Pokazywanie postów oznaczonych etykietą strefa euro. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą strefa euro. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 9 czerwca 2019

Waluta równoległa – ucieczka z „niemieckiej klatki”?

Gdyby projekt waluty równoległej został wcielony w życie mielibyśmy okazję obserwować arcyciekawy eksperyment z udziałem jednej z wiodących gospodarek.

We Włoszech powraca temat wprowadzenia waluty równoległej do euro. Piszę „powraca”, bo nie jest to nowa koncepcja. Od wielu lat otwarcie głosi ją prof. Paolo Savona – bynajmniej nie żaden „populista”, lecz ekonomista z uznanym dorobkiem, mający w swoim C.V. pracę na ważnych stanowiskach w instytucjach publicznych i prywatnych (m.in. w ministerstwie finansów, bankowości i organizacjach biznesowych). Savona jest zadeklarowanym przeciwnikiem eurowaluty (strefę euro nazywa „niemiecką klatką”) i uważa ją za głównego sprawcę nieszczęść włoskiej gospodarki. Jak wspominałem w marcowym felietonie „Niemiecka strefa euro”, włoski ekonomista stwierdził wręcz, że euro jest spełnieniem planu Walthera Funka (szefa Banku Rzeszy) z 1940 r., zakładającego iż w Europie waluty narodowe mają się znaleźć pod wpływem niemieckiej marki. Dziś ta „marka” nazywa się euro i służy dokładnie temu samemu, co chciał osiągnąć Walter Funk – drenowaniu przez Niemcy europejskich gospodarek, z tą różnicą, że państwa eurolandu nie mają nawet symbolicznych, własnych walut pozostających „pod wpływem” marki/euro, lecz wprost uzależnione są od wspólnego pieniądza, którego niepodzielnym władcą jest mieszczący się we Frankfurcie Europejski Bank Centralny działający w interesie swego kraju-gospodarza.

Prof. Paolo Savona po zwycięstwie Ligi i Ruchu 5 Gwiazd typowany był na ministra finansów. Wtedy to właśnie po raz pierwszy na porządku dziennym stanął realnie projekt równoległej waluty, co spotkało się z histeryczną reakcją „rynków” i brukselskich decydentów, przyczyniając się do fiaska powołania pierwszego rządu nowej koalicji, a przed Włochami stanęła perspektywa kolejnych wyborów. Do annałów przeszła otwarta groźba eurokomisarza ds. budżetu, Guenthera Oettingera: „Oczekuję, że kolejne tygodnie pokażą, że rynki, obligacje i rozwój gospodarczy Włoch mogą być tak decydujące, że będzie to dla wyborców sygnałem, by nie głosować na prawicowych i lewicowych populistów”. Po wielu korowodach, rząd Ligi i R5G jednak powstał, tyle że prof. Savona objął w nim tekę ministra ds. europejskich. Nie wygasiło to jednak napięć na linii Bruksela-Rzym. Niedawno Jean-Claude Juncker wystosował gniewny list krytykujący włoskie podejście do deficytu budżetowego. Domaga się w nim wdrożenia polityki „zaciskania pasa”, grożąc karą 3,5 mld. euro i w ultymatywnym tonie dając włoskiemu rządowi 48 godzin na odpowiedź.

I tu wracamy do waluty równoległej. Pomysł ten zakłada wprowadzenie do obiegu pewnego rodzaju rządowych skryptów dłużnych („bonów”) mających charakter IOU („I Owe yoU” - jestem ci winien), którymi rząd spłacałby swoje zobowiązania. Instrument ten ma tę zaletę, że z jednej strony byłby honorowanym przez państwo środkiem płatniczym, a z drugiej (w przeciwieństwie do obligacji denominowanych w euro) nie wliczałby się do zadłużenia finansów publicznych. Takim quasi-pieniądzem rząd mógłby regulować należności wobec swoich kontrahentów, ci zaś puszczaliby go dalej w obieg – można by nim płacić podatki i inne daniny publiczne, uiszczać rachunki za usługi komunalne typu woda, prąd, gaz, płacić za komunikację zbiorową itp. Słowem, wszędzie tam, gdzie mamy do czynienia z sektorem publicznym, nowa waluta miałaby pełną akceptowalność. Oczywiście, jedynie kwestią czasu byłoby uznanie (przynajmniej w znacznej części) rządowych „bonów” również przez sektor prywatny. Nowy pieniądz byłby bowiem „tani”, w odróżnieniu od „drogiego” euro i stopniowo wypierałby z wewnętrznego obrotu eurowalutę. Trochę przypomina to pamiętane z PRL-u „bony PeKaO” stanowiące odpowiednik dolara i innych „walut wymienialnych”. Jak łatwo zauważyć, masowa emisja alternatywnej waluty oznaczałaby w konsekwencji powrót Włoch do lekko tylko zakamuflowanego lira, który automatycznie byłby z miejsca poddany dewaluacji, elastycznie dostosowując się do specyfiki włoskiej gospodarki, poprawiając jej konkurencyjność i zdolności eksportowe – znów, w odróżnieniu od „sztywnego” i krojonego na potrzeby Niemiec euro. W ten sposób Włochy stopniowo, tylnymi drzwiami, „wymiksowałyby się” z „niemieckiej klatki”, co niewątpliwie jest docelowym zamiarem Paolo Savony.

W pierwotnym zamyśle emisja rządowych „bonów” miała stanowić odpowiednik nawet 100 mld. euro. Dziś plany są skromniejsze – mówi się o równowartości 50 mld. euro. Tak czy inaczej, oznacza to potężny zastrzyk gotówki – i to w postaci „pieniądza suwerennego”, stanowiąc jednocześnie rodzaj postulowanego przez część ekonomistów „luzowania ilościowego dla ludzi” (czyli trafiającego do realnej gospodarki, a nie pompującego rynki finansowe). Na dodatek, nowy pieniądz nie nosiłby „garba” międzynarodowego długu – co szczególnie musi boleć wspomniane „rynki” przyzwyczajone do żerowania na deficytach budżetowych. Gdyby projekt został wcielony w życie mielibyśmy okazję obserwować arcyciekawy eksperyment z udziałem jednej z wiodących gospodarek. Kto wie, może okazałoby się, że poza strefą euro też istnieje życie?

Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Włochy w uścisku Brukseli

Rynki was nauczą...

Niemiecka strefa euro


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 23 (07-13.06.2019)

niedziela, 10 marca 2019

Niemiecka strefa euro

Euro w dzisiejszym kształcie korzystne jest niemal wyłącznie dla jednego państwa – Niemiec, które uczyniły wspólną walutę narzędziem eksploatacji reszty kontynentu.

Nieco ponad 20 lat temu, 1 stycznia 1999 r. wprowadzono walutę euro (wtedy jeszcze w wersji bezgotówkowej). Z tej okazji niemieckie Centrum Polityki Europejskiej we Fryburgu opublikowało raport pt. „20 lat euro: zwycięzcy i przegrani”, pokazujący konsekwencje przyjęcia wspólnej waluty przez osiem państw: Niemcy, Holandię, Grecję, Hiszpanię, Portugalię, Włochy, Francję i Belgię. Analiza obejmuje lata 1999-2017. Jak było do przewidzenia, głównym wygranym są Niemcy – w badanym okresie odnotowały one zysk rzędu 1,9 bln. euro. Na drugim miejscu znalazła się Holandia z zyskiem 350 mld. euro. Nominalnym „wygranym” jest również... Grecja z bilansem 2 mld. euro na plusie, choć zapewne sami Grecy za taki „'sukces” woleliby podziękować. W przeliczeniu na głowę mieszkańca przeciętny Niemiec „zarobił” ponad 23 tys. euro, zaś Holender – 21 tys. euro (Grek – hm, powiedzmy, że nominalnie „zyskał” 190 euro).

Wszystkie pozostałe objęte badaniem kraje straciły i to wyraźnie. Szczególnie szokujące dane dotyczą dwóch największych po Niemczech europejskich gospodarek eurozony – Francja wylądowała pod kreską tracąc łącznie 3,6 bln. euro, natomiast Włochy aż 4,3 bln. euro. Pozostali również nie mają powodów do radości – Portugalia straciła 424 mld. euro, Hiszpania – 224 mld. euro, zaś Belgia „skromne” 69 mld. euro. Straty per capita prezentują się następująco: Włochy – 73,6 tys. euro, Francja – 56 tys. euro, Portugalia – 40,6 tys. euro, Belgia – 6,4 tys. euro, Hiszpania – 5 tys. euro. Co ciekawe, per saldo straciła cała ósemka, nawet z uwzględnieniem dodatnich bilansów Niemiec i Holandii – wynik łączny to 6,4 bln. euro „na minusie”. Co ważne, w owej ósemce mamy pięć największych gospodarek eurogrupy – Niemcy, Francję, Włochy, Hiszpanię i Holandię. To ci dopiero interes!

Powyższe dane (przytoczone za blogiem Zbigniewa Kuźmiuka) powinno się podtykać pod oczy wszystkim bezkrytycznym euroentuzjastom stręczącym nam „wspólną walutę” jako „autostradę” i „ekskluzywny klub”. Jak się bowiem okazuje, za przynależność do tego klubu trzeba bardzo słono zapłacić. Skoro tracą na nim nawet wielcy (za wyjątkiem pasących się na eksporcie Niemiec i Holandii stosującej zabiegi charakterystyczne dla rajów podatkowych), to cóż dopiero mówić o średniakach, czy małych? Nawiasem, chciałbym poznać wieloletni bilans przynależności do strefy euro państw naszego regionu – bo chyba nie jest przypadkiem, że Litwinom po przyjęciu euro nagle zaczęło się opłacać robienie weekendowych wycieczek zakupowych do Suwałk?

Takie efekty przynosi integracja na siłę, ignorująca realia. Jak w swoim czasie wyznał włoski eurokrata Romano Prodi „euro nie jest projektem ekonomicznym, lecz politycznym” - i teraz widzimy konsekwencje takiego podejścia. Wspólna waluta miała w zamyśle brukselskich mandarynów wymusić pogłębienie integracji politycznej kontynentu, co w jakiejś mierze się powiodło – ale ze skutkami ubocznymi w postaci chociażby permanentnej dysproporcji bilansów handlowych między krajami Północy i Południa. To zaś z kolei spowodowało, że te drugie ostatni kryzys odczuły wyjątkowo boleśnie, a Grecja wręcz katastrofalnie. Druga rzecz – ta „pogłębiona integracja” wymusiła postępujące polityczne uzależnienie od Niemiec przekształcające się momentami w dyktat (znów – przykład Grecji) i ubezwłasnowolnienie ekonomiczne pod pieczą realizującego niemieckie interesy Europejskiego Banku Centralnego (pisałem o tym szerzej w felietonie „Mario Draghi – dyktator z EBC”). Jeżeli dodamy zignorowanie założeń teorii optymalnego obszaru walutowego Roberta Mundella, zakładającej, że wspólna waluta powinna obejmować gospodarki o podobnej strukturze i zbliżonej konwergencji cyklów koniunkturalnych – to otrzymujemy efekt w postaci obecnej kondycji strefy euro: wiecznie chorego człowieka światowej gospodarki.

Euro w dzisiejszym kształcie korzystne jest niemal wyłącznie dla jednego państwa – Niemiec, które uczyniły wspólną walutę narzędziem eksploatacji reszty kontynentu, pozbawiając inne kraje podstawowego mechanizmu obronnego – własnego, suwerennego pieniądza. Prof. Paolo Savona, typowany przed niedawnymi wyborami we Włoszech na ministra finansów (nie zgodziła się Bruksela i „rynki”) i zagorzały przeciwnik euro stwierdził wręcz, iż euro służy realizacji planu Walthera Funka (szefa Banku Rzeszy) z 1940 r. przewidującego, że „waluty narodowe znajdą się pod wpływem niemieckiej marki”, zaś reszta Europy zajmie pozycję peryferyjną wobec gospodarki niemieckiej, dostarczając jej surowców i siły roboczej. Nic dziwnego, że projekt Savony zakładający wprowadzenie we Włoszech równoległego do euro „bonu rządowego” wywołał furię i zrobiono wszystko, by w nowym rządzie został on odsunięty od wpływu na gospodarkę. Patrząc jednak chociażby na saldo w systemie rozrachunków międzybankowych Target2, z gigantyczną nadwyżką Bundesbanku sięgającą biliona euro i deficytami pozostałych banków centralnych, trudno się z Savoną nie zgodzić. Nie ma co, Walther Funk byłby zadowolony.

Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 10 (08-14.03.2019)

niedziela, 22 lipca 2018

Euro-utopia

Lepiej pozostać za burtą w szalupie własnej waluty, niż tkwić jako pasażer drugiej kategorii w ładowniach zalewanego wodą „Titanica”.


Wiele wskazuje na to, że jednak w najbliższych latach powstanie osobny budżet strefy euro. Tak przynajmniej wynika z uzgodnień poczynionych przez kanclerz Angelę Merkel i prezydenta Emmanuela Macrona. Trzeba tu od razu zastrzec, że niemiecka kanclerz zgodę wyraziła wyraźnie wbrew sobie – Macron, któremu na wspólnym budżecie eurogrupy zależało najbardziej, wykorzystał polityczne osłabienie Merkel spowodowane bezwładem w rozwiązywaniu kryzysu migracyjnego i powstałymi na tym tle napięciami w łonie rządzącej koalicji. Euro-budżet miałby zostać powołany w 2021 r. (raczej wątpliwe) – tyle, że wciąż nie wiadomo, jak miałby konkretnie wyglądać. Macron chce budżetu z prawdziwego zdarzenia – z własnymi przychodami i wydatkami, obejmującego nawet kwoty liczone w grubych miliardach euro, natomiast Angela Merkel woli mówić raczej o chudszym budżecie inwestycyjnym, który służyłby wyrównywaniu potencjałów gospodarczych poszczególnych krajów. W każdym razie, powołanie takiego tworu byłoby ogromnym ustępstwem Niemiec, które do tej pory broniły się przed nim rękami i nogami. Oznaczałoby to bowiem, że Niemcy zaczęłyby się realnie dokładać do kosztów utrzymania eurolandu, zamiast jak do tej pory spijać jedynie śmietankę i z mądrą miną pouczać wszystkich dookoła, że powinni być „niczym skrzętna, szwabska gospodyni” - jak raczyła się wyrazić kanclerz Merkel przy okazji greckiego bankructwa.

Tyle tylko, że ów euro-budżet jest klasycznym manewrem spod znaku „ucieczki do przodu” - widać gołym okiem, że wspólna waluta funkcjonuje źle lecz ze względów politycznych nikt (poza wyklinanymi „populistami”) nie ma odwagi powiedzieć tego głośno. Tymczasem prawda jest taka, że - jak powiedział ongiś w przypływie szczerości Romano Prodi – euro nie jest projektem gospodarczym, lecz politycznym. W zamyśle unijnych decydentów eurowaluta miała stać się narzędziem wymuszającym pogłębianie integracji, zaś przy jej wprowadzaniu świadomie ignorowano różnice wśród przyjmujących ją gospodarek. Identyczne podłoże ma nieustanny nacisk na pozostałe kraje UE, w tym Polskę, by jak najszybciej przystępowały do unii walutowej, albo przynajmniej wyraźnie określiły taki zamiar wraz z możliwie rychłym horyzontem czasowym. Również i teraz, po ogłoszeniu powstania euro-budżetu, rozległy się głosy, że „zostaniemy za burtą” i stracimy wpływ na podejmowanie najważniejszych decyzji. Słowem – receptą na dotychczasowe bolączki ma być hasło „więcej tego samego”.

Rzecz w tym, że zwolennicy takiego rozwiązania uporczywie nie chcą dostrzegać słonia w menażerii – a owym „słoniem” jest oczywista konstatacja, że euro w obecnym kształcie zwyczajnie nie ma sensu. Od biedy mogłoby służyć kilku najbogatszym krajom europejskiej Północy, lecz rozciągnięte na państwa mniej zamożne staje się źródłem nieustannych napięć. Czym bowiem jest euro? W największym uproszczeniu – jest to zdewaluowana niemiecka marka. Ale zarazem euro to również lir, drachma czy peso poddane sztucznej aprecjacji. W efekcie, tak skonstruowany pieniądz napędza niemiecką gospodarkę, stymulując jej eksport i jednocześnie dławi konkurencyjność gospodarek Południa wpędzając je w spiralę długów. W latach koniunktury można było to jakoś kamuflować – ale wystarczył pierwszy poważny kryzys, by cała ta utopia „enklawy zamożności” zawaliła się z hukiem na naszych oczach. Innymi słowy – euro to waluta wyłącznie na czas dobrej pogody. Wraz z nadejściem burzy okazało się, że „ekskluzywny klub” dzieli się de facto na dwie kategorie – wierzycieli i dłużników. Wyjątkowo boleśnie przekonała się o tym Grecja, której dług publiczny po latach wdrażania „transzy pomocowych” urósł ze 109 proc. PKB (2008 r.) do obecnych ponad 180 proc. Podobny mechanizm dotknął Hiszpanię czy Portugalię. W tym samym czasie Niemcy notują nadwyżki, a na samym oprocentowaniu od „pomocy” udzielonej Grecji zarobiły 2,9 mld. euro. Złoty interes. Czy można się więc dziwić, że nadal wolały zarabiać, niż dołożyć się do wspólnego kotła?

Jednak nawet wspólny budżet strefy euro to jedynie pudrowanie trupa. Z jego namiastką mamy wszak do czynienia również i dzisiaj – funkcję tę pełni polityka „luzowania ilościowego” wdrażana przez Europejski Bank Centralny. Po uwolnieniu setek miliardów euro entuzjastycznie ogłoszono, iż na kontynent powróciła „koniunktura”. Dobre sobie – np. w Hiszpanii bezrobocie wynosi ponad 16 proc., a w Grecji niemal 21 proc. przy pełzającym wzroście PKB (szczególnie porównując z czasami sprzed kryzysu). Zatem nawet euro-budżet skrojony „na bogato” będzie co najwyżej doraźną, redystrybucyjną łataniną, nie usuwając podstawowych, strukturalnych sprzeczności eurozony.

Podsumowując, jeśli nam mówią, że „pozostajemy za burtą” gospodarczej i politycznej integracji, to po pierwsze – najpierw warto sprawdzić, ile realnie mają w strefie euro do powiedzenia Grecja czy Hiszpania, a po drugie – lepiej pozostać za burtą w szalupie własnej waluty, niż tkwić jako pasażer drugiej kategorii w ładowniach zalewanego wodą „Titanica”.

Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 27-28 (13-26.07.2018)

niedziela, 3 czerwca 2018

Włochy w uścisku Brukseli

Zadłużanie kraju ponad miarę i rezygnacja z narodowej waluty oznacza w praktyce utratę suwerenności i wydanie się na żer różnych finansowo-politycznych gangsterów.

I. Premier na żądanie finansistów

„Możecie głosować na kogokolwiek, a i tak rządzić będzie ten, kogo wskażemy” – tak można streścić przesłanie Brukseli i światowej oligarchii finansowej w kontekście wyborów we Włoszech i prób skonstruowania rządu. Wydarzenia z ostatnich dni i miesięcy jasno wykazały bowiem, że Włochy nie są już państwem suwerennym i przed wyłonieniem swych władz muszą każdorazowo wystąpić o zgodę do organów unijnych, Niemiec i międzynarodowych instytucji finansowych. Przypomnijmy, że 4 marca odbyły się we Włoszech wybory parlamentarne, które wygrały Liga Północna pod przywództwem Matteo Salviniego (w bloku z Forza Italia Silvio Berlusconiego) oraz Ruch Pięciu Gwiazd Luigi di Maio. Wynik wyborczy wywołał szok w liberalnym establishmencie Europy, zaś „populistyczne” ugrupowania zostały w mediach okrzyknięte „barbarzyńcami”. Obie partie podczas kampanii podnosiły m.in. konieczność prowadzenia bardziej restrykcyjnej polityki imigracyjnej, a także możliwość opuszczenia przez Włochy strefy euro. Rozmowy koalicyjne trwały długo, lecz w końcu spisano umowę, zaś zwycięskie ugrupowania desygnowały na premiera prof. Giuseppe Conte. Tu jednak zaczęły się prawdziwe schody, bowiem utworzenie rządu jawnie sabotował lewicowy prezydent Sergio Mattarella. Pretekstem była kandydatura ekonomisty, prof. Paolo Savony na ministra finansów – Savona nie kryje bowiem swego daleko posuniętego krytycyzmu wobec waluty euro. Mattarella oświadczył, że ze względu na gospodarcze otoczenie Włoch jest niedopuszczalne, by ministrem finansów został „zwolennik wyjścia ze strefy euro”, w efekcie czego prof. Conte zrezygnował z misji tworzenia rządu. Tymczasowym „premierem technicznym” zostanie najprawdopodobniej wskazany przez prezydenta Matarellę Carlo Cottarelli – były dyrektor wykonawczy Międzynarodowego Funduszu Walutowego, a więc zaufany człowiek światowej finansjery, który w 2013 r. w rządzie premiera Enrico Letty odpowiadał za wdrażanie cięć budżetowych na ponad 32 mld. euro. Dzięki swej działalności utrzymanej w duchu tzw. „konsensusu waszyngtońskiego” (cięcie wydatków, prywatyzacja, liberalizacja rynków, deregulacja) Cottarelli otrzymał w Italii przydomek „pan nożyczki” i jest przez większość Włochów szczerze znienawidzony. Cieszy się za to poparciem Brukseli oraz tzw. „rynków finansowych” - i to przesądziło o jego nominacji.

Oczywiście Ruch Pięciu Gwiazd i Liga Północna kandydatury Cottarelliego nie poprą, toteż za kilka miesięcy nastąpią najprawdopodobniej nowe wybory. Liderzy obu ugrupowań otwarcie mówią o zewnętrznym dyktacie (Salvini stwierdził wprost, iż Mattarella „uległ naciskom Berlina, agencji ratingowych oraz finansowemu lobby”) - a di Maio wezwał do zastosowania wobec prezydenta procedury impeachmentu na podstawie art. 90 konstytucji mówiącego o zdradzie stanu (wystarczy zwykła większość głosów). Wszystko to odbywało się w atmosferze nieustannej presji ze strony władz Unii Europejskiej i Berlina. Komisja Europejska ostrzegła już przed „kryzysem strefy euro” w przypadku urzeczywistnienia programu „populistów”, zaś niemiecka prasa, tradycyjnie formułująca to, czego nie wypada oficjalnie powiedzieć tamtejszym politykom, pisała w paternalistycznym tonie, iż na Włoszech jako jednym z założycieli UE ciąży „odpowiedzialność wobec partnerów” i w związku z tym najważniejsi politycy z Niemiec, Francji i Brukseli winni im uświadomić, że „trzeba skończyć z awanturnictwem i mrzonkami”. Najwyraźniej – uświadomili.


II. Projekt waluty równoległej

Wydaje się, że ostatecznym czynnikiem, który zadecydował o utrąceniu rządu Giuseppe Conte, był arcyciekawy projekt wprowadzenia „równoległej waluty”, który w pewnej perspektywie czasowej pozwoliłby Włochom stopniowo „wymiksować się” ze strefy euro, określanej przez Paolo Savonę mianem „niemieckiej klatki”. Euroland okazał się bowiem dla europejskich krajów Południa prawdziwym nieszczęściem, dławiąc konkurencyjność ich gospodarek. Na obecnym modelu korzystają natomiast przede wszystkim Niemcy, dla których euro jest instrumentem stymulującym eksport i utrwalającym ekonomiczo-polityczną dominację na kontynencie. Niemal całą resztę państw wspólna waluta skazuje na rolę wiecznych dłużników i odbiorców niemieckiej produkcji. Warto w tym miejscu przypomnieć, że podobną koncepcję podczas greckiego kryzysu (nota bene, trwającego do dzisiaj) wysunął ówczesny grecki minister finansów Janis Warufakis – został jednak spacyfikowany przez „trojkę”, ze szczególnym uwzględnieniem szefa Europejskiego Banku Centralnego, Mario Draghiego, który w krytycznym momencie zwyczajnie wstrzymał wypłacanie transzy pomocowych doprowadzając do czasowego zamknięcia greckich banków i społecznej paniki.

Nauczeni tym doświadczeniem Włosi chcieli zatem postawić na wariant ewolucyjny. Niedoszła koalicja Ruchu Pięciu Gwiazd i Ligi Północnej postanowiła mianowicie wprowadzić rodzaj „bonu rządowego” w formie skryptu dłużnego, którym rząd regulowałby swoje zobowiązania. Co więcej, ten nowy środek płatniczy krążyłby dalej w gospodarce, zaś obywatele i firmy mogłyby np. płacić nim za usługi publiczne czy uiszczać podatki. Ta dodatkowa kreacja pieniądza miałaby osiągnąć rozmiary nawet rzędu 100 mld. euro rocznie. Z punktu widzenia zadłużonych po uszy Włoch (ponad 2,25 bln. euro, co daje 135 proc. PKB) nowa quasi-waluta miała tę zaletę, że jej emisja nie liczyłaby się do oficjalnego długu publicznego, natomiast wpuszczona do obiegu pomogłaby rozruszać kulejącą gospodarkę. W ten sposób władze zjadłyby ciastko i miały ciastko – mogłyby realizować swoje plany, w tym programy socjalne, unikając emisji obligacji skarbowych i omijając restrykcje strefy euro. W praktyce przełożyłoby się to na lekko tylko zakamuflowany powrót do lira - nie ma bowiem wątpliwości, że „tani” pieniądz rządowy wyparłby w krótkim czasie z obrotu „kosztowne” euro. A jeśli za przykładem Włoch poszłyby inne kraje tracące dziś na przynależności do euro-zony, to obecne ekonomiczne więzienie pod nadzorem Niemiec zwyczajnie przestałoby istnieć.

Na podobne rozwiązanie oczywiście nie mogła się zgodzić Bruksela z „dyktatorem” Europejskiego Banku Centralnego Mario Draghim – ale też i pragnące utrzymać swą polityczno-gospodarczą hegemonię Niemcy, tudzież „rynki” finansowe (czytaj – globalni spekulanci). Wprowadzenie na masową skalę „alternatywnego lira” emitowanego jako zobowiązanie rządu wobec obywateli, a nie wobec światowej finansjery, równałoby się kresowi zarabiania na włoskim długu publicznym. Należy tu przypomnieć wypowiedź George Sorosa, który otwartym tekstem oznajmił, iż dług państwowy jest podstawą funkcjonowania rynków finansowych. Toteż spekulanci z miejsca wymierzyli Włochom karnego klapsa, windując rentowność obligacji o 0,7 pkt. proc. - a stąd był już tylko krok do obniżenia ratingów, owego bożyszcza światowej gospodarki. Efekt znamy – rządu nie będzie, z ambitnego projektu nici.


III. Obca interwencja

Trzeba dodać, że nie była to pierwsza operacja „społeczności międzynarodowej” przeprowadzona na Włoszech. Pod koniec 2011 r. tzw. „Grupa Frankfurcka” (samozwańcze gremium złożone z Angeli Merkel, Nicolasa Sarkozy'ego i najważniejszych unijnych dygnitarzy, w tym szefa EBC) wymusiła dymisje na Silvio Berlusconim, doprowadzając do nagłego wzrostu kosztów obsługi długu i wstrzymując wykup przez EBC włoskich obligacji. Stało się tak, mimo iż Berlusconi wciąż miał parlamentarną większość. Na jego miejsce desygnowano narzuconego z zewnątrz Mario Montiego. Włosi dobrze zapamiętali sobie tę brutalną ingerencję – a że dziś historia się powtarza, to niewykluczone, że Ruch Pięciu Gwiazd i Liga Północna wygrają kolejne wybory, o ile na przeszkodzie nie staną jakieś sztuczki z ordynacją.

Dla nas z tej historii płynie zaś następujący morał – zadłużanie kraju ponad miarę i rezygnacja z narodowej waluty oznacza w praktyce utratę suwerenności i wydanie się na żer różnych finansowo-politycznych gangsterów. Warto o tym pamiętać.

Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 22 (01-07.06.2018)

niedziela, 28 maja 2017

Czy czeka nas euro-dyktat?

W najbliższym czasie można się spodziewać prawdziwej wojny o złotówkę. Jeśli ją przegramy, konsekwencją będzie euro-dyktat i totalne ubezwłasnowolnienie.


Mieliśmy ostatnio do czynienia z ciekawym balonem próbnym. Oto „Frankfurter Allgemeine Zeitung” wypuścił przeciek (zapewne kontrolowany) z „poufnego” spotkania dwóch eurokomisarzy - Pierre'a Moscovici (Francja, sprawy gospodarcze) oraz łotewskiego wiceprzewodniczącego KE i komisarza ds. euro Valdisa Dombrovskisa – z grupą wyselekcjonowanych eurodeputowanych, na którym Moscovici miał zapowiedzieć wprowadzenie waluty euro we wszystkich krajach członkowskich UE do 2025 r. Samo spotkanie nosiło najwyraźniej charakter instruktażowy – zaproszeni deputowani posłużyć mieli za pasy transmisyjne kolportujące narrację Komisji Europejskiej na forum PE (formalnie chodziło o „dokument refleksyjny”, jaki ma zostać wkrótce opublikowany). Wprawdzie Dombrovskis wszystko zaraz „zdementował” podkreślając, że przyjęcie euro leży w gestii państw członkowskich, lecz trudno nie odnieść wrażenia, że mamy tu zarysowanie linii politycznej Brukseli, która po zwycięstwie Macrona w wyborach prezydenckich we Francji poczuła wiatr w żaglach i będzie w najbliższym czasie dążyć do zacieśniania integracji – również walutowej – wedle recepty „więcej tego samego”, próbując wywierać na kraje członkowskie rozmaite naciski.

Powyższe współgra z zapowiedziami Francji dotyczącymi przyszłości eurolandu sformułowanymi przy okazji spotkania ministrów finansów Francji (Bruno Le Maire) i Niemiec (Wolfgang Schäuble). W planach jest m.in. wspólny rząd gospodarczy strefy euro z ministrem finansów oraz europejski fundusz walutowy, do tego stopniowe ujednolicenie systemów podatkowych i prawa pracy. Wszystko to, jak łatwo zauważyć, służyć ma najsilniejszym graczom – czyli właśnie Francji i Niemcom – oznaczać będzie bowiem zamordowanie w białych rękawiczkach wewnętrznej konkurencyjności między poszczególnymi państwami Unii. W ten sposób zlikwidowany zostanie „dumping” ekonomiczny nad którym tak pieklił się Emmanuel Macron w trakcie kampanii wyborczej a propos likwidacji francuskiej fabryki Whirpoola i przeniesienia produkcji do Polski. Jednak, żeby podobna „urawniłowka” odniosła zamierzony skutek, należy do tak zintegrowanej strefy euro zapędzić wszystkie państwa członkowskie bez wyjątku, pozbawiając je przy okazji resztek możliwości kształtowania samodzielnej polityki gospodarczej. W szczególności dotyczy to tak stosunkowo dużego kraju jak Polska. Nie dziwi więc, że postulat szybkiego rozszerzenia eurolandu na 27 państw padł właśnie z ust francuskiego komisarza, który przecież formalnie za strefę euro nie odpowiada.

Ktoś może powiedzieć, że Polska (ale też Czechy, Węgry, Chorwacja, Rumunia i Bułgaria) nie spełniają przewidzianych kryteriów i nie zanosi się na to, by zaczęły dostosowywać wskaźniki w najbliższym czasie – tak ze względów gospodarczych, jak i politycznych. Do euro nie pali się również Szwecja, a Dania wręcz wynegocjowała traktatowy zapis, że nie będzie musiała do strefy euro przystępować. Spokojnie, „eurozona” nie takie już akcesyjne cuda widziała. Szwecję i Danię można z punktu widzenia Francji i Niemiec zostawić na boku, bo ze względu na wysokie podatki i rozdęte „socjale” nie stanowią konkurencji. Z Europą Środkową jest jednak inaczej.

W tym miejscu warto się zatrzymać nad wywiadem, jakiego były grecki minister finansów, a obecnie lider ruchu DiEM25, Janis Warufakis, udzielił portalowi Forsa.pl. Do skrajnie lewicowej agendy greckiego polityka wprawdzie mi bardzo daleko, ale akurat jego diagnozy dotyczące funkcjonowania euro-waluty są godne uwagi. Przede wszystkim Warufakis zwraca uwagę, że mechanizm strefy euro opierał się na przesunięciu w formie pożyczek nadwyżek z krajów o dodatnim bilansie płatniczym do państw o bilansie ujemnym – skutkiem u tych drugich był fikcyjny wzrost gospodarczy napędzany długiem, co stało się główną przyczyną kłopotów państw południa Europy z Grecją na czele. O milczącej zgodzie na fałszowanie przez Grecję statystyk, by spełniała na papierze wymogi strefy euro powszechnie wiadomo. Ale identyczne kreatywne zabiegi zastosowano również wobec Włoch, które w momencie przyjmowania euro miały 122 proc. PKB długu publicznego! Wszystko na żądanie Niemiec, bowiem Włochy ze swym przemysłem i możliwością dewaluacji lira stanowiłyby dla niemieckiej gospodarki potencjalnie groźną konkurencję. Tak się to robi – i jeśli będzie trzeba, zostanie zastosowane także wobec nas.

Podobną diagnozę stawia Cezary Mech twierdząc, że będziemy przymuszani do wstąpienia do strefy euro – chociażby za pomocą gróźb forsowania na forum unijnym różnych niekorzystnych dla nas rozwiązań. A że dodatkowo zachodni inwestorzy pragną zlikwidować ryzyko związane z ekspozycją walutową swych realizowanych w Polsce przedsięwzięć, to można się w najbliższym czasie spodziewać prawdziwej wojny o złotówkę. Jeśli ją przegramy, konsekwencją będzie euro-dyktat i totalne ubezwłasnowolnienie, a przy najbliższym kryzysie – los Grecji. Czeka nas zatem bodaj najważniejsza w ostatnich latach batalia w obronie polskiej gospodarki.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 21 (26.05-01.06.2017)

poniedziałek, 27 lipca 2015

Ojro, ojro uber alles

...czyli IV Rzesza u bram.

I. Niemcy rządzą

Nigdy nie podejrzewałem, że ktoś taki jak Donald Tusk, obecnie paradujący w glorii operetkowego „króla Europy” może stać się dla mnie inspiracją do czegokolwiek, ale warto zwrócić uwagę na wywiad, którego Tusk udzielił po zakończonym niedawno „greckim” szczycie korespondentom kilku europejskich gazet (w tym „Rzepie”). Otóż jeśli poszperać między wierszami, spojrzeć na to, czego Tusk nam NIE MÓWI, oraz zerknąć na różne nie zaakcentowane wprost konteksty, to nagle zaczyna się robić całkiem interesująco. Najbardziej znamienne jest to, że Tusk relacjonując przebieg szczytu eurogrupy, przedstawia go w zasadzie jako dwustronne negocjacje na linii Tsipras – Merkel, z cieniem Wolfganga Schaublego w tle. Reszta uczestników to w zasadzie statyści.

Proszę zwrócić uwagę, że takie postawienie sprawy w zasadzie nikogo nie dziwi, wszyscy przyjmują je za naturalne, zupełnie jakby Niemcy dzierżyły jakiś mandat na reprezentowanie Europy i wypowiadanie się w jej imieniu. W całym opisie rozmów nie ma w ogóle miejsca na osławioną „Trójkę”, która teoretycznie „zarządza” greckim kryzysem – Europejski Bank Centralny, Komisję Europejską i Międzynarodowy Fundusz Walutowy. Poszczególni państwowi wierzyciele Grecji również nie mają zbyt wiele do gadania. Charakterystyczny jest tu przytoczony przez Tuska obrazek: oto powstać ma specjalny fundusz zawiadujący greckim majątkiem o wartości 50 mld euro i dokonujący jego prywatyzacji. W jego skład ma wchodzić praktycznie wszystko, co jest cokolwiek warte – państwowe przedsiębiorstwa, w tym kolej, lotniska, poczta, porty, wyspy, rafinerie... Mamy więc do czynienia z typową „egzekucją komorniczą” za długi, tylko na międzynarodową skalę. Część z owego majątku ma pójść bezpośrednio na zaspokojenie wierzycieli – czyli krajów, które przejęły wierzytelności swych banków, część zaś na inwestycje w grecką gospodarkę. Premier Tsipras chce, by było to 15 mld euro, kanclerz Merkel zaś obstaje przy 10 mld. I w tym momencie Tusk odbiera esemesa od premiera Holandii, że „inni zgadzają się na 12,5 mld”. Propozycja zostaje ostatecznie przyjęta, ale nie w tym rzecz. Chodzi o to, że pozostałe kraje członkowskie strefy euro jedynie asystują przy kluczowych rozmowach i ślą esemesy, które może zostaną rozpatrzone, a może nie. Natomiast europejskie instytucje chyba jak nigdy wcześniej ujawniły swą fasadowość – okazało się, że służą jedynie za parawan i kamuflaż dla niemieckiej polityki, tak by ostateczne decyzje zostały na potrzeby wizerunkowe ubrane dla niepoznaki w „unijne” szaty.

II. „Król Europy”

Spójrzmy, jak groteskowo wygląda na tym tle pozycja samego Tuska. Oto pozornie jeden z najważniejszych unijnych urzędników, przewodniczący Rady Europejskiej, zwany potocznie „prezydentem Europy” - słowem, brukselski mandaryn pełną gębą – siedzi niby jakiś uczniak i podaje wodę mineralną i paluszki... to jest chciałem rzec, przekazuje układającym się stronom esemes od premiera holenderskiego rządu. Tak na marginesie – w pewnym momencie Tusk pozwolił sobie na przedni dowcip. Powiedział mianowicie, iż „zdobywa teraz zwolenników ideologia ekonomicznej iluzji, że jesteśmy w stanie zbudować system alternatywny dla obowiązującego obecnie w Europie. To jest ryzykowne. Szczególnie ta zmasowana krytyka fiskalnej surowości i oszczędności. Przecież na oszczędnościach zbudowana jest zamożność Europy”.

Paradne: o fiskalnej surowości i zaletach oszczędzania mówi facet, który niemal podwoił polski dług publiczny, przyzwolił na wyprowadzanie z Polski nieopodatkowanego kapitału i doprowadził aparat skarbowy państwa do skokowego spadku ściągalności podatków! Polska obecnie jest zadłużona na niemal tyle samo co Grecja – i jest to w znacznej mierze rachunek za tuskową „ciepłą wodę w kranie”. Innymi słowy – w rolę finansowego rygorysty wciela się osoba, która będąc polskim premierem wprowadziła nas na drogę u której kresu majaczy scenariusz przerabiany obecnie przez Greków. Sądzę zresztą, że między innymi właśnie za to został wynagrodzony brukselską synekurą, bo zadłużając Polskę, wydał nas na żer międzynarodowej banksterki, co ma również swoje dalekosiężne polityczne konsekwencje. Jak bowiem widzimy na greckim przykładzie, gdy przychodzi co do czego, to kapitał nagle odzyskuje narodowość... Na szczęście, nie udało mu się wcisnąć Polski do strefy euro, bo wtedy podzielenie przez nas losu Grecji, a może „tylko” Hiszpanii bądź Portugalii również obecnie w znacznej mierze ubezwłasnowolnionych gospodarczo, byłoby praktycznie przesądzone.

III. IV Rzesza

To, czego jesteśmy świadkami, pokazuje nam, że Unia Europejska pod względem politycznym w zastraszającym tempie przekształca się we współczesny odpowiednik „cesarstwa rzymskiego narodu niemieckiego”, z unią walutową jako „twardym jądrem” rządzonym żelazną ręką przez Niemcy i zewnętrznymi peryferiami. Nie bez powodu prezydent Hollande postulował wprost powołanie „europejskiego rządu”, czyli sprowadzenie w praktyce krajów członkowskich do statusu poszczególnych prowincji IV Rzeszy. Takie rozwiązanie w zasadzie jedynie zalegalizowałoby istniejący już teraz stan faktyczny. Od kilku lat bowiem Niemcy zyskały niepisane prawo obalania niewygodnych rządów w Europie. Żeby opisać ten mechanizm trzeba cofnąć się do 2011 roku, kiedy to powołano do życia nieformalne gremium zwane Grupą Frankfurcką. Miało to miejsce w gmachu opery we Frankfurcie (stąd nazwa), podczas pożegnalnego spotkania byłego szefa EBC Jean-Claude'a Tricheta, a pierwotnie w jej skład weszli: Angela Merkel, Nicolas Sarkozy, Jean-Claude Juncker (ówczesny szef eurogrupy), Christine Lagarde (dyrektor zarządzająca MFW), José Manuel Barroso (wówczas przewodniczący Komisji Europejskiej), Herman Van Rompuy (przewodniczący Rady Europejskiej, poprzednik Tuska), Mario Draghi (prezes EBC) i Olli Rehn (komisarz UE ds. gospodarczych i walutowych). Jeśli spojrzymy na realne procesy decyzyjne w Unii, to zobaczymy, że w różnych konfiguracjach owa „grupa trzymająca władzę” funkcjonuje do tej pory. Niezmienne jest jedno: wiodąca rola Niemiec w tej dyplomatycznej układance. W każdym razie, „Grupa Frankfurcka” już kilka lat temu była na tyle wpływowa, by rękoma krajowych parlamentów doprowadzić do dymisji greckiego premiera Jeorjosa Papandreu oraz niezniszczalnego, jak mogłoby się wydawać, Silvio Berlusconiego.

Co znamienne, wspomniane kolegium mimo braku jakiegokolwiek prawnomiędzynarodowego umocowania działało jawnie: podczas szczytu G-20 w Cannes (listopad 2011) osoby związane z Grupą paradowały nawet z plakietkami „GdF” („Groupe de Francfort”) i otwarcie mówiły, że zamierzają „odwołać Berlusconiego”. W praktyce wyglądało to tak, że Papandreu został wezwany na rozmowę dyscyplinującą, gdy odgrażał się, że rozpisze referendum w sprawie warunków pomocy dla Grecji, po której to rozmowie odwołał referendum i podał się do dymisji, a Berlusconiego zmuszono do ustąpienia, gdy EBC odmówił kupna włoskich obligacji – czyli wstrzymał finansowanie włoskiego długu. Nic więc dziwnego, że Grupę Frankfurcką nazywano „ósemką trzymającą władzę” i „politbiurem”. Dziś wprawdzie Tsiprasowi pozwolono urządzić referendalną szopkę, ale jak widzimy, nic z niej nie wynikło, bo grecki premier koniec końców musiał zaakceptować niemiecki dyktat, mający wszelkie cechy poskramiania przez metropolię zbuntowanej guberni. Dodajmy jeszcze, że powołanie Grupy było efektem zniecierpliwienia Angeli Merkel ślamazarnością unijnych procedur – należało stworzyć gremium mogące niejako „wyręczać” oficjalne struktury, które następnie jedynie nadają powziętym zakulisowo decyzjom pozór praworządności.

Tyle, jeśli chodzi o kwestie stricte polityczne, natomiast od strony gospodarczej „zjednoczona Europa” zamienia się w imperium kolonialne Niemiec. Imperium o tyle wygodniejsze do kontrolowania i dyscyplinowania, że kolonie nie znajdują się na drugim końcu świata, lecz leżą tuż pod bokiem. Narzędziem dominacji jest tu oczywiście waluta euro napędzająca niemiecką produkcję i eksport, oraz zarzynająca jednocześnie konkurencyjność gospodarek słabiej rozwiniętych – zwłaszcza południa Europy. W efekcie stają się one rynkiem zbytu dla niemieckich towarów, które kupują – jak Grecja – na kredyt. Gdy zaś kredytów nie są już w stanie spłacać, następuje przejęcie składników majątku narodowego. Kraje pozostające poza strefą euro są eksploatowane w inny sposób – inwazja banków, wielkich koncernów połączona z transferowaniem zysków za granicę, czy eksploatacją miejscowej siły roboczej, to tylko część metod. Oczywiście, jak w każdym imperium pojawiają się czynniki destabilizujące, odśrodkowe, niemniej patologiczne uzależnienie Europy od stanu niemieckiej gospodarki (co obserwujemy również w Polsce), pozwala stwierdzić, że narodziny IV Rzeszy stały się faktem i twór ten – w pesymistycznym wariancie – będzie istniał tak długo, dopóki nie wyssie wszystkich sił witalnych z reszty kontynentu.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/2135-pod-grzybki-13

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 28 (22-28.07.2015)

sobota, 25 lipca 2015

Grecja na sprzedaż

W eurozonie jest euro za wejście, a dwa za wyjście.

Nie ma to jak niemiecka konsekwencja. Już w 2010 padła ze strony Berlina propozycja wyprzedaży greckich wysp (mówiono również o prywatyzacji Akropolu), co wówczas w Atenach odrzucono z oburzeniem. Minęło kilka lat i proszę – słowo stało się ciałem. Wielka Trójka (MFW, Komisja Europejska i Europejski Bank Centralny) tak usilnie „pomagała” Grecji, aż ta stoczyła się na samo dno kredytowego uzależnienia. Mechanizm był prosty – udzielano kolejnych pożyczek na spłatę poprzednich tak długo, aż pętla kredytowa ostatecznie zacisnęła się na gardle. Obecnie Grecja jako niepodległe państwo nie istnieje – mamy do czynienia z kondominium zarządzanym zdalnie przez wspomnianą Trójkę, a w roli syndyka masy upadłościowej występują Niemcy, które nawiasem mówiąc, znakomicie się z tym czują. Na tyle znakomicie, by podejrzewać, iż greckie bankructwo było scenariuszem o który od początku Berlinowi chodziło – wejdź do strefy euro, zadłużaj się ile wlezie, a potem wykupimy cię za bezcen.

Taka właśnie jest istota „funduszu prywatyzacyjnego”, który ma zarządzać greckimi aktywami o łącznej wartości 50 mld euro. Co się w nim znajdzie? Wszystko co da się spieniężyć: koleje, lotniska, porty, wyspy, poczta, firmy energetyczne, rafinerie – słowem, klasyczna licytacja bankruta. Za projektem stoi niemiecki minister finansów, Wolfgang Schauble, który zresztą forsował go od dawna. Już na początku greckiej plajty Niemcy postulowały, by kwestie podatków i wydatków budżetowych powierzyć specjalnemu komisarzowi dysponującemu prawem weta wobec finansowych decyzji rządu w Atenach. Teraz naciskani Grecy zobowiązali się podnieść VAT, więc i to się spełniło – Grecja de facto straciła kontrolę nad polityką fiskalną. Ponadto greckie długi miałyby zostać zabezpieczone np. ziemią i akcjami greckich przedsiębiorstw. Natomiast Jean-Claude Juncker mówił: „Suwerenność Greków będzie znacznie ograniczona. Muszą być przygotowani, że cudzoziemcy będą pomagali im decydować, jak radzić sobie z prywatyzacją”. Jak widać, co się odwlecze, to nie uciecze – eurogrupa ustaliła, że Grecja w zasadzie stanie się niemiecką kolonią.

W żargonie eurokratów funkcjonuje określenie: „duszenie w ciemnym pokoju”. Oznacza ono tzw. „twarde negocjacje” i takie właśnie „duszenie” greckiego premiera miało miejsce na ostatnim szczycie. Tsiprasowi udało się osiągnąć jedynie tyle, że siedziba funduszu będzie w Atenach i formalnie nadzorować będą go Grecy, pierwotnie bowiem Schauble żądał, by fundusz mieścił się w Luksemburgu, zaś pieczę nad nim miała sprawować Instytucja na Rzecz Wzrostu należąca do niemieckiego państwowego banku KfW, w którym Schauble pełni funkcję przewodniczącego rady dyrektorów. Nie łudźmy się jednak – to tylko parawan, żeby uniknąć zbędnej ostentacji – i tak o wszystkim decydować będzie Wielka Trójka i Niemcy, tym bardziej że wprost ustalono, iż grecki zarząd pozostanie „pod nadzorem instytucji europejskich”. Czyli mamy odpowiednik cywilnoprawnej instytucji ubezwłasnowolnienia – metodę tę stosowano niegdyś wobec notorycznych utracjuszy i jak widać, powraca ona do łask w makroskali.

Zastanawiam się, dlaczego SYRIZA nie decyduje się na „Grexit”. Na co jeszcze liczą w Atenach? Przecież po wdrożeniu planu prywatyzacyjnego Grecy staną się współczesnymi Helotami, bo po ich majątek narodowy już ustawia się kolejka chętnych. Do tego, jedna czwarta z owych 50 mld ma zostać przeznaczona na bliżej niesprecyzowane „inwestycje”. Kto będzie te inwestycje realizował i na nich zarabiał? Jak pisywał Kisiel – zgadnij, koteczku... Cóż, Romano Prodi stwierdził niegdyś w przypływie szczerości, że euro nie jest projektem ekonomicznym, lecz politycznym – wymuszać ma „pogłębienie integracji”, czytaj – pozbawienie suwerenności krajów członkowskich na rzecz brukselskiej „metropolii”. W międzyczasie okazało się, iż wspólna waluta jest znakomitym narzędziem utrwalania gospodarczej i politycznej hegemonii Niemiec na kontynencie – głównie kosztem krajów Południa. Już to pisałem na tych łamach, ale powtórzę – w eurozonie jest euro za wejście, a dwa za wyjście. Najprawdopodobniej więc Greków powstrzymuje coś, czego tylko możemy się domyślać – na przykład to, co naszym „euroentuzjastom” każe popychać Polskę w otchłań eurolandu. Rozmaite klientelistyczne uwikłania elit uzależnionych od obcych centrów decyzyjnych nie są wyłącznie polską specyfiką – to cecha wspólna kolonializmu i przykład Grecji znakomicie to obrazuje. Węgry przed epoką Orbana były na skraju podobnego rozwoju wydarzeń, tyle że w odróżnieniu od Grecji nie miały euro, więc dysponowały większą możliwością manewru, a wierzyciele mniejszymi możliwościami nacisku. No i sam Orban ulepiony chyba został z twardszej gliny.

Na koniec przytoczę coś w rodzaju memento. „Rzeczpospolita” opisując kilka lat temu grecką tragedię zamieściła znamienny cytat z tamtejszej prasy: „Tak wygląda współczesny rozbiór kraju. Nie trzeba armat. Teraz greckie wyspy, potem czeskie Sudety albo polski Śląsk". Ano właśnie...

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 29-30 (17-30.07.2015)

poniedziałek, 22 czerwca 2015

Grecja jak Islandia?

W „eurozonie” nie można ot tak sobie zbankrutować, pozostawiając głównych macherów ze stosem dłużnej makulatury.

„Wierzyciele przystawili Grecji pistolet do piersi” - utrzymane w tym tonie komentarze obiegły niedawno media, kiedy to ważyły się losy spłaty kolejnej raty greckich zobowiązań wobec Międzynarodowego Funduszu Walutowego i uzależnione od tego uruchomienie następnej transzy pomocowej. Wierzyciele z MFW i krajów strefy euro żądają dalszych cięć budżetowych i „reform” sprowadzających się de facto do wyprzedaży greckiego majątku narodowego i zwiększonego fiskalizmu. Ogółem Grecja ma w czerwcu spłacić do MFW ok. 1,55 mld euro, transza pomocowa wynieść ma 7,2 mld euro – inaczej Grecja zbankrutuje. Tymczasem Grecja już jest bankrutem, tylko nikt nie chce tego głośno powiedzieć w obawie przed polityczno-gospodarczymi perturbacjami. Nie ma co się oszukiwać – te wszystkie „transze pomocowe” są jedynie galwanizowaniem zdechłej żaby – jedną ręką dajemy, drugą zabieramy, zaś grecki budżet jest jedynie przepompownią pieniędzy. Grecki dług publiczny wynosi ponad 320 mld euro, co stanowi 175% tamtejszego PKB. W samym 2015 Grecja musi zwrócić 20 mld. Ogółem w latach 2010 – 2014 do Grecji trafiło 240 mld euro kredytów pomocowych, które Grecja musi zwrócić – z czego 30 mld należy do MFW, 53 mld do krajów strefy Euro, zaś 141 mld do Europejskiego Funduszu Stabilności Finansowej, do tego dochodzi jeszcze „Greek Loan Facility” z wcześniejszej fazy kryzysu, na którą to linię kredytową złożyły się kraje eurogrupy.

Trzeba jasno powiedzieć – grecki dług jest nie do spłacenia i jeśli nic się nie zmieni, kraj ten stanie się wiecznym „chorym człowiekiem Europy”, wstrząsanym rozlicznymi ekonomiczno-społecznymi paroksyzmami. Zabójcza na dłuższą metę jest również polityka narzucana przez MFW, zawsze wg jednego wzoru – zwiększone podatki i cięcie wydatków we wszelkich możliwych obszarach, co w efekcie prowadzi do zamrożenia gospodarki. Przypomnijmy, że MFW podobnych „reform” oczekiwał od Węgier, te zaś poszły odmienną drogą, dziękując Funduszowi za współpracę. Dziś ten sam MFW nie może się nachwalić, jak orbanowskie Węgry wychodzą z kryzysu.

Owszem, Grecji nikt nie kazał zadłużać się ponad miarę, czy organizować olimpiady w 2004, należy jednak zwrócić uwagę na okoliczności. Po pierwsze - motywowane politycznie przyjęcie tego kraju do strefy euro, które nie powinno mieć miejsca (np. Goldman Sachs pomagał Grecji maskować zadłużenie swapami walutowymi). Po drugie – unijne fundusze, przedstawiane jako dobrodziejstwo, wymuszają na rządach partycypowanie w kosztach, co napędza spiralę zadłużenia. Po trzecie – euro silniejsze od drachmy stało się hamulcowym eksportu, przyczyniło się zaś do zwiększania importu, np. z Niemiec, który zresztą kredytowany był hojnie przez niemieckie instytucje finansowe w ramach poszerzania rynków zbytu.

W kontekście powyższego warto przypomnieć casus Islandii sprzed kilku lat. Po uderzeniu kryzysu finansowego w 2008 tamtejszy rząd początkowo starał się „ratować” banki – podobnie jak czyniły to inne kraje - i żebrał gdzie się da o pożyczki, by w końcu pod społeczną presją (nowe wybory, referendum przeciw „ustawie kompensacyjnej”), odmówić spłacania bankowych długów z publicznych pieniędzy. Banki zostały objęte wpierw zarządem komisarycznym (Kaupthing Bank, Glitnir Bank i Landsbank), a następnie... przekazano bankrutów wierzycielom, wraz z bólem głowy. Pomoc publiczną skierowano do zwykłych ludzi – pod postacią np. zwrotu bankowych depozytów, czy umorzenia długów hipotecznych powyżej 110% wartości nieruchomości. Do tego w 2010 islandzki Sąd Najwyższy uznał kredyty indeksowane w obcych walutach za nielegalne. Ostatecznie, po reformach, pożyczce w wysokości 6 mld dolarów, Islandia wyszła na prostą zbijając deficyt z 13,5% do 2% PKB, bezrobocie do 5% i notując kilkuprocentowy wzrost gospodarczy.

Czy powyższy wariant możliwy jest w Grecji? Są istotne różnice – Islandia ma własną walutę, którą może zdewaluować, nie jest członkiem UE, zaś jej problemy wynikały z prywatnego długu banków (choć rząd Wlk. Brytanii, której instytucje finansowe „umoczyły” w islandzkich bankach, naciskał na jego „upublicznienie”). Wierzycielami Grecji są obecnie państwa, bowiem kraje strefy euro dokonały swoistej „nacjonalizacji” wierzytelności przejmując je od swych instytucji finansowych. Według brytyjskiego think tanku Open Europe 60% greckiego długu należy do państw strefy euro, 10% do MFW, 6% do Europejskiego Banku Centralnego, 3% do greckich banków, 1% do banków zagranicznych. Jedynym ratunkiem więc pozostaje oficjalne ogłoszenie bankructwa, powrót do drachmy i jej dewaluacja – czyli słynny „grexit”. To jest jednak czarny sen Niemiec, bojących się reakcji łańcuchowej obejmującej całe południe Europy, więc starają się do takowego scenariusza nie dopuścić wszelkimi sposobami. Wychodzi więc na to, że w „eurozonie” nie można ot tak sobie zbankrutować, pozostawiając głównych macherów ze stosem dłużnej makulatury. Trawestując znane rosyjskie powiedzonko – tutaj jest euro za wejście i dwa za wyjście.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://podgrzybem.blogspot.com/2012/02/o-greckich-kozojebcach-i-bankructwie-w.html

http://podgrzybem.blogspot.com/2014/03/a-tymczasem-na-islandii.html

 

Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 24 (12-18.06.2015)

niedziela, 26 lutego 2012

O greckich kozojebcach i bankructwie w Zjednoczonej Europie


Jeśli ktoś sądzi, iż w Zjednoczonej Europie można ot tak sobie zbankrutować, to pozostaje w tzw. „mylnym błędzie”.


I. Pastuchy

Że Grecy są kozojebcami, to rzecz powszechnie wiadoma. Jesteśmy z tą wiedzą oswojeni i musimy jakoś żyć ze świadomością plugawych obyczajów tych poturczonych pseudo-europejczyków. Koza Amaltea od której się wywodzą, miałaby coś na ten temat do powiedzenia – szczególnie po traumatycznych przejściach z przyssanym do jej cyca niejakim Zeusem w pewnej zacisznej jaskini na Krecie. Ówże Zeus, słynący ze swych nieposkromionych chuci zaspokajanych na wszelkie możliwe i niemożliwe sposoby, odłamawszy Amaltei róg podczas igraszek, uczynił go rogiem obfitości i od tej pory Grecy są przekonani, że wszystko im się należy.

Bo też, przyznajmy, trzeba mentalności umysłowego pastucha, żeby zadłużać swój kraj, wydając go w ten sposób na żer lichwiarzy, a w konsekwencji – wyrzekając się suwerenności. My pod tym względem zresztą, wybierając na dwie kadencje specjalistów od ciepłej wody w kranie za pożyczone pieniądze, podążamy podobnym tropem i kto wie, czy wkrótce nie przyjdzie mi pisać notki o polskich, dajmy na to, świniojebcach.

II. Kosztowna Europa

Jednak nurtuje mnie pytanie, czy źródeł obecnego bankructwa Hellady upatrywać należy wyłącznie w greckim πορνείο i notorycznym kozojebstwie, czy też dołączyły również inne czynniki. Otóż uważam, iż wrodzone kozojebstwo jest wprawdzie elementem sprzyjającym, lecz nie wystarczającym do upadłości. Czynnikiem ostatecznie przechylającym szalę jest członkostwo w Unii Europejskiej, a zwłaszcza w „projekcie politycznym” (słowa Romano Prodiego) jakim jest strefa euro zmontowana wbrew jakiejkolwiek racjonalności ekonomicznej, z teorią optymalnego obszaru walutowego na czele.

Zjednoczona Europa wymaga bowiem spełnienia najrozmaitszych kosztownych warunków, z zagwarantowaniem socjalu, płaceniem składek i wcielaniem w życie przeróżnych „dyrektyw” i „zaleceń” na czele. A wszystko to generuje wydatki, wydatki i jeszcze raz wydatki. Co więcej – również czołowe dobrodziejstwo, jak nam przedstawia się unijne fundusze, może stać się niebagatelnym składnikiem decydującym o niewypłacalności! Albowiem, aby pozyskać fundusze na upragnione inwestycje przy których można się pożywić, należy wpierw zagwarantować wkład własny. Skąd zaś wziąć wkład, skoro ni ma? Ano, należy sfinansować go z pożyczek, obligacji itp. W Polsce dały się w ten destrukcyjny mechanizm wrobić liczne gminy i inne jednostki samorządowe, budując na potęgę baseny i aquaparki, bo wicie-rozumicie, jest „trynd” i presja, by te fundusze jakoś wykorzystywać, nie odstawać i w ogóle. No i budują, mury pną się do góry opatrzone unijnymi tabliczkami, a piramida długów rośnie i rośnie - aż do szczęśliwego krachu, bo te inwestycje, już po finalizacji, tyż trza z czegoś utrzymać.

Własna waluta daje jeszcze jakieś pole manewru, ale gdy kraj na poziomie Grecji, nijak nieprzystający do Niemiec czy Francji, wejdzie do „ekskluzywnego klubu” strefy euro, to kaplica. Tym bardziej, jeśli surowe warunki uczestnictwa nałożą się na mentalność cwanego niewolnika, który widzi świat pod postacią swego stada kóz, a wyłoniona spośród pastuchów „elita polityczna” musi siłą rzeczy dostosować się do wymagań współziomków, rozwydrzonych starożytnymi przekazami o kozim rogu obfitości. To musi skończyć się plajtą, kompromitacją i ogólnym smrodem.

III. Zapomnijmy o dobrodziejstwie bankructwa...

Grecy w sumie mają za swoje, ponieważ to oni wymyślili Unię Europejską (wówczas nazywało się to Związkiem Ateńskim i niech no tylko które polis spróbowało wystąpić z tego hiper-demokratycznego i ab-so-lut-nie dobrowolnego związku! No!) i byli nawet prekursorami promocji rozmaitych zboczeń – nie tylko kozojebstwa. Wszak znaczna część tych antycznych popaprańców żyła – uwaga – nad Morzem E-Gejskim, zatem dzisiejsza UE jest także pod tym względem epigonem Hellenów.

Niemniej, jeśli ktoś sądzi, iż w Zjednoczonej Europie można ot tak, sobie ogłosić niewypłacalność, to pozostaje w tzw. „mylnym błędzie”. O, co to – to nie! Euro-Shylockowie nie odpuszczą, dopóki nie wydoją ostatniej kozy, a i Niemcy – ten dobry wujek Euro-zony – nie zezwolą, by ktokolwiek wyłamał się z obszaru wspólnej waluty, która tak stymuluje teutoński eksport. Ale, oczywiście, samo miętoszenie kozich wymion nie wystarczy, zatem należy zaordynować kontynentalną zrzutkę w postaci kolejnych transzy pomocowych, które to transze via grecki budżet trafią do szacownych wierzycieli będących w posiadaniu sterty papierów (bez)wartościowych.

Również i my w tej ściepie weźmiemy udział, nadwyrężając naszą rezerwę rewaluacyjną, czyli robiąc dokładnie to, co onegdaj postulował nieboszczyk Lepper, z tym że on chciał przynajmniej rzucić te pieniądze na polski rynek, by pobudzić popyt wewnętrzny, zgodnie z naukami „trzeciej drogi” wyniesionymi z Instytutu Schillera. Tymczasem, obecnie mamy wycelować do Międzynarodowego Funduszu Walutowego jakieś 6 miliardów na „dokapitalizowanie”, aby z kolei MFW był w stanie pomóc braciom-Grekom i ich kozom. Zatem, może opodatkujmy „sektor finansowy”, który i tak nie jest nasz na te 6 mld i po ściągnięciu daniny wytransferujmy ją do MFW? Bo póki co wynika, że to polski podatnik sfinansuje „naszą” zrzutkę poprzez VAT podniesiony do 23%.

Coś w tym guście zaproponował ostatnio PiS, zgłaszając zamiast 23% VAT projekt tzw. „podatku bankowego” w wymiarze 0,39% od aktywów instytucji finansowych, co przyniosłoby ok. 5 mld zł, ale nieoceniony minister Rostowski zagrzmiał, iż „pomysły rodem z Budapesztu tutaj nie przejdą” i koniec końców ten „kredyt” udzielony MFW na oszałamiające 0,1-0,2% (podczas gdy nasza linia kredytowa z MFW jest oprocentowana na 5-6%) sfinansują, jako się rzekło, polscy konsumenci w cenach towarów i usług.

A za tę hojność koza Amaltea popatrzy na nas w podzięce swymi wielkimi, lekko wilgotnymi oczami.

Gadający Grzyb

PS. Bonus:

KOZY, śmierdzący rodzaj zwierząt, w Piśmie Świętym znaczą grzesznych i potępionych, mających stać na dniu ostatnim na lewicy. Według Naturalistów uszyma i nosem oddychają, w nocy widzą jak koty, sowy, puhacze, nietoperze. Wątrobę kozią jedząc, wzrok ludzki naprawuje się, owszem oddala się ślepota. Tygrys zwierz mięsa koziego nigdy nie jada, pierwej na śmierć, niż na tę potrawę rezolwowany. Taka między kozami jest sympatia, że czasu jednego gdy koza z kozą na ciasnym bardzo mostku czyli kładce zeszły się, i nazad obrócić się jedna nie mogła, położyła się, aby druga przezeń przeszedłszy, kontynuowała podróż swoją. Plinius, libr. 9. cap. 5. W Indyi zaś zachodniej, alias w Ameryce, według Gwilelma Pizona w Historii Naturalnej libr. 3. znajdują się kozy dzikie, a raczej Sarny, w których żołądku Kamień Bezoar rodzi się.

(x. Benedykt Chmielowski „Nowe Ateny...”)

Na podobny temat:

http://niepoprawni.pl/blog/287/budapeszt-czy-ateny

http://niepoprawni.pl/blog/287/kryzysowy-korkociag

http://niepoprawni.pl/blog/287/zielona-wyspa-w-czarnej-dziurze

środa, 1 lutego 2012

Admin Donek fiskalnie wypaktowany


UE to Merkozy, a frajerzy z płucami odbitymi od poklepywania po plecach mogą co najwyżej robić dobrą minę do złej gry i bredzić coś o kompromisie.


I. Euro-prędkości

No proszsz... Tyle lat nam kładziono do głów, że powinniśmy grzecznie podżyrowywać wszystko co nadeślą nam z Brukseli, grać w jednej ekipie z wiodącymi zawodnikami i pozostawać „w głównym nurcie europejskiej polityki”, bo inaczej Europa nabierze dwóch prędkości... a tu koniec końców okazało się, że gdy Europa uznała za stosowne przy okazji paktu fiskalnego już nie dwie, ale wręcz cztery prędkości sobie zafundować, to po prostu to zrobiła, nie oglądając się na żadną „wspólnotowość” i inne dyrdymały opowiadane (do czasu) na użytek maluczkich. Po raz kolejny okazało się, że UE to Merkozy, z mocnym naciskiem na pierwszy człon, a frajerzy z płucami odbitymi od poklepywania po plecach mogą co najwyżej robić dobrą minę do złej gry i bredzić coś o kompromisie.

W sumie, czego się spodziewaliśmy? "Twarde jądro" UE wyciągnęło praktyczny wniosek z berlińskich nawoływań ministra Sikorskiego, który dla chwili poklasku postanowił robić za niemieckiego zapiewajłę i wzięło odpowiedzialność za Europę. Tego się domagaliśmy, prawda? Czy może coś przeoczyłem? No to mamy, czego chcieliśmy, ni mniej, ni więcej.

Naszemu, stojącemu na czele Dyktatury Matołów, pożal się Boże, Adminowi, wydawało się zapewne, że w zamian za bezwarunkowe poparcie udzielane na wyprzódki swemu Wielkiemu Patronowi dostanie w nagrodę miejsce przy stole, gdzie decyduje się o naprawdę istotnych sprawach, tymczasem po raz kolejny okazało się, że gdy dorośli zaczynają rozmawiać na poważne tematy, to uczniaki i inne dzieciuchy zostają grzecznie acz stanowczo wyproszone za drzwi.

II. Pakt fiskalny

Na dzień dzisiejszy sytuacja wygląda następująco: Polska podpisała pakt fiskalny (właściwie - „Traktat o stabilności, koordynacji i zarządzaniu w Unii Gospodarczej i Monetarnej") nakładający na nas rozliczne obowiązki, nie otrzymując niemal niczego w zamian. Wymienię kilka punktów:

- utrzymywanie deficytu budżetowego poniżej trzech proc. PKB i długu publicznego poniżej 60 proc. PKB;

- deficyt strukturalny (obliczany przez odjęcie wpływu cyklu gospodarczego) nie będzie mógł przekraczać 0,5 proc. PKB (jest to tzw. złota reguła wydatkowa, która znacząco ograniczy np. wydatki inwestycyjne – może to stworzyć problemy m.in. z wykorzystaniem unijnych środków, gdyż nie będzie nas stać na wkład własny – żegnajcie autostrady);

- na kraje, które nie przestrzegają dyscypliny budżetowej będą nakładane kary o wysokości do 0,1 proc. PKB, które ma orzekać Trybunał Sprawiedliwości UE;

- nadzór Komisji Europejskiej nad procedurą budżetową poszczególnych krajów (założenia budżetowe mają być przedstawiane wiosną każdego roku, projekt na jesieni, KE będzie miała prawo wydawania wiążących zaleceń – jest to znaczące osłabienie suwerenności państw narodowych).

Co ciekawe, Pakt ma wejść w życie 1 stycznia 2013 roku, przy założeniu, że do tego czasu będzie ratyfikowany przez 12 z 17 państw strefy euro. Czyli traktat zacznie funkcjonować po ratyfikacji przez mniejszość – 12 z 25 krajów, które go podpisały! Owszem, Polska, nie będąc w eurolandzie, nawet jeśli ratyfikuje traktat, nie musi wdrażać jego postanowień, póki nie przystąpi do strefy euro. No, chyba że, jak precyzuje umowa, „wyrazi intencję, że chce wcześniej być zobligowana postanowieniami umowy lub jej poszczególnymi elementami". Rostowski wprawdzie twierdzi, że wdrażać przed wejściem do strefy euro nie będziemy, ale Unia ma tę właściwość, że wszystko jest w niej rozkosznie płynne...

Co uzyskaliśmy? Ano, „kompromis”: będziemy uczestniczyli w dwóch z trzech rodzajów szczytów: wszystkich państw UE i państw – sygnatariuszy Paktu Fiskalnego. Nie będzie nas „tylko” tam, gdzie będą zapadały prawdziwe decyzje, czyli na szczytach państw strefy euro, co było naszym głównym postulatem negocjacyjnym.

III. Żadnych marzeń, panowie!

Taki despekt... A przecież nasz Donek, "Admin1" III RP, z postawy gorliwego prymusika uczynił sens swej europejskiej polityki. Gdy trzeba było podpisać pakiet klimatyczny - podpisał, gdy Unia kazała zamknąć stocznie – zamknął, gdy Niemcom nie pasowały regionalne sojusze państw Europy Środkowo-Wschodniej – wycofał się; podczas europrezydencji unikał jak ognia choćby cienia podejrzenia, że chce coś dzięki niej ugrać dla Polski, Buzek zgadzał się z każdym rozmówcą przez całe swoje pół kadencji... Cóż, po raz kolejny okazało się, że darmochy nikt nie ceni, a główny nurt europejskiej polityki gładko wypluwa na mieliznę tego, kto wskakuje weń nie stawiając żadnych warunków wstępnych i swą aktywność sprowadza do trzymania wytyczonego przez innych kursu, z pożyczonym sterem i takielunkiem na dodatek. Toteż Angeli ani w głowie było przekonywać Nicolasa, by dopuścił do splendorów jej protegowanego z Warschau.

Tusk mógł w ostateczności, gdy zawiodły wszelkie kalkulacje, prośby i zawodzenia, nie przystąpić do Paktu Fiskalnego – jak Czechy i Wielka Brytania. Ale nie odważył się – byłoby to zbyt jaskrawe przyznanie się do fiaska wieloletniej linii politycznej, w ramach której podał „unijnym partnerom” na srebrnej tacy swoje jaja wraz z dołączonym młotkiem. Zamiast tego postanowił zamulać sprawę, wygłaszając z ponurą miną na użytek zaprzyjaźnionych mediodajni „przekaz dnia” o sukcesie, bo spotkania eurolandu będą odbywały się po szczytach ogólnounijnych. Chyba, że zajdą „nadzwyczajne okoliczności”, czytaj – Niemcy postanowią inaczej.

Warto tu przypomnieć „transakcję wiązaną”, jaką była zgoda Polski na dofinansowanie MFW pożyczką z rezerwy rewaluacyjnej w wysokości ok. 6 mld euro oprocentowaną na 0,1-0,2 proc., podczas gdy nasza linia kredytowa z MFW jest oprocentowana na 5-6 proc. Ten gest hipergorliwości miał zapewne nabić Donkowi plusów przed negocjacjami – a tu kicha. Co gorsza, z obiecanej za bezdurno pożyczki nie możemy się już wycofać.

Przy okazji, wspomnijmy jeszcze pakt euro-plus, do którego Admin wcisnął nas na siłę w marcu 2011 roku, a która to umowa była przygrywką do obecnego paktu fiskalnego. Wyrażałem onegdaj obawę, że w praktyce ów pakt stanie się pasem transmisyjnym za pomocą którego przyszły „rząd gospodarczy” złożony z krajów strefy euro (czyli w praktyce – Niemcy) będzie narzucał swe rozwiązania państwom nie należącym do eurolandu. Wygląda na to, że ta obawa właśnie się konkretyzuje i nabiera za sprawą paktu fiskalnego niepokojąco realnych kształtów. Dwudziestka piątka członków paktu pogada sobie na picownej nasiadówce, a decyzje i tak podejmą Niemcy z jakimiś ustępstwami na rzecz Francji, po czym przedstawią je do przyjęcia pozostałym państwom na ekskluzywnym szczycie eurogrupy, jako „kompromis” wedle definicji Churchilla, że jedyne czego oczekuje to zaakceptowanie jego warunków po rozsądnej dyskusji. Reszta dowie się o wszystkim od woźnego na korytarzu, po czym gorliwie zadeklaruje niezłomną wolę przyjęcia euro, żeby również być informowanymi przy stole jakież to wspólne cele będą im od jutra przyświecały.

***

Z całej tej klapy pozostaje mi tylko schadenfreude, że Ober-Matoł chyba pomału żegna się z mrzonkami na eksponowaną europosadę. Wieść niosła, że ma chrapkę nawet na fotel Barroso – przewodniczącego Komisji Europejskiej. Nic z tego. Gdyby brano go poważnie pod uwagę w stanowiskowych kalkulacjach, nie zafundowano by naszemu Adminowi takiego upokorzenia. Donek może pochlebnymi artykułami w niemieckiej prasie wytapetować sobie ścianę nad łóżkiem - i tyle jego. Ale marna to pociecha, zważywszy, w co wplątał Polskę swoją naiwną, do cna frajerską polityką.

Gadający Grzyb

czwartek, 25 sierpnia 2011

Polska w strefie rażenia „rządu gospodarczego”


Czy polska w ramach paktu Euro Plus będzie musiała podporządkować się decyzjom przyszłego „rządu gospodarczego” strefy euro?



I. Formalizacja strefy „Deutsche Euro”.


Kanclerz Angela Merkel i prezydent Francji Nicolas Sarkozy ogłosili niedawno konieczność powstania „rządu gospodarczego” państw strefy euro. Cóż, skoro Niemcy i Francja na coś się decydują, to prędzej czy później wprowadzą zamierzenia w życie, oczywiście prezentując je jako wynik wspólnych ustaleń „wszystkich” zainteresowanych państw, które w poczuciu odpowiedzialności za losy Europy i tak dalej godzą się, akceptują, zwierają szeregi, tara rara, wpisz dowolne.


Rzecz jasna, ci pomniejsi gracze, szczególnie z południa Eurolandu, zostaną w ramach tzw. „duszenia w ciemnym pokoju” postawieni pod ścianą i uprzejmie ostrzeżeni, że w razie sprzeciwu nie będą mogły liczyć na transze pomocowe, gdy zaczną bankrutować na podobieństwo Grecji.


W ten oto sposób dopięty zostanie proces, który opisałem nie tak dawno w notce „Deutsche Euro”, mający na celu uczynienie z marki waluty prawdziwie globalnej i ukonstytuowanie „miękkiej” hegemonii polityczno-gospodarczej Niemiec w Europie (z pewnymi koncesjami na rzecz Francji i – proporcjonalnie – mniejszych gospodarczo państw i państewek, żeby sprawa toczyła się w miarę gładko). To spięcie potencjałów gospodarczych pod „aksamitnym” patronatem głównego rozgrywającego w UE w zasadzie dokonało się w momencie wprowadzenia do obiegu w 2002 roku eurowaluty w miejsce dotychczasowych walut narodowych. Teraz zostało tylko sformalizowanie i usystematyzowanie stanu faktycznego, do czego idealnego pretekstu dostarczyła plajtująca Grecja. Pieniądz służy temu, kto ma w jego sprawie najwięcej do powiedzenia – tym kimś były, są i będą Niemcy, a że współczesna „deutsche marka” nazywa się dla niepoznaki „euro”, to doprawdy, jedynie techniczny szczegół.


II. Europa dwóch prędkości.


Swoją drogą, tyle nas straszono powstaniem „Europy dwóch prędkości”, jeśli będziemy stawać okoniem i nie podżyrujemy grzecznie rozmaitych rozwiązań, które dawano nam do podżyrowania z traktatem lizbońskim na czele. Różni dobrzy wujkowie radzili, że powinniśmy „pozostawać w głównym nurcie”, bo jak nie, to „Europa” (w domyśle – ta „prawdziwa Europa”, czyli kraje dawnej piętnastki) się obrazi i pójdzie swoją drogą, wyrzucając nas na margines. Więc godziliśmy się, podpisywaliśmy różne szkodliwe bzdury, nie robiliśmy wbrew, zbierając pochwalne klepnięcia po plecach i całe pół kadencji Buzka w europarlamencie – a tu proszę, okazało się, że jak „Europa” (czyli Niemcy) uzna za korzystne zrobić sobie „dwie prędkości”, to i tak je zrobi, choćby pod postacią „rządu gospodarczego” de facto ustawiającego politykę gospodarczą całej Unii i nasze zasługi w wyczuwaniu dobrego momentu żeby siedzieć cicho nie mają tu nic do rzeczy.


Ale nie rozpaczajmy. Ta „pierwsza prędkość”, czyli kraje strefy euro, które chcąc nie chcąc wejdą do „rządu gospodarczego”, tracą właśnie resztki suwerenności polityczno-gospodarczej. Chyba przecież nikt się nie łudzi, że ich realna rola w owym rządzie będzie czymś więcej niż dostosowywaniem do lokalnej specyfiki woli wyrażonej przez niemieckiego hegemona wspieranego przez Francję, która bodaj jako jedyna może liczyć na jakieś realne ustępstwa w zamian za swe poparcie.


„Euro jest projektem politycznym” - wyznał kiedyś w przypływie szczerości były (?) agent KGB, a obecnie zawodowy euroentuzjasta Romano Prodi. Obecnie mamy niepowtarzalną okazję obserwować ujawnianie całej głębi, drugiego i trzeciego dna tamtej, niesłusznie zbagatelizowanej, wypowiedzi.


III. Euro Plus.


Chciałbym w tym momencie napisać, że nasza chata z kraja, że możemy sobie siedzieć i przypatrywać się, pogryzając popcorn, jak nieszczęśnicy, którzy wyrzekli się waluty narodowej na rzecz „euro-marki”, osuwają się w ostateczną zależność od ekonomiczno-politycznego, niemieckiego imperium. Tak niestety nie jest, albowiem decyzje „rządu gospodarczego” pod niemieckim patronatem będą rykoszetem biły również w nas i to z kilku względów.


Po pierwsze – generalnie, gospodarka to zespół naczyń połączonych, a w przypadku Unii Europejskiej nawet bardzo połączonych. Po drugie – Polska jest wręcz patologicznie uzależniona od koniunktury w Niemczech, które są naszym największym partnerem handlowym i który za rolę „adwokata” w procesie akcesyjnym do UE wystawiają nam nieustający rachunek na najróżniejszych polach. Po trzecie wreszcie – nasz Umiłowany Przywódca, który teraz podobno „rządzi Europą”, nie pytając nikogo o zdanie wprowadził nas do pokracznego, lecz potencjalnie bardzo niebezpiecznego tworu o nazwie „Euro Plus”.


Owo „Euro Plus” zwane uprzednio „Paktem na rzecz konkurencyjności” współtworzą kraje strefy euro i 6 państw spoza – Polska, Dania, Rumunia, Bułgaria, Litwa i Łotwa. Został on przyjęty podczas marcowego szczytu w Brukseli (noc 24/25.03.2011) i jest modyfikacją niemiecko-francuskiego porozumienia na rzecz konkurencyjności skierowanego pierwotnie do państw strefy euro. Co ciekawe, to właśnie Tusk, najwyraźniej przerażony „dwiema prędkościami” i pałając obsesją „pozostawania w głównym nurcie” wymógł ponoć na Angeli Merkel możliwość przystąpienia również krajów spoza strefy euro (stąd „Euro Plus”), która to niewczesna inicjatywa może już wkrótce odbić się bolesną czkawką.


IV. Euro Plus pasem transmisyjnym „rządu gospodarczego”.


Mówiąc w telegraficznym skrócie, największe niebezpieczeństwo z tymże Paktem związane polega na niedoprecyzowaniu czym on jest i do czego zobowiązują się jego członkowie – szczególnie ci pozostający poza eurolandem. Euro Plus ma bowiem charakter dość ogólnikowej deklaracji politycznej. Nakreślono pewne cele, takie jak ustawowe limity zadłużenia, reforma systemu emerytalnego, zwiększenie zatrudnienia, ograniczenie biurokracji czy powiązanie płac z produktywnością. Brzmi to racjonalnie i ma na celu m.in. zdyscyplinowanie zadłużających się ponad miarę państw z południa Europy, jednakże jak pokazuje doświadczenie, w Unii wszystko jest płynne i koniec końców Euro Plus może się okazać czymś zupełnie innym niż nam się z początku wydawało.


Obawa ta jest tym bardziej uzasadniona, że realizacja Paktu ma się „ucierać” na corocznych spotkaniach, zaś już teraz mówi się o wydłużaniu wieku emerytalnego i harmonizacji podatków, co zresztą współgra z deklaracją ze szczytu w Brukseli:



„Pakt Euro Plus (...) ma wzmacniać gospodarczy filar Europejskiej Unii Walutowej i osiągnąć nową jakość koordynacji polityki gospodarczej, celem poprawy konkurencyjności, i w ten sposób prowadzić do wyższego poziomu konwergencji" (wytł. moje)



Jeżeli dodamy, że teraz Niemcy z Francją ogłosiły konieczność powstania „rządu gospodarczego”, w skład którego wejdzie 17 państw strefy euro, które są zarazem trzonem paktu Euro Plus, to wkrótce może się okazać, że polityczny gest bez większych praktycznych konsekwencji jakim wydawał się Tuskowi nasz udział w Pakcie, stanie się dla nas pułapką, a Euro Plus przekształci się w „pas transmisyjny” za pomocą którego przyszły „rząd gospodarczy” (czyli w praktyce – Niemcy) będzie narzucał swe rozwiązania państwom nie należącym do eurolandu.


Możliwa jest zatem sytuacja, że decyzje podjęte przez „rząd gospodarczy” do którego nie należymy będą jakimś cudem obowiązywały również nas ze wszystkimi tego konsekwencjami. Tak oto znajdziemy się w bezpośredniej strefie rażenia owego „rządu” akceptując w imię mglistej „solidarności europejskiej” decyzje podjęte bez naszego udziału, tak jak bez udziału „polskiej prezydencji” europejscy możni porozumieli się w kwestii powołania „pierwszej prędkości”, pokazując przy okazji gdzie mają tę „europejską solidarność”.


Gdybym był naiwny, to sugerowałbym rządowi jeśli nie wystąpienie z Paktu, to przynajmniej wysłanie przy pierwszej nadarzającej się okazji mocnego sygnału, że nie będziemy respektować ustaleń podjętych za naszymi plecami. Ale naiwny nie jestem, więc nie sugeruję, bo na samą myśl o takiej „euro-zbrodni” i to podczas „prezydencji” naszym mężykom stanu robi się zapewne ciemno przed oczami.


V. Euro-prezydencja.


Tak już na zakończenie – rząd Platformy miał dość naiwny zamiar dojechać do wyborów na fali europrezydencji. Miały być szczyty, sznyty, flesze, spotkania, potrząsanie grabkami, klepanie po pleckach i ramionkach, uśmiechy do kamer – wszytko odpowiednio nagłośnione propagandowo przez reżimowe mediodajnie, tak by otumaniona ludność tubylcza odniosła wrażenie, że dzięki naszym mężykom stanu liczymy się w Europie, że nas lubią, cenią, szanują... A tu skucha. Okazało się, że jak przychodzi do rozwiązywania naprawdę poważnych problemów, to spotyka się Merkel z Sarkozym i nawet gest wiernopoddańczej lojalności w postaci przystąpienia do owego nieszczęsnego „Euro Plus” nie powstrzymuje możnych przed pokazaniem „europrezydentom” co to „rządzą Europą” gdzie jest ich miejsce. Nasze mediodajnie pojęły to w mig, bowiem o tuskowej prezydencji zrobiło się cichutko niemal natychmiast po wybrzmieniu ostatnich dźwięków inauguracyjnego koncertu i szczekaczki wzięły się za roztrząsanie innych tematów.


A biedny Donio, co to wyobrażał sobie, że zostanie zaproszony na salony, musiał obejść się smakiem i ukradkiem wycierając smarki przeboleć, że Merkel i Sarkozy nie chcieli go nawet do parzenia herbaty i podawania paluszków. Nie pozwolili mu również siedzieć w ustawionym gdzieś w kącie dziecięcym kojcu i kręcić kolorowym bączkiem. Trudno się dziwić – gdy dorośli zaczynają rozmawiać o poważnych sprawach, to dzieci zostają grzecznie acz stanowczo wyproszone za drzwi.


Gadający Grzyb