Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rynki finansowe. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rynki finansowe. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 10 lutego 2019

Ludzka polityka monetarna

Mamy do czynienia z patologiczną sytuacją – bank centralny nie ma prawa finansować bezpośrednio rządu, ale wpompowywać pieniądze do sektora finansowego – już tak!

W ubiegłotygodniowym felietonie zarysowałem pokrótce koncepcję „luzowania ilościowego dla ludzi” (Quantitative Easing for People) zakładającą, iż pieniądze, które w ramach luzowania ilościowego trafiały dotąd bezproduktywnie do sektora finansowego, napędzając jedynie kolejną falę spekulacji, powinny trafić do gospodarki realnej – w formie inwestycji, bądź bezpośrednio do kieszeni obywateli. Teoretycznie jest to jak najbardziej wykonalne – bo skoro banki centralne tak czy inaczej kreują „z niczego” świeży pieniądz, by za jego pomocą wykupywać obligacje i inne papiery wartościowe, to równie dobrze mogą decydować gdzie ów pieniądz trafi. Byłoby to zresztą w pełni zgodne zarówno z ideą pieniądza suwerennego, jak i Nowoczesną Teorią Monetarną (MMT – Modern Money Theory), które legły u podstaw luzowania ilościowego w jego obecnym kształcie. Na przeszkodzie jednak stoi obecny „ustrój” finansowy, który jest – nie zawaham się tego nazwać wprost – systemem bandyckim.

W czym rzecz? Ano w tym, że we współczesnym świecie standardem jest zakaz finansowania potrzeb budżetowych bezpośrednio przez banki centralne. Przykładowo, art. 123 Traktatu o funkcjonowaniu Unii Europejskiej (tzw. Traktat Lizboński) głosi, iż „Zakazane jest udzielanie przez Europejski Bank Centralny lub banki centralne Państw Członkowskich, zwane dalej »krajowymi bankami centralnymi«, pożyczek na pokrycie deficytu lub jakichkolwiek innych kredytów instytucjom, organom lub jednostkom organizacyjnym Unii, rządom centralnym, władzom regionalnym, lokalnym lub innym władzom publicznym, innym instytucjom lub przedsiębiorstwom publicznym Państw Członkowskich, jak również nabywanie bezpośrednio od nich przez Europejski Bank Centralny lub krajowe banki centralne ich papierów dłużnych”. Podobny zapis mamy w naszej konstytucji: „Ustawa budżetowa nie może przewidywać pokrywania deficytu budżetowego przez zaciąganie zobowiązania w centralnym banku państwa” (art. 220 p.2).

Cóż to oznacza w praktyce? Otóż zapisy te zmuszają rządy do zadłużania się na rynkach finansowych – krajowych i zagranicznych. Pół biedy, jeśli czynią to we własnej walucie, ale nader często w grę wchodzi również o wiele groźniejsze zadłużenie w walutach obcych. Skutek jest taki, że całe państwa siedzą w kieszeni globalnej oligarchii finansowej, która prawem kaduka zyskała monopol na kredytowanie długu publicznego pod zastaw przyszłych dochodów obywateli (podatków). Jednocześnie rządy i banki centralne mogą skupować obligacje na rynku wtórnym – czyli najczęściej odkupywać je od instytucji finansowych (na tym wszak polega wspomniane luzowanie ilościowe). Mamy zatem do czynienia z patologiczną sytuacją – bank centralny nie ma prawa finansować bezpośrednio rządu, ale wpompowywać pieniądze do sektora finansowego – już tak! Na dodatek, dzięki systemowi rezerwy cząstkowej, banki mogą kreować pieniądze jednym „kliknięciem”, zatem są w stanie kupić w ten sposób praktycznie „bezkosztowo” rządowe obligacje, by potem zarabiać na oprocentowaniu. Czarno na białym wykazał to prof. Richard A. Werner w omawianej na tych łamach pracy „Stracone stulecie w ekonomii. Trzy teorie i niezbity dowód”. Więcej – zagraniczne waluty za które rzekomo „kupiono” obligacje przeważnie nie trafiają fizycznie do krajów przeznaczenia. Stanowią one jedynie wirtualny przelicznik, na podstawie którego kraj „sprzedający” obligacje może wyemitować ich ekwiwalent we własnej walucie. Innymi słowy – rządy poprzez obligacje kupują na rynkach „prawo” do wydrukowania pieniądza. Nota bene, spłata zadłużenia musi nastąpić w walucie w jakiej się pożyczało (np. dolary, euro), co jako żywo przypomina niesławny mechanizm „kredytów” frankowych – tyle, że w megaskali. Paranoja. Nic dziwnego, że George Soros wyznał w przypływie szczerości, że dług publiczny jest podstawą funkcjonowania rynków finansowych.

Warto przypomnieć, że obecnie to banki komercyjne odpowiadają za kreację przytłaczającej większości pozostającego w obiegu pieniądza, podczas gdy zgodnie z konstytucją jedynym emitentem winien być bank centralny. Krótko mówiąc – banki fałszują pieniądz na masową skalę. Taka „polityka monetarna” jest nieludzka, wtrąca bowiem kolejne pokolenia podatników w spiralę niespłacalnego zadłużenia, czyniąc ich de facto niewolnikami globalnego kapitału. Najlepiej byłoby oczywiście odejść od tego łupieżczego systemu – ale nawet i w jego ramach jest furtka, pozwalająca na wprowadzenie „ludzkiej” polityki monetarnej. Wystarczy, że rząd „obdaruje” obligacjami obywateli – i wtedy bank centralny będzie mógł w majestacie prawa skupić te papiery dłużne z powstałego w ten sposób „rynku wtórnego” za żywą gotówkę, przeprowadzając „luzowanie ilościowe dla ludzi” i wpuszczając pieniądz bezpośrednio do realnej gospodarki. Oczywiście, istnieje ryzyko inflacji – lecz tu wystarczyłoby zastosować progi ostrożnościowe, na wzór tych już obowiązujących w odniesieniu do długu publicznego. Tylko na czym wtedy zarabialiby finansowi grandziarze?


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Luzowanie ilościowe dla ludzi

Ekonomia „króla Albanii”

Nowoczesna teoria pieniądza

BDP, czyli dywidenda obywatelska

O wypłukiwaniu pieniędzy z powietrza

Wirtualny pieniądz i realny dług


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 06 (08-14.02.2019)

poniedziałek, 26 listopada 2018

Bank za złotówkę? Tak, poproszę.

Mamy paradoksalną sytuację: sektor bankowy generuje rok po roku zyski rzędu kilkunastu mld. zł., lecz jeśli głębiej poskrobać, to banki okazują się wydmuszką i potencjalnymi bankrutami.

Można tylko przyklasnąć przyjętej przez Sejm nowelizacji prawa bankowego, zezwalającej na przejęcie zagrożonego banku przez inny podmiot na mocy decyzji KNF. Warto przypomnieć, że podobne rozwiązanie sprawdziło się przy okazji przejmowania przez banki zagrożonych niewypłacalnością SKOK-ów. Ale przyznam się, że chętnie widziałbym kroki idące jeszcze dalej, albowiem dotychczasowe reakcje – czy to organów nadzoru finansowego, czy inicjatywy ustawodawcze podejmowane w rytmie wykrywania kolejnych nadużyć – przypominają leczenie objawów, przy starannym unikaniu zajęcia się źródłem choroby. A główny problem polega na tym, że cały współczesny system finansowy postawiony jest na głowie: mamy do czynienia z osobliwym połączeniem kasyna, piramidy finansowej i wydmuszki, nakręcanym nieopanowaną kreacją fikcyjnego pieniądza - i to właśnie jest praprzyczyną rozmaitych patologii. Nie bez powodu kolejne światowe kryzysy swoje początki mają właśnie w świecie banków i funduszy – i następny, zbliżający się wielkimi krokami, również tam się zacznie. Po prostu - zdemoralizowane bezkarnością elity finansowe nie widzą powodu, by hamować swoje apetyty. Należałoby więc je do tego zmusić – i są na to sposoby, trzeba jedynie determinacji.

Po pierwsze, należy skończyć z oburzającą i z gruntu niemoralną zasadą, że istnieją gracze „zbyt wielcy, by upaść”, co kończy się każdorazowo zasypywaniem „rynków” górami pieniędzy, zachęcającymi jedynie do kontynuowania spekulacji i pompowania kolejnych „baniek”. W minionym kryzysie tego typu operację przeczyszczającą zastosowała Islandia, pozwalając zbankrutować swoim bankom, by następnie objąć je zarządem komisarycznym, zaś pomoc publiczną skierowano bezpośrednio w stronę poszkodowanych obywateli. Po drugie, trzeba wprowadzić osobistą odpowiedzialność karną dla zarządów instytucji finansowych za działalność na szkodę konsumentów (co zresztą postulował niedawno NIK w raporcie dotyczącym ochrony konsumenckiej w kwestii kredytów frankowych). Tu również prekursorem jest Islandia, gdzie na szefostwo tamtejszych banków posypały się wyroki więzienia.

Jednak najważniejszą sprawą jest pozbawienie banków możliwości kreowania pieniądza. Obecnie bowiem sytuacja wygląda tak, że przytłaczająca większość pieniędzy pozostających w obiegu jest efektem radosnej twórczości instytucji finansowych. Umożliwia to model rezerwy cząstkowej, pozwalający na produkowanie pieniądza „ex nihilo”, za pomocą tworzenia zapisów księgowych, czego dowiódł prof. Richard A. Werner z Uniwersytetu w Southampton w opisywanym na tych łamach eksperymencie, badającym w jaki sposób powstaje kredyt. Okazało się w nim, przypomnijmy, że bank udzielając kredytu na żadnym etapie nie sprawdzał swoich depozytów i rezerw – a więc niemal dosłownie „wypłukał złoto z powietrza”. Skutek powyższego jest taki, że obecnie globalna gospodarka jest zadłużona na 247 bln. dolarów – czyli 318 proc. w relacji do światowego PKB. Nic więc dziwnego, że na Islandii grupa obywateli wniosła swojego czasu pozew przeciw wszystkim działającym tam bankom o... fałszowanie pieniądza – bo wszak nominalnie jedynym emitentem winien być bank centralny.

Receptą może tu być koncepcja pieniądza suwerennego, w myśl której to państwo emituje pieniądze, a banki komercyjne mogą się zajmować jedynie ich alokacją – z takim pomysłem wystąpił islandzki ekonomista Frosti Sigurjónsson w swym raporcie opracowanym w 2015 r. na zlecenie tamtejszego rządu (znów ta Islandia!). W naszych warunkach mogłoby to wyglądać następująco: jeżeli bank chce udzielić kredytu ponad stan posiadanych rezerw, występuje do NBP. W drugim kroku to NBP sporządzałby zapis księgowy kreujący nowy pieniądz, który następnie „przekazywałby” bankowi komercyjnemu – ale jako pożyczkę, którą ten musiałby bankowi centralnemu zwrócić z odsetkami (np. zgodnie ze stopą procentową). Tym samym, to bankierzy byliby pozadłużani u państwa, a nie państwo u bankierów. Takie rozwiązanie przestawiałoby z miejsca cały układ finansowy z głowy na nogi, ponadto państwo miałoby instrument dyscyplinujący banki np. skłaniając je poprzez własną, suwerenną politykę kredytową do inwestowania w realną gospodarkę, a nie w instrumenty finansowe (co z kolei byłoby zgodne z koncepcją „wytycznych kredytowych” postulowanych przez prof. Wernera). Banki niewypłacalne byłyby w tym układzie nacjonalizowane za długi przez swojego głównego wierzyciela, czyli państwo – co stanowi nieco bardziej radykalną wersję wspomnianych na wstępie nowych kompetencji KNF.

Dziś bowiem mamy paradoksalną sytuację: sektor bankowy generuje rok po roku zyski rzędu kilkunastu mld. zł., lecz jeśli głębiej poskrobać, to banki okazują się wydmuszką i potencjalnymi bankrutami – a zatem stanowią nieustanne zagrożenie dla stabilności państwa. Silne są jedynie potencjalnymi pieniędzmi swoich dłużników. Lepiej zatem wziąć je na krótką smycz i w razie czego przejmować za symboliczna złotówkę – w końcu, realnie i tak nie są wiele więcej warte.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Ukrócić bankową kreację pieniądza

Wirtualny pieniądz i realny dług

O wypłukiwaniu pieniędzy z powietrza

Nikt nie może być zbyt wielki, by upaść


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 46 (23-29.11.2018)

czwartek, 16 sierpnia 2018

Nikt nie może być „zbyt wielki, by upaść”

Jeżeli w przypadku kryzysu z 2008 r. można mówić o jakiejkolwiek lekcji, to jest to lekcja demoralizacji.

Stan światowych rynków finansowych budzi rosnące zaniepokojenie i staje się powodem do formułowania kasandrycznych przepowiedni o zbliżającym się kolejnym kryzysie. Również w „Gazecie Finansowej” niedawno Robert Cheda podjął wątek zbliżającego się „finansowego Armagedonu” - i wszystko wskazuje na to, że faktycznie katastrofa wydaje się nieuchronna, a co więcej jej rozmiary mogą przyćmić wielki krach z 2008 roku. Dość powiedzieć, że globalny dług wynosi obecnie 247 bilionów dolarów, z czego 61 bln. przypada na sektor finansowy. Oznacza to, że światowe zadłużenie opiewa na 318 proc. w relacji do PKB. Z kolei Europejski Urząd Nadzoru Bankowego podał ostatnio informację (przytaczam za „Deutsche Welle”), wg której suma złych kredytów w europejskich bankach osiągnęła kwotę 813 mld. euro, przy czym 186,7 mld. euro przypada na banki włoskie. Zresztą, generalnie, motorem destrukcji jest sytuacja na południu kontynentu – prócz Włoch, mamy tu Grecję, gdzie za zagrożone uważa się 44,9 proc. kredytów oraz Cypr z 38,9 proc. złych długów. Jeżeli dodać, że większość z nich przypada na rynek nieruchomości, to analogie z rokiem 2008 nasuwają się same.

Na marginesie, w tej sytuacji nie dziwi, że Niemcy niechętnie spoglądają na koncepcję powołania wspólnego budżetu strefy euro, na co naciska zadłużona po uszy Francja (97 proc. PKB). Taki krok bowiem oznaczałby uwspólnotowienie długów, zaś w niemieckim interesie jest zachowanie obecnego statusu „wielkiego wierzyciela” strefy euro, zarabiającego na drenowaniu słabszych gospodarek – a nawet na ich bankructwach, czego dowiódł przykład Grecji, która wskutek kolejnych „transzy pomocowych” powiększyła swoje zadłużenie ze 108 do 180 proc. PKB, podczas gdy równolegle niemieckie banki zarobiły na odsetkach od greckich obligacji 2,9 mld. euro.

Wracając do głównego wątku. Mamy do czynienia z gigantyczną bańką zadłużeniowo-spekalucyjną, rodzajem światowej piramidy finansowej, która prędzej czy później musi się zawalić – wystarczy chociażby podniesienie stóp procentowych, by wywołać efekt domina. Takie są efekty „luzowania ilościowego”, czyli zasypywania poprzedniego kryzysu stertami dolarów i euro. Nafutrowane tanim pieniądzem „rynki” rzuciły się w wir spekulacyjnego hazardu w globalnym kasynie, domagając się przy okazji dalszej deregulacji i zwiększania swobody działania. Oznacza to, że świat finansów z załamania w 2008 r. nie wyciągnął żadnych wniosków i ochoczo ciągnie nas za sobą w tę samą przepaść. W efekcie, będziemy mieli kolejny kataklizm i to w sytuacji, kiedy wciąż odczuwamy jeszcze skutki poprzedniego, powierzchownie tylko zaleczonego dodrukiem pieniądza.

Dlaczego jesteśmy skazani na ponowne przerabianie patologii kreowanych przez rozpasanie globalnych spekulantów? Mówiąc najprościej – dlatego, że poprzednio niemal nikt nie poniósł żadnych konsekwencji. Szefowie skompromitowanych banków i instytucji finansowych cieszą się wolnością i zgromadzonym majątkiem, co najwyżej niektórzy z nich musieli odejść z branży inkasując na koniec sute odprawy. Rządy, z USA na czele, rzuciły się na wyprzódki ratować banksterskie korporacje publicznymi pieniędzmi – jako że, ponoć są „zbyt wielkie, by upaść”. Nawiasem, management tychże ratowanych podmiotów z miejsca został przez udziałowców wynagrodzony za skuteczny lobbying milionowymi premiami, ku bezsilnemu oburzeniu opinii publicznej. Jedynym chlubnym wyjątkiem była Islandia, której rząd pod społeczną presją pozwolił zbankrutować swoim umoczonym w spekulacje bankom, zaś ich szefostwu wytoczono procesy zakończone karami więzienia.

Jednak w USA i Europie było inaczej, co w oczywisty sposób rozzuchwaliło finansowe hieny i utwierdziło je w przekonaniu o bezkarności. Nic więc dziwnego, że gdy minął pierwszy strach, z miejsca zaczęli robić dokładnie to samo co wcześniej, ostentacyjnie odmawiając uczenia się na błędach. Znów więc mamy szaleństwo kredytowe, piętrowe instrumenty pochodne wysokiego ryzyka i całą gamę toksycznych produktów finansowych. Skutkiem będzie kolejna odsłona prywatyzacji zysków i upublicznienia strat, za co w pierwszym rzędzie zapłacą jak zwykle szarzy ciułacze. Jeżeli więc w przypadku kryzysu z 2008 r. można mówić o jakiejkolwiek lekcji, to jest to lekcja demoralizacji.

Czy jest na to rada? Hm, znalazłaby się, ale wymagałoby to od rządów nie byle jakiej asertywności w kontaktach z instytucjami finansowymi. Przede wszystkim, należałoby jasno zapowiedzieć, że nikt nie może być „zbyt wielki, by upaść”. Jeżeli przez swą pazerną, nieodpowiedzialną politykę banki czy fundusze inwestycyjne wpadną w kłopoty, to mają być to ich kłopoty, a nie rządów czy obywateli. Przypomnę tu znów Islandię, która program pomocowy skierowała właśnie do zwykłych ludzi, a nie do kieszeni banksterów. Takie podejście jest nie tylko sprawiedliwe, lecz również racjonalne, bowiem dzięki temu pieniądze trafią do realnej gospodarki, zamiast pompować kolejne „bańki”, tak jak niestety dzieje się to obecnie.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Euro-utopia

Islandia nie odpuszcza banksterom

Islandia, czyli jak się nie dać

A tymczasem na Islandii...


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 31-32 (10-23.08.2018)

środa, 13 czerwca 2018

Rynki was nauczą...

Zabawa w demokrację kończy się tam, gdzie zaczyna się walka o pieniądze oraz polityczne interesy samozwańczych „przywódców Europy”.

Niemiecki komisarz UE ds. budżetu, Guenther Oettinger, popisał się w wywiadzie udzielonym „Deutsche Welle” iście teutońską butą. Odpytywany na okoliczność kryzysu politycznego we Włoszech (było to po utrąceniu przez prezydenta Mattarellę rządu Giuseppe Conte i desygnowaniu „technicznego” premiera Carlo Cottarelliego) stwierdził, używając formy pluralis maiestatis, iż „mamy zaufanie do prezydenta Włoch” oraz „nowego technokratycznego rządu”, a ponadto podkreślił wiarę, że „ewentualne wybory przyniosą taki wynik, by Włochy mogły być rządzone w duchu proeuropejskim”. Całość wieńczy spiżowe zdanie: „rynki wskażą włoskim wyborcom na kogo głosować”. Jak wiadomo, ostatecznie „technokrata” Cottarelli (były dyrektor wykonawczy MFW, odpowiedzialny we Włoszech za drakońskie cięcia finansowe) zrezygnował z formowania gabinetu, a nowym premierem zostanie jednak popierany przez Ligę i Ruch 5 Gwiazd Giuseppe Conte. Stało się tak w obawie, że Włosi w zemście za zignorowanie ich woli mogą w przedterminowych wyborach jeszcze liczniej zagłosować na „barbarzyńców”, jak medialno-polityczny mainstream nazwał zwycięskie ugrupowania. Jedynym znaczącym ustępstwem „populistów” było przesunięcie eurosceptycznego Paolo Savony (m.in. przeciwnika strefy euro) ze stanowiska ministra finansów na fotel... ministra ds. europejskich.

Niemniej, słowa Oettingera warto sobie zapamiętać, bowiem jak w soczewce skupiają one arogancję euromandarynów i ich przeświadczenie, że władni są meblować Europę wedle własnego uznania, nawet jeżeli oznacza to jawne pogwałcenie woli większości. To tyle, jeśli chodzi o „demokrację”, którą owo towarzystwo przy innych okazjach nieustannie wyciera sobie twarze. Schemat ich myślenia jest z gruntu totalitarny: wyborcy mają głosować na „właściwe” partie – a jeśli się zbuntują, zostaną przywołani do porządku. W przypadku Włoch takim instrumentem dyscyplinującym miałyby być „rynki” (czytaj – globalni spekulanci, agencje ratingowe i międzynarodowe instytucje finansowe), które poprzez wywindowanie rentowności obligacji doprowadziłyby do kryzysu finansowego w tym kraju (cyt.: „Oczekuję, że kolejne tygodnie pokażą, że rynki, obligacje i rozwój gospodarczy Włoch mogą być tak decydujące, że będzie to dla wyborców sygnałem, by nie głosować na prawicowych i lewicowych populistów”). Innymi słowy, mieliśmy próbę otwartej ingerencji w sprawy wewnętrzne kraju członkowskiego – i niemal się udało. Warto tu przypomnieć, że ostatnim włoskim premierem z naprawdę demokratyczną legitymacją był Silvio Berlusconi, zmuszony do ustąpienia jesienią 2011r. Wszyscy kolejni – aż do teraz – byli de facto brukselskimi figurantami, mającymi wdrażać zalecenia swych mocodawców. Taką marionetką jest również prezydent Sergio Mattarella, do ostatniej chwili usiłujący sabotować werdykt wyborczy włoskiego społeczeństwa, by stało się zadość oczekiwaniom person pokroju Oettingera – za co, nota bene, przywódca Ruchu 5 Gwiazd Luigi di Maio zagroził mu impeachmentem za zdradę stanu.

Teraz pomyślmy – jeśli tak zamordystyczne kroki są podejmowane wobec członka-założyciela wspólnoty europejskiej i czwartej gospodarki UE, to co dopiero mówić o takich krajach, jak Polska? Nie tak dawno temu omawiałem tu artykuł Guya Verhofstadta zamieszony w „Project Syndicate”, gdzie otwartym tekstem wygrażał nam, że „jest nie do przyjęcia”, by europejskie fundusze wzmacniały kraje na czele których stoją „nieliberalne rządy”. Wychodzi na to, że ideologicznie pojmowany „liberalizm” (koniecznie lewicowy, bo z gospodarczym liberalizmem UE pożegnała się już dawno), stał się niepostrzeżenie oficjalną doktryną Unii – o czym jakoś dziwnie nie było mowy, gdy przystępowaliśmy do wspólnoty. Wzmiankowany na wstępie wywiad niemieckiego komisarza jedynie potwierdza te hegemonistyczne uzurpacje Brukseli.

Verhofstadt wprawdzie asekuracyjnie zastrzega, że obcięcie eurofunduszy nie ma na celu karania obywateli – lecz po pierwsze, gdyby budżet UE wszedł w życie w obecnym kształcie, to „ukaranie” dokonałoby się samo przez się; po drugie – groźby Oettingera wystosowane wobec Włochów, którym wybór mają wskazywać „rynki”, stanowią jawne zrzucenie maski; po trzecie wreszcie – są i tacy, którzy ukaranie niesubordynowanych społeczeństw postulują zupełnie jawnie. Oto Sławomir Sierakowski ze skrajnie lewicowej „Krytyki Politycznej” wtórując Verhofstadtowi na łamach „Project Syndicate” stwierdza: „przecież PiS i węgierski Fidesz Viktora Orbana zostały demokratycznie wybrane. Pojawia się więc pytanie dlaczego Węgrzy i Polacy nie powinni być karani za swój wybór”. Idę o zakład, że Sierakowski jedynie dopowiedział głośno to, co unijni politycy mówią między sobą – a to z kolei oznacza, że zabawa w demokrację kończy się tam, gdzie zaczyna się walka o pieniądze oraz polityczne interesy samozwańczych „przywódców Europy”. Problem w tym, że podobne kroki stanowią jedynie wodę na młyn tak wyklinanych „populistów” - ale euro-dygnitarze są zbyt zaślepieni własną pychą, by to zauważyć.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Głosuj jak chcemy...

Włochy w uścisku Brukseli


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 22 (08-14.06.2018)

niedziela, 3 czerwca 2018

Włochy w uścisku Brukseli

Zadłużanie kraju ponad miarę i rezygnacja z narodowej waluty oznacza w praktyce utratę suwerenności i wydanie się na żer różnych finansowo-politycznych gangsterów.

I. Premier na żądanie finansistów

„Możecie głosować na kogokolwiek, a i tak rządzić będzie ten, kogo wskażemy” – tak można streścić przesłanie Brukseli i światowej oligarchii finansowej w kontekście wyborów we Włoszech i prób skonstruowania rządu. Wydarzenia z ostatnich dni i miesięcy jasno wykazały bowiem, że Włochy nie są już państwem suwerennym i przed wyłonieniem swych władz muszą każdorazowo wystąpić o zgodę do organów unijnych, Niemiec i międzynarodowych instytucji finansowych. Przypomnijmy, że 4 marca odbyły się we Włoszech wybory parlamentarne, które wygrały Liga Północna pod przywództwem Matteo Salviniego (w bloku z Forza Italia Silvio Berlusconiego) oraz Ruch Pięciu Gwiazd Luigi di Maio. Wynik wyborczy wywołał szok w liberalnym establishmencie Europy, zaś „populistyczne” ugrupowania zostały w mediach okrzyknięte „barbarzyńcami”. Obie partie podczas kampanii podnosiły m.in. konieczność prowadzenia bardziej restrykcyjnej polityki imigracyjnej, a także możliwość opuszczenia przez Włochy strefy euro. Rozmowy koalicyjne trwały długo, lecz w końcu spisano umowę, zaś zwycięskie ugrupowania desygnowały na premiera prof. Giuseppe Conte. Tu jednak zaczęły się prawdziwe schody, bowiem utworzenie rządu jawnie sabotował lewicowy prezydent Sergio Mattarella. Pretekstem była kandydatura ekonomisty, prof. Paolo Savony na ministra finansów – Savona nie kryje bowiem swego daleko posuniętego krytycyzmu wobec waluty euro. Mattarella oświadczył, że ze względu na gospodarcze otoczenie Włoch jest niedopuszczalne, by ministrem finansów został „zwolennik wyjścia ze strefy euro”, w efekcie czego prof. Conte zrezygnował z misji tworzenia rządu. Tymczasowym „premierem technicznym” zostanie najprawdopodobniej wskazany przez prezydenta Matarellę Carlo Cottarelli – były dyrektor wykonawczy Międzynarodowego Funduszu Walutowego, a więc zaufany człowiek światowej finansjery, który w 2013 r. w rządzie premiera Enrico Letty odpowiadał za wdrażanie cięć budżetowych na ponad 32 mld. euro. Dzięki swej działalności utrzymanej w duchu tzw. „konsensusu waszyngtońskiego” (cięcie wydatków, prywatyzacja, liberalizacja rynków, deregulacja) Cottarelli otrzymał w Italii przydomek „pan nożyczki” i jest przez większość Włochów szczerze znienawidzony. Cieszy się za to poparciem Brukseli oraz tzw. „rynków finansowych” - i to przesądziło o jego nominacji.

Oczywiście Ruch Pięciu Gwiazd i Liga Północna kandydatury Cottarelliego nie poprą, toteż za kilka miesięcy nastąpią najprawdopodobniej nowe wybory. Liderzy obu ugrupowań otwarcie mówią o zewnętrznym dyktacie (Salvini stwierdził wprost, iż Mattarella „uległ naciskom Berlina, agencji ratingowych oraz finansowemu lobby”) - a di Maio wezwał do zastosowania wobec prezydenta procedury impeachmentu na podstawie art. 90 konstytucji mówiącego o zdradzie stanu (wystarczy zwykła większość głosów). Wszystko to odbywało się w atmosferze nieustannej presji ze strony władz Unii Europejskiej i Berlina. Komisja Europejska ostrzegła już przed „kryzysem strefy euro” w przypadku urzeczywistnienia programu „populistów”, zaś niemiecka prasa, tradycyjnie formułująca to, czego nie wypada oficjalnie powiedzieć tamtejszym politykom, pisała w paternalistycznym tonie, iż na Włoszech jako jednym z założycieli UE ciąży „odpowiedzialność wobec partnerów” i w związku z tym najważniejsi politycy z Niemiec, Francji i Brukseli winni im uświadomić, że „trzeba skończyć z awanturnictwem i mrzonkami”. Najwyraźniej – uświadomili.


II. Projekt waluty równoległej

Wydaje się, że ostatecznym czynnikiem, który zadecydował o utrąceniu rządu Giuseppe Conte, był arcyciekawy projekt wprowadzenia „równoległej waluty”, który w pewnej perspektywie czasowej pozwoliłby Włochom stopniowo „wymiksować się” ze strefy euro, określanej przez Paolo Savonę mianem „niemieckiej klatki”. Euroland okazał się bowiem dla europejskich krajów Południa prawdziwym nieszczęściem, dławiąc konkurencyjność ich gospodarek. Na obecnym modelu korzystają natomiast przede wszystkim Niemcy, dla których euro jest instrumentem stymulującym eksport i utrwalającym ekonomiczo-polityczną dominację na kontynencie. Niemal całą resztę państw wspólna waluta skazuje na rolę wiecznych dłużników i odbiorców niemieckiej produkcji. Warto w tym miejscu przypomnieć, że podobną koncepcję podczas greckiego kryzysu (nota bene, trwającego do dzisiaj) wysunął ówczesny grecki minister finansów Janis Warufakis – został jednak spacyfikowany przez „trojkę”, ze szczególnym uwzględnieniem szefa Europejskiego Banku Centralnego, Mario Draghiego, który w krytycznym momencie zwyczajnie wstrzymał wypłacanie transzy pomocowych doprowadzając do czasowego zamknięcia greckich banków i społecznej paniki.

Nauczeni tym doświadczeniem Włosi chcieli zatem postawić na wariant ewolucyjny. Niedoszła koalicja Ruchu Pięciu Gwiazd i Ligi Północnej postanowiła mianowicie wprowadzić rodzaj „bonu rządowego” w formie skryptu dłużnego, którym rząd regulowałby swoje zobowiązania. Co więcej, ten nowy środek płatniczy krążyłby dalej w gospodarce, zaś obywatele i firmy mogłyby np. płacić nim za usługi publiczne czy uiszczać podatki. Ta dodatkowa kreacja pieniądza miałaby osiągnąć rozmiary nawet rzędu 100 mld. euro rocznie. Z punktu widzenia zadłużonych po uszy Włoch (ponad 2,25 bln. euro, co daje 135 proc. PKB) nowa quasi-waluta miała tę zaletę, że jej emisja nie liczyłaby się do oficjalnego długu publicznego, natomiast wpuszczona do obiegu pomogłaby rozruszać kulejącą gospodarkę. W ten sposób władze zjadłyby ciastko i miały ciastko – mogłyby realizować swoje plany, w tym programy socjalne, unikając emisji obligacji skarbowych i omijając restrykcje strefy euro. W praktyce przełożyłoby się to na lekko tylko zakamuflowany powrót do lira - nie ma bowiem wątpliwości, że „tani” pieniądz rządowy wyparłby w krótkim czasie z obrotu „kosztowne” euro. A jeśli za przykładem Włoch poszłyby inne kraje tracące dziś na przynależności do euro-zony, to obecne ekonomiczne więzienie pod nadzorem Niemiec zwyczajnie przestałoby istnieć.

Na podobne rozwiązanie oczywiście nie mogła się zgodzić Bruksela z „dyktatorem” Europejskiego Banku Centralnego Mario Draghim – ale też i pragnące utrzymać swą polityczno-gospodarczą hegemonię Niemcy, tudzież „rynki” finansowe (czytaj – globalni spekulanci). Wprowadzenie na masową skalę „alternatywnego lira” emitowanego jako zobowiązanie rządu wobec obywateli, a nie wobec światowej finansjery, równałoby się kresowi zarabiania na włoskim długu publicznym. Należy tu przypomnieć wypowiedź George Sorosa, który otwartym tekstem oznajmił, iż dług państwowy jest podstawą funkcjonowania rynków finansowych. Toteż spekulanci z miejsca wymierzyli Włochom karnego klapsa, windując rentowność obligacji o 0,7 pkt. proc. - a stąd był już tylko krok do obniżenia ratingów, owego bożyszcza światowej gospodarki. Efekt znamy – rządu nie będzie, z ambitnego projektu nici.


III. Obca interwencja

Trzeba dodać, że nie była to pierwsza operacja „społeczności międzynarodowej” przeprowadzona na Włoszech. Pod koniec 2011 r. tzw. „Grupa Frankfurcka” (samozwańcze gremium złożone z Angeli Merkel, Nicolasa Sarkozy'ego i najważniejszych unijnych dygnitarzy, w tym szefa EBC) wymusiła dymisje na Silvio Berlusconim, doprowadzając do nagłego wzrostu kosztów obsługi długu i wstrzymując wykup przez EBC włoskich obligacji. Stało się tak, mimo iż Berlusconi wciąż miał parlamentarną większość. Na jego miejsce desygnowano narzuconego z zewnątrz Mario Montiego. Włosi dobrze zapamiętali sobie tę brutalną ingerencję – a że dziś historia się powtarza, to niewykluczone, że Ruch Pięciu Gwiazd i Liga Północna wygrają kolejne wybory, o ile na przeszkodzie nie staną jakieś sztuczki z ordynacją.

Dla nas z tej historii płynie zaś następujący morał – zadłużanie kraju ponad miarę i rezygnacja z narodowej waluty oznacza w praktyce utratę suwerenności i wydanie się na żer różnych finansowo-politycznych gangsterów. Warto o tym pamiętać.

Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 22 (01-07.06.2018)

niedziela, 1 kwietnia 2018

Globalna oligarchia

Globalnych oligarchów „rynek” nie dotyczy, bo to co widzimy jako „rynek” jest po prostu ich z góry uzgodnioną kreacją.


Jeżeli ktoś z Państwa zastanawiał się kiedyś, niczym bohater „Matrixa”, co z tym światem jest nie tak, to warto zwrócić uwagę na takie nazwiska, jak James Glattfelder, Francois Morin czy Ladislau Dowbor. Ten pierwszy jest naukowcem pracującym na uznawanej za najlepszą w Europie Politechnice Federalnej w Zurychu (ETH) i w 2012 r. opublikował przełomowe badania dotyczące funkcjonowania globalnej sieci korporacji. To wręcz niewiarygodne, że nikt wcześniej nie zajął się tym tematem. W każdym razie, zespół Glattfeldera wyodrębnił ze światowego wykazu zawierającego 37 mln. przedsiębiorstw 43 tys. największych światowych grup kapitałowych i szczegółowo przeanalizował zachodzące między nimi współzależności i różnego rodzaju powiązania w rodzaju krzyżowania się udziałów. Efektem był obraz niesamowitej koncentracji majątku – okazało się, że 80 proc. korporacji jest kontrolowanych przez zaledwie 737 grup, zaś spośród nich aż 40 proc. znajduje się w rękach zaledwie 147 grup kapitałowych, z czego ponad 75 proc. stanowią instytucje finansowe, takie jak wielkie banki, firmy ubezpieczeniowe czy fundusze inwestycyjne. Strukturę tę nazwano „superorganizmem”, a zarządza nią grono kilkuset wielkich udziałowców i „supermanagerów”.

Kolejny krok poczynił francuski ekonomista i wieloletni członek rady Banku Francji – Francois Morin w wydanej w 2015 r. książce „Globalna hydra”. Tam z kolei wziął pod lupę 28 największych banków, takich jak JPMorgan Chase, Bank of America, Citigroup, HSBC, Deutsche Bank, Santander, Goldman Sachs, które określono mianem „systemowo ważnych instytucji finansowych” (SIFI). W ich posiadaniu (dane na 2012 r.) pozostawał majątek o wartości 50 bln. dolarów, przy światowym PKB wynoszącym 73 bln. Nadmieńmy, że ogólnoświatowy dług publiczny wynosił wówczas 49 bln. dolarów, co oznacza, iż zadłużone państwa siedzą w kieszeni właśnie owych „systemowo ważnych instytucji”. W tym kontekście słowa George'a Sorosa, iż „dług rządu jest zasadniczym elementem funkcjonowania rynków finansowych” nabierają całkiem nowego wymiaru. Na tym jednak nie koniec, bowiem SIFI kontrolują również rynek produktów pochodnych, czyli mówiąc wprost – spekulacji. W 2015 r. było to 600 bln. dolarów, czyli ośmiokrotność światowego PKB, a warto dodać, iż owe spekulacje obejmują wszystko – od surowców po żywność.

Co to wszystko oznacza? Ano to, że nie ma wolnego rynku. Nie ma i już – jest tylko fikcja dla naiwnych. Wolny rynek zakłada bowiem równość szans i element konkurencyjności między działającymi na nim podmiotami. Przykładowo, gdyby gospodarka pojedynczego państwa była uzależniona od ponad stu, czy nawet kilkudziesięciu największych przedsiębiorstw, to wówczas od biedy można by mówić, że zachodzi między nimi jakaś rynkowa rywalizacja – ale gdy to samo mamy w skali światowej, to wówczas otrzymujemy oligopol. I tak wygląda dziś światowy system gospodarczy.

Przywoływany na wstępie prof. Ladislau Dowbor (brazylijski ekonomista polskiego pochodzenia z Papieskiego Uniwersytetu Katolickiego Sao Paulo, m.in. konsultant wielu agend ONZ) zwraca uwagę, iż mówienie o rynkowych mechanizmach w odniesieniu do tych gigantów zwyczajnie nie ma sensu. Oni nie konkurują ze sobą – oni ze sobą negocjują, mając przy tym świadomość, że nie warto robić sobie nawzajem krzywdy. Ich „rynek” nie dotyczy, bo to co widzimy jako „rynek” jest po prostu z góry uzgodnioną kreacją. Ta bezwzględna dominacja globalnej oligarchii pieniądza przekłada się też oczywiście na władzę polityczną, choćby z tytułu wspomnianego uzależniania od siebie państw poprzez dług. Innymi słowy, demokracja, czy jakikolwiek inny system rządów (może z wyjątkiem Korei Północnej) działa jedynie o tyle o ile – dopóki nie wejdzie na kurs kolizyjny z międzynarodowymi potentatami. Efektem jest chociażby podporządkowywanie polityk gospodarczych wymaganiom wielkich graczy czy obsadzanie kluczowych stanowisk, takich jak ministrowie finansów bądź szefowie banków centralnych wskazanymi osobami – co opisywane jest eufemizmem, że dane posunięcie (np. cięcia budżetowe) tudzież osoba delegowana do pełnienia istotnej gospodarczo funkcji zostanie „pozytywnie odebrana przez rynki”. Brzmi znajomo, prawda? Tyle, że jak wspomnieliśmy, nie ma żadnych „rynków”. Jest „superorganizm” pod kolegialnym zarządem SIFI.

Ów kolegialny zarząd przybiera całkiem jawną, instytucjonalną formę. Przykładem może być tu Instytut Finansów Międzynarodowych (IIF - Institute of International Finance). Jak pisze cytowany przez Dowbora Morin: „Prezes IIF ma oficjalny, uznany status, uprawniający go do zabierania głosu w imieniu wielkich banków. Można by powiedzieć, że IIF jest parlamentem banków, a jego prezes niemal odgrywa rolę szefa państwa. Należy do grona wielkich decydentów światowych”. Mamy zatem zorganizowany system, oparty na długu i spekulacji - więc w swej istocie pasożytniczy, wampiryczny - obezwładniający, zatruwający i koniec końców zabójczy dla żywiciela, czyli nas wszystkich. Witamy w matrixie.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 13 (30.03-12.04.2018)

niedziela, 25 marca 2018

Emerytalne miraże

Potrzeba nam cywilizowanych wynagrodzeń i stabilnych form zatrudnienia, bez tego wszelkie świetlane wizje będą kolejną fatamorganą w stylu pamiętnych „emerytur pod palmami”.

Kończąc mini-cykl poświęcony emeryturom w kontekście zbliżającej się „reformy Morawieckiego” wprowadzającej Pracownicze Plany Kapitałowe (PPK), warto się zastanowić jaki model byłby najbardziej wydajny, a przede wszystkim – najbezpieczniejszy dla przyszłych świadczeniobiorców. Jak wiemy, reforma rządu Jerzego Buzka z 1999 r. w połączeniu z późniejszym „uśmieciowieniem” rynku pracy zakończyła się klęską, nie tylko sprowadzając na rzesze pracowników widmo nędzy na stare lata, lecz także powodując gigantyczną dziurę w ZUS odpowiedzialną za połowę przyrostu długu publicznego w latach 1999-2013 (ok. 330 mld. zł.). Do czego może to prowadzić na przestrzeni kilkudziesięciu lat, nader boleśnie przekonało się Chile, które po przeprowadzeniu w 1981 r. skrajnie liberalnej reformy, dziś musi borykać się z obciążającymi finanse publiczne dopłatami do głodowych emerytur – lecz nie mając do dyspozycji składek odprowadzanych w całości do prywatnych funduszy (co opisałem szczegółowo tydzień temu w felietonie „Chilijska lekcja”). Jakie płyną z tego wnioski dla nas?

W przeciwieństwie do cytowanej tu niejednokrotnie prof. Leokadii Oręziak nie jestem apriorycznym przeciwnikiem PPK – nie znaczy to jednak, że nie podzielam pewnych obaw związanych z ich wprowadzeniem. Przede wszystkim, PPK będące w istocie przymusowym III filarem (do tego sprowadzają się obostrzenia związane z wypisaniem się z projektu), nie mogą stanowić podstawowego składnika przyszłej emerytury. Związane jest to ze zbyt dużym ryzykiem jakie wiąże się z inwestowaniem na rynkach finansowych – wystarczy jeden porządny krach, by większość zainwestowanych pieniędzy „poszła z dymem”. Świadczenia decydujące dosłownie o życiu i śmierci (chociażby biorąc pod uwagę rosnące wraz z wiekiem koszty opieki zdrowotnej, leków) nie mogą być uzależnione od giełdowej ruletki – zwróćmy uwagę, że w tym systemie poza optymistycznymi szacunkami tak naprawdę nikt „oszczędzającym” niczego nie gwarantuje. Tymczasem premier Morawiecki sprawia wrażenie, jakby uznawał za znakomity pomysł rynkową ofertę polegającą de facto na obietnicy wygrania przyszłej emerytury w kasynie. A że w ciągu następnych kilkudziesięciu lat nastąpi kolejny globalny kryzys finansowy – i to najpewniej nie jeden – możemy założyć w ciemno.

Obawa numer dwa związana jest z tym, że składkami III filaru będą zarządzały prywatne Towarzystwa Funduszy Inwestycyjnych. Wprawdzie ich prowizja nie może przekroczyć łącznie 0,6 proc. zgromadzonych na kontach środków, ale można iść o zakład, że gdy tylko projekt zostanie ostatecznie „przyklepany” nastąpi intensywny lobbing, by podnieść opłaty za zarządzanie. No i wreszcie, mamy swoistą „alchemię finansową” - mianowicie, wprowadzenie PPK oznacza systematyczne zasilanie rynków finansowych dziesiątkami miliardów złotych z przymusowych „oszczędności” (i pieniędzy publicznych – 250 zł. „startowego” plus coroczne dopłaty 240 zł. z Funduszu Pracy). Gracze giełdowi i maklerzy już zacierają ręce. Nie jest tajemnicą, że część z tych środków będzie inwestowana w obligacje skarbu państwa, co spowoduje, że prywatne instytucje finansowe będą z naszych pieniędzy finansowały pożyczkowe potrzeby budżetu, potrącając sobie po drodze honorarium za pośrednictwo. Zostaniemy więc sponsorami długu publicznego - „rynki” zarobią, Morawiecki dostanie kasę na wymarzoną „elektromobilność”, a obowiązkowi dostarczyciele składek może na koniec odzyskają swoje pieniądze... a może nie.

Podsumowując – PPK mogą stanowić co najwyżej dodatek do emerytury. A zatem, projekt Morawieckiego ma sens jedynie wówczas, gdy całkowicie zlikwidujemy pozostałości reformy z 1999 r., włącznie z tymi wszystkimi IKE, IKZE i przekierujemy całość składki emerytalnej do ZUS oraz powrócimy do zasady zdefiniowanego świadczenia w miejsce obecnego systemu „rentierskiego”. To może mieć postać np. powszechnej emerytury obywatelskiej gwarantującej normalne funkcjonowanie – plus to, co ewentualnie wypracuje III filar. No i przede wszystkim – niezbędne jest podniesienie płac oraz likwidacja umów śmieciowych. Przy rozpaczliwie niskiej dominancie zarobków (2074,03 zł. brutto, czyli 1511,61 zł. netto) żaden cudowny „plan kapitałowy” nie zapewni godnego życia, może co najwyżej pełnić rolę „kieszonkowego”. Potrzeba nam cywilizowanych wynagrodzeń i stabilnych form zatrudnienia, bez tego wszelkie świetlane wizje będą kolejną fatamorganą w stylu pamiętnych „emerytur pod palmami”. Rozumieją to np. Czesi, którzy restrykcyjnie limitują napływ pracowników z Ukrainy, nie ukrywając, że ma to wymusić właśnie wzrost płac. W efekcie, niedawno czeski „Lidl” ogłosił podwyżki – szeregowy pracownik zarabiał będzie 28 tys, koron, czyli... więcej niż średnia krajowa w Polsce. Wreszcie – zarządzaniem środkami powinno zająć się docelowo (a nie jak jest w obecnej propozycji, jedynie przez pierwsze dwa lata) TFI działające pod egidą Państwowego Funduszu Rozwoju. Spekulantom przebierającym nogami, by gładko wskoczyć w buty OFE – dziękujemy.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Powtórka z „emerytur pod palmami”?

Chilijska lekcja


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 12 (23-29.03.2018)

niedziela, 18 marca 2018

Chilijska lekcja

Polskę od Chile różni jedynie zakres reformy emerytalnej – oznacza to jednak tylko względne osłabienie negatywnych konsekwencji społecznych i budżetowych.

W kontekście rozpoczętego tydzień temu wątku emerytur, warto pochylić się nad analizą prof. Leokadii Oręziak (SGH) pt. „Plany dalszej prywatyzacji emerytur w Polsce” zawartą w zbiorze „Ekonomia polityczna »dobrej zmiany«” (wyd. Instytut Studiów Zaawansowanych). Tu od razu uprzedzam zarzut promowania skrajnej lewicy (wydawnictwo jest afiliowane przy „Krytyce Politycznej”). Tak się bowiem składa, że prof. Oręziak jako bodaj jedyny polski naukowiec miała okazję na własne oczy obserwować skutki katastrofy emerytalnej w Chile do jakiej doszło za sprawą przeprowadzonej w 1981 r. reformy systemu ubezpieczeń społecznych, będącej z kolei wzorem dla zmian przeprowadzonych w 1999 r. w Polsce przez rząd Jerzego Buzka – więc choćby dlatego wypada przyjrzeć się wspomnianemu opracowaniu. Polskę od Chile różni jedynie zakres reformy – u nas wprowadzono ją w wersji „light”, tzn. nie zlikwidowano w całości „państwowych” („ZUS-owskich”) emerytur, a jedynie dokonano podziału na „filary”. Oznacza to jednak tylko względne osłabienie negatywnych konsekwencji społecznych (niskie emerytury) i budżetowych (narastanie długu publicznego podyktowane koniecznością refundowania ubytków w ZUS, do jakich doszło na skutek podziału składek).

W Chile mianowicie przekierowano do prywatnych ubezpieczalni (AFP – odpowiednik naszych OFE) całość składek pracowników, za wyjątkiem służb mundurowych, które najwyraźniej uznały, że nie po to jako żołnierze i policjanci ryzykują zdrowiem i życiem, by wystawiać na rynkowy hazard swoje zabezpieczenie na starość – i jak się okazało, słusznie. Mniej więcej po trzydziestu latach, gdy zaczęły osiągać wiek emerytalny kolejne roczniki płacące składki w nowym systemie, wyszło na jaw, że inwestujące w instrumenty finansowe AFP nie gwarantują ubezpieczonym nawet emerytur minimalnych. Z tej przyczyny od 2008 r. chilijski rząd został zmuszony do interwencyjnego uruchomienia dopłat i zasiłków emerytalnych. Dziś zatem, prócz emerytur mundurowych, budżet państwa dofinansowuje ok. 80 proc. „sprywatyzowanych” świadczeń, by zapewnić ludziom minimum środków do życia – i nie łudźmy się, że podobny scenariusz nas ominie, choć zapewne w Polsce wystąpi w nieco mniejszej skali.

Mechanizm tej zapaści polega na tym, że ponieważ składki inwestowane są na rynkach finansowych (w dużej mierze w USA), to nie mogą być przeznaczane na wypłacanie bieżących emerytur, tak jak dzieje się to w systemie opartym na „solidarności międzypokoleniowej”. Z całości zgromadzonych aktywów, na świadczenia przeznaczane jest ok. 30 proc. - reszta pozostaje do dyspozycji AFP, stanowiąc źródło gigantycznych zysków tego sektora, który jak dotąd „przejadł” w postaci opłat za zarządzanie 1/3 wpłacanych środków. Do powyższego trzeba jeszcze dodać skutki kryzysów finansowych, dramatycznie „ścinających” wartość instrumentów w które zainwestowano składki. To doprawdy zdumiewające, że rządy w reformatorskim zapale zdawały się kompletnie lekceważyć pazerność instytucji finansowych, ślepo wierząc przy tym, że na przestrzeni kolejnych kilkudziesięciu lat rynki będą nieustannie rosnąć i generować powszechny dobrobyt. W efekcie, owe „rynki” otrzymały rozłożony w czasie wielomiliardowy prezent w postaci stałego zastrzyku gotówki (na chwilę obecną – 160 mld. USD, czyli 60 proc. chilijskiego PKB), zaś emeryci zostali z bieda-emeryturami, które trzeba dotować z budżetu. Bardziej by im się opłaciło, gdyby odkładali te pieniądze do skarpety. Dla finansów publicznych z kolei, opisywany tu system stał się źródłem nieustających obciążeń – średnio 5 proc. PKB rocznie. Tak wygląda kolonialny drenaż w pigułce.

Co gorsza, od raz wdrożonych rozwiązań trudno odejść, mimo że większość Chilijczyków zdecydowanie optuje za powrotem do tradycyjnego modelu emerytalnego, a krajem wstrząsają protesty społeczne. Działający w Chile międzynarodowy kapitał wygenerował bowiem w międzyczasie warstwę powiązanej z nim lokalnej, skorumpowanej oligarchii, skutecznie blokującej wszelkie zmiany. Prezydent Michelle Bachelet powołała wprawdzie w 2014 r. grupę ekspertów (15 profesorów z Chile i 9 z zagranicy, w tym prof. Leokadię Oręziak) mających przygotować odpowiednie propozycje – ale do realnych rozstrzygnięć wciąż jest daleko. O sile finansowego lobby i zakorzenionej „rynkowej mitologii” świadczy fakt, iż prof. Oręziak jako jedyna postulowała całkowitą likwidację AFP i przywrócenie publicznego repartycyjnego systemu emerytalnego, jako w ostatecznym rozrachunku tańszego i gwarantującego niemal natychmiastowy wzrost emerytur o 75 proc., do tego pozwalającego na oszczędności budżetowe rzędu 1,8 proc. PKB rocznie. Reszta proponowała półśrodki – podniesienie wieku emerytalnego i wzrost składek odprowadzanych do AFP (!), lub w najlepszym razie „podział” składki między AFP i odpowiednik ZUS-u, czyli wprowadzenie aż za dobrze nam znanych „filarów”.

A jaki jest z tego morał dla nas – szczególnie w kontekście opisanej przed tygodniem reformy Morawieckiego? O tym już za tydzień.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Powtórka z „emerytur pod palmami”?


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 11 (16-22.03.2018)

niedziela, 2 marca 2014

A tymczasem na Islandii...

Czy Islandia poradziłaby sobie tak dobrze z kryzysem, gdyby była w UE i strefie euro?

I. Islandzka podmiotowość

Wśród dramatycznych doniesień z pro-unijnego „Euromajdanu” zginęła jakoś informacja o zapowiedzianym przez rząd Islandii wycofaniu wniosku o członkostwo w Unii Europejskiej. Przypomnijmy, iż negocjacje zapoczątkowane w czerwcu 2010 roku przez lewicowy rząd socjaldemokratów i Zielonej Lewicy zostały zawieszone w ubiegłym roku przed wyborami parlamentarnymi. Obecnie zaś centroprawicowa koalicja zadecydowała o rezygnacji ze starań akcesyjnych.

Z tej historii płyną dwa wnioski. Po pierwsze, niewielka Islandia dochowała się elit, które dbają o interes własnego kraju i zdają się być odporne na zagraniczne naciski. Nie dały się skorumpować wizją brukselskich apanaży, a jeśli nawet ciągoty do unijnych grantów i splendorów gdzieś siedziały im w głowach, to wybiło im je islandzkie społeczeństwo, które niezmiennie jest przeciwne wejściu ich kraju do UE. Mamy więc do czynienia z rzadko dziś spotykaną podmiotowością i odpornością na propagandowe manipulacje.

Po drugie, Islandczycy dali się poznać jako naród skrzętny i praktyczny. Kwestię wejścia do Unii Europejskiej potraktowali jako interes, a nie w kategoriach mętnej, pan-europejskiej ideologii. Islandia bowiem uzależniona jest od rybołówstwa. Ryby stanowią trzy czwarte islandzkiego eksportu, rocznie poławia się ich ok 2 mln. ton, a tamtejsze wody są najczystsze na świecie. Islandczycy są zresztą na punkcie swej przyrody bardzo wyczuleni, skoro pieczołowicie dbają nawet o siedliska elfów i potrafią wstrzymać budowę autostrady, jeśli ta ma przebiegać przez „elfie” terytoria... Jest to zatem melanż praktycyzmu i swoistej mistyki, spod której... również wyziera praktycyzm – bo jeśli zdewastują swoją przyrodę, to kto zechce przyjeżdżać i podziwiać gejzery na wyspie słynącej poza tym głównie ze skrajnie surowego klimatu?

Dodajmy jeszcze, iż bezpośrednio połowem para się ok 7% zatrudnionych, ale do tego należy doliczyć silnie rozwinięty na bazie rybołówstwa przemysł. I pouczająca ciekawostka – wedle islandzkiego prawa, przedsiębiorstwa z branży rybołówczej mogą być własnością wyłącznie Islandczyków, lub spółek przez nich założonych. Podobne ograniczenia dotyczą również kilku innych sektorów (np. energetyki).

II. Wara od naszych łowisk!

Wejście do Unii wiązałoby się nie tylko z dopuszczeniem innych państw do islandzkich łowisk, ale z przyjęciem całej brukselskiej „czapy” biurokratycznej z kwotami połowowymi, redukcją branży rybackiej, normami... Oznaczałoby to zniszczenie podstawy gospodarki i ekonomiczną degradację wielkiej części narodu. Wystarczy sobie przypomnieć jak przystąpienie do Unii załatwiło polskie rybołówstwo, by zrozumieć postawę Islandczyków.

Tymczasem, co ma Islandii do zaoferowania Unia? Szersze otwarcie rynków? Islandia i tak współpracuje z UE w ramach Europejskiego Obszaru Gospodarczego, a poza tym ryby można sprzedawać gdzie indziej. Co jeszcze zatem? Fundusze strukturalne? Pieniądze na „przebranżowienie” islandzkich rybaków, którzy straciliby w wyniku akcesji podstawy niezależnej, ugruntowanej tradycją egzystencji? A jak tam powiodło się przebranżowienie polskich rybaków? Albo górników? Wszystkie te unijne dobrodziejstwa zaś obwarowane są biurokratycznymi barierami do przełamywania których trzeba by zatrudnić legion nowych urzędników bez gwarancji powodzenia w staraniach o fundusze. Przykładowo, Polska wg danych z 2013 roku zdołała wykorzystać zaledwie niespełna 60% środków w ramach polityki spójności, co i tak daje nam stosunkowo wysoką, siódmą lokatę wśród krajów Unii. Jednym słowem, z punktu widzenia Islandii są to jakieś śmiechu warte plewy. Wszystkie te brukselskie cukierki zwyczajnie nie są potrzebne 300-tysięcznej wyspie, która i bez tego (a może – mimo tego?) niezmiennie znajduje się w czołówce rankingów dotyczących poziomu życia obywateli. Nie bez znaczenia jest też stosunkowo świeżej daty niepodległość Islandii, której poważnym ograniczeniem byłoby wejście w unijne struktury.

Wygląda więc na to, że europejska integracja byłaby tu głównie interesem dla krajów Unii z silnie rozwiniętym rybołówstwem i odpowiednich koncernów, które mogłyby się dorwać do islandzkich łowisk, wygryzając z nich tamtejszych rybaków. Świadczy o tym nieustępliwość Brukseli w tej właśnie kluczowej kwestii. No, ale trzeźwo myślący (choć sporo pijący) Islandczycy nie dali się złamać – okazali się mądrzy przed szkodą.

III. Islandzki sposób na kryzys

Na zakończenie jeszcze jeden wątek z niedawnej przeszłości. Otóż Islandia w modelowy sposób poradziła sobie z kryzysem finansowym, który uderzył w nią w 2008 roku. Początkowo wprawdzie islandzkie władze zachowywały się podobnie jak inne rządy, czyli starały się za wszelką cenę ratować grandziarzy i żebrały gdzie się da o pożyczki, jednak wkrótce pod wpływem rozmaitych okoliczności zmuszone zostały do zmiany polityki. Mianowicie, zamiast ładować pieniądze w instytucje „zbyt wielkie by upaść” pogłębiając tym samym finansową degrengoladę kraju i zadłużając się na koszt przyszłych pokoleń (jak zrobiły kraje UE, czy Stany Zjednoczone), rząd Islandii zwyczajnie pozwolił zbankrutować trzem największym bankom (Kaupthing Bank, Glitnir Bank i Landsbank), a następnie znacjonalizował je i objął zarządem komisarycznym. Rządowe pieniądze natomiast poszły do ludzi – zwykłych klientów, którzy potracili swe majątki. Zwrócono im depozyty, właścicielom zadłużonych nieruchomości zaproponowano umorzenie długów przekraczających 110% ich wartości, w końcu zaś Sąd Najwyższy (rok 2010) uznał kredyty indeksowane w obcych walutach za nielegalne.

To jeszcze nie koniec. Początkowo islandzki rząd zamierzał spłacić zagranicznych wierzycieli upadłych banków, ale wtedy na ulicę wyszli obywatele, którzy stanowczo odmówili zaspokajania międzynarodowych spekulantów z pieniędzy publicznych. Petycję do prezydenta podpisała 1/5 mieszkańców, a nieco później rządowy projekt legislacyjny (tzw. „ustawę kompensacyjną”) utopiono w referendum. Zagraniczne „rynki” finansowe nie otrzymały ani jednej islandzkiej korony. Zamiast tego sprywatyzowano ponownie dwa z trzech znacjonalizowanych banków (Kaupthing Bank, Glitnir Bank) przekazując je wierzycielom (a właściwie, działającemu w ich imieniu syndykowi) – niech sobie radzą z bankrutami. W międzyczasie, islandzki rząd pożyczył 6 mld dolarów od MFW i kilku europejskich krajów (w tym Polski – nasz udział to ok. 200 mln USD). Dla kraju o skrzętności i potencjale Islandii owe 6 mld pożyczki jest sumą jak najbardziej do spłacenia – tym bardziej, że odpadło uwikłanie w demoralizujące i kosztowne „ratowanie” spekulantów. Do tego doszło niezbędne cięcie wydatków – a Islandia akurat miała z czego ciąć. Efekt? W ciągu kilku lat deficyt budżetowy spadł poniżej 2% PKB (z 13,5% w 2009), bezrobocie spadło o połowę i wynosi 5%, a wzrost gospodarczy wynosi 2,5%.

Pytanie retoryczne – czy Islandia poradziłaby sobie tak dobrze, gdyby była w UE i strefie euro? I może właśnie dlatego w mediach tak cicho było i jest nadal o islandzkiej recepcie na kryzys – gdyby zaczęły ją wdrażać inne kraje, to finansowa międzynarodówka oraz idące na jej pasku „struktury międzynarodowe” mogłyby zwijać interes polegający z grubsza na żyłowaniu z wypracowanego bogactwa narodów na kilka pokoleń do przodu.

Krótko mówiąc – jest się od kogo uczyć. Tylko chętnych do nauki jakoś nie widać.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

 

czwartek, 18 lipca 2013

Długi a suwerenność

Finansowe chciejstwo każdorazowo kończy się tym samym: bankructwem i utratą suwerenności.

I. Przemysł przykrywkowy wciąż działa

Jak to się wszystko pięknie składa: najpierw otrzymujemy spektakl „mama Madzi v. 2.0”, gdzie w roli Madzi obsadzono księdza Lemańskiego, zaś w roli wyrodnej Katarzyny W. abp. Henryka Hosera, a na wszelki wypadek – gdyby emocje i uwaga publiczności nie zostały rozbujane wystarczająco – dołożono jeszcze ubój rytualny, by gawiedź mogła do woli przejmować się, co Żydzi o nas powiedzą. No, po takim przygotowaniu można już śmiało ogłosić nowelizację budżetu i niedobór 24 miliardów złotych, dalsze zapożyczanie się na koszt przyszłych pokoleń i „zawieszenie” progu 50% relacji długu publicznego do PKB. Uwaga społeczna odwrócona została w inną stronę, mediodajnie pomne swej organizatorskiej funkcji skutecznie o to zadbały, słowem - przemysł przykrywkowy wciąż działa.

Proszę zwrócić uwagę: głównonurtowe mediodajnie nad wydarzeniem mogącym w przyszłości odbić się tragicznymi dla Polski reperkusjami przeszły w zasadzie do porządku dziennego. To znaczy, odnotowały, ma się rozumieć, że „nowelizacja” będzie miała miejsce, by żaden „faszysta” nie mógł zarzucić, że przemilczały temat, ale ze sprawą „Madzi – Lemańskiego”, czy sposobem szlachtowania wołów na koszerne nie ma porównania. Kompletnie inna skala emocjonalnego zaangażowania, zapełnionych szpalt i czasu antenowego. W zasadzie szerszy oddźwięk możemy znaleźć jedynie na prawicowych portalach i w blogosferze.

II. Balansowanie na linie

Tymczasem kolejny finansowy szacher-macher „sztukmistrza z Londynu” skutkował będzie na najróżniejsze i zawsze negatywne sposoby. Nie łudźmy się - „chwilowe” zawieszenie zasady 50% relacji długu publicznego do PKB będzie trwałym odejściem od tego progu ostrożnościowego – pamiętajmy, że podwyżki VAT również miały być „tymczasowe”, a tu Jan „no PESEL” Vincent mówi, że obniżka będzie możliwa najwcześniej w 2017, czyli czekaj tatka latka. Z tą podwyżką VAT-u, to też zresztą była ciekawa sprawa. Jak pamiętamy, Rostowski chciał w ten sposób uzyskać dodatkowe 5 mld zł. PiS proponował wtedy wprowadzenie podatku bankowego w wysokości 0,39%, który wg GUS i Komisji Nadzoru Finansowego miał przynieść te same 5 mld. No, ale to za bardzo pachniało Orbanem i „pomysłami rodem z Budapesztu”, które – jak surowo zapowiedział wówczas Jan Vincent - „nie przejdą”, stawiając się tym samym ostentacyjnie w roli strażnika interesów międzynarodowej finansjery.

W tym samym mniej więcej czasie, polski rząd robił interes życia, udzielając transzy Międzynarodowemu Funduszowi Walutowemu w wysokości 5,8 miliarda euro na oszałamiające 0,1-0,2 procenta, podczas gdy nasza linia kredytowa w MFW oprocentowana jest na 5-6%. Wyszło na to, że tę pożyczkę potrzebną MFW na ratowanie Grecji sfinansowano m.in. z podwyżki VAT – czyli z pieniędzy polskich konsumentów. I dokładnie tych pieniędzy oddanych hojną ręką MFW zabrakło dziś w budżecie, bowiem 5,8 mld euro to jak raz 24,3 mld złotych.

Ciekaw jestem, na ile „rentowne” będą papiery dłużne, wyemitowane by uzyskać 16 mld złotych, które rząd chce pożyczyć na rynkach. Tak się bowiem składa, że przekroczenie progu ostrożnościowego będzie wyraźnym sygnałem dla międzynarodowej banksterki, że pożyczanie nam pieniędzy jest obarczone coraz wyższym ryzykiem. Na dodatek przesądzona już raczej likwidacja OFE sprawi, że instytucje te przestaną inwestować w papiery wartościowe Skarbu Państwa – do tej pory bowiem część długu publicznego finansowana była właśnie z pieniędzy „II Filaru”, czyli ze składek przyszłych emerytów. Na koniec 2012 roku 45% papierów wartościowych w portfelu OFE stanowiły właśnie obligacje Skarby Państwa na łączną sumę 118 mld zł, a bywało jeszcze więcej. Teraz to źródełko finansowania wyschnie, choć doraźnie przejęcie OFE i umorzenie obligacji nieco zmniejszy dług publiczny. Jednym słowem – dojutrkowość i ciągłe balansowanie na linie.

Aha, prócz pożyczenia 16 mld rząd chce dodatkowo zaoszczędzić ponad 8 mld złotych – logiczne byłoby tu zredukowanie liczby urzędników, których rząd Tuska we wszelkich podległych mu instytucjach zatrudnił od 2007 roku około stu tysięcy, ale to czyste samobójstwo – zrażać do siebie 100.000 przekupionego posadami elektoratu? Toteż już słyszymy, że oszczędzi się 3,3 miliarda zł na armii – pozostałe cięcia pójdą zapewne po innych, równie zbędnych nam instytucjach – policji, służbie zdrowia itp.

III. Kryzysowy korkociąg

Tak czy owak, najprawdopodobniej jesteśmy świadkami wpadania Polski w kryzysowy korkociąg. Wyczerpanie niemal całego zaplanowanego deficytu w pół roku nie jest sytuacją normalną, a rozmontowanie ustawowych zabezpieczeń tylko to potwierdza. O skali zapaści finansowej państwa może świadczyć, że już teraz na samą obsługę zadłużenia wydajemy wszystkie wpływy z PIT plus jeszcze trochę. Dodajmy, że obecna rozpaczliwa miotanina rządu skutkować może obniżeniem ratingu Polski na rynkach finansowych, czego konsekwencją będzie podrożenie kolejnych pożyczek, co z kolei napędzi spiralę zadłużenia... Kto to przerabiał? Grecja chociażby.

To, co niepokoi dodatkowo, to zerowy społeczny oddźwięk. Podejrzewam, iż bierze się to nie tylko stąd, że ludziska są ogłupiani zaznaczonymi na wstępie spektaklami typu „mama Madzi” i „ksiądz Lemański”. Dla większości, coś takiego jak „dług publiczny”, „deficyt”, „progi ostrożnościowe” jest czystą abstrakcją i wolą hołdować przekonaniu, że jednak tak źle nie będzie. Dopiero gdy wszystko runie, wylegną nagle na ulice protestując – wciąż nie rozumiejąc, co się tak naprawdę stało. A stało się to, że wybierając dwa razy pod rząd czarusiów od „cieplej wody w kranie” za pożyczone pieniądze i nie chcąc słuchać przestróg, sami sprzedali Polskę międzynarodowej lichwie.

Dyktatura Matołów jest jedynie emanacją chciejstwa elektoratu. A takie chciejstwo, polegające na przeświadczeniu, że „jakoś to będzie” i to nie my będziemy musieli martwić się długami, każdorazowo kończy się tym samym: bankructwem i utratą suwerenności. Przyjdą windykatorzy, zdominowane przez Niemcy instytucje europejskie postawią swój twardy dyktat – i płacić, frajerzy! Nie macie gotówki? To przejmiemy w naturze, co tam jeszcze zostało: ostatnie przedsiębiorstwa, lasy, kopaliny... Zastawiliście swój kraj za parę lat konsumpcji na kredyt, to teraz oddawać ostatnią koszulę. Nic nowego – kiedyś w takiej sytuacji wysyłało się korpus ekspedycyjny, który przejmował kontrolę nad zbankrutowanym krajem, teraz robi się dokładnie to samo, tyle że w białych rękawiczkach.

Oczywiście, można się z tego wywikłać. Takie Węgry przed czasem spłacą w tym roku ostatnią transzę do MFW i podziękują temu gremium za współpracę. Ale Węgrzy – tak obecne władze, jak i społeczeństwo – są jakby bardziej rozgarnięci i odporni na presję. Obawiam się, że nam pod tym względem o wiele bliżej do Greków.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://niepoprawni.pl/blog/287/kryzysowy-korkociag

http://niepoprawni.pl/blog/287/zielona-wyspa-w-czarnej-dziurze

http://niepoprawni.pl/blog/287/budapeszt-czy-ateny

http://niepoprawni.pl/blog/287/o-greckich-kozojebcach-i-bankructwie-w-zjednoczonej-europie

http://niepoprawni.pl/blog/287/biale-noski-zamiast-bialych-kolnierzykow