niedziela, 24 września 2017

Czy Roman Dmowski był w Wersalu?

Najwyraźniej Marsz Niepodległości i jego organizatorzy postrzegani są w otoczeniu prezydenta jako rodzaj kłopotliwego wizerunkowo balastu.

I. 100-lecie niepodległości bez narodowców

Ktoś na postawione w tytule pytanie mógłby się popukać w głowę – przecież wiadomo, że to właśnie Roman Dmowski był w 1919 r. Delegatem Pełnomocnym Polski na konferencję paryską kończącą I wojnę światową. To jego pięciogodzinne przemówienie na tejże konferencji (tłumaczone przez niego samego symultanicznie na angielski i francuski) walnie przyczyniło się do poważnego potraktowania przez zwycięskie mocarstwa polskich postulatów. Wreszcie, to jego podpis (oraz Ignacego Paderewskiego) widnieje pod Traktatem Wersalskim przywracającym Polskę na mapę Europy. Zresztą, wielowymiarowych zasług narodowej demokracji dla szeroko rozumianej „sprawy polskiej” (obejmujących nie tylko działalność stricte polityczną, ale też społeczną, kulturalną, oświatową) nikt przy zdrowych zmysłach dziś nie kwestionuje, zaś endecka spuścizna odzyskuje po latach rugowania z narodowej świadomości należne jej miejsce. Niby zatem wszystko jest jasne... ale najwyraźniej nie dla wszystkich.

Oto niedawno, na podstawie okolicznościowej ustawy, powołano przy prezydencie Andrzeju Dudzie specjalny Komitet Narodowych Obchodów Setnej Rocznicy Odzyskania Niepodległości Rzeczypospolitej Polskiej, mający na celu „upamiętnienie i uroczyste uczczenie wydarzeń oraz osób związanych z odzyskaniem i utrwaleniem przez Rzeczpospolitą Polską niepodległości” (cyt. za oficjalnym komunikatem ze strony prezydent.pl). Cel szczytny i słuszny, a pierwsze posiedzenie gremium odbyło się w poniedziałek 11 września. Sęk w tym, że gdy patrzymy na listę zaproszonych osób, zieje w niej wyraźna luka. Nie znajdziemy na niej bowiem ani jednego przedstawiciela współczesnych środowisk narodowych, nawiązujących do dziedzictwa Romana Dmowskiego. Nie wiem, kto personalnie jest odpowiedzialny za taki, a nie inny dobór członków Komitetu – domyślam się, że prezydent nie układał listy osobiście, zdając się na swoich współpracowników. Jednak na koniec chyba Andrzej Duda otrzymał zestaw nazwisk do wglądu i finalnej akceptacji – i nic nie rzuciło mu się w oczy?


II. Niewygodny Marsz Niepodległości

Podkreślmy to jeszcze raz – urzędnicy Kancelarii Prezydenta nie uznali za stosowne zwrócić się ani do Ruchu Narodowego, ani Młodzieży Wszechpolskiej, ani Obozu Narodowo-Radykalnego. Nade wszystko jednak nie zaproszono przedstawicieli Stowarzyszenia Marsz Niepodległości w skład którego wchodzą przedstawiciele organizacji narodowych.

Przypomnijmy, że Marsz Niepodległości organizowany co roku 11 listopada jest największą cykliczną manifestacją patriotyczną w Polsce, gromadzącą dziesiątki, a później nawet setki tysięcy uczestników. Przez lata rządów PO i medialnej dominacji salonowszczyzny był opluwany przez lewactwo jako demonstracja „faszystów”, stosowano wobec niego prowokacje w rodzaju słynnego spalenia „ruskiej budki” przez podwładnych ministra Sienkiewicza, wywoływano sztuczne zadymy mające skompromitować jego uczestników w oczach społeczeństwa (najlepszy dowód na prawdziwość tej tezy – w 2016 r. po oddaniu władzy przez PO, marsz odbył się bez żadnych ekscesów, nie sponiewierano nawet wypastowanego na czarno Jacka Hugo-Badera z „Gazety Wyborczej”). Wobec uczestników demonstracji stosowano policyjne represje i szykany polegające m.in. na wyłapywaniu „na sztukę” przypadkowych demonstrantów, po to, by media mogły alarmować o setkach zatrzymanych „chuliganów”. Zatrzymanych potem cichcem zwalniano (o czym media już nie donosiły), a wobec opornych, którzy nie chcieli podpisać się pod wyssanymi z palca protokołami stosowano często kilkumiesięczne areszty tymczasowe. Służby prawne Marszu miały pełne ręce roboty broniąc później ofiary reżimu Tuska i Kopacz przed sądami – na ogół z powodzeniem, choć znamy też przypadek sędzi Iwony Konopki, która skazała przechodnia skopanego po głowie przez policyjnego tajniaka w 2011 r.

Wszystko to nie odstraszało ludzi rok po roku coraz tłumniej biorących udział w kolejnych edycjach Marszu Niepodległości. Co więcej, mimo że wydarzenie jest organizowane przez środowiska narodowe, sam Marsz ma wyjątkowo „ekumeniczny” charakter. Demonstrować może każdy poczuwający się do polskości i patriotyzmu, niezależnie od sympatii historyczno-ideowych, politycznych, czy społecznej pozycji. Miejsce jest i dla „endeka” i dla „piłsudczyka”, dla zwolennika PiS i dla „kukizowca”, dla kibica z blokowiska i dla profesora.

Nie sposób przecenić roli i zasług Marszu Niepodległości dla budzenia patriotycznego ducha, dumy i woli oporu wobec antynarodowej ofensywy lewactwa. Ponadto, jest fantastycznym przykładem oddolnej samoorganizacji, która Świętu Niepodległości nadała należny, ogólnospołeczny wymiar. Czy PiS i prezydent Duda osobiście uważają, że nie mają tym tysiącom patriotów niczego do zawdzięczenia? Że ci ludzie nie głosowali w wyborach prezydenckich i parlamentarnych na „dobrą zmianę”? Czy brak zaproszenia dla przedstawicieli Marszu nie pachnie podejściem „murzyn zrobił swoje, murzyn może odejść”? Jeszcze w 2016 r. przedstawiciel prezydenta odczytywał specjalny list skierowany do uczestników. Jak będzie 11 listopada 2018? Wrócimy do groteskowej „tradycji” Komorowskiego – z jednej strony Marsz Niepodległości, a z drugiej pochód prezydencki ze starannie wyselekcjonowanymi urzędnikami i gośćmi dobranymi „z klucza”?

To, co również boli, gdy patrzy się na skład prezydenckiego komitetu, to niemal całkowite pominięcie kombatantów. Owszem, znalazło się miejsce dla prof. Leszka Żukowskiego ze Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej (mimo, że prof. Żukowski nie szczędził obozowi rządzącemu słów krytyki – ostatnio podczas obchodów 73 rocznicy Powstania Warszawskiego) – ale nie zaproszono nikogo ze Związku Żołnierzy Narodowych Sił Zbrojnych – drugiej po AK sile polskiego podziemia. Zdumiewające, tym bardziej, że prezydent Duda objął w tym roku swym patronatem obchody 75-lecia powstania NSZ. Ale ktoś z Kancelarii zadbał o to, by i ten aspekt narodowej historii starannie „wygumkować”.


III. Race kontra kotyliony

Kogo zatem zaproszono? Oto kilka „kwiatków”. Z ramienia PO – Hannę Gronkiewicz-Waltz, doszczętnie skompromitowaną „carycę Warszawy”. Jest Rafał Bartek reprezentujący mniejszość niemiecką na Śląsku Opolskim (!). Z ramienia samorządowców znajdziemy prezydenta Wrocławia Rafała Dutkiewicza słynącego z czołobitności względem Niemców. Jest nawet Władysław Kosiniak-Kamysz jako reprezentant „Ludowych Zespołów Sportowych” i Waldemar Pawlak wydelegowany przez Związek Ochotniczych Straży Pożarnych. Mamy przedstawicieli (niczego nie ujmując) Związku Głuchych, Związku Niewidomych, artystów fotografików, pisarzy, architektów, muzealników, Henrykę Bochniarz z Konfederacji Lewiatan... Słowem, znalazło się miejsce dla niemal wszystkich organizacji, związków zawodowych i twórczych – tylko nie dla narodowców. Wśród ponad osiemdziesięciu członków Komitetu dla nich miejsca nie przewidziano. Oni nie mieli i nie mają zasług tak dla historycznej, jak i obecnej Rzeczypospolitej. Stąd moje tytułowe pytanie – czy Roman Dmowski był w Wersalu? Czy w ogóle ktoś taki istniał? Jak Pan sądzi, panie Prezydencie?

Nie sposób oprzeć się wrażeniu, że zadziałała tu swoista poprawność polityczna, a urzędnicy Kancelarii Prezydenta zwyczajnie się przestraszyli, że „Wyborcza” z przyległościami i generalnie lewactwo rozpęta awanturę z powodu zaproszenia „faszystów”. Najwyraźniej Marsz Niepodległości i jego organizatorzy postrzegani są w otoczeniu prezydenta jako rodzaj kłopotliwego wizerunkowo balastu. 11 listopada 2018 szykuje się więc następująco: z jednej strony urzędowe „oficjałki” i akademie „ku czci” - z drugiej spontaniczna, masowa demonstracja. Z jednej - „plebejskie” race i okrzyki, z drugiej – napuszone mowy i eleganckie kotyliony w klapach i na sukniach lepszego towarzystwa. Tu salony, tam – ulica. I w tym wszystkim zastanawia mnie na koniec jedno: czy prezydent i jego otoczenie nie widzą, jak gładko weszli w buty poprzednika?


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 38 (22-28.09.2017)

Koniec bantustanu?

Inwestorzy będą musieli przyzwyczaić się do myśli, że nie jesteśmy już europejskim bantustanem wyznaczonym do roli jednego z obszarów kolonialnej eksploatacji.

No, może tak dobrze jak w tytułowym pytaniu jeszcze nie będzie, ale zaczynamy pomału wykonywać kroki zmierzające do poprawy statusu Polski w globalnym łańcuszku ekonomicznych zależności. Krytykowałem na tych łamach wicepremiera Morawieckiego m.in. za księżycowy „plan” czy za „strategiczną inwestycję” Mercedesa w Jaworze, którą sami sfinansujemy – więc dla odmiany teraz go pochwalę. Otóż Polska wreszcie na serio zabiera się za wypowiadanie umów typu BIT's (Bilateral Investment Treaties). Owe umowy o wzajemnym popieraniu inwestycji łączące nas z 60. państwami oznaczają ni mniej ni więcej, tylko uprzywilejowany status zagranicznych firm inwestujących w danym kraju i są patologiczną, neokolonialną praktyką dość rozpowszechnioną we współczesnym świecie. Pierwotnie chodziło o zabezpieczenie podmiotów gospodarczych działających w krajach niestabilnych, bądź mających problemy z korupcją czy niezależnością sądownictwa. BIT'sy okazały się jednak na tyle wygodne dla ponadnarodowych korporacji, że wkrótce zrobiły światową karierę, stając się nieodłączną częścią międzynarodowej wymiany gospodarczej. W Polsce apogeum zawierania tego typu umów przypadał na okres transformacji, kiedy to wszelkimi sposobami próbowaliśmy ściągnąć do siebie zagraniczne inwestycje.

Podstawową kontrowersją dotyczącą BIT jest mechanizm ISDS (Investor-to-State Dispute Settlement) pozwalający zagranicznej firmie pozwać rząd państwa w którym funkcjonuje przed międzynarodowy arbitraż – przy czym na ogół przedmiot pozwu, jak i jego wysokość nie są obwarowane żadnymi ograniczeniami. Jednym z ulubionych powodów takich procesów jest tzw. wywłaszczenie z zysków. Koncern uznaje np. że zmiany w prawie pozbawiają go części zakładanych korzyści – więc pozywa państwo-gospodarza (za podniesienie płacy minimalnej, za obostrzenia związane z ochroną środowiska, za regulacje dotyczące praw pracowniczych – słowem, za cokolwiek), przy czym postępowanie przed trybunałem arbitrażowym jest nader kosztowne, zagrożone odszkodowaniem liczonym często w setkach milionów dolarów, proces toczy się za zamkniętymi drzwiami, zaś od wyroku nie ma odwołania. Skutkuje to, szczególnie w przypadku uboższych państw, tzw. chilling effect (efektem zamrożenia) – rząd w obawie przed procesem rezygnuje często z wprowadzenia rozwiązań korzystnych dla obywateli, lecz mogących się odbić na zyskach zagranicznych potentatów. Przykładowo, w 2008 r. Polska musiała zapłacić 20 mln. dolarów koncernowi Cargill za wprowadzenie przepisów ograniczających produkcję izoglukozy, ponieważ kwoty produkcyjne były poniżej możliwości wytwórczych wrocławskiej fabryki koncernu. Warto też przypomnieć, że pozwami na bazie BIT groziły nam banki w przypadku ustawowego przewalutowania tzw. kredytów frankowych. Obecnie Polska ma 11 takich procesów na łączną kwotę 10 mld zł.

Jak łatwo zauważyć, taki system w praktyce wyjmuje obcy kapitał spod miejscowej jurysdykcji – co z kolei przekłada się na uprzywilejowaną pozycję podmiotów zagranicznych względem przedsiębiorców krajowych i uderza w fundament konkurencji, jakim jest równość rynkowych graczy wobec prawa. Zauważmy też, że „inwestor” przed arbitrażem nie może przegrać, co najwyżej nie wygra, natomiast państwo – odwrotnie, może liczyć jedynie na oddalenie pozwu. Potrzebę rewizji BIT'sów rząd sygnalizował już w lutym 2016 r., teraz przechodzi od słów do czynów – na pierwszy ogień pójdą umowy łączące nas z krajami UE, mamy tu bowiem podkładkę w postaci zaleceń Komisji Europejskiej, która podważa zgodność BIT's z prawem UE. Za obopólną zgodą rozwiązane zostaną umowy z Danią, Czechami, Estonią, Łotwą i Rumunią, natomiast jednostronnie wypowiemy umowę Portugalii, która nie zgadza się na jej wygaszenie. Wcześniej z własnej inicjatywy BIT wypowiedziały Włochy, generalnie rezygnujące z tego typu umów z państwami UE, a także Indie również odchodzące od BIT'sów.

Łatwo jednak nie będzie, bowiem państwa najbardziej zainteresowane naszym rynkiem nie chcą pozbawiać swoich firm tak poręcznego narzędzia nacisku – mówimy tu chociażby o Niemczech, Francji, czy Holandii. Trzeba też nadmienić, że w przypadku jednostronnego wypowiedzenia umowy nadal przez pewien czas (np. 10-20 lat) obowiązywać będą tzw. „sunset clauses”, czyli przepisy przejściowe wciąż pozwalające na ochronę inwestycji. Rozpoczęcie tego procesu jest jednak koniecznością, jeśli chcemy odzyskać elementarną swobodę manewru w relacjach z międzynarodowym kapitałem i np. efektywnie ściągać z niego podatki – zwłaszcza w odniesieniu do państw z którymi mamy rażąco negatywny bilans inwestycyjny. Miejmy też nadzieję, że stopniowo przyjdzie pora na wypowiadanie BIT'sów z krajami spoza UE. Polska nie przestanie przez to być atrakcyjnym rynkiem, ci którzy mają zainwestować i tak to zrobią, tyle że w cywilizowany sposób – po prostu będą musieli przyzwyczaić się do myśli, że nie jesteśmy już europejskim bantustanem wyznaczonym w globalnej rozgrywce do roli jednego z obszarów kolonialnej eksploatacji.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Koniec z BIT's? Nareszcie!

ISDS, czyli korpo-dyktat


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 38 (22-28.09.2017)

piątek, 22 września 2017

Zniewolone umysły

Giedroyc twierdził, że rządzą nami trumny Piłsudskiego i Dmowskiego. Dziś, jeśli chodzi o politykę Polski na osi wschód-zachód, rządzą raczej trumny Giedroycia i prymasa Wyszyńskiego.


Przypadki którymi dziś się zajmę, pozornie są od siebie dość odległe, jednak oba zapętlają się w pewnym, charakterystycznym punkcie – są efektem funkcjonowania mentalnych blokad sprawiających, że człowiek zastyga w narzuconych mu przed laty (niechby i wówczas słusznych) intelektualnych dogmatach. Nie potrafi się od nich uwolnić - mimo zmienionych czasów i okoliczności całkowicie dezaktualizujących zaszczepione niegdyś zestawy poglądów. Skutkiem powyższego jest (że nawiążę do Miłosza) specyficzna forma „zniewolonego umysłu”. A im wyżej osoba dotknięta tą przypadłością zaszła w życiu publicznym – tym gorzej dla ogółu.


I. Prometejskie frajerstwo

Zacznę od „afery paszportowej” rozpętanej po tym, jak okazało się, że w oprawie graficznej nowych paszportów projektowanych na 100-lecie odzyskania przez Polskę niepodległości znaleźć się ma Cmentarz Orląt Lwowskich oraz wileńska Ostra Brama jako jeden z motywów poddanych pod głosowanie. Gdy w sierpniu pisałem na ten temat artykuł do siostrzanej „Warszawskiej Gazety”, wyraziłem na koniec na poły ironiczną nadzieję, że minister Błaszczak „nie wystraszy się własnej odwagi”, zachęcając przy okazji do oddawania głosów na Ostrą Bramę. Chodziło mi oczywiście o stworzenie społecznej presji uniemożliwiającej szefowi MSWiA wycofanie się z obu projektów. Jak wiemy, stało się inaczej. Możemy się tylko domyślać jakie naciski i jakimi kanałami popłynęły do ministra Błaszczaka - prócz oficjalnych protestów Litwy i Ukrainy oraz rodzimych zwolenników pojednania tyłka z batem podpisanych pod listem otwartym. W każdym razie, znamy skutek – Ostrej Bramy i Cmentarza Orląt na paszportach nie będzie.

Przyznam, że nieco mnie taki obrót spraw zaskoczył, wydawało się bowiem, że stronnictwo post-giedroyciowców na prawicy zostało od jakiegoś czasu zepchnięte do defensywy i nie jest już w stanie dyktować Polsce swej samobójczej agendy. Ludobójstwo na Kresach doczekało się nazwania go po imieniu w oficjalnej uchwale Sejmu, Jarosław Kaczyński (a nawet Witold Waszczykowski) oznajmiali publicznie, że Ukraina z Banderą nie wejdzie do Europy, prezydent Poroszenko usłyszał od prezesa PiS kilka mocnych słów... Jak widać, myliłem się, zaś środowisko pogrobowców redaktora z Maisons-Laffitte (od lewa do prawa) nie zamierza składać broni. I to jest właśnie przykład owego mentalnego zniewolenia od którego zacząłem ten artykuł. O ile za głębokiej komuny, gdy głównym wrogiem był potężny ZSRR, można jeszcze było dopatrywać się w doktrynie Giedroycia zasadności i pewnego bolesnego realizmu, każącego poświęcić dochodzenie swego na rzecz sprawy podstawowej – czyli odgrodzenia nas od Rosji „kordonem sanitarnym” złożonym z państw mających powstać na zsowietyzowanych dawnych kresach Rzeczypospolitej – o tyle obecnie, gdy testament „czerwonego księcia” został wypełniony, zdawałoby się, że dawne bezkrytyczne poparcie winno ustąpić normalnym relacjom opartym na grze interesów.

Tymczasem, nic z tych rzeczy. Wpływ paryskiej „Kultury” na polskie elity okazał się tak przemożny, że po dziś dzień nie potrafią się wyzwolić z tego zdezaktualizowanego już paradygmatu i mechanicznie ekstrapolują koncepcje sprzed kilkudziesięciu lat we współczesność, co w praktyce przekłada się na rezygnację przez Polskę z akcentowania własnych racji w imię mirażu „strategicznego sojuszu” i „Międzymorza” - które to koncepcje zarówno Litwa, jak i Ukraina mają w głębokim poważaniu, ale nauczyły się na nich świetnie grać, skutecznie szantażując nas groźbą „pogorszenia stosunków”. Zresztą, emigracja ukraińska traktowała giedroyciowską doktrynę ULB (Ukraina-Litwa-Białoruś) instrumentalnie od samego początku, widząc w niej przede wszystkim szansę na rozgrzeszenie i zapomnienie zbrodni ukraińskiego szowinizmu – co wywoływało zrozumiały sprzeciw w licznych kręgach polskiej powojennej emigracji na Zachodzie. Te spory jednak do PRL-owskiej Polski nie docierały, docierała natomiast do opozycyjnych elit „Kultura”, skutecznie kształtując umysły. Efekty odczuwamy po dziś dzień. Naszą politykę wschodnią trudno nawet określić mianem romantycznego prometeizmu – to jest po prostu ciężkie frajerstwo. A skoro prowadzimy frajerską politykę, to nie dziwmy się, że jesteśmy traktowani właśnie jak frajerzy. I teraz znów pozwoliliśmy się koncertowo rozegrać pokazując, że maleńka Litwa i „teoretyczne państwo” jakim jest Ukraina mogą nas skutecznie szantażować – przy poklasku bandy zaczadzonych Giedroyciem rodzimych „dialogistów”. Coś niebywałego.


II. Młotek narzędziem pojednania

Kolejna sprawa, to niedawny list zespołu episkopatu ds. Kontaktów z Konferencją Episkopatu Niemiec podpisany przez arcybiskupów Henryka Muszyńskiego i Wiktora Skworca oraz biskupów Jana Kopca i Tadeusza Lityńskiego. Tutaj z kolei widzimy spętanie intelektualne słynnym listem polskich biskupów do biskupów niemieckich z 1965 r. z pamiętnymi słowami „wybaczamy i prosimy o wybaczenie”. Od razu podkreślę, że mam ambiwalentne uczucia związane również z tym historycznym gestem polskiego Kościoła. Prośba o wybaczenie? A za co? Czy ta ręka nie została wówczas wyciągnięta do pojednania zbyt hojnym ruchem, zbyt wspaniałomyślnym? Czy Niemcy nie poczuli się zbyt łatwo rozgrzeszeni wskutek tego „zbombardowania” miłosierdziem i chrześcijańską pokorą? Poza tym, warto pamiętać, że pierwsza reakcja tamtejszego episkopatu była nad wyraz oszczędna i powściągliwa, by nie rzec – chłodna. Dopiero później, gdy zorientowali się, ile dzięki temu listowi mogą ugrać, zmienili ton. Nie wykluczam jednak, że wówczas mimo wszystko należało tak postąpić. Prymas Stefan Wyszyński był naszym ostatnim wielkim mężem stanu – prawdziwym interrexem – i patrzył dalekosiężnie, widząc, że jakiś modus vivendi musimy sobie z Niemcami wypracować, choćby dlatego, że nie zmienimy naszego miejsca na mapie. Nawet on jednak chyba się nie spodziewał do jakiego stopnia ów list zostanie zinstrumentalizowany i zinfantylizowany – stając się narzędziem „kiczu pojednania” (jak trafnie pisał o tym tydzień temu Mirosław Kokoszkiewicz).

I właśnie z owym „kiczem” - czyli „pojednaniem” bez skruchy winowajcy, o wynagrodzeniu krzywd nie wspominając – mamy do czynienia w niedawnym liście polskich biskupów. Pismo ewidentnie wymierzone w polskie roszczenia reparacyjne za II wojnę światową, których Niemcy nam nigdy nie wypłaciły i wynoszące ponad nie jakieś puste gesty („doświadczyliśmy wielu gestów zmierzających do pojednania obydwu narodów”), tudzież paczki żywnościowe z czasów stanu wojennego, a nawet przestrzegające, że „pojednanie” może zostać zniweczone „przez zbyt pochopnie wypowiadane słowa” - to jest jakiś, przepraszam, kompletny odlot rozumu świadczący o zaburzeniu elementarnych proporcji w postrzeganiu rzeczywistości. Nasi biskupi nie zauważają chociażby (lub nie chcą zauważyć), że już samo podniesienie kwestii roszczeń zahamowało agresywną, niemiecką propagandę historyczną mającą na celu wmanipulowanie Polski i Polaków we współodpowiedzialność za zbrodnie II wojny światowej z holokaustem na czele.

Oczywiście pada sakramentalne nawiązanie do listu z 1965 r. - i tym stał się ów historyczny gest we współczesnych relacjach polsko-niemieckich: narzędziem do młotkowania wszystkich poruszających niewygodne dla Berlina sprawy, domagających się rozliczeń i nie idących na lep „kiczu pojednania” na niemieckich warunkach. A nasi biskupi, wstyd powiedzieć, weszli w tę narracyjną pułapkę, jak pierwsi naiwni. Zresztą, wystarczy zwrócić uwagę na euforyczne reakcje strony niemieckiej (jakże różne od tych w 1965 r.), by zobaczyć na czyją korzyść grają takie nieprzemyślane gesty.


III. W potrzasku zwietrzałych doktryn

A zatem, na wschodzie „Kultura”, na zachodzie – list biskupów z 1965 r. Paradygmat Giedroycia i paradygmat prymasa Wyszyńskiego. Używane w charakterze mioteł zagarniających polskie aspiracje do kąta. Wszystko w atmosferze moralnego szantażu spuścizną dwóch wybitnych (tak, nawet Giedroyc, mimo wszystko) Polaków. I tak się to kotłasi w mózgownicach świeckich i duchownych elit aż po dziś dzień. Redaktor z Maisons-Laffitte krytykując umysłowy zastój polskiej inteligencji stwierdził, że rządzą nami trumny Piłsudskiego i Dmowskiego – w sensie bezkrytycznego epigonizmu potomnych. Dziś, jeśli chodzi o politykę Polski na osi wschód-zachód, rządzą raczej trumny Giedroycia i kard. Wyszyńskiego – tyle, że coś, co w określonych warunkach historycznych spełniało wymogi jakiejś racjonalnej kalkulacji, zostało w obu przypadkach na zasadzie bezrefleksyjnego automatyzmu przeniesione we współczesne, zmienione realia przez ludzi nie mających odwagi bądź wyobraźni, by odstąpić choćby na krok od dawnych „dogmatów” (lub przynajmniej poddać je twórczej reinterpretacji). Żenująca impotencja intelektualna – jeżeli jej nie przełamiemy i pozostaniemy w potrzasku zwietrzałych doktryn, nigdy nie będziemy w stanie dać adekwatnej odpowiedzi współczesnemu światu. A to długofalowo zagraża wręcz podstawom naszego wspólnotowego istnienia.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Afera paszportowa


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 38 (20.09-03.10.2017)

Pod-Grzybki 114

Przy okazji 75-lecia powstania Narodowych Sił Zbrojnych „Soros-Szechter Cajtung” postanowił powyzwierzęcać się nad Brygadą Świętokrzyską, której imieniem kieleccy radni ochrzcili rondo. Repertuar zarzutów znany: żydożerstwo, zwalczanie komunistycznych band (zwanych w „S-SC” „partyzantką”) no i przede wszystkim – dogadanie się z Wehrmachtem w obliczu zbliżających się sowietów, dzięki czemu Brygada przedostała się na zachód. I to jest grzech, którego pogrobowcy KPP nie mogą wybaczyć: zamiast dać się pozabijać i powrzucać do bezimiennych dołów śmierci, NSZ-owcy z BŚ przeżyli. W ostatniej chwili wymknęli się z łap różnych Stefanów Michników, którzy już ostrzyli sobie na nich zęby. A to reakcyjne świnie!


*

Tymczasem dowiadujemy się, że do komitetu patronującego obchodom 100-lecia odzyskania niepodległości Kancelaria Prezydenta nie zaprosiła nikogo ze Stowarzyszenia „Marsz Niepodległości” organizującego co roku największą patriotyczną demonstrację w Polsce. Generalnie nie znalazło się ani jedno miejsce dla przedstawiciela środowisk narodowych. Zaproszono natomiast Hannę Gronkiewicz-Waltz, czy „strażaka” Waldemara Pawlaka – no comments. Nie zaproszono również nikogo z organizacji kresowych – jest za to przedstawiciel niemieckiej mniejszości na Śląsku Opolskim, co zakrawa już na celową drwinę. Czyli Kresów i endecji nie było, nie ma i być nie może, a ten cały Dmowski w ogóle nie wiadomo skąd się wziął jako polski delegat na konferencji wersalskiej. Nie przeszkodziło to jednak prezydentowi Dudzie w objęciu honorowym patronatem obchodów 75-lecia NSZ, by nieco poogrzewać się w patriotycznym ciepełku. Czyli Panu Bogu świeczkę, a diabłu... gromnicę. I coś mi się wydaje, że taki będzie nowy kurs polityczny „wyemancypowanego” pana prezydenta.


*

Powyższe skrytykował ostro Rafał Ziemkiewicz. Krytyka słuszna, ale zwrócę uwagę, że jeszcze niedawno RAZ snuł wizje jakiegoś nieformalnego sojuszu pałacu prezydenckiego z... kukizowcami i środowiskami na prawo od PiS. Tymczasem Duda, zamiast na prawo, skręcił w kierunku z którego przyszedł - w stronę Unii Wolności. I tak potwierdza się stara prawda, że człowiek może wyjść z UW, lecz Unia z człowieka nie wyjdzie nigdy.


*

PSL zgłosiło projekt zachowania na stałe czasu letniego, co jest bodaj jedyną sensowną inicjatywą ludowców odkąd pamiętam. Czas zimowy (mimo, że to właśnie on jest czasem „naturalnym”) niczemu dziś nie służy, za to godzina więcej dziennego światła w okresie jesienno-zimowym – bezcenna. Przypomnę jednak, że to ja swojego czasu zwróciłem się publicznie z takim postulatem w „Pod-Grzybkach” nr 26 z października 2015r. („PN” nr 42/2015), dodając, że każdy, kto by z tej rady skorzystał ma zapewnione w wyborach kilka procent głosów więcej od wdzięcznego narodu. Jak widać, po gruntownym, niemal dwuletnim namyśle, po głosy schyliło się PSL – co nawiasem świadczy o tym, że wprawdzie nikt się nie przyzna, ale wszyscy nas czytają.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 38 (20.09-03.10.2017)

niedziela, 17 września 2017

Teutońska buta

Dla Niemiec obalenie obecnego polskiego rządu staje się kwestią palącą jak nigdy w przeciągu ostatnich dwóch lat.



I. Merkel wkracza
O teutońskiej bucie pisał już w XII w. czeski kronikarz Kosmas i na przestrzeni stuleci nic się nie zmieniło – może poza pozorami. W miejsce ordynarnej przemocy militarnej obecnie Niemcy przeszły na taktykę podboju gospodarczego i miękkiego kulturkampfu w którego ramach wzięły się za pouczanie pośledniejszych narodów odnośnie ich cywilizacyjnych zapóźnień. Cel nadrzędny oczywiście pozostaje bez zmian: podporządkowanie sobie Europy – a że obecnie główną przeszkodą na tej drodze stała się Polska, toteż właśnie nasz kraj został wytypowany do roli „chłopca do bicia”, tym bardziej, że śmieliśmy podnieść publicznie kwestię należnych nam odszkodowań za II wojnę światową, co w przypadku powodzenia tej inicjatywy uczyniłoby z dzisiejszej Rzeszy naszego lennika, wypłacającego Warszawie przez długie lata słony trybut. Niezależnie od tego, jak się ten stan rzeczy oficjalnie nazwie, sytuacja faktyczna byłaby współczesnym odzwierciedleniem zależności wasalnej – i Niemcy doskonale zdają sobie z tego sprawę.
Nic więc dziwnego, że kanclerz Merkel ni z tego, ni z owego oświadczyła, że wobec „zagrożenia praworządności” w Polsce Niemcy „nie mogą trzymać dłużej języka za zębami”. Jest to radykalne odwrócenie dotychczasowego kursu polegającego na dyskretnym trzymaniu się przez Angelę Merkel w cieniu i powstrzymywaniu się od otwartej krytyki Warszawy, by nie prowokować antyniemieckich reakcji społecznych w Polsce. Strategia ta, co wprost formułowały media za Odrą, służyć miała wzmocnieniu „polskiego społeczeństwa obywatelskiego” (czytaj – aby do opozycji zarówno partyjnej, jak i umoszczonej w „trzecim sektorze” nie przylgnęła trwale opinia V kolumny) oraz przygotowaniu gruntu pod powrót Tuska i jego przyszłe zwycięstwo wyborcze. Zatem funkcję zagończyków prowadzących antypolską wojnę hybrydową w przestrzeni polityczno-medialnej wzięli na siebie przedstawiciele UE z Timmermansem i Junckerem, niemieckie media wraz z ich polskimi filiami, tudzież zgraja nadwiślańskich folksdojczów. Jednak w momencie, gdy na porządku dziennym stanęła sprawa polskich roszczeń reparacyjnych, niemiecka kanclerz musiała jawnie wkroczyć do gry, zapowiadając „wyczerpującą” rozmowę na temat polskiej praworządności z Jeanem-Claude Junckerem. Oczywiście, gdyby nie było sprawy polskich sądów, to znalazłby się inny pretekst – chodzi tu bowiem wyłącznie o polityczne „zmłotkowanie” Warszawy, tak by rząd PiS nie ośmielił się wyciągać ręki po niemieckie pieniądze.

II. Niemiecka arogancja
Drugim młotkiem nieustająco pozostaje konflikt wokół relokacji migrantów, przy czym niemiecka prasa w zasadzie przestała już nawet ukrywać, że chodzi przede wszystkim o rozbicie etnicznej jednorodności Polski i pozostałych państw Europy Środkowej. „Sueddeutsche Zeitung” jednoznacznie stwierdza, iż państwa wzdragające się przed przyjmowaniem imigrantów powinny opuścić Unię Europejską, gdyż „ona ze swoimi podstawowymi zasadami wolności akurat nie chce jednorodnych narodów”. I nieco dalej: „Europa i jej państwa stają się coraz bardziej różnorodne. Kto tego nie chce, musi się wymeldować z Unii i się izolować”. Wreszcie dodaje z nadzieją, że w Polsce i na Węgrzech „kiedyś znów będą rządzić umiarkowane i proeuropejskie siły polityczne”. Jaśniej chyba nie można. Mamy tu demonstrację poczucia wyższości, mentorski ton pouczający kto „pasuje” do Europy a kto nie, i w końcu – nieskrywane uroszczenie do decydowania, kogo środkowoeuropejscy Hotentoci powinni sobie wybierać, tak by niemiecki hegemon był zadowolony.
W innym tekście tenże „SZ” wzywa do „ofensywnej obrony wartości UE” przed Polską i Węgrami, z kolei niemiecki historyk Gregor Schoellgen a propos odszkodowań wojennych mówi we „Frankfurter Allgemeine Zeitung” o „igraniu z ogniem”, dodając, że formą reparacji było przekazanie Polsce Ziem Zachodnich, zaś podnoszenie odszkodowań oznacza powrót do dyskusji o zachodnich granicach Polski. Jest to otwarta pogróżka, lecz oprócz buty mamy tu również i nieuctwo – tereny zachodnie i reparacje to dwie różne sprawy, poza tym w odróżnieniu od reparacji, kwestia granic Polski została uregulowana traktatowo.
„Die Welt” poza przytoczeniem (nieprawdziwych) argumentów jakoby Polska „zrzekła” się odszkodowań i łaskawym przypomnieniem faktu niemieckich zbrodni, uderza w podobny bębenek pisząc, iż „żądania reparacji wojennych zawsze prowadzą do ujemnych skutków: zawiści, nienawiści a w najgorszym przypadku do następnego konfliktu” (czyli pada zawoalowana groźba wojny). To jest zresztą stały niemiecki chwyt: przyznajemy się do „moralnej i symbolicznej odpowiedzialności”, ale od naszych pieniędzy – wara. Poza tym, w ujęciu „Die Welt”, polskie żądania są intrygą „nacjonalistycznych polityków” z Kaczyńskim i Macierewiczem na czele, pragnących odwrócić uwagę od „niszczenia trójpodziału władzy”. W ten sposób sprawa roszczeń i „polskiej praworządności” zostaje otwarcie połączona. Nic dziwnego, że Merkel nie mogła dłużej „trzymać języka za zębami”. Niemiecka gazeta podnosi również inny aspekt przewijający się w tamtejszych reakcjach: ponieważ polskie straty były „niewyobrażalne”, to ich oszacowanie jest „niemożliwością”, a poza tym „żaden kraj na świecie” nie byłby w stanie „wyrównać takich rachunków”. Doceńmy perfidię tej argumentacji: wymordowaliśmy waszą ludność i splądrowaliśmy wasz kraj w takich rozmiarach, że i tak nie bylibyśmy w stanie wam tego wynagrodzić - więc nie wynagrodzimy.
Kwestię moralności i finansów spuentował z całą bezczelnością zamieszkały we Wrocławiu prof. Klaus Bachmann, stwierdzając w Radiu Zet, że „z samej moralności nie jesteśmy w stanie nic wycisnąć w tej sprawie”, w innym miejscu cytując anonimowego niemieckiego polityka, iż polski rząd „trzeba przeczekać”, bo „następne wybory pewnie przegra i przyjdzie rząd, z którym będzie można normalnie rozmawiać.

III. Polska odpowiedź
Przytaczam te głosy po to, byśmy uświadomili sobie, że dla Niemiec obalenie obecnego polskiego rządu staje się kwestią palącą jak nigdy w przeciągu ostatnich dwóch lat. Tym bardziej, że właśnie Biuro Analiz Sejmowych opublikowało opinię (na zlecenie posła PiS Arkadiusza Mularczyka), która robi z niemieckiego stanowiska w kwestii reparacji absolutną miazgę. Rozbudowaną, 40-stronicową analizę można streścić w kilku punktach: „zrzeczenie się roszczeń” z 1953 r. było z mocy prawa nieważne, bo rząd nie miał takich konstytucyjnych prerogatyw (co za tym idzie – późniejsze „potwierdzenia” również nie mają mocy prawnej); konferencja poczdamska nie zamykała drogi do indywidualnego dochodzenia przez Polskę reparacji; powojenne Niemcy nie zawarły z Polską do tej pory żadnej umowy w tej materii (w przeciwieństwie do 12 innych krajów Europy); „Traktat 2+4” na który powołują się Niemcy w ogóle odszkodowaniami się nie zajmował, zaś Polska nie była nawet jego stroną – poza tym Niemcy również w późniejszych latach wypłacały odszkodowania różnym państwom; natomiast kwoty wypłacone dotąd Polsce (np. fundacji „Polsko-Niemieckie Pojednanie”) to zaledwie 1 proc. tego, co Niemcy wypłaciły innym krajom – nawet Izraelowi, którego podczas II wojny światowej nie było na mapie, co jest swoistym kuriozum. Innymi słowy, Niemcy nie mają za sobą żadnych poważnych prawnych argumentów poza argumentem siły i postawą „nie, bo nie”.
Kończąc, skieruję jeszcze kilka słów bezpośrednio do przywołanego tu prof. Bachmanna. Otóż z różnych względów milczeliśmy dotąd o reparacjach, ale teraz - gdy Niemcy mieszają się w nasze sprawy, a media z oczywistej inspiracji berlińskiego rządu prowadzą regularną antypolską nagonkę obliczoną na obalenie legalnych polskich władz - czas to zmienić. Jednocześnie zapewniam, że polski naród to nie są ci jurgieltnicy z którymi na co dzień się pan spotyka, dla których szczytem marzeń jest załapanie się na jakąś dobrze opłacaną niemieckimi pieniędzmi fuchę. Zatem doradzam panu i pańskim kolegom, byście przystopowali z tą teutońską butą, bo za chwilę może wyjść wam ona bokiem.

Gadający Grzyb

Na podobny temat:
„Reparacje – polska odpowiedź”
„Reparacje – polska broń atomowa”

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 37 (15-21.09.2017)


Reparacje – polska odpowiedź

Droga do dochodzenia roszczeń za II wojnę światową stoi przed Polską otworem. Mamy w ręku solidne argumenty – oby nie zabrakło woli politycznej, by ich użyć.



Opublikowana 11 września przez Biuro Analiz Sejmowych „Opinia prawna w sprawie możliwości dochodzenia przez Polskę od Niemiec odszkodowania za szkody spowodowane przez drugą wojnę światową...”, przygotowana na wniosek posła PiS Arkadiusza Mularczyka, w sposób usystematyzowany i poszerzony potwierdza podnoszące się w publicznej debacie głosy wg których Polska nigdy wiążąco nie zrzekła się niemieckich odszkodowań za II wojnę światową. Dotyczy to także deklaracji rządu PRL z 23 sierpnia 1953 r., na co zwróciłem uwagę niedawno na tych łamach w felietonie „Czy Polska faktycznie zrzekła się reparacji?”, powołując się m.in. na pochodzące z 2005 r. ustalenia zespołu powołanego przez ówczesnego prezydenta Warszawy, Lecha Kaczyńskiego oraz wyniki kwerendy w Sekretariacie ONZ przeprowadzonej przez Grzegorza Kostrzewę-Zorbasa w 2014 r.
Tak się szczęśliwie złożyło, że niedawno własną analizę przedstawiła również Służba Naukowa Bundestagu na zlecenie wiceprzewodniczącego tej izby niemieckiego parlamentu, Johannesa Singhammera – możemy więc sobie porównać argumentację obu stron. Co tu ukrywać, konfrontacja ta wypada dla Niemiec miażdżąco.
Strona niemiecka podnosi m.in., że polskie roszczenia utraciły moc wskutek przedawnienia i milczącej rezygnacji z ich dochodzenia na przestrzeni minionych dziesięcioleci. Nie jest to prawda. Po pierwsze, prawo międzynarodowe nie przewiduje przedawnienia w stosunku do zbrodni wojennych oraz zbrodni przeciwko ludzkości, a także przedawnienia roszczeń z tytułu tychże. Dalej, postanowienia z Poczdamu wedle których Polska miała być zaspokojona z sowieckiej części odszkodowań nie zawierają żadnej przeszkody dla indywidualnego dochodzenia przez Polskę dalszych roszczeń bezpośrednio od Niemiec. Powyższe znalazło potwierdzenie w 1947 r. na konferencji wiceministrów spraw zagranicznych w Londynie, kiedy to zastrzegliśmy sobie prawo „przedłożenia dalszych konkretnych wniosków w tym przedmiocie”. Również podczas XXI i XXII sesji Komisji Praw Człowieka ONZ polski przedstawiciel zwracał uwagę na dyskryminujące ustawodawstwo RFN pozbawiające polskich obywateli odszkodowań. Po wojnie umowy regulujące te kwestie RFN zawarła z 12 państwami europejskimi – jednak nie z Polską (inaczej niż w 1929 r. kiedy to zawarliśmy z Niemcami umowę regulującą te sprawy w odniesieniu do I wojny światowej – po II wś. analogicznego aktu zabrakło). Dodatkowo, wg IV Konwencji Haskiej z 1907 r. państwo prowadzące wojnę odpowiada za każdy czyn osoby wchodzącej w skład jego sił zbrojnych – w odniesieniu do Polski Niemcy nie wywiązały się ze swej odpowiedzialności.
Inny niemiecki argument, dotyczący deklaracji rządu PRL z 1953 r., również zostaje obalony oczywistym stwierdzeniem, że na gruncie ówczesnej konstytucji z 1952 r. rząd nie miał prawa zaciągać na Polskę żadnych międzynarodowych zobowiązań – ratyfikacja i wypowiadanie traktatów należały bowiem do prerogatyw Rady Państwa (ale, dodam od siebie, traktatów, nie zaś składania wiążących na gruncie prawnomiędzynarodowym deklaracji!). Ponadto, ów polityczny gest dotyczył jedynie NRD i złożony został w warunkach ewidentnej niesamodzielności ówczesnego państwa polskiego. Należy też przypomnieć, iż 15 proc. z odszkodowań ZSRR jakie miało być naszym udziałem jest mocno problematyczne, jako że w zamian władze PRL zobowiązywały się do stałych dostaw węgla po preferencyjnych cenach – zatem rzekome „odszkodowania” nie były świadczeniem nieekwiwalentnym, co stawia pod znakiem zapytania ich naturę.
Na koniec, sprawa podnoszonego przez stronę niemiecką „Traktatu 2+4” z 1990 r., mającego ostatecznie „zamykać” rozdział II wojny światowej. Otóż wedle opinii BAS, zagadnienie reparacji i odszkodowań wojennych w ogóle nie było w nim podnoszone, co więcej – Polska nie była stroną owego porozumienia. Wobec powyższego, Biuro Analiz Sejmowych przypomina Konwencję Wiedeńską o Prawie Traktatów z 1969 r. wg której zapis danej umowy rodzi obowiązek dla państwa trzeciego (w tym wypadku Polski) jedynie wówczas, gdy strony traktatu wyrażą taką wolę, a państwo trzecie wyraźnie na piśmie ów obowiązek przyjmie. Innymi słowy – RFN, NRD, USA, Wlk. Brytania, Francja i ZSRR winny były oznajmić, iż „Traktat 2+4” oznacza się zrzeczenie przez Polskę roszczeń wobec Niemiec, zaś Polska pisemnie musiałaby to potwierdzić. Nic takiego nie miało miejsca.
Biorąc pod uwagę powyższe, droga do dochodzenia roszczeń za II wojnę światową stoi przed Polską otworem – tym bardziej, że jedyne co przekazały nam do tej pory Niemcy, to 100 mln. marek jednorazowej pomocy w 1972 r. na rzecz ofiar zbrodniczych eksperymentów medycznych oraz 731.843.600 zł. wypłaconych przez fundację „Polsko-Niemieckie Pojednanie” nieco ponad milionowi robotników przymusowych, co daje 689,97 zł. „na głowę” - ot, taki jednorazowy zasiłek nijak mający się do rzeczywistych rozmiarów polskich strat materialnych i ludzkich. Krótko mówiąc, mamy w ręku solidne argumenty – oby nie zabrakło woli politycznej, by ich użyć.

Gadający Grzyb

Na podobny temat:
„Reparacje – polska broń atomowa”

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 37 (15-27.09.2017)


piątek, 15 września 2017

Reparacje – polska broń atomowa

Prawo jest po naszej stronie. Nie zawahajmy się go użyć – bo w końcu, jak nie teraz, to kiedy?



I. Papierowy „Tygrys” Bundestagu
Nie ma co – na wieść o samej możliwości zgłoszenia przez Polskę roszczeń odszkodowawczych za II wojnę światową Niemcom powiało po tyłku nieprzyjemnym chłodem. Przecież nie tak miało być – obszar Europy Środkowej stanowić miał jako Mitteleuropa gospodarczo-polityczne zaplecze dla niemieckiej hegemonii na kontynencie, Polska zaś w tym układzie winna pozostawać swoistą „perłą w koronie” - niczym Indie u szczytu kolonialnej potęgi Wielkiej Brytanii. Tymczasem ewentualny sukces Polski przed np. „sądem państw” (czyli ONZ-owskim Międzynarodowym Trybunałem Sprawiedliwości w Hadze), wywracałby ten układ do góry nogami – to Niemcy spętane liczoną w setkach miliardów (może nawet w bilionach) euro kontrybucją, stałyby się de facto naszym lennikiem. Słowem, sytuacja z berlińskiego punktu widzenia nie do odwrócenia bez uciekania się do wojny, co oznaczałoby z kolei niemieckie zbrojenia na miarę Hitlera – to zaś w obecnych warunkach nie byłoby możliwe, no chyba, że znów znaleźliby się hojni sponsorzy z wiadomych kręgów, niczym finansowi opiekunowie wujka Adolfa z lat trzydziestych XX wieku. Póki co jednak, taki scenariusz jest mało realny, czemu przy okazji „zagrożenia praworządności” dał wyraz niemiecki eurodeputowany Elmar Brok melancholijnie stwierdzając: „przecież nie możemy wjechać czołgami do Polski”.
Wobec powyższego, Niemcy postanowiły wystawić na wszelki wypadek papierowego „Tygrysa” – w miejsce historycznego imiennika chrzęszczącego gąsienicami i straszącego lufą kaliber 88 mm. Mowa o analizie wysmażonej w ekspresowym tempie przez Służbę Naukową Bundestagu na zlecenie wiceprzewodniczącego Bundestagu Johannesa Singhammera. Warto tu zwrócić uwagę na pewną dysproporcję. Przypomnę, że u nas o podobną ocenę zwrócił się do Biura Analiz Sejmowych szeregowy poseł Arkadiusz Mularczyk i kwestia ponoć okazała się „zbyt skomplikowana”, by rozwikłać ją do tej pory. A Niemcy? Reaguje druga osoba w parlamencie - zamawiasz i masz, w ciągu kilku dni, od ręki. (przypis – ze względu na cykl wydawniczy tygodnika artykuł powstawał jeszcze przed publikacją opinii Biura Analiz Sejmowych, która ukazała się 11 września 2017 r. - GG).
Jak można się było spodziewać, dokument Bundestagu jednoznacznie oddala polskie hipotetyczne roszczenia (piszę „hipotetyczne”, bo wszak są one u nas wciąż przedmiotem publicznych dywagacji, nie zaś konkretnych posunięć prawno-dyplomatycznych) – czemu ochoczo przyklasnęła rodzima V kolumna złożona z medialnych, politycznych tudzież naukowych folksdojczów i jurgieltników. Wszystko na zasadzie: skoro Berlin przemówił, to sprawa jest rozstrzygnięta - Berlin locuta, causa finita. Czyżby?

II. Polska nie zrzekła się reparacji!
Zrelacjonujmy pokrótce stanowisko Berlina. Otóż po pierwsze, odnosząc się do słynnej deklaracji rządu PRL z 1953 r. o zrzeczeniu się roszczeń wobec NRD, dowiadujemy się, iż Polska Rzeczpospolita Ludowa była państwem „suwerennym”, zaś jej decyzje są „wiążące”. Rymuje się to z wcześniejszą wypowiedzią zastępczyni rzecznika niemieckiego rządu Ulrike Demmer z 2 sierpnia 2017, kiedy to stwierdziła, że rezygnacja z roszczeń dotyczyła „całych Niemiec”. Kolejna rzecz, to potwierdzenia deklaracji z 1953 r., jakie padły ze strony Polski w 1970 i 2004 r. oraz brak podejmowania kwestii reparacji na przestrzeni minionych dziesięcioleci, co świadczyć ma o „rezygnacji” Polski z odszkodowań. Mamy również stwierdzenie o przedawnieniu polskich roszczeń. Argumentem koronnym natomiast ma być „Traktat 2+4” z 1990 r. umożliwiający zjednoczenie Niemiec i ponoć ostatecznie zamykający etap II wojny światowej. Innymi słowy, Niemcy Zachodnie dokonując za zgodą USA, ZSRR, Wielkiej Brytanii i Francji anschlussu NRD, „odziedziczyły” w spadku po niej dobrodziejstwo braku konieczności wypłacania odszkodowań Polsce.
Na pozór brzmi to logicznie i wiarygodnie. Tyle, że to g... prawda. Nic nie jest rozstrzygnięte, zaś analiza organu Bundestagu świadczy jedynie o braku realnych argumentów. Wszystkie powyższe elukubracje mają na celu jedynie rozmydlenie sedna sprawy.
Zacznijmy od deklaracji z dn. 23 sierpnia 1953 r. Faktycznie, rząd PRL zrzekał się w niej dalszych odszkodowań. Uprzednio pobieraliśmy je za pośrednictwem ZSRR na podstawie „Umowy o wynagrodzeniu szkód” z 16 sierpnia 1945 r. - za co „w podzięce” płaciliśmy ZSRR haracz m.in. w postaci obowiązkowych dostaw węgla zarzynających naszą powojenną gospodarkę. Jednak 22 sierpnia 1953 r. ZSRR i NRD zawarły układ w którym ZSRR rezygnował z pobierania reparacji – a dzień później, w niedzielny wieczór, Bierut zwołał nadzwyczajne posiedzenie władz owocujące wspomnianym oświadczeniem. Teoretycznie wszystko jest jasne - zrzekliśmy się rekompensat, sprawa zamknięta.
Problem w tym, że w świetle ówczesnej konstytucji ani rząd, ani Rada Państwa nie miały prawa wydać takiej deklaracji. Artykuł 25 p.7 głosił jedynie, iż Rada Państwa (forma kolegialnej „prezydentury”) „ratyfikuje i wypowiada umowy międzynarodowe” - w całej PRL-owskiej konstytucji nie ma ani słowa o jednostronnych deklaracjach zaciągających (czy to przez „rząd”, czy to przez „Radę Państwa”) na Polskę zobowiązania międzynarodowe, w rodzaju oświadczenia z 23 sierpnia 1953 r. Wspomniana deklaracja zatem była rażącym deliktem konstytucyjnym i jako taka jest od początku nieważna - nie niesie za sobą żadnych skutków prawnych, nawet w „porządku prawnym” PRL! Jest to sytuacja podobna jak z dekretem o stanie wojennym, kiedy to Rada Państwa również przekroczyła swoje konstytucyjne prerogatywy – bo nie miała prawa wydawać dekretów z mocą ustawy podczas trwającej sesji Sejmu. Co za tym idzie, wszelkie późniejsze „potwierdzenia” na jakie powołuje się Służba Naukowa Bundestagu (wiceministra spraw zagranicznych Józefa Winiewicza podczas negocjacji układu PRL-RFN z 1970 r. oraz rządu III RP z 2004 r.) również nie mają żadnej mocy prawnej. Czyli - na gruncie prawa międzynarodowego do niczego się nie zobowiązaliśmy.
Więcej – rząd PRL zaniechał wysłania oficjalnej noty do rządu NRD w powyższej sprawie, co odkrył podczas kwerendy po rządowych archiwach powołany przez prezydenta Warszawy śp. Lecha Kaczyńskiego zespół przygotowujący drugą część raportu o stratach wojennych Warszawy (dziwnym trafem, owa druga część, skupiająca się na zagadnieniach prawnych związanych z odszkodowaniami, jest nie do znalezienia w internecie). A zatem, rzekome zrzeczenie się przez Polskę reparacji nie ma żadnego odzwierciedlenia w układach bilateralnych. Inaczej mówiąc, to wszystko było „na gębę”. Z kolei Grzegorz Kostrzewa-Zorbas w 2014 r. odkrył, iż deklaracja władz PRL z 23 sierpnia 1953 r. nie została zarejestrowana w Sekretariacie ONZ. I tu już Niemcom robi się konkretnie mokro, bo na akty prawnomiędzynarodowe nie notyfikowane przy ONZ nie można się powoływać podczas postępowań przed organami Organizacji Narodów Zjednoczonych – a takim jest Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości w Hadze do którego należałoby ostateczne rozstrzygnięcie.
Cóż więc pozostaje Niemcom? Mogą się powoływać na bierność kolejnych rządów PRL i III RP oraz na „przedawnienie”. Tyle, że w prawie międzynarodowym nie ma sztywno zdefiniowanej instytucji przedawnienia. Jeżeli już, to ma ono formę niedookreślonego prawnie zwyczaju, ale tu ocena, czy zaszło owo niby-przedawnienie i czy Polska zrzekła się roszczeń poprzez zaniechanie, należy do trybunału w Hadze - a ten może równie dobrze orzec na naszą korzyść, jak i Niemców. Lecz by to sprawdzić, należy wnieść tam stosowny, dobrze przygotowany i udokumentowany pozew.
No i wreszcie kwestia „Traktatu 2+4”. Ów traktat był taką bardziej cywilizowaną formą Jałty – dopuszczono nas jedynie do rozmów odnośnie polskich granic. Polska nie miała możliwości podjęcia w procesie negocjacyjnym odszkodowań wojennych. Rząd Mazowieckiego z ministrem Skubiszewskim zresztą nawet tego nie próbowali – i tu, paradoksalnie, ich tchórzostwo wychodzi nam dziś na dobre, bo możemy powiedzieć, że decyzje zostały podjęte bez naszego udziału i ponad naszymi głowami. To, co USA, ZSRR, Wlk. Brytania i Francja sobie uzgodniły z Niemcami – to ich sprawa. My, jeśli chodzi o reparacje, do niczego się nie zobowiązaliśmy.

III. Polska broń atomowa
Konkludując – nigdy i niczego nie zrzekliśmy się w sposób wiążący na gruncie prawa międzynarodowego. Ani w PRL, ani w III RP. Natomiast Niemcy, owszem, jak najbardziej traktatowo zgodziły się na obecne polskie granice. I tu jest ten haczyk z którego Berlin zdaje sobie sprawę, dlatego tak nerwowo oznajmia raz za razem, że sprawa reparacji jest „ostatecznie załatwiona” - jak raczył niedawno oznajmić rzecznik niemieckiego rządu Steffen Seibert. Jeśli zatem Niemcy uruchamiają dziś papierowego „Tygrysa” i grożą równie papierową „bombą atomową” w postaci uruchomienia wobec Polski artykułu 7 Traktatu Lizbońskiego („nie możemy trzymać języka za zębami” - te słowa Merkel są ewidentną reakcją na podniesienie przez nas sprawy reparacji) – to wiedzmy, że w odróżnieniu od przeciwników, mamy na podorędziu prawdziwą bombę. Prawo jest po naszej stronie. Nie zawahajmy się go użyć – bo w końcu, jak nie teraz, to kiedy?

Gadający Grzyb

Na podobny temat:

Czy Polska faktycznie zrzekła się reparacji?

Od reparacji do „polexitu”

Zbrodnie niemieckiego kolonializmu

Namibia, a sprawa polska

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/
Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 37 (13-19.09.2017)


Pod-Grzybki 113



Die Tageszeitung” wysłał do Polski swojego korespondenta, by ten zbadał nową formę życia, znaną u nas pod kryptonimem „Ryszard Petru”. Wyniki badań są zaiste wstrząsające: okazuje się, iż Ryszard Petru to „kompetentny ekspert gospodarczy i ambitny polityk, który szybko myśli i mówi”. Przypomnę, mówimy o tym samym „ekspercie”, który nie odróżnia procentów od punktów procentowych i słynie z różnych odkrywczych rewelacji historycznych. Cóż, istnieje teoria mówiąca, że sam proces obserwacji wpływa na obserwowany obiekt, zatem niewykluczone, iż to właśnie pod wpływem spotkania z niemieckim badaczem Petru nagle nabrał polotu, ostrości i wigoru intelektualnego – inaczej tego fenomenu wyjaśnić nie sposób, bo to przecież niemożliwe, by słynąca z rzetelności niemiecka gazeta wciskała ludziom kit, nieprawdaż?

*
Na dodatek, niemiecki uczony zwraca uwagę na „głęboki, monotonny głos”, który „zmusza słuchacza do wzmożonej uwagi”. O tak, jeśli chodzi o mnie, to zawsze słucham Ryszarda Petru ze wzmożoną uwagą, podobnie jak pół narodu – w końcu darmowa uciecha, jakiej nam wszystkim pan Ryszard dostarcza za każdym razem gdy tylko otworzy usta, jest w tych smutnych i niebezpiecznych czasach nie do pogardzenia.

*
Inna forma życia sejmowego, czyli poseł Michał Szczerba raczył się wyjęzyczyć, iż „1 września ŚWIĘTUJEMY napad Niemiec na Polskę”. To nic nowego – podobne freudowskie przejęzyczenie przytrafiło się reporterce TVN24 podczas pamiętnych obchodów na Westerplatte 1 września 2009 r. z udziałem Putina i Merkel. Wtedy też, wedle jej relacji, „europejscy przywódcy” pojawili się w Polsce, by „świętować” rocznicę wybuchu II wojny światowej. I ja sądzę, że oni w głębi ducha naprawdę tak uważają – w końcu, jak by nie patrzeć, byliśmy wówczas przez 5 lat członkami Europy zjednoczonej pod panowaniem Niemiec. I gdyby nie pechowy przebieg wojny, wszyscy mówilibyśmy dziś po niemiecku, a może nawet nosilibyśmy tak urokliwe nazwiska, jak pani Róża von Wurst und Schmaletz.

*
Nagłówek z internetu: „Serena Williams urodziła. Znamy płeć dziecka”. Też mi sensacja. Sensacją byłoby, gdybyśmy poznali płeć Sereny...

*
Z gospodarki: jak donoszą media, działające w Polsce banki ochoczo inwestują w rządowe obligacje, bo te - w przeciwieństwie do akcji kredytowych - nie są objęte „podatkiem bankowym”. I już wiadomo, dlaczego nie wolno było ruszać kredytów frankowych - bo banki muszą mieć pieniądze na wykupywanie papierów skarbowych. Frankowicze z pewnością czują się dowartościowani, że z ich haraczy finansowana jest „dobra zmiana” i plan Morawieckiego.

*
Ustępujący ambasador Holandii obraził Węgry, przyrównując rząd Orbana do terrorystów z ISIS. W odpowiedzi rząd Węgier zawiesił stosunki dyplomatyczne z Holandią na szczeblu ambasadorskim, odwołując swojego przedstawiciela do kraju „na konsultacje”. I tak właśnie należy postępować. A ja mam pytanie: kiedy wreszcie polski rząd uzna Fransa Timmermansa za persona non grata?
Gadający Grzyb

„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 37 (13-19.09.2017)