Pokazywanie postów oznaczonych etykietą populizm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą populizm. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 21 lipca 2019

Program PO-KO – analiza kitu

Jeżeli PiS wprowadza „500+”, to mamy do czynienia z nieodpowiedzialnym „rozdawnictwem”. Jeżeli natomiast PO zapowiada, że dołoży od siebie drugie tyle – wówczas jest to „odpowiedzialny” i „pragmatyczny” program.

I. Forum POgrobowe

Mamy kanikułę, w polityce zastój... a nie, wróć – wszak odbyła się konwencja programowa Koalicji Obywatelskiej (PO plus Nowoczesna, plus jakiś lewacki plankton), zatem chyba wypada się nią zająć na zasadzie „z braku laku, dobry i kit”. I właśnie analizą owego kitu wyborczego pozwolę sobie zaprzątnąć Państwa uwagę – bo też jest to ciemnota w typowym platformerskim stylu rodem z czasów Donalda Tuska i słynnego „3x15” mającego uczynić z Polski „drugą Irlandię”. Pamiętamy to jeszcze, prawda? Traf chciał, że zaraz potem za sprawą kryzysu finansowego Irlandia popadła w gigantyczne tarapaty i narracja jakby wystygła – tym bardziej, że i Polska była bliska podzielenia jej losu, bo ośmioletnie rządy PO-PSL zadłużyły nasz kraj na niemal drugie tyle, co wszystkie poprzednie ekipy po 1989 r. razem wzięte, na co nałożyła się gigantyczna dziura podatkowa w ściągalności VAT i CIT, której nie zasypał ani skok na środki z OFE, ani podwyżka VAT. Skończyło się na objęciu Polski unijną procedurą nadmiernego deficytu, a londyński sztukmistrz Rostowski rozpaczliwie wpisywał do budżetu 1,5 mld. zł. przychodów z fotoradarów, żeby chociaż na papierze wszystko się „spinało”. Mimo to, Polacy dwukrotnie dali się uwieść gładkiej gadce Tuska, który czarował elektorat z wdziękiem i wprawą Kalibabki – a potem, niczym wytrawny oszust matrymonialny zwiał do Brukseli, zostawiając całe gruzowisko nieszczęsnej Ewie Kopacz, która mogła w zasadzie już tylko usiąść na kamieni kupie i zapłakać. Dziś Tusk jakby stracił na atrakcyjności i wywołuje dreszcze ekscytacji jedynie wśród owładniętych syndromem sztokholmskim najbardziej zaślepionych akolitów obozu III RP.

To pokrótce zarysowane tło historyczne jest niezbędne dla właściwego odczytania nowego programu wyborczego Platformy z przystawkami. Mamy bowiem powrót do tego samego – tyle, że zamiast teflonowego Tuska z jego najlepszych lat, obietnice wygłasza toporny Grzegorz Schetyna, co już na samym starcie jest zabójcze dla ich wiarygodności i przydaje propozycjom walor niezamierzonej autoparodii. Na dodatek, Schetyna z kamienną twarzą Bustera Keatona postanowił wejść w prosocjalne buty Jarosława Kaczyńskiego i przebić jego „piątkę” własną „szóstką”, co znów ociera się o satyrę i kabaret. Nie dziwi zatem, że nawet członkowie jego własnej partii nie mogli na Twitterze dojść do ładu, czy uczestniczą w „Forum Programowym”, czy też „Forum POgromowym” lub zgoła „POgrobowym”.


II. „Odpowiedzialność” kontra „populizm”

No dobrze, co zatem tam mamy? Na pierwszy ogień poszły „związki partnerskie”, czyli stary, poczciwy konkubinat – do pewnego momentu praktykowany zupełnie jawnie w kręgach arystokratycznych, by następnie, po odbiciu historycznego wahadła, stać się domeną marginesu społecznego i wszelkiej patologii, czego dowodzą kroniki kryminalne utrzymane w stylu „konkubent Zdzisław Z. podczas alkoholowej libacji ugodził ośmiokrotnie nożem swą konkubentkę Barbarę W.” itd. Dziś, jak widzimy, owa forma współżycia wraca do łask za sprawą nowej, lewicowo-liberalnej lumpen-arystokracji z pretensjami do urządzania świata i przeorania norm społecznych – m.in. za sprawą sodomitów robiących w tym dziejowym rozdaniu za taran i lemiesz postępu. Jednak na miejscu ciotek (a wręcz „ciot”) rewolucji tak bardzo bym się do obietnic pana Grzegorza nie przywiązywał, bowiem jeszcze w piątek twierdził stanowczo, że o żadnych „związkach partnerskich” nie ma mowy, by w sobotę ogłosić, że jak najbardziej będą - i nikt nie może zagwarantować, co w tej materii stwierdzi za tydzień, o jesieni nie wspominając.

To jest zresztą zadziwiające, jak oni uporczywie odmawiają uczenia się na błędach w imię forsowania swojego „ideolo”. Po wyborach do europarlamentu odmiennym stanem świadomości spektakularnie błysnął Sławomir Neumann, mówiąc, iż KE wygrałaby w każdym kraju poza Polską i Węgrami. To jest wyższa forma surrealizmu – startować w Polsce i profilować kampanię, jakby była to Holandia. Teraz, jak widzimy, brną w powtórkę, w czym wyczuwam wkład intelektualny pani Barbary Nowackiej.

Ale legalizacja konkubinatu to dopiero aperitif. Prawdziwa jazda zaczyna się przy kwestiach socjalnych. Oto każdy, kto zarabia mniej niż 4,5 tys. zł. brutto (dwukrotność płacy minimalnej) ma otrzymać od państwa specjalne dopłaty do pensji (dla zarabiających najniższą krajową byłoby to 500 zł.), a do tego minimalne wynagrodzenie ma ustawowo wynosić połowę średniej krajowej, co miałoby podnieść najniższe płace nawet o 600 zł. Ponadto narzuty na płace (PIT, ZUS, NFZ) mają zostać zredukowane do 35 proc. wynagrodzenia, a osoby do 25 roku życia rozpoczynające działalność gospodarczą zostaną w ogóle zwolnione od składek na ZUS i NFZ. Aha, no i jeszcze 13 emerytura ma być na stałe.

Teraz zamknijmy oczy i wyobraźmy sobie, że coś takiego proponuje PiS. Jakie byłyby reakcje? „Rozdawnictwo!”, „populizm!”, „przekupstwo!”, „korupcja polityczna!”, „grecki scenariusz!”, „bankructwo!”, „druga Wenezuela!”. Ja, szczerze mówiąc, nie podejmuję się nawet z grubsza wyliczyć, ile to będzie kosztowało, ale czuję się o tyle usprawiedliwiony, że „eksperci” Platformy na czele z prof. Rzońcą (związanym z Forum Obywatelskiego Rozwoju Leszka Balcerowicza) również nie podają kosztów ani źródeł finansowania. Nota bene, owe dopłaty do pensji obejmą jedynie osoby na etacie, więc cała rzesza zatrudnianych na śmieciówkach obejdzie się smakiem. Po drugie – dopłaty do niskich wynagrodzeń są jawną zachętą dla pracodawców by zamrozić pensje (bo „państwo” i tak dopłaci), co jest przerzuceniem na ogół podatników części kosztów zatrudnienia. Na takiej samej zasadzie w USA Wal-Mart zamiast podwyższać wynagrodzenia instruuje pracowników, jak efektywnie korzystać z pomocy socjalnej. Natomiast zwolnienie z ZUS i NFZ uruchomi falę wypychania młodych ludzi na fikcyjne samozatrudnienie, co już jest zmorą naszego rynku pracy. W efekcie otrzymamy pogłębienie obecnych patologii.

Ale od czego jest Czerska? Na portalu Gazeta.pl z miejsca „wytłumaczono” czytelnikom, że „opozycja postawiła na odpowiedzialność, a nie populizm” i zamierza „pokonać PiS bez rozdawnictwa”. Czym różni się „odpowiedzialność” od „populizmu”? Proszę się skupić. Jeżeli PiS wprowadza programy społeczne, finansując je w większości z uszczelnienia systemu podatkowego, to mamy do czynienia z nieodpowiedzialnym „rozdawnictwem” dla „patologii” i „nierobów”, co niechybnie doprowadzi do bankructwa w grecko-wenezuelskim stylu. Jeżeli natomiast PO ustami Schetyny zapowiada, że nie tylko niczego z pisowskiego „rozdawnictwa” nie uszczknie, ale jeszcze dołoży od siebie drugie tyle (w tym 13-tą emeryturę na stałe) – wówczas jest to „odpowiedzialny” i „pragmatyczny” program. W tym momencie nawet nie ma sensu pytać, w jaki sposób PO ma zamiar naprawić służbę zdrowia i skrócić oczekiwanie do specjalisty do 21 dni, a czas przyjęcia na SOR-ach do 60 minut. Zresztą, pytanie takie zadał posłowi Brejzie dziennikarz „Wirtualnej Polski” i został w dość obcesowym tonie odesłany... do obecnego ministra zdrowia z PiS-u, który jako żywo takich farmazonów nie obiecywał. Z kronikarskiego obowiązku odnotujmy jeszcze plan całkowitej „dekarbonizacji” Polski do 2040 r. - niemieckie koncerny „wiatrakowe” już ostrzą sobie zęby.


III. Prawdziwy program – po wyborach!

No dobrze, dajmy już spokój tym gruszkom na wierzbie, jak bowiem w przeddzień „Forum POgrobowego” przyznał Grzegorz Schetyna, „czas na pokazanie programu przyjdzie po wyborach”. I słuszna jego racja, gdyż prawdziwy, taki „najmojszy” program ugrupowania poznajemy wtedy, gdy to ugrupowanie zaczyna rządzić - to jest kluczowy „stress test”, bo wcześniej jest to, umówmy się, konkurs piękności połączony z ruletką. Na szczęście, mamy już skalę porównawczą: widzieliśmy i doświadczyliśmy na własnej skórze rządów Platformy z „Peezelem” - i wiemy też, jak od blisko czterech lat rządzi PiS. Co ja tu się będę dłużej wymądrzał - wybór jest chyba oczywisty, prawda?

Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 29 (19-25.07.2019)

niedziela, 10 grudnia 2017

Cena demokracji

Za komfort demokracji trzeba płacić - i to nie górnolotnymi frazesami, lecz całkiem przyziemnymi, realnymi pieniędzmi.


Popularne powiedzenie gospodarczych liberałów głosi, że „nie ma darmowych obiadów” - i pełna zgoda, w życiu za wszystko trzeba płacić taką czy inną walutą. Problem zaczyna się w momencie, gdy powiedzenie to wykorzystywane jest w charakterze polemicznej kłonicy przeciw, najogólniej mówiąc, redystrybucji dóbr. Przecież nikt przytomny nie twierdzi, że państwowa służba zdrowia, edukacja, czy rozmaite świadczenia socjalne są „za darmo”. Wiadomo, że trzeba pokrywać je z podatków, a gdy tych nie wystarczy - z zadłużania państwa. Tego ostatniego należy oczywiście w miarę możliwości unikać – z szeregu przyczyn, począwszy od groźby bankructwa, poprzez etyczno-ekonomiczny aspekt obciążania długami kolejnych pokoleń, a skończywszy na kwestii suwerenności, której zagraża uzależnienie finansowe od globalnych spekulantów. Rzecz w tym, by obciążenia na szeroko rozumianą sferę publiczną rozłożyć w sprawiedliwy i efektywny sposób, nie dopuszczając do nawarstwienia się społecznych nierówności.

I w tym momencie przechodzimy do sedna niniejszego felietonu. Otóż twierdzenie, że „nie ma darmowych obiadów” dotyczy także społecznego spokoju i samej demokracji. Tak - za demokrację i komfort prowadzenia interesów w przewidywalnym otoczeniu też trzeba płacić. To tak oczywiste, że aż niewiarygodne, że trzeba to tłumaczyć – jednak owa prosta konstatacja nader często wolnorynkowcom umyka. Ceną społecznej stabilizacji są nie tylko bezpośrednie transfery socjalne, ale też np. stabilne formy zatrudnienia i pewność emerytur. Kiedy tego brakuje, wkrada się niepokój będący pożywką dla tzw. „populistów” - czyli mówiąc po ludzku, polityków wsłuchujących się w zbiorowe lęki i frustracje, by następnie wykorzystać je dla swoich celów. Rozumiano to dobrze na Zachodzie w czasach zimnej wojny, kiedy strach przez komunizmem i społeczną rewoltą zmusił tamtejsze elity (również biznesowe) do wprowadzenia „welfare state”. Gdy komunistyczne zagrożenie stopniowo mijało, wielki biznes coraz głośniej wołał „hulaj dusza” wchodząc w okres globalnej spekulacji, niczym nieograniczonej maksymalizacji zysku, prekaryzacji rynku pracy i absolutyzowania wolności gospodarczej w myśl demagogicznej maksymy, że „przypływ podnosi wszystkie łodzie”.

Efekty znamy. „Przypływ” wcale nie podniósł „wszystkich łodzi”, tylko te największe, mniejsze zatapiając – drobny, rodzinny biznes na całym świecie jest w odwrocie, co przekłada się nie tylko na utratę samodzielnych źródeł utrzymania, lecz również odziera rzesze ludzi z poczucia własnej wartości. Rzekoma wolność doprowadziła do daleko posuniętej oligarchizacji światowej gospodarki. Realne płace stanęły w miejscu, czemu towarzyszy postępujący zanik klasy średniej – ostoi społecznego konsensusu gwarantującego porządek. W USA epoka Eisenhowera z 91 proc. podatkiem od dochodów przekraczających 400 tys. dol. jawi się niczym raj utracony. „Uśmieciowienie” rynku pracy doprowadziło do wytworzenia nowej warstwy społecznej – prekariatu, czyli rzesz ludzi wiecznie niepewnych jutra, często mimo podjęcia pracy kwalifikujących się do pomocy socjalnej („working poor”), co zresztą koncerny cynicznie wykorzystują, przerzucając część kosztów pracy na państwo (taki „Wall Mart” wręcz szkoli pracowników w efektywnym korzystaniu z opieki społecznej). Okazało się, że wbrew innemu sloganowi, bogactwo wcale nie „skapuje w dół”, tylko zatrzymuje się na górze.

Skutkiem powyższego jest rosnące rozwarstwienie i związany z tym gniew, poczucie przegranej i frustracja. To zaś tworzy naturalne podglebie dla różnych niebezpiecznych tendencji. Liberałowie dziwią się, skąd nagle „fala populizmu”, wygrana Trumpa czy popularność różnych radykałów. Ano właśnie stąd – sami na to zapracowaliście nieopanowaną żądzą zysku bez oglądania się na konsekwencje.

Dlatego tak pomstuję w kolejnych felietonach na „śmieciówki”, niskie płace, rozwarstwienie i piętnuję cwaniackie firmy „optymalizujące” zobowiązania podatkowe - słowem, na ten cały ekonomiczny bantustan. Z tych samych przyczyn chwalę program 500+ i uszczelnianie podatków. Dlatego też moim wrogiem numer jeden jest oligarchia pieniądza na czele z banksterskimi spekulantami, wysysająca niczym upiór soki życiowe z całych narodów – a także, chociażby globalne umowy handlowe.

Tu zastrzeżenie – powyższe poglądy zwykło się dezawuować oskarżeniami o socjalizm. Otóż nie, to nie żaden „socjalizm”, tylko społeczny konserwatyzm – stara, dobra chadecja z czasów, kiedy to pojęcie jeszcze cokolwiek znaczyło. Demokracja to inwestycja – żeby wyjąć, trzeba najpierw włożyć. Tak więc, jeśli chcemy funkcjonować w demokratycznym państwie prawa, a nie w targanym niepokojami bantustanie, to zacznijmy od poparcia dla zatrudniania pracowników na normalną umowę o pracę, płacenia im godziwych pieniędzy nawet kosztem nieco niższego zysku i uczciwego odprowadzania podatków. Nie ma darmowych obiadów, a za komfort demokracji trzeba płacić - i to nie górnolotnymi frazesami, lecz całkiem przyziemnymi, realnymi pieniędzmi.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 49 (08-14.12.2017)

niedziela, 14 maja 2017

Macron, czyli Petru po francusku

Francuzi wybrali sobie „Petru na sterydach” - wyjałowioną z treści „alternatywę” na pasku banksterów, gwarantującą utrzymanie status quo (czyli, po naszemu - „żeby było tak, jak było”).

I. „Mąż opatrznościowy”

Jeżeli potraktować poważnie komentarze światowej prasy po zwycięstwie Emmanuela Macrona (66,1 proc.) nad Marine Le Pen (33,9 proc.), to można by pomyśleć, że ludzkość cudem uniknęła jakiejś potwornej apokalipsy. Wygrana Le Pen miała, wedle tej narracji, oznaczać triumf „populizmu” i związany z nim „Frexit”, a w konsekwencji „koniec Unii Europejskiej”. Używano przy tym standardowego już straszaka, czyli argumentu „ad Putinum” - kremlowski satrapa miałby mianowicie wielce się „ucieszyć” z triumfu kandydatki Frontu Narodowego. Przed tym wszystkim uchronił nas objawiony w ostatniej chwili mąż opatrznościowy – Macron.

Tu warto od razu wtrącić kilka uwag porządkujących. Ów straszny „populizm”, to po prostu kontestacja obecnego porządku i zarządzającego nim demoliberalnego establishmentu. Porządek ten sypie się na naszych oczach, zaś elity przywódcze – często samozwańcze, bez demokratycznego mandatu, skorumpowane, oderwane od rzeczywistości i wyborców – nie tylko nie mają recepty na kryzys, ale często wręcz odmawiają przyjęcia do wiadomości, że coś jest tu fundamentalnie nie w porządku, a „liberalna demokracja” w dzisiejszym kształcie brnie w ślepą uliczkę. Jeżeli już formułują jakiś program, to zasadza się on na pomyśle „więcej tego samego”: więcej „integracji”, więcej unifikacji, globalizacji, no i przede wszystkim – więcej władzy dla nas! Wszystko z pominięciem woli większości, a często wręcz jawnie przeciw niej. Z tego punktu widzenia „populiści” odwołujący się właśnie do tej otwarcie lekceważonej przez establishment demokratycznej większości, jawią się niczym śmiertelne zagrożenie – tym bardziej, że postulują powrót do „Europy ojczyzn” i wzmocnienie roli państw narodowych, co bezpośrednio godzi w pozycję i interesy rozpanoszonej kasty brukselskich mandarynów. Stąd obecna krucjata spod znaku „walki z populizmem”.


II. Chłopak od Rothschildów

Produktem takiej krucjaty jest Emmanuel Macron – człowiek bez właściwości, którego postanowiono wystrugać w trybie pilnym na zbawcę Europy. Młody, dynamiczny, nieograny polityk z głębokich rezerw kadrowych, przed którym postawiono zadanie uwiedzenia wyborców powiewem świeżości i bliżej niesprecyzowanego „optymizmu”. Jego ruch „En Marche!” („Naprzód!”), to utworzony ad hoc amorficzny konglomerat bez struktur – za to najwyraźniej nie mający problemów z finansowaniem. I tu jest zasadnicza różnica między Macronem a Marine Le Pen, do której przylgnęła łatka „kandydatki Putina” z powodu pożyczki 9 mln. euro zaciągniętej w rosyjskim First Czech Russian Banku (później umorzonej). Ceną było popieranie rosyjskiej linii w sprawie Ukrainy oraz inne przyjazne gesty na forum publicznym, co dla Le Pen było rozsądnym dealem – Francji i Frontowi Narodowemu „samostijna Ukraina” nie jest do niczego potrzebna w przeciwieństwie do pieniędzy, a warto pamiętać, że wcześniej finansowego wsparcia odmówiły Le Pen solidarnie wszystkie francuskie banki, rosyjska pożyczka była więc ostatnią deską ratunku.

Natomiast Macron to protegowany Rothschildów – ma za sobą rozdział błyskotliwej kariery w ich banku - Rothschild & Cie Banque, gdzie pracował w latach 2008-2012 zajmując się bankowością inwestycyjną na miliardową skalę ze stosownym wynagrodzeniem – ponad 100 tys. euro miesięcznie. Wcześniej ukończył m.in. francuską „kuźnię kadr” polityczno-urzędniczych - École nationale d’administration (ENA), której absolwenci stanowią twardy trzon tamtejszych elit. Stamtąd trafił do państwowego korpusu inspektorów finansowych, potem do wspomnianego banku Rothschildów, następnie zaś do administracji prezydenta Hollanda, w czym zapewne pomógł mu epizod członkowski w Partii Socjalistycznej (2006-2009). Słowem, ucieleśnienie powiązań na styku bankowość – polityka, co nie przeszkodziło mu pozycjonować się jako „bezpartyjny” i „niezależny” kandydat. Owego „niezależnego” kandydata zgodnie poparł walczący o przetrwanie mainstream V Republiki – od lewa do prawa, tworząc jednolity front przeciw Marine Le Pen. Skutek znamy – w uproszczeniu można powiedzieć, że pieniądze Rothschildów wygrały z pieniędzmi Moskwy, co zostało odtrąbione jako wielki sukces demokracji.

Na marginesie warto odnotować tu galopującą hipokryzję, bowiem niemal cały zachodnioeuropejski establishment polityczno-biznesowy wręcz przebiera nogami, żeby robić z Putinem interesy (i często robi, omijając sankcje), o takich przedsięwzięciach jak Nord Stream już nie wspominając. Dotyczy to literalnie wszystkich – Niemców, Francuzów, Włochów, Holendrów... – ale ta sama zgraja sprzedawczyków aż zachłystuje się oburzeniem i pryncypializmem, gdy podobne rzeczy śmie głosić zagrażający ich pozycji „populista”.


III. Petru wersja 2.0

Wśród komentarzy opisujących francuskie wybory pojawiły się analogie z krajowym podwórkiem i Ryszardem Petru, którego „Nowoczesna” również została nagle wykreowana z niczego notując względny wyborczy sukces. To samo pustosłowie, ten sam przerost propagandowego „piaru” nad treściami programowymi, bo trudno uznać za realny program ogólnikową „proeuropejskość”, te same ulokowane nadzieje dotychczasowych elit na ocalenie skóry, ta sama rzekoma „nowość” i „niezależność” oraz... podobne bankowe kariery, kontakty i zaplecze. Dość powiedzieć, że „Nowoczesna” nie miała problemów z otrzymaniem kredytu 2 mln. zł. na kampanię, choć ledwie co pojawiła się na scenie politycznej. Daj Boże każdemu politycznemu „start-upowi” podobne finansowanie. No i nawet obyczajowe skandaliki dotykają obu polityków...

Przy tym wszystkim jednak nie da się nie zauważyć, że Macron jest wersją ulepszoną – więcej polotu, medialnego obycia, dynamiki. Do tego różnice osobowościowe – francuski polityk nie pozwala sobie na żenujące wpadki, które skutecznie pogrążyły Ryszarda Petru. Ale też i we Francji gra toczyła się o wiele większą stawkę, niż w peryferyjnej Polsce, toteż można się domyślać, że casting na „odnowiciela demokracji” przeprowadzony był staranniej, nad samym kandydatem popracowali lepsi fachowcy, no i zaangażowano większe pieniądze. W efekcie Francuzi wybrali sobie „Petru na sterydach” - wyjałowioną z treści „alternatywę” na pasku banksterów, gwarantującą utrzymanie status quo (czyli, po naszemu - „żeby było tak, jak było”).

Wybór ten pokazuje kilka spraw. Po pierwsze, że francuskie społeczeństwo mimo obrzydzenia do dotychczasowej sceny politycznej jest bardziej ogłupiałe niż Polacy. Po drugie, że łatwiej je nastraszyć groźbą „nieprzewidywalnego” (zresztą, to bodaj ostatnia broń, która została establishmentowi – głosujcie na „naszego”, bo „populiści” wyprowadzą was w nieznane). I w związku z tym, po trzecie – że zachodnie społeczeństwa chciałyby wprawdzie odmiany, ale takiej z którą nie wiąże się ryzyko – i to właśnie zaproponował im Macron. Wcześniej na podobną, plastikową „zmianę” zagłosowali Amerykanie, wybierając Obamę i jego puste „Yes, we can”. Po dwóch kadencjach odbiło się to w stronę Trumpa, co powinni wziąć pod uwagę ci, którzy dziś triumfalistycznie ogłaszają zmierzch „populizmu”.

Otóż nie. Już samo to, z jakim napięciem liberalne elity wyczekiwały wyniku wyborów i zbiorowe westchnienie ulgi po przegranej Marine Le Pen (kto z nią wygra było tak naprawdę z ich perspektywy kwestią drugorzędną) pokazuje miejsce w którym się znaleźliśmy – jeszcze 5-10 lat temu coś podobnego byłoby nie do pomyślenia. Poza wszystkim – Macron poza zacieśnianiem integracji i „Europą dwóch prędkości” (co leży w interesie jego mocodawców, a nie obywateli), nie ma realnie niczego Francuzom do zaoferowania. Jego wybór to plasterek na rozjątrzoną ranę i nijak się ma do prawdziwych, buzujących we Francji problemów. A te, począwszy od migracji i napięć etniczno-kulturowych, po zabijającą tamtejszą gospodarkę walutę euro i przerost różnych „socjali”, będą wciąż podskórnie narastały, aż koniec końców rozsadzą tę wydmuszkę ulokowaną dziś w prezydenckim fotelu. Pytanie, czy wówczas Francuzi pójdą po rozum do głowy.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 19 (12-18.05.2017)