Dla
obozu PiS jakakolwiek dywersyfikacja międzynarodowej aktywności
wydaje się być mentalnie nie do udźwignięcia.
I. Nieodrobiona
lekcja
Właśnie
tak, jak w tytule – kryzys jest szansą. Wystarczy na sprawy
spojrzeć od tej strony i wszystko staje się znacznie prostsze.
Refleksja ta naszła mnie z podwójnej przyczyny – pierwsza, to
niedawne załamanie sondaży PiS z którego partia rządząca próbuje się
obecnie z lepszym lub gorszym skutkiem wygrzebać; druga – to
wygrana Fideszu i Orbana na Węgrzech, która w modelowy sposób
pokazuje nam, jak należy rozgrywać konflikty z korzyścią dla siebie.
Odnoszę bowiem nieodparte wrażenie, że tym, co różni „dobrą
zmianę” od węgierskiego premiera, jest nie tylko sprawność
techniczna w poruszaniu się po politycznym polu minowym, ale również
(a może – przede wszystkim) kwestia mentalności i coś, co w
języku sportowym nazywa się „elementem wolicjonalnym”.
Otóż
tam, gdzie nasi widzą zagrożenia, które należy w jakiś sposób
obłaskawić (najczęściej zresztą, żenująco nieudolnie), Victor Orban
widzi kolejną rozgrywkę do wygrania.
Efekt tej różnicy podejść jest taki, że Orban ma trzecią kadencję z
rzędu i większość konstytucyjną, a PiS zaczyna drżeć o utrzymanie
władzy. Innymi słowy – Orban wdeptuje przeciwników w ziemię, a
PiS oddaje pole i przegrywa nie tyle z przeciwnikami, co z samym
sobą.
Wyjaśnijmy
to sobie na przykładzie. Obecnie w Polsce pokutuje mit „politycznego
centrum”, które za wszelką cenę należy sobie zjednać, by wygrać
wybory. Rzekomo w ten właśnie sposób PiS wygrało w 2015 r. A guzik
prawda. PiS
nie wygrało dzięki żadnemu „centrum”, lecz dlatego, że
parło do przodu jak nosorożec – może bez większego wdzięku, ale
za to z determinacją, przebijając kolejne, dotąd pozornie
nieprzekraczalne „sufity” poparcia.
Ta prawidłowość działała przez kolejne ponad dwa lata rządów –
i przestała w momencie, gdy „dobra zmiana” wdała się w
jakieś żenujące dryblingi, próbując „oswoić” ulicę i
zagranicę. Wynika to z prostej prawidłowości – w 2015 ludzie
mieli już powyżej uszu „ciepłej wody w kranie” i
„zielonej wyspy” z której nic nie wynika dla sytuacji
zwykłego człowieka. Te nastroje PiS jeszcze wyczuło i skutecznie na
nich zagrało, ale nie wyciągnęło oczywistego wniosku –
mianowicie, że ci sami wyborcy, którzy jeszcze 2-3 lata wcześniej
faktycznie stanowili „centrum”, w 2015 r. byli już w
zupełnie innym miejscu, znacznie radykalniejszym i zagłosowali na PiS
oraz (ci bardziej wnerwieni) na Kukiza. A potem, mile zaskoczeni
realizowaniem przedwyborczych obietnic, podtrzymywali swe poparcie
wbrew wszystkiemu – jazgotowi mediów, demonstracjom
kodowszczyzny i naciskom zagranicy. Mieli gdzieś Trybunał
Konstytucyjny, sądokrację, utracone poczucie komfortu „łże-elit”,
postępowy szantaż emocjonalny domagający się przyjmowania biednych
„uchodźców” i wrzaski dobiegające z Brukseli. Obchodziło
ich to, że wreszcie ktoś robi porządek i zwraca uwagę na potrzeby
obywatela – ze szczególnym uwzględnieniem 500+ i tamy
postawionej zalewowi muzułmańskich migrantów.
Krótko
mówiąc, poparcie nie przyszło z centrum, tylko ze strony
zradykalizowanego elektoratu - a PiS nie odrobiło lekcji płynącej z
własnego zwycięstwa.
II. Węgierski
przykład
Odwrotnie
postąpił Victor Orban, który zresztą generalnie wydaje się być
politykiem bardziej przytomnym i świadomym w co gra. On od początku
miał „centrum” głęboko w tyle. Wiedział,
że wyborów nie wygrywa się dzięki tanim umizgom, tylko dzięki trzem
czynnikom – mobilizacji, determinacji i konfrontacji.
Podkreślę – konfrontacji, a nie schodzeniu z linii strzału przy
byle kontrowersji, czy to w polityce zagranicznej, czy wewnętrznej.
Dlatego zrobił u siebie porządek z kredytami frankowymi, sądami i
mediami, przy pierwszej okazji „podziękował” za
współpracę Międzynarodowemu Funduszowi Walutowemu, który dyktował
Węgrom antyrozwojową („balcerowiczowską”) agendę w
interesie globalnego kapitału, a z zagrożenia migracyjnego uczynił
jeden z motywów przewodnich niedawnej kampanii. Podobnie nie zawahał
się pójść na zderzenie czołowe z Sorosem – u nas wciąż rzecz
nie do pomyślenia. Skutek?
Banki po początkowych lamentach jakoś się uspokoiły, bo zobaczyły, że
nie ma żartów, MFW posłusznie zwinął żagle, węgierski odpowiednik
„Gazety Wyborczej”, czyli „Népszabadság”
padł szczęśliwie w 2016 r., zaś Soros właśnie ogłosił, że zamyka
biuro „Open Society Foundation” w Budapeszcie i spada do
Berlina. Widać różnicę?
Nasi
kieszonkowi Talleyrandowie lubią epatować „elastycznością”
Orbana, czyniąc z niej alibi dla własnego kunktatorstwa. Otóż nie.
Elastyczność
nie polega bowiem na zagłaskiwaniu napięć, tylko na sprężystości.
Opłacało się być w Parlamencie Europejskim we frakcji Europejskiej
Frakcji Ludowej, razem z niemiecką CDU/CSU (i, dodajmy, Platformą
Obywatelską)? Proszę bardzo, dzięki temu mamy powiększone pole
manewru. Obywatelom jednak nie przypadł do gustu zakaz handlu w
niedzielę? Wycofujemy się, nie ma sprawy, mała strata. A z drugiej
strony – Rosja chce z nami budować elektrownię jądrową i
dostarczać nam gaz? Wchodzimy w to, bez względu na ujadanie tych
europejskich hipokrytów, którzy sami przebierają nogami do robienia
interesów z Putinem i chcą ciągnąć Nord Stream 2 przez Bałtyk.
Dywersyfikujemy w ten sposób naszą politykę i nie uzależniamy się od
jednego „sojusznika”. Chiny chcą z nami rozmawiać o
„Nowym Jedwabnym Szlaku”? Czemu nie, patrz wyżej,
długofalowo niemieckie koncerny samochodowe nie mogą być jedynym
strategicznym inwestorem.
Rozumiemy
już o co chodzi z tą elastycznością? Okazuje się, że to nie musi być
wcale ustępliwość, tylko manewrowanie połączone z odpowiednią dawką
asertywności.
Nasi wybrańcy natomiast wciąż mają problem ze zrozumieniem i
wcieleniem w życie tej oczywistości. Rzecz jasna, trzeba zastrzec (bo
zaraz jakiś hunwejbin zarzuci mi, że jestem „ruskim agentem”),
iż nie chodzi o kopiowanie węgierskiej polityki i konkretnych ruchów
w skali 1:1. Chodzi o metodę – a my tej metody nie mamy.
III.
„Elastyczność” czy niezgulstwo?
Wróćmy
do kwestii „elastyczności”, mającej przykryć nasze
niezgulstwo. Różnicę między Polską a Węgrami świetnie ilustruje
konflikt z Brukselą na tle osławionej „praworządności”.
Właśnie „poprawiamy” ustawy sądownicze pod
zapotrzebowanie zgłoszone przez Timmermansa, na co ten ostatni wciąż
kręci nosem – że nie tak, że za mało, że należy spełnić
wszystkie nadesłane z Brukseli „zalecenia”... Jaki błąd
popełnili nasi mężykowie stanu? Przestraszeni, że Unia Europejska
uzależni eurofundusze w kolejnej perspektywie budżetowej od stanu
naszego wymiaru sprawiedliwości, poszli na ustępstwa – bez
żadnej gwarancji, że one cokolwiek dadzą. W efekcie, UE dokręciła
śrubę – właśnie nadeszła wiadomość, że Komisja Europejska
forsuje przy powszechnym poparciu uzależnienie wypłat środków w
latach 2021-2027 od gwarancji „skutecznego zarządzania
funduszami”, co jest zawoalowaną formą „praworządności”.
Oznacza
to, że grupa euromandarynów będzie mogła całkowicie uznaniowo
wstrzymywać kasę i wymuszać na nas spełnianie ich kolejnych żądań.
Tyle ugraliśmy, brawo.
Co
trzeba było zrobić? A chociażby zaszantażować Brukselę wzrostem
antyunijnych nastrojów w polskim społeczeństwie.
Metodę tę opisał niegdyś jeden z naszych negocjatorów w procesie
akcesyjnym, Jerzy Marek Nowakowski. Kiedy przychodziło do kolejnej
rundy negocjacji i europejscy wysłannicy wytykali nam różne
opóźnienia i niedociągnięcia, on wyjmował sondaż z którego wynikało,
że poparcie dla integracji wśród Polaków słabnie. Unijni urzędnicy w
tym momencie z miejsca robili się o wiele bardziej „konstruktywni”.
Podobnie dziś – rośnie niechęć do UE, zwłaszcza w warunkach
prób dyktatu – blisko 1/3 Polaków optuje za polexitem, gdyby
sprawy stanęły na ostrzu noża. Nie można było zagrać tą kartą?
Okazuje
się, że nie można było – i powiem Państwu dlaczego. Otóż
PiS przestraszył się tych sondaży znacznie bardziej niż Bruksela.
Kryzys zaufania do UE został przez „naszych” odebrany nie
jako szansa na poprawę pozycji przetargowej, lecz jako paraliżujące
zagrożenie. I to jest ta różnica w rozumieniu elastyczności między
Polską a Węgrami.
Idę o zakład, że Orban w takiej sytuacji nie wahałby się ani sekundy
– ba, wręcz świadomie podgrzewałby antyunijne nastroje, by
wywrzeć na eurokratów presję. I tak jest ze wszystkim – z
rejteradą przed Żydami, żądaniami USA (Kongres właśnie uchwalił JUST
Act), ba – nawet przed Ukrainą czy inną Litwą. Wynika
to z tego, że zarówno dla czołowych postaci obozu PiS, jak i dla jego
zaplecza intelektualno-medialnego jakakolwiek dywersyfikacja
międzynarodowej aktywności wydaje się być mentalnie nie do
udźwignięcia.
Zbyt wiele zainwestowali na wszelkich możliwych poziomach
(politycznym, emocjonalnym, wizerunkowym) w różnorakie mitologie,
które zwykli postrzegać jako „historyczną konieczność”,
by nastąpiła zmiana paradygmatów. Więc jak przychodzi co do czego –
zwyczajnie „pękają” i chowają głowę w piasek, wypinając
przy okazji d... A potem się dziwią, że dostają bęcki i ludzie się od
nich odwracają. A jak mają traktować pajaców bojących się własnej
odwagi?
Gadający
Grzyb
Na
podobny temat:
Zawsze
jest z kim przegrać
Koniec
złudzeń
Czy
Polskę stać na podmiotowość?
Notek
w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/
Artykuł
opublikowany w dwutygodniku „Polska
Niepodległa” nr 09 (09-22.05.2018)