Pokazywanie postów oznaczonych etykietą BIT. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą BIT. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 15 grudnia 2019

Polskie państwo dobrobytu – mrzonki, czy realny projekt?

Póki co, wciąż w znacznej mierze mamy państwo-wydmuszkę: słabe wobec silnych i silne wobec słabych.

I. Trzy warunki zaistnienia państwa dobrobytu

„Nasz cel, to polskie państwo dobrobytu” - ogłosił z trybuny sejmowej Mateusz Morawiecki podczas swojego expose. Zapowiedź ta była kontynuacją jednego z naczelnych haseł kampanii wyborczej – pytanie tylko, czy rząd zdaje sobie sprawę, iż realizacja tego programu musi oznaczać głęboką zmianę funkcjonowania państwa i radykalną przebudowę całego systemu gospodarczego odziedziczonego po 30 latach III RP. To zaś z kolei nieuchronnie prowadzi do otwarcia szeregu kolejnych frontów, zwłaszcza z gospodarczym establishmentem – i to nie tylko polskim, lecz również zagranicznym. Czy zatem Polskę stać na powszechny dobrobyt?

Odpowiedź brzmi – owszem, ale po spełnieniu kilku kluczowych warunków. Prosta redystrybucja w ramach obecnego modelu wyczerpała już swoje możliwości. Dzięki częściowemu uszczelnieniu ściągalności podatków i dobrej koniunkturze udało się zrealizować program „500+” oraz sfinansować trzynastą emeryturę, tudzież szereg innych świadczeń. Ale tutaj doszliśmy już do ściany, powstaje więc pytanie - co dalej? Sądzę, że receptę można sprowadzić do trzech zasadniczych punktów: 1) wybicie się na podmiotowość gospodarczą; 2) przemodelowanie obecnego, skrajnie niesprawiedliwego systemu podatkowego; 3) redukcja społecznych nierówności. Bez tego nie ruszymy.


II. Suwerenność gospodarcza

Przede wszystkim, należy sobie uzmysłowić, że „polskiej wersji państwa dobrobytu” nie da się urzeczywistnić bez odzyskania gospodarczej suwerenności. A z tym, wbrew pozorom, jest kiepsko – wciąż pozostajemy bowiem państwem-podwykonawcą, rynkiem zbytu i zagłębiem taniej siły roboczej (dziś uzupełnianej dodatkowo rzeszami gastarbeiterów z Ukrainy i Azji). To zaś sprawia, że wciąż tkwimy w neokolonialnej „pułapce średniego rozwoju”, charakteryzującej się m.in. tym, że wzrost gospodarczy słabo przekłada się na poprawę zamożności społeczeństwa.

I tutaj pojawia się ogromny słoń w menażerii, o którym mało kto wie i jeszcze mniej się mówi. To ok. 60 umów BIT (Bilateral Investment Treaties), czyli „dwustronnych umów o wzajemnym popieraniu i ochronie inwestycji” łączących nas z szeregiem państw. Były one zawierane głównie na przełomie lat '80 i '90, kiedy to rozpaczliwie próbowaliśmy ściągnąć do Polski zagraniczny kapitał i co za tym idzie – godziliśmy się na skrajnie niekorzystne rozwiązania, byle tylko ktokolwiek chciał u nas inwestować. W umowy te wmontowany jest mechanizm ISDS (Investor-to-State Dispute Settlement) pozwalający prywatnemu inwestorowi pozywać państwo przed międzynarodowy arbitraż i domagać się grubych odszkodowań, jeśli tylko ów inwestor uzna, że kraj-gospodarz narusza jego interesy. Co więcej, zagraniczna firma może pozwać państwo nie tylko z tytułu już poniesionych, konkretnych strat, lecz również utraty czysto subiektywnie wyliczonych, przyszłych zysków. Jak pokazują liczne przykłady ze świata (bo nie jest to jedynie polska specyfika), ISDS w praktyce wyłącza międzynarodowe koncerny spod miejscowej jurysdykcji, zaś widmo gigantycznych, idących często w miliardy dolarów odszkodowań skutecznie odstrasza państwa od wprowadzania regulacji mogących choćby potencjalnie zagrozić wielkim korporacjom. Zjawisko to określane jest jako „chilling effect” („efekt mrożący”). W Polsce przerobiliśmy to niedawno, kiedy zagraniczne banki przy wsparciu swych ambasad zagroziły pozwami w przypadku uchwalenia ustawy regulującej kwestię łże-kredytów frankowych. Ustawy nie ma po dziś dzień – ot, „efekt mrożący” w działaniu.

Powyższe rozciąga się również na problem skutecznego opodatkowania międzynarodowych koncernów, wyprowadzających „prawem i lewem” zyski liczone w ciężkich miliardach rocznie w ramach tzw. agresywnej optymalizacji podatkowej. Jak łatwo zauważyć, oznacza to uprzywilejowanie zagranicznych inwestorów względem polskich przedsiębiorców oraz sprawia, że rząd zmuszony jest łatać powstałą lukę podatkową z jednej strony zadłużając się, a z drugiej - przerzucając gros obciążeń podatkowych na własnych obywateli. Bez rozwiązania tej patologii nie ma co marzyć o „państwie dobrobytu” - tak więc, należy przede wszystkim skończyć z umowami BIT. Co więcej, na początku 2016 r. były takie plany – ale bardzo szybko je zarzucono. Osobnym problemem jest polityczne uzależnienie od obcych stolic – wystarczy sobie przypomnieć interwencje ambasador Mosbacher na rzecz amerykańskiego biznesu, czy wiceprezydenta Mike'a Pence'a, który wymusił na polskim rządzie rezygnację z podatku cyfrowego od działających w Polsce firm technologicznych typu Google, Facebook, Amazon czy Uber.


III. Podatki i nierówności społeczne

Kolejna sprawa, to postawione na głowie podatki. W Polsce mamy regresywny system podatkowy, powodujący iż osoby mniej zamożne odprowadzają do budżetu państwa proporcjonalnie większą część swych dochodów, niż zamożniejsza część społeczeństwa. Dzieje się tak za sprawą podatków pośrednich (VAT i akcyza) płaconych przez konsumentów przy każdych zakupach (proponuję przejrzeć pod tym kątem sklepowe paragony), ale nie tylko. Narzuty podatkowe na pracę, mimo formalnej progresji podatku dochodowego, również w większym stopniu obciążają mniej zarabiających. Dlaczego? Otóż od pewnego pułapu dochodów opłaca się przejść w Polsce na tzw. samozatrudnienie – czyli otworzyć jednoosobową działalność gospodarczą opodatkowaną liniowo (19 proc.) i obłożoną ryczałtowym ZUS-em. W ten sposób dorobiliśmy się np. zjawiska „prezesów na śmieciówkach” - prezes wielkiej firmy formalnie nie jest jej pracownikiem, tylko podmiotem zewnętrznym, świadczącym na jej rzecz „usługi zarządzania”. I znów: rząd całkiem niedawno zapowiadał wprowadzenie „testu przedsiębiorcy”, mającego zlikwidować plagę fikcyjnego samozatrudnienia, ale czegoś się wystraszył... Z drugiej strony, na samozatrudnienie wypychani są również pracownicy o najsłabszej pozycji rynkowej, co pozwala pracodawcy „optymalizować koszty” (słynna sprawa kurierów, formalnie prowadzących „własną działalność” jako kooperanci firm dostawczych). Do tego można jeszcze doliczyć wciąż powszechną plagę „umów śmieciowych”, skutkującą przyszłymi głodowymi emeryturami i brakiem zabezpieczeń socjalnych czy regresywne opodatkowanie kapitału (mniejsze firmy płacą relatywnie większe podatki niż wielkie korporacje)... Długo by wymieniać.

W efekcie, Polska wbrew oficjalnym statystykom GUS-u, należy do europejskiej czołówki jeśli chodzi o rozwarstwienie społeczne. GUS swoje dane opiera na metodzie ankietowej – czyli fikcji, bo raz, że ankieterowi trudno trafić do przysłowiowych „Kulczyków”, a dwa – bo respondenci mogą powiedzieć co chcą. Tymczasem z badań biorących pod uwagę dane podatkowe wyłania się obraz bantustanu – wąska elita najbogatszych, cienka warstwa klasy średniej i cała reszta społeczeństwa żyjącego z dnia na dzień. 1 proc. najbogatszych zarabia tyle, co dolna 1/3 Polaków łącznie, a do górnych 10 proc. trafia 40 proc. ogólnych przychodów w skali kraju – inaczej mówiąc, do 90 proc. polskiego społeczeństwa trafia jedynie 60 proc. wypracowywanych w Polsce przychodów. Pokrywa się to z danymi dotyczącymi wynagrodzeń – poniżej średniej krajowej zarabia 2/3 Polaków, a najczęściej wypłacane wynagrodzenie (dominanta) oscyluje od lat wokół najniższej krajowej. Dlatego należy kibicować rządowi, by nie zbrakło mu determinacji w realizacji programu radykalnej podwyżki płacy minimalnej.


*

Państwo dobrobytu, to z jednej strony pieniądze w kieszeniach obywateli (a więc godziwe zarobki), z drugiej zaś – usługi publiczne (m.in. służba zdrowia, edukacja, transport publiczny) na cywilizowanym poziomie – tu zaś potrzebne są wpływy budżetowe. Zatem bez rozwiązania zarysowanych tu problemów o państwie dobrobytu trudno marzyć – a to oznacza naruszenie szeregu interesów bardzo wpływowych grup czerpiących korzyści z obecnego stanu rzeczy. Póki co, wciąż w znacznej mierze mamy państwo-wydmuszkę: słabe wobec silnych i silne wobec słabych.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Czeski rynek pracownika – jak zrobili to nad Wełtawą?

Prawica-lewica: dialog i wojna

Regionalna płaca minimalna – a regionalne ceny?

Koniec „Bangladeszu Europy”

Kaczyński sięga do „głębokich kieszeni”

Polacy dziadami Europy

Bangladesz Europy

Wyższe płace są możliwe

Wyższe płace są konieczne

Jak nierówna jest Polska?

Koniec prezesów na śmieciówkach?

Regresywny system podatkowy, czyli śmierć frajerom!

Podatek od nędzy

Janusze biznesu

Chcemy niewolników!

Dywidenda obywatelska – eksperyment czy konieczność?

Koniec Bantustanu?

„Koniec z BIT's? Nareszcie!”

„ISDS, czyli korpo-dyktat”

Polska – kraj migracyjny


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 50 (13-19.12.2019)

czwartek, 7 marca 2019

Frankowe przepychanki

Problem „kredytów frankowych” wręcz krzyczy o systemowe rozwiązanie, tak jak zrobiono to w innych krajach. To zwyczajnie kwestia elementarnej praworządności.

Od kilku dni znów narasta gęsta atmosfera wokół tzw. kredytów frankowych. 19 lutego ambasady Niemiec, Austrii, Hiszpanii i Portugalii wystosowały wspólny list do Andrzeja Szlachty, przewodniczącego sejmowej komisji finansów publicznych, w którym przestrzegają przed przyjęciem ustawy frankowej. Autorzy pisma nie ukrywają, że zostali zaalarmowani w tej sprawie przez banki, pisząc: „Banki wyraziły wobec nas obawy, że z projektem legislacyjnym może się wiązać ryzyko naruszenia fundamentalnych zasad prawa UE”, dalej podnosząc m.in. kwestię kosztów mających sięgać miliardów złotych rocznie, a także okoliczność, iż obowiązkowe wpłaty na rzecz planowanego, kontrolowanego przez państwo funduszu restrukturyzacyjnego, mające stanowić odsetek od ich portfela kredytowego, mogą zostać uznane za „wywłaszczenie”. Tu przypomnijmy, iż procedowany projekt ustawy zakłada, że banki swoje „wkłady” do funduszu mogłyby odzyskać po przewalutowaniu kredytów na złotówki, co ma je „zachęcić” do negocjacji z frankowiczami. W związku z tym, piszą dyplomaci, „spółki dominujące banków, które zainwestowały w Polsce, mogłyby na podstawie dwustronnych umów inwestycyjnych (BIT) rozważać wystąpienie z pozwem” (cyt. za wPolityce.pl). Z kolei, jak podał „Dziennik Gazeta Prawna”, Raiffeisen Bank rozesłał list m.in. do prezydenta Andrzeja Dudy, premiera Mateusza Morawieckiego oraz prezesa NBP Adama Glapińskiego, w którym ostrzega, iż będzie domagał się rekompensat za spodziewane „szkody”.

Krótko mówiąc, mamy do czynienia z niedwuznacznymi pogróżkami, choć trzeba przyznać, że sformułowanymi bardziej dyplomatycznie, niż słynny list ambasador Mosbacher w obronie TVN. Na marginesie – to aż niewiarygodne, że przez tyle lat pozwalaliśmy sobie wmawiać, że „kapitał nie ma narodowości”. Jak się okazuje, ma i to bardzo konkretną, a gdy zachodzi potrzeba potrafi zaprząc do obrony swych interesów służby dyplomatyczne – najbardziej bowiem na ustawie ucierpiałyby właśnie banki zagraniczne z wymienionych na wstępie krajów. Druga rzecz, to wciąż nie rozwiązany problem umów BIT (na ich likwidację naciska nawet KE) zawierających procedurę ISDS pozwalającą pozywać zagranicznemu inwestorowi państwo przed międzynarodowy arbitraż na praktycznie dowolną kwotę (wystarczy, że banki wylicza sobie księżycowe „straty”, jak to miało miejsce przy poprzednich projektach ustaw frankowych). Jest to permanentny miecz Damoklesa wiszący nad głową rządu, dający o sobie znać przy różnych okazjach – pozwami grożą też np. zagraniczne koncerny medialne, ilekroć powraca sprawa dekoncentracji mediów.

Kolejna kwestia, to lobbying Związku Banków Polskich, postulującego ograniczenie zmian jedynie do Funduszu Wsparcia Kredytobiorców (czyli w praktyce, pożyczek na spłatę kredytów frankowych). Co więcej, z uczestnictwa w pracach sejmowej komisji wycofało się reprezentujące klientów stowarzyszenie „Stop Bankowemu Bezprawiu”. Wedle relacji stowarzyszenia, podczas posiedzenia komisji przewodniczący Andrzej Szlachta nie dopuszczał jego przedstawicieli do głosu – w przeciwieństwie do ZBP oraz Konfederacji Lewiatan. Jak już informowałem na tych łamach, frankowicze jednak nie odpuszczają i przygotowują pozew zbiorowy przeciw Skarbowi Państwa – jak na ironię wykorzystując zalecenie Jarosława Kaczyńskiego, by kredytobiorcy „brali sprawy we własne ręce” i dochodzili sprawiedliwości w sądach.

Jest tajemnicą poliszynela, że PiS-owi w sprawie problemu frankowego „wychłódło”, kiedy okazało się, że frankowicze są w większości zwolennikami opozycji (głównie PO – 29 proc., na PiS głosuje jedynie 19 proc. frankowiczów - sondaż Kantar dla Instytutu Jagiellońskiego). Jest to o tyle zdumiewające, że PiS-owi można co najwyżej zarzucić bierność i stopniowe łagodzenie kolejnych projektów ustaw, podczas gdy Platforma nie dość, że kompletnie ignoruje temat, to podczas swych rządów aktywnie przeciwdziałała rozwiązaniu problemu na forum międzynarodowym. Przypomnijmy, że kiedy Sąd Najwyższy Węgier skierował sprawę kredytów frankowych do Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości w Luksemburgu, rząd Ewy Kopacz wystosował pismo straszące zapaścią sektora bankowego – zachował się więc niczym branżowy lobbysta. Złośliwie powiem, że takie preferencje polityczne ugruntowują wizerunek frankowiczów, jako lemingów z „Miasteczka Wilanów”, którzy uważają, że PiS to „obciach”, bo tak usłyszeli w TVN-ie.

Niezależnie jednak od tego, co można sądzić o frankowiczach, problem wręcz krzyczy o systemowe rozwiązanie, tak jak zrobiono to w innych krajach (i systemy bankowe jakoś się nie zawaliły). To zwyczajnie kwestia elementarnej praworządności – są dalece posunięte wątpliwości co do samej natury i legalności produktu, umowy zawierane z klientami są najeżone klauzulami abuzywnymi, co znajduje potwierdzenie w kolejnych wyrokach sądowych, wreszcie – w wielu przypadkach owe „kredyty” są nie do spłacenia, co czyni je, cytując klasyka, „nowoczesną formą niewolnictwa”. To chyba wystarczające powody, nieprawdaż?


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Frankowicze kontra Skarb Państwa

Kredyty frankowe – granda i bezradność

Kurs sprawiedliwy – dla wszystkich!

Kontratak banksterów

Kontratak banksterów – c.d.


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 09 (01-07.03.2019)

niedziela, 24 września 2017

Koniec bantustanu?

Inwestorzy będą musieli przyzwyczaić się do myśli, że nie jesteśmy już europejskim bantustanem wyznaczonym do roli jednego z obszarów kolonialnej eksploatacji.

No, może tak dobrze jak w tytułowym pytaniu jeszcze nie będzie, ale zaczynamy pomału wykonywać kroki zmierzające do poprawy statusu Polski w globalnym łańcuszku ekonomicznych zależności. Krytykowałem na tych łamach wicepremiera Morawieckiego m.in. za księżycowy „plan” czy za „strategiczną inwestycję” Mercedesa w Jaworze, którą sami sfinansujemy – więc dla odmiany teraz go pochwalę. Otóż Polska wreszcie na serio zabiera się za wypowiadanie umów typu BIT's (Bilateral Investment Treaties). Owe umowy o wzajemnym popieraniu inwestycji łączące nas z 60. państwami oznaczają ni mniej ni więcej, tylko uprzywilejowany status zagranicznych firm inwestujących w danym kraju i są patologiczną, neokolonialną praktyką dość rozpowszechnioną we współczesnym świecie. Pierwotnie chodziło o zabezpieczenie podmiotów gospodarczych działających w krajach niestabilnych, bądź mających problemy z korupcją czy niezależnością sądownictwa. BIT'sy okazały się jednak na tyle wygodne dla ponadnarodowych korporacji, że wkrótce zrobiły światową karierę, stając się nieodłączną częścią międzynarodowej wymiany gospodarczej. W Polsce apogeum zawierania tego typu umów przypadał na okres transformacji, kiedy to wszelkimi sposobami próbowaliśmy ściągnąć do siebie zagraniczne inwestycje.

Podstawową kontrowersją dotyczącą BIT jest mechanizm ISDS (Investor-to-State Dispute Settlement) pozwalający zagranicznej firmie pozwać rząd państwa w którym funkcjonuje przed międzynarodowy arbitraż – przy czym na ogół przedmiot pozwu, jak i jego wysokość nie są obwarowane żadnymi ograniczeniami. Jednym z ulubionych powodów takich procesów jest tzw. wywłaszczenie z zysków. Koncern uznaje np. że zmiany w prawie pozbawiają go części zakładanych korzyści – więc pozywa państwo-gospodarza (za podniesienie płacy minimalnej, za obostrzenia związane z ochroną środowiska, za regulacje dotyczące praw pracowniczych – słowem, za cokolwiek), przy czym postępowanie przed trybunałem arbitrażowym jest nader kosztowne, zagrożone odszkodowaniem liczonym często w setkach milionów dolarów, proces toczy się za zamkniętymi drzwiami, zaś od wyroku nie ma odwołania. Skutkuje to, szczególnie w przypadku uboższych państw, tzw. chilling effect (efektem zamrożenia) – rząd w obawie przed procesem rezygnuje często z wprowadzenia rozwiązań korzystnych dla obywateli, lecz mogących się odbić na zyskach zagranicznych potentatów. Przykładowo, w 2008 r. Polska musiała zapłacić 20 mln. dolarów koncernowi Cargill za wprowadzenie przepisów ograniczających produkcję izoglukozy, ponieważ kwoty produkcyjne były poniżej możliwości wytwórczych wrocławskiej fabryki koncernu. Warto też przypomnieć, że pozwami na bazie BIT groziły nam banki w przypadku ustawowego przewalutowania tzw. kredytów frankowych. Obecnie Polska ma 11 takich procesów na łączną kwotę 10 mld zł.

Jak łatwo zauważyć, taki system w praktyce wyjmuje obcy kapitał spod miejscowej jurysdykcji – co z kolei przekłada się na uprzywilejowaną pozycję podmiotów zagranicznych względem przedsiębiorców krajowych i uderza w fundament konkurencji, jakim jest równość rynkowych graczy wobec prawa. Zauważmy też, że „inwestor” przed arbitrażem nie może przegrać, co najwyżej nie wygra, natomiast państwo – odwrotnie, może liczyć jedynie na oddalenie pozwu. Potrzebę rewizji BIT'sów rząd sygnalizował już w lutym 2016 r., teraz przechodzi od słów do czynów – na pierwszy ogień pójdą umowy łączące nas z krajami UE, mamy tu bowiem podkładkę w postaci zaleceń Komisji Europejskiej, która podważa zgodność BIT's z prawem UE. Za obopólną zgodą rozwiązane zostaną umowy z Danią, Czechami, Estonią, Łotwą i Rumunią, natomiast jednostronnie wypowiemy umowę Portugalii, która nie zgadza się na jej wygaszenie. Wcześniej z własnej inicjatywy BIT wypowiedziały Włochy, generalnie rezygnujące z tego typu umów z państwami UE, a także Indie również odchodzące od BIT'sów.

Łatwo jednak nie będzie, bowiem państwa najbardziej zainteresowane naszym rynkiem nie chcą pozbawiać swoich firm tak poręcznego narzędzia nacisku – mówimy tu chociażby o Niemczech, Francji, czy Holandii. Trzeba też nadmienić, że w przypadku jednostronnego wypowiedzenia umowy nadal przez pewien czas (np. 10-20 lat) obowiązywać będą tzw. „sunset clauses”, czyli przepisy przejściowe wciąż pozwalające na ochronę inwestycji. Rozpoczęcie tego procesu jest jednak koniecznością, jeśli chcemy odzyskać elementarną swobodę manewru w relacjach z międzynarodowym kapitałem i np. efektywnie ściągać z niego podatki – zwłaszcza w odniesieniu do państw z którymi mamy rażąco negatywny bilans inwestycyjny. Miejmy też nadzieję, że stopniowo przyjdzie pora na wypowiadanie BIT'sów z krajami spoza UE. Polska nie przestanie przez to być atrakcyjnym rynkiem, ci którzy mają zainwestować i tak to zrobią, tyle że w cywilizowany sposób – po prostu będą musieli przyzwyczaić się do myśli, że nie jesteśmy już europejskim bantustanem wyznaczonym w globalnej rozgrywce do roli jednego z obszarów kolonialnej eksploatacji.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

„Koniec z BIT's? Nareszcie!”

„ISDS, czyli korpo-dyktat”


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 38 (22-28.09.2017)

czwartek, 24 marca 2016

Koniec z BIT's? Nareszcie!

Generalna prawidłowość jest taka, że koncern nie może przegrać – najwyżej nie wygra. Państwo natomiast co najwyżej nie przegra, ale też i nie wygra.

Aż nie wierzyłem własnym oczom, gdy przeczytałem, że polski rząd (konkretnie Ministerstwo Skarbu Państwa) ma zamiar „zrewidować” - i finalnie dążyć do wygaszenia - 60-ciu umów typu BIT (Bilateral Investment Treaties), podpisywanych przez Polskę od końca lat '80 z szeregiem państw. Przyczyną ich zawierania był sukces naszej transformacji ustrojowej, wskutek którego praktycznie z dnia na dzień zostaliśmy bez własnego przemysłu i kapitału, co sprawiło, że rozpaczliwie potrzebowaliśmy zagranicznych inwestycji i pieniędzy – z tymi zaś do postkomunistycznego bantustanu nikt się nie kwapił bez stosownych zabezpieczeń. I właśnie takimi zabezpieczeniami były umowy o wzajemnym popieraniu i ochronie inwestycji – przy czym owa „wzajemność” ma się rozumieć pozostała jedynie w tytułach umów. Nasza gospodarka wyniszczona realnym socjalizmem i planowo dobita rękami Balcerowicza wg wytycznych Jeffreya Sachsa robiła rozpaczliwie bokami, toteż rzeczone umowy negocjowane były w pozycji kolanowo-łokciowej, stawiając zagranicznych inwestorów w nader uprzywilejowanej sytuacji. Tak, tak – politykę „brzydkiej, nieposażnej panny na wydaniu” praktykowaliśmy na długo przed zwerbalizowaniem jej przez śp. Władysława Bartoszewskiego. W efekcie jesteśmy dziś w takim położeniu, że przykładowo negocjowana obecnie przez UE umowa TTIP ze Stanami Zjednoczonymi, co do której podnoszone są niebezzasadnie liczne zastrzeżenia, może poprawić naszą pozycję w relacjach gospodarczych z Ameryką, bo obowiązująca obecnie między Polską a USA umowa BIT jest dla nas jeszcze gorsza.

Prawda jest bowiem taka, że BIT's działają przede wszystkim w interesie silniejszych ekonomicznie krajów oraz międzynarodowych koncernów, będąc doskonałym narzędziem do przekształcania słabszej strony umowy w gospodarczą kolonię. Dzieje się tak m.in. za sprawą wbudowanego w tego typu umowy mechanizmu ISDS (Investor-to-State Dispute Settlement), który w praktyce wyjmuje inwestora spod jurysdykcji danego państwa. Wszelkie spory rozstrzygane są przed sądami arbitrażowymi, biorącymi pod uwagę treść BIT, orzecznictwo w danego rodzaju sprawach, praktykę i prawo międzynarodowe – słowem, wszystko, tylko nie uregulowania prawne państwa-gospodarza. Oznacza to, że międzynarodowy koncern może pozwać państwo w którym działa za cokolwiek, jeśli tylko uzna, że owo „cokolwiek” wystawia choćby potencjalnie na szwank jego interesy.

Kilka przykładów. Francuska firma energetyczna „Veolia” pozwała w 2012 rząd Egiptu za podniesienie płacy minimalnej, jako że to podraża koszty jej funkcjonowania. Warto dodać, że w odwrotną stronę to nie działa. Państwo nie może pozwać inwestora, jeśli jego działalność wywołuje szkody – np. w środowisku naturalnym. Weźmy sprawę sporu koncernu paliwowego Occidental z Ekwadorem. Gdy Ekwador odebrał Occidentalowi koncesję na wydobycie ropy z powodu łamania miejscowego prawa, ten pozwał ekwadorski rząd przed arbitraż i wygrał odszkodowanie - 2 mld USD. Z kolei, gdy kanadyjska prowincja Quebec ogłosiła moratorium na szczelinowanie hydrauliczne, amerykański koncern Lone Pine Resources pozwał Kanadę o 250 mln dol. kanadyjskich. Natomiast jedna z kanadyjskich firm pozwała Salwador, gdy ten odmówił zgody na uruchomienie kopalni złota, gdyż groziło to zanieczyszczeniem wody... i tak dalej. Podobne przypadki można mnożyć.

Generalna prawidłowość jest taka, że koncern nie może przegrać – najwyżej nie wygra. Państwo natomiast co najwyżej nie przegra, ale też i nie wygra – może jedynie liczyć na oddalenie sprawy w arbitrażu i niekiedy na zwrot kosztów postępowania (o ile umowa BIT to dopuszcza), z którego ściągnięciem zresztą często bywają kłopoty. Wszystko to razem prowadzi do zjawiska zwanego „chilling effect” - państwo z obawy przed pozwem świadomie rezygnuje np. ze zmian w prawie mogących naruszyć interesy inwestora. Dużą skuteczność na tym polu wykazuje koncern tytoniowy Philip Morris skutecznie zastraszający rządy ubogich państw chcących wprowadzić na paczkach papierosów odstraszające napisy bądź ilustracje pokazujące skutki palenia – tak było w przypadku Togo, które wycofało się ze zmian w prawie pod naciskiem giganta. Oto „chilling effect” w działaniu. Z rodzimego podwórka – pozwami przed arbitraż od pewnego czasu straszą Polskę zagraniczne banki, jeżeli nie wycofamy się z projektu ustawy o przewalutowaniu kredytów frankowych.

Przeciw Polsce wg informacji wiceministra skarbu, Macieja Wilda, prowadzonych jest obecnie 11 postępowań o łącznej wartości przedmiotu sporu 8-9 mld zł. Mimo iż mamy wysoką skuteczność (97 proc. pozwów jest oddalanych), to samo postępowanie generuje koszty rzędu 3-4 mln zł. Oczywiście z różnych stron zaczęły dobiegać jęki o „fatalnym sygnale dla inwestorów” jakim byłoby wycofanie się z BIT's. Nie, jest to po prostu zerwanie z pewną patologią czyniącą z Polski terytorium kolonialnej ekspansji - i niczego nie zmienia, że akurat ta polityczno-gospodarcza aberracja jest we współczesnym świecie na porządku dziennym.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” -------> http://warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3480-pod-grzybki

Na podobny temat:

ISDS, czyli korpo-dyktat

TTIP – kolejna odsłona kolonizacji?

Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 10 (04-10.03.2016)

wtorek, 8 marca 2016

Kontratak banksterów – c.d.

Jeżeli Polska się ugnie, to pozostaniemy kolonialnym bantustanem. Jeśli zwycięży – zostanie złamany kręgosłup banksterskiej dominacji.

Pozwolę sobie dziś kontynuować temat sprzed tygodnia, jako że nie zmieściłem kilku istotnych kwestii dotyczących wojny na linii polskie państwo – banksterzy. Na początek będzie teoria spiskowa, na koniec zaś mała polemika.

Teoria spiskowa dotyczy styczniowej wizyty w Polsce amerykańskiego dyplomaty, Daniela Frieda. Formalnie chodziło o politykę sankcji wobec Rosji, mniej formalnie – o zdyscyplinowanie rządu PiS, by ten nie „niszczył demokracji” i nie zaostrzał stosunków z UE. Ja jednak zaryzykuję jeszcze jedną hipotezę: otóż Daniel Fried w latach 1987-1989 nadzorował z ramienia Departamentu Stanu polską transformację ustrojową, w tym również przemiany gospodarcze wedle planu Jeffreya Sachsa, którego podwykonawcą był George Soros, podwykonawcą Sorosa zaś – Leszek Balcerowicz. W konsekwencji owych przemian polski sektor bankowy trafił niemal w całości w zagraniczne ręce i pozostaje w nich do tej pory, przynosząc właścicielom krociowe zyski. Czy zatem nieprawdopodobne będzie przypuszczenie, że pan Fried, jako patron transformacji, zatroszczył się również o los jej beneficjentów sugerując polskim władzom, by te nie robiły bankom kuku? O ile jeszcze podatek od instytucji finansowych usiłują rekompensować sobie podwyższeniem opłat, o tyle już przewalutowania kredytów frankowych zrekompensować się w ten sposób zwyczajnie nie da – zbyt wielka skala. A to odbije się na miłych dywidendach i co za tym idzie – transferach wydębionej od polskich frankowiczów gotówki do zagranicznych właścicieli działających u nas banków.

Oczywiście, transfery za pomocą dywidendy są w pełni legalne, co nie znaczy jednak, że rozmach tego procederu nie powinien budzić w nas pewnego niepokoju. Spójrzmy. Ogółem banki odnotowały w 2014 roku zysk ponad 15 mld zł netto. Z tego banki polskie - 4,63 mld zł, zaś banki zagraniczne - 10,47 mld zł. Na uwagę zasługuje tu różnica w wypłacaniu dywidendy – o ile banki polskie wypłaciły ok. 8 proc. zysku (ok. 370 mln zł), o tyle banki zagraniczne były o wiele bardziej hojne wypłacając sobie 39,5 proc (4,1 mld zł ). A trzeba wziąć pod uwagę, że ze względu na obostrzenia KNF, ten rok i tak był „chudy”. Za zyski z 2013 banki polskie wypłaciły 936 mln zł (25,1 proc. zysku), banki zagraniczne – 6,5 mld (65,8 proc.). W każdym razie, w 2015 za granicę wyprowadzono w ten sposób 2,5 mld zł – głównie do Włoch, USA, Holandii. Przykładowo, amerykański City Handlowy wypłacił dywidendę w wysokości 970,8 mln zł, z czego część, ma się rozumieć, poszła za granicę.

Czy zatem można się dziwić, że wizja „strat” na przewalutowaniu kredytów frankowych, które NBP błyskawicznie oszacował na 44 mld zł wywołuje wściekłą furię? Tyle kasy zostanie w kieszeniach klientów i nie trafi na przestrzeni kolejnych lat do zagranicznych większościowych udziałowców... Zrozumiałe więc, że banki się pieklą i grożą Polsce sądami arbitrażowymi na podstawie umów BIT ( Bilateral Investment Treaties – bilateralne umowy o wzajemnym popieraniu i ochronie inwestycji) w które wmontowany jest mechanizm ISDS pozwalający koncernom zaskarżać państwo np. o zmiany w prawie potencjalnie niekorzystne dla ich rentowności. Kompletny kryminał, acz funkcjonujący powszechnie w świecie, stawiający ponadnarodowe podmioty gospodarcze w uprzywilejowanej pozycji.

Nic więc dziwnego, że KNF poproszona przez Kancelarię Prezydenta o ocenę skutków finansowych ustawy liczy, liczy i doliczyć się nie może. Ponieważ KNF została zobligowana do zasięgnięcia od banków konkretnych danych (np. ile do tej pory zarobiły na kredytach walutowych), można śmiało zakładać celową obstrukcję – aż do momentu, gdy zmasowany lobbing przyniesie efekt. Na dodatek trudno mieć pewność po czyjej stronie stoi sama KNF...

Co do jednego musimy mieć pełną świadomość – to jedna z najpoważniejszych batalii toczonych przez państwo polskie, wprost dotycząca tego, kto jest prawdziwym suwerenem – państwo i obywatele, czy wielkie finansowe korporacje. Jeżeli Polska się ugnie, to w znacznej mierze pozostaniemy kolonialnym bantustanem. Jeśli zwycięży – zostanie złamany kręgosłup banksterskiej dominacji i kto wie – może otworzy to wrota do repolonizacji sektora.

Na zakończenie dwa słowa polemiki z – pozwolę sobie na drobną poufałość – kolegą z łamów, Jakubem Wozińskim, którego artykuły zresztą czytuję z nieodmiennym zainteresowaniem. W tekście „Sprawiedliwość po franku” napisał: „Dla tysięcy Polaków nowe realia finansowe, z wyższą ratą kredytu, powinny się stać bolesną, ale konieczną lekcją ostrożności i gospodarności, która ogromnie ułatwiłaby uniknięcie podobnej sytuacji w przyszłości”. A może by napisać tak: „Dla sektora bankowego nowe realia finansowe zaistniałe po wprowadzeniu podatku bankowego i ustawy przewalutowującej kredyty po kursie sprawiedliwym powinny stać się bolesną, ale konieczną lekcją uczciwości i odpowiedzialności zarówno wobec państwa w którym działają, jak i swoich klientów”? Sądzę, że dopiero przy takim podejściu przestawimy całą rzecz z głowy na nogi.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://blog-n-roll.pl/pl/kontratak-bankster%C3%B3w

Zapraszam na „Pod-Grzybki” -------> http://warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3396-pod-grzybki-czyli-agent-0-700-nadaje

Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 9 (26.02-03.03.2016)

sobota, 12 września 2015

Banksterska wojna

Przed nami arcyważny sprawdzian z siły i sprawności państwa oraz naszej zdolności do realizowania własnych interesów.

„A więc wojna” - tym cytatem można by skomentować zapowiedź zagranicznych banków, iż pozwą państwo polskie przed międzynarodowy arbitraż, jeżeli ustawodawca nie wycofa się z obecnych planów przewalutowania frankowych łże-kredytów na złotówki. Przypomnijmy, że wedle przyjętych przez Sejm (wbrew woli PO) rozwiązań, banki zobowiązane byłyby do umorzenia 90 proc. różnicy między obecnym zadłużeniem, a długiem jaki miałby klient biorąc kredyt w złotówkach, zaś pozostałe 10 proc. zamieniono by na kredyt oprocentowany wg aktualnej stopy referencyjnej NBP. Banksterski szantaż (kolejny zresztą, po groźbie „zamrożenia” gospodarki przez wstrzymanie akcji kredytowej) jest klasyczną próbą zdyscyplinowania podbitego terytorium przez kolonizatora. Różnica jest jedynie taka, że dziś nie wysyła się korpusu ekspedycyjnego i kanonierek, lecz walczy się za pomocą prawników. Istota rzeczy jednak pozostaje niezmienna – eksploatacja tubylców przez zewnętrzną metropolię. Mamy zatem do czynienia z ultimatum – następnym krokiem w przypadku nie podporządkowania się może być tylko wojna kolonialna.

Póki co, otwartym tekstem mówią o „działaniach zbrojnych” centrale trzech banków działających w Polsce – niemieckiego mBanku (właściciel – Commerzbank), austriackiego Raiffeisena (RBI), oraz amerykańskiego Banku BPH (Grupa General Electric), lecz zapewne kwestią czasu są podobne posunięcia pozostałych „umoczonych” w kredyty walutowe zagranicznych instytucji. Na powyższe nakłada się wojna psychologiczno-propagandowa. Losem banków narażonych na przewalutowanie bardzo zainteresowały się wpływowe niemieckie gazety, takie jak „FAZ” i „Die Welt”, co momentalnie nagłośniły tutejsze media na czele z „Gazetą Wyborczą” i polskojęzycznym serwisem „Deutsche Welle”. W swych poczynaniach, jak każdy zapobiegliwy kolonizator, instytucje finansowe liczyć mogą na miejscowych kolaborantów – sprzeciwiający się przewalutowaniu rząd Ewy Kopacz, NBP i Komisję Nadzoru Finansowego, będącą nie tyle organem kontrolnym, ile wbudowaną w polski system finansowy ekspozyturą banksterskiego lobby – o którym to wsparciu niemieckie media skwapliwie donoszą.

Podstawą do sięgnięcia po międzynarodowy arbitraż są dwustronne umowy o ochronie inwestycji (Bilateral Investment Treaties – BITs), łączące Polskę z macierzystymi krajami funkcjonujących u nas banków. Integralną częścią każdej takiej takiej umowy jest mechanizm ISDS (Investor-to-State Dispute Settlement), zakładający właśnie sąd arbitrażowy na linii inwestor-państwo, w przypadku, gdy dana firma dojdzie do wniosku, że działania organów państwa, lub jego prawodawstwo działają na szkodę jej interesów. Co charakterystyczne – nie musi tu chodzić o realne straty, wystarczy jeśli koncern w sposób czysto subiektywny i uznaniowy stwierdzi, iż wskutek działań państwa został pozbawiony części lub całości zakładanych zysków. Wysokość pozwów nie jest przy tym ograniczona żadnym pułapem.

Z tej furtki, dotyczącej utraty zakładanych zysków, postanowią zapewne skorzystać wymienione wcześniej banki, bo umówmy się – przewalutowanie nie oznacza żadnych „strat”. Klienci i tak będą musieli spłacić kredyt plus odsetki, tyle, że banki nie zarobią tyle, ile sobie założyły. Zatem, rzekome „straty” w wys. 5 mld euro nad którymi boleje „FAZ” są zwykłym mydleniem oczu. Podobnie rzecz się ma z obniżeniem kursu akcji wskutek uchwalenia sejmowego projektu, na co skarży się np. Grupa General Electric.

Jak łatwo zauważyć, tak skonstruowane umowy są wymarzonym narzędziem szantażu wobec państwa-gospodarza „inwestycji” i mogą przerodzić się w swoisty korpo-dyktat. Mamy tu chyba rozwiązanie zagadki nad którą zastanawiałem się w marcowym tekście „Polska na banksterskiej smyczy” - dlaczego obecna władza tak zażarcie broni banków, które ze swej strony np. notorycznie i bezczelnie ignorują orzeczenia Sądu Ochrony Konkurencji i Konsumentów w sprawach klauzul abuzywnych. Wysunąłem wówczas przypuszczenie, że może chodzić właśnie o umowy BIT i ewentualne pozwy będące ich konsekwencją. Coś mi się wydaje, że moja intuicja była trafna...

Warto na koniec zwrócić uwagę na zjawisko „chilling effect”, oznaczające „zamrażanie” niewygodnych dla zagranicznych inwestorów zmian w prawodawstwie – z obawy przed pozwami. Sprzeciw PO wobec przewalutowania kredytów w maksymalnie prokonsumenckim kształcie, podobnie jak cała dotychczasowa bierność aparatu państwa, jest owego zjawiska dobitnym przykładem. Kolonia sama się dyscyplinuje, by nie narazić się na gniew kolonizatora i jego prawniczych „korpusów ekspedycyjnych” wydelegowanych do arbitrażu. No więc, teraz mamy dylemat – ugiąć się przed dyktatem, przymykając zarazem oko na wyprowadzanie za granicę tego co wyciągnięto z kieszeni Polaków, czy jednak podjąć walkę, argumentując chociażby, że tzw. „kredyty” były czystą spekulacją? Przed nami arcyważny sprawdzian z siły i sprawności państwa oraz naszej zdolności do realizowania własnych interesów.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://blog-n-roll.pl/pl/isds-czyli-korpo-dyktat#.VdzaGH1vAmw

http://www.gf24.pl/22553/polska-na-banksterskiej-smyczy

http://www.gf24.pl/23159/lobbystka-banksterow

http://blog-n-roll.pl/pl/%E2%80%9Erepolonizacja%E2%80%9D-franka#.Vdzodn1vAmw

Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 35 (28.08-03.09.2015)

czwartek, 26 marca 2015

Polska na banksterskiej smyczy

Jacy szatani są czynni na zapleczu polityki, że władza publiczna z problemem łże-kredytów obchodzi się jak z jajkiem?

Wygląda na to, że banki ani myślą ustąpić w kwestii kredytów frankowych i postanowiły iść, jak to mówią w kręgach więziennych, „w zaparte”. Swoją drogą, jest to znakomite potwierdzenie diagnoz dotyczących instytucji finansowych, zamykających się w określeniu ludzi nimi zawiadujących mianem „banksterów”. Okazuje się, że nasi banksterzy z całym knajackim tupetem ani myślą poczuwać się do jakiejkolwiek odpowiedzialności za los 560 tysięcy „frajerów” (wraz z najbliższymi jest to kilka milionów osób, wszak kredyt spłaca de facto cała rodzina), których z pełną premedytacją wrobiły w coś, co pod nazwą kredytu hipotecznego kryło w istocie instrument spekulacyjny i to wysokiego ryzyka. Tak przynajmniej stwierdził barceloński sąd w 2013 roku, uwzględniając pozew kredytobiorcy i rozwiązując umowę. Nawiasem mówiąc, w ten sposób rozumiany kredyt podpada pod unijną dyrektywę MiFID (Markets in Financial Instruments Directive) nakładającą na instytucje finansowe obowiązek wszechstronnego informowania klientów o charakterze oferowanych produktów oraz związanym z tym ryzykiem.

Jak wynika z różnych medialnych przecieków, banki doskonale zdawały sobie sprawę z tego, że w dłuższej perspektywie czasowej cena franka będzie rosnąć i to znacznie, w efekcie czego odbiją sobie po wielokroć stosunkowo krótki okres taniej waluty. Tak więc podział ryzyka kursowego między banki a klientów był czystą fikcją – ryzykiem obarczeni zostali wyłącznie kredytobiorcy, dodatkowo naganiani na franki zaporowymi warunkami kredytów złotówkowych. Dziś wychodzi na jaw, że pracownicy banków byli obligowani odgórnymi zarządzeniami i motywowani wysokimi premiami do sprzedawania naiwnym właśnie kredytów w szwajcarskiej walucie, zatem nie może być tu mowy o nieświadomym działaniu – był to celowy proceder wprowadzania ludzi w błąd, hodowanie sobie dojnych krów - i to nierzadko na dziesięciolecia. Jak zdradził cytowany przez „Wyborczą” jeden z doradców finansowych: „Mówiło się – idę na ubojnię, obrabiać kolejnego frajera”. No i obrobili – na łączną kwotę ok. 40 mld CHF. Mnie na szczęście opatrzność ustrzegła przed tą pułapką, ale są znajomi, którym naprawdę nie zazdroszczę obecnego położenia.

Tymczasem, co dziś robią banki? Ledwie udało się na nich wydębić uwzględnianie ujemnej stawki LIBOR, a już Związek Banków Polskich wyskakuje z propozycją powołania „funduszu stabilizacyjnego”. Na ów fundusz złożyłyby się po 1/3 Narodowy Bank Polski, Bankowy Fundusz Gwarancyjny i banki. Czyli, mamy do czynienia z przerzuceniem odpowiedzialności za toksyczny produkt na sektor publiczny, kieszenie podatników i wszystkich konsumentów. Ani słowa choćby o klauzulach abuzywnych stwierdzanych orzeczeniami Sądu Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Inaczej mówiąc – nie ważne jak, ale bankster swoje ma zarobić. Przypomina to zasadę - „kasyno zawsze wygrywa”. Jest jednak drobna różnica – wchodząc do szulerni wiem czym ryzykuję, przychodząc zaś do banku oczekuję rzetelnej i uczciwej usługi.

Osobną sprawą, nad którą warto się zastanowić, jest pytanie, dlaczego banksterzy czują się pewnie na tyle, że dyktują swoje rozwiązania rządowi, tudzież organom kontrolnym w rodzaju Komisji Nadzoru Finansowego i nie chcą słyszeć np. o przewalutowaniu kredytów na złotówki po kursie z dnia zawarcia umowy? Jacy szatani są czynni na zapleczu polityki, że władza publiczna z problemem łże-kredytów obchodzi się jak z jajkiem? Mam tu swoją hipotezę – otóż centrale zdecydowanej większości banków mieszczą się za granicą: w Holandii (ING), Portugalii (Millenium), Hiszpanii (WBK), Szwecji (Nordea), Austrii (Reiffeisen), Niemczech (mBank, BRE), Francji (Credit Agricole, Paris Bas), Włoszech (PKO SA), Belgii (Kredyt Bank), USA (BPH-GE). Tak się składa, że z tymi krajami łączą nas bilateralne umowy w sprawie popierania i wzajemnej ochrony inwestycji (BIT), których elementem jest mechanizm ISDS pozwalający inwestorowi pozywać kraj przed międzynarodowy arbitraż i dochodzić odszkodowania np. z tytułu utraconych zysków, przy czym wysokość roszczenia nie podlega żadnym ograniczeniom. Czyżby zatem tu tkwił problem? Czy rząd wzdraga się np. przed ustawą nakazującą przewalutowanie kredytów w obawie przed falą pozwów ze strony zagranicznych bankowych central? A chodzić tu może o niebagatelne kwoty, bowiem w 2014 roku padł rekord – sektor bankowy zanotował zysk 16,2 mld zł. Nie trzeba chyba dodawać, że część tych pieniędzy pochodzi właśnie z kredytów walutowych, jak i tego, że zostaną one w znacznej mierze wytransferowane z Polski do macierzystych krajów.

Warto na koniec odnotować kolejny przejaw zastanawiającej gorliwości rządzących w robieniu bankom dobrze kosztem obywateli – oto rząd Ewy Kopacz pracuje nad nowelizacją prawa, która ma uniemożliwić osobom fizycznym występowanie na drogę sądową przeciw podmiotom stosującym klauzule abuzywne – akurat wtedy, gdy szykują się kolejne pozwy zbiorowe „frankowiczów”. Innymi słowy, banksterzy trzymają nas na coraz krótszej smyczy...

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://blog-n-roll.pl/pl/isds-czyli-korpo-dyktat#.VRRYUY6NAmw

http://www.blog-n-roll.pl/pl/walutowy-hazard#.VRRYnY6NAmw

Artykuł opublikowany w „Gazecie Finansowej” nr 12 (20-26.03.2015)

piątek, 6 marca 2015

ISDS, czyli korpo-dyktat

ISDS to zakamuflowany szantaż za pomocą którego ponadnarodowe firmy trzymają państwa na krótkiej smyczy.

 

Pozwolę sobie dziś pociągnąć nieco temat z poprzedniego tygodnia, czyli sprawę negocjowanego między USA oraz UE Transatlantyckiego Partnerstwa w dziedzinie Handlu i Inwestycji (TTIP), a konkretnie jednego wątku, który uprzednio jedynie zasygnalizowałem. Chodzi o mechanizm ISDS (Investor-to-State Dispute Settlement), mający być w założeniach integralnym elementem umowy. Na czym on polega? Jest to system arbitrażowy funkcjonujący na linii inwestor-państwo w ramach dwustronnych umów o ochronie inwestycji (Bilateral Investment Treaties - BITs). Jego istotą jest wyjęcie zagranicznych inwestorów spod miejscowej jurysdykcji i przekazanie ewentualnych sporów pod rozstrzygnięcie prywatnego quasi-sądu – trybunału arbitrażowego. W praktyce system obsługują wyspecjalizowane kancelarie, zaś sam arbitraż bardziej przypomina skomplikowane negocjacje odszkodowawcze, niż klasyczny cywilnoprawny przewód sądowy. Co ciekawe, ci sami prawnicy w zależności od zlecenia mogą pełnić w różnych procesach zarówno rolę pełnomocników jak i sędziów. Jest to środowisko dość hermetyczne, wedle dostępnych informacji na 15 prawników przypada ok 55% toczących się obecnie postępowań.

Orzeczenia trybunałów arbitrażowych są ostateczne, nie przysługuje od nich odwołanie, zaś roszczenia inwestorów wobec państwa nie są ograniczone żadnym górnym pułapem. Co charakterystyczne i szczególnie bulwersujące – koncerny mogą pozywać państwo nie tyle za realne straty wynikłe z działalności jego organów, ile za utratę spodziewanych zysków, określanych zazwyczaj czysto subiektywnie. Innymi słowy, jest to zakamuflowany szantaż za pomocą którego ponadnarodowe firmy trzymają państwa na krótkiej smyczy, tak by te nie wprowadzały regulacji niekorzystnych z biznesowego punktu widzenia. Może to dotyczyć takich obszarów jak prawa pracownicze, ochrona zdrowia, środowiska naturalnego, normy techniczne bądź sanitarne itd. Pierwotnym założeniem dla tego typu rozwiązań było uniknięcie praktyk dyskryminacyjnych wobec zagranicznych podmiotów gospodarczych, szczególnie w państwach będących na bakier z praworządnością, jednak szybko doszło do systemowych wynaturzeń i dziś ISDS przyczynia się do uprzywilejowania potężnych międzynarodowych graczy kosztem przedsiębiorstw krajowych. Rodzima firma nie może pozwać państwa za ustanowienie określonych przepisów, zagraniczna – owszem. Sprzyjają temu dodatkowo celowo nieprecyzyjne i ogólne zapisy traktatów. Tyczy się to szczególnie państw słabszych ekonomicznie, ale nie tylko.

Polska BITs-y zawierała przede wszystkim na początku lat 90., chcąc zachęcić kapitał zagraniczny do inwestowania. W tej chwili nasz kraj jest stroną ponad 60 takich umów. Najgłośniejszym echem odbił się proces arbitrażowy, jaki wytoczyło Skarbowi Państwa Eureko BV w związku z prywatyzacją PZU, podczas którego holenderska firma żądała odszkodowania w wysokości 2,4 mld euro. Przykład ten, mimo ostatecznej ugody, pokazuje jakim batem na politykę gospodarczą i ustawodawstwo państw może być groźba uruchomienia mechanizmu ISDS. W tym kontekście mówi się wręcz o zjawisku „chilling effect”, czyli zamrażania zmian w prawodawstwie, lub powstrzymywaniu się organów państwa od działań, które mogłyby skutkować pozwami zagranicznych inwestorów.

Podam kilka najgłośniejszych przypadków obrazujących patologie ISDS. Kiedy władze kanadyjskiej prowincji Quebec wprowadziły na skutek referendum moratorium na szczelinowanie hydrauliczne, amerykańska firma Lone Pine Resources pozwała tamtejszy rząd o 250 mln dolarów kanadyjskich odszkodowania z tytułu utraconych zysków – na mocy umowy NAFTA zawierającej procedurę ISDS. Inna sprawa to pozew koncernu tytoniowego Philip Morris przeciw Australii, po tym jak wprowadzono tam przepisy antynikotynowe – paczki papierosów miały być jednolite, eksponować zdjęcia pokazujące skutki palenia, zaś markę papierosów i nazwę producenta umieszczono małą czcionką na dole opakowania. Koncern uznał, iż narusza to jego własność intelektualną. Kolejny przykład – szwedzki koncern energetyczny Vattenfall pozwał rząd Niemiec, kiedy ten ogłosił program wygaszania energetyki jądrowej. Z kolei kanadyjska firma pozwała Salwador na kwotę 325 mln USD za odmowę uruchomienia kopalni złota, gdyż groziło to zanieczyszczeniem wody. Gdy podczas kryzysu rząd Argentyny zamroził opłaty za energię i wodę, włoski koncern SAUR uzyskał 59 mln dolarów z tytułu utraconych zysków. Co ciekawe, rząd USA nie przegrał żadnego wytoczonego mu procesu arbitrażowego.

Jak widać, slogan „duży może więcej” nabiera wyjątkowo ponurego wydźwięku, tym bardziej, że korporacje mają w zwyczaju „ostrzegać” organa państwowe przed wdrażaniem niekorzystnych dla nich regulacji, co często prowadzi do ich poniechania – tak działa wspomniany „chilling effect” w praktyce. Zapytam retorycznie – pod czyim naciskiem Komisja Europejska upiera się przy włączeniu do umowy TTIP wynaturzonego rozwiązania, skazującego nominalnie suwerenne państwa na swoisty korpo-dyktat?

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://blog-n-roll.pl/pl/ttip-%E2%80%93-kolejna-ods%C5%82ona-kolonizacji#.VPX0tI6NAmw

Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 9 (27.02-05.03.2015)