Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PO. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PO. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 16 kwietnia 2020

Stress-test

Gołym okiem widać, że pandemia koronawirusa stała się wielkim społecznym laboratorium. To po prostu niesamowita okazja do testowania różnych rozwiązań z zakresu inżynierii społecznej.


W związku z pandemią koronawirusa warto postawić sobie podstawowe w moim przekonaniu pytanie: na ile przemodeluje ona światowy porządek i czy zmiany będą nieodwracalne? Już teraz widać, że mamy do czynienia z globalnym „stress-testem” dotyczącym takich obszarów jak polityka, życie społeczne, gospodarka, a nawet system wartości – i w każdym z nich może dojść do istotnego przewartościowania dotychczasowych priorytetów. Zacznijmy jednak wesoło – tzn. od krajowego, politycznego bagienka.


I. Amok „najgłupszej opozycji świata”

Po wyborach 2019 r. zostaliśmy obdarowani nieco bardziej zróżnicowaną niż dotąd opozycją, co szczególnie wyraziście uzewnętrzniło się po dotarciu koronawirusa do Polski. Spójrzmy: zdawałoby się skrajne ugrupowania, takie jak Lewica i Konfederacja zajęły w obliczu epidemii i działań rządu stanowisko zdumiewająco konstruktywne. Politycy lewicowi nie negując konieczności rządowych wysiłków zwracali uwagę na potrzebę większej ochrony pracowników na „śmieciówkach”, nie objętych zabezpieczeniami wynikającymi z Kodeksu Pracy – a takowych w Polsce jest, bagatela, 2,6 mln. (1,3 mln. na umowach-zleceniach i o dzieło, oraz drugie 1,3 mln. na samozatrudnieniu). Z kolei Konfederacja zaoferowała wykorzystanie swoich wolontariuszy zbierających podpisy dla Krzysztofa Bosaka do pomocy osobom starszym (np. przynoszenia zakupów), podnosząc prócz tego konieczność wprowadzenia ułatwień dla rodzimego, głównie niewielkiego biznesu, najbardziej narażonego na utratę płynności finansowej. Również PSL z Kosiniakiem-Kamyszem powstrzymało się od frontalnego ataku na rząd (jakby nie było, Kosiniak-Kamysz to jednak lekarz, a to do czegoś zobowiązuje). Krótko mówiąc, mamy tu podejście zdroworozsądkowe i odpowiedzialne – kraj znalazł się w wyjątkowej sytuacji, więc nie sypiemy piasku w tryby, co najwyżej zwracając uwagę na sprawy, do których naszym zdaniem rządzący nie przykładają należytej uwagi. Wszystko to jednak bez agresji, w tonie rzeczowej dyskusji – owszem, z pozycji opozycyjnych, ale jednak równocześnie propaństwowych.

Co innego „najgłupsza opozycja świata”, czyli Koalicja Obywatelska wraz ze swoim środowiskowo-medialnym habitatem. Ci nawet nie ukrywają, że epidemię traktują wyłącznie w kategoriach politycznych, a koronawirus jest dla nich istotny jedynie w charakterze kłonicy, którą można przywalić obecnej władzy. Tutaj nie liczy się nic, poza doraźnym politycznym interesem: można siać panikę, podrywać zaufanie obywateli do państwa i jego instytucji, destabilizować i bez tego napiętą już sytuację. Najmniej zaś istotni są w tym wszystkim ludzie, wręcz im więcej zarażonych i ofiar śmiertelnych, tym lepiej – niech wszystko spłonie, byśmy tylko mogli na tych zgliszczach i trupach z powrotem dorwać się do władzy. Ich zacietrzewienie podsyca znana prawidłowość, że w obliczu zagrożenia obywatele w naturalny sposób gromadzą się wokół władzy jako jedynego realnego czynnika sprawczego, dysponującego odpowiednimi instrumentami działania. Stąd też nieustanny amok, prowadzący do zachowań wręcz groteskowych.

Odtwórzmy to sobie. Najpierw rząd miał rzekomo utajniać przypadki koronawirusa w Polsce, by ujawnić je na moment przed konwencją wyborczą Małgorzaty Kidawy-Błońskiej i przyćmić w ten sposób to wiekopomne wydarzenie. Po pierwszych odnotowanych przypadkach pojawiła się narracja, że PiS chowa głowę w piasek i „nic nie robi”, bo wiadomo – „pisiory”, he he, nie dają sobie rady i potrafią tylko rozdawać pieniądze nierobom. Gdy okazało się, że rząd jednak działa i zgłasza spec-ustawę, rozległ się wrzask, że pod pretekstem zwalczania epidemii PiS chce zaprowadzić „stan wojenny”. Ustawa przeszła (żeby było zabawniej, również głosami „totalnych”), a PiS uwzględnił część poprawek opozycji, więc zaczęła się kolejna jazda, zainicjowana przez sztab Kidawy-Błońskiej: rząd nie chroni granic przed napływem zarażonych! - co jest szczególnie groteskowe w kontekście kryzysu migracyjnego z 2015 r., kiedy to na Jarosława Kaczyńskiego posypały się gromy, gdy ostrzegał przed zagrożeniem epidemiologicznym związanym z masowym napływem nachodźców.

Idźmy dalej. Rząd Mateusza Morawieckiego wprowadził stan zagrożenia epidemiologicznego, zamknął granice, wcześniej zaś w kraju szkoły i szereg innych instytucji, na bieżąco podaje do publicznej wiadomości liczbę zarażonych, nakłada kwarantanny, wydaje zalecenia odnośnie środków bezpieczeństwa – i, co najistotniejsze, spotyka się to ze zrozumieniem obywateli. Reakcja? „Koronawirus spadł PiS-owi z nieba”, „Koronawirus jako zbawca PiS”! Ten sam PiS, przypomnijmy, jeszcze chwilę wcześniej miał się na koronawirusie wyłożyć, a z drugiej strony – tenże koronawirus miał się stać lodołamaczem torującym drogę do władzy „totalsom”. Równolegle poboczny atak – Duda jeździ po kraju i robi sobie kampanię! Oczywiście, gdyby nie jeździł, byłoby, że tchórzy i dekuje się w Pałacu Prezydenckim, co widać po atakach na Kaczyńskiego za to, że (będąc z racji wieku w grupie największego ryzyka), nie udziela się publicznie...

No i wreszcie, kolejna brzytwa, której uchwycili się „totalni”: należy przełożyć wybory na jesień! Sęk w tym, że aby przełożyć wybory, należałoby wprowadzić jeden z trzech stanów: stan klęski żywiołowej, stan wyjątkowy, bądź stan wojenny – czyli to, przed czym jeszcze na początku marca ta sama opozycja histerycznie protestowała. Dziś stan wyjątkowy jest już „dobry”, bo „totalsi” liczą na kumulację kilku czynników: zmęczenia obywateli ograniczeniami, społecznego zniecierpliwienia (szczególnie latem, gdy ludzie będą chcieli wyjeżdżać na wakacje) oraz pierwszych efektów spowolnienia gospodarczego. Wszystko podporządkowane partykularnemu, partyjnemu interesowi, zero jakiegokolwiek instynktu państwowego, a nade wszystko – rozpaczliwe miotanie się od ściany do ściany. Ktoś na Twitterze trafnie skomentował, że wszyscy starają się zachowywać rozsądnie, tylko Platforma biega bez ładu i składu niczym kurczak z obciętą głową. Wyobraźmy sobie teraz, że wirus uderza w momencie, gdy prezydentem jest Kidawa-Błońska, premierem Borys Budka, a ministrem zdrowia Ewa Kopacz. A nie, wróć, nie musimy sobie wyobrażać – oni już rządzili podczas znacznie łagodniejszej epidemii świńskiej grypy. Wtedy Polska jako jedyna nie zakupiła szczepionek, zaś Ewa Kopacz uspokajała, że nic się nie dzieje – co zakończyło się 180 zgonami.

Przełożenie wyborów oczywiście nie jest wykluczone, wszystko zależy od rozwoju sytuacji, ale póki co można powiedzieć, że o ile państwo pod obecnymi rządami generalnie zdaje egzamin, o tyle „najgłupsza opozycja świata” swój stress-test oblała na całej linii.


II. Gdzie jest Unia?

Ale dość już o naszych baranach, przejdźmy do spraw poważniejszych. Gdzie jest Unia? Ta omnipotentna, najmądrzejsza Unia Europejska, która pod przewodem kasty światłych mandarynów miała być odpowiedzią na wszelkie problemy, ustawicznie regulując za pomocą tysięcznych dyrektyw i wytycznych najdrobniejsze dziedziny życia? Nie ma Unii. W momencie rzeczywistego kryzysu ci wszyscy wielcy komisarze i eurodeputowani, tak zazwyczaj skorzy do zabierania głosu na każdy temat – począwszy od praw zwierząt, a na ustroju polskiego sądownictwa skończywszy – pochowali się w mysie dziury. Walkę z COVID-19 musiały wziąć na swoje barki państwa narodowe – i całe szczęście, bowiem gdyby zależało to od unijnych urzędników, niemożliwe byłoby wprowadzenie np. kontroli granicznych, co jasno dał do zrozumienia rzecznik Komisji Europejskiej Eric Mamer („Zamykanie granicy, to niekoniecznie najlepsze rozwiązanie w sytuacji, gdy wirus jest już we wszystkich krajach strefy Schengen. Ale uznajemy, że to uprawnienia i decyzje rządów krajów członkowskich”).

Przy okazji, po raz kolejny uwidoczniło się, że „europejska solidarność” kończy się tam, gdzie zaczynają interesy Niemiec. Głośna stała się sprawa przechwycenia przez niemieckie władze transportów maseczek ochronnych zamówionych w Chinach przez Włochy, Austrię i Szwajcarię. Poszło o to, że zamówienie zostało złożone przez niemieckiego pośrednika, co niemieckie władze prawem kaduka potraktowały jako „eksport” i skwapliwie położyły na deficytowym towarze łapę. Co więcej, mimo iż Komisja Europejska wymusiła na niemieckim rządzie „uwolnienie” towaru (jedna z nielicznych dobrych rzeczy, które o władzach UE można dziś powiedzieć), to nikt (z pośrednikiem włącznie) nie jest w stanie powiedzieć, gdzie owe maseczki się znajdują – rozpłynęły się w powietrzu... Inny przykład, to niemiecka reakcja na przymknięcie przez Polskę granic – zostało to pryncypialnie skrytykowane, po czym niemal na drugi dzień Niemcy wprowadziły identyczne obostrzenia w ruchu granicznym. Niepokój Niemiec łatwo wytłumaczyć – otóż polskie firmy transportowe odpowiadają za 25 proc. tamtejszej logistyki zaopatrzeniowej, przez co przed Niemcami stanęło widmo pustych sklepowych półek.

Indolencję Unii najlepiej widać na przykładzie nielegalnej imigracji, która jest problemem samym w sobie, a w obliczu pandemii staje się wręcz sprawą gardłową. Po raz kolejny okazało się, że unijna straż graniczna, czyli osławiony FRONTEX jest tygrysem bez zębów i zajmuje się głównie przeładunkiem „uchodźców” z pontonów na statki, po czym odstawia ich dokładnie tam, gdzie chcieli trafić, czyli na kontynent europejski. Jest to zatem w istocie przedsiębiorstwo przewozowe, ułatwiające robotę gangom przemytników. Wyjątkowo boleśnie przekonała się o tym Grecja, która w końcu wzięła sprawy we własne ręce i zaczęła samodzielnie zwalczać plagę migracji, nie przejmując się wrzaskami różnych „organizacji humanitarnych” - dodajmy, przy cichej akceptacji Brukseli, która mogła odetchnąć z ulgą, że rząd w Atenach wybawił ją z kłopotu.

Coś tam jednak Unia robi. Otóż uruchomiła fundusz o łącznej wartości 37,3 mld euro na walkę... nie, nie tyle z koronawirusem, ile na łagodzenie skutków gospodarczych wywołanych kryzysem – z czego Polsce przypadać ma 7,4 mld euro. Tyle, że wbrew rozpowszechnionemu mniemaniu to nie są żadne dodatkowe pieniądze! Środki te pochodzą z aktualnie obowiązujących w ramach budżetu UE środków spójności. Po prostu Unia wspaniałomyślnie się zgodziła, by poszczególne kraje, w tym Polska, część przysługujących im środków wydały na najniezbędniejsze w tym momencie inwestycje, a nie na to, co akurat figurowało w odgórnej, brukselskiej rozpisce i nieco złagodziła rygorystyczne procedury rozliczania funduszy. Ot, i cała „łaska”. Ach, zapomniałbym – Unia w pocie czoła pracuje nad wspólnotowym przetargiem na leki i sprzęt medyczny w ramach „mechanizmu kryzysowego”, na razie jednak daleki jest on od rozstrzygnięcia.

Euroentuzjaści twierdzą, że bierność Unii spowodowana jest niedostatecznymi kompetencjami i już snują wizje poszerzenia prerogatyw Brukseli na przyszłość. Jest to skrajnie niebezpieczny pogląd. Wyobraźmy sobie, że ten kompletnie niewydolny, biurokratyczny moloch miałby w sytuacji zagrożenia epidemią decydować o zamknięciu granic (i dopilnować wykonania), przetargach na medykamenty, rozdziale funduszy czy wprowadzeniu w poszczególnych krajach stanu zagrożenia epidemiologicznego. Wyobraźmy sobie tylko, że dla każdej z tego typu spraw krajowe rządy musiałyby uzyskać zgodę w unijnej centrali, która skrupulatnie sprawdzałaby, czy aby nie łamana jest któraś z rozlicznych „procedur” - wszystko w momencie, gdy trzeba działać „na wczoraj”.

Podsumowując ten wątek - Unia Europejska „stress-testu” nie przeszła. Nic nie zastąpi państw narodowych w kwestiach bezpieczeństwa i pozostaje mieć nadzieję, że inwazja koronawirusa przyczyni się do odwrócenia tendencji polegającej na zawłaszczaniu przez unijną biurokrację kolejnych obszarów władzy.


III. Wielkie laboratorium

Na koniec sprawy o charakterze bardziej ogólnym. Prawdopodobnie czeka nas, jak napisałem w niedawnym felietonie dla „Gazety Finansowej” „najgłupszy kryzys w historii świata” - bo też skala (i co ważniejsze, śmiertelność) pandemii w niczym nie usprawiedliwia aż takiej paniki na rynkach. Pół żartem, pół serio, zarysuję tu spiskową teorię – może medialna histeria jest celowo indukowana, by odwrócić uwagę od rzeczywistych przyczyn kryzysu, który i tak miał nadejść? Po krachu w 2008 r. opinia publiczna zawrzała oburzeniem na światową oligarchię finansową, która nie dość że doprowadziła do globalnej katastrofy, to jeszcze uszło jej to bezkarnie. Może macherzy, którzy nie zmienili swego postępowania ani o jotę i dalej pompują spekulacyjną bańkę, widząc na horyzoncie rychłe załamanie użyli swych medialnych wpływów, by „usprawiedliwić” koronawirusem nadchodzącą zapaść, tak by złość społeczeństw nie skierowała się przeciw banksterom i sprzedajnym politykom?

Ale, nawet pomijając spiskowe teorie, gołym okiem widać, że pandemia koronawirusa stała się wielkim społecznym laboratorium. To po prostu niesamowita okazja do testowania różnych rozwiązań z zakresu inżynierii społecznej. Do jakiego stopnia ludzie gotowi są pogodzić się z ograniczeniami wolności? Czy tylko na jakiś czas, czy na stałe? Jakimi metodami „naprowadzać” ludzkie masy na właściwe myślenie, tak by w przyszłości np. nie oddały głosów na „populistów”, tylko na „sprawdzony” establishment? Albo pogodziły się z kolejnymi przywilejami dla wielkich korporacji pod pretekstem „rozwiązań antykryzysowych”? Jestem przekonany, że rozliczne sztaby specjalistów od modelowania zbiorowych zachowań pracują w pocie czoła nad stosownymi analizami i wnioskami.

Patrząc bardziej optymistycznie – może uda się z obecnej sytuacji wyciągnąć jakieś konstruktywne wnioski? Może to co się stało nieco przyhamuje bezmyślny, zatraceńczy pęd ku wszechogarniającej globalizacji? Może przyczyni się do dywersyfikacji łańcuchów dostaw i produkcji, tak by nie lokować kluczowych ogniw w jednym regionie świata, czy wręcz w jednym państwie – Chinach? Może do kogoś wreszcie dotrze, że warto mieć elementarne zabezpieczenie w postaci własnego rolnictwa, gwarantującego żywność i własnego przemysłu? Tak by nie wyglądać niczym zbawienia chińskich kontenerowców zawijających do europejskich portów? Przecież to paranoja, żebyśmy nie byli w stanie produkować u siebie zwykłych maseczek chirurgicznych i podstawowych leków, a za produkcję płynu odkażającego musiał się brać w trybie awaryjnym „Orlen” (całe szczęście, że go mamy).

Idąc dalej – może docenimy nasze państwa, granice i zalety suwerenności? Może dotrze do nas, że zbywanie kolejnych uprawnień na rzecz ponadnarodowych instytucji to droga donikąd? Z drugiej strony – może zauważymy zagrożenia wynikające z nadmiernej decentralizacji? Pomyślmy tylko, co by się działo, gdyby Polska zgodnie z postulatami „totalnej opozycji” była dzisiaj luźnym konglomeratem udzielnych samorządowych „księstewek”... I to jest kolejny oblany „stress-test” - tym razem nie zdała go globalizacja.

Pocieszające w tym wszystkim jest to, że choć na chwilę zniknęła z publicznego dyskursu większość lewackiej agendy. Nagle okazało się, że obliczu śmierci „prawa” zwierząt, LGBT, genderyzm, skrajny ekologizm i klimatyzm przestały być najważniejszymi problemami ludzkości. Symboliczna jest tu odezwa Grety Thunberg, która zaapelowała do swych wyznawców, by „strajkowali” na rzecz klimatu – ale w domu... Złą wiadomością jest jednak uległość Kościoła, który we Włoszech i zachodniej Europie wystraszony lewackimi wrzaskami zamknął świątynie, rezygnując tym samym z okazji do choćby częściowego odbudowania swego duchowego przywództwa. W Polsce natomiast lewactwo ma inny cel – ograniczenie praktyk religijnych na czas zarazy ma sprawić, by ludzie „odwykli” od chodzenia do kościoła. Koronawirus oraz propaganda strachu mająca ukazać kościoły jako główny rozsadnik epidemii jest tu orężem w walce z religią. Czas pokaże, czy owa nałożona na wiernych „kwarantanna” przyniesie skutki – oby nie. Niemniej, jest to kolejna odsłona owego „społecznego laboratorium” o którym tu piszę – tym razem dotykająca sfery fundamentalnych wartości. Tak więc, już zupełnie na koniec – podstawowy i najważniejszy „stress-test” to ten, przed którym stoimy my sami.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w miesięczniku „Polska Niepodległa” nr 04 (kwiecień 2020)

czwartek, 2 kwietnia 2020

Policzmy się już w pierwszej turze!

Nie można dać się uśpić korzystnym sondażom, a już szczególnie popadać w przedwczesny triumfalizm. Dlatego apeluję – wszystkie ręce na pokład. Policzmy się już w pierwszej turze!

I. Majowy plebiscyt

Zacznę od miłych wspomnień. W 2015 r. w pierwszej turze wyborów prezydenckich zagłosowałem na Grzegorza Brauna. Niczym nie ryzykowałem, bo druga tura dla Andrzeja Dudy była pewna, a pozycja Komorowskiego słabła w oczach. Można więc było sobie pozwolić na odrobinę fantazji i głosowania „sercem” - tym bardziej, że Grzegorz Braun przeżywał wtedy pod wieloma względami bodaj swój najlepszy okres, notując szczyt formy artystycznej oraz intelektualnej, co przekładało się również na aktywność publiczną, a jego oryginalność i bezkompromisowość nie znajdowała jeszcze ujścia w odlotach pokroju postulatu budowy „fortu Xi”. Poza tym, zwyczajnie go lubiłem i swój symboliczny głos traktowałem właśnie w tych kategoriach – jako wyraz bezinteresownej sympatii. W drugiej turze zagłosowałem oczywiście na Andrzeja Dudę, zaś jesienią – na PiS. Koniec końców, wszystko potoczyło się po mojej myśli – to były fajne wybory...

Dziś jednak sytuacja jest inna. Owszem, tylko jakaś katastrofa mogłaby sprawić, by Andrzej Duda nie wygrał pierwszej tury – ale za to wynik drugiej jest mocno niepewny. Dlaczego tak? Ano dlatego, że polaryzacja społeczna w ciągu minionych pięciu lat jeszcze bardziej się zaostrzyła, a konsolidacja i mobilizacja obozu anty-pisowskiego osiągnęła swoje apogeum. To zaś powoduje, że druga tura wyborów będzie plebiscytem - „za” lub „przeciw” PiS-owi – a w takim plebiscycie osobowość kontrkandydata nie będzie miała najmniejszego znaczenia. Przed pięcioma laty ogólna niezgułowatość, „memiczność”, tudzież rozliczne wpadki Bronisława Komorowskiego i jego sztabu powodowały, że z biegiem czasu walczący o reelekcję prezydent stawał się coraz bardziej obciachowy, jawiąc się jako wąsaty wuj z dwururką, lubiący przy obiedzie sadzić czerstwe dowcipy po których nie wiadomo gdzie oczy podziać. Ot, taki „bronkozaur”. Z kolei Andrzej Duda zbierał premię za dynamikę, zaangażowanie, sprawne przemowy i ogólny powiew świeżości – słowem, wszystko grało na jego korzyść.

Teraz będzie z tym trudniej – Andrzej Duda nie jest już nową, niezgraną twarzą, choć werbalnej sprawności i pracowitości w objeżdżaniu Polski nadal mu nie brakuje. Ma za sobą jednak pięć lat prezydentury naznaczonej użeraniem się na różnych polach z „totalną opozycją” oraz różnymi grupami interesu pragnącymi zachować status quo, z prawniczym establishmentem na czele. W takich warunkach trudno uchodzić za polityczną „świeżynkę” - pozostaje nadzieja, że wciąż zachował swój słuch społeczny i w trakcie kampanii będzie w stanie należycie uwypuklić plusy swojej kadencji, przekonując wyborców, że warto postawić na kontynuację. Równie istotne jednak jest to, co dzieje się po drugiej stronie. Z wiadomości dobrych: Małgorzata Kidawa-Błońska póki co notuje wtopę za wtopą, doprowadzając swoje zaplecze do rozpaczy – wystarczy, że musi powiedzieć coś „z głowy” i kompromitacja gotowa. Chyba nikt się nie spodziewał, że okaże się aż tak nieogarnięta i słaba. W tej chwili coraz bardziej przypomina „Komorowskiego w spódnicy” i to skrzyżowanego z Ewą Kopacz.

Wszystko to jednak będzie miało znaczenie tylko w pierwszej turze. W drugiej należy spodziewać się, jak wspomniałem wyżej, plebiscytu – a wszystkie znaki wskazują, że zmobilizowany obóz „anty-PiS” gotów jest zagłosować na każdego, byle nie był z PiS-u. Umowna „tamta strona” zdaje sobie sprawę, że przegrana w tych wyborach ugruntuje władzę Zjednoczonej Prawicy na najbliższe lata i będzie się starała za każdą cenę do tego nie dopuścić. Dlatego należy dołożyć wszelkich starań, by batalia prezydencka zakończyła się już na pierwszej turze – to musi być nokaut.


II. „Totalsi” poczuli krew

Nie da się niestety ukryć, że zwolennicy „totalnych” poczuli krew. Warto tu odrobić lekcję chociażby z wyborów samorządowych, w których kandydaci PiS polegli w niemal wszystkich dużych miastach. Pokazały one, że „twardy antypisizm” wśród przeciwników obecnej władzy stanowi naczelną napędzającą ich motywację. Jeżeli gremialnie poparli takie nadmuchane nic, jak Rafał „Czaskowski” i to po beznadziejnej, najeżonej kompromitacjami kampanii – to oznacza, że impregnacja „totalsów” jest stuprocentowa. Więcej – że przyjęli jako własną samoidentyfikację hasło Schetyny o „opozycji totalnej” i są w tym niejednokrotnie bardziej konsekwentni od samej Platformy. Obecnie wszystko wskazuje, że Trzaskowski, który z każdym miesiącem i rokiem udowadnia jak bardzo nie dorasta do swej funkcji, również wygrałby w cuglach. Ktoś może powiedzieć, że Warszawa to specyficzne miejsce – wielka wiocha z pretensjonalnymi aspiracjami do „europejskości”. Ale podobne emocje są domeną również innych metropolii – Gdańska, Krakowa, Poznania, Wrocławia, a nawet Białegostoku. A to już jest całkiem pokaźny elektorat – na dodatek nader podatny na „proeuropejską” demagogię, na zasadzie „Kidawa jest europejska, natomiast PiS i Duda wyprowadzają nas z Europy, bo »dbają tylko o Polskę«, a poza tym Duda to nie nasz prezydent, tylko jakichś tam »Polaków«”. Radziłbym tych emocji nie lekceważyć, bo ogólnie pojętej polskości przepojone ojkofobiczną agresją zaplecze „totalsów” bardzo nie lubi i nadchodzące starcie będzie zderzeniem również na tej płaszczyźnie - „Polska” i szeroko rozumiana „swojskość” kontra „Europa”. Więcej – może się wręcz przekształcić w swoisty „sąd nad polskością”, kojarzącą się w tamtym elektoracie z przaśnym obciachem i wszystkim co najgorsze.

Lekcja numer dwa do odrobienia, to niedawne wybory parlamentarne, a w szczególności przegrane na własne życzenie wybory do Senatu. To właśnie po nich elektorat „totalnych” nabrał wiatru w żagle i uwierzył, że można zatrzymać PiS. Wystarczyło tylko trochę odpuścić, zanadto uwierzyć w sprzyjające sondaże – i przy maksymalnej mobilizacji drugiej strony utracono (co z tego, że minimalnie) senacką większość. Rzecz w bieżącej politycznej praktyce bez większego znaczenia, ale w wymiarze symbolicznym – poważna porażka.

Dlaczego akurat użyłem przykładu wyborów na prezydentów miast i wyborów do Senatu? Bo mają one jedną, wspólną cechę – są większościowe, podobnie jak wybory na prezydenta Rzeczypospolitej. Tutaj nie zbawi nikogo metoda d'Hondta premiująca największe ugrupowania, dzięki której PiS uratowało sejmową większość. Warto sobie w tym kontekście odświeżyć powyborcze przemówienie Jarosława Kaczyńskiego, który, delikatnie mówiąc, daleki był od triumfalizmu. W wyborach prezydenckich trzeba zdobyć ponad 50 proc. głosów – a pamiętajmy, że jesienią 2019 r. PiS zgarnął 43,6 proc. i właśnie w tych okolicach (nieco ponad 40 proc.), oscylują obecne wyniki sondażowe Andrzeja Dudy. Brakuje co najmniej 7-8 proc. głosów, a niekiedy nawet więcej.


III. Wszystkie ręce na pokład!

Dlatego należy wykorzystać chroniczną słabość i deficyty głównej kontrkandydatki i zrobić wszystko, by batalię zakończyć już na pierwszej turze. Nie ulega wątpliwości, że jeśli dojdzie do drugiej tury, to wszyscy oponenci prezydenta (no, może niewiadomą jest Krzysztof Bosak), zaapelują do swych zwolenników o konsolidację i głosowanie przeciw Dudzie – a to oznacza poważny hazard, wynik takiego plebiscytu byłby bardzo niepewny. Jest jeszcze jedna kwestia, czyniąca wynik nieprzewidywalnym – szykuje się rekordowo wysoka frekwencja, a to, zwłaszcza przy wyborach większościowych, wcale nie musi zagrać na korzyść kandydata PiS. Pamiętajmy, że jesienią frekwencja również była rekordowa i w efekcie partie opozycyjne zebrały w sumie więcej głosów od Zjednoczonej Prawicy. Jak nadmieniłem, PiS uratowała metoda d'Hondta – w maju jednak żadnego d'Hondta nie będzie.

Nie można dać się uśpić korzystnym sondażom, a już szczególnie popadać w przedwczesny triumfalizm. Potrzebna jest stuprocentowa mobilizacja i to od samego początku – bo „tamci” zmobilizują się na pewno. Przegrana oznacza permanentny klincz, chaos i obstrukcję ze strony opozycyjnego prezydenta. Dlatego apeluję – wszystkie ręce na pokład. Policzmy się już w pierwszej turze!


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 09 (28.02-05.03.2020)

piątek, 11 października 2019

O co toczy się gra

„Totalni” nie grają o zwycięstwo – grają o możliwość sabotażu i permanentnej destabilizacji państwa. To jest ich plan na te wybory.

I. O co gra Zjednoczona Prawica?

Ten artykuł trafi do Państwa rąk w piątek, 11 października – tuż przed ciszą wyborczą. To dobry moment, by przypomnieć jeszcze raz o stawce tych wyborów – o co gra obóz patriotyczno-niepodległościowy, a o co obóz „totalnej opozycji” spod wielu szyldów. I już na pierwszy rzut oka widać podstawową różnicę – o ile Zjednoczona Prawica swe cele deklaruje z otwartą przyłbicą, to ugrupowania opozycyjne ukrywają swe rzeczywiste zamiary za zasłoną dymną.

Generalnie, partii Jarosława Kaczyńskiego wraz z koalicjantami chodzi o kontynuowanie dzieła reform, które docelowo mają nieodwracalnie zmienić Polskę. Przekształcić nasz kraj z postkomunistycznego bantustanu – żerowiska sitw, obcego kapitału wyprowadzającego dotąd „prawem i lewem” miliardy euro i dolarów, kondominium pod komisarycznym, polityczno-gospodarczym zarządem ościennych potęg – w normalne państwo działające w interesie swych obywateli. Reformy te, jak wiemy, w trakcie upływającej kadencji realizowane były czasem w sposób połowiczny, chwiejny, część zabuksowała w miejscu, niektóre milczkiem odłożono na półkę czekając na bardziej sprzyjające okoliczności. Ale też należy obiektywnie zauważyć, że nie wszystkie zaniechania wynikały z błędów obecnej ekipy – wewnętrzny opór materii był potężny, bowiem przez ostatnie ponad ćwierć wieku Polska obrosła gęsto licznymi grupami interesu, żywotnie zainteresowanymi trwaniem dotychczasowego systemu wraz z jego patologiami. Na powyższe nałożył się nacisk zagranicy – przede wszystkim Berlina i brukselskiego centrum polityczno-administracyjnego, z majaczącą w tle ręką Moskwy, zawsze chętnej do podziału polskiego tortu. W niezmiennym interesie wymienionych pozostaje utrzymanie Polski w pozycji wiecznego petenta-wasala - państwa słabego, będącego rezerwuarem taniej siły roboczej, rynkiem zbytu, podwykonawcą dla gospodarek Zachodu, do tego uzależnionego od rosyjskich surowców. Do tej starej koncepcji „Mitteleuropy” w naszych czasach dołożono element kolejny: kolonizację ideologiczną, mającą sprawić, by Polacy przestali być Polakami, by odrzucili swą historię, wstydliwie wyrzekli się religii, tradycji, kultury, przyjmując w zamian narzucane nam z zewnątrz wynaturzone, lewackie wzorce, które przez ostatnie kilkadziesiąt lat zdewastowały społeczeństwa Europy Zachodniej. To potężne siły, dlatego może się im przeciwstawić jedynie rząd dysponujący jednoznacznym, społecznym mandatem, czujący za plecami poparcie zdecydowanej większości narodu.

Drugim filarem polityki prawicowej koalicji jest przywrócenie godności, również materialnej, marginalizowanym wcześniej grupom społecznym. To dlatego program „500+” i pozostałe transfery społeczne spotkały się z tak wściekłą reakcją, podobnie, jak niedawno zapowiedź znaczącego podniesienia w najbliższych latach płacy minimalnej. Rzecznikiem tej postawy był Jacek Rostowski ze słynnymi słowami „pieniędzy nie ma i nie będzie”. Fakt, za jego czasów rzeczywiście pieniędzy nie było, pochłoniętych przez czarne dziury w podatku VAT, CIT i akcyzie. Nagle jednak się „odnalazły” w różnych tzw. „głębokich kieszeniach”. Te miliardy, które poszły do obywateli, zasilając przy okazji gospodarkę, ktoś jednak realnie stracił – i owi „ktosie” zrobią wszystko, by je odzyskać.

Podsumowując – dla PiS, by kontynuować wytyczoną drogę, planem minimum jest stabilna większość umożliwiająca samodzielne rządy. Ideałem jest większość konstytucyjna, pozwalająca na zmianę obecnej, głęboko dysfunkcyjnej ustawy zasadniczej, „szytej” na miarę postkomunistycznych układów.


II. Obóz ancien regime

O co gra obóz, który sam siebie, ustami Grzegorza Schetyny nazwał „opozycją totalną”? Jest to obóz beneficjentów patologicznego systemu III RP, dążący do restauracji starych porządków – klasyczny ancien regime, pragnący, „żeby było tak, jak było”. Innego programu nie mają – i czują, że te wybory są ostatnim momentem, kiedy powrót do władzy, znaczenia i pieniędzy jest jeszcze możliwy. Za cztery lata będzie dla nich już za późno. Ale tego prawdziwego programu ujawnić rzecz jasna nie mogą – stąd zmuszeni są do nieustannego podgrzewania histerii, rozhuśtywania społecznych emocji i eskalowania wojny domowej. Pretekstem może być cokolwiek - „obrona” konstytucji, „praworządności”, „wolnych sądów”, żerowanie na protestach kolejnych grup zawodowych, podłączanie się pod niepełnosprawnych, mniejszości seksualne, snucie katastroficznych scenariuszy „drugiej Grecji” czy wręcz „drugiej Wenezueli”... Na powyższe nakłada się wyjątkowo obrzydliwy spektakl szkalowania własnego kraju za granicą – rzecz niebywała w przypadku innych państw. Byliśmy świadkami bezwstydnych donosów do obcych stolic oraz unijnych instytucji i równie bezwstydnej satysfakcji, gdy ten czy ów zagraniczny polityk wycierał sobie Polską gębę. Oni nawet nie próbowali ukrywać, że liczą na zewnętrzną interwencję i naciski, mające finalnie wpłynąć na zmianę władzy w Polsce. W zamian oferują swym sponsorom, patronom i mocodawcom to samo co zwykle – siebie w roli kompradorskich nadzorców nadwiślańskiego bantustanu, pilnujących tu, na miejscu, obcych interesów i trzymających w ryzach miejscowy motłoch w zamian za zgodę na dalsze rozkradanie Polski. Dla ich zagranicznych zwierzchników taki układ jest idealny, bo dzięki temu nawet nie musieliby wypłacać jurgieltu z własnych kieszeni – jurgielt płaciliby tradycyjnie Polacy. Powtarzam: tylko o to im chodzi i o nic innego, cała reszta to wspomniana na wstępie zasłona dymna, dlatego też nie ma sensu pochylać się nad ich „propozycjami programowymi” - tymi wszystkimi „sześciopakami Schetyny”, których sami nie potrafią powtórzyć z pamięci.

Zarazem czują jednak, że są słabi – słabsi niż w 2015 r. Dlatego swe realne plany dostosowują do własnej słabości. Ich plan minimum, to wygrana w wyborach do Senatu – tak, by zamienić „izbę refleksji” w „izbę obstrukcji”. Jeżeli PiS uzyska większość w Sejmie, będzie w stanie tę senacką obstrukcję przełamać – ale wszystko będzie szło wolniej, jak po grudzie i w atmosferze nieustającej bijatyki. Natomiast plan maksimum „totalnych” to osiągnięcie na tyle wysokiego wyniku, by PiS, nawet jeśli wygra wybory, nie miał samodzielnej większości. Wtedy albo zmuszony byłby sformować rząd mniejszościowy – a czym to się kończy przekonaliśmy się w latach 2005-2007, albo trzeba by rozpisać przedterminowe wybory. Jest jeszcze trzeci element – rozparcelowanie państwa na udzielne księstwa samorządowe. Jak niedawno doniósł „Dziennik Gazeta Prawna”, opozycyjni samorządowcy przygotowali już pakiet stosownych ustaw, wyjmujących de facto samorządy spod jakiegokolwiek nadzoru i w efekcie godzących w unitarny charakter polskiego państwa. Przyczółkiem ma być opanowany przez opozycję Senat.

Krótko mówiąc, „totalni” nie grają o zwycięstwo – grają o możliwość sabotażu i permanentnej destabilizacji państwa. To jest ich plan na te wybory.


III. Mobilizacja!

Dlatego kluczowa będzie mobilizacja. Wg badań socjologicznych o wiele większy „potencjał mobilizacyjny” ma PiS – sięgający nawet 55 proc. Warunek jest jeden – nie wolno dać się uśpić optymistycznym sondażom i ruszyć do urn. Pamiętajmy, że mamy nową sytuację – dziś wysoka frekwencja sprzyja przede wszystkim nam. Tamci rzucili już dawno na szalę wszystkie zasoby i my musimy zrobić to samo – a głównym atutem po naszej stronie jest wielki potencjał rzesz zwykłych Polaków, z taką pogardą traktowanych przez „arystokrację” III RP. Słowa o „folwarcznych chłopach” nie biorą się znikąd – są wyrazem ich stosunku do własnego narodu. I jeżeli wygrają, tak właśnie będą nas traktować – jak pańszczyźnianych chłopów, co zresztą niejednokrotnie mieliśmy okazję przerabiać na własnej skórze po 1989 r. Do tej powtórki z najnowszej historii nie wolno dopuścić. W tych wyborach zadecydujemy, czy Polska ostatecznie wkroczy na nowe tory, czy też nastąpi recydywa starych porządków pod rządami tych, którzy już od dawna powinni użyźniać śmietnik historii.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 41 (11-17.10.2019)

Pod-Grzybki 181

Na finiszu kampanii TVP odpaliła „taśmy Neumanna” z których mogliśmy się dowiedzieć, że polityka jest cyniczna, politycy brzydko się wyrażają, a przekręty tych z PO mogą liczyć na ochronę sędziowskiej „nadzwyczajnej kasty” („Sąd to może wypierd...ić w kosmos, może to prowadzić trzy lata – bez znaczenia to jest.”). Słowem, same rewelacje... Jedna rzecz jest jednak charakterystyczna – żadne sędziowskie stowarzyszenie, żadne „Themis” czy inna „Iustitia” nie zaprotestowała jednym słowem przeciw tak przedmiotowemu traktowaniu. Siedzą grzecznie i cichutko, udając, że nie usłyszały tego, co usłyszały. I to mówi nam o kondycji sądownictwa więcej, niż wszystkie sążniste analizy.


*

Swoją drogą, zastanawiam się, jak PO prowadzi kampanię w Tczewie. Widzę to tak. Przychodzi polityk na spotkanie z wyborcami, po czym wesoło zagaja: „cześć po*eby!”, a następnie rozwijając wątek dodaje: „rzygam Tczewem! Głosujcie na mnie!”. Potem jeszcze zaproszą Wałęsę, który ich opatyczy i zwyzywa śp. Kornela Morawieckiego od „zdrajców” i „żelazny elektorat” mają zmobilizowany - publika szaleje, a słupki poparcia skaczą pod niebo. Poważnie, sądząc po nieustającej popularności takiego Trzaskowskiego czy innej Jachiry, „totalni” musieli dojść do nieuchronnego wniosku, że ich wyborcy to faktycznie stado sadomasochistycznych „po*ebów” - i stąd też adekwatne traktowanie.


*

„Gazeta Wyborcza” chwyta się brzytwy i postanowiła rozdać przed wyborami milion bezpłatnych egzemplarzy specjalnej „Gazety Przedwyborczej” - w miejscowościach poniżej 100 tys. mieszkańców, żeby ta prowincjonalna hołota w końcu zrozumiała na kogo należy głosować. Jak to ujął Jarosław Kurski – grozę rządów PiS należy wytłumaczyć ludowi „w prostych słowach”. I to jest niesamowite – oni naprawdę sądzą, że ludzie spoza „warszawki” są oczadziali od „pisowskiej propagandy” niczym chłop sanacyjny i trzeba im „wytłumaczyć” „prostymi słowami” rzeczywistość. Bo inaczej, sami z siebie, będą nadal siedzieli w tych swoich lepiankach i oglądali TVP. Przekładając ezopowe przesłanie Jarosława Kurskiego na normalny język, komunikat Czerskich brzmi zatem następująco: „słuchajcie, wy wsiowe tumany, jeśli jeszcze do was nie dotarło, jak strasznie obciachowy jest PiS, to my wam to pokażemy w naszej gazetce - za darmo, skoro żal wam odpalić parę złotych z tego pińćset, co dostajecie. Wbijemy wam to do tych waszych zakutych łbów prostymi słowami, żebyście nie mieli kłopotu ze skumaniem. Mata więc i czytajta - i jeżeli nie chcecie być dalej durnymi wsiokami, to macie zostać w domu, albo zagłosować na opozycję, kapewu?”.


*

Ale, trzeba oddać, że „Wyborcza” gra dwutorowo – dla prowincji przygotowała tabloidowe pisemko, ale już dla wielkomiejskich elit postarała się nieco bardziej. Wyrychtowała do spółki z samym „New York Timesem” specjalny dodatek „Władza” obnażający nikczemności różnych „populistów”, który w obu gazetach ukaże się w sobotę 12 października. Polityczna intencja jest ewidentna – a ja tylko przypominam, że wtedy w Polsce będzie już obowiązywała cisza wyborcza. Czy stosowne organy państwa będą miały odwagę, by zareagować na tę ostentacyjną, łamiącą prawo agitkę? Czy też „Wyborczej” po staremu wolno więcej?


*

Lobby LGBT dostało histerii, bo na lubelską gęj-paradę jacyś kontrdemonstranci przynieśli petardy – w związku z tym, waginosceptycy i penisosceptyczki stroją się w palmy męczeństwa jako niedoszłe ofiary „zamachu”. Rzucanie petardami faktycznie nie jest bezpieczne – a przede wszystkim durne i przeciwskuteczne. Mam lepszy pomysł. Otóż w 1944 r. Stalin zorganizował w Moskwie pokazowy przemarsz niemieckich jeńców – a pochód zamykały samochody-polewaczki, zmywające ślady po najeźdźcach. Rozwiązanie to polecam włodarzom miast nawiedzanych przez objazdowy cyrk LGBT – należy z pełnym spokojem wyrażać zgodę na gej-parady, a następnie bezpośrednio za demonstracją puszczać pojazdy MPO starannie czyszczące ulice. Wymowa symboliczna będzie oczywista dla wszystkich, a furia lewactwa po takim potraktowaniu – bezcenna.


*

Celebryckie rozterki rodem z gazeta.pl. Małgorzata Rozenek-Majdan: „Jak sobie myślę, że moi synowie mieliby mieć dziewczynę to jakoś mocno się tym denerwuję”. Hm, gdyby synowie przyprowadzili swoich chłopaków, byłoby wszystko OK?


*

Szaleństwo ekologistów – w nowojorskim ratuszu podczas spotkania z lewacką „polityczką” Demokratów Alexandrią Ocasio-Cortez jedna z klimatystek zgłosiła arcypostępowy postulat: „Pozostało nam tylko kilka miesięcy. Szwedzki profesor mówi, że możemy jeść zmarłych ludzi, ale to nie jest dostatecznie szybko. Musimy zacząć jeść dzieci! Nie mamy czasu! Jest za dużo CO2!”. I dalej: „Nawet jeżeli zbombardujemy Rosję, nadal będzie zbyt wielu ludzi i zbyt wiele zanieczyszczeń! Musimy więc pozbyć się dzieci. Musimy jeść dzieci!”. Trzeba przyznać, że nasza Sylwia Spurek jeszcze na to nie wpadła, ale zapewne wszystko przed nami – od dawna podejrzewałem, że od wegetarianizmu do kanibalizmu jest tylko krok, bo na dłuższą metę natury nie da się oszukać i skoro nie można jeść zwierząt, to pozostaje sięgnąć po jedyne pozostałe źródło mięsa. Ale jest jeszcze coś innego – otóż na filmiku widać, że słowa aktywistki nie spotkały się z cieniem sprzeciwu publiczności, zaś sama Ocasio-Cortez wystąpienie skwitowała jedynie słowami: „na szczęście, mamy więcej niż kilka miesięcy”. Od razu kamień spadł mi z serca – może zaczniemy konsumować dzieci dopiero za rok. A przy okazji – potwierdza się stara prawda, że dzieci są po to, by na starość człowiek miał co do garnka włożyć.


*

Ehem... tak mi przyszło jeszcze do głowy, więc ostrzegam na wszelki wypadek. Jeżeli mają Państwo w gronie znajomych jakichś „klimatystów”, to radzę nie afiszować się z dziećmi. W ich ustach powiedzenie „ten dzidziuś jest tak słodki, że chciałoby się go zjeść” może mieć całkiem dosłowne konotacje.


*

Na dziś to tyle. Ja osobiście nie mogę już się doczekać wyborczej niedzieli – coś mi mówi, że będzie lepsza niż Gwiazdka. A Państwo?


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 41 (11-17.10.2019)

Pod-Grzybki 180

Na rozgrzewkę dowcip z internetu: co się urodzi ze związku Róży THUN z Adrianem ZandBERGiem? Greta THUN-BERG.


*

Przy okazji – sądząc po mieszanych reakcjach świata na ostatnie wystąpienie „św. Grety od klimatu” w ONZ, żagiel z napisem „Greta Thunberg” niedługo zostanie zwinięty. Po prostu mała Greta zaczęła się medialnie „zużywać” - została, jak to się mawia, „przehajpowana” i jej nadaktywność robi się przeciwskuteczna – część ludzi ciągnie sobie z niej łacha, a część zwyczajnie wnerwia swoimi przemądrzałymi kazaniami. I wtedy, gdy nagle wokół niej zrobi się pusto, będzie miała pełne prawo stanąć przed swoimi rodzicami i zapytać, kto ukradł jej dzieciństwo.


*

Ekologia w działaniu. Na jedną z warszawskich wysp położonych na Wiśle sprowadzono swojego czasu stado 60 kóz, które miały robić za naturalne kosiarki i wyjadać różne chaszcze. Niestety, okazało się, że do tej pory padło już 30 zwierząt, które ich opiekun – zatrudniony na czarno bezdomny – musiał na polecenie zleceniodawców zakopywać lub wyrzucać do rzeki. Coś niesamowitego. Koza to przecież bydlę słynące z niesamowitej odporności na trudne warunki – a nawet i to udało się władzom Warszawy schrzanić. Niech zgadnę – opiły się wody z Wisły po „kontrolowanym zrzucie” Trzaskowskiego? I czy w tej sprawie zabrała już głos bojowniczka o „międzygatunkowe siostrzeństwo”, Sylwia Spurek?


*

Swoją drogą, chciałbym być świadkiem spotkania Sylwii Spurek z Krystyną Jandą – może Janda zaprosiłaby panią Sylwię do eleganckiej restauracji w której, jak chwaliła się kilka miesięcy temu aktorka, podano by „okonia z risotto i pietruszką”, a następnie „polędwicę wołową z foie gras i kasztanami”? A Spurek w odpowiedzi wetknęłaby Jandzie w gardło metalową rurę i zmusiła do połknięcia tych pyszności za jednym razem? Rany, jak ja chciałbym to zobaczyć!


*

Warszawiacy są niewzruszeni. Jak wynika z sondażu, blisko 70 proc. mieszkańców stolicy uważa, że „kałboj” Trzaskowski w sprawie awarii „Czajki” stanął na wysokości zadania. I moim skromnym zdaniem ten sondaż wcale nie musiał zostać „skręcony” - opisuje po prostu stan ducha i umysłów wielkomiejskiego elektoratu. Trzaskowski może więc spać spokojnie, bo choćby nawet wykonał „kontrolowany zrzut” nie tylko do Wisły, ale wprost na głowy warszawiaków, to oni ze spokojem się obetrą, a następnie i tak zagłosują na niego tyle razy, ile będzie trzeba – byle tylko nie dopuścić „pisiorów” do władzy. Zgadzam się tutaj z diagnozą Patryka Jakiego, który odbił się od tego mentalnego muru podczas wyborów samorządowych: „jeszcze się zdziwicie wynikiem Jachiry”.


*

Tymczasem Jerzy Stuhr odkrył w sobie domorosłego socjologa i zawyrokował, że głosujący na PiS to potomkowie chłopów folwarcznych, którzy się mszczą za „wielowiekowe ciemiężenie”. Wynikałoby z tego, że wśród pisowców panuje wręcz wzorowa „świadomość klasowa” rodem z nauk marksizmu-leninizmu. Jest tylko jeden problem: przytłaczająca większość obecnych Polaków to właśnie potomkowie chłopstwa, bo warstwy wyższe zostały wyrżnięte w kolejnych kataklizmach dziejowych. Tak, tak, panie Stuhr – ta „oświecona”, wielkomiejska klasa średnia również dopiero co wyrwała się z folwarcznych czworaków, czego zresztą potwornie się wstydzi i głosując na „europejczyków” z PO rozpaczliwie próbuje w symboliczny sposób odciąć się od własnych korzeni. Tyle, że folwarczna mentalność co i rusz wyłazi na wierzch – czego dowodem jest chociażby wspomniane wyżej poparcie dla Trzaskowskiego i gromadny rechot z wygłupów Klaudii Jachiry. Jak podoba się panu taka diagnoza?


*

Jak oni nienawidzą tego 500+... Władze Warszawy ogłosiły, że nie dostały wystarczających środków na wypłaty świadczenia i będą musiały je wstrzymać – co szybko okazało się nieprawdą, bo pieniądze zostały przekazane w prawidłowej ilości. I ten nieudolny przedwyborczy sabotaż mówi o Platformie więcej niż tysiąc słów – a także o wiarygodności zapewnień, że „nic co zostało dane nie będzie odebrane”. Przecież ich boli serce na widok tych miliardów płynących do kieszeni „motłochu” i aż przebierają nogami, by wreszcie się do nich dobrać. Zresztą, kto wie, czy właśnie się nie dobrali – do Ratusza powinna natychmiast wkroczyć kontrola, by wyjaśnić to „manko Trzaskowskiego”. Trzaskowski, nie świruj - oddawaj ludziom kasę!


*

Ale komu oddawać – tym zapyziałym nierobom, mieszkającym w ciemnych klitkach z pamiętającą ubiegły wiek meblościanką ze Swarzędza? Tak przecież, zgodnie z wyborczym klipem PO, żyją „zwykli Polacy” roszczeniowo jęczący, że „coś tam, coś tam”. Słowem, czyste marnotrawstwo. A do roboty, nieroby, dorabiać sobie w „para-dokumentach”! A jakby co, to ten wasz „swarzędz” za kolejnych 20 lat na fali nostalgii będzie designerskim hitem – jak dziś mebelki z głębokiego PRL-u. Potraktujcie to jak inwestycję - wystarczy tylko konserwować i wnuczek spienięży za grubą kasę. A z „rozdawnictwem” się pożegnajcie. W końcu, jak klarował towarzysz Szmaciak: „pula nie jest do kradzieży / pula się cała nam należy”!


*

Przed wyborami uaktywniła się Konferencja Rektorów Akademickich Szkół Polskich (KRASP) i wyprodukowała dwie rezolucje – w pierwszej zaapelowała o „bezwarunkową odpowiedzialność dyscyplinarną” za kwestionowanie ideologii LGBT (casus prof. Nalaskowskiego), w drugiej zaś zadekretowała klimatyczny dogmat religii „globalnego ocieplenia”, domagając się „pilnych i zdecydowanych działań” w stylu godnym samej Grety Thunberg. Cóż, skoro polskie uczelnie łapią się w najlepszym razie do czwartej setki światowych rankingów, to naszym luminarzom wszechnauk pozostaje już tylko gorliwie epatować lewactwem w nadziei, że ktoś zauważy i doceni poprzebieranych w birety i gronostaje ormowców politycznej poprawności. A ja, zainspirowany przez KRASP, widzę już przyszłość „nowego zielonego ładu” do którego zmierzamy. Widzę ją wyraźnie, jak nigdy dotąd. W mej proroczej wizji każdy człowiek będzie musiał obowiązkowo poruszać się ze szczotką wetkniętą w d..., żeby zamiatać za sobą „ślad węglowy”.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 40 (04-10.10.2019)

Polityczny cynizm, czy zdrowy rozsądek?

Wyborcy pokazują w tym badaniu, że twardo stąpają po ziemi, wiedzą czym jest polityka, a swych wybrańców traktują często użytkowo – mają im załatwiać określone sprawy. I uważam, że jest to całkiem zdrowa, podmiotowa relacja.

I. Socjologia kontra „najgłupsza opozycja świata”

Niedawno otrzymaliśmy do rąk kolejny ciekawy raport socjologiczny przedstawiający postawy elektoratów partii politycznych – to „Polityczny cynizm Polaków” autorstwa Przemysława Sadury i Sławomira Sierakowskiego, zrealizowany jako koprodukcja trzech lewicowych podmiotów: Fundacji „Pole Dialogu”, Instytutu Studiów Zaawansowanych oraz „Krytyki Politycznej”. Jeżeli kogoś odrzuca lewacka proweniencja organizatorów badania, to od razu powiem – niesłusznie. Jest to bowiem pogłębiona analiza dalece wykraczająca poza medialne schematy, jakimi zwykło się opisywać wyborców poszczególnych „plemion politycznych” i co więcej – wnioski płynące z lektury opracowania niejednokrotnie zaprzeczają utartym stereotypom, jakimi zwykło się opisywać poszczególne grupy wyborców. Autorzy nie wahają się iść pod prąd narracji medialnego mainstreamu i chwała im za to. Szlak niewątpliwie przetarło tu pionierskie badanie zespołu dr. Macieja Gduli o tzw. „Miastku” z 2017 r., o którym również miałem przyjemność pisać na tych łamach w artykule „Miastko, czyli prawica pod lupą”. Przypomnijmy, że Gdula wraz ze współpracownikami wybrał się w polski interior do miejscowości (najprawdopodobniej Sochaczewa) w której PiS w wyborach parlamentarnych osiągnął niemal 50-proc. poparcie. Efektem była analiza „ludu pisowskiego” obalająca całą mitologię narosłą wokół ciemnej „dziczy” głosującej na prawicę. Badanie wywołało sporo zamieszania – na szczęście jednak ani „najgłupsza opozycja świata”, ani sprzyjające jej ośrodki medialne nie raczyły wyciągnąć z badań, które miały przed oczami żadnych praktycznych wniosków i po chwilowej konsternacji utrzymanej w stylu „to na prowincji też żyją biali ludzie?” gładko powróciły do tradycyjnej, propagandowej nawalanki i języka pogardy dehumanizującego obce, polityczne „plemię”. O czytelnikach udzielających się na forum „Gazety Wyborczej” czy artystyczno-celebryckim półświatku w ogóle szkoda gadać – ci bowiem zwyczajnie odmówili przyjęcia raportu z „Miastka” do wiadomości, wskutek czego liberalne media idąc za głosem swej publiki również prędziutko o wszystkim zapomniały. Trzeba powiedzieć, że z tak impregnowaną na rzeczywistość, zamkniętą w sobie i swoich fobiach, tudzież ogólnie niekumatą opozycją, PiS ma niebywałe wręcz szczęście.

Jestem niemal pewien, że podobnie będzie z raportem Sadury i Sierakowskiego, którzy śladem zespołu Gduli wyruszyli w lipcu i sierpniu tego roku w Polskę, by przeprowadzić szerzej zakrojone badania (w Puławach, Skierniewicach, Toruniu i Warszawie) obejmujące elektoraty PiS, PO-KO, Lewicy i PSL. Po badaniu „Miastka” (oraz wcześniejszych analizach również lewackiego Centrum Badań nad Uprzedzeniami dotyczących postaw osób deklarujących prawicowe poglądy) wyrażałem obawę, że „tamci” mają nas rozpracowanych, co może poskutkować jakimiś działaniami osłabiającymi wyborczą bazę „dobrej zmiany” i szerzej – obozu patriotyczno-niepodległościowego. Teraz już takich obaw nie mam – skamieliny III RP są po prostu do takich ruchów niezdolne, natomiast materiał badawczy może całkiem nieźle posłużyć „naszym”, inspirując ich do kolejnych kroków ofensywnych i sięgania po nowe grupy wyborców. Szkoda tylko, że tego wszystkiego dowiadujemy się od lewaków – prawicowe think-tanki wydają się nie być zainteresowane taką działalnością badawczą. No chyba, że robią to na wewnętrzny użytek PiS, a wyniki są skrzętnie skrywane pod korcem...


II. Potencjały mobilizacyjne PiS-u i opozycji

Tyle tytułem wstępu – teraz, do rzeczy. Autorzy, by oszacować maksymalny zasięg danego ugrupowania podzielili poszczególne elektoraty na dwa segmenty: elektorat rdzeniowy (czyli, w przybliżeniu „twardy” - wyborcy deklarujący zdecydowane poparcie dla danej partii i mający zamiar głosować na nią w jesiennych wyborach parlamentarnych) oraz elektorat rezerwuarowy - osoby unikające jednoznacznej deklaracji wyborczej, lecz w pewnych warunkach skłonne zagłosować na daną partię, bo już głosowały na nią w przeszłości (licząc od wyborów w 2015 r.), traktują określone ugrupowanie jako partię drugiego wyboru lub deklarują przynajmniej częściowe zaufanie do jakiegoś obozu politycznego.

Biorąc pod uwagę obie grupy, na dzień dzisiejszy największym potencjałem mobilizacyjnym dysponuje (i tu nie ma zaskoczenia) PiS. Elektorat rdzeniowy tego ugrupowania to 35 proc., a elektorat rezerwuarowy – dalsze 20 proc. Oznacza to, że maksymalny zasięg wyborczy PiS w warunkach pełnej mobilizacji twardych i potencjalnych wyborców wynosi 55 proc. Dla Koalicji Obywatelskiej (PO plus przystawki) to odpowiednio 25 i 22 proc. - czyli łącznie 47 proc., natomiast dla Lewicy – 8 i 12 proc., co daje pułap potencjalnego poparcia w wysokości 20 proc. Ponadto twardy elektorat PiS jest o wiele bardziej lojalny i związany ze swoją partią – wyborcy tej partii najczęściej deklarują, że „mają na kogo głosować” (76 proc.) i PiS jest dla nich partią jedyną, nie czują potrzeby zaistnienia „partii drugiego wyboru” (71 proc.). Na tym tle, twardy elektorat PO-KO jest o wiele bardziej chwiejny i częściej deklaruje, że „nie ma na kogo głosować” (40 proc.), przy czym mniej niż połowa jej wyborców deklaruje zaufanie do własnej partii (zaufanie dla PiS wyraża ponad 2/3 wyborców). Żeby było jeszcze ciekawiej – elektoraty PO i Lewicy są do siebie dość podobne i w znacznej mierze przenikają się między sobą, co powoduje, że obie siły polityczne „kanibalizują” sobie nawzajem ten sam zasób wyborców. Inne, istotne spostrzeżenie – wyborcy PO nie określają poprzez fakt popierania tej partii własnej tożsamości, w przeciwieństwie do twardych wyborców PiS, którzy swój wybór traktują często właśnie w kategoriach tożsamościowych. Procentuje tu wyrazistość partii Jarosława Kaczyńskiego, a Platformie odbijają się czkawką jej wieczne wolty programowo-światopoglądowe i ogólne wizerunkowe rozmamłanie.

Gorsza wiadomość dotyczy elektoratów rezerwuarowych obu głównych obozów politycznych. Otóż „rezerwowi” wyborcy PO częściej biorą udział w wyborach od „rezerwowych” wyborców PiS i w przeszłości częściej oddawali głos na któreś z ugrupowań obecnej koalicji PO-KO, niż „rezerwowi” wyborcy PiS na partię Jarosława Kaczyńskiego. Tutaj, na finiszu kampanii czeka PiS ostra orka nad mobilizacją potencjalnych wyborców, zaś w dalszej perspektywie – wytężona praca u podstaw nad generalną aktywizacją elektoratu.


III. PiS i anty-PiS

No dobrze, ale co napędza, co motywuje wyborców? Dlaczego np. wyborcy PO chcą tę partię popierać, mimo że słabo się z nią identyfikują i cieszy się ich mizernym zaufaniem? I tu robi się jeszcze bardziej interesująco. Główną emocją w wyniku której obóz PO dokonuje swych wyborów jest „anty-PiS”. Innymi słowy, zagłosują na każdego, kto będzie w stanie odsunąć PiS od władzy. W tym sensie, można powiedzieć, że wyborcy PO bardziej nienawidzą PiS-u, niż kochają Platformę. Odwrotnie niż w przypadku wyborców PiS – ci z kolei bardziej identyfikują się ze swoją partią, niż nienawidzą Platformy. Otwarcie deklarują się jako „PiS-owcy”. Jak zauważają autorzy - „PiS-owiec” to identyfikacja, „platformers” to przezwisko. Powyższe stanowi zresztą potwierdzenie wcześniejszych ustaleń Centrum Badań Nad Uprzedzeniami pt. „Polaryzacja polityczna w Polsce. Jak bardzo jesteśmy podzieleni?”. Z tamtych badań wynikało, że „postawy zwolenników partii opozycyjnych wobec zwolenników PiS są bardziej negatywne, niż postawy zwolenników PiS wobec zwolenników opozycji”, ponadto zwolennicy „anty-PiS” częściej dehumanizują i mają mniejsze zaufanie do „PiS-owców”, niż na odwrót. Ta prawidłowość sprawdza się również w określaniu swojego otoczenia – zwolennicy PiS częściej mają kontakt ze zwolennikami opozycji, niż zwolennicy opozycji ze zwolennikami PiS. Wyłania się z tego obraz całkowicie odmienny od utrwalonych medialnych klisz – to „PiS-owcy” są bardziej otwarci, zaś obóz „anty-PiS” częściej zamyka się we własnej „bańce” towarzyskiej, światopoglądowej i medialnej. A zatem, narracja o dwóch politycznych „plemionach” bardziej pasuje do zwolenników PO-KO, niż PiS-u.

No właśnie, skoro już wspomnieliśmy o mediach. Badanie Sadury i Sierakowskiego zadaje kłam innemu, rozpowszechnionemu mitowi – jakoby zwolennicy PiS-u byli oczadziałą tłuszczą, zmanipulowaną przez propagandę TVP Kurskiego. Nic z tych rzeczy – przekaz TVP działa im na nerwy swą toporną, jednostronną propagandą niemal równie silnie, jak dzieje się to w przypadku wyborców PO. W wywiadzie ze strony jednego z respondentów pada np. taka wypowiedź: „Boże, jak oni, za przeproszeniem, wchodzą PiS-owi w dupę”. Inne głosy domagają się chociażby „samokrytycyzmu trochę też, bo to nie jest tak idealnie, że sam miód płynie”. Polecam to rozwadze pana Jacka Kurskiego i jego mocodawców. To jednak nie koniec – wyborcy PiS częściej deklarują, że starają się „zdywersyfikować” źródła informacji. Prócz „Wiadomości” TVP włączają również „Fakty” TVN czy „Wydarzenia” Polsatu. Wyborcy PO o wiele częściej poprzestają na TVN, co znów potwierdza większą otwartość elektoratu PiS.

Jaka jest natomiast samoidentyfikacja elektoratu PO – skoro nie jest nią partia na którą głosują? O „anty-PiS” już mówiliśmy lecz jest to czynnik niejako wtórny wobec innej, bardziej pierwotnej emocji. Tożsamość twardego rdzenia „platformersów” zasadza się „na satysfakcji z posiadania wyższego statusu społecznego, wielkomiejskości i europejskości”, zaś do wyborców Prawa i Sprawiedliwości na ogół mają stosunek pogardliwy. To wiele mówi – zwycięstwo pogardzanych „pisiorów” musieli uznać za osobistą zniewagę i symboliczne zakwestionowanie ich wspomnianego wyżej „wyższego statusu”. Jedyne, co imponuje im w PiS-ie, to skuteczność i pragnęliby, aby ich partia była równie sprawcza. Jak zauważają autorzy, brak wyrazistości PO i związanej z nią wiarygodności oraz poczucia, że będzie w stanie realnie spełnić oczekiwania wyborców może zadziałać na elektorat Platformy demobilizująco.


IV. Cynizm czy pragmatyzm?

Teraz przejdźmy do tytułowego „politycznego cynizmu”, który jakoby wyłania się z badań. Od razu powiem, że ja nazwałbym to raczej „zdrowym rozsądkiem” lub „pragmatyzmem”. Przede wszystkim, wyborcy – i to z obu stron podziału – zachowują wyjątkową trzeźwość w podejściu do swych partii. Przykładowo, wyborcy PiS przeważnie wcale nie pragną dla swej partii władzy absolutnej – i to jest pewne zaskoczenie. Nie są entuzjastami chociażby większości konstytucyjnej dla PiS. Ogólnie rzecz biorąc, uważają, że byłoby to „za dużo”, co obala kolejny mit – o „pisiorach” jako zwolennikach „zamordyzmu”. Więcej – formułują potrzebę zaistnienia silnej opozycji, która dyscyplinowałaby rządzących i patrzyła im na ręce. Jednocześnie wyborcy – tak z „prawa”, jak i z „lewa” - prezentują dość daleko posunięte polityczne wyrachowanie. Wyborców PiS i PO kompletnie „nie ruszają” jakieś podejrzane zagrywki, bo doskonale zdają sobie sprawę, że polityka to nie bukiecik fiołków. Dla wyborcy PiS np. zrozumiałe jest, że polityk czasem musi zagrać nieczysto – pod jednym warunkiem: musi to być w interesie partii, a nie z egoistycznych, osobistych pobudek. To tłumaczyłoby, dlaczego odpalenie przez „Wyborczą” afery ze „Srebrną” i „wieżami Kaczyńskiego” było kulą w płot i nie poderwało poparcia dla partii rządzącej. Elektorat PiS doskonale wie, że Kaczyński nie chciał budować wieżowców po to, żeby się wzbogacić, tylko by ugruntować finansowe zaplecze własnej partii. Dla ankietowanych wyborców aferą pozostaje „Amber Gold”, a nie jakieś tam sądy czy „dwie wieże”.

Z kolei wyborcy PO i Lewicy w pełni akceptują składanie fałszywych obietnic wyborczych – o ile będzie to służyło wygranej z PiS. W wypowiedziach respondentów pojawia się np. wątek, że PO powinna podtrzymać postulaty socjalne PiS, a nawet dodać coś od siebie aby przekonać „roszczeniowy” elektorat – a po wyborach ów „socjal” ograniczyć, a nawet wręcz skasować. Co ciekawe, taka postawa „antyrozdawnicza” jest silniejsza wśród wyborców... Lewicy, którzy bardziej koncentrują się na liberalnej „obyczajówce”. Ale, tu znów uwaga – ta „obyczajówka” kończy się w momencie, gdy pada kwestia obcych kulturowo imigrantów, oraz adopcji dzieci przez pary homoseksualne. Krótko mówiąc: legalizacja homo-związków – tak, adopcja dzieci – stanowcze NIE. Aborcja? Większość elektoratu lewicowo-liberalnego jest za utrzymaniem obecnego „kompromisu aborcyjnego”. Żeby pogłębić ten galimatias – lewicowe kobiety uważają, że na czele ich partii powinien stać... mężczyzna, nawet jeśli deklarują, że głosując, zawsze wybierają na listach kobiety. Co więcej, nawet wśród wyborców PO i Lewicy (zwłaszcza w „miękkiej” części elektoratu pochodzącej z mniejszych ośrodków) polityka socjalna państwa odgrywa mimo wszystko ważną rolę (jedynie 1/3 odrzuca zdecydowanie 500+, zaś dla 40 proc. podtrzymanie 500+ jest istotne z punktu widzenia decyzji wyborczej). Inni z kolei chcą jedynie ograniczenia 500+ (np. by trafiało do określonych grup społecznych, np. rodzin w których pracuje minimum jedna osoba i z pominięciem najbogatszych – ten pogląd podziela zresztą spora część wyborców PiS) lub by pomoc państwa przeznaczyć raczej na inwestycje prorozwojowe i podniesienie standardu usług publicznych. Platforma będzie miała z tymi sprzecznościami nielichy problem – tym bardziej, że jej „miękki” elektorat deklarował, że w przeszłości głosował a to na Kukiza, to PSL, to Samoobronę, a nawet na narodowców.

Tu jeszcze uwaga o elektoracie PiS. Dzieli się on dość wyraźnie na dwie grupy - „starą”, czyli ludzi którzy głosowali na PiS od zawsze i „nową”, która przyszła po 2015 r. O ile „starzy” głosują głównie z pobudek ideowych, o tyle „nowi” są bardziej „interesowni” - przekonuje ich głównie polityka socjalna i konkretne pieniądze w kieszeni, a Platformy nie tyle nienawidzą, co się jej boją – bo może im odebrać „zdobycze socjalne”. To ostatnie dotyczy również „miękkich” elektoratów innych partii. Otwartym tekstem wyrażane jest oczekiwanie, że politycy by zyskać ich głos, musieliby ich „kupić”. Interesujący jest też stosunek do Kościoła – bynajmniej nie bezkrytyczny. Wyborcy PiS doskonale odróżniają Kościół od PiS-u. Rozumieją, że politycy ich partii muszą być z Kościołem blisko „bo tak trzeba” lecz zarazem potrafią ostro wypowiadać się w temacie skandalu pedofilskiego (pada nawet żądanie podania się Episkopatu do dymisji). To rozróżnienie pokazuje, dlaczego film Sekielskich, który poprzez Kościół miał uderzyć w partię rządzącą, nie spełnił pokładanych oczekiwań.


V. Polski zdrowy rozsądek

Wnioski? Dla PiS – orać w elektoracie socjalnym (tu są dwa pola ekspansji – PSL i... wyborcy PO z mniejszych miejscowości), nie zaniedbując jednak „starych”, tożsamościowych zwolenników, stanowiących 35-procentowy trzon wyborczego zaplecza. Należy jedynie zachować spójność i wiarygodność, a droga do trwałej zmiany Polski stanie otworem. W trudniejszej sytuacji jest PO – próbuje łączyć ogień z wodą, co nie zadowala w pełni ani elektoratu wielkomiejskiego (bardziej liberalnego), ani małomiasteczkowego (bardziej socjalnego). To może się skończyć tym, że ten pierwszy w końcu przepłynie do Lewicy, a drugi – do PiS. Z kolei jedynym atutem pominiętego tu, bo stopniowo marginalizowanego PSL-u, jest zakorzenienie w terenie działaczy oraz... proeuropejskość bardzo ceniona przez elektorat ludowców (zapewne za sprawą transferów eurofunduszy na wieś i do małych miast) – ich od PiS-u odrzuca głównie zbyt konfrontacyjny ton w relacjach z Brukselą (wedle ludowej mądrości – nie kąsa się ręki, która karmi).

A wniosek generalny? Nie traktować ludzi jak bezwolnej masy, bo oni doskonale zdają sobie sprawę, z kim mają do czynienia. Czy to cynizm, jak chcą autorzy raportu? Nie, pragmatyzm jak cholera, w jak najlepszym rozumieniu tego pojęcia. Wyborcy pokazują w tym badaniu, że twardo stąpają po ziemi, wiedzą czym jest polityka, a swych wybrańców traktują często użytkowo – mają im załatwiać określone sprawy. I uważam, że jest to całkiem zdrowa, podmiotowa relacja.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Miastko, czyli prawica pod lupą

Polska bastionem... zdrowego rozsądku


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w miesięczniku „Polska Niepodległa” nr 11 (Październik 2019)