Pokazywanie postów oznaczonych etykietą niewidzialna ręka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą niewidzialna ręka. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 27 sierpnia 2012

Premier Kleiber, czyli rząd Belki-bis

Prof. Kleiber o rządzie fachowców „nic nie wie”. Ale czy koniecznie musi „wiedzieć” zawczasu takie rzeczy?

I. Co musi „wiedzieć” profesor Kleiber?

Weekend minął pod znakiem medialnej „wrzutki” Palikota dotyczącej konstruktywnego wotum nieufności wobec rządu Tuska i powołania „apolitycznego gabinetu fachowców” pod przewodnictwem prof. Michała Kleibera. Wprawdzie, wg „Rzeczpospolitej” sam profesor twierdzi, iż nic na ten temat „nie wie” i „nikt z nim nie rozmawiał”, ale bądźmy szczerzy – czy może stanowić to jakąkolwiek przeszkodę? Czy pan Kleiber, mimo tego iż jest profesorem, musi „wiedzieć” wszystko? Naturalnie, że nie musi. Zatem na tym etapie z pewnością uznano, że wiedza o tym, iż będzie „apolitycznym premierem” nie jest mu do niczego potrzebna. No bo po co panu profesorowi Kleiberowi „wiedzieć” zawczasu takie rzeczy? O tym, że będzie „apolitycznym premierem” pan profesor „dowie się” we właściwym momencie. I wtedy, naturalnie, ktoś kompetentny w kreowaniu „gabinetu apolitycznych fachowców” z panem profesorem „porozmawia”. Jak sądzę, uczynią to te same osoby i „czynniki”, które onegdaj zakomunikowały premierowi Tuskowi, iż jednak nie będzie kandydował na urząd prezydenta RP, tylko pozostanie na powierzonym mu odcinku politycznego zderzaka i strażnika interesów Obozu Beneficjentów i Utrwalaczy III RP oraz sprawującej nad Polską nadzór właścicielski Niewidzialnej Ręki.

To znaczy, wszystko zapewne przebiegłoby w ten sposób, gdyby Palikot w pogoni za chwilą rozgłosu nie chlapnął tego, co pewnie usłyszał na jakiejś naradzie. Albo – to inna ewentualność - jego patron, generał Dukaczewski, w chwili niepojętego roztargnienia „głośno myślał” w obecności swego podopiecznego rozpatrując różne warianty awaryjne, zaś Palikot rozumiejąc powinność swej służby zaraz poleciał z tym balonem próbnym do mediów.

II. Rezerwy kadrowe

Swoją drogą, to nic nowego, pamiętamy bowiem już podobny „apolityczny gabinet” pod przewodnictwem pana profesora Belki, kiedy to po kryzysie wywołanym aferą Rywina i kompromitacji rządu Millera, „razwiedka” musiała przejść na „sterowanie ręczne”, jak opisuje tamtą sytuację redaktor Michalkiewicz. W obu tych rządach profesor Kleiber pełnił funkcję ministra zajmującego się różnymi naukowymi historiami, następnie zaś został zagospodarowany przez Kancelarię Prezydenta Lecha Kaczyńskiego, tak więc pan profesor jako „apolityczny fachowiec” został już sprawdzony w warunkach bojowych i to na kilku frontach, naturalne zatem iż trafił do szerokiej rezerwy kadrowej zasobów ludzkich III RP.

Takie rezerwy to cenna rzecz, albowiem wiadomo, że to „kadry decydują o wszystkim”, którą to stalinowską spiżową mądrość sprawująca właścicielski nadzór Niewidzialna Ręka przyswoiła sobie gruntownie i stosuje z powodzeniem od ponad dwóch dekad. Nic więc dziwnego, że warto mieć zawsze w zapasie jakiś „rząd apolitycznych fachowców”, który można objawić światu na stosownym etapie, na przykład gdy polityczne zderzaki osłaniające interesy Obozu Beneficjentów i Utrwalaczy III RP strzaskają się na amen, niczym gabinet Leszka Millera, który poległ na skutek frakcyjnych utarczek polityczno-biznesowych „elit”, którą to wojenkę znamy jako „aferę Rywina”.

Obecnie zarysowują się podobne warunki na skutek sprawy Amber Gold, która dziwnym trafem, w przeciwieństwie do afery hazardowej, okazuje się być jakoś „niezamiatywalna” i tylko możemy się domyślać jakie buldogi żrą się przy tej okazji pod dywanem. Jeśli powstanie komisja sejmowa, a nie jest to wykluczone, ba – nie jest wykluczone nawet to, że będzie miała potencjał równy tej rywinowskiej, bo akurat komuś będzie zależało, by nie stosowano w niej manewrów „na Sekułę”, to rząd Tuska może skończyć tak jak rząd Millera i stąd uaktywniona właśnie troska o to, by mieć wariant awaryjny w postaci rządu Belki-bis z premierem Kleiberem na szpicy.

III. Ryzykowny manewr

Co ciekawe, sam profesor Kleiber w zasadzie nie mówi „nie”, ma jedynie zastrzeżenia co do formy w jakiej został „wysunięty z ramienia” przez Penisorękiego, no i zgłasza zapotrzebowanie na stabilną, sejmową większość. Tak więc nic nie jest jeszcze przesądzone, albowiem, jeśli zajdzie paląca potrzeba, to taką większość zorganizuje się w trymiga, jakiż to problem? Wyodrębni się z PO frakcje „konserwatystów” i „liberałów”, przeprowadzi „odnowę” - co zostało z powodzeniem przetestowane w 2004 roku przy okazji „rozłamu” w SLD, na skutek czego z Sojuszu wypączkowała SDPL - i „większość” będzie jak ta lala.

Niemniej, taki manewr obciążony jest pewnym ryzykiem, pamiętamy bowiem, iż nawet rząd Belki nie zapobiegł podwójnemu zwycięstwu wyborczemu PiS w 2005 roku, które zapoczątkowało dwulecie wspominane przez elity III RP po dziś dzień z ciarkami na plecach. Dlatego też wymyślono sprytny trick, by w poparcie dla rządu Kleibera wmanewrować właśnie Prawo i Sprawiedliwość, dzięki czemu będzie można obarczyć Jarosława Kaczyńskiego wraz z jego partią wszelkimi spodziewanymi plagami, które mają spaść na Polskę w przewidywalnej przyszłości, a część z nich już zaczyna dawać się we znaki, tylko medialny matrix chwilowo jeszcze ich nie pokazuje w myśl zasady „co z oczu, to z serca”. No, ale gdyby PiS dał się jednak w poparcie dla „konstruktywnego wotum” jednak wmanewrować, to zaczną pokazywać – wajcha zostanie przestawiona, spokojna głowa.

Pozostaje nadzieja, że Jarosław Kaczyński jest za cwanym politycznym wróblem, by dał się posadzić na tak nieświeże końskie g... i PiS pozostanie jednak przy pomyśle własnego votum nieufności połączonego z jesienną „ofensywą legislacyjną”, które to inicjatywy (nie wróżę im zresztą powodzenia, ale o tym innym razem) konkurencja stara się zawczasu utrącić i zdezawuować wrzutkami pokroju „afery” z wydatkami na ochronę prezesa, czy omawianym tu „balonem próbnym” z Kleiberem właśnie.

IV. Nie ten etap

No, ale coś mi mówi, że póki co sprawa z „apolitycznym gabinetem” - przynajmniej na razie - rozejdzie się po kościach. Konkretnie, to nie „coś”, ale „ktoś” to mówi, mianowicie sama diwa salonowej publicystyki, czyli Janina Paradowska na swym blogu, który warto śledzić, jeśli chce się wiedzieć jaka linia obowiązuje na danym etapie. Otóż, na etapie obecnym obowiązuje linia taka, iż ten cały „rząd fachowców” jest – uwaga! - propozycją „niepoważną” i „dziwacznie zakręconą”. Dziw nad dziwy, zważywszy na to, iż „rząd fachowców”, „apolitycznych” oczywiście, jest od zawsze fetyszem nad którym intelektualnie brandzlują się salonowe elity III RP, permanentnie zbrzydzone „polskim piekłem” i „brudną polityką”. Tymczasem, okazuje się, że jednak nie, sytuacja nie dojrzała, zaś potrzebą dnia dzisiejszego jest, by Palikot zaangażował się w pomoc ujaranej babci – Korze i jej równie ujaranej suczce Ramonie.

A zatem wygląda na to, że polityczny zderzak w postaci rządu Tuska nie strzaskał się jeszcze na amen i na etap kiedy to nagle „apolityczny gabinet fachowców” z „chodzącym w aureoli niespełnionego premiera” (określenie Paradowskiej) Michałem Kleiberem okaże się nagle pomysłem odpowiedzialnym, poważnym, konstruktywnym i propaństwowym, przyjdzie nam jeszcze trochę poczekać.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

sobota, 7 lipca 2012

Dyktatura Matołów – umafijnienie

Jak to ujął S. Michalkiewicz, naczelną zasadą konstytucyjną w Polsce jest: „my nie ruszamy waszych, wy nie ruszacie naszych”. Witamy w krainie Niewidzialnej Ręki.

I. Pełzające umafijnienie

Jak zmienia się oblicze „demokratycznego państwa prawnego” pod rządami obecnej Dyktatury Matołów niech poświadczy badanie, o którym pod koniec maja 2012 roku doniosła „Rzeczpospolita”. Miałem napisać o tym już wcześniej, ale zawsze coś tam wypadało, teraz nadrabiam więc zaległości, tym bardziej, że opisywane zjawisko z pewnością nie zniknęło tylko dlatego, że informacje o nim przemknęły jak meteor i zgasły w otchłaniach medialnych archiwów.

Otóż z badań dr Zbigniewa Rau, byłego podsekretarza stanu w MSWiA, przeprowadzonego wśród świadków koronnych wynika, iż połowa rozpracowywanych gangów miała w swym „stanie posiadania” urzędników samorządowych – często wysokiego szczebla. Związane jest to ze zwiększeniem „atrakcyjności” struktur samorządowych w przestępczych kalkulacjach, szczególnie jeśli chodzi o przestępczość gospodarczą. To samorządy odpowiadają za inwestycje na danym terenie i związane z nimi przetargi, one są również odbiorcami wielkiej części unijnych funduszy i co za tym idzie – przy nich najłatwiej obecnie się „pożywić”. Rośnie ponadto liczba grup przestępczych zatrudniających policjantów, prokuratorów, urzędników skarbówki czy pracowników bankowych, maleje natomiast tendencja do korumpowania posłów i ministrów.

Dodam od siebie, że jest to logiczne, skoro większa część działalności parlamentu sprowadza się do „implementacji” unijnego prawa, zaś rząd przerzuca coraz więcej odpowiedzialności na struktury samorządowe. Trzeba jednak zarazem zauważyć, iż gdy w grę wchodzi np. „dług wdzięczności” polegający choćby na przepchnięciu korzystnych zapisów ustawowych, gangsterzy nie wahają się wykorzystywać „dojść” również na najwyższych szczeblach państwowych, czego dobitnym przykładem była „afera hazardowa”. Mamy tu więc do czynienia z działaniami „symultanicznymi”. Taki Sobiesiak dawał sobie radę zarówno w strukturach lokalnych (sprawa wyciągu w Zieleńcu), jak i wśród elit parlamentarno-rządowych (sprawa ustawy hazardowej).

Jednak wzrost zainteresowania świata przestępczego samorządami jest wyraźny. Świadczy o tym porównanie danych z kolejnych lat, kiedy to dr Rau prowadził swe badania: 2001, 2009 i 2012. O ile w 2001 tylko co piąta grupa przestępcza miała na swych usługach samorządowca, to w 2012 już co druga.

Krótko mówiąc, mamy do czynienia z pełzającym umafijnieniem państwa.

II. Consigliere „z urzędu”

Równie ciekawie prezentują się dane dotyczące pozyskiwania „aktywów ludzkich” spośród innych struktur – tak państwowych, jak i bankowych. Spójrzmy (za „Rzeczpospolitą”):

„Niemal wszyscy (88 proc.) zbadani koronni twierdzą, że liderzy grup mieli takich doradców. Wciąż najczęściej są nimi adwokaci – na nich wskazało 79 proc. świadków. Ale w takiej roli znacząco przybywa przedstawicieli organów ścigania: policjantów i prokuratorów. Trzy lata temu wskazywało na nich 26 proc. koronnych, dziś 66 proc. Pracowników urzędów skarbowych wymienia prawie połowa świadków (48 proc.), gdy w 2009 r. – tylko 15 proc. Co drugi koronny wskazuje bankowców – nieco więcej niż w 2009 r. i aż o dwie trzecie więcej niż w 2001 r.”

Tendencja jest więc wyraźna. Dodać należy, iż przejęci przez gangi przedstawiciele poszczególnych sektorów coraz częściej stają się prawymi rękami szefów – pełnią rolę consigliere przy swym „ojcu chrzestnym” i nawet są podobnie nazywani w samych grupach przestępczych – konsultanci. Doradzają, na którą inwestycję samorządową zwrócić uwagę, jak wyłudzić kredyt, jak uniknąć podatku, prokurator może sabotować śledztwo, policjant ostrzec o dochodzeniu...

Kolejnym aspektem jest zmiana profilu gangstera – coraz częściej jest to „biały kołnierzyk”, robiący za normalnego biznesmena, skoncentrowany na przestępczości gospodarczej, której wybitnie sprzyja niejasne i pełne sprzeczności prawo, z ogromnym marginesem uznaniowości urzędniczych decyzji. Ryby najlepiej łowi się w mętnej wodzie. A jeśli zwerbuje się kilku przyjaciół spośród „decyzyjnych” urzędników, wówczas taka sitwa może prosperować niemal bez przeszkód.

III. W krainie Niewidzialnej Ręki

I tu, na zakończenie, muszę nie zgodzić się z dr Rau, który twierdzi iż wysokie „nakłady korupcyjne” są przejawem dobrego funkcjonowania organów ścigania i wymiaru sprawiedliwości, bo inaczej przestępcom wystarczyłby dobry adwokat. Otóż nie. Te korupcyjne inwestycje są jedynie przejawem rosnącej „kultury przestępczej”, że pozwolę sobie użyć takiego dwuznacznego sformułowania. Boss nie chce się w kółko szarpać z różnymi państwowymi organami – woli pozyskać wśród nich sojuszników, by sprawy szły gładko i nic nie zakłócało konsumpcji owoców kolejnych przekrętów. To przejaw rozsądku biznesowego, chłodnej kalkulacji, karzącej zainwestować w odpowiednich ludzi, by zminimalizować ryzyko. A dobry adwokat znajdzie się swoją drogą, gdy zawiodą inne sposoby i dojdzie już do procesu. Czy Ryszard Sobiesiak, ewidentnie zaangażowany w korupcyjny proceder, siedzi w więzieniu? No właśnie. I jak to świadczy o „sprawności organów ścigania”? Jak świadczy o tejże sprawności ukręcenie łba śledztwu w sprawie mafii paliwowej, której - jak się oficjalnie okazało – nie ma i nie było?

Druga uwaga – w krajach postkomunistycznych żadna poważniejsza przestępczość nie może funkcjonować bez „kryszy” służb specjalnych, zakorzenionych w poprzednim systemie, które sprawowały pieczę nad „transformacją”. To, że przestępstw nie dokonuje się już „na rympał” jak dwadzieścia lat temu, świadczy jedynie o elastyczności i zmianie metod na bardziej odpowiadające „europejskim” realiom, nie zaś o zmianie generalnych podległości. Przykład: Zbigniew S. ps. „Niemiec” - przywódca gangu szantażującego senatora Piesiewicza, znany jako król warszawskich alfonsów. Ten prominentny sutener był jednym z prowodyrów zajść pod Krzyżem na Krakowskim Przedmieściu, fotografował się z celebrysią Anną Muchą i do tej pory chodzi na wolności, jego proces zaś utknął i jakoś nie może się rozpocząć. Kto nad nim czuwa i za jakie zasługi?

Wreszcie uwaga trzecia – przyzwalająca bierność wobec opisywanego tutaj „pełzającego umafijnienia” jest jednym z warunków sprawowania władzy przez obecną Dyktaturę Matołów, która za żadne skarby nie chce się narazić żadnym wpływowym sitwom – czy to bezpieczniackim, czy to branżowym, czy to opisywanym tu sitwom przestępczym zblatowanym z najróżniejszymi urzędnikami, stanowiącymi wszak jeden z żelaznych elementów elektoratu PO. Stąd blamaż picownych inicjatyw w rodzaju komisji „przyjazne państwo”, stąd również cztery lata pisania „ustawy antykorupcyjnej” przez Julię Piterę (pomyśleć, że była ona kiedyś szefową polskiego oddziału Transparency International!) tak, by tej ustawy nie napisać. Natomiast polski oddział Transparency International zwinął działalność pod koniec 2011, zamknięty przez centralę, gdyż... sam okazał się skorumpowany, wystawiając za kilkadziesiąt tysięcy złotych „certyfikaty moralności” rozmaitym podmiotom, które z różnych względów takiej podkładki potrzebowały, co w 2009 roku opisał w „Dzienniku” Paweł Cieśla.

Jak to ujął Stanisław Michalkiewicz, naczelną zasadą konstytucyjną w Polsce jest: „my nie ruszamy waszych, wy nie ruszacie naszych”. Witamy w krainie Niewidzialnej Ręki.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: Niepoprawne RadioPL

P.S. Refleksja na schodach. Po namyśle stwierdzam, iż w tę malejącą tendencję do korumpowania posłów i ministrów jakoś tak nie bardzo wierzę. Równie dobrze może ona świadczyć, iż zwyczajnie nie prowadzi się spraw w które mogliby być umoczeni „Umiłowani Przywódcy” najwyższych szczebli (co nie znaczy, że nie zbiera się haków), stąd i mała gadatliwość na ten temat odpytywanych przez dr Rau świadków koronnych. Lekcja z popisowym ukręceniem łba „aferze hazardowej” musiała być dla organów ścigania dostatecznie jasną wskazówką. A że czymś trzeba się wykazać, to organa przerzuciły ciężar swej dociekliwości na samorządowców.

wtorek, 19 czerwca 2012

„Teraz będą znikać ludzie...”

„Demontaż państwa już się skończył. Teraz będą znikać ludzie” - Janusz Kurtyka, 06.04.2010.

I. SS a pijar

Jak powszechnie wiadomo, generał Petelicki zszedł we mgle poniżej stu metrów i pozostaje do wyjaśnienia, kto go do tego skłonił. To znaczy, oczywiście, wiadomo kto – był to słynny Seryjny Samobójca (SS), znany od dziesięcioleci, ten sam, którego rewolucyjny poeta Majakowski witał okrzykiem „towarzysze, nie strzelajcie!”.

Warto przy okazji zauważyć, iż mimo upływu lat, Seryjny Samobójca (SS) idzie z duchem czasu i nabiera wprawy w żonglowaniu pijarowskimi sztuczkami. Jedną z takich sztuczek jest „przykrywanie” niekorzystnego wydarzenia, które normalnie rozpaliłoby masowe emocje, innym wydarzeniem, zagospodarowującym w newralgicznym momencie uwagę manipulowanej gawiedzi.

Teraz powiedzcie mi – jaki czas dla spowodowania rozstania się z padołem wytypowanego samobójcy byłby lepszy, niż kulminacyjny moment fazy grupowej Euro2012 – dzień, w którym Polacy grali kluczowy mecz, mający przesądzić o awansie do ćwierćfinału? Nie ma co – pan SS (Seryjny Samobójca, przypomnę) musiał pobierać ostatnio intensywne korepetycje u sprawującej nad naszą krainą nadzór właścicielski Niewidzialnej Ręki, tak by jego działalność wyszła na nieustające zdrowie Obozowi Beneficjentów i Utrwalaczy III RP, z którego ramienia sprawuje władzę obecna Dyktatura Matołów.

SS trochę się wprawdzie przeliczył, bo o śmierci Petelickiego zrobiło się jednak dość głośno, mimo rozpaczliwych prób, by od pierwszych chwil wbić ludziom do łbów, iż było to samobójstwo, ale pomysł, trzeba przyznać, był całkiem sprytny.

II. Bez sentymentów

Do Petelickiego, podobnie jak do np. Sekuły, Leppera, czy tego pułkownika od afery marszałkowej co to się na śmierć zatańcował (już mam – Tobiasz mu było), większego sentymentu „nie posiadam”. Były bezpieczniak - to raz. Dwa – zaczął nadawać na Platformę, szczególnie w kontekście Tragedii Smoleńskiej, gdyż Bogdan Klich zarządził w MON embargo na interesy z Petelickim, które trwało do momentu (nie)szczęśliwego zejścia denata. Owszem, zawdzięczamy mu wiele interesujących przecieków, jak choćby ten o SMS-ie o stu metrach i winie pilotów, który to SMS rozesłany z trójkąta Tusk-Graś Arabski po politykach i reżimowych mediodajniach, stał się matką „teorii naciskowej” - wałkowanej następnie przez niemal dwa lata i skutecznie urabiającej opinię publiczną. Albo informację o osobistym sprzeciwie Tuska wobec propozycji Bogdana Klicha, by włączyć do smoleńskiego śledztwa NATO.

Nie łudzę się jednak, iż było to spowodowane jakimś nagłym przypływem uczuć altruistycznych, czy postawy „pro publico bono”. Platforma wyrzuciła generała na mieliznę, więc szukał szczęścia po drugiej stronie, do czego doszła urażona duma potężnego niegdyś „razwiedczyka”, każąca mu nadawać na niedoszłych patronów, którzy nie chcieli osłodzić emerytowanemu generałowi jesieni żywota lukratywnymi kontraktami. Kto wie, być może nawet kombinował, by stać się dla „prawicy niepodległościowej” tym samym, czym dla nie-miłościwie nam panującej Dyktatury Matołów stał się Gromosław „z jasnego nieba” Czempiński?

Moja opinia nie zmienia jednak faktu, iż była to znacząca i wpływowa postać życia publicznego, oraz kolejna ofiara Seryjnego Samobójcy, co pokazuje skalę degrengolady „dzikiego kraju” - na miarę kartoflanej republiki, do jakiej stoczyliśmy się pod obecnymi rządami.

III. Dwóch generałów i dwie postawy wobec Niewidzialnej Ręki

No, ale język rozwiązły sprowadził nań w końcu zgubę. A skoro wspomnieliśmy już o Gromosławie „z jasnego nieba” Czempińskim (by Seawolf), to porównajmy teraz sobie postawy obu razwiedczyków wobec wysyłanych im sygnałów ostrzegawczych. Ówże Gromosław Czempiński również swojego czasu odbywał tournée po mediodajniach, w których zwierzał się na temat swej roli akuszera „projektu PO”, tudzież dawał upust goryczy z powodu odsunięcia go na boczny tor. Jednakże, po próbnym aresztowaniu, aluzju paniał i od tamtej pory siedzi cichutko jak mysz pod miotłą – nie wysmętnia się ani słówkiem na polityczne tematy, nie puszcza oka, że dużo wie i gdyby naprawdę zaczął mówić – to ho, ho, nie odgraża się, nie sypie komiltonów... Gromek Czempion zrozumiał naukę płynącą z zatrzymania (być może dokonanego na polecenie kogoś potężniejszego, ulokowanego w którejś z ambasad naszych Wielkich Braci, gdyż Czempiński swymi niewczesnymi wynurzeniami bruździł rządowi Tuska i PO, który to nie-rząd dla ościennych potęg jest wyjątkowo korzystny – nie sadzi się, podpisze co mu podsuną, każą zlikwidować stocznie, to zlikwiduje itd.). Mechanizm ten opisałem dokładniej w notce „Gromek Czempion i Niewidzialna Ręka” - polecam.

Generał Petelicki najwyraźniej zamknąć się nie chciał, a wszak wiadomo, że wielkie interesy – tak polityczne, jak i finansowe - lubią ciszę, podobnie zresztą jak ciszę lubi Niewidzialna Ręka, która nad pomyślnością tychże interesów sprawuje pieczę w ramach ogólnego nadzoru właścicielskiego nad naszą krainą cudów na kiju, a w szczególności nad Obozem Beneficjentów i Utrwalaczy III RP, którego emanacją pozostaje ku obopólnemu pożytkowi nie-miłościwie nam panująca Dyktatura Matołów.

Prof. Staniszkis mówi o licznych sygnałach ostrzegawczych, które otrzymywał Sławomir Petelicki od Niewidzialnej Ręki, że wiedza, którą - oszczędnie ale jednak - dzieli się z gawiedzią, może okazać się dlań niezdrowa. Jednak generał z sobie tylko wiadomych względów postanowił te ostrzeżenia zignorować, nie wyciągając wniosków z historii Gromka Czempiona.

IV. Wrzutki „Wyborczej”

Ach, byłbym przeoczył - niezawodna „Wyborcza” pospieszyła z wrzutką o „nałogu” generała Petelickiego i problemach rodzinnych – no, nie bądźmy śmieszni – a która to szarża nie tankuje jak ruski czołg? To, że generalicja notorycznie jest „w dobrym humorze” (gradacja: szeregowy „chleje”, kapral „zaprawia się”, kapitan „świętuje”, generał zaś „jest w dobrym humorze”) wiemy, znamy i akceptujemy, gdyż człowiek nie wielbłąd i tak dalej. Sławomirowi Petelickiemu mógł co najwyżej doskwierać brak kompanów do kieliszka, ale w końcu jaki to problem, jeśli ktoś np. lubi się alkoholizować w doborowym towarzystwie, czyli najlepiej przy kompani „własnej osoby”?

Niewykluczone jednak, iż przy którejś tam nasiadówce – i to w towarzystwie szerszym, niż „własna osoba” - panu generałowi mogło się „ulać” i w swym słusznym rozgoryczeniu mógł zacząć grozić. Czym? Ano tym, że „powie wszystko”, że „pociągnie za sobą” tego czy owego, że „on im wszystkim pokaże” - i to nie tylko pagony...

Takich zagrań Niewidzialna Ręka nie toleruje.

Tyle, że podobny scenariusz kompletnie nie pasuje do fightera, jakim był „usamobójczony” generał, tym bardziej, że Krzysztof Skowroński twierdzi, iż Petelicki nałogów „nie posiadał”, a gdy mam do wyboru: wierzyć „Wyborczej” czy Skowrońskiemu, to raczej nie mam wątpliwości kogo wybrać. Wrzutka o problemach rodzinnych jest jeszcze bardziej kuriozalna, opiera się mianowicie na schemacie „jedna pani drugiej pani” - oto eurodeputowany PO, Jacek Protasiewicz, który „wprawdzie generała nie znał” powtarza to, co powiedział mu jakiś funkcjonariusz BOR-u. „Wyborcza” schodzi na psy – kiedyś jednak robiła swą propagandę nieco mniej topornie.

V. „Teraz będą znikać ludzie”

Oczywiście nie łudzę się, że ekspresowe śledztwo wyjaśni cokolwiek, poza kategorycznym stwierdzeniem, iż śmierć generała była ab-so-lut-nie standardowym samobójstwem, ewentualnie – tu już moja podpowiedź - że generał nie wytrzymał napięcia przed meczem Polska – Czechy i profilaktycznie strzelił samobója. Pozostaniemy skazani na spekulacje, podobnie jak w przypadku innych tajemniczych zgonów za czasów PO. Ludziska wkrótce o wszystkim zapomną, zaś SS będzie mógł w spokoju, niespiesznie, czyścić gnata w oczekiwaniu na kolejne zlecenie Niewidzialnej Ręki.

Tym, którzy zapomnieć nie chcą, polecam natomiast słowa śp. Janusza Kurtyki, wypowiedziane 6 kwietnia 2010 roku: „Demontaż państwa już się skończył. Teraz będą znikać ludzie”.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: Niepoprawne RadioPL

niedziela, 5 lutego 2012

Rola Palikota w życiu politycznym III RP

Janusz Palikot nie jest li tylko odrażającym, politycznym błaznem. Jego rola jest o wiele bardziej znacząca i ponura niż wynikałoby to z pozorów.


Do tej pory postać Palikota starałem się omijać w swej blogerskiej publicystyce szerokim łukiem. Niemal fizyczna odraza jaką ten typ mnie napawa sprawiała, że zwyczajnie nie byłem w stanie zmusić się, by cokolwiek o nim napisać. Niemniej, rzeczywistość III RP i wola „elektoratu” sprawiły, że ów osobnik o facjacie nałogowego onanisty został wraz ze swym gumowym sobowtórem jednym z istotniejszych okazów naszego politycznego panopticum i trzeba jakoś scharakteryzować jego rolę – a ta nie sprowadza się bynajmniej do wysilonych happeningów, eskalacji chamstwa i podłości, czy błazenady. To tylko skalkulowane na zimno środki maskujące, mające umożliwić wypełnienie zupełnie innych zadań. Odnieśmy się więc do nich i miejmy to już za sobą.

I. Przemysł pogardy

Jak wiadomo, po objęciu przez śp. Lecha Kaczyńskiego urzędu prezydenta, obóz beneficjentów i utrwalaczy III RP na polecenie roztaczającej nad nim nadzór właścicielski Niewidzialnej Ręki rozpoczął akcję „podrywania godnościowych podstaw prezydentury”, która to akcja nasiliła się po wygraniu przez obecną Dyktaturę Matołów wyborów w 2007 roku. W uruchomionym wówczas „przemyśle pogardy” poczesną rolę odgrywał Palikot, będący inicjatorem wielkiej części haniebnych wrzutek, podchwytywanych, kolportowanych i nagłaśnianych przez reżimowe mediodajnie – ową zgraną orkiestrę pasów transmisyjnych służącą do ogłupiania i urabiania w pożądanym kierunku rozrechotanej gawiedzi. Tragedia smoleńska poskutkowała jedynie chwilowym antraktem w tym plugawym spektaklu, zaś Palikot schowany na kilka chwil do szafy, został z niej wkrótce wyciągnięty, by kontynuować swą robotę.

Niewidzialna Ręka poczuła się zagrożona widokiem tłumów na Krakowskim Przedmieściu, niespotykanym wybuchem jedności Polaków o groźnym z jej punktu widzenia potencjale, świadectwami „przebudzenia” drzemiącego do tej pory społeczeństwa, natomiast wawelski pochowek Głowy Państwa wprawił obóz beneficjentów i utrwalaczy III RP w stan niekontrolowanej furii. Palikot znów stał się potrzebny – tym razem do tego, by zdehumanizować Prezydenta już po jego śmierci, rozbić propagandowo zarodki ruchu społecznego mogącego powstać na bazie smoleńskiej hekatomby, na powrót podzielić Polaków na dwa wrogie plemiona i nie dopuścić do wzmocnienia pozycji politycznej ocalałego z braci – Jarosława Kaczyńskiego (pierwotne również miał lecieć do Katynia).

Kolejną istotną funkcją była kwestia zamazania odpowiedzialności za katastrofę. Lecha Kaczyńskiego należało obrzydzić, pamięć o nim zamienić w groteskową karykaturę - „kartofla”, tak by większość społeczeństwa przeszła do porządku dziennego nad skandalicznym zabezpieczeniem wizyty, obniżaniem w porozumieniu z reżimem Putina jej rangi i zakrawającym na zdradę prowadzeniem śledztwa. Była to prosta kontynuacja linii, która doprowadziła do Smoleńska – gdyby nie wcześniejsza działalność Palikota na polu odczłowieczania „Kaczora”, najprawdopodobniej nie ośmielono by się spiskować z Rosjanami w celu rozbicia obchodów katyńskich na dwie uroczystości i w skrajnie deprecjonujący sposób potraktować wizytę Prezydenta.

Warto o tym pamiętać, gdy przyjdzie do rozliczania winnych, tym bardziej, że po Smoleńsku Palikot dalej działał w tym samym kierunku. Łódzki mord polityczny dokonany przez Ryszarda Cybę na fali rozpętanej nienawiści do „pisowców” (w czym brylował Palikot), był wszak uderzeniem zastępczym – pierwotnie ofiarą miał być Jarosław Kaczyński.

II. Na usługach Niewidzialnej Ręki

W każdym razie, Palikot spisał się na medal. Sprawdził się do tego stopnia, iż Niewidzialna Ręka postanowiła wziąć go bezpośrednio pod swą pieczę. Temu służyło wystąpienie z PO i budowa nowej, niby-opozycyjnej siły politycznej gromadzącej w swym zestawie menażerię, której przedstawicieli możemy dziś oglądać w Sejmie. Od pracownika Urbanowego „NIE” po wykolejonego księdza z „Faktów i Mitów” - współpracującego z mordercą bł. ks. Jerzego Popiełuszki, esbekiem Grzegorzem Piotrowskim vel Grzegorzem Pietrzakiem.

W charakterze aniołów stróżów, Niewidzialna Ręka delegowała jednych ze swych najcenniejszych udziałowców – byłego szefa WSI, gen. Marka Dukaczewskiego oraz słynącego ze swych bezpieczniackich „aktywów” Jerzego Urbana, wspierających swego protegowanego. Już tylko te dwa nazwiska powinny być sygnałem ostrzegawczym, by Palikota nie lekceważyć. Tacy ludzie nie inwestują swojego poparcia w byle błaznów. Błaznowi mogą co najwyżej udostępnić basen na „testowanie” stażystek, albo dać napić się wódki, nic więcej.

Pamiętajmy ponadto, iż bliskim przyjacielem Palikota pozostaje obecny prezydent, Bronisław Komorowski, która to znajomość sięga jeszcze czasów wspólnych rosyjskich polowań w miłej kompanii towarzyszy czekistów. Jeżeli dodamy, że Komorowski pozostawał do końca niezłomnym obrońcą WSI, a gen. Dukaczewski, jak sam wyznał, mroził szampana w oczekiwaniu na jego zwycięstwo w wyborach prezydenckich 2010 roku, to rysuje się nam całkiem ciekawa siateczka wzajemnych współzależności. W tym kontekście określenie „konstrukt służb” jest bodaj najłagodniejszym jakiego można użyć.

III. Poletka pana P.

No dobrze. Zastanówmy się teraz, jakie są obecne zadania Palikota. Widzę tu kilka obszarów działalności. Z „opozycyjnością” wobec PO można dać sobie spokój, gdyż podgryzanie partii rządzącej – wyłącznie werbalne – jest typowym „alibi” mającym uwiarygodnić pozę kontestatora sceny politycznej. Choć niewykluczone oczywiście, że Niewidzialna Ręka wysyła w ten sposób Dyktaturze Matołów dyscyplinujący sygnał, mówiący że ma w rękawie więcej kart którymi może prowadzić rozgrywkę.

Pierwszym „poletkiem” działania pozostaje rzecz jasna kontynuacja „przemysłu pogardy” mająca godzić w społeczne zaplecze Jarosława Kaczyńskiego i PiS-u. Temu służy wulgarny antyklerykalizm, jadący na najniższych instynktach „polactwa”, takich jak zawiść wobec „pazernych klechów” i proboszczowskiej „fury”. Skoro na skutek politycznych zawirowań stało się tak, że Kaczyński zagospodarował elektorat tradycjonalistyczny, patriotyczny i katolicki, to należy sprawić, by tegoż elektoratu było jak najmniej, zwłaszcza wśród „przyszłościowych”, młodych wyborców. Stąd kokietowanie legalizacją „trawki” i cała reszta „młodzieżowych” postulatów współgrających z maską już nie tyle liberała, ile wręcz libertyna. Wszystko to jest, podkreślmy, skalkulowane na zimno – skoro onegdaj nie wypalił Palikotowi image „chrześcijańskiego biznesmena” i konserwatywnego filozofa, to przyjął bardziej „rokujące” oblicze.

Powyższe komponuje się z postępackimi oczekiwaniami Salonu - środowisko to od dłuższego już czasu świadomie indukuje polsko-polską wojnę światopoglądową, której jednym z bardziej jaskrawych przejawów była batalia o Krzyż na Krakowskim Przedmieściu, czy zadymy wokół Marszu Niepodległości. Stąd też uporczywe lansowanie Palikota na politycznego wyraziciela owej wojenki.

Poletko kolejne, równie groźne, to obsadzenie Palikota w roli siły zagospodarowującej społeczne napięcia, frustracje i spodziewane niepokoje. Krótko mówiąc, chodzi o to, by – gdy już wydarzy się nad Wisłą „Budapeszt” (choćby taki, jak masowe protesty na Węgrzech w 2006 roku przeciw rządom postkomunistów) – ów „Budapeszt” został przejęty, wykorzystany i ukierunkowany przez Palikota, a nie przez Kaczyńskiego. Podobną rolę „trybuna ludowego” ze służbowego nadania pełnił swojego czasu Lepper w odniesieniu do chłopów, zatem modus operandi jest przetestowany w praktyce.

Próbkę mieliśmy niedawno przy okazji protestów przeciw ACTA (o czym pisał Budyń78), na których czele usiłował się ustawić bohater niniejszego tekstu. Protest ten był i wciąż pozostaje dla Niewidzialnej Ręki potencjalnie groźny ze względu na swą formułę „no logo”, jednoczącą ludzi bez względu na podziały polityczno-światopoglądowe, ponadto istnieje ryzyko, iż lemingi raz przejrzawszy na oczy zaczną się orientować w sytuacji dotyczącej innych dziedzin życia publicznego. Dlatego też Palikot usiłował podzielić protestujących, grając m.in. wątkami antyklerykalnymi. Wprawdzie organizatorzy połapali się w tej prowokacji obliczonej na wzbudzenie podziałów i skonfliktowanie uczestników, czemu dali wyraz w swym oświadczeniu, stwierdzając m.in., iż „Ruch Palikota nie tylko próbuje zbijać kapitał polityczny na protestach, ale i podzielić protestujących, obrażając uczucia religijne znacznej części spośród nich.”, zaś Palikot został skutecznie „wyproszony” z demonstracji, ale ziarenko zostało zasiane i nie jest wcale powiedziane, że nie zaplusował wśród mniej uświadomionych wyborców, a takich przecież jest zdecydowana większość. Gdy nadejdą protesty dotyczące np. kryzysu i beznadziejnej sytuacji życiowej Polaków, Palikot będzie usiłował działać w podobny sposób – ustawiając się na czele i próbując zantagonizować ludzi, tak by niezadowolenie społeczne nie przerodziło się w cokolwiek mogącego zagrozić właścicielom III RP. Możemy być pewni, że znajdzie w tym pełne wsparcie odpowiednik „czynników”, tak jak znajdował je do tej pory.

I poletko ostatnie – wspieranie Dyktatury Matołów z pozycji opozycyjnych. Jak się to robi? Ano, przelicytowując i doprowadzając do ściany pomysły Platformy. Jeśli Admin-Donek stroi fochy typu „nie będziemy klękali przed księdzem”, to Palikot wyjeżdża z postulatami wyrugowania religii z przestrzeni publicznej; gdy PO robi liberalne miny w kwestiach światopoglądowych, to Palikot sięga po arsenał postulatów rodem z „Krytyki Politycznej”. Na tym „radykalnym” tle rząd Tuska jawi się jako oaza umiarkowania, spokoju i odpowiedzialności. I o to właśnie chodzi. Aha, dodajmy jeszcze doraźne wrzutki „przykrywające” - sypie się oficjalna wersja katastrofy smoleńskiej? No problem, Palikot zrobi „happening” z paleniem kadzidełka, skupiając na sobie kamery reżimowych mediodajni i dając im pretekst, by newsem dnia nie robić np. blamażu ustaleń komisji Millera.

***

Jak widać, Janusz Palikot nie jest li tylko odrażającym, politycznym błaznem. Jego rola jest o wiele bardziej znacząca i ponura niż wynikałoby to z pozorów. Jest ustrojstwem wielofunkcyjnym – bezwzględnym i pozbawionym skrupułów narzędziem w rękach mocodawców, którzy kręcą interesem zwanym Trzecią Rzeczpospolitą od jej magdalenkowego zarania. Warto mieć tego świadomość.

Gadający Grzyb

sobota, 26 listopada 2011

Gromek Czempion i Niewidzialna Ręka


W sprawie Gromka nikt nie wierzy, że mieliśmy do czynienia z rutynowym zatrzymaniem - poza funkcjonariuszami mediodajni, którzy są wierzący z urzędu.


I. Bez moralnego wzmożenia

W całej hecy z zatrzymaniem ojca – założyciela naszej nie-miłościwie panującej dyktatury matołów charakterystyczny jest jeden objaw. Otóż niemal nikt nie kompromituje się dociekaniem, co też nagle ober-matołowi się stało, że zaczął walczyć z korupcją i ścigać – he, he - „układ”. Nikt również nie wierzy, że mieliśmy do czynienia z rutynowym zatrzymaniem będącym naturalną konsekwencją śledztwa. Nikt, poza funkcjonariuszami reżimowych mediodajni, którzy są wierzący niejako z urzędu. Taki Marcin Wojciechowski z „Wyborczej” wzlatuje na szczyty wyrafinowanej ironii przeciwstawiając czarnej nocy pisowszczyzny obecną „normalność” pod rządami Słońca Kaszub - Donalda Matołescu. Używa nawet wyklętego słowa „układ”, jednak tylko po to, by zaraz czujnie dodać: „Chyba że zarzuty wobec generała C. rozsypią się w pył w sądzie. Wtedy państwo polskie po raz kolejny się skompromituje.”

Oczywiście, „skompromituje się” jak za Ziobry i Macierewicza, boć każdy wie, że żadnego „układu” nie ma i być nie może, pan funkcjonariusz Wojciechowski tak tylko o tym – he, he - „układzie” napomknął, by zgrabnie dowalić pisowcom, do której to zbożnej czynności każda okazja jest dobra. Wszak właściwą interpretację rzeczywistości już dawno na łamach tejże „Wyborczej” przedstawił Wojciech Mazowiecki w fundamentalnym artykule „Po wielkiej wrzawie”, w którym przy okazji afery hazardowej przestrzegał przed widmem nawrotu „wzmożenia moralnego”, bo wiadomo, panie, komu to służy i na czyj brudny młyn jest ta wzmożona woda. Zatem dziennikarska brać się moralnie nie wzmaga, gdzieżby tam, a nawet jak się któryś przez roztargnienie chwilowo wzmoży, to obsługa szybko posprząta podłogę, podczas gdy reszta dobrego towarzystwa będzie kulturalnie spoglądać w innym kierunku. Choćby i tysiąc STOEN-ów czy innych LOT-ów sprywatyzowano za pomocą służbowych wziątek, są to co najwyżej drobne zakłócenia Matrixa i wedle takich wytycznych należy je opisywać.

Zresztą, jak słusznie zauważa pan dziennikarz Wojciechowski, z tym bezbłędnym wyczuciem linii i bazy którą daje tylko terminowanie w Największej Gazecie między Ziemią a Tytanem, państwo polskie zawsze może się „po raz kolejny skompromitować” i Gromek Czempion wyjdzie z sali sądowej nieskalany niczym lilia wodna – a bo to pierwszy raz?

II. Przesłanie od Niewidzialnej Ręki

Tego, że Gromka nie wsadzą akurat jestem absolutnie pewien, byłby to bowiem z punktu widzenia obozu beneficjentów i utrwalaczy III RP szkodliwy precedens. To taka gra, której zasad przestrzegają wszyscy uczestnicy, gdyż ich złamanie może mocno zaszkodzić i skutkować wizytą seryjnego samobójcy. Kilku niefortunnych graczy zdążyło się o tym przekonać strzelając sobie kilkukrotnie w brzuch z odległości około metra, czy wieszając się, uprzednio zatrzymawszy stop-klatkę telewizora na wizerunku Umiłowanego Przywódcy. Gromek wprawdzie sporo może, ale taki Papała też pewnie mógł to i owo, a mimo to Niewidzialna Ręka z jakichś powodów znanych tylko jej i denatowi postanowiła w jego sprawie, co postanowiła. Od wyroków Niewidzialnej Ręki nie ma odwołania, gdyż sprawuje ona wyłączny właścicielski nadzór nad III RP i dba o odpowiedni klimat, albowiem w odróżnieniu od IV RP, gdzie panowała jak wiadomo „duszna atmosfera”, w III RP nie ma żadnej atmosfery, a kto by jakąkolwiek atmosferę wyczuwał, ten cierpi na omamy. Uporczywe omamy zaś mogą być symptomem potencjalnie śmiertelnej choroby.

Gromek doskonale zdaje sobie z tego sprawę, więc zapewne śpiewać nie zacznie. Po pierwsze, mógłby wprawdzie swym śpiewem napsuć krwi paru osobom, ale nie po to wśród reguł gry zapisana jest omerta, by teraz niebezpiecznie nadwyrężać generalskie gardziołko ariami. To niezdrowe. Po drugie, pan generał Czempion nie jest śpiewakiem tylko dyrygentem podającym ton. Od śpiewania są tenorzy. Po trzecie wreszcie, generał właściwie odczytał wiadomość i przyjął warunki. Wiedział, że ma być zatrzymany i ze spokojem czekał zamiast pajacować z przebieraniem się w babskie ciuchy. Bo w odróżnieniu od tego panikarza od przebieranek, pan generał Cz. zna treść przesłania.

Przesłanie to brzmi: siedź cicho! Pobawiłeś się w kreatora partii, miałeś swoje pięć minut, a teraz idziesz w odstawkę. Nie skacz bo wylecisz, nie chlap w mediach ozorem i generalnie się uspokój. Ciesz się życiem i wycisz polityczne ambicje, bo inaczej ktoś inny ci je wyciszy.

I pan generał warunki przyjął. Inaczej nie wyszedłby za śmieszną w tych warunkach kaucją 1 miliona złotych. Będzie musiał kilka razy przespacerować się do sądu i strawić nieco czasu na rozprawach zanim niezawisła od wszystkiego Niewidzialna Ręka ustami wymiaru sprawiedliwości ogłosi „kompromitację polskiego państwa” czyli uniewinnienie, co proroczo przewiduje przywołany wyżej pan dziennikarz Wojciechowski. To wszystko. Potrwa to trochę, żeby pan generał dobrze sobie utrwalił naukę, ale pomyślny finał jest nieuchronny.

III. Dziki kraj

Być może jednak Niewidzialna Ręka postanowiła w obozie beneficjentów i utrwalaczy III RP dokonać naprawdę rewolucyjnych przetasowań. Wtedy z generałem może być różnie – jak to bywa w dzikim kraju, do którego budowy tak walnie przyczyniła się obecna dyktatura matołów. Jej protektorem u zarania był generał Gromek pospołu z mafią, od której obrotny pan Drzewko załatwiał kasę na rozruch politycznego interesu (i przy okazji prochy na huczne balangi). Nie będzie chyba nadużyciem przypuszczenie, że akurat nad nad pro-platformerskimi „ludźmi z miasta” kryszę sprawowała służbowa frakcja generała Czempiona. Ot, taka służbowo-mafijno-polityczna siateczka wzajemnych przysług oraz interesików – modus operandi typowy dla dzikich krajów, więc nie ma się co bulwersować. Można się co najwyżej uśmiechnąć nad freudowskim przejęzyczeniem wyautowanego pana Drzewka, który użył (dla niepoznaki w innym kontekście) w odniesieniu do III RP tego nader trafnego określenia.

Od pewnego czasu jednak patronat nad dyktaturą matołów i dzikim krajem przejęła najwyraźniej za błogosławieństwem Niewidzialnej Ręki inna koteria obozu beneficjentów i utrwalaczy III RP, czego widome skutki przyszło nam obserwować. Dla nas, żuczków, to i tak bez różnicy kto nas będzie łupił, więc śmiało możemy sobie pogryzać popcorn. No chyba, że ktoś planuje jakąś większą karierę. Wtedy należy czujnie wychwytywać kierunek wiatru i nie pomylić się przypadkiem, bo można skończyć żałośnie.

Dodajmy jeszcze, iż fakt że postanowiono tak ostentacyjnie załatwić sprawę wskazuje na wysokie poczucie bezpieczeństwa wśród pieszczochów narodu. Uznali, że najlepiej dokonać niezbędnych kroków tuż po wygranych wyborach, nie czekając na „zużycie władzą” tym bardziej, że smuta po prawej stronie sceny politycznej jest najlepszą gwarancją braku zorganizowanej reakcji sił opozycyjnych. Widzimy więc, że wyciągnięto wnioski z afery Rywina, kiedy to doszło do gorszącej publicznej bijatyki w nieco późniejszym okresie kadencji, przy świeżej i aktywnej opozycji, co zakończyło się dla obozu beneficjentów i utrwalaczy III RP bardzo niefortunnie. Tym razem na podobny polityczny finał bym nie liczył.

Aha, oczywiście niemiecki koncern RWE, szczęśliwy nabywca STOEN-u, nie ma się o co martwić. Przecież w tym całym cyrku zupełnie nie o nich chodzi.

Gadający Grzyb

sobota, 13 sierpnia 2011

Wokół śmierci Leppera


... czyli luźne dywagacje „wywijającego trupem” złego człowieka



I. „Znaczący progres” w sztuce samouśmiercania.


Siadając do pisania siedem tysięcy dziewięćset czterdziestej siódmej blogerskiej notki dotyczącej śmierci Andrzeja Leppera muszę na wstępie zauważyć, że czuwająca nad naszą umęczona krainą Niewidzialna Ręka wspięła się pod obecnymi rządami na nowy poziom fachowości. Nie będę tu ryzykował tezy, iż owe wyżyny są zasługą aktualnego nie-rządu, ani tym bardziej, że są zasługą Donalda Tuska osobiście, choć słynna stop-klatka mogłaby to i owo sugerować. Ale to raczej Tusk jest narzędziem Niewidzialnej Ręki, która na niego postawiła, a nie na odwrót. Poprzestanę więc na wyrażeniu przypuszczenia, iż „atmosfera”, którą różni Kuczyńscy i Żakowscy straszyli lemingów za rządów PiS i która przyprawiała o duszności Marię Peszek – otóż, nie tamta, nienawistna, lecz obecna, pełna miłości „atmosfera” od kilku lat zdaje się wyjątkowo sprzyjać podnoszeniu dość specyficznych kwalifikacji wśród przeróżnych panów od „śrubek w samochodzie, odkręcanych”.


Wróć! - co też ja plotę... żadni panowie od śrubek przecież nie istnieją, to jedynie wraża pisowska propaganda, sianie zamętu i podważanie wiarygodności demokratycznego państwa prawa przez różnych polskich Breivików. Zatem powiedzmy tak: polscy samobójcy, a przynajmniej ci pozostający w kręgu szeroko rozumianego życia publicznego, zrobili - jak to mówią komentatorzy sportowi - „znaczący progres” w sztuce samouśmiercania, pozbawiając organa ścigania i wiodące mediodajnie bólu głowy związanego z badaniem okoliczności zgonu i uzasadnianiem na użytek gawiedzi jedynie słusznej wersji zdarzeń. Dodajmy, że uprzejmość ta rozciąga się również na tzw. nieszczęśliwe wypadki, które jak wiadomo chodzą po ludziach. Także i tu, zmęczeni „polskim piekłem” delikwenci odchodzą w sposób, rzekłbym, bezproblemowy - po cichutku, bezapelacyjnie, ostatecznie i w sposób nie budzący wątpliwości.


II. Casus Sekuły.


A przypomnijmy sobie panujące w tej materii jeszcze nie tak dawno temu bezhołowie. Ileż problemów dostarczył taki Ireneusz Sekuła, który, jak znakomicie pamiętamy, w 2000 roku postrzelił się trzykrotnie w brzuch, raz zresztą nie trafiając. Co za fuszerka: facet raz się postrzelił, popatrzył na bebech, stwierdził że nie teges, wiec strzelił ponownie – i proszę sobie wyobrazić – spudłował. Ech, fajtłapa. Jak sobie bracie ładujesz kulę w brzuch, to nerwy należy trzymać na wodzy, rączka nie może zadrżeć. No, ale pan Sekuła mężnie się pozbierał, przyłożył gnata po raz trzeci... i bingo! Wreszcie wykitował. Ta-dam, fanfary i kurtyna.


Do takich niezaprzeczalnych wniosków doszły w każdym razie nasze organy ścigania, po wnikliwym śledztwie. Warto nadmienić iż Sekuła, podobnie jak Lepper, miał popaść w finansowe tarapaty, co z miejsca zostało uznane za przyczynę targnięcia się na życie. Podobnie jak Lepper miał pewne, a nawet (do czasu) owocne, to i owo ze spec-służbami. No, ale gdzież tu porównać jatkę i najboleśniejsze z możliwych postrzały w brzuch od których umiera się godzinami (kto oglądał „Wściekłe psy”, ten wie o co chodzi) z elegancką, pojedynczą bruzdą wisielczą, brakiem śladów po osobach trzecich... elegancja-Francja, jakby na przekór zapowiedzi, że „Wersalu nie będzie”.


III. „Zmęczeni życiem”.


No, ale złych ludzi nie brak, zaś źli ludzie mają to do siebie, że sieją ferment i wątpliwości. Nawet dobrym ludziom coś się przypadkiem wypsnie. Nie zapomnę, jak w zeszłą sobotę (02.08.2011) któryś z prezenterów radiowej „Trójki” zapowiadając jakiś materiał dotyczący sprawy, wygłosił frazę „zabójstwo Andrzeja Leppera”. Spłoszony, natychmiast poprawił na neutralne „śmierć Andrzeja Leppera”, ale słowa poszły w eter, ja zaś je przytaczam w charakterze przestrogi dla innych żurnalistów, by w każdej chwili służby na odpowiedzialnym odcinku mediodajni zachować wzmożoną czujność, samodyscyplinę i nie pozwolić wyrwać się z ust temu, co uporczywie siedzi w tyle głowy.


Ale tamten z „Trójki” to był jednak dobry człowiek, pewnie wzięto pod uwagę całokształt nienagannej służby i może nawet nie pojechano mu po premii. Co innego nienawistnicy ogłaszający, że nic im się w tym samobójstwie nie klei. Owi opętani nienawiścią do demokracji polscy Breivikowie podnoszą, że denat miał zmienić front w sprawie afery gruntowej, która dzięki przeciekowi doprowadziła do przedterminowych wyborów i zwycięstwa Platformy Obywatelskiej. Ba, miał ujawnić tożsamość „przeciekowca”. A wtedy już od rzemyczka...


A jeżeli nawet, to co? To co, pytam? Czy to takie dziwne, że ktoś powziąwszy taką wiadomość mógł z dobrego serca doradzić Lepperowi, że wskutek takiego nagłego zagubienia wektorów jest już najwyraźniej „zmęczony polityką”, podobnie jak holenderscy staruszkowie są „zmęczeni życiem” i w związku z tym pora na „dobrą śmierć”? Taki doktor Kevorkian robiący w polityce mógł ponadto złożyć zapewnienie, że rodzina na tym nie ucierpi, tak jak w drugiej części „Ojca chrzestnego” Tom Hagen zapewnił Frankie Pentangeliego, a jego pryncypał Michael Corleone dotrzymał słowa.


W tym kontekście przestaje dziwić pozostawiona w charakterze listu pożegnalnego stop-klatka z wizerunkiem Umiłowanego Przywódcy. Jest ona informacją dla Niewidzialnej Ręki, której aktualny Umiłowany Przywódca jest figurantem, że denat aluzju poniał, zrobił co trzeba i by zgodnie z umową zostawić w spokoju jego bliskich. Po co jeszcze cokolwiek pisać? Taki brat Andrzeja Leppera zrozumiał wszystko w mig starannie omijając podczas mowy pogrzebowej wątek obecnych władz naszego umęczonego kraju, gardłując natomiast o Ziobrze i Kaczyńskim, którzy najpewniej osobiście powiesili mu brata, gdyż - jak stwierdził - w samobójstwo byłego wicepremiera nie wierzy (cyt. „Nie wierzę w to, że to mogłeś zrobić. Musiał ci ktoś pomóc”).


IV. Wykończeni „polskim piekłem”.


Snując te swoje luźne dywagacje złego człowieka „wywijającego trupem” (Grzegorz Sroczyński - „Wyborcza”) nie mogę pominąć jeszcze jednego wątku dotyczącego, że się tak wyrażę, estetyki zejść wypadkowo-samobójczych. Pamiętamy zapewne o takich przypadkach jak „zawałowa” śmierć Michała Falzmanna, która pociągnęła za sobą sznureczek kolejnych zgonów. Ileż było z tym zamieszania, spekulacji rozpuszczanych przez żłobicieli rys na wizerunku naszej demokracji. A Marek Karp, ordynarnie zepchnięty z drogi przez TIRa-widmo na białoruskich numerach? A poseł Józef Gruszka z komisji d/s PKN Orlen, który walnął naparstek kawy i dostał wylewu, a choć przeżył, pozostał inwalidą? Tego ostatniego trzeba było wpierw wrobić w aferę szpiegowską na rzecz Rosji... ależ było krzyku.


Dziś tak nie ma. „Zmęczeni życiem” rozstają się z tym światem zachowując pełną dyskrecję, niczym Dyrektor Generalny Kancelarii Premiera Grzegorz Michniewicz (powiesił się), niczym szyfrant Zielonka (ten się utopił, ale zadbał, by dokumenty pozwalające na identyfikację były czytelne), niczym prof. Marek Dulinicz mający stanąć na czele wyprawy polskich archeologów na pobojowisko Siewiernyj (wypadek samochodowy). Wszyscy osobno, bez rozgłosu i w zasadzie – beż przyczyny. Wykończyło ich „polskie piekło” i tyle. Tak, to musiało być to i nic innego.


Podobnie jak „polskie piekło” wykończyło najpewniej Roberta Pazika a wcześniej Sławomira Kościuka zamieszanych w zabójstwo Krzysztofa Olewnika nad którym to mordem unosi się szereg rozmaitych smrodków, z których smrodek kryminalny wydaje się być akurat stosunkowo najmniej cuchnący. Z pewnością Robert Pazik nie mógł znieść siejącej nienawiść pisowskiej propagandy o której opowiedział mu brat Dariusz z którym miał widzenie tuż przed samobójstwem. Wziął i się powiesił w monitorowanej celi, podobnie jak Lepper w siedzibie Samoobrony do której nie mógł wejść nikt przypadkowy.


V. Warunki atmosferyczne.


Te wszystkie śmierci o których wspomniałem (nie wyczerpując bynajmniej katalogu) to oczywiście oderwane, w żaden sposób nie powiązane ze sobą fakty. Łączy je wszakże jedno – żadna z nich nie miała miejsca za rządów Prawa i Sprawiedliwości. No nie - jest biedaczka Blida, która zginęła wskutek własnej ignorancji, nie wiedząc, że „bezpieczna amunicja” może zabić gdy strzeli się z przyłożenia. Ale wbijmy sobie do głów: to w latach 2005-2007 panowała „duszna atmosfera IV RP” przez którą Maria Peszek o mało co nie zeszła na suchoty. Ani przedtem, ani obecnie „atmosfera” nie panowała i nie panuje. W ogóle, to nie ma żadnej „atmosfery”, a kto by o „atmosferze” wspominał, ten polski Breivik i dzieciobójca.


Jak zmieniają się „warunki atmosferyczne” w naszej umęczonej krainie może świadczyć to, że po śmierci bandziora Pazika Tusk poczuł się jednak zobowiązany, by rzucić na żer ówczesnego ministra sprawiedliwości - Zbigniewa Ćwiąkalskiego. Porównajmy to ze stanem po 10.04.2010, gdzie „waadza” nie czuje się zobowiązana do niczego, a czuwająca nad tą „waadzą” Niewidzialna Ręka w szczególności. Spójrzmy: po zagadkowej śmierci byłego wicepremiera i wicemarszałka Sejmu niezależna od niczego prokuratura „z marszu” podaje przyczynę śmierci, zanim jeszcze dobrze nie odcięto wisielca od sznura, sekcję robi się „pro forma” po trzech dniach i uznaje sprawę za załatwioną. Podobnie jak wcześniej w kwestii zgonów Zielonki, Michniewicza, prof. Dulinicza...


***


Tak na zakończenie, przypomniała mi się opinia Rafała Ziemkiewicza o Tusku, jako o doskonale „krytym” mafiozie, który na pytania dotyczące śmierci rozmaitych osób wznosi oczy ku niebu i woła: „a co ja mam z tym wspólnego?”. Oczywiście, to porównanie padło w innym kontekście – „utrącania” przeciwników politycznych - poza tym, ten wypacykowany i „wypijarowany” „mafiozo” może być, jak już wspomniałem, co najwyżej kukiełką sterowaną przez wiszącą nad nami Niewidzialną Rękę... Niemniej, z biegiem lat, a szczególnie po Katastrofie Smoleńskiej, analogia ta zaczyna nabierać znamion przerażającej dosłowności.


Gadający Grzyb

środa, 25 maja 2011

Jak Platforma dziki kraj zbudowała


PO została powołana do życia jako polityczna ekspozytura „układu” - z inspiracji służb specjalnych i przy użyciu mafijnych pieniędzy.



I. Ekspozytura.


Były szef CBA Mariusz Kamiński powiedział w wywiadzie dla „Uważam Rze”, iż Platforma Obywatelska była współfinansowana z mafijnych pieniędzy, których praniem miał zajmować się Mirosław Drzewiecki. Ponieważ Kamiński powołuje się na zeznania świadka koronnego, który to status nie jest przyznawany byle obszczymurkom, lecz „skruszonym” gangsterom o wiarygodności potwierdzonej w toku odpowiednich działań operacyjnych, nie można tej informacji zbyć wzruszeniem ramion.


Jeżeli dodatkowo przypomnimy sobie co o powstaniu Platformy mówił Gromosław Czempiński, który miał być jednym z akuszerów tego ugrupowania, to wszystko zaczyna układać się w spójną całość. Taką mianowicie, że projekt o nazwie PO został powołany do życia jako polityczna ekspozytura „układu”: z inspiracji i pod egidą służb specjalnych, finansowany zaś był - przynajmniej w początkowym okresie istnienia - przez mafię. Ot, kolejny przykład charakterystycznej dla krajów postkomunistycznych symbiozy między wywodzącymi się z poprzedniego ustroju spec-służbami a światem zorganizowanej przestępczości. Takie wzajemne ubezpieczenie: służby trzymają „kryszę” nad mafią, ta odwdzięcza się brzęczącą monetą, obie struktury zaś sprawują pieczę nad swą ekspozyturą polityczną, która to ekspozytura ze swej strony dba o interesy swoich promotorów w zamian za ich poparcie.


Dziś można śmiało powiedzieć, że była to nad wyraz udana i opłacalna inwestycja.


II. Umorzenia i „odpolitycznienie” prokuratury.


Patrząc pod tym kątem przestaje dziwić, dlaczego pod rządami PO umorzono po cichu różne śledztwa godzące w interesy jej patronów. Weźmy choćby taką mafię paliwową. Nagle okazało się, że żadnej mafii nie ma i nigdy nie było, zaś wielomiliardowe straty poniesione przez Skarb Państwa z tytułu jej działalności to zapewne jakieś chore wymysły obłąkanych z nienawiści pisowskich „spiskomaniaków”. Tak mniej więcej można wnioskować ze sposobu umorzenia sprawy – ściągnięto do jej prowadzenia prokuratora na co dzień zajmującego się wypadkami samochodowymi, a ten po miesiącu ukręcił śledztwu łepetynę. Można oczywiście wierzyć, że ów heros w ciągu miesiąca dogłębnie zapoznał się z 300 tomami akt i uznał je za makulaturę. Niektórzy pewnie nawet wierzą...


W świetle powyższego zupełnie inaczej wygląda „wielka reforma” wyłączająca prokuraturę spod nadzoru Ministra Sprawiedliwości. Poumożano to co było do umorzenia, następnie zaś zadbano, by tych spraw już nikt nigdy nie odgrzebał. Minister może bezradnie rozkładać ręce, bo wszak na „odpolitycznioną” prokuraturę nie ma już wpływu, zaś nowa prawnicza korporacja prędzej odgryzie sobie... no, mniejsza co sobie odgryzie, niż wróci do tak niewygodnych i niezdrowych tematów. W praktyce funkcjonowania IIIRP prokuratura byłaby zdolna powrócić do „śmierdzących” spraw jedynie wskutek „nacisków”, czyli po prostu woli politycznej odpowiedniego ministra, dysponującego silną pozycją w rządzie i twardym poparciem większości parlamentarnej. Bardzo „eleganckie” pozbycie się odpowiedzialności. Rączki czyste, więc o co wam, pisowcy malkontenci, chodzi?


III. Platformerski pitawal.


Spójrzmy teraz na aferę hazardową. Mniejsza już o knajacki język wyzierający ze stenogramów pogwarek między Rychem a Zbychem, tudzież trącące gangsterskimi zwyczajami spotkania na stacji benzynowej i cmentarzu. Jak wiadomo, hazard pod każdą szerokością geograficzną powiązany jest z przestępczym półświatkiem, jeżeli zaś dodać wspomnianą wyżej specyfikę krajów postkomunistycznych – powiązania między mafijnym podziemiem a służbami – przestaje dziwić gorliwość prominentnych polityków Platformy w zaspokajaniu biznesowych potrzeb pana Sobiesiaka za bliżej nieokreślone (he, he) przysługi.


O tych przysługach mógłby pewnie więcej powiedzieć trzeci bohater afery - „Miro” Drzewiecki. W szczytowym jej okresie niechęć Donalda Tuska do ostatecznego pożegnania się z partyjnym „funflem” tłumaczono tym, że ów „funfel” jako długoletni skarbnik partii mógłby doznać nagłego przypływu szczerości i podzielić się swą rozległą wiedzą z ciekawską publicznością. Donald to wiedział i Miro wiedział również, zaś każdy z nich wiedział, iż ten drugi wie, że on wie. Tak funkcjonuje sieć mafijnych współzależności gwarantujących dyskrecję i – khe, khe – wzajemne „zaufanie”. Mafijne pieniążki, nawet jeśli zostały przytulone przed wieloma laty, sznurują usta bardzo skutecznie. Milczenie - „omerta” - jest tutaj nie tyle złotem, co wyrazem rozsądnej troski o własne zdrowie.


IV. Protegowani „Niewidzialnej Ręki”.


Taak... informacja o pranych przez „Drzewka” funduszach, które ułatwiły start „projektowi PO” jest ostatnim puzzlem ponurego obrazka, pokazującego, że rządzi nami banda obwiesi na usługach przestępczo-służbowej „niewidzialnej ręki”. A że zarówno część mafijna, jak i służbowa owej „ręki” ma swoje podwieszenie w odpowiednich strukturach w Rosji, przestają dziwić również pozostałe posunięcia obecnej ekipy - choćby bierność wobec Nord Stream’u, efekt negocjacji gazowych, odpuszczenie sobie aktywnej polityki wschodniej i – oczywiście – porażająca nieudolność w sprawie Katastrofy Smoleńskiej, a kto wie - może nawet i sama Katastrofa...


Zaprawdę, Miro Drzewiecki twierdząc, że Polska to dziki kraj, doskonale wiedział co mówi. W końcu zarówno on, jak i całe jego parszywe ugrupowanie konsekwentnie ów „dziki kraj” budowało – ku ukontentowaniu swych mocodawców.


Gadający Grzyb

sobota, 16 października 2010

Oświecony (neo)totalitaryzm.


Motto: „Demokracja jest dla nas i tych, którzy z nami się zgadzają.

Ci, którzy łudzili się, że po wygranej Bronisława Komorowskiego proklamowana ustami Andrzeja Wajdy „wojna domowa” stopniowo wygaśnie, byli w wałęsowskim „mylnym błędzie”. Otóż, zgodnie z ponadczasową stalinowską logiką głoszącą, że walka klas zaostrza się w miarę postępów komunizmu, ogłoszona onegdaj w Łazienkach „walka o wszystko” zatacza coraz szersze kręgi, sprawiając, że Polska zaczyna ewoluować w kierunku jakiegoś kuriozalnego, para-ustrojowego tworu, gdzie za fasadą demokratycznych procedur wykluwa się coś, co pozwalam sobie określić mianem oświeconego (neo)totalitaryzmu.

Przyjrzyjmy się symptomom, które sprowokowały mnie do postawienia powyższej, radykalnej diagnozy.

I. Ideologia „demokratycznego totalitaryzmu”.

Każdy totalitaryzm potrzebuje ideologii – również ten formujący się na naszych oczach. Tą ideologią oficjalnie pozostaje demokracja i obrona tejże przed zagrożeniami. Demokratyczny totem, wokół którego grupują się dzisiejsi neototalitaryści jest rytualnie okadzany liberalną, „oświeconą” frazeologią o postępie, wolności (a jakże!) i modernizacji hamowanych przez Jarosława Kaczyńskiego i podjudzaną przezeń fanatyczna tłuszczę. Tyle, że rozumienie i interpretacja demokracji i liberalizmu są w ujęciu ideologów cokolwiek, hm, specyficzne...

Niezłą wykładnię dał dwukrotnie prof. Marcin Król: raz opowiadając się przeciw wolności słowa (2009 - Król o blogosferze przy okazji sprawy Kataryny), niedawno zaś postulując niekonstytucyjną rozprawę z Jarosławem Kaczyńskim, który śmiał wypowiadać się na tematy polityczne poza budynkiem parlamentu (polecam tu tekst Kataryny). Profesorowi Królowi basuje wiecznie rozedrgany światopoglądowo Cezary Michalski w „Krytyce Politycznej”, gdzie przyrównuje III RP do Weimaru i postuluje, by Kaczyńskiego „zniszczyć politycznie do końca” sprzymierzając się w tym celu „nawet z Tuskiem, nawet z Palikotem, nawet z Napieralskim, nawet z Leszkiem Millerem…”. Wcześniej podobne odgłosy wydawał z siebie „dialektyczny liberał” prof. Radosław Markowski odnośnie „Gazety Polskiej”.

Demokracja jest dla nas i dla tych, którzy z nami się zgadzają. Ot, taki totalitaryzm demokratyczny...

II. Wróg i pielęgnowane poczucie zagrożenia.

Kolejnym elementem niezbędnym do funkcjonowania totalitaryzmu jest majaczący na horyzoncie wróg. Budowanie poczucia zagrożenia umacnia bowiem wspólnotę i czyni ją bezwolną wobec coraz dzikszych zapędów władzy. Tym, czym byli Żydzi u Hitlera, trockiści u Stalina, tym dla obecnych „bogów demokracji” jest Jarosław Kaczyński i szeroko rozumiane „pisowskie” zaplecze: 25-30 procentowy elektorat „Polski ciemnej” gotowy zapędzić wszystkich do kruchty... Strach przed zdemonizowanym „Kaczorem” i „duszną atmosferą IV RP” ma utrzymywać w ryzach środowiska, które z różnych względów postawiły na Tuska, Komorowskiego i Platformę – od najróżniejszych grup interesu z kastą urzędniczą na czele, po wielkomiejską „klasę aspirującą”.

Tenże strach ma dusić w zarodku niewygodne pytania. Mechanizm opisał już Orwell: świnie w Folwarku Zwierzęcym ucinały dyskusje sakramentalnym: „chyba nie chcecie powrotu pana Kaczyń... ee, to jest, Jonesa?”

A gdy już, zgodnie z postulatem Cezarego Michalskiego, Jarosław Kaczyński zostanie „zniszczony politycznie do końca” , będzie robił za Goldsteina z „Roku 1984”.

III. Społeczna eugenika.

Cóż to byłby za totalitaryzm bez zbrodniczych eksperymentów? Mamy i to. Na naszych oczach bowiem wdraża się coś, co określam mianem „społecznej eugeniki”. Proceder ów zwany jest również „przemysłem pogardy”, „nienawiści”, a eufemistycznie - „dyskursem wykluczenia”. Dotyka to nie tylko Jarosława Kaczyńskiego i jego obozu. Przemysł pogardy wymierzony jest w całe grupy społeczne: nieprzydatne, ba - wręcz szkodliwe z punktu widzenia establishmentu.

Grupy te należy zepchnąć do ciemnego kąta i sflekować. Do niedawna „flekowano” je werbalnie, propagandowo i odcinano od inwestycji tzw. „Polskę B”, by przypadkiem zanadto nie wyrosła. Dziś owo flekowanie przybiera formy dosłowne: kopnięty w klatkę piersiową obrońca krzyża umiera niedługo później na zawał, dwóch innych zamknięto w psychuszkach. Na to nakłada się ostentacyjna bierność policji i straży miejskiej wobec aktów łamania prawa podczas zajść pod krzyżem na Krakowskim Przedmieściu i równie ostentacyjna „niemożność” zidentyfikowania przez prokuraturę kolesi od lepienia puszek. Sięganie w nieformalnej rozprawie „władzy” z niewygodnym „elementem” po społeczne męty (Zbigniew S., ps. „Niemiec”) też jakby skądś znane...

Przekaz jasny: nie fikaj, bo się dofikasz.

Wedle władców IIIRP rozzuchwalone po katastrofie smoleńskiej ciemne „bydło” należy spędzić z powrotem do zagród i nauczyć moresu, następnie zaś poczekać aż wymrze. Potomstwo natomiast trzeba niereformowalnemu „bydłu” odebrać i ukształtować na lojalną wyborczą masę – im mniej kumającą, tym lepiej. Minister Hall od anty-edukacji i postępowe „siostrzyce”od antyrodzinnego ustawodawstwa pracują nad tym w pocie czoła, kontynuując trud poprzedników. Już teraz, po 20 latach, doczekaliśmy się „pokolenia Marii Peszek”, które w razie wojny będzie „spierdalać jak najdalej” a to dopiero początki. Społeczna eugenika święci triumfy.

IV. Zawłaszczanie przez „odpolitycznianie”.

W ostatnim dwudziestoleciu nikt nie miał takiej władzy jaką ma dziś PO. Nikt, nawet postkomuniści, nie wykazywał się też tak dalece posuniętym brakiem skrupułów w zawłaszczaniu państwa. Proceder ten obejmuje nie tylko aparat administracyjny (to robił każdy), lecz również formalnie niezależne instytucje, które „odpolitycznia” się na tyle skutecznie, że jakoś tak same z siebie wiedzą, jak swą „niezależność” praktykować ku ukontentowaniu władzy, że wspomnę przykład „rozgrzanej sędziny” z czasów kampanii prezydenckiej, czy przytoczoną wcześniej oślepłą na jedno oko „odpolitycznioną” prokuraturę od puszkowego krucyfiksu. Tak... - „właściwa” niezależność okazana we właściwej chwili – bezcenna.

Instytucje, które wykazują się niezależnością „niewłaściwą” jak IPN, poddaje się – tak, zgadliście - „odpolitycznieniu”.

Niebywałym w swej bezczelności „skokiem” było przejęcie, niemal natychmiast po katastrofie smoleńskiej stanowisk „prezydenckich”; podpisywanie przez Bronisława Komorowskiego ustaw, które Prezydent Lech Kaczyński miał zawetować bądź skierować do Trybunału Konstytucyjnego, wycofywanie z Trybunału tych ustaw, które przekazał poprzednik...

Zresztą, dla rozluźnienia - http://www.youtube.com/watch?v=JsIEFzGHyS4

V. Aparat propagandowo – medialny.

Oświeconemu (neo)totalitaryzmowi potrzebny jest zwarty aparat propagandowo – medialny uprawiający idące „po linii” „dziennikarstwo kontr-faktyczne”, które onegdaj opisywałem jako robione obok faktów, a gdy trzeba - wbrew faktom. Jak działa to w praktyce, mogliśmy ostatnio (10.10.2010) zaobserwować na przykładzie występu Katarzyny Kolędy-Zaleskiej w „Faktach” TVN, kiedy to najpierw „zrelacjonowała” słowa JK, które nie padły („wolni Polacy” stali się „prawdziwymi Polakami”), następnie zaś odpowiednie autorytety (profesorowie Michał Głowiński, Marcin Król plus Stefan Chwin - literat) odtańczyły werbalny taniec rytualnego oburzenia.

Celem dziennikarstwa kontr-faktycznego jest spełniający pozory pluralizmu, ale w istocie w pełni kontrolowalny oligopol opinii przekazujący rozpisany na wiele głosów jednolity przekaz. Warunkiem koniecznym dla skuteczności tak rozumianego „pluralizmu” jest absolutna dominacja w przestrzeni publicznej, stąd nacisk, by nie poprzestawać na „przyjaciołach” ze stacji komercyjnych i „odpolitycznić” media państwowe, co też się dzieje – jeszcze w tym miesiącu mają zniknąć „Misja Specjalna” i „Bronisław Wildstein przedstawia”, zaś do „Wiadomości” wkrótce powrócić ma Lisica... Rozpoczęły się też przymiarki do spacyfikowania „Rzeczpospolitej”.

Efektem są media putinowskie w wersji light - „konstruktywne” wobec władzy i pilnie patrzące na ręce... opozycji. Rzecz niebywała w krajach demokratycznych za to jak najbardziej zgodna z logiką (neo)totalitaryzmu.

VI. Sojusz „niewidzialnej ręki” z „bogami demokracji”.

Komu opisywany totalitaryzm ma służyć? Czyją władzę, pozycję utrzymywać? Otóż, ten „oświecony (neo)totalitaryzm” jest o tyle wyjątkowy, że nie pozostaje w służbie jakiegoś jednego „furerka”, czy innego „słoneczka ludzkości”. Służyć ma, generalnie rzecz ujmując, wszystkim tym, którzy czerpią korzyści z obecnego stanu rzeczy. Tym, którzy z na pół upadłej, postkolonialno – kartoflanej republiki zwanej Polską uczynili sobie żerowisko i bardzo nie chcą aby ten stan uległ zmianie.

„Konsumentem” obecnego systemu jest gminny biznesmen z partyjno–esbeckimi korzeniami (tudzież jego potomstwo), który ze zblatowanym wójtem, sędzią, naczelnikiem skarbówki, a czasem i księdzem proboszczem pije wódkę i rżnie te same dziwki, ustalając przy okazji jakimi metodami wykończyć nie mającego „pleców” przedsiębiorcę, który nie pośpieszył z odpowiednimi gratyfikacjami do stosownych osób. Na podobnej zasadzie, tylko w skali „makro” funkcjonują oligarchiczne szczyty z różnymi „doktorami Janami”, generałami razwiedki i ich polityczną reprezentacją. Zwijcie to jak chcecie - „układem”, „szarą siecią” samoregulujących się powiązań, „niewidzialna ręką”... nie nazwa jest tu istotna, lecz zjawisko i mechanizmy.

Że co proszę? Że przecież było tak od zarania III Rzeczypospolitej? No to teraz będzie, kurwa, bardziej.

Firmują to wszystko własnymi twarzami „bogowie demokracji”, liderzy opinii - Michniki, Króle, Kuczyńscy, Bartoszewscy... legion. Onegdaj pisałem o nich tak:

„Bogowie demokracji każdy zamach na ich osobistą pozycję kwalifikują jako zamach na demokrację jako taką. (...)

Formacja duchowo – intelektualna (...) uważa siebie za zbiorową personifikację demokracji, stąpającą po niegodnym, nadwiślańskim łez padole. A zatem, każda próba podważenia ich pozycji musi równać się godzeniu w demokratyczne imponderabilia.”

Tę pozycję, zarówno „niewidzialnej ręki” jak i „łże elit” próbował podważyć Jarosław Kaczyński, którego opozycyjna formacja oscyluje dziś między 25. a 30% poparcia. Najedli się przez niego strachu, którego długo nie zapomną. Dlatego muszą tę konkretną opozycję zdławić wszelkimi sposobami.

***

Oświecony, „demokratyczny” neototalitaryzm zaprowadzany jest wśród dziękczynnych pień stada parnasiarzy i radosnych ryków leminżerii, w głębokiej trosce o ocalenie demokracji przed kaczystowskim ciemnogrodem z pochodniami. Przybiera postać pełzającego, rozłożonego w czasie ale morderczo konsekwentnego zamachu stanu. Do pełnego powodzenia brakuje już tylko jednego: politycznego zniszczenia Jarosława Kaczyńskiego i dezintegracji jego zaplecza, a następnie stworzenia jakiejś koncesjonowanej opozycji „zagospodarowującej” niezadowolonych – jak Samoobrona za czasów Leszka Millera.

A ludzie? Ludzie będą, przy zachowaniu wszelkich demokratycznych procedur, głosowali jak trzeba.

Gadający Grzyb

P.S. Inspiracją dla niniejszego tekstu była mini-dyskusja pod tekstem Kataryny „Marcina Króla problemy z demokracją”. Danz stwierdził, że „IIIRP przeistacza się w system faszystowski”, z kolei Jan Bogatko optował za „Nowym Oświeceniem”. Ja zaproponowałem wówczas termin „Faszyzm Oświecony”, ale po namyśle stwierdziłem, że termin jest zbyt wąski, stąd tytułowy „Oświecony (neo)totalitaryzm”. To była krótka ale intensywna (i inspirująca!) wymiana myśli... :)

Niemniej, choćby trudności z nazwaniem tego „czegoś”: dziwacznego para-ustrojowego tworu, który wykluwa się na naszych oczach, świadczą że dla Polski „ciekawe czasy” są regułą, nie wyjątkiem, niestety...

Linki:

http://niepoprawni.pl/blog/287/kosmopolita


http://niepoprawni.pl/blog/287/wojna-domowa

http://niepoprawni.pl/blog/287/dziennikarstwo-kontr-faktyczne

http://niepoprawni.pl/blog/287/bogowie-demokracji

http://niepoprawni.pl/blog/2370/prof-markowski-zastosujmy-praktyki-cenzorskie

http://niepoprawni.pl/blog/39/marcina-krola-problemy-z-demokracja


http://www.krytykapolityczna.pl/CezaryMichalski/Wielkapochwalacytatu/menuid-291.html

http://wiadomosci.dziennik.pl/opinie/artykuly/150508,krol-internet-to-nie-smietnik.html

http://www.youtube.com/watch?v=JsIEFzGHyS4

http://wyborcza.pl/1,107886,8232433,Prof__Markowski_o__apos_aferze_krzyzowej_apos____Mozemy.html

http://www.wpolityce.pl/view/2707/Widz_oglupiany_potrojnie__Rysuje_Zawistowski.html

pierwotna publikacja:www.niepoprawni.pl

poniedziałek, 4 października 2010

Tusku na dopalaczach.


Czy horyzont czasowy antydopalaczowej ofensywy wykracza poza najbliższe wybory samorządowe?

I. Potęga blogosfery :)

No proszę. Raptem kilka dni temu opublikowałem notkę „Niewidzialna ręka i dopalacze”, w której piętnowałem bezradność państwa w walce z „dopalaczami” (tj. chciałem powiedzieć, „artykułami kolekcjonerskimi”, „nawozami” i „kadzidełkami”), a tu czytam, że premieru Donaldu Tusku wielce się ową bezradnością zesrożyło, do tego stopnia, że rzuciło ni z tego ni z owego do walki na „kolekcjonerskim” odcinku wszelkie możliwe służby: jawne, tajne i dwupłciowe.

We wspomnianej notce napomknąłem wprawdzie, że państwo polskie dysponuje najróżniejszymi inspekcjami i kontrolami, które to organy już wielu przedsiębiorcom wybiły z głowy prowadzenie interesów i że ten mechanizm wykańczania w majestacie prawa jakoś dziwnie nie ima się biznesu z dopalaczami, ale że Tusku weźmie sobie moje słowa tak do serca – tego, muszę przyznać, absolutnie się nie spodziewałem. Pomyśleć, że wystarczyła jedna notka, nawet bez konieczności zbierania podpisów pod jakąś petycją, czy organizowania akcji mailowej. Ot – potęga blogosfery!

Proszę spojrzeć jak się cieszę: he, he.

II. „Na granicy prawa”.

No to już się wziąłem i nacieszyłem. Teraz jakoś mi nieswojo. Czemu? Ano temu, że odtrąbiona antydopalaczowa krucjata potwierdza dobitnie znany co najmniej od czasów sprawy Romana Kluski (a tym, którzy mają oczy do patrzenia – od zarania III RP) fakt, że państwo, jeśli tylko chce, potrafi zgnoić każdego – z prawem, obok prawa, albo nawet wbrew prawu. Żaden przedsiębiorca nie jest między Bugiem a „odrom-nysom” pewny dnia ani godziny, co najwyżej może liczyć na urzędniczą łaskę i mieć nadzieję, że panowie i władcy jego losu nie pozostają na usługach jeszcze możniejszej siły, zwanej przez mnie „Niewidzialną Ręką” (mogą być też zybertowiczowskie „układ” i „szara sieć”). Premieru Tusku dało to zresztą wyraźnie do zrozumienia, mówiąc o „walce na granicy prawa”.

Rozumiem, że „panu premieru” nie wypadało wyrąbać do kamer otwartym tekstem tego co wyartykułowałem powyżej, ale przesłanie zarówno do podległych służb, jak i do słynących z niezawisłości sądów jest jasne. Kto nie ma „uszu do słuchania” nie ma czego szukać w najeżonej niebezpieczeństwami dżungli biurokracji.

III. Entuzjazm na dopalaczach.

Ciekaw jestem, kiedy w panu premieru wypali się antydopalaczowy entuzjazm – czy będzie trwał dłużej niż słynne kastracyjne zapędy wobec pedofilów i nade wszystko, czy horyzont czasowy rzeczonego entuzjazmu wykracza poza najbliższe wybory samorządowe (no, niechby i parlamentarne).

Ciekaw jestem również, jakież to cudowności legislacyjne, mające ukrócić „nawozowo – kolekcjonerski” proceder są przygotowywane w zaciszu rządowych gabinetów, gdyż na dzień dzisiejszy sytuacja prawna jest taka, że zamknięto wprawdzie nieetyczne, lecz w pełni legalnie działające przedsiębiorstwa i jeśli nie w polskich, to w międzynarodowych instancjach nasze państwo naraża się na wysokie odszkodowania. Jakiegokolwiek bowiem prawa by nie uchwalono, nie będzie ono miało mocy wstecznej. To znaczy, poprawka – u nas wszystko jest możliwe ale w Strassburgu już niekoniecznie.

W przytoczonej na wstępie notce postulowałem obowiązek skażania wprowadzanych na polski rynek „nie przeznaczonych do spożycia” substancji (np pochodnych piperazyny) na podobnych zasadach jak skaża się alkohol techniczny. Mimo niedoskonałości byłoby to rozwiązanie mogące przysporzyć „dopalaczowcom” niezłego bólu głowy...

IV. Leslie „premieru” Tusku.

No nie. Bądźmy poważni. Zbyt wiele szumnych zapowiedzi wygłaszanych przez Donaldu Tusku z marsową miną godną Leslie Nielsena okazywało się „pijarowską” ściemą. Kończyło się błazenadami, zakamuflowanie których wymagało każdorazowo morza dziennikarskiego potu wylewanego przez wyrobników reżimowych mediodajni.

Nie mam złudzeń, że rezydujący w dawnej bibliotece Kancelarii Premiera pijarowcy zdali sobie sprawę z tego, że coraz bardziej groteskowe roztrząsanie problemów PiS-u i stanu ducha „kaczora” powoli przestaje wystarczać do „przykrywania” realnych problemów kraju. A że dopalacze to nośny społecznie „kampanijny” temat, przystąpiono do ataku wyprzedzającego zanim wpadnie na to polityczna konkurencja.

Cóż, „pijar” to PO a PO to „pijar”. PiS nie wejdzie już w buty antydopalaczowego szeryfa. Zabrakło refleksu. Co do samej ofensywy przeciw dopalaczom, przewiduję, że po wyborach tak jakoś sama z siebie wygaśnie, natomiast zapowiadane zmiany legislacyjne utkną na którymś z etapów – czy to w niekończących się „uzgodnieniach międzyresortowych”, czy to w którejś z sejmowych komisji.

Popis tego typu skuteczności mogliśmy zaobserwować w przypadku spelunek z bandytami. Jednorękimi i innymi. Różne „Las Vegasy” błyskają neonami po dziś dzień. Minie trochę czasu i sklepiki z „produktami nie przeznaczonymi do spożycia przez ludzi” po cichu znów zaczną otwierać swe podwoje, zaś reżimowe mediodajnie o całej sprawie usłużnie „zapomną”, tak jak „zapomniały” o wielu innych. Znajdą kolejny temat do zaprzątania uwagi gawiedzi. W końcu – od czego są wajdowscy „przyjaciele z TVN-u i drugiej stacji komercyjnej”...

Mogę się oczywiście mylić, niemniej, jeżeli za biznesem z dopalaczami stoi to co sądzę, a Państwo się domyślają, niechybnie tak się stanie.

A premieru Nielsenu - Tusku po staremu z marsową miną będzie uprawiało swe błazenady.

Gadający Grzyb

niepoprawni.pl/blog/287/niewidzialna-reka-i-dopalacze

pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl

wtorek, 28 września 2010

„Niewidzialna ręka” i dopalacze.


Prosty sposób na walkę z dopalaczami, który nigdy nie zostanie wcielony w życie.

I. Niemożność w "szarej sieci".

Od czasu do czasu, obserwując dziwną niemożność państwa w sprawach pozornie błahych, a które mogłyby wiele zmienić na lepsze, postronny obserwator może dostrzec ów zdemonizowany „układ” czyli zybertowiczowską samoregulującą się „szarą sieć” powiązań stojących na drodze przekształcenia się Polski z postkomunistyczno-mafijnej „kartoflanej republiki” w cywilizowane państwo prawa. Ową „sieć”, którą na własny użytek nazywam „niewidzialną ręką” dostrzec można nie tyle po działaniach, ile po braku tychże.

Tak dzieje się np z zapisem o obowiązku przechowywania przez stacje benzynowe próbek paliwa z każdej dostawy, co walnie przyczyniłoby się do ukrócenia mafii paliwowej. Obowiązek taki od dawna istnieje w Europie Zachodniej, w Polsce natomiast jest nie do przeforsowania - każdorazowo znika gdzieś w toku prac legislacyjnych nie wiedzieć przez kogo i na jakim etapie usunięty. Zresztą, jak się dowiedzieliśmy, problem nie istnieje, bowiem za rządów PO oznajmiono nam, że żadnej mafii paliwowej nie ma, wszystkie doniesienia o gigantycznych stratach budżetu państwa to bredzenie „pisowskich” maniaków, samo śledztwo zaś szczęśliwie umorzono.

II. „Dziwna wojna”.


Podobnie, jak z mafią paliwową (której nie ma), tak i z działającymi legalnie sprzedawcami prochów władze każdego szczebla prowadzą swoistą „dziwną wojnę”. Generalnie, metody sprowadzają się do „gonienia króliczka”, ale tak by przypadkiem owego „króliczka” pędzącego w swym króliczym porsche przypadkiem nie złapać. Medialne kampanie typu „tylko słabi gracze biorą dopalacze” można od razu skwitować śmiechem i wyrzucić do kosza, jak setki temu podobnych przedsięwzięć, które niczego nie załatwiają poza podniesieniem samopoczucia różnych aktywistów, że „cóś” się zrobiło „w temacie”, wyrzucając w błoto kupę forsy.

Podobnie rzecz się ma z okresowymi „nagonkami” na „dopalaczowe” sklepy w wykonaniu rozlicznych urzędów i organów kontrolnych, od nadzoru budowlanego przez Sanepid po skarbówkę i diabli wiedzą kogo jeszcze. Przypomnę, że tego typu organy skądinąd potrafią skutecznie doprowadzić do bankructwa niejednego przedsiębiorcę, jeśli taki naiwniak uwierzył w mit „wolności gospodarczej” i wszedł w drogę odpowiednio wpływowym sitwom, nie racząc się podziałkować z kim trzeba. Biznesu z dopalaczami ten mechanizm wykańczania w majestacie prawa jakoś dziwnie się nie ima.

I wreszcie, syzyfowa praca ustawodawcza polegająca na jałowym dopisywaniu do listy zakazanych substancji coraz to nowych pozycji, w miejsce których producenci legalnych prochów dusząc się zapewne od tłumionego rechotu wprowadzają natychmiast nowe.

A skoro już jesteśmy przy ustawodawstwie, to najwyższa pora na mój tyleż prosty, co genialny przepis na, z przeproszeniem, udupienie, dopalaczowych trucicieli.

III. Mój „nierealny” pomysł.

Skoro, jak twierdzą producenci i dystrybutorzy, „dopalacze” są „materiałami kolekcjonerskimi”, „nie przeznaczonymi do spożycia”, należy wprowadzić zapis o obowiązku zatruwania tych produktów; skażania ich jakąś silnie toksyczną substancją na takiej samej zasadzie, jak skażeniu poddaje się alkohol techniczny. Chcecie handlować „niespożywczymi” „materiałami kolekcjonerskimi”? Proszę bardzo – po skażeniu i opatrzeniu opakowania trupią główką z piszczelami. Ciekawe, ilu wówczas znajdzie się chętnych „kolekcjonerów”.

Czy tak trudno uchwalić taki przepis? Hm, widać trudno. Nie wierzę, żeby nikt nie wpadł wcześniej na podobny pomysł, skoro wpadłem na niego ja, oglądając jednym okiem „Wiadomości” w których podano informację o kolejnej ofierze „materiałów kolekcjonerskich” (samobójstwo po tygodniu „kolekcjonowania” we własnym organizmie).

Dlaczego postulowanego powyżej rozwiązania nie wprowadzono, nic nie słychać o takich planach, co więcej – sądzę, że nigdy nie zostanie wprowadzone w życie? Ano, z tych samych przyczyn, dla których nie można od lat przeforsować przepisów o obowiązku przechowywania próbek paliwa na stacjach benzynowych. Nastąpią „obiektywne trudności”, „niemożność” precyzyjnego przełożenia na język prawa stanowionego i wysyp kontrargumentów wskazujących na „nierealność” podobnych pomysłów.

Czyjaś „niewidzialna ręka” już się o to postara.

Gadający Grzyb

pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl