Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polska prezydencja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polska prezydencja. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 29 grudnia 2011

Obrotowa „bliska zagranica”


Po 10.IV.2010 polityczne elity kraju zupełnie jawnie zaczęły się zachowywać tak jakby suwerenność była dla nich nieznośnym, gniotącym ciężarem.


I. Degrengolada

Koniec polskiej europrezydencji to niezły moment aby przyjrzeć się zmianom, które w ostatnim czasie dokonały się w naszej polityce zagranicznej. Zresztą, co tu się bawić w eufemizmy – trzeba wziąć pod lupę wszechstronną degrengoladę, jaka dotknęła naszą międzynarodową pozycję w ramach szeroko rozumianej „katastrofy po-smoleńskiej”. Przypuszczam, że przyszli historycy, gdy przyjdzie im analizować okres po 10.IV.2010, jako jedną z cech wyróżniających przyjmą dalece posuniętą abdykację Polski z podmiotowości na arenie międzynarodowej.

O ile do czasu smoleńskiej hekatomby Polska aspirowała jeszcze do odgrywania znaczącej roli w regionie, próbując z lepszym lub gorszym skutkiem prowadzić samodzielną politykę – taką, która nie byłaby prostą wypadkową układu sił między Rosją a Niemcami (choć w schyłkowej fazie owa podmiotowość stała się domeną wyłącznie ośrodka prezydenckiego, sabotowanego na wszystkich polach przez rząd RP), o tyle po cezurze 10.IV.2010 polityczne elity kraju zupełnie jawnie zaczęły się zachowywać tak, jakby suwerenność i związane z nią obowiązki były dla nich nieznośnym, gniotącym ciężarem, który najchętniej scedowałyby z nieskrywaną ulgą na jakieś zewnętrzne struktury.

Tę cesję suwerenności należało tylko ładnie opakować i nazwać, tak by była do przełknięcia dla niezorientowanych nadwiślańskich aborygenów – postanowiono więc nadać jej nazwę „polityki piastowskiej” w kontrze do „polityki jagiellońskiej” uprawianej przez – hasłowo rzecz ujmując - „obóz IV RP”. W propagandowym przekazie miało to oznaczać rezygnację z „potrząsania szabelką” - nieprzynoszącego wymiernych korzyści i konfliktującego nas z wielkimi sąsiadami - na rzecz skrzętnego dbania o swoje, czemu miało dotąd stać na przeszkodzie zbyt altruistyczne zaangażowanie w sprawy regionu kosztem własnych interesów.

II. Między „polityką jagiellońską” a „ polityką piastowską”

Jak to wygląda w praktyce?

Otóż, sprawująca obecnie swe nie-rządy dyktatura matołów, świadomie bądź nie, odrzuciła podstawową zasadę: pozycja Polski w kontaktach ze światem jest pochodną naszej pozycji w regionie. Innymi słowy, zależy ona od naszych kontaktów z innymi krajami Europy środkowo-wschodniej i polityka ta była realizowana jeszcze w czasach „przedkaczyńskich”, że wspomnę chociażby nasze zaangażowanie w „pomarańczową rewolucję” na Ukrainie. Dopiero na tej bazie możemy myśleć o układaniu sobie stosunków z „wielkimi” - Rosją, Niemcami, czy USA. To jest treść „polityki jagiellońskiej”, którą ekipa Platformy wyrzuciła do kosza, odwracając wektory o 180 stopni. Tusk z Sikorskim i Komorowskim umyślili sobie bowiem, że będą budować pozycję Polski na sojuszu z „wielkimi braćmi” przy jednoczesnym ignorowaniu mniejszych regionalnych partnerów.

Na efekty nie trzeba było długo czekać. Ostentacyjne podważanie jeszcze za życia ś.p. Lecha Kaczyńskiego roli głowy państwa w polityce międzynarodowej doprowadziło do dyplomatycznych porażek jak ta, tuż przed Katastrofą Smoleńską, podczas wizyty Prezydenta na Litwie. Litwini odczytali bowiem sygnały płynące z Warszawy, że z Kaczyńskim nie trzeba się już liczyć. Szkopuł w tym, że po śmierci Lecha Kaczyńskiego nie liczą się z nami tym bardziej. Na dodatek, w imię rzekomej „polityki piastowskiej” zaczęliśmy zachowywać się tak, by nie przysparzać kłopotów Niemcom i Rosji, do czego od dawna nas usilnie namawiano. Hardość Łukaszenki, dyskryminacja Polaków na Litwie i postawa Ukrainy dla której przestaliśmy być adwokatem europejskich aspiracji i która woli rozmawiać bezpośrednio z Berlinem, nie wzięły się znikąd.

Do tego, niczym grzeczni uczniowie, wiemy również z kim przyjaźnić się nie należy, gdyż byłoby to niemile widziane. Kontakty z orbanowskimi Węgrami leżą odłogiem, podobnie jak z lekko eurosceptycznymi Czechami, czego żenującym przykładem było zlekceważenie przez najwyższe władze państwowe pogrzebu Vaclava Havla. To symboliczny despekt i policzek, który nad Wełtawą nie zostanie szybko zapomniany. Grupa Wyszehradzka przestała w praktyce funkcjonować.

Co zyskaliśmy w zamian? Nic. Brak zakotwiczenia w systemie regionalnych sojuszy przypłaciliśmy bowiem klienckim statusem wobec „wielkich braci” z lekka tylko maskowanym okazjonalnym poklepywaniem po plecach i jakimiś zdawkowymi pochwałami. Nasza pozycja tak w UE, jak i w relacjach z Rosją sprowadzona została do roli potakiwacza i klakiera na koncercie mocarstw.

III. Od hołdu smoleńskiego...

Wyraźnie było to widoczne podczas negocjacji w sprawie przedłużenia kontraktu gazowego. Negocjatorzy z Waldemarem Pawlakiem na czele gotowi byli przystać na wszelkie warunki Rosji – z absurdalnie długim terminem obowiązywania umowy i oddaniem Gazpromowi kontroli nad polskim odcinkiem Gazociągu Jamalskiego włącznie. Dopiero na samym finiszu do rozmów wmieszała się Komisja Europejska (czytaj – Niemcy), która uznała, że Rosja wzięła sobie za duży kawałek tortu i wbrew polskiemu rządowi doprowadziła do względnego złagodzenia warunków kontraktu.

Zresztą, sięgnijmy do dokumentu „Budowa zintegrowanego systemu bezpieczeństwa narodowego Polski”, opracowanego na zlecenie Belwederu i omówionego jakiś czas temu przez Aleksandra Ściosa. Znajdujemy w nim na stronie 45 następującą rekomendację:

„Aby przezwyciężyć nieufność, która utrudnia percepcję Rosji przez polskich polityków i media należałoby podjąć zorientowaną na przyszłość politykę normalizacji stosunków wzajemnych i pojednania polsko-rosyjskiego. Warunki ku temu powstały już jesienią 2009 r., po udziale premiera FR Władymira Putina w obchodach 70-tej rocznicy wybuchu II wojny światowej na Westerplatte, a zostały wzmocnione zbliżeniem polsko-rosyjskim po katastrofie lotniczej pod Smoleńskiem 10 kwietnia 2010 r. Jednak czołowa partia opozycyjna w Polsce – Prawo i Sprawiedliwość podjęła kilka miesięcy później działania na rzecz ponownego konfliktowania z Rosją, sugerując odpowiedzialność tego państwa za katastrofę. W tej sytuacji rząd Polski powinien szybko podjąć działania na rzecz ratowania szansy jaka szybko może zniknąć.” (wytł. moje - GG)

Teraz pytanie: czy władze szanującego się państwa mogłyby traktować bezprecedensową katastrofę, do której doszło w nader niejasnych okolicznościach i w której zginęła elita kraju z prezydentem na czele, jako okazję do poprawy stosunków z wrogim mocarstwem na terenie którego wydarzyła się tragedia? Potwierdzeniem stanu rzeczy wyłaniającego się z powyższego cytatu jest zachowanie polskich władz w sprawie smoleńskiego śledztwa. Od początku dbano przede wszystkim o to, by nie narazić się Rosjanom, zaś wszelkie dowody i opinie mogące wskazywać na winę strony rosyjskiej utrącano na szczeblu ministerialnym, czego świadectwo otrzymaliśmy niedawno w taśmach Edmunda Klicha. Wzmocniło to naszą pozycję wobec Rosji? Retoryczne pytanie. W przytoczonym dokumencie jest takich kwiatków znacznie więcej – zachęcam do lektury.

Trudno określić słynny uścisk Tuska i Putina inaczej, niż hołdem smoleńskim – jego długofalowe konsekwencje, niezależnie od intencji, były bowiem właśnie takie – hołdownicze.

IV. ...do hołdu berlińskiego

Nie lepiej wygląda nasza sytuacja w relacjach z Niemcami i szerzej – z Unią Europejską, czego jednym z wielu przykładów było zachowanie Niemiec w sprawie przyblokowania zespołu portów Szczecin–Świnoujście przez Gazociąg Północny. Warto nadmienić, że w międzyczasie Nord Stream zyskał status inwestycji unijnej, czemu Polska się nie przeciwstawiła. Ogłaszając „za darmo”, że celem samym w sobie jest „pozostawanie w głównym nurcie europejskiej polityki” Tusk z Sikorskim założyli Polsce na szyję dyplomatyczną pętlę – od tej pory każda próba twardszego zaakcentowania naszego stanowiska spotykać się musiała nieodmiennie z pomrukami, iż z owego „głównego nurtu” wypadniemy, a Europa nabierze „dwóch prędkości”. Nie mówiąc już o wizerunkowym blamażu na krajowej arenie politycznej.

W efekcie, jedynym rozwiązaniem było wejście w buty euro-prymusików i tu z pomocą pospieszył światowy kryzys gospodarczy, który w kontynentalnym wymiarze ma zostać zażegnany „pogłębioną integracją” w ramach „nowego europejskiego porządku” wykuwanego przez Grupę Frankfurcką. Dał temu wyraz Radosław Sikorski w słynnym „hołdzie berlińskim”. Sikorski, znany z tego że powie absolutnie wszystko co w jego mniemaniu pomoże mu w karierze, wprost wezwał do niemieckiego przywództwa w Europie, odsyłając tym samym wszelkie narodowe aspiracje Polski do lamusa historii. Klasyczna ucieczka do przodu – Sikorski, antycypując przyszłe wydarzenia, wyprzedził na moment „główny nurt europejskiej polityki”, werbalizując te cele Niemiec, których samym Niemcom ogłaszać tak otwartym tekstem nie wypadało.

Wszystko to oczywiście a propos groźby rozpadu strefy euro, co zagrażałoby utrwaleniu niemieckiej dominacji polityczno-gospodarczej w Europie. (Więcej na ten temat pisałem m.in. TU, TU i TU). Grupa Frankfurcka szykuje nowego pan-europejskiego Lewiatana, utrącając po drodze niewygodnych przywódców – jak w Grecji i we Włoszech, my zaś, w ramach „polityki piastowskiej” zapewne, zgłosiliśmy zawczasu do tegoż Lewiatana swój akces, dołączając do tzw. paktu „Euro-Plus”, który niepostrzeżenie stał się pasem transmisyjnym rozszerzającym zobowiązania i problemy krajów strefy euro na państwa, które zostają póki co przy walutach narodowych.

Na razie zapłacimy za przynależność do tego „elitarnego klubu” nadwyrężeniem naszej rezerwy rewaluacyjnej. Przypomnę tylko, że nieboszczyk Lepper również chciał swojego czasu część owej rezerwy spieniężyć - rzucenie tej dodrukowanej gotówki na rynek krajowy miało na celu pobudzenia popytu wewnętrznego. Ot, szkoła ekonomiczna rodem z Instytutu Schillera, ale Lepperowi przynajmniej o coś chodziło. Nie postulował, by oddać kasę MFW za bezdurno.

V. Obrotowa „bliska zagranica”, czyli zmęczenie niepodległością

Powyższe omówienie siłą rzeczy jest niepełne, bo na wymienienie wszystkich porażek międzynarodowych wołowej skóry by nie starczyło, skupiłem się więc na najbardziej charakterystycznych jak Smoleńsk, Nord Stream, konsekwencje „prymusowania” w Europie, czy zabagnienie stosunków z naszymi naturalnymi partnerami w regionie. Proszę również docenić fakt, iż starałem się ważyć słowa i programowo unikałem sformułowań o zdradzie stanu, agenturalności, jurgielcie i innych takich. Skupiłem się na interpretacji „życzliwej” - takiej mianowicie, że wszystko to jest efektem błędnej kalkulacji i niewłaściwych założeń wstępnych. Że to naiwność i głupota dyktatury matołów. Nawet tego wystarczy, by ta banda obwiesi trafiła przed Trybunał Stanu. Kiedyś. Może.

Kiedy prześledzimy bowiem zachowanie naszych mainstreamowych elit, możemy dojść do wniosku, że nastąpiło jakieś „zmęczenie suwerennością” - po co się szarpać, walczyć o swoje, czy to w Unii, czy poza nią – scedujmy jak najwięcej kompetencji, zwłaszcza strategicznych, na ponadnarodowe gremia i niech one się martwią, nawet jeśli za tymi gremiami stać będą Niemcy dogadujący kluczowe sprawy z Rosjanami. Zostawmy sobie kompetencje nadzorców autonomicznej prowincji i stosownie do tego zmniejszoną odpowiedzialność przed wyborcami.

Cóż, przed laty Antoni Słonimski we właściwym sobie stylu zakpił, że Polska jest „obrotowym przedmurzem”. Dziś należy powiedzieć dobitniej – stoczyliśmy się do roli obrotowej „bliskiej zagranicy”, której status wyznaczają ościenne potęgi, traktujące przestrzeń między Odrą a Bugiem jako strefę buforową i dzielące się w niej wpływami. Jak to w kondominium.

Gadający Grzyb

czwartek, 25 sierpnia 2011

Polska w strefie rażenia „rządu gospodarczego”


Czy polska w ramach paktu Euro Plus będzie musiała podporządkować się decyzjom przyszłego „rządu gospodarczego” strefy euro?



I. Formalizacja strefy „Deutsche Euro”.


Kanclerz Angela Merkel i prezydent Francji Nicolas Sarkozy ogłosili niedawno konieczność powstania „rządu gospodarczego” państw strefy euro. Cóż, skoro Niemcy i Francja na coś się decydują, to prędzej czy później wprowadzą zamierzenia w życie, oczywiście prezentując je jako wynik wspólnych ustaleń „wszystkich” zainteresowanych państw, które w poczuciu odpowiedzialności za losy Europy i tak dalej godzą się, akceptują, zwierają szeregi, tara rara, wpisz dowolne.


Rzecz jasna, ci pomniejsi gracze, szczególnie z południa Eurolandu, zostaną w ramach tzw. „duszenia w ciemnym pokoju” postawieni pod ścianą i uprzejmie ostrzeżeni, że w razie sprzeciwu nie będą mogły liczyć na transze pomocowe, gdy zaczną bankrutować na podobieństwo Grecji.


W ten oto sposób dopięty zostanie proces, który opisałem nie tak dawno w notce „Deutsche Euro”, mający na celu uczynienie z marki waluty prawdziwie globalnej i ukonstytuowanie „miękkiej” hegemonii polityczno-gospodarczej Niemiec w Europie (z pewnymi koncesjami na rzecz Francji i – proporcjonalnie – mniejszych gospodarczo państw i państewek, żeby sprawa toczyła się w miarę gładko). To spięcie potencjałów gospodarczych pod „aksamitnym” patronatem głównego rozgrywającego w UE w zasadzie dokonało się w momencie wprowadzenia do obiegu w 2002 roku eurowaluty w miejsce dotychczasowych walut narodowych. Teraz zostało tylko sformalizowanie i usystematyzowanie stanu faktycznego, do czego idealnego pretekstu dostarczyła plajtująca Grecja. Pieniądz służy temu, kto ma w jego sprawie najwięcej do powiedzenia – tym kimś były, są i będą Niemcy, a że współczesna „deutsche marka” nazywa się dla niepoznaki „euro”, to doprawdy, jedynie techniczny szczegół.


II. Europa dwóch prędkości.


Swoją drogą, tyle nas straszono powstaniem „Europy dwóch prędkości”, jeśli będziemy stawać okoniem i nie podżyrujemy grzecznie rozmaitych rozwiązań, które dawano nam do podżyrowania z traktatem lizbońskim na czele. Różni dobrzy wujkowie radzili, że powinniśmy „pozostawać w głównym nurcie”, bo jak nie, to „Europa” (w domyśle – ta „prawdziwa Europa”, czyli kraje dawnej piętnastki) się obrazi i pójdzie swoją drogą, wyrzucając nas na margines. Więc godziliśmy się, podpisywaliśmy różne szkodliwe bzdury, nie robiliśmy wbrew, zbierając pochwalne klepnięcia po plecach i całe pół kadencji Buzka w europarlamencie – a tu proszę, okazało się, że jak „Europa” (czyli Niemcy) uzna za korzystne zrobić sobie „dwie prędkości”, to i tak je zrobi, choćby pod postacią „rządu gospodarczego” de facto ustawiającego politykę gospodarczą całej Unii i nasze zasługi w wyczuwaniu dobrego momentu żeby siedzieć cicho nie mają tu nic do rzeczy.


Ale nie rozpaczajmy. Ta „pierwsza prędkość”, czyli kraje strefy euro, które chcąc nie chcąc wejdą do „rządu gospodarczego”, tracą właśnie resztki suwerenności polityczno-gospodarczej. Chyba przecież nikt się nie łudzi, że ich realna rola w owym rządzie będzie czymś więcej niż dostosowywaniem do lokalnej specyfiki woli wyrażonej przez niemieckiego hegemona wspieranego przez Francję, która bodaj jako jedyna może liczyć na jakieś realne ustępstwa w zamian za swe poparcie.


„Euro jest projektem politycznym” - wyznał kiedyś w przypływie szczerości były (?) agent KGB, a obecnie zawodowy euroentuzjasta Romano Prodi. Obecnie mamy niepowtarzalną okazję obserwować ujawnianie całej głębi, drugiego i trzeciego dna tamtej, niesłusznie zbagatelizowanej, wypowiedzi.


III. Euro Plus.


Chciałbym w tym momencie napisać, że nasza chata z kraja, że możemy sobie siedzieć i przypatrywać się, pogryzając popcorn, jak nieszczęśnicy, którzy wyrzekli się waluty narodowej na rzecz „euro-marki”, osuwają się w ostateczną zależność od ekonomiczno-politycznego, niemieckiego imperium. Tak niestety nie jest, albowiem decyzje „rządu gospodarczego” pod niemieckim patronatem będą rykoszetem biły również w nas i to z kilku względów.


Po pierwsze – generalnie, gospodarka to zespół naczyń połączonych, a w przypadku Unii Europejskiej nawet bardzo połączonych. Po drugie – Polska jest wręcz patologicznie uzależniona od koniunktury w Niemczech, które są naszym największym partnerem handlowym i który za rolę „adwokata” w procesie akcesyjnym do UE wystawiają nam nieustający rachunek na najróżniejszych polach. Po trzecie wreszcie – nasz Umiłowany Przywódca, który teraz podobno „rządzi Europą”, nie pytając nikogo o zdanie wprowadził nas do pokracznego, lecz potencjalnie bardzo niebezpiecznego tworu o nazwie „Euro Plus”.


Owo „Euro Plus” zwane uprzednio „Paktem na rzecz konkurencyjności” współtworzą kraje strefy euro i 6 państw spoza – Polska, Dania, Rumunia, Bułgaria, Litwa i Łotwa. Został on przyjęty podczas marcowego szczytu w Brukseli (noc 24/25.03.2011) i jest modyfikacją niemiecko-francuskiego porozumienia na rzecz konkurencyjności skierowanego pierwotnie do państw strefy euro. Co ciekawe, to właśnie Tusk, najwyraźniej przerażony „dwiema prędkościami” i pałając obsesją „pozostawania w głównym nurcie” wymógł ponoć na Angeli Merkel możliwość przystąpienia również krajów spoza strefy euro (stąd „Euro Plus”), która to niewczesna inicjatywa może już wkrótce odbić się bolesną czkawką.


IV. Euro Plus pasem transmisyjnym „rządu gospodarczego”.


Mówiąc w telegraficznym skrócie, największe niebezpieczeństwo z tymże Paktem związane polega na niedoprecyzowaniu czym on jest i do czego zobowiązują się jego członkowie – szczególnie ci pozostający poza eurolandem. Euro Plus ma bowiem charakter dość ogólnikowej deklaracji politycznej. Nakreślono pewne cele, takie jak ustawowe limity zadłużenia, reforma systemu emerytalnego, zwiększenie zatrudnienia, ograniczenie biurokracji czy powiązanie płac z produktywnością. Brzmi to racjonalnie i ma na celu m.in. zdyscyplinowanie zadłużających się ponad miarę państw z południa Europy, jednakże jak pokazuje doświadczenie, w Unii wszystko jest płynne i koniec końców Euro Plus może się okazać czymś zupełnie innym niż nam się z początku wydawało.


Obawa ta jest tym bardziej uzasadniona, że realizacja Paktu ma się „ucierać” na corocznych spotkaniach, zaś już teraz mówi się o wydłużaniu wieku emerytalnego i harmonizacji podatków, co zresztą współgra z deklaracją ze szczytu w Brukseli:



„Pakt Euro Plus (...) ma wzmacniać gospodarczy filar Europejskiej Unii Walutowej i osiągnąć nową jakość koordynacji polityki gospodarczej, celem poprawy konkurencyjności, i w ten sposób prowadzić do wyższego poziomu konwergencji" (wytł. moje)



Jeżeli dodamy, że teraz Niemcy z Francją ogłosiły konieczność powstania „rządu gospodarczego”, w skład którego wejdzie 17 państw strefy euro, które są zarazem trzonem paktu Euro Plus, to wkrótce może się okazać, że polityczny gest bez większych praktycznych konsekwencji jakim wydawał się Tuskowi nasz udział w Pakcie, stanie się dla nas pułapką, a Euro Plus przekształci się w „pas transmisyjny” za pomocą którego przyszły „rząd gospodarczy” (czyli w praktyce – Niemcy) będzie narzucał swe rozwiązania państwom nie należącym do eurolandu.


Możliwa jest zatem sytuacja, że decyzje podjęte przez „rząd gospodarczy” do którego nie należymy będą jakimś cudem obowiązywały również nas ze wszystkimi tego konsekwencjami. Tak oto znajdziemy się w bezpośredniej strefie rażenia owego „rządu” akceptując w imię mglistej „solidarności europejskiej” decyzje podjęte bez naszego udziału, tak jak bez udziału „polskiej prezydencji” europejscy możni porozumieli się w kwestii powołania „pierwszej prędkości”, pokazując przy okazji gdzie mają tę „europejską solidarność”.


Gdybym był naiwny, to sugerowałbym rządowi jeśli nie wystąpienie z Paktu, to przynajmniej wysłanie przy pierwszej nadarzającej się okazji mocnego sygnału, że nie będziemy respektować ustaleń podjętych za naszymi plecami. Ale naiwny nie jestem, więc nie sugeruję, bo na samą myśl o takiej „euro-zbrodni” i to podczas „prezydencji” naszym mężykom stanu robi się zapewne ciemno przed oczami.


V. Euro-prezydencja.


Tak już na zakończenie – rząd Platformy miał dość naiwny zamiar dojechać do wyborów na fali europrezydencji. Miały być szczyty, sznyty, flesze, spotkania, potrząsanie grabkami, klepanie po pleckach i ramionkach, uśmiechy do kamer – wszytko odpowiednio nagłośnione propagandowo przez reżimowe mediodajnie, tak by otumaniona ludność tubylcza odniosła wrażenie, że dzięki naszym mężykom stanu liczymy się w Europie, że nas lubią, cenią, szanują... A tu skucha. Okazało się, że jak przychodzi do rozwiązywania naprawdę poważnych problemów, to spotyka się Merkel z Sarkozym i nawet gest wiernopoddańczej lojalności w postaci przystąpienia do owego nieszczęsnego „Euro Plus” nie powstrzymuje możnych przed pokazaniem „europrezydentom” co to „rządzą Europą” gdzie jest ich miejsce. Nasze mediodajnie pojęły to w mig, bowiem o tuskowej prezydencji zrobiło się cichutko niemal natychmiast po wybrzmieniu ostatnich dźwięków inauguracyjnego koncertu i szczekaczki wzięły się za roztrząsanie innych tematów.


A biedny Donio, co to wyobrażał sobie, że zostanie zaproszony na salony, musiał obejść się smakiem i ukradkiem wycierając smarki przeboleć, że Merkel i Sarkozy nie chcieli go nawet do parzenia herbaty i podawania paluszków. Nie pozwolili mu również siedzieć w ustawionym gdzieś w kącie dziecięcym kojcu i kręcić kolorowym bączkiem. Trudno się dziwić – gdy dorośli zaczynają rozmawiać o poważnych sprawach, to dzieci zostają grzecznie acz stanowczo wyproszone za drzwi.


Gadający Grzyb