czwartek, 29 października 2015

Wampiryzm energetyczny

Okazuje się, że jesteśmy przodownikami w dziedzinie „solidarności energetycznej” - tyle, że niekoniecznie z własnej woli.

Ubawiło mnie stwierdzenie premier Ewy Kopacz podczas debaty Beatą Szydło, iż Platforma intensywnie protestowała przeciw gazociągowi Nord Stream. Politycy wprawdzie uważają, że wyborcy mają pamięć rybki akwariowej, ale tak się składa, że moja pamięć jakoś uporczywie nie chce stosować się do tej reguły i w odpowiedzi na tak bezczelne łgarstwa jak to wygłoszone przez panią premier, wracają do mnie obrazki z przeszłości. Na przykład obrazek Radosława Sikorskiego chwalącego się, jak to „wynegocjował” z kanclerz Merkel, że gdy naprawdę, ale to naprawdę okaże się, iż Gazociąg Północny blokuje tor podejściowy do gazoportu w Świnoujściu, to wówczas rozważone zostanie „przesunięcie” podmorskiej rury. Dla każdego, kto choćby pobieżnie interesował się tematem oczywiste jest, że ze strony kanclerz Merkel była to kpina w żywe oczy, rzucona na odczepnego, zaś przedstawianie owej kpiny przez polskiego ministra w kategoriach dyplomatycznego sukcesu miało wartość równą poszukiwaniu „katarskiego inwestora” dla stoczni. Innymi słowy – Niemcy potraktowały polski rząd jak śmiecia, a polski rząd potraktował Polaków jak idiotów.

Jak to wyglądało naprawdę przedstawił Piotr Naimski w komunikacie wystosowanym do mediów. W skrócie – PiS podejmował na forum unijnym szereg starań o storpedowanie Nord Streamu, angażując m.in. Parlament Europejski, Danię, Litwę, wskutek czego budowa gazociągu uległa znacznemu opóźnieniu o zwiększonych kosztach nie wspominając. Działania te po 2007 zostały przez rząd PO-PSL poniechane, zaś symbolicznym finałem było rozwiązanie 9 lipca 2010 Zespołu do Spraw Polityki Bezpieczeństwa Energetycznego. Jak można mniemać, w przypadku zachowania władzy przez PO również i wobec Nord Stream 2 polski rząd nie podejmie żadnych konkretnych inicjatyw, tym bardziej, że kanclerz Merkel jasno dała do zrozumienia podczas niedawnego spotkania z europarlamentarną frakcją EPL, iż nie życzy sobie wysuwania jakichkolwiek obiekcji, stwierdzając krótko: „to czysto komercyjne przedsięwzięcie i najważniejsze, że dodatkowy gaz będzie płynął do Europy”. Tyle zostało z szumnych zapowiedzi budowania wspólnej polityki energetycznej. Został po niej, jak na ironię, „prikaz” dekarbonizacji rujnujący nasze górnictwo, energetykę i utrącający konkurencyjność polskiej gospodarki. Wygranym będą oczywiście Niemcy jako eksporter „zielonych” technologii i finalny odbiorca eurofunduszy. Wyglądać będzie to następująco: my „pozyskamy” unijne środki na jakieś nieopłacalne inwestycje w eko-bzdury, zapożyczając się dodatkowo na „wkład własny”, po czym zakupimy w Niemczech te wszystkie wiatraki – i tą drogą pieniądze z Unii wylądują w kieszeni niemieckich firm, które zapłacą podatek niemieckiemu rządowi, my zaś zostaniemy z długami. Istny wampiryzm.

Ale to nie wszystko. Okazuje się bowiem, że jesteśmy przodownikami w dziedzinie „solidarności energetycznej” - tyle, że niekoniecznie z własnej woli, co podniesiono na trwającym właśnie warszawskim Kongresie Nowego Przemysłu. Mianowicie, Niemcy od lat rozbudowują farmy wiatrowe na północy kraju, tyle że kompletnie ignorują potrzebę rozwoju sieci przesyłowych, które transportowałyby energię znad Bałtyku na południe - do centrów przemysłowych w Bawarii, Badenii-Wirtembergii oraz Austrii. W efekcie, „nadmiarowy” prąd, którego nie są w stanie zaabsorbować sieci niemieckie trafia w niekontrolowany sposób tam gdzie jest w danej chwili najmniejszy fizyczny opór – a tak się składa, że są to przede wszystkim sieci przesyłowe Polski oraz Czech. Taką właśnie okrężną drogą energia dociera na południe Niemiec, powodując u nas po drodze przeciążenia i groźbę blackoutów. Nasza sieć jest niedoinwestowana i w związku z tym mniej stabilna, w skrajnych przypadkach trzeba wyłączać elektrownie, co wiąże się z kosztami. No i jeszcze jedno – Niemcy za wymuszone w ten sposób „usługi przesyłowe” nie płacą nam złamanego eurocenta.

Dlaczego tak się dzieje? Otóż Niemcy nie chcą sobie szpecić krajobrazu trakcjami przesyłowymi. Linie wysokiego napięcia rażą bawarskie poczucie estetyki. Każda inwestycja tego typu spotyka się z miejsca z masowymi społecznymi protestami – i rząd często się cofa, bo w sumie, skoro ma do dyspozycji sieci sąsiadów... Tymczasem chodzi o budowę raptem dwóch „autostrad energetycznych” na osi północ-południe. Jaka jest skala zjawiska? Polskie Sieci Energetyczne oceniają, iż w ten sposób do samej tylko Austrii trafia ok. 50 proc. nadbałtyckiej energii, co wiąże się z zagrożeniem dla granicznych transformatorów. Problem zresztą nie jest nowy, tego typu informacje pojawiają się od lat, tak jak od lat mówi się o zamontowaniu przesuwników fazowych mogących w razie przeciążenia odciąć nasz system przesyłowy od Niemiec. W 2012 roku oceniano koszt montażu takich przełączników na polsko-niemieckiej granicy na ok. 100 mln euro. Teraz również się o tym mówi. I jeśli nic się nie zmieni, będzie się o tym mówić przez kolejne lata... A my będziemy po staremu dokarmiać niemieckiego wampira.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” -------> http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/2678-pod-grzybki-po-i-przed-wynikowe

Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 43 (23-29.10.2015)

Dzień gniewu

Nasza rola nie kończy się na wrzuceniu wyborczej kartki – przeciwnie, ona wtedy dopiero się zaczyna.

(Notka jeszcze przed-wyborcza.)

Straciłem bezpowrotnie kilkadziesiąt minut życia na debatę Kopacz-Szydło i choćbym się skichał płynnym miodem, nie wycisnę z tego „eventu” materiału na felieton. Ogólnie – nuda, przewidywalność, bezbarwność, podwójna garda, tudzież uniki połączone z „obtańcowywaniem” przeciwnika. I pomyśleć, że to kobiecy boks uchodzi za bardziej spontaniczny i mniej wyrachowany od męskiego... No dobrze, Ewa Kopacz udowodniła, że po relanium popitym nalewką na ziółkach z piersiówki Miśka Kamińskiego jest w stanie mówić bez tej charakterystycznej, nerwowej drżączki, która zdążyła się już stać jej znakiem rozpoznawczym. Ale umówmy się – w pojedynku na „siłę spokoju” nikt nie ma szans z Beatą Szydło, która momentami sprawia wręcz wrażenie dopiero co wybudzonej z głębokiej narkozy. Obie panie mówiły to co chciały powiedzieć, lub czego je wyuczono, nie przejmując się zanadto treścią zadawanych im pytań, zatem decydujący był przekaz pozawerbalny. Niech będzie zatem remis ze wskazaniem na bardziej „poukładaną” Beatę Szydło, która poza tym celnie wypunktowała ignorowanie przez PO obywatelskich inicjatyw ustawodawczych i wniosków o referenda. Chociaż byłoby lepiej, gdyby wzorem Andrzeja Dudy przyniosła Ewie Kopacz jakiś upominek – na przykład postawiła na pulpicie pani premier oprawione w ramkę zdjęcie Donalda Tuska z którym Kopacz konsultowała się przed debatą podczas ostatniego szczytu UE.

Gdybym był wyborcą niezdecydowanym, to paradoksalnie po tak mdłym widowisku zacząłbym rozważać oddanie głosu na któryś z pozostałych komitetów. I tu dopiero zaczyna robić się ciekawie, bo o ile debata w bezpośrednim układzie sił PO-PiS niczego nie zmieni, to skorzystać na niej mogą właśnie ci nieobecni – ZLEWozmywak, Razem, Nowoczesna, KORWIN, kukizowcy – w zależności od rozkładu sympatii wahającego się elektoratu ocenianego na ok. 300 tys. osób. Część z nich zapewne prześlizgnie się ponad pięcioprocentową gilotyną, pozostaje więc pytanie, czy uda im się stworzyć koalicję „wszyscy przeciw PiS”, czy jednak to Prawo i Sprawiedliwość osiągnie samodzielną większość – bo właśnie o to w ostatecznym rozrachunku toczy się finałowa batalia.

Przyznam się, że byłem sceptyczny co do scenariusza uzyskania przez PiS bezwzględnej większości, traktując takie zapowiedzi bardziej jako wyraz chciejstwa bezkrytycznych partyjnych kibiców i urzędowy optymizm działaczy. Dlatego właśnie do pewnego momentu wiązałem nadzieje z ugrupowaniami antysystemowymi, ze szczególnym uwzględnieniem narodowców i Kukiza, widząc w nich logiczne dopełnienie obozu zmiany i siłę dyscyplinującą z radykalnych pozycji główną partię opozycyjną. Jednak, by antysystemowe inicjatywy miały polityczny sens, musiałyby pójść do wyborów w jednym bloku. Niestety, kieszonkowi mężykowie stanu okazali się niezdolni do patrzenia dalej niż czubek własnego nosa i wyjścia poza niszowe, kanapowe szyldy. Do tego doszło obustronne okładanie się na linii antysystemowcy – propisowskie media, czego najdobitniejszym przykładem było słynne przesłuchanie Kukiza w TV Republika. Żenujące awantury przy układaniu list wyborczych komitetu Kukiz'15 dopełniły obrazu degrengolady.

W tej sytuacji, zwłaszcza biorąc pod uwagę obowiązującą ordynację wyborczą, trzeba sobie jasno powiedzieć, że głosy rozparcelowane między antysystemowe komitety będą głosami straconymi. Gra na samodzielną większość Prawa i Sprawiedliwości stała się – zresztą, na własne życzenie antysytemowców – jedyną racjonalną opcją, czy nam się to podoba, czy nie. Pojawia się zatem pytanie – czy społeczna frustracja i odrzucenie rządów obecnej kliki są na tyle szerokie, a zarazem na tyle zdroworozsądkowe, by utorować drogę do władzy partii Jarosława Kaczyńskiego bez rozmywania się w politycznych marginaliach? Potrzebny jest nam dzień gniewu, dzień obywatelskiego wzmożenia – lecz bez sekciarskiego zaślepienia, by nie wyprowadzać ciosów na oślep, ryzykując tym samym rozproszenie energii. W przeciwnym razie będziemy mieli albo szarpaninę rządu mniejszościowego (na co mam nadzieję Jarosław Kaczyński nauczony doświadczeniem lat 2005-2007 nie pójdzie), albo formowanie niepewnej koalicji, bądź wyłuskiwanie pojedynczych szabel z innych ugrupowań (co również jest stąpaniem po ruchomych piaskach), lub rządy przedstawicieli skleconego z PO, partii Petru i ZLEW-u zdegenerowanego obozu beneficjentów III RP. To ostatnie nie byłoby zresztą najgorsze, oznaczałoby bowiem wyczerpanie przez system ostatnich rezerw, ostateczną kompromitację postmagdalenkowego układu i przedterminowe wybory – tyle, że Polski szkoda. Dlatego mimo wszystko liczę na mądry gniew obywateli. Niech ten 25 października stanie się przypieczętowaniem procesu zapoczątkowanego wygraną Andrzeja Dudy. Potem zaś pilnujmy jako wyborcy, by partykularne interesy wyposzczonego partyjnego aparatu nie wzięły góry nad interesami Polski. Nasza rola bowiem nie kończy się na wrzuceniu wyborczej kartki – przeciwnie, ona wtedy dopiero się zaczyna.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” -------> http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/2678-pod-grzybki-po-i-przed-wynikowe

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 43 (23-29.10.2015)

piątek, 23 października 2015

Cisza przed wojną

Obecny zgiełk kampanii w porównaniu z tym, co się rozpęta po wyborczym wieczorze jest jedynie ciszą przed burzą.

I. Droga ku kondominium

Wiem, że już o tym pisałem, ale sądzę, że warto tuż przed wyborami pewne sprawy przypomnieć, by kampanijna ekscytacja nie przesłoniła nam właściwych kontekstów i proporcji. Otóż, gdy po dwuletniej szarpaninie PiS zdecydował się na przedterminowe wybory, do gry postanowiły wkroczyć Niemcy uznając najwyraźniej, że pora „na twardo” zainstalować w Warszawie swoją polityczną ekspozyturę w charakterze kolonialnych nadzorców gwarantujących, że Polska nie będzie sprawiać więcej kłopotów. Mechanizm zdobycia władzy opisał śp. Jacek Maziarski („Rewizor”) w swym legendarnym tekście „Jak zmanipulowano wybory 2007 roku”. W skrócie – Niemcy uruchomili afiliowaną przy CDU Fundację Adenauera, ta zaś za pośrednictwem swego kolaboranta-podwykonawcy, czyli Forum Obywatelskiego Rozwoju należącego do Leszka Balcerowicza sformowała „Koalicję 21 października” grupującą kilkaset podmiotów, które z kolei wystartowały z akcją „Zmień kraj, idź na wybory” z pamiętnym hasłem „zabierz babci dowód”. W efekcie, zmobilizowano 3 mln młodych ludzi – czyli grupę docelową akcji - którzy gremialnie zagłosowali na Platformę, przesądzając o wyniku wyborów.

Na powyższe nałożyło się słabnięcie pozycji USA w Europie Środkowo-Wschodniej – administracja George'a W. Busha była już praktycznie na wylocie, za oceanem czuło się wiatr zmian spersonifikowany wkrótce w osobie Baracka Obamy i jego „change”. Bushowi zależało już w zasadzie na jednym – dopiąć projekt tarczy antyrakietowej, tak, by jego następca nie mógł się z niego wycofać. I właśnie na sabotowaniu amerykańskiej tarczy skupiła się polityka zagraniczna ekipy Tuska w pierwszym okresie rządów. Przyjęto taktykę „przeczekać Busha” i dotrwać do zmiany warty w Waszyngtonie, co z oczywistych względów było na rękę Niemcom i Rosji. Wreszcie, symbolicznego 17 września 2009 nastąpiło ostateczne przyklepanie przez Obamę jego „resetu” w relacjach z Rosją – czyli oficjalne wycofanie się USA z projektu tarczy, co równało się rezygnacji Stanów Zjednoczonych z prowadzenia czynnej polityki w naszej części Europy (w domyśle – w zamian za ustępstwa Kremla w innych częściach świata). Innymi słowy – Niemcy i Rosja dostały wolną rękę w kształtowaniu swoich stref wpływów. Droga do budowy Mitteleuropy i Eurazji stanęła otworem. Tak oto wkroczyliśmy w epokę niemiecko-rosyjskiego kondominium.

II. Kolonia niemiecko-rosyjska

Każdy z naszych zarządców spożytkował sytuację na swój sposób. Putin wykorzystał okazję, by do spółki z ludźmi WSI zlikwidować Lecha Kaczyńskiego i patriotyczną elitę (będę się upierał, że gdyby nie „reset” Obamy, Rosjanie na zamach w Smoleńsku by się jednak nie odważyli – Obama, świadomie lub nie, wydał na Kaczyńskiego wyrok śmierci) oraz ulokować Komorowskiego jako „swojego człowieka pod żyrandolem”. Merkel natomiast dokończyła przekształcanie naszego kraju w ekonomiczną przybudówkę Niemiec pod zarządem Tuska. Nawiasem mówiąc, tłumaczyłoby to nagłą „rezygnację” Donalda Tuska z ambicji prezydenckich. Zapewne wytłumaczono mu, iż logika układanki wpływów wymaga, by „duży pałac” pozostawał w gestii Moskwy.

Relacje niemiecko-rosyjskie przypieczętowane budową Nord Streamu przeżywały rozkwit. My ze swej strony posłusznie zrezygnowaliśmy z regionalnych aspiracji na rzecz „polityki piastowskiej”, „płynięcia z głównym nurtem UE”, tudzież „hołdu berlińskiego”, wyrzekając się tym samym podmiotowości na rzecz statusu kolonialnego. Odzwierciedleniem powyższego był również tuskowy „mini-resecik” w relacjach z Moskwą, szczególnie po zamachu smoleńskim – Niemcy chciały mieć „spokój na dzielnicy” i go otrzymały. Co szczególnie przykre, w ów „resecik” dał się wmanipulować także polski Kościół podpisując z rosyjską Cerkwią w 2012 roku „Wspólne Przesłanie do Narodów Polski i Rosji”, którego sygnatariuszami byli abp. Józef Michalik oraz agent KGB, patriarcha Cyryl. Abp. Michalik w wywiadzie dla KAI stwierdził wówczas: „jestem absolutnie przekonany, że na obecnym etapie nie możemy tego kroku nie uczynić”.

Rzecz jasna, wykonawcami tej polityki na polskim podwórku były „bezpieczniackie watahy”, jak określa Stanisław Michalkiewicz różne sitwy tajnych służb zarządzające Obozem Beneficjentów i Utrwalaczy III RP, na który to obóz składa się sprzedajna klasa polityczna, media, koterie biznesowe – słowem, szeroko rozumiany aparat władzy wraz z przybudówkami. Owe hordy, zakorzenione w głębokim PRL-u i reprodukujące się w kolejnych pokoleniach mają cudowną właściwość przewerbowywania się pod skrzydła kolejnych protektorów w zależności od aktualnej geopolitycznej koniunktury – równie dobrze mogą wysługiwać się Moskwie, Berlinowi jak i Waszyngtonowi. Oczywiście, czasem dochodzi do wojen tych mafijnych klanów o, mówiąc Szmaciakiem, „forsę i włości”, co na zewnątrz objawia się różnymi politycznymi paroksyzmami, ale zasada ich funkcjonowania pozostaje niezmienna, podobnie jak „organizatorska rola” naszego życia, z przeproszeniem, publicznego.

III. Wyrok na Platformę

I tu pomału dochodzimy do spraw teraźniejszych. Ni z tego ni z owego bowiem Niemcy i Rosja pożarły się przy podziale łupów – poszło mianowicie o Ukrainę i rozgraniczenie Mitteleuropy oraz Eurazji. Widomym znakiem toczącego się sporu było przeciąganie Janukowycza pomiędzy Unią Europejską a rosyjską Unią Celną. Jak wiemy, Janukowycz został przez Putina skutecznie zdyscyplinowany, na co Niemcy odwinęły się Majdanem i osadzeniem na kijowskim stolcu człowieka Angeli Merkel, czyli Petro Poroszenki. Rosja odpowiedziała aneksją Krymu i wojną w Donbasie... i w tym momencie kanclerz Angela mimo wszystkich sankcji, formatów normandzkich itd. poczuła, że jednak ma zbyt krótkie ręce. Potrzebowała sojusznika – na takowego zaś nadawały się jedynie Stany Zjednoczone, które w międzyczasie zdążyły już zmontować na Ukrainie własną frakcję uosabianą przez premiera Jaceniuka. USA zresztą postanowiły generalnie powrócić do aktywnej polityki w Europie Środkowo-Wschodniej flankując Rosję, która nie pozwalała rozwinąć im w pełni skrzydeł na Bliskim Wschodzie, ze szczególnym uwzględnieniem Syrii. Jednak, by takie zaangażowanie miało ręce i nogi, Waszyngton potrzebował spełnienia podstawowego warunku: na bezpośrednim zapleczu ukraińskiego frontu, czyli w Warszawie, muszą rządzić „nasze sukinsyny”. Jak mniemam, taki właśnie warunek postawiono Angeli Merkel - i ta, rada - nierada, musiała nań przystać, wskutek czego na fali wznoszącej znalazł się tradycyjnie sprzyjający Amerykanom PiS, upatrujący w USA zabezpieczenia przeciw Rosji i politycznego „dopalacza” windującego naszą regionalną pozycję.

Skoro ze świata popłynął właśnie taki sygnał, to przynajmniej część naszych bezpieczniackich hord postanowiła na powrót przewerbować się na amerykański jurgielt i rozpoczęła krzątaninę przygotowującą zmianę władzy. Sądzę, iż odpalenie oraz konsekwentne „grzanie” „afery taśmowej” jest właśnie elementem takiej podgatowki. Angela Merkel ewakuowała jeszcze Donalda Tuska do Brukseli na dekoracyjną posadę „prezydenta Europy”, dbając tym samym, by nie spłonął w ogniu krajowych walk politycznych, bo w przyszłości może się jeszcze na polskim odcinku przydać, jednak sama Platforma skazana została na zatonięcie. Pierwszą konkretną ofiarą nowego rozdania stał się Bronisław Komorowski, który jako polityczny relikt po epoce niemiecko-rosyjskiego kondominium tylko zawadzał i nie było żadnych powodów, by trzymać go na kolejną kadencję. Co ciekawe, sam Komorowski najprawdopodobniej kompletnie nie zdaje sobie sprawy czego tak naprawdę padł ofiarą i potrafi tylko bredzić o „fali nienawiści”.

IV. Cisza przed wojną

Pojawia się pytanie – czy Waszyngton postawi na oddanie PiS-owi pełni władzy, czy też będzie chciał zachować na wszelki wypadek „pakiet kontrolny” w postaci zmuszenia PiS do utworzenia rządu mniejszościowego, bądź jakiejś niewygodnej koalicji? Z amerykańskiego punktu widzenia istnieje ryzyko, że uzyskanie absolutnej większości przez obóz patriotyczny może skutkować urwaniem się Polski ze smyczy i prowadzeniem samodzielnej polityki, to zaś Wujowi Samowi jest potrzebne jak dziura w moście. Jak niedawno stwierdził Jerzy Targalski w rozmowie w Niepoprawnym Radiu PL – Amerykanie uwielbiają przewerbowaną agenturę. Zbyt samodzielny sojusznik to zbędny kłopot.

I w tym momencie dochodzimy do sedna – 25 października warto spłatać naszemu „strategicznemu sojusznikowi” figla i dać PiS-owi (przy wszystkich jego wadach) samodzielną większość. Tylko w ten sposób możemy mieć szansę na realne wyemancypowanie się spod wpływów różnych handlujących nami „patronów”. Trzeba mieć bowiem świadomość, że obecny układ i stojąca za nim część bezpieki nie poddadzą się bez walki. Zaraz po wyborach rozpocznie się wojna. Tak, tak – prawdziwa wojna dopiero przed nami. Obecny zgiełk kampanii w porównaniu z tym, co się rozpęta po wyborczym wieczorze jest jedynie ciszą przed burzą. I dlatego warto na tę wojnę wyposażyć naszą polityczną armię w jak największą liczbę szabel.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

Kolej na Ewę

Czy Dukaczewski dziś również chłodzi szampana?

Opuścić Eurokołchoz

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 41 (21-27.10.2015)

Pod-Grzybki 25

Panika! Córka doktor Ewy zagroziła emigracją w przypadku zwycięstwa PiS. Zięć pani premier, Kanadyjczyk o swojskim imieniu Andriy, ponoć bardzo się ucieszył, bo ostatnio zszarpane nerwy teściowej coraz bardziej dają się rodzinie we znaki i zaproponował nawet, że na tę emigrację mógłby udać się w zasadzie już dziś, bo po co odwlekać nieuchronne, lecz małżonka zapowiedziała, że w razie wyjazdu zabiera ze sobą również mamusię. No tak, w oparach politycznych frustracji doktor Ewy, nawet „Kanada pachnąca żywicą” traci urok. Andriy, chłopie, ogarnij się i jak to powiadają w kręgach zbliżonych do teściowej – „go west”!

*

Histeria! Tomas Lis w wywiadzie dla „Wyborczej” lamentuje, że PiS odbierze mu Polskę. Nie wiem jak Państwo, ale ja gorąco kibicuję medialnej aktywności pana Tomasza – jeszcze trochę takich wynurzeń czynionych z pozycji właściciela III RP, a ludzie sami „temi rencyma” oderwą was od koryta.

*

Wypowiedzi zarówno premierczykowianeczki jak i pana Tomasza przypomniały mi wpis internetowy Poli Lis, która kilka miesięcy temu w przypływie szczerości wyznała, iż jej zdaniem nie ma tu miejsca na obiektywizm, bo toczy się wojna o przetrwanie. Najwyraźniej ci ludzie tak zrośli się ze swym statusem klasy uprzywilejowanej, że zwyczajnie nie wyobrażają sobie funkcjonowania między gminem. Ten dojmujący lęk przed deklasacją jest zresztą cechą wspólną tych, co - mówiąc Tuwimem - „mieszkają dziś w pałacach, a srać chodzili pod chałupę”. Albowiem gmin śmierdzi wódką i cebulą, zagłuszając kwietne odory resortowej progenitury dla której dobrostanu urządzano „ten kraj” przy Okrągłym Stole.

*

My tu się podniecaliśmy jak głupi nic nie znaczącym wystąpieniem prezydenta Dudy w ONZ, a wszak mieliśmy prawdziwy międzynarodowy sukces. Komorowski i „Waleza” wypromowali w Stanach kantor „cinkciarz.pl”. Cóż, przypomnę tylko, że gdzie cinkciarze, tam są i esbecy, co idealnie harmonizuje z zaszłościami „Bolesława” oraz inklinacjami Bronka do wojskowej bezpieki. Chociaż może to i lepiej, że nasz narodowy Bul wybrał się do Kolumbowej Hameryki – w Warszawie trwa bowiem Konkurs Chopinowski. Jeszcze wpadłoby mu do głowy uświetnić występy przemową o armatach ukrytych w krzakach, a konkurs znowu wygrałby jakiś Rusek... Masz rację Bronek – siedź w tym Chicago i pooglądaj se koszykówkę. Działonowy Chopin i jego armaty poczekają.

*

Złe języki doniosły, że „Misiek” Kamiński spala się w ogniu kampanii do tego stopnia, że już od wczesnych godzin musi koić skołatane nerwy browarem i gorzałą. Tym samym wyjaśniło się dlaczego doktor Ewa zataczała się na czerwonym dywanie podczas słynnej wizyty w Berlinie. Kobiecina była tak stremowana wizją spotkania z Cesarzową Angelą, że golnęła sobie dla kurażu z piersiówki Kamińskiego – a że głowa słabsza, niż u dążącego do przejścia na alkoholowe zawodowstwo Miśka, to i nóżki jej się rozjechały. Na szczęście Angela wzięła doktor Ewę pod mankiet i odprowadziła na wytrzeźwiałkę.

Gadający Grzyb
Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 41 (21-27.10.2015)

czwartek, 22 października 2015

Taran integracyjny

Napływ imigrantów staje się rodzajem „integracyjnego tarana” rozbijającego i tak już mocno nadwątloną podmiotowość państw narodowych.

Przez media przemknęła z szybkością meteoru informacja o planach wprowadzenia specjalnego, ogólnoeuropejskiego podatku na „uchodźców” - i równie szybko jak meteor zgasła. Niesłusznie, bo tego typu sygnałów nie wolno żadną miarą lekceważyć. Przypomnijmy, iż doniesienie opublikował niemiecki dziennik „Sueddeutsche Zeitung” i dotyczyło ono nieformalnych rozmów, które w sprawie unijnego spec-podatku miały się toczyć między niemieckim rządem a Komisją Europejską, natomiast przeciek nastąpił podczas obrad Międzynarodowego Funduszu Walutowego w Limie. Podatek, którego inicjatorem był Wolfgang Schaeuble, miałby przybrać formę zwiększonej akcyzy na paliwo lub podwyżki VAT, wpływałby bezpośrednio do unijnego budżetu i nazywałby się „opłatą solidarnościową”, tudzież „dodatkiem solidarnościowym”. Pozyskane w ten sposób środki przeznaczone zostałyby na zabezpieczenie zewnętrznych granic Unii Europejskiej, pokrycie kosztów utrzymania imigrantów, oraz na pomoc bezpośrednio w krajach ich pochodzenia.

Doprawdy, paradne. Oto niemiecki rząd ponad głowami krajów członkowskich dogaduje się po cichu ze swą unijną ekspozyturą, jaką de facto jest Komisja Europejska, jak by tu przymusić resztę Europy do okazania „solidarności”. Mechanizm jest podobny jak w przypadku „kwot” imigracyjnych – Berlin przerzuca na resztę kontynentu konsekwencje własnej polityki i radosnej nieodpowiedzialności „mutter Angeli” zapraszającej muzułmańskie hordy, z którymi już na obecnym etapie Niemcy nie są w stanie sobie poradzić. Brukseli oczywiście w to graj, bo w ten sposób po raz pierwszy w historii dysponowałaby własnymi środkami, niezależnymi od składek członkowskich i pieniądze te – przynajmniej teoretycznie - pozostawałyby w jej wyłącznej dyspozycji. A gdzie pieniądze, tam i realna władza.

Oczywiście, gros tej realnej władzy przypadłoby Berlinowi, w praktyce bowiem to Niemcy decydowałyby o podziale, mielibyśmy zatem wzmocnienie tendencji utwierdzania niemieckiej dominacji za pomocą unijnych instytucji - niemniej nawet taki okrojony splendor jest dla brukselskich czynowników kuszący. Nie trzeba dodawać, iż „solidarnościowy” dodatek popłynąłby w znacznej mierze do budżetu federalnego, bowiem już teraz koszty niemieckich władz centralnych, landów i samorządów związane z przyjmowaniem imigrantów szacowane są na 20 mld. euro. Nic dziwnego, że Niemcy za pomocą „solidarnościowego” podatku postanowiły sobie wydatki te powetować. Nie ma co, niezły plan – Niemcy ustalają euro-daninę, której same byłyby największym beneficjentem...

Poza wszystkim innym, gdyby udało się przeforsować opisywane tu rozwiązanie, byłoby ono kolejnym krokiem na drodze do „zacieśniania integracji”, czytaj – konsekwentnego pozbawiania członków UE kolejnych obszarów suwerenności. W tym kontekście, napływ imigrantów staje się rodzajem „integracyjnego tarana” rozbijającego i tak już mocno nadwątloną podmiotowość państw narodowych na rzecz budowy współczesnego odpowiednika „Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego”, czy też wręcz „IV Rzeszy”, jak niektórzy określają drogę, którą podąża dziś Unia. Całkiem niedawno słyszeliśmy o projektach powołania europejskiej straży granicznej (znów: wyjęcie istotnej kompetencji spod władzy poszczególnych państw) i wspólnotowy podatek jawi się tu jako logiczne dopełnienie tamtego pomysłu. Propozycję zgłosił niezawodny w takich sytuacjach człowiek Merkel w Brukseli, czyli Donald Tusk, po drodze zyskała ona już nazwę Europejskiego Korpusu Straży Granicznej – i w czwartek 15 października na szczycie Wspólnoty będzie tematem rozmów. Warto dodać, że jeszcze przed kryzysem imigracyjnym Jean-Claude Juncker postulował sformowanie europejskich sił zbrojnych – innymi słowy, jak nie kijem, to pałką, a że obecna sytuacja sprzyja tego typu rozwiązaniom, więc postanowiono kuć żelazo póki gorące, bo gdy fala imigranckiego tsunami opadnie, może być już za późno.

Koniec końców, być może na skutek przecieku, Angela Merkel oficjalnie odżegnała się od zamiarów wprowadzania euro-podatku. Z drugiej strony, niewykluczone, że przeciek był celowy i stanowił rodzaj balona próbnego, na ile spanikowana Europa byłaby gotowa poprzeć takie rozwiązanie. Okazało się, że jeszcze póki co, wiązałoby się to ze zbyt dużym politycznym ryzykiem, więc Merkel wycofała się rakiem, choć, jak zauważa „Sueddeutsche Zeitung”, byłby to „duży krok” w kierunku większej integracji UE. Nie miejmy jednak złudzeń – tego typu próby będą systematycznie ponawiane aż do skutku, tak jak do skutku prowadzono projekt europejskiej „konstytucji”, którą przeforsowano ostatecznie pod nazwą Traktatu Lizbońskiego, każąc opornym ponawiać głosowania dopóki nie zostanie osiągnięty zadowalający rezultat i jak mimo sprzeciwu Czech, Słowacji, Węgier i Rumunii przepchnięto „kwoty” uchodźców, obchodząc za sprawą prawnego kruczka możliwość veta. Naprawdę, gdy bierze się za coś „wspólna Ojropa” nie można być pewnym dnia ani godziny, najwyższa więc pora na ewakuację, zanim zduszą nas ze szczętem.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/2635-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 42 (16-22.10.2015)

Imigranci chędożą Europę

Męczeństwo z rąk muzułmańskich watah prędzej czy później spotkać może także różne frywolne „biskupki” i „pastorałki”.

„Panowie, kiełbasy w górę i golimy frajerów!” - ten cytat z klasyka polskiej myśli szkoleniowej, trenera Janusza Wójcika, mógłby śmiało stać się mottem zagnieżdżających się w Europie kolejnych hord imigrantów. Już nawet „Szechter Cajtung” w swych korespondencjach z Niemiec nie jest w stanie ukrywać lawinowo narastającego problemu, na który składają się totalne lekceważenie jakichkolwiek norm obowiązujących w europejskiej przestrzeni kulturowej, awantury w ośrodkach dla uchodźców, pobicia, zamieszki i coraz częstsze gwałty. Nie znaczy to oczywiście, że wspomniany „Cajtung” odblokował możliwość komentowania pod materiałami dotyczącymi przybyszów - co to, to nie - ale wraz z napływem doniesień zza naszej zachodniej granicy daje się zauważyć opadający nieco poziom propagandowego wzmożenia. Imigranci nie są już jednoznacznie przedstawiani jako dobrodziejstwo wzbogacające Europę, a postępowa agitacja stopniowo ustępuje pod naporem nieubłaganej rzeczywistości. Trudno zresztą, by było inaczej, skoro sami Niemcy przyznają, że zwyczajnie nie dają sobie rady. Najeźdźcy na każdym kroku okazują bezbrzeżną pogardę swym gospodarzom i regułom społecznego współżycia, za to coraz agresywniej domagają się tego, po co tu przyjechali – okupu, zwanego socjalem i to na odpowiednim do ich oczekiwań poziomie. W końcu nie po to zasiedlają tę ziemię na chwałę Allaha, by nic z tego nie mieć – choćby mieszkania w odpowiednim standardzie i lokalizacji, jedzenia pod nos oraz sutego zasiłku do rączki. A skoro rozlazłe, obezwładnione lewacką indoktrynacją europejskie cioty gotowe są nawet wykwaterowywać z komunalnych mieszkań własnych obywateli, by przychylić nieba synom Proroka, to wszak tylko głupi by nie skorzystał i nie domagał się wielkim głosem o więcej.

Czynniki oficjalne z rządem Angeli Merkel na czele próbują jeszcze robić dobrą minę do złej gry i jakoś pudrować coraz bardziej cuchnące (i to dosłownie) realia – np. wydając policji nieformalny zakaz informowania opinii publicznej o skali przestępczości związanej z imigrantami - jednak nie są w stanie zasłonić ludziom oczu, zatkać uszu i nosa. A ci widzą, że gdzie „uchodźcy”, tam błyskawicznie pojawia się brud i smród, bowiem przybysze przywykli do załatwiania potrzeb fizjologicznych gdzie bądź – choćby w parkowych zaroślach, czy na poboczach dróg – nie zwykli natomiast chociażby spuszczać po sobie wody w toalecie, nawet jeśli jakimś cudem z niej skorzystają. Dla schludnych i uporządkowanych Niemców jest to szok, tym bardziej, że podąża za tym bezpośrednie zagrożenie bezpieczeństwa. Póki co, władze stać jedynie na łzawe ulotki w których proszą grzecznie panów „uchodźców”, by raczyli nie defekować się w krzakach i nie napastować kobiet, bo nie jest u nas to przyjęte. Tymczasem, w ośrodkach i poza nimi lawinowo rośnie liczba gwałtów, których ofiarami padają również wolontariuszki, a przybysze domagają się zaspokojenia swych potrzeb seksualnych – jeśli nie po dobroci, to siłą. W efekcie, zwykli Niemcy zaczynają mieć po dziurki w nosie „mutter Angeli” i dają temu wyraz na ulicach, bądź atakując schroniska – od początku roku zanotowano 490 tego typu incydentów.

Niemniej, w Europie wciąż dominuje wpływowe lobby oczadziałych lewaków, usiłujących za wszelką cenę zakneblować negatywne doniesienia. Osoby skarżące się na traumatyczne przejścia z imigrantami są zastraszane i zmuszone do milczenia – jak wolontariuszka z włoskiego obozu w San Ludovico zgwałcona przez przybyszów z Afryki, której koledzy kazali siedzieć cicho, by „nie szkodziła sprawie”. I ta milczała przez miesiąc, nim wreszcie zgłosiła przestępstwo na policję. To jest ten sam rodzaj zacietrzewionego obłędu, który naszemu lewactwu kazał do końca kryć Simona Mola z premedytacją infekującego swe nieświadome partnerki wirusem HIV i wymuszającego na nich usługi seksualne oskarżeniami o „rasizm”.

Moim osobistym faworytem dzierżącym palmę pierwszeństwa w postępowym zidioceniu jest jednak luterańska „biskupka” Sztokholmu, zresztą czynna lesbijka żyjąca z inną „panią ksiądz”, która usunęła z podległych jej kościołów krzyże, zastępując je „drogowskazami do Mekki”. Na marginesie, mam tu dylemat na tle feministycznej lingwistyki – jaka jest poprawna politycznie forma żeńska od „ksiądz”? Księżniczka? A od pastora - „pastorałka”? Może wypowie się jakaś biegła siostrzyca od genderu? W każdym razie, owa „biskupka” wraz ze swą „pastorałką” zwyczajnie wyparły się Jezusa – a przecież kto się Mnie wyprze przed ludźmi, tego i Ja wyprę się przed Ojcem moim, który jest w niebie”. Wprawdzie uczynił tak również sam św. Piotr - późniejsza opoka na której zbudowano Kościół - lecz św. Piotr odkupił swe odstępstwo ofiarną posługą i męczeńską śmiercią. I coś mi się zdaje, że takie męczeństwo z rąk muzułmańskich watah prędzej czy później spotkać może także różne frywolne „biskupki” i „pastorałki” - nawet jeśli podkaszą sutanny i będą przed nim zwiewały w podskokach.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” -------> http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/2635-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 42 (16-22.10.2015)

wtorek, 20 października 2015

Budujmy polską „soft power” na Ukrainie!

Co zrobić, by Ukraińcy sami, nie wiedząc nawet kiedy, zmienili się w realizatorów naszych interesów?

I. Soft power i strefy wpływów

Według definicji wpływowego amerykańskiego politologa Josepha Nye, „soft power”, czyli „miękka siła”, to zdolność państwa do pozyskiwania sojuszników i zdobywania wpływów dzięki atrakcyjności własnej kultury, polityki i ideologii. Jest to zatem wielce użyteczne narzędzie wykorzystywane przez mocarstwa do budowania stref wpływów w miejsce brutalnych nacisków ekonomicznych i militarnych („hard power”). W naszym regionie, szczególnie w Polsce, „soft power” stosują chociażby Niemcy, bardzo skutecznie korumpując w ten sposób miejscowe elity, a z ich pomocą – całe kraje, tworząc tą drogą podglebie dla uwspółcześnionej wersji Mitteleuropy. Od czasu kijowskiego Majdanu możemy obserwować również starcie niemieckiej „soft power” i rosyjskiej „hard power” (aneksja Krymu, inwazja w Donbasie) na terytorium Ukrainy, gdzie uciera się na naszych oczach zasięg wpływów Mitteleuropy i Eurazji. I właśnie w ukraińskim kontekście chciałbym poruszyć problem polskiej „soft power” - czyli czegoś, co przez nasze elity, zarówno z prawej, jak i z lewej strony, jest kompletnie zaniedbane. Na dzień dzisiejszy można wręcz stwierdzić, iż polska „miękka siła” w zasadzie nie istnieje. Jest to kardynalny błąd, bo bez tego instrumentu nie mamy co marzyć o regionalnym przywództwie, a wszak m.in. taki jest deklarowany cel polityki zagranicznej idącego do władzy obozu patriotycznego – niezależnie, czy nazwiemy owo przywództwo „polityką jagiellońską”, „międzymorzem”, czy jeszcze inaczej.

Jeśli wierzyć doniesieniom z niedawnego spotkania „formatu normandzkiego” w Paryżu (Merkel, Putin, Hollande, Poroszenko), gros czasu podczas obrad zamiast kwestii ukraińskiej i realizacji postanowień z Mińska, zajął problem Syrii, rosyjskiego zaangażowania na Bliskim Wschodzie i europejskich nadziei na ustabilizowanie sytuacji w tamtej części świata, co przyczyniłoby się do zatamowania imigranckiego tsunami zalewającego Unię Europejską. Oznacza to konieczność zrewidowania przez Unię (czytaj – Niemcy) stosunku do Rosji, wycofanie sankcji i jakieś koncesje na rzecz Putina na Ukrainie. Innymi słowy – Ukraina i niemiecki człowiek w Kijowie (Poroszenko) zostali przehandlowani w zamian za nadzieję na powstrzymanie wędrówki ludów. Efektem będzie powstanie na Ukrainie politycznej luki, w którą Polska – przy odpowiednio zręcznym postępowaniu – mogłaby się wcisnąć. Oczywiście, pod warunkiem, że nie poprzestałaby na czczych deklaracjach poparcia dla „samostijnej Ukrainy”, tylko poszłyby za tym konkretne działania.

II. Jaka Ukraina?

Na początek jednak należy odpowiedzieć sobie na pytanie, do czego potrzebna jest Polsce Ukraina i jakie miałoby być to państwo. Otóż Ukraina jest nam potrzebna jako strefa buforowa i państwo frontowe odpychające na wschód Rosję wraz z jej neoimperialnymi ambicjami. Jednak absolutnie nie leży w naszym interesie, by Ukraina była państwem silnym i sprawnym, jak to roją sobie na krajowym rynku najbardziej zagorzali kibice Majdanu. Silna Ukraina prowadziłaby bowiem niezależną politykę, która mogłaby kolidować z naszymi planami, lub nawet być Polsce wroga. Tak więc, prawdziwie „samostijna Ukraina” nie jest nam do niczego potrzebna. Potrzebna jest nam Ukraina formalnie niepodległa, ale słaba – mniej więcej taka, jaka jest dzisiaj – na wpół zdechłe państwo, balansujące na granicy upadku i trwale skonfliktowane z Rosją. No, może trochę bardziej uporządkowane wewnętrznie, z nieco niższym poziomem (ale nieznacznie niższym) oligarchizacji i korupcji, by nie rozleciała się ze szczętem – ale tylko tyle. W takiej wodzie można już myśleć o łapaniu ryb.

W tym kontekście warto poruszyć nadzieje reprezentowane przez społeczność Kresowian, że Galicja Wschodnia nie jest dla Polski bezpowrotnie stracona i kiedyś może „wrócimy do Lwowa”. Realiści uznają tego typu postulaty za mrzonki – bo i Polaków zostało na Ukrainie jak na lekarstwo, i trudno wyobrazić sobie korektę granic w stylu zaproponowanym przez Żyrinowskiego (rozbiór Ukrainy między Rosję i Polskę, przy pozostawieniu jakiejś kadłubowej formy państwowości), poza tym – wiązałoby się to z nagłym pojawieniem się w naszych granicach licznej i śmiertelnie nienawidzącej Polaków mniejszości destabilizującej państwo i rozsadzającej je od wewnątrz. Wszystko zgoda, „twarda” aneksja byłaby (niezależnie od naszych realnych możliwości) gigantycznym błędem, ale przecież nie jest to jedyny sposób. A jak to zrobić mądrze, tak by Ukraińcy sami, nie wiedząc nawet kiedy, zmienili się w realizatorów naszych interesów? Nie trzeba sięgać daleko, wystarczy spojrzeć i wyciągnąć wnioski z polityki „miękkiej aneksji”, jaką na terytorium Polski realizują Niemcy i zastosować ją w odniesieniu do Ukrainy.

III. Miękka aneksja

Przede wszystkim, Niemcy działają dwutorowo – na zmianę strasząc nas i obłaskawiając. Rolę straszaka pełni ziomkostwo i Związek Wypędzonych, co jakiś czas spuszczany ze smyczy, by pogrozić Polsce z pozycji rewizjonistycznych i rewindykacyjnych. My każdorazowo reagujemy na te „kopnięcia w klatkę” spazmem oburzenia... i wtedy do głosu dochodzą „dobrzy Niemcy”, uspokajając nas, mówiąc, że ci cali wypędzeni, to tylko grupka krzykaczy, tolerowanych ze względu na wewnętrzne uwarunkowania polityczne i wyborcze, a tak naprawdę, to przecież Niemcom zależy na konstruktywnej współpracy w ramach zjednoczonej Europy, niemieckie fundacje angażują się w sferze edukacji, kultury, przełamywania barier itp. Powinniśmy tę grę w dobrego i złego gestapowca przenieść na grunt ukraiński. Upraszając sprawę, rolę „wypędzonych” mogliby pełnić Kresowianie formułując możliwie głośno żądania powrotu Lwowa do Macierzy, na co „odpowiedzialne i umiarkowane” czynniki polskie reagowałyby przekazem pozytywnym – współpracy kulturalnej, regionalnej itp. Jak to wygląda w praktyce?

Otóż Niemcy, szczególnie na Śląsku, prowadzą politykę systematycznego korumpowania elit – m.in. za pomocą rozbudowanego systemu fundacyjno-grantowego. Przykładem skuteczności takiego neokolonialnego kulturkampfu może być sprawa wykładu mjr Baumana na Uniwersytecie Wrocławskim, który odbywał się w ramach obchodów rocznicy powstania niemieckiej socjaldemokracji założonej przez wrocławianina - Ferdynanda Lassalle’a. Współorganizatorem wydarzenia była afiliowana przy SPD Fundacja im. Friedricha Eberta oraz powiązany z nią Ośrodek Myśli Społecznej im. Ferdynanda Lassalle’a. Jak wiadomo, na protestujących przeciw wykładowi Baumana władze uniwersytetu nasłały policję, podważając tym samym autonomię uczelni, przy czym, jak bez cienia zażenowania wyjaśnił podczas rozprawy sądowej prorektor ds. kontaktów z zagranicą, prof. Adam Jezierski – uczyniono to na wyraźne życzenie niemieckiego konsula. Oto skutki „soft power”.

Inny przykład – jak się niedawno dowiedziałem, Niemcy są jednym z czołowych sponsorów polskich badań archeologicznych. Efektem jest nagły wysyp znalezisk śladów obecności na naszych terenach... Gotów. Idźmy dalej – od pewnego czasu można zaobserwować renesans starej teorii o germańskich początkach państwa polskiego, wedle której Mieszko I miał być Wikingiem o imieniu Dago, który ze swą drużyną ukonstytuował polską państwowość – analogicznie jak Waregowie stworzyli Ruś Kijowską. Wreszcie kontakty pozainsytucjonalne – niemieccy turyści są najbardziej pożądanymi gośćmi, co skutkuje dwujęzycznymi szyldami pensjonatów i niemieckim menu w restauracjach. Dochodzi do sytuacji, gdy obsługa lokalu uwija się jak w ukropie przy „niemieckich stolikach”, ignorując polską część klienteli. Miałem możliwość naocznie się o tym przekonać podczas wypadu w Góry Stołowe i pobytu w Kudowie-Zdroju. W sezonie cała Kotlina Kłodzka zmienia się w kolejny „land” ze znacznym udziałem zaawansowanych wiekowo niemieckich emerytów, często przywożących ze sobą dzieci i wnuki, by rozejrzały się po „heimacie”.

IV. Polska „soft power” na Ukrainie

Taką właśnie strategię powinniśmy przyjąć na kierunku ukraińskim. Wejść na Ukrainę z własnymi fundacjami, systemem grantowym, sponsorować współprace kulturalną, wydawniczą, uniwersytecką... Słowem - oswajajmy, obezwładniajmy, korumpujmy i uzależniajmy od siebie ukraińskie elity. Róbmy za dobrych wujków wspierających ukraińską kulturę i naukę - tak, jak za dobrych wujków robią u nas Niemcy ze swą „grantozą” i fundacjami. Chętnych wśród niedoinwestowanych, wygłodniałych ukraińskich uczonych oraz „ludzi kultury” nie zabraknie, tak jak nie brakuje takich u nas. Może się nawet okazać, że w sumie nie wyjdzie to drogo, a skutki mogą być imponujące: pro-polska „V kolumna” wśród ukraińskich elit. Wejdźmy z naszymi mediami - wykupujmy ukraińską prasę, tak jak Niemcy wykupili naszą, twórzmy ukraińskojęzyczne portale, fundujmy stypendia dla tamtejszych dziennikarzy - i werbujmy, werbujmy, werbujmy... Niech to dla ukraińskiego dziennikarza będzie wyróżnieniem otrzymać polski medal, a nie dla naszego żurnalisty – ukraiński...

Na kolejnym etapie, niech skaptowane przez nas ukraińskie autorytety młotkują swoich braci pedagogiką wstydu - tym bardziej, że jest za co - niech trują im o Wołyniu, tak jak u nas truje się o Jedwabnem. Stwórzmy tam legion Grossów uprawiających narodowe samobiczowanie - tym bardziej, że w odróżnieniu od „naszego” Grossa nie będą musieli kłamać. Wreszcie, niech na tamtejszych salonach antypolonizm stanie się dyskwalifikującą przypadłością, jak u nas antysemityzm, czy negatywny stosunek do Niemiec. Od strony politycznej wspierajmy koncepcję regionalizacji Ukrainy, tak byśmy mogli dogadywać się i swobodnie działać na poziomie lokalnym, bez konieczności oglądania się na władze w Kijowie. Stwórzmy własną „szkołę liderów” na wzór tej amerykańskiej, przez którą przeszedł cały tabun polskich polityków, z Beatą Szydło włącznie. A w końcu może się okazać, że zachodnia Ukraina z Lwowem sama trafi w nasze ręce - i to bez przesuwania granic, bo Polacy i tak będą się tam czuli u siebie, tak jak „u siebie” czują się Niemcy przyjeżdżający na Śląsk, zaś ukraińskie władze będą pacyfikowały siłami policji banderowców na jedno zmarszczenie brwi polskiego konsula...

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/2635-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 40 (14.10-20.10.2015)

Pod-Grzybki 24

Kolonia „Bolanda” jednak wręczyła Krzyż Kawalerski Orderu Zasługi RP „największemu prywatnemu pracodawcy”, czyli panu Pedro Pereira da Silva, szefowi Jeronimo Martins na Polskę. Cieszmy się i radujmy – w końcu status „perły w koronie” międzynarodowego kapitału to idealne podsumowanie rządów obecnej ekipy. Polska tania siła robocza również z pewnością jest dumna z wyróżnienia dla swego ober-nadzorcy. Teraz pora na odznaczenia dla pozostałych sieci marketów oraz czołowych banków wyspecjalizowanych w kredytach frankowych – w końcu, jak honorować naszych kolonizatorów, to na całego.

*

Potrzebujemy męstwa i odwagi, ale nie od Allaha i lewaków”- ksiądz Jacek Międlar dał się poznać na niedawnym wrocławskim marszu przeciw imigrantom zorganizowanym przez ONR i środowiska kibicowskie jako ekspresyjny mówca. Rewolucyjną czujnością wykazał się oczywiście „Szechter Cajtung” - i z miejsca zaczął młotkować zakonnych zwierzchników ks. Jacka ze Zgromadzenia Księży Misjonarzy, wrocławską kurię oraz dyrekcję szkoły, w której ks. Międlar uczy religii. W efekcie, młody duchowny dostał upomnienie, zakaz uczestniczenia w demonstracjach, musiał też usunąć ze swojego bloga treści dotyczące polityki. Morał za chwilę.

*

Kolejna kwestia z tej samej działki. Gdańska radna PiS, Anna Kołakowska (prywatnie – żona znanego barda Andrzeja Kołakowskiego), która zasłynęła zwalczaniem genderyzmu i homopropagandy, została na skutek interwencji „Szechter Cajtung” zwolniona ze szkoły (uczyła historii), wcześniej zaś nie wciągnięto jej na listę wyborczą PiS, gdyż jak twierdzą anonimowi pisowcy w wypowiedziach dla „Wyborczej”, pani Anna ponoć przynosi im „obciach”. I tutaj, w związku przypadkami ks. Międlara i pani Kołakowskiej, moje przesłanie do czynników kościelnych oraz władz Prawa i Sprawiedliwości: tylko tak dalej – pozwólcie, by „Szechter Cajtung” ustawiał wam linię programową i politykę personalną. Z pewnością dobrze na tym wyjdziecie...

*

Tymczasem Ewa Kopacz uruchomiła ostatnie rezerwy kadrowe Platformy w osobie niejakiego „Sznurka” i jego ferajny – bandziora mającego na koncie m.in. handel narkotykami i sutenerstwo. Całkiem jak w czasach zajść pod krzyżem i aktywności Zbigniewa S. ps. „Niemiec”. Ewa Kopacz zasłużyła sobie na honorowy tytuł „volkswagena polskiej polityki” - równie obłudna, zakłamana i emitująca w przestrzeni publicznej cuchnące wyziewy.

*

Tydzień temu napisałem, że czekam na okładkę „Tygodnika Powszechnego” z ks. Charamsą w tęczowym welonie pod rękę z Eduardo - koniecznie z podpisem: „Vivat młoda para!”. Dziś dopowiem – oto widzę „przed oczyma duszy mojej” taki oto obrazek: ślubu udziela ks. Boniecki, świadkuje Nergal z Anną Grodzką, a mszę ekumenicznie koncelebruje Szymon Niemiec, co to założył sobie własny gejowski kościół. Takie obezwładniające stężenie żenady i obciachu byłoby pięknym finałem i logicznym zwieńczeniem drogi tego, co by nie mówić, uważanego niegdyś za poważny periodyku.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 40 (14.10-20.10.2015)

czwartek, 15 października 2015

Podatkowa ruletka

Zamiast cywilizowanego systemu podatkowego mamy coś w rodzaju szulerni z ruletką.

Nie tak dawno rząd Ewy Kopacz przedstawił projekt budżetu na rok 2016, zakładający rekordowy deficyt – 54,6 mld zł (co opisywałem w tekście „Mina budżetowa”), przy czym poprzednie rekordy również należały do ekipy PO-PSL – 44,6 mld zł w 2010 i planowane na ten rok 46,1 mld. Warto jeszcze dodać nowelizację budżetu w 2013, który opierał się na księżycowych wyliczeniach Rostowskiego - w efekcie, już w połowie roku wykorzystano cały zaplanowany deficyt i trzeba było znaleźć dodatkowe 24 mld zł. Wszystko przez zbyt optymistyczne szacowanie dochodów Skarbu Państwa – m.in. z podatków. Wspomniane deficyty oczywiście napędzają zadłużanie państwa, które wyłącznie dzięki sztucznym, księgowym zabiegom oraz skokowi na pieniądze z OFE utrzymywane jest na papierze poniżej konstytucyjnego progu 60 proc. PKB. Realnie, już w 2014 według wyliczeń OECD zadłużenie Polski wynosiło 62,5 proc PKB – oparto się na metodologii wliczającej do długu wszystkie zobowiązania publiczne, w tym również samorządów i funduszy celowych, takich jak Krajowy Fundusz Drogowy, do którego Rostowski „wypychał” część zobowiązań.

Przyczyn takiego stanu rzeczy jest kilka – od zwykłego marnotrawstwa i niegospodarności, poprzez patologiczne mechanizmy wykorzystywania unijnych funduszy (im więcej pieniędzy absorbujemy z Brukseli, tym więcej kredytów musimy zaciągać na tzw. „wkład własny”), do tego dochodzą koszty obsługi zadłużenia będące niemal równowartością wpływów z PIT, wyprowadzanie z Polski kapitału, no i wreszcie ignorowany dotąd słoń w menażerii, czyli katastrofalna ściągalność podatków. Tylko w latach 2008-2013 wg raportu MFW sporządzonego na zlecenie Ministerstwa Finansów wydajność poboru podatków spadła z 16 do 13,1 pkt. PKB. Z kolei wg wspomnianego OECD mamy najmniej efektywny system spośród wszystkich członków, zaś Bank Światowy lokuje nas na 114 miejscu spośród 183 badanych krajów.

Ostatnio uraczono nas nowymi, alarmującymi doniesieniami o skali patologii przy ściąganiu VAT i CIT. I tak, firma doradcza PwC wzięła na tapetę „lukę” w podatku VAT. Owa „luka” to nic innego jak różnica pomiędzy tym co teoretycznie powinno wpłynąć do budżetu państwa, a realnymi dochodami z danego podatku. W perspektywie lat 2007 – 2015 luka podatkowa osiągnęła rozmiary czarnej dziury w której rokrocznie znikają dziesiątki miliardów złotych. Dość powiedzieć, że w relacji do PKB dziura zwiększyła się z 0,6 proc. PKB w 2007 do 3 proc. w 2015, z chwilowym zmniejszeniem do 2,4 proc. w 2014. Jest to skutek (w proporcjach mniej więcej pół na pół) funkcjonowania „szarej strefy” oraz zorganizowanej przestępczości zajmującej się wyłudzeniami VAT. Oczywiście, zapewne tego procederu nie da się całkowicie zniwelować, zresztą trudności w ściąganiu VAT mają w mniejszym lub większym stopniu wszystkie kraje stosujące ten podatek, lecz Polska należy tu do niechlubnej europejskiej czołówki. Wyliczenia PwC wskazują, że samo ograniczenie luki do poziomu z 2007 roku dałoby państwu w tym roku dodatkowe 42 mld zł, ogółem zaś wyniesie ona 53 mld.

Podobnie rzecz się ma ze ściągalnością CIT, czyli podatku od przedsiębiorstw. Prof. SGH Dominik Gajewski oszacował na zlecenie Komisji Europejskiej, że polskie państwo na skutek unikania płacenia CIT traci rocznie 11 mld euro, czyli ok. 46 mld zł. Z sumami tymi polemizuje zarówno Ministerstwo Finansów, jak i wspomniana PwC, twierdząc, że straty z tytułu CIT są tak naprawdę „niepoliczalne” - optymalizacja podatkowa osiągnęła bowiem taki stopień zaawansowania, że nie sposób precyzyjnie wyliczyć luki podatkowej. Przy okazji „afery Junckera”, gdy wyszło na jaw, że wielkie koncerny celem uniknięcia podatków lokowały zyski wypracowane w innych krajach w Luksemburgu, obliczono w przybliżeniu, że na optymalizacji podatkowej Polska traci rocznie ok. 20 mld zł.

Jak by nie patrzeć, nawet przy „nieuchwytności” strat z CIT, otrzymujemy gigantyczne kwoty. Dlatego właśnie na wstępie przypomniałem deficyty budżetowe Polski z ostatnich lat. Okazuje się bowiem, że gdyby choćby częściowo uszczelnić nasz system podatkowy, to zamiast zadłużać się rok po roku i bić kolejne rekordy deficytów, moglibyśmy pokusić się o zrównoważony budżet, a może wręcz o nadwyżkę! Przypomnę: tegoroczny deficyt to 46 mld., a samo ograniczenie dziury podatkowej przy ściąganiu VAT do poziomu z 2007 roku dałoby nam 42 mld, do tego ograniczenie wyprowadzania nieopodatkowanego kapitału przyniosłoby kolejne miliardy z CIT.

Wniosek nasuwa się sam. Zamiast cywilizowanego systemu podatkowego mamy coś w rodzaju szulerni z ruletką, w której wielki biznes i świat przestępczy kręci swoje lody, a płacą frajerzy. Zwyczajnie nie wierzę, że patologie o takiej skali wynikają jedynie z bałaganu i niekompetencji. Albo inaczej – bałagan i niekompetencja to pozory mające na celu stworzenie klasycznej „mętnej wody”. Czy jest to część ceny, którą kosztem nas wszystkich płaciła ekipa PO-PSL różnym lobbies za poparcie? Mam nadzieję, że po wyborach wykaże to stosowne postępowanie.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 41 (09-15.10.2015)

Zaślepieni Charamsą

Czy nadeszła pora na wewnątrzkościelną kontrreformację?

Ależ ten ksiądz Oko zalazł lewactwu za skórę... Tylko bowiem dojmującym pragnieniem, by zniknął on wraz ze swym jednoznacznym przekazem z przestrzeni publicznej można tłumaczyć, że wszystkie wiodące mainstreamowe media dały się nabrać na manipulację ks. Krzysztofa Charamsy. Jedynie zaślepiająca nienawiść do duchownego, który bez półcieni wykazuje genderowe szaleństwa i niebezpieczeństwa związane z aktywnością homolobby mogła sprawić, że największe redakcje zwiedzione obietnicą „ekskluzywnego” materiału mającego uderzyć z mocą pioruna w Kościół i katolicyzm jako taki, pozwoliły się zaprząc do maszyny promującej książkę Charamsy, bez elementarnego sprawdzenia z czym mają do czynienia. Oto prominentny ksiądz, nareszcie nie anonimowo, lecz pod nazwiskiem, do tego urzędnik Kongregacji Nauki Wiary, następczyni Świętego Oficjum, a więc funkcjonariusz jednej z najbardziej znienawidzonych przez postępaków kościelnych instytucji, stojącej na straży doktrynalnej czystości, której na dodatek przewodził przez długie lata równie znienawidzony „pancerny kardynał” Ratzinger – a zatem, powtórzę, oto wreszcie watykański „insider” pełną gębą, nie dość, że dowala temu całemu Oko, to jeszcze obwieści światu o swoim homoseksualizmie i wywróci do góry nogami zacofane kościelne nauczanie... Czy może być lepiej? Tu rozpoczyna się synod, a my – w „Wyborczej”, „Newsweeku”, „Wproście” - będziemy mieli taką medialną bombę na wyłączność!

Jak przemożna była chęć uciszenia księdza Oko świadczy natychmiastowa reakcja „Wyborczej” na artykuł Charamsy w „Tygodniku Powszechnym”. Dyżurna katechetka michnikowszczyzny, Katarzyna Wiśniewska, w obszernym materiale niedwuznacznie dawała do zrozumienia, że traktuje tekst Charamsy jako wstęp do dalszych kroków, jakie wobec ks. Oko zapewne podejmie Kongregacja Nauki Wiary. Zanim jednak przemówi Watykan, należy tutaj, na miejscu, podjąć stosowne kroki. Zaczęło się obdzwanianie kościelnych zwierzchników ks. Dariusza, z krakowską kurią na czele i natarczywe wypytywanie, czy po takim tekście arcybiskup Dziwisz ma zamiar wyciągnąć wobec „homofobicznego” duchownego konsekwencje – niedwuznacznie przy tym sugerując, że na początek należałoby pozbawić ks. Oko funkcji wykładowcy na Uniwersytecie Papieskim JP II w Krakowie, a potem, kto wie, może nałożyć na niego zakaz publicznego wypowiadania się, połączony z oficjalnym odcięciem się Kościoła od jego poglądów? Może nawet Kongregacja Nauki Wiary zrewiduje swe stanowisko w sprawie homoseksualizmu, a artykuł Charamsy jest pierwszym „balonem próbnym” i zwiastunem nadchodzącej zmiany?

Oczywiście, takie projekcje mogły się narodzić jedynie w głowach osób kompletnie nie rozumiejących istoty Kościoła i jego misji, traktujących doktrynę w kategoriach luźnych uchwał jakiegoś osiedlowego kółka wielbicieli kotów, które mogą być dowolnie modyfikowane poprzez głosowanie. Kościół potępiając ks. Oko, czy rewidując swój stosunek do zboczeń seksualnych zaprzeczyłby samemu sobie, katechizmowi, a nade wszystko – Pismu Świętemu. W tym kontekście, to poglądy ks. Charamsy jawią się jako nieuprawnione, podszyte pychą uroszczenia.

Aż wreszcie, w apogeum medialnej „trzydniówki wzmożenia” przewielebny prałat wyciął wszystkim numer ogłaszając swój coming-out w Rzymie, na oczach tłumu reporterów i na dodatek prezentując swojego kochasia, niejakiego Eduardo, wcześniej zaś rozsyłając do gazet list w którym przyznaje, że jest od lat czynnym homoseksualistą. W ten sposób z miejsca unieważnił wszystkie swoje teologiczne wywody, jako pisane z pozycji własnego interesu – Kościół ma się do mnie i mojego grzechu dostosować, a już ja to teologicznie wam uzasadnię... Redakcje, które teraz jak niepyszne muszą rewidować swoje stanowisko w sprawie Charamsy, liczyły zapewne na rozdzierające serce wynurzenia księdza–geja, który zmaga się ze swymi skłonnościami w warunkach celibatu – a tu okazało się, że zamiast subtelnych rozterek mamy do czynienia ze zwykłym, przepraszam, pedałem, operującym estetyką tabloidu. Człowiekiem, który złamał dobrowolnie i świadomie złożone śluby, nieuporządkowanym wewnętrzne, zakłamanym, pragnącym taniego poklasku histerykiem i manipulatorem, napędzającym za pomocą skandalu sprzedaż książki, mającej pomóc mu urządzić się w nowym życiu. Do tego homoaktywistą współpracującym ze skrajnymi lewakami przy propagandowym filmowym produkcyjniaku i formułującym groteskowe manifesty rodem z gej-parady. Nawiasem mówiąc, z miejsca, jeszcze przed coming-outem, rozgryzł go ks. Oko w wywiadzie dla „Do Rzeczy”.

Skandal ks. Krzysztofa Charamsy będzie krótkotrwałą, sezonową sensacyjką. Nie znaczy to jednak, że nie należy wyciągnąć wniosków. Ks. Isakowicz-Zaleski przypomniał przy tej okazji o kościelnym homolobby – ktoś Charamsę formował w seminarium, wyświęcił, wspierał jego błyskotliwą karierę i tolerował nauki sprzeczne z magisterium Kościoła. Czy zatem nie nadeszła pora na wewnątrzkościelną kontrreformację?

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 41 (09-15.10.2015)

Bliskowschodni kocioł

Bliskowschodni kocioł jest znakomitym narzędziem terroryzowania Europy ze szczególnym uwzględnieniem Niemiec.

I. Syryjska karta Putina

Wygląda na to, że Rosja przynajmniej chwilowo zamroziła jałową szarpaninę w Donbasie i postanowiła przenieść rozgrywkę na teatr bliskowschodni, wyciągając kartę syryjską. Do tej pory reżim Assada wspierała półjawnie, co wystarczyło zresztą, żeby cały misterny plan Obamy poszedł w... no, powiedzmy, że udało się USA skutecznie sparaliżować i wciągnąć w klincz, teraz natomiast Kreml postawił na ostentacyjne wręcz wsparcie militarne, a wszystko pod nośnym hasłem „walki z Państwem Islamskim” i „terroryzmem”. Tego rodzaju zagranie nie jest zresztą dla Putina niczym nowym. Jak pamiętamy, po 11 września 2001 i proklamowaniu przez George'a W. Busha globalnej wojny z terroryzmem, czekista bardzo sprawnie się pod tę batalię podłączył przedstawiając pacyfikację Czeczenii właśnie jako element antyislamistycznej kampanii, uprzednio zapobiegliwie instalując na Kaukazie wahabitów szkolonych w obozach FSB pod Moskwą. Ci w szybkim tempie zdominowali czeczeński ruch narodowowyzwoleńczy przestawiając go na tory dżihadystyczne, ogłaszając „emirat kaukaski” i dostarczając tym samym Putinowi wymarzonego pretekstu propagandowego na użytek świata. Do powyższego doszło rosyjskie wsparcie logistyczne dla wojsk NATO w Afganistanie, w efekcie czego Putin z dnia na dzień z ludobójcy stał się ważnym partnerem, a świat skwapliwie patrzył w innym kierunku, kiedy ten dorzynał Czeczenów i zamykał ich w obozach koncentracyjnych.

Obecnie Putin powtarza tamten manewr. Rosja, nie pytając się nikogo, sama „doprosiła się” do antyislamistycznej koalicji i wkroczyła do Syrii ze sprzętem bojowym. Bombardowane są oczywiście pozycje walczącej z Baszarem al-Assadem i szkolonej przez CIA Wolnej Armii Syryjskiej – bo i po co Putin miałby na obecnym etapie uderzać na ISIS, które jest tak poręcznym straszakiem do wygrażania Zachodowi? Doszło do tego, że rosyjscy dyplomaci zażądali od USA wycofania z Syrii samolotów, jako że operuje już tam lotnictwo rosyjskie – i chwatit'. Na marginesie, refleksem wykazał się premier Izraela, Beniamin Netanjahu, udając się z wizytą do Moskwy by zabezpieczyć się przed ewentualną kolizją sił Rosji i Izraela. Tenże Izrael skutecznie blokuje napływ uchodźców, motywując to „względami bezpieczeństwa” - odwagi takiej zabrakło niestety Europie. Własną wojnę rozgrywa również Turcja – nominalnie przeciw Państwu Islamskiemu, faktycznie zaś przeciw Kurdom, którzy z tymże Państwem Islamskim bodaj jako jedyni realnie walczą. I tylko Arabia Saudyjska – jeden z celów ISIS – bezsilnie pomstuje na rosyjskie wiarołomstwo, jako że raptem dwa miesiące temu Rosjanie zapewniali saudyjskiego ministra spraw zagranicznych o woli „pokojowego rozwiązania konfliktu”, podczas gdy równocześnie nawiązywali już współpracę z Iranem, rządem Assada oraz z utrzymywanym przez Amerykanów Irakiem w kwestii współpracy służb wywiadowczych.

Doprawdy, gdyby nie było ISIS, to należałoby je czym prędzej wymyślić, stanowi bowiem ono dla różnych zainteresowanych sił znakomitą wymówkę do realizowania własnych interesów. Rosja broni Assada oraz swego stanu posiadania (i nie miejmy złudzeń – obroni), Turcja natomiast liczy, że przy wymuszonej bierności świata uda się jej rozprawić z Kurdami, tak jak przed stuleciem rozprawiła się z Ormianami i tak samo, jak w opisany wyżej sposób poradził sobie z Czeczenami Putin.

II. Imigranci dyscyplinują Europę

Bliskowschodni kocioł jest również znakomitym narzędziem terroryzowania Europy ze szczególnym uwzględnieniem Niemiec. Dopóki trwa zamęt, granice Unii będą szturmowane przez miliony imigrantów, udających się tu bądź z własnej woli, bądź też podsyłanych przez Państwo Islamskie oraz Turcję, która konsekwentnie „czyści” obozy uchodźców na własnym terytorium, najprawdopodobniej dokładając się finansowo do tych wycieczek. Dążący do dyktatury Erdogan zapewne chce doprowadzić do sytuacji, gdy sparaliżowana napływem muzułmanów Europa machnie ręką na jego poczynania. W przemycie ludzi swoją rolę odgrywa również rosyjska mafia, a gdzie ona, tam są również rosyjskie służby.

Przerażona imigracyjną falą Europa ma w tym momencie w głowie już tylko jedno – by na Bliskim Wschodzie zapanował wreszcie spokój. Z Assadem, czy bez niego – nieważne. I właśnie o taką reakcję chodziło Rosji. Można się spodziewać, że zastraszone Niemcy i Francja będą naciskały Obamę, by ten złagodził swoje stanowisko w sprawie rosyjskiej interwencji – i koniec końców, po licznych dąsach i fochach właśnie tak się stanie, tym bardziej, że rekrutowanie własnych, „umiarkowanych” bojowników do walki z Państwem Islamskim poniosło właśnie spektakularną klapę. Wydano 500 mln dolarów na obozy w Turcji, Jordanii, Katarze i Arabii Saudyjskiej, do końca roku miano przeszkolić 5 tys. ludzi, a wciągu trzech lat – 15 tys., tymczasem pierwszy, liczący 54 ludzi proamerykański oddział (koszt szkolenia – 43 mln USD) niemal z miejsca poszedł w rozsypkę, obecnie zaś, jak przyznał przed senacką komisją głównodowodzący wojsk USA na Bliskim Wschodzie, gen. Lloyd Austin, na terenie Syrii działa... „czterech lub pięciu” bojowników. Słowem – kompromitacja na całej linii. Główną miejscową siłą pozostają islamscy fundamentaliści.

Niemcy już zmieniają śpiewkę w sprawie Rosji i kto wie, czy przygrywką do wolty (prócz innych czynników) nie był niedawny kontrakt na budowę Nord Stream 2. Putin udowodnił, że bez Rosji i uwzględnienia jej interesów stabilizacja na Bliskim Wschodzie jest niemożliwa, zwłaszcza przy beznadziejnej polityce gabinetu Obamy i niewiele lepszej jego poprzednika. Rozwalono region MENA (Middle East and North Africa), obalając jedynych gwarantów porządku, jakimi w tamtejszych realiach są dyktatorzy i uwalniając tą drogą fundamentalistyczny żywioł, który zamienił tę część świata w krwawe piekło. Chaosu nie da się ogarnąć za pomocą punktowych nalotów, a na wysłanie znaczących sił lądowych po irackim fiasku ani USA, ani tym bardziej Europa się nie zdecydują. Można co najwyżej petryfikować konflikt – pytanie tylko, jak długo i jakim kosztem.

III. Syria odbija się czkawką w Kijowie

Realną cenę, związaną z uruchomioną w trybie nagłym wędrówką ludów, przyszło jako pierwszej zapłacić Europie, ona też jako pierwsza zaczęła oglądać się na Rosję – ta zaś swą syryjską interwencją idealnie wstrzeliła się w sytuację wywołaną zachodnim paraliżem woli. I tu dochodzimy do konsekwencji rosyjskiego zaangażowania w Syrii dla naszej części kontynentu. Niemiecki szef MSZ Frank-Walter Steinmeier wyraził nadzieję, że współpraca z Rosją w sprawie Syrii przyczyni się do postępu w sprawie wojny na Ukrainie. Z kolei wicekanclerz Sigmar Gabriel bez ogródek zapowiedział, iż trzeba będzie „zmienić nasze podejście do Rosji”. Podobne głosy dochodzą z Francji, stanowisko europejskiego biznesu od początku jest jednoznaczne – z Rosją należy się dogadać i handlować. USA bezpieczne za oceanem i ściśle limitujące przyjmowanie „uchodźców” próbują jeszcze marszczyć brwi, ale i one wkrótce ugną się pod naciskiem faktów dokonanych. Obama mógł sobie piorunować wzrokiem Putina na sesji ONZ, ale tyle jego – sądzę, że kremlowski czekista doskonale się bawił widząc te kabotyńskie grymasy.

Rosja de facto już wyrwała się z międzynarodowej izolacji. W Paryżu właśnie odbyło się kolejne spotkanie w „formacie Normandzkim” (Putin, Merkel, Hollande, Poroszenko) i jego efekty zapewne niedługo zostaną nam objawione. Sankcje wygasają w styczniu i trudno sobie wyobrazić, by zostały utrzymane, skoro Putin awansował nagle na sojusznika w gaszeniu bliskowschodniego pożaru. Wygląda więc na to, że Ukraina zostanie przehandlowana – oczywiście, z zachowaniem pozorów i poszanowaniem interesów mocarstw, które na jej terenie toczą wojnę „per procura” o rozdzielenie stref wpływów między Mitteleuropą a Eurazją – a my zostaniemy z ręką w nocniku wraz ze swym tyleż entuzjastycznym, co bezrefleksyjnym poparciem (na zewnętrzny rozkaz) dla „samostijnej Ukrainy”. Swoją drogą, nie chciałbym teraz być w skórze tamtejszej post-majdanowej oligarchii...

No chyba, że Stany Zjednoczone w odwecie za syryjski blamaż zechcą mocniej wkroczyć do Europy Środkowo-Wschodniej, czego symptomu upatruje się w demonstracyjnym usadzeniu prezydenta Dudy obok Obamy podczas niedawnej sesji ONZ. Mogłoby to zagrać na naszą korzyść, pod warunkiem, że tym razem będziemy na tyle przytomni, by nie sprzedawać swego poparcia za drobne. Amerykanie już raz (reset Obamy) oddali nasz region w pacht Moskwie oraz Berlinowi, zostawiając im wolną rękę w budowaniu regionalnego kondominium – i powinniśmy o tym stale pamiętać. Naszym interesem jest chociażby odbudowa Grupy Wyszehradzkiej (plus Rumunia) po ciosie zadanym jej przez Kopacz, jako czynnika przeciwstawiającego się niemieckiej hegemonii – i tu, przynajmniej na wstępnym etapie, patronat USA byłby pożyteczny, by przełamać narosłą nieufność. Później, o ile zachowamy zręczność i rozsądek, powinniśmy dać sobie radę sami – ale to już temat na osobną pogadankę...

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 39 (07-13.10.2015)

Pod-Grzybki 23

Oglądaliście Państwo „Wściekłe psy” („Reservoir Dogs”) Tarantino? Jest tam scena, gdy szef gangu załatwia gościowi, który wyszedł z więzienia lewy etat na budowie, żeby nie czepiał się go kurator, tłumacząc przy tym, że oczywiście w robocie nie będzie się musiał pojawiać. A teraz posłuchajcie tego: „Ty masz od 1 lipca pracę, ale kto ci mówi, żebyś ty chodziła do pracy. Masz etat, a nie to, że masz chodzić do roboty, bo wiesz, to jest różnica. Będziesz tam referentką do spraw różnych, no i tyle, nie będziesz się ruszać, będziesz leżeć..." - tak oto jakiś niezidentyfikowany koleś z PO organizuje fuchę asystentki w Brukseli niejakiej Dianie na zarejestrowanych przez CBA taśmach. Może tak zadzwonić do Quentina, że jest materiał na sequel? Powiedzmy „Reservoir Pigs”. By żyło się lepiej!

*

Komorowski na zakończenie urzędowania obrobił Pałac Prezydencki, Belweder i Kancelarię RP. Tzn. „użyczono mu” na wieczne nieoddanie, prócz żyrandola (by miał czego pilnować na emeryturze), również lodówkę, kieliszki, zastawę stołową, noże, deskę do krojenia, przyprawniki, garnek, patelnię... Oj, będzie bigosik i zmrożona wódeczka w miłej kompanii Palikota i Dukaczewskiego, czyli – trzymając się wątku filmowego - „Wielkie żarcie w Pałacu pod blachą”. Ciekawe, czy skończy się tak samo...

*

Andrzej Duda przemawiał w ONZ, a potem zasiadł przy jednym stole z Obamą i Putinem. Niby sukces, ale jakiś taki mało smakowity. Co by nie mówić, Komorowski to jednak potrafił wryć się w pamięć. O jego mowie wygłoszonej w George Marshall Found panuje wśród waszyngtońskich oficjeli powszechna opinia, że „Komor” wymiatał lepiej, niż Leslie Nielsen i Borat razem wzięci. A Duda? Ani nie wspomniał o bigosie, ani o pilnowaniu żon, nie podwędził nawet kieliszka Obamie. Nuda...

*

Ostatnie wydarzenia związane to z dyktatem Berlina w sprawie uchodźców i nieskrywaną nadzieją lewactwa, że ten muzułmański potop do reszty rozwali Europę, to znów z awansem Putina na „strategicznego sojusznika” w Syrii, natchnęły mnie do bardziej ogólnej refleksji. Otóż, teoria konwergencji działa! Wprawdzie może nie tak, jak umyślił to sobie w swej przemądrzałej łepetynie „Big Zbig” Brzeziński, ale jednak jakoś się sprawdza. Na naszych oczach dokonuje się mariaż absolutyzmu oświeconego w wydaniu pruskim z komunizmem Gramsciego, dokooptowując przy okazji do tej patchworkowej rodziny komunizm ruski w botoksowym majestacie pułkownika Putina, czyli „carycy Leonidy” w wersji 2.0. Cała Europa aż się dławi ze wzruszenia, przyduszona pantofelkiem enerdowskiego Kopciuszka, który przybrał czarowną postać cesarzowej Merkel. Gdybym był piekarzem, już teraz, nie mieszkając, zacząłbym wypiekać bułeczki pod nazwą „kajzerki Anieli”... No, może nieco zmodyfikowane - tak, by dawały się łamać wedle kształtu hakenkrojca.

*

Czekam na okładkę „Tygodnika Powszechnego” z ks. Charamsą w tęczowym welonie pod rękę z Eduardo. Koniecznie z podpisem: „Vivat młoda para!”.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 39 (07-13.10.2015)

wtorek, 13 października 2015

Kasa na uchodźców

Ze strachu przed zapłaceniem kary w wysokości 34,5 mln zł. zobowiązaliśmy się do uśrednionych rocznych wydatków na poziomie 107,6 mln zł.

Jacy to „uchodźcy” mają do nas trafić, wiadomo mniej więcej od kiedy okazało się, że syryjski paszport można sobie kupić za ok. 2000 dolarów, co udało się dziennikarzowi „Daily Mail”. Brytyjczyk zresztą przepłacił, bo inny dziennikarz, tym razem z Holandii, nabył syryjskie dokumenty już za 825 „zielonych”. Do tego jednak dochodzą koszty przerzutu: 8-10 tys. euro, a w przypadku rodzin z dziećmi – 15 tys. euro. Warto w tym miejscu zadać sobie pytanie – ilu Polaków byłoby stać na wysupłanie takich pieniędzy w momencie zagrożenia? Z iloma funtami, czy euro w kieszeni wyjeżdżali nasi „ekonomiczni uchodźcy” do pracy na Wyspy Brytyjskie? A przecież uchodzimy za bogatszy kraj, niż zrujnowana wojną domową Syria, Afganistan, czy Irak o Erytrei już nie wspominając. Wśród sponsorów tej masowej wycieczki wymienia się więc Państwo Islamskie, a także Turcję, której bardziej się opłaca po cichu wyposażyć jednorazowo imigrantów na drogę, niż łożyć na nich latami i przetrzymywać w obozach na swoim terytorium.

W każdym razie, pod adresem Polski i innych krajów, które wzbraniały się przed przyjęciem imigranckich „nielegałów” szturmujących w „uchodźczym” kamuflażu „festung Ojropa”, wysuwano groźby obcięcia unijnych funduszy, lub zgoła użycia siły, czym błysnął polityczny żulik Martin Schulz. Ostatecznie jednak na ostatnim szczycie wymyślono inną karę: każde państwo odmawiające zgody na przyjęcie imigrantów, zostanie obciążone grzywną w wysokości 0,002 proc. PKB. Polskie PKB za 2014 rok to ok. 1,729 bln zł., tak więc nasza kara wyniosłaby, o ile dobrze liczę, 34 mln 580 tys. zł. Przyznają Państwo, że w skali budżetu jest to wręcz śmieszna kwota, a mimo to rząd Ewy Kopacz ugiął się przed tym kijem. Niebywałe. Strach przed brukselskim ostracyzmem był aż tak silny?

Jak by nie patrzeć, Europa postanowiła rozmawiać z opornymi językiem bata. Czy jest gdzieś zatem marchewka? Dowcip w tym, że marchewki tak naprawdę nie ma, bowiem trudno za takową uznać obietnicę przekazania 6000 euro jednorazowej „pomocy” na każdego azylanta. No chyba, że coś obiecano pani premier indywidualnie. W internecie sporo zamieszania zrobiło doniesienie portalu „mpolska24.pl” jakoby kwota ta miała zostać wypłacona dopiero po pięciu latach udokumentowanego pobytu imigranta w Polsce, z czego 4 lata przebywałby on poza ośrodkiem, bez jakiejkolwiek kontroli. Niektórzy posądzają portal o wypuszczenie klasycznego „fejka”, jako że nie podaje on źródła, twierdząc, iż jest to „informacja własna”. Mnie również nie udało się znaleźć potwierdzenia tych rewelacji, natomiast oficjalny dokument z 22 września pt. „Council Decision establishing provisional measures in the area of international protection for the benefit of Italy and Greece” stwierdza w art.10, iż w 2016 mamy otrzymać 50 proc. z owych 6000 euro na głowę.

Nawet jeśli portal postanowił sobie zakpić, to przypadek ten pokazuje jakim problemem jest bariera informacyjna. Ze strony rządu nie słyszymy żadnych konkretów – ilu imigrantów do nas przybędzie w kolejnych transzach, jak zamierzamy ich upilnować, no i wreszcie – ile będzie nas to tak naprawdę kosztowało. Spróbujmy to sobie jednak jakoś uporządkować. Od 1 października minister pracy i polityki społecznej Władysław Kosiniak-Kamysz podnosi świadczenia dla cudzoziemców z 1260 zł do 1335 zł/mies. (czyli 16 020 zł rocznie). Jeżeli przyjąć za dobrą monetę, że trafi do nas łącznie 6,5 tys imigrantów z brukselskiego „nadziału”, to miesięcznie samych zasiłków wyjdzie 8 677 500 zł (104 130 000 zł na rok). Oznacza to, że wyliczona wyżej „kara” za odmowę przyjęcia przybyszów stanowi równowartość czteromiesięcznych zasiłków, jakie będziemy im wypłacać. Widzi tu ktoś sens? Jeszcze inaczej – 6000 tys euro unijnej rekompensaty, licząc po średnim kursie NBP 4,24 zł, to 25 440 zł. Jest to odpowiednik 19 miesięcznych zasiłków. Jeżeli natomiast imigrant przebywa w ośrodku dla uchodźców to jego utrzymanie wynosi ponad 4200 zł rocznie, lecz po doliczeniu opieki medycznej, nauki języka, pomocy psychologa, edukacji dzieci w szkołach itd. suma ta skokowo rośnie. Wg. Urzędu ds. Cudzoziemców średni koszt utrzymania imigranta (niezależnie, czy jest w ośrodku, czy poza nim), to 1380 zł miesięcznie, co daje rocznie 16 560 zł. Dla 6,5 tys „uchodźców” będzie to 107 640 000 zł na rok. Jak rozpaczliwie rząd stara się wyskrobać kasę, może świadczyć skandal z odebraniem 1,2 mln zł z puli przeznaczonej dla repatriantów. Ostatecznie, po protestach, środki dla repatriantów zostawiono w spokoju, za to brakującą kwotę przesunięto... z policyjnej puli na program ochrony świadków. Istny kabaret.

Podsumowując, ze strachu przed zapłaceniem kary w wysokości 34,5 mln zł. zobowiązaliśmy się do uśrednionych rocznych wydatków na poziomie 107,6 mln zł, z UE natomiast otrzymamy jednorazowo, w przeliczeniu, 165 360 000 zł – czyli zwrot nieco ponad rocznego utrzymania 6,5 tys imigrantów. Dalej już musimy radzić sobie sami - „europejska solidarność” jak widać słono kosztuje...

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” -------> http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/2545-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 40 (02-08.10.2015)

Kopacz pod sąd!

Minister Piotrowska i jej zwierzchniczka, premier Ewa Kopacz, dopuściły się zdrady stanu, godząc we wszechstronne interesy Polski.

Postępowanie przedstawicieli polskiego państwa – minister Teresy Piotrowskiej oraz premier Ewy Kopacz w kwestii przyjęcia nielegalnych imigrantów zwanych dla niepoznaki „uchodźcami” spełnia wszelkie kryteria zdrady – zarówno w sensie potocznym, jak i prawnym tego pojęcia. Jest to, dodajmy, zdrada wielopoziomowa. Otóż, po pierwsze - zdradziliśmy sojuszników z Grupy Wyszehradzkiej. Piszę „my”, bo reakcje chociażby czeskich polityków i mediów nie pozostawiają wątpliwości, że naszą zgodę na brukselskie „kwoty” i wyłamanie się ze wspólnego stanowiska Grupy uznano za wiarołomstwo polskiego państwa jako takiego, a nie konkretnego rządu, czy tym bardziej poszczególnych polityków. Włos na czworo możemy sobie dzielić na użytek wewnętrznych sporów, za granicą nikt w takie szczegóły nie wnika. Skoro polski legalny rząd zajął takie a nie inne stanowisko, to znaczy, że to Polska jako państwo, zmieniając w ostatniej chwili front, sprzeniewierzyła się wspólnym ustaleniom, koniec kropka. Mamy zatem tu do czynienia ze zdradą dotyczącą polityki międzynarodowej i kolejnemu rządowi będzie bardzo trudno odbudować zaufanie regionalnych partnerów, co może się mścić w kolejnych latach, gdy zajdzie potrzeba zmontowania sojuszu mającego – jak to było w kwestii kryzysu imigracyjnego – zablokować decyzje godzące w nasze interesy.

Grupa Wyszehradzka pozostawała do tej pory albo ciałem dekoracyjnym, albo służyła wręcz jako pas transmisyjny Berlina i Brukseli, przekazujący „na dół” oczekiwania naszych europejskich „patronów”. I właśnie w momencie, gdy Wyszehrad stanął przed niepowtarzalną szansą przynajmniej częściowego wyemancypowania się spod politycznej kurateli Niemiec, dostał cios w plecy od swego kluczowego członka i potencjalnego lidera. Jest to jedno z wielu kukułczych jaj, które gabinet Ewy Kopacz pozostawia następnemu rządowi. Zabagnione relacje z teoretycznie najbliższymi nam krajami sprawią, że ciężko będzie mówić o regionalnym przywództwie Polski – można się domyślać, jak na tego typu uroszczenia zareaguje Budapeszt, Praga i Bratysława, skoro w decydującej chwili wykazaliśmy się skrajną nielojalnością.

Zostawiamy naszą część Europy w słusznym przeświadczeniu, że pilot do polskiej polityki znajduje się w rękach Angeli Merkel. Działa to następująco - „cesarzowa ojropy” komunikuje swe zapotrzebowanie ulokowanemu w Brukseli Tuskowi, ten z kolei przekazuje wolę naszego hegemona namaszczonej przez siebie polskiej premier, a ta odpowiednio zawiaduje swymi podwładnymi. Ten łańcuszek zależności dał znać o sobie w momencie, gdy „prezydent Europy” zastosował prawny kruczek, dzięki któremu wiążące ustalenia zapadły nie na brukselskim szczycie przywódców państw Unii, lecz na dzień wcześniejszym spotkaniu ministrów spraw wewnętrznych, tak by nie było możliwości skorzystania z prawa veta. Od tej pory jasne było, że Polska zgodzi się na wszystko, argumentując że „i tak by nas przegłosowali”, a Ewa Kopacz w ramach Grupy Wyszehradzkiej uprawiała jedynie chwilową grę pozorów. Słynny telefon minister Piotrowskiej do Warszawy pokazuje, że przybyła ona na spotkanie jako bierna plenipotentka wyczekująca tylko na komunikat: „podpisuj!”.

Ale zdrada wspólnych interesów regionu to jedno. Drugim poziomem było wystąpienie przeciw interesom Polski, naszej racji stanu i podmiotowości w ramach europejskich struktur. Dopuściliśmy do niebezpiecznego precedensu pozwalając, by zewnętrzne ośrodki (formalnie Bruksela, w praktyce – Berlin), narzuciły nam swą polityczną wolę. Uginając się przed szantażem wymuszającym na nas „europejską solidarność” otworzyliśmy wrota dla następnych podobnych działań, ilekroć Niemcy uznają je za pożądane ze swojego punktu widzenia – i nie miejmy złudzeń, zostanie to skwapliwie wykorzystane przeciw nam.

Trzecia warstwa wreszcie, to sprowadzenie bezpośredniego zagrożenia wewnętrznego na Polskę i Polaków w postaci potencjalnych ataków terrorystycznych. Nie jest tajemnicą, że islamiści prowadzą wśród imigrantów intensywną akcję werbunkową. Pół biedy, jeśli wyjadą od nas mordować ludzi na Bliskim Wschodzie, ale równie dobrze mogą spróbować swych sił na naszym terenie. Dodatkowo nałożyliśmy na siebie obowiązek przetrzymania „uchodźców” w granicach Polski, mimo iż większość z nich chce pozostać w Niemczech i generalnie – tam, gdzie jest bogatszy „socjal”. Powstrzymamy ich siłą? Już teraz w Niemczech dochodzi do zamieszek, są ranni, i tylko patrzeć, jak z podobnymi scenami spotkamy się i u nas.

Reasumując, minister Piotrowska i jej zwierzchniczka, premier Ewa Kopacz, dopuściły się zdrady stanu, godząc we wszechstronne interesy Polski. Przypominam tu art. 129 KK dotyczący zdrady dyplomatycznej: „Kto, będąc upoważniony do występowania w imieniu Rzeczypospolitej Polskiej w stosunkach z rządem obcego państwa lub zagraniczną organizacją, działa na szkodę Rzeczypospolitej Polskiej, podlega karze pozbawienia wolności od roku do lat 10”. A więc – Ewa Kopacz pod sąd!

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” -------> http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/2545-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 40 (02-08.10.2015)