Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Platforma Obywatelska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Platforma Obywatelska. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 21 lipca 2019

Program PO-KO – analiza kitu

Jeżeli PiS wprowadza „500+”, to mamy do czynienia z nieodpowiedzialnym „rozdawnictwem”. Jeżeli natomiast PO zapowiada, że dołoży od siebie drugie tyle – wówczas jest to „odpowiedzialny” i „pragmatyczny” program.

I. Forum POgrobowe

Mamy kanikułę, w polityce zastój... a nie, wróć – wszak odbyła się konwencja programowa Koalicji Obywatelskiej (PO plus Nowoczesna, plus jakiś lewacki plankton), zatem chyba wypada się nią zająć na zasadzie „z braku laku, dobry i kit”. I właśnie analizą owego kitu wyborczego pozwolę sobie zaprzątnąć Państwa uwagę – bo też jest to ciemnota w typowym platformerskim stylu rodem z czasów Donalda Tuska i słynnego „3x15” mającego uczynić z Polski „drugą Irlandię”. Pamiętamy to jeszcze, prawda? Traf chciał, że zaraz potem za sprawą kryzysu finansowego Irlandia popadła w gigantyczne tarapaty i narracja jakby wystygła – tym bardziej, że i Polska była bliska podzielenia jej losu, bo ośmioletnie rządy PO-PSL zadłużyły nasz kraj na niemal drugie tyle, co wszystkie poprzednie ekipy po 1989 r. razem wzięte, na co nałożyła się gigantyczna dziura podatkowa w ściągalności VAT i CIT, której nie zasypał ani skok na środki z OFE, ani podwyżka VAT. Skończyło się na objęciu Polski unijną procedurą nadmiernego deficytu, a londyński sztukmistrz Rostowski rozpaczliwie wpisywał do budżetu 1,5 mld. zł. przychodów z fotoradarów, żeby chociaż na papierze wszystko się „spinało”. Mimo to, Polacy dwukrotnie dali się uwieść gładkiej gadce Tuska, który czarował elektorat z wdziękiem i wprawą Kalibabki – a potem, niczym wytrawny oszust matrymonialny zwiał do Brukseli, zostawiając całe gruzowisko nieszczęsnej Ewie Kopacz, która mogła w zasadzie już tylko usiąść na kamieni kupie i zapłakać. Dziś Tusk jakby stracił na atrakcyjności i wywołuje dreszcze ekscytacji jedynie wśród owładniętych syndromem sztokholmskim najbardziej zaślepionych akolitów obozu III RP.

To pokrótce zarysowane tło historyczne jest niezbędne dla właściwego odczytania nowego programu wyborczego Platformy z przystawkami. Mamy bowiem powrót do tego samego – tyle, że zamiast teflonowego Tuska z jego najlepszych lat, obietnice wygłasza toporny Grzegorz Schetyna, co już na samym starcie jest zabójcze dla ich wiarygodności i przydaje propozycjom walor niezamierzonej autoparodii. Na dodatek, Schetyna z kamienną twarzą Bustera Keatona postanowił wejść w prosocjalne buty Jarosława Kaczyńskiego i przebić jego „piątkę” własną „szóstką”, co znów ociera się o satyrę i kabaret. Nie dziwi zatem, że nawet członkowie jego własnej partii nie mogli na Twitterze dojść do ładu, czy uczestniczą w „Forum Programowym”, czy też „Forum POgromowym” lub zgoła „POgrobowym”.


II. „Odpowiedzialność” kontra „populizm”

No dobrze, co zatem tam mamy? Na pierwszy ogień poszły „związki partnerskie”, czyli stary, poczciwy konkubinat – do pewnego momentu praktykowany zupełnie jawnie w kręgach arystokratycznych, by następnie, po odbiciu historycznego wahadła, stać się domeną marginesu społecznego i wszelkiej patologii, czego dowodzą kroniki kryminalne utrzymane w stylu „konkubent Zdzisław Z. podczas alkoholowej libacji ugodził ośmiokrotnie nożem swą konkubentkę Barbarę W.” itd. Dziś, jak widzimy, owa forma współżycia wraca do łask za sprawą nowej, lewicowo-liberalnej lumpen-arystokracji z pretensjami do urządzania świata i przeorania norm społecznych – m.in. za sprawą sodomitów robiących w tym dziejowym rozdaniu za taran i lemiesz postępu. Jednak na miejscu ciotek (a wręcz „ciot”) rewolucji tak bardzo bym się do obietnic pana Grzegorza nie przywiązywał, bowiem jeszcze w piątek twierdził stanowczo, że o żadnych „związkach partnerskich” nie ma mowy, by w sobotę ogłosić, że jak najbardziej będą - i nikt nie może zagwarantować, co w tej materii stwierdzi za tydzień, o jesieni nie wspominając.

To jest zresztą zadziwiające, jak oni uporczywie odmawiają uczenia się na błędach w imię forsowania swojego „ideolo”. Po wyborach do europarlamentu odmiennym stanem świadomości spektakularnie błysnął Sławomir Neumann, mówiąc, iż KE wygrałaby w każdym kraju poza Polską i Węgrami. To jest wyższa forma surrealizmu – startować w Polsce i profilować kampanię, jakby była to Holandia. Teraz, jak widzimy, brną w powtórkę, w czym wyczuwam wkład intelektualny pani Barbary Nowackiej.

Ale legalizacja konkubinatu to dopiero aperitif. Prawdziwa jazda zaczyna się przy kwestiach socjalnych. Oto każdy, kto zarabia mniej niż 4,5 tys. zł. brutto (dwukrotność płacy minimalnej) ma otrzymać od państwa specjalne dopłaty do pensji (dla zarabiających najniższą krajową byłoby to 500 zł.), a do tego minimalne wynagrodzenie ma ustawowo wynosić połowę średniej krajowej, co miałoby podnieść najniższe płace nawet o 600 zł. Ponadto narzuty na płace (PIT, ZUS, NFZ) mają zostać zredukowane do 35 proc. wynagrodzenia, a osoby do 25 roku życia rozpoczynające działalność gospodarczą zostaną w ogóle zwolnione od składek na ZUS i NFZ. Aha, no i jeszcze 13 emerytura ma być na stałe.

Teraz zamknijmy oczy i wyobraźmy sobie, że coś takiego proponuje PiS. Jakie byłyby reakcje? „Rozdawnictwo!”, „populizm!”, „przekupstwo!”, „korupcja polityczna!”, „grecki scenariusz!”, „bankructwo!”, „druga Wenezuela!”. Ja, szczerze mówiąc, nie podejmuję się nawet z grubsza wyliczyć, ile to będzie kosztowało, ale czuję się o tyle usprawiedliwiony, że „eksperci” Platformy na czele z prof. Rzońcą (związanym z Forum Obywatelskiego Rozwoju Leszka Balcerowicza) również nie podają kosztów ani źródeł finansowania. Nota bene, owe dopłaty do pensji obejmą jedynie osoby na etacie, więc cała rzesza zatrudnianych na śmieciówkach obejdzie się smakiem. Po drugie – dopłaty do niskich wynagrodzeń są jawną zachętą dla pracodawców by zamrozić pensje (bo „państwo” i tak dopłaci), co jest przerzuceniem na ogół podatników części kosztów zatrudnienia. Na takiej samej zasadzie w USA Wal-Mart zamiast podwyższać wynagrodzenia instruuje pracowników, jak efektywnie korzystać z pomocy socjalnej. Natomiast zwolnienie z ZUS i NFZ uruchomi falę wypychania młodych ludzi na fikcyjne samozatrudnienie, co już jest zmorą naszego rynku pracy. W efekcie otrzymamy pogłębienie obecnych patologii.

Ale od czego jest Czerska? Na portalu Gazeta.pl z miejsca „wytłumaczono” czytelnikom, że „opozycja postawiła na odpowiedzialność, a nie populizm” i zamierza „pokonać PiS bez rozdawnictwa”. Czym różni się „odpowiedzialność” od „populizmu”? Proszę się skupić. Jeżeli PiS wprowadza programy społeczne, finansując je w większości z uszczelnienia systemu podatkowego, to mamy do czynienia z nieodpowiedzialnym „rozdawnictwem” dla „patologii” i „nierobów”, co niechybnie doprowadzi do bankructwa w grecko-wenezuelskim stylu. Jeżeli natomiast PO ustami Schetyny zapowiada, że nie tylko niczego z pisowskiego „rozdawnictwa” nie uszczknie, ale jeszcze dołoży od siebie drugie tyle (w tym 13-tą emeryturę na stałe) – wówczas jest to „odpowiedzialny” i „pragmatyczny” program. W tym momencie nawet nie ma sensu pytać, w jaki sposób PO ma zamiar naprawić służbę zdrowia i skrócić oczekiwanie do specjalisty do 21 dni, a czas przyjęcia na SOR-ach do 60 minut. Zresztą, pytanie takie zadał posłowi Brejzie dziennikarz „Wirtualnej Polski” i został w dość obcesowym tonie odesłany... do obecnego ministra zdrowia z PiS-u, który jako żywo takich farmazonów nie obiecywał. Z kronikarskiego obowiązku odnotujmy jeszcze plan całkowitej „dekarbonizacji” Polski do 2040 r. - niemieckie koncerny „wiatrakowe” już ostrzą sobie zęby.


III. Prawdziwy program – po wyborach!

No dobrze, dajmy już spokój tym gruszkom na wierzbie, jak bowiem w przeddzień „Forum POgrobowego” przyznał Grzegorz Schetyna, „czas na pokazanie programu przyjdzie po wyborach”. I słuszna jego racja, gdyż prawdziwy, taki „najmojszy” program ugrupowania poznajemy wtedy, gdy to ugrupowanie zaczyna rządzić - to jest kluczowy „stress test”, bo wcześniej jest to, umówmy się, konkurs piękności połączony z ruletką. Na szczęście, mamy już skalę porównawczą: widzieliśmy i doświadczyliśmy na własnej skórze rządów Platformy z „Peezelem” - i wiemy też, jak od blisko czterech lat rządzi PiS. Co ja tu się będę dłużej wymądrzał - wybór jest chyba oczywisty, prawda?

Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 29 (19-25.07.2019)

niedziela, 24 czerwca 2018

Zdrajcy i szantażyści z PO

Totalni” sądzą Polaków swoją miarą, przypisując społecznemu ogółowi własne cechy – zdegenerowanych, wyzutych z sumienia, sprzedajnych kanalii.

I. Szantaż

Na początek słynny już cytat z wywiadu Rafała Trzaskowskiego (PO) dla Radia Zet: Mówię jasno: panowie, wycofajcie się z najbardziej rażących przykładów łamania praworządności, to te pieniądze nie będą mrożone. Na szczęście dzięki naszym staraniom te pieniądze nie przepadają, tylko będą mrożone. W związku z tym jak my wygramy kolejne wybory, to te pieniądze zostaną odmrożone i Warszawa skorzysta wtedy z olbrzymich pieniędzy na inwestycje. Natomiast jak dalej będzie rządził PIS, przez kolejne lata, i dalej będzie łamał Konstytucję, to wszyscy w Polsce muszą sobie zdawać sprawę z konsekwencji takich, że nie będzie pieniędzy na inwestycje przez tych awanturników”.

Chciałoby się napisać w tym miejscu, że maski opadły – tyle, że strategia „totalnej opozycji” polegająca na powrocie do władzy dzięki zagranicznym naciskom od dawna jest przed opinią publiczną obnażona w całym swym bezwstydzie. Wypowiedź kandydata PO na prezydenta Warszawy jedynie kontynuuje politykę odwoływania się do zewnętrznych ośrodków w celu zastraszenia rządu, a nade wszystko – polskiego społeczeństwa. Warto tu sobie przypomnieć spot wyborczy z czasów, gdy Platforma była jeszcze u władzy – Janusz Lewandowski z miną szczodrego wujka obiecywał, że w przypadku zwycięstwa na Polskę spadnie złoty deszcz pod postacią, o ile pamiętam, 300 mld. złotych. Przekaz był jasny: mamy „chody” w Brukseli, więc jeśli chcecie pieniędzy, to głosujcie na nas – natomiast jeżeli wybierzecie „oszołomów” z PiS, to Unia zakręci kurek z kasą. Wówczas, w 2011 r., „marchewka” zadziałała, bo unijny budżet jawił się Polakom jako Sezam dzięki któremu dokonamy skoku cywilizacyjnego. Dziś, gdy ta sama Platforma jest w opozycji i w jej szeregach pogłębia się frustracja, akcenty zostały odwrócone i w miejsce marchewki pojawił się bat – jeśli nie wrócimy do władzy, zrobimy wszystko, żebyście odczuli to na własnej skórze. Dlatego, durna hołoto kupiona za „pińćset”, lepiej sobie policzcie, co wam się bardziej opłaca. Taki jest rzeczywisty przekaz skierowany do wyborców, jeśli obedrzeć go z zasłony pięknych słówek i zaklęć o „praworządności”.


II. Służalczość, pycha i pogarda

Mamy w tym przekazie kilka warstw. Pierwsza, najbardziej widoczna, to lokajskie nawyki „totalnych”, które stały się ich drugą naturą do tego stopnia, że przestali nawet dostrzegać niestosowność w zabieganiu o cudze względy kosztem interesów własnego państwa. Ci mentalni folksdojcze zwyczajnie nie widzą niczego złego w oczernianiu swojego kraju za granicą, upokarzającym antyszambrowaniu w przedpokojach euromandarynów czy jawnym nawoływaniu do zastosowania wobec Polski unijnych sankcji. Suwerenność, podmiotowość a nawet zwykła ludzka godność są dla nich jedynie pustymi frazesami z których można zrezygnować za kilka euro więcej. O takich jak oni pisał Tuwim: „W twarz dadzą sobie napluć za tyle a tyle. Obetrą gębę ręką, a sumę przeliczą!”. Dobitnym przykładem powyższego było haniebne głosowanie w Parlamencie Europejskim, gdy przedstawiciele PO opowiedzieli się za otwarciem możliwości uruchomienia wobec Polski procedury z art. 7 Traktatu Lizbońskiego. Nie zapomnijmy tych nazwisk: Michał Boni, Róża Grafin von Thun und Hohenstein, Danuta Hübner, Danuta Jazłowiecka, Barbara Kudrycka, Julia Pitera. Nie jest też tajemnicą, że kolejne antypolskie sabaty w PE również były efektem skrzętnych zabiegów tej unijnej ekspozytury współczesnej Targowicy – i podobnie jak ich historyczni protoplaści, osłaniają swe zaprzaństwo grubą warstwą lepkiej obłudy, rozdzierając szaty nad utraconą „złotą wolnością”.

Warstwa druga, to głębokie przeświadczenie, wspólne dla całego obozu beneficjentów III RP, że władza nad Polską i dominująca pozycja społeczna należą im się w sposób niejako naturalny – zostali bowiem namaszczeni do pełnienia funkcji namiestników nadwiślańskiej kolonii przez berlińsko-brukselskie elity polityczne i biznesowe. A jeżeli lokalni aborygeni się zbuntują, to należy dołożyć wszelkich starań, by ich spacyfikować – w tym przypadku, odebrać unijne fundusze. Z przytoczonych na wstępie słów Trzaskowskiego jasno bowiem wynika, że korzystać z pieniędzy unijnych może jedynie władza „słuszna” - tj. pozytywnie odbierana przez zewnętrznych nadzorców. Na marginesie - środki te nie są żadną łaską ani jałmużną, lecz częściową i dalece niepełną rekompensatą za otwarcie na oścież naszej gospodarki na wszechstronną eksploatację – i to na długo przed akcesją do UE. Obecnie, wg premiera Morawieckiego, zagraniczne koncerny wyprowadzają z Polski dywidendy rzędu 100 mld. zł. rocznie, przy wpływach z unijnej kasy wynoszących ok. 25 mld. zł. Zatem w sensie przepływów finansowych Polska jest płatnikiem netto.

Warstwa trzecia wreszcie, to głęboka pogarda dla tubylczego „motłochu”, który w oczach „totalnej opozycji” ma być głęboko zdemoralizowany – sprzedajny, pazerny i chwiejny. Polaków wedle tej optyki można kupić obietnicami „300 miliardów” (jak we wspomnianym spocie J. Lewandowskiego) albo za „pińćset”, jeśli zaś to nie podziała – zaszantażować groźbą „zamrożenia” pieniędzy. Krótko mówiąc, „totalni” sądzą Polaków swoją miarą, przypisując społecznemu ogółowi własne cechy – zdegenerowanych, wyzutych z sumienia, sprzedajnych kanalii.


III. Trzaskowski „pasem transmisyjnym” Verhofstadta

Trzeba nadmienić, iż Trzaskowski robi tu jedynie za „pas transmisyjny” przekazujący wolę samozwańczych „władców Europy”. Można się co najwyżej dziwić jego bezmyślnej ostentacji, bowiem w przypływie niewczesnej szczerości przyznał, że Platforma czynnie za takim stanowiskiem lobbowała – i co więcej, otrzymała od swych patronów stosowne gwarancje polityczne, co nosi wszelkie znamiona zdrady. Nieco wcześniej otwartym tekstem nastawienie europejskich elit wyłuszczył w lewicowo-liberalnym „Project Syndicate” Guy Verhofstadt. Przewodniczący frakcji liberałów w europarlamencie znany z niewybrednych ataków na Polskę napisał m.in., że „jest nie do przyjęcia”, by euro-fundusze szły na państwa rządzone przez siły „nieliberalne”, postulując uzależnienie wypłat z Funduszu Spójności od „przestrzegania i egzekwowania norm praworządności” nad czym miałaby czuwać „obiektywna procedura monitoringu. Innymi słowy: środki byłyby wypłacane z klucza politycznego i w każdej chwili mogłyby zostać pod byle pretekstem cofnięte. Później jest jeszcze ciekawiej, albowiem Verhofstadt zaproponował utworzenie z „zamrożonych” środków specjalnego funduszu „na wsparcie dla uniwersytetów, ośrodków badawczych i innych instytucji społeczeństwa obywatelskiego w tym państwie” - czyli, mówiąc wprost, na ośrodki propagandowej dywersji, mające destabilizować sytuację wewnętrzną w „państwach zbaczających z właściwej ścieżki”, jak określa Polskę i Węgry. Krok dalej na tych samych łamach poszedł Sławomir Sierakowski z „Krytyki Politycznej”, pisząc: „przecież PiS i węgierski Fidesz Viktora Orbana zostały demokratycznie wybrane. Pojawia się więc pytanie dlaczego Węgrzy i Polacy nie powinni być karani za swój wybór.

Moim zdaniem, odpowiedź polskiego rządu powinna być twarda i symetryczna. Widać wyraźnie, że dotychczasowa polityka łagodzenia, dążenia do „dialogu” i „kompromisu” nie dała rezultatu – nadęci własną pychą dygnitarze pokroju Verhofstadta czy Timmermansa zwietrzyli tylko krew i zaczęli jeszcze mocniej dokręcać śrubę. Nie łudźmy się – rząd PiS jest przez liberalne unijne władze odbierany jako „ciało obce” i będzie zwalczany z całą bezwzględnością, niezależnie od tego co zrobi. Dlatego też potrzebne jest „nowe otwarcie” polegające na stanowczym walnięciu w stół i np. ogłoszeniu, że w przypadku arbitralnego cofnięcia europejskich funduszy, Polska proporcjonalnie wstrzyma wpłacanie swojej składki członkowskiej. Środki te zostałyby wówczas przekierowane bezpośrednio na projekty, które miały być sfinansowane z unijnego budżetu. Poza wszystkim, nagle może się okazać, że bez unijnej mamony też istnieje życie. W każdym razie – czas uśmiechów się skończył.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Głosuj jak chcemy...

Rynki was nauczą...

Zdradzieckie mordy najgorszego sortu

Wszyscy płacimy za „optymalizację”


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 25 (22-28.06.2018)

środa, 25 maja 2011

Jak Platforma dziki kraj zbudowała


PO została powołana do życia jako polityczna ekspozytura „układu” - z inspiracji służb specjalnych i przy użyciu mafijnych pieniędzy.



I. Ekspozytura.


Były szef CBA Mariusz Kamiński powiedział w wywiadzie dla „Uważam Rze”, iż Platforma Obywatelska była współfinansowana z mafijnych pieniędzy, których praniem miał zajmować się Mirosław Drzewiecki. Ponieważ Kamiński powołuje się na zeznania świadka koronnego, który to status nie jest przyznawany byle obszczymurkom, lecz „skruszonym” gangsterom o wiarygodności potwierdzonej w toku odpowiednich działań operacyjnych, nie można tej informacji zbyć wzruszeniem ramion.


Jeżeli dodatkowo przypomnimy sobie co o powstaniu Platformy mówił Gromosław Czempiński, który miał być jednym z akuszerów tego ugrupowania, to wszystko zaczyna układać się w spójną całość. Taką mianowicie, że projekt o nazwie PO został powołany do życia jako polityczna ekspozytura „układu”: z inspiracji i pod egidą służb specjalnych, finansowany zaś był - przynajmniej w początkowym okresie istnienia - przez mafię. Ot, kolejny przykład charakterystycznej dla krajów postkomunistycznych symbiozy między wywodzącymi się z poprzedniego ustroju spec-służbami a światem zorganizowanej przestępczości. Takie wzajemne ubezpieczenie: służby trzymają „kryszę” nad mafią, ta odwdzięcza się brzęczącą monetą, obie struktury zaś sprawują pieczę nad swą ekspozyturą polityczną, która to ekspozytura ze swej strony dba o interesy swoich promotorów w zamian za ich poparcie.


Dziś można śmiało powiedzieć, że była to nad wyraz udana i opłacalna inwestycja.


II. Umorzenia i „odpolitycznienie” prokuratury.


Patrząc pod tym kątem przestaje dziwić, dlaczego pod rządami PO umorzono po cichu różne śledztwa godzące w interesy jej patronów. Weźmy choćby taką mafię paliwową. Nagle okazało się, że żadnej mafii nie ma i nigdy nie było, zaś wielomiliardowe straty poniesione przez Skarb Państwa z tytułu jej działalności to zapewne jakieś chore wymysły obłąkanych z nienawiści pisowskich „spiskomaniaków”. Tak mniej więcej można wnioskować ze sposobu umorzenia sprawy – ściągnięto do jej prowadzenia prokuratora na co dzień zajmującego się wypadkami samochodowymi, a ten po miesiącu ukręcił śledztwu łepetynę. Można oczywiście wierzyć, że ów heros w ciągu miesiąca dogłębnie zapoznał się z 300 tomami akt i uznał je za makulaturę. Niektórzy pewnie nawet wierzą...


W świetle powyższego zupełnie inaczej wygląda „wielka reforma” wyłączająca prokuraturę spod nadzoru Ministra Sprawiedliwości. Poumożano to co było do umorzenia, następnie zaś zadbano, by tych spraw już nikt nigdy nie odgrzebał. Minister może bezradnie rozkładać ręce, bo wszak na „odpolitycznioną” prokuraturę nie ma już wpływu, zaś nowa prawnicza korporacja prędzej odgryzie sobie... no, mniejsza co sobie odgryzie, niż wróci do tak niewygodnych i niezdrowych tematów. W praktyce funkcjonowania IIIRP prokuratura byłaby zdolna powrócić do „śmierdzących” spraw jedynie wskutek „nacisków”, czyli po prostu woli politycznej odpowiedniego ministra, dysponującego silną pozycją w rządzie i twardym poparciem większości parlamentarnej. Bardzo „eleganckie” pozbycie się odpowiedzialności. Rączki czyste, więc o co wam, pisowcy malkontenci, chodzi?


III. Platformerski pitawal.


Spójrzmy teraz na aferę hazardową. Mniejsza już o knajacki język wyzierający ze stenogramów pogwarek między Rychem a Zbychem, tudzież trącące gangsterskimi zwyczajami spotkania na stacji benzynowej i cmentarzu. Jak wiadomo, hazard pod każdą szerokością geograficzną powiązany jest z przestępczym półświatkiem, jeżeli zaś dodać wspomnianą wyżej specyfikę krajów postkomunistycznych – powiązania między mafijnym podziemiem a służbami – przestaje dziwić gorliwość prominentnych polityków Platformy w zaspokajaniu biznesowych potrzeb pana Sobiesiaka za bliżej nieokreślone (he, he) przysługi.


O tych przysługach mógłby pewnie więcej powiedzieć trzeci bohater afery - „Miro” Drzewiecki. W szczytowym jej okresie niechęć Donalda Tuska do ostatecznego pożegnania się z partyjnym „funflem” tłumaczono tym, że ów „funfel” jako długoletni skarbnik partii mógłby doznać nagłego przypływu szczerości i podzielić się swą rozległą wiedzą z ciekawską publicznością. Donald to wiedział i Miro wiedział również, zaś każdy z nich wiedział, iż ten drugi wie, że on wie. Tak funkcjonuje sieć mafijnych współzależności gwarantujących dyskrecję i – khe, khe – wzajemne „zaufanie”. Mafijne pieniążki, nawet jeśli zostały przytulone przed wieloma laty, sznurują usta bardzo skutecznie. Milczenie - „omerta” - jest tutaj nie tyle złotem, co wyrazem rozsądnej troski o własne zdrowie.


IV. Protegowani „Niewidzialnej Ręki”.


Taak... informacja o pranych przez „Drzewka” funduszach, które ułatwiły start „projektowi PO” jest ostatnim puzzlem ponurego obrazka, pokazującego, że rządzi nami banda obwiesi na usługach przestępczo-służbowej „niewidzialnej ręki”. A że zarówno część mafijna, jak i służbowa owej „ręki” ma swoje podwieszenie w odpowiednich strukturach w Rosji, przestają dziwić również pozostałe posunięcia obecnej ekipy - choćby bierność wobec Nord Stream’u, efekt negocjacji gazowych, odpuszczenie sobie aktywnej polityki wschodniej i – oczywiście – porażająca nieudolność w sprawie Katastrofy Smoleńskiej, a kto wie - może nawet i sama Katastrofa...


Zaprawdę, Miro Drzewiecki twierdząc, że Polska to dziki kraj, doskonale wiedział co mówi. W końcu zarówno on, jak i całe jego parszywe ugrupowanie konsekwentnie ów „dziki kraj” budowało – ku ukontentowaniu swych mocodawców.


Gadający Grzyb

poniedziałek, 23 sierpnia 2010

Godzilla...


...czyli przepis na drugą Japonię.

Nieuchronnie (chlip, chlip) zbliża się koniec wakacji, czas zatem na tradycyjne, powakacyjne wypracowanie. Dziś jednak odstąpię od zwyczajowej, szkolnej formuły „co robiłem na wakacjach”, tylko napiszę, gdzie w najbliższe wakacje chciałbym pojechać i dlaczego. Moment, wróć! Napisałem „wypracowanie”? Już się poprawiam – zgodnie z duchem czasu, będzie to „ustna prezentacja”.

Do rzeczy:

Prezentacja.

Otóż, psze Pani, w najbliższe wakacje chciałbym pojechać do Japonii i zobaczyć Godzillę. To znaczy, zobaczyć nie tyle Godzillę, ile to, jak ci Japończycy sobie z tą Godzillą radzą i zarabiają na tym pieniądze, bo ja też bym tak chciał, a i Polsce może się to przydać, takie potworowe know-how, znaczy.

No bo tak: ta Godzilla regularnie wyłazi z oceanu i niszczy Tokio a także inne wielkie japońskie miasta, zaś Japończyki nie dość, że za każdym razem ową potworę przeganiają z powrotem, to jeszcze kręcą w międzyczasie o tym bardzo fajne filmy dokumentalne, które upłynniają za ciężką kasę całemu światu.

Tej kasy wystarcza na odbudowę tych wszystkich wieżowców i autostrad, budowę Mechagodzilli, żeby odeprzeć następny atak, na haracz dla Yakuzy - i jeszcze zostają nadwyżki, które można zainwestować.

Ja, psze Pani, czytam sobie właśnie „Poradnik małego inwestora” i wiem, że podstawą jest to, żeby był ruch w interesie. Przecież te ciągłe inwestycje budowlane muszą strasznie napędzać tę japońską gospodarkę! Zburzyć – budować, zburzyć – budować i tak w kółko. Dzięki temu wszystko jest zawsze nowe. Interesy się kręcą i każdemu coś tam skapnie, wiadomo. Ludzie którzy przeżyli mają pracę, firmy zarabiają i płacą podatki – i wszystko tak do następnego razu.

A jeszcze na dodatek cały świat to podziwia, tym bardziej, że tam jest jeszcze bardzo dużo innych potworów i Japończycy napuszczają je na siebie, kręcąc o tym strasznie fajne filmy przyrodnicze, nie to co te nudy, które nasza telewizja kupuje od BBC i na których zawsze zasypiam, bo czyta je pani Czubówna (oglądam, bo mama mi każe, ale gdzie tam im do Godzilli).

***

No więc, jak już pojadę do tej Japonii i zorientuję się co i jak, to ściągnę tych filmowców i naukowców od Godzilli do Polski, żeby nakręcili to, co u nas się dzieje, bo tata po ostatniej powodzi powiedział, że jak Tusk skończy rządzić, to zostanie tylko syf, nędza i zniszczenie, a ja sobie pomyślałem, że to będzie całkiem jak po ataku Godzilli. No wie Pani, jak na tych filmach dokumentalnych o których przed chwilą opowiadałem.

No to ja pomyślałem, żeby żółtki, to jest chciałem powiedzieć, Japończycy, przyjechali do nas i nakręcili te całe zniszczenia, bo już mają wprawę, a my sprzedamy to reszcie świata i zarobimy na tym miliardy miliardów dolarów i wszystko odbudujemy, jak już Tusk przestanie rządzić. I będziemy mieli drugą Japonię, którą podobno taki jeden pan obiecywał, ale o tym u nas w domu lepiej nie wspominać, bo jak tata sobie przypomni, że kiedyś na tego pana od drugiej Japonii głosował, to dostaje jakichś dziwnych skurczów na twarzy i wtedy lepiej Nie Wchodzić Mu W Drogę.

Ale ja sobie pomyślałem, że zrobię lepszą drugą Japonię niż tamten pan od tatowych skurczów, a dla siebie wezmę tylko mały procent, ot tak, aby mi też coś skapnęło, ale myślę, że od miliardów miliardów dolarów, które zarobimy, to i tak będzie tyle, żeby mama przed pierwszym nie mówiła, że musimy wbijać zęby w ścianę i żreć tynk, bo nie ma co do garnka włożyć.

A za to co zostanie po odbudowie, zbudujemy własną Mechagodzillę i jak Tusk będzie chciał znowu rządzić, to zrobimy mu z dupy jesień średniowiecza (przepraszam, ale tak mówi tata, a jak on coś powie, to nie ma zmiłuj, proszę mi wierzyć, psze Pani). I jeszcze może uda się tą Mechagodzillą podhajcować tę telewizję z niebieskim znaczkiem, gdzie pracują przyjaciele pana prezydenta i w której mówią, że jest dobrze, a tata jak to słyszy to chce wyrzucać telewizor. Najbardziej się boję, że kiedyś naprawdę wyrzuci i nie będę mógł oglądać filmów o Godzilli.

I właśnie dlatego, psze Pani, chciałbym pojechać do Japonii i zobaczyć Godzillę. To znaczy, nie tyle Godzillę... ale o tym już mówiłem.

Gadający Grzyb


P.S. Aha! Jeżeli gospodarka wyhamuje (mama to przepowiada, bo jest księgową i w kółko mówi coś o jakiejś wacie, którą rząd skądś podniósł), to znowu dopuścimy do władzy tego całego Tuska. On wszystko rozpierniczy (znowu przepraszam, ale tak mówi tata), my nakręcimy o tym tak samo fajny film jak poprzedni i za kasę ze sprzedaży znowu wszystko odbudujemy. I to już naprawdę koniec, prze Pani.

pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl

niedziela, 11 stycznia 2009

Czy PiS ma szansę na przyciągnięcie młodych ludzi?

Jarosław Kaczyński mówi do młodych.

(Bloggerska próba analizy).

Namnożyło się ostatnio analiz na temat sytuacji wokół PiS-u – co jest nie tak wewnątrz partii, jak zwiększyć społeczne poparcie, rozszerzyć bazę wyborczą – słowem, temat - rzeka. Ja dzisiaj chciałbym zająć się tylko jednym z nurtów owej rzeki. W tytule postawiłem pytanie, którego nie sposób sobie nie zadać w kontekście następnych wyborów. Czy Prawo i Sprawiedliwość ma szansę skutecznie powalczyć o młody elektorat – ten sam, który, skutecznie ogłupiony lansowaną w mediach i szeptanej propagandzie tezą, że Kaczory to obciach, w ostatnich wyborach gremialnie zagłosował na Platformę?

Ma szansę, jak najbardziej, należy tylko trafnie zdefiniować charakterystykę tego młodzieżowego „targetu” – kim są ci ludzie, jakie mają potrzeby i aspiracje; następnie zaś podjąć stosowne działania.

Część I

(diagnoza)

W telegraficznym skrócie „platformiana młodzież”, są to ludzie na starcie życiowej drogi, przeważnie uczniowie starszych klas liceum i studenci, z silną potrzebą szeroko rozumianego awansu. W owym „szeroko rozumianym awansie” wyróżniam trzy podstawowe składniki.

1) Awans intelektualny

W sensie zdobycia „papierowego” wykształcenia – termin „wykształciuch” pasuje tu, ale nie wyczerpuje wszystkich objawów chorobowych – o zwalczaniu wewnętrznej „wykształciuchowszczyzny” i zaspokajaniu głębszych potrzeb intelektualnych nieco więcej będzie w postulacie tworzenia think – thanków - Cz. II p. 3).

2) Awans środowiskowy.

Wbrew mitom, na PO głosowała nie tylko młodzież wielkomiejska. Spora część pochodzi z prowincji, do większych ośrodków wyjechała na studia, zaś głosowanie na Platformę potraktowała jako swoisty probierz przynależności do „lepszej” Polski – tej bardziej nowoczesnej, cool, wyzbytej „moherowej” zaściankowości. Wielu z nich zżera mniej lub bardziej uświadamiany kompleks prowincjusza, chcą więc za wszelką cenę dostosować się do „elit” (lub tego, co jako „elity” zostaje im przedstawione). Czynią to w sferze werbalnej i wyborczej – snobizm ów sprawia, że rechoczą z niewybrednych dowcipów o Kaczorach, zaś wybory stały się dla nich testem lojalnościowym. Popularnie zwie się ich „lemingami”; ja wolę określenie „eliciarz”, którego używałem zresztą w poprzednich tekstach. „Eliciarz”, to pojęcie pojemne i wielowątkowe, przyjdzie omówić je szerzej w osobnym elaboracie, tu powiem jedynie, że eliciarza cechuje m.in. głęboka wewnętrzna potrzeba autoidentyfikacji z tymi, których uważa za „lepsze towarzystwo”, między którymi chciałby się znaleźć, krótko - tymi, którzy mu imponują. Zarazem towarzyszy mu nieustanny lęk przed środowiskowym ostracyzmem, który sprawia, że gotów będzie się podpisać pod każdą publicystyczną, intelektualną i polityczną modą, jaką przedstawią mu „parnasiarze” (zwani również „autorytetami”). Słowem, „eliciarz”, to aspirant do Salonu na wiekuistym okresie próbnym, niczym sługa wampira ( - yyeeesss, Masta’), któremu „Pan”, pozwala się żywić jeno krwią pośledniejszych stworzeń, lecz który nie traci nadziei, że wreszcie dane mu będzie dostąpić ostatecznej inicjacji… Eliciarz nie musi być zresztą młodociany – nocne moczenie się, którego doznawała jeszcze nie tak dawno choćby część naszych artystów i publicystów, żyjących w permanentnym zalęknieniu, że „ktoś ich zbudzi o piątej nad ranem” świadczy, że przypadłość ta jest uniwersalna i dotyka najróżniejsze grupy społeczno - zawodowe. Starsi eliciarze są już w znacznej mierze straceni, ale o młodych trzeba walczyć, zanim nie dokona się w nich głęboka internalizacja tego rodzaju postawy.

3) Awans materialny.

Szczerze mówiąc, tu właśnie widzę najszersze pole do skutecznego pozyskiwania młodego elektoratu. Siłą rzeczy, większość młodych wyborców nie ma dostępu do ściśle reglamentowanych, skorporacjonizowanych i sfamiliaryzowanych, często wysoko płatnych zawodów. A pragnienie awansu jest tu silne, oj silne… Poza ogólnie znanymi i znienawidzonymi, z prawnikami na czele, są tu najróżniejsze profesje jak chociażby… animator kultury, czy… pilot wycieczek! (kto ciekaw, niech sprawdzi w bazie danych o zawodach regulowanych w Polsce, aczkolwiek nawet ta lista nie jest pełna – link: http://www.buwiwm.edu.pl/eu/public/db/index.php?fullinfo=true). Owszem, zdaję sobie sprawę z tego, że nawet studenci prawa wiedzeni omówionymi wyżej eliciarskimi ciągotami, głosowali w większości na Platformę. Rzecz w tym, że niebawem czeka ich tyleż bolesne, co nieuchronne rozczarowanie. Zaczną odbijać się, wraz ze swymi aspiracjami, od „szklanego sufitu”, co spowoduje traumatyczny wzrost otrzeźwiającej frustracji (to, wbrew pozorom, nie oksymoron), której w dobie kryzysu, nie rozładuje już zmywak na Wyspach. Nie od rzeczy będzie wtedy przypomnieć które to, jako bodaj jedyne ugrupowanie polityczne w III RP starało się poszerzyć dostęp do zawodów prawniczych. A także kto, i z jakich pobudek starania te storpedował.

I tu przechodzimy do środków zaradczych.

Przypominanie o inicjatywie zablokowanej przez miłościwie nam panujący Wiadomy Trybunał, to jedno. Należy jednak przystąpić do działań pozytywnych.

Część II

(propozycje)

1) Wysiłek ustawodawczy…

…czyli - zgłaszać dobrze przemyślane i bezbłędne od strony sztuki legislacyjnej projekty ustaw deregulujących kolejne skorporacjonizowane (lub w inny sposób reglamentowane prawnie) zawody. Musi to przybrać formę wręcz „ofensywy ustawodawczej”. Bezbłędność legislacyjna jest tu ważna gdyż, primo – pozwoli łatwo odeprzeć od strony merytorycznej nieuchronny kontratak PO i sprzęgniętych z nią przekaziorów; secundo – stanowi naturalne podglebie dla ustaw uchwalanych już po ew. zwycięskich wyborach. Innymi słowy – niech choć raz w dziejach III RP inicjatywy ustawodawcze zgłaszane przez opozycję przydadzą się do czegokolwiek po zmianie władzy… Niech „pełne szuflady” wreszcie zafunkcjonują.

2) Nie dawać łatwego żeru wrogim przekaziorom…

…czyli kwestie wizerunkowe. Pamiętacie kampanię prezydencką Lecha Kaczyńskiego, gdy przedstawił się jako polityk stateczny i konserwatywny, ale jednak sympatyczny i przyjazny ludziom? To zadziałało. Wiem, że każda medialna obróbka to temat drażliwy dla obrabianych liderów („nie jestem margaryną” – L. K.) i realia społeczno – przekaźnikowe też już inne (wtedy przekaziory wciąż wychodziły z szoku po aferze Rywina). Niemniej jednak, zalecałbym jako plan minimum usunięcie z widoku publicznego mamroczących, buraczanych facjat raczących kamery (i, co za tym idzie, rzesze mediotrawców) wrażeniem, jakby mieli potknąć się zaraz o własne buty. Być może, są bezcenni w robocie wewnątrzpartyjnej, dyscyplinującej, jednak przed kamerami przynoszą więcej szkody niż pożytku. Wiem, że to szalenie płytkie – wystawiać „gadaczy” do kamer w zależności od pijarowskiego potencjału, ale niestety, tak to działa – merytoryczny background nie przebije się bez odpowiedniego opakowania. Czytaliście „Małego Księcia”? Pamiętacie tureckiego astronoma, którego nikt nie chciał słuchać, bo był ubrany w szlafrok? Został wysłuchany (i doceniony) dopiero wtedy, gdy przebrał się w zachodnie ciuchy.

3) Think – thanki…

…czyli instytucje składające się z wysokiej klasy fachowców sympatyzujących z daną opcją polityczno - światopoglądową. Stanowią one niezbędne intelektualne zaplecze dla każdej nowoczesnej partii. Muszą też mieć pewien zakres autonomii – nawet, gdy wodzowi pewne sugestie nie „idą” po aktualnej myśli, w dłuższej perspektywie to zawsze procentuje. Warto wydać na to część otrzymanej z budżetu podatniczej krwawicy. Bez nich nie będzie postulowanych w pierwszym podpunkcie projektów ustaw. A już na pewno nie na pożądanym poziomie. A poza wszystkim – gdzie obiecujący, młody człowiek mógłby się lepiej spełnić intelektualnie i znaleźć ewentualną odskocznię do dalszej kariery, a przy okazji wyzbyć się co bardziej upierdliwych objawów, tudzież przyczyn, eliciarstwa? Pamiętacie, co pisałem kilka akapitów wyżej, że o młodych eliciarzy warto walczyć, zanim eliciarska postawa nie przeżre ich dusz do głębi (dla zapominalskich – cz. I p. 2)? I o pogłębionym awansie intelektualnym, którego potrzebę jakaś część z nich czuje (cz. I p.1)? Pod odpowiednią pieczą wyrosnąć mogą piękne kwiaty.

Część III

(retrospekcje)

1. Retrospekcja ogólnopolityczna

PiS, by zjednać sobie młodzież, powinien wyzbyć się wizerunku partii zamkniętej, nie tracąc przy tym konserwatywnych pryncypiów. Trudna to sztuka, zwłaszcza w nieprzyjaznej medialnej atmosferze. Ale… da się! Spójrzmy choćby na sukces Muzeum Powstania Warszawskiego i cały ruch młodych ludzi, którzy się wokół niego zgromadzili. Wielka to zasługa Prezydenta Lecha Kaczyńskiego i tych, których potrafił odpowiednio dobrać. To nie umrze. Będzie żyć i procentować.

Jednak co do samego PiS-u, prezes powinien jednak wyzbyć się, doklejonego słusznie, czy też nie, wizerunku sułtana otoczonego przez eunuchów – potakiwaczy (być może przez Dorna przemawiało rozgoryczenie… niemniej jednak, jest coś na rzeczy). Nieznośny mezalians z Samoobroną i LPR jest tu dodatkowym garbem, który będzie wypominany PiS-owi po wsze czasy. Tak, wiem że wtedy nie dało się inaczej, ale wrażenie wśród młodych pozostaje – zresztą, pamiętam, jak Jarosław Kaczyński przyznał, że jego największym błędem w tamtych czasach była, po załamaniu się koalicyjnych rozmów z PO i późniejszym niezatwierdzeniem budżetu, negatywna rekomendacja do Prezydenta co do przyśpieszonych wyborów. Wszystko, co stało się później, było prostą konsekwencją tego błędu – ale któż chce dziś o tym pamiętać… Może jakiś zdolny pisarz spłodzi ku pokrzepieniu serc nowelę, a może wręcz powieść z gatunku historii alternatywnej, w której, w newralgicznym momencie, gdy PiS momentami górował nad PO w sondażach, jednak rozpisano wybory i doczekaliśmy się IV RP ).

2. Retrospekcja osobista.

Poświęciłem tu sporo miejsca kwestiom pijarowsko – wizerunkowym, ale nie bez przyczyny. Otóż, w moim przypadku, przysłowie, „zapomniał wół, jak cielęciem był” – nie działa. Pamięć bywa upierdliwa, ale niech tam, „nic to”. Pamiętam, gdy kolega polecił mi, bym kupił w kiosku „Najwyższy Czas!” (jeszcze w starym, „płachtowym” formacie – któż to pamięta?). Z pewną taką nieśmiałością podszedłem do okienka niczym młoda laska po pierwsze „alwaysy”. Pani, po długiej grzebaninie, wydobyła spod lady plik powiązanych taśmą, nie przeznaczonych zapewne do wyjmowania na widok publiczny niszowych, prawicowych pisemek (to były, przypomnę, lata 90 – te) – i wydobyła wreszcie „NCz!”. Czytając to - to, przeżyłem niedowierzanie graniczące z szokiem – to takie rzeczy można wypisywać? Legalnie?! To był „turning point of my game”. Wiele to pokazuje zarówno o ówczesnym stanie mojego umysłu, jak i o atmosferze polityczno – medialnej tamtych czasów.

Czemu o tym „kombatantuję”? Otóż, dla młodzieżowego „targetu”, treść którą byli by ewentualnie skłonni zaabsorbować, pozostaje daleko w tyle za formą – wiem, że jest to dość bezwzględna ocena, ale jeśli forma przybliży ich do treści – to czemu nie?

Kiedy popierałem UPR – wierzcie mi, w swoim środowisku należałem do baaardzo nielicznych wyjątków – przyszło mi znosić zdziwienie pomieszane z niedowierzaniem i docinki o „pajacu z muszką”. Oczywiście, zero merytorycznych argumentów, zero wiedzy na temat programu UPR – liczyło się to, że Korwin jest „clownem” z przyprawioną gębą fanatycznego ekscentryka, który pragnąłby zamknąć kobiety „w kuchni” i „przy garach”.

Na UPR przestałem głosować dopiero po wielu latach wyborów parlamentarnych i prezydenckich – zraziła mnie chroniczna nieskuteczność tej partii. Zbyt wielu znajomych też nie nawróciłem. Po długich przekonywaniach byli w stanie przyznać mi „teoretycznie” rację, a później… głosowali, jak głosowali.

I dlatego właśnie tak rozwlekam się nad medialną nieporadnością PiS-u. Jeżeli będzie dalej tak, jak jest, to będziemy mieli Kaczorów w roli Korwina i UPR – medialnych pajaców i dyżurnych clownów „fleka kontaktowego”. Nawet, gdyby mieli 2,5% poparcia., to i tak będą ich flekować. Za nocne, mokre zmory przeżywane „o piątej nad ranem”.

I „młodzież” to kupi, choć sama z siebie nie jest aż tak demonicznie idiotyczna. Po prostu, nie widzi alternatywy.

Dlatego, na dzień dobry, już od teraz, należy przedsięwziąć środki zaradcze. Choćby te, przedstawione w Cz. II mojego jakże oszołamiająco bezczelnego wystąpienia.

Gadający Grzyb

pierwotna publikacja 21.12.2008 http://www.niepoprawni.pl/blog/287/czy-pis-ma-szanse-na-przyciagniecie-mlodych-ludzi