Pokazywanie postów oznaczonych etykietą finanse. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą finanse. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 1 kwietnia 2018

Globalna oligarchia

Globalnych oligarchów „rynek” nie dotyczy, bo to co widzimy jako „rynek” jest po prostu ich z góry uzgodnioną kreacją.


Jeżeli ktoś z Państwa zastanawiał się kiedyś, niczym bohater „Matrixa”, co z tym światem jest nie tak, to warto zwrócić uwagę na takie nazwiska, jak James Glattfelder, Francois Morin czy Ladislau Dowbor. Ten pierwszy jest naukowcem pracującym na uznawanej za najlepszą w Europie Politechnice Federalnej w Zurychu (ETH) i w 2012 r. opublikował przełomowe badania dotyczące funkcjonowania globalnej sieci korporacji. To wręcz niewiarygodne, że nikt wcześniej nie zajął się tym tematem. W każdym razie, zespół Glattfeldera wyodrębnił ze światowego wykazu zawierającego 37 mln. przedsiębiorstw 43 tys. największych światowych grup kapitałowych i szczegółowo przeanalizował zachodzące między nimi współzależności i różnego rodzaju powiązania w rodzaju krzyżowania się udziałów. Efektem był obraz niesamowitej koncentracji majątku – okazało się, że 80 proc. korporacji jest kontrolowanych przez zaledwie 737 grup, zaś spośród nich aż 40 proc. znajduje się w rękach zaledwie 147 grup kapitałowych, z czego ponad 75 proc. stanowią instytucje finansowe, takie jak wielkie banki, firmy ubezpieczeniowe czy fundusze inwestycyjne. Strukturę tę nazwano „superorganizmem”, a zarządza nią grono kilkuset wielkich udziałowców i „supermanagerów”.

Kolejny krok poczynił francuski ekonomista i wieloletni członek rady Banku Francji – Francois Morin w wydanej w 2015 r. książce „Globalna hydra”. Tam z kolei wziął pod lupę 28 największych banków, takich jak JPMorgan Chase, Bank of America, Citigroup, HSBC, Deutsche Bank, Santander, Goldman Sachs, które określono mianem „systemowo ważnych instytucji finansowych” (SIFI). W ich posiadaniu (dane na 2012 r.) pozostawał majątek o wartości 50 bln. dolarów, przy światowym PKB wynoszącym 73 bln. Nadmieńmy, że ogólnoświatowy dług publiczny wynosił wówczas 49 bln. dolarów, co oznacza, iż zadłużone państwa siedzą w kieszeni właśnie owych „systemowo ważnych instytucji”. W tym kontekście słowa George'a Sorosa, iż „dług rządu jest zasadniczym elementem funkcjonowania rynków finansowych” nabierają całkiem nowego wymiaru. Na tym jednak nie koniec, bowiem SIFI kontrolują również rynek produktów pochodnych, czyli mówiąc wprost – spekulacji. W 2015 r. było to 600 bln. dolarów, czyli ośmiokrotność światowego PKB, a warto dodać, iż owe spekulacje obejmują wszystko – od surowców po żywność.

Co to wszystko oznacza? Ano to, że nie ma wolnego rynku. Nie ma i już – jest tylko fikcja dla naiwnych. Wolny rynek zakłada bowiem równość szans i element konkurencyjności między działającymi na nim podmiotami. Przykładowo, gdyby gospodarka pojedynczego państwa była uzależniona od ponad stu, czy nawet kilkudziesięciu największych przedsiębiorstw, to wówczas od biedy można by mówić, że zachodzi między nimi jakaś rynkowa rywalizacja – ale gdy to samo mamy w skali światowej, to wówczas otrzymujemy oligopol. I tak wygląda dziś światowy system gospodarczy.

Przywoływany na wstępie prof. Ladislau Dowbor (brazylijski ekonomista polskiego pochodzenia z Papieskiego Uniwersytetu Katolickiego Sao Paulo, m.in. konsultant wielu agend ONZ) zwraca uwagę, iż mówienie o rynkowych mechanizmach w odniesieniu do tych gigantów zwyczajnie nie ma sensu. Oni nie konkurują ze sobą – oni ze sobą negocjują, mając przy tym świadomość, że nie warto robić sobie nawzajem krzywdy. Ich „rynek” nie dotyczy, bo to co widzimy jako „rynek” jest po prostu z góry uzgodnioną kreacją. Ta bezwzględna dominacja globalnej oligarchii pieniądza przekłada się też oczywiście na władzę polityczną, choćby z tytułu wspomnianego uzależniania od siebie państw poprzez dług. Innymi słowy, demokracja, czy jakikolwiek inny system rządów (może z wyjątkiem Korei Północnej) działa jedynie o tyle o ile – dopóki nie wejdzie na kurs kolizyjny z międzynarodowymi potentatami. Efektem jest chociażby podporządkowywanie polityk gospodarczych wymaganiom wielkich graczy czy obsadzanie kluczowych stanowisk, takich jak ministrowie finansów bądź szefowie banków centralnych wskazanymi osobami – co opisywane jest eufemizmem, że dane posunięcie (np. cięcia budżetowe) tudzież osoba delegowana do pełnienia istotnej gospodarczo funkcji zostanie „pozytywnie odebrana przez rynki”. Brzmi znajomo, prawda? Tyle, że jak wspomnieliśmy, nie ma żadnych „rynków”. Jest „superorganizm” pod kolegialnym zarządem SIFI.

Ów kolegialny zarząd przybiera całkiem jawną, instytucjonalną formę. Przykładem może być tu Instytut Finansów Międzynarodowych (IIF - Institute of International Finance). Jak pisze cytowany przez Dowbora Morin: „Prezes IIF ma oficjalny, uznany status, uprawniający go do zabierania głosu w imieniu wielkich banków. Można by powiedzieć, że IIF jest parlamentem banków, a jego prezes niemal odgrywa rolę szefa państwa. Należy do grona wielkich decydentów światowych”. Mamy zatem zorganizowany system, oparty na długu i spekulacji - więc w swej istocie pasożytniczy, wampiryczny - obezwładniający, zatruwający i koniec końców zabójczy dla żywiciela, czyli nas wszystkich. Witamy w matrixie.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 13 (30.03-12.04.2018)

niedziela, 21 maja 2017

Polisolokaty – czyżby przełom?

Rysuje się szansa, że polski konsument przestanie być dojną krową dla finansowych korporacji i – że zagram skojarzeniem – wreszcie „wstanie z kolan”.


Chyba mamy pierwszą jaskółkę zwiastującą przełom w sprawie polisolokat. Przełom, dodajmy, korzystny dla nabitych w butelkę klientów. Warszawski Sąd Okręgowy wydał bowiem niedawno wyrok w sprawie pozwu zbiorowego wniesionego w 2014 r. przez 165 klientów TU Generali Życie dotyczącego zwrotu tzw. opłat likwidacyjnych za przedwczesne zerwanie umowy. Sąd w wyroku określił opłaty mianem „horrendalnych” i „naruszających interes klientów”, uznając przy okazji za niedozwolone szereg stosowanych w umowach klauzul. Zapisy mianowicie sformułowane były w ten sposób, że różne „koszta manipulacyjne” przy rozwiązywaniu umów pochłaniały 80-90 proc. wkładu, nierzadko zaś – nawet 100 proc. W sumie, towarzystwo ubezpieczeniowe wypłacić ma swoim klientom ok. 2,5 mln. zł. - indywidualnie zwroty kształtują się w przedziale od 3 do 117 tys. zł., do tego dojdą jeszcze odsetki liczone od 2014 lub 2015 r.

Wprawdzie firma ubezpieczeniowa najprawdopodobniej będzie się procesować do upadłego, jednak opisywane tu orzeczenie napawa optymizmem. Wreszcie czarno na białym w majestacie Rzeczypospolitej nazwano rzeczy po imieniu, podnosząc bezprawność wciskanych klientom umów oraz działanie na ich szkodę. Jest zatem spora nadzieja, że niedawny wyrok stanie się początkiem nowej linii orzeczniczej – podobnie, jak analogiczne wyroki kolejnych sądów złożyły się już na „prokonsumencką” linię orzecznictwa w sprawie tzw. kredytów frankowych (czym w istocie owe „kredyty” były pisałem na tych łamach wielokrotnie). Zresztą, między oboma produktami „innowacji finansowych” zachodzi pewna zbieżność – zarówno „kredyty” walutowe, jak i polisolokaty nie były tym, czym wydawały się na pierwszy rzut oka. „Kredyty” nie spełniały wymogów przewidzianych dla tego typu produktów w polskim prawie, co potwierdził m.in. Rzecznik Finansowy (później zaś sądy), natomiast polisolokaty to w istocie instrument oszczędnościowo-inwestycyjny, a nie „ubezpieczenie” co sugerowałby człon „polisa” w nazwie. W obu przypadkach umowy formułowano w skrajnie niekorzystny dla klientów sposób i szpikowano klauzulami abuzywnymi. Wreszcie, jeśli chodzi o „modus operandi” serwujących te dania instytucji finansowych, mamy identyczny schemat – najpierw naganiano za pomocą agresywnego marketingu nie orientujących się w finansowych zawiłościach klientów, a potem następować miał (przynajmniej w planach) wieloletni okres systematycznego „golenia frajerów”. Nadmieńmy, iż mamy tu wykorzystanie renomy „instytucji zaufania publicznego” i nimbu „poważnych podmiotów finansowych”, co w połączeniu ze sprytnymi technikami interpersonalnymi stosowanymi przez handlowców (pardon - „doradców finansowych”) czyniło klienta w praktyce bezbronnym w konfrontacji z profesjonalną machiną sprzedażową.

Teraz pojawiła się szansa, na realne zastopowanie tego procederu – tym bardziej, że tego typu spraw toczy się więcej, a osoby „wkręcone” w polisolokaty organizują się na wzór „frankowiczów”. Jeżeli weźmiemy pod uwagę, że np. niemiecki Sąd Najwyższy uznał za naruszenie interesu klienta opłatę likwidacyjną w wysokości... 4 procent, to na tym tle możemy sobie uświadomić skalę eksploatacji z jaką mieliśmy do czynienia w Polsce. Dodajmy, że w praktyce na polisolokacie nie sposób było zarobić – jeżeli nawet doszło do wypracowania jakiegoś zysku to lwią jego część pochłaniały różne opłaty i prowizje, co zresztą było jedną z głównych przyczyn zrywania umów przez rozczarowanych klientów. Krótko mówiąc, klient „przywiązany” do toksycznego produktu miał płacić np. przez 10-15 lat, a zarabiała wyłącznie zawiadująca nim instytucja finansowa.

Poza wszystkim, polisolokaty stały się nabrzmiałym problemem społecznym i gospodarczym. Ocenia się, że produkty te nabyło ok. 5 mln. Polaków, zaś łączna wartość utopionych pieniędzy wg danych Rzecznika Finansowego wynosi 50 mld. zł. Są to pieniądze, których ci sami Polacy nie wydadzą na towary i usługi – innymi słowy, tyle właśnie straciła na tylko tym jednym produkcie finansowym realna gospodarka. Do tego dochodzą nieprzeliczalne na pieniądze ludzkie dramaty – polisolokaty oferowano bowiem praktycznie każdemu, bez względu na sytuację materialną, co znakomicie (i nie tylko to) opisał chociażby Paweł Reszka w książce „Chciwość. Jak nas oszukują wielkie firmy”. Drugą stroną medalu jest rozpad więzi rodzinnych, kiedy gonieni planami sprzedażowymi zdesperowani handlowcy (często autentycznie wierząc w produkt) oferowali polisolokaty swym najbliższym – z wiadomym skutkiem.

Sprawa jest rozwojowa, bowiem kancelaria LWB, która właśnie wyprocesowała przełomowy wyrok, prowadzi łącznie 8 pozwów zbiorowych zrzeszających w sumie 3 tys. klientów, a do tego blisko 1000 spraw indywidualnych. Jeśli połączyć to z kolejnymi wyrokami w sprawach „kredytów” frankowych (nakazującymi przewalutowanie, bądź zwrot spreadów), to rysuje się szansa, że polski konsument przestanie być dojną krową dla finansowych korporacji i – że zagram skojarzeniem – wreszcie „wstanie z kolan”.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 20 (19-25.05.2017)

piątek, 6 marca 2015

ISDS, czyli korpo-dyktat

ISDS to zakamuflowany szantaż za pomocą którego ponadnarodowe firmy trzymają państwa na krótkiej smyczy.

 

Pozwolę sobie dziś pociągnąć nieco temat z poprzedniego tygodnia, czyli sprawę negocjowanego między USA oraz UE Transatlantyckiego Partnerstwa w dziedzinie Handlu i Inwestycji (TTIP), a konkretnie jednego wątku, który uprzednio jedynie zasygnalizowałem. Chodzi o mechanizm ISDS (Investor-to-State Dispute Settlement), mający być w założeniach integralnym elementem umowy. Na czym on polega? Jest to system arbitrażowy funkcjonujący na linii inwestor-państwo w ramach dwustronnych umów o ochronie inwestycji (Bilateral Investment Treaties - BITs). Jego istotą jest wyjęcie zagranicznych inwestorów spod miejscowej jurysdykcji i przekazanie ewentualnych sporów pod rozstrzygnięcie prywatnego quasi-sądu – trybunału arbitrażowego. W praktyce system obsługują wyspecjalizowane kancelarie, zaś sam arbitraż bardziej przypomina skomplikowane negocjacje odszkodowawcze, niż klasyczny cywilnoprawny przewód sądowy. Co ciekawe, ci sami prawnicy w zależności od zlecenia mogą pełnić w różnych procesach zarówno rolę pełnomocników jak i sędziów. Jest to środowisko dość hermetyczne, wedle dostępnych informacji na 15 prawników przypada ok 55% toczących się obecnie postępowań.

Orzeczenia trybunałów arbitrażowych są ostateczne, nie przysługuje od nich odwołanie, zaś roszczenia inwestorów wobec państwa nie są ograniczone żadnym górnym pułapem. Co charakterystyczne i szczególnie bulwersujące – koncerny mogą pozywać państwo nie tyle za realne straty wynikłe z działalności jego organów, ile za utratę spodziewanych zysków, określanych zazwyczaj czysto subiektywnie. Innymi słowy, jest to zakamuflowany szantaż za pomocą którego ponadnarodowe firmy trzymają państwa na krótkiej smyczy, tak by te nie wprowadzały regulacji niekorzystnych z biznesowego punktu widzenia. Może to dotyczyć takich obszarów jak prawa pracownicze, ochrona zdrowia, środowiska naturalnego, normy techniczne bądź sanitarne itd. Pierwotnym założeniem dla tego typu rozwiązań było uniknięcie praktyk dyskryminacyjnych wobec zagranicznych podmiotów gospodarczych, szczególnie w państwach będących na bakier z praworządnością, jednak szybko doszło do systemowych wynaturzeń i dziś ISDS przyczynia się do uprzywilejowania potężnych międzynarodowych graczy kosztem przedsiębiorstw krajowych. Rodzima firma nie może pozwać państwa za ustanowienie określonych przepisów, zagraniczna – owszem. Sprzyjają temu dodatkowo celowo nieprecyzyjne i ogólne zapisy traktatów. Tyczy się to szczególnie państw słabszych ekonomicznie, ale nie tylko.

Polska BITs-y zawierała przede wszystkim na początku lat 90., chcąc zachęcić kapitał zagraniczny do inwestowania. W tej chwili nasz kraj jest stroną ponad 60 takich umów. Najgłośniejszym echem odbił się proces arbitrażowy, jaki wytoczyło Skarbowi Państwa Eureko BV w związku z prywatyzacją PZU, podczas którego holenderska firma żądała odszkodowania w wysokości 2,4 mld euro. Przykład ten, mimo ostatecznej ugody, pokazuje jakim batem na politykę gospodarczą i ustawodawstwo państw może być groźba uruchomienia mechanizmu ISDS. W tym kontekście mówi się wręcz o zjawisku „chilling effect”, czyli zamrażania zmian w prawodawstwie, lub powstrzymywaniu się organów państwa od działań, które mogłyby skutkować pozwami zagranicznych inwestorów.

Podam kilka najgłośniejszych przypadków obrazujących patologie ISDS. Kiedy władze kanadyjskiej prowincji Quebec wprowadziły na skutek referendum moratorium na szczelinowanie hydrauliczne, amerykańska firma Lone Pine Resources pozwała tamtejszy rząd o 250 mln dolarów kanadyjskich odszkodowania z tytułu utraconych zysków – na mocy umowy NAFTA zawierającej procedurę ISDS. Inna sprawa to pozew koncernu tytoniowego Philip Morris przeciw Australii, po tym jak wprowadzono tam przepisy antynikotynowe – paczki papierosów miały być jednolite, eksponować zdjęcia pokazujące skutki palenia, zaś markę papierosów i nazwę producenta umieszczono małą czcionką na dole opakowania. Koncern uznał, iż narusza to jego własność intelektualną. Kolejny przykład – szwedzki koncern energetyczny Vattenfall pozwał rząd Niemiec, kiedy ten ogłosił program wygaszania energetyki jądrowej. Z kolei kanadyjska firma pozwała Salwador na kwotę 325 mln USD za odmowę uruchomienia kopalni złota, gdyż groziło to zanieczyszczeniem wody. Gdy podczas kryzysu rząd Argentyny zamroził opłaty za energię i wodę, włoski koncern SAUR uzyskał 59 mln dolarów z tytułu utraconych zysków. Co ciekawe, rząd USA nie przegrał żadnego wytoczonego mu procesu arbitrażowego.

Jak widać, slogan „duży może więcej” nabiera wyjątkowo ponurego wydźwięku, tym bardziej, że korporacje mają w zwyczaju „ostrzegać” organa państwowe przed wdrażaniem niekorzystnych dla nich regulacji, co często prowadzi do ich poniechania – tak działa wspomniany „chilling effect” w praktyce. Zapytam retorycznie – pod czyim naciskiem Komisja Europejska upiera się przy włączeniu do umowy TTIP wynaturzonego rozwiązania, skazującego nominalnie suwerenne państwa na swoisty korpo-dyktat?

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://blog-n-roll.pl/pl/ttip-%E2%80%93-kolejna-ods%C5%82ona-kolonizacji#.VPX0tI6NAmw

Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 9 (27.02-05.03.2015)

czwartek, 20 marca 2014

Kredytowa szulernia

W przypadku kredytów walutowych mamy do czynienia z drenażem i transferem kapitału z gospodarek peryferyjnych do centrum.

I. Węgierska batalia z bankami

Węgierski Trybunał Konstytucyjny uznał (17.03.2014), iż w pewnych warunkach dopuszczalna jest ustawowa ingerencja w umowy kredytowe zawarte w walutach obcych, w celu wzmocnienia pozycji konsumentów wobec banków. Dotyczy to przede wszystkim kredytów hipotecznych we frankach szwajcarskich, zaciągniętych przez ok. 600 tys węgierskich rodzin. Jest to kolejna odsłona batalii Orbana o całkowitą likwidację kredytów walutowych – w 2011 roku Węgry uchwaliły ustawę w myśl której klient mógł jednorazowo spłacić kredyt po kursie o 1/3 niższym od rynkowego. Ponadto banki miały udzielać na życzenie klienta gwarantowanych przez państwo tanich kredytów w forintach na spłatę zadłużenia. Banki, przymuszone do wzięcia na siebie kosztów wynikających z różnic kursowych, szacują, że straciły na tym ok. miliarda euro.

Trzeba dodać, że w grudniu 2013 węgierski sąd najwyższy (Kuria) uznał, iż kredyty walutowe są legalne, oddalając tym samym wniosek rządu Orbana i stawiając pod znakiem zapytania operację oddłużeniową z 2011 roku. Rząd węgierski jednak skierował tę kwestię również do innego organu – Trybunału Konstytucyjnego, ten zaś, jak wspomniałem przed chwilą, orzekł o legalności ingerencji w umowy kredytowe, również z mocą wsteczną – pod warunkiem, że okoliczności zmieniły się w sposób który nie mógł być przewidziany w chwili zawierania umowy. Tu należy nadmienić, iż taką okolicznością mógłby być światowy kryzys finansowy w wyniku którego kurs franka do forinta między 2009 a 2011 rokiem wzrósł niemal dwukrotnie. W efekcie kredyty walutowe stały się na Węgrzech poważnym problemem społecznym – kłopoty ze spłatą (zaległości powyżej 90 dni) ma ok. 1/5 kredytobiorców. Póki co jednak rząd węgierski czeka na orzeczenie Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości, badającego na wniosek Kurii sprawę jednostronnej modyfikacji umów kredytowych i zmiany kursów walut. Chodzi o kwestię, czy sąd może badać zasadność praktyki polegającej na tym, że bank udzielając kredytu we frankach wypłacał klientowi kwotę kredytu w forintach wg ceny kupna, raty zaś kasował wg ceny sprzedaży (tzw. „spread”).

II. Islandia, Chorwacja, Hiszpania...

Warto przypomnieć w powyższym kontekście o trzech innych krajach, gdzie zajęto się problemem kredytów frankowych. Na Islandii, po finansowym tsunami z 2008 roku, tamtejszy Sąd Najwyższy w czerwcu 2010 uznał kredyty indeksowane w obcych walutach za nielegalne, uwalniając tym samym kredytobiorców od kosztów wynikających z osłabienia islandzkiej korony.

Z kolei w Chorwacji sąd w Zagrzebiu, rozstrzygając pozew zbiorowy wniesiony przez organizacje konsumenckie, nakazał w sierpniu 2013 przewalutowanie kredytów we frankach szwajcarskich na kuny po kursie obowiązującym w dniu zawierania umowy. Banki szacują swe straty na ok. 1 mld euro. Wyrok dotyczy ok. 100 tys Chorwatów zadłużonych na 3,3 mld euro.

W Hiszpanii natomiast barceloński sąd na początku 2013 rozwiązał umowę kredytową we frankach, uznając ją nie za kredyt, lecz za „produkt wysoko złożony, o charakterze spekulacyjnym, niedostosowany do profilu ryzyka osoby, która ten kredyt zaciągnęła”. Wg. sądu mamy do czynienia z połączeniem w jednym pakiecie kredytu i inwestycji, a procedura przyznawania takiego „kredytu” nie spełnia wymogów Unii Europejskiej co do oferowania produktów inwestycyjnych – te bowiem powinny być nadzorowane nie tylko przez nadzór bankowy i bank centralny ale również przez tamtejszą komisję papierów wartościowych. Chodzi tu o dyrektywę MiFID („Markets in Financial Instruments Directive”) nakazującą bankowi przebadać profil klienta przed zaproponowaniem inwestycji wysokiego ryzyka – a „produkt o charakterze spekulacyjnym” z natury rzeczy do takich ryzykownych inwestycji należy. Tymczasem, banki udzielając kredytów walutowych podobnej procedury nie dochowywały.

III. Kredyt walutowy jak „opcje”?

Jak to się ma do Polski? U nas kredyty we frankach zaciągnęło ok. 700 tys klientów, z czego problemy ze spłatą ma jakieś 3%. Niby nie jest więc najgorzej, jednak i u nas wzrost kursu franka szwajcarskiego okazał się na tyle znaczący, że wiele budżetów domowych stało się po prostu przepompownią wypracowanego bogactwa do banków. Innymi słowy – klient stał się chłopem pańszczyźnianym banku, odnosząc mu większość dochodów i ledwie wiążąc koniec z końcem, tym bardziej, że ceny spłacanych nieruchomości zeszły często poniżej kwoty kredytu. Na to nakładają się nieuczciwe poczynania banków. Przykładowo, Sąd Ochrony Konkurencji i Konsumentów zakwestionował takie praktyki, jak: - proceder dowolnego ustalania sobie przez banki tabel walutowych na podstawie których ustalano ratę kredytu w oderwaniu od cen rynkowych czy np. średniego kursu NBP; - dowolne modyfikowanie umów na podstawie niejednoznacznych zapisów umowy (to bank Millenium, r. 2010); - zmiana wysokości oprocentowania kredytu w trakcie trwania umowy (to z kolei BRE Bank, r. 2009). Niedawno natomiast grupa 200 osób wniosła pozew zbiorowy przeciw Getin Noble domagając się unieważnienia tabel walutowych ustalanych przez bank i zawyżających kurs franka, w oparciu o które bank naliczał raty kredytu, bądź unieważnienia umów w całości.

Jak można przeczytać w analizie zamieszczonej przez „Forbes”, w przypadku kredytów walutowych możemy mieć do czynienia z przypadkiem analogicznym do „opcji walutowych” na które swojego czasu naciągnięto wielu przedsiębiorców. Dziś wielu z nich wygrywa sprawy sądowe, a banki muszą płacić niekiedy wielomilionowe odszkodowania. Autor artykułu podnosi m.in. kwestię omijania zapisów umowy dotyczących wynagrodzenia banku (prowizja, oprocentowanie) i arbitralnego generowania dodatkowej marży za pomocą spreadu. Np. przewalutowanie udzielanego kredytu następuje po cenie kupna franka według ustalanej przez bank tabeli walutowej, zaś saldo do spłaty i odsetki ustalane są według ceny sprzedaży. Ze spreadem wiąże się również kwestia ogólnych kosztów kredytu, które po zliczeniu wszystkich elementów okazują się często w sumie wyższe niż kredytów złotówkowych. Trzecią sprawą jest wreszcie wystawianie klienta na nieograniczone ryzyko walutowe – i tu kłania się przytaczane wyżej orzeczenie sądu hiszpańskiego, który, przypomnę, uznał kredyt we frankach za „produkt wysoko złożony, o charakterze spekulacyjnym”. Autor podąża podobną ścieżką, uznając kredyt walutowy za „skrajnie spekulacyjny”, gdyż klient nie jest w stanie oszacować, ile potencjalnie straci, w związku z powyższym narażony jest na „nieograniczoną stratę”. Podobna argumentacja stosowana była na podstawie opinii biegłych w procesach dotyczących opcji walutowych. Do tego dochodzi złamanie dyrektywy MiFID, jeśli klient zaciągał kredyt w celu nabycia instrumentów finansowych.

Jak widać z powyższego, polscy „frankowicze” nie są bez szans.

IV. Kredytowa szulernia

Na zakończenie jeszcze kilka słów subiektywnego komentarza. Otóż w moim głębokim przekonaniu kredyty walutowe są jednym z narzędzi neokolonializmu. Ich funkcją jest bowiem długoterminowa eksploatacja obywateli peryferii na rzecz metropolii za pomocą sektora bankowego. Tak się bowiem składa, że w krajach „nowej unii” po przekształceniach system bankowy znajduje się w ogromnej części w rękach zagranicznych podmiotów (niemieckich, włoskich, austriackich, brytyjskich itd.), które transferują zyski do macierzystych central.

Skolonizowane gospodarczo kraje dojone są na dwa sposoby. Sposób pierwszy, to drenowanie zasobów przez dług publiczny, w wyniku którego budżet państwa staje się przepompownią kapitału od podatnika do wierzyciela – instytucji finansowej - wykupującego obligacje Skarbu Państwa. Sposób drugi, to zadłużenie indywidualne, gdy wkręceni na możliwie masową skalę w kredyt walutowy „konsumenci” stają się niewolnikami tyrającymi przez większość czasu na spłatę rosnącej wraz z kursem franka pożyczki. W obu przypadkach pieniądze wypływają gdzieś w siną dal, zubożając gospodarkę narodową eksploatowanego państwa. Ktoś mógłby powiedzieć, że przecież w ręku kredytobiorcy zostaje nieruchomość (dom, mieszkanie). To prawda, ale też do czasu. Gdy już bowiem spłaci po latach lichwiarski kredyt, to przechodzi wkrótce na głodową emeryturę... a wtedy znów pojawia się bank oferując mu „odwróconą hipotekę” - i w ten oto sposób nieruchomość po pewnym czasie tak czy inaczej staje się własnością banku.

Jak napisałem kiedyś w tekście „Gra kredytem”, kredyt walutowy to hazard: klient zakłada się z bankiem, że kurs nie wzrośnie w znaczącym stopniu, bank zaś „gra” na opcję przeciwną. I jestem dziwnie pewien, że banki konstruując ofertę doskonale wiedziały, że kurs franka będzie rosnąć. Jestem również przekonany, że celowo zniechęcano klientów do kredytów w rodzimych walutach (tak twierdzą choćby klienci banku Getin Nobel), by nagonić ich do kredytu we frankach szwajcarskich. Krótko mówiąc - kredytowa szulernia, gdzie jedna ze stron zna z góry wynik „zakładu”.

Proszę ponadto zwrócić uwagę, że dominujące na rynkach Europy Środkowo-Wschodniej banki w swoich macierzystych krajach nie rozpętywały podobnej „gorączki złota” na franka szwajcarskiego, choć mogłyby. Warto wspomnieć, iż chorwacka kuna powiązana jest z euro, zatem teoretycznie nic nie stało na przeszkodzie, by w podobną matnię jak 100 tys Chorwatów wpędzić również obywateli strefy euro. Z jakichś jednak względów klientów z Niemiec, Austrii czy Włoch nie wystawiono na „nieograniczone ryzyko kursowe” związane z kredytem walutowym. Potwierdzałoby to domniemanie, iż mamy do czynienia z zaplanowanym drenażem i transferem kapitału z gospodarek peryferyjnych do centrum.

I tutaj nieuchronnie musi pojawić się pytanie: czy znajdzie się u nas siła polityczna, która zakazałaby tego szalbierczego procederu? Czy może któraś ze spraw przeciw bankom trafi przed Sąd Najwyższy, a ten wzorem odpowiednika z Islandii unieważni en masse „narzędzie spekulacyjne”, które oferowane było pod przykrywką kredytu? I nie ma co się oglądać na biadolenie banków – dadzą sobie radę, najwyżej do ich zagranicznych central nie trafi tyle, ile sobie założyły. By nie wypaść z rynku będą musiały przełknąć tę gorzką pigułkę, tak jak przełknęły na Węgrzech czy Islandii. Zresztą, to i tak nie są nasze banki, a kapitał jak się okazuje jednak ma narodowość i dobrze, aby został w Polsce.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://podgrzybem.blogspot.com/2013/08/gra-kredytem.html

 

czwartek, 10 października 2013

Kawał rzetelnej, chińskiej propagandy

„Dopóki jestem w stanie kontrolować emisję pieniądza w danym kraju, nie dbam o to, kto w nim stanowi prawo.” - Mayer Rothschild

I. Propaganda faktu

Podczas lektury legendarnej już książki Song Hongbinga „Wojna o pieniądz. Prawdziwe źródła kryzysów finansowych” towarzyszyły mi zmienne refleksje i odczucia. Najpierw było zachłyśnięcie się precyzją wywodu i analitycznym podejściem do historii kreacji pieniądza jako długu - począwszy od założenia Banku Anglii w 1694 roku, a skończywszy na systemie rezerw cząstkowych, ostatecznym porzuceniu parytetu złota i obecnym szaleństwie spekulacyjnym zakończonym krachem w 2008 roku. W międzyczasie natomiast mamy bezpardonową i często krwawą wojnę o ekonomiczną (a więc i polityczną) władzę nad kolejnymi państwami, do której to władzy kluczem jest pieniądz i kontrolowanie jego emisji. Stopniowo jednak, w miarę lektury, zaczęły narastać we mnie wątpliwości... aż doszedłem do wniosku, którego owocem jest tytuł niniejszej notki. Mamy mianowicie do czynienia z kawałem rzetelnej, chińskiej propagandy.

Od razu dodam, iż powyższa konstatacja w niczym nie umniejsza merytorycznych walorów dzieła chińskiego analityka finansowego. Przede wszystkim bowiem Song Hongbing prezentuje fakty. Autor rzadko zapuszcza się w spekulacje – czyni to głównie przy okazji omawiania licznych zamachów na prezydentów USA (miały za nimi bez wyjątku stać kręgi bankierskie, gdy przywódcy ośmielali się prowadzić politykę wbrew ich planom), czy podnosząc tezę o dążeniu międzynarodowej finansjery do utworzenia Rządu Światowego, czego zwieńczeniem miałaby być nowa, ogólnoświatowa waluta. Te dygresje są zresztą uprawdopodobnione licznymi poszlakami – ale, jako się rzekło, otrzymujemy nade wszystko fakty składające się na fascynującą opowieść – i to takie, o których nie wspomina się w „oficjalnej” ekonomii czy gospodarczych rubrykach gazet.

I właśnie w tym tkwi siła propagandowego przekazu Song Hongbinga. Kto twierdzi, że propaganda musi być kłamliwa? O wiele większą moc oddziaływania ma propaganda misternie utkana z niewygodnych lecz prawdziwych danych, które strona przeciwna najchętniej zamiotła by pod dywan. Dlatego też propagandę Song Hongbinga nazwałem „rzetelną”. To propaganda faktu.

II. Wojna ekonomiczna

W czyim imieniu i przeciw komu wytacza zatem swe działa Song Hongbing? Otóż Autor nie kryje, że pisze w interesie Chin – wrogiem zaś w toczącej się ekonomicznej wojnie jest patologiczny system finansowy skonstruowany na przestrzeni stuleci przez zachodnich bankierów.

U źródeł całego zła stoi emitowanie przez prywatne banki centralne pieniędzy jako swoistych skryptów dłużnych rządów wobec tychże banków pod zastaw przyszłych podatków obywateli. W tym modelu budżet państwa staje się przepompownią bogactwa – obywatele myślą, że płacą podatki rządowi, by ten za nie realizował swe zadania, w praktyce zaś płacą te podatki instytucjom finansowym wobec których rządy poszczególnych krajów mają wieczysty, wciąż rosnący i niemożliwy do spłacenia dług. Dług ten powstaje w momencie emisji pieniądza, dla którego zabezpieczeniem są rządowe papiery wartościowe. A gwarantem rządowych papierów są podatnicy.

Do tego dochodzi emisja „prywatna” banków, napędzająca przy okazji inflację. Generalnie, polega ona na tym, że wąska grupa finansowych oligarchów jest w stanie za pomocą dostępnych im narzędzi ekonomicznych w krótkim czasie nadąć „bańkę spekulacyjną”, by nagle, w dogodnym dla siebie momencie, przekłuć ją powodując krach – jest to etap realizacji zysków kosztem graczy, którzy „umoczyli” i nazywa się go w żargonie „strzyżeniem owiec”. Weźmy np. kredyt jako narzędzie tworzenia pieniądza – kredyt zaksięgowany po stronie „aktywów” banku oznacza de facto powstanie pieniądza - plus instrumenty pochodne, z których każdy staje się księgowym „aktywem” napędzającym dalszą kreację... W pewnym momencie wystarczy „odciąć prąd” - i gotowe. W ten sposób załatwiono np. Japonię i inne gospodarki wschodnioazjatyckie.

Ten mechanizm z punktu widzenia Chin jest potencjalnie bardzo niebezpieczny. Dlatego Song Hongbing przeciwny jest otwieraniu się chińskiego systemu finansowego na napływ spekulacyjnej pseudo-prosperity. W odpowiedzi na zagrożenie Autor postuluje powrót do kruszców jako ostatecznej formy bogactwa – i pieniądza emitowanego przez państwo, a nie prywatne instytucje. Pieniądz taki miałby pokrycie w rezerwach złota, nie zaś w długu, który oznacza kreację „z niczego” pod zastaw przyszłych zobowiązań.

III. Prawda i przemilczenia

Aby uzasadnić swe stanowisko, Song Hongbing prowadzi nas przez stulecia „wojny o pieniądz”, opisując drogę bankierskich elit z Rothschildami na czele, do zdobycia realnej władzy, opisanej stwierdzeniem Mayera Rothschilda: „Dopóki jestem w stanie kontrolować emisję pieniądza w danym kraju, nie dbam o to, kto w nim stanowi prawo.” Ujawnia zakulisowe działania oraz sens kolejnych celowo indukowanych kryzysów, które każdorazowo kończyły się poszerzeniem bankierskich wpływów na międzynarodową skalę. Do pewnego momentu ogranicznikiem był parytet złota – dopóki ktoś nie wpadł na pomysł, zrealizowany przez Keynesa oraz jego następców, że „złoto to barbarzyński przeżytek”. Wszak o wiele więcej pola manewru daje pieniądz fiducjarny – czysto matematyczny twór oparty na arbitralnie ustalanych przelicznikach. W momencie upadku systemu z Bretton-Woods w 1971 roku i ostatecznym wycofaniu się Ameryki z parytetu złota, wrota przed ekonomiczną destrukcją zostały otwarte ostatecznie.

Jak już nadmieniłem, Song Hongbing nie kryje, że jest patriotą, którego działania podporządkowane są chińskiej racji stanu. A najlepsze, że nie musi kłamać – wszystko co opisuje jest jak najbardziej weryfikowalne. Dlatego też, proszę zauważyć, nikt z gospodarczego mainstreamu świata Zachodu z nim nie polemizuje. Potencjalni polemiści chcący wystąpić w interesie światowego bankierstwa musieliby odnieść się merytorycznie do danych dotyczących systematycznej grabieży („strzyżenia owiec”) jaką jest obecny system finansowy oraz jego grzechów z przeszłości. I z tego powodu oficjalny przekaz woli „Wojnę o pieniądz” przemilczać.

Przemilczenia jednak zdarzają się również Autorowi książki. Przykładowo, opisując futrowanie Hitlera przez rekinów z Wall Street, pomija rolę tychże w zwycięstwie komunizmu w Rosji (a jak miało się to w przypadku Chin?). Przy okazji demaskacji łupieżczego modelu „transformacji ustrojowej” byłych demoludów nie wspomina o systemowej niewydolności socjalistycznej gospodarki. Gdy pisze o Chinach, nie znajdziemy choćby szczątkowych wzmianek o społecznych kosztach gospodarczego „boomu” i quasi-feudalnym charakterze chińskiego kapitalizmu. Cóż, propaganda wojenna, nawet najrzetelniejsza, również wymaga ofiar – w tym przypadku wyeksponowania tylko jednej strony medalu kosztem całościowego obrazu. Jednak tego, co zostało w „Wojnie o pieniądz” opisane wystarczy, by sięgnąć po tę pozycję. I to niejeden raz.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

piątek, 16 sierpnia 2013

Gra kredytem

Banki, napędzając koniunkturę na kredyty walutowe, z premedytacją zakładały na klientów pułapkę.

I. „Narzędzie spekulacyjne”

Przez media przemknęła informacja o tym, że sądy w Hiszpanii i Chorwacji uznały za niedopuszczalną dotychczasową formułę kredytów hipotecznych zaciąganych w zagranicznych walutach (głównie w popularnych i u nas frankach szwajcarskich). Ba – sąd hiszpański stwierdził nawet, iż jest to „narzędzie spekulacyjne”. W efekcie, banki muszą przewalutować kredyty na pieniądz miejscowy po kursie z dnia zawarcia umowy (Chorwacja), albo umożliwić klientom spłatę jedynie pierwotnej kwoty kredytu w euro (Hiszpania). Powodem było m.in. niedostateczne poinformowanie przez banki klientów o zagrożeniach płynących z ryzyka kursowego oraz mało transparentne zmiany kosztów kredytu. Nieco wcześniej podobne działania podjął rząd węgierski – Viktor Orban najpierw zmusił banki do zaakceptowania jednorazowych spłat kredytów po urzędowym kursie niższym o ok. 30% od rynkowego, ostatnio zaś zapowiedział likwidację w ciągu kilku lat możliwości udzielania kredytów hipotecznych w obcych walutach.

Liberalny ortodoks mógłby się tu obruszyć na niedopuszczalną ingerencję w dobrowolnie zawarte umowy - w myśl rzymskiej maksymy „chcącemu nie dzieje się krzywda”. Jeszcze niedawno może sam zareagowałbym podobnie. Tak się jednak składa, że jestem w trakcie lektury książki Song Hongbinga „Wojna o pieniądz. Prawdziwe źródła kryzysów finansowych” (którą chciałbym przy okazji serdecznie polecić), w której chiński analityk finansowy strona po stronie unaocznia nam jak niewiele wspólnego z liberalną doktryną ma działalność kolejnych pokoleń bankierów – począwszy od powstania Banku Anglii z koncepcją emisji pieniądza jako długu rządowego pod zastaw przyszłych podatków. Lektura wspomnianej książki dość skutecznie odziera ze złudzeń, toteż nie mam wątpliwości, że banki napędzając koniunkturę na kredyty walutowe całkowicie świadomie zakładały na klientów pułapkę, z góry wiedząc, że kurs franka będzie stopniowo się zmieniał na niekorzyść kredytobiorców.

II. Jednostronny hazard

Kredyty walutowe można by określić jako zakład – klient przyjmuje, że kurs np. franka szwajcarskiego będzie grał na jego korzyść, bank natomiast, ma się rozumieć – odwrotnie. Tyle, że w rzeczywistości nie ma to nic wspólnego z uczciwym hazardem, gdzie obie strony startują z identycznymi losowo szansami. Tak się bowiem składa, że kreacją pieniądza, stopami procentowymi, napędzaniem koniunktur kredytowych i co za tym idzie – kondycją poszczególnych walut, zajmują się banki właśnie. Tu klient stoi na z góry straconej pozycji, niczym żółtodziób siadający do stolika z wytrawnym szulerem.

Dla przykładu – w Chorwacji, w szczycie boomu kredytowego, za franka trzeba było zapłacić 4-4,5 kuny, obecnie ok. 6 kun. W Polsce, w lipcu 2008 frank oscylował wokół 2 PLN, obecnie ok. 3,42. Niedawno zaś „GW” doniosła, iż rata kredytu we frankach zaciągniętego w 2008 przebiła ratę analogicznego kredytu złotówkowego. Generalnie, na przestrzeni ostatnich lat koszta pożyczki walutowej podniosły się o kilkadziesiąt procent. U nas ze spłacalnością kredytów hipotecznych nie jest jeszcze najgorzej, choć Polacy zadłużeni są po uszy, ale już na Węgrzech problemy ze spłatą długu we frankach ma co trzeci kredytobiorca. Zresztą, i w Polsce może być różnie, bo wzrost zadłużenia państwa to prosta droga do dewaluacji złotówki, a wtedy koszta kredytów walutowych wzrosną jeszcze bardziej.

III. Kredyt walutowy jako „gotowanie żaby”

Na powyższe nakłada się jeszcze aspekt polityczno-postkolonialny. Otóż, jak twierdzi Janusz Szewczak, banki z centralami we Francji, Niemczech i Wlk. Brytanii chętnie udzielały kredytów walutowych w krajach Europy Środkowo-Wschodniej, natomiast u siebie – już nie. Czyli można podejrzewać, iż mamy do czynienia z zaplanowanym drenażem i transferem kapitału z gospodarek peryferyjnych do centrum. A jest się o co bić, gdyż na skutek orzeczenia chorwackiego sądu, w samej tylko Chorwacji banki mogą stracić ok 1 mld euro. Ile zyskały na walutowym procederze w innych krajach? Nic dziwnego, że się odwołują, bo z ich punktu widzenia może to być szkodliwy precedens.

Oczywiście, można twierdzić, że przecież kredyty walutowe tak czy inaczej były do tej pory bardziej korzystne, niż te zaciągane w pieniądzu lokalnym – głównie na skutek niższego oprocentowania. Coś jednak każe mi podejrzewać, zważywszy na podobny rozwój sytuacji w wielu krajach (Polska, Węgry, Chorwacja, Hiszpania), że banki celowo grały na zniechęcenie klientów do kredytów w walutach narodowych, stawiając zaporowe warunki i naganiając ich do kredytów frankowych – by następnie, metodą „gotowania żaby” w długookresowej perspektywie tak zmieniać kurs, by ostatecznie wyciągnąć więcej, niż uzyskałyby z pożyczek hipotecznych np. w złotówkach. A pamiętać należy, że kredyty hipoteczne zaciąga się często na dziesięciolecia.

I na zakończenie. Kredyt to życiodajny tlen dla bankowości. Bez pożyczek banki nie zarabiają. Warto się zatem zastanowić, czy gdyby kredyty w walutach obcych były zabronione, to banki wciąż piętrzyłyby trudności przed kredytami w miejscowej walucie – nie obarczonej „ryzykiem kursowym”, które to „ryzyko”, jak się okazuje, ponosi na koniec wyłącznie klient. Spoglądajmy zatem z uwagą na Węgry i poczynania Viktora Orbana w jego zmaganiach z banksterską międzynarodówką.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/