Pokazywanie postów oznaczonych etykietą energetyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą energetyka. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 29 października 2015

Wampiryzm energetyczny

Okazuje się, że jesteśmy przodownikami w dziedzinie „solidarności energetycznej” - tyle, że niekoniecznie z własnej woli.

Ubawiło mnie stwierdzenie premier Ewy Kopacz podczas debaty Beatą Szydło, iż Platforma intensywnie protestowała przeciw gazociągowi Nord Stream. Politycy wprawdzie uważają, że wyborcy mają pamięć rybki akwariowej, ale tak się składa, że moja pamięć jakoś uporczywie nie chce stosować się do tej reguły i w odpowiedzi na tak bezczelne łgarstwa jak to wygłoszone przez panią premier, wracają do mnie obrazki z przeszłości. Na przykład obrazek Radosława Sikorskiego chwalącego się, jak to „wynegocjował” z kanclerz Merkel, że gdy naprawdę, ale to naprawdę okaże się, iż Gazociąg Północny blokuje tor podejściowy do gazoportu w Świnoujściu, to wówczas rozważone zostanie „przesunięcie” podmorskiej rury. Dla każdego, kto choćby pobieżnie interesował się tematem oczywiste jest, że ze strony kanclerz Merkel była to kpina w żywe oczy, rzucona na odczepnego, zaś przedstawianie owej kpiny przez polskiego ministra w kategoriach dyplomatycznego sukcesu miało wartość równą poszukiwaniu „katarskiego inwestora” dla stoczni. Innymi słowy – Niemcy potraktowały polski rząd jak śmiecia, a polski rząd potraktował Polaków jak idiotów.

Jak to wyglądało naprawdę przedstawił Piotr Naimski w komunikacie wystosowanym do mediów. W skrócie – PiS podejmował na forum unijnym szereg starań o storpedowanie Nord Streamu, angażując m.in. Parlament Europejski, Danię, Litwę, wskutek czego budowa gazociągu uległa znacznemu opóźnieniu o zwiększonych kosztach nie wspominając. Działania te po 2007 zostały przez rząd PO-PSL poniechane, zaś symbolicznym finałem było rozwiązanie 9 lipca 2010 Zespołu do Spraw Polityki Bezpieczeństwa Energetycznego. Jak można mniemać, w przypadku zachowania władzy przez PO również i wobec Nord Stream 2 polski rząd nie podejmie żadnych konkretnych inicjatyw, tym bardziej, że kanclerz Merkel jasno dała do zrozumienia podczas niedawnego spotkania z europarlamentarną frakcją EPL, iż nie życzy sobie wysuwania jakichkolwiek obiekcji, stwierdzając krótko: „to czysto komercyjne przedsięwzięcie i najważniejsze, że dodatkowy gaz będzie płynął do Europy”. Tyle zostało z szumnych zapowiedzi budowania wspólnej polityki energetycznej. Został po niej, jak na ironię, „prikaz” dekarbonizacji rujnujący nasze górnictwo, energetykę i utrącający konkurencyjność polskiej gospodarki. Wygranym będą oczywiście Niemcy jako eksporter „zielonych” technologii i finalny odbiorca eurofunduszy. Wyglądać będzie to następująco: my „pozyskamy” unijne środki na jakieś nieopłacalne inwestycje w eko-bzdury, zapożyczając się dodatkowo na „wkład własny”, po czym zakupimy w Niemczech te wszystkie wiatraki – i tą drogą pieniądze z Unii wylądują w kieszeni niemieckich firm, które zapłacą podatek niemieckiemu rządowi, my zaś zostaniemy z długami. Istny wampiryzm.

Ale to nie wszystko. Okazuje się bowiem, że jesteśmy przodownikami w dziedzinie „solidarności energetycznej” - tyle, że niekoniecznie z własnej woli, co podniesiono na trwającym właśnie warszawskim Kongresie Nowego Przemysłu. Mianowicie, Niemcy od lat rozbudowują farmy wiatrowe na północy kraju, tyle że kompletnie ignorują potrzebę rozwoju sieci przesyłowych, które transportowałyby energię znad Bałtyku na południe - do centrów przemysłowych w Bawarii, Badenii-Wirtembergii oraz Austrii. W efekcie, „nadmiarowy” prąd, którego nie są w stanie zaabsorbować sieci niemieckie trafia w niekontrolowany sposób tam gdzie jest w danej chwili najmniejszy fizyczny opór – a tak się składa, że są to przede wszystkim sieci przesyłowe Polski oraz Czech. Taką właśnie okrężną drogą energia dociera na południe Niemiec, powodując u nas po drodze przeciążenia i groźbę blackoutów. Nasza sieć jest niedoinwestowana i w związku z tym mniej stabilna, w skrajnych przypadkach trzeba wyłączać elektrownie, co wiąże się z kosztami. No i jeszcze jedno – Niemcy za wymuszone w ten sposób „usługi przesyłowe” nie płacą nam złamanego eurocenta.

Dlaczego tak się dzieje? Otóż Niemcy nie chcą sobie szpecić krajobrazu trakcjami przesyłowymi. Linie wysokiego napięcia rażą bawarskie poczucie estetyki. Każda inwestycja tego typu spotyka się z miejsca z masowymi społecznymi protestami – i rząd często się cofa, bo w sumie, skoro ma do dyspozycji sieci sąsiadów... Tymczasem chodzi o budowę raptem dwóch „autostrad energetycznych” na osi północ-południe. Jaka jest skala zjawiska? Polskie Sieci Energetyczne oceniają, iż w ten sposób do samej tylko Austrii trafia ok. 50 proc. nadbałtyckiej energii, co wiąże się z zagrożeniem dla granicznych transformatorów. Problem zresztą nie jest nowy, tego typu informacje pojawiają się od lat, tak jak od lat mówi się o zamontowaniu przesuwników fazowych mogących w razie przeciążenia odciąć nasz system przesyłowy od Niemiec. W 2012 roku oceniano koszt montażu takich przełączników na polsko-niemieckiej granicy na ok. 100 mln euro. Teraz również się o tym mówi. I jeśli nic się nie zmieni, będzie się o tym mówić przez kolejne lata... A my będziemy po staremu dokarmiać niemieckiego wampira.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” -------> http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/2678-pod-grzybki-po-i-przed-wynikowe

Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 43 (23-29.10.2015)

czwartek, 22 stycznia 2015

Węgiel polityczny

Czy pozwoliliśmy się już ze szczętem zatomizować, czy jednak może stać nas jeszcze na solidarność?


Obecny atak rządu na polskie górnictwo należy rozpatrywać na kilku poziomach. Przede wszystkim warto zadać sobie pytanie, kto odniesie tu korzyść. Korzyści nie odniesie rzecz jasna Ewa Kopacz, której po prostu przedstawiono plan „restrukturyzacji” do zatwierdzenia i wykonania – ona wyznaczona jest do roli ofiary ponoszącej polityczne konsekwencje. Kto ów plan montował, możemy się domyślać analizując splot rozlicznych interesów zapętlonych wokół polskiej branży górniczej.

I. Lody na imporcie węgla

Z pewnością do beneficjentów należy lobby importerów węgla kamiennego – szczególnie z kierunku rosyjskiego. O jego sile świadczy chociażby afera taśmowa w której prócz służb miał maczać palce widniejący na liście 100 najbogatszych Polaków biznesmen Marek Falenta zajmujący się m.in. właśnie importem węgla i współwłaściciel bydgoskiej spółki Składywęgla.pl. Temu „tłustemu misiowi” władza chciała zrobić kuku i odwinął się tak zgrabnie, że mimo buńczucznych zapowiedzi „wyjaśnienia afery” rząd szybciutko schował dudy w miech, a rosyjski węgiel wciąż płynie przez nasze granice nieprzerwaną rzeką.

Jak wygląda mechanizm przekrętu? Otóż na granicy deklaruje się, że w transporcie znajduje się węgiel niskiej klasy, bądź tzw. niesort, czyli wymieszane różne rodzaje węgla – od miału, do grubego węgla wysokiej jakości. Nikt tego nie sprawdza, dzięki czemu wjeżdżający węgiel obciążany jest niższymi opłatami – cłem i podatkami. To powoduje, że importowany węgiel jest znacząco tańszy niż wynikałoby to z kosztów transportu i wydobycia w Rosji – a warto wiedzieć, że gros importowanego węgla pochodzi z syberyjskiego Kuzbasu, którego kopalnie oddalone są od Polski o ponad 4,5 tys kilometrów. Skalę procederu może obrazować fakt, że w Polsce działa ok 10 tys składów węgla na prowadzenie których nie trzeba żadnych zezwoleń czy koncesji, zaś według związkowców ok. 80% przetargów na węgiel dla instytucji budżetowych (decyduje kryterium ceny) wygrywają właśnie oferenci proponujący surowiec z importu.

Na powyższe nakłada się protekcjonistyczna polityka Rosji dotującej transport własnego węgla, co również wpływa na jego cenę. W efekcie jesteśmy zasypywani dumpingowym węglem z importu – tak się zdobywa rynek. W samym 2013 roku sprowadziliśmy do Polski 10,8 mln ton węgla, w tym ok. 7 mln ton z Rosji, podczas gdy na hałdach kopalnianych zalega od 7 do 8 mln ton surowca, którego nie ma jak sprzedać. Krajowe wydobycie to ogółem ok 76 mln ton rocznie, co oznacza, że import wynosi już ok 14% naszej produkcji!

II. Energetyczna kolonizacja

Kolejną siłą korzystającą na wygaszaniu polskiego górnictwa są Niemcy, którzy za pośrednictwem UE wmanipulowali nas, przy współpracy rządów Tuska i Kopacz w arcykosztowny pakiet klimatyczny. Przypomnę, że jeszcze rząd Tuska zobowiązał nas do redukcji emisji CO2 w latach 2013-2020 o 20% w stosunku do roku 2005, tymczasem Polska już do 2005 zredukowała emisję aż 31,9% (głównie na skutek upadku przemysłu), spełniając z wielokrotną nadwyżką wymagania protokołu z Kioto zobowiązujące nas do redukcji CO2 w latach 2008-2013 o 6%, przy czym rokiem bazowym był korzystny dla nas 1988. Tusk zgodził się na przesunięcie roku bazowego na 2005, czyli okres, kiedy to praktycznie nie mamy już z czego „schodzić”. Obecnie Kopacz wrobiła nas z kolei w poszerzenie udziału energii odnawialnej w latach 2020-2030. Wszystko to razem, mimo różnych okresów przejściowych, dotacji na modernizację i darmowych kwot CO2 spowoduje znaczący wzrost cen energii i w praktyce śmierć naszej energetyki węglowej, nie mówiąc już o utracie konkurencyjności polskiej gospodarki..

W powstałą próżnię wkroczą oczywiście Niemcy, czyli europejski lider pozyskiwania energii ze źródeł odnawialnych. To oni będą eksportować nam swoje „ekologiczne” technologie w efekcie czego Polska stanie się energetyczną kolonią – dokładnie na takiej samej zasadzie, jak obecnie jesteśmy uzależnieni od rosyjskiego gazu (i jak pokazałem wyżej – w coraz większym stopniu również węgla). Niemiecki eksport nabierze nowej dynamiki i zyska u nas kolejny intratny rynek zbytu, my zaś po staremu będziemy się w pocie czoła „dostosowywać” do wyśrubowanych eko-norm, by „dogonić Europę”. Górnictwo jest zatem kolejnym sektorem polskiego przemysłu, który stoi na drodze neokolonialnej ekspansji gospodarczej Zachodu. Nie oszukujmy się, te cztery kopalnie („Pokój”, „Brzeszcze”, „Sośnica-Makoszowy”, „Bobrek-Centrum” - ostatnia kopalnia w Bytomiu!) to zaledwie początek. Za jakiś czas się okaże, że „nierentowne” są kolejne kopalnie i je również trzeba „zrestrukturyzować” przez likwidację, tak jak „trzeba było” zlikwidować te kopalnie, które już zamknięto od 1989 roku. Będzie jak ze stoczniami i innymi gałęziami przemysłu, z tą różnicą, że górnictwa nie da się zlikwidować od ręki, więc robi się to etapami – od kryzysu do kryzysu.

W kontekście powyższego na ponurą groteskę zakrawa fakt, że od lata 2014 realizowany jest projekt budowy przez niemiecki koncern HMS Bergbau AG kopalni w Orzeszu. Czyli, kopalnie mogą być, pod warunkiem, że niemieckie.

III. Mafia węglowa

Górnictwo nie jest oczywiście branżą bez wad – mamy cały system dojenia przez liczne firmy zewnętrzne, łańcuszki pośredników windujących ceny węgla. Mafia węglowa nie jest wymysłem, próbował się z nią zmierzyć PiS i poległ. Barbara Blida zastrzeliła się, lub ktoś jej w tym pomógł – w sam raz, by można było rozpętać medialną nagonkę na „reżim Kaczyńskich”, a po zmianie władzy prokuratura po cichutku umarzała kolejne wątki śledztwa, dokładnie tak samo, jak w przypadku mafii paliwowej. Tu zastanawiające są informacje dotyczące potencjalnych inwestorów, którzy zgłaszają się do kupna zamykanych kopalń – czy to zasłona dymna na wzór „katarskiego inwestora”, czy może po prostu liczą na wykup za bezcen, a później się zobaczy? W tym drugim przypadku mielibyśmy wyjaśnienie fenomenu tolerowania latami rozlicznych patologii w górnictwie: chodziłoby o to, by w momencie dekoniunktury i finansowego tąpnięcia mieć pretekst do sprzedaży kopalń za półdarmo.

Oczywiście śmierdzi tu dawną i obecną bezpieką na kilometr, dlatego też zamiast narażać się wpływowym grupom interesu mozolnie oczyszczając górnictwo z narosłej w ostatnim ćwierćwieczu pajęczyny brudnych układów, czy uregulować kwestię importu, wygodniej jest kopalnie zamknąć, na czym zresztą również ktoś zarobi – i to właśnie czyni ekipa Kopacz. Zostali wyznaczeni do zalegalizowania skoku, a mafia żerująca na przemyśle wydobywczym dalej będzie funkcjonowała w najlepsze.

IV. Węglowa socjotechnika

No i wreszcie ostatnia kwestia – korzyści czysto polityczne dla Systemu III RP. Górnictwo jest w Polsce jednym z ostatnich potencjalnych ognisk zorganizowanego oporu społecznego – niezależnie od stopnia skorumpowania związkowej wierchuszki. Rozbijając branżę likwiduje się zarazem zarzewie buntu. Przetrenowano to jeszcze za kadencji Tuska na stoczniach i wyszło znakomicie. Wybrzeże nie sprawi już władzy kłopotów, teraz przyszła kolej na pacyfikację Śląska i okolic.

Proszę zwrócić uwagę, że temu procederowi towarzyszy wszechobecna propaganda polegająca na szczuciu społeczeństwa w myśl hasła: dość łożenia na górniczych pasożytów. Wedle tej narracji dobrzy, ciężko pracujący podatnicy utrzymują nierentowne kopalnie zatrudniające roszczeniowych roboli, mentalnie tkwiących w głębokim PRL-u. Z podobną operacją socjotechniczną mieliśmy do czynienia w przypadku Krzyża na Krakowskim Przedmieściu – wtedy również ciemnych „moherów” z małych ośrodków, żyjących jak nam wmawiano na zasiłkach i pasożytujących na reszcie kraju przeciwstawiono młodym, wykształconym, dynamicznym ludziom z wielkich miast mającym uosabiać postępową przyszłość Polski.

Dziś powtarza się ten sam schemat. Reżim i jego media epatują średnią wynagrodzeń w górnictwie na poziomie 6 tys zł nie dodając, że ta średnia ma się do realiów tak samo, jak słynna „średnia krajowa” którą w Polsce mało kto zarabia. Górnicy w odpowiedzi zaczęli publikować paski wypłat z sumami rzędu 2100 – 2400 zł (6-7 lat pracy na dole), co nawet po doliczeniu deputatów i innych świadczeń nie daje powalających kwot. Podobną funkcję ma podawanie skali zadłużenia bez informacji, że górnictwo w formie rozmaitych danin publicznych odprowadza rokrocznie grubo ponad 7 mld zł, a w cenie jednej tony węgla w samym 2013 roku ukryte było ponad 95 zł podatków – od najwyższego w Europie VAT-u począwszy, a skończywszy na opłatach za kopalniane maszyny i każdy wydrążony metr chodnika. Podatków, których w większości nie płacą importerzy. Nie mówi się o wartości zalegającego węgla, którego nie można sprzedać ze względu na importowy dumping z Rosji itd. itp...

W tym wszystkim chodzi rzecz jasna o zantagonizowanie ludzi – by ogłupiali z biedy i zawiści rzucili się sobie nawzajem do gardeł. Pozostaje pytanie, czy pozwoliliśmy się już ze szczętem zatomizować, czy jednak może stać nas jeszcze na solidarność?

Gadający Grzyb

P.S. Powyższy tekst powstał jeszcze przed zaskakującą ugodą rządu z górnikami, ale sądzę, że mimo wszystko większość zawartych w nim diagnoz pozostaje aktualna.

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr2 (72) (19-25.01.2015)

niedziela, 18 grudnia 2011

Nasi Wielcy Energetyczni Przyjaciele


Rosja wybuduje nam elektrownię atomową. I most energetyczny z Kaliningradu na dokładkę.


I. Przyjaciel

Rosja nas lubi. Rosja potrafi być konkurencyjna cenowo. Rosja to ostoja najnowocześniejszych i bezpiecznych technologii. Rosja kieruje się wyłącznie czysto biznesowymi względami. Zatem Rosja wybuduje nam elektrownię atomową. I most energetyczny z Kaliningradu na dokładkę. Po co nam jakieś żabojady, amerykańce, czy koreańskie żółtki, skoro życzliwy sąsiad, gotów nam zawsze nieba przychylić, jest pod bokiem. Wszak przychyla nam nieba w kwestiach gazowych i to za rozsądną cenę od lat. Granice cenowego rozsądku, oczywiście, wyznacza sam Przyjaciel, taki już z natury jest uczynny, a naszym Przywódcom zostaje tylko przełożyć ów rozsądek na odpowiednio gładką frazę, jak ta wicepremiera Pawlaka o „korzystnej formule cenowej”. Ropę też nam sprzedają, podobno bardzo tanio i niezawodnie, no chyba, że zepsuje się akurat rurociąg do Możejek, ale przecież to na Litwie. Poza tym, jak sprzedamy im Lotos, to ho-hoo – energetyczna przyjaźń nam rozkwitnie niczym w drugim, bardziej dochodowym RWPG.

No to niech nam postawią tę atomówkę, skoro chcą, co nie?

II. Pstryczek – elektryczek, cd.

Powyższe streszczenie dobrosąsiedzkich stosunków z naszym Wielkim Energetycznym Przyjacielem ma szansę znaleźć swe potwierdzenie w postaci wybudowania przez wielce przyjazny koncern Rosatom elektrowni atomowej w Polsce. Cóż, skoro pragnie tego nasz Wielki Energetyczny Przyjaciel, to nie wypada odmówić, bo przyjaźń – rzecz bezcenna, zatem na szwank nie będziemy jej wystawiać, tym bardziej, że ci, którzy do brużdżenia byliby skłonni, albo szczęśliwym trafem zeszli poniżej 100 metrów, dzięki czemu polskie państwo zdało egzamin, albo nie mają dziś nic do gadania poza jałowym pomstowaniem z sejmowej trybuny, czy wyjęzyczaniem się na blogach.

Żeby nam było w tym przyjacielskim uścisku jeszcze bardziej cieplutko i przytulnie warto nadmienić (o czym pisałem już wcześniej TUTAJ i TUTAJ w notkach z serii „Pstryczek- elektryczek”), o planowanym moście energetycznym z Bałtycką Elektrownią Jądrową powstającą w Kaliningradzie, który to most jest obecnie na etapie prac studyjnych, powstać zaś może do 2015 roku o czym proudly zawiadomił nas w listopadzie przedstawiciel „Rosatomu" i szef projektu budowy Bałtyckiej Siłowni Atomowej Siergiej Bajarkin. Wprawdzie PGE zaznacza, że „nie kontynuuje rozmów biznesowych z rosyjską firmą Inter RAO na temat możliwości zakupu energii elektrycznej z Kaliningradu” (cyt. za rp.pl), ale zapytajmy retorycznie kto tu rządzi: Leon czy jego dzieci? Tym bardziej, że prezes Tauronu, imć Dariusz Lubera a propos importu energii od naszego Północnego Sąsiada podkreślił, że „Nie należy tu mieć żadnych uprzedzeń”.

Uprzedzenia, jak wiadomo, to w biznesie grzech niewybaczalny, a w kontaktach z przyjaciółmi w szczególności, zatem PGE już jęła się tej brzydkiej przywary pozbywać. Na początek więc Polska Grupa Energetyczna wyciągnęła Rosjanom z tyłka uwierającą zadrę w postaci naszego partnerstwa z Litwinami i „podjęła decyzję o zawieszeniu swojego zaangażowania w budowę elektrowni jądrowej w Visaginas na Litwie”. To ta sama elektrownia, w oparciu o którą nafaszerowany uprzedzeniami rząd Jarosława Kaczyńskiego chciał tworzyć inny most energetyczny, Alytus-Ełk. Most, dodajmy, z gruntu niesłuszny i zatruwający dobrosąsiedzkie stosunki ze słowiańskimi braćmi z Kaliningradu. Nic więc dziwnego, że wreszcie rozstano się bez żalu z tym kaczystowskim pomysłem, tym bardziej, że o ekologiczne konsekwencje wybranej przez Litwinów technologii niezwykle troska się przyjazny Rosatom, stwierdzając ustami Siergieja Bojarkina: „(…) mamy prawo zadawać pytania o skutki jej zastosowania. I na pewno je zadamy”. Rosatom przemówił, sprawa zamknięta, a kto by siał wątpliwości, ten nie zna się na przyjaźni i stosunkach.

III. „Zielona wyspa” pod młotek

Nie możemy również zapomnieć o naszych innych Energetycznych Przyjaciołach, którzy chętnie wykupią od nas elektrownie, byśmy nie musieli się zamartwiać ich obsługą, modernizacją i widmem blackoutów. Warszawiacy – klienci RWE Stoen - na ten przykład już się nie zamartwiają, tylko płacą wesolutko zawyżone rachunki – wrrróć! - co też ja gadam, oszołom nieszczęsny. Warszawiacy płacą rachunki obliczone w ramach „rozsądnej formuły cenowej” i zanoszą się płaczem ze szczęścia, zaś koncern RWE naszego Zachodniego Energetycznego Przyjaciela zanosi się dobrodusznym, teutońskim śmiechem. Może tylko Gromek Czempion się nie uśmiecha, bo o coś tam go ostatnio szarpią, ale nie ma strachu, zaskórniaków odłożonych na szwajcarskim koncie jako dodatek do generalskiej emeryturki mu nie ruszą. A i koncernu RWE, należącego do naszego Zachodniego Energetycznego Przyjaciela nie tkną małym palcem, bo to przecież głupio tak się czepiać o jakieś nieistotne prywatyzacyjne zaszłości.

Osobiście jestem ciekaw, jak bez Gromka Czempiona poradzi sobie nasze państwo z planowaną na pierwsze półrocze 2012 roku prywatyzacją poznańskiej Enei oraz Zespołu Elektrowni Pątnów-Adamów-Konin. Łączna wartość transakcji ma wynieść 7,2 mld złotych. Do tego należy dodać jeszcze elektrownię wodną w Nidzicy, którą nasz nie-rząd uparł się opchnąć Czechom za 200 mln złotych. Zwłaszcza po ostatniej, groszowej w skali budżetu państwa kwocie, widać wyraźnie na jakim rozpaczliwym musiku się znaleźliśmy, jak musimy ciułać grosik do grosika by spłacić rachunki za ostatnie cztery lata „zielonej wyspy”. Zapewne niebawem dowiemy się o sprzedaży zapory w Solinie. Razem z zielonymi wzgórzami opiewanymi w znanym szlagierze.

„Zielona wyspa” idzie ze szczętem pod młotek i potrzeba tu całej gromady niekoniecznie krajowych Gromków do obsługi licytacji, ale nic to, Gromków ci u nas dostatek. O tym, że dajemy radę świadczy fakt, że stać nas na dofinansowanie MFW, a gdyby zabrakło cyferek w zapisach z rezerwy rewaluacyjnej NBP na „poręczenie”, to odda się coś jeszcze w pomocne ręce przyjaznych kontrahentów i tym sposobem ugruntuje się nasza „mieżdunarodna” wiarygodność. Wiarygodność budowana na sprzedaży z pocałowaniem ręki ostatniej koszuli, którą to koszulę wraz z gaciami nasi wypróbowani partnerzy odkupią, a następnie miłosiernie będą nam wypożyczać ten sam przyodziewek z rozsądnie obliczoną marżą, byśmy nie świecili gołą rzycią w eleganckiej Europie.

Widać zatem jak na dłoni, że otoczeni jesteśmy energetycznym przyjaciółmi i nie powinniśmy się martwic o przyszłość – ba, wszelkie głosy obawy z definicji lokują krytykantów w gronie destrukcyjnych oszołomów godzących w stosunki i sojusze. A godzenie w stosunki w naszych postępowych czasach jest, jak wiemy, faszyzmem. Wracając na chwilę do atomu zapytałbym może nieśmiało, gdzie są rozmaici „zieloni”, którzy w innych razach potrafią być tak głośni i elokwentni, ale najwyraźniej zaprzątnięci są obecnie zwalczaniem imperialistycznego wymysłu w postaci gazu łupkowego. Odeślę więc tylko do bajek Krasickiego, który pisywał różne ucieszne historyjki o zajączkach i jagniątkach – ze szczególnym uwzględnieniem zakończeń, tym bardziej, że i okres historyczny w którym owe rymowanki powstawały zaczyna wyglądać coraz bardziej znajomo.

Gadający Grzyb

czwartek, 4 listopada 2010

Rekompensata?


Rosja gra (w wariancie maksimum) o kontrolę nad wielkim obszarem gospodarki surowcowo-energetycznej Polski.

Cóż, ponieważ negocjacje gazowe z naszym Północnym Sąsiadem (mam na myśli Federację Rosyjską, jakby ktoś się pytał) poszły nie do końca po jego myśli, więc tenże Sąsiad zabiega teraz o stosowną rekompensatę, mającą wynagrodzić to, co poświęcił na gazowym froncie swej ekspansji.

I. Gra o Lotos.


W takich kategoriach odbieram zapowiedzi złożenia ofert przez rosyjskie firmy z branży naftowo - paliwowej na kupno większościowego pakietu polskiej firmy Lotos. Jest to łakomy kąsek, gdyż grupa Lotos ma (stan na koniec 2009 roku) ok 28% udziałów w rynku z tendencją wzrostową. Prognozy mówią o „przejęciu” 30% polskiego rynku paliw przed 2012 rokiem. Termin na składanie ofert wyznaczony przez Ministra Skarbu Aleksandra Grada, któremu w rządzie Tuska przypadła rola licytatora ostatnich sreber rodowych, upływa 4 lutego przyszłego roku. Mowa o 53% akcji, zaś łączna wartość transakcji ma wynosić od 2,3 do 2,5 mld złotych.

Lotosem zainteresowane są trzy rosyjskie firmy: kojarzony mocno z „siłowikami” od wicepremiera Igora Sieczina Rosnieft, którego marsz ku potędze rozpoczął się od trupa Jukosu i łagru dla Chodorkowskiego; koncern TNK BP i Gazprom-Nieft. Największe szanse daje się dwóm pierwszym, przy czym „Rzeczpospolita” sugeruje, że aby przejęcie Lotosu przez rosyjskie konsorcjum było bardziej „strawne”, może dokonać się przy współudziale francuskiej firmy Total, z którą współpracują zarówno TNK BP jak i Rosnieft. Co ciekawe, Total jest partnerem również firmy Petrolinvest naszego oligarchy – Ryszarda Krauzego, który też zapewne będzie chciał coś ugrać na sprzedaży Lotosu, choćby wg wzorca z czasów „prywatyzacji” Telekomunikacji Polskiej.

II. Powetować straty.

Krótko mówiąc, Rosja pragnie na froncie naftowym „odzyskać” to, co straciła na skutek wmieszania się Komisji Europejskiej (czyli Niemiec) do negocjacji gazowych. Przypomnę dla porządku, że kontrakt mający pierwotnie obowiązywać do 2037 roku ostatecznie udało się skrócić do 2022, a umowę na transfer gazu na Zachód do 2019 z opcją przedłużenia do 2045 roku. Sądząc po zachowaniu Władimira Putina, który już uznaje za pewnik rychłe wydłużenie umowy tranzytowej, ze strony rządu Tuska nie będzie przeciwwskazań (gdzieżby tam, wszak „ocieplenie” ponad wszystko!). Do tego udało się osiągnąć zniesienie dyskryminacyjnego zakazu reeksportu rosyjskiego gazu, co również musi Rosję uwierać i mobilizować do energicznych działań w celu powetowania „strat” poniesionych względem pierwotnych oczekiwań.

Rosyjska oferta zawiera jeszcze jeden „haczyk” przemilczany przez media. Otóż, Lotos jest mniejszościowym (8,97%) udziałowcem gdańskiego Naftoportu, a więc w razie powodzenia transakcji, Rosja uzyskałaby przyczółek w tym alternatywnym wobec rurociągu „Przyjaźń” źródle dostaw ropy do Polski.

III. Atomowe amory.

Ale to jeszcze nie wszystko, bowiem ze strony rosyjskiej po raz kolejny pojawiają się syrenie śpiewy zapraszające nas do udziału w projekcie Bałtyckiej Elektrowni Atomowej powstającej w Obwodzie Kaliningradzkim. Znając skuteczność i konsekwencję rosyjskiego lobbingu (czytaj – wpływy „rosyjskiej partii w Polsce”, które niepomiernie wzrosły po objęciu rządów przez PO, szczególnie zaś po 10.04.2010) również i ta inicjatywa nie jest bez szans. Zresztą, już jakiś czas temu padła propozycja przeciągnięcia rosyjskiego kabla do Elbląga. Wprawdzie nasz rząd, póki co, zachowuje względem wyciągniętych do atomowego uścisku kremlowskich ramion godną pochwały wstrzemięźliwość, ale któż może przewidzieć przebieg kolejnych etapów „pojednania”...

Warto tu przypomnieć o projekcie wybudowania elektrowni atomowej w Polsce o którym ostatnimi czasy dziwnie cicho. Rozumiem, że perspektywa 2022 roku kiedy to ma zostać oddany do użytku pierwszy blok naszej elektrowni jest dość odległa, niemniej do tego czasu warto by zastanowić się (prócz udziału w litewskim Ignalinie II) nad możliwością „awaryjnego” zabezpieczenia dostaw energii choćby z kierunku ukraińskiego, co może być niezbędne jeśli wziąć pod uwagę chociażby pakiet klimatyczny podpisany przez nas na fali eko-histerii wywołanej walką z „globalnym ociepleniem”. Tak się bowiem składa, że mamy połączenie na linii Rzeszów – „Chmielnicka” (ukraińska elektrownia atomowa) które od lat marnuje się nieużywane, bez modernizacji. Tymczasem, z dwojga złego, lepszy już import z Ukrainy (podkreślam – posiłkowo, do czasu powstania naszego „atomu”) niż dalsze brnięcie w uzależnienie od Rosji. Może to z mojej strony przewrażliwienie, ale po cyrkach z gazem i sprawą zakopania Gazociągu Północnego pod torem podejściowym do portów Szczecin-Świnoujście, których byliśmy świadkami, wolę dmuchać na zimne.

***

Podsumowując, Rosja gra (w wariancie maksimum) o kontrolę nad wielkim obszarem gospodarki surowcowo-energetycznej Polski. Spójrzmy: 2/3 rynku gazowego (będziemy importować 10 mld m3 rocznie, przy zapotrzebowaniu ok 14,5 mld m3) plus 1/3 rynku paliwowego po ewentualnym przejęciu grupy Lotos i do tego perspektywa znaczącego udziału w dostawach energii elektrycznej, jeśli odpowiemy pozytywnie na atomowe kaliningradzkie amory.

Tym co martwi, jest brak czytelnej strategii rządu wobec zarysowanych tu zagrożeń. Pierwszym testem na gotowość zaspokajania rosyjskich apetytów będzie przyszłoroczna sprzedaż Lotosu. Są powody do patrzenia na ręce. Tylko kto będzie patrzył? „Zaprzyjaźnione” media? Wolne żarty.

Gadający Grzyb

Pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl