradzając obecne chude lata – i na rzecz tego będą pracować ile sił. Oby się przeliczyli.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 26 (28.06-04.07.2017)

niedziela, 28 maja 2017

Rozrywanie PiS-u

Trudno nie oprzeć się wrażeniu, że wśród rządzących daje się wyczuć pewne „zmęczenie materiału”.


I. Podstawianie sobie nogi

Ciekawa rzecz. Prawo i Sprawiedliwość, które w skrajnie trudnych warunkach opozycyjnych wykazało zadziwiającą zdolność przetrwania i mimo dwóch rozłamów po drodze („PJoNki” i „ziobryści-kurzyści”) zdołało odzyskać władzę, integrując w międzyczasie powtórnie „ziobrystów” i przygarniając secesjonistów z PO od Gowina – słowem, to samo PiS tak zwarte przez osiem lat panowania Platformy, kiedy co chwila wieszczono jego upadek, okazuje się zdumiewająco mało odporne na różne niekorzystne tendencje w warunkach sprawowania rządów.

Oczywiście, wbrew potocznej, wciskanej nam do głów opinii, PiS bynajmniej nie dzierży w Polsce żadnej „dyktatury”. W wyniku podwójnych wyborów z 2015 r. przechwyciło jedynie centralne ośrodki władzy plus publiczne media i – po wyczerpującej batalii – Trybunał Konstytucyjny. Natomiast w gestii obecnej „totalnej opozycji” wciąż pozostaje lwia część samorządów z sejmikami wojewódzkimi na czele (PO z PSL współrządzą w takiej czy innej formie w 15 z 16 województw). A jest to w sumie ogromny zakres władzy, nie wspominając już o pieniądzach – choćby w postaci unijnych środków przepływających przez różne, niezależne od rządu, lokalne struktury. Można wręcz odnieść wrażenie, że zmanipulowane wybory z 2014 r. miały posłużyć ówczesnemu układowi właśnie do zbudowania takiej szalupy ratunkowej na wypadek utraty rządów w Warszawie – podobnie, jak „zapasowi” sędziowie TK stanowić mieli niepodlegającą demokratycznej weryfikacji zaporę dla zmian w postaci „trzeciej izby” parlamentu.

Z „rokoszem trybunalskim” udało się uporać, co do wyborów samorządowych w 2018 r. - czas pokaże, choć to, co dzieje się obecnie w PiS nie napawa optymizmem. Przy czym dotyczy to samej partii, a nie jej społecznego zaplecza. „Tąpnięcie” sondażowe okazało się w sumie niewielkie, zaś zmniejszony dystans między PiS a opozycją jest głównie efektem „skanibalizowania” elektoratu Nowoczesnej przez PO. Jeżeli wziąć pod uwagę, że ugrupowanie Petru zaczyna balansować na granicy progu wyborczego, to może się okazać, że w 2019 r. PiS znów wygra wybory – choć być może już nie samodzielną większością. Krótko mówiąc, wszystko wciąż pozostaje w rękach partii Jarosława Kaczyńskiego, która ma wszelkie dane po temu, by utrzymać władzę – o ile sama nie podstawi sobie nogi.


II. Zmęczenie materiału

A niestety, zaczyna sobie podstawiać. Fatalna strategia komunikacyjna to jedno – kompletnie rozleciała się dyscyplina i pozytywny przekaz z 2015 r. Te mechanizmy należy na gwałt odbudować do przyszłorocznej kampanii samorządowej. Pytanie, czy ugrupowanie, któremu w 2018 stukną trzy lata rządów będzie w stanie wygenerować kolejny „powiew świeżości”. Przypominam też, że dwa lata temu na korzyść PiS zagrała nieprawdopodobna mobilizacja internautów, którzy samorzutnie i oddolnie zrobili w blogosferze i mediach społecznościowych równoległą kampanię – czy teraz nastąpi podobny zryw?

Trudno też nie oprzeć się wrażeniu, że wśród rządzących daje się wyczuć pewne „zmęczenie materiału” - i to pomimo sukcesów wykraczających dalece poza program „500+”. Weźmy poprawę ściągalności podatków – głównie VAT – bez której utrzymanie funkcjonowania „500+” nie byłoby możliwe. Do tego dochodzi ukrócenie różnych przekrętów na rynku paliwowym – od 2015 rynek paliw „urósł” łącznie o 25 proc., co oznacza gigantyczne ograniczenie dotychczasowej „szarej strefy” w tej branży. Efekt jest taki, że o ile PO musiała ratować sytuację budżetową przy użyciu kreatywnej księgowości Jacka Rostowskiego, o tyle rząd Beaty Szydło ma realne, rosnące dochody. Na to nakładają się pozytywne ratingi kolejnych światowych banków i agencji. I co? I nic. Tusk z Ostachowiczem zrobiliby z przytoczonych danych taką propagandę sukcesu i „zieloną wyspę”, że proszę siadać. A u „naszych” - zmęczenie i komunikacyjny bezwład... Jeżeli liczą na to, że utrzymają władzę wyłącznie dzięki „500+”, to może ich spotkać niemiłe zaskoczenie – jak już kiedyś pisałem, ludzie szybko przyzwyczajają się do dobrego i wdzięczność jest bardzo krótkotrwałym paliwem politycznym. Na dodatek, decyzje wyborców często mają charakter emocjonalny i wbrew wszelkiej racjonalnej kalkulacji kwestia kontynuacji programu „500+” może nie stanowić dla nich czynnika decydującego.

Kolejna rzecz, to wzmagające się tendencje odśrodkowe i wojenki frakcyjne w łonie partii. Tu już robi się naprawdę groźnie, bo takie nasilenie walk buldogów pod dywanem grozi na dłuższą metę rozpadem obozu rządzącego. Wszystko to odbywa się równolegle z nasilającymi się pogłoskami o pogarszającym się stanie zdrowia Jarosława Kaczyńskiego. Dla nikogo nie jest tajemnicą, że bez Kaczyńskiego PiS-u po prostu nie ma i to z dnia na dzień. Świadczą o tym odpryski wewnętrznych waśni na odcinku medialnym – niedawne starcie między mediami ze stajni Tomasza Sakiewicza i braci Karnowskich w trakcie którego zostało expressis verbis powiedziane, iż chodzi o „schedę po Kaczyńskim” pokazuje, że odśrodkowe ciśnienia są naprawdę potężne, skoro zaangażowane stronnictwa ryzykują wywlekanie konfliktów na widok publiczny. Wyborcy bowiem, szczególnie prawicowi, mają alergię na wszelkie kłótnie i rozłamy, o czym przekonali się wspomniani na wstępnie odstępcy z PJN i Solidarnej Polski, nagradzają zaś jedność – wszak zwycięstwo Zjednoczonej Prawicy było m.in. premią za pójście do wyborów jednym frontem.


III. Kryzys przywództwa?

Rysuje się zatem kryzys przywództwa – rzecz dotąd w PiS niespotykana. Druga część kongresu partii rządzącej (pierwsza odbyła się w początkach lipca 2016) jest wciąż przekładana (ostatnio podany termin to bodaj 1 lipca 2017). Postawię tezę, że ów kongres będzie dla Jarosława Kaczyńskiego ostatnią szansą, by znów mocno uchwycić stery rządów w partii – a co za tym idzie, również w Polsce – i przygotować ją do kampanii samorządowej. Jeśli to się nie uda, czeka nas dryf i porażka – tym bardziej, że „delfinów” nie widać, zaś drobnych ambicjonerów namnożyło się multum. Kaczyński jako polityk i mąż stanu przerasta o dwie głowy swoje otoczenie, na co wpływ ma również negatywna selekcja kadrowa w ugrupowaniu. Do PiS-u ciężej jest się dostać niż do zakonu klauzurowego - i jest to stała od lat, na co zwracano uwagę już w czasach opozycyjnych, kiedy terenowe struktury masowo spławiały chętnych do współpracy szturmujących lokalne biura po wstrząsie smoleńskim. Zatem, dopływu świeżej krwi – zwłaszcza ludzi ideowych, energicznych i z pomysłami – nie ma. Zostają w dużym stopniu miernoty, a z takimi trudno cokolwiek zrobić.

A skoro już wspomnieliśmy o Smoleńsku. Kaczyński najwyraźniej zniechęcił się do Macierewicza i sprawa Misiewicza była tu zaledwie pretekstem. Macierewicz bowiem robił mu nadzieję na odkrycie „wstrząsającej prawdy”, w co Kaczyński chyba autentycznie uwierzył, tak jak uwierzył kiedyś Kaczmarkowi, że ten doprowadzi go do jądra „układu” - a tymczasem Macierewicz wciąż boksuje się z cieniem, produkując kolejne hipotezy, z coraz marniejszym uzasadnieniem merytorycznym. Żeby była jasność – nie twierdzę, że w Smoleńsku był „zwykły wypadek”. Tyle, że nie widać międzynarodowej pomocy, USA i NATO milczą jak zaklęte – a na kolejnych miesięcznicach Kaczyński chcąc nie chcąc musi za Macierewicza świecić oczami, głosząc po raz n-ty, że już niedługo, już za chwilę „dojdziemy do prawdy”. Delikatnie mówiąc, jest to mało komfortowa sytuacja.


*

Na koniec refleksja bardziej ogólna. Otóż podejrzewam, że w PiS-ie narasta zniechęcenie trudami sprawowania władzy. Kaczyński nie pozwala kraść, a rządzenie bez „konfitur” jest bardzo niewdzięcznym zajęciem. Oczywiście próbują coś tam zgarnąć pod siebie, zakombinować, poustawiać krewnych i znajomych królika – ale to wszystko ukradkiem i na niewielką skalę, bo Prezes patrzy. W tej sytuacji, u wielu działaczy mogła zakiełkować myśl, że w gruncie rzeczy w opozycji było wygodniej. I jeśli PiS przegra w 2019 r. wybory, to głównie z powodu tego typu defetystycznych nastrojów we własnych szeregach.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 21 (26.05-01.06.2017)

niedziela, 14 maja 2017

Macron, czyli Petru po francusku

Francuzi wybrali sobie „Petru na sterydach” - wyjałowioną z treści „alternatywę” na pasku banksterów, gwarantującą utrzymanie status quo (czyli, po naszemu - „żeby było tak, jak było”).

I. „Mąż opatrznościowy”

Jeżeli potraktować poważnie komentarze światowej prasy po zwycięstwie Emmanuela Macrona (66,1 proc.) nad Marine Le Pen (33,9 proc.), to można by pomyśleć, że ludzkość cudem uniknęła jakiejś potwornej apokalipsy. Wygrana Le Pen miała, wedle tej narracji, oznaczać triumf „populizmu” i związany z nim „Frexit”, a w konsekwencji „koniec Unii Europejskiej”. Używano przy tym standardowego już straszaka, czyli argumentu „ad Putinum” - kremlowski satrapa miałby mianowicie wielce się „ucieszyć” z triumfu kandydatki Frontu Narodowego. Przed tym wszystkim uchronił nas objawiony w ostatniej chwili mąż opatrznościowy – Macron.

Tu warto od razu wtrącić kilka uwag porządkujących. Ów straszny „populizm”, to po prostu kontestacja obecnego porządku i zarządzającego nim demoliberalnego establishmentu. Porządek ten sypie się na naszych oczach, zaś elity przywódcze – często samozwańcze, bez demokratycznego mandatu, skorumpowane, oderwane od rzeczywistości i wyborców – nie tylko nie mają recepty na kryzys, ale często wręcz odmawiają przyjęcia do wiadomości, że coś jest tu fundamentalnie nie w porządku, a „liberalna demokracja” w dzisiejszym kształcie brnie w ślepą uliczkę. Jeżeli już formułują jakiś program, to zasadza się on na pomyśle „więcej tego samego”: więcej „integracji”, więcej unifikacji, globalizacji, no i przede wszystkim – więcej władzy dla nas! Wszystko z pominięciem woli większości, a często wręcz jawnie przeciw niej. Z tego punktu widzenia „populiści” odwołujący się właśnie do tej otwarcie lekceważonej przez establishment demokratycznej większości, jawią się niczym śmiertelne zagrożenie – tym bardziej, że postulują powrót do „Europy ojczyzn” i wzmocnienie roli państw narodowych, co bezpośrednio godzi w pozycję i interesy rozpanoszonej kasty brukselskich mandarynów. Stąd obecna krucjata spod znaku „walki z populizmem”.


II. Chłopak od Rothschildów

Produktem takiej krucjaty jest Emmanuel Macron – człowiek bez właściwości, którego postanowiono wystrugać w trybie pilnym na zbawcę Europy. Młody, dynamiczny, nieograny polityk z głębokich rezerw kadrowych, przed którym postawiono zadanie uwiedzenia wyborców powiewem świeżości i bliżej niesprecyzowanego „optymizmu”. Jego ruch „En Marche!” („Naprzód!”), to utworzony ad hoc amorficzny konglomerat bez struktur – za to najwyraźniej nie mający problemów z finansowaniem. I tu jest zasadnicza różnica między Macronem a Marine Le Pen, do której przylgnęła łatka „kandydatki Putina” z powodu pożyczki 9 mln. euro zaciągniętej w rosyjskim First Czech Russian Banku (później umorzonej). Ceną było popieranie rosyjskiej linii w sprawie Ukrainy oraz inne przyjazne gesty na forum publicznym, co dla Le Pen było rozsądnym dealem – Francji i Frontowi Narodowemu „samostijna Ukraina” nie jest do niczego potrzebna w przeciwieństwie do pieniędzy, a warto pamiętać, że wcześniej finansowego wsparcia odmówiły Le Pen solidarnie wszystkie francuskie banki, rosyjska pożyczka była więc ostatnią deską ratunku.

Natomiast Macron to protegowany Rothschildów – ma za sobą rozdział błyskotliwej kariery w ich banku - Rothschild & Cie Banque, gdzie pracował w latach 2008-2012 zajmując się bankowością inwestycyjną na miliardową skalę ze stosownym wynagrodzeniem – ponad 100 tys. euro miesięcznie. Wcześniej ukończył m.in. francuską „kuźnię kadr” polityczno-urzędniczych - École nationale d’administration (ENA), której absolwenci stanowią twardy trzon tamtejszych elit. Stamtąd trafił do państwowego korpusu inspektorów finansowych, potem do wspomnianego banku Rothschildów, następnie zaś do administracji prezydenta Hollanda, w czym zapewne pomógł mu epizod członkowski w Partii Socjalistycznej (2006-2009). Słowem, ucieleśnienie powiązań na styku bankowość – polityka, co nie przeszkodziło mu pozycjonować się jako „bezpartyjny” i „niezależny” kandydat. Owego „niezależnego” kandydata zgodnie poparł walczący o przetrwanie mainstream V Republiki – od lewa do prawa, tworząc jednolity front przeciw Marine Le Pen. Skutek znamy – w uproszczeniu można powiedzieć, że pieniądze Rothschildów wygrały z pieniędzmi Moskwy, co zostało odtrąbione jako wielki sukces demokracji.

Na marginesie warto odnotować tu galopującą hipokryzję, bowiem niemal cały zachodnioeuropejski establishment polityczno-biznesowy wręcz przebiera nogami, żeby robić z Putinem interesy (i często robi, omijając sankcje), o takich przedsięwzięciach jak Nord Stream już nie wspominając. Dotyczy to literalnie wszystkich – Niemców, Francuzów, Włochów, Holendrów... – ale ta sama zgraja sprzedawczyków aż zachłystuje się oburzeniem i pryncypializmem, gdy podobne rzeczy śmie głosić zagrażający ich pozycji „populista”.


III. Petru wersja 2.0

Wśród komentarzy opisujących francuskie wybory pojawiły się analogie z krajowym podwórkiem i Ryszardem Petru, którego „Nowoczesna” również została nagle wykreowana z niczego notując względny wyborczy sukces. To samo pustosłowie, ten sam przerost propagandowego „piaru” nad treściami programowymi, bo trudno uznać za realny program ogólnikową „proeuropejskość”, te same ulokowane nadzieje dotychczasowych elit na ocalenie skóry, ta sama rzekoma „nowość” i „niezależność” oraz... podobne bankowe kariery, kontakty i zaplecze. Dość powiedzieć, że „Nowoczesna” nie miała problemów z otrzymaniem kredytu 2 mln. zł. na kampanię, choć ledwie co pojawiła się na scenie politycznej. Daj Boże każdemu politycznemu „start-upowi” podobne finansowanie. No i nawet obyczajowe skandaliki dotykają obu polityków...

Przy tym wszystkim jednak nie da się nie zauważyć, że Macron jest wersją ulepszoną – więcej polotu, medialnego obycia, dynamiki. Do tego różnice osobowościowe – francuski polityk nie pozwala sobie na żenujące wpadki, które skutecznie pogrążyły Ryszarda Petru. Ale też i we Francji gra toczyła się o wiele większą stawkę, niż w peryferyjnej Polsce, toteż można się domyślać, że casting na „odnowiciela demokracji” przeprowadzony był staranniej, nad samym kandydatem popracowali lepsi fachowcy, no i zaangażowano większe pieniądze. W efekcie Francuzi wybrali sobie „Petru na sterydach” - wyjałowioną z treści „alternatywę” na pasku banksterów, gwarantującą utrzymanie status quo (czyli, po naszemu - „żeby było tak, jak było”).

Wybór ten pokazuje kilka spraw. Po pierwsze, że francuskie społeczeństwo mimo obrzydzenia do dotychczasowej sceny politycznej jest bardziej ogłupiałe niż Polacy. Po drugie, że łatwiej je nastraszyć groźbą „nieprzewidywalnego” (zresztą, to bodaj ostatnia broń, która została establishmentowi – głosujcie na „naszego”, bo „populiści” wyprowadzą was w nieznane). I w związku z tym, po trzecie – że zachodnie społeczeństwa chciałyby wprawdzie odmiany, ale takiej z którą nie wiąże się ryzyko – i to właśnie zaproponował im Macron. Wcześniej na podobną, plastikową „zmianę” zagłosowali Amerykanie, wybierając Obamę i jego puste „Yes, we can”. Po dwóch kadencjach odbiło się to w stronę Trumpa, co powinni wziąć pod uwagę ci, którzy dziś triumfalistycznie ogłaszają zmierzch „populizmu”.

Otóż nie. Już samo to, z jakim napięciem liberalne elity wyczekiwały wyniku wyborów i zbiorowe westchnienie ulgi po przegranej Marine Le Pen (kto z nią wygra było tak naprawdę z ich perspektywy kwestią drugorzędną) pokazuje miejsce w którym się znaleźliśmy – jeszcze 5-10 lat temu coś podobnego byłoby nie do pomyślenia. Poza wszystkim – Macron poza zacieśnianiem integracji i „Europą dwóch prędkości” (co leży w interesie jego mocodawców, a nie obywateli), nie ma realnie niczego Francuzom do zaoferowania. Jego wybór to plasterek na rozjątrzoną ranę i nijak się ma do prawdziwych, buzujących we Francji problemów. A te, począwszy od migracji i napięć etniczno-kulturowych, po zabijającą tamtejszą gospodarkę walutę euro i przerost różnych „socjali”, będą wciąż podskórnie narastały, aż koniec końców rozsadzą tę wydmuszkę ulokowaną dziś w prezydenckim fotelu. Pytanie, czy wówczas Francuzi pójdą po rozum do głowy.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 19 (12-18.05.2017)

niedziela, 15 marca 2015

Orban – zawiedziona miłość polskiej prawicy

Od Orbana warto się uczyć skuteczności i orientowania na interes narodowy, a nie niewolniczo powielać jego konkretne rozwiązania.

I. Orban – Prometeusz regionu

Pozwolę sobie dziś kontynuować temat sprzed tygodnia dotyczący Victora Orbana, sądzę bowiem, że warto dopowiedzieć kilka rzeczy nieco odchodząc już od samej wizyty węgierskiego przywódcy w Polsce. Otóż jeśli chodzi o odbiór postaci Orbana oraz jego polityki przez polski obóz patriotyczno-niepodległościowy, trudno nie załamać rąk nad tym jak powierzchowna i infantylna była ocena tego co dzieje się na Węgrzech. Powstaje oczywiście pytanie, na ile obowiązujący do niedawna przekaz stawiający węgierskiego premiera na piedestale w roli politycznego świątka i obiektu bezkrytycznego uwielbienia wypływał z autentycznych ocen, na ile zaś mieliśmy do czynienia z operacją medialną mającą wskazać prawicowemu elektoratowi idola w celach wewnętrznej mobilizacji – że, prawda, u nas niedługo też wybijemy się na niepodległość, obalimy kondominium i zrobimy „Budapeszt nad Wisłą”. Osobiście podejrzewam, że ów węgierski festiwal przetaczający się do pewnego momentu przez tzw. „nasze” media w znacznej mierze służył dość cynicznej socjotechnice mającej na celu wykreowanie wśród publiczności skojarzenia „Kaczyński – polski Orban” i skonsolidowanie tą drogą, przez swoistą ekstrapolację, emocji i nadziei wokół głównej siły opozycyjnej. Z drugiej jednak strony nie wykluczam, że przynajmniej część polityków i komentatorów rzeczywiście widziała w Orbanie co najmniej wzorzec do zaimplementowania w polskich realiach, w skrajnych przypadkach natomiast – wręcz męża opatrznościowego naszego regionu, bojownika o wyzwolenie spod neokolonialnego jarzma, dającego przykład „jak zwyciężać mamy”.

Jak zwykle w takich przypadkach bywa, okazało się, że zarówno jedno (płytki cynizm), jak i drugie (węgierski „prometeizm”) podejście, nie poparte głębszą analizą, ma krótkie nogi. Victor Orban nie okazał się romantycznym bohaterem walczącym „o wolność waszą i naszą”, tylko do bólu pragmatycznym politykiem kierującym się interesami Węgier. Osadzanie go na siłę w jakimś post-romantycznym, dziewiętnastowiecznym paradygmacie było od początku do końca nieporozumieniem, dowodzącym jedynie naszego chciejstwa i naiwności. Podejście takie ułatwiały dodatkowo brutalne ataki polityczno-medialne płynące z zachodnich stolic oraz z rodzimych ośrodków propagandowych z „Wyborczą” na czele, kreujące Orbana na awanturnika, dyktatora i kryptofaszystę. Zagrał mechanizm – skoro tamci go atakują, więc musi być „nasz”. Stąd węgierskie wyprawy Klubów „Gazety Polskiej” służące nie tyle podkreśleniu tradycyjnej przyjaźni z „bratankami”, ile wprost politycznemu poparciu rządów Fideszu, z Tomaszem Sakiewiczem pozującym na współczesnego Józefa Bema. Teraz można odbierać to jako groteskę, jednak wówczas, gdy grały uniesienia i emocje, podobne gesty jawiły się wręcz jako jakiś zalążek budowy Międzymorza...

II. Gorycz zawodu

I wszystko szło pięknie, tym bardziej, że Orban zaczął m.in. od odzyskiwania węgierskiego sektora energetyczno-paliwowego z rosyjskich rąk (przejęcie akcji koncernu MOL od Surgutniefietgazu w 2011), gdyby przyparty do muru okolicznościami lider Fideszu nie dokonał radykalnej korekty kursu. Zwróćmy uwagę, że te obiecujące z naszego punktu widzenia początki rządów, kiedy to szef węgierskiego MSZ Janos Martonyi wyrażał publiczne zadowolenie, iż „Węgry zdołały przeszkodzić Rosjanom w uzyskaniu silnych wpływów ekonomicznych w Środkowej Europie" pokazują, że Orban dopóki mógł nie wahał się stawać Rosji na drodze, podobnie jak budowa wspólnie z Rosją elektrowni atomowej nie świadczy, że nagle stał się gorącym rusofilem. Ot, polityka i tyle. Spójrzmy zresztą, w jakiej sytuacji były Węgry. Fidesz odziedziczył po rządach Ferenca Gyurcsány'ego kraj na granicy plajty, ze skolonizowaną i wyprzedaną gospodarką oraz licznymi wynikającymi z tego problemami społecznymi, że wspomnę choćby o rzeszy niewypłacalnych „frankowiczów”. Przyszło mu działać w skrajnie nieprzyjaznym otoczeniu międzynarodowym. Zwycięstwo Orbana zostało powitane dzikim wyciem przez europejskie stolice i brukselską centralę UE, przy którym niemieckie kpiny z Lecha Kaczyńskiego jako nabzdyczonego „kartofla” to małe piwo. MFW za parawanem pożyczki usiłował zaprowadzić własny dyktat gospodarczy, co zmusiło węgierski rząd do ekspresowej spłaty i podziękowania za dalszą współpracę – a pieniądze jednak trzeba było skądś brać, by ratować się przed bankructwem. Podczas wykładu w Węgierskiej Akademii Nauk prof. Roger Scruton stwierdził: „istnieje sprzysiężenie przeciw waszemu krajowi" - czyli polityczno-gospodarczy sojusz mający na celu obalenie Orbana i powtórne podporządkowanie Węgier kolonialnym rządom międzynarodowych koncernów. Instytucje związane z Georgem Sorosem według tygodnika „Heti Valasz" tylko w 2012 „przekazały soc-liberalnej opozycji pół miliarda forintów”. W tej sytuacji Orban i tak długo wytrzymał, zanim zwrócił się ku Putinowi.

Jednak wolta Orbana została nad Wisłą potraktowana niemalże jako zdrada – co jest równie irracjonalne i głupie, jak wcześniejsze zachwyty. Na marginesie, mniejszą wprawdzie estymą, lecz bazującą na analogicznym mechanizmie, cieszył się swego czasu u nas czeski prezydent Vaclav Klaus, bo potrafił postawić się Brukseli, przy czym skrzętnie pomijano, że w kwestiach regionalnych był konsekwentnie prorosyjski. Wracając do Orbana – od miłości do nienawiści jeden krok i właśnie w ten sposób, niczym odtrącona, egzaltowana kochanka, polski „obóz patriotyczny” przestawił emocjonalną wajchę. Tylko jakoś nikt nie zadaje sobie pytania – co miały zrobić osamotnione Węgry. Czekać w nieskończoność aż w Polsce zwycięży PiS, by wspólnie zagrać przeciw reszcie świata? Bo, jak się zdaje, tego właśnie od Orbana oczekują nasi biurkowi stratedzy zarzucający mu rozbijanie regionu i „ułatwienie Rosji wbijanie klina w Europie, rozgrywanie przez Moskwę Zachodu, dzielenie Unii” - jak swego czasu ujął to jeden z zawiedzionych – Igor Janke, autor hagiograficznej książki „Napastnik”. O tym, że unijna i regionalna jedność jest fikcją – ani słowa. Znów miraże.

Tymczasem Orban, dopóki mógł, starał się pozyskać dla sprawy regionu Warszawę – ze swą pierwszą wizytą zagraniczną w 2010 roku udał się do Polski. Ale wtedy u nas, zwłaszcza po Smoleńsku, nie było dla niego partnera. Królowały kpiny z „postjagiellońskich mrzonek”, propagandowa lipa pod nazwą „polityki piastowskiej”, tuskowy „reset”, przyjaźń z Putinem zawiązana na smoleńskich grobach i abdykacja z jakichkolwiek regionalnych aspiracji na rzecz „płynięcia z głównym nurtem”.

A co jeszcze w listopadzie 2010 mówił sam Orban? Proponował nam regionalny sojusz: „Pewne natomiast jest to, że zawierane są nowe porozumienia i sojusze, a ten proces daje nam, narodom środkowoeuropejskim, wielkie możliwości. Cały region może zostać dowartościowany, jeśli zdołamy sprostać temu procesowi i wystąpić w jego ramach jako inicjatorzy.”

Z kolei, o polityce wschodniej: „Ważną dla nas wspólną sprawą jest los naszych sąsiadów na Wschodzie – a zatem także dotycząca ich inicjatywa UE, czyli Partnerstwo Wschodnie. Ten program unijny daje niezwykłą możliwość wydobycia naszych wschodnich sąsiadów z mroków zapomnienia w unijnej świadomości. Stawką jest możliwość stworzenia poprzez inicjowane także przez nich projekty wspólnej (a więc także razem z nimi) wizji UE w odniesieniu do Ukrainy, Mołdawii i Białorusi oraz trzech państw kaukaskich. W tej sprawie interesy państw środkowoeuropejskich – a zwłaszcza Węgier i Polski – są zbieżne. Powtarzam – Orban nie zwrócił się ku Moskwie, bo jest zdrajcą. Został w ramiona Rosji wepchnięty zarówno przez Zachód, jak i przez nas samych.

III. Orban jako byt wirtualny

Na zakończenie warto jeszcze odnieść się do tego skrzydła prawicowej sceny, które rości sobie pretensje do realizmu. Mam wrażenie, że popełnia ono w odniesieniu do Orbana ten sam błąd, co wcześniej obóz piłsudczykowskich post-romantyków, tylko w drugą stronę – Orban dogadał się z Putinem, brawo, bierzmy z niego przykład. To lustrzane odbicie tego samego wariactwa - kreowanie Orbana jako zupełnie wirtualnej postaci na którą przenosi się swoje tęsknoty i mniej lub bardziej realistyczne koncepcje. Ta szkodliwa projekcja własnych pragnień na ów wirtualny byt skończy się prędzej czy później podobnym rozczarowaniem. Orban do tej pory był taki sobie, woleliśmy prorosyjski Jobbik, no ale teraz, po uściskach z Putinem to sam miód-malina, wzorzec z Sevres męża stanu, bierzemy go na ksero i kopiujemy. To nie tak - od Orbana warto się uczyć skuteczności i orientowania się na interes narodowy, miast niewolniczo powielać jego konkretne rozwiązania, lub równie bezrozumnie wydawać z siebie odgłosy potępienia. Zacznijmy więc od zdefiniowania własnych celów, skonfrontujmy je z węgierskimi - i tam gdzie jest możliwość podejmujmy współpracę, ale pamiętajmy, że polityka Orbana, niezależnie od tego czy jawi nam się jako anty-, czy prorosyjska, to wciąż węgierska gra, a nie nasza.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://blog-n-roll.pl/pl/orban-czyli-wr%C3%B3g-publiczny-w-warszawie#.VQW74o6NAmw

http://blog-n-roll.pl/pl/orban-na-linie#.VO4GRSyNAmw

http://blog-n-roll.pl/en/orban-franciszek-i-jan-pawe%C5%82-ii-jako-byty-wirtualne#.VO4GgSyNAmw

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 9 (09-15.2015)