Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PSL. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PSL. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 5 kwietnia 2020

Konfederacja głupio się bawi

Okazuje się, że hasło „PiS-PO jedno zło” staje się powoli nieaktualne. Oto Konfederaci zdają się nam mówić, że teraz „większym złem” od Platformy jest dla nich PiS.

I. Propaństwowa opozycja

Wejście do Sejmu Konfederacji, które nastąpiło po ostatnich wyborach parlamentarnych, powitałem z nadzieją. Uważałem bowiem i nadal uważam (czemu dawałem niejednokrotnie wyraz), iż PiS potrzebuje twardego, merytorycznego recenzenta i swoistego „dyscyplinatora” z prawej strony, który od czasu do czasu potrafiłby rządzące ugrupowanie naprostować i przywrócić do pionu. W przyszłości zaś, być może, przy odpowiednim układzie politycznych wiatrów, ów recenzent mógłby się stać koalicjantem – nader pożądanym, wzmacniającym ideową, narodową flankę w obozie prawicy. Ten ozdrowieńczy „efekt Konfederacji” dało się zresztą zauważyć już wcześniej, kiedy współtworzące to ugrupowanie środowiska pozostawały jeszcze poza parlamentem. To w znacznej mierze pod ich wpływem PiS zdecydował się nieco utwardzić swą linię wobec Ukrainy – szczególnie w kwestii wołyńskiego ludobójstwa i polityki historycznej. Inny przykład, to korekta relacji Polska – środowiska żydowskie i Izrael, do pewnego momentu charakteryzujących się skrajną naiwnością i ustępliwością strony polskiej. To, że wreszcie PiS przestał udawać, że „pada deszcz” zostało w jakiejś mierze wymuszone podnoszeniem tych kwestii przez pozaparlamentarną prawicę potrafiącą skutecznie oddziaływać na część patriotycznej opinii publicznej. Najbardziej spektakularnym sukcesem obecnych Konfederatów było skuteczne nagłośnienie „ustawy 447” - sprawy dla obozu rządzącego skrajnie niewygodnej, głównie z powodu bliskich relacji z naszym obecnym „wielkim bratem” zza oceanu. Na początku PiS próbowało rzecz całą zamilczeć, a potem głupio bagatelizować – i dopiero pod wpływem konsekwentnych nacisków z prawej strony zdobyło się chcąc nie chcąc (bądźmy szczerzy – bardziej nie chcąc, niż chcąc) na stanowcze oświadczenia odrzucające bandyckie uroszczenia „holocaust industry”.

Oczywiście, te wymuszone korekty podyktowane były głównie troską o zachowanie monopolu politycznego na prawicy i obawą przed odpływem bardziej radykalnej części elektoratu. Niemniej, sam fakt, iż taka obawa w PiS się pojawiła, zmuszając partię do pewnych modyfikacji linii politycznej, świadczy o pozytywnym potencjale Konfederacji i sympatyzujących z nią środowisk. Ukoronowaniem tej drogi było przekroczenie przez Konfederację w ostatnich wyborach parlamentarnych progu wyborczego i wprowadzenie do Sejmu swych przedstawicieli. Wydawało się, że teraz, mając do dyspozycji nowe narzędzia, Konfederaci jeszcze skuteczniej będą pełnili swą rolę, recenzując poczynania rządu z prawicowych i zarazem propaństwowych pozycji, budując zarazem swój kapitał zaufania wśród patriotycznych wyborców.


II. Rachunki krzywd

Ostatnio jednak coś zaczęło się wyraźnie psuć – i to w najgorszym możliwym momencie, czyli w obliczu epidemii koronawirusa. Początki były wprawdzie obiecujące – kandydujący na urząd prezydenta Krzysztof Bosak zaoferował do pomocy swych wolontariuszy. Jednak to, co wydarzyło się przy okazji awantury o możliwość zdalnego odbywania posiedzeń Sejmu, kiedy to Konfederacja zaczęła mówić jednym głosem z „totalną opozycją” z Koalicji Obywatelskiej, jest bardziej niż niepokojące. Nie był to zresztą pierwszy sygnał tego typu – podobne głosy z szeregów Konfederatów dawały się słyszeć już podczas procedowania spec-ustawy mającej dać rządowi narzędzia do walki z epidemią. Wówczas również z ich strony dały się słyszeć insynuacje, iż nadzwyczajne rozwiązania mają służyć PiS-owi jedynie do umocnienia władzy, co wypisz-wymaluj przypominało histerię „totalnych” i wspierających ich ośrodków medialnych.

Zagadką pozostaje, co skłoniło „Konfę” do tej wolty. Partykularne, partyjne kalkulacje, by za wszelką cenę się wyróżnić? Jakieś antypisowskie resentymenty? Tak, wiem – są na prawicy „rachunki krzywd”. Dla PiS-u i zbliżonych do niego mediów przez całe lata dogmatem była niesławna „doktryna Lipińskiego” dająca się streścić słowami: „poza PiS-em nie ma życia na prawicy”. W myśl tej doktryny, zakładającej iż PiS (względnie szerzej – Zjednoczona Prawica) ma wypełniać całą przestrzeń polityczną po prawej stronie, jedną z głównych trosk przywództwa tej partii było to, by na prawicy nie narodziła się żadna inna siła polityczna. Stąd też brał się wrogi stosunek do narodowców, których działaczy usiłowano zohydzić w oczach opinii publicznej imputując im „agenturalność” na rzecz Rosji, zaś dla zwolenników opcji narodowej rezerwując miano „pożytecznych idiotów” i „ruskich onuc”. Przypomnijmy, że jeszcze całkiem niedawno aby zostać rzeczoną „onucą” wystarczyło nie wykazywać dostatecznego entuzjazmu wobec Ukrainy czy zbyt głośno przypominać o kresowym ludobójstwie Polaków. Te nieprzytomne wrzaski miały jeszcze jeden destrukcyjny efekt – rzucane na oślep inwektywy kompletnie zdewaluowały ciężar oskarżenia o agenturalność, które jest dziś obiektem podobnych kpin, jak zarzut „antysemityzmu” w wydaniu „Wyborczej”.

Środowiska obecnej Konfederacji odpowiedziały na to równie kretyńskim zawołaniem „PiS-PO jedno zło”, które dla każdego przytomnego obserwatora mogło świadczyć tylko o oderwaniu od rzeczywistości. Mówiąc obrazowo – radykałowie tym sloganem odjechali tak daleko, że z ich perspektywy zaczęły się zacierać jakiekolwiek różnice między pozostałymi uczestnikami sceny politycznej.


III. „Konfederacja Obywatelska”?

Po niedawnych wydarzeniach w Sejmie okazuje się jednak, że hasło „PiS-PO jedno zło” staje się powoli nieaktualne. Oto Konfederaci zdają się nam mówić, że teraz „większym złem” od Platformy jest dla nich PiS. Nie wiem, może porobili jakieś badania z których wyszło, że dla ich elektoratu, zwłaszcza tego najmłodszego, dopiero wkraczającego w dorosłość, czasy rządów PO-PSL to już prehistoria, dlatego należy skoncentrować się na dowalaniu obecnej władzy, jaka by ona nie była? To dla mnie jedyne wyjaśnienie zawierające w sobie ziarno elementarnego racjonalizmu. Każde inne wytłumaczenie trąci bowiem pustym awanturnictwem godnym jakichś „kuców” czy innej „gimbazy”, a nie poważnych, odpowiedzialnych polityków. Jeżeli wrzuca się do internetu „firmowy”, oznaczony logo ugrupowania mem w którym zestawia się Kaczyńskiego z Czarzastym opatrując komentarzem o „małym pakcie Ribbentrop-Mołotow”, to człowiek zaczyna sobie pluć w brodę, że o takiej gówniarzerii napisał kiedykolwiek ciepłe słowo.

To wszystko w normalnych okolicznościach można by zbyć wzruszeniem ramion. Niestety, okoliczności nie są normalne – są tak nadzwyczajne, jak tylko to możliwe w warunkach pokoju. Większym kryzysem niż obecnie mogłaby być jedynie wojna. Kraj praktycznie stoi, grozi nam krach gospodarczy większy niż ten po 2008 r., ludzie siedzą w domach, cały aparat państwa nastawiony jest na zwalczanie epidemii – a ci ścigają się z Platformą, kto będzie bardziej „totalną” opozycją. Bo to jest „totalniactwo” w najgorszym możliwym wydaniu, uprawiane pod płaszczykiem sklerotycznego proceduralizmu, czy o zdalnych posiedzeniach Sejmu można zdecydować również zdalnie, czy na sali plenarnej... Nawet razemowsko-czarzaste lewactwo z PSL-em zachowały się w tej sytuacji bardziej konstruktywnie i odpowiedzialnie. Dlatego nie dziwi decyzja prof. Jacka Bartyzela, który ogłosił, iż w obliczu uprawianego przez Konfederację „demoliberalnego partyjniactwa” postanowił wycofać swe poparcie dla kandydatury Krzysztofa Bosaka.

Przy tym wszystkim, „Konfa” zdaje się kompletnie nie dostrzegać, jak na swej „totalności” wyszła i wychodzi Koalicja Obywatelska, konsekwentnie tracąca poparcie przez swą antypaństwową postawę. Zaślepiona doraźnymi gierkami dobrowolnie abdykuje z dotychczasowej roli merytorycznego recenzenta na rzecz tępego, małostkowego politycznego zacietrzewienia. Tyle, że to, co KO będzie kosztować co najwyżej kilka punktów wyborczych, dla nieokrzepłego wciąż ugrupowania, jakim jest Konfederacja, może skończyć się anihilacją. Aż chce się zacytować klasyka – nie idźcie tą drogą! Źle się bawicie, panowie. Źle, a nade wszystko – potwornie głupio.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 14 (03-09.04.2020)

wtorek, 29 października 2019

Przed bitwą o prezydenturę

Już dziś apeluję o wdrożenie złotej zasady: nie ma wroga na prawicy!

I. Przypływy i odpływy

Jednym z ciekawszych zagadnień w powyborczych remanentach jest analiza przepływów elektoratów poszczególnych ugrupowań w porównaniu z wyborami 2015 r. Z sondaży exit i late poll IPSOS wynika, iż najbardziej stabilny elektorat ma PiS – pozostało przy nim 90 proc. wyborców z 2015 r., 4 proc. przeszło do PSL a po 2 proc. do KO i Konfederacji. Do tego PiS wykazało się dużym potencjałem mobilizacyjnym – spośród wyborców, którzy nie głosowali w 2015, a poszli do urn teraz, PiS zgarnęło 23 proc., choć trzeba zauważyć, że tu lepsza okazała się Koalicja Obywatelska z wynikiem 27 proc, a tuż za plecami uplasowała się idąca pod szyldem SLD Lewica – 22 proc. To daje odpowiedź na pytanie, dlaczego mimo poprawy wyniku, PiS nie zwiększyło stanu posiadania w Sejmie – konkurenci wykazali się większym bądź zbliżonym przyrostem „świeżych” głosów. Po raz kolejny potwierdza się teza, że „rezerwowy” elektorat PiS trudniej nakłonić do głosowania, co stanowi wyzwanie przed wiosenną kampanią prezydencką.

Większość sejmową dla PiS-u, poza zdyscyplinowanym „twardym” elektoratem, uratowały przepływy wśród ugrupowań opozycyjnych. Na KO zagłosowało 69 proc. wyborców Platformy z 2015, a 16 proc. przeszło do Lewicy. PiS ugrało tu zaledwie 4 proc., zaś PSL – 9. Jeszcze większemu rozczłonkowaniu uległ dawny elektorat Nowoczesnej – 54 proc. poszło do KO, 28 do Lewicy, 9 do PSL, a po 4 proc. zebrały PiS i Konfederacja. Z lewicowej koalicji (tzw. „Zlew”) z 2015 r. 71 proc. zostało przy Lewicy, a 18 proc. przeszło do KO. Potwierdziło się więc, że oba główne bloki opozycyjne – liberalny i lewicowy będą „kanibalizowały” sobie nawzajem zbliżony elektorat. Z wyborców PSL przy ludowcach pozostało 68 proc. wyborców, zaś po 9-10 proc. odebrały im KO, Lewica i PiS.

Ciekawie sprawy się mają z wyborcami Kukiz'15. Aż 24 proc. zgarnęła Konfederacja, po 22 proc. - PiS i PSL, 16 proc. - KO, a 12 proc. - Lewica. Wynika z tego, że PSL utrzymał na powierzchni transfer Kukiza (co jest pewnym zaskoczeniem), warto też dodać, że ludowcy przytulili 11 proc. spośród tych, którzy nie głosowali w 2015 r.

Tu uwaga pod adresem Konfederacji. Potwierdziło się to, o czym kiedyś tu pisałem – walenie w PiS z nadzieją, że właśnie tam znajdzie się potencjalnych wyborców jest bez sensu. Podstawowe „żerowiska” wolnościowców i narodowców są dwa: były elektorat Kukiza oraz praca nad pozyskaniem świeżego elektoratu – spośród osób, które nie głosowały w 2015, a poszły do wyborów w 2019, Konfederacji przypadło aż 15 proc. Tędy droga panowie do poszerzania wyborczej bazy, podgryzanie PiS-u nic wam nie da, możecie co najwyżej połamać sobie zęby.


II. Co się dzieje z Polonią?

Teraz kolejna sprawa, może nieco marginalna, ale mogąca mieć wpływ na wybory prezydenckie, gdyby w drugiej turze doszło do walki „łeb w łeb”. Chodzi o wyniki wyborcze wśród Polonii, szczególnie z Ameryki Północnej i Europy Zachodniej, gdzie łącznie wzięło udział w wyborach 215,9 tys. naszych rodaków (w skali świata – 314 tys.). Otóż PiS wygrało bodaj jedynie w USA i Kanadzie. W całej reszcie państw zwyciężyła KO, a PiS niekiedy notowało nawet trzecie miejsce, za Lewicą. Ogółem KO zdobyła za granicą 38,95 proc. głosów, PiS – 24,89 proc., Lewica – 20,67 proc., Konfederacja – 11,39 proc., PSL – 4,11 proc. To jest wprost niebywałe zważywszy, iż większość głosów oddano w Europie Zachodniej i można domniemywać, że gros z nich pochodziło od ostatniej fali migracji Polaków – tych wypchniętych za chlebem głównie za rządów PO-PSL. Zagłosowali zatem na tych, przez których musieli wyjechać z kraju, szukając godnych warunków życia. Tu uwaga – w USA zagłosowało 29,5 tys. osób, a np. w Wielkiej Brytanii – ponad 88,5 tys., w Niemczech zaś – 46 tys. Zmienia się więc geograficzny ciężar rozlokowania polonijnych wyborców.

Generalnie jednak z powyborczych danych wyłania się dla PiS obraz pozytywny – zwiększyło swoje poparcie niemal w całej Polsce, praktycznie w każdej gminie. Jednak w perspektywie wyborów prezydenckich należy pamiętać, że w drugiej turze, gdy pozostanie dwóch kandydatów, będziemy mieli do czynienia z plebiscytem „za” lub „przeciw”. Można się spodziewać, że kandydat opozycji, kim by nie był, zsumuje rozproszone głosy obozu „anty-PiS”. To, co nie działa w przypadku wyborów partyjnych, gdzie dodatkowo mamy metodę d'Hondta (elektoraty poszczególnych partii idących w koalicji nie muszą się prosto „dodawać”, jak to stało się w przypadku wyborów do Parlamentu Europejskiego), może zadziałać przy okazji wyborów prezydenckich, w których decyduje prosta, arytmetyczna większość bez różnych „przeliczników”. Przedsmak tego mieliśmy już teraz przy większościowych wyborach senackich – opozycyjny „pakt senacki” pozbawił PiS dotychczasowej przewagi w izbie wyższej parlamentu.

Wniosek? Decydować będą detale, może nawet śladowe ilości głosów. Zatem, przede wszystkim należy utrzymać mobilizację we własnych wyborczych szeregach – śmiertelnym błędem może się okazać chociażby lekceważenie konserwatywnego elektoratu „odpuszczonego” na rzecz poszukiwań mitycznego „centrum”. Po drugie – trzeba zdwoić wysiłki w kierunku pozyskania wyborców niezdecydowanych, a tym bardzo często imponuje sprawczość i zdecydowanie w działaniu. Po trzecie wreszcie – nie warto zrażać do siebie wyborców Konfederacji wrzaskami o „agenturze” i „ruskich onucach”. Tych kilka procent może się okazać w maju 2020 r. języczkiem u wagi.


III. Przed kampanią wiosenną

To ostatnie kieruję szczególnie pod adresem prorządowych mediów – zarówno publicznych, jak i prywatnych. Jeśli TVP Kurskiego zrobi Dudzie „kampanię” równie finezyjnie ciosaną siekierą, jak ta na rzecz PiS-u, to może być licho. Już lepiej nie robić żadnej – przypomnę, że w 2015 r. Andrzej Duda wygrał mimo tego, że media publiczne nie były jeszcze w rękach „dobrej zmiany”. Sekowanie Konfederacji, pozbawianie głosu w państwowych mediach, pomijanie przy podawaniu wyników sondażowych – słowem, cały ten repertuar nieczystych chwytów, jaki TVP zaprezentowała ostatnio – jest nie tylko chamski. Jest przede wszystkim przeciwskuteczny, co pokazał wyborczy wynik i pozostaje mieć nadzieję, że zostaną z tego wyciągnięte właściwe wnioski, również personalne. Redaktorowi Sakiewiczowi natomiast, jeśli faktycznie leży mu na sercu reelekcja obecnego prezydenta, a nie jakieś własne, partykularne interesiki, doradzałbym, by wiosną powstrzymał się od kuriozalnych apeli w rodzaju tego, jaki przed wyborami parlamentarnymi wystosował do Konfederacji o wycofanie się ze startowania w wyborach. Takie głosy jedynie działają odstręczająco na elektorat na prawo od PiS – to po prostu jest obraźliwe, sugeruje bowiem, że wyborcy Konfederacji nie mają prawa do swej reprezentacji. Warto również dać sobie na wstrzymanie z gardłowaniem o „gawnojedach” i „pożytecznych idiotach” - bo to właśnie od nich, od tego miliona wyborców z hakiem, może zależeć wynik prezydenckiej batalii.

Ujmę to jeszcze inaczej: każdorazowo, gdy celebryci i tzw. intelektualiści z obozu „totalnej opozycji” - te wszystkie Jandy, Nurowskie, Markowskie, Hartmany, Stuhry i Matczaki – zabierają głos obrzygując z całą właściwą im butą i pogardą zwyczajnych ludzi, mieszkańców prowincji, wyzywając ich od ciemnego motłochu, patologii kupionej za „pińćet” i co tam jeszcze mają w swym repertuarze obelg – zacieramy ręce, czyż nie? Cieszymy się i nagłaśniamy każdy taki przypadek, bo doskonale wiemy, że potraktowani w ten sposób wyborcy prędzej odgryzą sobie rękę, niż zagłosują na lewactwo. No więc, dlaczego niektórzy z naszego obozu w podobny sposób zachowują się wobec wyborców Korwina, Brauna czy narodowców? Naprawdę uważacie, że to działa i tamci skruszeni i zawstydzeni przerzucą swoje głosy na PiS? Otóż nie, nie przerzucą – takie potraktowanie odniesie tylko jeden skutek: w kluczowym momencie, w drugiej turze wyborów prezydenckich zostaną w domu. Dlatego już dziś apeluję o wdrożenie złotej zasady: nie ma wroga na prawicy!


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Jest dobrze, ale nie beznadziejnie


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 43 (25-31.10.2019)

niedziela, 20 października 2019

Jest dobrze, ale nie beznadziejnie

PiS uzyskał po raz drugi mocny mandat do rządzenia – ale z szeregiem zastrzeżeń i wątpliwości. Prawica ma niewiele czasu na przegrupowanie szeregów, bo prezydencka batalia tak naprawdę jest tuż-tuż.


I. Mało brakowało

O mały włos... Naprawdę, niewiele brakowało, by Zjednoczona Prawica pożegnała się z samodzielną większością w Sejmie. Ostatecznie udało się zachować stan posiadania z 2015 r. - czyli 235 mandatów. I to jest niewątpliwie sukces – przy największej od 1989 r. frekwencji (61,74 proc.) ugrupowanie Jarosława Kaczyńskiego zdobyło nowych wyborców (43,59 proc. przy 37,58 proc. w 2015 r.), zyskując 6,1 pkt. proc. W liczbach bezwzględnych – w 2015 r. na PiS głosowało 5 711 687 wyborców, zaś w 2019 - 8 051 935, co oznacza przyrost głosów o 2 340 248. Można więc powiedzieć, że plan minimum został wykonany. Jednocześnie jednak nie da się ukryć, że apetyty były dużo większe i liczono na znaczący przyrost miejsc z Sejmie. Dał temu zresztą wyraz w swym wystąpieniu Jarosław Kaczyński, mówiąc „otrzymaliśmy dużo, ale zasługujemy na więcej”, w innym miejscu stwierdzając z kolei, iż jego partię czeka refleksja nad tym „co spowodowało, że poważna część społeczeństwa jednak uznała, że nie należy nas popierać”. A jest się nad czym zastanawiać – warto tu przypomnieć pogłębione badanie socjologiczne pt. „Polityczny cynizm Polaków”, które omawiam szerzej w bieżącym wydaniu „Polski Niepodległej”. Wg tego badania, twardy elektorat PiS wynosi obecnie 35 proc., zaś „elektorat rezerwuarowy” to kolejne 20 proc. - czyli łącznie 55 proc. Z tych „rezerw” PiS-owi udało się pozyskać 8,59 proc., a więc mniej niż połowę. Wystarczyło, by obronić dotychczasową pozycję – ale tylko tyle. Czyli, niby „pykło”, lecz jakoś nie do końca. Autorzy przywołanego badania zwracali uwagę, że „rezerwowy” elektorat PiS rzadziej chodzi do wyborów, niż analogiczne elektoraty ugrupowań opozycyjnych, co znajdowało potwierdzenie w późniejszych sondażach wskazujących na demobilizację wyborców Zjednoczonej Prawicy. W najbliższym czasie obóz rządzący czeka więc poważna orka nad aktywizacją potencjalnych zwolenników, zwłaszcza w kontekście przyszłorocznych wyborów prezydenckich, bo wbrew pozorom druga kadencja Andrzeja Dudy wcale nie jest przesądzona.

W Sejmie jednak PiS przynajmniej się obronił. Nie da się natomiast usprawiedliwić porażki w Senacie. W 2015 r. PiS wprowadził 61 senatorów, by w tej kadencji stracić 12 miejsc i tym samym większość w izbie wyższej parlamentu. To oczywiście nie jest jeszcze tragedia, ale może spełnić się scenariusz o którym pisałem przed tygodniem - „izba refleksji” może zostać zamieniona przez „totalną opozycję” w „izbę obstrukcji”. W kluczowych sprawach trzeba będzie się zmagać z próbami sabotowania ustaw, wszystko będzie szło o wiele wolniej. Tu trzeba zauważyć, że nawet tzw. „senatorowie niezależni” wywodzą się z obozu opozycyjnego, więc naprawdę ciężko będzie ciułać głosy dla poszczególnych projektów. Odnoszę wrażenie, że PiS rzucił wszystkie siły w kampanii na odcinek sejmowy, licząc iż przewagę w Senacie osiągnie siłą rozpędu. Tymczasem na tym froncie partie opozycyjne zwarły szyki, wystawiając w ramach „paktu senackiego” w większości okręgów jednego kandydata, by nie rozpraszać głosów – i ta taktyka się sprawdziła.

Dodatkowo, w wyborach do Sejmu obóz „anty-PiS” (PO-KO, Lewica, PSL) uzyskał w skali kraju łącznie 8 958 824 głosy – a więc o ponad 900 tys. więcej od Zjednoczonej Prawicy. Jeśli doliczyć Konfederację z 1 256 953 głosami, przewaga wynosi grubo ponad 2 miliony. PiS może dać na mszę w intencji metody d'Hondta premiującej największe ugrupowania.


II. Przełamanie duopolu

No właśnie, jaki szerszy obraz wyłania się z tych wyborów? Przede wszystkim okazuje się, że Polacy nie życzą sobie systemu dwupartyjnego. Polityczny duopol i wieczna nawalanka na linii PiS-PO dla wielu stała się zwyczajnie nużąca, co zaowocowało „kontrolnym” oddaniem głosu na którąś z alternatywnych opcji. Świadczy o tym nie tylko dwucyfrowy wynik lewicy startującej pod szyldem SLD (12,56 proc.), ale nadspodziewany sukces PSL z Kukizem (8,55 proc.), a nade wszystko Konfederacji (6,81 proc.). Ta ostatnia dwójka to chyba największe zaskoczenie. Okazało się, że wbrew moim nadziejom Kukiz nie pogrzebał ludowców i ten fenomen godzien jest osobnych analiz.

No i wreszcie Konfederacja – wydawało się, że wysoka frekwencja pogrzebie antysystemowców, którzy dotąd nie byli w stanie przebić szklanego sufitu kilkuset tysięcy głosów. Swój triumf (bo tak należy na to patrzeć) konfederaci zawdzięczają przede wszystkim mobilizacji najmłodszego elektoratu (18-29 lat) – z tej grupy wiekowej zagłosowało na nich ponad 20 proc., co jest trzecim wynikiem po PiS i KO. I tu nie tyle kamyczek, co wręcz głaz należy wrzucić do propagandowego aparatu PiS. Stawiam tezę, że do sukcesu Konfederacji walnie przyczyniła się przaśna, toporna propaganda TVP Jacka Kurskiego. Bojkotowanie, jak by nie było, ogólnopolskiego komitetu wyborczego balansującego w sondażach na granicy progu wyborczego było tak bezczelne i groteskowe, że zwyczajnie musiało przynieść efekt odwrotny od zamierzonego. Nie zapraszanie polityków Konfederacji przy jednoczesnym pompowaniu lewicy, przypieczętowane aferą z pominięciem przy podawaniu sondażowych wyników, za co TVP przegrała (zasłużenie) proces w trybie wyborczym – ta ostentacyjna stronniczość aż gryzła w oczy. Nic więc dziwnego, że na ostatniej prostej konfederatów „zagospodarował” TVN, prezentując polityków tej formacji już nie jako „faszystów”, lecz wyważonych, zdroworozsądkowych wolnorynkowców. Kurski najwyraźniej zapomniał, że TVP nie jest jedyną telewizją w Polsce i sam „sprezentował” Konfederację konkurencji – a ta nie omieszkała skwapliwie skorzystać z podarunku. Jeżeli ktoś powinien beknąć za wynik PiS poniżej oczekiwań, to w pierwszym rzędzie powinien być to „Kura”. Tu znów odwołam się do wspomnianego wyżej badania – otóż wynika z niego, że wyborcy prawicowi mają często bardzo krytyczny stosunek do przekazu mediów publicznych – a na dodatek na ogół oglądają również programy informacyjne pozostałych stacji oraz, co równie ciekawe, często nie życzą sobie zbyt miażdżącej przewagi politycznej PiS, instynktownie szukając jakiejś przeciwwagi.

Generalnie jednak, układ w Sejmie wskutek wejścia Konfederacji jest wręcz idealny. Wbrew rachubom TVN-u, konfederaci nie pozbawili PiS samodzielnej większości i partia Jarosława Kaczyńskiego utrzymała władzę – ale nie „bezkarną”. Wielokrotnie formułowałem tu pogląd, że Prawo i Sprawiedliwość potrzebuje nad sobą „bata” - i to z prawej strony, by nie zastygło w pysze i samozadowoleniu. Dzięki Konfederacji, partia rządząca odebrała niezbędną lekcję pokory, a do stawu z pisowskimi karpiami wdarł się przebojem antysystemowy szczupak, który zadba o to, by nie obrosły tłuszczem. Taki „dyscyplinator” może się okazać zbawienny w pewnych sprawach typu polityka wschodnia, brak asertywności w relacjach z USA czy żydowskie roszczenia majątkowe. Jeśli tylko nie zaczną zanadto „kucować”, to 11 posłów Konfederacji może okazać się wartościowym uzupełnieniem obecnego składu parlamentu. A dla PiS rada na przyszłość – pogódźcie się z tym, że istnieje bardziej radykalna grupa wyborców (zwłaszcza młodych), których nie da się „zakopać” i którzy zwyczajnie mają prawo do swej parlamentarnej reprezentacji.


III. Przed bitwą prezydencką

Niewątpliwie te wybory pokazały, że w narodzie zaczyna coś podskórnie buzować. Zdiagnozowanie tego fermentu to zadanie dla PiS w najbliższych miesiącach. Warto zauważyć wynik Małgorzaty Kidawy-Błońskiej – wprawdzie startowała z najbardziej przyjaznego KO okręgu warszawskiego, ale ponad 416 tys. głosów i tak robi wrażenie. Wygrała tu „matczynym” wizerunkiem - w czym przypominała jako żywo... Beatę Szydło z 2015 r. Może za wcześnie wyciągać daleko idące wnioski, ale jeśli PO zdecyduje się ją wystawić w wyborach prezydenckich, to może być problem. Podsumowując, PiS uzyskał po raz drugi mocny mandat do rządzenia – ale z szeregiem zastrzeżeń i wątpliwości. Prawica ma niewiele czasu na przegrupowanie szeregów, bo prezydencka batalia tak naprawdę jest tuż-tuż.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

O co toczy się gra

Polityczny cynizm, czy zdrowy rozsądek?


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 42 (18-24.10.2019)

piątek, 11 października 2019

Polityczny cynizm, czy zdrowy rozsądek?

Wyborcy pokazują w tym badaniu, że twardo stąpają po ziemi, wiedzą czym jest polityka, a swych wybrańców traktują często użytkowo – mają im załatwiać określone sprawy. I uważam, że jest to całkiem zdrowa, podmiotowa relacja.

I. Socjologia kontra „najgłupsza opozycja świata”

Niedawno otrzymaliśmy do rąk kolejny ciekawy raport socjologiczny przedstawiający postawy elektoratów partii politycznych – to „Polityczny cynizm Polaków” autorstwa Przemysława Sadury i Sławomira Sierakowskiego, zrealizowany jako koprodukcja trzech lewicowych podmiotów: Fundacji „Pole Dialogu”, Instytutu Studiów Zaawansowanych oraz „Krytyki Politycznej”. Jeżeli kogoś odrzuca lewacka proweniencja organizatorów badania, to od razu powiem – niesłusznie. Jest to bowiem pogłębiona analiza dalece wykraczająca poza medialne schematy, jakimi zwykło się opisywać wyborców poszczególnych „plemion politycznych” i co więcej – wnioski płynące z lektury opracowania niejednokrotnie zaprzeczają utartym stereotypom, jakimi zwykło się opisywać poszczególne grupy wyborców. Autorzy nie wahają się iść pod prąd narracji medialnego mainstreamu i chwała im za to. Szlak niewątpliwie przetarło tu pionierskie badanie zespołu dr. Macieja Gduli o tzw. „Miastku” z 2017 r., o którym również miałem przyjemność pisać na tych łamach w artykule „Miastko, czyli prawica pod lupą”. Przypomnijmy, że Gdula wraz ze współpracownikami wybrał się w polski interior do miejscowości (najprawdopodobniej Sochaczewa) w której PiS w wyborach parlamentarnych osiągnął niemal 50-proc. poparcie. Efektem była analiza „ludu pisowskiego” obalająca całą mitologię narosłą wokół ciemnej „dziczy” głosującej na prawicę. Badanie wywołało sporo zamieszania – na szczęście jednak ani „najgłupsza opozycja świata”, ani sprzyjające jej ośrodki medialne nie raczyły wyciągnąć z badań, które miały przed oczami żadnych praktycznych wniosków i po chwilowej konsternacji utrzymanej w stylu „to na prowincji też żyją biali ludzie?” gładko powróciły do tradycyjnej, propagandowej nawalanki i języka pogardy dehumanizującego obce, polityczne „plemię”. O czytelnikach udzielających się na forum „Gazety Wyborczej” czy artystyczno-celebryckim półświatku w ogóle szkoda gadać – ci bowiem zwyczajnie odmówili przyjęcia raportu z „Miastka” do wiadomości, wskutek czego liberalne media idąc za głosem swej publiki również prędziutko o wszystkim zapomniały. Trzeba powiedzieć, że z tak impregnowaną na rzeczywistość, zamkniętą w sobie i swoich fobiach, tudzież ogólnie niekumatą opozycją, PiS ma niebywałe wręcz szczęście.

Jestem niemal pewien, że podobnie będzie z raportem Sadury i Sierakowskiego, którzy śladem zespołu Gduli wyruszyli w lipcu i sierpniu tego roku w Polskę, by przeprowadzić szerzej zakrojone badania (w Puławach, Skierniewicach, Toruniu i Warszawie) obejmujące elektoraty PiS, PO-KO, Lewicy i PSL. Po badaniu „Miastka” (oraz wcześniejszych analizach również lewackiego Centrum Badań nad Uprzedzeniami dotyczących postaw osób deklarujących prawicowe poglądy) wyrażałem obawę, że „tamci” mają nas rozpracowanych, co może poskutkować jakimiś działaniami osłabiającymi wyborczą bazę „dobrej zmiany” i szerzej – obozu patriotyczno-niepodległościowego. Teraz już takich obaw nie mam – skamieliny III RP są po prostu do takich ruchów niezdolne, natomiast materiał badawczy może całkiem nieźle posłużyć „naszym”, inspirując ich do kolejnych kroków ofensywnych i sięgania po nowe grupy wyborców. Szkoda tylko, że tego wszystkiego dowiadujemy się od lewaków – prawicowe think-tanki wydają się nie być zainteresowane taką działalnością badawczą. No chyba, że robią to na wewnętrzny użytek PiS, a wyniki są skrzętnie skrywane pod korcem...


II. Potencjały mobilizacyjne PiS-u i opozycji

Tyle tytułem wstępu – teraz, do rzeczy. Autorzy, by oszacować maksymalny zasięg danego ugrupowania podzielili poszczególne elektoraty na dwa segmenty: elektorat rdzeniowy (czyli, w przybliżeniu „twardy” - wyborcy deklarujący zdecydowane poparcie dla danej partii i mający zamiar głosować na nią w jesiennych wyborach parlamentarnych) oraz elektorat rezerwuarowy - osoby unikające jednoznacznej deklaracji wyborczej, lecz w pewnych warunkach skłonne zagłosować na daną partię, bo już głosowały na nią w przeszłości (licząc od wyborów w 2015 r.), traktują określone ugrupowanie jako partię drugiego wyboru lub deklarują przynajmniej częściowe zaufanie do jakiegoś obozu politycznego.

Biorąc pod uwagę obie grupy, na dzień dzisiejszy największym potencjałem mobilizacyjnym dysponuje (i tu nie ma zaskoczenia) PiS. Elektorat rdzeniowy tego ugrupowania to 35 proc., a elektorat rezerwuarowy – dalsze 20 proc. Oznacza to, że maksymalny zasięg wyborczy PiS w warunkach pełnej mobilizacji twardych i potencjalnych wyborców wynosi 55 proc. Dla Koalicji Obywatelskiej (PO plus przystawki) to odpowiednio 25 i 22 proc. - czyli łącznie 47 proc., natomiast dla Lewicy – 8 i 12 proc., co daje pułap potencjalnego poparcia w wysokości 20 proc. Ponadto twardy elektorat PiS jest o wiele bardziej lojalny i związany ze swoją partią – wyborcy tej partii najczęściej deklarują, że „mają na kogo głosować” (76 proc.) i PiS jest dla nich partią jedyną, nie czują potrzeby zaistnienia „partii drugiego wyboru” (71 proc.). Na tym tle, twardy elektorat PO-KO jest o wiele bardziej chwiejny i częściej deklaruje, że „nie ma na kogo głosować” (40 proc.), przy czym mniej niż połowa jej wyborców deklaruje zaufanie do własnej partii (zaufanie dla PiS wyraża ponad 2/3 wyborców). Żeby było jeszcze ciekawiej – elektoraty PO i Lewicy są do siebie dość podobne i w znacznej mierze przenikają się między sobą, co powoduje, że obie siły polityczne „kanibalizują” sobie nawzajem ten sam zasób wyborców. Inne, istotne spostrzeżenie – wyborcy PO nie określają poprzez fakt popierania tej partii własnej tożsamości, w przeciwieństwie do twardych wyborców PiS, którzy swój wybór traktują często właśnie w kategoriach tożsamościowych. Procentuje tu wyrazistość partii Jarosława Kaczyńskiego, a Platformie odbijają się czkawką jej wieczne wolty programowo-światopoglądowe i ogólne wizerunkowe rozmamłanie.

Gorsza wiadomość dotyczy elektoratów rezerwuarowych obu głównych obozów politycznych. Otóż „rezerwowi” wyborcy PO częściej biorą udział w wyborach od „rezerwowych” wyborców PiS i w przeszłości częściej oddawali głos na któreś z ugrupowań obecnej koalicji PO-KO, niż „rezerwowi” wyborcy PiS na partię Jarosława Kaczyńskiego. Tutaj, na finiszu kampanii czeka PiS ostra orka nad mobilizacją potencjalnych wyborców, zaś w dalszej perspektywie – wytężona praca u podstaw nad generalną aktywizacją elektoratu.


III. PiS i anty-PiS

No dobrze, ale co napędza, co motywuje wyborców? Dlaczego np. wyborcy PO chcą tę partię popierać, mimo że słabo się z nią identyfikują i cieszy się ich mizernym zaufaniem? I tu robi się jeszcze bardziej interesująco. Główną emocją w wyniku której obóz PO dokonuje swych wyborów jest „anty-PiS”. Innymi słowy, zagłosują na każdego, kto będzie w stanie odsunąć PiS od władzy. W tym sensie, można powiedzieć, że wyborcy PO bardziej nienawidzą PiS-u, niż kochają Platformę. Odwrotnie niż w przypadku wyborców PiS – ci z kolei bardziej identyfikują się ze swoją partią, niż nienawidzą Platformy. Otwarcie deklarują się jako „PiS-owcy”. Jak zauważają autorzy - „PiS-owiec” to identyfikacja, „platformers” to przezwisko. Powyższe stanowi zresztą potwierdzenie wcześniejszych ustaleń Centrum Badań Nad Uprzedzeniami pt. „Polaryzacja polityczna w Polsce. Jak bardzo jesteśmy podzieleni?”. Z tamtych badań wynikało, że „postawy zwolenników partii opozycyjnych wobec zwolenników PiS są bardziej negatywne, niż postawy zwolenników PiS wobec zwolenników opozycji”, ponadto zwolennicy „anty-PiS” częściej dehumanizują i mają mniejsze zaufanie do „PiS-owców”, niż na odwrót. Ta prawidłowość sprawdza się również w określaniu swojego otoczenia – zwolennicy PiS częściej mają kontakt ze zwolennikami opozycji, niż zwolennicy opozycji ze zwolennikami PiS. Wyłania się z tego obraz całkowicie odmienny od utrwalonych medialnych klisz – to „PiS-owcy” są bardziej otwarci, zaś obóz „anty-PiS” częściej zamyka się we własnej „bańce” towarzyskiej, światopoglądowej i medialnej. A zatem, narracja o dwóch politycznych „plemionach” bardziej pasuje do zwolenników PO-KO, niż PiS-u.

No właśnie, skoro już wspomnieliśmy o mediach. Badanie Sadury i Sierakowskiego zadaje kłam innemu, rozpowszechnionemu mitowi – jakoby zwolennicy PiS-u byli oczadziałą tłuszczą, zmanipulowaną przez propagandę TVP Kurskiego. Nic z tych rzeczy – przekaz TVP działa im na nerwy swą toporną, jednostronną propagandą niemal równie silnie, jak dzieje się to w przypadku wyborców PO. W wywiadzie ze strony jednego z respondentów pada np. taka wypowiedź: „Boże, jak oni, za przeproszeniem, wchodzą PiS-owi w dupę”. Inne głosy domagają się chociażby „samokrytycyzmu trochę też, bo to nie jest tak idealnie, że sam miód płynie”. Polecam to rozwadze pana Jacka Kurskiego i jego mocodawców. To jednak nie koniec – wyborcy PiS częściej deklarują, że starają się „zdywersyfikować” źródła informacji. Prócz „Wiadomości” TVP włączają również „Fakty” TVN czy „Wydarzenia” Polsatu. Wyborcy PO o wiele częściej poprzestają na TVN, co znów potwierdza większą otwartość elektoratu PiS.

Jaka jest natomiast samoidentyfikacja elektoratu PO – skoro nie jest nią partia na którą głosują? O „anty-PiS” już mówiliśmy lecz jest to czynnik niejako wtórny wobec innej, bardziej pierwotnej emocji. Tożsamość twardego rdzenia „platformersów” zasadza się „na satysfakcji z posiadania wyższego statusu społecznego, wielkomiejskości i europejskości”, zaś do wyborców Prawa i Sprawiedliwości na ogół mają stosunek pogardliwy. To wiele mówi – zwycięstwo pogardzanych „pisiorów” musieli uznać za osobistą zniewagę i symboliczne zakwestionowanie ich wspomnianego wyżej „wyższego statusu”. Jedyne, co imponuje im w PiS-ie, to skuteczność i pragnęliby, aby ich partia była równie sprawcza. Jak zauważają autorzy, brak wyrazistości PO i związanej z nią wiarygodności oraz poczucia, że będzie w stanie realnie spełnić oczekiwania wyborców może zadziałać na elektorat Platformy demobilizująco.


IV. Cynizm czy pragmatyzm?

Teraz przejdźmy do tytułowego „politycznego cynizmu”, który jakoby wyłania się z badań. Od razu powiem, że ja nazwałbym to raczej „zdrowym rozsądkiem” lub „pragmatyzmem”. Przede wszystkim, wyborcy – i to z obu stron podziału – zachowują wyjątkową trzeźwość w podejściu do swych partii. Przykładowo, wyborcy PiS przeważnie wcale nie pragną dla swej partii władzy absolutnej – i to jest pewne zaskoczenie. Nie są entuzjastami chociażby większości konstytucyjnej dla PiS. Ogólnie rzecz biorąc, uważają, że byłoby to „za dużo”, co obala kolejny mit – o „pisiorach” jako zwolennikach „zamordyzmu”. Więcej – formułują potrzebę zaistnienia silnej opozycji, która dyscyplinowałaby rządzących i patrzyła im na ręce. Jednocześnie wyborcy – tak z „prawa”, jak i z „lewa” - prezentują dość daleko posunięte polityczne wyrachowanie. Wyborców PiS i PO kompletnie „nie ruszają” jakieś podejrzane zagrywki, bo doskonale zdają sobie sprawę, że polityka to nie bukiecik fiołków. Dla wyborcy PiS np. zrozumiałe jest, że polityk czasem musi zagrać nieczysto – pod jednym warunkiem: musi to być w interesie partii, a nie z egoistycznych, osobistych pobudek. To tłumaczyłoby, dlaczego odpalenie przez „Wyborczą” afery ze „Srebrną” i „wieżami Kaczyńskiego” było kulą w płot i nie poderwało poparcia dla partii rządzącej. Elektorat PiS doskonale wie, że Kaczyński nie chciał budować wieżowców po to, żeby się wzbogacić, tylko by ugruntować finansowe zaplecze własnej partii. Dla ankietowanych wyborców aferą pozostaje „Amber Gold”, a nie jakieś tam sądy czy „dwie wieże”.

Z kolei wyborcy PO i Lewicy w pełni akceptują składanie fałszywych obietnic wyborczych – o ile będzie to służyło wygranej z PiS. W wypowiedziach respondentów pojawia się np. wątek, że PO powinna podtrzymać postulaty socjalne PiS, a nawet dodać coś od siebie aby przekonać „roszczeniowy” elektorat – a po wyborach ów „socjal” ograniczyć, a nawet wręcz skasować. Co ciekawe, taka postawa „antyrozdawnicza” jest silniejsza wśród wyborców... Lewicy, którzy bardziej koncentrują się na liberalnej „obyczajówce”. Ale, tu znów uwaga – ta „obyczajówka” kończy się w momencie, gdy pada kwestia obcych kulturowo imigrantów, oraz adopcji dzieci przez pary homoseksualne. Krótko mówiąc: legalizacja homo-związków – tak, adopcja dzieci – stanowcze NIE. Aborcja? Większość elektoratu lewicowo-liberalnego jest za utrzymaniem obecnego „kompromisu aborcyjnego”. Żeby pogłębić ten galimatias – lewicowe kobiety uważają, że na czele ich partii powinien stać... mężczyzna, nawet jeśli deklarują, że głosując, zawsze wybierają na listach kobiety. Co więcej, nawet wśród wyborców PO i Lewicy (zwłaszcza w „miękkiej” części elektoratu pochodzącej z mniejszych ośrodków) polityka socjalna państwa odgrywa mimo wszystko ważną rolę (jedynie 1/3 odrzuca zdecydowanie 500+, zaś dla 40 proc. podtrzymanie 500+ jest istotne z punktu widzenia decyzji wyborczej). Inni z kolei chcą jedynie ograniczenia 500+ (np. by trafiało do określonych grup społecznych, np. rodzin w których pracuje minimum jedna osoba i z pominięciem najbogatszych – ten pogląd podziela zresztą spora część wyborców PiS) lub by pomoc państwa przeznaczyć raczej na inwestycje prorozwojowe i podniesienie standardu usług publicznych. Platforma będzie miała z tymi sprzecznościami nielichy problem – tym bardziej, że jej „miękki” elektorat deklarował, że w przeszłości głosował a to na Kukiza, to PSL, to Samoobronę, a nawet na narodowców.

Tu jeszcze uwaga o elektoracie PiS. Dzieli się on dość wyraźnie na dwie grupy - „starą”, czyli ludzi którzy głosowali na PiS od zawsze i „nową”, która przyszła po 2015 r. O ile „starzy” głosują głównie z pobudek ideowych, o tyle „nowi” są bardziej „interesowni” - przekonuje ich głównie polityka socjalna i konkretne pieniądze w kieszeni, a Platformy nie tyle nienawidzą, co się jej boją – bo może im odebrać „zdobycze socjalne”. To ostatnie dotyczy również „miękkich” elektoratów innych partii. Otwartym tekstem wyrażane jest oczekiwanie, że politycy by zyskać ich głos, musieliby ich „kupić”. Interesujący jest też stosunek do Kościoła – bynajmniej nie bezkrytyczny. Wyborcy PiS doskonale odróżniają Kościół od PiS-u. Rozumieją, że politycy ich partii muszą być z Kościołem blisko „bo tak trzeba” lecz zarazem potrafią ostro wypowiadać się w temacie skandalu pedofilskiego (pada nawet żądanie podania się Episkopatu do dymisji). To rozróżnienie pokazuje, dlaczego film Sekielskich, który poprzez Kościół miał uderzyć w partię rządzącą, nie spełnił pokładanych oczekiwań.


V. Polski zdrowy rozsądek

Wnioski? Dla PiS – orać w elektoracie socjalnym (tu są dwa pola ekspansji – PSL i... wyborcy PO z mniejszych miejscowości), nie zaniedbując jednak „starych”, tożsamościowych zwolenników, stanowiących 35-procentowy trzon wyborczego zaplecza. Należy jedynie zachować spójność i wiarygodność, a droga do trwałej zmiany Polski stanie otworem. W trudniejszej sytuacji jest PO – próbuje łączyć ogień z wodą, co nie zadowala w pełni ani elektoratu wielkomiejskiego (bardziej liberalnego), ani małomiasteczkowego (bardziej socjalnego). To może się skończyć tym, że ten pierwszy w końcu przepłynie do Lewicy, a drugi – do PiS. Z kolei jedynym atutem pominiętego tu, bo stopniowo marginalizowanego PSL-u, jest zakorzenienie w terenie działaczy oraz... proeuropejskość bardzo ceniona przez elektorat ludowców (zapewne za sprawą transferów eurofunduszy na wieś i do małych miast) – ich od PiS-u odrzuca głównie zbyt konfrontacyjny ton w relacjach z Brukselą (wedle ludowej mądrości – nie kąsa się ręki, która karmi).

A wniosek generalny? Nie traktować ludzi jak bezwolnej masy, bo oni doskonale zdają sobie sprawę, z kim mają do czynienia. Czy to cynizm, jak chcą autorzy raportu? Nie, pragmatyzm jak cholera, w jak najlepszym rozumieniu tego pojęcia. Wyborcy pokazują w tym badaniu, że twardo stąpają po ziemi, wiedzą czym jest polityka, a swych wybrańców traktują często użytkowo – mają im załatwiać określone sprawy. I uważam, że jest to całkiem zdrowa, podmiotowa relacja.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Miastko, czyli prawica pod lupą

Polska bastionem... zdrowego rozsądku


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w miesięczniku „Polska Niepodległa” nr 11 (Październik 2019)

czwartek, 26 września 2019

Ostatnia misja Kukiza

Ostatnia misja Kukiza Czy „antysystemowiec” zatopi PSL?

I. „Tonący brzydko się chwyta”

Wieki temu (a konkretnie, w 2015 r.) poświęciłem Pawłowi Kukizowi w siostrzanej „Polsce Niepodległej” aż trzy teksty: „Kukiz – polityk niepolityczny”, „Kukiz, Kukiz, co z ciebie wyrośnie?” oraz „Kukiz, Kukiz, co z ciebie wyrosło?”. Dziś, po czterech latach, korzystam z okazji jaką jest kampania wyborcza, by dopełnić ten cykl - bo wszystko wskazuje na to, że po 13 października zwyczajnie nie będzie już sensu i potrzeby, żeby zajmować się tym (barwnym skądinąd) politycznym meteorem. Nawet jeśli Kukiz wejdzie do Sejmu (czego mu nie życzę, choć nie tyle ze względu na niego, co na „koalicjanta”), nie odegra już w nim żadnej roli, stając się coraz bardziej groteskowym „pyskaczem”, przedłużając co najwyżej o jedną kadencję swą polityczną agonię. Szkoda, bo jego obecność była do pewnego momentu powiewem świeżości – również ze względu na grono ciekawych osób, które wraz z nim weszły do parlamentu. Dziś natomiast, po nieszczęsnym aliansie z PSL, może stanowić żywą ilustrację bon-motu Antoniego Słonimskiego: „tonący brzydko się chwyta”.

Na czym przejechał się Paweł Kukiz? Nawet nie na pustce programowej. Takiemu ruchowi program zwyczajnie nie był potrzebny, ludzie głosowali na Kukiz'15 głównie na złość dotychczasowym elitom, trochę na zasadzie Cejrowskiego i jego słynnego „wszyscy won!”. Nawet sztandarowy postulat jednomandatowych okręgów wyborczych (JOW) był głównie hasłem samego Kukiza i może kilku jego najbliższych współpracowników, a nie całego, nader eklektycznego ugrupowania. Zresztą, jak pokazało archiwalne nagranie z 2015 r. ujawnione niedawno przez internetową telewizję „Takt.tv”, sam Kukiz do swojego postulatu miał dość cyniczny, utylitarny stosunek – skoro „żre”, to trzeba je „pompować”. Gdyby, wedle jego słów, chwyciło hasło „zielona gruszka dla każdego Polaka”, to również i z takim sloganem należałoby pójść do wyborów. Wszystko po to, by po wyborczym sukcesie móc „niszczyć system”.


II. Fiasko „anty-partyjności”

Podstawowy błąd Kukiza polegał na tym, że chciał być „politykiem niepolitycznym” - „antysystemowcem” rozwalającym „partiokrację” na czele amorficznego ruchu bez normalnych, organizacyjnych struktur. Liderem i gwiazdą na czele pospolitego ruszenia swoich politycznych „fanów”. Dały tu o sobie znać narowy estradowej primadonny, których nie wyzbył się do samego końca. Coś, co na pewnym etapie grało na jego korzyść (obycie sceniczne, dobre łapanie kontaktu z odbiorcami), stało się kulą u nogi, gdy na jaw zaczęła wychodzić ciemniejsza strona „gwiazdorzenia” - niestabilność emocjonalna, strzelanie „fochów”, choleryczne usposobienie, impulsywność i generalny brak samokontroli przeplatany zapędami quasi-dykatatorskimi niczym u frontmana rockowej kapeli, który po uważaniu może wyrzucać ze składu członków zespołu... albo odejść samemu bez oglądania się za siebie (vide – przypadek zespołu „Piersi”). Chyba do tej pory nie zrozumiał, że organizacją polityczną na dłuższą metę nie sposób tak zarządzać. To, co uchodzi muzykowi rockowemu, a nawet stanowi w jakiejś mierze o jego wizerunkowej oryginalności, dla polityka jest zabójcze.

Gwoździem do trumny stało się jednak uporczywe trwanie przy formule „anty-partyjności”. Okazało się, że tak się nie da. System polityczny w Polsce jest bowiem nie tyle „zabetonowany” w sensie niedopuszczania do głosu nowych inicjatyw, ile „nieprzemakalny” dla amatorów, „oddolnych” ruchów odrzucających pewne podstawowe reguły gry. Formuła zaproponowana przez Kukiz'15 - „spontanicznego”, antyestablishmentowego zrywu - była dobra dla politycznego start-upu. Sprawdziła się w kampanii prezydenckiej, w której Paweł Kukiz osiągnął imponujące 20,8 proc. głosów. Ale już w wyborach parlamentarnych ta sama metoda przyniosła raptem 8,8 proc. Dał o sobie znać brak struktur, przetasowania w otoczeniu lidera, wreszcie – potępieńcze swary przy układaniu list wyborczych, kiedy to w lokalnych komitetach różne frakcje wycinały się nawzajem bez pardonu. Normą była sytuacja, gdy kandydat wychodził z „przesłuchania kwalifikacyjnego” przeświadczony, że został wpisany na listę, by nazajutrz dowiedzieć się, że go skreślono, bo w międzyczasie do układania list dorwała się inna grupa kolesiów. Nominalny lider kompletnie nie panował nad tym radosnym „chaosem twórczym”. Efektem była równie chaotyczna kampania i wynik ponad dwukrotnie niższy od indywidualnego osiągnięcia Kukiza z kampanii prezydenckiej.

Ten zimny prysznic nie dał niestety Kukizowi do myślenia. Po wejściu do Sejmu kontynuował anarchiczny styl zarządzania, miotając się od sasa do lasa. Tymczasem, twarda rzeczywistość mówi, że aby polityczna inicjatywa nie okazała się efemerydą, należy po prostu założyć partię. Tak właśnie – partię i nic innego. Żadne stowarzyszenie, żaden „ruch społeczny” nie ma w dłuższej perspektywie racji bytu. Trzeba założyć partię, zbudować struktury, normalną hierarchię organizacyjną i tyrać w terenie. Demokracja? Jasne, można organizować chociażby wewnętrzne głosowania wyłaniające np. kandydatów startujących w kolejnych wyborach – ale to wszystko musi się odbywać w proceduralnych, statutowych ramach. No i nade wszystko – należy wziąć przynależne partiom (i tylko partiom) państwowe dotacje, dające finansowy oddech. Bez tego jakakolwiek inicjatywa skazana jest z góry na niepowodzenie, o czym świadczy żałosny koniec „Nowoczesnej”, która wskutek nieudolności swojego skarbnika została pozbawiona budżetowych pieniędzy.


III. Lot kamikaze

Paweł Kukiz przez cztery lata nie przyjmował tych oczywistych zasad do wiadomości, uporczywie trwając przy swoim. Dzwonkiem ostrzegawczym nie stały się nawet wybory samorządowe w których Kukiz'15 sromotnie przepadł. Można wręcz odnieść wrażenie, że pasowała mu rola nieformalnego „dyktatora” „społecznego ruchu”. Konsekwencje znamy – im bliżej było końca kadencji, tym bardziej klub parlamentarny i cała formacja rozłaziły mu się w rękach. Podejmowane zaś w ostatniej chwili rozpaczliwe negocjacje skończyły się... wciągnięciem niedobitków niegdysiejszych „antysystemowców” na listy ultrasystemowego PSL, dopełniając tym samym miary upadku zarówno ugrupowania, jak i samego lidera. W tym kontekście, wpisanie do „umowy koalicyjnej” wyświechtanego postulatu JOW-ów jest już tylko rechotem historii. Jasne, PSL się zgodził – bo czemu nie? Można wpisać wszystko, nawet te „zielone gruszki”, papier jest cierpliwy.

No właśnie – PSL. Partia, która po 1989 r. czterokrotnie współrządziła Polską. Dwukrotnie w koalicji z SLD i dwukrotnie w koalicji z PO. Żadne inne ugrupowanie w ciągu minionych 30 lat nie może pochwalić się takim wynikiem. Partia, która przyłożyła rękę chyba do wszystkich możliwych patologii polskiego życia publicznego – począwszy od plagi kolesiostwa, nepotyzmu i korupcji, a skończywszy na surowcowo-agenturalnym uzależnieniu od Rosji. Partia do tej pory niezatapialna. Języczek u wagi kolejnych politycznych układów i konfiguracji. Ona ma dać „antysystemowemu” Kukizowi drugie życie – bo lider, „chwytając się brzydko” tej deski ratunku chyba zakumał realia na tyle, by zdać sobie sprawę, że po swej politycznej przygodzie bezpowrotnie „stracił dziewictwo” i nie ma już powrotu do show-businessu, ludzie go już zwyczajnie „nie kupią”. Musi więc brać co dają, by załapać się na jeszcze jedną kadencję – słowem, desperacja.

Ale ma zarazem do odegrania jeszcze jedną, znaczącą rolę – choć wbrew sobie. Otóż jego kandydatura może stać się dla również miotającego się od ściany do ściany i pogrążonego w tożsamościowym kryzysie PSL-u kamieniem młyńskim, który pociągnie to arcyszkodliwe ugrupowanie na dno. I to jest ostatnia, „samobójcza” misja Pawła Kukiza – politycznego „kamikaze”. Swoją drogą, amerykańscy żołnierze na Pacyfiku określali kamikaze japońskim słowem „baka” - „głupek”. I takim „głupkiem”, ale pożytecznym, który zatopi PSL, może stać się Kukiz. Tak więc, panie Pawle, czarka sake dla animuszu – i do dzieła!


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Kukiz – polityk niepolityczny

Kukiz, Kukiz, co z ciebie wyrośnie?

Kukiz, Kukiz, co z ciebie wyrosło?


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 34 (23-29.08.2019)

Pod-Grzybki 174

Na początek winien jestem wyjaśnienie – w poprzednich „Pod-Grzybkach” głupio się rąbnąłem pisząc, że Kukiz zerwał wywiad z internetową telewizją Takt.tv (przypomnę, że Kukiz dociskany o JOW-y dał popis cynizmu mówiąc, że gdyby chwyciło hasło „zielona gruszka dla każdego Polaka”, to również należałoby z takim hasłem iść do wyborów i je poprzeć). Otóż rzeczony wywiad pochodzi z kampanii wyborczej 2015 r. Redaktorzy Takt.tv wtedy na prośbę Kukiza nie puścili jego popisów do sieci – zdecydowali się upublicznić materiał dopiero teraz, w reakcji na sojusz „antysystemowca” z PSL. Ale nie ma tego złego – dziś Kukiz próbując ratować twarz podkreśla, że PSL wpisał JOW-y do umowy koalicyjnej. Dzięki temu „odświeżonemu” wywiadowi z poprzedniej kampanii wiemy już przynajmniej, ile to hasełko jest warte – jak napisałem tydzień temu, tyle samo co te „zielone gruszki” na wierzbie.


*

Rafał Ziemkiewicz, którego najpierw (za „jazdę” po LGBT) wyrzuciła należąca do Bauera „Interia”, miał pisać felietony do springerowskiego tabloidu o wdzięcznym tytule „Fuckt” (w oryginale tę nazwę pisze się chyba jakoś inaczej, ale mniejsza). Niestety, naczelna „Fucktu” napotkała na jakiś tajemniczy opór materii, wskutek którego Ziemkiewicza „zawiesiła” (i Tomasza Lisa, jednak różnica między nimi jest taka, że Ziemkiewicz potrafi pisać, a Lis nie). Niech zgadnę – Mark Dekan przysłał kolejny okólnik z wytycznymi? Tak kończy się kolaboracja ze szkopami.


*

Współczesna Pippi Langstrump czyli młodociana eko-celebrytka Greta Thunberg wybrała się do Nowego Jorku na szczyt ONZ, by tam pouczać zebranych co do walki z klimatem. Żeby było „zeroemisyjnie” postanowiła (pod opieką ojca) dopłynąć tam jachtem. Okazało się jednak, że cała oprawa logistyczna rejsu zostawi większy „ślad węglowy”, niż gdyby zwyczajnie poleciała przez ocean samolotem. Ot, eko-absurd w pigułce. Na dodatek, by było jeszcze bardziej „ekologicznie”, na jachcie nie ma prysznica ani toalety, zatem po zejściu na ląd małą Gretę będzie poprzedzała odpowiednio gęsta atmosfera. Miejmy jednak nadzieję, że przed swoim wystąpieniem przynajmniej się wykąpie.


*

Na portalu gazeta.pl szaleje jakiś domorosły mistrz „clickbajtowych” nagłówków. Oto jeden z jego popisów: „Nergal poszedł do katolickiej siłowni w USA. Wyrzucili go. Odp*** się od mojego treningu!”. Otóż, nie do „katolickiej”, tylko należącej do YMCA – międzywyznaniowego Związku Chrześcijańskiej Młodzieży Męskiej, co w amerykańskich realiach oznacza głównie różne odłamy protestantyzmu. Ale nagłówek „Nergal wyrzucony z protestanckiej siłowni” nie brzmiałby już tak sensacyjnie, prawda? Po drugie – Nergal miał podkoszulek z logo satanistycznego zespołu, został więc grzecznie wyproszony. A mógł przecież pójść do siłowni dla satanistów. Ewentualnie, do siłowni gdzie pakują murzyni - koniecznie w koszulce z napisem „czarnuchy śmierdzą” i w kapturku Ku-Klux-Klanu. Wtedy dopiero miałby prawdziwe powody do płaczu.

Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 34 (23-29.08.2019)

niedziela, 18 sierpnia 2019

Pod-Grzybki 173

Za nami obchody 75. rocznicy powstania Brygady Świętokrzyskiej NSZ. Udziału odmówił ober-rabin RP Michael Schudrich, który zaproszenie ocenił jako „osobistą zniewagę”. Patronatem za to objął wydarzenie prezydent Andrzej Duda, a następnie... też nie pojawił się na obchodach. Czyli, jak to Duda – najpierw hop do przodu, a potem „taktyczna rejterada”. Pewnie Schudrich mu zabronił – zagroził, że nie przyjdzie do Belwederu na Chanukę.


*

Nagłówek z gazeta.pl: „Biłgoraj: Policja poszukuje chorego psychicznie mężczyzny. Z siekierą i widłami zbiegł do lasu”. Niech zgadnę – Palikotowi w końcu ze szczętem od...o?Janusz, weź się nie wygłupiaj...


*

Kukiz szaleje. Zerwał wywiad w internetowej telewizji Takt.tv i nabluzgał na prowadzących, którzy pytali się go o JOW-y: „Nie chce mi się gadać. Naprawdę, wy k...a nie myślicie w ogóle. Nawet gdybym miał hasło »zielona gruszka dla każdego Polaka« i gdyby to złapało, to trzeba z tym hasłem iść i trzeba je wspierać”. Aha, teraz przynajmniej wiadomo, o co chodziło z tymi JOW-ami. To były tylko takie „zielone gruszki”. Na wierzbie.


*

Wniosek drugi – jeszcze kilka takich „wywiadów” i Kukiz zaorze PSL. Nikomu się to wcześniej nie udało, ale potencjał destrukcyjny Kukiza jest taki, że akurat on jest to w stanie zrobić i „Peezel” wreszcie pójdzie na dno. Panie Pawle, tak trzymać – da Pan radę!


*

W „dużym” artykule w bieżącym numerze postuluję konieczność powstania polskiego portalu społecznościowego, który przełamałby monopol (i cenzurę) Facebooka i Googla. Tutaj jeszcze tylko mały suplement z uwagami do rządzącej „dobrej zmiany”. To aż nie do uwierzenia, że partia, która tyle zawdzięcza prawicowym inicjatywom internetowym, tak łatwo je wszystkie, mówiąc brutalnie - olała. Ba, wręcz postponowała niezależne, internetowe media - bo ktoś się w jakimś punkcie nie zgadza z bieżącą linią Partii i Rządu, wskutek czego jest automatycznie „ruską onucą”, bo ktoś sympatyzuje z narodowcami, bo alarmuje o żydowskich roszczeniach... bo - mówiąc klasykiem - coś tam, coś tam... A kiedy przegracie (bo kiedyś przecież przegracie), to co - znów do internautów przyjdziecie prosić się w łachę? Tak przecież było przed 2015, czyż nie? A potem jedna, jedyna Marta Kaczyńska zdobyła się, by podziękować internautom. Cała reszta nadętej, partyjnej pisowskiej wierchuszki udawała, że to wyłącznie dzięki „aparatowi” wygrali wybory. Otóż nie. Wygraliście również dzięki dziesiątkom tysięcy ludzi, którzy za was „robili internety” - bo nie da się zastąpić choćby najsprawniejszym sztabem tej masy oddolnych wolontariuszy. Do tych wolontariuszy przyjdziecie znów - powtarzam - w łachę, gdy polityka zapali się wam pod tyłkiem. Tyle, że wtedy już tej łachy nie będzie - nie dlatego, że ktoś nie chciałby was poprzeć, ale dlatego, że chętni nie będą mieli takiej możliwości, bo obecni monopoliści ich wszystkich jednym pstryknięciem zablokują. Pomyślcie o tym i ogarnijcie się, póki jeszcze czas.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 33 (16-22.08.2019)