Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wołyń. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wołyń. Pokaż wszystkie posty

sobota, 30 lipca 2016

Wołyńskie korowody

Rozbestwiliśmy i rozchamiliśmy kijowskie elity, które nie bez podstaw uznały, że poparcie Warszawy mają bezwarunkowo i za darmo, w związku z czym nie muszą się nami przejmować.


I. Polska wersja negacjonizmu

Przy okazji kolejnej rocznicy Krwawej Niedzieli i partyjno-sejmowych wołyńskich korowodów ze szczytem NATO w tle, napisano i powiedziano już chyba wszystko – i na temat ukraińskich uroszczeń wobec polskiej polityki historycznej, i o żenującym kunktatorstwie PiS – w tym również względem amerykańskich życzeń co do naszego układania sobie relacji z sąsiadem zza miedzy. Z drugiej strony zaś tradycyjnie było o „ruskiej agenturze” i „pachołkach Putina”. A jednak dodam i ja swoje trzy grosze, jako że zostaliśmy w międzyczasie uraczeni pewnym niespotykanym dotąd novum w ramach wołyńskiej narracji. Oto sączyć zaczęto – wbrew podstawowym faktom - polską mutację tezy lansowanej niekiedy na Ukrainie, jakoby ludobójstwa na Kresach dokonały oddziały sowieckiej partyzantki podszywające się pod UPA, co jak można domniemywać, miało przynieść efekt w postaci „bratobójczej wojny” polsko-ukraińskiej o której prawi konsekwentnie w ramach forsowania fałszywej symetrii szef ukraińskiego IPN Wołodymyr Wiatrowycz.

Polska wersja owego negacjonizmu wołyńskiego objawiona nam przez Jarosława Sellina z sejmowej trybuny brzmi: gdyby nie Sowieci, którzy wspólnie z Niemcami zniszczyli II RP, to ludobójstwa by nie było. Owszem, słuszna racja, ale nie dlatego, że ukraińscy nacjonaliści by go nie chcieli – bo „oczyszczenie” terenów z „niepożądanych” elementów planowali już przed wojną – tylko dlatego, że nie mieliby takiej możliwości. Wybuch wojny stworzył jedynie dogodną okazję do wyrżnięcia grup etnicznie obcych z Polakami na czele oraz „schłopiałych” Ukraińców. Doprawdy, Sowieci mają na sumieniu wiele zbrodni i ludobójstw – ale akurat nie tę i uprawianie tego rodzaju łamańców tylko ośmiesza autorów. Powtórzmy – warunki wojenne jedynie stworzyły okazję do tego, co banderowcy od dawna chcieli zrobić.

Wiceminister Sellin stwierdził również, że „niezależnie od Wołynia uważamy, że w dzisiejszej sytuacji trzeba państwu ukraińskiemu pomóc przetrwać (...)”, bo „z kim mamy dialogować, jeśli nie przetrwa państwo ukraińskie?”. I to już jest demagogia czystej wody, gdyż przetrwanie Ukrainy w najmniejszym stopniu nie zależy od tego, czy i w jaki sposób będziemy czcić ofiary rezunów i jakie podejmiemy w związku z tym uchwały w polskim parlamencie. Ukraina – powtórzę swą konstatację z wcześniejszych tekstów – jest państwem upadłym, bankrutem pod międzynarodowym protektoratem lub zgoła zarządem komisarycznym i o jej losie zadecydują potęgi rozgrywające tam swoją partię dwa piętra ponad naszymi głowami. W obecnej sytuacji to Ukrainie winno zależeć na przyjaźni z nami, jeśli chce mieć w swoim bezpośrednim otoczeniu jakiegokolwiek życzliwego sąsiada.


II. Polsko-ukraińska asymetria

Najwyraźniej jednak Ukraińcom kompletnie na tym nie zależy. Postawili na banderyzm jako mit założycielski i fundament wspólnoty narodowej, w czym ośmielała ich do tej pory tchórzliwa bierność polskich rządów spętanych na dodatek mentalnie giedroyciowską mitologią polityczną. Mamy tu rażącą asymetrię – my obchodzimy się z Ukrainą jak ze śmierdzącym jajkiem, bo inaczej się obrazi i pójdzie do ruskich (oczywisty nonsens, zwłaszcza teraz), Ukraińcom natomiast nasza wrażliwość historyczna wisi kalafiorem i konsekwentnie robią swoje. Podkreślmy to – Polska do tej pory swą ugodową polityką i kurczowym zaciskaniem oczu przez kolejne rządy nie ugrała kompletnie nic. Więcej – rozbestwiliśmy i rozchamiliśmy kijowskie elity, które nie bez podstaw uznały, że poparcie Warszawy mają bezwarunkowo i za darmo, w związku z czym nie muszą się nami przejmować.

Dodatkowym czynnikiem jest nasza wasalna polityka uprawiana z nadania kolejnych patronów – czy to Moskwy, czy to Berlina, czy Waszyngtonu – z których każdy, choć z nieco innych powodów, chciał mieć „spokój na dzielnicy” i nie życzył sobie, byśmy podnosili publicznie „kwestie drażliwe”. Tak jest i dzisiaj. Ukraińcy dufni poparciem USA mogą pozwolić sobie na ewidentne prowokacje w rodzaju ustawy gloryfikującej UPA, czy nadania reprezentacyjnej ulicy Kijowa imienia Bandery – doskonale wiedząc, że wystarczy prewencyjnie naskarżyć na nas Amerykanom, by ci stłumili w zarodku jakąkolwiek reakcję z naszej strony. Spektakularnym przykładem była randka marszałka Sejmu, Marka Kuchcińskiego, z ukraińskim odpowiednikiem - Andrijem Parubijem w asyście Jurija Szuchewycza, podczas której solennie obiecał, że przed szczytem NATO nie będzie żadnych sejmowych uchwał w sprawie Wołynia. Wszystko pod ewidentnym naciskiem Waszyngtonu. Honor starał się uratować Senat swoją uchwałą apelującą do Sejmu o należyte uczczenie ofiar, my zaś na osłodę dostaliśmy kabotyński gest Poroszenki klękającego przed pomnikiem wołyńskim – praktycznie bez udziału ukraińskich dziennikarzy, toteż na Ukrainie niemal tego nie odnotowano.

Przyjęta przez Sejm uchwała ws. kresowego ludobójstwa nie załatwia wszystkiego – po pierwsze, w przeciwieństwie do ustawy, nie ma ona mocy powszechnie obowiązującej; po drugie – nie da się zapomnieć dotychczasowych krętactw i obijania się od ściany do ściany. PiS chciałoby bowiem zjeść ciastko i mieć ciastko – z jednej strony nie drażnić Ukrainy i Stanów Zjednoczonych, z drugiej zaś – nie stracić elektoratu Kresowian i wszystkich tych, którym upamiętnienie kresowego ludobójstwa leży na sercu (i którym w kampanii złożono stosowne obietnice). Skoro można było ustawowo uczcić Żołnierzy Wyklętych, to można również oddać ustawą hołd ofiarom banderyzmu.


III. Panie Targalski, ochłoń Pan

W tym miejscu muszę przejść do polemiki z tezami wygłaszanymi zarówno w mediach elektronicznych, jak i np. w komentarzach na portalu „Nasze Blogi” przez Jerzego Targalskiego. Jest to bowiem smutny przykład, jak błyskotliwy człowiek, którego analizy na wszelkie inne tematy potrafią być naprawdę inspirujące, potrafi z iście nieprzytomnym zacietrzewieniem rzucać się na każdego, kto podnosi sprawę kresowego ludobójstwa.

Mówi nam red. Targalski, że współczesny banderyzm jest antyrosyjski, nie antypolski. Otóż nie – nie da się wskrzesić wampira częściowo. To, że obecnie eksponowany jest element antyrosyjski jest wyłącznie wynikiem doraźnej potrzeby politycznej ze względu na wojnę z Rosją (ta wojna to zresztą dla Polski błogosławieństwo i oby trwała jak najdłużej). W momencie, gdy sytuacja w Donbasie się nieco uspokoi i znormalizuje, z równą łatwością będzie można uaktywnić polakożercze oblicze banderyzmu, które podskórnie wciąż jest obecne i jak najbardziej żywe. Wszystko zależne jest jedynie od bieżącego zapotrzebowania.

` Polska wg Targalskiego ma szansę stać się poważnym, regionalnym graczem, ale tylko wówczas, jeśli nie będzie postrzegana (jak rozumiem, przez USA) jako „rozsadnik chaosu” (czyli, nie będzie zadrażniać stosunków z Ukrainą gadaniem o Wołyniu). Znów – nie. Polska abdykująca pod cudze dyktando z kształtowania własnej, oficjalnej pamięci historycznej nie będzie żadnym „graczem”, tylko popychadłem. Tak jak za Tuska, któremu też kadzono, że w Europie „gra z największymi” i był poklepywany w Berlinie i Brukseli. Zmienimy jedyne protektora, bez żadnej różnicy jakościowej jeśli chodzi o podmiotowość polityczną. Nawiasem - Ukraińcom jakoś nie przeszkadza, że kultywując banderyzm i prowokując Polskę, mogą stać się „rozsadnikami niepokojów”.

No i wreszcie zarzuty formułowane wobec Kresowian: że są na pasku Putina i gotowi są poświęcić Polskę, byle dokopać Ukraińcom, wreszcie – że przemilczają sowieckie zbrodnie na Polakach. Tu już redaktor Targalski walczy – dodajmy, w wyjątkowo obrzydliwy i nieuczciwy sposób – z wykreowanymi przez siebie fantomami. Środowiska, które straciły z rąk banderowców bliskich, przez dziesięciolecia traktowane były po macoszemu. Dziś, przez lata zwodzone przez polityków obiecankami, dopominają się głośno o pamięć i godne uczczenie ofiar. Sprowadzanie wszystkiego do kwestii „milczeć, bo Putin” to obsesja i prymitywny szantaż moralny – podobny zresztą usiłowali uprawiać przedstawiciele ukraińskich elit w niedawnym „liście do Polaków”. Nikt nie milczy o sowieckich zbrodniach, nie ma żadnych przeciwwskazań, by uczcić zarówno Wołyń 11 lipca, jak i ludobójstwo sowieckie 17 września – więcej, tak właśnie należy zrobić, bo mieszanie tych dwóch zbrodni jest ordynarnym fałszowaniem historii. Insynuowanie zaś agenturalności to prostacka obelga i tani chwyt erystyczny obliczony na zdeprecjonowanie adwersarza.

Tymczasem, najskuteczniejszym rozwiązaniem, wyjmującym narzędzia z rąk ewentualnych agentów/prowokatorów usiłujących grać na społecznych emocjach, jest podniesienie do rangi ustawowej 11 lipca jako Narodowego Dnia Pamięci Ofiar Ludobójstwa dokonanego przez ukraińskich nacjonalistów na obywatelach II RP i elementarna równowaga w polityce historycznej. Kresowego ludobójstwa nie da się już schować z powrotem do kazamatów niepamięci. Trzeba przeciąć ten nabrzmiewający wrzód – nawet jeśli redaktor Targalski będzie do wyplucia płuc wrzeszczał ze swojego fotela o „ruskiej agenturze”.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 30 (27.07-02.08.2016)

Pod-Grzybki 60

W ramach nadwiślańskiego negacjonizmu wołyńskiego kręgi ukrainofilskie wyprodukowały taką oto „narrację”: kresowe ludobójstwo było winą sowieckiej agentury w szeregach OUN/UPA. No, chciałbym zobaczyć reakcję naszych braci-Ukraińców, gdy dojdą ich słuchy, że Polacy kolportują wieści, jakoby ich „heroje” byli bandą sowieckich agentów, kolaborantów i pożytecznych idiotów... Doprawdy, warto chwilę pomyśleć, zanim zaczniemy się zapędzać w lizusostwie, bo łatwo osiągnąć efekt przeciwny do zamierzonego.


*

Okazuje się, że specjalna linia kredytowa NBP dla ukraińskiego bankruta to za mało. Teraz będziemy również dostarczać Ukrainie sprzęt wojskowy. Mam nadzieję że chociaż nie za darmo, ani nie na kolejny kredyt na wieczne nieoddanie, bo gdyby tak było, to okazalibyśmy się jeszcze większymi frajerami, niż do tej pory.


*

Znany teolog Sławomir Sierakowski oznajmił, iż papież Franciszek jest obecnie jedynym przywódcą „globalnej lewicy”. Hmm, jak się dobrze zastanowić i wsłuchać w „nauczanie samolotowe” papieża, to najstraszniejsze w tej całej grotesce jest to, że Sierakowski może mieć rację...


*

PiS wzorem Platformy sprzed kilku lat uwierzyło, że „nie ma z kim przegrać” i postanowiło wdrożyć program „koryto plus” w którym oprócz podwyżek dla urzędników administracji centralnej (na ogół uzasadnionych), czyjaś ręka dopisała także podwyżki uposażeń poselskich. Cóż, pisałem już kiedyś w tym miejscu, że zdobycie mandatu to inwestycja rzędu najmarniej 100 tys zł – najczęściej na kredyt, bo jak kogoś stać na wyłożenie 100 tys. gotówką, to posłowanie nie jest mu do niczego potrzebne. W konsekwencji kadencję w Sejmie rozpoczyna najczęściej banda pozadłużanych gołodupców, którzy dążą do jak najszybszego zwrotu poniesionych nakładów, by w końcu zacząć wychodzić na swoje. Nie dziwmy się więc posłanko-redaktorce Lichockiej, że rzuciła się do szturmu na kasę, niczym Joanna d'Arc na Orlean. W końcu nie po to przecież przez tyle lat ofiarnie biedowała w „zonie wolnego słowa”, żeby teraz nic z tego nie mieć, prawda?


*

Swoją drogą, te osiem lat opozycyjnego postu musiało być naprawdę bolesne, skoro zaryzykowano taką wpadziochę wizerunkową. Cóż, potrzeby socjalne są, apetyty rosną w miarę jedzenia, a kadencja krótka. Zanim się człowiek obejrzy, znów trzeba będzie się gryźć o „biorące” miejsce na liście w jakimś Kaliszu czy innej Łomży – i to bez żadnej gwarancji sukcesu. A tu trzeba przecież jeszcze zaoszczędzić na kampanię, żeby nie ładować się w kolejny kredyt - desperacja, panie, desperacja...


*

Lobby lichwiarskie ma kolejny powód, by nienawidzić PiS. Otóż wskutek programu „500+” zmalała liczba udzielanych „chwilówek”. A przecież polska biedota miała wpędzać się w pętlę długów, tak by koniec końców można było przejąć jej mieszkania. Tymczasem, nie dość, że dojne bydło zaczęło kupować sobie buty i lepsze żarcie, to jeszcze nie chce się zapożyczać i lichwiarze muszą zwijać interes. Widział kto takie rzeczy?

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 30 (27.07-02.08.2016)

sobota, 16 lipca 2016

Między Kielcami, Jedwabnem, a Wołyniem

Funkcją tego, co obserwujemy w przypadku Kielc i Jedwabnego jest tworzenie i kolportaż pewnej mitologii przybranej w pseudonaukowy kostium i opatrzonej urzędowym stemplem.


I. Kozioł ofiarny

Początek lipca jest osobliwą porą w naszym kalendarzu historycznym. 4 lipca to rocznica tzw. „pogromu kieleckiego”, 10 lipca to rocznica masakry w Jedwabnem, 11 lipca zaś to rocznica wołyńskiej Krwawej Niedzieli. Dwie pierwsze daty stanowią przy tym swoiste apogeum żydowskiego, świeckiego „roku liturgicznego” i wraz z rocznicą wybuchu powstania w warszawskim getcie (19 maja) grupują się w swoiste triduum martyrologicznej hagady. W obecnych warunkach owa hagada koncentruje się – jakże by inaczej – na piętnowaniu odwiecznego, polskiego antysemityzmu, wychodzi więc na to, że co najmniej trzy razy do roku jesteśmy poddawani quasi-religijnemu obrzędowi rytualnego (samo)biczowania. Innymi słowy, zostaliśmy ustawieni w znanej ze starożytnego judaizmu roli kozła ofiarnego na którego kapłan przenosi grzechy całego ludu. I tak oto, w przypadku powstania w getcie biczowani jesteśmy za „bierność” w obliczu Zagłady, co jest odpowiednikiem rytualnego oczyszczenia się ludu Izraela z własnej bierności i kolaboracji elit z „nazistami”. „Pogrom kielecki” przesłonić ma łajdactwa „czerwonych” Żydów instalujących na sowieckie zlecenie w Polsce komunizm, natomiast Jedwabne – wcześniejsze entuzjastyczne powitanie na Kresach sowieckich wojsk i czynny współudział w likwidacji przywódczych warstw polskiego społeczeństwa na wschodnich obszarach II RP.

Rytuał ten każdorazowo ma podobny scenariusz. Oto czołowi przedstawiciele polskich władz państwowych stawiają się przed obliczem żydowskich delegacji (bądź piszą stosowne listy) i dokonują ceremonialnej ekspiacji, samokrytyki, oraz składają solenne przyrzeczenia, że na „antysemityzm” nie ma i nie będzie w Polsce przyzwolenia. Powyższe w praktyce oznacza zielone światło dla wszelkiej maści zawodowych tropicieli różnych odchyleń od jedynie słusznej linii oraz urzędową gwarancję, że obowiązująca oficjalnie wersja wydarzeń nie zostanie nigdy poddana jakiejkolwiek nieprawomyślnej rewizji. Strona żydowska kwituje ów spektakl samoupokorzenia pomrukiem aprobaty i oddala się do swoich spraw. My zaś oddychamy z ulgą, że znowu nam się upiekło i Żydzi nie urządzą nam jatki w światowych mediach. Społeczność międzynarodowa natomiast zostaje po raz kolejny utwierdzona w przekonaniu o polskich historycznych winach nie do wymazania, które znowu zostały potwierdzone przez samych Polaków. I tak do następnego roku, kiedy to cały ceremoniał powtarza się od nowa.


II. Po co nam historia?

Tymczasem, historia nigdy nie jest zapisana raz na zawsze. Jak każda nauka winna ona podlegać nieustannej weryfikacji – w miarę pojawiania się nowych danych, źródeł, faktów, interpretacji. Historia kształtuje się w ogniu sporów i polemik. Jeżeli jakiekolwiek nowe ustalenia, czy wręcz próby dokonania takowych traktuje się niczym zamach na „zapisaną w księgach” dogmatykę, mamy do czynienia nie z historią, a ze świeckim odpowiednikiem religii, hagadą – opowieścią tworzoną nie w celu poznania prawdy, lecz zgoła innym. Funkcją tego, co obserwujemy w przypadku Kielc i Jedwabnego jest tworzenie i kolportaż pewnej mitologii przybranej w pseudonaukowy kostium i opatrzonej urzędowym stemplem. Można to również nazwać polityką historyczną – formą „piaru” realizowanego na światowy użytek. Nie jest to jednak ani nasza polityka, ani nasz „piar”. My w tej całej konstrukcji jesteśmy jedynie przedmiotem, nie podmiotem. Tworzywem w rękach twórców, lepiących nas stosownie do swych bieżących potrzeb – a tą potrzebą jest aktualnie, byśmy byli przeczołganym publicznie narodem zbrodniarzy, których można co najwyżej zdawkowo pochwalić, że przynajmniej nie odżegnują się od swych postępków i genetycznie zaprogramowanych morderczych skłonności.

Z drugiej strony jednak, trzeba nas stale mieć na oku, trzymać w ryzach i cyklicznie, konsekwentnie dyscyplinować, byśmy przypadkiem nie zhardzieli i nie uwolnili tkwiących w naszym kodzie kulturowym upiorów, które sprawią, że pewnego dnia znów zaczniemy palić w stodołach swych „sąsiadów”. Krótko mówiąc – trzeba poddawać nas permanentnej reedukacji i tresurze – aż do całkowitego wyleczenia z demonów patriotyzmu.

Patrząc od tej strony – po co nam historia? Tu potrzebny jest preparat, mikstura złożona z kłamstw, półprawd i przemilczeń, którą należy aplikować bez znieczulenia, byśmy na finiszu takiej kuracji patrzyli na siebie samych wyłącznie oczami świata, wypreparowanego już dawno „w kwestii polskiej” w podobnym duchu – tym łatwiej, że wystarczyło jedynie przy naszej bierności wypełnić opisanym tu jadem jego ignorancję.


III. Kielce i Jedwabne – dwa kłamstwa

Doprawdy, przykro było patrzeć na prezydenta Dudę – mojego prezydenta – kiedy przy okazji kieleckiego rytuału oczyszczenia, mającego jak co roku przerzucić winy ze zdominowanego przez Żydów kieleckiego aparatu partyjno-bezpieczniackiego na polskiego ofiarnego kozła, wygłaszał standardowe, celebracyjne formułki. Owszem, wspomniał o roli wojska, milicji i UB – temu już nie da się zaprzeczać – ale tylko po to, by za chwilę zbudować fałszywą symetrię, mówiąc o udziale „zwykłych ludzi” - jak rozumiem, do „zwykłych ludzi” siłą rzeczy zaliczono hurtem również np. partyjnych prowokatorów z huty „Ludwików”. Wszystko zaś utopione zostało w znanych frazesach i zaklęciach o zwalczaniu antysemityzmu, ksenofobii... czyli, jak zwykle. Oczywiście, przemówienie nie jest miejscem na pogłębione analizy. Ale jest znakomitą okazją do zaznaczenia właściwych proporcji i przestawienia dotychczasowych akcentów. Tego zabrakło – również w liście nadesłanym przez premier Beatę Szydło. Tu naprawdę nie trzeba było odkrywać Ameryki – istnieją opracowania do których można sięgnąć. Tymczasem, w ogólnym wydźwięku, mieliśmy do czynienia z utrwaleniem dotychczasowego kłamstwa kieleckiego, przyprawionego jedynie szczyptą prawdy. Naczelnym zaś kłamstwem jest terminologia – fraza „pogrom kielecki” kojarzy się bowiem z rozwścieczonym, morderczym, polskim motłochem. Kiedy oficjalnie zacznie się mówić o „prowokacji kieleckiej”, względnie „pogromie ubeckim”?

Aż boję się pomyśleć, co będzie się działo podczas kolejnego zgromadzenia – w Jedwabnem. Ta sprawa, o ile jest to w ogóle możliwe, została zakłamana chyba w jeszcze większym stopniu, niż kielecka prowokacja. Wersją kanoniczną wciąż w dużym stopniu pozostają ponure brednie Grossa, lekko jedynie skorygowane, kiedy już nie sposób było utrzymywać, że w stodole zmieściło się 1600 osób. Jednak istota rzeczy - podbechtani przez Niemców Polacy rzucają się na Żydów – wciąż obowiązuje przyklepana przeprosinami Kwaśniewskiego i słowami Komorowskiego, że polski naród musi przyjąć do wiadomości, iż „bywał również sprawcą”. Wstrzymanie ekshumacji pod – fałszywym, jak się okazało – pretekstem natury religijnej, gdy tylko zaczęły wypływać odkrycia obalające fałszywą legendę oraz wyłączenie z oficjalnej dokumentacji raportu prof. Andrzeja Koli to największe zaniechanie w tej sprawie. Niedawno, z inicjatywy dr Ewy Kurek, specjalistki od relacji polsko-żydowskich, rozpoczęto zbieranie podpisów pod obywatelskim projektem ustawodawczym zobowiązującym rząd do wznowienia ekshumacji w Jedwabnem. Ciekawe, co zrobią z tą inicjatywą władze. Póki co, samorząd Pragi-Północ (PiS) pod pretekstem pękniętej rury odmówił w ostatniej chwili dr Kurek sali na spotkanie.


IV. Taktyka uległości

I teraz kwestia ostatnia. Skąd bierze się ta uległość, by nie powiedzieć – tchórzostwo – wobec żydowskich uroszczeń historycznych? Jakieś kompleksy? Poronione kalkulacje polityczne? Skąd ta gorliwość w werbalnym zwalczaniu mitycznego, polskiego antysemityzmu? Informuję, że o tym, czy antysemityzm w Polsce jest, czy go nie ma, decydują zainteresowane środowiska żydowskie i my nie mamy tutaj nic do gadania. Środowiska te, tak się składa, opanowały do perfekcji żerowanie na holokauście i sztukę szantażu opartego na zagładzie ich pobratymców. Jeśli będzie takie zapotrzebowanie (a obecnie jest) to oni ten antysemityzm wynajdą, choćby nie wiadomo co. Liczenie tutaj na jakąkolwiek dobrą wolę, na to, że jeśli będziemy grzeczni i się pokajamy, odetniemy, przeprosimy, to oni zostawią nas w spokoju, jest dowodem co najmniej ciężkiej naiwności. Zbyt gruba kasa leży na stole i zbyt wiele zainwestowano we wmanipulowanie Polaków we współodpowiedzialność za zbrodnie popełnione na Żydach. Oni się nie wycofają, zatem jedyną naszą szansą jest adekwatna odpowiedź – a mamy ten komfort, że nie musimy kłamać, wystarczy mieć odwagę głoszenia prawdy, nawet jeśli idzie ona pod prąd zakłamanej do cna martyrologicznej, żydowskiej hagady.

Oczywiście, domyślam się, że dla USA jesteśmy warci tyle, ile są warte nasze relacje z żydowską diasporą oraz z Izraelem, ostatnio zaś także z Ukrainą, bo stanowimy zaplecze tamtejszego frontu – i stąd te kunktatorskie korowody wobec „kwestii drażliwych”, w tym ludobójstwa na Kresach. Ale na dłuższą metę, jest to polityka samobójcza. Nikt nas nie uszanuje, jeśli nie będziemy szanować się sami.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 28 (13-19.07.2017)

środa, 22 lipca 2015

„Strategiczna cierpliwość” Pawła Kowala

Nie miejmy złudzeń. Polityka historyczna Kijowa absolutnie nie dąży do zmierzenia się z demonami przeszłości

W naszym światku polityczno-medialnym funkcjonuje sobie taki ukraiński lobbysta o nazwisku Paweł Kowal. Kojarzycie Państwo? Ten sam, co to po fiasku projektu Polska Jest Najważniejsza (a pomidorowa jest najsmaczniejsza) znalazł przytułek na łaskawym chlebie w programie kulinarnym ukraińskiej telewizji i z wdzięczności od tamtej pory w dwójnasób udziela się na różnych forach, urabiając polską opinię publiczną w proukraińskim duchu. Otóż rzeczony Kowal stwierdził w wywiadzie dla „wPolityce.pl” udzielonym przy okazji rocznicy Krwawej Niedzieli, iż w stosunku do Ukrainy czekają nas jeszcze lata „strategicznej cierpliwości”. Chodziło rzecz jasna o ukraińską niechęć do historycznych rozliczeń.

Przepraszam, ale ja już zwyczajnie nie mogę słuchać takich dyrdymałów. „Strategiczną cierpliwość” to my wykazujemy od czasów Giedroycia - czyli nazbierało się parę ładnych dziesiątków lat. Nawet biorąc pod uwagę samą III RP będzie już tego ćwierć wieku. Uznaliśmy jako pierwsi ukraińską niepodległość. Do niedawna chowaliśmy Wołyń pod sukno, by nie zadrażniać stosunków, a i obecnie stawianie tej kwestii przez polskie oficjalne czynniki polityczne, mówiąc łagodnie, dalekie jest od radykalizmu. Pogodziliśmy się z utratą Kresów i nie wysuwamy żadnych rewindykacyjnych postulatów. Ukraina natomiast w tym czasie oficjalnie gloryfikuje morderców z UPA. Może wystarczy tego dobrego?

Ukraińcom należy jasno powiedzieć, że czas bezwarunkowego poparcia ze strony Warszawy się skończył. Jeżeli dalej będziemy „dialogować” w stylu - „no, może łaskawie przyznacie, bracia Ukraińcy, że z tym Wołyniem to nie wszystko było w porządku”, to nigdzie nie dojdziemy. W przywołanym wywiadzie Paweł Kowal powiada: „musimy bardzo uważać, aby tego, co nas dzieli z Ukraińcami, ktoś nie wykorzystał przeciwko nam i przeciwko Ukraińcom”. Chodzi oczywiście o Rosję, która faktycznie chętnie widziałaby Polskę i Ukrainę rozdzielone murem nienawiści, bo to w oczywisty sposób gra na jej korzyść. Tyle, że do tego tańca trzeba dwojga, a tymczasem ukraińska delegacja do Zgromadzenia Parlamentarnego Polski i Ukrainy odmówiła potępienia ludobójstwa na Kresach i w Małopolsce Wschodniej. O jakim więc dialogu można tu mówić? Kowal sam przyznaje, że Ukraińcy nie dojrzeli jeszcze do odkrywania czarnych kart swojej historii i minie jeszcze wiele czasu „zanim dojdzie do tego, że sami Ukraińcy zaczną zajmować się swoją trudną przeszłością”. Chwila, moment – przecież państwo ukraińskie jest niemal równolatkiem III RP. Myśmy w tym czasie zdążyli przerobić całą upiorną „pedagogikę wstydu”, przyznając się hurtem do wszystkich popełnionych i niepopełnionych zbrodni – walono nas po łbie „antysemityzmem”, polityką narodowościową okresu międzywojennego, pogromem kieleckim, Jedwabnem, akowcami mordującymi Żydów w Powstaniu Warszawskim i cholera wie czym jeszcze. Wzięliśmy na siebie odium komunistycznej Akcji „Wisła”, nasze władze mówiąc o Wołyniu uznają „historyczną pamięć” strony ukraińskiej odnośnie działań odwetowych polskiego podziemia w wyniku których zginęło 2-3 tys. Ukraińców (na co najmniej 100 tys. zamęczonych ofiar OUN/UPA). I co, mamy ciągnąć to samobiczowanie i czekać następne 25 lat, zanim ktoś się tam wreszcie obudzi?

Nie miejmy złudzeń. Polityka historyczna Kijowa absolutnie nie dąży do zmierzenia się z demonami przeszłości. Przeciwnie – owe demony stają się na naszych oczach mitem założycielskim „samostijnej Ukrainy”. Wiem, mówi się nam, że współczesny neobanderyzm ma głównie oblicze antyrosyjskie. Może i tak, ale jest jedynie kwestią czasu i potrzeby politycznej, by i antypolska twarz tej spuścizny zafunkcjonowała z równą mocą na publicznej scenie. Opór przed uznaniem wołyńskiej zbrodni jest tego dobitnym potwierdzeniem.

Ludobójstwo na Kresach może podzielić los masakry Ormian. Turcja do tej pory wypiera się tamtego holokaustu i ostro interweniuje ilekroć ten temat ma szanse pojawić się na arenie międzynarodowej. Jeszcze trochę i podobnie będzie z Wołyniem i Ukrainą - ustawa „o bojownikach walk o niezawisłość Ukrainy” i penalizacja krytyki rezunów z UPA jest wyraźną wskazówką w którą stronę podąża polityka historyczna władz w Kijowie. To jest kalka działań putinowskiej Rosji karzącej za „rozpowszechnianie fałszywych informacji o roli Związku Radzieckiego w drugiej wojnie światowej”, czyli mówienie o sowieckich zbrodniach i kolaboracji Stalina z Hitlerem. Wektor inny, metoda ta sama.

Postawmy sprawę z głowy na nogi. Ukraina jest zagrożona przez Rosję, zgadza się? Toczy z Rosją krwawą wojnę, której stawką jest integralność terytorialna państwa, tak? Więc TYM BARDZIEJ Ukraińcom powinno zależeć na dobrych relacjach z Polską. Jeśli zamiast tego mamy ostentacyjne prowokacje w rodzaju wynoszenia na piedestał banderowców, to znaczy że na dobrych stosunkach z naszym krajem Ukrainie nie zależy. Przestańmy więc nadskakiwać Kijowowi, bo tylko się tym ośmieszamy.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/2081-pod-grzybki-12

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 29 (17-23.07.2015)