Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Grzegorz Michniewicz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Grzegorz Michniewicz. Pokaż wszystkie posty

piątek, 13 maja 2016

Ofiary po-smoleńskie

Państwo polskie winne jest pamięć i sprawiedliwość również ofiarom „po-smoleńskim”.

Za nami uroczystości szóstej rocznicy Tragedii Smoleńskiej, po raz pierwszy upamiętnionej w należycie godny sposób, z państwową oprawą – słowem, tak jak to powinno było wyglądać od początku. Tym razem urzędasy z warszawskiego ratusza nie odważyły się „sprzątać” miejsc pamięci w których gromadzili się ludzie, pięć minut po zakończeniu obchodów. Wreszcie, po sześciu latach na poły „prywatnych” miesięcznic, które jednak walnie przyczyniły się do zachowania pamięci, ofiary tamtego zamachu, ich rodziny i bliscy doczekali się oficjalnej, państwowej celebry – czyli potwierdzenia pamięci instytucjonalnej, mówiącej: „nie zapomnimy i nie odpuścimy”. To ważne symboliczne zobowiązanie państwa polskiego - również w kontekście rozliczenia winnych i ustalenia prawdziwych przyczyn tego, co stało się 10.04.2010 r.

Sądzę jednak, że przy tej okazji należy też wspomnieć ofiary „katastrofy po-smoleńskiej” - czyli tego upiornego korowodu matactw, zaniechań, kłamstw i kalumnii z jakimi spotkaliśmy się po 10 kwietnia 2010 roku. To co wówczas nastąpiło zniesmaczyło nawet postkomunistę Włodzimierza Cimoszewicza, który powiedział, że smoleńską tragedię potraktowano niczym włamanie do garażu na Pradze – wykazując tym samym więcej instynktu państwowego niż oba rządy PO-PSL razem wzięte. Ale pod pewnym względem sprawę potraktowano poważnie, rzekłbym nawet – śmiertelnie poważnie. Przy włamaniu do garażu nikt bowiem nie fatyguje się, by likwidować potem niewygodnych ekspertów i świadków. Nikt nie angażuje seryjnego samobójcy. W jakimś przypływie proroczego natchnienia przewidział to Janusz Kurtyka mówiąc 6 kwietnia 2010, na kilka dni przed wylotem do Smoleńska: „Demontaż państwa już się skończył. Teraz będą znikać ludzie”.

I znikali. Zaczęło się już kilka miesięcy przed feralnym lotem, kiedy to znaleziono powieszonego na kablu od odkurzacza dyrektora generalnego kancelarii premiera, Grzegorza Michniewicza – stało się to 23 grudnia 2009. Tego samego dnia powrócił do Polski z remontu w Samarze Tu-154M nr 101.

2 czerwca 2010 zmarł w Moskwie (oficjalnie na sepsę, lecz media podawały też wersję o zabójstwie) Krzysztof Knyż – operator kamery „Faktów” TVN, który sfilmował wydarzenia owego sobotniego poranka na Siewiernym. Nakręcone materiały zniknęły.

6 czerwca 2010 zginął w wypadku samochodowym prof. Marek Dulinicz – szef grupy archeologów, którzy mieli wyjechać do Smoleńska.

15 października 2010 zginął Eugeniusz Wróbel – były minister w rządzie PiS i ekspert od spraw lotnictwa. Rzekomo został zamordowany i poćwiartowany przez chorego psychicznie syna. Szkopuł w tym, że syn wcześniej nie zdradzał żadnych zaburzeń.

2 grudnia 2011 – w ośrodku wczasowym w Indiach znaleziono powieszonego Dariusza Szpinetę, eksperta lotniczego krytykującego publicznie rosyjskie „ustalenia” śledztwa smoleńskiego.

16 czerwca 2012 ginie gen. Sławomir Petelicki – powiedzmy, że postać nie z mojej bajki, ale to on właśnie ujawnił sprawę esemesów rozsyłanych rankiem 10 kwietnia 2010 przez Radosława Sikorskiego o rzekomej winie pilotów, którzy mieli zejść poniżej wysokości decyzji i „do ustalenia” pozostaje jedynie „kto ich do tego skłonił”. Oficjalnie samobójstwo, jednak na broni z której miał się zastrzelić znaleziono jedynie odcisk palca z lewej ręki – generał był praworęczny.

27 października 2012 – śmierć chorążego Remigiusza Musia, jednego z kluczowych świadków w sprawie smoleńskiej, członka załogi Jaka-40, który wylądował na Siewiernym niedługo przed przylotem rządowego Tupolewa z delegacją prezydencką. Muś konsekwentnie negował oficjalne zapisy z czarnych skrzynek, mówił wręcz o nakazie wieży zniżenia lotu do 50 m., oraz o dwóch wybuchach. Chorążego Musia znaleziono powieszonego, wcześniej nic nie wskazywało na skłonności samobójcze.

Przytoczyłem tu jedynie siedem zgonów po polskiej stronie, ale warto przypomnieć, że np. w sierpniu 2011 roku znaleziono zastrzelonego gen. Konstantego Moriewa, szefa FSB z Tweru, który przesłuchiwał po katastrofie kontrolerów lotu z Siewiernego. Wszystkie te śmierci łączy jedno: nic ich nie zapowiadało, ofiary nie cierpiały na żadne zaburzenia, depresję itd., nie zostawiły listów pożegnalnych. W przypadku „samobójstw”, wszystkie miały miejsce w piątek lub sobotę – zatem sekcji dokonywano już po weekendzie, tak, że ewentualne środki zwiotczające/odurzające zdążyły „wyparować” z ciał. Jedyny „sprawca” - syn Eugeniusza Wróbla – ot, tak nagle „zwariował” i poćwiartował ojca. Tajemnicze zgony nie dotknęły żadnej z osób popierających oficjalną wersję Anodiny-Millera. Krótko mówiąc, wiele wskazuje na to, że lista ofiar Smoleńska nie kończy się na 96 pasażerach tragicznego lotu. I również tym „ofiarom po-smoleńskim” państwo polskie winne jest pamięć i sprawiedliwość.

*

A poza tym:

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3764-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 15 (15-21_04_2016)

sobota, 13 sierpnia 2011

Wokół śmierci Leppera


... czyli luźne dywagacje „wywijającego trupem” złego człowieka



I. „Znaczący progres” w sztuce samouśmiercania.


Siadając do pisania siedem tysięcy dziewięćset czterdziestej siódmej blogerskiej notki dotyczącej śmierci Andrzeja Leppera muszę na wstępie zauważyć, że czuwająca nad naszą umęczona krainą Niewidzialna Ręka wspięła się pod obecnymi rządami na nowy poziom fachowości. Nie będę tu ryzykował tezy, iż owe wyżyny są zasługą aktualnego nie-rządu, ani tym bardziej, że są zasługą Donalda Tuska osobiście, choć słynna stop-klatka mogłaby to i owo sugerować. Ale to raczej Tusk jest narzędziem Niewidzialnej Ręki, która na niego postawiła, a nie na odwrót. Poprzestanę więc na wyrażeniu przypuszczenia, iż „atmosfera”, którą różni Kuczyńscy i Żakowscy straszyli lemingów za rządów PiS i która przyprawiała o duszności Marię Peszek – otóż, nie tamta, nienawistna, lecz obecna, pełna miłości „atmosfera” od kilku lat zdaje się wyjątkowo sprzyjać podnoszeniu dość specyficznych kwalifikacji wśród przeróżnych panów od „śrubek w samochodzie, odkręcanych”.


Wróć! - co też ja plotę... żadni panowie od śrubek przecież nie istnieją, to jedynie wraża pisowska propaganda, sianie zamętu i podważanie wiarygodności demokratycznego państwa prawa przez różnych polskich Breivików. Zatem powiedzmy tak: polscy samobójcy, a przynajmniej ci pozostający w kręgu szeroko rozumianego życia publicznego, zrobili - jak to mówią komentatorzy sportowi - „znaczący progres” w sztuce samouśmiercania, pozbawiając organa ścigania i wiodące mediodajnie bólu głowy związanego z badaniem okoliczności zgonu i uzasadnianiem na użytek gawiedzi jedynie słusznej wersji zdarzeń. Dodajmy, że uprzejmość ta rozciąga się również na tzw. nieszczęśliwe wypadki, które jak wiadomo chodzą po ludziach. Także i tu, zmęczeni „polskim piekłem” delikwenci odchodzą w sposób, rzekłbym, bezproblemowy - po cichutku, bezapelacyjnie, ostatecznie i w sposób nie budzący wątpliwości.


II. Casus Sekuły.


A przypomnijmy sobie panujące w tej materii jeszcze nie tak dawno temu bezhołowie. Ileż problemów dostarczył taki Ireneusz Sekuła, który, jak znakomicie pamiętamy, w 2000 roku postrzelił się trzykrotnie w brzuch, raz zresztą nie trafiając. Co za fuszerka: facet raz się postrzelił, popatrzył na bebech, stwierdził że nie teges, wiec strzelił ponownie – i proszę sobie wyobrazić – spudłował. Ech, fajtłapa. Jak sobie bracie ładujesz kulę w brzuch, to nerwy należy trzymać na wodzy, rączka nie może zadrżeć. No, ale pan Sekuła mężnie się pozbierał, przyłożył gnata po raz trzeci... i bingo! Wreszcie wykitował. Ta-dam, fanfary i kurtyna.


Do takich niezaprzeczalnych wniosków doszły w każdym razie nasze organy ścigania, po wnikliwym śledztwie. Warto nadmienić iż Sekuła, podobnie jak Lepper, miał popaść w finansowe tarapaty, co z miejsca zostało uznane za przyczynę targnięcia się na życie. Podobnie jak Lepper miał pewne, a nawet (do czasu) owocne, to i owo ze spec-służbami. No, ale gdzież tu porównać jatkę i najboleśniejsze z możliwych postrzały w brzuch od których umiera się godzinami (kto oglądał „Wściekłe psy”, ten wie o co chodzi) z elegancką, pojedynczą bruzdą wisielczą, brakiem śladów po osobach trzecich... elegancja-Francja, jakby na przekór zapowiedzi, że „Wersalu nie będzie”.


III. „Zmęczeni życiem”.


No, ale złych ludzi nie brak, zaś źli ludzie mają to do siebie, że sieją ferment i wątpliwości. Nawet dobrym ludziom coś się przypadkiem wypsnie. Nie zapomnę, jak w zeszłą sobotę (02.08.2011) któryś z prezenterów radiowej „Trójki” zapowiadając jakiś materiał dotyczący sprawy, wygłosił frazę „zabójstwo Andrzeja Leppera”. Spłoszony, natychmiast poprawił na neutralne „śmierć Andrzeja Leppera”, ale słowa poszły w eter, ja zaś je przytaczam w charakterze przestrogi dla innych żurnalistów, by w każdej chwili służby na odpowiedzialnym odcinku mediodajni zachować wzmożoną czujność, samodyscyplinę i nie pozwolić wyrwać się z ust temu, co uporczywie siedzi w tyle głowy.


Ale tamten z „Trójki” to był jednak dobry człowiek, pewnie wzięto pod uwagę całokształt nienagannej służby i może nawet nie pojechano mu po premii. Co innego nienawistnicy ogłaszający, że nic im się w tym samobójstwie nie klei. Owi opętani nienawiścią do demokracji polscy Breivikowie podnoszą, że denat miał zmienić front w sprawie afery gruntowej, która dzięki przeciekowi doprowadziła do przedterminowych wyborów i zwycięstwa Platformy Obywatelskiej. Ba, miał ujawnić tożsamość „przeciekowca”. A wtedy już od rzemyczka...


A jeżeli nawet, to co? To co, pytam? Czy to takie dziwne, że ktoś powziąwszy taką wiadomość mógł z dobrego serca doradzić Lepperowi, że wskutek takiego nagłego zagubienia wektorów jest już najwyraźniej „zmęczony polityką”, podobnie jak holenderscy staruszkowie są „zmęczeni życiem” i w związku z tym pora na „dobrą śmierć”? Taki doktor Kevorkian robiący w polityce mógł ponadto złożyć zapewnienie, że rodzina na tym nie ucierpi, tak jak w drugiej części „Ojca chrzestnego” Tom Hagen zapewnił Frankie Pentangeliego, a jego pryncypał Michael Corleone dotrzymał słowa.


W tym kontekście przestaje dziwić pozostawiona w charakterze listu pożegnalnego stop-klatka z wizerunkiem Umiłowanego Przywódcy. Jest ona informacją dla Niewidzialnej Ręki, której aktualny Umiłowany Przywódca jest figurantem, że denat aluzju poniał, zrobił co trzeba i by zgodnie z umową zostawić w spokoju jego bliskich. Po co jeszcze cokolwiek pisać? Taki brat Andrzeja Leppera zrozumiał wszystko w mig starannie omijając podczas mowy pogrzebowej wątek obecnych władz naszego umęczonego kraju, gardłując natomiast o Ziobrze i Kaczyńskim, którzy najpewniej osobiście powiesili mu brata, gdyż - jak stwierdził - w samobójstwo byłego wicepremiera nie wierzy (cyt. „Nie wierzę w to, że to mogłeś zrobić. Musiał ci ktoś pomóc”).


IV. Wykończeni „polskim piekłem”.


Snując te swoje luźne dywagacje złego człowieka „wywijającego trupem” (Grzegorz Sroczyński - „Wyborcza”) nie mogę pominąć jeszcze jednego wątku dotyczącego, że się tak wyrażę, estetyki zejść wypadkowo-samobójczych. Pamiętamy zapewne o takich przypadkach jak „zawałowa” śmierć Michała Falzmanna, która pociągnęła za sobą sznureczek kolejnych zgonów. Ileż było z tym zamieszania, spekulacji rozpuszczanych przez żłobicieli rys na wizerunku naszej demokracji. A Marek Karp, ordynarnie zepchnięty z drogi przez TIRa-widmo na białoruskich numerach? A poseł Józef Gruszka z komisji d/s PKN Orlen, który walnął naparstek kawy i dostał wylewu, a choć przeżył, pozostał inwalidą? Tego ostatniego trzeba było wpierw wrobić w aferę szpiegowską na rzecz Rosji... ależ było krzyku.


Dziś tak nie ma. „Zmęczeni życiem” rozstają się z tym światem zachowując pełną dyskrecję, niczym Dyrektor Generalny Kancelarii Premiera Grzegorz Michniewicz (powiesił się), niczym szyfrant Zielonka (ten się utopił, ale zadbał, by dokumenty pozwalające na identyfikację były czytelne), niczym prof. Marek Dulinicz mający stanąć na czele wyprawy polskich archeologów na pobojowisko Siewiernyj (wypadek samochodowy). Wszyscy osobno, bez rozgłosu i w zasadzie – beż przyczyny. Wykończyło ich „polskie piekło” i tyle. Tak, to musiało być to i nic innego.


Podobnie jak „polskie piekło” wykończyło najpewniej Roberta Pazika a wcześniej Sławomira Kościuka zamieszanych w zabójstwo Krzysztofa Olewnika nad którym to mordem unosi się szereg rozmaitych smrodków, z których smrodek kryminalny wydaje się być akurat stosunkowo najmniej cuchnący. Z pewnością Robert Pazik nie mógł znieść siejącej nienawiść pisowskiej propagandy o której opowiedział mu brat Dariusz z którym miał widzenie tuż przed samobójstwem. Wziął i się powiesił w monitorowanej celi, podobnie jak Lepper w siedzibie Samoobrony do której nie mógł wejść nikt przypadkowy.


V. Warunki atmosferyczne.


Te wszystkie śmierci o których wspomniałem (nie wyczerpując bynajmniej katalogu) to oczywiście oderwane, w żaden sposób nie powiązane ze sobą fakty. Łączy je wszakże jedno – żadna z nich nie miała miejsca za rządów Prawa i Sprawiedliwości. No nie - jest biedaczka Blida, która zginęła wskutek własnej ignorancji, nie wiedząc, że „bezpieczna amunicja” może zabić gdy strzeli się z przyłożenia. Ale wbijmy sobie do głów: to w latach 2005-2007 panowała „duszna atmosfera IV RP” przez którą Maria Peszek o mało co nie zeszła na suchoty. Ani przedtem, ani obecnie „atmosfera” nie panowała i nie panuje. W ogóle, to nie ma żadnej „atmosfery”, a kto by o „atmosferze” wspominał, ten polski Breivik i dzieciobójca.


Jak zmieniają się „warunki atmosferyczne” w naszej umęczonej krainie może świadczyć to, że po śmierci bandziora Pazika Tusk poczuł się jednak zobowiązany, by rzucić na żer ówczesnego ministra sprawiedliwości - Zbigniewa Ćwiąkalskiego. Porównajmy to ze stanem po 10.04.2010, gdzie „waadza” nie czuje się zobowiązana do niczego, a czuwająca nad tą „waadzą” Niewidzialna Ręka w szczególności. Spójrzmy: po zagadkowej śmierci byłego wicepremiera i wicemarszałka Sejmu niezależna od niczego prokuratura „z marszu” podaje przyczynę śmierci, zanim jeszcze dobrze nie odcięto wisielca od sznura, sekcję robi się „pro forma” po trzech dniach i uznaje sprawę za załatwioną. Podobnie jak wcześniej w kwestii zgonów Zielonki, Michniewicza, prof. Dulinicza...


***


Tak na zakończenie, przypomniała mi się opinia Rafała Ziemkiewicza o Tusku, jako o doskonale „krytym” mafiozie, który na pytania dotyczące śmierci rozmaitych osób wznosi oczy ku niebu i woła: „a co ja mam z tym wspólnego?”. Oczywiście, to porównanie padło w innym kontekście – „utrącania” przeciwników politycznych - poza tym, ten wypacykowany i „wypijarowany” „mafiozo” może być, jak już wspomniałem, co najwyżej kukiełką sterowaną przez wiszącą nad nami Niewidzialną Rękę... Niemniej, z biegiem lat, a szczególnie po Katastrofie Smoleńskiej, analogia ta zaczyna nabierać znamion przerażającej dosłowności.


Gadający Grzyb