Pokazywanie postów oznaczonych etykietą papież Franciszek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą papież Franciszek. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 2 kwietnia 2020

Pod-Grzybki 202

Ech, z wolna kończy się słotna jesień, która w tym sezonie postanowiła płynnie przejść w wiosnę, nie zawracając sobie głowy zimą. Nie wiem, jak u państwa, ale w mojej okolicy nie było ani jednego śnieżnego dnia (parę razy tylko popadał deszcz ze śniegiem) – co bardzo sobie chwalę, bowiem odkąd przestałem jeździć na sankach i przerzuciłem się na poranne skrobanie szyb samochodu, jakoś przeszła mi sympatia do uroków mroźnej i śnieżnej zimy. Na szczęście klimat robi się coraz łaskawszy i nieuchronnie wkracza w okres kolejnego optimum – za poprzednim razem, ponad tysiąc lat temu, nasi przodkowie wykorzystali sprzyjającą aurę do budowy państwa polskiego, sądzę zatem, że i my teraz możemy z optymizmem patrzeć w przyszłość.


*

Elity w euforii – zawitał do nas z dawna oczekiwany koronawirus! Teraz to już całkiem mamy jak na Zachodzie! Traf tylko chciał, że zamiast jakiegoś postępowego pisarza, reżysera czy innego „autorytetu moralnego” wirus wybrał sobie... byłego działacza PiS, który właśnie wrócił z zagranicy. Jest to o tyle niezręczna sytuacja, że wychodzi na to, iż prawicowcy pędzą całkiem światowe życie, zamiast siedzieć w swoich wiochach i nie mają nawet tyle przyzwoitości, by odstąpić przywilej nabawienia się egzotycznej i ekskluzywnej infekcji osobom bardziej zasłużonym. No bo, pomyślmy tylko – czy temu pisiorowi coś by ubyło, gdyby przed nim koronawirusem zaraziła się np. Janda, Holland, Nurowska, Olbrychski albo któryś ze Stuhrów? Osoby ze wszech miar godniejsze i bardziej predestynowane do europejskości, które dzięki temu mogłyby zadawać szyku na salonach? Doprawdy, niektórzy to zupełnie nie wiedzą jak się zachować...


*

Ale jak się nie ma co się lubi... Na pierwszą ofiarę koronawirusa rzuciły się wyposzczone media. Dowiedzieliśmy się o nim wszystkiego – jak się nazywa, gdzie mieszka, jak mu się układa w małżeństwie, nie mówiąc już o wspomnianych wyżej politycznych afiliacjach. To musi się skończyć jakimś reality show – a że wkrótce potem zaraziło się kilku następnych, to sądzę, że nie od rzeczy będzie urządzić jakieś telewizyjne „koronawirus party”, które kolejni uczestnicy będą opuszczać po SMS-owym głosowaniu widzów. Nogami do przodu.


*

Ale co tam jacyś zarażeni. Całe show ukradła szefowa Sanepidu w Słubicach, której wystąpienie przed miejscowymi radnymi z miejsca stało się hitem internetu (nawet nie mówcie, że nie widzieliście). Rany, jak ta kobieta czuje kamerę! Istne medialne zwierzę – od awangardowej powierzchowności począwszy (wygląda jak klon ambasador Mosbacher), na ostrych tekstach i umiejętnościach wokalnych skończywszy. I tak oto narodziła się pierwsza „korona-celebrytka”. Historia dzieje się na naszych oczach!


*

Chociaż trzeba przyznać, że i tradycyjne celebryctwo nie odpuszcza. Ledwie co ochłonęliśmy po amerykańskich wojażach Kingi Rusin, a tu w poziomie ogólnego buractwa postanowiła ją przebić trenerka fitness Ewa Chodakowska. Postanowiła mianowicie wyprawić swojej siostrzenicy wypasioną „osiemnastkę” w ekskluzywnym hotelu i zaangażować fotografa, by wszystko ładnie wyglądało na Instagramie (wiadomo, zdjęcia komórkami cyka tylko jakaś hołota). I w związku z tym jej biuro rozesłało po firmach fotograficznych „ofertę” z propozycją „barteru” - otóż „zapłatą” za pracę fotografa miały być... „lajki” i „oznaczenia” na portalach społecznościowych. Kurczę, wszyscy Janusze biznesu porobili się z wrażenia, że sami na to nie wpadli, a Jeff Bezos już przystąpił do wdrażania innowacyjnego algorytmu w obozach pracy Amazona. Tak więc, nie zdziwcie się państwo, gdy pod koniec miesiąca szef w robocie zapyta was o konto na Fejsie i zaproponuje worek „lajków” zamiast wypłaty.


*

Jedna z agencji fotograficznych doniosła o tym wszystkim publicznie, a branża zaniosła się oburzeniem. No co za chamy, jak pragnę zdrowia... Nawet nie są w stanie ogarnąć, jaki to zaszczyt obfotografować osiemnastkę siostrzenicy SAMEJ CHODAKOWSKIEJ! Przecież nie dość, że taki jeden z drugim będzie mógł się nażreć za darmochę, to jeszcze poociera się o różne sławy – a ci tylko potrafią jęczeć: dej piniendze i dej piniendze. Zupełnie jak jakieś roszczeniowe bydło od „pińćset plus”. Ale dla pani Chodakowskiej mam rozwiązanie - niech zagada z Kingą Rusin. Ta w ocieraniu się o celebrytów i strzelaniu słitfoci ma niewątpliwą wprawę. Dla takiego „eventu” zrobi wszystko – i jeszcze przyniesie własne kanapki.


*

Wracając do naszych koronaświrusów. Małgorzata Kidawa-Błońska wyraziła troskę o to, że nasze granice są słabo chronione i może je przekraczać każdy, komu tylko przyjdzie ochota – a to rodzi zagrożenie epidemiologiczne. Zaraz, zaraz – czyżby zatem Jarosław Kaczyński miał rację ostrzegając w 2015 r. przed niekontrolowaną migracją i roznoszeniem przez przybyszy różnych egzotycznych chorób? No to teraz proszę przy najbliższej okazji podejść w Sejmie do pana Kaczyńskiego i ładnie przeprosić.


*

Zresztą, generalnie obserwujemy atak zdrowego rozsądku na ogólnoeuropejską skalę. Otóż sułtan Erdogan znów postanowił wypuścić do Unii falę migrantów – na co europejskie elity zareagowały... nie, wcale nie żadnym „herzlich willkommen”, tylko twardym „NEIN!”. Bundestag, Makrela, Komisja Europejska z Ursulą von der Leyen – wszyscy nagle otrzeźwieli i przypomnieli sobie, że unijnych granic trzeba bronić przed nielegalnymi nachodźcami. No więc, jak wyżej – proszę teraz odszczekać swoje kalumnie sprzed kilku lat i przeprosić kraje Grupy Wyszehradzkiej – ze szczególnym uwzględnieniem Węgier i Victora Orbana.


*

Niestety, na koronaświrusa zapadł również w znacznej mierze Kościół. Papież Franciszek odwołał audiencję generalną w Watykanie – ale to jeszcze nic. Otóż władze Sanktuarium w Lourdes postanowiły zamknąć dla wiernych tamtejsze cudowne sadzawki. Ponury dowcip polega na tym, że woda w tych sadzawkach ma właściwości uzdrawiające. Wychodzi więc na to, że sam Kościół coś słabo wierzy w ich lecznicze działanie. Nawet nie chcę myśleć, co o tym upadku wiary sądzi Matka Boska...


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 11 (13-19.03.2020)

Pod-Grzybki 200

Na rozgrzewkę taki dowcip. Siedzi Kidawa-Błońska w restauracji. Do stolika podchodzi kelner i pyta: co pani zamówi? A na to Kidawa zrywa się i krzyczy: a może to pan powie, co zamówi?! Może się pan pochwali, wszyscy chętnie posłuchamy!


*

Ale zostawmy chwilowo panią Małgorzatę (no, powiedzmy, że do następnego tygodnia) – tak po ludzku, to nawet jej trochę współczuję. Na myśl, że przez najbliższe trzy miesiące będzie musiała oglądać swą wyretuszowaną do bólu podobiznę na każdym płocie, biedaczka miała prawo nabawić się rozstroju nerwowego.

*

Sylwia Spurek nie odpuszcza i na stronach „Kretyniki Politycznej” zamieściła antymięsny manifest – że mięso trzeba opodatkować, bo globalne ocieplenie, metan i cierpią zwierzątka. Nie miejmy złudzeń - jeśli lewactwo rzuci wszystkie ręce na pokład, to w końcu te upiorne restrykcje przeforsuje i jak za dawnych czasów możliwość jedzenia mięsa stanie się luksusem dostępnym dla najbogatszych i wyznacznikiem statusu społecznego. Ja jednak pokładam wiarę w zaradność polskiego chłopa. Polski chłop przetrwał okupację, komunę i zawsze znalazł jakiś sposób, by wyhodować sobie na boku jakąś świnkę - nawet za Niemca, kiedy za taką pokątną hodowlę groziło rozstrzelanie, albo obóz koncentracyjny. Tak więc, czeka nas powrót do przeszłości i czasów szmuglowanej rąbanki. I znów cały naród będzie śpiewał: „Teraz jest wojna / kto handluje, ten żyje / ja sprzedam rąbankę, słoninę, kaszankę / i bimbru się też napiję...” - na zdrowie!


*

Ale i rząd nie ustaje w uszczęśliwianiu obywateli. Jak wiadomo, w trosce o nasz dobrostan, by naród się nie rozpijał, opodatkował tzw. małpki. Kurczę, jakbym miał trochę luźnego hajsu, to zainwestowałbym w produkcję „piersiówek” - coś czuję, że wkrótce wzrośnie na nie popyt. Cały skutek podwyżki akcyzy na butelczyny „małolitrażowe” będzie bowiem taki, że ludzie zaczną kupować większe flaszki i w miarę potrzeby przelewać do zgrabnych piersióweczek – bo jak ktoś musi, to musi. Albo przerzucą się na bimber - „...i bimbru się też napiję...” - na zdrowie jeszcze raz!


*

Koronawirus szaleje! W ukraińskim miasteczku Nowi Sanżary doszło do zamieszek. Miejscowi nie chcieli przyjąć na kwarantannę kilkudziesięciu osób ewakuowanych z chińskiego Wuhan. Blokowali dojazd, palili opony, aż wreszcie obrzucili autokary kamieniami, wybijając w nich kilka szyb. I to jest coś, czego nie rozumiem – po cholerę wybijali szyby w autobusach z potencjalnie zarażonymi ludźmi? Chcieli, żeby wirus się szybciej i swobodniej rozprzestrzenił? Wot, logika...


*

Mamy jakąś dziwną wojnę służb – i to chyba naprawdę poważną, bo buldogi wylazły spod dywanu i zaczęły się gryźć na oczach publiczności. CBA wkroczyło do biur NIK oraz mieszkań Mariana Banasia i jego syna – łamiąc przy okazji immunitet przysługujący z urzędu szefowi Najwyższej Izby Kontroli. Z kolei NIK wkroczył z kontrolą do Prokuratury Krajowej, a żeby było jeszcze zabawniej, chwilę wcześniej CBA aresztowało swojego byłego agenta – czyli Tomasza Kaczmarka, znanego jako „agent Tomek”. To ostatnie celnie skomentował ktoś w internecie: Człowiek Roku „Gazety Polskiej” 2007 (Mariusz Kamiński) aresztował Człowieka Roku „Gazety Polskiej” 2009 (agenta „Tomka”) - a wszystko pod nadzorem Człowieka Roku „Gazety Polskiej” lat 2016, 2017 i 2018 (Mateusza Morawieckiego). Ciekawe, co na to Człowiek Roku „Gazety Polskiej” z 2015 i 2019 – czyli Jarosław Kaczyński? Jak tak dalej pójdzie, to niepotrzebna będzie żadna „totalna opozycja”, która odgraża się, że jak wróci do władzy to powsadza pisowców do więzień. Szkoda fatygi, w tym tempie sami się wyaresztują jeszcze przed kolejnymi wyborami.


*

A skoro o „człowiekach roku” mowa. „Gazeta Polska” urządziła wypasioną galę na której nagrodę tę przyznano – cóż za niespodzianka - Jarosławowi Kaczyńskiemu (za rok dla odmiany dostanie Morawiecki). Ech, można by się zadumać nad skalą lizusostwa „niepokornych dziennikarzy” z „Zony Wolnego Słowa” - ale mniejsza. Skoro „GaPola” kupują praktycznie już tylko członkowie Klubów „GP” (a i to chyba nie wszyscy), to trzeba dopieszczać rządzących, bo reklamy Spółek Skarbu Państwa same się nie załatwią - i ja to nawet rozumiem. Natomiast na model biznesowy „Sakiewki” nieco światła rzucają następujące dane (za Wirtualnemedia.pl): „Według danych ZKDP w całym ub.r. średnia sprzedaż ogółem „Gazety Polskiej” wynosiła 21 875 egz., o 18,5 proc. mniej niż rok wcześniej. Wydające „GP” Niezależne Wydawnictwo Polskie osiągnęło w 2018 roku 18 mln zł przychodów sprzedażowych (wobec 15,09 mln zł rok wcześniej), a wynik netto spółki poprawił się z 539,9 tys. zł straty do 311,9 tys. zł zysku”. I to jest proszę Państwa majstersztyk – zmniejszyć sprzedaż prawie o 1/5 i jednocześnie zwiększyć zyski – nie ma to jak „midasowy dotyk” władzy!


*

Ale, przy okazji wybuchł mały skandal. Mianowicie, wśród państwowych sponsorów gali „GaPola” zaplątała się też Kompania Piwowarska, co wśród elektoratu „totalsów” wywołało pewne wzburzenie – posypały się wezwania do bojkotu konsumenckiego i takie tam. Chyba jednak nikt nie zwrócił uwagi na pewną ciekawostkę. Otóż, o ile mnie pamięć nie myli, Kompania Piwowarska, to jest ta sama Kompania, która w 2010 r. po tragedii smoleńskiej wywiesiła naprzeciwko Wawelu baner z hasłem „Zimny Lech”, nieprawdaż? Doskonale pamiętam z tamtego okresu ukazujące się na łamach „GP” zaangażowane teksty Piotra Lisiewicza wzywającego do bojkotu produktów tej firmy i skrupulatnie wyliczającego piwa znajdujące się w jej portfolio, których należy unikać. Proszę, jak to czasy się zmieniają... Jak tam, piwko „Lech” już smakuje?


*

Na koniec nieco poważniej. Papież Franciszek ogłosił posynodalną adhortację w której – ku radości i uldze tradycjonalistów – jednak nie otworzył furtki dla zniesienia celibatu księży i wprowadzenia kapłaństwa kobiet. I tylko nieliczni zadali sobie pytanie: jakich czasów dożyliśmy, skoro potwierdzenie przez papieża elementarnego kościelnego nauczania odbierane jest niczym rewelacja?


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 09 (28.02-05.03.2020)

niedziela, 10 listopada 2019

Papież - herezjarcha

Kościół nie jest od odczytywania „ducha czasu”, ani od wywoływania innych „duchów” - lecz od tego, by „ducha czasu” kształtować.

I. Synod przeciw tożsamości

Szanowni Państwo, po Synodzie Amazońskim chyba nadszedł czas, by porzucić ostatnie złudzenia i powiedzieć sobie jasno: w Watykanie zasiada papież – herezjarcha. Cały przebieg Synodu świadczy o tym, że został on zwołany z jednym, naczelnym zamiarem: rozwodnienia katolickiej doktryny i tradycji, całej wykuwanej przez ponad dwa tysiące lat tożsamości - i przekierowania Kościoła na tory lewackiego „postępu” oraz religijnego synkretyzmu. Oczywiście, nie ma jeszcze papieskiej adhortacji podsumowującej Synod lecz postulaty Ojców Synodalnych są jasne: należy otworzyć drogę do zniesienia celibatu księży (a w dalszej perspektywie – wprowadzenia kapłaństwa kobiet) oraz włączenia do katolicyzmu elementów innych kultów, zwłaszcza tzw. religii naturalnych, szamanistycznych. Krótko mówiąc, Kościół ma „otworzyć się” na pogaństwo. Niebezpieczeństwa te w poprzednim numerze „Warszawskiej Gazety” znakomicie opisała red. Aldona Zaorska, pozwolę sobie jednak dorzucić tutaj kilka uwag.


II. Sprawa celibatu

Teoretycznie, wyświęcanie żonatych mężczyzn może być dopuszczalne – celibat nie jest dogmatem, zakorzeniał się w Kościele stopniowo na przestrzeni stuleci, zaś ostatecznie usankcjonował go wielki papież-reformator Grzegorz VII w XI w., co zostało potwierdzone w XVI w. przez Sobór Trydencki – i to pod karą ekskomuniki dla łamiących tę zasadę. Oczywiście, decyzja ta mogłaby zostać cofnięta, oznaczałoby to jednak nie żaden „postęp” lecz potężny regres w duchowym rozwoju Kościoła. Zniknąłby jeden z głównych wyróżników katolicyzmu, świadczący o jego wyjątkowości na tle innych wyznań chrześcijańskich. Ponadto, argumentacja na rzecz dopuszczenia do święceń „viri probati” (tzw. „wypróbowanych mężów”) podszyta jest niebywałą hipokryzją i fałszem. Otóż mówi się nam, że Indianie nie są w stanie pojąć idei celibatu, bowiem koncepcja ta ma być dla nich zbyt obca kulturowo.

Po pierwsze - świadczy to o traktowaniu ludności autochtonicznej w Amazonii jak osób upośledzonych umysłowo, co jest zwyczajnie dla tych ludzi obelżywe.

Po drugie – nastręcza to wątpliwości, czy w ogóle ktokolwiek próbował Indianom wytłumaczyć na czym polega celibat, czy też po prostu zaniechano tego elementu ewangelizacji.

Po trzecie wreszcie – celibat nie jest czymś kompletnie obcym ludom prymitywnym. W wielu tego typu społecznościach zdarza się, że miejscowy szaman żyje w odosobnieniu - bez rodziny, czasem wręcz jego chata stoi w pewnym oddaleniu od wioski - czyli pędzi żywot na poły pustelniczy. Nie wmawiajcie mi więc, że Indianie nie są w stanie zrozumieć idei bezżenności.

Powyższe wskazuje, że dobro amazońskich Indian, nie mogących miesiącami czy wręcz latami doczekać się kapłana, stanowi jedynie pretekst by z jednej strony przykryć zaniechania, a z drugiej – rozwiązać problem braku powołań i wakatów w parafiach tu, w Europie. W Niemczech i Austrii już dziś podnoszą się głosy, że Amazonia to dopiero wstęp, że kolejnym krokiem będzie rozciągnięcie „reformy” na nasz kontynent, co ma „załatwić” sprawę niedoborów personalnych w zachodnich kościołach „na dziesięciolecia”. Od razu mówię – nie załatwi, tak jak tego typu reformy nie załatwiły żadnego z problemów kościołów protestanckich, z odpływem wiernych na czele.


III. Pogaństwo wkracza do Kościoła

Jest jednak i kolejna sprawa, jeszcze poważniejsza: to słynna afera z Pachamamą - inkaską boginią, symbolizującą Matkę Ziemię i płodność. Na inaugurację Synodu odbyła się w Ogrodach Watykańskich uroczystość w której indiańska szamanka (też charakterystyczne, że wybrano akurat szamankę, a nie szamana – to była czytelna, „genderowa” wskazówka co do intencji w kwestii diakonatu kobiet) odprawiła pogańską ceremonię ku czci Pachamamy, której centralnym punktem była swoista adoracja pogańskich figurek. Wszystkiemu asystował papież Franciszek. Rozumieją Państwo? Głowa Kościoła bierze udział w kulcie pogańskich demonów... O ile zatem w przypadku celibatu można jeszcze od biedy znaleźć pole do dyskusji bez sprzeniewierzania się ortodoksji, o tyle tutaj wątpliwości już być nie może – mieliśmy do czynienia z bałwochwalczym bluźnierstwem przeciw Pierwszemu Przykazaniu.

Dodać należy, iż figurki te wprowadzono następnie do rzymskiego kościoła Maria in Transpontina i to nie w charakterze etnograficznej ciekawostki lecz jako przedmioty religijne - doszło zatem do jaskrawej, ostentacyjnej wręcz profanacji. Wprawdzie znaleźli się sprawiedliwi, którzy je wykradli i wrzucili do Tybru, ale cóż z tego, skoro zostały zaraz wyłowione przez karabinierów i umieszczone z powrotem w świątyni, zaś „kradzież” spotkała się z ostrą krytyką samego papieża Franciszka... Więcej – Franciszek planował wniesienie pogańskich idoli do samej Bazyliki św. Piotra, by „asystowały” Mszy Św. kończącej Synod. Bluźniercze szaleństwo powstrzymał dopiero stanowczy sprzeciw części biskupów, którzy zapowiedzieli, że w obliczu tak jawnego świętokradztwa demonstracyjnie opuszczą Bazylikę. Znamienne jest jednak, że papież Franciszek nie ustąpił pod wpływem wewnętrznej refleksji lecz ze strachu przed skandalem.

Następna bulwersująca sprawa, to postulat wprowadzenia specjalnego, „amazońskiego” rytu liturgicznego z elementami lokalnych wierzeń i obrządków. Wyobraźmy to sobie przez analogię: oto w Katedrze Gnieźnieńskiej swoje miejsce znajduje posąg Swarożyca, zaś w liturgii wedle „rytu prasłowiańskiego” uczestniczą pogańscy żercy, składający swoje ofiary, czemu przyklaskuje sam Prymas... Zatem, postulowany „ryt amazoński” to nic innego, jak otworzenie wrót do poganizacji Kościoła. Na podobnej zasadzie należy odbierać koncept „grzechu ekologicznego”, nad którym również debatowano podczas Synodu w kontekście tzw. głębokiej ekologii. Czym jest owa „głęboka ekologia”? Znów - jest to odwołanie się do pierwotnego, pogańskiego kultu Matki Ziemi. Ciekawostka – warsztaty z „pogłębionej ekologii” i „miłości do Matki Ziemi” odbyły się podczas tegorocznej edycji feministycznego Kongresu Kobiet. Czyli coś, co było dotąd domeną garstki nawiedzonych eko-lewaków, wdziera się szerokim frontem do samego centrum duchowego Kościoła. Zresztą, sama koncepcja kościelnego „ekologizmu”, to nic innego, jak współczesna mutacja marksistowskiej „teologii wyzwolenia”, dziś przemianowanej na „ekologię wyzwolenia”.


IV. Czas próby

Wszystko to odbyło się przy aprobacie papieża Franciszka. On był inicjatorem Synodu i to on odegrał kluczową rolę w doborze uczestników, tak by opcja „postępowa” miała zdecydowaną większość i jako „oddolny” głos przedstawiła „odpowiednie” postulaty. Nad całością czuwała zorientowana lewicowo część niemieckiej i austriackiej hierarchii - pierwsze skrzypce grali tacy dostojnicy jak kard. Reinhard Marx, „amazoński” bp Erwin Kräutler czy kard. Christoph Schönborn, wsławiony gejowskim nabożeństwem w wiedeńskiej katedrze. Należy też wspomnieć o aspekcie materialnym. Synod sfinansowały niemieckie, kościelne organizacje charytatywne, silnie zaangażowane również w Amazonii i prezentujące „właściwy” nurt ideologiczny. Innymi słowy – lewacka frakcja w Kościele „kupiła” sobie Synod. Jestem przekonany, że na tym się nie skończy, a „moderniści” ruszą do kolejnego szturmu, szermując hasłem „ducha Synodu” - analogicznie, jak po Soborze Watykańskim II szantażowali tradycjonalistów „duchem Soboru”, mającym rzekomo uzasadniać kolejne nowinki.


***

Na koniec refleksja nieco bardziej ogólna. Jak wiemy, konklawe dokonuje wyboru papieża pod natchnieniem Ducha Świętego. Pytanie, co Duch Święty chce nam zakomunikować akurat takim wyborem. Widzimy papieża osuwającego siebie i Kościół w odmęty herezji. Osobiście odczytuję to jako próbę wiary – czy wytrwamy w wierności Kościołowi, mimo płynącego dziś z Watykanu jawnego zgorszenia? Sądzę, że postawa szeregowych wiernych będzie tu decydująca. Wtedy może i Kościół przypomni sobie, że nie jest od odczytywania „ducha czasu”, ani od wywoływania innych „duchów” - lecz od tego, by „ducha czasu” kształtować.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 45 (08-14.11.2019)

Pod-Grzybki 185

W Watykanie zakończyła się bluźniercza heca pod nazwą „Synod Amazoński” podczas którego doszło do oficjalnego oddawania czci indiańskiemu demonowi zwanemu Pachamama – w asyście samego papieża Franciszka. Domyślam się, że po tym wszystkim egzorcyści będą mieli pełne ręce roboty i oby im się powiodło, inaczej wkrótce będziemy świadkami, jak kompletnie już oszalały Franciszek zacznie przy każdej pełni księżyca w ogrodach watykańskich odprawiać opętańcze tańce wokół ogniska, a kardynałowie Marx i Schönborn zawodząc do Pachamamy będą wystukiwali mu rytm na bębenkach.


*

Warto dodać, iż Ojcowie Synodalni oddawali się również refleksji nad „pogłębioną ekologią”, która jest mutacją niesławnej (i potępianej przez Jana Pawła II) marksistowskiej „teologii wyzwolenia”. Różnica jest taka, że w miejsce klas pracujących wstawiono przyrodę, traktowaną jako jeden wielki i osobny „byt” - co jest czystym pogaństwem i współczesną formą kultu „Gai” - „Matki Ziemi”. A teraz ciekawostka – warsztaty z „pogłębionej ekologii” oraz „miłości do Matki Ziemi” odbyły się również podczas tegorocznego feministycznego Kongresu Kobiet w Warszawie. Zatem, nasze eko-feministki urządziły własny sabat... to jest, przepraszam, „synod”, zanim stało się to modne. Jak tak dalej pójdzie, to wkrótce ktoś podmieni Franciszka na taką, dajmy na to, Sylwię Spurek – i nikt nie zauważy różnicy.


*

A tymczasem Watykan popada w coraz większe tarapaty finansowe. Budżet od zeszłego roku jedzie na minusie - do tego stopnia, że Stolica Apostolska musi wyprzedawać nieruchomości i łatać deficyt ze świętopietrza – teoretycznie przeznaczonego na cele charytatywne. Cóż, papież Franciszek powiedział kiedyś, że pragnie „Kościoła ubogiego” - i wszystko wskazuje na to, że jego życzenie wkrótce może się spełnić.


*

Zmieniamy temat. Niektórzy to mają szczęście. Taki skromny burmistrz warszawskich Włoch, niejaki Artur W., zatrzymał się na chwilę na parkingu – a tu ni z tego, ni z owego, turecki biznesmen Sabri B. wrzucił mu przez okno do samochodu okrągłe dwieście patoli. Od tej pory jeżdżę po mieście z odkręconymi szybami – a nuż i mnie coś wpadnie?


*

Nie wiadomo tylko, co do tego ma policja, która zgarnęła obu delikwentów – nie odprowadzili podatku od darowizny, czy co? Przy okazji – od Artura W. szybciutko odcięli się platformersi i bez ceregieli wywalili go z partii. Zaraz, jak to leciało? „Jak będziesz w Platformie, będę cię bronił, k..., jak niepodległości. Jak wyjdziesz z Platformy, to masz problem”. I wierz tu Neumannowi...


*

PiS to jednak ma w sobie gen autodestrukcji. Dopiero co cieszyłem się, że Stanisław Piotrowicz – jedna z najbardziej obciążających wizerunkowo tę partię postaci - nie dostał się do Sejmu, a tu jak grom z jasnego nieba gruchnęła wiadomość, że Piotrowicz został kandydatem Prawa i Sprawiedliwości do Trybunału Konstytucyjnego. Kurdę, jeżeli naprawdę nie mogą żyć bez tego starego komucha, to niech go eksploatują gdzieś na zapleczu. Niech siedzi w jakimś think-tanku, pisze analizy albo projekty ustaw – ale niech nie lezie ludziom przed oczy! No i druga sprawa – odebranie przysięgi od Piotrowicza będzie dla Andrzeja Dudy z pewnością wymarzonym startem kampanii wyborczej...


*

A tymczasem TVN ujawnił mobbing, jakiego miał się dopuszczać abp. Sławoj Leszek Głódź wobec księży posługujących w pałacu biskupim i gdańskiej archidiecezji. Z relacji poszkodowanych wynika, że mieszanie z błotem było na porządku dziennym i akurat w te rewelacje jestem skłonny uwierzyć, bo jaki jest Głódź, każdy widzi. Zastanawia mnie tylko jedno – otóż bp Głódź był ordynariuszem polowym Wojska Polskiego. Pytanie, czy był taki od zawsze, czy dopiero pod wpływem kontaktów z wojskowymi trepami nabrał manier a la szwejkowski feldkurat Katz i tak mu już zostało?


*

Z weselszych wieści – Izrael zamknął ambasady! I to na całym świecie! Poszło o to, że izraelscy dyplomaci pożarli się z tamtejszym ministerstwem finansów o kasę. No i co tu powiedzieć? Aż cisną się wszystkie „antysemickie klisze” o Żydach wiecznie kłócących się o pieniądze. Ciekawe, czy skakali sobie do oczu, szarpali za brody i obrywali chałaty w tym charakterystycznym i niepowtarzalnym, starozakonnym stylu. Ale cicho sza – jeszcze wpadną na pomysł, że to Polska powinna utrzymywać ich placówki i dopiero wtedy będzie problem...


*

Za nami Wszystkich Świętych – czyli dzień, który tutejsze lewactwo od dawna przyprawia o ból głowy. Do tej pory taka „Wyborcza” usiłowała go zohydzić pisząc, iż 1 listopada Polacy chleją na potęgę, a potem wsiadają do samochodów i zabijają po pijaku ludzi. Tym razem jednak Czerscy poszli z duchem czasu i oznajmili, że Wszystkich Świętych to zbrodnia przeciw klimatowi – bo podróże na groby zostawiają „ślad węglowy”, a znicze emitują toksyczne substancje i CO2, potęgując efekt cieplarniany, podobnie jak produkcja plastikowych sztucznych kwiatów. A najlepiej w ogóle zlikwidować cmentarze i „utylizować” zwłoki tak, by przepadły bez śladu. Oczywiście, „ekologiczna troska” nie dotyczy stert plastikowych gadżetów produkowanych na Halloween. Ale co tam Czerscy – gorzej, że z podobnej partytury zaczynają śpiewać niektórzy duchowni, apelując by stworzyć modę na „jeden symboliczny znicz” – i to powołując się na papieża Franciszka oraz encyklikę „Laudato si”. Niestety, do grona tego dołączył również ks. dr Bogumił Karp, proboszcz z mojej rodzinnej Rawy Mazowieckiej. Poszedłem więc na cmentarz z duszą na ramieniu... i odetchnąłem z ulgą – jak co roku rozświetlało go morze zniczy. Pamiętajmy więc – to nasza, polska i unikalna tradycja, świadcząca m.in. o ciągłości kulturowej. A lewackim popaprańcom nie chodzi w tym wypadku o żadną „ekologię” i plastikowe śmieci, tylko byśmy zapomnieli o grobach swoich przodków. Naród bez pamięci staje się bowiem jedynie wykorzenioną, bezwolną masą – i do tego poziomu chcą nas sprowadzić. Dopóki więc kultywujemy tradycję – jest przed nami przyszłość. Gdy ją porzucimy – sami wydamy się na zatracenie.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 45 (08-14.11.2019)

niedziela, 5 maja 2019

Pod-Grzybki 158

Czerska trzyma twardy zgryz buldoga i nawet po świętach nie odpuszcza tematu „sądu nad Judaszem” w Pruchniku. „Nie wiadomo, dlaczego po latach społeczność Pruchnika postanowiła wrócić do tego zwyczaju” - dziwi się redaktor. Drodzy Czerscy, w ramach dnia dobroci dla niekumatych podrzucę wam kilka haseł: żydowskie roszczenia, ustawa 447, polskie obozy śmierci, Israel Katz, antysemityzm wyssany z mlekiem matki - mówi wam to coś?


*

Swoją drogą, batożenie Judasza i samo wspominanie o tej postaci każdorazowo jakoś dziwnie pobudza środowiska żydowskie. Cóż, w domu, nomen omen, powieszonego, nie wspomina się o sznurze (chyba, że wesoło dynda na nim Haman) – a tym bardziej o zdrajcy, który wydał Sanhedrynowi na śmierć Odkupiciela, po to, by żydowska starszyzna rękoma Rzymian mogła zgładzić „bluźniercę” i w ten osobliwy sposób uświetnić święto Pesach gwoli podkreślenia religijnej ortodoksji. A przecież Czerscy tyle wysiłku włożyli w promowanie gnostyckich bredni z „Ewangelii Judasza”, w której zdrajca chodzi w glorii mędrca. Teraz Żydom zostaje już tylko ogłosić Judasza bohaterem narodowym i wysłać deputację do papieża Franciszka z ultimatum, by przyklepał ten werdykt - bo jak nie, to ucierpi „dialog”. Zakład, że by się zgodził?


*

Na powyższy wniosek naprowadziła mnie wiadomość, że 8-9 maja Papieski Instytut Biblijny wraz z Global Jewish Advocacy i z pełnym błogosławieństwem papieża Franciszka organizuje konferencję, której celem jest przedefiniowanie spojrzenia na relacje między Jezusem a faryzeuszami. Otóż wg nowego podejścia, Jezus wcale nie był z faryzeuszami skonfliktowany, gdzieżby! Faryzeusze byli dotąd osądzani niesprawiedliwie i należy się im rehabilitacja, a Jezus był ich... uczniem i wychowankiem. Jak więc mniemam, od tej pory Ukrzyżowanie zostanie uznane za wynik niefortunnego nieporozumienia, określenie „faryzeizm” stanie się wyszukanym komplementem, zaś „groby pobielane” - pochwałą estetyki i schludności.


*

Z weselszych wieści. Ciśnienie buzujące pod czaszką szefa „Zony Wolnego Słowa” sprawiło, że w końcu odkręcił mu się czubek głowy, uwalniając tkwiące wewnątrz maligny. Wskutek tego, pan „Sakiewka” wysmażył nieprzytomny elaborat w którym zwyzywał narodowców z Konfederacji od „ruskich agentów”, „moczarowców” i generalnie szkodników działających w interesie lewactwa. Czyli, stan nerwów proporcjonalny do spadków sprzedaży jego gazet, utrzymujących się na powierzchni już tylko dzięki zapomogom państwowych spółek. Jeśli dodać rozbuchane ego i ambicje – efekt musiał być właśnie taki. Cóż, wszak mamy do czynienia z wiecznie niespełnionym „Michnikiem prawicy” - nic więc dziwnego, że koniec końców przyszła pora na iście michnikoidalne odloty.


*

Mózg mi stanął” - tak dr Ewa Kurek skomentowała wypowiedź min. Glińskiego, że ekshumacji w Jedwabnem nie będzie, bo Amerykanie wycofają wtedy swoje wojska z Polski. Szanowna Pani doktor, już wyjaśniam: to się nazywa „wstawanie z kolan”.

Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 18 (30.04-09.05.2019)

czwartek, 20 września 2018

Pod-Grzybki 137

Postępowym mediom bardzo spodobał się uszyty w Polsce ornat, jakim papież Franciszek zadał szyku na Spotkaniu Rodzin w Dublinie. Ornat przyozdobiony był bliżej nieokreślonym, kolorowym maziajem, kojarzącym się niektórym z charakterystyczną, „tęczową” gejowską estetyką. Podobno było to nawiązanie do symboliki celtyckiej. Wszystko fajnie, jednak zwrócę nieśmiało uwagę, że mamy do czynienia z katolickim kapłanem (i głową Kościoła), a nie z celtyckim druidem. Przy okazji – czy gdyby na ornacie znalazł się krzyż celtycki, to również piano by z zachwytu?


*

Swoją drogą – te „gejowskie” kolorki w kontekście spotkania naznaczonego skandalami pedofilsko-homoseksualnymi, jakie wstrząsają Kościołem, zakrawają wręcz na kpinę z ofiar. Czyżby to był dyskretny sygnał dla kościelnego homolobby?


*

A skoro już wspomniałem o lokalnych symbolach - nie mogę doczekać się wizyty papieża Franciszka w Indiach. Może wtedy zobaczymy ornat ze swastykami.


*

Władze Wiednia nie chcą pomnika Jana III Sobieskiego, który miał być odsłonięty na Kahlenbergu w 335. rocznicę Odsieczy Wiedeńskiej. Wszystko było niby dogadane, ale austriaccy lewacy w ostatniej chwili stchórzyli przed Turkami i uznali, że pomnik jest „zbyt militarny”, „budzi lęk”, a tak w ogóle, ten Sobieski musiał być jakimś polskim faszystą. W związku z tym ew. pomnik ma „odpowiadać dzisiejszym standardom”. Proponuję taki: Jan III Sobieski na wzgórzu Kahlenberg wita tureckich gości transparentem: „Refugees welcome!”. Nada się?


*

A tymczasem na polskiej scenie politycznej rewolucja. Robert Biedroń zakłada partię pod filuterną nazwą „Kocham Polskę”. Oby tylko nie chciał złożyć „dowodu miłości”.


*

W rocznicę Bitwy Warszawskiej, wbrew ujadaniom podwładnych HG-W, przeszła Wisłostradą wielka wojskowa defilada. Udział wzięły m.in. grupy rekonstrukcyjne – i tu zabrakło mi pewnego elementu. Należało mianowicie przepędzić związanych aktywistów „totalnej opozycji” w charakterze bolszewickich jeńców. Taki Mazguła pasowałby jak ulał.


*

Eko-absurd. Francuskie miasteczko Les Epesses „zatrudniło” w parku miejskim do sprzątania śmieci tresowane gawrony. Jak podaje „Rzepa”: „Znalezione niedopałki i śmieci ptaki będą wrzucać do specjalnych pudełek, z których - za każdym razem po umieszczeniu w nich śmiecia - wypadać będzie orzeszek jako zapłata za pracę”. Pomysł jak pomysł, ale nurtuje mnie jedna kwestia: a kto będzie sprzątał po gawronach?


*

Szoking! Gwiazda „me too”, aktorka Asia Argento, molestowała 17-latka – a potem zapłaciła mu za milczenie, co ten miał przypłacić straszną traumą... Cóż, pewnie bidulka musiała jakoś odreagować końskie zaloty Weinsteina i na zasadzie kontrastu przygruchała sobie młodziutkiego adonisa. Tyle, że ten chłopak jakiś dziwny. Mogę z całą odpowiedzialnością stwierdzić, że dla 17-latka „molestowanie” przez atrakcyjną babkę (a pani Argento wtedy nic nie brakowało), to naprawdę nie jest ŻADEN problem. Co z tą dzisiejszą młodzieżą jest nie tak?


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w dwutygodniku „Polska Niepodległa” nr 17 (12-25.09.2018)

niedziela, 5 listopada 2017

Czy Kościół skręca w lewo?

Kościół nie jest po to, by wywoływać „ducha czasu”, lecz odwrotnie – powinien owego „ducha” kształtować.


I. Prymas Polski czy „katolewicy”?

Chyba dawno już hierarchowie Kościoła (nie wszyscy, ale jednak...) nie rozmijali się do tego stopnia w swych wyrażanych publicznie stanowiskach z nastrojami większości wiernych, jak w ostatnim czasie. Oczywiście, mam świadomość, że Kościół nie jest od tego, by bezrefleksyjnie nadskakiwać opinii publicznej (bo to kończy się upadkiem, jak w przypadku wyznań protestanckich), lecz ma prowadzić ludzi do zbawienia. Pytanie tylko, czy faktycznie do owego zbawienia prowadzi pogoń za „duchem czasu” w połączeniu z zamknięciem się na wrażliwość konserwatywną – a czasem wręcz z szykanami wobec tradycjonalistów.

Pamiętamy zapewne niedawny wywiad prymasa Polski, abp. Wojciecha Polaka dla „Tygodnika Powszechnego”, w którym zapowiedział suspendowanie księży biorących udział w „antyuchodźczych” demonstracjach. Przyznam się, że piszę o tym z pewnymi oporami i chętnie bym zmilczał, gdyby nie fakt, że ów wywiad jest częścią zauważalnej ostatnio prawidłowości, polegającej na wpisywaniu się oficjalnych kościelnych czynników w specyficzny rodzaj politycznej poprawności. We wspomnianej wypowiedzi prymas Polak np. abstrahuje kompletnie od „ordo caritatis” (porządku miłosierdzia) nakazującego dbać w pierwszej kolejności o własną wspólnotę (rodzinę, naród), a dopiero potem, w miarę możności, pomagać innym (co zresztą zarówno polskie państwo, jak i Kościół czyni, pomagając na miejscu ofiarom syryjskiej wojny). Przechodzi też milcząco do porządku dziennego nad groźbą islamizacji Europy, oraz nad tym, że w praktyce odróżnienie realnych uchodźców od imigrantów ekonomicznych oraz potencjalnych terrorystów jest zwyczajnie niemożliwe. Doświadczenie państw Zachodu, które z bezmyślności, bądź powodowane lewacką ideologią nieopatrznie otworzyły granice, jest jednoznaczne. Jeśli abp. Polak chciałby być konsekwentny, to prócz suspendowania księży powinien również zagrozić ekskomuniką tym, którzy sprzeciwiają się otwarciu Polski na muzułmańskich nachodźców – tyle, że wówczas na oko podpadałoby pod ekskomunikę mniej więcej trzy czwarte narodu...

To zresztą nie jedyny problem z wywiadem dla dyżurnego organu „katolewicy”. Odnoszę bowiem nieprzyjemne wrażenie, że prymas Polski w ten sposób polemizował „nie wprost” z akcją „Różaniec do granic”, kiedy to na zakończenie obchodów stulecia objawień fatimskich (i w rocznicę bitwy pod Lepanto) milion wiernych modliło się na polskich granicach, wywołując istną furię lewactwa. Abp. Polak ma zresztą na swym koncie krytykę sejmowej uchwały czczącej rocznicę Fatimy: „myślę, że takie akty powinny być w Kościele, a nie w Sejmie.


II. Kościół i polityka

Kolejna rzecz, to deklaracja, że „Kościół nie miesza się do polityki”. Czyżby? A może jest tak, że jak najbardziej się „miesza” - tylko ma to robić po „właściwej” stronie? Przede wszystkim, nie sposób rozdzielić publicznego zaangażowania Kościoła od sfery politycznej, bo ta przenika najróżniejsze aspekty życia społecznego. Przypomnijmy, iż prymas podczas 300-lecia koronacji obrazu Matki Bożej Częstochowskiej mówił na Jasnej Górze w obliczu prezydenta, pani premier, przedstawicieli sejmu i senatu: „Mamy przy tym szanować porządek i ład społeczny, a nie bezmyślnie go burzyć dla takich czy innych racji. Mamy szanować ład konstytucyjny, który jest gwarantem naszego bycia razem i współistnienia, a nie nadwyrężać go czy wręcz omijać”. Trudno o bardziej jednostronne zaangażowanie polityczne – tym bardziej, że to opozycja ma swoim koncie próbę puczu i nieustanne usiłowania rozhuśtania sytuacji społecznej. Niedawno przyniosło to tragiczny efekt w postaci samopodpalenia i śmierci Piotra S. - ofiary propagandowej histerii sianej przez „totalną opozycję”. Śmierć tę jezuita o. Grzegorz Kramer skomentował skandalicznym tweetem: „Panie Piotrze S., mam nadzieję, że w Nim znalazłeś to, o co tak walczyłeś. Dziękuję za odwagę. R.I.P.” - kompletnie ignorując przy tym nauczanie Kościoła, wedle którego samobójstwo jest grzechem śmiertelnym. Ale wobec „postępowych” księży, takich jak o. Kramer, groźby suspendowania nie padają.

Co innego z kapłanami konserwatywnymi. Pod nieustannym ostrzałem lewactwa pozostaje ks. prałat Roman Kneblewski, proboszcz parafii Najświętszego Serca Pana Jezusa w Bydgoszczy. Kapłan dostał od swego przełożonego, bp. Jana Tyrawy, zakaz wypowiadania się na „tematy polityczne”. Ksiądz Kneblewski znany jest ze sprzeciwu wobec islamizacji (pozostając tu w zgodzie ze wspomnianym wyżej „ordo caritatis”) i pochwały nacjonalizmu rozumianego jako umiłowanie własnego narodu, będącego cnotą komplementarną wobec patriotyzmu – czyli umiłowania ojczyzny. I właśnie za tę żarliwą postawę znalazł się na celowniku „Gazety Wyborczej” - i trudno nie dopatrywać się w decyzji bp. Tyrawy wpływu organu Michnika.

Powyższe ma swój szerszy kontekst w wypowiedzi prymasa Wojciecha Polaka, który nazwał swojego czasu nacjonalizm „herezją” oraz w dokumencie „Chrześcijański kształt patriotyzmu” Rady ds. Społecznych Konferencji Episkopatu Polski – gdzie nacjonalizm również spotyka się z potępieniem i przeciwstawieniem patriotyzmowi. Jest to kompletne pomieszanie pojęć, bowiem czcigodni biskupi ewidentnie mylą tu nacjonalizm z szowinizmem, zapominając o słowach Prymasa Tysiąclecia: Działajcie w duchu zdrowego nacjonalizmu. Nie szowinizmu, ale właśnie zdrowego nacjonalizmu, to jest umiłowania Narodu i służby jemu. Inny nie tak dawny dokument Episkopatu – tym razem zespołu ds. Kontaktów z Konferencją Episkopatu Niemiec – skierowany do niemieckiego Kościoła, odcina się od podnoszonych w Polsce roszczeń odszkodowawczych za II Wojnę Światową. Pismo utrzymane w duchu „kiczu pojednania” spotkało się z szerokim, przychylnym odzewem w Niemczech i z miejsca zostało użyte w charakterze pałki na polski rząd. W świat poszedł przekaz mówiący, że każdy, kto podnosi niewygodne dla Berlina sprawy, godzi w „dzieło pojednania”. Dodajmy - „pojednania” na niemieckich warunkach.


III. Kicz ekumenizmu

Owo dążenie do „pojednania” za wszelką cenę znalazło również odzwierciedlenie w uczestnictwie przedstawicieli Kościoła Katolickiego w jubileuszu reformacji. Prymas Polak, który wszedł w skład Komitetu Honorowego obchodów 500-lecia Reformacji, również wziął udział w „świętowaniu” tego wydarzenia. Tu przykład poszedł z góry, bowiem powszechnie znane jest zaangażowanie papieża Franciszka w „ekumenizm” sprowadzający się do fraternizacji z heretykami i fetowania najbardziej tragicznego rozłamu w dziejach Kościoła. Pisząc te słowa gryzę się w język, by powstrzymać się od bardziej dosadnych określeń cisnących się pod klawiaturę. Skoro Luter był „wielkim reformatorem”, to w zasadzie jaki jest sens w byciu katolikiem? Równie dobrze możemy przystąpić do któregoś z wyznań protestanckich, mieć za przewodnika biskupkę-lesbijkę popierającą aborcję i eutanazję, bo w zasadzie – co za różnica? Albo może wyniesiemy Lutra i Kalwina na ołtarze? Wprowadzenie pomnika Lutra do Watykanu już mieliśmy przed rokiem – więc w sumie, czemu nie pójść o krok dalej?

Zwróćmy uwagę, że w tym „ekumenicznym” dialogu to Kościół Katolicki idzie na ustępstwa – wyznania protestanckie nie cofają się nawet na krok. Mamy zatem oprócz „kiczu pojednania” również „kicz ekumenizmu” polegający na przypochlebianiu się drugiej stronie. Jeżeli czytam wypowiedź prymasa Polski dla KAI, komplementującego pozytywny wpływ protestanckiej herezji na rozwój doktryny katolickiej, to na mój prosty rozum jest to postawa ocierająca się wręcz o sprzeniewierzenie katolickiemu nauczaniu. Jednocześnie „uciszono” znanego krytyka reformacji, ks. prof. Tadeusza Guza – bo swymi wystąpieniami zapewne psuł komuś dobre samopoczucie.

Kończąc, przypomnę, że prymas z urzędu jest interrexem – i w związku z tym ciąży na nim obowiązek dbania o powierzonych jego pieczy poddanych. Kościół zaś nie jest po to, by wywoływać „ducha czasu”, lecz odwrotnie – powinien owego „ducha” kształtować. Czy kiedyś jeszcze tego doczekamy?


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Ten okropny nacjonalizm

Nie ma patriotyzmu bez nacjonalizmu

Kolejny kapłan na celowniku lewaków

Zniewolone umysły


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 44 (03-09.11.2017)

piątek, 23 czerwca 2017

Wincyj imigrantów!

KE jedynie ubrała w europejski kostium żądanie Angeli Merkel sprowadzające się do znanego z internetowych memów hasła: „wincyj imigrantów!”.

I. Polityczne szykany Brukseli

Komisja Europejska postanowiła uczcić ramadan i z tej okazji ogłosiła wszczęcie procedury dyscyplinującej wobec państw opierających się przed „ubogaceniem kulturowym” przez „uciekające przed wojną” brodate „matki” z równie brodatymi „dziećmi”. Najprawdopodobniej sprawa trafi przed europejski trybunał w Luksemburgu i może się zakończyć słonymi karami finansowymi.

Mamy tu od razu na wstępie kilka aspektów. Po pierwsze, czy Komisja Europejska ma w ogóle prawo na gruncie traktatowym do wszczynania takich procedur, czy też mamy do czynienia z uzurpacją kompetencji analogiczną do „kontroli praworządności”? Po drugie, przed trybunałem w Luksemburgu toczy się już postępowanie odnośnie wniesionych przez Węgry i Słowację (z poparciem Polski) skarg podważających legalność tzw. mechanizmu relokacyjnego, zakładającego przyjmowanie przez kraje członkowskie „uchodźców” wedle odgórnie narzuconego rozdzielnika. Jak Trybunał poradzi sobie ze wzajemnie wykluczającymi się pozwami? Po trzecie, na jakiej podstawie KE zawęziła arbitralnie procedurę (być może nielegalną) tylko do trzech państw – Polski, Węgier i Czech – skoro mechanizm relokacji jest fikcją i nie wywiązuje się z niego większość państw członkowskich? Przypomnijmy, że do tej pory rozlokowano 20 tys. „uchodźców” z zaplanowanych 160 tys. - m.in. dlatego, że stosowne służby nie są w stanie „ogarnąć” tematu, tzn. zweryfikować przybyszów pod kątem bezpieczeństwa, a także tego, czy faktycznie są uchodźcami wojennymi, czy migrantami ekonomicznymi. Po czwarte wreszcie, czy zgodne z prawem (w tym prawami człowieka) jest przymusowe przesiedlanie ludzi do odgórnie narzuconych krajów przeznaczenia – często wbrew ich woli?

Biorąc to wszystko pod uwagę, można podejrzewać, iż działania Komisji Europejskiej stanowią polityczną szykanę wobec części państw członkowskich za tzw. „ogólną postawę” - chodzi nie tylko o sprzeciw wobec relokacji, ale również niezgodę na „Europę wielu prędkości”, niechęć wobec przyjęcia euro i generalny brak entuzjazmu do okazywania „europejskiej solidarności”, czyli podporządkowywania się aktualnym życzeniom Berlina i Brukseli. Podejrzenie potwierdzałby fakt, że Berlin natychmiast pośpieszył z deklaracją poparcia dla działań Junckera i spółki, co nasuwa z kolei przypuszczenie, że KE jedynie ubrała w europejski kostium żądanie Angeli Merkel sprowadzające się do znanego z internetowych memów hasła: „wincyj imigrantów!”.


II. Jednostronna „solidarność”

Aż się nie chce po raz tysięczny przypominać, że Niemcy miały w głębokim poważaniu „europejską solidarność”, gdy ignorując obowiązujące prawo jednostronnie otworzyły granice, bez próby konsultacji z europejskimi „partnerami”. Ba, jak się okazało, kanclerz Merkel złamała nawet prawo własnego kraju, bowiem decyzja o wpuszczeniu ludzkiej rzeki zapadła „na gębę” i próżno szukać po niej śladu w dokumentach, co urząd kanclerski był jakiś czas temu zmuszony przyznać odpowiadając na pytania tamtejszych mediów. Wspomnijmy jeszcze dla porządku, że zgodnie z konwencją genewską, a także umową Dublin II, uchodźcą jest się do momentu trafienia do pierwszego tzw. bezpiecznego kraju w którym można złożyć wniosek o azyl – cudzoziemcowi przybywającemu z „bezpiecznego kraju” status uchodźcy się nie należy. W tym sensie, prawdziwymi uchodźcami np. w przypadku konfliktu syryjskiego są ludzie przebywający chociażby w obozach w Jordanii – i tam należy im pomagać, co zresztą Polska nie tylko podnosi na arenie międzynarodowej, ale też aktywnie realizuje.

Trzeba sobie twardo powiedzieć, że Polska nie może się zgodzić na żadne „kwoty”. Nie wolno nam przyjąć ani jednego wciskanego nam nachodźcy. Nie ma tu pola do żadnych „konstruktywnych kompromisów”, bo jeżeli raz się ugniemy, to już nie zatrzymamy różnych „solidarnościowych” wymuszeń. Kolejna rzecz – owi „uchodźcy” zwyczajnie nie chcą do nas trafić i przy pierwszej lepszej okazji zwieją do Niemiec, bo są znakomicie zorientowani w różnicach socjalnych przywilejów w poszczególnych krajach Europy. Przekonała się o tym Fundacja „Estera”, która w 2015 r. sprowadziła do Polski 50 rodzin syryjskich chrześcijan (ok. 160 osób). W krótkim czasie większość z nich zażądała cofnięcia przyznanego im w Polsce statusu uchodźcy, bo uniemożliwiało im to ubieganie się o taki status w Niemczech. Wg nieoficjalnych informacji w tej chwili nie ma już po nich w Polsce śladu. Za to oficjalne dane przedstawił niedawno rząd Litwy. Państwo to przyjęło 309 imigrantów, z czego wedle litewskiego MSW 230 już opuściło Litwę. Słowem – fiasko.

Żeby przetrzymać „uchodźców” w Polsce musielibyśmy zatem więzić ich pod kluczem lub za drutami, co już samo w sobie stanowiłoby kłopot. Ponadto sprowadzone do nas wypasione i brodate byczki po zagnieżdżeniu się w „polskich obozach” mogłyby zechcieć skorzystać z prawa do łączenia rodzin i sprowadzić tutaj swoje samice, które wkrótce złożyłyby jaja i za chwilę tych „uchodźców” zrobiłoby się wielokrotnie więcej, a Polska musiałaby przetrzymywać w koncłagrach nie siedem a siedemdziesiąt tysięcy osób. Nie mamy doświadczenia w zawiadywaniu takimi strukturami masowego odosobnienia. Czy w ramach „solidarności” Niemcy zechciałyby się wtedy podzielić z nami swoim „know-how”? I ile musielibyśmy zapłacić za udostępnienie tej bezcennej wiedzy?


III. Przemytniczy biznes

Osobnym problemem jest, że takie Włochy domagające się wielkim głosem rozładowania swoich ośrodków, nie raczą być „solidarne” same ze sobą, przyjmując hurtem wszystkich jak leci. O tym, że można sobie przy odrobinie determinacji poradzić z masowym przemytem ludzi przekonuje przykład Australii, która odsyłała nielegalnych migrantów z południowo-wschodniej Azji, a przemytnicze łodzie zatapiała. Tymczasem na linii Libia – Sycylia funkcjonuje wręcz coś w rodzaju regularnej przeprawy promowej. Niedawno portal euroislam.pl przytoczył artykuł „Spectatora” obnażający przemytniczy proceder polegający na współdziałaniu gangów z organizacjami pozarządowymi. Otóż łodzie wypełnione migrantami (za 1500 euro od „łebka”) wypływają maks. na 12 mil od brzegu, następnie nadają sygnał SOS, lub wręcz dzwonią do operujących w pobliżu kutrów należących do NGO'sów, po czym „jednostka ratunkowa” przybywa na miejsce, następuje przeładunek ludzkiej masy... i już – dalsza podróż na Sycylię odbywa się na pokładzie jednostki należącej do „organizacji humanitarnej”. Co więcej – zdarza się, że kuter „ratowniczy” przypływa sam, bez konieczności zawiadomienia, co skłania do oczywistego wniosku, że jego załoga doskonale wiedziała zawczasu gdzie i kiedy odebrać „towar”.

Tylko w 2016 r. z Północnej Afryki trafiło do Włoch ponad 181 tys. „uchodźców”, z czego 30 proc. na pokładach statków należących do NGO'sów. W pierwszych miesiącach tego roku odsetek przekroczył już 50 proc. Łączna wartość przemytu to 270 mln. euro rocznie. Najwięcej „organizacji humanitarnych” zaangażowanych w ludzką kontrabandę pochodzi z Niemiec i dysponują one 6-oma jednostkami pływającymi. Koszt utrzymania na wodzie jednego kutra to 400 tys. euro miesięcznie (ponad 4,5 mln. euro rocznie, zakładając, że statek nie przebywa w morzu cały rok) – licząc razy 6 jednostek, wychodzi 27 mln. euro/rok. Kto daje na to pieniądze? I dlaczego włoskie władze tolerują jawny przemyt ludzi pod własnym nosem?


IV. Zdrada pasterzy

I ostatnia sprawa - bolesna, ale nie sposób się do niej nie odnieść. Smuci, delikatnie rzecz ujmując, postawa Kościoła i samego papieża Franciszka, nawołującego bezkrytycznie do przyjmowania agresywnie nastawionych muzułmańskich najeźdźców – zupełnie jakby termin „hidżra” (podbój przez zasiedlenie) był pojęciem papieżowi nieznanym. Jest to, powiedzmy sobie otwarcie, całkowicie opacznie pojmowane miłosierdzie, kompletnie abstrahujące od „ordo caritatis”. Niestety, pod wyraźnym naciskiem Watykanu ugina się również nasz Episkopat, mówiąc, że „Kościół ma twarz uchodźcy”. Uchodźcy – tak, ale nie najeźdźcy!

Polskie władze absolutnie nie powinny ulegać temu moralnemu szantażowi, nie biorącemu pod uwagę realiów oraz wrogiego stosunku muzułmanów do chrześcijaństwa i naszej kultury. Jeśli chodzi zaś o sprawy wieczyste - mam nadzieje, że Bóg policzy naszym rządzącym na plus to, że nie ściągnęli na kraj muzułmańskiej zagłady. Podobnie mam nadzieję, że w swym miłosierdziu wybaczy papieżowi Franciszkowi jego samobójcze, nieprzytomne szaleństwo w którym nawołuje do islamizacji Europy - bo do tego się sprowadza fałszywie pojmowany „humanitaryzm” w jego wydaniu. Zły to pasterz, który wydaje własną owczarnię na pastwę wilków, a właśnie z czymś takim – zdradą pasterzy, wydających swe owce na rzeź – mamy obecnie do czynienia. Europa nie potrzebuje pseudo-chrześcijańskiej czułostkowości udającej miłosierdzie. Europa potrzebuje najpierw rekonkwisty, a następnie krucjaty. Rozumieli to wielcy poprzednicy Franciszka na Piotrowym tronie - a że „dłużej klasztora niż przeora”, to da Bóg, że zrozumieją to również jego następcy.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 25 (21-27.06.2017)

sobota, 30 lipca 2016

Pod-Grzybki 60

W ramach nadwiślańskiego negacjonizmu wołyńskiego kręgi ukrainofilskie wyprodukowały taką oto „narrację”: kresowe ludobójstwo było winą sowieckiej agentury w szeregach OUN/UPA. No, chciałbym zobaczyć reakcję naszych braci-Ukraińców, gdy dojdą ich słuchy, że Polacy kolportują wieści, jakoby ich „heroje” byli bandą sowieckich agentów, kolaborantów i pożytecznych idiotów... Doprawdy, warto chwilę pomyśleć, zanim zaczniemy się zapędzać w lizusostwie, bo łatwo osiągnąć efekt przeciwny do zamierzonego.


*

Okazuje się, że specjalna linia kredytowa NBP dla ukraińskiego bankruta to za mało. Teraz będziemy również dostarczać Ukrainie sprzęt wojskowy. Mam nadzieję że chociaż nie za darmo, ani nie na kolejny kredyt na wieczne nieoddanie, bo gdyby tak było, to okazalibyśmy się jeszcze większymi frajerami, niż do tej pory.


*

Znany teolog Sławomir Sierakowski oznajmił, iż papież Franciszek jest obecnie jedynym przywódcą „globalnej lewicy”. Hmm, jak się dobrze zastanowić i wsłuchać w „nauczanie samolotowe” papieża, to najstraszniejsze w tej całej grotesce jest to, że Sierakowski może mieć rację...


*

PiS wzorem Platformy sprzed kilku lat uwierzyło, że „nie ma z kim przegrać” i postanowiło wdrożyć program „koryto plus” w którym oprócz podwyżek dla urzędników administracji centralnej (na ogół uzasadnionych), czyjaś ręka dopisała także podwyżki uposażeń poselskich. Cóż, pisałem już kiedyś w tym miejscu, że zdobycie mandatu to inwestycja rzędu najmarniej 100 tys zł – najczęściej na kredyt, bo jak kogoś stać na wyłożenie 100 tys. gotówką, to posłowanie nie jest mu do niczego potrzebne. W konsekwencji kadencję w Sejmie rozpoczyna najczęściej banda pozadłużanych gołodupców, którzy dążą do jak najszybszego zwrotu poniesionych nakładów, by w końcu zacząć wychodzić na swoje. Nie dziwmy się więc posłanko-redaktorce Lichockiej, że rzuciła się do szturmu na kasę, niczym Joanna d'Arc na Orlean. W końcu nie po to przecież przez tyle lat ofiarnie biedowała w „zonie wolnego słowa”, żeby teraz nic z tego nie mieć, prawda?


*

Swoją drogą, te osiem lat opozycyjnego postu musiało być naprawdę bolesne, skoro zaryzykowano taką wpadziochę wizerunkową. Cóż, potrzeby socjalne są, apetyty rosną w miarę jedzenia, a kadencja krótka. Zanim się człowiek obejrzy, znów trzeba będzie się gryźć o „biorące” miejsce na liście w jakimś Kaliszu czy innej Łomży – i to bez żadnej gwarancji sukcesu. A tu trzeba przecież jeszcze zaoszczędzić na kampanię, żeby nie ładować się w kolejny kredyt - desperacja, panie, desperacja...


*

Lobby lichwiarskie ma kolejny powód, by nienawidzić PiS. Otóż wskutek programu „500+” zmalała liczba udzielanych „chwilówek”. A przecież polska biedota miała wpędzać się w pętlę długów, tak by koniec końców można było przejąć jej mieszkania. Tymczasem, nie dość, że dojne bydło zaczęło kupować sobie buty i lepsze żarcie, to jeszcze nie chce się zapożyczać i lichwiarze muszą zwijać interes. Widział kto takie rzeczy?

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 30 (27.07-02.08.2016)