Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kryzys migracyjny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kryzys migracyjny. Pokaż wszystkie posty

sobota, 29 września 2018

Europa w ogniu nienawiści

Rządy razem z lewackimi organizacjami „zaimportowały” muzułmański antysemityzm na nasz kontynent i odtąd Europa na własne życzenie stała się kolejnym polem wojny arabsko-żydowskiej.

I. Europejski teatr konfliktu bliskowschodniego

Taki obrazek. Mamy kwiecień 2018 r. Ulicami Berlina idzie dwóch młodych ludzi – studiujący w Niemczech Izraelczyk i jego miejscowy kolega. Obaj mają na głowie tradycyjne żydowskie jarmułki. Nagle zostają zaatakowani przez trzech napastników, jeden z nich zaczyna ich bić pasem z metalową klamrą – a wszystko przy wtórze rasistowskich wyzwisk. Jak się okazało, najbardziej agresywny z atakujących to 19-letni syryjski „uchodźca”, przybyły do Niemiec w 2015 r. Co ciekawe, napadnięty Żyd przyznał później, że nawet nie jest wyznawcą judaizmu, a jarmułkę założył tylko po to, by udowodnić swojemu koledze, że wbrew jego twierdzeniom po Berlinie można się bezpiecznie poruszać w żydowskim nakryciu głowy. Daleko nie zaszli.

Powyższa przygoda, to tylko jeden z setek incydentów do których dochodzi regularnie za naszą zachodnią granicą. Ich natężenia nie mogły dłużej ignorować nawet tamtejsze media i władze, do tej pory skrupulatnie chowające głowy w piasek. Zaczęto wręcz mówić o fali „nowego antysemityzmu” i - rzecz dotąd niespotykana – głośno artykułować jego muzułmańskie podłoże. Do tej pory bowiem grzech antysemityzmu przypisywany był wyłącznie tzw. skrajnej prawicy, do którego to worka wrzucano razem zarówno regularnych neonazistów, jak i ugrupowania „populistyczne” (a w istocie, jak podkreśla Daniel Pipes, cywilizacjonistyczne) w rodzaju AfD czy PEGIDY. Jednak prawda jest brutalna – gros antyżydowskich ataków jest dziełem nachodźców, szczególnie z ostatniego „naboru” będącego efektem polityki Angeli Merkel spod znaku „herzlich willkommen” („serdecznie witamy”) i „wir schaffen das!” („damy radę!”).

Tylko w 2017 r. niemiecka policja odnotowała 1453 przestępstwa o charakterze antysemickim, co się przekłada na cztery tego typu zajścia dziennie – a są to jedynie oficjalnie zgłoszone przypadki, „ciemna liczba” niezgłoszonych przestępstw pozostaje niewiadomą. Pewne pojęcie o skali problemu mogą dawać ustalenia berlińskiej organizacji RIAS, wg której w samej stolicy Niemiec w 2017 r. doszło do 947 antysemickich incydentów, co stanowi w porównaniu z rokiem 2016 wzrost o 60 proc. Do najbardziej spektakularnej manifestacji doszło 8 grudnia nieopodal Bramy Brandenburskiej w reakcji na uznanie przez Donalda Trumpa Jerozolimy stolicą Izraela. Palono izraelskie flagi, wznoszono okrzyki w rodzaju „zabić Żydów”. Podobne demonstracje powtórzyły się jeszcze 10. i 12. grudnia. Swoją rolę odgrywa tu oczywiście szowinistyczna polityka państwa izraelskiego, urządzającego Palestyńczykom cykliczne masakry i traktującego strefę Gazy niczym wielki obóz koncentracyjny. Niezależnie jednak od przyczyn, fakty są takie, że rządy europejskich państw razem z lewackimi organizacjami opętanymi nienawiścią do zachodniej, łacińskiej cywilizacji, „zaimportowały” muzułmański antysemityzm na nasz kontynent i odtąd obrazki rodem z Bliskiego Wschodu są elementem naszej codzienności. Innymi słowy, Europa na własne życzenie stała się kolejnym polem wojny arabsko-żydowskiej.


II. Eskalacja przemocy

Już teraz kanclerz Merkel zmuszona była przyznać, że żydowskie placówki, takie jak szkoły i synagogi nie są w stanie funkcjonować bez ciągłej policyjnej ochrony. Co więcej, nie widać szans na to, by ów przeniesiony do Europy antagonizm wygasł wraz ze zmianą pokoleniową – przemoc wobec żydowskich dzieci szerzy się również w szkołach, od podstawówki począwszy. Na porządku dziennym są ataki fizyczne, nie wspominając już o słownym mobbingu w rodzaju: „Powinnaś zostać zabita, bo nie wierzysz w Allaha” czy „Powinno wam się poodcinać głowy”. Podobne „uprzejmości” spotykają również uczniów chrześcijańskich, a nawet nauczycieli (np. „Ta ździra nie będzie mi mówiła, co mam robić”). W niektórych niemieckich szkołach odsetek uczniów z rodzin imigranckich sięga nawet 90 proc., częste są przypadki kolportowania materiałów propagandowych Państwa Islamskiego. Doszło do tego, że przewodniczący Centralnej Rady Żydów w Niemczech Josef Schuster zaczął przestrzegać przed publicznym noszeniem jarmułek, zaś rabin Daniel Alter z berlińskiej gminy żydowskiej już w 2012 r. określił pewne dzielnice tego miasta jako „no-go areas dla Żydów”.

Z podobną eskalacją nienawiści mamy do czynienia również w innych krajach Zachodniej Europy. Francja jest już w zasadzie terenem regularnej wojny, Żydzi w miejscach publicznych ukrywają swoją tożsamość, mnożą się napaści na żydowskie instytucje i sklepy, dochodzi do morderstw. W efekcie, półmilionowa diaspora francuskich Żydów żyje w ciągłym poczuciu zagrożenia, czego skutkiem jest narastający exodus do Izraela. W Wielkiej Brytanii w porównaniu z rokiem 2016 liczba fizycznych ataków na Żydów wzrosła o 78 proc., zaś wszystkich aktów antysemickich o 30 proc. (dane za 2017 r.). Podobnie rzecz się ma w Szwecji, gdzie nieliczni żydowscy obywatele (ok. 15 000) są regularnie zastraszani, zaś publiczne noszenie jarmułek czy gwiazd Dawida naraża ich na ataki muzułmańskich nachodźców. Warto tu przytoczyć raport Centrum Badań nad Ekstremizmem Uniwersytetu w Oslo za lata 2005-2015. Pod lupę wzięto antysemickie ataki w Niemczech, Szwecji, Francji i Wlk. Brytanii. Każdorazowo największą grupę agresorów stanowili muzułmanie, na drugim miejscu byli... lewicowcy, a dopiero po nich przedstawiciele skrajnej prawicy.


III. Sojusz lewacko-muzułmański

I właśnie ta statystyka, plasująca lewicową agresję na drugim miejscu po islamistycznej, wiele nam mówi. Od dziesięcioleci mamy bowiem do czynienia z paradoksalnym na pozór sojuszem lewicy z islamskim fundamentalizmem. Przejawia się on w bezwarunkowym poparciu dla strony arabskiej w konflikcie bliskowschodnim, równie bezwarunkowej postawie antyizraelskiej przeradzającej się płynnie w antyżydowską oraz wspólnej nienawiści do cywilizacji łacińskiej. Wszystko zaś sięga korzeniami rewolucji kulturalno-obyczajowej roku 1968, kiedy to zinfiltrowane przez sowiecką agenturę i sponsorowane z Kremla lewactwo rozpoczęło swój „długi marsz przez instytucje”. Ponieważ ZSRR na Bliskim Wschodzie był patronem Arabów i „towarzysza Arafata”, to i jego zachodnie „gawnojedy” musiały śpiewać z podobnego klucza – co czynią zresztą do tej pory. I nie ma znaczenia, że prym w lewicowych środowiskach często wiodą osoby z tzw. „korzeniami” - rozkaz to rozkaz. Dobrym przykładem jest tu George Soros – jeden z głównych sponsorów muzułmańskiego najazdu na Europę i piewca multikulturalizmu, który zarazem piętnuje przy każdej okazji Izrael, gdzie jest zresztą znienawidzony chyba równie mocno jak na Węgrzech.

Ów egzotyczny sojusz sprawia, że lewica pogrążona jest w ideologicznej schizofrenii – takie postępowe „grzechy” jak antysemityzm, seksizm, patriarchalna opresja czy dyskryminacja mniejszości seksualnych istnieją dla niej jedynie wówczas, gdy dotyczą przedstawicieli świata Zachodu. Te same elementy, nieusuwalnie wpisane w kulturę świata islamu, stają się dla lewaków niewidzialne jeśli dotyczą społeczności muzułmańskich, zaś wszelkie wzmianki o nich, włącznie z przymusowymi małżeństwami, obrzezaniem kobiet czy honorowymi zabójstwami są zagłuszane wrzaskiem o „islamofobii”. Tym samym, wciąż dominująca w polityczno-światopoglądowym mainstreamie lewica dopuszcza się notorycznej zdrady własnych ideałów, piętnując nawet muzułmańskich dysydentów, którzy nieopatrznie uwierzyli, że z tą europejską tolerancją to wszystko naprawdę. Ale jak rozumiem, wytrenowane w dialektyce mózgi przechodzą nad tymi sprzecznościami do porządku dziennego.

Cel ostateczny jest jasny: zniszczyć fundamenty łacińskiej cywilizacji, a wojujący islam jawi się w tym dziele jako idealny sojusznik, ostateczny taran forsujący bramy Zachodu. Na szczęście, społeczeństwa europejskie opornie, lecz jednak zaczynają wybudzać się z ogłupiającego letargu, czego dowodem jest rosnąca popularność ugrupowań cywilizacjonistycznych, a także stopniowe przenikanie ich postulatów do politycznego głównego nurtu. Oby nie za późno.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Cywilizacjonizm albo śmierć!


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w dwutygodniku „Polska Niepodległa” nr 18 (26.09-09.10.2018)

niedziela, 5 sierpnia 2018

Koniec wędrówki ludów?

Widać wyraźnie, że mamy do czynienia jeśli nie z kresem „wędrówki ludów”, to przynajmniej z początkiem jej końca.

I. W odmętach szaleństwa

Być może z perspektywy czasu rok 2018 będzie oceniany jako moment zwrotny rozpętanej w 2015 r. „wędrówki ludów”. Owo szaleństwo na które złożyły się ideologiczne zacietrzewienie lewactwa, błędne kalkulacje połączone z indolencją europejskich elit oraz otumanienie zachodnich społeczeństw, przeraziło swymi skutkami nawet tych, którzy wcześniej ochoczo uwalniali imigracyjnego dżinna. Wystarczy porównać obecną sytuację z tym, co było jeszcze niedawno – przedstawianie nachodźców jako dobrodziejstwa „ubogacającego” Europę, zachęcanie do szturmowania granic polityką „otwartych drzwi” (w czym główną „zasługę” mają Niemcy pod rządami Angeli Merkel), organizacje pozarządowe bezkarnie współuczestniczące w procederze przemytu ludzi (tu z kolei kłania się „siatka” George'a Sorosa)... Wszystko to przy akompaniamencie propagandowego jazgotu piętnującego przeciwników niekontrolowanej migracji jako szowinistów, ksenofobów, islamofobów i faszystów. Państwom wzbraniającym się przed udziałem w tym zbiorowym samobójstwie grożono międzynarodowymi konsekwencjami (pamiętne tyrady Martina Schulza, ówczesnego szefa Parlamentu Europejskiego, skierowane przeciw Polsce i Węgrom), a Soros roztaczał wizję rzekomej „konieczności” sprowadzania do Europy milionowych rzesz imigrantów, których „integracja” miałaby zostać sfinansowana z emisji euroobligacji. Tu przynajmniej został jasno sformułowany partykularny interes rynków finansowych – to one bowiem zarabiałyby na obrocie i spekulacji europejskimi papierami.

Nad powyższym unosiła się medialna zmowa milczenia wokół skokowo rosnącej przestępczości (casus sylwestrowych gwałtów w Kolonii), próby relatywizowania zamachów terrorystycznych jako dzieła samotnych „szaleńców” nie mających ponoć nic wspólnego z islamem (słynna „religia pokoju”) oraz nieformalny zakaz informowania o przynależności etnicznej i religijnej sprawców przedstawianych jako „Belgowie”, „Francuzi” czy „Niemcy”. Polityków usiłujących sprzeciwiać się rosnącemu zagrożeniu przedstawiano jako populistycznych ekstremistów, a każdy głos krytyki czy diagnozy mówiącej o realnym niebezpieczeństwie islamizacji uciszano wrzaskami o „mowie nienawiści”. Krótko mówiąc – histeryczny, autodestrukcyjny amok. Wydawało się, że ogłupiała od przesytu Europa postanowiła ostatecznie wkroczyć na ścieżkę samozagłady.


II. Otrzeźwienie

Na szczęście okazało się, że europejskie społeczeństwa nie zatraciły ze szczętem instynktu samozachowawczego i skonfrontowane z realiami „ubogacania” zaczęły powoli budzić się z otępiającego letargu. Obecnie bezrefleksyjne multi-kulti jest domeną jedynie najbardziej zindoktrynowanych lewaków, zaś „milcząca większość” wyraziła w kolejnych krajach swój sprzeciw za pomocą kartki wyborczej. Dziś trudno sobie wyobrazić, by reakcją na zamach terrorystyczny było rysowanie na chodnikach kwiatków, wypisywanie pacyfistycznych hasełek i zawodzenie „Imagine”. Polityczno-medialnemu mainstreamowi daje to asumpt do lamentów nad „falą populizmu”, czyli mówiąc po ludzku – rosnącą popularnością ugrupowań słuchających ludzi i ich problemów. W ten sposób niepostrzeżenie okazało się, że kraje Grupy Wyszehradzkiej ze sztorcowanych na brukselskich salonach pariasów stały się prekursorami nowych politycznych trendów w Europie. Widomym znakiem tej zmiany był niedawny szczyt w Brukseli, kiedy to ostatecznie pogrzebano poronioną koncepcję przymusowej relokacji migrantów, zamiast tego stawiając na zewnętrzne „obozy filtracyjne”, uszczelnienie unijnych granic i usprawnienie procedur deportacyjnych wobec przybyszów którym nie przyznano azylu. Słowem, zgodzono się na rozwiązania od dawna postulowane przez rządy krajów naszego regionu - jeszcze niedawno pryncypialnie gromionych za brak „europejskiej solidarności”.

Owa zmiana nastawienia europejskich elit nie byłaby możliwa bez coraz silniej wyczuwanej oddolnej presji. W Niemczech AfD w kolejnych sondażach wyrasta na drugą siłę polityczną, co ma istotny wpływ m.in. na bawarską CSU przejmującą część antyimigranckich i tożsamościowych postulatów. Również w dotkniętej kryzysem migracyjnym Austrii do głosu doszły siły niechętne nachodźcom – symbolem zmiany (również pokoleniowej) stał się obecny kanclerz Sebastian Kurz (ÖVP) i koalicyjna FPÖ. We Francji jedynie pokerowa zagrywka z kandydaturą Macrona i drakońskie przepisy wprowadzające de facto na stałe stan wyjątkowy uchroniły establishment przed zwycięstwem Marine Le Pen, ale jej Zjednoczenie Narodowe (do niedawna – Front Narodowy) jest silne jak nigdy wcześniej. No i nade wszystko należy podkreślić wagę niedawnego zwycięstwa Ruchu 5 Gwiazd i Ligi we Włoszech. Koalicyjny rząd obu ugrupowań praktycznie w ciągu kilku tygodni zatrzymał falę migracji z Afryki Północnej zamykając porty przed „wodnymi taksówkami” Sorosa – nie przejmując się wrzaskami lewaków, za to zaskarbiając sobie wdzięczność wyborców. Przypomnijmy, że proceder przemytniczy opiera się w znacznej mierze na symbiozie gangów i tzw. organizacji humanitarnych. Ponton wypełniony „żywym towarem” wypływa na kilkanaście mil w morze i nadaje sygnał SOS – a potem pozostaje już tylko czekać na przejęcie przez jednostkę należącą do organizacji pozarządowej, która odstawia nachodźców bezpiecznie do Europy. Co ciekawe, bierze w tym udział również oficjalnie Unia Europejska - a to za sprawą wojskowej operacji „Sophia”. Akcja, która pierwotnie miała zwalczać przemyt ludzi, szybko przerodziła się w dostarczanie „rozbitków” na kontynent. Od 2015 r. okręty państw unijnych przetransportowały w ten sposób do Włoch 49 tys. osób. Nic więc dziwnego, że obecny włoski rząd zagroził zamknięciem portów również przed statkami biorącymi udział w tej operacji.

Jeżeli spojrzeć na mapę obecnych tras przerzutowych, to okaże się, że Europa ma w zasadzie już tylko jeden słaby punkt – Hiszpanię, gdzie niedawno władzę przejęli fanatyczni, „zapaterowscy” socjaliści i z miejsca „humanitarnie” otworzyli granice dla „uchodźców”, wskutek czego zyskał na znaczeniu szlak z Maroka na Półwysep Iberyjski. Być może Hiszpanom jeszcze nie dopiekły wystarczająco uroki multi-kulti i do zamachów w Barcelonie chcą sobie dołożyć kolejne. Tu potrzeba determinacji pozostałych krajów UE a przede wszystkim graniczącej z Hiszpanią Francji, by nie dopuścić do dalszego przemieszczania się tych nowych „nabytków” na resztę kontynentu. Niemniej, widać wyraźnie, że mamy do czynienia jeśli nie z kresem „wędrówki ludów”, to przynajmniej z początkiem jej końca.


III. Kluczowe eurowybory

W tym kontekście istotne znaczenie będą miały przyszłoroczne wybory do Parlamentu Europejskiego. Często są one lekceważone przez wyborców o czym świadczy niska frekwencja. Niesłusznie, ponieważ w obecnej sytuacji mogą one zadecydować o przyszłości zachodniej cywilizacji. Po raz pierwszy bowiem rysuje się realna szansa, by na serio zaistniały partie tożsamościowe. Ugrupowania tego typu mogą albo zdominować Europejską Partię Ludową (teraz z tego nurtu jest w niej tylko węgierski Fidesz), albo stworzyć w europarlamencie własną, liczącą się frakcję, wywierając istotny wpływ na politykę Brukseli. Lewicowi liberałowie już dziś czują zagrożenie alarmując (np. na łamach „Politico”), że „za rok Unię mogą przejąć populiści”. Niedawne badania Eurobarometru pokazują, że aż 44 proc. ankietowanych twierdzi, że UE zmierza w złym kierunku, a pozytywnie sytuację ocenia jedynie 32 proc. Ta tendencja może wpłynąć mobilizująco na rozczarowanych wyborców i przysporzyć głosów ruchom i ugrupowaniom antysystemowym, co w połączeniu z niską frekwencją ma szanse przełożyć się na sukces „eurosceptyków”. Dla nas jest to o tyle istotne, że taki wynik w skali kontynentu poprawiłby notowania Polski w Brukseli i sprawiłby, że z chłopców do bicia awansowalibyśmy do roli jednego z rozgrywających. Tym samym może się okazać, że w najbliższym czasie indywidua pokroju Junckera czy Timmermansa użyźnią śmietnik historii – i choćby dlatego warto będzie pofatygować się do urn.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 31 (03-09.08.2018)

niedziela, 22 lipca 2018

Polska – kraj migracyjny

Zagraniczni inwestorzy skuszeni pomocą publiczną pootwierają tutaj nowe fabryki, centra logistyczne i montownie... w których będą zatrudniani Ukraińcy, Hindusi i Bengalczycy.

I. Śladami „starej Europy”

Sądzę, że można już ogłosić to oficjalnie – Polska stała się krajem migracyjnym. Jeszcze brakuje nam co nieco do Francji czy Niemiec, ale znajdujemy się na tej samej ścieżce, którą przebyły z wiadomym skutkiem państwa „starej Europy”. Dzieje się tak dzięki masowemu napływowi pracowników z zagranicy - głównie z Ukrainy, ale nie tylko. Wg danych Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej w samym tylko 2017 r. wydano łącznie 235 626 zezwoleń na pracę dla obcokrajowców, z czego zdecydowana większość (192 547) dotyczyła obywateli Ukrainy. Ale to nie wszystko, obowiązuje bowiem także równoległa procedura uproszczona, zwana również procedurą oświadczeniową. Oznacza ona, że pracodawca deklaruje poprzez specjalny dokument złożony w Urzędzie Pracy chęć zatrudnienia wskazanego obcokrajowca, co stanowi podstawę do sprowadzenia takiego pracownika do Polski. Takich oświadczeń złożono w zeszłym roku 1,8 miliona. Nie oznacza to, że w każdym przypadku doszło do faktycznego zatrudnienia – lecz daje to ogólne pojęcie na temat skali udziału cudzoziemców w polskim rynku pracy. Ponadto, gdyby dodać „ciemną liczbę”, tzn. pracowników zagranicznych zatrudnianych nielegalnie, przypuszczam, że w sumie otrzymalibyśmy zbliżoną wartość. Zwróćmy uwagę, że już teraz wspomniane dane niemal pokrywają się z szacunkami dotyczącymi upustu krwi, jaki przeżyła Polska od momentu otwarcia się zachodnich rynków pracy. W minionych latach wypchnięto bowiem na emigrację ekonomiczną ponad 2 mln. Polaków – głównie młodych, przedsiębiorczych, w najlepszym wieku produkcyjnym. W większości osiedlili się oni za granicą na stałe, ściągnęli lub założyli tam rodziny, zapuścili korzenie – i bez radykalnej zmiany warunków życia w Polsce są w większości nie do odzyskania. Obecna fala migracji zarobkowej do Polski jest rozpaczliwą próbą załatania tych ubytków.

Zresztą, wystarczy przejść się ulicami większych miast, albo zawitać chociażby na Dworzec Zachodni w Warszawie – przytłaczająca większość podróżnych to przybysze ze wschodu, zewsząd słychać rosyjski i ukraiński, wzrok przykuwają też dwujęzyczne szyldy barów i sklepików. Słowem, można poczuć się jak w Kijowie. W centrum stolicy z kolei normą są grupki przechadzających się śniadych przybyszów – i bynajmniej nie sprawiają oni wrażenia egzotycznych turystów, albo zagranicznych studentów. Jak to wygląda procentowo? Przyjmijmy, że liczba 1,8 mln. oświadczeń o chęci zatrudnienia obcokrajowców oddaje w przybliżeniu stan rzeczywisty. Oznacza to, że mamy w Polsce de facto 4,7 proc. mniejszości etnicznych – oczywiście, z silnym wskazaniem na Ukraińców. Podobnie rzecz się ma ze studentami – w roku akademickim 2016/2017 studiowało w Polsce 65 793 zagranicznych studentów (w tym 35 584 Ukraińców i 5119 Białorusinów), co przekłada się na „współczynnik umiędzynarodowienia” w wysokości 4,8 proc. Uczelnie we współpracy z lokalnymi władzami, szczególnie w mniejszych ośrodkach i na tzw. ścianie wschodniej, prześcigają się wręcz w oferowaniu cudzoziemcom rozmaitych udogodnień (często niedostępnych dla studentów polskich), widząc w nich ratunek dla własnej egzystencji. Należy dodać przy tym, że studenci ci również często wiążą swoje przyszłe plany życiowe z Polską. Jak zatem widać, na odcinku wieloetniczności w szybkim tempie nadganiamy kraje Zachodu.


II. Lobbying biznesu

Za coraz szerszym otwieraniem granic dla obcokrajowców nieustannie lobbują największe organizacje biznesowe – i są chętnie wysłuchiwane przez rządzących. Powody są te same od kilku lat: niekorzystny trend demograficzny, niskie bezrobocie i związany z tym brak rąk do pracy oraz potrzeba zachowania konkurencyjności polskiej gospodarki. Szczególnie to ostatnie bije rekordy hipokryzji – mówiąc normalnym językiem, biznesowi zależy po prostu na utrzymaniu w ryzach wzrostu płac, mamy bowiem rzekomo w Polsce „rynek pracownika”. Temu obiegowemu poglądowi przeczą jednak dane GUS – dajmy sobie spokój ze „średnią krajową”, bo tej przytłaczająca większość Polaków nie ogląda na oczy. Miarodajnym wyznacznikiem jest tu dominanta, czyli najczęściej wypłacane wynagrodzenie – wynosi ono 2073,03 zł brutto, co daje 1511 zł „na rękę”. Istne kokosy. Stosunkowo wysoka średnia krajowa (4346,76 zł brutto) nie jest zatem wyznacznikiem ogólnej zamożności Polaków, lecz krzyczącym aktem oskarżenia – oznacza ona bowiem, że mamy ogromne rozwarstwienie dochodów, co jest cechą typową dla różnych bantustanów. Potwierdzają to dane KE mówiące, że udział płac w PKB jest u nas na poziomie 48 proc. (unijna średnia to 55,4 proc.), co plasuje nas w UE na piątym miejscu od końca. Krótko mówiąc, nacisk na masowe sprowadzanie pracowników ma m.in. zamrozić wzrost wynagrodzeń. Odwrotnie postępują np. Czesi, ściśle reglamentując dostęp do swojego rynku pracy, czego efektem jest najniższe w Unii bezrobocie i konsekwentnie rosnące płace – i jakoś nie słychać, żeby czeska gospodarka miała się od tego zwijać.

Warto w tym miejscu przypomnieć, że nie tak miało być. Polska miała odchodzić od modelu gospodarczego opartego na taniej sile roboczej i przestawiać się na konkurowanie jakością. Emigranci ekonomiczni mieli wracać do kraju, mówiło się też o ściąganiu Polaków rozproszonych po świecie – w tym również potomków rodaków wywiezionych w głąb ZSRR. W praktyce jednak rządzący postawili na gastarbeiterów – za kierunkiem wschodnim optuje m.in. Cezary Kaźmierczak ze Związku Przedsiębiorców i Pracodawców, domagając się sprowadzenia w najbliższych latach łącznie 5 mln. pracowników. Do osiągnięcia takiej liczby Ukraina i Białoruś nie wystarczą, toteż już teraz trafiają do nas Hindusi, Nepalczycy czy mieszkańcy Bangladeszu. Zauważmy tu, że Bangladesz jest krajem muzułmańskim i liczy sobie ponad 166 mln. klepiących biedę obywateli – istny mokry sen pracodawcy marzącego o półdarmowych niewolnikach. Jeszcze dalej idzie Marek Goliszewski, prezes Business Centre Club, postulujący uchwalenie specjalnej ustawy migracyjnej, która „otworzyłaby drzwi” nie tylko przed Ukraińcami, lecz również przybyszami z krajów arabskich – i generalnie, globalnego Południa.


III. Multi-kulti u bram

Co na to rząd? Rząd jest za. W niedawnym wywiadzie dla internetowej „Kultury Liberalnej” Paweł Chorąży, podsekretarz stanu w Ministerstwie Inwestycji i Rozwoju, otwartym tekstem zapowiedział intensyfikację proimigranckiej polityki – i to z naciskiem nie na pracowników sezonowych, lecz z intencją osiedlenia przybyszów w Polsce na stałe. Tym samym powtarzamy historię Niemiec i Francji. Przypomnę, że Niemcy sprowadzając sobie gastarbeiterów z Turcji również zakładali, że ci trochę popracują i wrócą do siebie, zaś jakiś odsetek, który zostanie w Niemczech wraz z upływem czasu samoistnie się zintegruje. Jak wiemy, nic podobnego nie nastąpiło, zaś migranci oraz ich potomkowie stali się źródłem rozlicznych społecznych napięć na tle kulturowym. Jeżeli zatem dzisiaj rządzący usiłują nam wmówić, że jakoś nad procesami migracyjnymi zapanują, to zwyczajnie robią nam wodę z mózgów. Oni tu w większości zostaną, tak jak zostali w krajach zachodu. W innym wywiadzie dla wspomnianej „KL” Paweł Kaczmarczyk (dyrektor Ośrodka Badań na Migracjami UW) mówi, iż już teraz „Polska stała się największym importerem cudzoziemskiej siły roboczej na świecie” - większym niż USA (dane OECD). Mamy zatem swoisty paradoks – z jednej strony rząd na forum UE twardo broni się przed próbami narzucenia nam nachodźców, z drugiej zaś otwiera granice na ekonomiczną migrację, tyle że z nieco innych regionów świata. Wkrótce otrzymamy zatem następującą sytuację: zagraniczni inwestorzy skuszeni pomocą publiczną pootwierają tutaj nowe fabryki, centra logistyczne i montownie... w których będą zatrudniani Ukraińcy, Hindusi i Bengalczycy. A rząd będzie się chwalił tysiącami nowych miejsc pracy, zapominając dodać, że owe dotowane przez polskie państwo stanowiska zostaną obsadzone przez cudzoziemców. Witamy w krainie multi-kulti.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 28 (13-19.07.2018)

sobota, 7 lipca 2018

Angela Merkel: pycha i upadek

Niedawna „żelazna kanclerz” dziś jest już mocno zardzewiała – po niegdysiejszym upojeniu potęgą nie został ślad, a na horyzoncie majaczy widmo upadku.

I. Cesarzowa Europy

Znane powiedzenie głosi, że pycha kroczy przed upadkiem – i w ostatnim czasie pasuje ono jak rzadko do politycznych losów Angeli Merkel. Jeszcze niedawno jawiła się niczym wszechwładna „cesarzowa Europy”, bezceremonialnie dyktująca swą wolę unijnym instytucjom i poszczególnym państwom – dziś jest cieniem samej siebie. Skalę upadku dobrze obrazuje porównanie jej dokonań sprzed lat z obecną, rozpaczliwą szarpaniną. Przypomnijmy, że to właśnie niemiecka kanclerz była spiritus movens powstania w 2011 r. tzw. „Grupy Frankfurckiej” - nieformalnego gremium w skład którego prócz niej wchodził ówczesny prezydent Francji Nicolas Sarkozy, najwyżsi unijni dygnitarze (w tym przewodniczący KE Jose Barroso i szef Europejskiego Banku Centralnego Mario Draghi) plus szefowa MFW Christine Lagarde. To właśnie za ich sprawą doprowadzono do przeczołgania, a następnie obalenia szefów rządów w dwóch krajach członkowskich – najpierw do odstrzału poszedł grecki premier Jorgos Papandreu, następnie zaś „niezatapialny” Silvio Berlusconi. Pierwszego zmuszono do dymisji groźbą wstrzymania transzy pomocowych, drugiego – nagłym wzrostem oprocentowania włoskich obligacji. W ich miejsce przyszli wskazani przez „Grupę Frankfurcką” (czyli przez Angelę Merkel) Lukas Papademos (były wiceprezes EBC) oraz Mario Monti (umocowanie – m.in. Komisja Trójstronna i Grupa Bilderberg). Niecałe dwa tygodnie po dymisji Berlusconiego, 28 listopada 2011 r., swój słynny „hołd berliński” złożył cesarzowej Angeli szef polskiego MSZ Radosław Sikorski, wzywając Niemcy do wzięcia na siebie odpowiedzialności za Europę.

Tak wówczas wyglądała sytuacja: Merkel władna była odwoływać europejskie rządy, a przedstawiciel największego kraju Europy Środkowej śpieszył do stolicy Niemiec z wiernopoddańczymi deklaracjami. Ta hegemonia znajdowała potwierdzenie również w następnych latach, gdy Niemcy narzucały „plany pomocowe” kolejnym pogrążonym w kryzysie gospodarkom strefy euro, ze szczególnym uwzględnieniem Grecji (nota bene, niemiecki budżet na greckich obligacjach zarobił od 2010 r. 2,9 mld. euro). Brukselscy mandaryni byli bezwolnymi marionetkami, zaś Angela Merkel mogła wystrugać na „eurokratę” nawet takie kompletne zero, jak Donald Tusk. Mówiąc krótko – totalna dominacja gospodarcza i polityczna, połączona z kolonialnym drenażem wschodnich i południowych rubieży UE. Na powyższe nakładały się zapowiedzi „przyśpieszenia” i „zacieśniania integracji” w czym brylował szef Parlamentu Europejskiego Martin Schulz – przedstawiciel koalicyjnej SPD. Wydawało się, że urzeczywistnienie IV Rzeszy jest o krok.


II. Zaślepienie pychą

Na szczęście, gdy Pan Bóg chce kogoś ukarać, to wpierw odbiera mu rozum. I takim przejawem braku rozsądku, zaślepienia pychą i własną wszechmocą, stała się fatalna w skutkach decyzja o otwarciu granic przed hordami muzułmańskich nachodźców. Decyzja, dodajmy, z której kanclerz Merkel nie wytłumaczyła się do tej pory. Otwierając granice przed barbarzyńcami, berlińska cesarzowa nie raczyła się skonsultować z europejskimi „partnerami”, ignorując jednocześnie przepisy międzynarodowe (np. konwencję dublińską), a nawet prawo własnego kraju. W 2017 r., tuż przed ostatnimi wyborami, Służba Naukowa Bundestagu jednoznacznie stwierdziła, że wpuszczenie migrantów dokonało się „na gębę”, bez dochowania żadnych procedur i drogi służbowej. Ot, pani kanclerz wydała rozkaz „wpuszczać” - i wpuszczono, ze wszystkimi znanymi nam aż za dobrze konsekwencjami.

Islamska inwazja z 2015 r. odbyła się w atmosferze kreowanego przez Niemcy szantażu moralno-politycznego wobec opornych. „Czarnym ludem” stał się chroniący swój kraj Victor Orban, wkrótce zaś potem – rząd Prawa i Sprawiedliwości. Niemcy, oraz ich przedstawiciele w Brukseli napawali się rzekomą cywilizacyjną wyższością nad „ksenofobiczną” Europą Środkową epatując terminem „Willkommenskultur” („kultura powitania”), mającym obrazować ideał „europejskości”, który winny naśladować inne, „zacofane” kraje „nowej Europy”. Próżno dziś dociekać, co tak naprawdę Angelą Merkel powodowało – czy jakiś idealistyczny obłęd, czy miraż pozyskania taniej siły roboczej dla niemieckiej gospodarki. Faktem jednak jest, że niekontrolowany napływ nachodźców w krótkim czasie zdestabilizował społeczną sytuację w Niemczech, co Angela Merkel wraz z posłusznymi jej mediami (w Niemczech coś takiego jak media opozycyjne nie istnieje) usiłowały zakrzyczeć sloganem „Wir schaffen das!” („damy radę!”) i plotąc o dobrotliwej, przepojonej humanitaryzmem „mutter Angeli”. Szybko okazało się, że „mutter Angela” jednak „nie daje rady” - nastąpił wzrost przestępczości (w tym na tle seksualnym), ataki terrorystyczne, zanieczyszczanie przestrzeni publicznej (co dla miłujących porządek Niemców jest również nie do zniesienia), wreszcie – skokowy wzrost antysemityzmu i napaści na Żydów oraz synagogi. Słowem – multi-kulti pełną gębą.


III. Zardzewiała kanclerz

W efekcie, niemiecki naród, dotąd oczadziały od wszechobecnych oparów lewactwa, zaczął w ekspresowym tempie trzeźwieć. Wyrazem tego były ubiegłoroczne wybory do Bundestagu w których partie „wielkiej koalicji” zanotowały najgorsze od dziesięcioleci wyniki wyborcze, zaś trzecią siłą w parlamencie stała się „populistyczna” Alternatywa dla Niemiec (AfD) z 12,6 proc. głosów. Gdy opisywałem te polityczne spazmy w październiku ub.r. w tekście „Zmierzch cesarzowej Europy” odnotowałem, że Angela Merkel wyszła z wyborczej konfrontacji mocno poobijana i osłabiona, co musi się przełożyć na jej pozycję polityczną. Dziś widać wyraźnie, że dotychczasowa dominatorka znajduje się na równi pochyłej i wkrótce może podzielić los Martina Schulza. Niedawny butny „dyktator” europarlamentu, pohukujący na Polskę i Węgry, poprowadził SPD do wyborczej klęski (20,5 proc., najgorszy powojenny wynik tej partii), w efekcie czego został zmuszony do ustąpienia z fotela szefa socjaldemokratów i kompletnie znikł z politycznego horyzontu. Obecnie Angela Merkel ma podobne problemy. Jej przywództwo w CDU jest coraz częściej kwestionowane, a na krytykę pozwalają sobie nawet niemieckie media - rzecz dotąd niespotykana.

Na dodatek otwarcie buntuje się „siostrzana” bawarska CSU pod rządami ministra spraw wewnętrznych Horsta Seehofera. CSU czuje na karku gorący oddech AfD, na rzecz której straciła aż 10,5 proc. głosów i Seehofer wałczy o przetrwanie, przejmując część antyimigranckiej agendy AfD (Bawaria jest landem szczególnie mocno dotkniętym nachodźczą inwazją). Szef CSU postuluje zaostrzenie polityki azylowej i odsyłanie migrantów zarejestrowanych w innych państwach UE, a także bardziej rygorystyczne egzekwowanie przepisów. Przy tym wszystkim od dłuższego już czasu ostentacyjnie flirtuje z Viktorem Orbanem, chwaląc jego politykę i podejmując węgierskiego przywódcę na partyjnych zjazdach. Jest to jawne zanegowanie linii Angeli Merkel, która nie jest w stanie przyznać się do błędu i uparcie forsuje „systemowe” rozwiązania na forum Unii Europejskiej – czyli kontynuuje bezowocne usiłowania podzielenia się z Europą niemieckimi problemami. Doszło do tego, że Seehofer otwarcie stwierdził, iż „nie może dłużej współpracować z tą kobietą”. Oznacza to, że koalicja (a co za tym idzie - rząd Angeli Merkel) wisi na włosku. Byłoby ponurym rechotem historii, gdyby spuścizną Merkel stało się zniszczenie fundamentalnej dla niemieckiej polityki instytucjonalnej koalicji CDU-CSU. Gdyby tak się stało, otworzyłyby się nader ciekawe możliwości – choćby przemiana CSU z partii regionalnej w ogólnoniemiecką, a w przyszłości może nawet sojusz z AfD. Dziś wprawdzie oba ugrupowania walczą o zbliżony, „tożsamościowy” elektorat, ale za kilka lat, gdy podział społecznych wpływów się utrze – czemu nie?

Nie lepiej jest na arenie międzynarodowej. Widomą oznaką malejących wpływów Niemiec było fiasko utrącenia włoskiego rządu Giuseppe Conte firmowanego przez „populistyczną” koalicję Ligi i Ruchu 5 Gwiazd – o co zabiegał chociażby niemiecki eurokomisarz Guenther Oettinger. Wymowny kontrast w porównaniu z czasami, gdy jednym ruchem ręki Merkel strącała Berlusconiego. Kolejny policzek, to ostentacyjny bojkot mini-szczytu migracyjnego (24 czerwca) przez kraje Grupy Wyszehradzkiej z cichym poparciem kanclerza Austrii Sebastiana Kurtza (kolejnego sojusznika CSU). Nawet niemiecka prasa zmuszona była zauważyć, że czasy, gdy Merkel leciała do Brukseli narzucać swą wolę bezpowrotnie minęły i dziś raczej musi udawać się tam po prośbie, godząc się po drodze na różne kompromisy, np. popierając postulat Macrona stworzenia wspólnego budżetu strefy euro, czemu do niedawna była zdecydowanie przeciwna.

W USA takiego „schyłkowego” polityka określa się mianem „kulawej kaczki” - i widać wyraźnie, że Angela Merkel coraz bardziej staje się „kulawą kaczką” europejskiej polityki. Niedawna „żelazna kanclerz” dziś jest już mocno zardzewiała – po niegdysiejszym upojeniu potęgą nie został ślad, a na horyzoncie majaczy widmo upadku.

Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Zmierzch cesarzowej Europy


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w dwutygodniku „Polska Niepodległa” nr 13 (04-17.07.2018)

piątek, 23 czerwca 2017

Wincyj imigrantów!

KE jedynie ubrała w europejski kostium żądanie Angeli Merkel sprowadzające się do znanego z internetowych memów hasła: „wincyj imigrantów!”.

I. Polityczne szykany Brukseli

Komisja Europejska postanowiła uczcić ramadan i z tej okazji ogłosiła wszczęcie procedury dyscyplinującej wobec państw opierających się przed „ubogaceniem kulturowym” przez „uciekające przed wojną” brodate „matki” z równie brodatymi „dziećmi”. Najprawdopodobniej sprawa trafi przed europejski trybunał w Luksemburgu i może się zakończyć słonymi karami finansowymi.

Mamy tu od razu na wstępie kilka aspektów. Po pierwsze, czy Komisja Europejska ma w ogóle prawo na gruncie traktatowym do wszczynania takich procedur, czy też mamy do czynienia z uzurpacją kompetencji analogiczną do „kontroli praworządności”? Po drugie, przed trybunałem w Luksemburgu toczy się już postępowanie odnośnie wniesionych przez Węgry i Słowację (z poparciem Polski) skarg podważających legalność tzw. mechanizmu relokacyjnego, zakładającego przyjmowanie przez kraje członkowskie „uchodźców” wedle odgórnie narzuconego rozdzielnika. Jak Trybunał poradzi sobie ze wzajemnie wykluczającymi się pozwami? Po trzecie, na jakiej podstawie KE zawęziła arbitralnie procedurę (być może nielegalną) tylko do trzech państw – Polski, Węgier i Czech – skoro mechanizm relokacji jest fikcją i nie wywiązuje się z niego większość państw członkowskich? Przypomnijmy, że do tej pory rozlokowano 20 tys. „uchodźców” z zaplanowanych 160 tys. - m.in. dlatego, że stosowne służby nie są w stanie „ogarnąć” tematu, tzn. zweryfikować przybyszów pod kątem bezpieczeństwa, a także tego, czy faktycznie są uchodźcami wojennymi, czy migrantami ekonomicznymi. Po czwarte wreszcie, czy zgodne z prawem (w tym prawami człowieka) jest przymusowe przesiedlanie ludzi do odgórnie narzuconych krajów przeznaczenia – często wbrew ich woli?

Biorąc to wszystko pod uwagę, można podejrzewać, iż działania Komisji Europejskiej stanowią polityczną szykanę wobec części państw członkowskich za tzw. „ogólną postawę” - chodzi nie tylko o sprzeciw wobec relokacji, ale również niezgodę na „Europę wielu prędkości”, niechęć wobec przyjęcia euro i generalny brak entuzjazmu do okazywania „europejskiej solidarności”, czyli podporządkowywania się aktualnym życzeniom Berlina i Brukseli. Podejrzenie potwierdzałby fakt, że Berlin natychmiast pośpieszył z deklaracją poparcia dla działań Junckera i spółki, co nasuwa z kolei przypuszczenie, że KE jedynie ubrała w europejski kostium żądanie Angeli Merkel sprowadzające się do znanego z internetowych memów hasła: „wincyj imigrantów!”.


II. Jednostronna „solidarność”

Aż się nie chce po raz tysięczny przypominać, że Niemcy miały w głębokim poważaniu „europejską solidarność”, gdy ignorując obowiązujące prawo jednostronnie otworzyły granice, bez próby konsultacji z europejskimi „partnerami”. Ba, jak się okazało, kanclerz Merkel złamała nawet prawo własnego kraju, bowiem decyzja o wpuszczeniu ludzkiej rzeki zapadła „na gębę” i próżno szukać po niej śladu w dokumentach, co urząd kanclerski był jakiś czas temu zmuszony przyznać odpowiadając na pytania tamtejszych mediów. Wspomnijmy jeszcze dla porządku, że zgodnie z konwencją genewską, a także umową Dublin II, uchodźcą jest się do momentu trafienia do pierwszego tzw. bezpiecznego kraju w którym można złożyć wniosek o azyl – cudzoziemcowi przybywającemu z „bezpiecznego kraju” status uchodźcy się nie należy. W tym sensie, prawdziwymi uchodźcami np. w przypadku konfliktu syryjskiego są ludzie przebywający chociażby w obozach w Jordanii – i tam należy im pomagać, co zresztą Polska nie tylko podnosi na arenie międzynarodowej, ale też aktywnie realizuje.

Trzeba sobie twardo powiedzieć, że Polska nie może się zgodzić na żadne „kwoty”. Nie wolno nam przyjąć ani jednego wciskanego nam nachodźcy. Nie ma tu pola do żadnych „konstruktywnych kompromisów”, bo jeżeli raz się ugniemy, to już nie zatrzymamy różnych „solidarnościowych” wymuszeń. Kolejna rzecz – owi „uchodźcy” zwyczajnie nie chcą do nas trafić i przy pierwszej lepszej okazji zwieją do Niemiec, bo są znakomicie zorientowani w różnicach socjalnych przywilejów w poszczególnych krajach Europy. Przekonała się o tym Fundacja „Estera”, która w 2015 r. sprowadziła do Polski 50 rodzin syryjskich chrześcijan (ok. 160 osób). W krótkim czasie większość z nich zażądała cofnięcia przyznanego im w Polsce statusu uchodźcy, bo uniemożliwiało im to ubieganie się o taki status w Niemczech. Wg nieoficjalnych informacji w tej chwili nie ma już po nich w Polsce śladu. Za to oficjalne dane przedstawił niedawno rząd Litwy. Państwo to przyjęło 309 imigrantów, z czego wedle litewskiego MSW 230 już opuściło Litwę. Słowem – fiasko.

Żeby przetrzymać „uchodźców” w Polsce musielibyśmy zatem więzić ich pod kluczem lub za drutami, co już samo w sobie stanowiłoby kłopot. Ponadto sprowadzone do nas wypasione i brodate byczki po zagnieżdżeniu się w „polskich obozach” mogłyby zechcieć skorzystać z prawa do łączenia rodzin i sprowadzić tutaj swoje samice, które wkrótce złożyłyby jaja i za chwilę tych „uchodźców” zrobiłoby się wielokrotnie więcej, a Polska musiałaby przetrzymywać w koncłagrach nie siedem a siedemdziesiąt tysięcy osób. Nie mamy doświadczenia w zawiadywaniu takimi strukturami masowego odosobnienia. Czy w ramach „solidarności” Niemcy zechciałyby się wtedy podzielić z nami swoim „know-how”? I ile musielibyśmy zapłacić za udostępnienie tej bezcennej wiedzy?


III. Przemytniczy biznes

Osobnym problemem jest, że takie Włochy domagające się wielkim głosem rozładowania swoich ośrodków, nie raczą być „solidarne” same ze sobą, przyjmując hurtem wszystkich jak leci. O tym, że można sobie przy odrobinie determinacji poradzić z masowym przemytem ludzi przekonuje przykład Australii, która odsyłała nielegalnych migrantów z południowo-wschodniej Azji, a przemytnicze łodzie zatapiała. Tymczasem na linii Libia – Sycylia funkcjonuje wręcz coś w rodzaju regularnej przeprawy promowej. Niedawno portal euroislam.pl przytoczył artykuł „Spectatora” obnażający przemytniczy proceder polegający na współdziałaniu gangów z organizacjami pozarządowymi. Otóż łodzie wypełnione migrantami (za 1500 euro od „łebka”) wypływają maks. na 12 mil od brzegu, następnie nadają sygnał SOS, lub wręcz dzwonią do operujących w pobliżu kutrów należących do NGO'sów, po czym „jednostka ratunkowa” przybywa na miejsce, następuje przeładunek ludzkiej masy... i już – dalsza podróż na Sycylię odbywa się na pokładzie jednostki należącej do „organizacji humanitarnej”. Co więcej – zdarza się, że kuter „ratowniczy” przypływa sam, bez konieczności zawiadomienia, co skłania do oczywistego wniosku, że jego załoga doskonale wiedziała zawczasu gdzie i kiedy odebrać „towar”.

Tylko w 2016 r. z Północnej Afryki trafiło do Włoch ponad 181 tys. „uchodźców”, z czego 30 proc. na pokładach statków należących do NGO'sów. W pierwszych miesiącach tego roku odsetek przekroczył już 50 proc. Łączna wartość przemytu to 270 mln. euro rocznie. Najwięcej „organizacji humanitarnych” zaangażowanych w ludzką kontrabandę pochodzi z Niemiec i dysponują one 6-oma jednostkami pływającymi. Koszt utrzymania na wodzie jednego kutra to 400 tys. euro miesięcznie (ponad 4,5 mln. euro rocznie, zakładając, że statek nie przebywa w morzu cały rok) – licząc razy 6 jednostek, wychodzi 27 mln. euro/rok. Kto daje na to pieniądze? I dlaczego włoskie władze tolerują jawny przemyt ludzi pod własnym nosem?


IV. Zdrada pasterzy

I ostatnia sprawa - bolesna, ale nie sposób się do niej nie odnieść. Smuci, delikatnie rzecz ujmując, postawa Kościoła i samego papieża Franciszka, nawołującego bezkrytycznie do przyjmowania agresywnie nastawionych muzułmańskich najeźdźców – zupełnie jakby termin „hidżra” (podbój przez zasiedlenie) był pojęciem papieżowi nieznanym. Jest to, powiedzmy sobie otwarcie, całkowicie opacznie pojmowane miłosierdzie, kompletnie abstrahujące od „ordo caritatis”. Niestety, pod wyraźnym naciskiem Watykanu ugina się również nasz Episkopat, mówiąc, że „Kościół ma twarz uchodźcy”. Uchodźcy – tak, ale nie najeźdźcy!

Polskie władze absolutnie nie powinny ulegać temu moralnemu szantażowi, nie biorącemu pod uwagę realiów oraz wrogiego stosunku muzułmanów do chrześcijaństwa i naszej kultury. Jeśli chodzi zaś o sprawy wieczyste - mam nadzieje, że Bóg policzy naszym rządzącym na plus to, że nie ściągnęli na kraj muzułmańskiej zagłady. Podobnie mam nadzieję, że w swym miłosierdziu wybaczy papieżowi Franciszkowi jego samobójcze, nieprzytomne szaleństwo w którym nawołuje do islamizacji Europy - bo do tego się sprowadza fałszywie pojmowany „humanitaryzm” w jego wydaniu. Zły to pasterz, który wydaje własną owczarnię na pastwę wilków, a właśnie z czymś takim – zdradą pasterzy, wydających swe owce na rzeź – mamy obecnie do czynienia. Europa nie potrzebuje pseudo-chrześcijańskiej czułostkowości udającej miłosierdzie. Europa potrzebuje najpierw rekonkwisty, a następnie krucjaty. Rozumieli to wielcy poprzednicy Franciszka na Piotrowym tronie - a że „dłużej klasztora niż przeora”, to da Bóg, że zrozumieją to również jego następcy.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 25 (21-27.06.2017)