Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Czechy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Czechy. Pokaż wszystkie posty

piątek, 11 października 2019

Czeski „rynek pracownika” – jak to zrobili nad Wełtawą?

Czesi po zlikwidowaniu bezrobocia postawili na wzrost wynagrodzeń - ustawowe podwyżki płacy minimalnej i wykorzystanie efektu „presji płacowej”. W kontekście paniki, jaka wybuchła po zapowiedzi radykalnego podniesienia płacy minimalnej, warto spojrzeć, jak sytuacja na rynku pracy wygląda za naszą południową granicą. Zerknąłem sobie mianowicie na tegoroczny raport Ośrodka Studiów Wschodnich pt. „Kraj bez bezrobocia. Specyfika czeskiego rynku pracy” autorstwa Krzysztofa Dębca. Z jednej strony mamy tam zarysowane pewne podobieństwa z sytuacją w Polsce, z drugiej jednak – występują dość istotne różnice. Bezrobocie w Czechach wynosi zaledwie 2,2 proc. (dane za maj 2019, dla porównania w Polsce odnotowano wtedy 3,8 proc.), co sytuuje je na czele nie tylko Unii Europejskiej, lecz również całego OECD. Co do tego doprowadziło? Do pewnego momentu Czesi podążali drogą charakterystyczną dla naszego regionu – „kraju-podwykonawcy”, opierającego swą gospodarkę na zagranicznych inwestycjach, głównie montowniach, bazujących na taniej sile roboczej i wytwarzających produkty o niskiej wartości dodanej. Efekty tego są widoczne w postaci dużego uzależnienia tamtejszej gospodarki od przemysłu motoryzacyjnego, głównie niemieckiego, oraz generalnie od niemieckiego kapitału i koniunktury gospodarczej u zachodniego sąsiada. Do państw UE trafia 85 proc. czeskiego eksportu, w tym same Niemcy odpowiadają za 1/3 eksportu i 1/4 importu, natomiast do podmiotów zagranicznych należy 40 proc. kapitału zakładowego czeskich spółek.

Ta metoda zwalczania bezrobocia polegająca na przyciąganiu inwestycji systemem ulg połączonych z niskimi kosztami pracy w znacznej mierze się sprawdziła, jednak Czesi w odróżnieniu od nas w porę zauważyli, iż na dłuższą metę jest to ślepa uliczka, prowadząca do „pułapki średniego rozwoju” i nade wszystko, po osiągnięciu pewnego pułapu, blokująca dalszy wzrost poziomu życia obywateli. Powyższe skutkuje również zbytnim uzależnieniem od eksportu, nie równoważonym znaczącym wzrostem konsumpcji wewnętrznej. Inny negatywny efekt, to traktowanie Czech jako gospodarczej kolonii służącej do wyprowadzania zysków – wymuszone przepisami UE zniesienie opodatkowania dywidend transferowanych do zagranicznych spółek-matek sprawiło, iż po 2005 r. wysokość owych transferów przekroczyła wartość zagranicznych inwestycji i reinwestycji, a w latach 2016 i 2017 wartość dywidend wypłacanych za granicę wyniosła 5,3 – 6,1 proc. PKB. Jak zauważają tamtejsi ekonomiści, taki odpływ pieniędzy „naraża gospodarkę na wstrząsy i ogranicza możliwości przełożenia wyników wzrostu PKB na poprawę standardu życia mieszkańców”.

Jakie środki zaradcze podjęli Czesi? Po zlikwidowaniu bezrobocia postawili na wzrost wynagrodzeń. Pierwszy filar, to znaczące, ustawowe podwyżki płacy minimalnej. Filar drugi natomiast, to wykorzystanie efektu „presji płacowej”. Istotna uwaga – pod naciskiem społecznym oraz związków zawodowych (z raportu wynika, iż związki mają w Czechach znacznie więcej do powiedzenia, niż u nas) rządzący nie zdecydowali się na masowe sprowadzanie pracowników spoza Europejskiego Obszaru Gospodarczego, na co nalegali pracodawcy. I tu ciekawostka – niedobór rąk do pracy w pewnej mierze kompensowany jest napływem pracowników z Unii Europejskiej. Są to Słowacy, po nich Polacy, których pracuje obecnie w Czechach ok. 45 tys., ale też coraz liczniejsi przybysze z południa Europy – Hiszpanie, Grecy, Portugalczycy, Włosi... Stosunkowo niewielu jest za to Ukraińców.

Zwróćmy uwagę, że jest to postępowanie skrajnie odmienne od naszego. My, pod naciskiem lobby biznesowego poszliśmy w masowe sprowadzanie gastarbeiterów – i to nie tylko z Ukrainy, lecz również z krajów azjatyckich, co w dużej mierze zniweczyło efekt presji płacowej – między 2017 a 2018 r. płace wzrosły w Polsce o 6,8 proc., natomiast w Czechach o 11,2 proc. Innymi słowy, o ile w Polsce „rynek pracownika” jest raczej publicystycznym hasłem, o tyle w Czechach stał się on faktem. Pracownicy przyjeżdżający do Czech z krajów UE są przyzwyczajeni do określonego poziomu płac, nie zaniżają więc wynagrodzeń. Tymczasem Polska stała się w ostatnich latach krajem masowej imigracji zarobkowej, bijąc pod tym względem światowe rekordy. W 2017 r. przybyło do Polski 1,1 mln imigrantów zarobkowych, co jest najwyższym wynikiem wśród wszystkich krajów OECD (przykładowo – USA to 700 tys. osób).

Czesi nie ukrywają, że zależy im na podniesieniu siły nabywczej obywateli i równaniu do Europy Zachodniej – nawet kosztem pewnego spowolnienia wzrostu PKB. Inaczej mówiąc, wzrost PKB nie jest celem samym w sobie, lecz narzędziem, które należy następnie wykorzystywać, dzieląc jego owoce. Opisane tu działania służyć mają również przestawieniu czeskiej gospodarki na nowe, bardziej nowoczesne tory, czemu sprzyjać ma polityka zachęt inwestycyjnych – w miejsce ulg dla „montowni” mają się pojawić preferencje dla inwestycji związanych z nowymi technologiami. My, wprowadzając program podwyżki płacy minimalnej do 4000 zł. brutto do końca 2023 r. zrobiliśmy pierwszy krok w podobnym kierunku. Pora na kolejne.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Koniec „Bangladeszu Europy”

Kaczyński sięga do „głębokich kieszeni”

Polacy dziadami Europy

Bangladesz Europy

Wyższe płace są możliwe

Wyższe płace są konieczne

Jak nierówna jest Polska?

Koniec prezesów na śmieciówkach?

Regresywny system podatkowy, czyli śmierć frajerom!

Podatek od nędzy

Janusze biznesu

Chcemy niewolników!

Dywidenda obywatelska – eksperyment czy konieczność?

Koniec Bantustanu?

Koniec z BIT's? Nareszcie!

ISDS, czyli korpo-dyktat

Polska – kraj migracyjny


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 40 (04-10.10.2019)

niedziela, 25 czerwca 2017

Exit Wyszehradu?

Zmierzamy do euro-dyktatu realizującego wobec opornych taktykę sankcji, szykan i represji, podporządkowaną politycznym interesem Berlina.


I. „Czexit”?

Były prezydent Czech (2003-2013), Vaclav Klaus, stanowczo skomentował wszczęcie przez Komisję Europejską procedury dyscyplinującej wobec państw sprzeciwiających się programowi relokacji migrantów. Oddajmy mu głos, bo na tle euro-poprawnej „mowy-trawy”, czeski polityk jawi się jako prawdziwy mąż stanu, potrafiący jasno i wyraziście sformułować diagnozę rzeczywistości i – co ważniejsze – wyciągnąć adekwatne wnioski. „Podejmując ten krok, Komisja Europejska dokładnie pokazała, jaka jest pozycja Czech w Unii Europejskiej. Odrzućmy to ciągłe poniżenie. Nie możemy pozwolić na przekształcenie naszego kraju w wielokulturowe społeczeństwo, jak to ma miejsce teraz we Francji czy Wielkiej Brytanii”. I dalej: „Nadszedł czas, by przygotować wyjście naszego kraju z Unii Europejskiej. To jedyna dobra ścieżka dla Czech, nasz głos jest ignorowany”. Trzeba tu dodać, że Vaclav Klaus również jako czynny polityk stanowczo sprzeciwiał się różnym lewackim szaleństwom, takim jak „walka z klimatem”, był również mocno niechętny przyjęciu przez jego kraj Traktatu Lizbońskiego – jak się dziś okazuje, słusznie. Mało kto pamięta, ale z tego tytułu uchodził w europejskim lewicowo-liberalnym mainstreamie za czarną owcę – niczym nie przymierzając dzisiaj Victor Orban, czy Jarosław Kaczyński. Można powiedzieć, że był prekursorem późniejszych ruchów eurosceptycznych i suwerennościowych, zawsze trzeźwo i racjonalnie argumentując, dlaczego Unia Europejska w obecnym kształcie brnie w ślepy zaułek i jakie zagrożenia wynikają z obecnego kursu Brukseli.

Oczywiście, jego postawa była powodem nieustannej furii euro-lewactwa, o czym Klaus, jeszcze jako prezydent, przekonał się przy okazji kuriozalnej wizyty jaką 5 grudnia 2008 r. (na trzy tygodnie przed objęciem przez Czechy prezydencji w UE) złożyli na Hradczanach przedstawiciele europarlamentu, próbując wymusić w obcesowy sposób na czeskim przywódcy zgodę na Traktat Lizboński. W skład delegacji wchodził taki „kwiat” europejskich „demokratów” jak anarchista i pedofil Daniel Cohn-Bendit, Hans-Gert Poettering, czy niedouczony alkoholik Martin Schulz. Wzburzona przebiegiem spotkania prezydencka kancelaria opublikowała zapis spotkania, które warto przypomnieć, bo stanowi ono swoisty archetyp stylu w jakim Bruksela zwykła porozumiewać się z „nieposłusznymi” krajami członkowskimi. Połajanki różnych „guyów” i Timmermansów nie stanowią bowiem żadnego novum i są elementem utartej od lat praktyki.

Oto próbka „rozmowy”. Cohn-Bendit: „pana poglądy mnie nie interesują, chcę wiedzieć, co pan zrobi, aby zatwierdziły go [Traktat Lizboński] czeski sejm i senat. Czy będzie pan respektował demokratyczną wolę przedstawicieli narodu? Będzie pan musiał to podpisać”. Dalej Cohn-Bendit kontynuuje: „Następnie chcę, aby pan mi wyjaśnił, jaki jest poziom pana przyjaźni z panem Declanem Ganleyem [założycielem eurosceptycznego ruchu „Liberats”]. Sprawując swoją funkcję, nie może się pan z nim spotykać”. Vaclav Klaus: „Dziękuję za to nowe doświadczenie, które zyskałem, spotykając się tu z państwem. Nie przypuszczałem, że coś takiego jest możliwe, i w ciągu ostatnich 19 lat nic podobnego nie przeżyłem. Myślałem, że to należy już do przeszłości, że żyjemy w demokracji, ale w UE naprawdę działa postdemokracja” - i tak dalej w tym stylu aż do końca. Podziwiać należy opanowanie prezydenta Czech, że nie kazał po pięciu minutach wyrzucić „delegacji” za drzwi.


II. Europejski dyktat

Jeżeli od tamtego czasu cokolwiek się zmieniło, to tylko na gorsze – eurokratom, zwłaszcza na fali zwycięstwa Macrona we Francji i proklamowania „Europy wielu prędkości” wyrosły zęby i przeszli od słów do czynów, uzurpując sobie uprawnienia do kontrolowania praworządności, czy narzucania arbitralnych rozwiązań w kwestii przyjmowania „uchodźców”. Tendencja jest wyraźna – zmierzamy do euro-dyktatu realizującego wobec opornych taktykę sankcji, szykan i represji, zazwyczaj podporządkowaną politycznym interesem Berlina. Stąd konstatacja Klausa o potrzebie „czexitu” jawi się jako logiczna konsekwencja obecnej sytuacji, jeżeli chce się ocalić swoją suwerenność. W tym kontekście warto przypomnieć jego tekst z 2013 r. napisany w odpowiedzi na apel europejskiej lewicy (sygnowany m.in. przez Cohn-Bendita) wzywający do utworzenia europejskiego superpaństwa. Klaus pisze: „Apelujemy do wszystkich sił demokratycznych w Europie, do wszystkich, którzy wciąż wierzą, że Europa nie powinna stać się laboratorium kolejnego eksperymentu inżynierii społecznej przeprowadzanego przez wiecznych rewolucjonistów, aby sprzeciwili się tym próbom w równie zacięty, głośny i bezkompromisowy sposób. Demokraci państw europejskich, obudźcie się!”. Jak widać, jego słowa okazały się prorocze.

Jest to również wskazówka dla nas. Nie od rzeczy byłoby wysondować – i to jeszcze przed zbliżającym się szczytem państw Trójmorza – czy apel Klausa znalazł oddźwięk wśród czeskich polityków. Podobną diagnozę sformułowałem niemal półtora roku temu w artykule „Exodus z domu niewoli” na łamach siostrzanej „Polski Niepodległej”, postulując konieczność opracowania planu awaryjnego, na wypadek gdyby dalsze pozostawanie w UE okazało się niemożliwe i nieopłacalne. Jak się zdaje, mamy obecnie do czynienia właśnie z takim rozwojem wypadków – dalsza wegetacja pod brukselsko-berlińską „czapą” zagraża naszym najbardziej żywotnym interesom, z niepodległym bytem państwowym na czele. A wszak to jeszcze nie koniec, bo w najbliższym czasie czekają nas wzmożone naciski na przyjęcie waluty euro, co poskutkuje nie tylko dalszym okrojeniem naszej suwerenności, lecz również katastrofą gospodarczą na wzór krajów południa Europy. W tym momencie z reguły podnoszony jest problem unijnych środków, rzekomo niezbędnych do naszego rozwoju. Cóż, po pierwsze - zważywszy na widmo sankcji finansowych, owe fundusze stają się cokolwiek problematyczne do pozyskania; po drugie – po 2020 r. nowa perspektywa budżetowa będzie dla nas bardzo chuda i zapewne staniemy się płatnikiem netto; po trzecie wreszcie – prognozy pokazują, że z samego uszczelniania podatków polski budżet będzie wkrótce pozyskiwał rocznie tyle samo pieniędzy, co z Brukseli.


III. Exit Wyszehradu?

Najkorzystniejszym dla nas rozwiązaniem byłoby opuszczenie UE w szerszym gronie. Stąd wspomniana konieczność wysondowania nastrojów w czeskiej klasie politycznej, oraz potrzeba intensyfikacji rozmów z pozostałymi regionalnymi partnerami. Jest jeszcze jeden aspekt, na który zwracałem uwagę półtora roku temu – należy zabiegać o roztoczenie nad „exitem” Wyszehradu (bądź jego części) amerykańskiego geopolitycznego parasola ochronnego, inaczej będziemy bezradni w konfrontacji z siłą oddziaływania Niemiec. Akurat nadarza się znakomita okazja jaką jest wizyta na szczycie państw Trójmorza prezydenta USA. Stosunek Trumpa do Unii Europejskiej i przekonanie o jej rychłym rozpadzie jest ogólnie znany. Na naszą korzyść gra też przeorientowanie polityki Waszyngtonu skutkujące chyba najgorszymi stosunkami z Berlinem od czasów II WŚ. Amerykański przywódca jest żywotnie zainteresowany uszczupleniem potęgi Niemiec – zatem nasze interesy są tutaj zbieżne. Tyczy się to również kwestii bezpieczeństwa – kraje naszego regionu, szczególnie Polska, są o wiele bardziej zainteresowane partycypacją w zbrojnym wysiłku NATO od państw „starej Europy”, możliwa jest więc ściślejsza wzajemna reasekuracja (rodzaj „NATO w NATO”) pod amerykańskimi skrzydłami.

Pozostaje mieć nadzieję, że diagnoza Klausa dotrze również do świadomości naszych rządzących dotąd łudzących się, że Unia wysłucha polskich propozycji i nieco wycofa się ze swych hegemonistycznych zapędów. Dziś nie można mieć już wątpliwości – nie wysłucha i nie ustąpi. Będzie tylko gorzej. Dlatego właśnie szczyt Trójmorza powinien być pierwszym krokiem na drodze opracowania wspólnej regionalno-transatlantyckiej strategii wobec samozwańczych europejskich dyktatorów z Berlina i Brukseli. To już naprawdę ostatni moment.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Exodus z domu niewoli


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 25 (23-29.06.2017)

piątek, 23 czerwca 2017

Wincyj imigrantów!

KE jedynie ubrała w europejski kostium żądanie Angeli Merkel sprowadzające się do znanego z internetowych memów hasła: „wincyj imigrantów!”.

I. Polityczne szykany Brukseli

Komisja Europejska postanowiła uczcić ramadan i z tej okazji ogłosiła wszczęcie procedury dyscyplinującej wobec państw opierających się przed „ubogaceniem kulturowym” przez „uciekające przed wojną” brodate „matki” z równie brodatymi „dziećmi”. Najprawdopodobniej sprawa trafi przed europejski trybunał w Luksemburgu i może się zakończyć słonymi karami finansowymi.

Mamy tu od razu na wstępie kilka aspektów. Po pierwsze, czy Komisja Europejska ma w ogóle prawo na gruncie traktatowym do wszczynania takich procedur, czy też mamy do czynienia z uzurpacją kompetencji analogiczną do „kontroli praworządności”? Po drugie, przed trybunałem w Luksemburgu toczy się już postępowanie odnośnie wniesionych przez Węgry i Słowację (z poparciem Polski) skarg podważających legalność tzw. mechanizmu relokacyjnego, zakładającego przyjmowanie przez kraje członkowskie „uchodźców” wedle odgórnie narzuconego rozdzielnika. Jak Trybunał poradzi sobie ze wzajemnie wykluczającymi się pozwami? Po trzecie, na jakiej podstawie KE zawęziła arbitralnie procedurę (być może nielegalną) tylko do trzech państw – Polski, Węgier i Czech – skoro mechanizm relokacji jest fikcją i nie wywiązuje się z niego większość państw członkowskich? Przypomnijmy, że do tej pory rozlokowano 20 tys. „uchodźców” z zaplanowanych 160 tys. - m.in. dlatego, że stosowne służby nie są w stanie „ogarnąć” tematu, tzn. zweryfikować przybyszów pod kątem bezpieczeństwa, a także tego, czy faktycznie są uchodźcami wojennymi, czy migrantami ekonomicznymi. Po czwarte wreszcie, czy zgodne z prawem (w tym prawami człowieka) jest przymusowe przesiedlanie ludzi do odgórnie narzuconych krajów przeznaczenia – często wbrew ich woli?

Biorąc to wszystko pod uwagę, można podejrzewać, iż działania Komisji Europejskiej stanowią polityczną szykanę wobec części państw członkowskich za tzw. „ogólną postawę” - chodzi nie tylko o sprzeciw wobec relokacji, ale również niezgodę na „Europę wielu prędkości”, niechęć wobec przyjęcia euro i generalny brak entuzjazmu do okazywania „europejskiej solidarności”, czyli podporządkowywania się aktualnym życzeniom Berlina i Brukseli. Podejrzenie potwierdzałby fakt, że Berlin natychmiast pośpieszył z deklaracją poparcia dla działań Junckera i spółki, co nasuwa z kolei przypuszczenie, że KE jedynie ubrała w europejski kostium żądanie Angeli Merkel sprowadzające się do znanego z internetowych memów hasła: „wincyj imigrantów!”.


II. Jednostronna „solidarność”

Aż się nie chce po raz tysięczny przypominać, że Niemcy miały w głębokim poważaniu „europejską solidarność”, gdy ignorując obowiązujące prawo jednostronnie otworzyły granice, bez próby konsultacji z europejskimi „partnerami”. Ba, jak się okazało, kanclerz Merkel złamała nawet prawo własnego kraju, bowiem decyzja o wpuszczeniu ludzkiej rzeki zapadła „na gębę” i próżno szukać po niej śladu w dokumentach, co urząd kanclerski był jakiś czas temu zmuszony przyznać odpowiadając na pytania tamtejszych mediów. Wspomnijmy jeszcze dla porządku, że zgodnie z konwencją genewską, a także umową Dublin II, uchodźcą jest się do momentu trafienia do pierwszego tzw. bezpiecznego kraju w którym można złożyć wniosek o azyl – cudzoziemcowi przybywającemu z „bezpiecznego kraju” status uchodźcy się nie należy. W tym sensie, prawdziwymi uchodźcami np. w przypadku konfliktu syryjskiego są ludzie przebywający chociażby w obozach w Jordanii – i tam należy im pomagać, co zresztą Polska nie tylko podnosi na arenie międzynarodowej, ale też aktywnie realizuje.

Trzeba sobie twardo powiedzieć, że Polska nie może się zgodzić na żadne „kwoty”. Nie wolno nam przyjąć ani jednego wciskanego nam nachodźcy. Nie ma tu pola do żadnych „konstruktywnych kompromisów”, bo jeżeli raz się ugniemy, to już nie zatrzymamy różnych „solidarnościowych” wymuszeń. Kolejna rzecz – owi „uchodźcy” zwyczajnie nie chcą do nas trafić i przy pierwszej lepszej okazji zwieją do Niemiec, bo są znakomicie zorientowani w różnicach socjalnych przywilejów w poszczególnych krajach Europy. Przekonała się o tym Fundacja „Estera”, która w 2015 r. sprowadziła do Polski 50 rodzin syryjskich chrześcijan (ok. 160 osób). W krótkim czasie większość z nich zażądała cofnięcia przyznanego im w Polsce statusu uchodźcy, bo uniemożliwiało im to ubieganie się o taki status w Niemczech. Wg nieoficjalnych informacji w tej chwili nie ma już po nich w Polsce śladu. Za to oficjalne dane przedstawił niedawno rząd Litwy. Państwo to przyjęło 309 imigrantów, z czego wedle litewskiego MSW 230 już opuściło Litwę. Słowem – fiasko.

Żeby przetrzymać „uchodźców” w Polsce musielibyśmy zatem więzić ich pod kluczem lub za drutami, co już samo w sobie stanowiłoby kłopot. Ponadto sprowadzone do nas wypasione i brodate byczki po zagnieżdżeniu się w „polskich obozach” mogłyby zechcieć skorzystać z prawa do łączenia rodzin i sprowadzić tutaj swoje samice, które wkrótce złożyłyby jaja i za chwilę tych „uchodźców” zrobiłoby się wielokrotnie więcej, a Polska musiałaby przetrzymywać w koncłagrach nie siedem a siedemdziesiąt tysięcy osób. Nie mamy doświadczenia w zawiadywaniu takimi strukturami masowego odosobnienia. Czy w ramach „solidarności” Niemcy zechciałyby się wtedy podzielić z nami swoim „know-how”? I ile musielibyśmy zapłacić za udostępnienie tej bezcennej wiedzy?


III. Przemytniczy biznes

Osobnym problemem jest, że takie Włochy domagające się wielkim głosem rozładowania swoich ośrodków, nie raczą być „solidarne” same ze sobą, przyjmując hurtem wszystkich jak leci. O tym, że można sobie przy odrobinie determinacji poradzić z masowym przemytem ludzi przekonuje przykład Australii, która odsyłała nielegalnych migrantów z południowo-wschodniej Azji, a przemytnicze łodzie zatapiała. Tymczasem na linii Libia – Sycylia funkcjonuje wręcz coś w rodzaju regularnej przeprawy promowej. Niedawno portal euroislam.pl przytoczył artykuł „Spectatora” obnażający przemytniczy proceder polegający na współdziałaniu gangów z organizacjami pozarządowymi. Otóż łodzie wypełnione migrantami (za 1500 euro od „łebka”) wypływają maks. na 12 mil od brzegu, następnie nadają sygnał SOS, lub wręcz dzwonią do operujących w pobliżu kutrów należących do NGO'sów, po czym „jednostka ratunkowa” przybywa na miejsce, następuje przeładunek ludzkiej masy... i już – dalsza podróż na Sycylię odbywa się na pokładzie jednostki należącej do „organizacji humanitarnej”. Co więcej – zdarza się, że kuter „ratowniczy” przypływa sam, bez konieczności zawiadomienia, co skłania do oczywistego wniosku, że jego załoga doskonale wiedziała zawczasu gdzie i kiedy odebrać „towar”.

Tylko w 2016 r. z Północnej Afryki trafiło do Włoch ponad 181 tys. „uchodźców”, z czego 30 proc. na pokładach statków należących do NGO'sów. W pierwszych miesiącach tego roku odsetek przekroczył już 50 proc. Łączna wartość przemytu to 270 mln. euro rocznie. Najwięcej „organizacji humanitarnych” zaangażowanych w ludzką kontrabandę pochodzi z Niemiec i dysponują one 6-oma jednostkami pływającymi. Koszt utrzymania na wodzie jednego kutra to 400 tys. euro miesięcznie (ponad 4,5 mln. euro rocznie, zakładając, że statek nie przebywa w morzu cały rok) – licząc razy 6 jednostek, wychodzi 27 mln. euro/rok. Kto daje na to pieniądze? I dlaczego włoskie władze tolerują jawny przemyt ludzi pod własnym nosem?


IV. Zdrada pasterzy

I ostatnia sprawa - bolesna, ale nie sposób się do niej nie odnieść. Smuci, delikatnie rzecz ujmując, postawa Kościoła i samego papieża Franciszka, nawołującego bezkrytycznie do przyjmowania agresywnie nastawionych muzułmańskich najeźdźców – zupełnie jakby termin „hidżra” (podbój przez zasiedlenie) był pojęciem papieżowi nieznanym. Jest to, powiedzmy sobie otwarcie, całkowicie opacznie pojmowane miłosierdzie, kompletnie abstrahujące od „ordo caritatis”. Niestety, pod wyraźnym naciskiem Watykanu ugina się również nasz Episkopat, mówiąc, że „Kościół ma twarz uchodźcy”. Uchodźcy – tak, ale nie najeźdźcy!

Polskie władze absolutnie nie powinny ulegać temu moralnemu szantażowi, nie biorącemu pod uwagę realiów oraz wrogiego stosunku muzułmanów do chrześcijaństwa i naszej kultury. Jeśli chodzi zaś o sprawy wieczyste - mam nadzieje, że Bóg policzy naszym rządzącym na plus to, że nie ściągnęli na kraj muzułmańskiej zagłady. Podobnie mam nadzieję, że w swym miłosierdziu wybaczy papieżowi Franciszkowi jego samobójcze, nieprzytomne szaleństwo w którym nawołuje do islamizacji Europy - bo do tego się sprowadza fałszywie pojmowany „humanitaryzm” w jego wydaniu. Zły to pasterz, który wydaje własną owczarnię na pastwę wilków, a właśnie z czymś takim – zdradą pasterzy, wydających swe owce na rzeź – mamy obecnie do czynienia. Europa nie potrzebuje pseudo-chrześcijańskiej czułostkowości udającej miłosierdzie. Europa potrzebuje najpierw rekonkwisty, a następnie krucjaty. Rozumieli to wielcy poprzednicy Franciszka na Piotrowym tronie - a że „dłużej klasztora niż przeora”, to da Bóg, że zrozumieją to również jego następcy.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 25 (21-27.06.2017)

czwartek, 29 października 2015

Wampiryzm energetyczny

Okazuje się, że jesteśmy przodownikami w dziedzinie „solidarności energetycznej” - tyle, że niekoniecznie z własnej woli.

Ubawiło mnie stwierdzenie premier Ewy Kopacz podczas debaty Beatą Szydło, iż Platforma intensywnie protestowała przeciw gazociągowi Nord Stream. Politycy wprawdzie uważają, że wyborcy mają pamięć rybki akwariowej, ale tak się składa, że moja pamięć jakoś uporczywie nie chce stosować się do tej reguły i w odpowiedzi na tak bezczelne łgarstwa jak to wygłoszone przez panią premier, wracają do mnie obrazki z przeszłości. Na przykład obrazek Radosława Sikorskiego chwalącego się, jak to „wynegocjował” z kanclerz Merkel, że gdy naprawdę, ale to naprawdę okaże się, iż Gazociąg Północny blokuje tor podejściowy do gazoportu w Świnoujściu, to wówczas rozważone zostanie „przesunięcie” podmorskiej rury. Dla każdego, kto choćby pobieżnie interesował się tematem oczywiste jest, że ze strony kanclerz Merkel była to kpina w żywe oczy, rzucona na odczepnego, zaś przedstawianie owej kpiny przez polskiego ministra w kategoriach dyplomatycznego sukcesu miało wartość równą poszukiwaniu „katarskiego inwestora” dla stoczni. Innymi słowy – Niemcy potraktowały polski rząd jak śmiecia, a polski rząd potraktował Polaków jak idiotów.

Jak to wyglądało naprawdę przedstawił Piotr Naimski w komunikacie wystosowanym do mediów. W skrócie – PiS podejmował na forum unijnym szereg starań o storpedowanie Nord Streamu, angażując m.in. Parlament Europejski, Danię, Litwę, wskutek czego budowa gazociągu uległa znacznemu opóźnieniu o zwiększonych kosztach nie wspominając. Działania te po 2007 zostały przez rząd PO-PSL poniechane, zaś symbolicznym finałem było rozwiązanie 9 lipca 2010 Zespołu do Spraw Polityki Bezpieczeństwa Energetycznego. Jak można mniemać, w przypadku zachowania władzy przez PO również i wobec Nord Stream 2 polski rząd nie podejmie żadnych konkretnych inicjatyw, tym bardziej, że kanclerz Merkel jasno dała do zrozumienia podczas niedawnego spotkania z europarlamentarną frakcją EPL, iż nie życzy sobie wysuwania jakichkolwiek obiekcji, stwierdzając krótko: „to czysto komercyjne przedsięwzięcie i najważniejsze, że dodatkowy gaz będzie płynął do Europy”. Tyle zostało z szumnych zapowiedzi budowania wspólnej polityki energetycznej. Został po niej, jak na ironię, „prikaz” dekarbonizacji rujnujący nasze górnictwo, energetykę i utrącający konkurencyjność polskiej gospodarki. Wygranym będą oczywiście Niemcy jako eksporter „zielonych” technologii i finalny odbiorca eurofunduszy. Wyglądać będzie to następująco: my „pozyskamy” unijne środki na jakieś nieopłacalne inwestycje w eko-bzdury, zapożyczając się dodatkowo na „wkład własny”, po czym zakupimy w Niemczech te wszystkie wiatraki – i tą drogą pieniądze z Unii wylądują w kieszeni niemieckich firm, które zapłacą podatek niemieckiemu rządowi, my zaś zostaniemy z długami. Istny wampiryzm.

Ale to nie wszystko. Okazuje się bowiem, że jesteśmy przodownikami w dziedzinie „solidarności energetycznej” - tyle, że niekoniecznie z własnej woli, co podniesiono na trwającym właśnie warszawskim Kongresie Nowego Przemysłu. Mianowicie, Niemcy od lat rozbudowują farmy wiatrowe na północy kraju, tyle że kompletnie ignorują potrzebę rozwoju sieci przesyłowych, które transportowałyby energię znad Bałtyku na południe - do centrów przemysłowych w Bawarii, Badenii-Wirtembergii oraz Austrii. W efekcie, „nadmiarowy” prąd, którego nie są w stanie zaabsorbować sieci niemieckie trafia w niekontrolowany sposób tam gdzie jest w danej chwili najmniejszy fizyczny opór – a tak się składa, że są to przede wszystkim sieci przesyłowe Polski oraz Czech. Taką właśnie okrężną drogą energia dociera na południe Niemiec, powodując u nas po drodze przeciążenia i groźbę blackoutów. Nasza sieć jest niedoinwestowana i w związku z tym mniej stabilna, w skrajnych przypadkach trzeba wyłączać elektrownie, co wiąże się z kosztami. No i jeszcze jedno – Niemcy za wymuszone w ten sposób „usługi przesyłowe” nie płacą nam złamanego eurocenta.

Dlaczego tak się dzieje? Otóż Niemcy nie chcą sobie szpecić krajobrazu trakcjami przesyłowymi. Linie wysokiego napięcia rażą bawarskie poczucie estetyki. Każda inwestycja tego typu spotyka się z miejsca z masowymi społecznymi protestami – i rząd często się cofa, bo w sumie, skoro ma do dyspozycji sieci sąsiadów... Tymczasem chodzi o budowę raptem dwóch „autostrad energetycznych” na osi północ-południe. Jaka jest skala zjawiska? Polskie Sieci Energetyczne oceniają, iż w ten sposób do samej tylko Austrii trafia ok. 50 proc. nadbałtyckiej energii, co wiąże się z zagrożeniem dla granicznych transformatorów. Problem zresztą nie jest nowy, tego typu informacje pojawiają się od lat, tak jak od lat mówi się o zamontowaniu przesuwników fazowych mogących w razie przeciążenia odciąć nasz system przesyłowy od Niemiec. W 2012 roku oceniano koszt montażu takich przełączników na polsko-niemieckiej granicy na ok. 100 mln euro. Teraz również się o tym mówi. I jeśli nic się nie zmieni, będzie się o tym mówić przez kolejne lata... A my będziemy po staremu dokarmiać niemieckiego wampira.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” -------> http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/2678-pod-grzybki-po-i-przed-wynikowe

Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 43 (23-29.10.2015)

piątek, 16 października 2009

Załamywanie rąk nad Klausem.


Pełna kompleksów, proszalno – przebłagalna postawa wobec Brukseli nie jest wyłączną domeną elit nadwiślańskich.

Jakiś diabeł podkusił mnie, by w poniedziałek zajrzeć do „Wyborczej”. (12.10.2009) A tam, proszę Pań i Panów, w dziale zagranicznym objawił się na gościnnych występach pewien Czech mowny, Lubosz Palata, z tekstem pod wszystko mówiącym tytułem: „Vaclav Klaus – prezydent, którego się wstydzę” (link poniżej)

Aby podkreślić rozmiary wstydu, który Czesi powinni odczuwać z powodu prezydentury Klausa, ostatnie słowa tytułu zostały w wersji drukowanej wybite czerwoną czcionką.

Wstyd i euro – przeprosiny.


Generalnie, tekst sprowadza się do narzekań, że Klaus zwleka z podpisaniem tzw. „Traktatu lizbońskiego” i żąda dodatkowego protokołu do osławionej Karty Praw Podstawowych, który uniemożliwiłby potomkom Niemców Sudeckich zgłaszanie roszczeń do pozostawionych majątków. Wedle autora, sytuuje to Klausa między komunistami i „skrajnymi” nacjonalistami w typie Le Pena oraz, jakże by inaczej – „dyskredytuje całą Republikę Czeską”. Tekst zwieńczony jest tyleż kuriozalną, co żałośnie płaczliwą puentą:

„(…) Jednak Czesi muszą to jeszcze wyjaśnić Europie. I powiedzieć otwarcie:

Vaclav Klaus to szaleniec, ale jest czeskim prezydentem. Dajcie mu to, czego chce, i niech podpisze traktat lizboński, tak będzie najłatwiej i najszybciej. My zaś obiecujemy wam, że słyszycie o Klausie po raz ostatni.
(wytłuszczenie moje – G.G.)

I jeszcze to:

„Ja, w imieniu normalnych Czechów, niniejszym przepraszam Unię. Wstydzę się, że Vaclav Klaus jest naszym prezydentem. Proszę, wybaczcie nam to. Więcej już tego nie zrobimy.
(wytł. j.w.)

ŻENADA.

Klaus vs ziomkostwa.


A co z groźbą niemieckich roszczeń? Lubosz Palata uważa, iż nie ma problemu, ponieważ już Gerhard Schroeder zapewnił, iż

„nigdy nie poprze majątkowych roszczeń wygnańców. Kanclerz Angela Merkel, pierwsza szefowa niemieckiego rządu, trochę mówiąca po czesku, potwierdziła to.”


No proszę. Jakby co, wystarczy przypomnieć, że „mówiąca trochę po czesku” Angela Merkel potwierdziła to, co mówił Schroeder i ziomkostwa ze swymi roszczeniami zmyją się jak niepyszne. A ten głupi, ograniczony Klaus na to nie wpadł. Co za tępak, jak rany…

Problem w tym, panie Palata, że w przeciwieństwie do wysiedleń Niemców z polskich Ziem Zachodnich, dekrety Benesza nie mają podstawy w poczdamskich ustaleniach i były samowolnym podczepieniem się pod decyzję wielkich mocarstw. Czesi mają się czego obawiać. Co z tego, że dotychczasowe pozwy, jak Pan pisze, były oddalane. Któryś w końcu może nie zostać oddalony – i takiemu precedensowi należy postawić prawną tamę.

Tak, a propos – czy podobne, usypiające tony w kwestii, mówiąc hasłowo, „steinbachopodobnej”, nie odzywają się również w naszej publicystyce?

Euro – kompleksy.


Omawiany tu artykuł, którym pozwalam sobie zaprzątać uwagę Czytelników , jest wymownym świadectwem, iż pełna kompleksów, proszalno – przebłagalna postawa wobec Brukseli, tudzież jej euro-władców, nie jest wyłączną domeną elit nadwiślańskich i całkiem nieźle ma się również nad Wełtawą.

Nawet retoryka jakby podobna. Skąd my znamy te frazy o „deprecjonowaniu”( u nas pisano o „stawianiu Polski poza głównym nurtem Europy”, „kompromitacji”, „hamulcowym integracji”) itd. Zapytam pół żartem: czy oni aby nie przechodzą jakichś ponadnarodowych kursów euro-retoryki?

Zwróćmy uwagę na to charakterystyczne latanie ze skargą do obcych mediów na przywódców usiłujących realizować niezbędne minimum narodowego interesu. Czy „Lizbona” umniejsza pozycję państw narodowych względem Brukseli? Umniejsza. Czy pogarsza sytuację mniejszych krajów względem większych? Pogarsza.

Jak zatem reagują gorliwi neo–brukselczycy na działania polityków usiłujących coś dla swoich krajów uratować? Ano, orzekają, iż podobne działania są niedopuszczalne i wielce „nacjonalistyczne”. Po czym przystępują do organizacji medialnego, mówiąc językiem sportowym, „pressingu”. W ramach rzeczonego „pressingu” obsmarowują tzw. „eurosceptyków” za granicą – albo własnym piórem, jak pan Palata, albo podsuwając odpowiednie tematy kolegom, orzącym w bratnich mediodajniach na podobnym ideowo – politycznym odcinku. Tak było u nas za czasów „kaczyzmu”, tak jest obecnie w Czechach.

Skarżypyty.

Kogo przeprasza Lubosz Palata?


Warto zadać sobie pytanie, kogo tak naprawdę przeprasza Lubosz Palata. Oczywiście, pan Palata przepraszając Unię nie ma na myśli obywateli poszczególnych krajów, których nawet nie zapytano o zdanie, a jeśli nieopatrznie zapytano, jak Irlandczyków, to po udzieleniu niezadowalającej odpowiedzi, kazano im zdawać egzamin jeszcze raz, w terminie poprawkowym. Pan Palata swe żarliwe przeprosiny kieruje ku podobnym sobie eliciarzom, aspirującym do bytowania w okolicach euro – parnasu. Przede wszystkim zaś są to przebłagalne modły skierowane do samego zbiorowego Złotego Cielca usadowionego na brukselskim Olimpie.

Tak postępuje zakompleksiony gówniarz pragnący wkupić się do fajnej paczki. Tak postępuje prowincjonalny snob, chcący bywać na właściwych salonach.

Euro – ciotunie, czyli Telimeny w Soplicowie.

Biadanie przeróżnych etatowych europejczyków nad Vaclavem Klausem, przypomina załamywanie rąk nobliwych ciotek nad czarną owcą w rodzinie. Wszyscy należycie poprawni, przepojeni duchem euro-akceptacji, a ten jeden się wyłamuje. Wyrodek.

Skąd się bierze to jątrzące, prowincjonalne poczucie niższości, każące raz za razem na nowo udowadniać swe właściwe poglądy i obsztorcowywać na zewnątrz kraju własnych przywódców? Chyba wiem. Bierze się ze wzgardy do własnych krajów i narodów. Euro – ciotunia wie, co jest modne „w świecie” i z trawiącym zęby kwasem konstatuje, iż jej domostwo (o domownikach nie wspominając) nie ma nawet dziesiątej części tego światowego sznytu. Cierpi, niczym Telimena w Soplicowie. Luboszowi Palacie dedykuję „Pana Tadeusza”. Może wtedy odkryje jaką okrywa się śmiesznością, wchodząc w rolę Telimeny i usiłując ustawić prezydenta Klausa w roli strofowanej, „parafiańskiej” Zosi.

Straszne euro – ciotunie wiszą nad poddanymi ich uzurpatorskiej pieczy postaciami życia publicznego i dyrygują: w lewo, jeszcze bardziej, w lewo mówię, no gdzie leziesz sieroto, buzia w ciup, podpisz to, tak – właśnie teraz, baranie…

Doprawdy, nie wiem, co byśmy, biedne sierotki, bez tych ciotuń poczęli…

Aby do referendum.

W grudniu zeszłego roku, gdy do Vaclava Klausa przybyła delegacja euro-saloniarzy z impertynencką połajanką, pisałem:

„Vaclav Klaus jest jednym z nielicznych współczesnych polityków autentycznych - tzn. z kręgosłupem prawdziwych poglądów, a także wizją czeskiej i europejskiej racji stanu. Na tle ugrzecznionych „poprawnościowych” polityków karmiących nas od świtu do zmierzchu drętwą euro – gadką, wyrasta na prawdziwego męża stanu o formacie intelektualnym i horyzontach niedostępnych dla stada zaludniającego brukselskie i strasburskie korytarze, gdzie mdłe banały i pseudodemokratyczne slogany urosły do rangi prawd objawionych konstytuujących obowiązujący kanon myślenia.”


www.niepoprawni.pl/blog/287/klaus-vs-eurosalonia...

Opinię tę potwierdzam w całej rozciągłości. Mam nadzieję, że czeski prezydent, wyszukując coraz to nowe preteksty do niepodpisywania „Lizbony”, czyni to w cichym sojuszu z Davidem Cameronem, który deklaruje, że po wygranych wyborach rozpisze referendum w Wlk. Brytanii.

Oby tak się stało.

Gadający Grzyb


pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl

P.S. 1

„Wyborcza” straszy Klausem:

wyborcza.pl/1,76842,7132435,Vaclav_Klaus___prezydent__ktorego_sie_wstydze.html

wyborcza.pl/1,76842,7129878,Vaclav_Klaus_straszy_Niemcami.html

P.S. 2

Moje teksty zatrącające o podobną tematykę:

www.niepoprawni.pl/blog/287/klaus-vs-eurosaloniarze

www.niepoprawni.pl/blog/287/jeszcze-o-awanturze-na-hradczanach

www.niepoprawni.pl/blog/287/lwy-salonowe-czyli-o-eurofetyszyzmie-slow-kilka