Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Islandia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Islandia. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 26 września 2019

Pod-Grzybki 175

Szambo wybiło – tak można najkrócej scharakteryzować najnowszą sędziowską aferę, czyli „Emi-gate”. Poświęcam sprawie osobny, „duży” tekst, więc tutaj tylko małe streszczenie. Otóż mamy kilku sędziów, którzy postanowili się zemścić na branżowym establishmencie za środowiskowe szykany, publikując na „kolegów” obyczajowe kompromaty, do czego wykorzystali niezrównoważoną alkoholiczkę – żonę jednego z nich i kochankę drugiego, który za usługi przelewał „Emi” pieniądze za pośrednictwem jej męża, a momentami nawet emablował ją intymnymi zdjęciami z immunitetem na wierzchu. Nad wszystkim czuwali inni sędziowie delegowani do Ministerstwa Sprawiedliwości – aż sprawa się rypła, bo „Emi” została przekabacona przez drugą stronę, dając żer różnym „onetom”. Słowem, dintojra i wendetta przyprawione maglem – zatem w „nadzwyczajnej kaście” wszystko po staremu.


*

Swoją drogą, aż wstydzę się zapytać, gdzie jest słynna „ochrona kontrwywiadowcza” mająca zabezpieczać najważniejszych urzędników państwowych i chwytać ich za ręce, gdyby strzeliły im do głów jakieś głupoty? Spała, była pijana, czy po prostu abewiacy darli sobie łacha obserwując pikantne pogaduszki sędziów w „zamkniętych” grupach dyskusyjnych?


*

Z poważniejszych wiadomości. Ruscy wysłali na orbitę robota Fiodora, który miał zadokować statek „Sojuz” do Międzynarodowej Stacji Kosmicznej. Ponieważ jednak robot – jak to u Ruskich – działa na drożdże i ziemniaki, to tak się naoliwił, że za pierwszym razem biedak nie trafił. Agencja TASS podała, że przesadził z zasilaniem, ponadto nie dotarły na czas słonina i ogórki. Istniało niebezpieczeństwo, że jego „operator” będzie musiał wyplątać się z tego całego kosmicznego ubranka i wziąć się do pracy samodzielnie, jednak na szczęście już po trzech dniach „robot” ochłonął na tyle, że udało się w końcu przycumować. Załoga stacji uczciła ten sukces tradycyjnym stakanem i gromkim „urraa!”, a Fiodor otrzymał w nagrodę słoik soku z kapusty, bo jak wyznał, z tych wszystkich emocji strasznie go suszy.


*

Na Islandii wyprawiono „pogrzeb lodowca”. O co chodzi? Otóż lodowiec ponoć „umarł”. Nie, nie stopniał, po prostu przestał przyrastać i w związku z tym „wędrować”, jak czynią rozrastające się góry lodowe. W nekrologu napisano, iż lodowiec Okjokull miał 700 lat. Klimatyści oczywiście uderzyli w płacz, ja natomiast tłumaczę, co to wszystko tak naprawdę oznacza. Mianowicie, Okjokull „narodził się” 700 lat temu, gdy po ustąpieniu średniowiecznego optimum klimatycznego (klimat był wówczas CIEPLEJSZY niż obecnie), wchodziliśmy w trwającą do niedawna małą epokę lodową. Teraz mała epoka lodowa się kończy i wkraczamy powoli w kolejne optimum – więc przyrost lodowców się zatrzymuje, zaś niektóre pewnie stopnieją i ich nie będzie, tak jak nie było ich 700 lat temu. Ot i wszystko. Trzymajmy się więc ciepło i delektujmy się radośnie klimatem w te ostatnie dni lata – klimatystom z „Global Warming Industry” na pohybel.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 35 (30.08-05.09.2019)

czwartek, 16 sierpnia 2018

Nikt nie może być „zbyt wielki, by upaść”

Jeżeli w przypadku kryzysu z 2008 r. można mówić o jakiejkolwiek lekcji, to jest to lekcja demoralizacji.

Stan światowych rynków finansowych budzi rosnące zaniepokojenie i staje się powodem do formułowania kasandrycznych przepowiedni o zbliżającym się kolejnym kryzysie. Również w „Gazecie Finansowej” niedawno Robert Cheda podjął wątek zbliżającego się „finansowego Armagedonu” - i wszystko wskazuje na to, że faktycznie katastrofa wydaje się nieuchronna, a co więcej jej rozmiary mogą przyćmić wielki krach z 2008 roku. Dość powiedzieć, że globalny dług wynosi obecnie 247 bilionów dolarów, z czego 61 bln. przypada na sektor finansowy. Oznacza to, że światowe zadłużenie opiewa na 318 proc. w relacji do PKB. Z kolei Europejski Urząd Nadzoru Bankowego podał ostatnio informację (przytaczam za „Deutsche Welle”), wg której suma złych kredytów w europejskich bankach osiągnęła kwotę 813 mld. euro, przy czym 186,7 mld. euro przypada na banki włoskie. Zresztą, generalnie, motorem destrukcji jest sytuacja na południu kontynentu – prócz Włoch, mamy tu Grecję, gdzie za zagrożone uważa się 44,9 proc. kredytów oraz Cypr z 38,9 proc. złych długów. Jeżeli dodać, że większość z nich przypada na rynek nieruchomości, to analogie z rokiem 2008 nasuwają się same.

Na marginesie, w tej sytuacji nie dziwi, że Niemcy niechętnie spoglądają na koncepcję powołania wspólnego budżetu strefy euro, na co naciska zadłużona po uszy Francja (97 proc. PKB). Taki krok bowiem oznaczałby uwspólnotowienie długów, zaś w niemieckim interesie jest zachowanie obecnego statusu „wielkiego wierzyciela” strefy euro, zarabiającego na drenowaniu słabszych gospodarek – a nawet na ich bankructwach, czego dowiódł przykład Grecji, która wskutek kolejnych „transzy pomocowych” powiększyła swoje zadłużenie ze 108 do 180 proc. PKB, podczas gdy równolegle niemieckie banki zarobiły na odsetkach od greckich obligacji 2,9 mld. euro.

Wracając do głównego wątku. Mamy do czynienia z gigantyczną bańką zadłużeniowo-spekalucyjną, rodzajem światowej piramidy finansowej, która prędzej czy później musi się zawalić – wystarczy chociażby podniesienie stóp procentowych, by wywołać efekt domina. Takie są efekty „luzowania ilościowego”, czyli zasypywania poprzedniego kryzysu stertami dolarów i euro. Nafutrowane tanim pieniądzem „rynki” rzuciły się w wir spekulacyjnego hazardu w globalnym kasynie, domagając się przy okazji dalszej deregulacji i zwiększania swobody działania. Oznacza to, że świat finansów z załamania w 2008 r. nie wyciągnął żadnych wniosków i ochoczo ciągnie nas za sobą w tę samą przepaść. W efekcie, będziemy mieli kolejny kataklizm i to w sytuacji, kiedy wciąż odczuwamy jeszcze skutki poprzedniego, powierzchownie tylko zaleczonego dodrukiem pieniądza.

Dlaczego jesteśmy skazani na ponowne przerabianie patologii kreowanych przez rozpasanie globalnych spekulantów? Mówiąc najprościej – dlatego, że poprzednio niemal nikt nie poniósł żadnych konsekwencji. Szefowie skompromitowanych banków i instytucji finansowych cieszą się wolnością i zgromadzonym majątkiem, co najwyżej niektórzy z nich musieli odejść z branży inkasując na koniec sute odprawy. Rządy, z USA na czele, rzuciły się na wyprzódki ratować banksterskie korporacje publicznymi pieniędzmi – jako że, ponoć są „zbyt wielkie, by upaść”. Nawiasem, management tychże ratowanych podmiotów z miejsca został przez udziałowców wynagrodzony za skuteczny lobbying milionowymi premiami, ku bezsilnemu oburzeniu opinii publicznej. Jedynym chlubnym wyjątkiem była Islandia, której rząd pod społeczną presją pozwolił zbankrutować swoim umoczonym w spekulacje bankom, zaś ich szefostwu wytoczono procesy zakończone karami więzienia.

Jednak w USA i Europie było inaczej, co w oczywisty sposób rozzuchwaliło finansowe hieny i utwierdziło je w przekonaniu o bezkarności. Nic więc dziwnego, że gdy minął pierwszy strach, z miejsca zaczęli robić dokładnie to samo co wcześniej, ostentacyjnie odmawiając uczenia się na błędach. Znów więc mamy szaleństwo kredytowe, piętrowe instrumenty pochodne wysokiego ryzyka i całą gamę toksycznych produktów finansowych. Skutkiem będzie kolejna odsłona prywatyzacji zysków i upublicznienia strat, za co w pierwszym rzędzie zapłacą jak zwykle szarzy ciułacze. Jeżeli więc w przypadku kryzysu z 2008 r. można mówić o jakiejkolwiek lekcji, to jest to lekcja demoralizacji.

Czy jest na to rada? Hm, znalazłaby się, ale wymagałoby to od rządów nie byle jakiej asertywności w kontaktach z instytucjami finansowymi. Przede wszystkim, należałoby jasno zapowiedzieć, że nikt nie może być „zbyt wielki, by upaść”. Jeżeli przez swą pazerną, nieodpowiedzialną politykę banki czy fundusze inwestycyjne wpadną w kłopoty, to mają być to ich kłopoty, a nie rządów czy obywateli. Przypomnę tu znów Islandię, która program pomocowy skierowała właśnie do zwykłych ludzi, a nie do kieszeni banksterów. Takie podejście jest nie tylko sprawiedliwe, lecz również racjonalne, bowiem dzięki temu pieniądze trafią do realnej gospodarki, zamiast pompować kolejne „bańki”, tak jak niestety dzieje się to obecnie.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Euro-utopia

Islandia nie odpuszcza banksterom

Islandia, czyli jak się nie dać

A tymczasem na Islandii...


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 31-32 (10-23.08.2018)

niedziela, 3 czerwca 2018

Wypisy z „antysemityzmu”

„I dzisiaj ciemne praktyki ortodoksów żydowskich wzbudzają conajmniej niechęć a często wstręt we wszystkich, którzy się z niemi zetkną” - Wanda Melcer

I. Islandzcy żydożercy

Okazuje się, że nie tylko my mamy problem z Żydami. Własny kłopot z tym nadzwyczaj zgodnym, pokojowym i nieskorym do mieszania się w cudze sprawy narodem ma również... Islandia. Kłopot może jest niewielki (bo też i Islandia duża nie jest) – ale znaczący. Otóż, jak podaje portal „Iceland News”, do tamtejszego parlamentu wpłynął projekt ustawy zakazującej obrzezania dzieci. Jakimś cudem dowiedziała się o tym międzynarodowa społeczność żydowska (pogratulować konsekwentnego monitoringu) – i wynikła mała chryja. Mianowicie, do islandzkich biur podróży zaczęły spływać deklaracje żydowskich turystów rezygnujących z wyjazdów, odwołujących rezerwacje i grożących innymi konsekwencjami. Islandzki przewodnik Jón Gunnar Benjamínsson opublikował w swojej grupie na portalu społecznościowym maila, jakiego jego firma otrzymała od jednego z „rozczarowanych”. Cytuję w całości, bo też i pismo jest doprawdy rzadkiej urody: „Wraz z małżonką planowaliśmy wpłatę zaliczki za wycieczkę, kiedy to dowiedzieliśmy się o projekcie ustawy zakazującej obrzezania, przedstawionym w waszym parlamencie. Uważamy, że jest to wyraz antysemityzmu (działanie skierowane przeciwko zarówno Żydom, jak i Muzułmanom) przedstawiony jako „obrona praw dziecka”, co jest oczywistą bzdurą. W związku z powyższym wstrzymujemy się z realizacją planów, w oczekiwaniu na decyzję waszego rządu. Jeśli ustawa zostanie przegłosowana, anulujemy rezerwację i pojedziemy w inne miejsce. Będziemy również przestrzegać innych członków bostońskiej społeczności żydowskiej przed wyjazdem do Islandii, a także skontaktujemy się z naszymi braćmi i siostrami ze społeczności muzułmańskiej. Żywimy nadzieję, że wasz rząd odzyska resztki przyzwoitości i nie dopuści do przyjęcia tej haniebnej ustawy. Jeśli natomiast projekt zostanie przegłosowany, możecie spodziewać się konsekwencji na całym świecie” (podkreślenia - PL).

Hmm, zważywszy, iż owi „bostońscy Żydzi” postanowili w imię prawa do rzezania małych Islandczyków przeprosić się z muzułmańskimi „braćmi i siostrami”, z którymi nagle poczuli powinowactwo etniczno-kulturowe, na miejscu islandzkich władz ogłosiłbym stan wyjątkowy, bo nigdy nie wiadomo, czy podbechtani przez „bostończyków” „bracia i siostry” nie zechcą nagle tłumnie nawiedzić wyspy gejzerów ze wszystkimi, znanymi nam aż za dobrze, konsekwencjami. Zwraca ponadto uwagę przeświadczenie o własnej omnipotencji (te „konsekwencje na całym świecie”!) - jeżeli takie przekonanie o swoim wpływie na resztę świata ma byle małżeństwo z Bostonu, to co dopiero mówić o przywódcach diaspory czy politycznych liderach Izraela? Inna sprawa, że po ostatniej masakrze Palestyńczyków, jaką Izrael uczcił swą rocznicę niepodległości, rzeczeni muzułmanie mają chyba raczej ochotę wysadzać bombami i rozjeżdżać samochodami zgoła kogo innego, niż Islanczyków. Nawiasem, ci sami wyspiarze zebrali niedawno ponad 20 tys. podpisów pod petycją wzywającą do zbojkotowania przyszłorocznego festiwalu Eurowizji, który ma się odbyć w Izraelu. Zważywszy, że populacja Islandii to 340 tys. obywateli (nie licząc bliżej nieznanej liczby elfów), to wychodzi, że kraj ten zaludniają patologiczni antysemici, co to z mlekiem matki... Gdzie nam tam do nich!


II. Postępowy antysemityzm

Przechodząc na nasze podwórko - wątek obrzezania przypomniał mi fragment pewnego przedwojennego artykułu opisujący ów obrzęd odbywający się „w eleganckiej lecznicy warszawskiej”: „Maleńkie dziecko pod oknem zakryte jest górą strasznych starców z nożami w ręku. Chciałabym pobiec mu na pomoc, ale przecież skompromitowałabym tu wszystkich. Rzezak trzyma dziecko na kolanach, siedząc na owych dwóch krzesełkach pod oknem, mojern klęczy przed nim na małym stołeczku. Wprawnemi ruchami rozwija pieluszki i obdziera dziecko ze skóry. Potem pochyla się trochę więcej niż trzeba i wysysa zranione miejsce ustami. Dziecko wyje zwierzęcym głosem”. I dalej: „Spoglądam na nie bokiem i robi mi się słabo: dziecko ma krwawą miazgę między nogami, uda zalane krwią, która małemi kroplami kapie na koronki poduszki”.

Nie da się ukryć – opis nie na każde nerwy. Pytanie, skąd go wziąłem? Czy z jakiegoś czarnosecinnego, endeckiego „szmatławca”? Otóż nie – jest to artykuł „Dziecko żydowskie rozpoczyna ziemską wędrówkę”, będący pierwszą częścią cyklu „Czarny ląd – Warszawa”, przedstawiającego różne aspekty życia społeczności żydowskiej w Warszawie. Reportaże te ukazywały się w latach 1934-1935 w jak najbardziej liberalnych i lewicowych „Wiadomościach Literackich” - tych od Tuwima, Słonimskiego, Boya-Żeleńskiego i innych luminarzy pióra. Autorką była zaś Wanda Melcer – poetka, pisarka i publicystka, a ponadto postępowa działaczka społeczna, zwolenniczka kontroli urodzeń i „świadomego macierzyństwa”, udzielająca się w Towarzystwie Reformy Obyczajów. Po wojnie zaś – dożywotnia członkini PZPR i Ligi Kobiet. Aż dziwne, że współczesne „siostrzyce” od feminizmu z „Wyborczą” do spółki nie wzięły jej na sztandary, jako prekursorki walki z „ciemnotą i zabobonem”.

No, ale cóż, tak się nieszczęśliwie składa, że dla przedwojennych liberałów żydowska „czerń” - owe „handełesy” i „chałaciarze”, tak gęsto i tłumnie zaludniający stołeczne ulice – była uosobieniem wstecznictwa na równi z „klerem” i pogrążonym w zacofaniu polskim chłopstwem. Opisów równie naturalistycznych i bezwzględnych w swej fotograficznej precyzji, jak ten przytoczony powyżej, spotkają Państwo w reportażach Wandy Melcer bez liku (patrz - internet). Obraz żydowskiej masy, jaki się z nich wyłania, jest po prostu przerażający: brud, smród, nędza – a wszystko to w oparach prymitywnych z punktu widzenia autorki, talmudycznych guseł, wcale nie lepszych od tych praktykowanych w katolickim „ciemnogrodzie”. Nic więc dziwnego, że to właśnie na widok przeludnionych nor w suterenach kamienic i zaułków wypełnionych niedożywionymi i obdartymi żydowskimi dziećmi, autorce wyrywa się uwaga o konieczności wprowadzenia kontroli urodzeń. Podobnie, nie może znaleźć słów oburzenia widząc pożałowania godne położenie kobiet w żydowskich rodzinach.


III. „Ciemne praktyki”

Dziś tego typu uwagi zostałyby z miejsca zakwalifikowane jako „zwierzęcy antysemityzm” - i założę się, że muzeum POLIN nigdy nie zorganizuje na temat dziennikarskiego dorobku Wandy Melcer żadnego uczonego seminarium. Nie pasuje on bowiem do wizerunku lansowanego w oficjalnym przekazie Żyda – inteligenta: artysty, prawnika, lekarza, profesora, intelektualisty... Jeśli coś mówi się o innych Żydach, to tylko w kontekście wesołego folkloru z przygrywającymi klezmerami. A wszak, była to jedynie cieniutka pozłotka przykrywająca, mówiąc wprost – otchłanie barbarzyństwa. I nie dotyczyło to jedynie żydowskiej biedoty - opisywana ceremonia obrzezania nie odbywała się przecież w slumsach, a poddawane jej dziecko było potomkiem „jednego z najbogatszych kupców bławatnych z ulicy Bielańskiej”. Takie hipotetyczne seminarium musiałoby siłą rzeczy postawić kilka niewygodnych kwestii – począwszy od braku wewnątrzżydowskiej solidarności, skazującej przytłaczającą większość tej społeczności na urągającą człowieczeństwu wegetację; poprzez pogardę żywioną przez żydowskie elity do chałaciarskiego „motłochu”; a skończywszy na pytaniu – jakim cudem Polacy mieliby uratować podczas wojny te rzesze niezasymilowanych Żydów?

Teraz potomkowie tamtych, zeświecczonych i gwoli prawdy - wykorzenionych, żydowskich elit nagle odkrywają swoją „tożsamość” i wystawiają Polakom cenzurki. W swym reportażu Wanda Melcer stwierdza: „I dzisiaj ciemne praktyki ortodoksów żydowskich wzbudzają conajmniej niechęć a często wstręt we wszystkich, którzy się z niemi zetkną”. Dodam od siebie: wstręt budzą nie tylko praktyki tamtych, wymordowanych „ortodoksów”, lecz również tych dzisiejszych, światłych i postępowych, samozwańczych „kapłanów żydostwa” – nawet jeśli obecnie te „ciemne praktyki” odbywają się bardziej higienicznie.


PS. Cytaty z Wandy Melcer za „retropress.pl”.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 21 (25-31.05.2018)

wtorek, 10 listopada 2015

Islandia, czyli jak się nie dać

Może impuls, który wyjdzie z Islandii sprawi, iż słynne zdanie Mayera Rothschilda: „Daj mi kontrolę nad podażą pieniądza narodu i nie będzie mnie obchodzić kto tworzy jego prawa” wreszcie straci swą aktualność?

Pozwolę sobie kontynuować dziś wątek z ubiegłego tygodnia, czyli islandzką lekcję, którą państwo to daje światu w reakcji na globalny kryzys finansowy. Omówiłem już procesy i kary więzienia na jakie zostali skazani prominentni islandzcy banksterzy – jednak to nie wszystko. Otóż wyspa nie ugięła się również przed międzynarodowym szantażem mającym wymusić na tamtejszym rządzie spłatę z pieniędzy podatników wierzycieli upadłych banków. Pouczający jest tu przykład internetowego funduszu Icesave, należącego do Landsbanki – prywatnego (co istotne) banku, który upadł w 2008 roku. W Icesave miało swoje konta 340 tys. obywateli Wlk. Brytanii i Holandii. Po bankructwie, rządy tych krajów wypłaciły im łącznie ok. 5 mld dolarów rekompensat, następnie zaś zwróciły się do rządu Islandii o zwrot pieniędzy. Islandzcy obywatele w dwóch kolejnych referendach przeprowadzonych w 2010 i 2011 roku zdecydowanie opowiedzieli się przeciw pokrywaniu z publicznych pieniędzy długów prywatnego banku (Landsbanki zbankrutował jako podmiot prywatny, dopiero później wprowadzono zarząd komisaryczny). Pikanterii sytuacji dodaje fakt, iż rząd brytyjski rozporządzeniem „Landsbanki Freezing Order 2008” dokonał zamrożenia islandzkich aktywów (w tym Landsbanki) w Wlk. Brytanii wartych 4 mld. funtów. Wspomniane rozporządzenie zostało wydane na podstawie „Anti-Terrorism, Crime and Security Act” - ustawy uchwalonej przez Izbę Gmin w 2001 po zamachu na WTC, pozwalającej na nadzwyczajne kroki w przypadku zagrożenia bezpieczeństwa lub gospodarki Wlk Brytanii. W ten sposób postawiono islandzkie podmioty w jednym rzędzie z terrorystami i mafią, przy okazji usuwając konkurencję z brytyjskiego rynku.

W każdym razie, Wlk. Brytania i Holandia pozwały Islandię przed luksemburski Trybunał Europejskiego Stowarzyszenia Wolnego Handlu (EFTA) do którego należy Islandia, a które wraz z Unią Europejską tworzy Europejski Obszar Gospodarczy. Po latach postępowania, Trybunał uznał ostatecznie w 2013 r., iż Islandia nie złamała dyrektywy dotyczącej depozytów gwarantowanych. Dodatkowo przed Trybunał pociągnęła Islandię Komisja Europejska, jednak ten orzekł, iż obowiązująca w momencie wybuchu kryzysu dyrektywa nie precyzowała minimum ochrony depozytów, sama zaś Islandia argumentowała, że obowiązek utworzenia funduszu gwarancyjnego nie zakłada automatycznego finansowania go z pieniędzy publicznych.

Aktywność Islandii nie kończy się jednak na samych działaniach „frontowych” w rodzaju procesów wytaczanych bankowym decydentom, czy batalii przed międzynarodowymi instytucjami sądowymi. Nie zaniedbano również prac koncepcyjnych mających uchronić system finansowy przed podobnymi paroksyzmami w przyszłości. Kilka miesięcy temu światło dzienne ujrzał arcyciekawy raport „Reforma monetarna. Lepszy system monetarny dla Islandii” przygotowany na zlecenie premiera rządu, a wydany w Polsce przez Fundację Jesteśmy Zmianą. Pod ostrzałem znalazł się w nim m.in. współczesny system kreacji pieniądza, w znacznej mierze uzależniony od działalności kredytowej banków komercyjnych, poza kontrolą nominalnego monopolisty, czyli banku centralnego, w którego gestii pozostaje jedynie nieskuteczne w dalszej perspektywie ustalanie stóp procentowych. W skrócie, system rezerwy cząstkowej pozwala bankom na akcje kredytowe jedynie częściowo zabezpieczone posiadanymi depozytami, udzielając więc kredytu „tworzą” pieniądz z powietrza. W efekcie, każdy bank jest potencjalnym bankrutem – wystarczy, by większość jego klientów w tym samym czasie zażądała wypłaty depozytów „zabezpieczonych” wirtualnymi „aktywami” w postaci nie ściągniętych jeszcze kredytów, czy wykupionych przez bank, a nie spłaconych przez emitenta obligacji.

Powyższe prowadzi do nadmiernej podaży a w konsekwencji - inflacji i dewaluacji waluty. Na Islandii „produkuje” się w ten sposób 91% znajdujących się w obrocie środków płatniczych, w Polsce – 86%. U źródeł kolejnych kryzysów zawsze tkwi nadmiar pustego pieniądza, na dodatek państwowe gwarancje depozytów zachęcają bankierów do ryzykownych zachowań. Dodać należy, iż instytucje zabezpieczające w rodzaju bankowych funduszy gwarancyjnych są w swej istocie jedynie listkiem figowym - w momencie poważnego krachu i tak koniec końców interweniować musi państwo sięgając do publicznej kasy. W odpowiedzi na zarysowane tu patologie autorzy raportu postulują wprowadzenie Pieniądza Suwerennego, którego wyłącznym emitentem w każdej postaci byłby państwowy bank centralny, konkretnie zaś niezależne gremium – odpowiednik naszej Rady Polityki Pieniężnej. Tym samym władza nad emisją środków płatniczych zostałaby całkowicie odebrana bankom komercyjnym. Te drugie miałyby jedynie możliwość alokacji pieniądza. Warto śledzić dalsze losy proponowanych rozwiązań. Może impuls, który wyjdzie z Islandii sprawi, iż słynne zdanie Mayera Rothschilda: „Daj mi kontrolę nad podażą pieniądza narodu i nie będzie mnie obchodzić kto tworzy jego prawa” wreszcie straci swą aktualność?

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

„Islandia nie odpuszcza banksterom”

Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 45 (06-12.11.2015)

sobota, 7 listopada 2015

Islandia nie odpuszcza banksterom

Finansowi potentaci przywykli do nietykalności i nie chcą, by w ich obecności wspominano o sznurze.

Islandia po wybuchu kryzysu w 2008 roku, spowodowanym nieodpowiedzialną polityką inwestycyjną największych banków, zasłynęła bezkompromisowym podejściem do kwestii „ratowania” niewypłacalnych instytucji finansowych. O ile w Stanach Zjednoczonych i krajach Unii Europejskiej hołdowano hasłu „zbyt wielki, by upaść”, co w praktyce przekładało się na nacjonalizowanie strat i przerzucanie ich na podatnika, połączone z „zasypywaniem” kryzysu miliardami drukowanych w stachanowskim tempie dolarów i euro, o tyle rząd Islandii pod presją obywateli, którzy wyszli na ulice odmawiając spłaty bankowych zobowiązań, pozwolił swoim bankom na upadłość, następnie zaś objął je zarządem komisarycznym (Glitnir, Kaupthing i Landsbankinn). Uczynił tak, dodajmy, wbrew naciskom światowej finansjery i obcych stolic oraz wprowadził restrykcyjną kontrolę kapitałową, interweniując dodatkowo na rynku kredytów hipotecznych i odmawiając wdrożenia zamrażającej gospodarkę polityki zaciskania pasa – na przekór obowiązującym dogmatom lansowanym wówczas przez MFW (ta instytucja zaczęła zmieniać zdanie dopiero pod wpływem sukcesów węgierskiej „orbanomiki”). W efekcie, Islandia stosunkowo szybko powróciła na drogę wzrostu gospodarczego.

Ale to nie wszystko. Otóż Islandia poważyła się na bezprecedensowy krok: zaczęła wsadzać swoich banksterów za kratki. Porównajmy to sobie choćby z USA, gdzie skazano jedynie Bernarda Madoffa za stworzenie piramidy finansowej, natomiast szefowie takiego Lehman Brothers od którego bankructwa zaczęło się globalne domino, mają się świetnie. Richard Fuld, prezes Lehman Brothers, cały czas działa w świecie finansów, prezes AIG Martin Sullivan odpowiedzialny za proceder ubezpieczania ryzykownych kredytów hipotecznych w wyniku czego firmę musiała ratować od upadłości dotacja publiczna w wys. 85 mld USD odszedł z roczną pensją 28 mln USD plus kolejne 15 mln odprawy, Rick Wagoner, który doprowadził do bankructwa General Motors cieszy się wolnością i zgromadzonym majątkiem, James Cayne, szef Bear Stearns, który „utopił” spółkę w toksycznych aktywach hipotecznych (przejął ją za bezcen JP Morgan), sprzedał swe udziały za 61 mln USD po czym przeszedł na emeryturę – i tak dalej.

Na tym tle Islandia prezentuje się wyjątkowo. Od 2012 roku skazano na kary od kilku miesięcy do 5 lat pozbawienia wolności już 26 prominentnych bankierów. Najwyższa kara za przestępstwa finansowe wynosi na Islandii 6 lat, lecz tamtejszy Sąd Najwyższy rozważa podniesienie górnej granicy „widełek”. Łącznie wydane dotychczas wyroki opiewają na 74 lata odsiadki i zapewne nie jest to ostatnie słowo. Ciekawie przedstawia się tutaj kalendarium podane przez „Iceland Magazine”. Spójrzmy na niektóre z orzeczeń: 2012 - Baldur Gudlaugsson, sekretarz Ministerstwa Finansów – 2, 5 roku więzienia, Ragnar Z. Gudjonsson – dyrektor generalny „Byr, a Savings and Loan” - 4,5 roku, Jon Porsteinn Jonsson – prezes BYR – 4,5 roku; 2013 - Styrmir Por Bragason – dyrektor generalny MP Bank – 1 rok więzienia, Fridfinnur Ragnar Sigurdsson - dyrektor ds. rynków międzybankowych w Glitnir - 15 miesięcy; 2014 - Lydur Agustsson – prezes funduszu inwestycyjnego Exitia, jednego z głównych udziałowców Kaupthing – 9 miesięcy, Birkir Kristinsson – menedżer private banking w Glitnir - 5 lat, Johannes Baldursson – dyrektor rynków kapitałowych w Glitnir – 5 lat, Magnus Arnar Arngrímsson – dyrektor zarządzający ds. finansów korporacyjnych w Glitnir – 5 lat; Elmar Svavarsson – makler giełdowy w Glitnir – 4 lata...

Przejdźmy do ostatnich wyroków, w październiku 2015 dołączyło bowiem do więziennej kolekcji sześciu następnych bankowych prominentów: Sigurjon P. Arnason – dyrektor generalny Landsbankinn – 3 lata odsiadki, Elín Sigfusdottir – dyrektor ds kredytów dla przedsiębiorstw – 1,5 roku, Steinpor Gunnarsson – szef maklerów – 9 miesięcy, Hreidar Mar Sigurdsson – dyrektor generalny Kaupthing – 6 miesięcy, Magnus Gudmundsson – dyrektor generalny Kaupthing Luxemburg – 1,5 roku, Skuli Porvaldsson – inwestor Kaupthing – 6 miesięcy.

Wśród zarzutów znajdziemy m.in.: naruszenie obowiązku powierniczego, oszukańcze pożyczki, pranie pieniędzy, wprowadzanie w błąd władz i rynków finansowych, wykorzystywanie zastrzeżonych informacji do spekulacji akcjami, sprzeniewierzenie funduszy, manipulacje kursami... Uff, Islandczycy ostro sprzątają i dają zarazem przykład innym – pytanie, czy ci „inni” zechcą z owej lekcji skorzystać, a może wkrótce być okazja, bo na horyzoncie mamy kolejną falę załamania gospodarczego. Tymczasem bezkarność mogła jedynie umocnić bansterskie „święte krowy” w przekonaniu, iż w razie wpadki czeka ich miękkie lądowanie na workach z publicznymi pieniędzmi – więc nadal ryzykują. Zmienić ten stan rzeczy może jedynie masowy wybuch społeczny, jak stało się to na Islandii. I zapewne dlatego o banksterskich procesach napomyka się jedynie półgębkiem. Finansowi potentaci przywykli do nietykalności i nie chcą, by w ich obecności wspominano o sznurze.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/2716-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 44 (30.10-05.11.2015)

poniedziałek, 22 czerwca 2015

Grecja jak Islandia?

W „eurozonie” nie można ot tak sobie zbankrutować, pozostawiając głównych macherów ze stosem dłużnej makulatury.

„Wierzyciele przystawili Grecji pistolet do piersi” - utrzymane w tym tonie komentarze obiegły niedawno media, kiedy to ważyły się losy spłaty kolejnej raty greckich zobowiązań wobec Międzynarodowego Funduszu Walutowego i uzależnione od tego uruchomienie następnej transzy pomocowej. Wierzyciele z MFW i krajów strefy euro żądają dalszych cięć budżetowych i „reform” sprowadzających się de facto do wyprzedaży greckiego majątku narodowego i zwiększonego fiskalizmu. Ogółem Grecja ma w czerwcu spłacić do MFW ok. 1,55 mld euro, transza pomocowa wynieść ma 7,2 mld euro – inaczej Grecja zbankrutuje. Tymczasem Grecja już jest bankrutem, tylko nikt nie chce tego głośno powiedzieć w obawie przed polityczno-gospodarczymi perturbacjami. Nie ma co się oszukiwać – te wszystkie „transze pomocowe” są jedynie galwanizowaniem zdechłej żaby – jedną ręką dajemy, drugą zabieramy, zaś grecki budżet jest jedynie przepompownią pieniędzy. Grecki dług publiczny wynosi ponad 320 mld euro, co stanowi 175% tamtejszego PKB. W samym 2015 Grecja musi zwrócić 20 mld. Ogółem w latach 2010 – 2014 do Grecji trafiło 240 mld euro kredytów pomocowych, które Grecja musi zwrócić – z czego 30 mld należy do MFW, 53 mld do krajów strefy Euro, zaś 141 mld do Europejskiego Funduszu Stabilności Finansowej, do tego dochodzi jeszcze „Greek Loan Facility” z wcześniejszej fazy kryzysu, na którą to linię kredytową złożyły się kraje eurogrupy.

Trzeba jasno powiedzieć – grecki dług jest nie do spłacenia i jeśli nic się nie zmieni, kraj ten stanie się wiecznym „chorym człowiekiem Europy”, wstrząsanym rozlicznymi ekonomiczno-społecznymi paroksyzmami. Zabójcza na dłuższą metę jest również polityka narzucana przez MFW, zawsze wg jednego wzoru – zwiększone podatki i cięcie wydatków we wszelkich możliwych obszarach, co w efekcie prowadzi do zamrożenia gospodarki. Przypomnijmy, że MFW podobnych „reform” oczekiwał od Węgier, te zaś poszły odmienną drogą, dziękując Funduszowi za współpracę. Dziś ten sam MFW nie może się nachwalić, jak orbanowskie Węgry wychodzą z kryzysu.

Owszem, Grecji nikt nie kazał zadłużać się ponad miarę, czy organizować olimpiady w 2004, należy jednak zwrócić uwagę na okoliczności. Po pierwsze - motywowane politycznie przyjęcie tego kraju do strefy euro, które nie powinno mieć miejsca (np. Goldman Sachs pomagał Grecji maskować zadłużenie swapami walutowymi). Po drugie – unijne fundusze, przedstawiane jako dobrodziejstwo, wymuszają na rządach partycypowanie w kosztach, co napędza spiralę zadłużenia. Po trzecie – euro silniejsze od drachmy stało się hamulcowym eksportu, przyczyniło się zaś do zwiększania importu, np. z Niemiec, który zresztą kredytowany był hojnie przez niemieckie instytucje finansowe w ramach poszerzania rynków zbytu.

W kontekście powyższego warto przypomnieć casus Islandii sprzed kilku lat. Po uderzeniu kryzysu finansowego w 2008 tamtejszy rząd początkowo starał się „ratować” banki – podobnie jak czyniły to inne kraje - i żebrał gdzie się da o pożyczki, by w końcu pod społeczną presją (nowe wybory, referendum przeciw „ustawie kompensacyjnej”), odmówić spłacania bankowych długów z publicznych pieniędzy. Banki zostały objęte wpierw zarządem komisarycznym (Kaupthing Bank, Glitnir Bank i Landsbank), a następnie... przekazano bankrutów wierzycielom, wraz z bólem głowy. Pomoc publiczną skierowano do zwykłych ludzi – pod postacią np. zwrotu bankowych depozytów, czy umorzenia długów hipotecznych powyżej 110% wartości nieruchomości. Do tego w 2010 islandzki Sąd Najwyższy uznał kredyty indeksowane w obcych walutach za nielegalne. Ostatecznie, po reformach, pożyczce w wysokości 6 mld dolarów, Islandia wyszła na prostą zbijając deficyt z 13,5% do 2% PKB, bezrobocie do 5% i notując kilkuprocentowy wzrost gospodarczy.

Czy powyższy wariant możliwy jest w Grecji? Są istotne różnice – Islandia ma własną walutę, którą może zdewaluować, nie jest członkiem UE, zaś jej problemy wynikały z prywatnego długu banków (choć rząd Wlk. Brytanii, której instytucje finansowe „umoczyły” w islandzkich bankach, naciskał na jego „upublicznienie”). Wierzycielami Grecji są obecnie państwa, bowiem kraje strefy euro dokonały swoistej „nacjonalizacji” wierzytelności przejmując je od swych instytucji finansowych. Według brytyjskiego think tanku Open Europe 60% greckiego długu należy do państw strefy euro, 10% do MFW, 6% do Europejskiego Banku Centralnego, 3% do greckich banków, 1% do banków zagranicznych. Jedynym ratunkiem więc pozostaje oficjalne ogłoszenie bankructwa, powrót do drachmy i jej dewaluacja – czyli słynny „grexit”. To jest jednak czarny sen Niemiec, bojących się reakcji łańcuchowej obejmującej całe południe Europy, więc starają się do takowego scenariusza nie dopuścić wszelkimi sposobami. Wychodzi więc na to, że w „eurozonie” nie można ot tak sobie zbankrutować, pozostawiając głównych macherów ze stosem dłużnej makulatury. Trawestując znane rosyjskie powiedzonko – tutaj jest euro za wejście i dwa za wyjście.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://podgrzybem.blogspot.com/2012/02/o-greckich-kozojebcach-i-bankructwie-w.html

http://podgrzybem.blogspot.com/2014/03/a-tymczasem-na-islandii.html

 

Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 24 (12-18.06.2015)

czwartek, 20 marca 2014

Kredytowa szulernia

W przypadku kredytów walutowych mamy do czynienia z drenażem i transferem kapitału z gospodarek peryferyjnych do centrum.

I. Węgierska batalia z bankami

Węgierski Trybunał Konstytucyjny uznał (17.03.2014), iż w pewnych warunkach dopuszczalna jest ustawowa ingerencja w umowy kredytowe zawarte w walutach obcych, w celu wzmocnienia pozycji konsumentów wobec banków. Dotyczy to przede wszystkim kredytów hipotecznych we frankach szwajcarskich, zaciągniętych przez ok. 600 tys węgierskich rodzin. Jest to kolejna odsłona batalii Orbana o całkowitą likwidację kredytów walutowych – w 2011 roku Węgry uchwaliły ustawę w myśl której klient mógł jednorazowo spłacić kredyt po kursie o 1/3 niższym od rynkowego. Ponadto banki miały udzielać na życzenie klienta gwarantowanych przez państwo tanich kredytów w forintach na spłatę zadłużenia. Banki, przymuszone do wzięcia na siebie kosztów wynikających z różnic kursowych, szacują, że straciły na tym ok. miliarda euro.

Trzeba dodać, że w grudniu 2013 węgierski sąd najwyższy (Kuria) uznał, iż kredyty walutowe są legalne, oddalając tym samym wniosek rządu Orbana i stawiając pod znakiem zapytania operację oddłużeniową z 2011 roku. Rząd węgierski jednak skierował tę kwestię również do innego organu – Trybunału Konstytucyjnego, ten zaś, jak wspomniałem przed chwilą, orzekł o legalności ingerencji w umowy kredytowe, również z mocą wsteczną – pod warunkiem, że okoliczności zmieniły się w sposób który nie mógł być przewidziany w chwili zawierania umowy. Tu należy nadmienić, iż taką okolicznością mógłby być światowy kryzys finansowy w wyniku którego kurs franka do forinta między 2009 a 2011 rokiem wzrósł niemal dwukrotnie. W efekcie kredyty walutowe stały się na Węgrzech poważnym problemem społecznym – kłopoty ze spłatą (zaległości powyżej 90 dni) ma ok. 1/5 kredytobiorców. Póki co jednak rząd węgierski czeka na orzeczenie Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości, badającego na wniosek Kurii sprawę jednostronnej modyfikacji umów kredytowych i zmiany kursów walut. Chodzi o kwestię, czy sąd może badać zasadność praktyki polegającej na tym, że bank udzielając kredytu we frankach wypłacał klientowi kwotę kredytu w forintach wg ceny kupna, raty zaś kasował wg ceny sprzedaży (tzw. „spread”).

II. Islandia, Chorwacja, Hiszpania...

Warto przypomnieć w powyższym kontekście o trzech innych krajach, gdzie zajęto się problemem kredytów frankowych. Na Islandii, po finansowym tsunami z 2008 roku, tamtejszy Sąd Najwyższy w czerwcu 2010 uznał kredyty indeksowane w obcych walutach za nielegalne, uwalniając tym samym kredytobiorców od kosztów wynikających z osłabienia islandzkiej korony.

Z kolei w Chorwacji sąd w Zagrzebiu, rozstrzygając pozew zbiorowy wniesiony przez organizacje konsumenckie, nakazał w sierpniu 2013 przewalutowanie kredytów we frankach szwajcarskich na kuny po kursie obowiązującym w dniu zawierania umowy. Banki szacują swe straty na ok. 1 mld euro. Wyrok dotyczy ok. 100 tys Chorwatów zadłużonych na 3,3 mld euro.

W Hiszpanii natomiast barceloński sąd na początku 2013 rozwiązał umowę kredytową we frankach, uznając ją nie za kredyt, lecz za „produkt wysoko złożony, o charakterze spekulacyjnym, niedostosowany do profilu ryzyka osoby, która ten kredyt zaciągnęła”. Wg. sądu mamy do czynienia z połączeniem w jednym pakiecie kredytu i inwestycji, a procedura przyznawania takiego „kredytu” nie spełnia wymogów Unii Europejskiej co do oferowania produktów inwestycyjnych – te bowiem powinny być nadzorowane nie tylko przez nadzór bankowy i bank centralny ale również przez tamtejszą komisję papierów wartościowych. Chodzi tu o dyrektywę MiFID („Markets in Financial Instruments Directive”) nakazującą bankowi przebadać profil klienta przed zaproponowaniem inwestycji wysokiego ryzyka – a „produkt o charakterze spekulacyjnym” z natury rzeczy do takich ryzykownych inwestycji należy. Tymczasem, banki udzielając kredytów walutowych podobnej procedury nie dochowywały.

III. Kredyt walutowy jak „opcje”?

Jak to się ma do Polski? U nas kredyty we frankach zaciągnęło ok. 700 tys klientów, z czego problemy ze spłatą ma jakieś 3%. Niby nie jest więc najgorzej, jednak i u nas wzrost kursu franka szwajcarskiego okazał się na tyle znaczący, że wiele budżetów domowych stało się po prostu przepompownią wypracowanego bogactwa do banków. Innymi słowy – klient stał się chłopem pańszczyźnianym banku, odnosząc mu większość dochodów i ledwie wiążąc koniec z końcem, tym bardziej, że ceny spłacanych nieruchomości zeszły często poniżej kwoty kredytu. Na to nakładają się nieuczciwe poczynania banków. Przykładowo, Sąd Ochrony Konkurencji i Konsumentów zakwestionował takie praktyki, jak: - proceder dowolnego ustalania sobie przez banki tabel walutowych na podstawie których ustalano ratę kredytu w oderwaniu od cen rynkowych czy np. średniego kursu NBP; - dowolne modyfikowanie umów na podstawie niejednoznacznych zapisów umowy (to bank Millenium, r. 2010); - zmiana wysokości oprocentowania kredytu w trakcie trwania umowy (to z kolei BRE Bank, r. 2009). Niedawno natomiast grupa 200 osób wniosła pozew zbiorowy przeciw Getin Noble domagając się unieważnienia tabel walutowych ustalanych przez bank i zawyżających kurs franka, w oparciu o które bank naliczał raty kredytu, bądź unieważnienia umów w całości.

Jak można przeczytać w analizie zamieszczonej przez „Forbes”, w przypadku kredytów walutowych możemy mieć do czynienia z przypadkiem analogicznym do „opcji walutowych” na które swojego czasu naciągnięto wielu przedsiębiorców. Dziś wielu z nich wygrywa sprawy sądowe, a banki muszą płacić niekiedy wielomilionowe odszkodowania. Autor artykułu podnosi m.in. kwestię omijania zapisów umowy dotyczących wynagrodzenia banku (prowizja, oprocentowanie) i arbitralnego generowania dodatkowej marży za pomocą spreadu. Np. przewalutowanie udzielanego kredytu następuje po cenie kupna franka według ustalanej przez bank tabeli walutowej, zaś saldo do spłaty i odsetki ustalane są według ceny sprzedaży. Ze spreadem wiąże się również kwestia ogólnych kosztów kredytu, które po zliczeniu wszystkich elementów okazują się często w sumie wyższe niż kredytów złotówkowych. Trzecią sprawą jest wreszcie wystawianie klienta na nieograniczone ryzyko walutowe – i tu kłania się przytaczane wyżej orzeczenie sądu hiszpańskiego, który, przypomnę, uznał kredyt we frankach za „produkt wysoko złożony, o charakterze spekulacyjnym”. Autor podąża podobną ścieżką, uznając kredyt walutowy za „skrajnie spekulacyjny”, gdyż klient nie jest w stanie oszacować, ile potencjalnie straci, w związku z powyższym narażony jest na „nieograniczoną stratę”. Podobna argumentacja stosowana była na podstawie opinii biegłych w procesach dotyczących opcji walutowych. Do tego dochodzi złamanie dyrektywy MiFID, jeśli klient zaciągał kredyt w celu nabycia instrumentów finansowych.

Jak widać z powyższego, polscy „frankowicze” nie są bez szans.

IV. Kredytowa szulernia

Na zakończenie jeszcze kilka słów subiektywnego komentarza. Otóż w moim głębokim przekonaniu kredyty walutowe są jednym z narzędzi neokolonializmu. Ich funkcją jest bowiem długoterminowa eksploatacja obywateli peryferii na rzecz metropolii za pomocą sektora bankowego. Tak się bowiem składa, że w krajach „nowej unii” po przekształceniach system bankowy znajduje się w ogromnej części w rękach zagranicznych podmiotów (niemieckich, włoskich, austriackich, brytyjskich itd.), które transferują zyski do macierzystych central.

Skolonizowane gospodarczo kraje dojone są na dwa sposoby. Sposób pierwszy, to drenowanie zasobów przez dług publiczny, w wyniku którego budżet państwa staje się przepompownią kapitału od podatnika do wierzyciela – instytucji finansowej - wykupującego obligacje Skarbu Państwa. Sposób drugi, to zadłużenie indywidualne, gdy wkręceni na możliwie masową skalę w kredyt walutowy „konsumenci” stają się niewolnikami tyrającymi przez większość czasu na spłatę rosnącej wraz z kursem franka pożyczki. W obu przypadkach pieniądze wypływają gdzieś w siną dal, zubożając gospodarkę narodową eksploatowanego państwa. Ktoś mógłby powiedzieć, że przecież w ręku kredytobiorcy zostaje nieruchomość (dom, mieszkanie). To prawda, ale też do czasu. Gdy już bowiem spłaci po latach lichwiarski kredyt, to przechodzi wkrótce na głodową emeryturę... a wtedy znów pojawia się bank oferując mu „odwróconą hipotekę” - i w ten oto sposób nieruchomość po pewnym czasie tak czy inaczej staje się własnością banku.

Jak napisałem kiedyś w tekście „Gra kredytem”, kredyt walutowy to hazard: klient zakłada się z bankiem, że kurs nie wzrośnie w znaczącym stopniu, bank zaś „gra” na opcję przeciwną. I jestem dziwnie pewien, że banki konstruując ofertę doskonale wiedziały, że kurs franka będzie rosnąć. Jestem również przekonany, że celowo zniechęcano klientów do kredytów w rodzimych walutach (tak twierdzą choćby klienci banku Getin Nobel), by nagonić ich do kredytu we frankach szwajcarskich. Krótko mówiąc - kredytowa szulernia, gdzie jedna ze stron zna z góry wynik „zakładu”.

Proszę ponadto zwrócić uwagę, że dominujące na rynkach Europy Środkowo-Wschodniej banki w swoich macierzystych krajach nie rozpętywały podobnej „gorączki złota” na franka szwajcarskiego, choć mogłyby. Warto wspomnieć, iż chorwacka kuna powiązana jest z euro, zatem teoretycznie nic nie stało na przeszkodzie, by w podobną matnię jak 100 tys Chorwatów wpędzić również obywateli strefy euro. Z jakichś jednak względów klientów z Niemiec, Austrii czy Włoch nie wystawiono na „nieograniczone ryzyko kursowe” związane z kredytem walutowym. Potwierdzałoby to domniemanie, iż mamy do czynienia z zaplanowanym drenażem i transferem kapitału z gospodarek peryferyjnych do centrum.

I tutaj nieuchronnie musi pojawić się pytanie: czy znajdzie się u nas siła polityczna, która zakazałaby tego szalbierczego procederu? Czy może któraś ze spraw przeciw bankom trafi przed Sąd Najwyższy, a ten wzorem odpowiednika z Islandii unieważni en masse „narzędzie spekulacyjne”, które oferowane było pod przykrywką kredytu? I nie ma co się oglądać na biadolenie banków – dadzą sobie radę, najwyżej do ich zagranicznych central nie trafi tyle, ile sobie założyły. By nie wypaść z rynku będą musiały przełknąć tę gorzką pigułkę, tak jak przełknęły na Węgrzech czy Islandii. Zresztą, to i tak nie są nasze banki, a kapitał jak się okazuje jednak ma narodowość i dobrze, aby został w Polsce.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://podgrzybem.blogspot.com/2013/08/gra-kredytem.html

 

niedziela, 2 marca 2014

A tymczasem na Islandii...

Czy Islandia poradziłaby sobie tak dobrze z kryzysem, gdyby była w UE i strefie euro?

I. Islandzka podmiotowość

Wśród dramatycznych doniesień z pro-unijnego „Euromajdanu” zginęła jakoś informacja o zapowiedzianym przez rząd Islandii wycofaniu wniosku o członkostwo w Unii Europejskiej. Przypomnijmy, iż negocjacje zapoczątkowane w czerwcu 2010 roku przez lewicowy rząd socjaldemokratów i Zielonej Lewicy zostały zawieszone w ubiegłym roku przed wyborami parlamentarnymi. Obecnie zaś centroprawicowa koalicja zadecydowała o rezygnacji ze starań akcesyjnych.

Z tej historii płyną dwa wnioski. Po pierwsze, niewielka Islandia dochowała się elit, które dbają o interes własnego kraju i zdają się być odporne na zagraniczne naciski. Nie dały się skorumpować wizją brukselskich apanaży, a jeśli nawet ciągoty do unijnych grantów i splendorów gdzieś siedziały im w głowach, to wybiło im je islandzkie społeczeństwo, które niezmiennie jest przeciwne wejściu ich kraju do UE. Mamy więc do czynienia z rzadko dziś spotykaną podmiotowością i odpornością na propagandowe manipulacje.

Po drugie, Islandczycy dali się poznać jako naród skrzętny i praktyczny. Kwestię wejścia do Unii Europejskiej potraktowali jako interes, a nie w kategoriach mętnej, pan-europejskiej ideologii. Islandia bowiem uzależniona jest od rybołówstwa. Ryby stanowią trzy czwarte islandzkiego eksportu, rocznie poławia się ich ok 2 mln. ton, a tamtejsze wody są najczystsze na świecie. Islandczycy są zresztą na punkcie swej przyrody bardzo wyczuleni, skoro pieczołowicie dbają nawet o siedliska elfów i potrafią wstrzymać budowę autostrady, jeśli ta ma przebiegać przez „elfie” terytoria... Jest to zatem melanż praktycyzmu i swoistej mistyki, spod której... również wyziera praktycyzm – bo jeśli zdewastują swoją przyrodę, to kto zechce przyjeżdżać i podziwiać gejzery na wyspie słynącej poza tym głównie ze skrajnie surowego klimatu?

Dodajmy jeszcze, iż bezpośrednio połowem para się ok 7% zatrudnionych, ale do tego należy doliczyć silnie rozwinięty na bazie rybołówstwa przemysł. I pouczająca ciekawostka – wedle islandzkiego prawa, przedsiębiorstwa z branży rybołówczej mogą być własnością wyłącznie Islandczyków, lub spółek przez nich założonych. Podobne ograniczenia dotyczą również kilku innych sektorów (np. energetyki).

II. Wara od naszych łowisk!

Wejście do Unii wiązałoby się nie tylko z dopuszczeniem innych państw do islandzkich łowisk, ale z przyjęciem całej brukselskiej „czapy” biurokratycznej z kwotami połowowymi, redukcją branży rybackiej, normami... Oznaczałoby to zniszczenie podstawy gospodarki i ekonomiczną degradację wielkiej części narodu. Wystarczy sobie przypomnieć jak przystąpienie do Unii załatwiło polskie rybołówstwo, by zrozumieć postawę Islandczyków.

Tymczasem, co ma Islandii do zaoferowania Unia? Szersze otwarcie rynków? Islandia i tak współpracuje z UE w ramach Europejskiego Obszaru Gospodarczego, a poza tym ryby można sprzedawać gdzie indziej. Co jeszcze zatem? Fundusze strukturalne? Pieniądze na „przebranżowienie” islandzkich rybaków, którzy straciliby w wyniku akcesji podstawy niezależnej, ugruntowanej tradycją egzystencji? A jak tam powiodło się przebranżowienie polskich rybaków? Albo górników? Wszystkie te unijne dobrodziejstwa zaś obwarowane są biurokratycznymi barierami do przełamywania których trzeba by zatrudnić legion nowych urzędników bez gwarancji powodzenia w staraniach o fundusze. Przykładowo, Polska wg danych z 2013 roku zdołała wykorzystać zaledwie niespełna 60% środków w ramach polityki spójności, co i tak daje nam stosunkowo wysoką, siódmą lokatę wśród krajów Unii. Jednym słowem, z punktu widzenia Islandii są to jakieś śmiechu warte plewy. Wszystkie te brukselskie cukierki zwyczajnie nie są potrzebne 300-tysięcznej wyspie, która i bez tego (a może – mimo tego?) niezmiennie znajduje się w czołówce rankingów dotyczących poziomu życia obywateli. Nie bez znaczenia jest też stosunkowo świeżej daty niepodległość Islandii, której poważnym ograniczeniem byłoby wejście w unijne struktury.

Wygląda więc na to, że europejska integracja byłaby tu głównie interesem dla krajów Unii z silnie rozwiniętym rybołówstwem i odpowiednich koncernów, które mogłyby się dorwać do islandzkich łowisk, wygryzając z nich tamtejszych rybaków. Świadczy o tym nieustępliwość Brukseli w tej właśnie kluczowej kwestii. No, ale trzeźwo myślący (choć sporo pijący) Islandczycy nie dali się złamać – okazali się mądrzy przed szkodą.

III. Islandzki sposób na kryzys

Na zakończenie jeszcze jeden wątek z niedawnej przeszłości. Otóż Islandia w modelowy sposób poradziła sobie z kryzysem finansowym, który uderzył w nią w 2008 roku. Początkowo wprawdzie islandzkie władze zachowywały się podobnie jak inne rządy, czyli starały się za wszelką cenę ratować grandziarzy i żebrały gdzie się da o pożyczki, jednak wkrótce pod wpływem rozmaitych okoliczności zmuszone zostały do zmiany polityki. Mianowicie, zamiast ładować pieniądze w instytucje „zbyt wielkie by upaść” pogłębiając tym samym finansową degrengoladę kraju i zadłużając się na koszt przyszłych pokoleń (jak zrobiły kraje UE, czy Stany Zjednoczone), rząd Islandii zwyczajnie pozwolił zbankrutować trzem największym bankom (Kaupthing Bank, Glitnir Bank i Landsbank), a następnie znacjonalizował je i objął zarządem komisarycznym. Rządowe pieniądze natomiast poszły do ludzi – zwykłych klientów, którzy potracili swe majątki. Zwrócono im depozyty, właścicielom zadłużonych nieruchomości zaproponowano umorzenie długów przekraczających 110% ich wartości, w końcu zaś Sąd Najwyższy (rok 2010) uznał kredyty indeksowane w obcych walutach za nielegalne.

To jeszcze nie koniec. Początkowo islandzki rząd zamierzał spłacić zagranicznych wierzycieli upadłych banków, ale wtedy na ulicę wyszli obywatele, którzy stanowczo odmówili zaspokajania międzynarodowych spekulantów z pieniędzy publicznych. Petycję do prezydenta podpisała 1/5 mieszkańców, a nieco później rządowy projekt legislacyjny (tzw. „ustawę kompensacyjną”) utopiono w referendum. Zagraniczne „rynki” finansowe nie otrzymały ani jednej islandzkiej korony. Zamiast tego sprywatyzowano ponownie dwa z trzech znacjonalizowanych banków (Kaupthing Bank, Glitnir Bank) przekazując je wierzycielom (a właściwie, działającemu w ich imieniu syndykowi) – niech sobie radzą z bankrutami. W międzyczasie, islandzki rząd pożyczył 6 mld dolarów od MFW i kilku europejskich krajów (w tym Polski – nasz udział to ok. 200 mln USD). Dla kraju o skrzętności i potencjale Islandii owe 6 mld pożyczki jest sumą jak najbardziej do spłacenia – tym bardziej, że odpadło uwikłanie w demoralizujące i kosztowne „ratowanie” spekulantów. Do tego doszło niezbędne cięcie wydatków – a Islandia akurat miała z czego ciąć. Efekt? W ciągu kilku lat deficyt budżetowy spadł poniżej 2% PKB (z 13,5% w 2009), bezrobocie spadło o połowę i wynosi 5%, a wzrost gospodarczy wynosi 2,5%.

Pytanie retoryczne – czy Islandia poradziłaby sobie tak dobrze, gdyby była w UE i strefie euro? I może właśnie dlatego w mediach tak cicho było i jest nadal o islandzkiej recepcie na kryzys – gdyby zaczęły ją wdrażać inne kraje, to finansowa międzynarodówka oraz idące na jej pasku „struktury międzynarodowe” mogłyby zwijać interes polegający z grubsza na żyłowaniu z wypracowanego bogactwa narodów na kilka pokoleń do przodu.

Krótko mówiąc – jest się od kogo uczyć. Tylko chętnych do nauki jakoś nie widać.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/