Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rafał Ziemkiewicz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rafał Ziemkiewicz. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 26 września 2019

Pod-Grzybki 174

Na początek winien jestem wyjaśnienie – w poprzednich „Pod-Grzybkach” głupio się rąbnąłem pisząc, że Kukiz zerwał wywiad z internetową telewizją Takt.tv (przypomnę, że Kukiz dociskany o JOW-y dał popis cynizmu mówiąc, że gdyby chwyciło hasło „zielona gruszka dla każdego Polaka”, to również należałoby z takim hasłem iść do wyborów i je poprzeć). Otóż rzeczony wywiad pochodzi z kampanii wyborczej 2015 r. Redaktorzy Takt.tv wtedy na prośbę Kukiza nie puścili jego popisów do sieci – zdecydowali się upublicznić materiał dopiero teraz, w reakcji na sojusz „antysystemowca” z PSL. Ale nie ma tego złego – dziś Kukiz próbując ratować twarz podkreśla, że PSL wpisał JOW-y do umowy koalicyjnej. Dzięki temu „odświeżonemu” wywiadowi z poprzedniej kampanii wiemy już przynajmniej, ile to hasełko jest warte – jak napisałem tydzień temu, tyle samo co te „zielone gruszki” na wierzbie.


*

Rafał Ziemkiewicz, którego najpierw (za „jazdę” po LGBT) wyrzuciła należąca do Bauera „Interia”, miał pisać felietony do springerowskiego tabloidu o wdzięcznym tytule „Fuckt” (w oryginale tę nazwę pisze się chyba jakoś inaczej, ale mniejsza). Niestety, naczelna „Fucktu” napotkała na jakiś tajemniczy opór materii, wskutek którego Ziemkiewicza „zawiesiła” (i Tomasza Lisa, jednak różnica między nimi jest taka, że Ziemkiewicz potrafi pisać, a Lis nie). Niech zgadnę – Mark Dekan przysłał kolejny okólnik z wytycznymi? Tak kończy się kolaboracja ze szkopami.


*

Współczesna Pippi Langstrump czyli młodociana eko-celebrytka Greta Thunberg wybrała się do Nowego Jorku na szczyt ONZ, by tam pouczać zebranych co do walki z klimatem. Żeby było „zeroemisyjnie” postanowiła (pod opieką ojca) dopłynąć tam jachtem. Okazało się jednak, że cała oprawa logistyczna rejsu zostawi większy „ślad węglowy”, niż gdyby zwyczajnie poleciała przez ocean samolotem. Ot, eko-absurd w pigułce. Na dodatek, by było jeszcze bardziej „ekologicznie”, na jachcie nie ma prysznica ani toalety, zatem po zejściu na ląd małą Gretę będzie poprzedzała odpowiednio gęsta atmosfera. Miejmy jednak nadzieję, że przed swoim wystąpieniem przynajmniej się wykąpie.


*

Na portalu gazeta.pl szaleje jakiś domorosły mistrz „clickbajtowych” nagłówków. Oto jeden z jego popisów: „Nergal poszedł do katolickiej siłowni w USA. Wyrzucili go. Odp*** się od mojego treningu!”. Otóż, nie do „katolickiej”, tylko należącej do YMCA – międzywyznaniowego Związku Chrześcijańskiej Młodzieży Męskiej, co w amerykańskich realiach oznacza głównie różne odłamy protestantyzmu. Ale nagłówek „Nergal wyrzucony z protestanckiej siłowni” nie brzmiałby już tak sensacyjnie, prawda? Po drugie – Nergal miał podkoszulek z logo satanistycznego zespołu, został więc grzecznie wyproszony. A mógł przecież pójść do siłowni dla satanistów. Ewentualnie, do siłowni gdzie pakują murzyni - koniecznie w koszulce z napisem „czarnuchy śmierdzą” i w kapturku Ku-Klux-Klanu. Wtedy dopiero miałby prawdziwe powody do płaczu.

Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 34 (23-29.08.2019)

wtorek, 25 czerwca 2019

Pod-Grzybki 165

Biskup bydgoski Jan Tyrawa usunął z parafii ks. Romana Kneblewskiego i przeniósł go na przedwczesną emeryturę. Lewactwo świętuje. A oto próbka ścieku, przed którym ugiął się hierarcha (wszystkie cytaty z gazeta.pl, pisownia oryginalna). Trzymajcie się foteli: „On się nadaje do psychiatryka, a nie na emeryturę”; „Gdy pomyślę, że z moich podatków opłacane są składki emerytalne takim łajzom lub innym degeneratom, by później też z moich podatków też opłacać ich emeryturę, to zwyczajnie krew mnie zalewa”; „kneblowski z takim podłym ryjem mógł zostać tylko księdzem !!!!”; „emeryturę temu pasożytowi sponsoruje zbydlęcone katolicyzmem polskie społeczeństwo”. I tak dalej. Bp. Tyrawa z pewnością musi być z siebie bardzo dumny.


*

Wygląda na to, że polska filmografia zaczyna funkcjonować w rytmie kalendarza wyborczego. Przed wyborami samorządowymi był „Kler” Smarzowskiego, przed europejskimi „Tylko nie mów nikomu”, a teraz, przed parlamentarnymi - „Polityka” Patryka Vegi. Najwyraźniej Vega uznał, że po „Botoksie” musi się „wypucować” w oczach liberalnego mainstreamu, tak samo jak Smarzowski po nakręceniu „Wołynia”. Panikarzy uspokajam – film stanowić będzie przegląd utartych stereotypów i skierowany jest do tych, którzy i tak z góry „wiedzą”, że PiS to „zło”, ewentualnie trafi do publiki uważającej, że wszyscy politycy to świnie i złodzieje. Tyle, że obie grupy i bez tego albo są betonowym „anty-PiSem”, albo nie chodzą na wybory, bo po co. Czy efekt filmu Vegi będzie więc zerowy? Nie. Zmobilizuje prawicowych wyborców, a sporą część elektoratu środka skutecznie odstręczy od głosowania na opozycję nachalna propaganda, która ani chybi „przegrzeje temat”, tak jak było to z produkcją Sekielskich. A potem PiS wygra wybory i lewactwo stanie z rozdziawionymi gębami, nie mogąc sobie wytłumaczyć „jak to się stało” - przecież w kinach była taka frekwencja...


*

A propos – Sekielski zagroził pozwami tym, którzy będą łączyć ataki na duchownych i kościoły z jego filmem. Czekam zatem, aż wytoczy proces nożownikowi z Wrocławia, który wyjaśniając motyw ataku na księdza sam stwierdził, iż „Tylko nie mów nikomu” to „dobry trop”. No chyba, że sprawca kupi okolicznościową koszulkę, wtedy wszystko będzie grało – bo jeśli zgadza się kasa, to po co się handryczyć?


*

Tęczowy faszyzm w natarciu – niemiecka „Interia” wywaliła Rafała Ziemkiewicza za kilka słów prawdy o ideologii homoaktywistów. W tym samym czasie jakiś postępowy „eurogejczyk” na warszawskiej paradzie degeneratów dzielił się z dziennikarzami nadzieją, że w końcu „wymrą stare k...y głosujące na PiS”. Czyli po staremu – lewactwo nie jest w stanie funkcjonować bez terroru i cenzury. Mam dla nich jednak kiepską wiadomość – otóż rozmnażają się właśnie te „stare k...y” (bo są hetero), a nie „eurogejczycy” (jak mawiał J. T. Stanisławski - „nie da rady, oba samce”), zaś dzieci rodzące się w związkach jednopłciowych istnieją jedynie w głowie prof. Płatek.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 25 (21-27.06.2019)

czwartek, 6 sierpnia 2015

Zmierzch niepokornych celebrytów?

Ziemkiewiczowi gratuluję: po pierwsze - spostrzegawczości, po drugie – samokrytycyzmu, po trzecie – optymizmu.

Na stronach „Do Rzeczy” Rafał Ziemkiewicz opublikował ostatnio tekst „Turboniepokorni”. Zasadniczo zajął się w nim książką „Prawicowe Dzieci, czyli Blef IV RP” autorstwa Leszka Misiaka, byłego dziennikarza śledczego „Gazety Polskiej”, który w pewnym momencie porzucił „Strefę Wolnego Słowa”, skłócony z jej szefostwem. Przyznam, że z książki znam jedynie fragmenty rozsiane tu i ówdzie po internecie, więc nie nią będę się zajmował, choć opisy zakochanego w sobie, a faryzejskiego w swej istocie środowiska, które zrobiło z „antysystemowości” biznes, cynicznie żerując na patriotycznych uczuciach czytelników, pokrywają się z moimi czynionymi z zewnątrz spostrzeżeniami. Również o zaleganiu autorom z pieniędzmi, a może raczej – o podziale na lepszych „gwiazdorów” dostających wypłaty sute i w terminie oraz „wyrobników”, którym można miesiącami nie płacić – mówiło się od dłuższego czasu.

Ale mniejsza – Ziemkiewicz przy okazji dokonuje obserwacji szerszej. Pisze mianowicie, iż „Misiak nie jest sam” i że większość jego tez zna od dawna „z blogów, z publikacji w »Gazecie Warszawskiej« czy »Polsce Niepodległej«, książek wydawanych przez oficynę »Bolinari«”. I dalej: „Fakt jest faktem, że kształtuje się i krzepnie osobna prawicowa (...) formacja, nazwijmy ją, »turboniepokornych«. (...) coraz częściej jesteśmy dla nich tym, czym dla nas była michnikowszczyzna. A na dodatek traktujemy ich często dokładnie tak, jak michnikowszczyzna w czasach, gdy wydawała się sobie zwycięską, traktowała nas. Wątek kończy konkluzja: „nie widzę powodu, żeby turboniepokorni (...) nie mogli za lat dwadzieścia stać się istotnymi graczami debaty publicznej. Kto wie, może nawet jej zwycięzcami”.

Cóż, po pierwsze - gratuluję spostrzegawczości, po drugie – samokrytycyzmu, po trzecie – optymizmu, każącego autorowi wierzyć, że detronizacja dzisiejszych prawicowych celebrytów potrwa aż 20 lat (czyli, gdy pokolenie Ziemkiewicza będzie z grubsza w obecnym wieku Adama Michnika). To już nie lata 90-te, w międzyczasie dokonała się rewolucja w technikach przekazu, a im bardziej medialne środowisko obecnego prawicowego establishmentu będzie się dusiło we własnym sosie, stosując metody manipulacyjne właściwe do niedawna jedynie michnikowszczyźnie, tym szybciej nastąpi jego upadek. Nie da się bez końca unikać merytorycznej polemiki i poprzestawać na wyzywaniu adwersarzy od „ruskich agentów”, co jest w swej istocie kalką oskarżeń o „antysemityzm”, którymi przez dwie dekady „Wyborcza” niszczyła swych oponentów. Czyniła to z takim zapałem, aż słowo to przestało cokolwiek znaczyć, nie mówiąc już o poważnym traktowaniu, podobnie jak już dzisiaj potężnej dewaluacji uległo oskarżenie o agenturalność wskutek jego notorycznego nadużywania (np. przez przedstawicieli „Zony Wolnego Słowa” z której ewakuował się wspomniany na wstępie Misiak).

Jeżeli widzę, że taka „Fronda.pl” regularnie przyrównuje do „V kolumny” i „Targowicy” Michalkiewicza, Brauna, narodowców, „Warszawską Gazetę” czy „Polskę Niepodległą”, na dodatek dla podkręcenia efektu umieszczając ich w jednym worku z jakimiś paxowskimi dinozaurami z „Myśli Polskiej”, to nie mam wątpliwości, że moment kompromitacji nadchodzi wielkimi krokami. Dodam, że im bardziej zazdrośnie środowisko prawicowych celebrytów będzie strzegło monopolu na „niepokorność” (monopolu całkiem policzalnego, gdyż w międzyczasie metka „niepokornych” stała się intratnym rynkowym „brandem” napędzającym sprzedaż, choć ta koniunktura pomału się wyczerpuje) i zamykać się we własnym salonie, tym bardziej z czasem będzie wyobcowane, niezdolne do intelektualnej refleksji i bezradne, gdy ktoś zacznie zrzucać ich z piedestałów. Krótko mówiąc, podzielą los starców z „Wyborczej”, zaś słynna mina państwa Wajdów stanie się również ich udziałem. Już teraz konsekwentnie spada sprzedaż głównych prawicowych tygodników – a to wszak dopiero początek.

Podejrzewam, iż Ziemkiewicz czuje pismo nosem i stara się jakoś zrepozycjonować, stąd nagle objawiona niechęć do określenia „niepokorni” („osobiście nie lubię tej nazwy” - deklaruje RAZ), czy pochylenie się nad blogosferą tudzież periodykami traktowanymi dotąd w jego środowisku z ewidentną pogardą („dokładnie tak, jak michnikowszczyzna (...) traktowała nas”) – choć, jak widać, pilnie czytanymi. Jestem jednak spokojny, że do pielęgnujących nawzajem swoje ego koleżanek i kolegów te refleksje nie dotrą. Będą trwać w samozadowoleniu, przeprowadzać kadzidlane wywiady-rzeki, wydając co najwyżej z siebie jakieś pomruki irytacji pod adresem „gówniarzy” - całkiem jak Urban z Michnikiem wymieniający uwagi o „jakimś Warzesze”, „jakimś Semce” podczas podsłuchanej przed laty knajpianej pogaduszki. No i przebierać nogami w oczekiwaniu na różne stołki „za wysługę lat” - aż do nieuchronnego końca. Gdyby nie paskudne konotacje piosenki, to „turboniepokorni” mogliby w zasadzie już teraz wstać i zaśpiewać „tomorrow belons tu us”.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/2177-pod-grzybki-14

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 31 (31.07-06.08.2015)

czwartek, 13 listopada 2014

Ten przeklęty insurekcjonizm

Może właśnie ten na pozór szaleńczy insurekcjonizm, kultywowany pod rozbiorami, był zarzewiem przyszłej niepodległości?

Ponieważ nastał listopad, miesiąc szczególny o tyle, że obchodzimy w nim dwie daty związane z walką Polaków o wolność – czyli odzyskanie niepodległości 11.XI.1918 oraz wybuch Powstania Listopadowego w nocy z 29 na 30.XI.1830 – pomyślałem sobie, że nie od rzeczy będzie poświęcić mój pierwszy tekst dla „Warszawskiej Gazety” właśnie temu zagadnieniu. Oto cyklicznie przy okazji rocznic powstań narodowych ożywia się chór wujów, który poucza ciemnych Polaków, by dać sobie spokój z tą funeralną martyrologią, czczeniem klęsk, bo to zatruwa społeczną świadomość, tudzież utrwala w nas ponury syndrom wiecznych ofiar i nieudaczników. Przy czym, co charakterystyczne, głosy te atakują nas z tak różnych na pozór środowisk, jak gazetowyborcza salonowszczyzna i prawica roszcząca sobie pretensje do politycznego realizmu. Dodajmy, że o ile intencją resortowych dzieci jest wykorzenienie Polaków i przerobienie ich za pomocą „pedagogiki wstydu” na zbiorowisko euro-klonów bez tożsamości, o tyle po prawej stronie dominuje ton zirytowania naszą historią pełną lekkomyślnego rzucania się na potęgi, co skutkowało gigantyczną daniną krwi i materialnymi stratami, a Polacy wszak mają stać się docelowo narodem rozważnym, mierzącym zamiar podług sił. Zwróćmy ponadto uwagę, że przy różnych celach tej społecznej inżynierii używane środki i argumentacja są dość podobne. Niezłą egzemplifikacją takiego nastawienia jest nie tak dawna opinia Rafała Ziemkiewicza, że z sierpniowych rocznic powinniśmy obchodzić te zwycięskie – Bitwę Warszawską i Sierpień '80, a nie klęskę Powstania Warszawskiego.

No dobrze, skoro tak, to wyjaśnijmy sobie podstawową sprawę. My nie czcimy klęsk narodowych, tylko zrywy niepodległościowe, oddając cześć tym, którzy w tychże walczyli, choć mogli przecież realistycznie pozostać w domach i się nie wychylać, czy też, jak chcą niektórzy – nie ulegać insurekcyjno-rewolucyjnym prowokacjom. A na ile nawet to, co doraźnie było klęską można przekuć w dalszej perspektywie w sukces, to sobie zaraz wyjaśnimy na dwóch przykładach.

Przeprowadźmy pewien eksperyment myślowy. Wyobraźmy sobie, że Rafał Ziemkiewicz, bądź inny realista trafia na amerykańskie Południe i zaczyna dzisiejszym, mieszkającym tam obywatelom USA klarować, że ta cała secesja to był poroniony pomysł, bo rolnicze skonfederowane stany nie mogły pod żadnym względem równać się z uprzemysłowioną Północą. Zresztą, w powieści „Przeminęło z wiatrem” jest znamienna scena, w której Rhett Butler pyta się ogarniętych secesjonistyczną gorączką znajomych Południowców – ile na Południu jest fabryk broni, amunicji itd. by skonkludować: „mają fabryki, kopalnie i flotę, którą mogą nas zablokować i zagłodzić. My mamy bawełnę, niewolników i arogancję”. Lecz koniec końców ten sam cyniczny Rhett wstępuje u samego kresu wojny, gdy tragedia jest przesądzona, do armii konfederackiej stwierdzając: „zawsze miałem słabość do przegranych spraw”.

No więc wyobraźmy sobie tych naszych realistów tłumaczących Amerykanom z Południa, że powstanie przeciw Lincolnowi nie miało prawa się udać, że w wyniku wojny Południe zostało de facto podbite przez rząd waszyngtoński i okupowane przez Jankesów, że cała ta awantura zakończyła się kompletną ruiną – gospodarczą, demograficzną, społeczną, zginęli najlepsi synowie Południa, kraj pogrążył się w anarchii po której pozostał Ku-Klux-Klan będący pierwotnie formacją sąsiedzkiej samoobrony i że krótko mówiąc, trzeba było się jakoś z tym Lincolnem dogadać. Natomiast obecnie podtrzymywanie dawnych tradycji, czczenie prezydenta Jeffersona Daviesa, dowódców i wymachiwanie konfederackimi sztandarami to autodestrukcyjny kult klęski, nieodpowiedzialnego awanturnictwa, „obłędu 1861”, a nie żaden powód do dumy. Założę się, że najbardziej prawdopodobną reakcją byłoby wyciągniecie przez pana domu strzelby i krótkie: „wynocha z mojej ziemi”. Bo ten nierealistyczny zryw jest po dziś dzień dla Południowców symbolem umiłowania wolności i inspiracją, by stawiać opór rządowi federalnemu, gdy ten wyciąga łapy po nie swoje.

Inny przykład to holocaust. Pierwotnie w państwie izraelskim temat ten był wstydliwie pomijany, jego przywódcy bowiem uznali, iż wizja Żydów idących pokornie na rzeź kłóci się z nowym obliczem Żyda-wojownika wyrąbującego sobie zbrojnie nową państwowość. Tamci, pokorni Żydzi, którzy dali się niemal bez sprzeciwu pozabijać mieli odejść, by nie obciążać poczuciem klęski umysłów nowego syjonistycznego pokolenia. Dopiero gdzieś w latach '60 uznano, że tę potworną traumę można przekuć w mit założycielski Izraela, w rodzaj nowej państwowej religii, sterroryzować nim mentalnie świat zachodni z Ameryką na czele i – przy okazji – nieźle zarobić na odszkodowaniach. W ten sposób bezprzykładna klęska stała się polityczną bronią masowego rażenia, czego jako Polacy co i rusz doświadczamy gdy każą nam przepraszać za Jedwabne, bądź przyjąć roszczenia rewindykacyjne organizacji żydowskich.

Mówią nam często, że powinniśmy się uczyć od Żydów organizacji i skuteczności działania – no więc uczmy się, choćby tego jak z przegranych powstań uczynić oręż polityki historycznej tak na rynku wewnętrznym, jak i w odniesieniu do sąsiadów. Zresztą, co tam Żydzi – nawet maleńka Litwa, nie oglądając się na rosyjskie dąsy, ogłosiła rok 2013 rokiem Powstania Styczniowego, której to odwagi zabrakło opętanej „resetem” PO. Wracając do listopadowych dat – czy naprawdę możemy mieć pewność, że bez powstań Polacy byliby w stanie w 1918 roku wybić się na niepodległość? Czy może właśnie ten na pozór szaleńczy insurekcjonizm kultywowany pod rozbiorami, tak jak dziś Amerykanie z Południa kultywują zryw secesyjny, a Żydzi – holocaust, był zarzewiem przyszłej niepodległości?

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Artykuł opublikowany w „Warszawskiej Gazecie” nr 45 (7-13.11.2014)

piątek, 11 kwietnia 2014

Detektyw Ziemkiewicz na tropie Niepoprawnego Radia PL

Pudło, panie Ziemkiewicz - działamy w jawnym, zarejestrowanym, wolontariackim stowarzyszeniu pod własnymi nazwiskami.

I. O Smoleńsku w „Roninie”

W poniedziałek 07.04.2014 odbył się tradycyjny „Przegląd Tygodnia” w Klubie Ronina. Wydarzenia pod okiem Józefa Orła komentowali Rafał Ziemkiewicz, Stanisław Janecki oraz Łukasz Warzecha. Jednym z poruszonych wątków była sprawa smoleńskiego śledztwa – i tu, prócz obśmiania krętactw prokuratora Szeląga, dyskutanci zajęli się działalnością posła Macierewicza i jego Zespołu Parlamentarnego badającego przyczyny Tragedii Smoleńskiej. Komentatorzy, ze szczególnym uwzględnieniem Rafała Ziemkiewicza, przyjęli stanowisko, które da się streścić w słowach: „działalność Antoniego Macierewicza jest przeciwskuteczna”. Dlaczego? Wytknięto mianowicie, że skuteczniejszą taktyką byłoby, gdyby Macierewicz wypunktowywał skandale oficjalnego śledztwa i powstrzymał się od formułowania własnych teorii. Przy okazji, dyskutanci zadeklarowali swój sceptyczny stosunek do hipotezy zamachu na Siewiernym.

I do tego momentu można by nie robić ze sprawy „tematu”. W końcu, opowiadanie się jako zwolennik Macierewicza czy hipotezy zamachowej nie jest obowiązkowe. Odrzucają przesłanki wskazujące na zamach – ich prawo, przy tak szczątkowych dowodach jakie mamy do dyspozycji trudno formułować jakiekolwiek pewniki. Pisałem zresztą o tym w notce „Papierek lakmusowy” (ów „papierek” to credo Powiedz mi jaki jest Twój stosunek do Smoleńska, a powiem Ci kim jesteś”), w której deklarując się jako zwolennik tezy zamachowej wykazywałem jednocześnie, że pozytywny wynik „testu papierka lakmusowego” powinien odnosić się do wszystkich, którzy sprawę Tragedii traktują priorytetowo, niezależnie od tego, czy uważają że był to zamach, czy też mógł zadziałać splot innych okoliczności. (...) Czynnikiem nadrzędnym powinna być bowiem wola dotarcia do prawdy, której na dzień dzisiejszy w pełni nie znamy, nie zaś bezkrytyczne hołdowanie konkretnemu przekonaniu na temat przyczyn Katastrofy.”

II. Ziemkiewicz na tropie radio-agentów

Publicyści w Roninie poszli jednak znacznie dalej. Ton ich komentarzy jednoznacznie wskazywał, że uważają Macierewicza za szkodnika, którego działalność jedynie gmatwa kwestię Tragedii, zaś stawiane przez niego radykalne wnioski generalnie rzecz ujmując – bardziej przeszkadzają sprawie wyjaśnienia Smoleńska niż jej pomagają. Innymi słowy, spozycjonowali się jako lustrzane odbicie tych, którzy z kolei odsądzają od czci i wiary wszystkich nie podzielających tezy o zamachu.

No i wtedy się zaczęło. Klub Ronina transmitowany był bowiem na żywo przez Niepoprawne Radio PL, a na radiowej stronie funkcjonuje czat za pomocą którego słuchacze i redaktorzy Radia komentowali na bieżąco transmisję. Opisane powyżej postawienie sprawy Tragedii Smoleńskiej i działalności Antoniego Macierewicza wywołało szereg nieprzychylnych i nierzadko ostrych wpisów pod adresem trójki dyskutantów, co pod koniec „Przeglądu Tygodnia” przekazał im do wiadomości Józef Orzeł, z refleksją, że „tradycyjnie przed wyborami prawica się dzieli”. Zareagował na to Rafał Ziemkiewicz, który zresztą zdaje się mieć do blogerów i komentatorów internetowych jakiś generalny uraz, twierdząc, że prawica nie tyle „się dzieli”, ile „jest dzielona”, następnie zaś zaczął się rozwodzić nad działalnością agentury w internecie, osobliwie „radykalnych blogerów”, insynuując że niekoniecznie może tu chodzić o „zwolenników prawicy”, ile o tych, którzy zwolennikami prawicy są „służbowo”. Przypomniał w tym kontekście działalność carskiej Ochrany, której agenci w polskich środowiskach niepodległościowych wykazywali się radykalizmem właśnie.

W ten oto zgrabny sposób, redakcja Niepoprawnego Radia PL oraz jego słuchacze zostali przedstawieni przez pana redaktora jako ruska agentura.

III. Wilki! Wilki!

Jestem przeciwnikiem szafowania oskarżeniami o agenturalność. Po pierwsze, zabijają one z miejsca jakąkolwiek dyskusję, bo z „agentami” się nie gada, przez co traktowane są jako wygodny unik zwalniający z merytorycznej polemiki. Po drugie, używane są często zamiast argumentów – nie zgadzasz się ze mną, znaczy, jesteś „agent”. Klasyczny, stygmatyzujący adwersarza przytyk ad personam. Po trzecie wreszcie i być może najważniejsze – nadużywanie tego typu oskarżeń deprecjonuje ciężar zarzutu. Tak jak w znanej historii o pastuszku, który tyle razy wykrzykiwał po próżnicy „wilki! wilki!”, że gdy w końcu wilki faktycznie przyszły, nikt mu nie uwierzył. Swojego czasu przedobrzyła z tą metodą „Wyborcza” obrzucająca przeciwników tak zapamiętale oskarżeniami o „faszyzm” i „antysemityzm”, aż koniec końców odebrała tym zarzutom jakąkolwiek wagę i powagę. Z oskarżeniami o agenturalność dzieje się podobnie. Stają się na naszych oczach pospolitą inwektywą.

Tymczasem, w omawianym przypadku tej polemicznej kłonicy użyli nie rozemocjonowani internauci, tylko stateczni dziennikarze, pragnący zapewne uchodzić za obliczalnych, rozsądnych i zrównoważonych. Wystarczyło kilka niepochlebnych komentarzy na czacie i puściły nerwy. Ziemkiewicz zaczął gadać o internetowych „zombich” podpisujących się jako „Pimpuś”, a Janecki dołożył swoje mówiąc o spec-służbach aktywnych w internecie. Generalnie, szczera prawda, tyle że w naszkicowanym tu kontekście wyszło dość obrzydliwie. Czyli co - wystarczy się nie zgadzać z Ziemkiewiczem, mieć bardziej radykalne niż on poglądy, by nagle zaczął węszyć agentów niczym jacyś internetowi „radykałowie”, którzy przy innych okazjach napawają go takim niesmakiem? Tym razem okazało się, że smrodkiem anonimowej agenturalności ma zalatywać z redakcji Niepoprawnego Radia PL i od jego słuchaczy?

Pudło, panie Ziemkiewicz, pudło jak cholera - działamy w jawnym, zarejestrowanym, wolontariackim stowarzyszeniu pod własnymi nazwiskami, realizując zresztą poniekąd Pański program sformułowany w „Myślach nowoczesnego endeka", by poświęcić tygodniowo cztery godziny dla Polski - z tym, że my zaczęliśmy kilka lat wcześniej, nim wpadł Pan na ten znakomity pomysł. Otóż informujemy, że każde z nas poświęca tygodniowo dla Polski znacznie więcej czasu prowadząc to Radio, umożliwiające przy okazji Panu i kolegom dotarcie z popisami elokwencji do znacznie większej liczby słuchaczy i to na całym świecie, niż ta, która oklaskuje Pana w Roninie. Naprawdę, jestem ciekaw, czy Pan również byłby skłonny poświęcić tyle czasu robiąc niezależne medium za frajer i polegając jedynie na składkach oraz dobrowolnych wpłatach od słuchaczy. No więc jak - byłby Pan gotów, czy tylko wymaga Pan tego od innych, zaś Pańskie „cztery godziny dla Polski" sprowadzają się do celebryckich pogaduszek w Roninie i brylowaniu na konwencji Gowina, bądź stręczeniu się narodowcom na ideologa?

Mniej zadufania, a więcej szacunku i pokory by się przydało. Proszę przyjąć do wiadomości, że nie dla wszystkich jest pan polit-ideowym guru, no chyba, że w tym waszym dziennikarskim światku obracacie się w takim stężeniu środowiskowego samozachwytu i fanowskiej klaki, że podobna konstatacja nie ma już szans przebić się do świadomości - wypisz wymaluj, niczym w tak zwalczanej przez Pana „michnikowszyźnie"...

Gadający Grzyb

(Piotr Lewandowski, przewodniczący Komisji Rewizyjnej Stowarzyszenia Niepoprawne Radio PL, KRS: 0000421082)

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

piątek, 1 lutego 2013

Ruch Narodowy - „nowocześni endecy”?

Polska potrzebuje „nowoczesnych endeków” potrafiących znaleźć adekwatny język i metody działania – stosowne do wyzwań współczesności.

I. Miejsce dla narodowców

W listopadzie ubiegłego roku, kilka dni po Marszu Niepodległości na którym organizatorzy zadeklarowali powstanie Ruchu Narodowego, zastanawiałem się jakie perspektywy rysują się przed narodowcami. Dziś można uznać, że przyszłość Ruchu Narodowego zdaje się pomału krystalizować, podobnie jak sama inicjatywa. Jak donosi „Rzeczpospolita”, narodowcy zamierzają wiosną zwołać kongres, który ma zintegrować różne środowiska i powołać do życia jakąś nową strukturę. Najprawdopodobniej nie będzie to partia, choć pewnie kiedyś i na to przyjdzie pora, lecz szeroka platforma społeczno-polityczna organizująca funkcjonowanie narodowych środowisk i wyznaczająca zasadnicze kierunki działania.

Jak dla mnie wygląda to obiecująco, uważam bowiem, że na polskiej scenie politycznej powinno być miejsce dla znaczącego ugrupowania narodowego – i to nie gdzieś na marginesie, ale w parlamencie, jako pełnoprawna reprezentacja części Polaków podzielających narodowe przekonania. Mało który element polskiej historii został zohydzony i zakłamany w powszechnym odbiorze tak, jak tradycja endecka i spuścizna Romana Dmowskiego. Inna sprawa, że część „post-endecji” sama przyłożyła do tego rękę kolaborując z komunistami i współtworząc tzw. „endokomunę” będącą połączeniem najgorszych elementów obu ideologii.

Obecnie jednak, zważywszy choćby na mocno odmłodzone narodowe kadry, można mieć nadzieję na nowe oblicze Ruchu Narodowego – nie obciążone komunistycznymi i bezpieczniackimi zaszłościami, mitygujące nieprzytomne rusofilskie i „panslawistyczne” ciągoty. Dobrym zwiastunem jest tu pożegnanie się z panem Oparą i środowiskiem „Nowego Ekranu” oraz – jak mniemam – z udającymi patriotów trepami rodem z Układu Warszawskiego. To posunięcie panów Winnickiego z MW i Holochera z ONR pozytywnie rokuje na przyszłość.

II. Narodowcy a PiS

Warto w tym kontekście zastanowić się nad relacjami Prawa i Sprawiedliwości z przyszłym ugrupowaniem narodowym. Uważam, że atakowanie Ruchu jest błędem, gdyż formacja ta po kolejnych wyborach będzie naturalnym sojusznikiem i dopełnieniem parlamentarnej układanki po prawej stronie. PiS nie ma bowiem szans na zdobycie samodzielnej większości, a tym bardziej większości konstytucyjnej – to mrzonki. Wieloletnia opozycyjność „zużywa” bowiem nie mniej niż sprawowanie władzy. Dlatego PiS będzie narodowców zwyczajnie potrzebował. Zresztą, jak ktoś trafnie stwierdził, obecna rzeczywistość jest taka, że Dmowski i Piłsudski staliby dziś po tej samej stronie barykady – jak w 1918 roku.

PiS już raz - po 10.04.2010 - popełnił błąd, odsyłając z kwitkiem ludzi, którzy pod wpływem smoleńskiego wstrząsu zaczęli garnąć się do publicznej działalności – jako niesformalizowani sympatycy lub chcąc wstąpić w szeregi partii. PiS-owski establishment uznał, że tych gorącogłowych narwańców nie potrzebuje, zasiedziali działacze upatrywali w nich zagrożenie i konkurencję. Byłoby fatalnie, gdyby Prawo i Sprawiedliwość popełniło kolejny błąd skreślając zawczasu możliwość koalicji z narodowcami, tym bardziej, że podejrzewam, iż część odepchniętego wówczas najaktywniejszego elektoratu może obecnie współtworzyć, bądź pozostawać częścią zaplecza Ruchu Narodowego.

Pozostaje pytanie, czy Jarosław Kaczyński okaże się pragmatykiem – w najlepszym rozumieniu tego słowa - zdolnym wznieść się ponad antyendeckie fobie, czy też wezmą górę emocje „piłsudczykowskie” - i to z okresu, gdy obóz sanacyjny był już z Narodową Demokracją totalnie „na noże”, pakując narodowców do Berezy na równi z komunistami.

III. Nowocześni endecy

Swój akces do konsolidującego się środowiska narodowców zgłosił Rafał Ziemkiewicz, dokonujący w ostatnim czasie twórczej reinterpretacji dorobku Narodowej Demokracji, tak by dorobek ów przystosować do naszych czasów. Jeżeli faktycznie uda mu się uzyskać status głównego ideologa tej formacji (a wyraża taką nadzieję otwartym tekstem) to można będzie tylko przyklasnąć, do tej pory bowiem na intelektualnych salonach narodowców panowała banda, z przeproszeniem, spierniczałych dziadygów, na dodatek po uszy unurzana w PRL-u.

Jeśli zatem również w warstwie ideowej uda się zrobić „nowe otwarcie”, choćby w rodzaju tego wyłożonego przez Ziemkiewicza w „Myślach nowoczesnego endeka”, nadając nowy sens myśli narodowej i odsuwając na boczny tor zapiekłych doktrynerów, którzy nie raczą przyjąć do wiadomości, że nie żyjemy w latach 30-tych ubiegłego stulecia – to będzie można mówić o wielowymiarowym renesansie narodowej formacji. Polska potrzebuje „nowoczesnych endeków” potrafiących znaleźć adekwatny język i metody działania – stosowne do wyzwań współczesności. Natomiast obóz niepodległościowy potrzebuje obu płuc – zarówno tradycji piłsudczykowskiej, jak i endeckiej.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat: http://niepoprawni.pl/blog/287/perspektywy-ruchu-narodowego

piątek, 2 marca 2012

O dobrym Lechu i złym Bolesławie


Lech Wałęsa przez całe życie prześladowany był przez złego brata-bliźniaka o imieniu Bolesław, który wciąż dostarcza żeru przeróżnym karłom moralnym i opluwaczom.


I. Spiskologia

Namnożyło się ostatnio trochę teorii na temat zagadek związanych z przeszłością Autorytetu i naszego eksportowego Mędrca Europy. Budyń 78 wysnuł przypuszczenie o sobowtórze hodowanym od dzieciństwa przez esbecję, która dzięki usługom jasnowidzów przewidywała przyszłość potomka cesarza Walensa i jego wiekopomną rolę w obaleniu komunizmu. Ówże sobowtór miał popełniać wszystkie te szkaradne występki opisane przez Pawła Zyzaka i późniejsze, których ślady zachowały się w odrażających esbeckich papierach przewertowanych przez „karłów moralnych” - Cenckiewicza i Gontarczyka. Wszystko po to, by skompromitować przyszłego Noblistę.

Z kolei Rafał Ziemkiewicz podał hipotezę, iż jest „Wałęsów dwóch” - a to tym sposobem, że nasze Dobro Narodowe funkcjonuje na zasadzie dr Jekylla i Mr Hyde'a – raz jest niezłomnym bojownikiem z komuną, innym zaś razem małym krętaczem, który wyrywa „na rympał” dokumenty z teczki TW „Bolka”, nie pamięta co mówił wczoraj, przed tygodniem, przed miesiącem, przed rokiem i wciąż zasypuje publikę coraz to nowymi wersjami swej pogmatwanej przeszłości – a każda z tych wersji jest śmieszniejsza od poprzedniej, jak na wielokrotnego doktora „humoris causa” przystało.

Niedawno sam zainteresowany wyskoczył z nową „koncepcją” tłumaczącą słynną historię z motorówką, odgrzebaną na nowo przez „Nasz Dziennik” przy okazji publikacji rozmowy agentów wojskowej bezpieki – pułkowników Leszka Tobiasza i Aleksandra Lichockiego, z której wynikało, iż Wałęsę do Stoczni Gdańskiej dowiózł kuter (torpedowy?) Marynarki Wojennej. „Koncepcja” ta mianowicie, polegała na wersji z sobowtórem, który zastąpić miał Lecha, sam „Lechu” zaś miał zostać zamordowany. „Koncepcja” wprawdzie nie wyjaśnia, co się z owym sobowtórem stało, czy obecnie mamy do czynienia z oryginałem Wielkiego Człowieka, czy też z jego kopią, ale powiedziałem sobie - cierpliwości, coś z pewnością się urodzi...

II. Nowa koncepcja

I urodziło się! Oto bowiem na blogu Lecha pojawił się kolejny wpis, który zacytuję w całości, by Czytelników nie ominęła okazja obcowania z oryginalną polszczyzną naszego doktora „humoris causa”. To tak w ramach akcji „Ojczysty – dodaj do ulubionych”:

Historia do poprawki ;

Popełniłem wielki błąd nie dając wiary w koncepcje z motorówką .

Uważałem , że to zmyślone fantazje i fanaberia moich przeciwników .

Skupiłem się na Bolku , ale na Bolku , też skupili się moi przeciwnicy .

Dziś widać że Bolek , to pi kuś , miał nas tylko pokłócić i odciągnąć od ,,Prawdy''.

Prawie się to udało .

Dlatego dziś proponuje zostawmy na chwilę Bolka , do tego wrócimy , jeśli nie

wyjaśni się to wcześniej rozszyfrowując co z tą ,, MOTORÓWKĄ'' .

Proponuję Centkiewiczowi ,politykowi Rydzykowi , Wyszkowskiemu i innym podobnym

zawieśmy na chwilę Bolka , a wspólnie w zgodzie rozszyfrujmy sprawę motorówki i Sobowtóra .

Przysięgam na wszystko co można , ja nie uczestniczyłem , ani teoretycznie , ani praktycznie

w koncepcji z motorówką .Klucz do wyjaśnienia i zrozumienia wielu spraw tu leży .

Ktoś mną i nami porządnie zamanipulował .

Pytania .

Kiedy przybliżona data i godzina ten fakt z motorówką miał miejsce .To było jak się wydaje poza wiedzą Gdańskiej SB.

Więc kto , jakie i czyje służby , krajowe , czy zagraniczne za tym stały ?..

Zapraszam Przyjaciół i Nieprzyjaciół do spotkań i wspólnego rozszyfrowania największej zagadki i manipulacji w powojennej historii .

Dziękuję , pozdrawiam Lech Wałęsą

 

Przyznajmy, że walor formalny tego wpisu zahacza o awangardową poezję, ale mniejsza. Otóż skoro sam Noblista zaprasza do „wspólnego rozszyfrowania największej zagadki i manipulacji w powojennej historii”, to nie wypada odmówić. Bo nie wypada, czyż nie? Tym bardziej, że okazuje się, iż Bolek to „pi kuś”, który odciąga nas od „Prawdy” (czyli od lektury zasłużonej sowieckiej gazety, czy jak? - bo Żywa Legenda pojechała w swym wpisie wyraźnie tytułem tego pamiętnego dziennika... no, nieważne).

III. Bolesław Wałęsa to „pi kuś”

No więc ja uważam, że Lech Wałęsa przez całe życie prześladowany był przez złego brata-bliźniaka o imieniu Bolesław, który jak to ze złymi bliźniakami bywa, stał się jego cieniem i nemezis, skręcanym zazdrością o osiągnięcia i zasługi zdolniejszego i godniejszego brata. Prawdopodobieństwo takowej koncepcji potwierdzi każdy widz latynoskich seriali dokumentalnych, zwanych u nas nie wiedzieć czemu „telenowelami”. Czarna zawiść popychała owego zwyrodnialca do spłodzenia nieślubnego dziecka, sikania do chrzcielnicy, wreszcie do podpisywania różnych „esbeckich świstków czterokrotnie kserowanych” (i to jak bezczelnie, po prostu jako „Bolek”) i podwiezienia do stoczni kutrem-motorówką, czy też torpedową „kutrówką”, w celu wyburzenia fragmentu ogrodzenia w miejscu gdzie przeskoczył przezeń prawdziwy Lechu Wałęsa, który nadludzkim wysiłkiem woli sforsował czterometrowy mur, albowiem jest Wielkim Człowiekiem.

Czy można więc się dziwić, że Żywa Legenda i Postać Historyczna, będąca polskim Skarbem Narodowym starała się jak mogła zacierać hańbę rodzinną, niszcząc ślady przestępczej działalności Bolesława Wałęsy – wyrywając kartki z jego teczki, czy wysyłając UOP by skonfiskował jego akta personalne i wszelkie inne udokumentowane zaszłości od czasów szkolnych począwszy? Bo, że w stosunku do samego złego brata-bliźniaka nie ma żadnych złudzeń ani sentymentów, to widać wyraźnie po jakże gorzkim stwierdzeniu, że „Bolek to 'pi kuś'”, który „miał nas tylko pokłócić”. Co więcej - „Prawie się to udało”!

Wczujmy się w dramatyzm sytuacji i zrozummy człowieka. Zatem „Centkiewiczu”, „polityku Rydzyku” i ty, Wyszkowski, oraz „inni podobni” - „zawieśmy na chwilę Bolka”! (czemu tylko na chwilę? nie lepiej gada powiesić na dobre?), „a wspólnie w zgodzie rozszyfrujmy sprawę motorówki i Sobowtóra”.

IV. Dziejowe wyzwanie

Powiedzcie sami, czyż nie jest to wyzwanie na dziejową skalę? Przecież Lechu wyraźnie daje sygnał, by wyrodnego brata-Bolesława skazać za jego postępki na wiekuistą banicję z kart historii. Nic nowego – podobny los spotkał już w początkach polskiej państwowości nieślubnego syna Mieszka II zwanego – uwaga! - Bolesławem Zapomnianym, o którym nie wiemy literalnie nic, poza tym, że historycy z uporem utrzymują, iż był to tak naprawdę Bezprym - pierwszy syn Bolesława Chrobrego spłodzony z węgierską księżniczką. Uczmy się więc, jak radzić sobie z wyrzutkami, na wzór egipskich kapłanów skuwających ze świątynnych murów wizerunki przeniewierczych faraonów.

Jeszcze słówko do służb tajnych, widnych i dwupłciowych. Do diaska, potrafiliśmy przetrzymywać w Klewkach afgańskich talibów i to tak, że prawie nikt się nie dowiedział, a nie potrafimy unieszkodliwić jednego Bolka, który hasa po wolności i bruździ, dostarczając żeru przeróżnym karłom moralnym, jątrzycielom i opluwaczom? Co to, nie stać nas na własnego więźnia stanu, Bolesława w Żelaznej Masce?

A dla Skarbu Narodowego wielki szacun – szacun humoris causa.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: Niepoprawne RadioPL